Potwór z sąsiedztwa - Karina Majsterek

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Krwa­wy spek­takl

- Zrób so­bie sa­me­mu przy­słu­gę i odejdź już z tego świa­ta.

Prze­raź­li­wy krzyk, wy­do­by­wa­ją­cy się z gar­dła le­żą­ce­go pod bu­tem Bru­na męż­czy­zny, był ni­czym naj­bar­dziej roz­kosz­na, ak­sa­mit­na, piesz­czą­ca zmy­sły me­lo­dia - ko­ją­ca i po­bu­dza­ją­ca za­ra­zem. Bru­no kar­mił się nią, choć w su­mie wie­dział, że to tru­ci­zna. Sma­ku­ją­ca jak am­bro­zja, lecz jed­nak tru­ci­zna. Szum w uszach na­ra­stał, na­krę­ca­jąc jesz­cze sza­leń­stwo con­si­glie­re. Tej nocy wszyst­ko zda­wa­ło się być na swo­im miej­scu.

Tak do­bre.

Tak ide­al­ne.

Skrzyp­nię­cie drzwi usły­szał chwi­lę przed tym, nim po­czuł po­wiew chło­du, jesz­cze za­nim uj­rzał twarz dzie­więt­na­sto­let­nie­go syna ku­zyn­ki - Ne­ria. Chło­pak pod­szedł bli­żej i przyj­rzał się jego dzie­łu. Ski­nął z uzna­niem gło­wą, po­sy­ła­jąc mu głu­pa­wy uśmiech.

Ła­god­ny blask ko­ły­szą­cej się ża­rów­ki opadł na za­krwa­wio­ny but Vi­ta­lie­go. Pod po­de­szwą czuł kość po­licz­ko­wą - pęk­nię­tą aż do bocz­nej ścia­ny oczo­do­łu je­ba­ne­go ru­ska. Typ mógł­by już zdech­nąć i dać mu od­po­cząć. Jed­nak oka­zał się bar­dziej wy­trzy­ma­ły, niż po­cząt­ko­wo Bru­no za­kła­dał.

Tej nocy każ­da se­kun­da była dla nie­go jak spek­takl - wcią­ga­ją­cy, a przy tym pe­łen nie­spo­dzia­nek. Vi­ta­li jesz­cze przez mo­ment stał w bez­ru­chu, jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny, i nie po­tra­fił od­wró­cić spoj­rze­nia od swo­je­go dzie­ła.

Po­czuł na kar­ku wzrok capo. Ric­car­do ob­ser­wo­wał z za­cie­ka­wie­niem po­czy­na­nia swo­jej pra­wej ręki. Wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny, po­nie­waż uda­ło im się wy­cią­gnąć wszyst­kie in­for­ma­cje, na któ­rych mu za­le­ża­ło. Bru­no od­chy­lił gło­wę i spoj­rzał na Ric­car­da Mar­chet­tie­go. Wy­krzy­wił usta w psy­cho­pa­tycz­nym uśmie­chu. Męż­czy­zna, któ­rym "za­opie­ko­wał się" capo, praw­do­po­dob­nie już nie żył. Od kil­ku do­brych mi­nut nie było sły­chać jego od­de­chu, i tak wcze­śniej nik­ną­ce­go po­śród krzy­ków ko­le­gi z Bra­twy.

Vi­ta­li przy­mknął po­wie­ki. Przez kil­ka nie­spo­koj­nych ude­rzeń ser­ca na­pa­wał się tym mo­men­tem, a po­tem wraz z wes­tchnie­niem wy­pu­ścił go­rą­cy od­dech, zmie­nia­ją­cy się w parę w zim­nym ma­ga­zy­nie.

Ta noc była po­ka­zem sił. Mo­gli bez wa­ha­nia te­sto­wać na schwy­ta­nych wszyst­kie moż­li­we ro­dza­je bro­ni, bo wy­trzy­ma­łość Ro­sjan na ból oka­za­ła się god­na po­zaz­drosz­cze­nia. Szko­le­ni w nie­ludz­kich wa­run­kach, przy­zwy­cza­je­ni do tor­tur żoł­nie­rze Bra­twy sta­li się ide­al­ny­mi lal­ka­mi po­ka­zo­wy­mi do ich ma­łych przed­sta­wień.

W czy­nach wło­skie­go capo i jego con­si­glie­re próż­no było szu­kać wa­ha­nia. Każ­dy, na­wet naj­mniej­szy na­cisk pal­ców na rę­ko­je­ści noża Bru­na był wy­wa­żo­ny - nie­mal ide­al­ny. Lep­ka ciecz o cięż­kim, me­ta­licz­nym za­pa­chu bru­dzi­ła jego sil­ne dło­nie, spły­wa­jąc po nad­garst­ku i ochla­pu­jąc po­sadz­kę.

Bru­no uniósł wzrok i prze­ciął nim ni­czym la­se­rem cia­ło ska­to­wa­ne­go żoł­nie­rza Bra­twy, za­sta­na­wia­jąc się, ile typ jesz­cze po­cią­gnie. Nie grze­szył dziś cier­pli­wo­ścią.

Pod­niósł z pod­ło­gi za­krwa­wio­ny dłu­gi klucz do kół i przy­wa­lił nim Ro­sja­ni­no­wi pro­sto w czasz­kę, a po­tem po­pra­wił jesz­cze raz - w miej­sce, gdzie szy­ja sty­ka się z gło­wą - i na ko­niec w sam śro­dek twa­rzy. Świe­ża krew wy­pły­nę­ła na pod­ło­gę, co utwier­dzi­ło Bru­na w prze­ko­na­niu, że tym ra­zem męż­czy­zna nie prze­żył.

Wszy­scy obec­ni w ma­ga­zy­nie przy­glą­da­li mu się z kon­ster­na­cją - Ne­rio, Ric­car­do i pół no­wo­jor­skie­go od­dzia­łu Fa­mi­gli, któ­ry we­zwał tej nocy capo. Vi­ta­li uniósł wzrok i spoj­rzał na ze­bra­nych, co bez­sprzecz­nie ozna­cza­ło ko­niec przed­sta­wie­nia.

- Pod­rzuć­cie to, co z nich zo­sta­ło, do domu sta­re­go Mo­ro­zo­wa - po­sta­no­wił Mar­chet­ti. - Może w koń­cu prze­trze oczy i za­uwa­ży, co jego sy­na­lek od­pier­da­la. Je­śli nie, zro­bię z nimi po­rzą­dek na swój spo­sób.

Chwy­cił w dło­nie po­kry­tą po­so­ką szmat­kę i prze­tarł je, da­jąc jed­no­cze­śnie sy­gnał swo­im lu­dziom, że na dziś za­koń­czył za­ba­wę i wra­ca do domu - do żony i syna.

- Mamy to, cze­go chcie­li­śmy. Bra­twa ma prze­je­ba­ne - za­uwa­żył Ne­rio, opie­ra­jąc ra­mię o ścian­kę dzia­ło­wą. - Je­dzie­my do domu? - jęk­nął znu­dzo­ny.

Bru­no spoj­rzał na chło­pa­ka z po­li­to­wa­niem.

- Je­śli chcesz, mo­żesz je­chać. - Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Wie­czo­rem masz być w Dark­ness. Przy­jeż­dża Ni­co­las.

- Ja­sne.

Vi­ta­li wy­co­fał się w stro­nę ciem­ne­go ko­ry­ta­rza. Już się­gał klam­ki, gdy usły­szał:

- Zno­wu się tam wy­bie­rasz?

Przy­sta­nął, uniósł po­wie­ki, prze­chy­lił gło­wę i na­brał po­wie­trza do płuc.

- Mu­szę od­re­ago­wać - mruk­nął tyl­ko i ski­nął na po­że­gna­nie gło­wą wy­cho­dzą­ce­mu w ob­sta­wie swo­ich lu­dzi capo. Ric­car­do wy­szedł z ma­ga­zy­nu w asy­ście sze­fa swo­jej ochro­ny, Ser­gio Man­ci­nie­go, któ­ry bez słów po­dą­żył za nim ni­czym cień.

Bru­no miał inne pla­ny na tę noc. I choć zbli­żał się ra­nek, wie­dział już, że po tym wszyst­kim nie za­śnie. Po­trze­bo­wał re­lak­su, cze­goś, co za­wsze dzia­ła­ło. Po wy­da­rze­niach ta­kich jak to mu­siał spu­ścić nie­co pary i się uspo­ko­ić. Ina­czej ktoś jesz­cze stra­ci przez nie­go ży­cie.

Do He­aven do­tarł po kwa­dran­sie. Za­par­ko­wał swo­je­go li­mon­ko­we­go McLa­re­na pod bu­dyn­kiem i szyb­ko od­na­lazł Ma­di­lynn, dziw­kę, któ­ra jako je­dy­na w klu­bie lu­bi­ła ostrzej­sze za­ba­wy. Uwa­żał ją za swo­ją ulu­bie­ni­cę, choć tak na­praw­dę ko­rzy­stał z jej "usług" tyl­ko, gdy był na­krę­co­ny. Na co dzień wo­lał szyb­ki seks, któ­ry ofe­ro­wa­ły mu nie­mal wszyst­kie ko­bie­ty, z któ­ry­mi współ­pra­co­wał: od anioł­ków w He­aven po kel­ner­ki i pra­cow­ni­ce Dark­ness. Miał do wy­bo­ru tyle pięk­nych ko­biet, że nie mu­siał ogra­ni­czać się do jed­nej.

Ma­di­lynn wy­glą­da­ła jak la­lecz­ka. Była ślicz­ną ciem­no­wło­są dziew­czy­ną o por­ce­la­no­wej ce­rze i ru­mia­nych jak u Śnież­ki po­licz­kach. Mógł z nią zro­bić wszyst­ko, a ona na­wet by się nie za­jąk­nę­ła. Po­zo­sta­wa­ła od­da­na i ule­gła, ale lu­bi­ła, gdy Bru­no nią po­mia­tał. Zna­ła swo­je miej­sce w sek­su­al­nej hie­rar­chii i z po­ko­rą uczest­ni­czy­ła w jego brud­nej za­ba­wie.

Gdy uma­za­ne krwią dło­nie Bru­na szarp­nę­ły Ma­di­lynn za wło­sy, mło­da ko­bie­ta od­chy­li­ła gło­wę i przy­ję­ła do ust jego twar­de­go pe­ni­sa. Za­ci­śnię­ty na szyi pa­sek wrzy­nał się w jej de­li­kat­ną skó­rę, a gdy Bru­no za nie­go po­cią­gnął, skrzy­wi­ła się z bólu.

- Daj z sie­bie wszyst­ko - za­żą­dał. - Zrób to jak na­le­ży.

Resz­tę tych słów za­głu­szył dźwięk, któ­ry ule­ciał z ust Ma­di­lynn, kie­dy Vi­ta­li gwał­tow­nie we­pchnął jej ku­ta­sa do gar­dła. Wy­peł­nił je bru­tal­nie, jed­no­cze­śnie przy­du­szał dziew­czy­nę skó­rza­nym pa­skiem.

Du­si­ła się. Łzy spły­wa­ły po jej ala­ba­stro­wych po­licz­kach, gdy pró­bo­wa­ła się uspo­ko­ić i za­czerp­nąć tchu. Wte­dy Bru­no od­pa­lił się na do­bre i za­czął po­su­wać jej usta z jesz­cze więk­szą mocą, nie przej­mu­jąc się tym, że prze­je­cha­ła po jego człon­ku zę­ba­mi. Lu­bił ostre za­ba­wy, a dziś pod­nie­ca­ła go krew. Ta wy­pły­wa­ją­ca z ką­ci­ka ust Ma­di­lynn i ta czę­ścio­wo przy­schnię­ta, po­ły­sku­ją­ca na jego dło­niach.

- Boli - wy­ję­cza­ła przez łzy.

- Wiem... skar­bie - wes­tchnął Bru­no. - Cza­sa­mi jed­nak ból jest po­trzeb­ny. Po­trze­bu­je­my go, by żyć.

Wbił się jesz­cze głę­biej w jej gar­dło, czu­jąc ucisk w ją­drach, a po nim gwał­tow­ną falę speł­nie­nia. Wy­su­nął po­wo­li ku­ta­sa spo­mię­dzy warg Ma­di­lynn. Był uma­za­ny sper­mą i krwią.

- A te­raz po­łknij i wy­liż do czy­sta - za­żą­dał.

Przez mo­ment ob­ser­wo­wał, jak liże go z każ­dej stro­ny, a po­tem prze­niósł spoj­rze­nie ni­żej - na swój pa­sek.

Na szyi dziew­czy­ny po­ja­wi­ła się fio­le­to­wa bruz­da. Do­tknął jej pal­ca­mi, bio­rąc przy tym ury­wa­ny wdech. Przy­mknął na mo­ment po­wie­ki, za­sta­na­wia­jąc się, czy jest już wy­star­cza­ją­co spo­koj­ny i czy jego to­wa­rzysz­ka wy­trzy­ma coś jesz­cze. Wy­glą­da­ła, jak­by mia­ła już dość. Nie wie­dział, że Ma­di­lynn Adams w tam­tym mo­men­cie bła­ga­ła Boga w my­ślach, by Vi­ta­li już so­bie po­szedł.

Bru­no spoj­rzał na swo­je ele­ganc­kie buty, te­raz brud­ne, i wes­tchnął.

Pora wra­cać do domu - po­sta­no­wił.

Rozdział 2

Ma­di­son Ave­nue

- Jest prze­pięk­ny.

Elo­die nie są­dzi­ła, że te dwa tak pro­ste, a jed­nak wy­jąt­ko­we sło­wa opusz­czą jej usta jesz­cze tej de­ka­dy. Zna­le­zie­nie ide­al­ne­go lo­kum na Up­per East Side sta­no­wi­ło nie­ma­łe wy­zwa­nie na­wet dla ko­goś, kto znał ry­nek no­wo­jor­skich nie­ru­cho­mo­ści od pod­szew­ki - ko­goś ta­kie­go jak Jo­seph Whi­ta­ker. Rocz­nie sprze­da­wał nie­ru­cho­mo­ści o war­to­ści przy­pra­wia­ją­cej więk­szość miesz­kań­ców mia­sta o za­wrót gło­wy. Dziś sta­wał na rzę­sach, by za­do­wo­lić Elo­die Har­twell - ko­bie­tę, któ­ra po­ja­wi­ła się w jego biu­rze mie­siąc wcze­śniej, rzu­ci­ła mu na biur­ko czek z wie­lo­ma ze­ra­mi i za­żą­da­ła nie­mal nie­moż­li­we­go.

Czter­na­ście miesz­kań i dzie­więć do­mów.

Tyle nie­ru­cho­mo­ści Whi­ta­ker mu­siał po­ka­zać Elo­die, by zdać so­bie spra­wę, że zna­le­zie­nie dla niej ide­al­ne­go lo­kum nie bę­dzie tak pro­ste, jak mu się z po­cząt­ku wy­da­wa­ło.

Niby nie mia­ła aż tak wy­gó­ro­wa­nych ocze­ki­wań, a jed­nak mimo to od­rzu­ca­ła każ­de z pre­zen­to­wa­nych jej miesz­kań, nim on zdą­żył po­pro­sić, by prze­my­śla­ła swo­ją de­cy­zję. Har­twell jed­nak wie­dzia­ła, cze­go pra­gnie. Mia­ła w gło­wie swo­ją wła­sną wi­zję i nie za­mie­rza­ła z niej re­zy­gno­wać. Chcia­ła dość du­że­go miesz­ka­nia w cen­trum, z wy­so­ki­mi su­fi­ta­mi i wi­do­kiem na Cen­tral Park. Cze­goś nie­ume­blo­wa­ne­go, jed­nak nie do koń­ca w sta­nie su­ro­wym. Lo­kum mia­ło wpa­so­wać się w jej gust, lecz da­wać też pole do ma­new­ru, je­śli cho­dzi­ło o wy­strój.

Miesz­ka­nie, któ­re tego ran­ka oglą­da­li, było wspa­nia­łe. Ulo­ko­wa­ne na ostat­nim, trzy­na­stym pię­trze w pięk­nym od­re­stau­ro­wa­nym bu­dyn­ku przy 1165 Ma­di­son Ave­nue. Speł­nia­ło wszyst­kie jej ocze­ki­wa­nia, a na do­da­tek, chy­ba po raz pierw­szy, po­czu­ła "to coś". Może cho­dzi­ło o vibe tego miej­sca, a może po pro­stu po­do­ba­ło jej się ono na tyle, by z ła­two­ścią mo­gła zi­gno­ro­wać jego wady.

Gdy Whi­ta­ker po­cią­gnął ją w stro­nę po­miesz­cze­nia, któ­re mo­gła­by za­adap­to­wać na bi­blio­te­kę - Elo­die prze­pa­dła. Wy­so­kie su­fi­ty i okna się­ga­ją­ce nie­mal nie­ba pod­ję­ły de­cy­zję za nią. Ocza­mi wy­obraź­ni już wi­dzia­ła te re­ga­ły... Dzie­siąt­ki re­ga­łów ugi­na­ją­cych się pod cię­ża­rem jej ksią­żek. Ob­raz żyw­cem wy­ję­ty z ta­bli­cy na Pin­te­re­ście, któ­rą tak skru­pu­lat­nie mie­sią­ca­mi two­rzy­ła. Do tego po­ran­ka są­dzi­ła, że już na za­wsze po­zo­sta­nie on w sfe­rze jej ma­rzeń. Jak­że przy­jem­na była to po­mył­ka. Te­raz mia­ła za sobą cu­dow­ny po­ra­nek z szan­sa­mi na sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cą trans­ak­cję.

Elo­die po­pra­wi­ła bia­łą ko­szu­lę, któ­ra na­prę­ży­ła się zbyt moc­no w oko­li­cy pier­si, i z sze­ro­kim, się­ga­ją­cym mio­do­wych oczu uśmie­chem spoj­rza­ła przed sie­bie - na pa­no­ra­mę No­we­go Jor­ku roz­po­ście­ra­ją­cą się z okna, mia­ła na­dzie­ję, jej no­we­go domu.

- I ten fe­no­me­nal­ny wi­dok na Cen­tral Park dzię­ki temu, że miesz­ka­nie ma eks­po­zy­cję za­chod­nią. Tak jak chcia­łaś - pod­kre­ślił Whi­ta­ker. Wy­czuł swo­ją szan­sę i za­mie­rzał ją wy­ko­rzy­stać, pla­no­wał zro­bić wszyst­ko, by sprze­dać Elo­die ja­kieś miesz­ka­nie. - Do tego jest ci­che. Ide­al­ne wa­run­ki do pi­sa­nia - prze­ko­ny­wał. - Na do­da­tek bę­dziesz mia­ła tyl­ko jed­ne­go są­sia­da. Le­piej być nie mo­gło.

- Tak? Jak to? - Od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie w stro­nę agen­ta nie­ru­cho­mo­ści. - Mó­wi­łeś, że na tym pię­trze są jesz­cze czte­ry inne miesz­ka­nia.

Elo­die za­trzy­ma­ła się przy męż­czyź­nie i skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na na pier­si. Zmru­ży­ła oczy, przy­glą­da­jąc mu się z za­cie­ka­wie­niem. To, co su­ge­ro­wał, wy­da­wa­ło się za­sta­na­wia­ją­ce. A co, je­śli...

- Tak. Je­den z miesz­kań­ców jest wła­ści­cie­lem czte­rech po­zo­sta­łych miesz­kań. Praw­do­po­dob­nie zro­bił so­bie z nich je­den wiel­ki apar­ta­ment - stwier­dził.

Wy­pro­sto­wał się i po­pra­wił poły kre­mo­wej ma­ry­nar­ki, zer­ka­jąc co chwi­lę na Elo­die. Pró­bo­wał wy­czuć, na ile po­do­ba jej się pre­zen­to­wa­ne lo­kum. To, że je skom­ple­men­to­wa­ła, prze­cież jesz­cze nie prze­są­dza­ło spra­wy. Zda­rza­ło się, że pod­czas oglę­dzin nie­ru­cho­mo­ści był świad­kiem za­chwy­tów, a gdy po­tem przy­szło co do cze­go - klient się roz­my­ślał i przed­sta­wiał na po­cze­ka­niu co­raz to nowe wady za­chwa­la­ne­go wcze­śniej miesz­ka­nia. W tym kon­kret­nym przy­pad­ku Whi­ta­ker miał prze­czu­cie, że jed­nak bę­dzie od­wrot­nie - że sprze­da apar­ta­ment jesz­cze przed lun­chem.

- Wspa­nia­le. - Elo­die przy­kla­snę­ła, a jej brą­zo­we wło­sy opa­dły na twarz. Od­gar­nę­ła je szyb­ko dło­nią i prze­szła do du­żej, otwar­tej na sa­lon kuch­ni. - Ja­kieś jesz­cze cie­ka­wost­ki? Coś po­win­nam wie­dzieć?

Whi­ta­ker ru­szył za nią jak cień. Za­trzy­mał się przy ku­chen­nej wy­spie i oparł o nią bio­drem. Spoj­rzał na Elo­die, któ­ra do­ty­ka­ła te­raz opusz­ka­mi gra­ni­to­we­go bla­tu. Mu­snę­ła nimi nowe sprzę­ty ze sta­li nie­rdzew­nej i uśmiech­nę­ła się lek­ko.

- Wszyst­ko jest nowe - za­zna­czył. - Ele­ganc­ka kuch­nia urzą­dzo­na w kla­sycz­nym sty­lu i w peł­ni wy­po­sa­żo­na. Po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia są pu­ste, tak jak ocze­ki­wa­łaś. Mo­żesz ume­blo­wać je we­dług swo­je­go pro­jek­tu. Masz już ko­goś na oku?

- To zna­czy? - Wy­rwa­na z za­my­śle­nia Elo­die pró­bo­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, o co agent nie­ru­cho­mo­ści ją py­tał.

- Ar­chi­tek­ta.

- Nie. Jesz­cze nie. - Po­krę­ci­ła gło­wą. Whi­ta­ker po­now­nie się uśmiech­nął.

- Je­śli chcesz, dam ci na­mia­ry na ko­goś spraw­dzo­ne­go - za­pro­po­no­wał. - Je­śli po­wo­łasz się na mnie, znaj­dzie ci do­god­ny, szyb­ki ter­min i zro­bi po­rząd­ny pro­jekt.

- Och. - Wes­tchnę­ła z za­do­wo­le­niem. - Dzię­ku­ję. Z pew­no­ścią sko­rzy­stam. Nie znam ni­ko­go w mie­ście, kto zaj­mu­je się po­dob­ny­mi rze­cza­mi. By­ło­by to dla mnie duże uła­twie­nie.

- Nie ma spra­wy. Agnes czę­sto współ­pra­cu­je z mo­imi klien­ta­mi. Są za­do­wo­le­ni, więc ją po­le­cam. Ma dużo zle­ceń, ale też na­da­je prio­ry­tet oso­bom, któ­re jej przy­sy­łam.

- No tak. To lo­gicz­ne.

Agent ski­nął lek­ko gło­wą.

- W bu­dyn­ku znaj­du­je się si­łow­nia oraz ba­sen, a na da­chu ta­ras - za­uwa­żył. - Win­da wjeż­dża tu bez­po­śred­nio z ga­ra­żu lub re­cep­cji. Nie ma moż­li­wo­ści, by któ­ryś z są­sia­dów z niż­szych pię­ter do­stał się tu pod two­ją nie­obec­ność. Na dole ochro­na do­kład­nie spraw­dza toż­sa­mość go­ści. Je­śli nie wpi­szesz tej oso­by na li­stę, nie bę­dzie mo­gła wje­chać na górę

Elo­die po­do­ba­ło się to roz­wią­za­nie. Na­wet bar­dzo.

Od­kąd się­ga­ła pa­mię­cią, jej wy­obraź­nia dzia­ła­ła na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Co tyl­ko się po­głę­bi­ło, gdy zo­sta­ła pi­sar­ką. W prze­rwach od pi­sa­nia czy­ta­ła spo­ro thril­le­rów i kry­mi­na­łów. Po­tra­fi­ła wy­obra­zić so­bie sa­mot­ną ko­bie­tę w wiel­kim miesz­ka­niu, do któ­re­go wła­mu­je się nocą mor­der­ca...

Prze­stań - upo­mnia­ła się szyb­ko.

- Bli­sko masz sta­cje me­tra czwar­tą, pią­tą i szó­stą na 86th Stre­et, a w oko­li­cy skle­py, ta­kie jak Bro­oks Bro­thers i Lu­lu­le­mon. Nie wspo­mi­nam już o szko­le pod­sta­wo­wej i gim­na­zjum, bo te kwe­stie ra­czej cię jesz­cze nie do­ty­czą.

- Nie pla­nu­ję mieć dzie­ci - wy­du­ka­ła ci­chym gło­sem.

- Nie moja spra­wa. Nie oce­niam. - Whi­ta­ker uniósł dło­nie w te­atral­nym ge­ście, na co Elo­die prze­wró­ci­ła ocza­mi. Ni­g­dy nie za­le­ża­ło jej za bar­dzo na stwo­rze­niu ro­dzi­ny: na mężu czy dzie­ciach. A może po pro­stu już się przy­zwy­cza­iła do sa­mot­no­ści? Mo­gła sku­pić się na pi­sa­niu, kie­dy tyl­ko po­czu­ła wenę. Choć była zda­nia, że to nie wena jest mo­to­rem na­pę­do­wym do skoń­cze­nia książ­ki, a wy­trwa­łość. Cięż­ka pra­ca i upór, a przy tym nie­ogra­ni­czo­na wy­obraź­nia, któ­ra do ze­szłe­go mie­sią­ca dzia­ła­ła u niej bez za­rzu­tu.

- Bio­rę je - po­wie­dzia­ła na­gle.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią, a jego brwi wy­strze­li­ły do góry.

- Nie za­py­ta­łaś na­wet, ile kosz­tu­je... - Po kuch­ni po­niósł się jego śmiech.

- My­ślę, że mnie stać. - Mach­nę­ła dło­nią. - Ale je­śli już tak bar­dzo chcesz... mo­żesz prze­stać trzy­mać mnie w nie­pew­no­ści i po­wie­dzieć sumę.

- Dzie­więć i pół mi­lio­na. Miesz­ka­nie plus do­stęp do pry­wat­ne­go miej­sca po­sto­jo­we­go pod bu­dyn­kiem. Na dwa auta - uści­ślił.

- Wspa­nia­le. - Elo­die nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści. Za­mie­rza­ła sfi­na­li­zo­wać trans­ak­cję jak naj­szyb­ciej. - Przy­go­tuj do­ku­men­ty.

- A co z... - Whi­ta­ker urwał, wi­dząc skon­ster­no­wa­ną minę swo­jej klient­ki.

- Z czym? - wtrą­ci­ła, nie bar­dzo wie­dząc, do cze­go męż­czy­zna zmie­rza.

- Nie pró­bu­je­my zje­chać nie­co z ceny? - zdzi­wił się. - Przy ta­kiej kwo­cie może uda­ło­by się uszczk­nąć kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy lub wię­cej... Z tego, co wiem, wła­ści­ciel wy­jeż­dża w przy­szłym mie­sią­cu gdzieś na sta­łe i za­le­ży mu na szyb­kiej sprze­da­ży. Miesz­ka­nie ma tra­fić na ry­nek do­pie­ro za kil­ka dni, więc je­śli zde­cy­du­jesz się zło­żyć ofer­tę już dziś, jako pierw­sza, może ugra­my na tym co nie­co. Mamy pole do ne­go­cja­cji.

Elo­die po­krę­ci­ła gło­wą z lek­kim uśmie­chem.

- Nie ma ta­kiej po­trze­by. Chcę mieć pew­ność, że wła­ści­ciel przyj­mie na­szą ofer­tę od razu - zde­cy­do­wa­ła.

Whi­ta­ker przy­jął jej de­cy­zję ze spo­ko­jem.

- Do­brze. W ta­kim ra­zie za­dzwo­nię do nie­go. Sko­ro je­steś pew­na...

- Je­stem. - Zde­cy­do­wa­nie wy­brzmie­wa­ją­ce w gło­sie Elo­die sta­no­wi­ło wy­star­cza­ją­ce po­twier­dze­nie jej słów. Mia­ła za­miar jesz­cze dziś skon­tak­to­wać się z ar­chi­tekt­ką, któ­rą jej po­le­cił agent, i przed­sta­wić jej po­mysł aran­ża­cji bi­blio­te­ki: naj­waż­niej­sze­go po­miesz­cze­nia w ca­łym miesz­ka­niu. Po­miesz­cze­nia, bez któ­re­go nie po­tra­fi­ła­by funk­cjo­no­wać. Gdy nie mia­ła pod ręką swo­ich ksią­żek, czu­ła się, jak­by bra­ko­wa­ło jej tle­nu.

- Mam two­je dane. Gdy wła­ści­ciel przyj­mie ofer­tę, spo­rzą­dzę umo­wę i ode­zwę się do cie­bie nie­zwłocz­nie.

- Wspa­nia­le.

- To wi­zy­tów­ka Agnes. Wspo­mnę jej o to­bie - uprze­dził Whi­ta­ker, wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni czar­no-zło­ty ka­wa­łek tek­tur­ki z wy­gra­we­ro­wa­ny­mi ini­cja­ła­mi AS.

- Dzię­ku­ję. Jesz­cze dziś do niej za­dzwo­nię. - Elo­die szyb­ko wsu­nę­ła wi­zy­tów­kę do port­fe­la.

Pół go­dzi­ny póź­niej po­że­gna­ła agen­ta przy głów­nym wej­ściu do bu­dyn­ku i wpa­ko­wa­ła się na fo­tel bia­łe­go In­fi­ni­ti QX80 sto­ją­ce­go na kra­węż­ni­ku - w miej­scu, gdzie z pew­no­ścią nie po­win­na par­ko­wać. W my­ślach szyb­ko po­dzię­ko­wa­ła Bogu za to, że tym ra­zem był dla niej ła­ska­wy i ja­kimś cu­dem no­wo­jor­ska po­li­cja nie za­in­te­re­so­wa­ła się jej au­tem. Ostat­ni­mi cza­sy stró­żo­wie pra­wa i ona nie nada­wa­li na tych sa­mych fa­lach, cze­go do­wo­dem była pię­trzą­ca się na ku­chen­nym bla­cie ster­ta man­da­tów, cze­ka­ją­cych, aż Elo­die w koń­cu je opła­ci.

- Hej... Ben. - Spoj­rza­ła na ekran te­le­fo­nu i się uśmiech­nę­ła.

- Co ro­bisz? - za­py­tał. Brzę­cze­nie w tle nie było ni­czym nie­zwy­kłym. Jej brat, Be­ne­dict, pro­wa­dził warsz­tat sa­mo­cho­do­wy w ich ro­dzin­nym Ay­les­bu­ry w po­łu­dnio­wo-wschod­niej An­glii. - Pra­cu­jesz już? Czy do­pie­ro je­dziesz?

- Wła­śnie idę do sta­cji me­tra. Do biu­ra mam jesz­cze ka­wa­łek. A co? Stę­sk­ni­łeś się? - za­kpi­ła. Nie mo­gła mu prze­cież po­wie­dzieć, że wsia­dła wła­śnie do auta war­te­go wię­cej niż jego warsz­tat ze wszyst­ki­mi sprzę­ta­mi i zie­mią, na któ­rej stoi. Jej ro­dzi­na nie mia­ła po­ję­cia, czym Elo­die się zaj­mu­je. Od paru lat łga­ła na­ło­go­wo pod­czas każ­dej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej. Nie po­tra­fi­ła przy­znać się do tego, że pi­sze... Przede wszyst­kim jed­nak nie chcia­ła wy­pro­wa­dzać bli­skich z błę­du. Lu­bi­ła swo­je dwa ży­cia. To przed­sta­wia­ne ro­dzi­com, któ­re było jed­nym wiel­kim kłam­stwem, i to praw­dzi­we, w No­wym Jor­ku, peł­ne suk­ce­sów i speł­nio­nych ma­rzeń.

- Ja nie, ale Ma­ri­gold pró­bo­wa­ła się do cie­bie wczo­raj do­dzwo­nić. Mama py­ta­ła, czy przy­le­cisz na ślub Char­lot­ty. Urzą­dza­ją z Mi­kiem we­se­le w sta­rej sto­do­le wuja Al­ber­ta. Ma­ri­gold i Stel­la po­ma­ga­ją im zor­ga­ni­zo­wać przy­ję­cie. Za­po­wia­da się świet­na im­pre­za. Po­dob­no wy­sła­li już za­pro­sze­nia - stwier­dził, choć Elo­die była już tego bo­le­śnie świa­do­ma. - Wia­do­mo, za­nim do­le­ci do No­we­go Jor­ku, tro­chę cza­su mi­nie...

Jess­suu... Prze­cież to Ame­ry­ka - nie Afry­ka czy An­tark­ty­da.

Pocz­ta lot­ni­cza dzia­ła bez za­rzu­tu, cze­go do­wo­dem jest ten le­żą­cy na mo­jej mi­kro­fa­lów­ce pa­skud­ny ka­wa­łek żół­te­go, wy­bla­kłe­go pa­pie­ru. Swo­ją dro­gą już daw­no temu po­win­nam go wy­rzu­cić.

- Do­sta­łam w ze­szły czwar­tek. - Elo­die prze­wró­ci­ła ocza­mi, zer­ka­jąc na tar­czę za­pię­te­go na nad­garst­ku ze­gar­ka Bal­lon Bleu od Car­tie­ra, któ­re­go ró­żo­we zło­to od­bi­ja­ło pro­mie­nie po­ran­ne­go słoń­ca. W Sta­nach do­cho­dzi­ła dzie­sią­ta, pod­czas gdy brat Elo­die z pew­no­ścią za mo­ment miał za­miar za­mknąć warsz­tat. W An­glii była te­raz ja­kaś... trze­cia po po­łu­dniu. - Nie­ste­ty nie będę mo­gła przy­le­cieć. Nie za­mie­rzam spę­dzić kil­ku­na­stu go­dzin w sa­mo­lo­cie, by po­ja­wić się na ślu­bie ku­zyn­ki, któ­ra sprząt­nę­ła mi sprzed nosa chło­pa­ka. - Sze­fo­wa nie dała mi wol­ne­go. Mu­szę od­dać ar­ty­kuł na czas...

- Szko­da. - W gło­sie Be­ne­dic­ta wy­brzmia­ła nuta za­wo­du.

Tak, szko­da.

- Li­czy­li­śmy, że się zja­wisz... Prze­ka­żę ma­mie, że jed­nak nie.

- Tak. Będę wdzięcz­na, je­śli z nią po­ga­dasz. Wiesz, jaka jest...

- Wiem. Spró­bu­ję oszczę­dzić ci po­ga­dan­ki na te­mat tego, że nie po­win­naś roz­pa­czać po Mike'u. Nie pa­so­wa­li­ście do sie­bie.

- Otóż to - przy­tak­nę­ła. Do­kład­nie tego spo­dzie­wa­ła się po mat­ce. - I nie, nie roz­pa­czam w ciem­nym ką­cie. Mike i ja to sta­re dzie­je. Już daw­no o tym za­po­mnia­łam.

- To do­brze. Roz­ma­wia­łem z Ness. Może uda nam się wy­rwać na kil­ka dni i przy­le­cieć. Daw­no się nie wi­dzie­li­śmy...

- Ja­sne. Wpa­daj­cie, kie­dy tyl­ko bę­dzie­cie chcie­li!

Jej en­tu­zjazm był nie­mal za­raź­li­wy. Szko­da tyl­ko, że nie miał nic wspól­ne­go z praw­dą. Za każ­dym ra­zem, gdy do Sta­nów przy­la­ty­wa­li jej ro­dzi­ce, bra­cia Be­ne­dict i Ry­ker lub sio­stra Ma­ri­gold, Elo­die udo­stęp­nia­ła im swo­je "za­pa­so­we", dużo skrom­niej­sze, po­zba­wio­ne oso­bi­stych rze­czy miesz­ka­nie w For­dham. Nie da­wa­ła im pod­staw do po­dej­rzeń, dzię­ki cze­mu uni­ka­ła nie­wy­god­nych py­tań. Była naj­młod­sza z ca­łej czwór­ki i nikt nie trak­to­wał jej po­waż­nie. Ro­dzi­ce byli zda­nia, że Elo­die jest naj­bar­dziej wraż­li­wa, nie­do­świad­czo­na i na­iw­na. Nie wró­ży­li jej świe­tla­nej przy­szło­ści. Żar­to­wa­li na­wet, że po mie­sią­cu wró­ci do An­glii z pod­ku­lo­nym ogo­nem - spłu­ka­na i za­wsty­dzo­na. Dla­te­go też po­sta­no­wi­ła za­cho­wać dla sie­bie ten mały, słod­ki se­kret i nie dzie­lić się z bli­ski­mi szcze­gó­ła­mi ży­cia w No­wym Jor­ku.

Nie zro­zu­mie­li­by.

I tak nie pla­nu­ję tam wra­cać...

Elo­die po­krę­ci­ła gło­wą z po­wąt­pie­wa­niem. Po­tem po raz ostat­ni spoj­rza­ła na Bel­le­mont - bu­dy­nek, któ­ry, jak mia­ła na­dzie­ję, bę­dzie jej no­wym do­mem.

Wsu­nę­ła klu­czyk do sta­cyj­ki, zje­cha­ła z kra­węż­ni­ka i włą­czy­ła się do ru­chu, ustę­pu­jąc wcze­śniej pierw­szeń­stwa dwóm żół­tym tak­sów­kom.

Rozdział 3

Nikt nie bę­dzie trak­to­wałw ten spo­sób Elo­die Har­twell

Wszyst­ko, co dzia­ło się od mo­men­tu po­wro­tu do miesz­ka­nia na Sta­ten Is­land, Elo­die pa­mię­ta­ła jak przez mgłę. Te­le­fon od agen­ta, któ­ry po­twier­dził, że lo­kal przy Ma­di­son Ave­nue jest jej, spo­tka­nie z ar­chi­tekt­ką, wy­bór me­bli i do­dat­ków oraz samą prze­pro­wadz­kę. Mia­ła wra­że­nie, że mi­nę­ły go­dzi­ny, choć tak na­praw­dę wpro­wa­dzi­ła się do miesz­ka­nia do­pie­ro tego ran­ka... Dwa mie­sią­ce po pod­pi­sa­niu umo­wy.

Fir­ma prze­pro­wadz­ko­wa koń­czy­ła wno­sić ostat­nie rze­czy, a le­żą­ca na so­fie Elo­die po­sta­wi­ła ku­bek z go­rą­cą her­ba­tą na gra­ni­to­wym bla­cie. Omio­tła spoj­rze­niem wnę­trze otwar­te­go sa­lo­nu, w któ­rym do­mi­no­wa­ły bie­le i beże, i z za­do­wo­le­niem unio­sła ką­ci­ki ust. Na ekra­nie le­żą­ce­go na jej ko­la­nach Mac­Bo­oka wid­niał pu­sty do­ku­ment. Od kil­ku ty­go­dni nie za­pi­sa­ła w nim ani jed­ne­go zda­nia, choć pró­bo­wa­ła.

Zo­sta­ła sama, a wte­dy ci­szę wy­peł­nia­ją­cą apar­ta­ment prze­cię­ły pierw­sze nuty Vo­gue Ma­don­ny. Elo­die prze­nio­sła wzrok na znaj­du­ją­cy się na po­dusz­ce te­le­fon i jęk­nę­ła z za­wo­dem.

Dzwo­nił jej agent li­te­rac­ki, Ma­son Shel­ley.

Elo­die igno­ro­wa­ła jego pró­by kon­tak­tu przez dwa ty­go­dnie. Wie­dzia­ła, że kie­dyś w koń­cu bę­dzie mu­sia­ła ode­brać. Nie są­dzi­ła jed­nak, że bę­dzie to aku­rat ten dzień. Nie była przy­go­to­wa­na na tę roz­mo­wę. Mimo to chwy­ci­ła w dłoń ko­mór­kę, na­ci­snę­ła zie­lo­ny przy­cisk i za­raz od­su­nę­ła od twa­rzy apa­rat, zu­peł­nie jak­by miał ją po­pa­rzyć.

- Elo­die? - rzu­cił ostro Shel­ley.

- Tak. Prze­pra­szam, że nie od­bie­ra­łam wcze­śniej, ale nie mia­łam kie­dy... - za­czę­ła się nie­udol­nie tłu­ma­czyć. - Wiesz, prze­pro­wadz­ka...

- Jak nowe miesz­ka­nie?

- Wspa­nia­łe.

- Cu­dow­nie. A te­raz opo­wiedz mi, nad czym ak­tu­al­nie pra­cu­jesz. Po­mysł, ty­tuł, ile masz już stron... - od razu prze­szedł do kon­kre­tów. Po­trze­bo­wał od niej za­pew­nie­nia, że pi­sze coś do­bre­go. Sie­dem jej po­przed­nich ksią­żek od razu po pre­mie­rze tra­fi­ło na li­stę be­st­sel­le­rów "New York Ti­me­sa". Tym ra­zem li­czył na po­dob­ny suk­ces. Nie wie­dział, że Elo­die szyb­ko zni­we­czy jego na­dzie­je.

- Nie mam - od­burk­nę­ła.

- Cze­go nie masz?

- Nie mam po­my­słu. Nie mam ty­tu­łu. Nie mam ani jed­nej stro­ny. Wy­bierz, co bar­dziej ci od­po­wia­da.

- Jak to nie masz? - wark­nął do słu­chaw­ki. - Po­wiedz, że żar­tu­jesz...

- Nie. Po pro­stu. Cza­sa­mi tak bywa... - jęk­nę­ła.

- Nie w two­im przy­pad­ku, Elo­die. Co się dzie­je? - spy­tał zdzi­wio­ny. Ni­g­dy do­tąd nie ro­bi­ła tak dłu­giej prze­rwy mię­dzy książ­ka­mi. - Ju­liett Hart za­wsze ma coś w za­na­drzu.

- By­łam za­ję­ta prze­pro­wadz­ką - skła­ma­ła.

Tak. Mia­ła spo­ro na gło­wie, lecz gdy­by nie za­stój pi­sar­ski, po­ło­wa pierw­sze­go dra­ftu ko­lej­nej po­wie­ści by­ła­by już go­to­wa. Po­cząt­ko­wo Elo­die tłu­ma­czy­ła so­bie, że to dla­te­go, że jest zmę­czo­na. Po­tem, gdy mi­nę­ło pięć ty­go­dni, a ona nie była w sta­nie na­pi­sać choć­by jed­ne­go zda­nia, zro­zu­mia­ła, że dzie­je się z nią coś nie­po­ko­ją­ce­go, co wręcz za­czy­na­ło ją prze­ra­żać. Mu­sia­ła pi­sać, by wy­da­wać książ­ki i na nich za­ra­biać. Po­trze­bo­wa­ła ko­lej­ne­go be­st­sel­le­ra na już.

- Sko­ro już prze­pro­wadz­kę masz za sobą, te­raz sku­pisz się na książ­ce? - spy­tał Shel­ley.

- Tak - po­twier­dzi­ła szyb­ko. - Oczy­wi­ście, że tak... Te­raz będę mia­ła mul­tum cza­su...

Męż­czy­zna od­chrząk­nął.

- Cu­dow­nie. Za­dzwo­nię w przy­szłym ty­go­dniu. Po­wiesz mi wte­dy, co wy­my­śli­łaś...

Nie masz po co.

I tak nie wy­my­ślę ni­cze­go sen­sow­ne­go.

- Pew­nie - rzu­ci­ła na od­czep­ne­go, z ko­lei Ma­son ode­tchnął z ulgą.

Elo­die się skrzy­wi­ła. Wie­dzia­ła, że je­śli nie wpad­nie na ja­kiś ge­nial­ny po­mysł - bę­dzie w ta­ra­pa­tach.

***

Ko­lej­ne­go ran­ka po­sta­no­wi­ła prze­stać się nad sobą uża­lać i za­cząć dzia­łać. Spa­ko­wa­ła do tor­by kom­pu­ter, no­tes i blo­czek ko­lo­ro­wych sa­mo­przy­lep­nych kar­tek. Na górę do­rzu­ci­ła etui z oku­la­ra­mi i małe do­ka­na­ło­we słu­chaw­ki. Upew­ni­ła się, że ma przy so­bie te­le­fon, klu­cze i port­fel, a po­tem za­mknę­ła drzwi i zje­cha­ła win­dą na par­ter. Mi­nę­ła re­cep­cję i wy­szła na gwar­ną uli­cę. Klak­so­ny tak­só­wek i ryk sil­ni­ków za­głu­sza­ły jej my­śli, więc się­gnę­ła do tor­by i wy­cią­gnę­ła z niej małe bia­łe pu­de­łecz­ko. Wsu­nę­ła słu­chaw­ki w uszy, po czym włą­czy­ła swo­ją uni­wer­sal­ną play­li­stę. Mia­ła jed­ną ogól­ną i kil­ka od­dziel­nych - do kon­kret­nych ksią­żek. Do­da­wa­ła po­szcze­gól­ne utwo­ry w toku pi­sa­nia, a były to pio­sen­ki, któ­re ko­ja­rzy­ły się jej z daną sce­ną lub zwy­czaj­nie po­ma­ga­ły Elo­die się sku­pić.

Tego dnia nie li­czy­ła jed­nak na zbyt wie­le.

W su­mie to na nic nie li­czy­ła.

Zwy­kle nie pla­no­wa­ła fa­bu­ły swo­ich ksią­żek. Na po­cząt­ku mia­ła ogól­ny za­rys, mo­ty­wy, imio­na i na­zwi­ska po­sta­ci. Resz­ta po­ja­wia­ła się w jej gło­wie jak film. Po­je­dyn­cze frag­men­ty ata­ko­wa­ły jej umysł w mo­men­tach, w któ­rych naj­mniej się ich spo­dzie­wa­ła, na przy­kład w skle­pie. Na tę oko­licz­ność mia­ła przy­go­to­wa­ną funk­cję two­rze­nia no­ta­tek w te­le­fo­nie. Po­tem wra­ca­ła do domu i prze­pi­sy­wa­ła je, na­da­jąc im nie­co bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ną for­mę. Ukła­da­ła pięk­ne zda­nia i wkom­po­no­wy­wa­ła je we frag­men­ty, któ­re mia­ła już na­pi­sa­ne wcze­śniej.

Mi­nę­ła go­dzi­na, pod­czas któ­rej Elo­die zwie­dzi­ła wszyst­kie po­bli­skie skle­py, prze­szła do koń­ca Ma­di­son Ave­nue i za­wró­ci­ła. Prze­cha­dza­ła się po oko­li­cy, ma­jąc na­dzie­ję na ja­kąś ma­leń­ką iskier­kę weny. Cze­go­kol­wiek, co po­zwo­li jej wpaść na po­mysł no­wej fa­bu­ły.

Nie­ste­ty.

Je­dy­nym, co wy­brzmie­wa­ło w jej my­ślach, była pust­ka.

Elo­die mia­ła wra­że­nie, jak­by ktoś wy­łą­czył za­si­la­nie w jej ki­nie. Ob­ra­zy prze­sta­ły mi­gać, aż w koń­cu na­sta­ła kom­plet­na ciem­ność. Nie po­tra­fi­ła prze­bić się my­śla­mi przez ten mrok.

Z cią­żą­cą na ra­mie­niu tor­bą po­pchnę­ła drzwi po­bli­skiej ka­wiar­ni. Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła i uśmiech­nę­ła, gdy do­strze­gła kil­ka wol­nych sto­li­ków. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wał ją ten skry­ty za fi­la­rem, z dala od po­zo­sta­łych.

Bez za­sta­no­wie­nia skie­ro­wa­ła się w stro­nę upa­trzo­ne­go miej­sca i opa­dła na mięk­ki we­lu­ro­wy fo­tel. Wy­cią­gnę­ła z tor­by lap­to­pa i włą­czy­ła za­pi­sa­ny na pul­pi­cie plik ze zna­kiem za­py­ta­nia w na­zwie. Sta­no­wił ide­al­ne od­zwier­cie­dle­nie tego, co w tym mo­men­cie mia­ła w gło­wie - pust­kę, po­środ­ku któ­rej znaj­do­wał się je­den wiel­ki, świe­cą­cy jak neon znak za­py­ta­nia.

Gdy przy jej ma­łym sto­li­ku po­ja­wi­ła się mło­da kel­ner­ka w ró­żo­wym uni­for­mie, Elo­die za­mó­wi­ła cy­na­mo­no­we lat­te i ba­becz­kę dy­nio­wą. Wie­dzia­ła, że je­dze­nie sło­dy­czy nie sprzy­ja jej pro­duk­tyw­no­ści. Po po­sił­kach wy­so­ko­wę­glo­wo­da­no­wych, w szcze­gól­no­ści tych o wy­so­kim in­dek­sie gli­ke­micz­nym, za­miast pi­sać - za­sy­pia­ła. Dziś jed­nak nie ro­bi­ła so­bie na­dziei, że stwo­rzy choć jed­no sen­sow­ne zda­nie.

Trzy kwa­dran­se póź­niej, roz­cza­ro­wa­na po­stę­pa­mi, czy­li ich bra­kiem, po­sta­no­wi­ła wró­cić do miesz­ka­nia. Była zła na sie­bie, na prze­chod­niów i cały ota­cza­ją­cy ją świat, sfru­stro­wa­na i po­de­ner­wo­wa­na. Nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, co się dzia­ło z jej umy­słem.

Może to ja­kiś ro­dzaj prze­cią­że­nia?

Może po­trze­bo­wa­ła od­po­czyn­ku? Ja­kichś wa­ka­cji?

Cze­go­kol­wiek, co po­zwo­li jej od­blo­ko­wać tę pie­przo­ną blo­ka­dę...

W słu­chaw­kach po­brzmie­wa­ły wol­ne dźwię­ki bal­la­dy, gdy z nie­zna­nych so­bie przy­czyn Elo­die po­sta­no­wi­ła zi­gno­ro­wać przej­ście dla pie­szych i wtar­gnąć na uli­cę na­prze­ciw bu­dyn­ku, w któ­rym miesz­ka­ła. Za­trzy­ma­ła się na uła­mek se­kun­dy przy kra­węż­ni­ku, by po­pra­wić roz­wia­ne wia­trem wło­sy, któ­re przy­sło­ni­ły jej wi­docz­ność, a po­tem ru­szy­ła. Była już jed­ną sto­pą na chod­ni­ku po dru­giej stro­nie uli­cy, gdy roz­legł się agre­syw­ny klak­son.

Elo­die wy­su­nę­ła po­wo­li słu­chaw­ki z uszu, prze­chy­li­ła gło­wę, a po­tem w koń­cu spoj­rza­ła w kie­run­ku auta, któ­re wy­da­ło ten iry­tu­ją­cy dźwięk.

Za kie­row­ni­cą pa­skud­ne­go li­mon­ko­we­go McLa­re­na sie­dział męż­czy­zna w śred­nim wie­ku o blond wło­sach. Ze zło­ścią za­ci­skał usta i wle­piał w Elo­die taki wzrok, jak­by co naj­mniej za­bi­ła mu mat­kę. Na­wet z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­ła, po­tra­fi­ła do­strzec jego prze­szy­wa­ją­ce spoj­rze­nie. Był wście­kły. Ma­chał rę­ka­mi, coś krzy­czał, lecz ona zi­gno­ro­wa­ła jego nie­do­rzecz­ne za­cho­wa­nie. Wte­dy zro­bił coś, co ją zi­ry­to­wa­ło.

Po­stu­kał się pal­ca­mi w czo­ło, su­ge­ru­jąc, że jest wa­riat­ką.

O nie.

Te­raz to już, cho­le­ra, prze­sa­dził.

Nikt, pod­kre­ślam - nikt nie bę­dzie trak­to­wał w ten spo­sób Elo­die Har­twell.

Zmru­ży­ła oczy i nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co robi, unio­sła dłoń. Spoj­rza­ła na po­ły­sku­ją­cy na pa­znok­ciach czer­wo­ny la­kier, a po­tem wy­ce­lo­wa­ła w stro­nę męż­czy­zny środ­ko­wy pa­lec. Na jej kształt­nych, po­kry­tych ja­sno­ró­żo­wą szmin­ką war­gach za­go­ścił pe­łen sa­tys­fak­cji uśmiech.

Nie mu­sia­ła tłu­ma­czyć, co my­śli o tym męż­czyź­nie. Ten uro­czy gest był aż na­zbyt wy­mow­ny.

Aro­ganc­ki typ z li­mon­ko­we­go auta za­sznu­ro­wał usta i ci­skał gro­my w stro­nę Elo­die. Mo­gła­by przy­siąc, że wła­śnie wark­nął. Z kpią­cym uśmie­chem mach­nę­ła osten­ta­cyj­nie dło­nią, a po­tem znik­nę­ła w drzwiach apar­ta­men­tow­ca. I zro­bi­ła to, za­nim się zo­rien­to­wa­ła, że McLa­ren, któ­re­go pro­wa­dził blon­dyn, skrę­cił w pra­wo - wprost do ga­ra­żu ukry­te­go pod jej bu­dyn­kiem.

Rozdział 4

To ta wa­riat­ka z na­prze­ciw­ka

Cho­ler­ne zmę­cze­nie.

Tyl­ko to czuł te­raz Bru­no. Pół nocy i nie­mal cały po­ra­nek spę­dził w ma­ga­zy­nie na przed­mie­ściach Tri­be­ki, sprzą­ta­jąc po za­ba­wie, jaką urzą­dzi­li so­bie z Ric­car­dem kil­ka go­dzin wcze­śniej. Wy­cią­ga­nie ze­znań z ru­skich sta­ło się ostat­nio ich ulu­bio­ną roz­ryw­ką. Po tym, jak kil­ka ty­go­dni wcze­śniej do­pa­dli pion­ki Bra­twy, te­raz pię­li się wy­żej w hie­rar­chii i zdo­by­wa­li co­raz to nowe do­wo­dy na to, że mło­dy Mo­ro­zow dzia­łał na ich te­re­nie bez po­zwo­le­nia i zgo­dy swo­je­go ojca.

Tej nocy uda­ło im się w koń­cu do­wie­dzieć, kto jest od­po­wie­dzial­ny za sprze­daż bro­ni na ich ob­sza­rze - w Mid­town, Rid­ge­wo­od i Asto­rii. Pu­ści­ły im nie­co ha­mul­ce, lecz nie ża­ło­wa­li, bo za­ba­wa była bar­dziej niż przed­nia.

Bru­no stał tego ran­ka w ła­zien­ce i klął pod no­sem. Zmę­cze­nie da­wa­ło mu się we zna­ki.

Uwiel­biał tor­tu­ry, lecz nie­na­wi­dził po wszyst­kim szo­ro­wa­nia dło­ni. Po­now­nie miał pro­blem z do­my­ciem za­schnię­tej kar­ma­zy­no­wej ob­wód­ki spod pa­znok­ci. Te nowe rę­ka­wicz­ki, któ­re za­mó­wił Ne­rio, były do dupy. Pę­ka­ły przy każ­dym moc­niej­szym na­ci­sku pal­ców. Męż­czy­zna wie­dział, że zno­wu bę­dzie mu­siał sam się tym za­jąć, bo mło­dy miał jesz­cze pro­blem z ogar­nię­ciem pod­staw. Albo to, albo zno­wu wga­piał się w biust przed­sta­wi­ciel­ki me­dycz­nej, za­miast słu­chać, co mia­ła do po­wie­dze­nia, i za­mó­wił to, co mu wci­snę­ła - czy­li to­war, któ­ry zwy­kle nie scho­dził.

Pier­do­lo­ny ba­dziew.

Nie mógł uwie­rzyć, że Ric­car­do ka­zał mu niań­czyć chło­pa­ka. Mło­dy Ne­rio Mar­chet­ti przy­le­ciał kil­ka ty­go­dni temu z Sy­cy­lii, na proś­bę swo­jej mat­ki - Con­stan­zy, któ­ra była ku­zyn­ką jego i Rica. Ric­car­do obie­cał po­ka­zać chło­pa­ko­wi no­wo­jor­ski od­dział Fa­mi­gli od pod­szew­ki i oso­bi­ście za­jąć się dzie­więt­na­sto­lat­kiem.

A co zro­bił?

Od­de­le­go­wał niań­cze­nie Ne­ria jemu.

Noż kur­wa, oczy­wi­ście.

Pew­nie my­ślał, że Bru­no się nu­dzi, co chy­ba już nie mo­gło być bar­dziej da­le­kie od praw­dy.

Jego wzrok opadł na skór­ki pa­znok­ci. Te­raz wy­glą­da­ły ak­cep­to­wal­nie. Wes­tchnął prze­cią­gle i wy­tarł dło­nie w ręcz­nik, a po­tem spoj­rzał na swo­je od­bi­cie w lu­strze.

Wy­glą­dał jak gów­no.

I czuł się nie­mal tak samo.

Gdy­by nie ta pie­przo­na krew, od dwóch kwa­dran­sów le­żał­by już w swo­im wiel­kim, okrą­głym łożu z wi­do­kiem na Cen­tral Park.

W tym mo­men­cie nie in­te­re­so­wa­ło go to, że ze­gar w holu wska­zy­wał po­łu­dnie.

Dał znać chło­pa­kom, że do­pie­ro wie­czo­rem wpad­nie do Dark­ness do­pil­no­wać no­wej do­sta­wy pro­chów, a do tego cza­su ża­den z nich ma nie za­wra­cać mu dupy.

Idąc w kie­run­ku sy­pial­ni, prze­ci­snął przez gło­wę czar­ny T-shirt i zmierz­wił pia­sko­we ko­smy­ki wło­sów dło­nią. Po­pra­wił gum­kę bok­se­rek i na pa­ne­lu do­ty­ko­wym wci­snął mały czar­ny przy­cisk. Opu­ścił ro­le­ty w oknach, by każ­dy za­ka­ma­rek apar­ta­men­tu uto­nął w mro­ku. Po­tem wśli­zgnął się pod koł­drę i przy­mknął oczy. Czu­jąc pod pal­ca­mi chłód sa­ty­ny, wes­tchnął z za­do­wo­le­niem. Jesz­cze przez chwi­lę ana­li­zo­wał wszyst­ko to, co wy­da­rzy­ło się tej nocy. Po­tem jed­nak po­zwo­lił, by jego mózg się wy­łą­czył, a on za­padł w tak po­trzeb­ny mu te­raz sen.

Go­dzi­nę póź­niej prze­bu­dził się zdez­o­rien­to­wa­ny. Było ciem­no. Ani je­den pro­mień słoń­ca nie miał szan­sy prze­ci­snąć się przez szczel­ne ro­le­ty w du­żych oknach. Bru­no uchy­lił po­wie­ki, a jego puls przy­spie­szył.

Mu­zy­ka - iry­tu­ją­ca i zbyt gło­śna. Prze­ci­na­ła ci­szę jak nóż, któ­ry wnik­nął tej nocy w cia­ło nie­jed­ne­go żoł­nie­rza Bra­twy. Wy­bu­dzi­ła Bru­na ze snu, a on tyl­ko utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że przez to dud­nie­nie już nie uśnie.

Kur­wa mać.

Za­ci­snął dło­nie w pię­ści i wark­nął z iry­ta­cją. Po­czuł, jak krew za­czy­na pę­dzić w jego ży­łach. Gniew na­ra­stał stop­nio­wo - bo z po­cząt­ku była tyl­ko dez­orien­ta­cja. Do­pie­ro gdy Bru­no zo­rien­to­wał się, co rze­czy­wi­ście się dzie­je, wście­kłość zdo­mi­no­wa­ła jego my­śli.

Prze­su­nął dło­nią po mo­krych od potu wło­sach i usiadł na łóż­ku. Dud­nie­nie na­si­li­ło się, a on miał wra­że­nie, że jego cia­ło ata­ku­je set­ka igie­łek, wbi­ja­ją­cych mu się w czasz­kę raz za ra­zem.

Prze­szedł przez pen­tho­use boso, w czar­nej ko­szul­ce i ciem­nych bok­ser­kach. Chwy­cił le­żą­ce na opar­ciu fo­te­la sza­re dre­so­we spodnie, któ­re za­zwy­czaj wi­sia­ły mu luź­no na bio­drach, i wcią­gnął je na sie­bie.

Bez za­sta­no­wie­nia chwy­cił klam­kę i wy­szedł na chłod­ny ko­ry­tarz. Mu­zy­ka, tu­taj jesz­cze gło­śniej­sza, do­cho­dzi­ła z je­dy­ne­go miesz­ka­nia na pię­trze, któ­re nie na­le­ża­ło do nie­go - nad czym bez wąt­pie­nia ubo­le­wał.

Jesz­cze.

Bru­no pla­no­wał na­być apar­ta­ment, gdy tyl­ko jego są­siad, Stan­ley Shel­don, wró­ci ze swo­ich po­dró­ży i bę­dzie ła­skaw mu go od­sprze­dać. Cho­ciaż sko­ro ha­ła­sy do­cho­dzi­ły z jego miesz­ka­nia, to mu­sia­ło ozna­czać, że już wró­cił.

Vi­ta­li był wście­kły, a mimo to wie­dział, że musi trzy­mać ner­wy na wo­dzy. Nie po­wi­nien de­ner­wo­wać czło­wie­ka, od któ­re­go chciał wy­ku­pić pen­tho­use. Je­śli Shel­don weź­mie go za wa­ria­ta, ni­g­dy w ży­ciu nie zgo­dzi się na tę sprze­daż.

Mu­siał dzia­łać z wy­czu­ciem.

Być uprzej­my, a za­ra­zem sta­now­czy.

Choć nie miał po­ję­cia, czy w ogó­le tak po­tra­fi.

Uniósł rękę i za­stu­kał w drzwi. Nie­ste­ty nie do­cze­kał się ja­kiej­kol­wiek, choć­by naj­mniej­szej, re­ak­cji. Mu­zy­ka gra­ła da­lej, a on stał na ko­ry­ta­rzu z za­ci­śnię­tą pię­ścią, wbi­ja­jąc wzrok w ciem­ne drew­no przed sobą.

Ude­rzył po­now­nie, a po­tem na­ci­snął dzwo­nek.

Raz.

Dru­gi.

Trze­ci.

Pią­ty.

Mu­zy­ka przy­ci­chła.

Od­głos kro­ków za­su­ge­ro­wał mu, że praw­do­po­dob­nie są­siad jed­nak za­uwa­żył jego obec­ność.

Pier­do­lo­na ma­gia.

Za­mek w drzwiach za­trzesz­czał, klam­ka opa­dła, a drzwi za­czę­ły się uchy­lać. Po­wie­trze na­gle jak­by za­gę­stwia­ło. Dziw­ny dreszcz prze­szedł wzdłuż krę­go­słu­pa Bru­na. Męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się i cze­kał. Od­chrząk­nął ci­cho i uniósł wzrok, a ten zde­rzył się z hip­no­ty­zu­ją­cym spoj­rze­niem oczu w od­cie­niu słod­kie­go ciem­ne­go mio­du. Do­strzegł za­sko­cze­nie, któ­re szyb­ko za­stą­pi­ła kon­ster­na­cja, a po­tem złość.

Były to te same oczy, któ­re ci­ska­ły w nie­go gro­my przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi, na­le­żą­ce do ko­bie­ty, któ­ra wtar­gnę­ła tego ran­ka na uli­cę tuż pod koła jego wozu.

- To pan - rzu­ci­ła me­lo­dyj­nym, nie­mal ak­sa­mit­nym gło­sem. Bru­no od razu po­my­ślał o tym, jak wy­jąt­ko­wo przy­jem­ny był dla ucha...

Nie­mal za­po­mniał, po co przy­szedł.

Opar­ta ra­mie­niem o fra­mu­gę sza­tyn­ka po­sła­ła mu peł­ne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie. Bru­no za­wie­sił wzrok na jej oczach a po­tem mi­mo­wol­nie, nie­zbyt dys­kret­nie, spoj­rzał ni­żej. Cóż po­ra­dzić. Był tyl­ko męż­czy­zną. I wzro­kow­cem. Zlu­stro­wał jej szczu­płe, kre­mo­we uda, bo mia­ła na so­bie je­dy­nie krót­kie czar­ne szor­ty i luź­ną ko­szul­kę z ja­kimś dziw­nym na­pi­sem. Nie mógł uwie­rzyć, że to ta sama ko­bie­ta, któ­ra po­ma­cha­ła mu środ­ko­wym pal­cem przed no­sem.

No kur­wa, wa­riat­ka.

- Słu­cham? - po­wtó­rzył, wy­ry­wa­jąc się z za­my­śle­nia.

- To pan - po­wtó­rzy­ła. - Ten... pro­stak z li­mon­ko­we­go Fer­ra­ri.

- McLa­re­na - po­pra­wił ją na­tych­miast.

- W czym mogę panu po­móc? Coś nie tak? Zgu­bił pan dro­gę? - spy­ta­ła, nie si­ląc się na uprzej­mo­ści.

Elo­die nie mia­ła po­ję­cia, cze­go ten czło­wiek od niej chciał. Dla­cze­go na­cho­dził ją w jej domu? Śle­dził ją? Skąd wie­dział, gdzie miesz­ka?

Może to ja­kiś psy­chol?

- Pro­szę ści­szyć mu­zy­kę - za­żą­dał Bru­no. Jego głos był lo­do­wa­ty. Po­słał jej peł­ne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie, po czym bez sło­wa od­wró­cił się w stro­nę swo­ich drzwi. Wte­dy Elo­die od­par­ła:

- Nie mam ta­kie­go obo­wiąz­ku. Jest śro­dek dnia - żach­nę­ła się. - Mogę słu­chać so­bie, cze­go tyl­ko...

Bru­no okrę­cił się gwał­tow­nie i zro­bił krok w przód. Po­tem dru­gi i trze­ci. Czuł, jak po­wo­li pusz­cza­ją mu ha­mul­ce. Był zmę­czo­ny, nie­wy­spa­ny. Miał już po pro­stu dość. Dość tego dnia, dość tej ko­bie­ty... Wie­dział, że jesz­cze chwi­la, a zro­bi coś, cze­go póź­niej może ża­ło­wać.

- Wy­łącz, kur­wa, tę mu­zy­kę! - wark­nął ostrym to­nem. Za­ci­snął pal­ce na fra­mu­dze drzwi, tuż obok dło­ni ko­bie­ty. Mu­snął przy­pad­ko­wo jej pal­ce, w od­po­wie­dzi na co się wzdry­gnę­ła. Po­sła­ła mu krzy­wy uśmiech i nie­mal od razu cof­nę­ła rękę. - Mój błąd. Mo­głem nie tra­cić cza­su na uprzej­mo­ści.

Elo­die prych­nę­ła.

- A kim pan w ogó­le jest, żeby mi mó­wić, co mam ro­bić? - obu­rzy­ła się. Po­de­szła bli­żej. Tak bli­sko, że te­raz ich twa­rze dzie­li­ły tyl­ko cen­ty­me­try. Po­czu­ła cie­pły od­dech męż­czy­zny na po­licz­ku. Pach­niał tak do­brze. Mie­szan­ką pa­lo­ne­go drew­na i cze­goś jesz­cze. Cze­goś ta­jem­ni­cze­go i...

Przy­mknę­ła na uła­mek se­kun­dy po­wie­ki, za­cią­ga­jąc się tym nie­zwy­kłym za­pa­chem. Na­gle w jej gło­wie za­czę­ły po­ja­wiać się ob­ra­zy. Ta­kie same, jak gdy two­rzy­ła nową po­wieść. Czu­ła, jak­by wni­ka­ła w głąb fa­bu­ły i prze­ży­wa­ła wszyst­ko z bo­ha­te­ra­mi. Dla­te­go jej książ­ki były tak do­bre i nie scho­dzi­ły z li­sty be­st­sel­le­rów przez wie­le mie­się­cy.

Dzia­ło się tak, gdyż Elo­die Har­twell je czu­ła.

Czu­ła całą sobą.

W tym mo­men­cie od­pły­nę­ła na chwi­lę. W jej umy­śle ak­cja roz­gry­wa­ła się po­wo­li, na­pię­cie na­ra­sta­ło, a ona wi­dzia­ła pierw­szą sce­nę - jak głów­ni bo­ha­te­ro­wie się po­zna­li. Wes­tchnę­ła ci­cho, sta­ra­jąc się za­pa­mię­tać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. Chło­nąć każ­dy naj­mniej­szy de­tal, wczuć się jesz­cze bar­dziej... Jesz­cze moc­niej. Jesz­cze in­ten­syw­niej. Pchnąć ak­cję do przo­du. Do­wie­dzieć się, co bę­dzie da­lej.

Do­pie­ro ci­che wark­nię­cie spro­wa­dzi­ło ją na zie­mię.

- Kim je­stem? Wła­ści­cie­lem ca­łe­go tego pię­tra - prych­nął męż­czy­zna ura­żo­nym to­nem.

Przy­wo­dził jej na myśl roz­ka­pry­szo­ne dziec­ko.

Ką­ci­ki ust Elo­die wy­strze­li­ły ku gó­rze. Nie­na­wi­dzi­ła ta­kich ty­pów. Wie­dzia­ła, gdzie ude­rzyć, by za­bo­la­ło.

- Pra­wie ca­łe­go - po­pra­wi­ła, zrów­nu­jąc jego ego z zie­mią.

- Że co, pro­szę? - Bru­no uniósł brew i spoj­rzał na nią z kon­ster­na­cją. Nie miał po­ję­cia, dla­cze­go na­dal tam stoi i z nią roz­ma­wia, za­miast po­pro­sić, by za­wo­ła­ła Shel­do­na.

- Pra­wie ca­łe­go - po­wtó­rzy­ła do­sad­niej. - Jest pan wła­ści­cie­lem co naj­wy­żej czte­rech miesz­kań. To aku­rat nie na­le­ży do pana - za­uwa­ży­ła. Wska­za­ła bro­dą swo­je drzwi.

- Jesz­cze... - Bru­no prze­wró­cił ocza­mi. Wie­dział, że to tyl­ko kwe­stia dni, no może mie­się­cy, jak zaj­mie całe trzy­na­ste pię­tro. I w koń­cu bę­dzie miał świę­ty spo­kój. Nikt wię­cej nie bę­dzie pa­łę­tał się po ko­ry­ta­rzu.

- Nie by­ła­bym taka pew­na. - Elo­die uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej.

Bru­no zmarsz­czył gniew­nie czo­ło. Nie miał po­ję­cia, dla­cze­go była tak bar­dzo za­do­wo­lo­na.

- To tyl­ko kwe­stia cza­su - oznaj­mił pew­nym sie­bie to­nem. Nie do­pusz­czał in­nej moż­li­wo­ści. Jak tyl­ko do­rwie Shel­do­na, za­ła­twi z nim spra­wę miesz­ka­nia raz na za­wsze.

- Chy­ba jed­nak nie - stwier­dzi­ła ko­bie­ta. Nie wie­dzieć cze­mu mia­ła zu­peł­nie od­mien­ne zda­nie na ten te­mat.

- Bo? - Bru­no do­pie­ro w tej chwi­li za­uwa­żył, jak bli­sko nie­go sta­ła.

- Bo to miesz­ka­nie na­le­ży do mnie i Bóg mi świad­kiem, że nie za­mie­rzam się stąd wy­no­sić! - fuk­nę­ła, ak­cen­tu­jąc ostat­nie sło­wo.

Bru­no po­czuł odu­rza­ją­co słod­ki od­dech nie­zna­jo­mej. Pierw­szym, o czym po­my­ślał, były pian­ki - te ko­lo­ro­we, któ­re cza­sa­mi pie­kło się nad ogni­skiem.

Spoj­rzał w duże, kar­me­lo­we oczy ko­bie­ty, oto­czo­ne dłu­gi­mi rzę­sa­mi, i prze­łknął z tru­dem śli­nę.

Była pięk­na.

A gdy się zło­ści­ła, w jej oczach mi­ga­ły zło­te iskier­ki. Jak­by miód roz­lał się na po­wierzch­ni tę­czó­wek i błysz­czał w świe­tle lam­py. Do­pie­ro gdy od­chrząk­nę­ła, krzy­wiąc się przy tym lek­ko, Bru­no zdał so­bie spra­wę, że na­dal nie za­re­ago­wał na jej sło­wa. Do­pie­ro te­raz do­cie­ra­ło do nie­go ich zna­cze­nie.

Że co, pro­szę?

Ta ko­bie­ta mia­ła­by być jego są­siad­ką?

O nie...

Nie.

Nie.

Nie.

Kur­wa, nie.

Po moim tru­pie.

Nie chcę żad­nej pie­przo­nej są­siad­ki.

A już na pew­no nie ta­kiej...

- To się jesz­cze oka­że! - prych­nął. Od­wró­cił się na pię­cie i opu­ścił ko­ry­tarz w akom­pa­nia­men­cie trza­ska­ją­cych drzwi. Nie wi­dział sen­su dal­szej roz­mo­wy. To, co po­wie­dzia­ła, wy­star­czy­ło, by do­pi­sać so­bie kon­ty­nu­ację ca­łej tej nie­do­rzecz­nej hi­sto­rii.

Rozdział 5

Świa­teł­ko w tu­ne­lu

Gdy tyl­ko za­mknę­ła za sobą z hu­kiem drzwi, Elo­die jak w amo­ku po­bie­gła do sa­lo­nu. Się­gnę­ła po le­żą­ce na sto­li­ku ka­wo­wym lek­ko przy­bru­dzo­ne oku­la­ry i za­ło­ży­ła je na nos. Wzię­ła z ka­na­py lap­top i ści­ska­jąc go moc­no pod pa­chą, skie­ro­wa­ła się wprost do swo­je­go sank­tu­arium - urzą­dzo­nej na koń­cu miesz­ka­nia bi­blio­te­ki. Opa­dła na mięk­ki ró­żo­wy fo­tel pod oknem, a po­tem zro­bi­ła do­kład­nie to, co po­win­na zro­bić już daw­no temu - otwo­rzy­ła pu­sty plik i za­czę­ła pi­sać.

Kil­ka pierw­szych zdań wy­pły­nę­ło z niej nie­mal od razu. Po­tem jed­nak się za­wa­ha­ła. Po­zwo­li­ła so­bie za­mknąć na mo­ment oczy, by przy­wo­łać w my­ślach scen­kę, któ­rą nie­daw­no zo­ba­czy­ła w swo­jej gło­wie. Z po­cząt­ku szło jej opor­nie, jed­nak gdy za­czę­ła co­raz bar­dziej wni­kać w wy­my­ślo­ną przez sie­bie fa­bu­łę - prze­pa­dła. Nada­ła bo­ha­te­rom imio­na i ce­chy wy­glą­du, a tak­że usta­li­ła, że ak­cja bę­dzie się roz­gry­wać w No­wym Jor­ku, sko­ro tak do­brze zdą­ży­ła po­znać to mia­sto.

Wy­stu­ki­wa­ła li­ter­ki, a pal­ce le­d­wo na­dą­ża­ły za sło­wa­mi, któ­re two­rzy­ły w jej umy­śle nową hi­sto­rię. Po­cząt­ko­wo na­pły­wa­ły do nie­go stop­nio­wo, po­tem co­raz szyb­ciej - jak rwą­ca rze­ka. Za­to­pio­na w al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści Elo­die wpa­dła w trans i pły­nę­ła z nur­tem do mo­men­tu, do­pó­ki nie po­sta­wi­ła krop­ki koń­czą­cej pro­log.

Kil­ka­na­ście mi­nut po­świę­ci­ła jesz­cze na prze­gląd swo­ich so­cial me­diów. Kie­dyś pro­wa­dzi­ła je dość re­gu­lar­nie. Od mo­men­tu pre­mie­ry ostat­niej książ­ki nie do­da­ła na­wet jed­ne­go po­stu. In­sta­gram, Tik­Tok i Fa­ce­bo­ok od­no­to­wa­ły kil­ku­pro­cen­to­wy spa­dek licz­by ob­ser­wu­ją­cych. O gru­pach czy­tel­ni­czych, new­slet­te­rze lub Pa­tre­onie Elo­die cał­ko­wi­cie za­po­mnia­ła.

Na­stał czas, by po­ło­żyć temu kres. Tego ran­ka po­sta­no­wi­ła, że weź­mie się w garść i do­pro­wa­dzi me­dia spo­łecz­no­ścio­we Ju­liett Hart do for­my sprzed roku. Sama lub za­trud­ni ko­goś w tym celu. I choć le­ni­wa stro­na Elo­die pod­po­wia­da­ła jej, by za­trud­ni­ła ko­goś, kto się tym zaj­mie, ser­ce krzy­cza­ło, by zro­bi­ła to sama we­dług swo­jej wi­zji. Mu­sia­ła za­sta­no­wić się nad no­wy­mi po­sta­mi, cie­ka­wy­mi zdję­cia­mi i re­el­sa­mi z pi­sa­nia no­wej książ­ki, bo wła­śnie to przy­cią­ga­ło no­wych czy­tel­ni­ków. Lu­dzie lu­bi­li, gdy dzie­li­ła się z nimi ku­li­sa­mi swo­jej pra­cy. Chęt­nie za­glą­da­li jej przez ra­mię, gdy pi­sa­ła. A ona swo­je­go cza­su ro­bi­ła to chęt­nie - oczy­wi­ście nie po­ka­zu­jąc przy tym swo­jej twa­rzy.

Ode­rwa­ła wzrok od ekra­nu i spoj­rza­ła przed sie­bie - na pa­no­ra­mę No­we­go Jor­ku. Dra­pa­cze chmur tego dnia wy­da­wa­ły się jesz­cze wyż­sze, a je­sień dało się wy­czuć w po­wie­trzu. Zło­te li­ście fru­wa­ły na wie­trze, a po­tem opa­da­ły mięk­ko na chod­ni­ki i uli­ce. Chłod­ny po­dmuch z otwar­te­go okna wy­trą­cił Elo­die z za­my­śle­nia. Na­dal my­śla­mi była da­le­ko - w do­pie­ro co stwo­rzo­nym przez sie­bie świe­cie. Uwiel­bia­ła ten stan. Jak­by uno­si­ła się po­nad chmu­ra­mi i spo­glą­da­ła na ży­cie in­nych z góry.

Mruk­nę­ła z za­do­wo­le­niem, a jej ja­sno­ró­żo­we war­gi uło­ży­ły się w pe­łen za­chwy­tu uśmiech.

Spoj­rza­ła po­now­nie na ekran i prze­su­nę­ła tekst do po­cząt­ku. Prze­czy­ta­ła wszyst­ko to, co za­pi­sa­ła, każ­dy aka­pit, a po­tem po­pra­wi­ła kil­ka li­te­ró­wek, do­pi­sa­ła dwa zda­nia, zaś pięć in­nych - usu­nę­ła. Do­peł­ni­ła tekst na koń­cu kil­ko­ma przy­miot­ni­ka­mi, tak by był jesz­cze bar­dziej emo­cjo­nal­ny, a po­tem za­trza­snę­ła lap­top, uprzed­nio za­pi­saw­szy plik.

Była tak bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­na.

W koń­cu, po wie­lu ty­go­dniach, do­strze­gła świa­teł­ko w tu­ne­lu.

Le­d­wo się tlą­ce, ma­leń­kie, ale jed­nak wi­docz­ne.

I sta­ło się to za spra­wą aro­ganc­kie­go typa z na­prze­ciw­ka.

Jesz­cze dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wa­ła się w pa­no­ra­mę mia­sta, któ­ra roz­po­ście­ra­ła się tuż przed jej oczy­ma. Zie­leń drzew w Cen­tral Par­ku ła­god­nie prze­ci­na­ła ja­sne i gra­fi­to­we ele­wa­cje wie­żow­ców i bu­dyn­ków miesz­kal­nych. Elo­die mia­ła wra­że­nie, że mia­sto pę­dzi­ło, zaś park za­trzy­mał się na mo­ment. Był spo­koj­ną przy­sta­nią, chwi­lą ci­szy w ca­łym tym wiel­ko­miej­skim cha­osie.

Żół­te tak­sów­ki su­nę­ły przez skrzy­żo­wa­nie Ma­di­son Ave­nue i East 86th Stre­et, pod­czas gdy Elo­die za­sta­na­wia­ła się, ja­kim cu­dem męż­czy­zna z li­mon­ko­we­go auta oka­zał się jej są­sia­dem. I to na do­da­tek bo­ga­tym - sko­ro stać go było na za­kup aż czte­rech po­dob­nych miesz­kań. Elo­die stwier­dzi­ła, że Bóg ma fan­ta­stycz­ne po­czu­cie hu­mo­ru, wy­my­śla­jąc sce­na­riusz jej dnia.

Co też mu­siał so­bie o niej po­my­śleć ten blon­dyn...

Cho­ciaż...

Nie.

Nie po­win­na w ogó­le za­przą­tać so­bie nim gło­wy.

Kogo ob­cho­dzi ja­kiś aro­ganc­ki typ.

***

Po tym, jak wró­cił do miesz­ka­nia, Bru­no od razu się­gnął po le­żą­cy w po­ście­li te­le­fon i wy­brał nu­mer swo­je­go agen­ta nie­ru­cho­mo­ści - Ja­so­na Ho­xta. Męż­czy­zna ode­brał po dru­gim sy­gna­le.

- Pan Vi­ta­li! - Brzmiał na za­do­wo­lo­ne­go. - W czym mogę panu po­móc? Po­trze­bu­je pan ko­lej­nej nie­ru­cho­mo­ści? Je­śli tak, to...

- Chciał­bym zło­żyć ofer­tę na miesz­ka­nie obok. Ma­di­son Ave­nue, trzy­na­ste pię­tro - rzu­cił bez ogró­dek.

- Z tego, co wiem, miesz­ka­nie nu­mer pięć zo­sta­ło nie­daw­no sprze­da­ne - wy­ja­śnił męż­czy­zna spo­koj­nym to­nem.

- Ja­kim cu­dem? - wark­nął Bru­no. - Mia­łeś je dla mnie za­trzy­mać...

- Wła­ści­ciel sprze­dał je, za­nim nie­ru­cho­mość tra­fi­ła na ry­nek... - wes­tchnął.

Bru­no za­ci­snął po­wie­ki, bo po­czuł ocho­tę, by rzu­cić te­le­fo­nem wprost w sto­ją­cy obok te­le­wi­zor.

- To je od­kup. Nie wiem... Chcę to miesz­ka­nie.

Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że brzmiał jak roz­piesz­czo­ny chło­piec w fa­zie bun­tu.

- To nie bę­dzie ta­kie pro­ste - usły­szał. - Je­śli nowy wła­ści­ciel nie bę­dzie chciał go od­sprze­dać, nie­wie­le będę mógł z tym zro­bić. Pań­ska proś­ba bę­dzie nie­moż­li­wa do zre­ali­zo­wa­nia.

- Nie ma ja­kichś in­nych spo­so­bów? - wy­chry­piał.

- Le­gal­nych? Nie.

- Chry­ste... A nie­le­gal­nych?

Chy­ba wła­śnie od nich po­wi­nien za­cząć.

- Za­wsze może pan po­roz­ma­wiać z no­wym są­sia­dem i spró­bo­wać się do­ga­dać. Może znacz­nie wyż­sza kwo­ta niż ta, za któ­rą do­ko­nał za­ku­pu, spra­wi, że jed­nak po­dej­mie współ­pra­cę...

- Nie będę z nią o tym roz­ma­wiał - żach­nął się Bru­no. - Ta ko­bie­ta jest dziw­na.

- W ja­kim sen­sie... dziw­na? - Głos Ho­xta za­brzmiał ja­koś ina­czej. Po­ja­wi­ła się w nim nut­ka... roz­ba­wie­nia?

- No... - Bru­no szu­kał od­po­wied­nich słów.

Wy­ma­chu­je pa­lu­cha­mi.

Pusz­cza zbyt gło­śno bab­ską mu­zy­kę.

Jest zbyt ład­na.

- Robi coś nie­zgod­ne­go z re­gu­la­mi­nem bu­dyn­ku? Bo je­śli tak, jest szan­sa na to, by ją usu­nąć z li­sty miesz­kań­ców w dro­dze gło­so­wa­nia - za­uwa­żył.

- Nie robi... - wes­tchnął Bru­no zre­zy­gno­wa­ny. Wła­śnie zdał so­bie spra­wę, że bę­dzie mu­siał bar­dziej się po­sta­rać, by prze­ko­nać lub zmu­sić ko­bie­tę do wy­pro­wadz­ki.

Może po­wi­nien za­ła­twić to groź­ba­mi?

Ewen­tu­al­nie tor­tu­ra­mi?

Wy­stra­szy się, spa­ni­ku­je, spa­ku­je ma­nat­ki i wy­je­dzie stąd w siną dal.

Tak. To cał­kiem nie­zły po­mysł.

I może się udać.

***

Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru Elo­die prze­ko­na­ła się, że męż­czy­zna z miesz­ka­nia na­prze­ciw­ko jest czło­wie­kiem, z któ­rym z pew­no­ścią nie po­win­na za­dzie­rać. I w su­mie w ogó­le roz­ma­wiać. Za to po­win­na go uni­kać. Za­szyć się w swo­ich czte­rech ścia­nach i mo­dlić, by nie po­sta­no­wił zro­bić tego, o czym wspo­mi­nał. Trzy­ma­ła się na­dziei, że nie wy­ku­pi jej miesz­ka­nia. Lu­dzie tacy jak on z pew­no­ścią mie­li doj­ścia...

Zna­jo­mo­ści...

Szem­ra­ne zna­jo­mo­ści.

Fakt, nie zro­bi­ła na nim zbyt do­bre­go pierw­sze­go wra­że­nia. Mo­gła­by na­wet na­zwać je bar­dzo nie­ko­rzyst­nym. Wręcz od­py­cha­ją­cym. W koń­cu po­ka­za­ła mu środ­ko­wy pa­lec.

Chry­ste.

Dla­cze­go...?

Je­steś idiot­ką, Elo­die Har­twell.

Wcze­śniej tego dnia prze­cha­dza­ła się po kuch­ni, roz­kle­ja­jąc na bla­cie wy­spy li­mon­ko­we kar­tecz­ki z po­my­sła­mi na ko­lej­ny roz­dział, gdy usły­sza­ła do­bie­ga­ją­cy zza drzwi nie­po­ko­ją­cy ha­łas. Nie mia­ła wąt­pli­wo­ści - do­cho­dził z ko­ry­ta­rza. Ich wspól­ne­go ko­ry­ta­rza. Lo­gicz­nym było, że to on - męż­czy­zna z na­prze­ciw­ka - jest jego przy­czy­ną. Prze­cież nikt nie­po­wo­ła­ny nie wje­chał­by na pię­tro bez wy­raź­nej zgo­dy jej lub jego.

Po­my­śla­ła wte­dy, że na­wet nie zna jego imie­nia.

I nie.

Nie in­te­re­so­wa­ło jej, jak mógł­by się na­zy­wać.

Wy­glą­dał na Jay­de­na.

Jof­freya...

Albo Jona.

- Och. Za­mknij się! - wark­nę­ła, przy­wo­łu­jąc do po­rząd­ku swo­je roz­bie­ga­ne my­śli. Wy­obraź­nia czę­sto po­no­si­ła ją bar­dziej, niż­by tego chcia­ła. Mu­sia­ła trzy­mać ją moc­no w ry­zach - jak psa, któ­ry szar­pał smy­czą, wy­ry­wa­jąc się w kie­run­ku traw­ni­ka. Gdy pra­co­wa­ła nad książ­ką - tak, wte­dy fan­ta­zja była przy­dat­na. Nie... Elo­die wręcz po­trze­bo­wa­ła jej jak po­wie­trza, by prze­brnąć przez ko­lej­ne roz­dzia­ły. By po­pchnąć fa­bu­łę do przo­du.

Już od daw­na nie czu­ła tego dziw­ne­go pod­eks­cy­to­wa­nia, któ­re to­wa­rzy­szy­ło jej, gdy otwie­ra­ła no­tat­nik i za­pi­sy­wa­ła nowe po­my­sły. Gdy wy­my­śla­ła całą fa­bu­łę krok po kro­ku. I na­gle się to zmie­ni­ło. Nie­spo­dzie­wa­nie. Gdy po­zna­ła czło­wie­ka z li­mon­ko­we­go auta. Ich spo­tka­nie było dla Elo­die jak punkt za­pal­ny, coś, co od­pa­li­ło ła­du­nek wy­bu­cho­wy w jej gło­wie. Wy­obraź­nia eks­plo­do­wa­ła, a ona te­raz mu­sia­ła po­skła­dać jej odłam­ki i stwo­rzyć z nich sen­sow­ną ca­łość. Nadać kształt ko­lej­ne­mu ge­nial­ne­mu dzie­łu.

Elo­die wie­dzia­ła, że mo­to­rem na­pę­do­wym jej suk­ce­su były emo­cje. Przy pi­sa­niu naj­le­piej spraw­dza­ły się złość i roz­go­ry­cze­nie. Swój pierw­szy be­st­sel­ler na­pi­sa­ła po tym, jak na­kry­ła Mike'a ze swo­ją ku­zyn­ką w ła­zien­ce na pię­trze. W domu, któ­ry wspól­nie wy­naj­mo­wa­li. Do tej pory pa­mię­ta­ła roz­ry­wa­ją­ce jej żyły roz­cza­ro­wa­nie oraz złość bu­zu­ją­cą w każ­dej ko­mór­ce cia­ła.

I choć te­raz, po wie­lu la­tach, my­śląc o Mike'u, nie czu­ła nic, bo­le­sne wspo­mnie­nia po­zo­sta­ły. Była wście­kła, ale i wdzięcz­na, bo to wa­śnie dzię­ki tam­tym wy­da­rze­niom się­gnę­ła po swój sta­ry, do­go­ry­wa­ją­cy kom­pu­ter i wy­stu­ka­ła na po­nisz­czo­nej kla­wia­tu­rze po­cząt­ko­we zda­nia.

Dzię­ki nim na­ro­dzi­ła się jako Ju­liett Hart.

Prze­la­ła całą złość w pro­ces twór­czy, a na­stęp­nie stwo­rzy­ła coś pięk­ne­go. Coś, co od­mie­ni­ło jej nud­ne, po­zba­wio­ne barw ży­cie. Za­czę­ła na­praw­dę żyć, nie tyl­ko ob­ser­wo­wać co­dzien­ność in­nych. Wy­rwa­ła się z Ay­les­bu­ry i stwo­rzy­ła swo­ją wła­sną, po­zba­wio­ną wad rze­czy­wi­stość.

A wszyst­ko zmie­ni­ło się jesz­cze bar­dziej, gdy rok po de­biu­cie oka­za­ło się, że jed­na z naj­więk­szych plat­form stre­amin­go­wych chce wy­ku­pić pra­wa do ekra­ni­za­cji dru­giej książ­ki Elo­die. A ona zgo­dzi­ła się, nie wie­dząc, że przy­nie­sie to tak hor­ren­dal­ne za­rob­ki. Ho­no­ra­rium au­tor­skie z ksią­żek było je­dy­nie pro­cen­tem tego, co przy­no­si­ły jej dwa fil­my, któ­re po­wsta­ły rok póź­niej na pod­sta­wie jej po­wie­ści.

Do tej pory pa­mię­ta­ła szok, jaki prze­ży­ła, w re­ak­cji na pierw­szy za­licz­ko­wy mi­lio­no­wy czek, któ­ry otrzy­ma­ła.

Po­tem był dru­gi, trze­ci i ko­lej­ny. Fil­my do tej pory cie­szy­ły się ogrom­ną po­pu­lar­no­ścią, a jej książ­ki nie zni­ka­ły z ran­kin­gów po­pu­lar­no­ści.

Elo­die nie są­dzi­ła, że w ogó­le moż­na wy­żyć z pi­sar­stwa. Że kie­dy­kol­wiek bę­dzie dzię­ki nie­mu w sta­nie za­ro­bić na pod­sta­wo­we opła­ty i czynsz za nie­wiel­kie miesz­ka­nie w No­wym Jor­ku. My­li­ła się.

Osią­gnę­ła tak spek­ta­ku­lar­ny suk­ces, że do tej pory nie wie­dzia­ła, jak to w ogó­le moż­li­we.

Tego dnia, sto­jąc w holu swo­je­go ogrom­ne­go miesz­ka­nia na Up­per East Side, mia­ła prze­czu­cie, że wy­ko­rzy­sta­ła do­stęp­ny jej pe­łen pa­kiet szczę­ścia. Była nie­mal pew­na, że coś się spie­przy i w efek­cie stra­ci to, na co pra­co­wa­ła przez lata.

Po­czy­na­jąc od miesz­ka­nia jej ma­rzeń.

Sta­wia­jąc ci­cho bose sto­py, po­de­szła do cięż­kich, an­tyw­ła­ma­nio­wych drzwi. Mu­snę­ła je opusz­ka­mi, czu­jąc pod pal­ca­mi chłod­ne drew­no. Wy­pro­sto­wa­ła ple­cy i wy­cią­gnę­ła szy­ję, by spoj­rzeć przez wi­zjer. Wstrzy­ma­ła od­dech, gdy prze­ko­na­ła się, że prze­czu­cie jej nie my­li­ło.

Ktoś tam był.

Zmru­ży­ła oczy i na mo­ment za­wie­si­ła wzrok na kil­ku po­staw­nych męż­czy­znach w czar­nych gar­ni­tu­rach. Zwró­ce­ni byli do niej ple­ca­mi. Na­wet przez wi­zjer Elo­die była w sta­nie do­strzec górę ich mię­śni. Wszy­scy wy­so­cy, ele­ganc­cy i nie­re­al­nie umię­śnie­ni. Nor­mal­ni No­wo­jor­czy­cy tak nie wy­glą­da­li, tego aku­rat Elo­die była pew­na. Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła ta­kiej daw­ki te­sto­ste­ro­nu w jed­nym miej­scu.

Cze­go oni chcą od mo­je­go są­sia­da?

Ha­łas z ko­ry­ta­rza spro­wa­dził my­śli Elo­die na wła­ści­wy tor. Za­ci­ska­jąc mia­ro­wo pal­ce na klam­ce, ob­rzu­ci­ła roz­bie­ga­nym wzro­kiem to­wa­rzy­stwo w gar­ni­tu­rach, sta­ra­jąc się do­strzec wśród męż­czyzn zna­jo­me­go blon­dy­na. Do­pie­ro po chwi­li wy­szedł szyb­kim kro­kiem z miesz­ka­nia i do­łą­czył do resz­ty. Za­trza­snął za sobą drzwi, po­kle­pał po ra­mie­niu naj­wyż­sze­go z osił­ków i od­wró­cił się w jej kie­run­ku.

Elo­die wcią­gnę­ła moc­no po­wie­trze do płuc. Wzrok męż­czy­zny skie­ro­wa­ny był wprost na jej drzwi. Mia­ła wra­że­nie, że prze­wier­ca się przez nie na wskroś.

A prze­cież nie mógł wie­dzieć, że go ob­ser­wu­ję...

Jed­nak zi­gno­ro­wa­ła spoj­rze­nie blon­dy­na i po­sta­no­wi­ła mu się le­piej przyj­rzeć. In­try­go­wał ją, a ona nie za­mie­rza­ła wal­czyć ze swo­ją cie­kaw­ską na­tu­rą, bo do­brze wie­dzia­ła, że nie wy­gra.

Te­raz, po kil­ku go­dzi­nach od ich ostat­nie­go spo­tka­nia, z całą pew­no­ścią mo­gła stwier­dzić, że jej ta­jem­ni­czy są­siad wy­glą­dał ina­czej, niż za­pa­mię­ta­ła. Był mniej zmę­czo­ny, ra­czej wy­po­czę­ty, i na­wet ra­do­sny. Jego twa­rzy już nie wy­krzy­wiał ten dziw­ny uśmiech, któ­rym ura­czył ją wcze­śniej. Pia­sko­we wło­sy miał za­cze­sa­ne do góry, a sza­ry prąż­ko­wa­ny gar­ni­tur ide­al­nie wy­pra­so­wa­ny. Jego twarz była su­ro­wa, przy­stoj­na, otu­lo­na krót­szym niż za­pa­mię­ta­ła za­ro­stem - co ozna­cza­ło, że mu­siał się rów­nież ogo­lić.

Elo­die spoj­rza­ła w jego zie­lo­ne tę­czów­ki w mo­men­cie, w któ­rym on prze­niósł spoj­rze­nie na jed­ne­go z męż­czyzn. Tego wy­so­kie­go, sto­ją­ce­go naj­bli­żej. Rzu­cił coś do nie­go, a po­tem obaj za­czę­li się śmiać. Na­stęp­nie prze­wró­cił ocza­mi i za­czął mu coś tłu­ma­czyć.

Wte­dy wzrok Elo­die mi­mo­wol­nie opadł na bio­dra są­sia­da, a jej ser­ce na mo­ment prze­sta­ło bić. Męż­czy­zna po­pra­wił skry­tą pod ma­ry­nar­ką ka­bu­rę, w któ­rej lśnił Glock, i ru­szył przed sie­bie. Gdy ma­te­riał się roz­chy­lił, bez więk­sze­go tru­du do­strze­gła pas z no­ża­mi.

Każ­dy jego krok świad­czył o pew­no­ści sie­bie i wła­dzy. Wy­pro­sto­wa­ny, z po­sta­wą god­ną lor­da, blon­dyn prze­szedł do win­dy, a resz­ta męż­czyzn po­dą­ży­ła za nim. Gdy znik­nął, Elo­die od­su­nę­ła się od wi­zje­ra i wró­ci­ła do kuch­ni. Opa­dła na sto­łek przy wy­spie i scho­wa­ła twarz w dło­niach.

- W co ja się wpa­ko­wa­łam... - wy­mam­ro­ta­ła. - Kim są ci lu­dzie? I dla­cze­go on chce się mnie po­zbyć?

Przez cały wie­czór snu­ła wi­zje na te­mat tego, kim może być jej są­siad. Teo­rie były róż­ne. Mógł być po­li­cjan­tem, ochro­nia­rzem, przed­sta­wi­cie­lem ja­kichś służb...

Albo zbi­rem.

Sze­fem ma­fii lub kimś w tym ro­dza­ju.

- Je­zu­uu - jęk­nę­ła w po­dusz­kę. Po­win­na spać już daw­no temu, a co ro­bi­ła? Na po­cze­ka­niu wy­my­śla­ła teo­rie spi­sko­we. Za­la­ły jej umysł, nie po­zwa­la­jąc za­snąć. Prze­wró­ci­ła się na dru­gi bok i zwi­nę­ła po­dusz­kę pod gło­wą.

Go­dzi­nę póź­niej na­dal nie spa­ła. Wy­sko­czy­ła z łóż­ka, a nogi same po­wio­dły ją do ga­bi­ne­tu. Z kub­kiem go­rą­ce­go ka­kao we­szła do środ­ka. Po­sta­wi­ła na­pój na bla­cie i spoj­rza­ła w górę - na kar­tecz­ki, któ­re ścią­gnę­ła z wy­spy. Te­raz wi­sia­ły na ta­bli­cy kor­ko­wej nad biur­kiem i zaj­mo­wa­ły nie­mal całą jej po­wierzch­nię.

Prze­ana­li­zo­wa­ła więk­szość z nich i wes­tchnę­ła cier­pięt­ni­czo. Niby mia­ła za­rys po­my­słu, a jed­nak coś jej nie gra­ło. Po­trze­bo­wa­ła szcze­gó­łów, któ­re do­peł­nią ca­ło­ści i spra­wią, że bo­ha­te­ro­wie sta­ną się cie­ka­wi i ludz­cy.

Po­my­śla­ła o męż­czyź­nie z na­prze­ciw­ka i po raz pierw­szy, od­kąd za­czę­ła pi­sać, wpadł jej do gło­wy nie­do­rzecz­ny po­mysł stwo­rze­nia cze­goś zu­peł­nie in­ne­go niż do­tych­czas. Otrzy­ma­ła bo­dziec, któ­ry nie pa­so­wał jej do pier­wo­wzo­ru fa­bu­ły. Te­raz mu­sia­ła na­giąć tyl­ko fa­bu­łę, by wszyst­ko się zgra­ło.

Wie­dzia­ła, co chce zro­bić.

Może to, co pla­no­wa­ła, oka­że się błę­dem.

Lecz mo­gło tak­że stać się szan­są...

Szan­są, by prze­rwać blo­ka­dę twór­czą i w koń­cu wy­dać coś, co Elo­die bę­dzie czu­ła i z cze­go bę­dzie dum­na.

Ja­sne, mo­gła­by na­pi­sać o czym­kol­wiek. Mia­ła warsz­tat, moż­li­wo­ści, a zro­bie­nie do­bre­go re­se­ar­chu też nie było ja­kieś skom­pli­ko­wa­ne. Pro­blem w tym, że Elo­die nie chcia­ła pi­sać cze­goś, co nie bę­dzie w stu pro­cen­tach jej. Za to pra­gnę­ła cze­goś na­szpi­ko­wa­ne­go emo­cja­mi... Książ­ki, któ­rą po­ko­cha całą sobą.

I tym ra­zem czu­ła, że robi do­brze.

Wie­dzia­ła, że musi zmie­nić kon­cep­cję, by nadać jej no­wej war­to­ści. Na­wet je­śli to, na co się po­ry­wa­ła, było nie­zna­ne i ta­jem­ni­cze.

Roz­sia­dła się w fo­te­lu i upi­ła łyk go­rą­cej sło­dy­czy. Gdy ka­kao roz­la­ło się na jej pod­nie­bie­niu, ci­cho jęk­nę­ła.

Klik­nę­ła na ty­tuł książ­ki, a gdy się pod­świe­tlił, na­ci­snę­ła na kla­wia­tu­rze przy­cisk "de­la­te". Po­tem bez za­sta­no­wie­nia wy­stu­ka­ła trzy zu­peł­nie inne sło­wa.

Rozdział 6

Mo­żesz po­wo­li za­cząć pa­ko­waćte swo­je książ­ki

Li­sto­pa­do­wy po­ra­nek w No­wym Jor­ku wy­bu­dził Bru­na z sen­ne­go le­tar­gu. Spoj­rzał na pa­nel me­te­oro­lo­gicz­ny, któ­ry wi­siał tuż nad jego szaf­ką noc­ną, i po­krę­cił z nie­za­do­wo­le­niem gło­wą. Tego dnia tem­pe­ra­tu­ra mia­ła osią­gnąć za­wrot­ne dwa­na­ście stop­ni, a opa­dy desz­czu utrud­nić mu po­dróż z apar­ta­men­tow­ca na przed­mie­ścia Qu­eens.

Uniósł ro­le­ty pi­lo­tem i spoj­rzał za okno. Pierw­sze kro­ple desz­czu zmo­czy­ły już chod­nik przy Ma­di­son Ave­nue. Słoń­ce skry­te za gru­bą war­stwą chmur nie za­chę­ca­ło do wy­ściu­bie­nia nosa poza apar­ta­ment. Nie­ste­ty miał na­pię­ty gra­fik i na­wet prze­ci­na­ją­ce nie­bo bły­ska­wi­ce nie zmu­si­ły­by go do po­zo­sta­nia w domu. Taki ar­gu­ment nie prze­mó­wił­by do jego capo.

Prze­cią­ga­jąc się le­ni­wie, prze­niósł wzrok na East Ri­ver, na pły­wa­ją­ce tam małe ło­dzie i pro­my. Dzię­ki temu, że po­sia­dał czte­ry miesz­ka­nia z każ­dej stro­ny bu­dyn­ku, miał wi­dok za­rów­no na rze­kę, jak i Cen­tral Park, czym nie mo­gła się już po­chwa­lić jego są­siad­ka.

Bru­no po­now­nie wró­cił my­śla­mi do sza­tyn­ki z na­prze­ciw­ka. Nie wi­dział jej od kil­ku dni. Od tam­te­go pa­mięt­ne­go spo­tka­nia, gdy wy­krzy­cza­ła mu, co są­dzi o jego po­my­śle od­ku­pie­nia jej miesz­ka­nia. Wie­czo­ra­mi nie wy­cho­dzi­ła, ran­kiem rów­nież. Bru­no za­czął się na­wet za­sta­na­wiać, czy może nie wy­je­cha­ła.

Wy­su­nął się z łóż­ka i pod­szedł do pa­ne­lu kli­ma­ty­za­cji. Pod­krę­cił tem­pe­ra­tu­rę w ca­łym apar­ta­men­cie, a po­tem wszedł wol­nym kro­kiem do du­żej, otwar­tej na sa­lon kuch­ni. Wszyst­kie po­miesz­cze­nia w miesz­ka­niu były utrzy­ma­ne w ja­snej to­na­cji. Jego apar­ta­ment róż­nił się od domu Ric­car­da. Nie wy­glą­dał jak loch czy piw­ni­ca. Gdy­by ktoś nie wie­dział, czym Bru­no Vi­ta­li zaj­mo­wał się na co dzień - z pew­no­ścią by się nie zo­rien­to­wał, pa­trząc na to, jak miesz­kał. Lu­bił ja­sne wnę­trza, dużo świa­tła i czy­stość. Za­zwy­czaj sam sprzą­tał, choć miał od tego lu­dzi. Cza­sa­mi wpa­da­ły do nie­go Lin­da, czter­dzie­sto­sied­mio­let­nia była sze­fo­wa kuch­ni, któ­ra two­rzy­ła dla nie­go ist­ne ku­li­nar­ne dzie­ła sztu­ki, oraz Su­san - go­spo­sia. Ta dru­ga dba­ła o po­rzą­dek w apar­ta­men­cie. Przede wszyst­kim myła pa­no­ra­micz­ne okna, szo­ro­wa­ła ła­zien­ki i par­kie­ty. Zaj­mo­wa­ła się po­waż­niej­szy­mi spra­wa­mi, niż wy­tar­cie bla­tu ku­chen­ne­go czy za­sła­nie łóż­ka.

Tego dnia Lin­da mia­ła przy­je­chać o dzie­sią­tej - gdy Bru­no opu­ści miesz­ka­nie. Z pew­no­ścią przy­go­tu­je mu po­sił­ki na kil­ka ko­lej­nych dni i za­dba o to, by jego lo­dów­ka była peł­na sma­ko­ły­ków.

Pod­sta­wił fi­li­żan­kę pod eks­pres do kawy i wy­brał czar­ną. Gdy była go­to­wa, upi­ja­jąc na­pój, prze­szedł do miesz­czą­ce­go się kil­ka po­miesz­czeń da­lej ga­bi­ne­tu. Po­sta­wił kawę na biur­ku, obok czar­nej lamp­ki, i ru­szył w głąb po­miesz­cze­nia.

Spoj­rzał na znaj­du­ją­ce się po pra­wej stro­nie duże ter­ra­rium, w któ­rym sie­dział jego je­dy­ny współ­lo­ka­tor - ta­ran­tu­la o imie­niu Pe­ter. Pew­ne­go po­po­łu­dnia wci­snął mu ją Ric­car­do. Zwy­czaj­nie przy­wiózł trans­por­ter z pa­ją­kiem do jego miesz­ka­nia i oznaj­mił Bru­no­wi, że musi się nim za­jąć. Ar­gu­men­to­wał, że jego syn, Ila­rio, jest już co­raz więk­szy i pró­bu­je się­gać do nie­go rącz­ka­mi, co przy­pra­wia jego mat­kę o za­wał. Do tego Emma, żona Ric­car­da, pa­nicz­nie bała się pa­ją­ków i nie prze­szło jej to, gdy za­miesz­ka­li ra­zem. Z uwa­gi na fakt, że nie­ba­wem mia­ła uro­dzić im się cór­ka i obo­je nie­co pa­ni­ko­wa­li, Ric­car­do po­pro­sił przy­ja­cie­la, by za­jął się jego ma­łym ulu­bień­cem. A Bru­no jak to Bru­no - zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto ule­gał proś­bom swo­je­go capo. Zro­bi­ło mu się żal bied­ne­go stwo­rze­nia, więc zgo­dził się je za­adop­to­wać. I ta­kim oto spo­so­bem po­zy­skał no­we­go, cho­ler­nie sym­pa­tycz­ne­go, współ­lo­ka­to­ra.

Spoj­rzał, czy w ter­ra­rium nie znaj­du­ją się nie­zje­dzo­ne owa­dy, a po­tem pod­szedł do ma­łej, ukry­tej w za­bu­do­wie lo­dów­ki i wy­cią­gnął z niej po­jem­nik z świersz­cza­mi, któ­re ku­po­wał od ho­dow­cy z Gre­en­wich Vil­la­ge. Bru­no zwy­kle kar­mił Pe­te­ra wie­czo­ra­mi, lecz do­brze wie­dział, że dziś nie bę­dzie miał ta­kiej moż­li­wo­ści.

Otwo­rzył kla­pę ter­ra­rium i wrzu­cił do środ­ka trzy świersz­cze. Za­su­nął wie­ko i oparł się ra­mie­niem o szy­bę. Z za­in­te­re­so­wa­niem ob­ser­wo­wał, jak pa­jąk ru­sza do owa­dów. Skra­dał się w ich stro­nę zu­peł­nie jak on, gdy po­lo­wał na swo­je ofia­ry. Bru­no uwiel­biał ob­ser­wo­wać, jak ta­ran­tu­la rzu­ca się na świersz­cze i lar­wy much, a po­tem je zja­da. Nie prze­ra­ża­ła go ta bru­tal­ność. Wręcz prze­ciw­nie - miał wra­że­nie, że Pe­ter to ide­al­ne zwie­rząt­ko do­mo­we dla po­zba­wio­nych skru­pu­łów skur­wie­li ta­kich jak on.

Gdy roz­dzwo­nił się te­le­fon, prze­wró­cił ocza­mi. Wie­dział, kto to.

- Capo - ode­zwał się na­zbyt uprzej­mym to­nem.

- A to­bie co? - wy­grzmiał Ric­car­do. - Źle się czu­jesz?

- Nie.

- To od kie­dy zwra­casz się do mnie ty­tu­ła­mi? - Za­śmiał się ni­sko.

- Cze­go chcesz, Ric?

- No. Już le­piej. O któ­rej bę­dziesz w Dark­ness?

- Nie wiem. A co? Mam już być? Są­dzi­łem, że naj­pierw pod­ja­dę do tego lo­ka­lu na Bro­nxie, o któ­rym wspo­mi­nał Car­los. Do­wiem się co i jak, by przed­sta­wić ci szcze­gó­ły pod­czas lun­chu.

- Do­bra. Może być. Tyl­ko weź od nich wszyst­kie pa­pie­ry. Nasz praw­nik ich spraw­dzi.

- Ja­sne - wy­mam­ro­tał, upi­ja­jąc łyk kawy.

- Tre­ning przed lun­chem? Dex nie do­trze. Zoe za­ła­pa­ła ja­kąś in­fek­cję. Za­ra­zi­ła Wa­ver­ly i obie są te­raz cho­re. Zo­sta­je w domu, by się nimi za­jąć.

Bru­no mógł­by przy­siąc, że wy­czuł w gło­sie przy­ja­cie­la nutę zmar­twie­nia.

- Zno­wu się wy­kpił, leń - po­sta­no­wił ob­ró­cić nie­obec­ność De­xte­ra w żart.

- Bę­dziesz miał oka­zję wpier­do­lić mu w przy­szłym ty­go­dniu. Co się od­wle­cze, to nie ucie­cze...

- Nie omiesz­kam tego zro­bić. - Bru­no upił ostat­ni łyk kawy. - Masz po­zdro­wie­nia od Pe­te­ra. Ka­zał ci prze­ka­zać, że u mnie jest mu zde­cy­do­wa­nie le­piej.

- Roz­piesz­czasz go?

- Oczy­wi­ście - par­sk­nął. - Wła­śnie zja­da swo­ją por­cję świersz­czy.

- Dzię­ki, Bru­no.

Sły­sząc to, prze­wró­cił ocza­mi.

- Mó­wi­łem już. Prze­stań mi, kur­wa, cią­gle dzię­ko­wać. Lu­bię go. Umi­la mi po­ran­ki. Dzię­ki nie­mu nie nu­dzę się tak w domu - oznaj­mił zgod­nie z praw­dą.

- No do­bra. Sko­ro tak mó­wisz...

- Bo tak jest.

- Jadę na spo­tka­nie ze Smir­no­wem w Chi­na­town. Może uda mi się z nie­go wy­ci­snąć ja­kieś in­for­ma­cje w spra­wie Mo­ro­zo­wa i jego ba­zar­ku z bro­nią. Od czter­na­stu lat broń prze­cho­dzi przez nas, na­sze kon­tak­ty w por­cie i na­sze ręce aż do od­bior­ców w No­wym Jor­ku. Nie po­zwo­lę, by te ru­skie gów­na wpie­prza­ły się nam w in­te­re­sy. By­łem, kur­wa, wy­ro­zu­mia­ły, ale miar­ka się prze­bra­ła.

- Masz ra­cję, Ric­car­do. Trze­ba zro­bić z tym po­rzą­dek. To już nie za­ba­wa. Syn pa­kha­na nie po­wi­nien z nami za­dzie­rać i po­nie­sie tego kon­se­kwen­cje - pod­su­mo­wał Bru­no.

- Tak, przy­ja­cie­lu. Nie za­mie­rzam da­wać się wo­dzić za nos. Je­stem capo od kil­ku­na­stu lat. Znam to mia­sto jak wła­sną kie­szeń, pro­wa­dzę in­te­re­sy z ludź­mi, któ­rzy sta­no­wią jego fun­da­men­ty. Nie po­zwo­lę na ta­kie szop­ki.

- Cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam. - Bru­no ski­nął gło­wą. - Nie chcę tyl­ko, że­byś dzia­łał pod wpły­wem emo­cji i nie­po­trzeb­nie ry­zy­ko­wał, Ric. Weź ze sobą więk­szą ob­sta­wę. Za­dzwo­nię do Giu­sep­pe. Zor­ga­ni­zu­je kil­ku chło­pa­ków. No chy­ba że mam od­wo­łać spo­tka­nie w Bro­nxie i po­je­chać tam z tobą...

- Nie - rzu­cił zde­cy­do­wa­nie Mar­chet­ti. - Dam so­bie radę. Za­łatw ten lo­kal. Po­trze­bu­je­my go jak naj­szyb­ciej.

- Do­bra. Ale Giu­sep­pe i Au­re­lio jadą z wami.

- Po­in­for­muj ich o tym, wy­jeż­dża­my o dzie­sią­tej z re­zy­den­cji. Niech przy­wio­zą tu swo­je dupy.

- Ja­sne. Za­raz to za­ła­twię. Do póź­niej.

- Bę­dzie­my na łą­czach - do­dał na ko­niec Ric­car­do.

Vi­ta­li od razu wy­brał nu­mer Giu­sep­pe Mo­ret­tie­go i po­in­for­mo­wał go o pla­nach capo. Męż­czy­zna obie­cał, że za­bie­rze ze sobą za­ufa­nych żoł­nie­rzy i do­łą­czy do sze­fa zgod­nie z usta­le­nia­mi.

Ze spo­koj­niej­szą nie­co gło­wą Bru­no do­tarł do kuch­ni. Wy­cią­gnął z lo­dów­ki ta­lerz z omle­tem i wsta­wił go do mi­kro­fa­lów­ki. Pod­grzał da­nie i za­pa­rzył ko­lej­ną kawę. Zjadł śnia­da­nie, wziął szyb­ki prysz­nic w przy­le­głej do sy­pial­ni ła­zien­ce, a po­tem wło­żył ide­al­nie wy­pra­so­wa­ny gar­ni­tur. Tego dnia wy­bór padł na kre­mo­wy prąż­ko­wa­ny oraz śnież­no­bia­łą ko­szu­lę. Wpiął w man­kie­ty pla­ty­no­we spin­ki, a na szyi za­wią­zał ja­sno­brą­zo­wy kra­wat.

Wy­szedł z sy­pial­ni, za­cze­su­jąc dło­nią mo­kre jesz­cze wło­sy na bok, a po­tem przy­sta­nął przed drzwia­mi pro­wa­dzą­cy­mi do jego ulu­bio­ne­go po­miesz­cze­nia w domu.

Wpi­sał kod na pa­ne­lu, na­chy­lił się, by ska­ner roz­po­znał jego dane bio­me­trycz­ne, po czym wy­dał ko­men­dę gło­so­wą. Trój­po­zio­mo­we za­bez­pie­cze­nie było nie­zbęd­ne, by nikt nie­po­wo­ła­ny nie do­stał się do miej­sca, któ­re­go pil­nie strzegł.

Usły­szał cha­rak­te­ry­stycz­ne pik­nię­cie, a po­tem drzwi się uchy­li­ły. Wszedł do środ­ka, roz­pi­na­jąc ma­ry­nar­kę. Prze­su­nął wzro­kiem po sto­łach, na któ­rych le­ża­ły wy­eks­po­no­wa­ne jego ulu­bio­ne za­baw­ki: pi­sto­le­ty pół­au­to­ma­tycz­ne, re­wol­we­ry, pi­sto­le­ty z tłu­mi­ka­mi.

Spoj­rzał na kla­sycz­ne­go Col­ta 1911, któ­ry na­le­żał kie­dyś do jego ojca, a po­tem prze­niósł wzrok na now­sze po­li­cyj­ne Sig­Sau­ery oraz Smith & We­sson. Ścią­gnął ma­ry­nar­kę i wy­brał swo­je ulu­bio­ne mo­de­le: Gloc­ka 44 oraz Gloc­ka MOS. Wpa­ko­wał je do po­dwój­nej ka­bu­ry, a po­tem ją za­piął.

Upew­niw­szy się, że włą­czył alarm, wy­szedł z miesz­ka­nia. Od­wró­cił się na pię­cie i skie­ro­wał w stro­nę win­dy. W mo­men­cie, w któ­rym ma­syw­ne me­ta­lo­we drzwi się roz­su­nę­ły, po­czuł słod­ki za­pach. Ten sam, któ­ry za­chwy­cił go kil­ka dni temu. Za­pach słod­kich pia­nek.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.