SOBOTA 7 GRUDNIA
Przez całe przedpołudnie śnieg był głównym tematem poruszanym przez nielicznych klientów, którym udało się dostać do apteki. Zaczęło sypać już poprzedniego wieczoru i od tamtego czasu śnieg prószył z nisko wiszących chmur, przysłaniając świat białym całunem. Miejskie pługi ledwie radziły sobie z utrzymaniem ulic w jako takim stanie przejezdności, a jeśli ktoś rano zadał sobie trud oczyszczenia chodnika przed domem, pół godziny później mógł zaczynać od nowa. Biała pierzyna grubości dwudziestu pięciu centymetrów przykrywająca samochody, dachy i kontenery na odpady przypominała Anne Böhlefeld czas dzieciństwa. Wówczas każdej zimy padało tyle śniegu i w jej wspomnieniach musiały minąć całe tygodnie, zanim zaczął się topić; nie to, co teraz, kiedy wystarczyło kilka godzin, żeby biały puch na ulicach zmienił się w brunatną breję. Czuła dziwny spokój, gdy padało, jak dawniej, kiedy jeszcze były cztery pory roku i nikt nie mówił o zmianach klimatu.
Klienci na butach wnosili do apteki wilgotny chłód i topniejącą papkę. Młodsi narzekali, bo nie podobało im się odśnieżanie samochodów, starsi bali się poślizgnięć, upadków i połamanych kończyn, a ona myślała, jakie to typowo niemieckie, że wszyscy zawsze skupiali się na negatywnych aspektach. Jednak tego dnia nic nie mogło zepsuć jej humoru, bo poprzedni wieczór był udany jak rzadko kiedy. Razem z Jörgiem zostali zaproszeni do znajomych na obiad z grami kryminalnymi, przy których śmiała się tak bardzo, że dziś bolały ją mięśnie brzucha.
Około południa zakończył się napływ i tak bardzo nielicznych klientów.
- Przez ten śnieg nikt już dzisiaj nie przyjdzie - stwierdziła szefowa. - Może pani skończyć na dzisiaj. Ja zamknę.
Rzeczywiście, dalej padało bez przerwy, a ruch na ulicach niemal ustał. Kilka osób wcześniej opowiadało, że zawieszono kursowanie autobusów i linii S3, bo drzewo przewróciło się na linie trakcyjne. Anne sięgnęła do kieszeni i wyjęła telefon. Lissy jeszcze się nie odezwała, więc napisała do córki krótką wiadomość. Zaproponowała, że podjedzie po nią do Sary, jej przyjaciółki, żeby nie musiała wracać w tym śniegu. Potem sprawdziła jeszcze zamówienia.
- Dzwoniła pani Kreuzer z Falkenstrasse - powiedziała. - Boi się wychodzić z domu. Wracając, podrzucę jej lekarstwa.
Spojrzała na ekran smartfona. Lissy nie odpowiedziała. Dziwne. Otworzyła okienko czatu. Przy wiadomości, którą wysłała chwilę wcześniej, widniał pojedynczy szary ptaszek. Lissy po raz ostatni korzystała z aplikacji poprzedniego wieczoru o 19.22. Anne przełknęła nerwowo ślinę i wybrała numer córki. Wybrany numer jest czasowo niedostępny. Spróbuj zadzwonić później. Poczuła ucisk pod mostkiem i gorzki smak w ustach. Czasowo niedostępny. Pojedynczy szary ptaszek przy wiadomości. To przecież niemożliwe! Jej córka była dosłownie zrośnięta z telefonem, nigdy go nie wyłączała i niemal obsesyjnie pilnowała, żeby zawsze mieć wystarczająco naładowaną baterię. Anne uruchomiła aplikację z lokalizacją Find My. Lissy żartowała, że właściwą nazwą byłoby Stalking-App, jednak nie miała nic przeciwko, żeby matka zawsze mogła sprawdzić, gdzie się akurat znajduje. W pierwszej chwili Anne zadrżała z radości i ulgi, bo punkcik na ekranie pokazywał komórkę Lissy w Niederhöchstadt, jednak potem kobieta przeczytała podpis pod mapką LisBoe2003@t-online.de, Eschborn, Steinbacher Strasse, 19 godzin temu. Zaraz potem punkcik zniknął. Brak lokalizacji.
Anne weszła do pokoju dla pracowników i zamknęła za sobą drzwi. Wybrała numer Jörga. Gdyby Lissy zgubiła komórkę albo gdyby ktoś ją ukradł, z pewnością znalazłaby sposób, by powiadomić matkę o najstraszliwszym nieszczęściu, jakie mogło spotkać nastolatkę. Nie, nie było po prostu żadnego logicznego wyjaśnienia, dlaczego Lissy od dziewiętnastej dwadzieścia dwie poprzedniego wieczoru nie pojawiła się online.
- No, odbierz w końcu - mruknęła Anne, przyciskając dłoń do mostka, lecz mąż się nie zgłaszał.
Wzięła głęboki oddech. Strach ustąpił miejsca złym przeczuciom. Do kogo mogłaby zadzwonić? Do Sary? Nie, lepiej do jej matki. Violę Korbmacher znała tylko z wywiadówek, szkolnych uroczystości i paru spotkań w klasowym gronie. Trzęsły jej się palce, gdy przewijała listę nazwisk w książce adresowej, by w końcu pod literą K trafić na właściwy numer.
- Proszę, bądź u nich! - szeptała, czekając na sygnał wołania. - Proszę, Lissy, bądź u Sary. Błagam. Nawet jeśli zgubiłaś telefon, to nic się nie stało. Albo po prostu zapomniałaś go naładować. Proszę, proszę, proszę, Boże drogi, pozwól, żeby po prostu zaspała...
- Witaj, Anne! - Zaskoczenie w głosie Violi Korbmacher było niczym cios w splot słoneczny. Jak miło cię słyszeć! Co u ciebie?
- Cześć, Viola. - Anne starała się zapanować nad tonem, by nie było w nim słychać paniki. - Słuchaj, czy dziewczynki jeszcze śpią? Próbowałam dodzwonić się do Lissy, ale ma wyłączony telefon.
- Hmmm...
Anne nie mogła nabrać oddechu. Ta chwila wahania w każdej komórce jej ciała poruszyła coś, co było w nich od pierwszej sekundy, gdy wzięła Lissy w ramiona: przerażający, wszechogarniający strach o dziecko, który drzemie w każdej matce.
- Lissy u nas nie nocowała - odparła Viola, delikatnie zaskoczona. - Sara jakiś czas temu pojechała z ojcem do parku Alter Kurpark. Pomagają tam przy stoisku klubu sportowego, bo w Bad Soden mamy w ten weekend jarmark bożonarodzeniowy.
- Ale... myślałam... znaczy... Lissy mówiła, że będzie u was nocować - wyjąkała Anne.
- Niestety, bardzo mi przykro - odparła Viola głosem, jakby chciała powiedzieć: "No cóż, moja droga, to cię córka okłamała, nie ma co".
- Dziękuję - wyszeptała Anne i zakończyła rozmowę. Osunęła się na wąskie łóżko i ponownie otworzyła na WhatsAppie chat z Lissy, walcząc ze strachem, który groził pochłonięciem jej niczym potężna, czarna fala. Miała mętlik w głowie. Czy Lissy na pewno mówiła, że będzie spać u Sary? A może miała na myśli Marcellę, Lynn czy którąś z pozostałych koleżanek? I dlaczego Jörg nie oddzwaniał? Anne odczytała powtórnie ostatnią wiadomość, którą Lissy wysłała jej poprzedniego dnia, osiemnaście minut po siódmej wieczorem. Na lodowisku było super, pędzimy na pociąg. Do jutra, kocham Cię.
Anne zacisnęła usta i przewinęła wiadomości. Zawahała się, zanim wybrała nagranie głosowe, które córka przysłała jej siedemnaście po trzeciej po południu.
- Hej, mamo - usłyszała jej głos. - Wychodzimy już z Sarą. Posprzątałam kuchnię, pokój ogarnę jutro, jak wrócę. Teraz spotykamy się z Marcellą, Lynn i resztą, i razem lecimy na lodowisko. Potem idziemy do Sary i będziemy u niej nocować wszystkie. Będą naleśniki, a jutro jeszcze wyskoczymy na jarmark, ale to ci mówiłam. Daj znać, czy to na pewno okej? Kocham cię.
Ból przeszył jej serce. Anne zacisnęła powieki.
*
Później nie była w stanie przypomnieć sobie, jak dotarła do domu. Wpadła do środka, wbiegła schodami na piętro i otworzyła drzwi do pokoju Lissy, kierowana irracjonalną nadzieją, że zobaczy tam śpiącą spokojnie córkę. Jednak jej łóżko było puste, a w pomieszczeniu panował bałagan, który obiecała posprzątać po powrocie. Otwarta szafa, wysunięte szuflady, porozrzucane ubrania, a na biurku sterta szkolnych rzeczy, kosmetyków i zabawek.
Kobieta poczuła, jak siły opuszczają jej ciało. Usiadła ciężko na najwyższym stopniu schodów i przez jakiś czas nie ruszała się z miejsca, próbując zapanować nad karuzelą myśli. Gdzie jesteś, Lissy?
Drgnęła przestraszona, kiedy niespodziewanie rozdzwoniła się jej komórka.
- Lissy! - Przemknęło jej przez głowę, lecz ku jej bezgranicznemu rozczarowaniu na ekranie pojawiło się nazwisko Violi Korbmacher.
- Lissy się odezwała? - zapytała matka Sary.
- Nie - odpowiedziała Anne, z trudem panując nad głosem. - Ma wyłączoną komórkę. A normalnie nigdy jej nie wyłącza.
- Zadzwoniłam do Sary - ciągnęła Viola. - Ona też niestety nie wie, gdzie jest Lissy. Ale powiedziała, że poprzedniego wieczoru mocno się o coś pospierały. Lissy była tak na nią zła, że chciała wracać do domu piechotą z Niederhöchstadt.
- Pokłóciły się? Niby o co? - wyszeptała Anne.
- Nie mam pojęcia.
Nie, to niemożliwe. Lissy i Sara były jak papużki nierozłączki. Nigdy się nie kłóciły.
- Bardzo mi przykro, Anne. Gdybym tylko mogła jakoś pomóc...
Anne przerwała połączenie. Z dołu dobiegł trzask zamka w drzwiach.
- Anne? - Przy schodach pojawił się Jörg. Potarł palcem plamę ze smaru. Musiał pracować przy motocyklu i dlatego nie słyszał, jak do niego dzwoniła. - Odebrałaś mięso od rzeźnika?
Ich spojrzenia się skrzyżowały. Od miesięcy nie był tak rozluźniony i w dobrym humorze. Poprzedni wieczór dobrze mu zrobił. Wieczór pełen swobodnego śmiechu i seks po powrocie do domu. W czasie, kiedy Lissy mogło stać się coś złego...
- Nie mogę dodzwonić się do Lissy - powiedziała szeptem, bo bała się, że głos odmówi jej posłuszeństwa. - Od wczorajszego wieczoru ma wyłączony telefon. I wcale nie nocowała u Sary. Jörg, boję się, że coś jej się stało.
Miała nadzieję, że wybuchnie śmiechem i powie, że mała była z nim w garażu i pomagała przy motocyklu. Ale tego nie zrobił. Potrzebował kilku sekund, zanim zrozumiał, co chciała mu przekazać.
Razem obdzwonili wszystkich znajomych, znajome i przyjaciółki córki. Bez skutku. Marcella i Lynn od wczoraj nie miały z nią żadnego kontaktu, jednak niezależnie od siebie potwierdziły, że Lissy i Sara bardzo mocno się pokłóciły, kiedy wszystkie razem wracały z lodowiska na dworzec w Niederhöchstadt. Nie miały pojęcia, o co im poszło. One dwie również miały nocować u Sary, piec pierniki i oglądać ulubiony serial Riverdale, lecz ku ich rozczarowaniu, po kłótni z Lissy Sara brutalnie podziękowała im za towarzystwo. Sara, Paula i Julika wsiadły w pociąg do Bad Soden, a Marcella i Lynn wróciły do domów piechotą. Kawałek drogi Lissy szła przed nimi, ale potem gdzieś skręciła.
- Idziemy na policję - zdecydował Jörg. - Od piątku pada śnieg. Jeśli cokolwiek jej się stało, jeśli jest ranna i gdzieś leży...
Nie musiał dokańczać zdania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki