Potwory, strachy, zmory - Sylwia Błach, Agata Kasiak, Ewelina Kasiuba, Marta Kisiel, Marta Krajewska, Katarzyna Berenika Miszczuk, Martyna Raduchowska, Aleksandra Seliga, Magdalena Świerczek-Gryboś, Magdalena Wolff


Reflow text when sidebars are open.
Sylwia Błach – rocznik 1991. Pisarka (groza, thriller, horror, książki dla dzieci), z wykształcenia programistka. Zadebiutowała zbiorem opowiadań Strach w 2010 roku. Dwa lata później wydała pierwszą powieść, Bo śmierć to dopiero początek, a w 2015 roku – kolejny zbiór opowiadań Trzy lata strachu. W 2017 roku ukazały się jej druga powieść Syndrom Riddocha. Tom pierwszy. Lepszego świata nie będzie oraz leksykon stworzeń fantastycznych dla dzieci Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory. Autorka ma na swoim koncie również thriller psychologiczny Pokój krwi (2024) oraz liczne opowiadania tłumaczone na język czeski. Wybrana na jedną z ambasadorek DigitalEU Komisji Europejskiej, uznana za jedną z 22 kobiet, które warto obserwować w 2022 roku według magazynu "Forbes", i jedną ze 100 najbardziej inspirujących osób z niepełnosprawnością w Polsce według magazynu "Integracja". Prowadzi profil na Instagramie poświęcony literaturze, technologiom, podróżom i życiu na wózku inwalidzkim, a także stronę autorską na Facebooku: www.sylwiablach.pl, www.instagram.com/sylwia.blach.vamppiv, www.facebook.com/blach.sylwia
Zaraza nadeszła z północy. Sieje spustoszenie w kolejnych polskich wsiach. W tym miesiącu widziałem relacje z czterech spośród znanych już dwudziestu ośmiu ognisk epidemii. Zaczęło się jesienią. Gdy padła pierwsza wieś, Polska wstrzymała oddech. Naukowcy z całego kraju kolejno sprawdzali możliwe przyczyny. Wykluczyli wszystkie znane wirusy i patogeny. Cięli ciała na kawałki, patrzyli na nie przez szkła mikroskopów i szukali czegoś, co odbiega od normy. Czegoś nieznanego nauce, ale na tyle zabójczego, by w kilka dni zmieść ludzkość z planety.
W ciałach niczego nie znaleźli. Przyszedł czas na otoczenie. Kolejni badacze w białych kombinezonach sprawdzali jakość powietrza, ziemi, wody. Badali, kopali, przesiewali i za każdym razem dochodzili do tego samego wniosku: wszystko jest tutaj w należytym porządku. I gdy tak usilnie szukali przyczyny w pierwszej wsi, tej najbliżej morza, padła kolejna.
Zaraza przesunęła się w głąb lądu. Niewyraźne urywki nagrane smartfonami przez tych, którzy dali się przekupić mediom, niewpuszczanym na potencjalnie skażony teren, pokazywały ludzi leżących w łóżkach, na podłogach, na ulicach. Ludzi o twarzach wykrzywionych przez cierpienie i utopionych we własnych wymiocinach. Oddelegowani z miast najbardziej doświadczeni lekarze próbowali uratować tych, którzy najlepiej rokowali. Bezskutecznie. Ostatecznie umierali wszyscy, a pokonani medycy wracali do domów. Sądzę, że towarzyszyło im poczucie porażki, ale przede wszystkim ulgi, że zaraza ich oszczędziła.
Oglądałem te relacje z fascynacją i należytym obrzydzeniem. Zawodowa ciekawość brała górę nad rozsądkiem, który mówił: dość było makabry w twoim życiu, ta sprawa cię nie dotyczy. Moje serce podpowiadało coś zupełnie innego.
Prawda jest taka, że szukałem czegoś znajomego. Gdy dowiedziałem się o pierwszej wsi, dostałem okropnej migreny. Przy drugiej – chyba omdlałem, bo najpierw oglądałem wiadomości, a chwilę później leciał jakiś film z Johnem Travoltą. Przy kolejnych relacjach reakcje mojego organizmu nie były aż tak gwałtowne, jednak czułem, że te wydarzenia są ważne. Miałem pewne podejrzenia, ale śmierci, choć podobne, były jednocześnie przerażająco odległe od tego, z czym chciałem je zestawić. W każdym kolejnym ujęciu szukałem potwierdzenia swoich przypuszczeń, ale nie było go tam. Mimo to łatwiej jest żyć z nadzieją, że któregoś dnia się uda, niż ostatecznie odpuścić.
Zimą, gdy padła siódma z wiosek, a ludzie przyzwyczaili się do tragedii, tajemnicza epidemia zniknęła z pierwszych stron gazet. Kto mógł, uciekł do miasta, kto nie mógł, nikogo i tak nie obchodził. Wieś to mniejszość, wieś to zaścianek – powtarzały wykształciuchy i ignorowały tragedie, które rozgrywały się w całej Polsce. To przykre, ale nie dziwię się im, bo i ja sam w końcu przywykłem. Jak długo można żyć w stresie i w niepokoju, przejmować się cierpieniem obcych, gdy w najbliższym otoczeniu ludzie walczą o przetrwanie? O dobrą pracę, o chleb, o kasę na wakacje, o uśmiech w kraju, który każdego potrafi kopnąć w dupę?
Też walczę.
Jest czerwiec, kończy się wiosna. Upał przyszedł w tym roku wcześnie, zniechęca do wychodzenia z domu, zwiększa popyt na zimne napoje. Siedzę przed telewizorem, jak codziennie po powrocie z pracy. Zgrabna dziennikarka w kusej sukience mówi o zarazie pustoszącej Polskę. Jej głos przepełnia ekstaza. Jakby dochodziła na wizji. Przez rwane kadry, częściowo przesłonięte filtrem – tak, by telewizja mogła udawać, że chroni prywatność ofiar, a jednocześnie by widzowie dostali dawkę makabry, jakiej pragnęli – przewijają się kolejni martwi ludzie leżący na łóżkach, fotelach, tapczanach i rozłożonych gdzie bądź materacach. Każdy kąt w gospodarstwach zasłany jest ludźmi, których wykrzywione twarze mówią jedno: umarli, cierpiąc.
Ciekawostka: gdy padały pierwsze wsie, każdy na ich terenie nosił specjalistyczne zabezpieczenia przed nieznaną chorobą. Dziś nikt się nie przejmuje. Zaraza zabija wszystkich, a potem znika, jakby nigdy jej tam nie było. Naukowcy nie znaleźli nic, przed czym trzeba się chronić. Rozpowszechnili teorię, że tajemniczy wirus umiera wraz z ostatnim nosicielem na danym terenie.
Gdy któryś z lewackich polityków w trakcie jednej z popularnych zimą debat – ten format ma szansę tylko zimą, gdy mieszczuchy skryte przed mrozem szukają rozrywki w domowym zaciszu – spytał, czemu padają kolejne wsie i jak bronić się przed nieznanym, naukowiec z ogromnym wąsem wzruszył ramionami i powiedział z pogardą:
– Zawsze ktoś gdzieś podróżuje. Przestańcie przyjmować przyjezdnych, to i przestaniecie roznosić zarazę.
Z tą argumentacją nikomu nie chciało się dyskutować. Nadchodziła wiosna, a wraz z nią budziło się życie. Śmierć nie pasowała do kwitnących kwiatów, policja nie miała czasu na masowe tragedie, gdy bezdomni i przestępcy wynurzali się ze swoich nor, by łamać prawo, a potem wszczynać awantury w trakcie przesłuchań albo udawać niewiniątka. Niektórzy twierdzili, że kradnąc, śpiąc i srając w publicznych windach, okazują sprzeciw obywatelski wobec polityków, sądów, konstytucji. Co bardziej szaleni mówili, że napędza ich marzenie o wolnej Polsce. Argumenty równie potłuczone co butelki po browarze, które zawsze walały się pod ich stopami.
Na ekranie telewizora obok dziennikarki pojawiają się różne osobistości, wiejscy lekarze, weterynarze, a nawet magicy. Telewizja wciąż walczy, by zainteresować widzów odgrzewanym kotletem. Każdy z zaproszonych gości powtarza jednak to samo: śmierć była długa i bolesna, a przyczyna zarazy – nieznana.
Ziewam, oczy mi się kleją.
Od samego początku oglądam wszystkie relacje, choć jestem nimi coraz mniej zainteresowany. To trochę tak jak z ulubionym serialem, który wraz z kolejnymi sezonami traci na jakości, ale przyzwyczajenia wygrywają. Równie dobrze w telewizji mogłoby lecieć M jak miłość, tak bardzo jestem zaangażowany w to, na co patrzę.
Dotychczas tylko jedna teoria przykuła moją uwagę i zapadła w pamięć. Jakoś na początku wiosny wiejska szeptucha, nie zważając na nerwowy śmiech dziennikarki, ogłosiła: "Nadeszła Morowa Dziewica!". Pamiętam, że chwyciłem wtedy za pilota, by podgłośnić, ale wariatkę szybko zdjęto z anteny. Nie wierzę w Boga ani demony, ale przyjemna jest myśl, że dla niektórych magia wciąż istnieje. Wolałbym, by mój syn wierzył w zbyt wiele, niż zmagał się z cynizmem jak ja. Może wtedy nasze życie wyglądałoby inaczej.
*
Znaleźli mnie późną jesienią, tego samego dnia, gdy w Adamowie po raz ostatni urodziło się żywe cielę. Podobno bujałam się na huśtawce w strugach deszczu, niezrażona szalejącymi wokół piorunami i wiatrem, który niósł zapach zgnilizny. Wyglądałam, jak to określiła sołtysowa, "jak siedem nieszczęść". Moje długie czarne włosy były splątane i pełne liści, jakbym godzinami biegła przez gęsty las. Drobne dłonie szczelnie okrywała skorupa z błota, a pod przydługimi paznokciami czerniły się księżyce brudu.
Sołtysowa wracała wtedy z pracy, była dyrektorką jedynej szkoły we wsi, podstawówki.
– W tak małej wsi jak Adamowo powinno się robić wszystko to, co się potrafi – tłumaczyła mi dumna ze swojej pracowitości, zaganiając mnie tak, jak pies zagania owce.
Tylko że ja nie szłam do zagrody, ale do jej domu. Zza firanek sączyło się ciepłe światło, w słowach kobiety rozkwitała miłość. Pomyślałam, że jej dom może stać się moim domem, i odważnie przekroczyłam próg.
Odkąd przebudziłam się na środku pola, dręczył mnie zapach zgnilizny i rozkładu. Uciekałam przed nim tak długo, aż zmęczona przysiadłam na huśtawce. Wiatr mnie rozbujał, a ja próbowałam zrozumieć, kim jestem. We wspomnieniach była tylko ciemność... W domu sołtysowej unosił się zapach pieczonego ciasta. To on przegnał smród, który doprowadzał mnie do szaleństwa.
Z pierwszych dni u sołtysowej pamiętam niewiele. Wiem, że gdy mnie znalazła, miałam na sobie białą sukienkę, lecz ostatni raz ją widziałam, kiedy z pomocą sołtysowej i wezwanych przez nią innych kobiet rozbierałam się do kąpieli. Myślę, że uprały ją i podarły na szmatki. W Adamowie nic się nie marnowało. Mnie przynieśli miękkie szare spodnie i szarą, nijaką, lecz ciepłą bluzę.
– Jesień coraz bliżej, dziecko. To już nie pora na sukienki – wyszeptała któraś z licznych kobiet pomagających mi zrozumieć, jak włożyć nogi w nogawki i czym jest zamek błyskawiczny.
Pytali wielokrotnie: kim jestem, skąd się wzięłam, gdzie są rodzice? Czy mnie porzucono, czy sama uciekłam? A może ktoś zrobił mi krzywdę?
Na początku nie rozumiałam żadnego z tych słów, ale uczyłam się szybciej niż niejedno zdolne dziecko. I zapamiętywałam absolutnie wszystko, co mówią, dzięki czemu z czasem uzupełniłam luki w nielicznych wspomnieniach z tych pierwszych dni. Ich słowa układały się w dźwięczną melodię, a jej rozszyfrowywanie z każdą chwilą sprawiało mi coraz mniej trudności.
Mijały dni.
Zamieszkałam z sołtysową. Wiem, że na początku wszyscy miejscowi szukali moich rodziców. Kilku mężczyzn pojechało do okolicznych miasteczek wypytywać ludzi, czy nikomu nie zginęła córka. Rozwiesili też plakaty – była na nich moja twarz. Zdjęcie zrobione tuż po tym, jak sołtysowa zaplotła mi warkocze. Gdy ujrzałam swoje lico, poczułam, że w tym obrazku bardzo, bardzo czegoś brakuje. Nie wiedziałam czego.
Kolejne dni zlewały się w jeden, a przez dom sołtysowej przetaczali się ludzie. Nie było ich wielu, ale pojawiali się tu często. W końcu nauczyłam się rozpoznawać lokalnego piekarza, sklepikarkę, właścicielkę maleńkiej kawiarni, księdza i jeszcze kilka osób, których twarze zapisałam w swojej pamięci, choć ich znaczenia dla społeczności nie do końca pojęłam. Jednak w tym barwnym tłumie nie znalazł się nikt, kto przybyłby po mnie. A sołtysowa, choć wciąż powtarzała, że powinnam trafić do opieki społecznej, przygarniała mnie coraz bardziej, oferując najpierw kawałek materaca w salonie, a potem pokój.
– Niech się nie interesują, bo kociej mordy dostaną – mawiała.
W końcu przywykła do tego, że jestem niemową. Przywykli też inni, którzy przestali widzieć we mnie problem, a zaczęli – nowe ręce do pracy. A co niektórzy szeptali o tym, że wśród młodych brakuje kobiet do rodzenia, jakby to, że jestem dziewczynką, definiowało już moją przyszłość. Nazwali mnie "ich Cyganeczką", bo jak Cyganka miałam skórę o zakurzonym odcieniu i jak Cyganka byłam znikąd. Albo zewsząd, w zależności od tego, kto mówił.
Przywykli też do innych moich cech, które na początku nazwano niepokojącymi, a potem stały się już tylko dziwne. Na przykład martwiło ich to, że nie pozwalam się dotknąć żadnemu z dzieci. Chcieli, bym się zintegrowała z rówieśnikami, bawiła z nimi. I choć z czasem odkryłam przyjemność płynącą z zabawy w chowanego czy podchody, nie pozwalałam, by moja skóra zetknęła się z inną dziecięcą skórą. Szeptali, że potrafiliby zrozumieć lęk dziecka przed dotykiem dorosłego. Ale lęk dziecka przed innym dzieckiem był czymś, co wykraczało poza ich pojmowanie świata. I szczerze mówiąc, ja też wtedy tego nie rozumiałam – wiedziałam tylko, że to jedna z najważniejszych zasad, którymi powinnam się kierować. Coś zapisane we mnie tak głęboko, że nie musiałam pamiętać, by wiedzieć.
Mieszkańcy Adamowa przywykli do mnie, do mojej nieznanej przeszłości i dziwnych nawyków. Na tym przywykaniu upłynęły nam reszta jesieni i cała zima. Uczyłam się nowych słów, odkrywałam przyjemności prostych zabaw. Zamieszkałam w domu sołtysowej – kobiety, która pierwsza wypatrzyła mnie wśród strug deszczu, na jednej z rozszalałych na wietrze huśtawek. Kobiety, która mimo artretyzmu i starych kości wybiegła z samochodu z parasolem i milczącą zaprosiła mnie pod swój dach. Mieszkańcy Adamowa także nauczyli się mnie widzieć i traktować "jak swoją". Starsze panie czasem wysyłały po jakieś sprawunki, sąsiadki wymieniały się ploteczkami, które miałam przekazać sołtysowej (jakby zapominały, że nie mówię, albo uznały, że łączy nas magiczna nić telepatycznego porozumienia), mężczyźni proponowali cukierki.
Znalazłam rodzinę, która akceptowała mnie taką, jaka jestem. Nikt z nas nie wiedział, jaka jest moja prawdziwa natura.
*
W pracy pochłaniają mnie zwykłe, nudne przestępstwa. Przesłuchania, raporty, papierologia. Bójka w barze, kłótnia męża z żoną, która skończyła się podbitym okiem, stłuczka napędzana procentami i brawurą. W dużym mieście zajmowałyby się tym różne jednostki i wydziały. Ale mieszkam w pipidówie, jak brakuje ludzi, to i dochodzeniowiec robi za krawężnika. To moja pieprzona codzienność. Zawsze ostatni wychodzę z fabryki, zawsze też jako pierwszy się w niej pojawiam. Nie, nie jestem pracoholikiem. To mój sposób na odcięcie od natrętnych myśli. Mówią, że czas leczy rany, wierzyłem więc, że będzie ich coraz mniej. Tymczasem z każdym mijającym tygodniem rozdrapuję kolejne, co rusz odnajduję nowe powody, by się nienawidzić.
Z żoną rozmawiamy coraz rzadziej. Mijamy się w korytarzu, mówimy sobie "cześć", i tyle. Wcześniej jeszcze próbowaliśmy zagadywać: "Co słychać, kochanie?" albo "Jak ci minął dzień?". To była marna gra aktorska, bo gdy drugie próbowało udzielić odpowiedzi, pierwsze już nie słuchało. W końcu ograniczyliśmy się do przywitań. Spodziewam się, że wkrótce i tego nie będziemy robić. Po co strzępić język, gdy nic już nie ma sensu?
Kiedyś byliśmy doskonałą parą. Dobraliśmy się charakterami i temperamentami. Ja – policjant, który marzy o awansie i doskonale wie, jak to marzenie zrealizować. Twardy facet, zapewniający rodzinie dobrobyt. Ona – pani domu, choć niektórzy z obrzydzeniem mówili "kura domowa". Nie szukała pracy. Moja nienajwyższa, ale też nietragiczna pensja wystarczyła akurat na utrzymanie dwóch osób. Gdy rozmawialiśmy o przeszłości, wspominała, że nigdy nie kręcił jej feminizm. Nie chciała pracować na etacie. Ale nie była leniwa! Po prostu wolała dbać o dom i męża po to, by ten mógł spełniać swoje męskie obowiązki. Być ostoją dla całej rodziny.
Pasowało nam to. Potem urodził się Jasiek i nasze życie stało się wręcz nazbyt idealne...
Zawsze byłem katastrofistą, choć wolałem udawać, że to tylko racjonalizm. Ale gdy Jasiek obchodził ósme urodziny, gdy zdmuchiwał świeczki i tajemniczo się uśmiechał, poczułem się tak, jakbym tonął. Wtedy zwaliłem winę na piwo zbyt szybko wypite w palącym słońcu. Dziś wiem, że to był znak.
Tuż po Wielkiej Tragedii kłóciliśmy się z żoną codziennie. Przerzucaliśmy się winą, choć lekarz jasno powiedział: zawał serca. Prawdopodobnie przegapiliśmy sygnały, zrobiliśmy o jedno badanie kontrolne za mało, nie zadaliśmy wystarczającej liczby pytań. Za dużo myśli, za dużo wątpliwości, za dużo płaczu. To były główne powody, dla których wróciłem do pracy od razu po przymusowym urlopie. Chciałem, by moje uczucia zniknęły, cały chciałem zniknąć, a skupienie na pracy było równie dobre co ciąg alkoholowy. To był listopad, może nawet grudzień, w tamtym okresie wszystkie dni zlewały mi się w jeden. Dni w pracy też były identyczne – ci, których uważałem za dobrych kumpli, po prostu mnie unikali. Tak jakby żałobą dało się zarazić. Nienawidziłem ich wtedy, choć jednocześnie rozumiałem. Ja też nigdy nie byłem dobry w pocieszaniu. Lepiej odsuwać od siebie gówno, aż zaschnie i przestanie śmierdzieć.
Drugim z powodów mojego powrotu na etat było to, że żona zaczęła nazywać mnie pasożytem. "Spędzasz całe dni przed telewizorem, pasożycie" – mówiła. "Wziąłbyś się do roboty, obiecałeś o nas dbać. I chuj ci z tego wyszedł, gnido!" – krzyczała. Miała rację – obiecałem, że zawsze i wszędzie będę chronić swoją rodzinę.
Gówno z tego wyszło. Pozwoliłem ośmioletniemu synowi umrzeć na zawał serca.
*
Jest nas siedemnastka – dzieci w wieku ośmiu lat, choć gdy z nimi przebywam, mam przekonanie graniczące z pewnością, że tak naprawdę jestem dużo, dużo starsza. Sołtysowa powiedziała, że wyglądam na mniej więcej ten wiek. Wiejski lekarz, który mnie badał, przykładał dziwne zimne urządzenie do ciała i zaglądał do buzi, uszu i nosa, stwierdził podobnie. Podkreślił jednak, że dzieci dorastają w różnym tempie i może się mylić o rok, a nawet o trzy. Nie poświęciłyśmy tym obawom uwagi. Nie potrafię mówić, nie umiem też pisać – choć książki czytam coraz szybciej i z coraz większym zapałem – dlatego osiem lat to wiek wprost dla mnie idealny. Dzięki temu, że sołtysowa znalazła mnie jesienią (powiedziała, że jest "wrzesień"), mogę dołączyć do dzieci w pierwszej klasie. Stać się jedną z nich – pilną uczennicą. Nie wiem, czy szkoła jest miejscem dla mnie, ale skoro wszystkie dzieci w moim wieku tam chodzą, a sołtysowej tak bardzo zależy, to i ja bezgłośnie wyrażam aprobatę.
Gdy po raz pierwszy idę do szkoły, z nieba leją się strugi deszczu. Ostatnio ciągle pada. Sołtysowa ściska moją dłoń i powtarza:
– Nie bój się, będzie dobrze.
Nie umiem jej przekazać, że ja wcale się nie boję, że nie wiem, czy kiedykolwiek się bałam. Znam różne emocje, doświadczałam szczęścia, zadowolenia, miłości. Ale strach znam tylko z ludzkich opowieści. Wiem, że wykrzywia on twarz w grymas, który ujawnia zwierzęcą naturę człowieka. Wiem, że wielu osobom zaciska gardło, tak że wydają z siebie tylko nieartykułowane dźwięki. Innych strach zmusza do wrzasku, przeraźliwego wrzasku, o który wcześniej siebie nie podejrzewali.
Strach jest obcą mi emocją, ale ponieważ sołtysowej tak bardzo zależy, bym go czuła – tylko po to, by mogła mnie pocieszać – wczuwam się w rolę. Zaciskam usta w wąską kreskę, lekko drżę na całym ciele. Idę trochę wolniej, niżbym chciała, przez co sołtysowa musi mnie poganiać.
Budynek szkoły jest niewielki, to właściwie murowana kostka z kilkoma oknami. W środku są trzy izby, muszą pomieścić wszystkie klasy. Sołtysowa, która jednocześnie jest dyrektorką, wprowadza mnie do jednego z pomieszczeń, mówi dzieciom, że przyprowadziła im nową koleżankę, a nauczycielce, by o mnie zadbała, bo jestem trochę wycofana. A potem znika za drzwiami.
Szesnaście par oczu wwierca się we mnie z zainteresowaniem. Nie wiem, jak się zachować, więc unoszę dłoń, jak widziałam niedawno na filmie o królowej. Lekko nią obracam, w lewo i w prawo, to chyba nazywa się machaniem. Dzieci wybuchają śmiechem, ja spuszczam rękę zawstydzona, nauczycielka je strofuje, powtarza, że jestem nowa w Adamowie i powinny o mnie zadbać.
– Jest waszą nową przyjaciółką – mówi, ale ja nie widzę w ich oczach chęci zaprzyjaźnienia się ze mną, tylko mieszaninę strachu i ciekawości.
Nie czekając na wskazanie ławki, sama wybieram tę w ostatnim rzędzie, w której nikt nie siedzi. Gdy idę przez klasę, ktoś próbuje mnie dotknąć, ktoś inny podkłada mi nogę. Nauczycielka znów krzyczy, powtarza, że na pewno potrzebny jest czas, byśmy się polubili, ale już wkrótce będziemy się razem bawić na szkolnych korytarzach.
To kłamstwo przykuwa moją uwagę. Szkoła nie ma korytarzy, jest tylko niewielki przedsionek prowadzący do wszystkich klas. Po co kłamie?
Zdekoncentrowana, prawie się potykam, gdy nie zauważam leżącego na ziemi tornistra. Wtedy do mnie dociera, że wszystkie dzieci mają ze sobą różne torby, i przypominam sobie, że sama mam coś na plecach. Dochodzę do wybranej przeze mnie ławki, niezgrabnie stawiam plecak przed sobą i zaczynam rozpinać klamry – chwilę trwa, nim zrozumiem, jak działają. To sołtysowa mnie pakowała.
– Ona w ogóle nie mówi? – słyszę głos chłopca z pierwszej ławki.
– Karol, nieładnie tak pokazywać palcem! – wybucha nauczycielka.
Podnoszę wzrok na krótką chwilę. Karol jest blondynem o błękitnych oczach i wyjątkowo szpetnym nosie. Łapię jego spojrzenie i kręcę głową.
– O, ale rozumie! – stwierdza z ekscytacją. – Masz jakieś imię?
Wzruszam ramionami. Imię... To jest coś, co powinnam otrzymać od mamy. Od sołtysowej. Tymczasem odkąd mnie znalazła, nazywa mnie dziewczynką, kochaniem, słoneczkiem. To nie są prawdziwe imiona.
Coś na kształt smutku pojawia się na mojej twarzy. I w sercu.
– Mówmy na nią Cicha. Czytałam książkę o dziewczynce, która tak miała na imię. – Tym razem słyszę dziewczęcy głos.
Jestem zbyt zaabsorbowana klamrami, by sprawdzić, do kogo należy. Przez klasę przebiega pomruk aprobaty, kilka osób powtarza "Cicha, Cicha". To imię wywołuje we mnie przyjemne uczucie ciepła. Nauczycielka mówi:
– Co ty na to? Czy tak cię wpisać do dziennika? To starosłowiańskie imię, które nadawano niezwykle spokojnym dzieciom. Myślę, że idealnie do ciebie pasuje.
Podoba mi się. I kiedy kiwam głową na znak, że je akceptuję, klamry w końcu puszczają. A ja, ku uciesze dzieci, wyciągam z tornistra kolorowe babeczki. Piekłyśmy je z sołtysową cały poprzedni wieczór.
Okrzyk radości przebiega przez klasę, gdy częstuję każdego, pilnując, by nikt mnie nie dotknął.
– Jest spoko – mówi śliczna blondynka, biorąc ogromny kęs.
Pomruk aprobaty dobiega z każdego kierunku. Wiem, że mówi o babeczce, ale czuję, że jej słowa dotyczą także mnie.
Jestem częścią klasy. Jestem uczennicą.
*
Nikt nie lubi wieczornych zbiórek. To pomysł komendanta sprzed kilku miesięcy. Po jakichś warsztatach, na których uczył się, jak być lepszym szefem i motywować grupę, wymyślił, że oprócz porannej zbiórki musimy też robić wieczorną. Nikt z nas nie był zainteresowany – wieczorem kończyliśmy kwity, jeździliśmy do interwencji, standardowa bieżączka w terenie. A gdy wybijała osiemnasta, każdy od razu wracał do domu. Wieczorna zbiórka oznaczała, że po drodze trzeba było zahaczyć o komisariat. I nie można było się urwać nawet kilka minut wcześniej.
Komendant twierdził, że te zbiórki są po to, by mógł nas pochwalić. Byśmy wzajemnie się doceniali. "Chętni opowiedzą, co im dzisiaj wyszło. Reszta się zainspiruje" – mówił. Wiedzieliśmy jednak, co się święci. Wieczorne zbiórki nie były okazją do pochwał, tylko kolejnym momentem w ciągu dnia, gdy komendant mógł się na nas wyżyć za swoje niespełnione marzenie o stolicy. Cisnął po nas z ogromnym entuzjazmem. Wyzywał od nierobów, pasożytów, nieudaczników. Wyciągał nierozwiązane sprawy, nawet te sprzed kilku lat. Rzucał papierami. Raz cisnął nożyczkami w kierunku młodszego posterunkowego. Chłopakowi nic się nie stało, zdążył się uchylić, ale już nigdy więcej nie pojawił się w pracy.
Dziś było inaczej.
Gdy zamiast zaserwować nam codzienny wykład o naszym spierdoleniu, komendant spytał, kto chce ruszyć do kolejnej wsi, na którą spadła zaraza, oniemieliśmy. A potem nadeszła refleksja i kilka osób z oburzeniem wykrzyczało:
– Po co? To sprawy dla lekarzy!
– Epidemiologów!
– Znachorów!
Cichy chichot przeszedł po sali. W internecie pojawiało się coraz więcej teorii spiskowych o magicznym źródle problemu. Nie sądziłem jednak, że nawet wśród nas – bądź co bądź ludzi wykształconych – ziarno tej teorii może paść na podatny grunt.
Komendant uśmiechnął się chytrze. Czułem, że coś się święci. Uśmiechał się tylko wtedy, gdy chciał komuś z nas dopiec.
– Tym razem sytuacja wygląda inaczej... – Zamilkł, wykonał teatralny gest w stronę rzutnika. Na ekranie za jego plecami pojawiło się pierwsze zdjęcie. Szmer ucichł, usłyszałem muchę tłukącą się o szybę. – Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z morderstwem. Masowym.
Wstrzymaliśmy oddech. Makabra widoczna na fotografii przekraczała wszelkie normy. Kilku funkcjonariuszy zbladło, jeden młody wybiegł, krztusząc się w torsjach. Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz komendanta. Właśnie znalazł nowe ofiary do dręczenia przez najbliższe miesiące.
– To co, kto ma ochotę na wycieczkę?
Nie wiem, czemu to zrobiłem. Przeczucie? Intuicja? Głupota? Nie mam pojęcia. Ale to właśnie ja podniosłem rękę. Przecięła światło rzutnika i cień padł na ulicę zasłaną ciałami. Przyjął kształt śmierci, długiej czarnej postaci trzymającej kosę. Nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, czy naprawdę cichy okrzyk przetoczył się przez salę. Przecież wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że przy komendancie nie okazuje się słabości.
*
Wtapiam się. Mijają kolejne dni, tygodnie, a ja staję się częścią krajobrazu. Coraz rzadziej ludzie pokazują mnie palcem, już nie szepczą za moimi plecami. Z drzew spadają liście, a ja czytam książki z biblioteczki sołtysowej, oglądam telewizję, pochłaniam wiadomości. Uczę się nowych słów, poznaję ludzi, coraz częściej wiem, jak się zachować, by dostać to, czego potrzebuję. Nie nadużywam jednak tej umiejętności, bo zasadniczo mam wszystko, co jest dla mnie ważne: ciepłe łóżko, posiłek, uśmiech mamy i w klasie akceptację tego, że zawsze milczę, gdy reszta podejmuje najtrudniejsze na świecie decyzje wieku dziecięcego: berek czy ciuciubabka, guma różowa czy błękitna, Cola czy oranżada, podchody, a może klasy? Każda z tych rzeczy jest dla mnie obca, ale wystarcza kilka minut, bym ją zrozumiała. Co jakiś czas więc dzieci pytają: "Na pewno nigdy w to nie grałaś? Może tylko nie pamiętasz?", a ja wtedy wzruszam ramionami.
Nauczyłam się, że lekkie uniesienie i opuszczenie ramion to najprzydatniejszy gest ludzkości. Wyraża dokładnie to, czego pytający oczekuje – czasem tak, czasem nie, a najrzadziej nie wiem. Bo choć zwykle chcę przekazać to ostatnie, to egocentryzm większości ludzi pozwala na szerszą interpretację.
Moje ciało mówi "nie wiem", a mój świat rozrasta się o nowych sąsiadów, nowe koleżanki, nową wiedzę. I martwi mnie tylko jedna rzecz: im bardziej staję się częścią społeczności, tym bardziej czuję, że na to nie zasługuję. Ale wspomnienia wciąż nie wracają.
*
Obudziłem się na kacu, choć alkoholu nie miałem w ustach od dnia Wielkiej Tragedii. Wcześniej dużo piłem, lubiłem to uczucie oderwania od rzeczywistości. Lubiłem to, że choć przez chwilę niczego się nie bałem i za niczym nie tęskniłem... Gdy po śmierci syna ten jeden jedyny raz zechciałem się upić, odkryłem, że alkohol nie zawsze jest miły. Gdy naprawdę się cierpi, pijaństwo nie daje zapomnienia, tylko budzi demony. Przed Wielką Tragedią pijany byłem uroczy i zabawny. Po – stałem się agresywny, skory do bójki, ohydny. Nie potrzebowałem alkoholu, by nienawidzić siebie jeszcze bardziej.
Jednak noc rządziła się swoimi prawami. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że sny o piciu potrafią dawać równie rzeczywiste efekty co prawdziwe upijanie się do nieprzytomności. Tego konkretnego koszmaru nie śniłem od dawna, choć przeczuwałem, że kiedyś powróci. Ból głowy i suchość w ustach przywitałem jak dawno niewidzianego przyjaciela. Umyłem zęby w ciemności, by nie wzmacniać migreny, opanowałem wymioty, ogoliłem się niezdarnie. Wyszedłem z sypialni jak co dzień, nie chciałem budzić żony. Jednak dziś wyjeżdżałem za miasto, być może na dłużej. Resztki przyzwoitości zmusiły mnie, bym zostawił liścik na stoliku nocnym. W dawno zapomnianym odruchu ucałowałem żonę w czoło. Zmarszczyła je, coś wymamrotała, obróciła się na drugi bok. Wiedziałem, że ją też dręczą demony, choć dziś wydawała się wyjątkowo spokojna. Po cichu, jak co dzień, nasypałem kawy – nigdy nie uruchamiałem ekspresu z rana, bo dźwięk mielenia ziaren zerwałby na nogi armię nieboszczyków – i poczekałem, aż woda zawrze.
Po piętnastu minutach, wciąż walcząc z sennością i mdłościami, byłem gotów do pracy. Dom odziedziczyłem po rodzicach, nie czułem więc parcia, by zarobić na coś własnego. Spanie w sypialni, w której kiedyś spali moi rodzice, a wcześniej dziadkowie ze strony taty, dawało mi poczucie ciągłości rodu. Gdy leżałem na łóżku i patrzyłem na niewielkie plamy na suficie, myślałem o tym, że mój ojciec i dziadek też na nie patrzyli. Dawało mi to nadzieję, że życie może jednak ma sens.
Słońce dopiero wychylało się zza horyzontu, gdy wyprowadzałem moje stare Audi z garażu. Od dawna chodziłem do pracy pieszo – mieszkaliśmy w bezpiecznej dzielnicy, jakiś kilometr od komisariatu.
Lubiłem te codzienne przebieżki, gdy na chwilę zapominałem o nienawiści do siebie i podziwiałem niezmienność krajobrazu – na naszym osiedlu kwiaty zawsze były zadbane, a trawniki równo przycięte. Dzięki tej rutynie choć przez chwilę wierzyłem, że istnieje jakiś ład we wszechświecie.
Chciałem wyruszyć już wczoraj, ale gdy znaleźliśmy się z komendantem w jego gabinecie, by omówić szczegóły delegacji, zrozumiałem, jak bardzo dałem się wkopać. Na moją propozycję komendant zakwiczał, jak to potrafią tylko mężczyźni, których tusza ogranicza ruchy przepony.
– Nie przeginaj – powiedział. – Nie będę ci płacił dodatku za nockę, nawet na to nie licz. Jutro będą tak samo martwi.
Otworzyłem usta, by powiedzieć coś o tym, że w sprawach o morderstwo liczy się każda minuta. Według statystyk, im później zaczniemy działać, tym mniejsze szanse na wykrycie sprawcy. Nie dał mi dojść do słowa:
– Zresztą – zaciągnął się papierosem, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że w biurze nie wolno palić – nie jesteś detektywem prowadzącym. Kazali nam wysłać wsparcie, więc wysyłam ciebie. Wyluzuj, pojedź jutro, zrób kilka notatek i nikomu nie zachodź za skórę. Tyle wystarczy.
Jego wąskie usta wykrzywiał uśmiech. Wiele lat temu, nim żona zostawiła komendanta dla dobrze zapowiadającego się komisarza z Warszawy, byliśmy naprawdę zgraną drużyną. Nasza jednostka odnosiła sukcesy, dostawaliśmy nawet jakieś nagrody od burmistrza. Dzisiaj dawne osiągnięcia nie miały żadnego znaczenia – komisariat był łajbą walczącą o przetrwanie, a my trwaliśmy na niej, bo każdy z nas doświadczył w życiu dość, by nie mieć sił na kolejne zmiany. A młodzi gniewni, którzy powinni przejąć schedę po starych wkurwionych? Wszyscy, dosłownie wszyscy wyjeżdżali do dużych miast. W końcu w dziesięciotysięcznym miasteczku nic ekscytującego nie ma prawa się wydarzyć. Ci nieliczni, którzy zostali, byli tymi samymi, których pijanych wywlekałem za szmaty z rozbitych aut. Najgorszy sort.
Komendant mruknął, jakby czekał na reakcję. Nie miałem nic do powiedzenia. Od razu zrozumiałem, gdzie jest moje miejsce: jak zwykle w tle, z dala od fotoreporterów i mikrofonów. To tylko upokarzająca delegacja do doraźnej grupy operacyjno-procesowej. Miałem deptać po śladach policyjnej gwiazdy. Też kiedyś marzyłem o robieniu kariery. Ale potem umarł Jasiek i wymierzanie sprawiedliwości w świecie, w którym los sobie z ciebie zakpił, straciło dla mnie sens.
Zgłosiłem się do tej sprawy, bo jak pies gończy poczułem trop, który rozpalił iskrę. Komendant zdusił płomyczek, nim ten jeszcze dobrze się zatlił. Zgasił go tak samo jak papierosa, wcierając niedopałek w brudny, zadeptany dywan.
To był koniec rozmowy. Wróciłem do domu, spakowałem walizkę i poszedłem spać w ciuchach. Uczucie porażki było dojmujące.
Dziś jednak coś na nowo rozbudziło we mnie nadzieję. Może to piękny wschód słońca, który na nowo uczyłem się zauważać? A może ciepło skóry żony, wciąż wyczuwalne na moich ustach? Dawno nie okazywaliśmy sobie czułości. Może po powrocie zabiorę ją do kawiarni? Tak bardzo lubiła ptysie. A ja lubiłem patrzeć, jak próbuje je elegancko zjeść, by ostatecznie mieć cały nos umorusany w kremie.
W lusterku wstecznym obserwowałem, jak słońce wschodzi nad naszym domem. W porannym świetle różowy kolor elewacji, wybrany przez żonę, a przeze mnie z trudem zaakceptowany, sprawiał, że nasz dom wyglądał naprawdę pięknie.
Ruszyłem na zachód. Czekała mnie godzina jazdy wąskimi lokalnymi ulicami.
Nie jestem sentymentalny i nie wierzę w znaki, ale gdy gęstniejące drzewa przesłoniły mi krajobraz, a samochód znów pokryła poranna rosa, poczułem się tak, jakbym nagle znalazł się bardzo, bardzo daleko od ostatniej osoby, której jeszcze na mnie zależało, i już nigdy miał do niej nie wrócić.
*
– Idź, pobaw się z innymi dziećmi – mówi sołtysowa.
Wszystkie jej polecenia wykonuję bez sprzeciwu, bo wiem, że chce dla mnie jak najlepiej. Wyciąga dłoń, głaszcze mnie po twarzy. Wbrew sobie – wzdrygam się. Nie chcę jej odtrącać, ale nawet tak czuła pieszczota sprawia mi dyskomfort.
– Przepraszam – szepcze. – Nie mogę się przyzwyczaić, że nie lubisz dotyku. Moja Kasieńka – wskazuje głową w kierunku stojącego na kominku zdjęcia – uwielbiała się przytulać, gdy była w twoim wieku. A teraz patrz, jaka panna! Robi doktorat w Warszawie! Taka dumna z niej jestem – podkreśla. Na jej ustach pojawia się uśmiech, ale nie dosięga oczu.
Mieszkam tu już ponad miesiąc i coraz lepiej zaczynam rozumieć, że ludzie rzadko mówią prawdę. A prawda jest taka, że Kasieńka od lat nie odwiedziła starzejącej się matki.
– No, idź! Korzystaj z pogody, to ostatnie takie dni! – pogania mnie energicznie sołtysowa. W ciągu sekundy z jej twarzy znika melancholia, a na jej miejscu wykwita ten prawdziwy, łagodny uśmiech, który nakłada specjalnie dla mnie.
Chciałabym ją przytulić, chciałabym podziękować za to, że mnie przygarnęła, pozwoliła mieszkać w pokoju obwieszonym plakatami zespołów z lat dziewięćdziesiątych, dała ciepłą strawę i zaprosiła do swojej rodziny. Tak bardzo chciałabym jej powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczy. Ale nie mogę. To za trudne. Dlatego uśmiecham się, mam nadzieję, że promiennie – ćwiczyłam ten uśmiech przed lustrem przez cały poranek – i wychodzę na podwórze.
Nie zastanawiam się, gdzie znajdę inne dzieci. Wieś jest malutka, zabudowania stoją wzdłuż drogi. Na jednym końcu znajduje się kościół, na drugim szkoła. A przy szkole – boisko i plac zabaw. Właśnie tam kieruję swoje kroki. W filmie, który wczoraj oglądałam z sołtysową, dzieci właśnie tak spędzały wolny czas: bawiąc się na huśtawkach i karuzelach, kopiąc piłkę, śmiejąc się.
Nawet gdybym nie wiedziała, gdzie jest plac zabaw, usłyszałabym go. Miejsce przepełnia gwar, kolorowy metal trze o metal, łańcuchy skrzypią, a krzyki i śmiechy tworzą przyjemną kakofonię. Stoję przez chwilę przy płocie, zastanawiając się co dalej, gdy dostrzega mnie dziewczynka z rudymi warkoczami. Nie znam jej, musi więc być z innej klasy. Wskazuje na mnie dłonią, krzyczy coś do koleżanek na zjeżdżalni i już po chwili otacza mnie wianuszek roześmianych dziewczynek.
– Ty jesteś ta nowa – pyta, a właściwie to stwierdza rudowłosa, na co przytakuję.
Próbuję się uśmiechnąć, chyba wychodzi, bo dziewczynka też się uśmiecha i wyciąga w moim kierunku dłoń.
– Zosia jestem!
Nie wiem, co zrobić. Tak bardzo, bardzo, bardzo chcę się z nimi zaprzyjaźnić, ale wiem, że nie mogę jej dotknąć. Na szczęście z kłopotu wybawia mnie śmiech Zosi.
– Ajć, przepraszam! Mam całe ręce w lodach! – Wyciera dłonie o różową sukienkę, ale już nie próbuje mi ich podawać. Zamiast tego przedstawia resztę ekipy: – To Magda, Ania i Jagódka. Nie potrafisz mówić?
Tym razem zaprzeczam za pomocą ruchów głowy. A może powinnam potwierdzić? Chyba niepotrzebnie się martwię, bo Zosia przygląda mi się z zaciekawieniem.
– Skąd się tu wzięłaś? To znaczy w Adamowie, bo mama mówiła, że mieszkasz u sołtysowej.
Wzruszam ramionami na znak, że nie mam pojęcia. Dziewczynki przyglądają mi się z rosnącym zaciekawieniem, a ja czuję się tak, jakby właśnie ważyły się moje losy. Staram się wyglądać jak najbardziej uroczo, choć do końca nie wiem, co to miałoby oznaczać. Chyba działa, bo po chwili, która wydaje się wiecznością, Zosia pyta:
– Chcesz się z nami pobawić?
Czuję się tak, jakby otworzył się przede mną wszechświat wspaniałych możliwości.
*
Droga jest wyboista i wije się między coraz gęściej rosnącymi drzewami, by nagle wypuścić mnie na otwarty teren. Palące słońce razi w oczy, gdy hamuję i wykonuję kilka niezbornych ruchów, wymijając ogromną gałąź leżącą na środku mojego pasa ruchu. Z czego pojęcie "mój pas" jest mocno na wyrost, bo asfalt tutaj jest stary i wyblakły, bez śladu po linii ciągłej lub przerywanej. W końcu moje oczy przyzwyczajają się do światła i znów przyspieszam do zawrotnych sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Sądzę, że gdybym odważył się na tych dziurach na siedemdziesiątkę, moje stare auto rozpadłoby się na kawałki.
Przede mną roztacza się widok na złociste pola, po moich obu stronach rosną pojedyncze drzewa. Grubość ich pni sugeruje, że są znacznie starsze ode mnie, a sposób, w jaki układają się w idealne linie, znaczy, że ktoś kiedyś widział powód, by właśnie w tym miejscu stworzyć aleję drzew. Myślę o człowieku, który gołymi rękami sadził drzewa i wierzył, że któregoś dnia zachwycą podróżnika. Myślę też o tych wszystkich ludziach, którzy rozbili się właśnie o takie drzewa, rosnące zbyt gęsto i zbyt blisko szosy. Jak na zawołanie mijam skromny drewniany krzyż wbity w ziemię tuż pod jednym z dębów. Pali się przy nim świeczka.
Zatrzymuję się na poboczu, mówiąc sobie, że chcę tylko rozprostować kości, ale ciekawość jest silniejsza. Śmierć mnie przyciąga, dlatego podchodzę do krzyża i czytam wyryte na nim imię i daty. Mężczyzna, zginął, mając dwadzieścia jeden lat. Czarny kask motocyklowy zawieszony na niskiej gałęzi sugeruje, że rozbił się tutaj motorem.
Miał szansę żyć. Żył dłużej od mojego synka, dłużej o trzynaście lat! Mógł docenić to życie, mógł zrobić tak wiele dobrego, a wybrał śmierć! Współczuję rodzicom, którzy opłakują tego gnojka i jego złe decyzje. Mój syn przynajmniej nie umarł z własnej winy.
Wracam do auta, ruszam z piskiem opon. Podskakuję przestraszony, gdy w samochodzie rozlega się kobiecy głos. Auto wpada w dziurę i jeszcze kilka razy podrzuca mnie na wybojach. Głos należy do spikerki – radio właśnie złapało zasięg. Poznaję ją – to ta sama, która z wypiekami na twarzy wielokrotnie nadawała prosto z miejsc zarazy. Teraz też jej głos ocieka ekscytacją, gdy mówi:
– Dotarliśmy do Adamowa, niewielkiej wsi położonej na Kaszubach. Tajemnicza zaraza także tutaj zebrała żniwo. Tym razem sprawa jest...
Przerywam jej w pół słowa. Szukam innej częstotliwości, w końcu po kilku obrotach gałką trafiam na radio grające stare przeboje. Nucę cicho piosenkę z mojej młodości i robię wszystko, by odciąć się od brzęczącego mi w głowie głosu dziennikarki. Pokusa, by wysłuchać jej relacji do końca, jest olbrzymia. Naprawdę chciałbym wiedzieć, co się wydarzyło w Adamowie, jak wygląda tamtejszy krajobraz, jakie są plotki i podejrzenia. Powstrzymuję jednak ciekawość, bo w każdej sprawie, czy to o morderstwo, czy skradziony rower, kieruję się jedną zasadą: najpierw własne wnioski. Muszę obejść teren, obwąchać wszystkie kąty, pozwolić, by kilka hipotez pojawiło się w mojej głowie. Dopiero wtedy, gdy wiem, co sam myślę na dany temat, pozwalam, by osądy innych wzbogaciły moje postrzeganie rzeczywistości. Nigdy na odwrót.
W końcu, po kolejnych kilkudziesięciu minutach jazdy, dostrzegam zarys budynków na horyzoncie.
Dodaję gazu, na co auto wydaje cichy pomruk. Rzuca mną na wybojach, ale już to czuję, już wiem, że to sprawa dla mnie. Wciąż uczę się słuchać instynktu, bo gdy raz go zignorowałem, zdarzyła się Tragedia.
Z podglądu, który teraz wyświetla się na moim GPS-ie, wiem już, że to zwykła ulicówka. Budynki stoją wzdłuż drogi, jak goście na weselu robiący szpaler dla pary młodej.
Tutaj wszyscy goście zaliczyli zgon.
*
Gdy ostatnie jesienne liście straciły kolor, nadeszła zima. Piękna kobieta w białej sukni i futrze z białego lisa tańczyła pośród mieszkańców Adamowa, a z jej ramion spadał biały brokat. Patrzyłam na taniec jak urzeczona. Próbowałam dołączyć, ale gdy tylko zbliżałam się do jej wirującej sylwetki, ona nagle znajdowała się kilka metrów dalej, między drzewami, za rogiem, pod markizami. Śmiała się przy tym promiennie, a każdy jej głębszy oddech porywał brokat do wirującego tańca. Wirowałam razem z nim.
Potem sołtysowa powiedziała mi, że jeszcze nigdy w życiu nie widziała, by ktoś tak pięknie jak ja cieszył się z nadejścia Zimy.
*
– Tu nie wolno parkować! – krzyczy młody mężczyzna w mundurze, nim jeszcze zdążę wyłączyć silnik.
Przyglądam mu się z rezerwą: rozchełstana koszula nie świadczy dobrze o jego podejściu do pracy. Ale z nieba leje się żar, a mężczyzna dźwiga zdecydowanie zbyt wiele kilogramów. Kolor jego twarzy upodabnia go do prosiaczka.
Wysiadam z samochodu. Niespiesznie.
– Wynocha! Teren zamknięty! – Podbiega i wrzeszczy mi prosto w twarz. Kropelki jego śliny lądują na moich policzkach.
Powtarzam sobie, że on tylko wykonuje swoją pracę, ale czuję jakąś obrzydliwą, pierwotną potrzebę udowodnienia, kto tu rządzi. Dlatego bez słowa wyciągam odznakę i prawie przyklejam mu ją do twarzy. Widzę, że czyta, a po chwili marszczy czoło. Małe oczy przypominają teraz dwie cienkie kreski.
– Nic o tym nie wiem. Dzwonię do szefa. Pan się nie rusza! – rzuca na odchodne i wraca do stolika.
Dopiero teraz się orientuję, że to, co wziąłem za stół piknikowy, jest prowizorycznym biurkiem naszego dzielnego ochroniarza. Prycham z dezaprobatą, ale nigdzie się nie ruszam.
Zaczynam się niepokoić. Już komendant mnie uświadomił, że mam być tylko wsparciem, zapchajdziurą. Zaakceptowałem to. Tymczasem widzę, że sprawy mają się gorzej, niż sądziłem. Nikt nie poinformował ekipy pracującej we wsi, że przyjedzie ktoś z zewnątrz. A to może oznaczać dwie rzeczy.
Albo w Adamowie jest ogromne zamieszanie w związku z poszukiwaniem mordercy i informacja zaginęła w trakcie przekazywania od jednej osoby do drugiej. Albo kierujący tym bałaganem detektyw nie ma pojęcia, że podrzucono mu kogoś z zewnątrz. Kogoś, kto będzie mu patrzył na ręce.
Pierwsza opcja jest obiecująca, druga oznacza rozgrywki polityczne. Nudząc się, wygrzebuję z portfela monetę i ją podrzucam. Orzeł – zamieszanie. Reszka – polityka.
Wtem słyszę młody, dynamiczny głos. Zza jednego z licznych białych parawanów, które rozstawiono, by przypadkowym gapiom odciąć widok na miejsce zbrodni, wychodzi mężczyzna. Woła do mnie, nim jeszcze mnie zobaczy:
– Nareszcie pan jest! Wezwaliśmy pomoc, ale przyznam, że liczyliśmy na dodatkową ekipę kryminalistyczną, więcej rąk do pracy, może nawet egzorcystę! – Mężczyzna się śmieje. Jest młodszy, niż sądziłem. Jego blond włosy i młodość przywodzą mi na myśl Justina Biebera. Podaje mi rękę, ściskam ją najsilniej, jak potrafię. Odwzajemnia. Walka kogutów. – Ale cieszę się, że przysłali kogokolwiek. Inne komisariaty odmówiły, tłumacząc się brakiem kadry i natłokiem bieżących spraw. – Usta detektywa wykrzywia szyderczy uśmiech.
Wiem, co myśli. Natłok spraw w miasteczku z kilkunastoma tysiącami mieszkańców. Dobre sobie. Zerkam na monetę, którą wciąż trzymam w dłoni. Reszka.
– Mnie też miło pana poznać. Nie jestem egzorcystą, ale zrobię, co w mojej mocy, by przegnać tutejsze demony. Robert.
– Kamil. No to chodź. Jestem ciekaw, co o tym myślisz.
Kamil odsłania białą przegrodę, a mnie ukazuje się widok, na który mimo najszczerszych chęci nie mogłem być przygotowany.
*
Moje nowe przyjaciółki faktycznie były starsze. Gdy sołtysowa po raz pierwszy zobaczyła nas razem, posmutniała.
– Lubisz je? – spytała w trakcie kolacji.
Akurat odkrywałam nowy, zupełnie nieznany mi smak – śledzie w oleju – i zastanawiałam się, co czuję. Pomyślałam więc, że sołtysowa pyta właśnie o śledzie, dlatego wzruszyłam ramionami.
– Są starsze od ciebie. Tak mi się wydaje... – Westchnęła. Musiała dopaść ją jakaś wstrętna myśl, bo zmarszczyła czoło i wygięła usta w podkówkę. Cały blask, którym mnie codziennie obdarowywała, zniknął. – Na pewno masz osiem lat?
Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, ile mam lat ani skąd jestem. Nie wiedziałam nic na swój temat poza tym, że w ostatnich dniach wszystko wydawało mi się znajome. W jednej z książek znalazłam definicję tego uczucia: déja vu. Moje dziecięce życie to było jedno wielkie déja vu.
– No tak, skąd to możesz wiedzieć... – Sołtysowa mówiła dalej, jak gdyby sama do siebie.
Przeżułam kolejny kęs śledzia. Wydałam werdykt: smaczny.
– Może jesteś po prostu niska? Może źle cię oceniliśmy?
Wstałam, podeszłam do ściany, na której różową kredą zaznaczyłyśmy wzrost mój i sołtysowej. Moja kreska była mniej więcej w połowie wysokości, którą wyznaczała kreska sołtysowej.
Śmiech rozpogodził jej oblicze. Znów była moją nową mamą.
– Wiesz co? To nieważne. Jeśli je lubisz, jeśli dobrze się z nimi czujesz, to się z nimi baw. Są cztery lata starsze, ale może właśnie takich przyjaciółek potrzebujesz.
Dlatego przez całą zimę bawiłam się z Zosią, Magdą, Anią i Jagódką. Spędziłam z nimi wszystkie wolne wieczory, oglądając seriale, które zdecydowanie nie były odpowiednie dla ośmiolatki. Hitem był Wiedźmin, opowieść o białym wilku i demonach tkwiących w lasach. Gdy one zachwycały się urodą Geralta, ja śmiałam się z absurdów przedstawionych tam postaci. Rusałki były płaskie jak papier. Strzygi? Nudne i bez wyrazu. Demony? Litości, zero życia i emocji. Bawiłam się wyśmienicie, bo serial budził we mnie kolejne obrazy, szkice wspomnień, które po każdym seansie nadchodziły nocą. Biegałam w snach po lasach i równinach, wystawiałam twarz do słońca i kąpałam się w deszczu. A ramię w ramię ze mną biegła kobieta, którą kochałam.
Jednak moje najlepsze przyjaciółki nie mogły wiedzieć, co wywołuje tak szeroki uśmiech na mojej twarzy. Uznały, że to miłość do Geralta, i nazwały mnie "taką samą beznadziejną romantyczką".
Te słowa wypaliły dziurę w moim sercu.
Nie byłam beznadziejna.
Gdy kończyła się zima i przymrozki odpuściły, znaleziono ich ciała w moim ulubionym stawie. Tam, gdzie razem chodziłyśmy karmić kaczki. Znów zostałam sama.
*
W cukierni – chyba jedynym miejscu, gdzie nie znaleziono zwłok – urządzono bazę. To właśnie tu mogłem usiąść przy niewielkim okrągłym stoliku, rozłożyć swój notes i zacząć myśleć. Myślenie o zbrodni było moją ulubioną częścią pracy policjanta – ekspresowo stawiałem hipotezy i wiele z nich się sprawdzało. Tym razem w głowie miałem pustkę.
Komendant pokazał nam zdjęcia ze wsi – drogi zasłane ciałami – ale zobaczyć na fotografii, a doświadczyć na żywo to dwie zupełnie różne sprawy.
Trzeba przyznać, że ekipa Kamila pracowała jak mrówki. Gdy wkroczyłem na główną drogę Adamowa, część ciał była już zebrana. W miejscach, w których leżały, widoczne były jedynie ich obrysowane kredą kontury oraz żółte znaczniki na dowody. Ciągle jednak ciał było więcej niż obrysów – policjanci robili, co w ich mocy, ale nie oszukujmy się: opisanie i zebranie kilkuset zwłok to nie taka szybka robota.
– Wyczailiśmy jeden schemat – powiedział Kamil, zarzucając blond grzywką.
Wyczailiśmy?! Od zakładanych trzydziestu lat odjąłem mu jeszcze kilka. Jak w tak młodym wieku został detektywem? I to przydzielonym do tak ważnej sprawy?! Zagotowałem się w środku, ale wybuch zazdrości był ostatnim, czego potrzebowaliśmy. Zamiast tego chrząknąłem ciężko, dając mu znak, że słucham.
– Dwa typy śmierci. Śledziłeś poprzednie kejsy?
"Sprawy?" – chciałem zapytać, ale ugryzłem się w język. Wyszedłbym na strasznego zgreda. Zamiast tego energicznie kiwnąłem głową na znak, że tak. Milczałem nie tylko dlatego, że nie miałem nic do dodania. Wieś przesiąkła zapachem śmierci, a ja się coraz bardziej bałem, że gdy tylko otworzę usta, puszczę pawia.
– Okej, świetnie. Jak zatem wiesz, wszystkie dotychczasowe przypadki określono jako nieznaną zarazę. Ludzie łapali jakieś gówno, a potem przez kilka dni, tygodni albo i miesięcy umierali. Tu też widać ten schemat. Przejrzeliśmy dokumentację medyczną. Czaisz, że mieli tu tylko jednego lekarza, takiego gościa od wszystkiego? Ze znalezionych u niego papierów wynika, że tutaj zaraza trwała zaskakująco długo. Pierwsze osoby zaczęły chorować na początku wiosny. Można śmiało założyć, że te trupy, które wylegują się w łóżkach albo na materacach, pasują do schematu. – Kamil westchnął głośno. Jego energiczny głos nagle zyskał ciemniejszą barwę. – Widzisz różnicę w porównaniu z poprzednimi wsiami?
Sprawdzał mnie. Nie lubię zabawy w podchody – szybciej i skuteczniej prowadzi się śledztwo, gdy każdy dzieli się swoimi obserwacjami. Jednak rozumiałem go – chciał wiedzieć, czy przysłali mu kogoś przydatnego, czy starego nieroba. Dlatego powiedziałem:
– W poprzednich wsiach ludzie umierali głównie w domach. Nieliczni na ulicy. Tutaj osób martwych na ulicy jest znacznie, znacznie więcej – zacząłem.
Kamil zachęcająco kiwnął głową. Czułem się jak uczeń przed tablicą. Ruszyłem w kierunku najbliższych zwłok. To bardzo młody mężczyzna, średniej postury. Jego twarz nie była zniszczona przez chorobę, nie miał wybroczyn ani żadnych innych skaz. Młody, pełen sił mężczyzna.
Ruszyłem dalej. Tym razem trójka – również mężczyźni, bardzo wysocy, o sylwetkach koszykarzy. Gdy podszedłem bliżej, poprawiłem się. Nie mężczyźni. Chłopcy. Wysocy, ale delikatny meszek nad ustami i trądzik na twarzy sugerowały młody wiek. Rozejrzałem się, tym razem wybrałem drobną dziewczynę. Miała różową sukienkę w kwiaty i tylko jeden but. Wyglądała jak pąk, który opadł, nim rozkwitł. Jakieś zwierzę wyżarło w jej policzku dziurę odsłaniającą biel zębów. Kawałek dalej leżała młoda kobieta. Może nawet nastolatka? Przez bardzo grubą warstwę makijażu ciężko rozpoznać wiek. Jej twarz wykrzywiało czyste przerażenie. W rękach trzymała tobołek... Podszedłem bliżej i gwałtownie się odwróciłem. Żółć podeszła mi do gardła. Tobołek okazał się niemowlęciem z roztrzaskaną czaszką.
Rozejrzałem się, zacząłem kręcić się wokół własnej osi, moje oczy odnotowywały coraz więcej szczegółów krajobrazu. Ciała, zniszczone ciała, bardzo młode ciała.
Ktoś chwycił mnie za ramię. To był władczy, ale też wspierający gest. Zatrzymałem się, kręciło mi się w głowie, z trudem utrzymywałem równowagę.
– To... To wszystko... – Nie powstrzymywałem łez. Oni wszyscy zasługują na to, by ktoś zapłakał.
– To dzieci – skończył za mnie detektyw.
Opadłem na kolana i pozwoliłem, by łzy płynęły mi po twarzy. Jak gdyby nigdy nic obok, na ziemi, usiadł Kamil i czekał, aż się uspokoję.
W końcu łzy przestały płynąć, a detektyw klepnął mnie po plecach, wstał i pomógł mi się podnieść. Dopiero teraz dotarło do mnie, że wokół byli ludzie, którzy zajmowali się zbieraniem dowodów, dokumentowaniem i tak dalej. Wszyscy zachowywali się tak, jakby nie widzieli, że właśnie wielki, silny chłop przeżył załamanie. Byłem im wdzięczny, ale ta znieczulica trochę mnie przeraziła. Kamil, jakby doskonale wiedział, o czym myślę, powiedział:
– Wszyscy cierpimy. Różnie to okazujemy.
Kiwnąłem głową.
– Sprawdziłem cię. Kurwa mać, jaki komendant wysyła człowieka z takim bagażem właśnie tutaj?! Jakim trzeba być, kurwa, człowiekiem?
Maska pozera na chwilę zniknęła, zobaczyłem prawdziwego Kamila: silnego, empatycznego, ambitnego mężczyznę. Trwało to zaledwie kilka sekund. Przemiana była szokująca: przystojny, młody mężczyzna nagle znów wyglądał jak członek boysbandu. Albo striptizer przebrany za policjanta.
– Dlaczego uznaliście, że to morderstwa? – spytałem. Nie chciałem znać odpowiedzi na to pytanie. Ale musiałem.
– Pokażę ci coś jeszcze, obok kościoła. Ready?
Od razu ruszyłem w kierunku kościelnej wieży. Byłem gotów jak, kurwa, nigdy.
*
– Ona sprowadzi na nas zarazę!
– Mamo, uspokój się!
Podsłuchiwanie jest wyjątkowo łatwe, zwłaszcza gdy jest się dzieckiem. Siedziałam akurat za kanapą i rysowałam czarnowłosą dziewczynkę z wiankiem z czerwonych kwiatów na głowie, gdy do sołtysowej wpadła jej matka. Poznałam ją kilka dni temu, ale nie polubiłam. Była okropnie stara i stare też było jej serce. Dlatego gdy przyszła do mojej mamy i już od progu zaczęła krzyczeć coś o zarazie, skuliłam się za kanapą. Wiedziałam, że to niegrzecznie podsłuchiwać, ale tu nie chodziło o grzeczność, lecz o moje życie.
– Usiądź i spokojnie opowiedz, o co chodzi. – Sołtysowa podprowadziła swoją matkę do stołu.
Usłyszałam, jak krzesło trzeszczy pod jej ogromnymi pośladkami.
– W telewizji mówią o kolejnej wsi. O kolejnej zarazie.
– Wiem, mówią o nich codziennie. Dlatego nie włączam już telewizji.
– Nie chcesz znać prawdy?! – Słowa pełne oburzenia wypadają ze starszej kobiety.
– Mamo, daj spokój. Przecież nikt nie wie, co się dzieje.
Ja też nie wiem. Nie wiem, o jakiej zarazie mówią i dlaczego starucha uważa to za takie ważne. Ale faktycznie: wcześniej tego nie zauważyłam, lecz od jakiegoś czasu sołtysowa pilnuje, co oglądam w telewizji. I dba o to, by zawsze to był jakiś film albo serial. Nie przeszkadzało mi to nigdy, bo nie interesują mnie wiadomości. Teraz jednak czuję, że przegapiłam coś bardzo ważnego.
– Wiedzą! W telewizji wiedzą!
Sołtysowa wzdycha. Odnoszę wrażenie, nie wiem dlaczego, że już niejeden raz odbywała tę rozmowę:
– Co tym razem wiedzą?
– Że zarazę rozprzestrzeniają obcy. Tacy jak ta twoja mała, durna przybłęda.
– Mamo! Ona nie jest durna, jedynie nie mówi!
– Zniszczy nas. Ostrzegam cię.
– Przesadzasz. – Słyszę, że sołtysowa wstaje od stołu. Odkręca wodę. – Napijesz się herbaty? Kawy? – pyta.
Dociera do mnie szuranie krzesła, a po chwili rozlegają się ciężkie kroki.
– Rób, co chcesz, zawsze byłaś uparta. Ale ja w tym domu dłużej nie zostanę!
Następuje trzaśnięcie drzwi, a po nim cisza. Sołtysowa znów głośno wzdycha.
– Cicha, wyłaź zza tej kanapy, kapcie ci wystają – stwierdza.
Potrzebuję chwili, by zrozumieć sens jej słów. Gramolę się na kolana i z przepraszającą miną wręczam jej rysunek. Przedstawia dziewczynkę w czerwonym wianku, bardzo podobną do mnie, i kobietę o oczach tak błękitnych jak oczy sołtysowej. Mama się śmieje i bierze ode mnie rysunek.
– Jest piękny – mówi. – A babcia bredzi. Jest stara. Nie przejmuj się – dodaje, choć nie jestem pewna, czy chce przekonać mnie, czy samą siebie.
Po chwili mój rysunek ląduje obok kilkunastu innych, przyczepionych magnesem do lodówki. Wszystkie przedstawiają czarnowłosą dziewczynkę w wianku z czerwonych kwiatów i wyższą kobietę o czarnych włosach i bezdennych oczach w kolorze pochmurnego nieba.
*
Groby były małe i skromne. A przede wszystkim – świeże. Przechadzałem się między alejkami i zliczałem kolejne drewniane krzyże, które miały służyć za tymczasową ozdobę, nim rodzice zamówią porządny nagrobek z kamienia. Zostaną tu już na zawsze.
Część z nich była rozkopana. Starałem się nie myśleć o tym, co Kamil przed chwilą powiedział: "Robimy ekshumacje. Rodzice powinni wyrazić zgodę, ale nie żyją. Zresztą, chuj to, wiesz, jak jest. Do tego miejsca nie pasują żadne procedury".
Myślałem o procedurach i o grobie Jaśka. Nie odwiedziłem go od czasu pogrzebu. Nie dałem rady. To była kolejna z rzeczy, których żona nie potrafiła mi wybaczyć.
Myślałem o tym, że tych grobów rodzice też już nigdy nie odwiedzą. Ale nie dlatego, że się boją. Oni wszyscy już nie żyją.
Analizowałem daty, układałem w głowie kolejność zdarzeń. Wyglądało na to, że śmiertelność dzieci i nastolatków w Adamowie w ostatnim półroczu gwałtownie skoczyła. Miesięcznie umierało od kilku do kilkunastu dzieci. Cmentarz wygląda tak, jakby mieszkańcy Adamowa nie nadążali kopać. Porzucone łopaty, niedbale uklepana ziemia, znicze, wszędzie znicze, już nie tylko te najdroższe i najładniejsze, ale jakie bądź, po prostu by były.
Dlatego pierwsza ekipa, która tutaj dotarła, pomyślała, że to miejsce zbrodni. Zaraza nie jest normalna, ale dzieci umierające z częstotliwością rozdeptywanych mrówek są jeszcze dziwniejsze.
Pytanie brzmiało: czy mordercy powinniśmy szukać wśród nieboszczyków, czy uciekł i być może niesie zarazę dalej?