PRZEDMOWA
Czytelnik, który weźmie tę książkę do ręki, powinien dobrze zdać sobie
sprawę, że autor tych wspomnień stał się w polskim ruchu podziemnym
postacią niezwykłą i wyjątkową. Ronald Jeffery, Anglik, który dostał się
do niewoli niemieckiej, zbiegł z kolegami z obozu jenieckiego w Łodzi do
Warszawy i tam wstąpił na ochotnika do Armii Krajowej, jest niewątpliwie
nie tylko jedną z najbardziej kolorowych, ale także heroicznych postaci
polskiego ruchu podziemnego. Odznaczył się wręcz szaleńczą odwagą, wobec
której bledną wyczyny Kmicica i Skrzetuskiego.
Miał talent do języków obcych. Prócz angielskiego znał francuski i niemiecki. W Warszawie bardzo szybko nauczył się mówić po polsku. Wywiad
Armii Krajowej szybko się na nim poznał. Rony został zaprzysiężony,
przeszedł odpowiednie przeszkolenie i został pracownikiem wywiadu.
Austriackim i niemieckim szpiegom, dostarczającym nam wiadomości,
imponował bezpośredni kontakt z autentycznym agentem brytyjskiego
Intelligence Service. Jeffery nigdy nim nie był, ale w tej roli nasza
Dwójka wysyłała go do Pragi, Wiednia i Hamburga. Każda taka wyprawa z fałszywymi dokumentami łączyła się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem.
Aresztowanie i śmierć czyhały na każdym kroku, ale Anglik w polskiej
służbie nie znał uczucia lęku. Przeżywał przygody, które mogą się
wydawać wręcz nieprawdopodobne, a jednak były prawdziwe. Rony stał się
legendą. Odznaczony został przez dowódcę Armii Krajowej Krzyżem
Walecznych, co zdarzało się wówczas niezmiernie rzadko.
Kiedy powróciłem do Warszawy z mojej pierwszej wyprawy do Szwecji i szykowałem się do następnej, do Londynu, zbierałem ładunek informacyjny
o sytuacji w Polsce, którym miałem się wkrótce podzielić z władzami
polskimi i brytyjskimi po dotarciu do mety. Nie pamiętam, kto mi zwrócił
uwagę, że warto porozmawiać z Anglikiem, który działa w naszym wywiadzie
i odznacza się niezwykłą inteligencją. Jego przyjaciel, Szkot Thomas
Muir, uczył mnie angielskiego. Jeśli mnie pamięć nie myli, zaprowadziła
mnie na miejsce spotkania łączniczka Komendy Głównej "Magdalena" (Zofia
Straszewska). Pamiętam po dziś dzień tę schadzkę, gdzieś na rogu placu
Dąbrowskiego i Kredytowej. Zapamiętałem, że Rony był w popielatej
cyklistówce i miał szalik w kratkę. Zachowywał się z rezerwą właściwą
Anglikom i okazywał pewną powściągliwość. Mówił po polsku całkiem
nieźle, ale z wyraźnym akcentem. Powiedziano mi, że ma fałszywe
dokumenty z polskim nazwiskiem, więc ten akcent musiał niebezpiecznie
zwracać na niego uwagę. Pomyślałem, że jako rodowity Anglik i podoficer
brytyjskiego pułku piechoty będzie miał wśród Brytyjczyków o wiele
większą wiarygodność od Polaka. Na odprawie u Bora-Komorowskiego 23
sierpnia 1943 roku zaproponowałem, że wezmę ze sobą do Anglii
Jeffery'ego. Obecny na odprawie szef sztabu AK generał Tadeusz
Pełczyński sprzeciwił się temu ze względów bezpieczeństwa i zaproponował, abym zabrał ze sobą jego list opisujący zwięźle walkę
Polaków z okupantem. List w mikrofilmie mógłbym włączyć do mojej
kurierskiej poczty. Tak się też stało. Jeffery'ego już nie zobaczyłem,
ale sprawa została załatwiona przez łączniczkę. List, w którym była mowa
między innymi o zagładzie dwóch milionów Żydów, zaadresowany był do
londyńskiego "Timesa". Dziennik odmówił ogłoszenia go, zasłaniając się
troską o bezpieczeństwo ukrywających się w polskim podziemiu jeńców
brytyjskich.
Zanim jeszcze dotarłem do Londynu, Oddział Szósty Sztabu Naczelnego
Wodza otrzymał wiosną 1943 roku depeszę od "Kaliny" (generała Stefana
Roweckiego) z gratulacjami dla pułku Royal West Kent Regiment
dotyczącymi jego wychowanka Ronalda Clarence'a Jeffery'ego, i propozycją
awansowania go do stopnia podporucznika Armii Brytyjskiej. Generał
uzasadnił swój wniosek aktywnością Jeffery'ego, która zyskała mu pełne
zaufanie przełożonych.
Żaden inny Anglik ani Polak nie został wyróżniony taką pochwalną
depeszą.
Zorientowałem się w Londynie, że wobec sowieckiej kampanii propagandowej
kwestionującej istnienie i walkę AK sprowadzenie Jeffery'ego do Londynu,
gdzie byłby jako Anglik świadkiem o wiele bardziej wiarygodnym od
Polaka, jest sprawą wielkiej wagi. Nie chcąc narazić się Sowietom,
Anglicy odmówili wysłania do Polski misji wojskowej, której meldunki
miałyby olbrzymie znaczenie. Ronald Jeffery stał się niejako
nieoficjalną jednoosobową obserwacyjną misją brytyjską w Polsce.
Zdołałem przekonać o tym oficerów dla Polski życzliwych brytyjskiego
SOE. Czternastego lutego 1944 roku SOE wysłało do dowódcy Szóstego
Oddziału depeszę następującej treści (w tłumaczeniu na polski):
OS.L.dz.1207-14 lutego 1943
Badamy obecnie dane kaprala Jeffery'ego z Królewskiego Pułku Zachodniego
Kentu. Jak Panu wiadomo, przebywa on od bardzo dawna w Warszawie. Jak
słyszymy, współdziała z Komendą Główną armii podziemnej. Jak się
dowiadujemy, pochodzi z dobrej rodziny z klasy średniej, jest
wykształcony i inteligentny. Uważamy, że powinien być sprowadzony do
Anglii i że może udzielić dużo informacji o armii podziemnej.
Ostatnia wizyta Nowaka i jego rozmowy z osobistościami angielskimi
okazały się niezmiernie pożyteczne. Prawdopodobne jest, że gdy jego
śladami przybędzie tu obserwator brytyjski i powtórzy wszystko to, co
opowiedział Nowak, będzie to bardzo przekonywające.
Czy zatem byłaby możliwość sprowadzenia tu kaprala Jeffery'ego przez
operację "Wildhorn".
(Chodziło o podjęcie go z Polski samolotem brytyjskim lądującym w okupowanej Polsce. Kryptonimem polskim tej operacji był "Most").
Podpisane: Pickles
Major
Stosując się do prośby Anglików, pułkownik Michał Protasewicz wysłał 16
lutego 1943 roku następujący radiogram:
Postarajcie się wysłać Hudsonem Anglika kaprala Jeffery'ego, który
pracował z Nowakiem. Będzie potrzebny do zwalczania propagandy.
Jeffery nie czekał jednak, aż go Polacy wyślą. W tydzień zaledwie po
wyjściu tej depeszy pułkownik Protasewicz wezwał mnie, abym niezwłocznie
stawił się na Belgrave Square, w siedzibie Szóstego Oddziału. Jakież
było moje zdumienie, gdy w jego gabinecie czekał na mnie Rony we własnej
osobie. Powściągliwego jak zawsze Anglika przywitałem z wylewną
serdecznością. Anglicy z SOE mieli zorganizować mu spotkanie z ważnymi
osobistościami w Rządzie Jego Królewskiej Mości. Zaczęli od ambasadora
przy rządzie polskim sir Owena O'Malleya.
Nie lada wstrząs spotkał mnie, gdy po kilku tygodniach po raz drugi
wezwany zostałem na Belgrave Square. Czekało mnie dwóch panów z SIS
(Special Intelligence Service), by mi oznajmić, że Ronald Jeffery okazał
się podwójnym agentem. Został przerzucony z Polski do Szwecji przez
niemiecki wywiad. Na poparcie tego oskarżenia zostałem poinformowany z wszystkimi szczegółami o przebiegu wyprawy Jeffery'ego z Warszawy przez
Danię do okupowanej Norwegii, a stamtąd w roli uchodźcy przerzuconego
przez Niemców przez zieloną granicę do Szwecji. Opis ten dokładnie
zgadza się z tym, co czytelnik znajdzie w tej książce, z pominięciem
faktów, które przeczyły straszliwemu oskarżeniu. Trudno mi było
uwierzyć, by człowiek, który narażał dla Polski własne życie, mógł być
zdrajcą. Byłem zgnębiony i osłupiały. Wierzyłem jednak ślepo, że to, co
mówi angielski kontrwywiad, musi być prawdą. Powiedziano mi, że
informacje o przebiegu podróży Jeffery'ego pochodzą od niego samego, i zapytano mnie o opinię, czy moim zdaniem jego opowiadanie jest zmyślone.
Odpowiedziałem, że historia o niemieckim wysokim dygnitarzu niemieckiego
wywiadu, który organizuje jeńcowi angielskiemu przerzut do Anglii, bo
chce przejść na jej stronę, wydaje mi się wręcz niesamowita, ale
wszystko jest możliwe.
Wkrótce po zakończeniu wojny okazało się, że wypowiadając się w najlepszej wierze, popełniłem błąd, fatalny w skutkach dla naszego
angielskiego przyjaciela. Wkrótce po kapitulacji Niemiec rozmawiałem z pułkownikiem Haroldem Perkinsem, szefem działu SOE na Polskę. Wobec
tego, co usłyszałem, sprawa Jeffery'ego ukazała się w zupełnie innym
świetle. Perkins i jego kolega major Truscoe nie wierzyli ani przez
chwilę, by Rony był na służbie wywiadu niemieckiego. Jego oskarżyciele
opierali się wyłącznie na tym, co on sam im opowiedział o sposobie
dostania się z Polski do Anglii. Gdyby rzeczywiście Jeffery był
niemieckim agentem - powiedział mi Perkins - złożyłby zupełnie inną
relację ukrywającą prawdę.
Ronald Jeffery - powiedział mi w największej tajemnicy pułkownik Perkins
- padł, podobnie jak ja, ofiarą intrygi antypolskich elementów w łonie
angielskiego wywiadu.
Moje własne przygody opisałem szczegółowo w Kurierze z Warszawy (s.
238-243). Na skutek zabiegów premiera Stanisława Mikołajczyka zgodził
się mnie przyjąć Winston Churchill. Wizytę poprzedzić miała rozmowa z osobistym asystentem premiera, majorem Desmondem Mortonem. Morton złożył
Churchillowi pisemny raport z tej rozmowy, który od początku do końca
fałszował moją wypowiedź w sposób, który miał mnie zdyskredytować.
Przyjęcie mnie przez premiera na Downing Street zostało odwołane. Raport
Mortona dotarł do SOE i tą drogą do Szóstego Oddziału. Nie straciłem
zaufania władz polskich, bo obecny przy rozmowie z Mortonem radca Józef
Zarański zaprzeczył kategorycznie, jakobym wypowiadał się w sposób
przypisywany mi przez najbliższego współpracownika premiera.
Jak powiedział mi Perkins, dokładnie to samo przydarzyło się Ronaldowi
Jeffery'emu. Ambasador brytyjski sir Owen O'Malley był pod takim
wrażeniem rozmowy z nim, że postarał się o zaproszenie go przez
Churchilla i Edena. Nic z tego nie wyszło. W momencie kiedy Ronald
Jeffery wyjeżdżał do letniej rezydencji Churchilla w Chartwell, został
nagle wstrzymany i wezwany na przesłuchanie przez kontrwywiad. Do
spotkania z Churchillem nie doszło. Jeffery - rzecz znamienna - dostał
zakaz kontaktowania się z prasą i wystąpień publicznych. Czyli został po
prostu "unieszkodliwiony". Perkins był przekonany, że w obu przypadkach
działała ta sama ukryta ręka. Żaden z nas obu nie podejrzewał wtedy
jeszcze, że tą "ręką" byli Brytyjczycy na służbie wywiadu sowieckiego.
W latach osiemdziesiątych pojawiły się w Wielkiej Brytanii całe tomy
rewelacji o sowieckich szpiegach w rządzie brytyjskim, zwłaszcza w wywiadzie. W roku 1984 londyński "Sunday Times" (22 lipca 1984) ogłosił
artykuł Barry'ego Penrose'a i Simona Freemana pod tytułem MI5 list
reveals its 21 Spy. Autorzy artykułu twierdzili, że odsłonięty został
zaledwie wątek ukrywanej prawdy. Spóźnione dochodzenia objęły 41 osób, z czego 21 wypadków uznano za udowodnione. Już w roku 1948 brytyjska
służba bezpieczeństwa ustaliła, że 16 podejrzanych było ponad wszelką
wątpliwość agentami wywiadu sowieckiego. Wielu z nich było wysokimi
urzędnikami w Foreign Office i w wywiadzie. Znalazł się na tej liście
asystent pułkownika Perkinsa w SOE - kapitan Armant Uhren, który miał w swojej pieczy sprawy polskie. Wraz z innym agentem aresztowany był przed
końcem wojny i skazany na siedem lat więzienia. Dotychczas nikt nie
ośmielił się zbadać działalności Desmonda Mortona, najbliższego
współpracownika i doradcy Churchilla.
W chwili gdy Stalin i jego propaganda oskarżali AK, że nie walczy z Niemcami, lecz morduje komunistów, pojawienie się w Londynie dwóch
naocznych świadków znających fakty z pierwszej ręki w osobie mojej i rodowitego Anglika Jeffery'ego było Sowietom szczególnie nie na rękę.
Jak już wspomniałem, zdołałem wybronić się przed Mortonem zarówno w oczach Anglików, jak i Polaków. Jeffery niestety był w trudniejszej
sytuacji. Niczego mu nie udowodniono i gdy tylko udało się sowieckim
wtyczkom udaremnić jego rolę świadka występującego wobec przywódców
Wielkiej Brytanii, parlamentu i prasy - dali mu spokój. Ronald Jeffery,
rozgoryczony krzywdą, jaka go spotkała z rąk rodaków, wyemigrował z własnego kraju i osiedlił się wraz ze swoją polską żoną i córeczką w dalekiej Nowej Zelandii.
Fascynujące wspomnienia Jeffery'ego odtwarzają niezapomniany nastrój
Warszawy w latach Polski Walczącej i są jedynym świadectwem tego, jak
walka AK widziana była oczyma cudzoziemca. Rony przestał być jednak
cudzoziemcem. Zakochał się nie tylko w Polce Marysi, przyszłej żonie i matce jego córeczki, która ukrywała go w Warszawie. Zakochał się w Polsce i Polakach. Pisze o nich z głębokim sentymentem. O tę Polskę
walczył na polskiej ziemi, narażając na każdym kroku własne życie, które
był gotów za nią oddać. Narażał się nieustannie na aresztowanie, tortury
śledztwa i śmierć. Jego przygody opisane w tej książce to jedno pasmo
cudownych ocaleń.
Jeffrey bardziej zasłużył na miano bohatera aniżeli jakikolwiek
cudzoziemiec walczący w polskich szeregach w kraju czy poza krajem.
Zasłużył na najwyższe polskie odznaczenie wojskowe Virtuti Militari, ale
nigdy go nie dostał.
Słowa te dyktuje mi chęć uczczenia i utrwalenia w pamięci bohaterskiego
Anglika, który na ochotnika służył Polsce i nie otrzymał za to żadnej
nagrody.
Jan Nowak-Jeziorański
WSTĘP
Chociaż bardzo bym chciał, nie mógłbym podnieść prawej ręki i przysiąc,
że ta relacja o II wojnie światowej to prawda i tylko prawda. Wiele
okoliczności dotyczących opisywanych zdarzeń nigdy nie ujrzy już światła
dziennego. Leżą pogrzebane i rozrzucone w niezliczonych grobach i w świadomości ludzi na całym świecie, niemożliwe do scalenia w jeden pełen
i jasny obraz.
Moją własną drogę przez ten wielki konflikt mam w pamięci zachowaną
wiernie, pamiętam też wiele doświadczeń i zdarzeń, których los uczynił
mnie uczestnikiem lub świadkiem. Przyznaję jednak, i proszę o wyrozumiałość w tym względzie, że znajduje się tu wiele niezamierzonych
i nie do ominięcia niedokładności spowodowanych kruchością pamięci i czasem, jaki upłynął od tych wypadków. Prowadzenie notatek na terytorium
wroga nie jest wskazane, a po czterdziestu latach nawet najlepsza pamięć
może zawodzić co do godzin zdarzeń, dni, tygodni, a czasem nawet
miesięcy. Sama istota pracy w podziemiu w czasie wojny ogranicza
precyzję zdawania relacji z przebiegu wypadków. Poszczególne osoby
prowadziły możliwie skąpe notatki, a najbardziej bezpiecznym sposobem
porozumiewania się były rozmowy. Przekazywanie fałszywych informacji,
zarówno przyjaciołom, jak i wrogom, było powszechne. Wspólnicy, którzy
wpadli w ręce wroga, nie mogli więc zdradzić niczego o doniosłym
znaczeniu, ponieważ to, co wiedzieli i co mogłoby zostać z nich wydarte
przemocą, nie było prawdą. I to jest kolejna przyczyna ograniczeń
autentyczności moich wypowiedzi.
Ze swej strony, kiedy to tylko było możliwe, zniekształcałem informacje
o sobie, i tak, kiedy mieszkałem w jednej dzielnicy okupowanej Warszawy,
starałem się robić wrażenie, że mieszkam w zupełnie innej. Kiedy
wyjeżdżałem do Berlina, mówiłem, że udaję się do Wiednia, a kiedy
jechałem w rzeczywistości do Hamburga, Praga była kodem miejsca
docelowego. W ostatniej podróży do Anglii w 1944 roku dla wszystkich
trasa moja wiodła przez Austrię i Szwajcarię. Tylko jedna osoba,
architekt całej tej wyprawy, wiedziała, że naprawdę miałem jechać przez
Niemcy, Danię, Norwegię i Szwecję, i tak też było.
Mówię dosyć dobrze po francusku. Większość moich wspólników i przyjaciół, gdyby ich złapano i wymuszono zeznania, podałaby, że
podróżuję po Europie, udając Francuza pracującego dla Niemców. W czasie
wojny podróżowałem jednak, udając od czasu do czasu Niemca, Polaka,
Litwina, a nawet Rosjanina, zwolennika białych. Nigdy nie używałem
francuskich dokumentów.
Wiele z tego, co zostało opublikowane o świecie szpiegowskim, powstało
pod wpływem takich praktyk i trzeba o tym pamiętać, kiedy czyta się
publikacje autorów, którzy nie wiedzieli, jak licznym zniekształceniom
ulegały wiadomości, które do nich dotarły. Nie mam złudzeń, że tego
rodzaju wpływom ulegałem też ja.
Niezależnie od tego, że wiele nazwisk i miejsc po prostu zapomniałem lub
improwizowałem, co nie zmienia istoty rzeczy, niektóre z nich zmieniam z rozmysłem. Akcja rozgrywa się niekiedy również tam, gdzie nie ma jeszcze
prawdziwego pokoju, i dla wielu osób bezpieczniej jest, by nie podawać
ich prawdziwych nazwisk.
Opisy tu zawarte okrucieństw i cierpień, humoru i radości pochodzą z moich własnych obserwacji. Czas stępił mocno surowość ocen. Mało kto
potrafi zrozumieć wojenne namiętności i pasje, które w czasie pokoju
podlegają najostrzejszym ograniczeniom. Uwaga ta może wydawać się płytka
tym, którzy nigdy nie znaleźli się pod presją uczucia skrajnej
nienawiści, miłości ojczyzny, chęci zemsty czy wreszcie szalonego
podniecenia w danym momencie, powodujących działania zarówno
przerażające, jak i wspaniałe. Jeśli zaoszczędzone im było przeżycie tak
skomplikowanych doznań związanych z życiem i śmiercią, niech będą
wdzięczni za swój dobry los, którego historia poskąpiła wielu innym.
Mniej więcej w połowie wojny przejrzałem, jakie cele i metody stosuje
rosyjski komunizm. Do tego czasu, począwszy od lat studenckich,
zauroczony byłem na tyle, by wierzyć nieco mgliście, że nowa ideologia
może przynieść ogólny pożytek ludzkości. Natura ludzka już taka jest, że
wypacza takie ideologie i wcześniej czy później dostają się one pod
wpływy osób, które nie mają nic wspólnego ze szlachetnymi zamierzeniami
twórców.
Ujarzmienie i komunizacja Polski były sprawą podstawową spośród wielu
innych celów agresji sowieckiej. Walka Polaków i ich podziemnej Armii
Krajowej przeciwko Niemcom jest tematem dominującym tej książki,
Rosjanie jednak muszą także zajmować tu miejsce, jako że stali z boku,
podczas gdy ich potencjalni wrogowie osłabiali i wybijali się wzajemnie.
Stosunek moich rodaków do mnie po powrocie w 1944 roku był wtedy dla
mnie zupełnie niezrozumiały. Rany spowodowane tą niesprawiedliwością
zagoiły się, ale od czasu do czasu powodują jednak ból. Takie
potraktowanie mnie to wynik wpływów, jakie mieli wysoko postawieni i dobrze okopani komuniści w szeregach brytyjskiej wojskowości i służby
cywilnej. Z wielu przyczyn nie mogłem być zaakceptowany przez tych
zdradzieckich panów. Nie dbam o to, że moje niezbyt uprzejme uwagi o Sowietach mogą pociągnąć za sobą dalszą krytykę i narobić mi wrogów,
wprost przeciwnie, każde takie ich działanie będę uważał za komplement.
Relacja o moich losach po powrocie z kontynentu dotyczy wywiadu
brytyjskiego, jak i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Nieprzyjemnie jest
o tym mówić patriocie. Wiele z tych spraw udokumentowanych zostało w tej
książce, inne wcześniej zostały już podane do publicznej wiadomości.
Jeśli spojrzy się z pewnej perspektywy, stopień sowieckiej penetracji
przez agentów działających w Wielkiej Brytanii osiągnął stopień plagi.
Teraz, kiedy wojenne przymierza należą do przeszłości, w mniej
przychylnych warunkach, termity drążą głębiej struktury demokratyczne,
mnożą się i wzmacniają zdradzieckie wpływy. Kompetentni dziennikarze
ujawnili nazwiska zdrajców, którym darowano winy po ich zdemaskowaniu.
Procesy o zdradę i związany z tym rozgłos, który mógłby obnażyć więcej
zrakowacenia, zostały zaniechane w wyniku tego dość niezwykłego, ale
dobrze obliczonego precedensu. Duże znaczenie miała prawdopodobnie chęć
zachowania obrazu brytyjskiej integralności, tak utrwalonego w światowej
opinii. Cała ta strategia ukrywania wywołała niepokojący efekt - prawie
każdy, kto był związany w jakiś sposób ze światem dyplomatycznym lub
szpiegowskim, to osoba podejrzana. Kto zgadnie, ile nazwisk ukrywa się i znajduje ochronę w wyniku takiej polityki? Niektórym udało się uciec od
wszelkich podejrzeń i są teraz na emeryturze lub zmarli, ale ilu dobrze
zakamuflowanych i protegowanych ich następców służy sierpowi i młotowi w demokratycznym społeczeństwie?
Zamieściłem w tej książce szereg dokumentów i ilustracji, które
podnoszą, mam nadzieję, wiarygodność narracji.
Kiedy zabrałem się za pisanie tych wspomnień, zainteresowałem się
bardziej różnymi opowiadaniami wojennymi. Autorzy literatury
dokumentalnej i beletrystycznej z fascynującymi szczegółami opisują
często stosowane w wywiadzie metody, które mają na celu przechytrzenie
wroga. Roztropność, do której przywiązywałem dużą wagę, wymaga, by
najbardziej skuteczne operacje nieco zamaskować lub nawet ich opis
pominąć, dopóki nie pojawią się w podręcznikach szpiegostwa. Tę
procedurę stosuję w całej książce. Moim zdaniem powinno to być
obowiązkowe.
Osoby, które czytały tę książkę przed opublikowaniem, bardzo pomocne
maszynistki i inni, którym jestem niezmiernie zobowiązany, komentowały
często mój styl pisania po angielsku. Wielu wyczuwało czy wykrywało
pewną obcość w moim stylu pisania. Zaznaczam, że moim językiem
macierzystym jest język angielski. Kiedy miałem jedenaście lat i zacząłem chodzić do szkoły średniej, uczyłem się dwóch języków obcych -
francuskiego i niemieckiego. Później moje kontakty z tymi językami, a także innymi, pogłębiły się. Bez biegłości w posługiwaniu się polskim i niemieckim ta autobiografia nie zostałaby napisana. Mówienie obcymi
językami zawsze było dla mnie źródłem przyjemności i sprawiało mi
satysfakcję. Na terytorium wroga nie należało do przyjemności być
uważanym za swojego, ale opłacało się to nawet bardziej niż w czasie
pokoju. W spokojnych czasach błędy językowe są wybaczalne i często
zabawne. W czasie wojny można było zapłacić gardłem za omyłkę w użyciu
czasownika nieregularnego lub za wadliwą wymowę. Była to silna zachęta,
aczkolwiek niepolecana w celu doprowadzenia wymowy do doskonałości.
Wygląda więc na to, że długotrwałe używanie na co dzień w mowie i piśmie
obcych języków wpłynęło na mój angielski.
Ten nieco poważny wstęp nie oddaje stylu całości. Miłość i śmiech to
także części tej książki, i jeśli zainteresowałem czytelnika do tego
miejsca, jest szansa, że zainteresowaniem będzie darzył tę książkę do
końca. Na koniec, tym razem bez żadnych zastrzeżeń, słowo do polskich
kobiet, w ich własnym, pięknym i bohaterskim kraju i tych rozrzuconych
po krajach za siedmioma morzami: pamięć o waszej dzielności, lojalności,
umiejętności współczucia, wreszcie waszej piękności nigdy nie umrze.
Wszystkim wam i każdej z osobna dedykuję tę książkę. Niech wam sprawi
przyjemność taką, jaką mnie sprawiło jej pisanie.
RON JEFFERY
Nowa Zelandia, 1984
W poprzednim wstępie pisanym rok temu podkreślałem konieczność ukrycia
prawdziwych danych osobowych wielu polskich towarzyszy walki. Niektórzy
z nich jeszcze żyją w Warszawie. Biorąc pod uwagę, że Polacy znów
otwarcie walczą o wolność, jest rzeczą podwójnie konieczną, by nie
naprowadzić tajnej policji komunistów na ich ślad czy na ślad ich
rodzin. Z tego względu wprowadziłem kolejne zmiany niektórych nazwisk,
miejsc i dat. Sama opowieść, mimo podjętych środków ostrożności, jest
prawdziwą informacją o zdarzeniach, które naprawdę miały miejsce.
RON JEFFERY
Nowa Zelandia, 1985
WPROWADZENIE
Mój ojciec, urodzony w Anglii, żeglarz od lat najmłodszych, wylądował w Nowej Zelandii, gdzie na zapadłym Wybrzeżu Zachodnim Wyspy Południowej
został górnikiem w kopalni węgla. Dla niego i tysięcy podobnych wybuch
pierwszej wojny światowej był przez niebo zesłaną okazją oderwania się
od wielogodzinnego wyrąbywania węgla w podziemiu prymitywnej kopalni.
Nie należy sądzić, że wstąpienie ojca do szeregów nie było motywowane
głównie patriotyzmem. Land of Hope and Glory w jego wykonaniu zawsze
uciszało słuchaczy dzięki wspaniałemu tenorowi i przekonywającej
szczerości inspirującej jego śpiew. Oddział Strzelców Konnych opuścił
port w Wellingtonie pod koniec 1914 roku. Po kampanii pod Gallipoli
ranni, którzy przeżyli, mój ojciec między nimi, przybyli na leczenie do
ojczyzny, co stanowiło kontrybucję Anglii dla Anzac za wysiłek wojenny.
Bolesną ceną zapłaconą przez ojca była sztywna prawa noga, którą mógł
się jakoś posługiwać dzięki szczudłu. W talii przepasywał się skórzanym
pasem, do którego przymocowane były dwa żelazne pręty, po obu stronach
sztywnej nogi. Pręty te wchodziły do otworów w olbrzymim czarnym bucie
ortopedycznym. Kiedy byłem młodym chłopcem, widok tego buta z podwyższonym obcasem dla wyrównania skróconej nogi działał na mnie
dziwnie przygnębiająco.
W czasie rekonwalescencji w Londynie mój ojciec poślubił Trevethan,
dziewczynę z Devon o kruczoczarnych włosach. Ja pojawiłem się na scenie
w 1917 roku, urodzony, jak wieść rodzinna głosi, w czasie nalotu
zeppelina. Okoliczności tej nie zanotowano w swoim czasie. W latach
późniejszych doceniłem atrakcyjność mojej mamy. Zrozumiałem też, jak
wielkimi zaletami musiał odznaczać się mój ojciec, skoro mimo swego
kalectwa potrafił zdobyć tak piękną kobietę. Mama była dobrą pianistką.
Głos ojca i jej gra mogły stanowić podstawę długiego i szczęśliwego
małżeństwa. W kilka lat po mnie pojawiła się moja siostra Eileen, też
tak czarnowłosa jak matka.
Mieszkaliśmy w tym czasie w Londynie, gdzie ojciec, mimo sztywnej nogi,
rozpoczął prowadzenie interesów. Utrzymywał rodzinę, sprzedając mleko na
jednym z najbiedniejszych przedmieść. Każdego dnia jak rok długi wstawał
o trzeciej rano i kuśtykał do komórki, do której hurtownik dostarczał
kilka baniek z mlekiem. Zawartość tych baniek przelewano do małych
kanek, którymi obwieszone były boki trójkołowego wózka ręcznego. Reszta
mleka mieściła się w wypolerowanym mosiężnym pojemniku majestatycznie
umieszczonym pośrodku wózka. Z kurka w tym pojemniku płynęło mleko do
dzbanków i innych naczyń podstawianych przez gospodynie domowe
przywoływane gromkimi okrzykami ojca; "Milko!", kiedy pchał ulicami swój
wózek wraz z jego płynnym ładunkiem. Po tak wczesnym rozpoczęciu pracy
ojciec przychodził po lunchu do domu na dobrze zasłużoną drzemkę.
Zachowywaliśmy się wtedy cichutko. Ojciec, głowa domu, zasłużył na
odpoczynek. Mieszkaliśmy wtedy na zakopconej ulicy, gdzie każdy dom
przylegał do sąsiedniego w obskurnym rzędzie. Na parterze był pokój
frontowy i kuchnia ze zlewem, a na piętrze dwie sypialnie. Ubikacja była
na maleńkim podwórku, gdzie zimą bywało mroźnie. Nie było łazienki. W pomywalni wisiała cynkowa balia, którą zajmowaliśmy, jednego dnia ja,
drugiego siostra, przed pójściem spać. Ojciec zawsze nam śpiewał, zanim
spokojnie zasypialiśmy w atmosferze rodzinnej miłości. "Dobranoc, oto
idzie dream man, a dzieci biegną na górę, zakładają nocne koszulki i odmawiają paciorek" - śpiewał pięknie, pełen serdeczności i dobrego
humoru. Rodzina go uwielbiała.
Przedsiębiorstwo ojca rozwijało się pomyślnie. Ojciec już nie pchał
wózka. Zajmowali się tym dwaj czy trzej ludzie, zostawiając mu czas na
prowadzenie sklepu przy głównej ulicy w New Cross w południowym
Londynie. Mieszkaliśmy na zapleczu sklepu w mieszkaniu niewiele lepszym
od poprzedniego. W dalszym ciągu nie mieliśmy łazienki, ale wychodek na
podwórku nie był tak wystawiony na niedogodności pogody. Było to małe,
ciche pomieszczenie, w którym można było czytać i mocować się ze słowem
pisanym, i skoncentrować się znacznie lepiej, niż na zapleczu bardzo
ruchliwego sklepu, co dla ośmioletniego chłopca było bardzo ważną
sprawą. Sklep był otwarty codziennie do późnego wieczoru z wyjątkiem
niedziel, a hałas od przejeżdżających pociągów wręcz ogłuszał i wstrząsał całym budynkiem od fundamentów. Ta część Londynu była
zbiorowiskiem ponurych, rozwalających się sklepów i domów z brudnymi
oknami. Stwarzało to ogólną atmosferę opuszczenia i oczekiwania na
ostateczny rozkład.
Nasz sklep wyróżniał się z otoczenia. Moi rodzice pomalowali front na
oślepiająco biało i raz w tygodniu przychodził człowiek do mycia dużego
okna wystawowego. Nasze podwórko także się wyróżniało. Jak tylko okiem
sięgnąć, było inne od wszystkich nędznych podwórek. Rosło na nim drzewo.
Nie jakiś tam zaduszony dymem skarłowaciały krzew, ale wspaniała,
zdrowa, pełnokrwista brzoskwinia sięgająca do samego nieba. Z mojego
okna w małym tylnym pokoiku sypialnym na piętrze nie mogłem się na nią
napatrzeć. Kiedy przeprowadziliśmy się do mieszkania na zapleczu sklepu,
drzewo było gołe. Wróble obsiadały nagie gałęzie i nastroszonymi
piórkami odpędzały zimowy chłód. Czułem coś wspólnego z nimi jakby w oczekiwaniu na porwanie w dal, do lepszego życia. Ciągle lubię wróble,
te małe, sprawne, praktyczne życiowo ptaszki, cockneye pierzastego
światka. Wraz z ociepleniem się na wiosnę nastąpiło wspaniałe
przeobrażenie. Pąki na moim drzewie napęczniały wyraźnie z nieśmiałymi
przebłyskami zieleni starającej się uciec z zimowego zamknięcia. A cóż
to za dziwny i frapujący dźwięk? Od dawna przywykłem do ćwierkania
wróbli. Teraz przeglądałem gałęzie, szukając sprawcy tego fascynującego
i często powtarzanego trelu i z radością i zdumieniem ujrzałem
niezapomniany widok. Oto samczyk zięby, lśniący kolorami, różowym,
zielonym, niebieskim, brązowym i białym, oznajmiał światu swoją miłość
życia i tęsknotę za kimś, z kim mógłby tę miłość dzielić. Jego
zaproszenie zostało przyjęte. Przylgnąłem w duchu do drobnego boku
ptaszka i odfrunąłem z nim w szeroki, zapraszający, wspaniały świat.
Drzewo wkrótce pokryło się masą białego kwiecia jakby śniegiem. Do jego
gałęzi przylatywały inni upierzeni goście. Niebieskie sikorki, szpaki i szczygły siadały w przelocie, dając podziwiającemu je i uważnemu chłopcu
pierwszy smak rozkoszy, których niewątpliwie jest bezmiar poza
otaczającym plugastwem. Miłość do wszystkich dzieci Matki Natury, która
nigdy mnie nie opuściła, dostarczała wiele radości. Miło jest myśleć, że
wspaniała, stara brzoskwinia, która samotnie przeżyła między ruderami,
stała się iskrą budzącą poważniejsze zainteresowania w rozwijającym się
chłopcu. To zainteresowanie wszystkimi stworzeniami było nie tylko
źródłem ciągłych przyjemności, ale też rozwijało zdolność obserwacji tak
ważną w latach, które miały nastąpić. Osoba niezainteresowana włóczeniem
się po polach i łąkach stwierdziłaby zapewne brak życia, podczas gdy
poszukujący w listowiu i gałęziach otwierał sobie nowy wymiar wiedzy i rozbudowywał zdolność obserwacji. Oczy nabierały zdolności skupiania się
i zgłębiania. Twarze łatwiej wychwytywać z tłumu. Pasażerowie tylnych
siedzeń mijającego samochodu i kierowca spostrzegani są natychmiast. Bez
spostrzegania nie ma reakcji. Tej właśnie zdolności spostrzegania i reagowania w ułamku sekundy potrzebowałem desperacko w przyszłości do
przeżycia, a zdobyłem ją dzięki temu wczesnemu treningowi.
Moja siostra i ja chodziliśmy do szkoły parę minut pieszo od naszego
domu. Żeby się tam dostać i wrócić, trzeba było pokonać bardzo ruchliwą
główną ulicę. Dopóki nie skończyłem dziesięciu lat i nie mogłem jeszcze
zaopiekować się siostrą, przeprowadzano nas rano przez ulicę i odbierała
nas ze szkoły po południu jedna z dziewczyn pracujących w znacznie
większym teraz sklepie. Była to szkoła podstawowa pod zarządem
Londyńskiego Okręgu Administracyjnego (London County Council), ponury
gmach z czerwonej cegły i betonu. W późniejszych latach, przechodząc
koło więzień, myślą wracałem do pierwszych skojarzeń z edukacją
przewidzianą dla biednych. Nie pamiętam, bym wyniósł wiele wiedzy z tej
pierwszej szkoły, wystarczało jednak, że zdobyłem podstawy czytania i pisania, by zachłannie czytać wszystko, co mi wpadło w rękę. Książki o zwierzętach i ptakach, o morzu, o piratach, o Billym Bunterze, o wszystkim, każde słowo pisane pochłaniałem z zapałem. W 1927, mając
zaledwie dziesięć lat, przystąpiłem do egzaminów na stypendium (Junior
County Scholarship). London County Council dawało uczniom z biednych
domów i szkół możliwość wykazania się, a jeśli tego dokonali, pomagał
finansowo, by dalsze nauki pobierać w szkołach dziwnie nazywanych
szkołami publicznymi (public school). Każdy wie, że szkoła publiczna w Wielkiej Brytanii jest szkołą prywatną, ale nigdy nie zapomina się
nazywać ją szkołą publiczną. To jest oczywiście jedna z wielu rzeczy,
które odróżniają Anglików od mniej oświeconego świata.
Egzamin odbywał się w sobotę rano w wielkiej sali, gdzieś w południowym
Londynie, dokąd zaprowadziła mnie matka. Przez całą drogę tramwajem bez
przerwy powtarzała, że muszę się bardzo starać i jakie wspaniałe
perspektywy się przede mną otworzą, jeśli osiągnę sukces. Nie było dla
mnie jasne, jakie perspektywy miała na myśli, ale przykładanie do
oczekującego mnie egzaminu wagi życia i śmierci było bardzo denerwujące.
Chodziło o arytmetykę i angielski. Z pierwszą poradziłem sobie bez
problemu, ale to właśnie z angielskim miałem wyjątkowe szczęście.
Najważniejszym punktem było napisanie wypracowania o Marynarce
Królewskiej. Książki o korsarzach i Karaibach zawsze mnie absorbowały.
Morgan, Drake, Raleigh i Frobisher wypełniali moje sny. Łatwo było pisać
z entuzjazmem o tych dawno zmarłych bohaterach, którzy wyrąbywali drogę
do sławy i fortuny dla Brytanii i inspirować będą Brytyjczyków po wsze
czasy. Zdałem z obu przedmiotów i zdobyłem stypendium (Junior County
Scholarship). Od dnia egzaminu stypendialnego moja droga życiowa biegła
pod szczęśliwą gwiazdą. Z optymistycznym podejściem łatwiej odnieść
sukces i trzeba zawsze podchodzić z ufnością, by zwyciężyć. Bardzo ważne
jednak, by tak przygotować się na zwycięstwo, jak tylko okoliczności
pozwalają, i mieć pod ręką mnóstwo rezerwowej amunicji oraz pilnować,
żeby nie zamokła.
Wtargnięcie do szkół publicznych chłopców ze stypendiami, za których
koszta nauki pokrywała administracja, było nowością przyjętą niechętnie
przez synów bogatych rodziców. Dotąd oni byli jedynymi wychowankami tego
typu szkół, do których teraz dostęp stał się wolny. Rodzice nowych
zdobywców stypendiów, których nie stać było na zakup mundurków ani ubrań
oraz pokrycie innych niezbędnych kosztów, mieli prawo ubiegać się o dodatkową pomoc finansową od administracji po sprawdzeniu ich dochodów.
Ojciec z pewną obawą patrzył na listę kosztownego wyposażenia mnie do
nowej szkoły. Wydawało mu się, że jego dochody są zbyt wysokie, by
ubiegać się o dodatkowe fundusze na ubranie. Chociaż w przyszłości moi
rodzice wraz z rosnącym powodzeniem byliby w stanie pokryć i chętnie by
pokryli koszta mojego lepszego wykształcenia, które teraz otrzymywałem
za darmo, miałem szczęście w wieku jedenastu lat wejść w zupełnie nowy i inny świat. Moja wdzięczność dla filantropów spośród ojców miasta,
którzy umożliwili mi przejście do pełniejszego życia, stonowana jest
współczuciem dla tych, których nie inspirowało brzoskwiniowe drzewo na
podwórku i którzy skazani byli na wychowanie w londyńskich rynsztokach.
Jedenaście lat to był właściwy wiek na ucieczkę. Dostatecznie już
dorosły, by nie zapomnieć poprzedniego bytowania, i dosyć jeszcze
wczesny dla uformowania się i zasymilowania w nowej sytuacji.
Bycie stypendystą w szkole publicznej na pierwszym roku stwarzało pewne
trudności. Niektórzy uczniowie, zwłaszcza ci starsi, a także niektórzy z nauczycieli okazywali pewną wyższość w stosunku do intruzów ze
stypendiami. Po kilku podbitych oczach i rozciętych wargach nastawienie
to znikło, przynajmniej w stosunku do mnie. Powodzenie ojca niewątpliwie
pomogło w tej sprawie. Nasz pierwszy stary, używany samochód nie
dorównywał wspaniałym modelom, które czasami podjeżdżały pod szkołę, by
zrobić wrażenie na snobach. Posiadanie samochodu stanowiło punkt zwrotny
w życiu mojego ojca. Od czasu wojny miał tę uszkodzoną prawą nogę
skrępowaną w metalowej szynie, która ją zupełnie unieruchamiała, a prowadzenie samochodu wymagało poruszania chorą nogą. Szyna i ten
okropny bucior leczniczy zostały odrzucone. Nie wiem, gdzie podziała się
szyna, ale bucior czasami się pojawiał, tylko już nie jako postrach i zagrożenie czy galernicza kula u nogi. Ojciec się wyłamał i triumfował
nad diabelskimi siłami, albo tak mi się wydawało.
Przez następnych kilka lat główne przedmioty szkoły podstawowej
uzupełnione zostały chemią, fizyką i innymi skomplikowanymi sprawami, co
do których trudno mi było wzbudzić w sobie entuzjazm. Jak bezcelowe było
nakłonić młody umysł do strawienia wiedzy, do której nie miałem ani
uzdolnień, ani zamiłowania. Ta negatywna sytuacja wyrównana została na
szczęście czymś pozytywnym. Wszyscy chłopcy musieli uczyć się dwóch
języków obcych. Wybrałem francuski i niemiecki z pominięciem łaciny. Z dobrym uchem i umiejętnością naśladowania akcentu i intonacji osiągałem
niezłe wyniki w zakresie języków bez wysiłku, a z dużą przyjemnością.
Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jak dobrze się stało, że opanowałem
wówczas akcent, jakim mówiło się w szkołach publicznych, w odróżnieniu
od poprzedniego londyńskiego żargonu ulicznego. W skrajnych przypadkach
mówiony angielski wyższych klas bywa równie obrzydliwy jak dialekt
slumsów, nie ma jednak wątpliwości, że w społeczeństwie brytyjskim
pozycję społeczną i społeczną akceptację określa ściśle sposób mówienia.
Jednym słowem być bez grosza i posługiwać się prawidłową angielszczyzną
znacznie mniej ogranicza, niż być bogatym i mówić cockneyem. Sport
odgrywał zasadniczą rolę w moim życiu i regularne, sprawiające dużo
przyjemności uprawianie boksu, gra w krykieta, rugby, szczególnie to
ostatnie, bardzo pomagało w osiąganiu właściwych wyników nauczania.
Przenieśliśmy się do prywatnego domu, co było odbiciem prosperity ojca,
i życie na zapleczu sklepu mieliśmy dawno za sobą. Moja siostra Eileen,
piękna dziewczyna, dawno opuściła szkołę podstawową i podjęła naukę w lepszej szkole. Roztaczały się przed nami miłe perspektywy. Większość
wakacji szkolnych spędzaliśmy z rodzicami ojca w szekspirowskim
Warwickshire koło Stratfordu nad Avonem w sercu wspaniałych okolic,
gdzie moi dziadkowie mieli obszerną chatę w czarującej, nietkniętej
cywilizacją wsi. Włóczyliśmy się po malowniczych wiejskich okolicach, w pełni zaspokajając nasze zainteresowania i umiłowanie przyrody. Zdobycie
strzelby pozwoliło mi na zapoznanie się z polowaniem i zainteresowanie
to pozostało po dziś dzień. Później, w czasie wojny, w nieco perwersyjny
i skomplikowany sposób, polowałem na podniecającą najbardziej ze
wszystkich zdobycz, na człowieka. A jeszcze bardziej ekscytowało, kiedy
na odwrót, łup polował na mnie, wszystko oczywiście w ramach wielkiej,
pasjonującej gry życia. Pozostanie żywym i nierannym jest istotnym i permanentnym warunkiem przetrwania w tej grze. Moje zainteresowanie
Matką Naturą nie przestawało rosnąć. Chociaż wiele bażantów, kuropatw,
kaczek i królików zostało zastrzelonych podczas tych wakacji wiejskich i wysłanych do londyńskich przyjaciół, miłość z jednej strony i zabijanie
z drugiej wcale nie wydają się stać w niezgodzie. Świadomość, że ofiara
idzie do brzucha przyjaciela, była pewnym usprawiedliwieniem. W każdym
razie pewna selekcja jest dobra dla wszystkich gatunków, czasem też
człowieka, zakładając, że uczestniczy się w tym jako selekcjoner i że
liczba ofiar nie wymknie się niegodziwie spod kontroli lub samemu się
nie wpadnie, jak to bywa na wojnie.
Bażanty, kuropatwy i tym podobne były dobre, ale ja raczej zachwycałem
się gawronami, kawkami, sójkami i srokami, łobuziakami wśród tego
upierzonego towarzystwa. Ich zabawna nicponiowatość pociągała mnie do
tego stopnia, że zaprowadziła mnie na niezwykłą ścieżkę. Podczas pewnej
włóczęgi zauważyłem duży głóg rosnący pośrodku rozległego prywatnego
lasu, na którego brzegach umieszczono napisy "Wejście wzbronione pod
karą", co było oczywiście zaproszeniem do spenetrowania tego miejsca.
Posiadłość należała do jakiejś wielkiej persony zatrudniającej łowczego
z zawiesistym wąsem, w błyszczących sztylpach, do przeganiania takich
chłopców jak ja. Co za frajda. Głogi są pospolite w Warwickshire, ale
tego nigdy nie zapomnę. Ostrożnie posuwając się leśną ścieżyną i bacząc
na zasadzkę nieprzyjaciela, usłyszałem głęboki, brzęczący dźwięk jakby
olbrzymiej pszczoły ukrytej w poszyciu leśnym. Zmierzając w kierunku, z którego dochodził ten niepokojący dźwięk, poczułem też obrzydliwie
słodkawy zapach. Panując nad chęcią ucieczki, posuwałem się ścieżką w kierunku polany, na której stał ów gigantyczny głóg. Przyczyna
brzęczenia i tego ciężkiego, odpychającego odoru stała się szokująco
jasna. Drzewo było zawieszonym w powietrzu cmentarzem, ostatnim miejscem
spoczynku setek moich ptasich przyjaciół. Patrzyłem zdumiony. Ofiary
były zastrzelone lub schwytane w pułapki, rzucone na drzewo, upalowane
na jego ostrych cierniach, by gnić i rozkładać się, by żywić niezliczone
chmary os i much. Przyczyna tego dźwięku i odoru nigdy by mi nie
przyszła do głowy, gdybym nie widział tego na własne oczy. Jest tylko
jedno miejsce dla martwych stworzeń i jest nim ziemia. Parę lat później
poczułem ten zapach znowu, ale wtedy źródłem były ludzkie, a nie ptasie
zwłoki. Te odkryte ciała protestowały, że nie powierzono ich matce
ziemi. Piękne sroki, sójki i kawki, martwe nie dłużej niż dobę, wisiały
bezsilnie na drzewie w makabrycznym towarzystwie swoich przyjaciół w postępującym stadium rozkładu, których ciała zostały ciśnięte na drzewo
wcześniej. Było coś odpychającego, graniczącego z panicznym strachem, w tym, co docierało do moich uszu, oczu i nosa. Narastające uczucie
wściekłości opanowało mnie w stosunku do sprawców tej zbrodni. W człowieku istnieje żądza rozpasanego zabijania i chwyta się każdej
okazji, choćby bardzo drobnej, dla usprawiedliwienia i uzasadnienia
swojego sadyzmu. To ujawniło się wówczas przy tym głogu i widać to stale
na tym świecie, okrucieństwo człowieka w stosunku do zwierzęcia i człowieka w stosunku do człowieka.
Kiedy miałem czternaście lat, sport stał się ważną częścią mojego życia.
Reprezentować szkołę w rozlicznych drużynach różnych stopni, opuszczając
się w nauce innych przedmiotów z wyjątkiem francuskiego i niemieckiego -
to wystarczyło, by być zadowolonym i miewać się doskonale. W moim życiu
nastąpił punkt zwrotny, kiedy kolega szkolny, którego rodzina miała
piękną łódź, zapoznał mnie z żeglarstwem, zakaźną chorobą, na którą nie
ma lekarstwa. Pływałem na wielu łodziach różnego rodzaju i wielkości, od
czasu kiedy dostałem w prezencie od rodziców moją pierwszą,
czternastostopową łódź, dumę i radość, oczywiście po solennym
przyobiecaniu, że będę najlepszym z chłopców. Obietnice solidnej pracy i nienagannego zachowania były głębokie i szczere, zresztą kto by nie
przyobiecał szczerze stosować się do takich życzeń w zamian za
posiadanie ożaglowanej łodzi? Warto może zauważyć, że tam, gdzie
obietnice, traktaty i ustalenia są niezbędne między partiami, osobami
lub narodami nawet, podstawy i warunki do złamania tych przedsięwzięć
wydają się zawsze mocniejsze, niż to się wydawało podczas uzgadniania
sprawy. Związki polegające na uczciwym zaufaniu i przyjaźni nie
potrzebują podpisywania paktów o nieagresji i tym podobnych. Można
zrozumieć nazistów podpisujących traktat z Sowietami, ale między Wielką
Brytanią i Stanami Zjednoczonymi taki dowód formalnego braku zaufania
nie będzie nigdy potrzebny.
Niedaleko domu stara Tamiza, brudna i brunatna, toczyła się od morza i do morza, w górę i w dół (w wyniku przypływów i odpływów). Pomiędzy
magazynami i dokami, którymi zatłoczone było nabrzeże, miejscami
pojawiał się odkryty odpływem zamulony brzeg, umożliwiający dostęp do
wody. Takie miejsce znajdowało się koło Greenwich, trafnie zwane Dziurą
Bugsby'ego (Bugsby's Hole). Kimkolwiek by był ten Bugsby, służyło ono za
przystań dla mojego małego stateczku. Przy każdej możliwej okazji
pędziłem rowerem do Dziury, podnosiłem żagiel i wypychałem łódź w nurt
burzliwej rzeki. Żeglowanie w pojedynkę było trudne. Zmienne, porywiste
angielskie wiatry panowały na nabrzeżach i zdradliwe leje powietrzne
tworzyły się wokół budynków ciągnących się wzdłuż mętnej rzeki. Wiele
było wywrotek i sytuacji, kiedy trzeba było żaglówkę ponownie ustawić na
wodzie. Wiele padało ostrych słów, kiedy żaglówka wchodziła w drogę
małym i dużym statkom przemierzającym wody rzeki w górę i w dół, wiele
było trąbienia i grymasów... Sama radość, zwłaszcza że stosowano
demokratyczne prawo w słowie i w postępowaniu, że żagiel ma zawsze
pierwszeństwo w stosunku do maszyny.
W miarę jak poświęcałem coraz więcej czasu zajęciom pozaszkolnym, moje
zainteresowanie nauką jeszcze bardziej malało, ale z niewieloma tylko
nieprzyjemnymi konsekwencjami osobistymi. Moja dzielność w uprawianiu
ulubionych w szkole sportów powodowała, że nauczyciele tolerowali mnie i ułatwiali przechodzenie z klasy do klasy chętniej, niż miałoby to
miejsce w przypadku innej osoby coraz bardziej opuszczającej się w nauce.
Nic jednak nie pozostaje bez zmian i do tej beztroskiej egzystencji
wtargnęło nieprzyjemne zagrożenie. Zagrożeniem tym było w skrócie OKS,
czyli Oficerski Korpus Szkoleniowy. Poprzednie rozważania na ten temat
nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia co do tej instytucji, dopiero kiedy
osiągnąłem czternaście lat i jak każdy chłopiec brytyjski zostałem do
niej na siłę wcielony, okazało się, do jakiego stopnia moje przeczucia
były prawdziwe i bardziej niż uzasadnione. Wpadłem w sieć wojskowej
dyscypliny. W każdą środę całą szkołę, z wyjątkiem dzieci poniżej lat
czternastu, ubierano w mundurki. Przejście z wygody i wolności, jakie
dają blezerek i długie spodnie, do khaki było samo w sobie dostatecznie
szokujące. Umundurowanie wojskowe nie znało jeszcze wygodnych,
dopasowanych ubrań polowych. Zamiast tego nosiliśmy mundury jako żywo
przypominające mundury oficerów sztabowych na fotografiach z pierwszej
wojny światowej. Było to studium błyszczących butów, owijaczy,
bryczesów, pasów wojskowych i wypolerowanych mosiężnych guzików,
wszystko prosto spod igły, oddalone o lata świetlne od wszelkiej walki
lub brudu. Owijacze były nawet poważniejszym problemem niż te piekielne
mosiężne guziki i skórzane pasy, które zawsze wymagały nudnych wysiłków,
by przygotować je na krytyczną inspekcję. Zajmuje całe wieki, zanim nowy
rekrut potrafi paski szorstkiego materiału koloru khaki tak ułożyć, żeby
pasowało to do nogi i ją przypominało.
Mnóstwo czasu pochłaniało nadanie temu okropnemu materiałowi
odpowiedniej formy, poczynając od kostki, a nabranie wprawy w tej
czynności było jeszcze bardziej czasochłonne. Kadeci o ponadrocznym
stażu dawali sobie jakoś z tym radę, ale dla nowicjuszy były to złośliwe
i kłopotliwe przeszkody do pokonania. Umiejętność właściwego owijania
była absolutnie niezbędna dla eleganckiego noszenia owijaczy i uwaga
poczyniona przez sierżanta od musztry z Regimentu Gwardyjskiego, że moje
owijacze przypominają mu opadające reformy starszej pani, pogarszała
tylko frustrację. Batalion kadetów często brał udział w paradach różnego
rodzaju w Londynie. Czasem batalion występował w całej sile czterech
kompanii maszerujących za olbrzymim bębnem i orkiestrą grającą na
piszczałkach, jak to było podczas parad Lorda Mayora (burmistrza)
Londynu, które stanowiły pewną rekompensatę za wszystkie niedogodności
karier wojskowych owych czasów. Może rozradowani widzowie mieli
szczęśliwsze skojarzenia. Oglądając się za sposobem wymigania się od
zabawy w wojsko w każdą środę, znalazłem rozwiązanie, które działało
zupełnie dobrze. Wagarowanie udawało się znacznie łatwiej uczniom
mieszkającym z rodzicami niż kwaterującym w bursie szkolnej. Nasz dom,
wiktoriański w stylu, nie miał garażu i samochód rodzinny trzymany był
razem z autami sąsiedzkiej elity w jednej z pobliskich stajni, w której
zamieniono mieszkańców czteronożnych na czterokołowe. W garażu ukryłem
sportową marynarkę i spodnie. Po śniadaniu i pożegnaniu się z rodziną
zmykałem do stajni, gdzie przechowywałem ubranie, i szybko się
przebierałem, by za chwilę pojawić się jako pracownik. Do dreszczyku
związanego z tym, by nie dać się złapać, dochodziła jeszcze wizja świata
rozkosznie pustego, bez ludzi, w czasie kiedy większość była w pracy lub
się uczyła. Chłopcy opuszczający lekcje zobowiązani byli następnego dnia
przedstawiać sekretarzowi szkoły list wyjaśniający przyczynę
nieobecności. Choroba była racją najłatwiej akceptowaną. Ja wagarowałem
ze środowych zajęć wojskowych bez czepiania się i sfałszowany list,
który przynosiłem w czwartek, wyjaśniający, że cierpiałem na dotkliwy
ból ucha, nie budził zastrzeżeń w sekretariacie. Sukces postępował za
sukcesem. Starając się nie przedobrzyć i nie spowodować, by domagano się
ode mnie zaświadczenia lekarskiego, wagarowałem tak przez znaczną liczbę
śród. Nasza pani sekretarka bardzo mi współczuła z okazji ciągłych
nawrotów bólu ucha, szczególnie kiedy zdarzało się, że musiałem być
nieobecny w szkole przez cały tydzień. W czasie tych kradzionych tygodni
udawałem się autobusem na rozkosze obserwowania ptaków na licznych
jeszcze wtedy błoniach i terenach otwartych na przedmieściach Londynu,
zanim wybuchła prawdziwa eksplozja. Ta nowa forma wolności załamała się,
kiedy skończyłem piętnaście lat. Moi rówieśnicy też wpadli na ten pomysł
i wdali się w podobny proceder, i jak to się często zdarza, sprawa się
rypła. Wszystkich niegodziwców złapano w wyniku osobistych wizyt
komisarza szkolnego u rodziców chłopców, których stan zdrowia wykazywał
takie trwałe zachorowania. To zakończyło moją formalną edukację. Nie
wylano mnie publicznie ze szkoły, ale rozmowa moich rodziców z dyrektorem zakończyła się uzgodnieniem, że być może będzie lepiej dla
szkoły, jeśli moja nieobecność będzie trwała, a nie tylko ograniczona do
oszukańczych dni czy tygodni. Podniesiono także, że mogę mieć zły wpływ
na innych chłopców. Zajęcia w szkole zakończyły się akurat przed
ukończeniem przeze mnie szesnastu lat, w samą porę, by zdobyć świadectwo
szkolne z zaliczeniem francuskiego i niemieckiego. Biedna mama nie
potraktowała lekko tej wsypy i sposobu, w jaki potraktowano jej synka, i było mi jej naprawdę żal. Ojciec wcale się tym tak bardzo nie
denerwował, jak by na to wyglądało. Później zdobyte wiadomości o Zachodnim Wybrzeżu Nowej Zelandii i jej mieszkańcach, skąd mój ojciec
się wywodził, przekonały mnie, że jako prawdziwy wybrzeżak w cichości
radował się z tak obiecujących i wczesnych przejawów inicjatywy i buntu.
Moja siostra, chyba dlatego, że to ta sama krew, traktowała to jako
dobry kawał.
Zacząłem pracować jako goniec i młodszy rewident w wielkiej firmie
rachunkowej w mieście i chociaż kariera urzędnicza mnie nie pociągała,
te parę lat pracy było bardzo pouczające i w sumie się opłacało. Ogólną
korzyść przyniosło mi zapoznanie się z zawiłościami prowadzenia
rachunkowości, rozliczenia strat i zysków oraz salda. Umiejętność
interpretowania liczb i zawartych w nich informacji nie powinna
ograniczać się wyłącznie do świata biznesu. Znaczną część pierwszego
roku moja praca urzędnika polegała na załatwianiu na mieście różnych
spraw dla pracodawców. Drogi, wspaniały, stary Londyn. Często gnałem na
łeb na szyję, żeby jak najszybciej doręczyć jakąś wiadomość czy list, by
potem powolutku wędrować z powrotem do biura i raczyć się atmosferą tej
najpiękniejszej metropolii świata. Ta tradycja i historia Anglii! Wielki
architekt świata uważał za stosowne oddalić mnie na zawsze z tego
miejsca mojej młodości i trudno mi się z tym pogodzić.
Życie w domu było w dalszym ciągu wygodne, pełne uciechy i mogło to tak
trwać w nieskończoność. Grałem w rugby w sobotnie popołudnia,
rozjeżdżałem się małym sportowym samochodem i czułem silny, normalny
pociąg do płci przeciwnej.
Umieć obchodzić się z kobietami to błogosławieństwo opłacające się
znacznie bardziej od tradycyjnie pojmowanego stosunku między płciami.
Wydawało mi się, że niezmiennie wywoływałem uczucia macierzyńskie
zarówno u młodych, jak i starszych pań, do których się zalecałem. W kłopotliwych czasach wojennych znajdować się w sytuacji, gdy ktoś
zajmuje się tobą i kłopocze jak matka, jest lepsze od jakichkolwiek
innych form obcowania. Nie kierowało mną wyrachowanie ani chęć oszustwa,
ale udawało mi się czasami tak układać te sprawy. Nie osądzajcie mnie,
nie wziąwszy pod uwagę okoliczności, w jakich zdarzało mi się znajdować.
Pod wpływem wyraźnego usytuowania się w miejskim urzędzie moja mama
uznała, że najodpowiedniejsze dla jej jedynaka będzie wkroczenie w podniecające kręgi rachunkowości. Zawód ten zapowiadał szacunek i pozycję ekonomiczną, rzecz nie do pogardzenia, biorąc pod uwagę jej
doświadczenie u boku ojca w pierwszych dziesięciu latach małżeńskiego
pożycia. Rozpoczęto negocjacje z pracodawcami, by oddać mnie na pięć lat
na praktykę jednemu z najznakomitszych księgowych firmy. Niezbędne
formalności już załatwiano, kiedy zaszokowana rodzina usłyszała, że
zdecydowanie odmawiam zgody na ten pomysł. Mało argumentów można było
przeciwstawić korzystnym aspektom sprawy zaprezentowanym przez rodziców.
Po prostu się uparłem. Pociągało mnie morze. Przedstawiłem się osobiście
we wszystkich głównych liniach żeglugowych w mieście. Otrzymałem
stanowisko kadeta w marynarce handlowej bez specjalnych trudności. Nic w tym dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę warunki pracy i płacę. Mój
ojciec wbrew swojemu stanowisku w tej sprawie łaskawie zostawił poważną
sumę w firmie sprzedającej stosowny przyodziewek. Matka płakała na
stacji Euston, a może było to King's Cross, kiedy odprowadzała mnie do
pociągu do Glasgow, portu macierzystego statku motorowego "Pacific
Grove" należącego do Furness Line.
Kiedy przybyłem na statek w Glasgow późnym ponurym wieczorem, skierowano
mnie do małej kajuty i zmęczony jak pies po długiej podróży zapadłem w głęboki sen, nie bacząc na dziwne hałasy i zapachy. Obudziłem się
wcześnie rankiem, kiedy przyniesiono mi życzliwie filiżankę herbaty.
Starannie ubrany w zimowy mundur, czarny, pełen mosiądzu, chodziłem po
pokładzie, aż skierowano mnie do kajuty pierwszego oficera. Pan Cogle
był wcieloną uprzejmością, dbał o dobro wszystkich swoich pracowników i wówczas wzbudzony szacunek dla niego nigdy nie wygasł. Po formalnościach
spojrzał nieco spode łba na moje pełne umundurowanie i dał do
zrozumienia, że nie taki strój był potrzebny na tę okazję. Po chwili
kombinezon roboczy zastąpił szykowny mundur.
Kapitan zawezwał mnie do siebie. Był tylko jeden kadet na statku i aby
przygotować się do spełniania obowiązków towarzyskich wymaganych od
oficera i dżentelmena, miałem jadać w salonie z oficerami i kilkunastoma
pasażerami, jakich statek zawsze ze sobą zabierał. I tak zaczęło się
zapoznawanie ze światem miseczek, noży do ryby, widelczyków do budyniu i całego oprzyrządowania do jedzenia i zachowania się, choć ja wolałbym
jeść razem z załogą. W salonie wymagany był mundur, albo czarny, albo
tropikalny biały, nieskazitelnej bieli obrusy, i po pracy na pokładzie
przekształcenie chłopaka w brudnym kombinezonie w przyszłego oficera i dżentelmena wymagało nieco wysiłku. Starczało mi czasu na przygotowanie
się do śniadania i obiadu, ale lunch był krępujący i straszny. Nikt nie
zaczynał jedzenia, dopóki wszyscy stołownicy nie pojawili się na
miejscu, a jako że siedziałem z dwiema pasażerkami i drugim matem,
punktualne przybycie, jak tylko steward zaczynał krążyć, było bardzo
ważne. Bosman Jensen albo ukrywał jakąś zadrę towarzyską, albo potępiał
kumanie się kadetów z pasażerami i oficerami. W każdym razie trzymał
mnie w robocie, na ogół brudnej, i zwalniał dopiero na pięć minut przed
uderzeniem gongu nawołującego na lunch. Zupę rozlewano już po raz drugi,
kiedy artysta szybkiego przebierania, zasapany, zapadał w fotel, nieraz
zakłopotany brudnymi rękoma. Oczekiwanie na mnie przy stole wkrótce
stało się czymś normalnym, zwłaszcza że coraz lepiej radziłem sobie z całym mnóstwem widelczyków i serwetek, a nawet zacząłem brać udział w rozmowie. Po jakimś tygodniu weszło to w zwyczaj i nawet polubiłem te
pogaduszki przy stole. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że reszcie
gości również to odpowiada. Zwłaszcza jednej z pań to nie zniechęcało.
Dojrzała, hoża dziewoja podróżująca po świecie zaoferowała mi pracę na
plantacji kauczuku na Malajach. Choć mi to schlebiało, odmówiłem
nieśmiało. Sądząc po sposobie, w jaki na mnie patrzyła, wnioskowałem, że
czekałyby mnie także obowiązki zupełnie niezwiązane z produkcją gumy.
Codziennie z wyjątkiem niedziel spędzałem długie godziny na pokładzie
przy różnych robotach porządkowych na statku. Wieczorami, od ósmej do
północy, tkwiłem na mostku z czwartym oficerem. Miało to być treningiem
w sprawach morskich, ale polegało głównie na słuchaniu o jego
doświadczeniach z płcią słabą. Moje doświadczenie w tej najciekawszej z dziedzin, doświadczenie przedszkolaka w porównaniu z nim, nie
dopuszczało mnie do konwersacji, głównie więc słuchałem z szacunkiem i nieco zaszokowany.
Statek, co zdarzało się często, przybywał do portu z opóźnieniem. W wyniku tego każdy, kto miał do czynienia z ładunkiem, pracował dwanaście
godzin na dobę przy ładowaniu i rozładowywaniu, by nadrobić czas.
Pozostała załoga otrzymywała zapłatę za nadgodziny, ale niczego tak
poniżającego nie oferowano komuś, kto aspirował na stanowisko oficera.
Moja płaca pozostawała na poziomie dziesięciu szylingów miesięcznie,
czyli prawie dwóch szylingów i sześciu pensów tygodniowo. Gdyby płacono
mi za nadgodziny, można by uniknąć pewnych kłopotliwych sytuacji. Pół
korony to niezbyt wiele za stugodzinny tydzień pracy, i jakkolwiek bym
się starał, wracając do Londynu po czterech miesiącach na morzu, moje
skromne wydatki na piwo i tytoń przewyższały dwa funty szterlingi
zapisane po stronie dochodu na liście płac. Parę dni wolnego dano nam w Londynie, kiedy statek rozładowywano w Surrey Commercial Docks, i popłynęliśmy dalej do Glasgow przez Liverpool. Zanim pozwolono mi wyjść
na ląd, ojciec zawsze musiał wykupywać niewypłacalnego synalka za żywą
gotówkę. Czeków nie akceptowano.
Zaprzyjaźniłem się z cieślą okrętowym. Hodował kanarki i inne ptaszki w warsztacie na forkasztelu (na pokładzie dziobowym), akurat przed
pierwszą ładownią, która była pod moją opieką. Chippy nie miał innego
domu oprócz statku i rzadko wychodził na ląd. Oprócz szerokich dyskusji
ornitologicznych opowieści morskie mojego przyjaciela, który spędził
ponad czterdzieści lat na morzu, były bardzo pouczające. Na pytanie,
czemu tak rzadko opuszcza statek, oświadczył, że widok kobiet go
denerwuje. Był żonaty dwukrotnie i wyrażał przekonanie, że mężczyzna,
który ożenił się po raz drugi, nie zasłużył na to, by stracić pierwszą
żonę. Ta filozofia robiła na mnie wtedy wrażenie.
W porcie większość marynarzy idzie na ląd na pijatykę, ale Chippy'emu
nie było to potrzebne. Ze szkocką whisky prędzej czy później i tak bym
się zaprzyjaźnił, ale to właśnie mojemu przyjacielowi cieśli zawdzięczam
smutną okoliczność, że zapoznałem się z nią tak wcześnie. Na potrzeby
spragnionych wielbicieli na Pacyfiku statki Furnessa zabierały w każdy
rejs tysiące skrzyń whisky ładowanych w Glasgow. Kiedy robotnicy portowi
szli na lunch, otwarte ładownie z ich niebiańskim cargo pilnowane były
przez załogę. Dzięki różnym sztuczkom pierwsza ładownia pozostawała
zawsze pod moją opieką. Robotnicy portowi ćpali swoje kanapki w budce na
nabrzeżu i jak tylko wykaraskali się z ładowni i byli na kładce,
schodziłem w głębinę ładowni i zabierałem się za robotę. Wtedy szkocką
pakowano po dwanaście butelek do drewnianych skrzynek i skrzynia po
skrzyni rzucano pod stalową ścianę ładowni. Tymczasem poprzez otwarty
luk spuszczano duże ocynkowane wiadro na grubej linie, za nim następne i następne. Brutalnie rzucane pojemniki ustawiono ukośnie nad wiadrem i strumyczek whisky cieknący z rogu skrzyni oznaczał, że niektóre butelki,
ku szczęściu Chippy'ego, się potłukły. Wiadra wypełnione po brzegi
cennym płynem wędrowały w górę i w dół jak jojo. Nie miałem czasu na
zjedzenie kanapek. Jak tylko gwizdek obwieszczał koniec przerwy na
lunch, robotnicy przejmowali kontrolę nad ładownią, by wszystko szło
poprawnie, a szczególnie ze względu na kuszący charakter ładunku, by nic
nie zostało podwędzone. W czasie zimnych dni na Atlantyku w przerwie na
kawę nieraz wymykałem się do warsztatu Chippy'ego, gdzie można było
podnieść się na duchu i ciele obfitym dodatkiem naszego łupu. Oprócz
dreszczyku emocji w czasie podbierania trunku, była to moja jedyna
nagroda i na szczęście nigdy nie zostaliśmy na tym przyłapani. Staremu
Chippy'emu było naprawdę smutno, kiedy opuszczałem statek. Gdy go kiedyś
odwiedziłem, jak "Pacific Grove" przycumował jak zwykle w doku Surrey
Commercial po zakończeniu podróży, zapytany o powodzenie jego
alkoholowego przedsięwzięcia, Chippy westchnął: "Nigdy nie miałem
takiego fajnego kumpla jak ty, Ron".
Czas płynął, polubiłem to życie i przyzwyczaiłem się doń, jednak
przyszłości na morzu nie widziałem. Młodzi marynarze na wielu statkach
wysłużyli swój czas jako kadeci i zdobyli kwalifikacje marynarzy. By
zarobić na chleb codzienny, musieliby przyjąć pracę majtków, a wyszkoleni marynarze mieli olbrzymie trudności, kiedy chcieli osiąść
korzystnie na lądzie. Sytuacja więc stawała się alarmująca i trzeba było
się nad tym zastanowić. Po czterech latach, choć zdałem egzaminy i zdobyłem kwalifikacje drugiego mata, sytuacja ekonomiczna przemysłu
morskiego pozbawiłaby mnie pracy z wyjątkiem pozycji majtka, bez jadania
w salonie, co stanowiło ważny dodatek w kadeckim życiu.
Przedsiębiorstwo mojego ojca prosperowało w dalszym ciągu. Było w nim
miejsce i dla mnie, więc żeby porzucić karierę zawodowego marynarza,
przyjąłem tę ofertę.
W pracy ojciec był surowym i porządnym szefem. Moja siostra prowadziła
biuro, a ja pracowałem na dziedzińcu, mozoląc się od czwartej rano do
wczesnego popołudnia. Ciężka praca fizyczna przy dźwiganiu baniek i skrzyń z butelkami była przyjemna, biorąc pod uwagę moje przygotowanie w rachunkowości i wytrwałość zdobytą na morzu, stałem się wkrótce cenionym
pomocnikiem ojca. Do wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku stworzyliśmy
przedsiębiorstwo udziałowe, w którym zostałem młodszym dyrektorem.
Używano więcej mleka i dochód wzrastał. Szczęśliwe dni i zapach
pieniądza z towarzyszącymi temu przyjemnościami zaczął drażnić nozdrza.
Byłem zbyt zajęty pracą i zabawą, by poświęcać więcej uwagi
zarysowującemu się konfliktowi, kiedy nagle wybuchła wojna. Polityka
ugłaskiwania nazistów, jaką prowadził Chamberlain, mdliła mnie i tego
samego zdania był ojciec. Wielu przyjaciół zgłosiło się do weekendowej
ochotniczej armii pokoju - tzw. Territorials - i gdyby moje wspomnienia
ze szkolnych zajęć dla kadetów były mniej przykre, być może bym się
poddał mobilizacji w momencie wybuchu wojny i włączył do źle
wyposażonych szeregów, marnie wyszkolonych, nieprzygotowanych do
przeciwstawienia się rzezi, jaka miała wkrótce nastąpić.
Okres przedwojenny mogłem spędzić na zabawie w żołnierkę, gdyby moja
dobra wróżka nie wróciła do sprawy, którą przygotowywała dla mnie od
urodzenia. W latach 1937 i 1938 przybyły do Wielkiej Brytanii tysiące
młodych dziewcząt z Niemiec i Austrii, poszukujących pracy głównie jako
pomoce domowe. Wiele było przyczyn tego napływu. Niektóre z dziewcząt
były politycznymi uciekinierkami spod nowych dyktatorów, inne,
żydowskiego pochodzenia, unikały obozów koncentracyjnych, niektóre były
też pewnie wtyczkami przysłanymi przez nazistów. Skądkolwiek Anna
przybyła i z jakich powodów, nie ma wątpliwości, że jej drogami
kierowała dobra wróżka, która ciągle obserwowała wszystko bacznie i bez
przerwy dbała o przyszłość, umożliwiając mi przeżycie, pewnie po to,
żebym mógł opowiedzieć tę historię. Bliski przyjaciel powiadomił mnie,
że przybyła do pracy u nich dziewczyna z Niemiec, a że nikt z rodziny
nie znał niemieckiego, a Anna nie mówiła po angielsku, potrzebny był
tłumacz. Anna, ta nowa dziewczyna, i ja zaprzyjaźniliśmy się szybko i przez rok poprzedzający wojnę byliśmy ze sobą ciągle, co dało mi okazję
nabycia prawdziwej biegłości w niemieckim. Raz jeszcze moja dobra wróżka
wybrała dobrze. Anna pochodziła z dobrej rodziny i mówiła językiem bez
żadnych regionalnych naleciałości, które by niewątpliwie skaziły i moją
wymowę. Zapaliłem się do osiągnięcia doskonałości lingwistycznej i wsparty nauką rozkosznej Anny, zapisałem się na wykłady niemieckiego na
Uniwersytecie Londyńskim. Postępy były doskonałe do tego stopnia, że
prowadziło to czasem do zakłopotania naszego wykładowcy, który jednak
nie miał możliwości cieszyć się pomocą Anny jak ja.
Zaledwie ogłoszono wojnę, nad Londynem rozległy się syreny. Oznajmiały
one pożegnanie z miękkimi światłami, słodką muzyką i tyloma uciechami
przeszłości. Bing Crosby i Ella Fitzgerald nie będą już nas inspirować
do nucenia, a pamięć o Sadlers Wells z niezapomnianymi melodiami
Gilberta i Sullivana nie będzie uderzać w czułe struny serca, skoro
wojna ogarniała świat. Tak wielu z tych, którzy słyszeli pierwsze syreny
i wpatrywali się w niebo na unoszące się w powietrzu balony zaporowe,
moja siostra Eileen między nimi, nie zobaczy więcej świateł Londynu.
Nieopanowana nostalgia, jaka ogarnia mnie, kiedy wspominam te dni, może
minie nieco dzięki tej krótkiej, podnoszącej na duchu dygresji.
Mama i moja siostra na kilka pierwszych tygodni wojny wybrały się poza
Londyn do małej chaty wiejskiej, jaką rodzina nabyła. Miały tam pozostać
lub wrócić do domu w mieście w zależności od bombardowań, których każdy
oczekiwał. W tym czasie ojciec i ja wraz z naszą wierną starą gosposią
Beatty, która nie miała dokąd się udać, gospodarowaliśmy sami. Pewnej
nocy brałem udział w pożegnaniu idących do wojska kolegów, którzy
wyjeżdżali na wojnę. Pomiędzy zbyt wieloma kieliszkami napojów
alkoholowych słuchaliśmy z rosnącym zainteresowaniem, biorąc pod uwagę
czasy, jakie nastały, jak pewien także podpity młodzieniec opowiadał o skutkach dużych bomb eksplodujących. Obraz wpływu wybuchów na
funkcjonowanie ciała człowieka prawie nas otrzeźwił, kolega omawiał też
środki zapobiegające. Wszystko zależało od wyrównania ciśnienia
powstającego w wyniku wybuchu i ciśnienia wewnątrz ciała. W czasie
nalotu powietrznego było rzeczą istotną trzymać otwartą buzię i pozwolić, żeby fala uderzeniowa dostała się do wnętrza i działała jako
przeciwwaga ciśnienia zewnętrznego, zapobiegając w ten sposób
zapadnięciu się ciała. Osiągnąć to najłatwiej przez trzymanie korka w zębach. Pod wrażeniem tego wróciłem do domu we wczesnych godzinach
rannych z kieszeniami pełnymi korków zdobytych na przyjęciu. Ojciec,
głęboko uśpiony, został bezceremonialnie obudzony i starał się zrozumieć
moje poplątane gadanie o sprawach, które mogły mu uratować życie. Mimo
jasnego przedstawiania środków zaradczych i konieczności
natychmiastowego wprowadzenia ich w życie ojciec jakoś nie chwytał.
Wyrażał się też niezbyt pochlebnie o pewnych drobiazgach. Powaga
sytuacji skłoniła mnie do wyciągnięcia kilku korków i włożenia jednego
do ust celem pokazania, w czym rzecz. Ostatecznie, choć niechętnie,
ojciec dał się przekonać do złapania dużego korka zębami. Zrobiło mi się
lżej, życzyłem mu dobrej nocy i pozostawiłem siedzącego w łóżku z buzią
przykładnie otwartą i z niemym pytaniem i zdumieniem na twarzy.
Poszedłem chwiejnym krokiem do pokoju starej Beatty i powtórzyłem swój
występ, choć spotkałem się z pewną niewdzięcznością, jeśli weźmie się
pod uwagę, że miałem na celu wyłącznie dobro innych.
Od tego czasu, bez konieczności pracy na chleb codzienny, nasi żołnierze
w zamian za ryzykowanie życia i zdrowia będą karmieni i ubierani, dopóki
będą żyć lub dopóki trwać będzie wojna, cokolwiek skończy się jako
pierwsze. Gdyby pokój potrafił rozpalać taki entuzjazm, skłaniać do
takiego wysiłku, uruchamiać takie zdolności jak wojna, zapanowałby raj
na ziemi. Politykom powinno się poradzić przestudiowanie tego
zagadnienia psychologicznego z myślą o jego zastosowaniu w praktyce.
Nasze słowo, że pójdziemy na pomoc Polsce, kiedy zostanie zaatakowana,
zobowiązywało. Kraj skupił się pod sztandarami zjednoczony w patriotycznym ferworze, pełen gotowości do poświęceń w słusznej sprawie.
Każdy w Brytanii wydawał się myśleć tak samo. Nasza rodzina na pewno też
tak myślała i nie było najmniejszej wątpliwości, że wraz z całym narodem
będziemy wieszać bieliznę na Linii Zygfryda, jeśli jeszcze taka
istniała. To będzie coś!
Moją pierwszą myślą o wojnie było fruwać, nie od wojny, ale w nią. W dużej bazie lotniczej RAF w Uxbridge po drugiej stronie Londynu
wypełniłem odpowiednie formularze i po starannym badaniu lekarskim
stanąłem przed siedzącym za biurkiem majorem lotnictwa, w mundurze
nieozdobionym prestiżowymi skrzydełkami lotnika. Słysząc, że wszelkie
bazy szkoleniowe dla załóg lotniczych są tak przepełnione, iż powołanie
dostanę nie wcześniej niż za sześć miesięcy, i myśląc, że wojna do tego
czasu może się skończyć, odmówiłem podpisania kropkowanej linii i wróciłem do domu bez zobowiązań i wolny. Major najwyraźniej był
przekonany, iż RAF da sobie radę beze mnie.
Marynarka jakoś mi bardziej odpowiadała niż służba w wojskach lądowych i zgłaszając się w Admiralicji, byłem już bardziej zorientowany w trudnościach, jakie się napotyka, chcąc służyć krajowi w czasie wojny.
Chciałem pływać tak długo, ile trzeba do zwycięstwa, ku mojemu
niezadowoleniu stwierdziłem jednak, że Ich Lordowskie Moście domagają
się podpisania dwunastoletniego kontraktu. Po tak długim czasie byłbym
już dobrze w średnim wieku i z tego względu, choć pewnie nie stracili
wraz ze mną Nelsona, nie podpisałem kontraktu. Opuszczając urząd
rekrutacyjny marynarki, wpadłem na starego kolegę szkolnego, witany
bardzo radośnie. Był w takim samym patriotycznym nastroju i udaliśmy się
do miejscowego baru, by się sobie nawzajem wypłakać na ramieniu. By
służyć swemu krajowi, mój przyjaciel miał nawet większe przeszkody do
pokonania. Student drugiego roku medycyny w Guys Hospital,
niedopuszczony do służby wojskowej, unieruchomiony poprzez zaliczenie go
do kategorii zawodów ściśle zarezerwowanych, do której został na mur
wpisany, był nieznośnie sfrustrowany. Po jeszcze kilku szklaneczkach
wobec całej tej niesprawiedliwości postanowiliśmy sprawę ostatecznie
załatwić. Weszliśmy do wojskowego punktu rekrutacyjnego i podpisaliśmy
każdy świstek, jaki przed nami położono. Mój kumpel szkolny przyjęty
został jako robotnik, a ja jako bezrobotny do piechoty w Royal West Kent
Infantry Regiment. Część wojny spędziliśmy razem, chociaż mój przyjaciel
wydostał się z Francji po fiasku w 1940 roku i z przykrością
dowiedziałem się później, że zginął we Włoszech. Spotkanie tego dnia
było miłym przypadkiem, a przynajmniej takim się wtedy wydawało. Może
jednak nie należało iść razem do knajpy i wpaść na ten wariacki pomysł,
który zadecydował o naszej przyszłości.
W listopadzie 1939 roku zgłosiłem się w Centrum Szkoleniowym Piechoty w Maidstone, jakieś trzydzieści mil od domu. Wobec trwającej wojny
żołnierka miała swoje znaczenie, prawie każdy rekrut w tym czasie był
ochotnikiem i baraki wprost iskrzyły się zaraźliwym entuzjazmem.
Podstawowe szkolenie na NCO (podoficera) zakończyło się na początku 1940
roku. Los żołnierza piechoty podczas tej zimy, najgorszej od wielu lat,
wart jest dokładnego opisu. Przyjęciem w hotelu w Maidstone żegnaliśmy
instruktora naszego plutonu, sierżanta zawodowego starej szkoły z długą
służbą w Indiach. Na nazwisko miał Baker, znany był wszem i wobec, nic
dziwnego że nazywano go Doughy (Pączek). Byłoby miło sądzić, że kilka
drinków nie wpłynęło nadmiernie na Doughy'ego, kiedy życzył nam
powodzenia i chwalił nasz pluton jako najbardziej kompetentną i twardą
paczkę rekrutów, jakich kiedykolwiek szkolił.
Jaka szkoda, że tak wielu młodych żołnierzy, potencjalnie doskonały
materiał na przywódców, wysłano do Francji, by poświęcić ich dla sprawy,
która w tym stadium wojny była od samego początku stracona i beznadziejna. Bataliony zostały zdruzgotane, nie z własnej winy, w walce
z dobrze dowodzonymi szturmowymi oddziałami niemieckimi z doskonałym
uzbrojeniem i wsparciem lotniczym. Armie, które powstaną, odczują
boleśnie te zmarnowane ofiary 1940 roku i idiotyczne rządy w latach,
które do tego doprowadziły. Wielka Brytania była architektem swoich
tragedii przez pierwsze lata wojny. Polityka ugłaskiwania bez poparcia
siły okazała się najgłupszą z polityk prowadzonych w obliczu
bezwzględnej dyktatorskiej agresji.
Po zakończeniu podstawowego szkolenia piechoty w początku 1940 roku
skierowano mnie na kurs dla podoficerów w Maidstone prowadzony przez
kompetentnego majora i wszyscy byliśmy zadowoleni z uczestniczenia w tym
szkoleniu. Niestety w połowie kurs rozwiązano, a uczestników porozsyłano
do różnych jednostek. Moją nową formacją był 6. West Kent Battalion,
stworzony z obrony terytorialnej zmobilizowanej na początku wojny. Nie z własnej winy batalion był w dużym stopniu niewyszkolony, z oficerami
niemającymi pojęcia o żołnierce i żenująco niezdolnymi do przekazania
jakiejkolwiek wiedzy militarnej. Jakaż to była różnica w porównaniu ze
szkoleniem w Maidstone.
Piękną wczesną wiosną 1940 roku 6. Batalion popłynął do Francji. Kanał
przekroczyliśmy bez przeszkód ze strony łodzi podwodnych i lotnictwa i cała jednostka została wygodnie zakwaterowana w drewnianych barakach
niedaleko Rouen w Normandii. W Cherbourgu wymaszerowaliśmy ze statku z bagnetami na broni przy wzruszającym akompaniamencie marsza Wi'a hundred pipers w wykonaniu orkiestry okrętowej, witani gorąco jako
bardzo mili goście przez uradowanych Francuzów. Drugą przyjemnością było
kontemplowanie spraw wcale nie wojskowych, kiedy patrzyliśmy na te
rozentuzjazmowane dziewczęta i ich zachowanie interpretowaliśmy bardzo
optymistycznie. Wszystko zapowiadało spokój i komfort bez śladu
wiszącego w powietrzu sztormu. Ja awansowałem na starszego szeregowego i moim obowiązkiem związanym z awansem było eskortowanie chorych żołnierzy
do szpitala w Rouen, gdzie leczono przypadki zbyt trudne dla warunków
polowych. Dostałem morrisa, 15-tonową ciężarówkę. Po dostarczeniu
kolegów do szpitala o dziewiątej rano byłem wolny do późnego popo-łudnia
i nie musiałem się bać rojącej się żandarmerii wojskowej w czerwonych
czapkach. Na legalnej przepustce mogłem spokojnie badać miasto i przypatrywać się mieszkańcom.
Ojciec trzymał mnie na liście płac w domu, co wystarczało na pewne
ekstrawagancje. Dwa szylingi od armii nie pozwalałyby na raczenie się
winem i jedzeniem, co jest tak ważne, jak się jest za granicą. Mój
francuski, znośny w szkole, poprawił się jeszcze i wiele miejscowych
drzwi otwierało się przede mną z galijską gościnnością okazywaną w pełni
żołnierzowi brytyjskiemu trajkoczącemu po francusku. Godziny tam
spędzone, głównie w damskim towarzystwie, były więcej niż kształcące
językowo. By kontynuować sprawy rozpoczęte za dnia, trzeba było nieraz
wracać do Rouen wieczorem i rzadko się zdarzało, bym nie zdołał jakoś
znaleźć się na czas i we właściwym miejscu wraz z samochodem. Amerykanie
mówią czasem o nas, że spędzaliśmy tam czas jak na balu. Nic nie jest
wieczne i wszystko, zarówno dobre, jak i złe, jak i my sami, się kończy.
W bardzo nieuprzejmy sposób Niemcy przerwali ten wspaniały bieg spraw w początku maja, pokonując Holandię i Belgię i wdzierając się do Francji
pod Sedanem.
Któregoś późnego wieczoru, prawie bez ostrzeżenia, cały batalion został
załadowany na ciężarówki i wywieziony na wschód, w ciemność, w kierunku
nacierającego przeciwnika. Rankiem byliśmy jeszcze w drodze.
Poruszaliśmy się bardzo powoli. Masa ludzi ciągnęła z kierunku, w którym
zmierzaliśmy. Kiedy słońce wzeszło, droga była zapchana, posuwanie się
naprzód stało się niezmiernie trudne. Lawina uciekinierów była chwilami
nie do pokonania. Samochody, wozy zaprzężone w konie i wózki ręczne
zatykały całą szosę. Na szczęście nie atakowano nas z powietrza, gdy tak
bez żadnej osłony zmierzaliśmy na wschód. Natknęliśmy się na wypalony,
zupełnie rozbity konwój brytyjskich ciężarówek, kolumnę zaopatrzeniową.
Masa poskręcanego żelastwa ze sczerniałymi, skurczonymi postaciami
kierowców w każdej szoferce była ostrzeżeniem przed śmiercią, jaka w każdej chwili może nas dopaść z błękitnego nieba.
Z upływem dnia strumień uciekinierów i wycofującej się armii francuskiej
malał. Kiedy dotarliśmy do małego miasteczka Doullens nad Sommą, ruch
prawie ustał. Doullens, którego mieliśmy bronić, było opuszczone i zajęliśmy się rozlokowaniem jednostki i zablokowaniem wszystkich dróg
prowadzących do miasteczka. Kiedy zapadła noc, odcinek, którym
dowodziłem, ulokowany został w mieszkaniu nad barem przy dużym rynku
Doullens, dogodnym miejscu pod względem wojskowym. Obfity zapas win i napojów alkoholowych, pozostawiony przez właściciela, był oczywiście
szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Następnego ranka poszedłem do
dowództwa kompanii zajmującego kwaterę w odległym końcu rynku. Wszystkie
szarże latały w kółko. Wyglądało na to, że nasz odcinek został
zapomniany. Zniknąłem więc i wróciłem na swoje stanowisko, do domu
dalekiego od domu. BBC trąbiło, że Niemcy przełamali się w głąb, że
sytuacja jest płynna, ale pod kontrolą. Poprawna interpretacja takich
komunikatów którejkolwiek ze stron wymagała doświadczenia
przekraczającego moje w tym czasie. Później w czasie wojny komunikat tak
sformułowany oznaczałby dla mnie, że strona powiadamiająca oberwała
potężnie, chwieje się na nogach i długo będzie odliczana na dechach.
Skutki tak błędnych taktycznych informacji wkrótce dały o sobie znać. W drodze powrotnej z kwatery dowództwa wpadłem w odwiedziny do innej
drużyny naszego plutonu, także kwaterującej nad sklepem, ale
niehandlującym alkoholem, jak było w naszym przypadku. Dowodzący tym
odcinkiem sierżant z obrony terytorialnej, w czasie pokoju pracownik
garażu, rozkoszował się pierwszym smakiem władzy i kiedy proponowałem,
że prześlę mu kilka butelek wina, do sklepu wpadł zaniepokojony
żołnierz.
"Panie sier...żcie - wybełkotał - na szosie są dziesiątki szwabskich
czołgów".
"Nie bądź głupi - odpowiedział wyniośle sierżant - nie ma szwabskiego
czołgu na całe mile dookoła nas".
"Ale są na nich krzyże, pnie sierż..!".
Sierżant z pogardliwym wzruszeniem ramion wyszedł na rynek, kiedy akurat
nastąpiła silna eksplozja przed samym budynkiem. Rzecz mogłaby
zdezorientować nieco BBC, ale w Doullens aż nadto było jasne, że
przybyło nam niespodziewane towarzystwo. Przeskoczyłem murek na zapleczu
i rwałem do swoich, wstrząśnięty, że wojna może być tak niebezpieczna.
Na wzniesieniu pod Doullens widać było wyraźnie wiele niemieckich
czołgów, ciężarówek i transporterów pełnych żołnierzy. Zaschło mi w ustach w przewidywaniu, że jakaś jednostronna akcja zostanie
przedsięwzięta przeciwko nam. Szczekanie karabinów maszynowych, wybuchy
pocisków i wycie nisko lecących samolotów było naszym chrztem bojowym.
Niektóre budynki dookoła nas zaczęły się palić. Kiedy się waliły w płomieniach, czuło się wołanie o wodę, której nie było, wołanie, którego
nikt nie słyszał. Widać było pojazdy opancerzone omijające miasto i coraz większą liczbę piechoty, co wskazywało na operację oczyszczającą,
której wynik był oczywisty. Uspokoiło się nieco pod wieczór. Udałem się
poprzez ogródki za domami do kwatery głównej po rady i instrukcje.
Miejsce było puste, zagracone częściami ekwipunku, poprzewracanymi
meblami, ale bez żywej duszy. Zaplecze budynku leżało w gruzach, a moi
kamraci albo uciekli, albo zostali wzięci do niewoli.
Wydostanie się z Doullens, zanim obejmie nas pogrom, było sprawą
zasadniczą. Niemcy zaleją wkrótce cały teren i rozwiązanie grupy dawało
jedyną szansę uchronienia się przed rozbiciem i złapaniem do niewoli.
Pojedynczo, po zapadnięciu ciemności nasza grupa znikała w mroku, by
połączyć się z własnymi siłami. Nigdy nie zobaczyłem już nikogo z grupy.
Byłem ostatnim, który opuścił to miejsce przed świtem, i o wschodzie
słońca, wyszedłszy z miasta z ciągle tlącymi się zgliszczami, ukryłem
się w gęstym poszyciu lasu, obok którego przebiegała ruchliwa szosa.
Przetaczał się nią niekończący się strumień niemieckiego sprzętu
wojennego. Otwarte transportery, wypełnione groźnie wyglądającymi
piechurami w stalowych hełmach, w aurze zwycięskiej pewności siebie nie
stanowiły zachęcającego widoku. Jedynym wyjściem było uciekać na zachód,
przedtem jednak należało przekroczyć szosę, obok której się ukrywałem,
ale koło południa ruch nawet wzrósł. Głęboko przestraszony i pod silnym
wrażeniem ilości i jakości potęgi militarnej, jaką miałem przed oczyma,
oczekiwałem ciemności, licząc, że uda mi się przemknąć, kiedy olbrzymia
kolumna transportowa odebrała mi tę szansę. Zepsuła się ciężarówka i żołnierz niemiecki na motocyklu wrzeszczał o pomoc w usunięciu maszyny z drogi. Jego rozkazujący, zgrzytliwy głos sprowadził mnie znowu na
ziemię. Zapomniałem już prawie, że toczy się wojna. Moja kula trafiła go
akurat tam, gdzie była skierowana. Momentalnie groźnie wyglądający
Niemcy wyskoczyli z pojazdów, starając się zlokalizować i zniszczyć
zabójcę, wyraźnie jednak niepewni, gdzie znajduje się wróg i skąd padł
pocisk. Nie czekałem, aż znajdą, i uciekałem na skrzydłach strachu z powrotem do lasu. Dzięki Bogu nie słychać było pogoni. Leżąc plackiem,
zadyszany, nie mogłem stłumić wstydu, że zabiłem Niemca w tak
niesportowy sposób. Nie był to bez wątpienia krykiet, ale w nowoczesnej
wojnie żaden z uczestników ceniących swoją skórę i chcących znaleźć się
po stronie wygranych nie może sobie pozwolić na luksus podchodzenia do
sprawy jak w krykiecie. W miarę trwania wojny tego rodzaju wyrzuty
sumienia przestały istnieć. Mój karabin nie mógł już mi się przydać do
wybrnięcia z tej trudnej sytuacji, rzuciłem go więc w jedną stronę, a magazynek i pociski w drugą. Powoli i z największą ostrożnością
zbliżyłem się znów do szosy. Gęsty ruch panował dalej. Leżałem schowany
w polu porosłym krzakami, oczekując nocy. Błyszczące słońce owego
olśniewającego majowego dnia powoli skłaniało się ku zachodowi. Zbyt
powoli. Ruch malał, nadzieja rosła. Później będę pewnie mógł łatwo
przekroczyć, niewidziany przez wroga, drogę do wolności. Kiedy tak
dumałem, optymistycznie patrząc na powoli zapadający zmrok, na szosie
zatrzymała się kolumna czołgów. Zaciekawiony przyczyną zatrzymania się
wyjrzałem ze swojego ulistnionego schowka. I nagle zostałem zaskoczony
niespodziewaną sytuacją. Kilku niemieckich oficerów kroczyło w kierunku
krzewów, w których się chowałem. Zamarłem w bezruchu, a oni zatrzymali
się jakiś jard ode mnie i obserwowali okolicę. Słyszałem ich rozmowę i kiedy jeden z nich zwrócił się do drugiego i wykrzyknął: Also die Nacht
hier, zrozumiałem, że trzeba spodziewać się kłopotu. Słyszałem dobrze.
Czołgi zostaną tu na nocny postój. Kępa krzewów wydawała się teraz
malutka, jak potwory przyspieszyły i zatrzymały się dookoła mojej
skrytki. Zanim się ściemniło, załogi czołgów zajęły się gotowaniem i przygotowaniem do spania w małych namiotach. Niektórzy załatwiali swoje
potrzeby naturalne w najbliższym sąsiedztwie, ale pamiętając, że trwa
wojna, nie narzekałem, zachowywałem się cichutko, nawet nie patrząc.
Powoli obozowisko uspokajało się i jednostka popadła w sen. Głośne
chrapanie oznaczało, że na mnie czas. Księżyc wzeszedł bardzo jasny,
przesłaniany często chmurami przeganianymi przez wiatr. Zbliżała się
czarna chmura i jak tylko księżyc przygasł, wyczołgałem się ze schowka i chyłkiem, na czworakach przemykałem się między czołgami w kierunku
szosy, na której nie było teraz ruchu. W mroku widać było wartownika
powoli chodzącego między czołgami i szosą. Akurat znalazł się poza
zasięgiem wzroku i słuchu, a ja z brzuchem rozpłaszczonym na ziemi, w najlepszym indiańskim stylu czołgałem się do celu, który teraz był
odległy zaledwie o kilka jardów, kiedy dobra passa się skończyła. Ku
mojemu przerażeniu duża chmura minęła księżyc i wszystko dookoła stanęło
w księżycowym blasku. Głupia pomyłka. Ostatni czołg dałby osłonę i pozwolił na przeczekanie do następnej chmury. Leżąc bez ruchu na trawie
skąpany w księżycowym świetle, co w innych okolicznościach byłoby nawet
romantyczne, nie miałem co liczyć, że zostanę nierozpoznany. To wkrótce
się sprawdziło. Księżyc świecił i świecił. Miarowe kroki wartownika
stawały się coraz głośniejsze, w miarę jak zbliżał się w moim kierunku.
Zarys hełmu był wyraźny, a ja modliłem się, by pozostać niewidzialny,
ale najwyraźniej linia do nieba była akurat zajęta ważniejszymi
sprawami. Roztrzęsiony do ostateczności usłyszałem nieomylnie trzask
zamka karabinowego. Był obok, świdrując mnie oczami, przystawił mi
niezbyt delikatnie lufę do krzyża. Gra skończona, odwróciłem się powoli
w strachu i powiedziałem lękliwie: Guten Abend. Trącenie bronią kazało
mi podnieść się na nogi i księżyc zniknął.
"Dla ciebie, Angliku - powiedział mój zdobywca - wojna się skończyła.
Kommen Sie mit". Następujące po tym wydarzenia wykazały, że był w błędzie.
KRNĄBRNY JENIEC
Przygnieciony wstydem, że dałem się złapać do niewoli, następnego ranka
znalazłem się w ciężarówce zmierzającej na wschód w kierunku Reichu. Co
kilka mil od niemieckich jednostek przejmowano kolejnych jeńców
brytyjskich. Wyłapywano ich pojedynczo lub w dwuosobowych grupach po
stracie kontaktu z jednostkami macierzystymi. Operacja oczyszczająca
była łatwa. Przekroczyliśmy granicę belgijską i zostaliśmy wyładowani na
obszernej równinie porosłej trawą, przez którą przepływał leniwy
strumyk. Kręciły się tam tysiące jeńców i choć widziało się różne
mundury, Brytyjczyków było znacznie mniej niż Francuzów. Brytyjczycy
stanowili pstrokatą mieszaninę, nieogoleni, zdeprymowani włóczyli się
bezładnie. Było bardzo mało kompletnych mundurów. Nikt nie miał
płaszcza. Francuzi natomiast wprost przeciwnie, byli dobrze
zorganizowani, schludni, mieli mnóstwo tytoniu i góry ekwipunku.
Rozłożyli małe namioty i, może niesłusznie, czuło się atmosferę
rozluźnienia, jako że spokojnie podziwiali wiejski krajobraz i wydawali
się bardzo zadowoleni z losu. Nie było miłości między dwoma
sprzymierzonymi, jako że Francuzi byli tymi, którzy mieli, a my tymi,
którzy nie mieli. Żołnierze brytyjscy spali na wolnym powietrzu i choć
dni były słoneczne i ciepłe, noce okazały się wilgotne i zimne. W nocnej
mizerocie zazdrościliśmy Francuzom ich namiotów, bo chłodna rosa
przenikała nasze marne ubrania. Rankiem, zesztywniali i obolali, z trudem wstawaliśmy mokrzy, na pół zmarznięci i jeszcze bardziej
wygłodniali.
Jedzenie było sprawą pierwszej wagi. Niemieckie kuchnie polowe gotowały
dużo niezłej zupy. Francuzi, dobrze zaopatrzeni w menażki i sprzęt do
jedzenia, mogli w pełni cieszyć się ciepłym jedzeniem. Niewielu
Brytyjczyków miało jakiekolwiek wyposażenie.
Po prawie tygodniowej walce o fizyczne przeżycie z zaspokajanymi
zupełnie podstawowymi, zwierzęcymi potrzebami wszyscy Brytyjczycy
zostali wepchnięci do długiej kolumny ciężarówek z miejscami tylko
stojącymi, otoczeni ze wszystkich stron Niemcami w hełmach. Ruszyliśmy
na wschód do Niemiec. Po wielu męczących godzinach dotarliśmy do
Trewiru, znanego turystom malowniczego miasta nad Renem.
Wysiedliśmy w olbrzymich koszarach z dużymi barakami. Zapoznaliśmy się
po raz pierwszy z wieżami strażniczymi, solidnymi ogrodzeniami z drutów
kolczastych i groźnie wyglądającymi karabinami maszynowymi wycelowanymi
prosto na ogrodzony teren. W tym dużym obozie dla jeńców wojennych była
przynajmniej kuchnia z dostatecznym wyposażeniem, żeby wszyscy
więźniowie otrzymali przysługujące im racje. Niektórym powiodło się
lepiej niż innym. Nadstawiając swojego niemieckiego ucha należycie,
zdołałem dla dziesięciu chłopa, w tym i mnie, załatwić wejście w skład
obozowej grupy roboczej. Dodatkowa praca zapewniała dodatkowe racje
żywnościowe i nie mieliśmy wyrzutów sumienia, że byliśmy lepiej
traktowani niż nasi bezrobotni bracia.
Jedna robota, w którą nas wrobiono, o mało nie zakończyła się
nieszczęściem. Kazano mam wykopać głęboką latrynę w odpowiedzi na
zwiększające się obciążenie tego rodzaju urządzeń, jako że bez przerwy
nowe strumienie więźniów lały się do obozu. Wrodzona niechęć do
wulgarności zakazuje mi żartować w tym miejscu, ale lanie jest tu słowem
właściwym, jeśli ma się właściwe wyobrażenie praktyczne o sprawie. W południe duża część była gotowa i po południu robotę planowaliśmy
skończyć i oddać do użytku.
Kiedy po powrocie z lunchu wróciliśmy z nowymi siłami i zapałem do
dalszego machania łopatami i oskardami, spotkało nas nieprzyjemne
zaskoczenie. Taka była jakość naszej porannej roboty, że wielu więźniów
użyło już i w dalszym ciągu używało naszego dzieła, choć jeszcze nie
było ukończone. Moja niemiecka elokwencja, że sprawcy powinni oczyścić
to miejsce, trafiła na dwoje najbardziej paskudnych, głuchych i sadystycznych niemieckich uszu. Perswazje na nic się nie zdawały i kierując się fałszywą dumą z powodu niemożliwości spowodowania zmiany
decyzji kontynuowania roboty, kategorycznie odmówiłem, w swoim imieniu i w imieniu pozostałych, zejścia do wykopu. Nasz wartownik był samym
uporem. Spokojnie zamocował bagnet na karabinie i zagwizdał, przywołując
na pomoc innych, którzy też natychmiast się pojawili, wykazując taką
samą gorliwość. Szturchnął mnie bagnetem niezbyt delikatnie między
żebra. Był gotów mnie przebić. Rozsądek zwyciężył. Śmierć dla ojczyzny
to rzecz szlachetna i chwalebne poświęcenie, ale w tym przypadku, za
radą moich mocno zalęknionych kompanów, zdecydowałem się żyć, by walczyć
przy innej okazji o sprawy bardziej patriotyczne.
Nie bacząc na przykrości, jakie mieliśmy w południe, jak tylko
skończyliśmy kopać latrynę, zażądaliśmy od wartownika, w imieniu
Kultury, by umożliwiono nam kąpiel. Germańcy byli zawsze bardzo czuli na
słowo "Kultura" i sugestia, że mogą niewiele mieć z nią wspólnego,
odnosiła pożądany skutek. I tak wszystkich nas zaprowadzono do
garnizonowej łaźni. Po rozkoszach gorącej wody i łaziennego (ostrego)
mydła spotkał nas jeszcze jeden szok. W długich lustrach oglądaliśmy
zdumieni nasze żałosne odbicia. W szczególności przygnębiał mnie obraz
moich łydek, ongiś przedmiotu dumy, które teraz przypominały zapałczane
patyczki.
Pewnego ranka długa kolumna więźniów wymaszerowała w kierunku miejscowej
stacji kolejowej. Procesja, otoczona wartownikami, wlokła się w akompaniamencie gwiżdżącej szyderczo młodzieży wyrażającej w ten sposób
swoją pogardę i wiarę w zwycięstwo swastyki. Nasz niechlujny wygląd
niewątpliwie zachęcał do takiej reakcji. Kto nie chciałby przylać takim
parszywcom? Wartownicy też okazali się inni. Żołnierze frontowi, którzy
nas złapali, byli innego gatunku, znacznie lepsi niż żołnierze z tyłów
pragnący wykazać moc swojego ducha bojowego surowym traktowaniem
więźniów, nad którymi mieli teraz władzę. Byliśmy zmuszani do zbyt
szybkiego marszu, biorąc pod uwagę wielu osłabionych, a czasem rannych
więźniów. Postępujący przede mną chłopak w mundurze polowym chwiał się
na nogach i potknął w szybkim marszu, przychyliłem się więc, by podnieść
na nogi kolegę, kiedy dostałem potężnego kopniaka z tyłu. Wściekły
odwróciłem się do wartownika, który mnie kopnął, i poczęstowałem go
płynnie po niemiecku historią całego jego nieślubnego pochodzenia. Inny
Szwab, słysząc oznaki buntu, podbiegł i natychmiast położył mnie na
ziemię potężnym uderzeniem kolby w sam środek pleców. Od tego uderzenia
gra w golfa często wywołuje spazm bólu akurat w momencie największego
rozmachu. Niezła wymówka, że nigdy nie byłem dobry w golfa!
Jakąś pięćdziesiątkę więźniów ładowano brutalnie do zamkniętych wagonów
dla bydła. Zamroczony jeszcze po uderzeniu, wciągnięty zostałem do
pociągu i umieszczony w pobliżu jednego z małych otworów wentylacyjnych
znajdujących się w każdym rogu wagonu pod sufitem.
Nasza psychiczna i fizyczna udręka trwała, a pociąg turkotał w pięknej
słonecznej pogodzie, tocząc się w obrazkowej dolinie Renu. Wagon był
szczelnie zamknięty z wyjątkiem tych dwóch szczelin wentylacyjnych i wszyscy stali w tłoku. Porządne gospodarstwa, lasy sosnowe prowadzone z teutońską starannością migały w ostrym kontraście z naszą nędzą i upodleniem.
Czasami godzinami staliśmy w polu, z dala od czegokolwiek, bez żadnej
przyczyny, a wartownicy kursowali bez przerwy wzdłuż pociągu. To
zatrzymywanie się i ruszanie trwało jakieś trzydzieści sześć godzin, w czasie których nie otwarto ani na chwilę drzwi wagonu, nie dostarczono
jadła ani napoju. Dopiero późnym popołudniem drugiego dnia zatrzymaliśmy
się na małej stacyjce. Nieznośny głód i pragnienie, brak toalety wraz z niesamowitym przepełnieniem, wszystko to stwarzało prawdziwe piekło na
ziemi. Ci, których siły zawiodły, padali, często jedni na drugich, i ci
na wierzchu mieli lepiej, bo nie leżeli w nieczystościach zalegających
podłogę. Otwarto wreszcie drzwi i osobno z każdego wagonu, pod silną
eskortą wyprowadzano nas na pobocze. Pielęgniarki Niemieckiego
Czerwonego Krzyża rozdawały zupę z chlebem. Wielu było zbyt słabych,
żeby jeść, dawali się jednak przekonać, żeby coś przełknąć. Kto wie,
kiedy będzie następny postój?
W czasie kiedy poszczególne grupy jadły, a raczej żarły na peronie, ich
wagony myto silnym strumieniem wody z węża. Podłogę następnie pokrywano
słomą, luksus w porównaniu do poprzednich warunków. Po powrocie do
wagonu sprytnie ulokowałem się z powrotem w rogu, w korzystnym miejscu.
Wagony znów pozamykano i czekaliśmy kilka godzin, zanim podjęto podróż.
Z tego zajęcia miejsca pod szczeliną wentylacyjną odniosłem istotną
korzyść. Oczekując w rezygnacji, podparty w rogu wagonu, kiedy pociąg
znów ruszy, usłyszałem nagle przechodzącego Niemca pytającego, czy ktoś
nie potrzebuje jeszcze chleba. Okazało się, że wszyscy więźniowie
zamknięci już byli w wagonach, a na stacji pozostało wiele
niezjedzonego chleba. Zapewniłem żołnierza, że nasz wagon chętnie
skorzysta. Dobrze się złożyło, że w innych wagonach nie zrozumieli
oferty i że nie zauważyli, ile chleba dostaliśmy przez wentylator.
Chociaż to ja byłem sprawcą tego szczęśliwego obrotu sprawy i kusiło
mnie, by zatrzymać znaczną porcję dla siebie, pohamowałem się. Tytułując
starszego wiekiem podoficera znacznie powyżej jego rangi, zasugerowałem,
żeby chleb rozdzielić po równo. To posunięcie zaakceptowano chętnie i kiedy każdy z więźniów miał kawał chleba na czarną godzinę, nastrój i morale w wagonie znacznie się poprawiły. Niektórym z bardziej
uzdolnionych udało się zrobić solidną dziurę w podłodze, i chociaż nie
była to najwygodniejsza z toalet, okazała się niezwykle przydatna,
podnosząc stan higieny w wagonie.
Rankiem czwartego dnia, a może był to piąty, warunki znów strasznie się
pogorszyły. Chociaż improwizowana toaleta i słoma na podłodze trochę
pomagały, wielu z godziny na godzinę opadało z sił. Połowa z nas leżała
lub siedziała skurczona. Ja na plecach miałem stłuczenie wielkości piłki
nożnej po uderzeniu kolbą, co boleśnie uniemożliwiało mi siedzenie.
Tkwiłem żałośnie podparty w rogu wagonu. Wreszcie pociąg się zatrzymał.
Koniec podróży. Mała stacyjka nazywała się Szubin, dawniej leżała w polskim Korytarzu, teraz włączono ją do Reichu. Uzbrojeni Niemcy byli
wszędzie, otwarto wagony i głośne rozkazy rozruszały nas. Żołnierze,
którzy przybyli, by nas eskortować do obozu dla jeńców, byli
najwyraźniej zaszokowani stanem nowego transportu. Ich dowódca, starszy
wiekiem Niemiec, pułkownik noszący medal z pierwszej wojny światowej,
nie owijał w bawełnę i wygarnął strażnikom pociągu i dowodzącemu
porucznikowi pełnym głosem tę nieludzką Schweinerei.
Warknięto rozkaz, by nam pomóc w wydobyciu się z wagonów, i nieprzyjacielscy żołnierze, odłożywszy karabiny, robili, co mogli, by
nam pomóc. Większość z nas wygramoliła się samodzielnie, ale niektórych,
co starszych, trzeba było wynieść na noszach, umieszczono ich potem w tyle ciężarówek i odwieziono. Warunki w innych wagonach musiały być
nawet gorsze niż w naszym. Niemieckie koce wojskowe pokrywały niektóre
nosze, ponury dowód rygorów niemieckiej gościnności.
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, stosunkowo poprawne traktowanie
nas potem, można wywnioskować, że pojmanie tak wielkiej liczby jeńców w krótkim czasie przeciążyło wszelkie obozy, bazy, środki komunikacji, co
było widoczne dobitnie po naszym przybyciu do Szubina. Trzeba też
zaznaczyć, że traktowanie jeńców wojennych innych narodowości,
szczególnie Rosjan i partyzantów, stawało się morderczo barbarzyńskie w miarę postępu wojny.
Długa kolumna wlokła się powoli wzdłuż głównej ulicy miasta i wielu z nas pomagało słabszym, mimo skrajnego wyczerpania. Polscy cywile,
jeszcze niedeportowani przez nowych panów, stali wzdłuż ulicy i otwarcie
lali łzy nad naszym losem. Zaraz za miastem znajdowała się szkoła
zakonna przekształcona w obóz. Wiele akrów z pięknymi budynkami
szkolnymi i drzewami otoczono teraz podwójnym ogrodzeniem z drutu
kolczastego z regularnie rozstawionymi wieżami wartowniczymi. Jeden z budynków, do którego wniesiono tych na noszach, przekształcono w szpital. Resztę umieszczono w różnych klasach szkolnych z wielopiętrowymi drewnianymi pryczami, na każdej pryczy był wypełniony
słomą siennik. Po raz pierwszy od wzięcia do niewoli można było
wyciągnąć się wygodnie i umożliwić Matce Naturze przezwyciężenie naszego
osłabienia wywołanego przeżyciami ostatnich dni błogosławionym, głębokim
snem. Przez kilka dni, kiedy leżeliśmy jakby w odrętwieniu, wartownicy
zachowywali się powściągliwie, i choć głód dokuczał nam bez przerwy,
odzyskaliśmy nieco sił. Jedna gruba kromka wojskowego chleba, kawa
erzacowa i miska wodnistej zupy stanowiły dzienną rację. Przy pompie na
dziedzińcu można było się umyć i wracać do zdrowia w cieple słońca.
Życie trochę się unormowało. Zarządzono zbiórki na apel i z niemiecką
starannością wszyscy więźniowie zostali spisani według nazwisk,
ponumerowani i zadokumentowani, włączając adresy domowe i zawody. Tych,
którzy mieli odpowiednie kwalifikacje, zatrudniono w obozie jako
kucharzy, szewców, elektryków, ogrodników i tym podobnych, a jako że nie
było wśród nas oficerów, starsi podoficerowie podjęli przywództwo nad
swoimi grupami i byli łącznikami z niemieckimi władzami. Chociaż
myślałem zachować moją znajomość niemieckiego w tajemnicy, jakoś rzecz
się wydała i naciskano na mnie, bym służył pomocą jako tłumacz w różnych
okolicznościach. W szpitalu stałem się bardzo pożyteczny dla chorych, co
miało tę korzyść, że dostawałem dodatkowe pożywienie i czasem nieco
tytoniu. Udało mi się też przemycić wiele bochenków chleba z kuchni
szpitalnej dla kolegów w innych częściach obozu. Niemniej dieta była
spartańska i głód doskwierał bez przerwy setkom więźniów zapełniających
teraz obóz. Doszło do nas kilka paczek Czerwonego Krzyża i rozdzielaliśmy je skrupulatnie, żeby każdy miał kawałek czekolady, parę
cukierków czy innych delikatesów, nie wspominając rozkosznych, a tak
oczernianych plasterków mielonki z puszek. Z jednego przydziału paczek
otrzymałem całą puszkę słodzonego mleka skondensowanego Nestlé. Po
wsunięciu całej puszki za jednym zamachem czułem mdłości przez parę
godzin, ale wzmocniło mnie to bardzo.
Normalna dieta dzienna zawiera wiele niezbędnych składników, które uważa
się za coś oczywistego, dopiero wyeliminowanie ich z diety, jak to było
w naszej opłakanej sytuacji, powoduje uczucie pożądania specyficznych
pokarmów, które odczuwaliśmy i na co wszyscy się uskarżali.
Przekazywanie paczek żywnościowych nabrało właściwego rozpędu później w czasie wojny, kiedy to przypadała jedna cała paczka na jeńca tygodniowo.
Z czasem dzięki szczodrości Czerwonego Krzyża i razem z podstawowymi
racjami żywnościowymi niektórzy jeńcy wojenni jedli jakościowo lepiej
niż przeciętny żołnierz niemiecki. Pamięć bywa krótka. Wiele
wdzięczności należy się Czerwonemu Krzyżowi.
Po skatalogowaniu potencjału zatrudnieniowego wszystkich więźniów Szwaby
zaczęły wysyłać grupy robocze na harówkę poza obozem. Większość chętnie
brała w tym udział, by opuścić to olbrzymie więzienie i zobaczyć trochę
świata poza drutami kolczastymi. Rozeszła się też plotka, że jest tam
lepsze jedzenie i w ogóle lepsze warunki, stąd wiele osób starało się o włączenie do tych grup. Prawie każdego dnia grupy więźniów najczęściej
złożone z jakichś dwudziestu osób, opuszczały obóz z kilkoma
wartownikami pod komendą Unteroffiziera (podoficera). Nowi więźniowie
przybywali do obozu i zakwaterowywano ich na miejsce tych, którzy
opuścili obóz, i procedura rejestracji rozpoczynała się od nowa.
Szubin był centralą odpowiedzialną za dostarczanie niewolników i administrowanie dużego rejonu. Kiedy wszystkie te wyprawy z obozu miały
miejsce, moja rola jako tłumacza, poza zaletami, miała strony ujemne.
Utrudniała dołączenie do grupy roboczej, co pociągało mnie nie tylko ze
względu na możliwość popatrzenia na świat. Odzyskałem teraz w pełni siły
fizyczne i psychiczne po depresji, jaka opanowuje wszystkich żołnierzy w wyniku pierwszego popadnięcia w niewolę. Determinacja, by nie
przesiedzieć reszty wojny za drutem kolczastym, stała się moją obsesją i wszystko wskazywało na to, że ucieczka z małej grupy będzie łatwiejsza
niż z dobrze strzeżonego obozu głównego. Podjąłem decyzję o ucieczce.
Pierwszym krokiem było zrezygnowanie z roli tłumacza, aby nie było
żadnych zastrzeżeń co do opuszczenia Szubina pod pretekstem wykonywania
pracy potrzebnej nazistom. Przedstawiałem nowym przybyszom z pewną
znajomością niemieckiego zalety funkcjonowania w charakterze tłumacza i oczekiwałem, że ktoś mnie zastąpi.
Przed włączeniem się do grupy roboczej, dzięki łapówkom, handlowi
wymiennemu, wreszcie krzykliwemu wręcz ogłaszaniu, zdobyłem mapy Polski,
kompas oraz manierkę. Jeśli spojrzeć na to z perspektywy czasu,
planowanie to było straszną amatorszczyzną, ale miało też rolę
terapeutyczną, dawało rację życia i przedmiot obmyśliwań. Parę
przyciszonych słów z jednym czy z dwoma bardziej przystępnymi
strażnikami pozwoliło mi zorientować się, która z grup roboczych
odpowiada najbardziej moim potrzebom. Ogólnym planem było przedrzeć się
przez obszar okupowany przez Niemców i przedostać się na tereny w rękach
rosyjskich. Planowano zakwaterować kilkunastu więźniów około dwudziestu
mil na wschód do pracy przy obwałowaniu kanału. Rankiem któregoś
czerwcowego ranka zebrano nas, każdy otrzymał polski płaszcz
kawaleryjski, menażkę i parę drobiazgów jako wyposażenie na nową
karierę. Na dodatek do map i innego sprzętu potrzebnych w ucieczce
odwiedziłem także nasz warsztat szewski i zorganizowałem parę solidnych
butów. Cały obóz musiał paradować, a żołnierz niemiecki przechadzał się
po szeregach w poszukiwaniu swojego obuwia. Buty były dobrze schowane i włożyłem je dopiero na drogę rankiem w dniu wymarszu z obozu.
Unteroffizier przeszukiwał ubrania i sprzęt, ponieważ jednak ucieczki
nie były jeszcze ulubioną rozrywką więźniów, robił to niedbale i niczego
nie znalazł. Mały kompas był tak starannie schowany, że skromność nie
pozwala mi mówić, gdzie go na sobie ukryłem. Na stacji świeciło piękne
słońce, kiedy czekaliśmy na pociąg. Najróżniejsi cywile polscy
porozumiewawczo, ostrożnie mrugali do nas pełni życzliwości i wiele
papierosów i tytoniu przewędrowało ukradkiem do brytyjskich kieszeni z wielkim ryzykiem dla dawców.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki