Potwór z sąsiedztwa - Karina Majsterek

Reflow text when sidebars are open.
- Zrób sobie samemu przysługę i odejdź już z tego świata.
Przeraźliwy krzyk, wydobywający się z gardła leżącego pod butem Bruna mężczyzny, był niczym najbardziej rozkoszna, aksamitna, pieszcząca zmysły melodia - kojąca i pobudzająca zarazem. Bruno karmił się nią, choć w sumie wiedział, że to trucizna. Smakująca jak ambrozja, lecz jednak trucizna. Szum w uszach narastał, nakręcając jeszcze szaleństwo consigliere. Tej nocy wszystko zdawało się być na swoim miejscu.
Tak dobre.
Tak idealne.
Skrzypnięcie drzwi usłyszał chwilę przed tym, nim poczuł powiew chłodu, jeszcze zanim ujrzał twarz dziewiętnastoletniego syna kuzynki - Neria. Chłopak podszedł bliżej i przyjrzał się jego dziełu. Skinął z uznaniem głową, posyłając mu głupawy uśmiech.
Łagodny blask kołyszącej się żarówki opadł na zakrwawiony but Vitaliego. Pod podeszwą czuł kość policzkową - pękniętą aż do bocznej ściany oczodołu jebanego ruska. Typ mógłby już zdechnąć i dać mu odpocząć. Jednak okazał się bardziej wytrzymały, niż początkowo Bruno zakładał.
Tej nocy każda sekunda była dla niego jak spektakl - wciągający, a przy tym pełen niespodzianek. Vitali jeszcze przez moment stał w bezruchu, jak zahipnotyzowany, i nie potrafił odwrócić spojrzenia od swojego dzieła.
Poczuł na karku wzrok capo. Riccardo obserwował z zaciekawieniem poczynania swojej prawej ręki. Wydawał się zadowolony, ponieważ udało im się wyciągnąć wszystkie informacje, na których mu zależało. Bruno odchylił głowę i spojrzał na Riccarda Marchettiego. Wykrzywił usta w psychopatycznym uśmiechu. Mężczyzna, którym "zaopiekował się" capo, prawdopodobnie już nie żył. Od kilku dobrych minut nie było słychać jego oddechu, i tak wcześniej niknącego pośród krzyków kolegi z Bratwy.
Vitali przymknął powieki. Przez kilka niespokojnych uderzeń serca napawał się tym momentem, a potem wraz z westchnieniem wypuścił gorący oddech, zmieniający się w parę w zimnym magazynie.
Ta noc była pokazem sił. Mogli bez wahania testować na schwytanych wszystkie możliwe rodzaje broni, bo wytrzymałość Rosjan na ból okazała się godna pozazdroszczenia. Szkoleni w nieludzkich warunkach, przyzwyczajeni do tortur żołnierze Bratwy stali się idealnymi lalkami pokazowymi do ich małych przedstawień.
W czynach włoskiego capo i jego consigliere próżno było szukać wahania. Każdy, nawet najmniejszy nacisk palców na rękojeści noża Bruna był wyważony - niemal idealny. Lepka ciecz o ciężkim, metalicznym zapachu brudziła jego silne dłonie, spływając po nadgarstku i ochlapując posadzkę.
Bruno uniósł wzrok i przeciął nim niczym laserem ciało skatowanego żołnierza Bratwy, zastanawiając się, ile typ jeszcze pociągnie. Nie grzeszył dziś cierpliwością.
Podniósł z podłogi zakrwawiony długi klucz do kół i przywalił nim Rosjaninowi prosto w czaszkę, a potem poprawił jeszcze raz - w miejsce, gdzie szyja styka się z głową - i na koniec w sam środek twarzy. Świeża krew wypłynęła na podłogę, co utwierdziło Bruna w przekonaniu, że tym razem mężczyzna nie przeżył.
Wszyscy obecni w magazynie przyglądali mu się z konsternacją - Nerio, Riccardo i pół nowojorskiego oddziału Famigli, który wezwał tej nocy capo. Vitali uniósł wzrok i spojrzał na zebranych, co bezsprzecznie oznaczało koniec przedstawienia.
- Podrzućcie to, co z nich zostało, do domu starego Morozowa - postanowił Marchetti. - Może w końcu przetrze oczy i zauważy, co jego synalek odpierdala. Jeśli nie, zrobię z nimi porządek na swój sposób.
Chwycił w dłonie pokrytą posoką szmatkę i przetarł je, dając jednocześnie sygnał swoim ludziom, że na dziś zakończył zabawę i wraca do domu - do żony i syna.
- Mamy to, czego chcieliśmy. Bratwa ma przejebane - zauważył Nerio, opierając ramię o ściankę działową. - Jedziemy do domu? - jęknął znudzony.
Bruno spojrzał na chłopaka z politowaniem.
- Jeśli chcesz, możesz jechać. - Wzruszył ramionami. - Wieczorem masz być w Darkness. Przyjeżdża Nicolas.
- Jasne.
Vitali wycofał się w stronę ciemnego korytarza. Już sięgał klamki, gdy usłyszał:
- Znowu się tam wybierasz?
Przystanął, uniósł powieki, przechylił głowę i nabrał powietrza do płuc.
- Muszę odreagować - mruknął tylko i skinął na pożegnanie głową wychodzącemu w obstawie swoich ludzi capo. Riccardo wyszedł z magazynu w asyście szefa swojej ochrony, Sergio Manciniego, który bez słów podążył za nim niczym cień.
Bruno miał inne plany na tę noc. I choć zbliżał się ranek, wiedział już, że po tym wszystkim nie zaśnie. Potrzebował relaksu, czegoś, co zawsze działało. Po wydarzeniach takich jak to musiał spuścić nieco pary i się uspokoić. Inaczej ktoś jeszcze straci przez niego życie.
Do Heaven dotarł po kwadransie. Zaparkował swojego limonkowego McLarena pod budynkiem i szybko odnalazł Madilynn, dziwkę, która jako jedyna w klubie lubiła ostrzejsze zabawy. Uważał ją za swoją ulubienicę, choć tak naprawdę korzystał z jej "usług" tylko, gdy był nakręcony. Na co dzień wolał szybki seks, który oferowały mu niemal wszystkie kobiety, z którymi współpracował: od aniołków w Heaven po kelnerki i pracownice Darkness. Miał do wyboru tyle pięknych kobiet, że nie musiał ograniczać się do jednej.
Madilynn wyglądała jak laleczka. Była śliczną ciemnowłosą dziewczyną o porcelanowej cerze i rumianych jak u Śnieżki policzkach. Mógł z nią zrobić wszystko, a ona nawet by się nie zająknęła. Pozostawała oddana i uległa, ale lubiła, gdy Bruno nią pomiatał. Znała swoje miejsce w seksualnej hierarchii i z pokorą uczestniczyła w jego brudnej zabawie.
Gdy umazane krwią dłonie Bruna szarpnęły Madilynn za włosy, młoda kobieta odchyliła głowę i przyjęła do ust jego twardego penisa. Zaciśnięty na szyi pasek wrzynał się w jej delikatną skórę, a gdy Bruno za niego pociągnął, skrzywiła się z bólu.
- Daj z siebie wszystko - zażądał. - Zrób to jak należy.
Resztę tych słów zagłuszył dźwięk, który uleciał z ust Madilynn, kiedy Vitali gwałtownie wepchnął jej kutasa do gardła. Wypełnił je brutalnie, jednocześnie przyduszał dziewczynę skórzanym paskiem.
Dusiła się. Łzy spływały po jej alabastrowych policzkach, gdy próbowała się uspokoić i zaczerpnąć tchu. Wtedy Bruno odpalił się na dobre i zaczął posuwać jej usta z jeszcze większą mocą, nie przejmując się tym, że przejechała po jego członku zębami. Lubił ostre zabawy, a dziś podniecała go krew. Ta wypływająca z kącika ust Madilynn i ta częściowo przyschnięta, połyskująca na jego dłoniach.
- Boli - wyjęczała przez łzy.
- Wiem... skarbie - westchnął Bruno. - Czasami jednak ból jest potrzebny. Potrzebujemy go, by żyć.
Wbił się jeszcze głębiej w jej gardło, czując ucisk w jądrach, a po nim gwałtowną falę spełnienia. Wysunął powoli kutasa spomiędzy warg Madilynn. Był umazany spermą i krwią.
- A teraz połknij i wyliż do czysta - zażądał.
Przez moment obserwował, jak liże go z każdej strony, a potem przeniósł spojrzenie niżej - na swój pasek.
Na szyi dziewczyny pojawiła się fioletowa bruzda. Dotknął jej palcami, biorąc przy tym urywany wdech. Przymknął na moment powieki, zastanawiając się, czy jest już wystarczająco spokojny i czy jego towarzyszka wytrzyma coś jeszcze. Wyglądała, jakby miała już dość. Nie wiedział, że Madilynn Adams w tamtym momencie błagała Boga w myślach, by Vitali już sobie poszedł.
Bruno spojrzał na swoje eleganckie buty, teraz brudne, i westchnął.
Pora wracać do domu - postanowił.
- Jest przepiękny.
Elodie nie sądziła, że te dwa tak proste, a jednak wyjątkowe słowa opuszczą jej usta jeszcze tej dekady. Znalezienie idealnego lokum na Upper East Side stanowiło niemałe wyzwanie nawet dla kogoś, kto znał rynek nowojorskich nieruchomości od podszewki - kogoś takiego jak Joseph Whitaker. Rocznie sprzedawał nieruchomości o wartości przyprawiającej większość mieszkańców miasta o zawrót głowy. Dziś stawał na rzęsach, by zadowolić Elodie Hartwell - kobietę, która pojawiła się w jego biurze miesiąc wcześniej, rzuciła mu na biurko czek z wieloma zerami i zażądała niemal niemożliwego.
Czternaście mieszkań i dziewięć domów.
Tyle nieruchomości Whitaker musiał pokazać Elodie, by zdać sobie sprawę, że znalezienie dla niej idealnego lokum nie będzie tak proste, jak mu się z początku wydawało.
Niby nie miała aż tak wygórowanych oczekiwań, a jednak mimo to odrzucała każde z prezentowanych jej mieszkań, nim on zdążył poprosić, by przemyślała swoją decyzję. Hartwell jednak wiedziała, czego pragnie. Miała w głowie swoją własną wizję i nie zamierzała z niej rezygnować. Chciała dość dużego mieszkania w centrum, z wysokimi sufitami i widokiem na Central Park. Czegoś nieumeblowanego, jednak nie do końca w stanie surowym. Lokum miało wpasować się w jej gust, lecz dawać też pole do manewru, jeśli chodziło o wystrój.
Mieszkanie, które tego ranka oglądali, było wspaniałe. Ulokowane na ostatnim, trzynastym piętrze w pięknym odrestaurowanym budynku przy 1165 Madison Avenue. Spełniało wszystkie jej oczekiwania, a na dodatek, chyba po raz pierwszy, poczuła "to coś". Może chodziło o vibe tego miejsca, a może po prostu podobało jej się ono na tyle, by z łatwością mogła zignorować jego wady.
Gdy Whitaker pociągnął ją w stronę pomieszczenia, które mogłaby zaadaptować na bibliotekę - Elodie przepadła. Wysokie sufity i okna sięgające niemal nieba podjęły decyzję za nią. Oczami wyobraźni już widziała te regały... Dziesiątki regałów uginających się pod ciężarem jej książek. Obraz żywcem wyjęty z tablicy na Pintereście, którą tak skrupulatnie miesiącami tworzyła. Do tego poranka sądziła, że już na zawsze pozostanie on w sferze jej marzeń. Jakże przyjemna była to pomyłka. Teraz miała za sobą cudowny poranek z szansami na satysfakcjonującą transakcję.
Elodie poprawiła białą koszulę, która naprężyła się zbyt mocno w okolicy piersi, i z szerokim, sięgającym miodowych oczu uśmiechem spojrzała przed siebie - na panoramę Nowego Jorku rozpościerającą się z okna, miała nadzieję, jej nowego domu.
- I ten fenomenalny widok na Central Park dzięki temu, że mieszkanie ma ekspozycję zachodnią. Tak jak chciałaś - podkreślił Whitaker. Wyczuł swoją szansę i zamierzał ją wykorzystać, planował zrobić wszystko, by sprzedać Elodie jakieś mieszkanie. - Do tego jest ciche. Idealne warunki do pisania - przekonywał. - Na dodatek będziesz miała tylko jednego sąsiada. Lepiej być nie mogło.
- Tak? Jak to? - Odwróciła się gwałtownie w stronę agenta nieruchomości. - Mówiłeś, że na tym piętrze są jeszcze cztery inne mieszkania.
Elodie zatrzymała się przy mężczyźnie i skrzyżowała ramiona na piersi. Zmrużyła oczy, przyglądając mu się z zaciekawieniem. To, co sugerował, wydawało się zastanawiające. A co, jeśli...
- Tak. Jeden z mieszkańców jest właścicielem czterech pozostałych mieszkań. Prawdopodobnie zrobił sobie z nich jeden wielki apartament - stwierdził.
Wyprostował się i poprawił poły kremowej marynarki, zerkając co chwilę na Elodie. Próbował wyczuć, na ile podoba jej się prezentowane lokum. To, że je skomplementowała, przecież jeszcze nie przesądzało sprawy. Zdarzało się, że podczas oględzin nieruchomości był świadkiem zachwytów, a gdy potem przyszło co do czego - klient się rozmyślał i przedstawiał na poczekaniu coraz to nowe wady zachwalanego wcześniej mieszkania. W tym konkretnym przypadku Whitaker miał przeczucie, że jednak będzie odwrotnie - że sprzeda apartament jeszcze przed lunchem.
- Wspaniale. - Elodie przyklasnęła, a jej brązowe włosy opadły na twarz. Odgarnęła je szybko dłonią i przeszła do dużej, otwartej na salon kuchni. - Jakieś jeszcze ciekawostki? Coś powinnam wiedzieć?
Whitaker ruszył za nią jak cień. Zatrzymał się przy kuchennej wyspie i oparł o nią biodrem. Spojrzał na Elodie, która dotykała teraz opuszkami granitowego blatu. Musnęła nimi nowe sprzęty ze stali nierdzewnej i uśmiechnęła się lekko.
- Wszystko jest nowe - zaznaczył. - Elegancka kuchnia urządzona w klasycznym stylu i w pełni wyposażona. Pozostałe pomieszczenia są puste, tak jak oczekiwałaś. Możesz umeblować je według swojego projektu. Masz już kogoś na oku?
- To znaczy? - Wyrwana z zamyślenia Elodie próbowała sobie przypomnieć, o co agent nieruchomości ją pytał.
- Architekta.
- Nie. Jeszcze nie. - Pokręciła głową. Whitaker ponownie się uśmiechnął.
- Jeśli chcesz, dam ci namiary na kogoś sprawdzonego - zaproponował. - Jeśli powołasz się na mnie, znajdzie ci dogodny, szybki termin i zrobi porządny projekt.
- Och. - Westchnęła z zadowoleniem. - Dziękuję. Z pewnością skorzystam. Nie znam nikogo w mieście, kto zajmuje się podobnymi rzeczami. Byłoby to dla mnie duże ułatwienie.
- Nie ma sprawy. Agnes często współpracuje z moimi klientami. Są zadowoleni, więc ją polecam. Ma dużo zleceń, ale też nadaje priorytet osobom, które jej przysyłam.
- No tak. To logiczne.
Agent skinął lekko głową.
- W budynku znajduje się siłownia oraz basen, a na dachu taras - zauważył. - Winda wjeżdża tu bezpośrednio z garażu lub recepcji. Nie ma możliwości, by któryś z sąsiadów z niższych pięter dostał się tu pod twoją nieobecność. Na dole ochrona dokładnie sprawdza tożsamość gości. Jeśli nie wpiszesz tej osoby na listę, nie będzie mogła wjechać na górę
Elodie podobało się to rozwiązanie. Nawet bardzo.
Odkąd sięgała pamięcią, jej wyobraźnia działała na najwyższych obrotach. Co tylko się pogłębiło, gdy została pisarką. W przerwach od pisania czytała sporo thrillerów i kryminałów. Potrafiła wyobrazić sobie samotną kobietę w wielkim mieszkaniu, do którego włamuje się nocą morderca...
Przestań - upomniała się szybko.
- Blisko masz stacje metra czwartą, piątą i szóstą na 86th Street, a w okolicy sklepy, takie jak Brooks Brothers i Lululemon. Nie wspominam już o szkole podstawowej i gimnazjum, bo te kwestie raczej cię jeszcze nie dotyczą.
- Nie planuję mieć dzieci - wydukała cichym głosem.
- Nie moja sprawa. Nie oceniam. - Whitaker uniósł dłonie w teatralnym geście, na co Elodie przewróciła oczami. Nigdy nie zależało jej za bardzo na stworzeniu rodziny: na mężu czy dzieciach. A może po prostu już się przyzwyczaiła do samotności? Mogła skupić się na pisaniu, kiedy tylko poczuła wenę. Choć była zdania, że to nie wena jest motorem napędowym do skończenia książki, a wytrwałość. Ciężka praca i upór, a przy tym nieograniczona wyobraźnia, która do zeszłego miesiąca działała u niej bez zarzutu.
- Biorę je - powiedziała nagle.
Mężczyzna spojrzał na nią, a jego brwi wystrzeliły do góry.
- Nie zapytałaś nawet, ile kosztuje... - Po kuchni poniósł się jego śmiech.
- Myślę, że mnie stać. - Machnęła dłonią. - Ale jeśli już tak bardzo chcesz... możesz przestać trzymać mnie w niepewności i powiedzieć sumę.
- Dziewięć i pół miliona. Mieszkanie plus dostęp do prywatnego miejsca postojowego pod budynkiem. Na dwa auta - uściślił.
- Wspaniale. - Elodie nie miała żadnych wątpliwości. Zamierzała sfinalizować transakcję jak najszybciej. - Przygotuj dokumenty.
- A co z... - Whitaker urwał, widząc skonsternowaną minę swojej klientki.
- Z czym? - wtrąciła, nie bardzo wiedząc, do czego mężczyzna zmierza.
- Nie próbujemy zjechać nieco z ceny? - zdziwił się. - Przy takiej kwocie może udałoby się uszczknąć kilkadziesiąt tysięcy lub więcej... Z tego, co wiem, właściciel wyjeżdża w przyszłym miesiącu gdzieś na stałe i zależy mu na szybkiej sprzedaży. Mieszkanie ma trafić na rynek dopiero za kilka dni, więc jeśli zdecydujesz się złożyć ofertę już dziś, jako pierwsza, może ugramy na tym co nieco. Mamy pole do negocjacji.
Elodie pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
- Nie ma takiej potrzeby. Chcę mieć pewność, że właściciel przyjmie naszą ofertę od razu - zdecydowała.
Whitaker przyjął jej decyzję ze spokojem.
- Dobrze. W takim razie zadzwonię do niego. Skoro jesteś pewna...
- Jestem. - Zdecydowanie wybrzmiewające w głosie Elodie stanowiło wystarczające potwierdzenie jej słów. Miała zamiar jeszcze dziś skontaktować się z architektką, którą jej polecił agent, i przedstawić jej pomysł aranżacji biblioteki: najważniejszego pomieszczenia w całym mieszkaniu. Pomieszczenia, bez którego nie potrafiłaby funkcjonować. Gdy nie miała pod ręką swoich książek, czuła się, jakby brakowało jej tlenu.
- Mam twoje dane. Gdy właściciel przyjmie ofertę, sporządzę umowę i odezwę się do ciebie niezwłocznie.
- Wspaniale.
- To wizytówka Agnes. Wspomnę jej o tobie - uprzedził Whitaker, wyciągając z kieszeni czarno-złoty kawałek tekturki z wygrawerowanymi inicjałami AS.
- Dziękuję. Jeszcze dziś do niej zadzwonię. - Elodie szybko wsunęła wizytówkę do portfela.
Pół godziny później pożegnała agenta przy głównym wejściu do budynku i wpakowała się na fotel białego Infiniti QX80 stojącego na krawężniku - w miejscu, gdzie z pewnością nie powinna parkować. W myślach szybko podziękowała Bogu za to, że tym razem był dla niej łaskawy i jakimś cudem nowojorska policja nie zainteresowała się jej autem. Ostatnimi czasy stróżowie prawa i ona nie nadawali na tych samych falach, czego dowodem była piętrząca się na kuchennym blacie sterta mandatów, czekających, aż Elodie w końcu je opłaci.
- Hej... Ben. - Spojrzała na ekran telefonu i się uśmiechnęła.
- Co robisz? - zapytał. Brzęczenie w tle nie było niczym niezwykłym. Jej brat, Benedict, prowadził warsztat samochodowy w ich rodzinnym Aylesbury w południowo-wschodniej Anglii. - Pracujesz już? Czy dopiero jedziesz?
- Właśnie idę do stacji metra. Do biura mam jeszcze kawałek. A co? Stęskniłeś się? - zakpiła. Nie mogła mu przecież powiedzieć, że wsiadła właśnie do auta wartego więcej niż jego warsztat ze wszystkimi sprzętami i ziemią, na której stoi. Jej rodzina nie miała pojęcia, czym Elodie się zajmuje. Od paru lat łgała nałogowo podczas każdej rozmowy telefonicznej. Nie potrafiła przyznać się do tego, że pisze... Przede wszystkim jednak nie chciała wyprowadzać bliskich z błędu. Lubiła swoje dwa życia. To przedstawiane rodzicom, które było jednym wielkim kłamstwem, i to prawdziwe, w Nowym Jorku, pełne sukcesów i spełnionych marzeń.
- Ja nie, ale Marigold próbowała się do ciebie wczoraj dodzwonić. Mama pytała, czy przylecisz na ślub Charlotty. Urządzają z Mikiem wesele w starej stodole wuja Alberta. Marigold i Stella pomagają im zorganizować przyjęcie. Zapowiada się świetna impreza. Podobno wysłali już zaproszenia - stwierdził, choć Elodie była już tego boleśnie świadoma. - Wiadomo, zanim doleci do Nowego Jorku, trochę czasu minie...
Jesssuu... Przecież to Ameryka - nie Afryka czy Antarktyda.
Poczta lotnicza działa bez zarzutu, czego dowodem jest ten leżący na mojej mikrofalówce paskudny kawałek żółtego, wyblakłego papieru. Swoją drogą już dawno temu powinnam go wyrzucić.
- Dostałam w zeszły czwartek. - Elodie przewróciła oczami, zerkając na tarczę zapiętego na nadgarstku zegarka Ballon Bleu od Cartiera, którego różowe złoto odbijało promienie porannego słońca. W Stanach dochodziła dziesiąta, podczas gdy brat Elodie z pewnością za moment miał zamiar zamknąć warsztat. W Anglii była teraz jakaś... trzecia po południu. - Niestety nie będę mogła przylecieć. Nie zamierzam spędzić kilkunastu godzin w samolocie, by pojawić się na ślubie kuzynki, która sprzątnęła mi sprzed nosa chłopaka. - Szefowa nie dała mi wolnego. Muszę oddać artykuł na czas...
- Szkoda. - W głosie Benedicta wybrzmiała nuta zawodu.
Tak, szkoda.
- Liczyliśmy, że się zjawisz... Przekażę mamie, że jednak nie.
- Tak. Będę wdzięczna, jeśli z nią pogadasz. Wiesz, jaka jest...
- Wiem. Spróbuję oszczędzić ci pogadanki na temat tego, że nie powinnaś rozpaczać po Mike'u. Nie pasowaliście do siebie.
- Otóż to - przytaknęła. Dokładnie tego spodziewała się po matce. - I nie, nie rozpaczam w ciemnym kącie. Mike i ja to stare dzieje. Już dawno o tym zapomniałam.
- To dobrze. Rozmawiałem z Ness. Może uda nam się wyrwać na kilka dni i przylecieć. Dawno się nie widzieliśmy...
- Jasne. Wpadajcie, kiedy tylko będziecie chcieli!
Jej entuzjazm był niemal zaraźliwy. Szkoda tylko, że nie miał nic wspólnego z prawdą. Za każdym razem, gdy do Stanów przylatywali jej rodzice, bracia Benedict i Ryker lub siostra Marigold, Elodie udostępniała im swoje "zapasowe", dużo skromniejsze, pozbawione osobistych rzeczy mieszkanie w Fordham. Nie dawała im podstaw do podejrzeń, dzięki czemu unikała niewygodnych pytań. Była najmłodsza z całej czwórki i nikt nie traktował jej poważnie. Rodzice byli zdania, że Elodie jest najbardziej wrażliwa, niedoświadczona i naiwna. Nie wróżyli jej świetlanej przyszłości. Żartowali nawet, że po miesiącu wróci do Anglii z podkulonym ogonem - spłukana i zawstydzona. Dlatego też postanowiła zachować dla siebie ten mały, słodki sekret i nie dzielić się z bliskimi szczegółami życia w Nowym Jorku.
Nie zrozumieliby.
I tak nie planuję tam wracać...
Elodie pokręciła głową z powątpiewaniem. Potem po raz ostatni spojrzała na Bellemont - budynek, który, jak miała nadzieję, będzie jej nowym domem.
Wsunęła kluczyk do stacyjki, zjechała z krawężnika i włączyła się do ruchu, ustępując wcześniej pierwszeństwa dwóm żółtym taksówkom.
Wszystko, co działo się od momentu powrotu do mieszkania na Staten Island, Elodie pamiętała jak przez mgłę. Telefon od agenta, który potwierdził, że lokal przy Madison Avenue jest jej, spotkanie z architektką, wybór mebli i dodatków oraz samą przeprowadzkę. Miała wrażenie, że minęły godziny, choć tak naprawdę wprowadziła się do mieszkania dopiero tego ranka... Dwa miesiące po podpisaniu umowy.
Firma przeprowadzkowa kończyła wnosić ostatnie rzeczy, a leżąca na sofie Elodie postawiła kubek z gorącą herbatą na granitowym blacie. Omiotła spojrzeniem wnętrze otwartego salonu, w którym dominowały biele i beże, i z zadowoleniem uniosła kąciki ust. Na ekranie leżącego na jej kolanach MacBooka widniał pusty dokument. Od kilku tygodni nie zapisała w nim ani jednego zdania, choć próbowała.
Została sama, a wtedy ciszę wypełniającą apartament przecięły pierwsze nuty Vogue Madonny. Elodie przeniosła wzrok na znajdujący się na poduszce telefon i jęknęła z zawodem.
Dzwonił jej agent literacki, Mason Shelley.
Elodie ignorowała jego próby kontaktu przez dwa tygodnie. Wiedziała, że kiedyś w końcu będzie musiała odebrać. Nie sądziła jednak, że będzie to akurat ten dzień. Nie była przygotowana na tę rozmowę. Mimo to chwyciła w dłoń komórkę, nacisnęła zielony przycisk i zaraz odsunęła od twarzy aparat, zupełnie jakby miał ją poparzyć.
- Elodie? - rzucił ostro Shelley.
- Tak. Przepraszam, że nie odbierałam wcześniej, ale nie miałam kiedy... - zaczęła się nieudolnie tłumaczyć. - Wiesz, przeprowadzka...
- Jak nowe mieszkanie?
- Wspaniałe.
- Cudownie. A teraz opowiedz mi, nad czym aktualnie pracujesz. Pomysł, tytuł, ile masz już stron... - od razu przeszedł do konkretów. Potrzebował od niej zapewnienia, że pisze coś dobrego. Siedem jej poprzednich książek od razu po premierze trafiło na listę bestsellerów "New York Timesa". Tym razem liczył na podobny sukces. Nie wiedział, że Elodie szybko zniweczy jego nadzieje.
- Nie mam - odburknęła.
- Czego nie masz?
- Nie mam pomysłu. Nie mam tytułu. Nie mam ani jednej strony. Wybierz, co bardziej ci odpowiada.
- Jak to nie masz? - warknął do słuchawki. - Powiedz, że żartujesz...
- Nie. Po prostu. Czasami tak bywa... - jęknęła.
- Nie w twoim przypadku, Elodie. Co się dzieje? - spytał zdziwiony. Nigdy dotąd nie robiła tak długiej przerwy między książkami. - Juliett Hart zawsze ma coś w zanadrzu.
- Byłam zajęta przeprowadzką - skłamała.
Tak. Miała sporo na głowie, lecz gdyby nie zastój pisarski, połowa pierwszego draftu kolejnej powieści byłaby już gotowa. Początkowo Elodie tłumaczyła sobie, że to dlatego, że jest zmęczona. Potem, gdy minęło pięć tygodni, a ona nie była w stanie napisać choćby jednego zdania, zrozumiała, że dzieje się z nią coś niepokojącego, co wręcz zaczynało ją przerażać. Musiała pisać, by wydawać książki i na nich zarabiać. Potrzebowała kolejnego bestsellera na już.
- Skoro już przeprowadzkę masz za sobą, teraz skupisz się na książce? - spytał Shelley.
- Tak - potwierdziła szybko. - Oczywiście, że tak... Teraz będę miała multum czasu...
Mężczyzna odchrząknął.
- Cudownie. Zadzwonię w przyszłym tygodniu. Powiesz mi wtedy, co wymyśliłaś...
Nie masz po co.
I tak nie wymyślę niczego sensownego.
- Pewnie - rzuciła na odczepnego, z kolei Mason odetchnął z ulgą.
Elodie się skrzywiła. Wiedziała, że jeśli nie wpadnie na jakiś genialny pomysł - będzie w tarapatach.
***
Kolejnego ranka postanowiła przestać się nad sobą użalać i zacząć działać. Spakowała do torby komputer, notes i bloczek kolorowych samoprzylepnych kartek. Na górę dorzuciła etui z okularami i małe dokanałowe słuchawki. Upewniła się, że ma przy sobie telefon, klucze i portfel, a potem zamknęła drzwi i zjechała windą na parter. Minęła recepcję i wyszła na gwarną ulicę. Klaksony taksówek i ryk silników zagłuszały jej myśli, więc sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej małe białe pudełeczko. Wsunęła słuchawki w uszy, po czym włączyła swoją uniwersalną playlistę. Miała jedną ogólną i kilka oddzielnych - do konkretnych książek. Dodawała poszczególne utwory w toku pisania, a były to piosenki, które kojarzyły się jej z daną sceną lub zwyczajnie pomagały Elodie się skupić.
Tego dnia nie liczyła jednak na zbyt wiele.
W sumie to na nic nie liczyła.
Zwykle nie planowała fabuły swoich książek. Na początku miała ogólny zarys, motywy, imiona i nazwiska postaci. Reszta pojawiała się w jej głowie jak film. Pojedyncze fragmenty atakowały jej umysł w momentach, w których najmniej się ich spodziewała, na przykład w sklepie. Na tę okoliczność miała przygotowaną funkcję tworzenia notatek w telefonie. Potem wracała do domu i przepisywała je, nadając im nieco bardziej wyrafinowaną formę. Układała piękne zdania i wkomponowywała je we fragmenty, które miała już napisane wcześniej.
Minęła godzina, podczas której Elodie zwiedziła wszystkie pobliskie sklepy, przeszła do końca Madison Avenue i zawróciła. Przechadzała się po okolicy, mając nadzieję na jakąś maleńką iskierkę weny. Czegokolwiek, co pozwoli jej wpaść na pomysł nowej fabuły.
Niestety.
Jedynym, co wybrzmiewało w jej myślach, była pustka.
Elodie miała wrażenie, jakby ktoś wyłączył zasilanie w jej kinie. Obrazy przestały migać, aż w końcu nastała kompletna ciemność. Nie potrafiła przebić się myślami przez ten mrok.
Z ciążącą na ramieniu torbą popchnęła drzwi pobliskiej kawiarni. Rozejrzała się dookoła i uśmiechnęła, gdy dostrzegła kilka wolnych stolików. Najbardziej interesował ją ten skryty za filarem, z dala od pozostałych.
Bez zastanowienia skierowała się w stronę upatrzonego miejsca i opadła na miękki welurowy fotel. Wyciągnęła z torby laptopa i włączyła zapisany na pulpicie plik ze znakiem zapytania w nazwie. Stanowił idealne odzwierciedlenie tego, co w tym momencie miała w głowie - pustkę, pośrodku której znajdował się jeden wielki, świecący jak neon znak zapytania.
Gdy przy jej małym stoliku pojawiła się młoda kelnerka w różowym uniformie, Elodie zamówiła cynamonowe latte i babeczkę dyniową. Wiedziała, że jedzenie słodyczy nie sprzyja jej produktywności. Po posiłkach wysokowęglowodanowych, w szczególności tych o wysokim indeksie glikemicznym, zamiast pisać - zasypiała. Dziś jednak nie robiła sobie nadziei, że stworzy choć jedno sensowne zdanie.
Trzy kwadranse później, rozczarowana postępami, czyli ich brakiem, postanowiła wrócić do mieszkania. Była zła na siebie, na przechodniów i cały otaczający ją świat, sfrustrowana i podenerwowana. Nie potrafiła zrozumieć, co się działo z jej umysłem.
Może to jakiś rodzaj przeciążenia?
Może potrzebowała odpoczynku? Jakichś wakacji?
Czegokolwiek, co pozwoli jej odblokować tę pieprzoną blokadę...
W słuchawkach pobrzmiewały wolne dźwięki ballady, gdy z nieznanych sobie przyczyn Elodie postanowiła zignorować przejście dla pieszych i wtargnąć na ulicę naprzeciw budynku, w którym mieszkała. Zatrzymała się na ułamek sekundy przy krawężniku, by poprawić rozwiane wiatrem włosy, które przysłoniły jej widoczność, a potem ruszyła. Była już jedną stopą na chodniku po drugiej stronie ulicy, gdy rozległ się agresywny klakson.
Elodie wysunęła powoli słuchawki z uszu, przechyliła głowę, a potem w końcu spojrzała w kierunku auta, które wydało ten irytujący dźwięk.
Za kierownicą paskudnego limonkowego McLarena siedział mężczyzna w średnim wieku o blond włosach. Ze złością zaciskał usta i wlepiał w Elodie taki wzrok, jakby co najmniej zabiła mu matkę. Nawet z miejsca, w którym się znajdowała, potrafiła dostrzec jego przeszywające spojrzenie. Był wściekły. Machał rękami, coś krzyczał, lecz ona zignorowała jego niedorzeczne zachowanie. Wtedy zrobił coś, co ją zirytowało.
Postukał się palcami w czoło, sugerując, że jest wariatką.
O nie.
Teraz to już, cholera, przesadził.
Nikt, podkreślam - nikt nie będzie traktował w ten sposób Elodie Hartwell.
Zmrużyła oczy i nie zastanawiając się nad tym, co robi, uniosła dłoń. Spojrzała na połyskujący na paznokciach czerwony lakier, a potem wycelowała w stronę mężczyzny środkowy palec. Na jej kształtnych, pokrytych jasnoróżową szminką wargach zagościł pełen satysfakcji uśmiech.
Nie musiała tłumaczyć, co myśli o tym mężczyźnie. Ten uroczy gest był aż nazbyt wymowny.
Arogancki typ z limonkowego auta zasznurował usta i ciskał gromy w stronę Elodie. Mogłaby przysiąc, że właśnie warknął. Z kpiącym uśmiechem machnęła ostentacyjnie dłonią, a potem zniknęła w drzwiach apartamentowca. I zrobiła to, zanim się zorientowała, że McLaren, którego prowadził blondyn, skręcił w prawo - wprost do garażu ukrytego pod jej budynkiem.
Cholerne zmęczenie.
Tylko to czuł teraz Bruno. Pół nocy i niemal cały poranek spędził w magazynie na przedmieściach Tribeki, sprzątając po zabawie, jaką urządzili sobie z Riccardem kilka godzin wcześniej. Wyciąganie zeznań z ruskich stało się ostatnio ich ulubioną rozrywką. Po tym, jak kilka tygodni wcześniej dopadli pionki Bratwy, teraz pięli się wyżej w hierarchii i zdobywali coraz to nowe dowody na to, że młody Morozow działał na ich terenie bez pozwolenia i zgody swojego ojca.
Tej nocy udało im się w końcu dowiedzieć, kto jest odpowiedzialny za sprzedaż broni na ich obszarze - w Midtown, Ridgewood i Astorii. Puściły im nieco hamulce, lecz nie żałowali, bo zabawa była bardziej niż przednia.
Bruno stał tego ranka w łazience i klął pod nosem. Zmęczenie dawało mu się we znaki.
Uwielbiał tortury, lecz nienawidził po wszystkim szorowania dłoni. Ponownie miał problem z domyciem zaschniętej karmazynowej obwódki spod paznokci. Te nowe rękawiczki, które zamówił Nerio, były do dupy. Pękały przy każdym mocniejszym nacisku palców. Mężczyzna wiedział, że znowu będzie musiał sam się tym zająć, bo młody miał jeszcze problem z ogarnięciem podstaw. Albo to, albo znowu wgapiał się w biust przedstawicielki medycznej, zamiast słuchać, co miała do powiedzenia, i zamówił to, co mu wcisnęła - czyli towar, który zwykle nie schodził.
Pierdolony badziew.
Nie mógł uwierzyć, że Riccardo kazał mu niańczyć chłopaka. Młody Nerio Marchetti przyleciał kilka tygodni temu z Sycylii, na prośbę swojej matki - Constanzy, która była kuzynką jego i Rica. Riccardo obiecał pokazać chłopakowi nowojorski oddział Famigli od podszewki i osobiście zająć się dziewiętnastolatkiem.
A co zrobił?
Oddelegował niańczenie Neria jemu.
Noż kurwa, oczywiście.
Pewnie myślał, że Bruno się nudzi, co chyba już nie mogło być bardziej dalekie od prawdy.
Jego wzrok opadł na skórki paznokci. Teraz wyglądały akceptowalnie. Westchnął przeciągle i wytarł dłonie w ręcznik, a potem spojrzał na swoje odbicie w lustrze.
Wyglądał jak gówno.
I czuł się niemal tak samo.
Gdyby nie ta pieprzona krew, od dwóch kwadransów leżałby już w swoim wielkim, okrągłym łożu z widokiem na Central Park.
W tym momencie nie interesowało go to, że zegar w holu wskazywał południe.
Dał znać chłopakom, że dopiero wieczorem wpadnie do Darkness dopilnować nowej dostawy prochów, a do tego czasu żaden z nich ma nie zawracać mu dupy.
Idąc w kierunku sypialni, przecisnął przez głowę czarny T-shirt i zmierzwił piaskowe kosmyki włosów dłonią. Poprawił gumkę bokserek i na panelu dotykowym wcisnął mały czarny przycisk. Opuścił rolety w oknach, by każdy zakamarek apartamentu utonął w mroku. Potem wślizgnął się pod kołdrę i przymknął oczy. Czując pod palcami chłód satyny, westchnął z zadowoleniem. Jeszcze przez chwilę analizował wszystko to, co wydarzyło się tej nocy. Potem jednak pozwolił, by jego mózg się wyłączył, a on zapadł w tak potrzebny mu teraz sen.
Godzinę później przebudził się zdezorientowany. Było ciemno. Ani jeden promień słońca nie miał szansy przecisnąć się przez szczelne rolety w dużych oknach. Bruno uchylił powieki, a jego puls przyspieszył.
Muzyka - irytująca i zbyt głośna. Przecinała ciszę jak nóż, który wniknął tej nocy w ciało niejednego żołnierza Bratwy. Wybudziła Bruna ze snu, a on tylko utwierdził się w przekonaniu, że przez to dudnienie już nie uśnie.
Kurwa mać.
Zacisnął dłonie w pięści i warknął z irytacją. Poczuł, jak krew zaczyna pędzić w jego żyłach. Gniew narastał stopniowo - bo z początku była tylko dezorientacja. Dopiero gdy Bruno zorientował się, co rzeczywiście się dzieje, wściekłość zdominowała jego myśli.
Przesunął dłonią po mokrych od potu włosach i usiadł na łóżku. Dudnienie nasiliło się, a on miał wrażenie, że jego ciało atakuje setka igiełek, wbijających mu się w czaszkę raz za razem.
Przeszedł przez penthouse boso, w czarnej koszulce i ciemnych bokserkach. Chwycił leżące na oparciu fotela szare dresowe spodnie, które zazwyczaj wisiały mu luźno na biodrach, i wciągnął je na siebie.
Bez zastanowienia chwycił klamkę i wyszedł na chłodny korytarz. Muzyka, tutaj jeszcze głośniejsza, dochodziła z jedynego mieszkania na piętrze, które nie należało do niego - nad czym bez wątpienia ubolewał.
Jeszcze.
Bruno planował nabyć apartament, gdy tylko jego sąsiad, Stanley Sheldon, wróci ze swoich podróży i będzie łaskaw mu go odsprzedać. Chociaż skoro hałasy dochodziły z jego mieszkania, to musiało oznaczać, że już wrócił.
Vitali był wściekły, a mimo to wiedział, że musi trzymać nerwy na wodzy. Nie powinien denerwować człowieka, od którego chciał wykupić penthouse. Jeśli Sheldon weźmie go za wariata, nigdy w życiu nie zgodzi się na tę sprzedaż.
Musiał działać z wyczuciem.
Być uprzejmy, a zarazem stanowczy.
Choć nie miał pojęcia, czy w ogóle tak potrafi.
Uniósł rękę i zastukał w drzwi. Niestety nie doczekał się jakiejkolwiek, choćby najmniejszej, reakcji. Muzyka grała dalej, a on stał na korytarzu z zaciśniętą pięścią, wbijając wzrok w ciemne drewno przed sobą.
Uderzył ponownie, a potem nacisnął dzwonek.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Piąty.
Muzyka przycichła.
Odgłos kroków zasugerował mu, że prawdopodobnie sąsiad jednak zauważył jego obecność.
Pierdolona magia.
Zamek w drzwiach zatrzeszczał, klamka opadła, a drzwi zaczęły się uchylać. Powietrze nagle jakby zagęstwiało. Dziwny dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa Bruna. Mężczyzna wyprostował się i czekał. Odchrząknął cicho i uniósł wzrok, a ten zderzył się z hipnotyzującym spojrzeniem oczu w odcieniu słodkiego ciemnego miodu. Dostrzegł zaskoczenie, które szybko zastąpiła konsternacja, a potem złość.
Były to te same oczy, które ciskały w niego gromy przed kilkoma godzinami, należące do kobiety, która wtargnęła tego ranka na ulicę tuż pod koła jego wozu.
- To pan - rzuciła melodyjnym, niemal aksamitnym głosem. Bruno od razu pomyślał o tym, jak wyjątkowo przyjemny był dla ucha...
Niemal zapomniał, po co przyszedł.
Oparta ramieniem o framugę szatynka posłała mu pełne dezaprobaty spojrzenie. Bruno zawiesił wzrok na jej oczach a potem mimowolnie, niezbyt dyskretnie, spojrzał niżej. Cóż poradzić. Był tylko mężczyzną. I wzrokowcem. Zlustrował jej szczupłe, kremowe uda, bo miała na sobie jedynie krótkie czarne szorty i luźną koszulkę z jakimś dziwnym napisem. Nie mógł uwierzyć, że to ta sama kobieta, która pomachała mu środkowym palcem przed nosem.
No kurwa, wariatka.
- Słucham? - powtórzył, wyrywając się z zamyślenia.
- To pan - powtórzyła. - Ten... prostak z limonkowego Ferrari.
- McLarena - poprawił ją natychmiast.
- W czym mogę panu pomóc? Coś nie tak? Zgubił pan drogę? - spytała, nie siląc się na uprzejmości.
Elodie nie miała pojęcia, czego ten człowiek od niej chciał. Dlaczego nachodził ją w jej domu? Śledził ją? Skąd wiedział, gdzie mieszka?
Może to jakiś psychol?
- Proszę ściszyć muzykę - zażądał Bruno. Jego głos był lodowaty. Posłał jej pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym bez słowa odwrócił się w stronę swoich drzwi. Wtedy Elodie odparła:
- Nie mam takiego obowiązku. Jest środek dnia - żachnęła się. - Mogę słuchać sobie, czego tylko...
Bruno okręcił się gwałtownie i zrobił krok w przód. Potem drugi i trzeci. Czuł, jak powoli puszczają mu hamulce. Był zmęczony, niewyspany. Miał już po prostu dość. Dość tego dnia, dość tej kobiety... Wiedział, że jeszcze chwila, a zrobi coś, czego później może żałować.
- Wyłącz, kurwa, tę muzykę! - warknął ostrym tonem. Zacisnął palce na framudze drzwi, tuż obok dłoni kobiety. Musnął przypadkowo jej palce, w odpowiedzi na co się wzdrygnęła. Posłała mu krzywy uśmiech i niemal od razu cofnęła rękę. - Mój błąd. Mogłem nie tracić czasu na uprzejmości.
Elodie prychnęła.
- A kim pan w ogóle jest, żeby mi mówić, co mam robić? - oburzyła się. Podeszła bliżej. Tak blisko, że teraz ich twarze dzieliły tylko centymetry. Poczuła ciepły oddech mężczyzny na policzku. Pachniał tak dobrze. Mieszanką palonego drewna i czegoś jeszcze. Czegoś tajemniczego i...
Przymknęła na ułamek sekundy powieki, zaciągając się tym niezwykłym zapachem. Nagle w jej głowie zaczęły pojawiać się obrazy. Takie same, jak gdy tworzyła nową powieść. Czuła, jakby wnikała w głąb fabuły i przeżywała wszystko z bohaterami. Dlatego jej książki były tak dobre i nie schodziły z listy bestsellerów przez wiele miesięcy.
Działo się tak, gdyż Elodie Hartwell je czuła.
Czuła całą sobą.
W tym momencie odpłynęła na chwilę. W jej umyśle akcja rozgrywała się powoli, napięcie narastało, a ona widziała pierwszą scenę - jak główni bohaterowie się poznali. Westchnęła cicho, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Chłonąć każdy najmniejszy detal, wczuć się jeszcze bardziej... Jeszcze mocniej. Jeszcze intensywniej. Pchnąć akcję do przodu. Dowiedzieć się, co będzie dalej.
Dopiero ciche warknięcie sprowadziło ją na ziemię.
- Kim jestem? Właścicielem całego tego piętra - prychnął mężczyzna urażonym tonem.
Przywodził jej na myśl rozkapryszone dziecko.
Kąciki ust Elodie wystrzeliły ku górze. Nienawidziła takich typów. Wiedziała, gdzie uderzyć, by zabolało.
- Prawie całego - poprawiła, zrównując jego ego z ziemią.
- Że co, proszę? - Bruno uniósł brew i spojrzał na nią z konsternacją. Nie miał pojęcia, dlaczego nadal tam stoi i z nią rozmawia, zamiast poprosić, by zawołała Sheldona.
- Prawie całego - powtórzyła dosadniej. - Jest pan właścicielem co najwyżej czterech mieszkań. To akurat nie należy do pana - zauważyła. Wskazała brodą swoje drzwi.
- Jeszcze... - Bruno przewrócił oczami. Wiedział, że to tylko kwestia dni, no może miesięcy, jak zajmie całe trzynaste piętro. I w końcu będzie miał święty spokój. Nikt więcej nie będzie pałętał się po korytarzu.
- Nie byłabym taka pewna. - Elodie uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Bruno zmarszczył gniewnie czoło. Nie miał pojęcia, dlaczego była tak bardzo zadowolona.
- To tylko kwestia czasu - oznajmił pewnym siebie tonem. Nie dopuszczał innej możliwości. Jak tylko dorwie Sheldona, załatwi z nim sprawę mieszkania raz na zawsze.
- Chyba jednak nie - stwierdziła kobieta. Nie wiedzieć czemu miała zupełnie odmienne zdanie na ten temat.
- Bo? - Bruno dopiero w tej chwili zauważył, jak blisko niego stała.
- Bo to mieszkanie należy do mnie i Bóg mi świadkiem, że nie zamierzam się stąd wynosić! - fuknęła, akcentując ostatnie słowo.
Bruno poczuł odurzająco słodki oddech nieznajomej. Pierwszym, o czym pomyślał, były pianki - te kolorowe, które czasami piekło się nad ogniskiem.
Spojrzał w duże, karmelowe oczy kobiety, otoczone długimi rzęsami, i przełknął z trudem ślinę.
Była piękna.
A gdy się złościła, w jej oczach migały złote iskierki. Jakby miód rozlał się na powierzchni tęczówek i błyszczał w świetle lampy. Dopiero gdy odchrząknęła, krzywiąc się przy tym lekko, Bruno zdał sobie sprawę, że nadal nie zareagował na jej słowa. Dopiero teraz docierało do niego ich znaczenie.
Że co, proszę?
Ta kobieta miałaby być jego sąsiadką?
O nie...
Nie.
Nie.
Nie.
Kurwa, nie.
Po moim trupie.
Nie chcę żadnej pieprzonej sąsiadki.
A już na pewno nie takiej...
- To się jeszcze okaże! - prychnął. Odwrócił się na pięcie i opuścił korytarz w akompaniamencie trzaskających drzwi. Nie widział sensu dalszej rozmowy. To, co powiedziała, wystarczyło, by dopisać sobie kontynuację całej tej niedorzecznej historii.
Gdy tylko zamknęła za sobą z hukiem drzwi, Elodie jak w amoku pobiegła do salonu. Sięgnęła po leżące na stoliku kawowym lekko przybrudzone okulary i założyła je na nos. Wzięła z kanapy laptop i ściskając go mocno pod pachą, skierowała się wprost do swojego sanktuarium - urządzonej na końcu mieszkania biblioteki. Opadła na miękki różowy fotel pod oknem, a potem zrobiła dokładnie to, co powinna zrobić już dawno temu - otworzyła pusty plik i zaczęła pisać.
Kilka pierwszych zdań wypłynęło z niej niemal od razu. Potem jednak się zawahała. Pozwoliła sobie zamknąć na moment oczy, by przywołać w myślach scenkę, którą niedawno zobaczyła w swojej głowie. Z początku szło jej opornie, jednak gdy zaczęła coraz bardziej wnikać w wymyśloną przez siebie fabułę - przepadła. Nadała bohaterom imiona i cechy wyglądu, a także ustaliła, że akcja będzie się rozgrywać w Nowym Jorku, skoro tak dobrze zdążyła poznać to miasto.
Wystukiwała literki, a palce ledwo nadążały za słowami, które tworzyły w jej umyśle nową historię. Początkowo napływały do niego stopniowo, potem coraz szybciej - jak rwąca rzeka. Zatopiona w alternatywnej rzeczywistości Elodie wpadła w trans i płynęła z nurtem do momentu, dopóki nie postawiła kropki kończącej prolog.
Kilkanaście minut poświęciła jeszcze na przegląd swoich social mediów. Kiedyś prowadziła je dość regularnie. Od momentu premiery ostatniej książki nie dodała nawet jednego postu. Instagram, TikTok i Facebook odnotowały kilkuprocentowy spadek liczby obserwujących. O grupach czytelniczych, newsletterze lub Patreonie Elodie całkowicie zapomniała.
Nastał czas, by położyć temu kres. Tego ranka postanowiła, że weźmie się w garść i doprowadzi media społecznościowe Juliett Hart do formy sprzed roku. Sama lub zatrudni kogoś w tym celu. I choć leniwa strona Elodie podpowiadała jej, by zatrudniła kogoś, kto się tym zajmie, serce krzyczało, by zrobiła to sama według swojej wizji. Musiała zastanowić się nad nowymi postami, ciekawymi zdjęciami i reelsami z pisania nowej książki, bo właśnie to przyciągało nowych czytelników. Ludzie lubili, gdy dzieliła się z nimi kulisami swojej pracy. Chętnie zaglądali jej przez ramię, gdy pisała. A ona swojego czasu robiła to chętnie - oczywiście nie pokazując przy tym swojej twarzy.
Oderwała wzrok od ekranu i spojrzała przed siebie - na panoramę Nowego Jorku. Drapacze chmur tego dnia wydawały się jeszcze wyższe, a jesień dało się wyczuć w powietrzu. Złote liście fruwały na wietrze, a potem opadały miękko na chodniki i ulice. Chłodny podmuch z otwartego okna wytrącił Elodie z zamyślenia. Nadal myślami była daleko - w dopiero co stworzonym przez siebie świecie. Uwielbiała ten stan. Jakby unosiła się ponad chmurami i spoglądała na życie innych z góry.
Mruknęła z zadowoleniem, a jej jasnoróżowe wargi ułożyły się w pełen zachwytu uśmiech.
Spojrzała ponownie na ekran i przesunęła tekst do początku. Przeczytała wszystko to, co zapisała, każdy akapit, a potem poprawiła kilka literówek, dopisała dwa zdania, zaś pięć innych - usunęła. Dopełniła tekst na końcu kilkoma przymiotnikami, tak by był jeszcze bardziej emocjonalny, a potem zatrzasnęła laptop, uprzednio zapisawszy plik.
Była tak bardzo z siebie zadowolona.
W końcu, po wielu tygodniach, dostrzegła światełko w tunelu.
Ledwo się tlące, maleńkie, ale jednak widoczne.
I stało się to za sprawą aroganckiego typa z naprzeciwka.
Jeszcze dłuższą chwilę wpatrywała się w panoramę miasta, która rozpościerała się tuż przed jej oczyma. Zieleń drzew w Central Parku łagodnie przecinała jasne i grafitowe elewacje wieżowców i budynków mieszkalnych. Elodie miała wrażenie, że miasto pędziło, zaś park zatrzymał się na moment. Był spokojną przystanią, chwilą ciszy w całym tym wielkomiejskim chaosie.
Żółte taksówki sunęły przez skrzyżowanie Madison Avenue i East 86th Street, podczas gdy Elodie zastanawiała się, jakim cudem mężczyzna z limonkowego auta okazał się jej sąsiadem. I to na dodatek bogatym - skoro stać go było na zakup aż czterech podobnych mieszkań. Elodie stwierdziła, że Bóg ma fantastyczne poczucie humoru, wymyślając scenariusz jej dnia.
Co też musiał sobie o niej pomyśleć ten blondyn...
Chociaż...
Nie.
Nie powinna w ogóle zaprzątać sobie nim głowy.
Kogo obchodzi jakiś arogancki typ.
***
Po tym, jak wrócił do mieszkania, Bruno od razu sięgnął po leżący w pościeli telefon i wybrał numer swojego agenta nieruchomości - Jasona Hoxta. Mężczyzna odebrał po drugim sygnale.
- Pan Vitali! - Brzmiał na zadowolonego. - W czym mogę panu pomóc? Potrzebuje pan kolejnej nieruchomości? Jeśli tak, to...
- Chciałbym złożyć ofertę na mieszkanie obok. Madison Avenue, trzynaste piętro - rzucił bez ogródek.
- Z tego, co wiem, mieszkanie numer pięć zostało niedawno sprzedane - wyjaśnił mężczyzna spokojnym tonem.
- Jakim cudem? - warknął Bruno. - Miałeś je dla mnie zatrzymać...
- Właściciel sprzedał je, zanim nieruchomość trafiła na rynek... - westchnął.
Bruno zacisnął powieki, bo poczuł ochotę, by rzucić telefonem wprost w stojący obok telewizor.
- To je odkup. Nie wiem... Chcę to mieszkanie.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że brzmiał jak rozpieszczony chłopiec w fazie buntu.
- To nie będzie takie proste - usłyszał. - Jeśli nowy właściciel nie będzie chciał go odsprzedać, niewiele będę mógł z tym zrobić. Pańska prośba będzie niemożliwa do zrealizowania.
- Nie ma jakichś innych sposobów? - wychrypiał.
- Legalnych? Nie.
- Chryste... A nielegalnych?
Chyba właśnie od nich powinien zacząć.
- Zawsze może pan porozmawiać z nowym sąsiadem i spróbować się dogadać. Może znacznie wyższa kwota niż ta, za którą dokonał zakupu, sprawi, że jednak podejmie współpracę...
- Nie będę z nią o tym rozmawiał - żachnął się Bruno. - Ta kobieta jest dziwna.
- W jakim sensie... dziwna? - Głos Hoxta zabrzmiał jakoś inaczej. Pojawiła się w nim nutka... rozbawienia?
- No... - Bruno szukał odpowiednich słów.
Wymachuje paluchami.
Puszcza zbyt głośno babską muzykę.
Jest zbyt ładna.
- Robi coś niezgodnego z regulaminem budynku? Bo jeśli tak, jest szansa na to, by ją usunąć z listy mieszkańców w drodze głosowania - zauważył.
- Nie robi... - westchnął Bruno zrezygnowany. Właśnie zdał sobie sprawę, że będzie musiał bardziej się postarać, by przekonać lub zmusić kobietę do wyprowadzki.
Może powinien załatwić to groźbami?
Ewentualnie torturami?
Wystraszy się, spanikuje, spakuje manatki i wyjedzie stąd w siną dal.
Tak. To całkiem niezły pomysł.
I może się udać.
***
Jeszcze tego samego wieczoru Elodie przekonała się, że mężczyzna z mieszkania naprzeciwko jest człowiekiem, z którym z pewnością nie powinna zadzierać. I w sumie w ogóle rozmawiać. Za to powinna go unikać. Zaszyć się w swoich czterech ścianach i modlić, by nie postanowił zrobić tego, o czym wspominał. Trzymała się nadziei, że nie wykupi jej mieszkania. Ludzie tacy jak on z pewnością mieli dojścia...
Znajomości...
Szemrane znajomości.
Fakt, nie zrobiła na nim zbyt dobrego pierwszego wrażenia. Mogłaby nawet nazwać je bardzo niekorzystnym. Wręcz odpychającym. W końcu pokazała mu środkowy palec.
Chryste.
Dlaczego...?
Jesteś idiotką, Elodie Hartwell.
Wcześniej tego dnia przechadzała się po kuchni, rozklejając na blacie wyspy limonkowe karteczki z pomysłami na kolejny rozdział, gdy usłyszała dobiegający zza drzwi niepokojący hałas. Nie miała wątpliwości - dochodził z korytarza. Ich wspólnego korytarza. Logicznym było, że to on - mężczyzna z naprzeciwka - jest jego przyczyną. Przecież nikt niepowołany nie wjechałby na piętro bez wyraźnej zgody jej lub jego.
Pomyślała wtedy, że nawet nie zna jego imienia.
I nie.
Nie interesowało jej, jak mógłby się nazywać.
Wyglądał na Jaydena.
Joffreya...
Albo Jona.
- Och. Zamknij się! - warknęła, przywołując do porządku swoje rozbiegane myśli. Wyobraźnia często ponosiła ją bardziej, niżby tego chciała. Musiała trzymać ją mocno w ryzach - jak psa, który szarpał smyczą, wyrywając się w kierunku trawnika. Gdy pracowała nad książką - tak, wtedy fantazja była przydatna. Nie... Elodie wręcz potrzebowała jej jak powietrza, by przebrnąć przez kolejne rozdziały. By popchnąć fabułę do przodu.
Już od dawna nie czuła tego dziwnego podekscytowania, które towarzyszyło jej, gdy otwierała notatnik i zapisywała nowe pomysły. Gdy wymyślała całą fabułę krok po kroku. I nagle się to zmieniło. Niespodziewanie. Gdy poznała człowieka z limonkowego auta. Ich spotkanie było dla Elodie jak punkt zapalny, coś, co odpaliło ładunek wybuchowy w jej głowie. Wyobraźnia eksplodowała, a ona teraz musiała poskładać jej odłamki i stworzyć z nich sensowną całość. Nadać kształt kolejnemu genialnemu dziełu.
Elodie wiedziała, że motorem napędowym jej sukcesu były emocje. Przy pisaniu najlepiej sprawdzały się złość i rozgoryczenie. Swój pierwszy bestseller napisała po tym, jak nakryła Mike'a ze swoją kuzynką w łazience na piętrze. W domu, który wspólnie wynajmowali. Do tej pory pamiętała rozrywające jej żyły rozczarowanie oraz złość buzującą w każdej komórce ciała.
I choć teraz, po wielu latach, myśląc o Mike'u, nie czuła nic, bolesne wspomnienia pozostały. Była wściekła, ale i wdzięczna, bo to waśnie dzięki tamtym wydarzeniom sięgnęła po swój stary, dogorywający komputer i wystukała na poniszczonej klawiaturze początkowe zdania.
Dzięki nim narodziła się jako Juliett Hart.
Przelała całą złość w proces twórczy, a następnie stworzyła coś pięknego. Coś, co odmieniło jej nudne, pozbawione barw życie. Zaczęła naprawdę żyć, nie tylko obserwować codzienność innych. Wyrwała się z Aylesbury i stworzyła swoją własną, pozbawioną wad rzeczywistość.
A wszystko zmieniło się jeszcze bardziej, gdy rok po debiucie okazało się, że jedna z największych platform streamingowych chce wykupić prawa do ekranizacji drugiej książki Elodie. A ona zgodziła się, nie wiedząc, że przyniesie to tak horrendalne zarobki. Honorarium autorskie z książek było jedynie procentem tego, co przynosiły jej dwa filmy, które powstały rok później na podstawie jej powieści.
Do tej pory pamiętała szok, jaki przeżyła, w reakcji na pierwszy zaliczkowy milionowy czek, który otrzymała.
Potem był drugi, trzeci i kolejny. Filmy do tej pory cieszyły się ogromną popularnością, a jej książki nie znikały z rankingów popularności.
Elodie nie sądziła, że w ogóle można wyżyć z pisarstwa. Że kiedykolwiek będzie dzięki niemu w stanie zarobić na podstawowe opłaty i czynsz za niewielkie mieszkanie w Nowym Jorku. Myliła się.
Osiągnęła tak spektakularny sukces, że do tej pory nie wiedziała, jak to w ogóle możliwe.
Tego dnia, stojąc w holu swojego ogromnego mieszkania na Upper East Side, miała przeczucie, że wykorzystała dostępny jej pełen pakiet szczęścia. Była niemal pewna, że coś się spieprzy i w efekcie straci to, na co pracowała przez lata.
Poczynając od mieszkania jej marzeń.
Stawiając cicho bose stopy, podeszła do ciężkich, antywłamaniowych drzwi. Musnęła je opuszkami, czując pod palcami chłodne drewno. Wyprostowała plecy i wyciągnęła szyję, by spojrzeć przez wizjer. Wstrzymała oddech, gdy przekonała się, że przeczucie jej nie myliło.
Ktoś tam był.
Zmrużyła oczy i na moment zawiesiła wzrok na kilku postawnych mężczyznach w czarnych garniturach. Zwróceni byli do niej plecami. Nawet przez wizjer Elodie była w stanie dostrzec górę ich mięśni. Wszyscy wysocy, eleganccy i nierealnie umięśnieni. Normalni Nowojorczycy tak nie wyglądali, tego akurat Elodie była pewna. Nigdy wcześniej nie widziała takiej dawki testosteronu w jednym miejscu.
Czego oni chcą od mojego sąsiada?
Hałas z korytarza sprowadził myśli Elodie na właściwy tor. Zaciskając miarowo palce na klamce, obrzuciła rozbieganym wzrokiem towarzystwo w garniturach, starając się dostrzec wśród mężczyzn znajomego blondyna. Dopiero po chwili wyszedł szybkim krokiem z mieszkania i dołączył do reszty. Zatrzasnął za sobą drzwi, poklepał po ramieniu najwyższego z osiłków i odwrócił się w jej kierunku.
Elodie wciągnęła mocno powietrze do płuc. Wzrok mężczyzny skierowany był wprost na jej drzwi. Miała wrażenie, że przewierca się przez nie na wskroś.
A przecież nie mógł wiedzieć, że go obserwuję...
Jednak zignorowała spojrzenie blondyna i postanowiła mu się lepiej przyjrzeć. Intrygował ją, a ona nie zamierzała walczyć ze swoją ciekawską naturą, bo dobrze wiedziała, że nie wygra.
Teraz, po kilku godzinach od ich ostatniego spotkania, z całą pewnością mogła stwierdzić, że jej tajemniczy sąsiad wyglądał inaczej, niż zapamiętała. Był mniej zmęczony, raczej wypoczęty, i nawet radosny. Jego twarzy już nie wykrzywiał ten dziwny uśmiech, którym uraczył ją wcześniej. Piaskowe włosy miał zaczesane do góry, a szary prążkowany garnitur idealnie wyprasowany. Jego twarz była surowa, przystojna, otulona krótszym niż zapamiętała zarostem - co oznaczało, że musiał się również ogolić.
Elodie spojrzała w jego zielone tęczówki w momencie, w którym on przeniósł spojrzenie na jednego z mężczyzn. Tego wysokiego, stojącego najbliżej. Rzucił coś do niego, a potem obaj zaczęli się śmiać. Następnie przewrócił oczami i zaczął mu coś tłumaczyć.
Wtedy wzrok Elodie mimowolnie opadł na biodra sąsiada, a jej serce na moment przestało bić. Mężczyzna poprawił skrytą pod marynarką kaburę, w której lśnił Glock, i ruszył przed siebie. Gdy materiał się rozchylił, bez większego trudu dostrzegła pas z nożami.
Każdy jego krok świadczył o pewności siebie i władzy. Wyprostowany, z postawą godną lorda, blondyn przeszedł do windy, a reszta mężczyzn podążyła za nim. Gdy zniknął, Elodie odsunęła się od wizjera i wróciła do kuchni. Opadła na stołek przy wyspie i schowała twarz w dłoniach.
- W co ja się wpakowałam... - wymamrotała. - Kim są ci ludzie? I dlaczego on chce się mnie pozbyć?
Przez cały wieczór snuła wizje na temat tego, kim może być jej sąsiad. Teorie były różne. Mógł być policjantem, ochroniarzem, przedstawicielem jakichś służb...
Albo zbirem.
Szefem mafii lub kimś w tym rodzaju.
- Jezuuu - jęknęła w poduszkę. Powinna spać już dawno temu, a co robiła? Na poczekaniu wymyślała teorie spiskowe. Zalały jej umysł, nie pozwalając zasnąć. Przewróciła się na drugi bok i zwinęła poduszkę pod głową.
Godzinę później nadal nie spała. Wyskoczyła z łóżka, a nogi same powiodły ją do gabinetu. Z kubkiem gorącego kakao weszła do środka. Postawiła napój na blacie i spojrzała w górę - na karteczki, które ściągnęła z wyspy. Teraz wisiały na tablicy korkowej nad biurkiem i zajmowały niemal całą jej powierzchnię.
Przeanalizowała większość z nich i westchnęła cierpiętniczo. Niby miała zarys pomysłu, a jednak coś jej nie grało. Potrzebowała szczegółów, które dopełnią całości i sprawią, że bohaterowie staną się ciekawi i ludzcy.
Pomyślała o mężczyźnie z naprzeciwka i po raz pierwszy, odkąd zaczęła pisać, wpadł jej do głowy niedorzeczny pomysł stworzenia czegoś zupełnie innego niż dotychczas. Otrzymała bodziec, który nie pasował jej do pierwowzoru fabuły. Teraz musiała nagiąć tylko fabułę, by wszystko się zgrało.
Wiedziała, co chce zrobić.
Może to, co planowała, okaże się błędem.
Lecz mogło także stać się szansą...
Szansą, by przerwać blokadę twórczą i w końcu wydać coś, co Elodie będzie czuła i z czego będzie dumna.
Jasne, mogłaby napisać o czymkolwiek. Miała warsztat, możliwości, a zrobienie dobrego researchu też nie było jakieś skomplikowane. Problem w tym, że Elodie nie chciała pisać czegoś, co nie będzie w stu procentach jej. Za to pragnęła czegoś naszpikowanego emocjami... Książki, którą pokocha całą sobą.
I tym razem czuła, że robi dobrze.
Wiedziała, że musi zmienić koncepcję, by nadać jej nowej wartości. Nawet jeśli to, na co się porywała, było nieznane i tajemnicze.
Rozsiadła się w fotelu i upiła łyk gorącej słodyczy. Gdy kakao rozlało się na jej podniebieniu, cicho jęknęła.
Kliknęła na tytuł książki, a gdy się podświetlił, nacisnęła na klawiaturze przycisk "delate". Potem bez zastanowienia wystukała trzy zupełnie inne słowa.
Listopadowy poranek w Nowym Jorku wybudził Bruna z sennego letargu. Spojrzał na panel meteorologiczny, który wisiał tuż nad jego szafką nocną, i pokręcił z niezadowoleniem głową. Tego dnia temperatura miała osiągnąć zawrotne dwanaście stopni, a opady deszczu utrudnić mu podróż z apartamentowca na przedmieścia Queens.
Uniósł rolety pilotem i spojrzał za okno. Pierwsze krople deszczu zmoczyły już chodnik przy Madison Avenue. Słońce skryte za grubą warstwą chmur nie zachęcało do wyściubienia nosa poza apartament. Niestety miał napięty grafik i nawet przecinające niebo błyskawice nie zmusiłyby go do pozostania w domu. Taki argument nie przemówiłby do jego capo.
Przeciągając się leniwie, przeniósł wzrok na East River, na pływające tam małe łodzie i promy. Dzięki temu, że posiadał cztery mieszkania z każdej strony budynku, miał widok zarówno na rzekę, jak i Central Park, czym nie mogła się już pochwalić jego sąsiadka.
Bruno ponownie wrócił myślami do szatynki z naprzeciwka. Nie widział jej od kilku dni. Od tamtego pamiętnego spotkania, gdy wykrzyczała mu, co sądzi o jego pomyśle odkupienia jej mieszkania. Wieczorami nie wychodziła, rankiem również. Bruno zaczął się nawet zastanawiać, czy może nie wyjechała.
Wysunął się z łóżka i podszedł do panelu klimatyzacji. Podkręcił temperaturę w całym apartamencie, a potem wszedł wolnym krokiem do dużej, otwartej na salon kuchni. Wszystkie pomieszczenia w mieszkaniu były utrzymane w jasnej tonacji. Jego apartament różnił się od domu Riccarda. Nie wyglądał jak loch czy piwnica. Gdyby ktoś nie wiedział, czym Bruno Vitali zajmował się na co dzień - z pewnością by się nie zorientował, patrząc na to, jak mieszkał. Lubił jasne wnętrza, dużo światła i czystość. Zazwyczaj sam sprzątał, choć miał od tego ludzi. Czasami wpadały do niego Linda, czterdziestosiedmioletnia była szefowa kuchni, która tworzyła dla niego istne kulinarne dzieła sztuki, oraz Susan - gosposia. Ta druga dbała o porządek w apartamencie. Przede wszystkim myła panoramiczne okna, szorowała łazienki i parkiety. Zajmowała się poważniejszymi sprawami, niż wytarcie blatu kuchennego czy zasłanie łóżka.
Tego dnia Linda miała przyjechać o dziesiątej - gdy Bruno opuści mieszkanie. Z pewnością przygotuje mu posiłki na kilka kolejnych dni i zadba o to, by jego lodówka była pełna smakołyków.
Podstawił filiżankę pod ekspres do kawy i wybrał czarną. Gdy była gotowa, upijając napój, przeszedł do mieszczącego się kilka pomieszczeń dalej gabinetu. Postawił kawę na biurku, obok czarnej lampki, i ruszył w głąb pomieszczenia.
Spojrzał na znajdujące się po prawej stronie duże terrarium, w którym siedział jego jedyny współlokator - tarantula o imieniu Peter. Pewnego popołudnia wcisnął mu ją Riccardo. Zwyczajnie przywiózł transporter z pająkiem do jego mieszkania i oznajmił Brunowi, że musi się nim zająć. Argumentował, że jego syn, Ilario, jest już coraz większy i próbuje sięgać do niego rączkami, co przyprawia jego matkę o zawał. Do tego Emma, żona Riccarda, panicznie bała się pająków i nie przeszło jej to, gdy zamieszkali razem. Z uwagi na fakt, że niebawem miała urodzić im się córka i oboje nieco panikowali, Riccardo poprosił przyjaciela, by zajął się jego małym ulubieńcem. A Bruno jak to Bruno - zdecydowanie zbyt często ulegał prośbom swojego capo. Zrobiło mu się żal biednego stworzenia, więc zgodził się je zaadoptować. I takim oto sposobem pozyskał nowego, cholernie sympatycznego, współlokatora.
Spojrzał, czy w terrarium nie znajdują się niezjedzone owady, a potem podszedł do małej, ukrytej w zabudowie lodówki i wyciągnął z niej pojemnik z świerszczami, które kupował od hodowcy z Greenwich Village. Bruno zwykle karmił Petera wieczorami, lecz dobrze wiedział, że dziś nie będzie miał takiej możliwości.
Otworzył klapę terrarium i wrzucił do środka trzy świerszcze. Zasunął wieko i oparł się ramieniem o szybę. Z zainteresowaniem obserwował, jak pająk rusza do owadów. Skradał się w ich stronę zupełnie jak on, gdy polował na swoje ofiary. Bruno uwielbiał obserwować, jak tarantula rzuca się na świerszcze i larwy much, a potem je zjada. Nie przerażała go ta brutalność. Wręcz przeciwnie - miał wrażenie, że Peter to idealne zwierzątko domowe dla pozbawionych skrupułów skurwieli takich jak on.
Gdy rozdzwonił się telefon, przewrócił oczami. Wiedział, kto to.
- Capo - odezwał się nazbyt uprzejmym tonem.
- A tobie co? - wygrzmiał Riccardo. - Źle się czujesz?
- Nie.
- To od kiedy zwracasz się do mnie tytułami? - Zaśmiał się nisko.
- Czego chcesz, Ric?
- No. Już lepiej. O której będziesz w Darkness?
- Nie wiem. A co? Mam już być? Sądziłem, że najpierw podjadę do tego lokalu na Bronxie, o którym wspominał Carlos. Dowiem się co i jak, by przedstawić ci szczegóły podczas lunchu.
- Dobra. Może być. Tylko weź od nich wszystkie papiery. Nasz prawnik ich sprawdzi.
- Jasne - wymamrotał, upijając łyk kawy.
- Trening przed lunchem? Dex nie dotrze. Zoe załapała jakąś infekcję. Zaraziła Waverly i obie są teraz chore. Zostaje w domu, by się nimi zająć.
Bruno mógłby przysiąc, że wyczuł w głosie przyjaciela nutę zmartwienia.
- Znowu się wykpił, leń - postanowił obrócić nieobecność Dextera w żart.
- Będziesz miał okazję wpierdolić mu w przyszłym tygodniu. Co się odwlecze, to nie uciecze...
- Nie omieszkam tego zrobić. - Bruno upił ostatni łyk kawy. - Masz pozdrowienia od Petera. Kazał ci przekazać, że u mnie jest mu zdecydowanie lepiej.
- Rozpieszczasz go?
- Oczywiście - parsknął. - Właśnie zjada swoją porcję świerszczy.
- Dzięki, Bruno.
Słysząc to, przewrócił oczami.
- Mówiłem już. Przestań mi, kurwa, ciągle dziękować. Lubię go. Umila mi poranki. Dzięki niemu nie nudzę się tak w domu - oznajmił zgodnie z prawdą.
- No dobra. Skoro tak mówisz...
- Bo tak jest.
- Jadę na spotkanie ze Smirnowem w Chinatown. Może uda mi się z niego wycisnąć jakieś informacje w sprawie Morozowa i jego bazarku z bronią. Od czternastu lat broń przechodzi przez nas, nasze kontakty w porcie i nasze ręce aż do odbiorców w Nowym Jorku. Nie pozwolę, by te ruskie gówna wpieprzały się nam w interesy. Byłem, kurwa, wyrozumiały, ale miarka się przebrała.
- Masz rację, Riccardo. Trzeba zrobić z tym porządek. To już nie zabawa. Syn pakhana nie powinien z nami zadzierać i poniesie tego konsekwencje - podsumował Bruno.
- Tak, przyjacielu. Nie zamierzam dawać się wodzić za nos. Jestem capo od kilkunastu lat. Znam to miasto jak własną kieszeń, prowadzę interesy z ludźmi, którzy stanowią jego fundamenty. Nie pozwolę na takie szopki.
- Całkowicie się z tobą zgadzam. - Bruno skinął głową. - Nie chcę tylko, żebyś działał pod wpływem emocji i niepotrzebnie ryzykował, Ric. Weź ze sobą większą obstawę. Zadzwonię do Giuseppe. Zorganizuje kilku chłopaków. No chyba że mam odwołać spotkanie w Bronxie i pojechać tam z tobą...
- Nie - rzucił zdecydowanie Marchetti. - Dam sobie radę. Załatw ten lokal. Potrzebujemy go jak najszybciej.
- Dobra. Ale Giuseppe i Aurelio jadą z wami.
- Poinformuj ich o tym, wyjeżdżamy o dziesiątej z rezydencji. Niech przywiozą tu swoje dupy.
- Jasne. Zaraz to załatwię. Do później.
- Będziemy na łączach - dodał na koniec Riccardo.
Vitali od razu wybrał numer Giuseppe Morettiego i poinformował go o planach capo. Mężczyzna obiecał, że zabierze ze sobą zaufanych żołnierzy i dołączy do szefa zgodnie z ustaleniami.
Ze spokojniejszą nieco głową Bruno dotarł do kuchni. Wyciągnął z lodówki talerz z omletem i wstawił go do mikrofalówki. Podgrzał danie i zaparzył kolejną kawę. Zjadł śniadanie, wziął szybki prysznic w przyległej do sypialni łazience, a potem włożył idealnie wyprasowany garnitur. Tego dnia wybór padł na kremowy prążkowany oraz śnieżnobiałą koszulę. Wpiął w mankiety platynowe spinki, a na szyi zawiązał jasnobrązowy krawat.
Wyszedł z sypialni, zaczesując dłonią mokre jeszcze włosy na bok, a potem przystanął przed drzwiami prowadzącymi do jego ulubionego pomieszczenia w domu.
Wpisał kod na panelu, nachylił się, by skaner rozpoznał jego dane biometryczne, po czym wydał komendę głosową. Trójpoziomowe zabezpieczenie było niezbędne, by nikt niepowołany nie dostał się do miejsca, którego pilnie strzegł.
Usłyszał charakterystyczne piknięcie, a potem drzwi się uchyliły. Wszedł do środka, rozpinając marynarkę. Przesunął wzrokiem po stołach, na których leżały wyeksponowane jego ulubione zabawki: pistolety półautomatyczne, rewolwery, pistolety z tłumikami.
Spojrzał na klasycznego Colta 1911, który należał kiedyś do jego ojca, a potem przeniósł wzrok na nowsze policyjne SigSauery oraz Smith & Wesson. Ściągnął marynarkę i wybrał swoje ulubione modele: Glocka 44 oraz Glocka MOS. Wpakował je do podwójnej kabury, a potem ją zapiął.
Upewniwszy się, że włączył alarm, wyszedł z mieszkania. Odwrócił się na pięcie i skierował w stronę windy. W momencie, w którym masywne metalowe drzwi się rozsunęły, poczuł słodki zapach. Ten sam, który zachwycił go kilka dni temu. Zapach słodkich pianek.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.