rozdział III
sonia
Obudziłam się rano zadowolona. Przez uchylone okno wdzierał się do pokoju aromat deszczu. Kocham deszcz, lubię uspokajające odgłosy spadających na trawę kropel. Lubię dźwięk szeleszczących od uderzeń wody liści i ten świeży zapach. To dziwne, ale czuję się wtedy oczyszczona i gotowa stawić czoło całemu światu. Zanim jednak zdecydowałam się wstać, leżałam i analizowałam dobiegające zza zamkniętych drzwi odgłosy. Z pewnością ojca nie było już w domu. Wychodził wcześnie rano, natomiast mama czekała ze śniadaniem. Miałyśmy rytuały, których przestrzeganie stanowiło coś absolutnie niepodważalnego. Uniosłam głowę, by spojrzeć na stojący na stoliku nocnym zegarek. Dochodziła szósta. Miałam jeszcze wystarczająco dużo czasu, by pojawić się w kuchni i zjeść z mamą śniadanie, dlatego wpatrzona w sufit wciągałam głęboko świeże, pachnące deszczem powietrze. Przyjemne rozleniwienie łaskotało w stopy i brzuch, kiedy przeciągałam się pod kołdrą.
- Nie słyszałaś, jak padało w nocy?
Gdzieś z kąta po przeciwnej stronie okna dobiegał jego głos. Zawsze stał tam, gdzie nie docierało światło dzienne, o ile decydował się odezwać do mnie w ciągu dnia. To zdarzało mu się rzadziej. Był wtedy nieznośnie uciążliwy z tymi swoimi uwagami i narzekaniem. Opryskliwy i lekceważący doprowadzał mnie często do złości, co odbijało się potem na moim nastroju.
- Nie, nie słyszałam. Spałam - odparłam wymijająco i zwróciłam się twarzą w stronę okna.
- Dość twardo. Starałem się cię obudzić.
Zrobiło mi się miło. Chyba wyczuwał, że jestem w dość delikatnym nastroju po wczorajszej sprzeczce z ojcem. Choć, w gruncie rzeczy, nie była to nawet sprzeczka. Ot, dość impulsywna wymiana zdań dotycząca braku odpowiedzialności.
Coraz mniej rozumiałam mojego ojca. Stał się nerwowy i małomówny, a ilekroć decydował się spędzić z nami wieczór, nasze rozmowy zawsze kończyły się jego wybuchem złości. W najlepszym wypadku nie odzywałam się do niego. Wtedy toczył niekończące się monologi, na które nawet mama nie reagowała. Tym razem jednak niepotrzebnie się wtrąciłam. W rezultacie zrobiło się nieprzyjemnie, a ojciec wyszedł z salonu niezadowolony.
- Opowiedz mi zatem, jak padało - poprosiłam i zamknęłam oczy. Wiedziałam, że mi nie odmówi.
- Dobrze więc. Skoro chcesz, opowiem ci. Najpierw zaczęło się dość niewinnie. Miałaś tylko uchylone okno, choć zazwyczaj zostawiasz je otwarte szerzej, dlatego nie wszystko słyszałem. To było jak szemranie. Jak szeptanie na ucho. Rozumiesz?
- Uhm.
- Potem deszcz zaczął się nasilać. Szemranie zamieniło się w szum, liście szeleściły, a odgłos spadających na podjazd kropel dźwięczał tak, jak sypany do herbaty cukier. Wyobraź sobie teraz, jak woda zalega na betonie, tworząc coraz szersze kręgi kałuż. Nadążasz?
- Tak, nie przerywaj.
- Potem zwróciłem uwagę na trawę. Ta to dopiero oddawała najróżniejsze dźwięki. To deszczowe szeleszczenie. Zrobiło się głośno. Coraz intensywniej zacząłem odczuwać dobiegające moich uszu odgłosy. Deszcz stukał o beton... - od razu ujrzałem wsypywany do filiżanki z herbatą cukier, liście szeleściły, jak kartki, na których twoja mama spisuje swoje dane albo jak twój ojciec, kiedy uderza w klawisze komputera w gabinecie. No i trawa... Jej szemranie dopełniło całości tej uwertury. Dźwięki stworzyły całość, grały jednocześnie, uzupełniając się i jednocząc. W mojej głowie huczało, kotłowało się od nawału odgłosów. Te bombardowały moje receptory swoją intensywnością i różnorodnością. Jak wiesz, to może wyprowadzić z równowagi, ale kiedy wreszcie poczułem deszcz, ogarnął mnie spokój. Zapach był ostatnim ogniwem. Złagodził odbiór całości i wyciszył emocje. Położyłem się na podłodze i patrzyłem, jak śpisz. Ogarnął mnie błogostan.
- Pójdę dziś na spacer do lasu - ucięłam jego wypowiedź.
- A zajęcia?
- Nie mam dziś nic ważnego. Mogę sobie pozwolić na opuszczenie jednego dnia. Poza tym nie zapominaj, jestem bardzo pilną studentką, a nieobecność nie wpłynie na moją średnią.
- Zanim to jednak nastąpi, mogłabyś ogrzać moje ciało. Zmarzłem i czuję się samotny.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wiedziałam, że doprowadzi tę rozmowę do punktu kulminacyjnego. Wtedy, kiedy nie kłóciliśmy się, tak właśnie kończył. Często myślę o nim - romantyczny kochanek. Rozdartą duszę i krwawiące serce rekompensuje rozbuchaną wyobraźnią i bezpretensjonalnym postrzeganiem świata. Jest bezwstydny, czasami wyuzdany, a przy tym niezwykle czuły i cierpliwy. Ma wszystkie cechy, których mi brakuje. Drgnęłam, czując dotyk męskich łydek ocierających się o moje uda i zimną skórę oplatającą jak koc. Zaczął mruczeć jak pieszczony kot i wtulać się we mnie zachłannie, wykradając resztki ciepła, które skrywało jeszcze ciało. Bez słowa podwinął podkoszulkę i uniósł moje ręce nad głowę.
- Zamknij oczy...
Robiłam wszystko, o co prosił. Kiedy po raz pierwszy wtargnął do mojego życia, nie przypuszczałam, że tak szybko zawładnie duszą i ciałem. Oddałam mu się bez najmniejszego oporu, bo on wiedział o mnie wszystko. Potrafił przewidzieć każde słowo i gest. Wiedział, czego potrzebuję w danej chwili, odczytywał po najprostszych słowach i gestach nastrój, w jakim mnie zastał. Był niezastąpiony i zsynchronizowany ze mną niczym bliźniaczy organizm. Potrzebowałam jego obecności dla zachowania równowagi, o której zbawiennej mocy tak wiele mówiła mama. Pragnęłam w końcu jego towarzystwa, żeby sprostać potrzebom, jakie przejawiało również moje ciało. Oczywiście, że zamknęłam oczy. Poddałam się jego woli, uwalniając głowę od myślenia. Nikt i nic w takiej chwili nie absorbowało mnie bardziej niż jego obecność.
Poczułam więc zimne powietrze, kiedy zrzucił na podłogę kołdrę. Gęsia skórka pokryła nagie uda, brzuch i ramiona, ale szybko ustąpiła pod dotykiem jego rozpalonego ciała. Każdy najmniejszy powiew chłodnego wiatru był gaszony jego dotykiem, syczącym dźwiękiem wyrywającym się z moich ust niczym odgłos gaszonej świecy. Jego oddech mieszał się z moim, wilgotne ciała stykały się najpierw ostrożnie, powoli, jakby niezdecydowane co do rytmu, w jakim razem zamierzają przemierzać tę drogę. Potem wszystko zaczęło nabierać tempa. Już nie leżałam posłusznie na plecach, oplatając jego biodra nogami. Tańcząca w powietrzu jak krople deszczu opadałam na poduszkę, by zaraz znowu poszybować wysoko, dać się porwać euforii płynącej z chwili przyjemności, jakiej mi dostarczał. Dotrwałam do punktu kulminacyjnego. Spieczone usta szukały po omacku jego warg, a oddech zdradzał zbliżającą się eksplozję. Przywarł do mnie, mocno oplótł ramionami i zamknął usta w pocałunku, zapewniając nieme decrescendo całego aktu.
Opadłam wreszcie wyczerpana i otworzyłam oczy, szukając go w ciemnościach spowijających załamania ścian przy drzwiach. Dopiero jego głos dobiegający spod okna rozwiał wątpliwości. Firanka drgnęła, a on zniknął za oknem.
- Miłego dnia, rozkoszna Soniu. Zobaczymy się później.
Wzięłam prysznic i zeszłam na dół. Trzy głowy naszych kotów podrygiwały zabawnie nad miskami, a dobiegające z ich strony chrupanie rozczuliło mnie. Lubię patrzeć na koty. Lubię słuchać ich mruczenia i dotykać miękkich futerek. Wydaje mi się, że koty rozumieją i akceptują gwałtowne zmiany mojego nastroju. Ich obecność ulecza, a zbawienne mruczenie i z pozoru niechętne spojrzenia mówią więcej niż słowa.
Przeniosłam wzrok na mamę i przyszło mi do głowy, że coraz częściej dostrzegam zachodzącą w niej zmianę. Obecność trzech kotów nie jest bowiem czymś, co napawa ją radością. To właśnie moja miłość do tych zwierzaków zadecydowała o ich obecności w domu. Pamiętam pierwszy raz, kiedy poprosiłam o kota. Ojciec zareagował natychmiast:
- Obecność zwierząt zobowiązuje, wszędzie będziemy mieli sierść, a żadna z was nie jest na tyle obowiązkowa, by sprzątać po kocie.
Cóż, zrezygnowałam. Ale mama nie. I tak pojawił się w domu Bolek. Potem zamieszkał pod naszym dachem Lolek a wraz z nim jego siostra Tosia. Dom zaczął rozbrzmiewać rozkosznym mruczeniem, a ja dzieliłam łóżko z ciepłymi i miękkimi ciałkami.
Zerknęłam na mamę. Siedziała przy stole i z czułością wpatrywała się w jedzące koty.
- Jak minęła ci noc?
- Dziękuję, dobrze. A tobie?
- Jak zwykle - odparła i wsunęła tost do ust.
- Znowu się kłóciliście.
- Rozmawialiśmy. Jakie plany na dziś?
Zatrzymałam na niej wzrok. Ukrywała przede mną rozpadające się małżeństwo, a ja pozwalałam jej na to, wierząc, że tak będzie lepiej i dla niej, i dla mnie. Stworzyłyśmy swój ciasny świat, w którym panował nastrój tak jednostajnej harmonii, że nie potrafiłyśmy i nie chciałyśmy go burzyć. Byłyśmy w nim tylko my, nasze koty i spokój.
- Padało w nocy. Pójdę na spacer. A potem mam do skończenia grę.
- Już kończysz?
Zabrzmiała bardzo entuzjastycznie.
- Tak. Nadrobiłam w weekend - odparłam, unikając jej wzroku. Wiedziałam, o co zapyta.
- A co tam w szkole?
- Mamo, mam tylko wykłady. Ćwiczenia są jutro, ich nie opuszczę. Wykłady nadrobię. Posłuchaj, kończy mi się zwolnienie z WF-u. Możesz mi napisać nowe?
Tym razem jej ruchy zastygły, ale tylko na chwilę. W mamie obudził się psychiatra. Dobrze ją znałam. Wiedziałam, kiedy traktuje mnie jak córkę, bo sama czerpie przyjemność i korzyści z naszych spacerów po lesie, wyludnioną ulicą, przy której mieszkamy czy właśnie z takich poranków. One też sprawiały jej przyjemność. Wiedziałam jednak, kiedy mama zaczyna traktować mnie jak pacjentkę. Wydłużała wtedy zauważalnie dystans, wciąż próbując zachować swoje matczyne nastawienie i usypiając moją czujność. Mama to dobry człowiek, ale nie powinna być moim lekarzem.
- Soniu, a może spróbowałabyś jednak pochodzić na zajęcia, co? Powiedzmy - na próbę. Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
- Dlatego właśnie idę do lasu. Zabiorę Ciapka, niech pobiega. Wrócę na obiad. Przygotować coś?
Zamilkła. Po chwili jednak podniosła się i włożyła naczynia do zlewu.
- Spróbujemy, co? Upłynęło wiele czasu, porozmawiam z twoim nauczycielem. Może jakieś biegi czy cokolwiek innego, co pozwoli na pozostanie w twojej strefie komfortu. Dziś do niego zadzwonię. Tak, poproszę! - podniosła głos, widząc, że próbuję zająć stanowisko. - Może placki ziemniaczane? Dasz radę?
- Oczywiście. Wrócę i zajmę się obiadem.
Uśmiechnęłam się do niej i pozwoliłam, żeby podeszła i ucałowała mnie w czubek głowy. Jej dotyk lubiłam. Kochałam zapach jej skóry i ciepło, jakie od niej biło. Kojarzyłam je z bezpieczeństwem.
Z ojcem kiedyś było podobnie. Od jakiegoś czasu jednak przestał mnie przytulać i okazywać uczucia. Rozczarowałam go. Poczułam świerzbienie na karku i natychmiast pomyślałam, że on też rozczarował mnie.
W sprawie WF-u nie zamierzałam się poddać. Miłość, szacunek i poczucie bezpieczeństwa to jedno, ale w obliczu zagrożenia, jakim niechybnie były zajęcia sportowe, potrafiłam być nieustępliwa.
Odstawiłam naczynia do zmywarki, wrzuciłam kostkę i nastawiłam program eco. To samo zrobiłam w łazience. Wrzuciłam rzeczy do pralki i ją również włączyłam. Pobiegłam na górę, wciągnęłam czysty podkoszulek i dres. Nie lubię ograniczających ruchy ciuchów. Przytuliłam łaszące się do kostek koty i gwizdnęłam przeciągle na psa. Rozleniwiona trójka rozpierzchła się po ogrodzie na dźwięk wysokich tonów i odgłosu psich łap.
Klucz do domu wsunęłam za donicę z jukką.
Im bliżej lasu byłam, tym bardziej zniewalał zapach wilgoci i rozkładającej się ściółki. Uwielbiam spacery jesienią, szczególnie te po deszczu, a czasami nawet w trakcie. Uwielbiam opadające jeszcze znienacka krople, kiedy przedzieram się pomiędzy drzewami, z dala od utartych ścieżek przemierzanych przez spacerowiczów. Tych w naszym lesie bywa niewielu, ale czasem zdarzało mi się natknąć na kogoś.
Szłam powoli, przede mną w chaszczach buszował owczarek. Oddychałam głęboko, zachłystując się powietrzem, jego zapachem i wrażeniem nieograniczonej przestrzeni, bo ta w sąsiadującym z domem lesie czyniła mnie swobodną i wolną.
Podeszłam do drzewa stojącego najbliżej i przytuliłam się do jego wilgotnej kory. Stary, sędziwy modrzew kołysał leniwie opadającymi jak wstęgi ramionami, zasypując mnie drobnymi kroplami, które pozostały w jego koronie po nocnych opadach. Rozbijały się o moją twarz, bluzę i włosy. Z zadartą głową wpatrywałam się jak urzeczona w cud, jakim dla mnie było drzewo, podziwiałam kontrast głębokiej o tej porze roku zieleni jego drobnych igiełek na tle błękitnego nieba.
- Podoba ci się, prawda? Zastanawiasz się nad tym, co widzą ptaki, kiedy wznoszą się ponad korony drzew? Czy las ukazuje im się dywanem różnorodnej zieleni, czy jest tylko miejscem, które postrzegają jako dostarczające im pożywienia.
- To takie przyziemne, ale pewnie tak właśnie jest.
Zaskoczyło mnie brzmienie mojego głosu tłumione bliskością drzew. Rozejrzałam się, szukając źródła jego głosu. Znowu gdzieś się chował.
- Tak jak z ludźmi. Niektórzy, tak jak ty i ja, widzą w lesie magię jego kolorów, zapachu i dobrodziejstw, jakich dostarcza. Nie chcesz go krzywdzić, zaśmiecać. Chcesz go tylko uwielbiać, łykać jak tabletkę, która pomoże oswobodzić się z twoich dolegliwości.
- Gdyby to było tylko możliwe...
- Zamieszkałabyś w lesie?
W jego głosie wyczułam fascynację.
Odepchnęłam się od drzewa, ale głowę wciąż trzymałam przyciśniętą do kory. Obróciłam się po chwili i oparłam o nie plecami, z głową odrzuconą na bok i przyciśniętą do pnia. Słuchałam. Powoli przepełniało mnie wrażenie, że słyszę toczące się w nim życie. Płynące coraz wolniej soki i tę harmonię, o którą tak bardzo walczyłam z resztą świata. Uniosłam ramiona wysoko i objęłam modrzew. Chropowata powierzchnia raniła odkryte nadgarstki, a mech znaczył je zielonymi smugami.
- Zamieszkałabyś. Jestem tego pewien.
- Mieszkam prawie w lesie. To mi wystarczy.
- Nie, tobie wciąż jest mało i mało. Jesteś jak zaszczute zwierzątko, które ma ochotę na więcej, jednak nie potrafi sięgnąć po to, czego pragnie.
- Bredzisz.
Odepchnęłam się zdecydowanie od drzewa i ruszyłam dalej przed siebie. Pochylona rozmyślałam nad tą fantazją: zamieszkać w lesie, z dala od ludzi, od ich towarzystwa i dotyku, z dala od ich zapachów i egoizmu...
- Podoba ci się mój pomysł, przyznaj.
- Podoba. Ale to nie jest możliwe.
- Ulegasz ograniczeniom, jakie narzuca ci życie w społeczności. A odłączając się od niej, mogłabyś być samowystarczalna. Nie ograniczałoby cię zupełnie nic.
- A ty fantazjujesz.
- Czyżby to była presja?
- Takie jest życie.
Wzruszyłam ramionami i znowu powiodłam wzrokiem po otaczających mnie drzewach. Zatrzymałam się i wsłuchałam w otaczający rozkoszny hałas. Gdyby nie fakt, że nie słyszałam odgłosów towarzyszącego mi psa, poddałabym się ogarniającej mnie euforii. Znowu byłam sama. Odwróciłam się i zamarłam w bezruchu, widząc idącego w moim kierunku mężczyznę. Obok niego posłusznie podążał Ciapek.
- A to co?
Nikt mi nie odpowiedział. Gwizdnęłam przeciągle, ale nie poskutkowało. Pies przekrzywił zabawnie głowę, ale wciąż kroczył obok nowo poznanego człowieka. Nie mogłam uwierzyć. Odrętwienie ustąpiło. Skądś znałam tę sylwetkę, widziałam ją już wcześniej. Ta myśl nie przyniosła jednak ulgi. Wręcz przeciwnie. Wokół zrobiło się ciasno. I szczerze? Z ogromną tęsknotą pomyślałam o jakiejś samotni w głębi lasu, do której tylko ja miałabym dostęp. Zatrzymałam się, gotowa w każdej chwili uciec. Czekałam. Intruz wreszcie przystanął przede mną.
Miał na imię Michał. Znałam go z uczelni. Spotykaliśmy się na kilku zajęciach, no i w lesie. Już kiedyś dostrzegłam go podążającego moim śladem. Czasami udawało mi się ukryć przed jego wzrokiem, innym razem byłam skazana na jego towarzystwo. Zupełnie jak w szkole. Widywałam go na korytarzu, czasami podpierał ścianę i czytał coś, a innym razem siedział na trybunach. Zupełnie jak ja podczas zajęć sportowych.
- Cześć, Sonia - rzucił i uśmiechnął się delikatnie. Nie czuł się zbyt pewny siebie. Popatrzyłam na psa. Siedział przy jego nodze ze ślepiami wpatrzonymi w znalezisko, jakim okazał się Michał.
- Cześć! Chciałoby się rzec: cóż za zaskakujące spotkanie? Co zrobiłeś z moim psem?
- Nic, naprawdę nic. Przyszedł do mnie.
- A co robisz w lesie? Nie powinieneś być na uczelni?
- To samo pytanie mógłbym zadać tobie. Dlaczego nie poszłaś na zajęcia?
- A skąd wiesz, że nie poszłam? Ja studiuję programowanie, a ty technologie internetowe, co znaczy, że mamy tylko kilka zajęć razem. A dziś zaledwie dwie godziny i to po dwunastej.
- Zawsze, kiedy pada deszcz, ciebie nie ma na uczelni. Nie muszę sprawdzać, choć robię to.
- Czy to czegoś dowodzi?
- Chętnie bym się dowiedział.
Pomyślałam, że jest niezwykle dociekliwy i bezpośredni.
- Stałam się tematem twojego ćwiczenia? Badasz reakcje ludzi w oparciu o wpływ internetu na ich życie?
- Wydawało mi się, że rozmawiałaś z kimś.
Rozejrzał się i znowu uśmiechnął, pomijając moją uszczypliwą uwagę.
- Śpiewałam pod nosem.
- Rozumiem.
- Dobrze, dziękuję za przyprowadzenie psa. Muszę już iść, mam trochę spraw do załatwienia. Do zobaczenia na uczelni.
Wyglądał na niepocieszonego. Minęłam go i uderzyłam dłonią w udo, przywołując Ciapka. Ten jednak ani drgnął.
- Chodź, Ciapo - warknęłam na niego zniecierpliwiona, a w odpowiedzi usłyszałam popiskiwanie. Pies położył się na ziemi obok Michała.
- Naprawdę nie wiem, co się dzieje. Może mnie lubi?
- Może.
- Wrócę z tobą. Wtedy i pies pójdzie za nami.
- Niezwykle przebiegłe zagranie.
- Nie posądzasz chyba psa o przejawianie tak złożonych zachowań? - zażartował i uderzył dłonią w udo. Ciapek podniósł się i przywarł do jego nogi, wpatrując się przed siebie.
- Psa? Nie, psa nie posądzam o takie zagrywki.
Ruszyłam przed siebie niezadowolona, że tak szybko przyszło mi zakończyć spacer.
Szliśmy w ciszy. Nie chcąc tracić przyjemnego nastroju, w jaki udało mi się wprowadzić, zanim spotkałam Michała, dotykałam liści mijanych drzew wyciągniętą dłonią. Bardzo szybko stała się wilgotna od wody. Ciapek szedł pomiędzy nami, sapiąc ciężko. Gdybym nawet mogła zamieszkać w lesie, z pewnością nie zabrałabym ze sobą psa. Nigdy nie czułam do psów tej samej afektacji, jaką darzyłam koty. Psy są według mnie nachalne, gotowe oddać całego siebie w akcie miłości do człowieka. Koty zaś cechuje powściągliwość. Jeśli nie mają ochoty na pieszczoty, po prostu ich nie okazują. Zupełnie jak ja. To miał być udany dzień; spacer, od którego oczekiwałam oczyszczającej przyjemności. Niestety chwila ta została zakłócona obecnością Michała. Zerknęłam na niego i przezornie odsunęłam się na bezpieczną odległość. Nie dość, że zasypał mnie pytaniami, wdarł się do mojego bezpiecznego świata, to jeszcze zrobił coś z psem.
Szybko weszłam na podwórko i zatrzasnęłam furtkę. Chłopak został po drugiej stronie. Bez słowa odprowadzał mnie wzrokiem. Ostatni raz zerknęłam w stronę lasu. Wyłowiłam pomiędzy wysokimi tujami porastającymi naszą działkę skrawek nieba nad lasem i zniknęłam wewnątrz domu. Nalałam do miski wody i wystawiłam psu za drzwi. Michał wciąż stał za furtką i patrzył.
- Dziękuję ci. Do zobaczenia na uczelni.
Znowu ten uśmiech. Skinął mi i wsunąwszy ręce w kieszenie, ruszył przed siebie. Weszłam do pokoju i odprowadziłam go wzrokiem do zakrętu. W moim otoczeniu znowu zapanowała harmonia. Przeniosłam spojrzenie na straszący po przeciwnej stronie hotel i rozczulona zagłębiłam się w swoim świecie.