Anglicy
Byli już naprawdę blisko, zostało tylko zejść z placu i przejść dwieście metrów.
- Jeśli znowu zacznie się wydzierać na całą ulicę, tym razem pójdziecie sami - powiedziała.
Od kiedy urodzili się chłopcy, niedzielne obiady u teściów stały się obowiązkowe. Na szczęście nie co tydzień, ale co najmniej raz w miesiącu. Scenariusz powtarzał się w stu procentach.
Wyłaniali się zza rogu ulicy, by spojrzeć w ten sam punkt - ku balkonowi na drugim piętrze. On stał tam i czekał, mimo że była dopiero za piętnaście druga. Widać go było z daleka, rudy starszy pan gestykulujący energicznie. Im byli bliżej, tym wyraźniej było słychać, że nie ogranicza się tylko do gwałtownego poruszania rękami.
- Ile wy macie lat, do jasnej cholery?! Nie można się z wami na godzinę umówić?! Stoję tu od piętnastu minut i umieram ze strachu, że coś wam się stało! Jak śmiecie narażać mnie na takie nerwy?!
- Powiedziałam i tak zrobię, więcej tego nie zniosę.
- Mamo, chodź, nie przejmuj się. Dziadek po prostu taki jest.
Spojrzała na męża. Bezradnie rozłożył ręce i miło się uśmiechnął, unosząc krzaczaste brwi. Nie chciała wyjść na histeryczkę, ale już od dawna miała dość tych balkonowych scen.
- Zachowuje się jak wariat, może tym razem coś mu jednak powiesz? - zapytała, choć dobrze znała odpowiedź.
- Co ja mu mogę powiedzieć? Mówi prawdę, umiera ze strachu i nic na to nie poradzimy. Umówmy się, że gdy umrze, przestaniemy do niego przychodzić. - Spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem.
- Myślisz, że dziadek dzisiaj umrze? - zapytał jeden z synów.
- Mam nadzieję, że jeszcze nie.
- A ty, mamo? Chciałabyś, żeby dziadek dzisiaj umarł?
- Wolałabym nie. I bez tego będziemy mieli moc wrażeń.
Nie zwracając uwagi na coraz głośniejsze krzyki dochodzące z balkonu, dotarli do klatki, minęli skrzynki pocztowe i ruszyli po schodach. Nigdy nie wsiadali do windy, była tak mała, że nie mieli szans zmieścić się do niej we czwórkę.
Dziadek czekał w otwartych drzwiach. Najpierw schylał się do starszego wnuka, ściskał go zbyt mocno i trochę za długo.
- Mój pierworodny, mój pierworodny. Pokaż się, ależ ty mądrze wyglądasz. Kto by pomyślał, że się w ogóle urodzisz!
Następnie przychodziła kolej na młodszego. Jego też zbyt mocno przytulał.
- Czarne kudły masz, może zjaśnieją. Dobrze, że ryży nie jesteś.
Nie spuszczając oczu z chłopców, przytulał swojego syna, a na końcu witał się z synową.
- Pięknych mi wnuków urodziłaś. Wchodźcie, wchodźcie.
- Tato, mógłbyś nam następnym razem oszczędzić wrzasków z balkonu? Byliśmy umówieni na czternastą, przyszliśmy piętnaście minut wcześniej, a ty się drzesz, że jesteśmy spóźnieni?
- Wszystko będzie dobrze, nie przejmuj się. Martwiłem się, że samochód was potrącił albo jakieś inne nieszczęście... Najważniejsze, że wszyscy żyjemy i jesteśmy razem. Swoją drogą, ciekawe, czy ja doczekam prawnuków. No, chłopcy, mogę na was polegać?
- Nie wiadomo, czy dożyjesz - powiedział młodszy wnuk.
- Proszę, jaki dowcipny! - skwitował uśmiechnięty dziadek.
Po powitaniach szli do jadalnego, gdzie stał duży okrągły stół. Biały obrus, talerze ze złotym szlaczkiem i srebrne sztućce - wszystko było już naszykowane. Przy stole siedziała stara kobieta, malutka i skurczona. Od lat chorowała na alzheimera, nie reagowała na hałas, który wypełniał pokój.
- Chłopcy, przywitajcie się z babcią - mówił ojciec.
Nie lubili się do niej zbliżać, nie rozumieli, co się z nią dzieje. Rzadko się odzywała, nigdy po polsku. Podchodzili, szybko całowali ją w policzek i siadali na swoich miejscach. Czasami przez jej pomarszczoną twarz przebiegał lekko zauważalny uśmiech, trudno powiedzieć, czy świadomy.
Obiad gotowała gosposia dziadka. Garnki i patelnie stawiała na parapecie i wychodziła mimo szczerych zaproszeń, by usiadła ze wszystkimi do stołu. Rosół z makaronem domowej roboty, mielone, purée i sałata ze słodką śmietaną, której nie jadł nikt poza dziadkiem. Najmłodszy wnuk szybko pochłaniał cały obiad, by zdążyć na dokładkę zupy, nim ta zniknie w kuchni. Później grzecznie pytał, czy może odejść od stołu, i kładł się na podłodze, gdzie bawił się swoimi samochodzikami.
Rytm tych obiadów był niezmienny. Wszystko trwało około półtorej godziny, potem dziadek ucinał sobie drzemkę, a oni, przez nikogo niezatrzymywani, wychodzili.
- Kulturysta z Dachau podniósł cegłę i się zmachał - wypowiedział którejś niedzieli młodszy wnuk, leżąc na podłodze z brzuchem pełnym zupy.
- O Boże! - jęknęła babcia po polsku.
Zapadła cisza, a rodzicielskie oczy zwróciły się ku starszemu synowi.
- To nie ja go tego nauczyłem!
- Koledzy w szkole mnie nauczyli - odpowiedział niczym niezmieszany najmłodszy członek rodziny.
- Dlaczego postanowiłeś akurat teraz się z nami tym podzielić? - zapytał ojciec.
- Przypomniało mi się.
- Patrzcie go, przypomniało mu się! A wiesz, że niektórym nigdy nie udało się zapomnieć? - zapytał wzburzony dziadek.
- A wiem.
- A skąd, jeśli można?
- Od was, ciągle o tym mówicie. Nie rozumiem, dlaczego zawsze rozmawiacie o Żydach.
- Bo jesteśmy Żydami - odpowiedział dziadek.
- Wszyscy?
Dziadek rozejrzał się i uśmiechnął.
- Tak, wszyscy.
- Ja też?
- Ty też.
Chłopiec na chwilę wrócił do swoich samochodzików.
- Wolałbym być Anglikiem - odezwał się po dłuższym milczeniu.
- Powiedzieć ci coś? - zapytał dziadek.
- A powiedzieć.
- Ja też bym wolał być Anglikiem.
Dziadek sięgnął po szklankę z herbatą, ale zdążyła już na tyle wystygnąć, że przestała go interesować. Wstał od stołu i poszedł się zdrzemnąć.