Poukładaj to sobie w głowie. 100 maili do Ciebie o rodzicielstwie i partnerstwie - Aga Rogala
44.90 zł

44.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. Flp 4,13
Wstęp
Nawet najlepsza instytucja, najbardziej zaangażowany wychowawca nie zastąpią w pełni rodzica. Dokładnie pamiętam chwilę, w której to zrozumiałam. Spacerowałam po polach nieopodal mojego domu. Podsumowywałam w myślach to, czym do tej pory się zajmowałam, co sprawiało mi najwięcej satysfakcji, gdzie upatrywałam sensu swojej pracy. Gdy dotarła do mnie prawda o roli rodzica, poczułam radość i wolność. Nie szkodzi, że jestem "tylko" pedagogiem. Pracowałam już trochę z rodzicami, ale z pewnym poczuciem winy, bo przecież chciałam troszczyć się o dzieci, nie o dorosłych. Teraz mogłam zaangażować się w to, co mocniej mnie pociągało, i wciąż będzie to realny wpływ na dziecięcy dobrostan i bezpieczeństwo.
A zatem -?rodzice! Trzeba ich otoczyć troską, wsparciem, zrozumieniem. Jakkolwiek to zabrzmi, to była miłość, która trwa nadal. Co zaprząta ich głowy, czego pragną, czego szukają? Jakie mają zmartwienia, potrzeby i co przeżywają? Co daje im siłę, a co doprowadza ich do łez bezsilności? Jak mogę pomóc?
Jestem mamą trojga dzieci. Moje rozważania nigdy nie były teoretyczne. W moim życiu obecne są te same emocje, te same problemy, te same chwile, gdy niebo się przejaśnia.
Jednym ze sposobów, by dać wsparcie rodzicom, stał się pisany przeze mnie cotygodniowy newsletter. Coraz więcej osób odpisujących z podziękowaniem za środowe listy utwierdzało mnie w przekonaniu, że warto to robić. Coraz więcej osób pytało, czy mogę im dosłać wcześniejsze maile, ponieważ dopiero niedawno dopisali się do listy mailingowej. I tak zrodził się pomysł na książkę, którą trzymasz w dłoniach.
Są tu najlepsze wysłane newslettery, w nieco poszerzonej wersji. Są teksty napisane specjalnie dla tej publikacji. Są też takie, które powstały dawno temu, a teraz odświeżone wypływają na szerokie wody. Niektóre z nich są bardzo osobiste i choć dotyczą moich własnych doświadczeń, to bez wątpienia podobnych historii jest tysiące. Być może któraś z nich brzmi zupełnie jak Twoja opowieść.
Co teraz? Proponuję zakreślacz lub flamaster. Czytaj, zaznaczając wszystko, co warte zapamiętania, co może się przydać, do czego warto będzie wrócić. Taka miała być ta setka listów do Ciebie. Ponadczasowych, służących wsparciem, zrozumieniem. Mam nadzieję, że spełnią swoje zadanie.
Uściski,
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Sztuka rezygnacji z kłótni
W naszym domu na wsi zamieszkaliśmy jedenaście lat temu. Przeszliśmy wspólnie z mężem przez sześć bardzo różnych od siebie mieszkań, wynajmowanych w Krakowie, Warszawie i Łodzi. Gdy zabierałam się za planowanie wystroju domu, który wreszcie będzie nasz, wydawało mi się, że największym wyzwaniem będzie dokonywanie wyboru, co ma się w nim znaleźć. Doświadczenia miałam różnorodne. Oczekiwania niemałe. Tymczasem szybko przekonałam się, że wyzwanie leży gdzie indziej.
We własnym domu przede wszystkim potrzebowałam opanowania sztuki rezygnacji. "Bez czego mogę się obejść?" -?to było kluczowe dla mnie pytanie. I choć w przypadku domu chodziło przede wszystkim o ograniczenie kosztów oraz możliwość jak najszybszego wprowadzenia się, to od tamtego czasu odkrywam, jak użyteczna w życiu jest ta umiejętność. Umiejętne rezygnowanie.
Umiejętne rezygnowanie z tematów, o które nie warto kruszyć kopii, na przykład w relacji małżeńskiej. Mam takie spostrzeżenie, związane z moją pracą terapeutyczną z parami lub pojedynczymi klientami, gdy ich celem jest wyjście z kryzysu dotykającego związek. Otóż, kiedy zainteresowane osoby zaczynają dostrzegać światełko w tunelu, to często mówią, że "przestali się tak czepiać". Dokładnie tak to opisują. Dodają zazwyczaj coś w stylu: "To nie znaczy, że te irytujące rzeczy całkowicie przestały mnie denerwować. Staram się po prostu nie zwracać na nie tak mocno uwagi, jakoś je pomijać. Z czasem okazuje się, że one nie były aż tak ważne".
Umiejętne rezygnowanie z tematów, o które nie warto spierać się z dzieckiem. Dla jednych rodziców to bałagan w pokoju. Dla innych lepsze oceny lub wybory odzieżowe. Mądrze jest decydować, które sprawy są kluczowe, a które warto na razie przełknąć niczym gorzką pigułkę. Tu może pomóc rodzicielski namysł, na przykład, czy to, co mnie uruchamia do kłótni z dzieckiem, wynika raczej z mojego gustu lub odmiennych zainteresowań, czy to bardziej obiektywna kwestia bezpieczeństwa lub wywiązywania się z podstawowych obowiązków? I choć może źle się kojarzy złota myśl o wybieraniu swoich bitew (kto chciałby mieć bitewną relację z własnym dzieckiem?), to można z niej zrobić jakiś użytek.
Być może jesteś jedną z tych osób, które czują w sobie właśnie wewnętrzny sprzeciw. Czy takie odpuszczanie sporu, wszystko jedno z kim, nie jest okazywaniem słabości? Nie jest akceptowaniem tego, czego nie powinno się akceptować? Nie jest utykaniem w miejscu, zamiast wykuwania w ogniu siły charakteru dziecka lub dobrej zmiany w relacji? Jestem pewna, że świadoma ocena pozwala na przemyślenie i zdecydowanie, który konflikt wart jest zaangażowania. Jeśli natomiast czujesz, że ten brak zaangażowania to słabość, mam dla ciebie propozycję. Zrezygnuj z czegoś na próbę. Zobaczysz, ile siły będzie cię kosztować wytrwanie przy tej decyzji.
Kiedyś w rozmowie zwróciłam komuś uwagę, że walczy ze swoim nastolatkiem niemal o każdy drobiazg. I w ten sposób okazuje się dorosłym, który ma do powiedzenia tylko tyle: "źle zrobione", "niezrobione", "za mało zrobione". To nie była przyjemna refleksja. Na fali emocji ta osoba zapowiedziała, że zrobi eksperyment i przez tydzień nie będzie w ogóle reagować na te zapalniki, które dotąd tak skutecznie działały. Oponowałam. "Przez tydzień nic się nie zmieni. Poza tym działasz pod wpływem emocji. Ale twoja wolność".
Dość powiedzieć, że eksperyment nie przetrwał próby czasu. Nawet w połowie.
Umiejętne i świadome rezygnowanie to nie emocjonalne zarzekanie się, że "już nigdy". To nie słabość. To trudna, acz użyteczna sztuka, której uczysz się wciąż od nowa.
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Szczerze do bólu
"Mam być szczera czy miła?". "Sorry, jestem po prostu szczery". Można świadomie ranić i jednocześnie uświęcać to rzekomym dbaniem o zachowanie szczerości. Można w silnych emocjach wysmagać kogoś słowami i żyć w przekonaniu, że to właśnie była szczerość. Można deklarować akceptację szczerości do bólu i cichcem dopisywać na dole strony mały akapit z gwiazdką: "pod warunkiem, że ja, a nie mnie".
Zazwyczaj gdy ktoś mówi, że ceni sobie szczerość do bólu, to ma na myśli sytuacje, w których to on jest tą szczerą stroną. Traktuje to jako swoją zaletę, może i niewygodną dla innych, ale cóż, jeżeli komuś to przeszkadza, to jego problem, prawda?
Zdarza się jednak, zwłaszcza w kłótni, że ktoś deklaruje gotowość na przyjęcie szczerości do bólu. "No! Proszę, wal śmiało! Szczerze do bólu!", pada zachęta jednej ze stron. W gniewie, w rozpaczy, czasem we łzach. Taka osoba albo trzyma kciuki, by jednak nie usłyszeć tego, czego się obawia, albo traktuje to jak wbijanie ostatniego gwoździa do trumny. Pogrążona w cierpieniu czeka, aż ten drugi "dobije". Zaprasza. Po wszystkim będzie można zanurzyć się w dramacie. Rozpaczać na dnie, poczuć się najgorzej na świecie. Są osoby, które w głębi serca tego faktycznie szukają. Dlaczego? Z różnych powodów. Jednym z nich może być nieświadoma chęć pozostania w roli ofiary. Aby była ofiara, potrzebny jest... kat.
Kiedy nam ta szczerość do bólu wypływa w praktyce? Gdy siedzimy sobie spokojnie, sącząc kawkę w dużym pokoju? Czy raczej w kłótni, w emocjach, w pretensjach i nerwach? "Pani Agnieszko, no faktycznie jest tak, że jak się kłócimy, to mówię czasem rzeczy, które mają zaboleć. Druga strona też to robi. Przecież każdy tak robi", wyznał kiedyś jeden z moich klientów. Abstrahując od tego, że nie każdy tak robi, jest w tym wyznaniu istotna informacja. W kłótni mówi się czasem rzeczy, które mają zadać cios. To ważne dla osób, które są celem. Boli, i to jest zło. Ale, uwaga, to nie była szczerość. "A tak w ogóle to wszystkie orgazmy udawałam!" nie mówi o tym, że twój dotychczasowy seks był kłamstwem, ale że ona chciała mieć pewność, że cię zaboli. "Gdybyś mnie uprzedziła, że będziesz taka jak twoja matka, to nie byłoby tego małżeństwa" nie oznacza, że twój mąż wreszcie był z tobą szczery. On pozwolił, by poniosły go emocje i wymierzył w ciebie cios. Ta świadomość nie ma umniejszyć twojego cierpienia. Ma pozwolić na złapanie właściwej perspektywy. I dystansu.
Możesz żywić przekonanie, że twój mąż, żona, partner lub partnerka to osoba, która powinna umieć i chcieć przyjmować twoją szczerość do bólu. Szczerość jest zaraz obok prawdy, czyż nie? Zatem żyjesz w rozgrzeszającym przeświadczeniu, że ty po prostu mówisz prawdę. Co więcej, jesteś trochę lepszy lub lepsza, bo ty z prawdą nie masz problemu. A on lub ona najwyraźniej tak, skoro sobie z nią "nie radzi". Wiesz, gdy jest się częstowanym taką prawdą, ciężko zebrać myśli, oddzielić je od emocji i na spokojnie stanąć w swojej obronie. Zaś traktowanie kogoś taką prawdą bez znieczulenia nie czyni człowieka w żaden sposób lepszym. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie.
Podsumowując, nie zachęcam, by od teraz chodzić wokół siebie na paluszkach, ważąc każde słowo. Przemilczając to, co boli, co uwiera, co chciałoby się zmienić. Sęk w tym, że człowiek wcale nie uczy się mówić tylko w pierwszych latach swojego życia. Później trzeba nauczyć się mówić w taki sposób, by słowa budowały, a nie obracały w ruinę. I to jest osobista odpowiedzialność każdego dorosłego człowieka.
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Ocean seksu i trzy niebezpieczne wyspy
Gdyby temat seksu rodziców był zbiornikiem wodnym, to koniecznie oceanem. Szerokim, baaardzo głębokim, pełnym wirów i prądów, które znoszą daleko od bezpiecznych przystani. Ale niech będzie, wsiądę do swojej łódki i zrobię z tobą małą rundę po okolicznych wyspach na tym oceanie. Wyspach, o których najczęściej opowiadają mi na spotkaniach małżonkowie w terapii. Choć niekoniecznie przychodzą do mnie po pomoc w obszarze współżycia, nasza rozmowa nieraz już zdryfowała ku tym kilku wyspom. Niegościnnym. Czasem niebezpiecznym. Jednak obecnym na mapach. Niedającym się zignorować. Zajrzyjmy na nie.
On lub ona traktuje seks tak priorytetowo, że jego regularna obecność w życiu pary traktowana jest jako jedyny słuszny dowód na to, że związek żyje. Seks staje się wyłącznym środkiem do okazywania czułości, do bycia ze sobą blisko. Może być tak, że to jedyny sposób, jaki on lub ona zna, by okazać czułość. Może być tak, że to jedyny sposób, w jaki dotąd ta czułość była definiowana i rozpoznawana.
W tej sytuacji mogę oczekiwać intymności z żoną lub mężem niezależnie od tego, czy w naszej relacji obecne są rozmowy, czy spędzamy ze sobą wartościowy czas, czy każda ze stron ma poczucie bezpieczeństwa i wsparcia w codziennych obowiązkach.
Dla niej lub dla niego seks to taki bonus do związku. Dodatek. Może kiedyś było inaczej, jednak teraz na liście priorytetów najpierw są dzieci, obowiązki albo na przykład żal, że wczoraj było o coś spięcie. Zdania o tym, że przecież wszystko się zmienia, że brak sił, że "nie mamy już po 25 lat", są oczywiście prawdziwe. Mimo wszystko nie powinny jednak dewaluować tego, jaką rolę seks w związku ma do odegrania. Jeśli jesteśmy w relacji monogamicznej, to jest obecnie tylko jedna osoba na świecie, z którą wchodzę w taką intymność. Tylko jedna, z którą na dziś mogę się tak połączyć i której takie połączenie mogę ofiarować. Dość powiedzieć, że robi się z tego wyjątkowo spajająca związek sprawa.
Oj, wokół tej wyspy jest naprawdę groźnie, można utknąć na mieliźnie lub rozbić się o skały. Po pierwsze, piszę o ojcostwie, ponieważ jak dotąd nie trafiłam na mężczyznę, który odmawiałby współżycia partnerce z tego powodu, że nie podoba mu się jej relacja z dziećmi. Natomiast historii o tym, że ona ma żal do niego jako ojca dzieci i z tego powodu nie wchodzi z nim w bliskość, nie brakuje. Oczywiście rozumiem, gdy kobieta obserwując męża lub partnera, który krzyczy, jest nieprzyjemny czy szorstki wobec dzieci, dystansuje się od niego w sferze, która odsłania ją i czyni bezbronną. Z tym że to nie jest jedyny scenariusz. Jest jeszcze i ten, w którym na pierwszym planie są dzieci, najpierw moje macierzyństwo i twoje ojcostwo na moim poziomie zaangażowania, według moich kryteriów, a dopiero potem jesteśmy my -?partnerzy, małżonkowie, kobieta i mężczyzna.
W swojej książce Potrzebujesz tylko miłości oraz inne kłamstwa o małżeństwie John W. Jacobs napisał: "Dzieci nie powinny być ważniejsze od Państwa relacji małżeńskiej. Będą Państwo lepszymi rodzicami, jeśli staną się Państwo lepszymi małżonkami". I dodaje, że dzieciom lepiej zrobi widok przytulających się rodziców niż kolejna wspólna z nimi zabawa. To oczywiście nie jest zachęta do pozostawienia dzieci samym sobie. To zaproszenie, by postarać się o więcej równowagi. O czas wolny od roli rodzica.
Ocean i trzy wyspy. Zachowaj ostrożność. Nie rozbij się na rafach. Nie kieruj na mielizny. Ale wiesz co? Nie bój się zanurkować w głąb!
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Co jest lepsze od dawania dobrych rad?
Gdy dziecko, żona lub mąż opowiada ci o swoim problemie, dobra rada albo pomysł na rozwiązanie mogą same cisnąć ci się na usta. Wiesz przecież, jak załatwić tę sprawę! "Wystarczy, że..." Choć trudno w to uwierzyć, twoje świetne rozwiązanie może być ostatnią rzeczą, jaka będzie pomocna. W takim razie co lepszego możesz zrobić, gdy ktoś mówi ci o swojej trudności?
Zacznijmy od tego, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zaczepia obcego na ulicy, by mu się zwierzyć. Świadomie lub nie zwraca się z tym do kogoś, kogo zna, komu ufa lub kto z jakiegoś powodu jest oczywistym wyborem. Jeśli to ty jesteś takim wyborem, to znaczy, że ciebie właśnie uważa za słuchacza, któremu można się zwierzyć. Zrzucić ciężar. Opowiedzieć swoją historię. Warto docenić już sam ten fakt. To tylko opowieść. Dajesz uszy.
Wiele osób układa swoje myśli, kiedy na bieżąco je wypowiada. Mówienie na głos to zupełnie co innego niż mowa wewnętrzna. Trzeba nadać sprawie takie słowa, żeby to jakoś sensownie zabrzmiało. I tu często dzieje się magia. W mojej pracy terapeutycznej zdarzają się takie sesje, kiedy klient lub klientka mówi 50 minut, ja miałam szansę tylko na kilka pytań (pytań!), a on lub ona na koniec wzdycha i stwierdza: "Dziękuję. Ależ mi to było potrzebne!". Albo: "O rany, teraz widzę to zupełnie inaczej!". Problem, który wybrzmi na głos, nieraz zmienia kształty. Nawet potrafi się skurczyć!
Pamiętam takie zdanie z jakiegoś starego filmu: "Ach, jak ciężko w tych czasach o dobrą służbę". Aż chce mi się zawołać: "Ach, jak ciężko w tych czasach o dobre uszy!". O człowieka, który wysłucha z uwagą. Odłoży telefon, gdy dziecko lub ktoś bliski zwraca się do niego. Kogoś, kto pokiwa głową ze zrozumieniem, doceni wagę problemu, będzie pomrukiwał, słuchając w zaangażowany sposób. Czasem zapyta o coś konkretniej, sparafrazuje przed chwilą wypowiedziane zdanie. Kogoś, kto mając poczucie, że problem powraca jak bumerang, spyta: "Co byłoby dla ciebie użyteczne w tej sytuacji?", "Czy chcesz, żeby ci coś doradzić, czy potrzebujesz po prostu, żeby cię wysłuchać?".
Ludzie bardziej niż dobrej rady potrzebują czuć się wysłuchani. Zauważeni. Ty też, wystarczy, że zajrzysz w siebie i przywołasz z pamięci ostatnią sytuację, kiedy tak właśnie się czułeś lub czułaś. Czy nie był to moment, w którym ktoś poświęcił ci całą uwagę, słuchając tego, co masz do powiedzenia?
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Dzieje się tyle, ile dzieje się na rynku
Opowieść mojej rozmówczyni brzmiała mniej więcej tak:
Gdy pracujesz w jakimś biznesie, na przykład tak jak ja -?w nieruchomościach, to starasz się zrobić jak najwięcej. Dajmy na to sprzedać jak najwięcej mieszkań. I starasz się, ciężko pracujesz. I frustrujesz się, jeśli nie idzie tak, jak oczekiwałaś.
Ja się tak mocno frustrowałam w pracy, że nie wychodzi tak, jak się spodziewałam. Że nie ma widocznych, wystarczająco dużych sukcesów. I poszłam porozmawiać o tym z moim przełożonym. A to jest mądry facet. To on mi powiedział: "Spokojnie. Dzieje się tyle, ile dzieje się na rynku".
Dzieje się tyle, ile dzieje się na rynku. Zwłaszcza, gdy rynek jest w kryzysie.
Jeżeli jesteś mamą małego dziecka, robisz tyle, na ile teraz pozwala ci twoja sytuacja. Przy takiej ilości snu, z takim, a nie innym drenażem energii. Jeśli dziś narzucisz sobie oczekiwania, którym nie będziesz w stanie sprostać, zrobisz sobie krzywdę. Jeszcze bardziej eko. Jeszcze bardziej "bliskościowo". Chociaż pragniesz chwili wytchnienia bez tego całego ciśnienia na wygraną w konkursie Zaangażowana Matka Roku. Twój rynek, na dziś, może tego nie dźwignąć. Twoje dziecko może tego wcale nie potrzebować.
Gdy starasz się o zmianę jakiegoś swojego zachowania, jakiegoś nawyku i postawisz sobie szlachetny, acz nierealistyczny cel, łatwo upadniesz pod ciężarem porażki. Tym mocniej gruchniesz, im wyżej ją na początku ustawisz. To nie znaczy, że nie możesz mierzyć wysoko, o nie! Odróżnij jednak dalekosiężne marzenia od bieżących celów. Im donioślejsza zmiana ma się wydarzyć, tym mniejsze, uważniejsze kroki warto stawiać. Nie tylko po to, by nie przewrócić się po drodze. Jeśli nie radzisz sobie sprawnie na równinie, jak zamierzasz skutecznie się wspinać?
Jeżeli twój związek jest w kryzysie, to możesz zrobić tyle dobrego, na ile kryzys w danym momencie ci pozwala. Sceny niczym z komedii romantycznej teraz ci się nie przytrafią, przynajmniej na razie. Twoja żona lub partnerka nie od razu wkroczy do sypialni w przeźroczystym dessous i zapomni, że od świtu do nocy matkuje. Twój mąż może nie wskoczyć z nagła w buty rozmownego partnera lub zaangażowanego ojca. Jeśli twój rynek pozwala na niewiele, niech dzieje się tyle, na ile rynek pozwala. Na razie. Ale nie mniej. Nie poddawaj się.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Narzędzie do rzucania serca za przeszkodę
"Trzeba rzucić serce za przeszkodę", miał powiedzieć major "Hubal", gdy go spytano, jak on to robi, że tak sprawnie pokonuje trasy zawodów jeździeckich. Zapewne panu majorowi nie przyszłoby do głowy, że kilkadziesiąt lat później te słowa będą otwierać oczy na nowe rozwiązania problemów osobistych i partnerskich. A tu proszę! Trzeba jednak wiele samozaparcia, by skorzystać z rady majora. Docierając na naszych życiowych konikach do przeszkody, patrzymy w górę i mówimy sobie, że nic z tego. Przeszkoda za duża. Koń za mały. Albo że my nigdy nie byliśmy dobrzy w skakaniu.
Jak to może wyglądać w praktyce? Na przykład tak:
Piotr czuje, że on i Magda oddalili się od siebie w małżeństwie. Piotr jedzie właśnie do pracy i zastanawia się w duchu, co można z tym zrobić. "Pewnie gdybyśmy codziennie mogli chwilę pogadać, to poprawiłoby naszą relację. Ale przecież my się ciągle mijamy, ja muszę rano wyjść na czas, inaczej utknę w korkach. Ona oczywiście nie wstanie wcześniej na jakąś wspólną kawę. Więc jak to miałoby się udać..."
Co tu się dzieje? Otóż Piotr widzi przeszkodę i tylko jeden sposób, niewykonalny, by ją pokonać. Lada moment będzie miał też winowajcę całej tej sytuacji nie do przeskoczenia. I to nie będzie on.
Jak zatem nie utknąć na przeszkodzie? Omijając ją! Na szczęście w wyobraźni wszystko jest możliwe. I wcale nie chodzi o snucie fantazji i magicznych rozwiązań. Najważniejsze to znaleźć się, choć na chwilę, po drugiej stronie. Czasem po to, by zobaczyć, jak wygląda ten kawałek świata. Czasem, by dostrzec, że nie ma czegoś takiego jak jedno słuszne rozwiązanie. A czasem, by "zhakować" sobie mózg. Bo dla niego to, co realne, i to, co wyobrażone, jest tak samo żywe. To dlatego na myśl o czymś (tylko myśl!) reaguje całe ciało -?dreszczem, przyspieszonym biciem serca, łzami, śmiechem. Warto więc ożywić lepszą rzeczywistość, tę bez przeszkody.
Jest takie ćwiczenie, idealne do rzucania serca za przeszkodę. I do samodzielnego zastosowania przez jeźdźców amatorów. Zadanie polega na wielokrotnym zadawaniu sobie pewnego pytania oraz udzielaniu krótkich, jednozdaniowych odpowiedzi.
Pytanie to brzmi: "Przypuśćmy, że (tu wstaw właściwe). Jaką to zrobi różnicę?".
Gdyby Piotr chciał skorzystać z tej pomocy, jego wewnętrzny dialog ze sobą w samochodzie mógłby wyglądać tak:
-?Gdybyśmy codziennie mogli chwilę pogadać, poprawiłoby to naszą relację.
Przypuśćmy, że udaje nam się codziennie chwilę pogadać. Jaką to zrobi różnicę?
-?Mógłbym pytać ją, jakie ma plany na kolejny dzień.
Przypuśćmy, że pytam ją o plany na kolejny dzień. Jaką to zrobi różnicę?
-?Pewnie Magda poczuje, że wykazuję zainteresowanie tym, co jej dotyczy. Zarzuca mi, że tego nie robię.
Przypuśćmy, że poczuła moje zainteresowanie. Jaką to zrobi różnicę?
-?Może będzie miała do mnie lepsze nastawienie.
Przypuśćmy, że zyska do mnie lepsze nastawienie. Jaką to zrobi różnicę?
-?Myślę, że będziemy się mniej kłócić. Przynajmniej ten jeden powód odpadnie.
Przypuśćmy, że mniej się kłócimy. Jaką to zrobi różnicę?
-?Atmosfera w domu zmieniłaby się na lepsze!
Przypuśćmy, że atmosfera w domu zmieniła się na lepsze. Jaką to zrobi różnicę?
-?Miałbym ochotę szybciej wracać z pracy. Myślę, że zaczęlibyśmy ze sobą więcej rozmawiać.
Już lubię tego Piotra. Powoli dostrzega, że jego intuicja jest słuszna - te chwile rozmowy są ważne. Zaczyna zauważać, jak daleko mogą sięgać ich konsekwencje. Jego nastawienie się zmienia. Jeszcze chwila, a zacznie szukać sposobu, by z tej wiedzy skorzystać dla dobra swojej rodziny.
Jeszcze inny przykład, prosto z sesji terapeutycznej, jaką odbyłam z Ireną.
Irena: Chciałabym sobie ufarbować włosy na rudo. Ale nie wiem, czy powinnam.
Ja: Przypuśćmy, że ufarbowałaś je na rudo. Jaką to zrobi różnicę?
Irena: Miałabym rude włosy!
Ja: Przypuśćmy, że masz rude włosy. Jaką to zrobi różnicę?
Irena: Och, miałabym więcej energii. Rudy to jest taki energetyczny kolor!
Ja: Przypuśćmy, że masz więcej energii. Jaką to zrobi różnicę?
Irena: Mogłabym być bardziej pewna siebie.
Ja: Przypuśćmy, że jesteś bardziej pewna siebie. Jaką to zrobi różnicę?
Irena: Nie dałabym sobie tak wchodzić na głowę innym ludziom.
Widzisz to? Czego tak naprawdę szukała Irena? Skoro już dowiedziała się, że w rudych włosach szuka siły, która pomogłaby jej strzec swoich granic, to znaczy, że powinna je ufarbować? A może właśnie nie, skoro nie o włosy tu chodzi? To nieważne. To jej decyzja. Najważniejsze, że Irena myślami znalazła się za przeszkodą. Być może sięgnie po pewność siebie bez rudości. A może wymyśliła sposób, by tę pewność siebie uruchomić dzięki zmianie koloru włosów. Teraz ONA decyduje o swoim życiu. O rety, czy to nie jest właśnie pewność siebie?
Moja rada? Zapisz sobie to pytanie. Siedząc w metrze, w aucie, w poczekalni, rozruszaj czasem swoje szare komórki takim schodzeniem w głąb siebie. Choćby dla zabicia czasu. A gdy twój koń utknie na przeszkodzie, rzuć swoje serce w lepszą przyszłość.
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Pauza bezpieczeństwa
Dla wielu osób odmawianie jest jak nieudzielenie pomocy tonącemu. Skaczą więc na główkę, zanim ocenią poziom zagrożenia lub chociaż głębokość wody. Zanim zorientują się, że nikt tak naprawdę nie tonie. Zamiast tego wystarczyło zatrzymać się na chwilę nad brzegiem.
Na naszym spotkaniu Alicja, po szyję zanurzona w poczuciu winy, opowiadała mi o tym, jak szybko rozpędzała się i podnosiła głos. Głos, który następnie przechodził w krzyk. I wcale nie chodziło o to, że złościła się na dzieci, które jej nie słuchały. Jak się okazało, problem ze słuchaniem dotyczył słuchania siebie samej.
Ala opowiedziała mi o ostatniej rozmowie telefonicznej, w której stopniowo coraz bardziej napinała się i irytowała. "Znowu" ktoś czegoś od niej chciał i ona "znowu" nie mogła szybko i skutecznie sprostać oczekiwaniu.
Spytałam ją, jak inaczej chciałaby zareagować na prośbę tamtej osoby. "Chciałabym odpowiedzieć jej spokojnie", odparła. "Spokojnie? Jak by to brzmiało?", dopytywałam. Alicja namyślała się chwilę, po czym wolno wypowiedziała zdanie: "Myślę, że jakoś tak: "Poczekaj, sprawdzę to i do ciebie oddzwonię"".
Byłam zaskoczona. To nie było "to samo, tylko spokojniej". Wcześniej opowiadała o pełnym napięcia "Już! Szybko! Nie widzę! No gdzie to jest!?". Teraz mówiła o zatrzymaniu.
Doświadczasz czasem wątpliwego uroku "zaaaraz" ze strony swoich dzieci, gdy masz do nich jakąś prośbę? Na ogół działa to na nas, rodziców, jak płachta na byka. Ale może jest w tym jakaś ukryta lekcja dla choć niektórych z nas? Przecież świat nie wali się od dziecięcego "zaaaraz".
Być może jesteś jedną z tych osób, które czują wewnętrzną presję, by pomóc, zadowolić, ułatwić komuś życie. Jeśli weszło się w rolę życiowego ratownika, rzucanie się na pomoc jest niemal odruchem bezwarunkowym. "Ja to załatwię", "Oczywiście, że mogę", "Dobrze, przyjdę" itd. Nawet zanim zostanie się o tę pomoc poproszonym. Pomimo braku czasu, braku sił lub zwyczajnej niechęci. Przymus udzielenia natychmiastowej odpowiedzi jest przemożny. Nie ma czasu na wykonanie skomplikowanego fikołka odmawiania, jeśli nie jest się wprawionym w tej sztuce.
A co potem? Wyrzuty sumienia, złość na siebie. Skąd ja na to wezmę czas? Jak mam wykrzesać z siebie siły? I, a jakże, złość na innych, którzy przecież zmusili i nie było wyjścia...
Wyznam ci, że sama jestem ratownikiem na detoksie. Ćwiczę fikołki odmawiania uparcie, choć jeszcze nie bez lęku. Czasem wcale nikt nie chce czegoś ode mnie tak mocno, jak mi się wydaje. Często to tylko ja tak mocno czuję, że coś powinnam. W pośpiechu zaczynam ze sobą negocjować. Znam swoje czułe punkty, umiem wykorzystać je przeciwko sobie. Mogę zagrać poczuciem misji, poczuciem winy albo poczuciem moralnego obowiązku. Świetnie się do tego nadają. Nauczyłam się więc robić pauzę. Przerwać odpisywanie na prośbę, powiedzieć, że oddzwonię, a nawet zagrać na zwłokę. Wiem, że jeśli zadziałam impulsywnie, za chwilę będę to sobie wyrzucać. Sobie, że nie zadbałam o siebie, o czas dla rodziny. Potem mój żal może przenieść się na osoby, dla których się na coś zgodziłam. To kompletnie nie jest ich wina, jednak walka z chęcią obarczenia kogoś innego odpowiedzialnością za moje uczucia jest kusząca.
Przerwa. Pauza. Powrót do równowagi. Powiedzieć komuś "daj mi chwilę do namysłu", "oddzwonię do ciebie", "potrzebuję chwili, żeby to sprawdzić" to nie jest grzech nieudzielenia pomocy tonącemu. Jeśli dasz sobie chwilę i przyjrzysz się sytuacji, najpewniej zobaczysz, że jedyną osobą, która tu walczy o życie, jesteś ty.
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Ukryte pragnienie współczesnych rodziców
Czy współcześni rodzice chcą wychować idealne dzieci? Nie. Ich celem nie są idealne dzieci. Ich celem jest idealne rodzicielstwo. Takie, jakiego oni nie doświadczyli jako dzieci.
Współcześni rodzice marzą, że stają się tacy, jakimi nie okazali się ich matki i ojcowie.
Wrażliwi na emocje i potrzeby swoich dzieci.
Zaangażowani w ich sprawy.
Chwalący starania i niestawiający zbyt wygórowanych wymagań.
Wykorzystujący szanse i możliwości, które w czasach ich dzieciństwa nie istniały.
Generalnie cel piękny i szlachetny. Jest tylko kilka progów, o które prawie na pewno potkną się na ścieżce ku doskonałości.
Dla niejednego dorosłego przyznanie sobie orderu "Rodzica-Jakiego-Ja-Nie-Miałem" to kwestia potwierdzenia własnej wartości. I tu robi się grząsko. Taka osoba w gruncie rzeczy uzależnia swoje poczucie własnej wartości od dziecka. To dzięki córce lub dzięki synowi będzie wiadomo, że ziściło się marzenie o idealnym rodzicielstwie. Takie podejście jest skazane na porażkę. Po pierwsze dlatego, że to zbyt duży ciężar, by dźwigało go dziecko i zachowało przy tym zdrowie psychiczne. To nie jest jego zadanie. Po drugie -?po prostu nie ma idealnych ludzi. Takie podejście to gwarancja, że będą ofiary w ludziach.
Zachodzi ryzyko, że taki dorosły tak naprawdę próbuje dawać sobie, a nie dawać komuś. Podejmuje pewne działania zgodnie z potrzebami swojego wewnętrznego, niedokochanego, osamotnionego dziecka. Co najbardziej by je uszczęśliwiło? Co jemu sprawiłoby przyjemność? Co dla niego oznaczałby dobry czas z rodzicem? Oczywiście, dużo dobrego mogą dzięki temu dostać syn lub córka. Jednak nie o nich tu chodzi. I niekoniecznie do nich dostosowana jest ta idealna wersja rodzica.
Na horyzoncie majaczy już niejasny kontur rodzicielskiego wypalenia. Wyobraź to sobie. Ciśniesz na nieosiągalny ideał. Własną wartość uzależniasz od poczucia (ważne: TWOJEGO poczucia!) sukcesu rodzicielskiego. Stawiasz na to wszystkie karty. Kartę spełnienia się jako osoba. Kartę związku. Im więcej zaangażowania włożono w osiąganie ideału, tym trudniej zrezygnować, odpuścić. To ogólna zasada psychologiczna. A w tym konkretnym przypadku chodzi przecież o dobro dziecka, prawda? O sens istnienia idealnego rodzica!
To się niestety nie może udać. W końcu nastąpi katastrofa. Choćby taka, gdy nastoletnie dziecko zrobi coś bardzo nieodpowiedzialnego i brzemiennego w konsekwencje. I rodzic spada w otchłań. "Całkowita porażka. Moje życie nie ma sensu. Nawet tego nie potrafię..." Nie mogąc chwycić się innych swoich ról w życiu, innych przestrzeni, w których się żyło i szukało spełnienia, można z impetem runąć na ziemię.
To dobrze, że nie spodziewasz się, by twoje dziecko okazało się ideałem. Zdejmij z własnych barków jeszcze ten jeden ciężar i przestań wymagać tego od siebie. "Wystarczająco dobry rodzic" to i tak wysoko postawiona poprzeczka. Warto dążyć do takiego celu. A jaki jest rodzic wystarczający? Zapytaj dziecka. Obserwuj dziecko w relacji z tobą. Co takiego robisz, gdy oboje macie poczucie, że jest dobrze? Ot i odpowiedź!
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Chu*owo, ale stabilnie
Czy dopuszczasz do siebie myśl, że być może nie zawsze jest możliwe, aby było coraz lepiej? Przynajmniej nie teraz, nie na tym etapie twojego rodzinnego, związkowego lub całkiem osobistego życia?
Czy możliwe jest to, że na dziś to jest twój albo wasz "max"? Może w tym punkcie, o który zawsze się spierasz w partnerstwie, po prostu nie będziecie się zgadzać, i już? Może nie jesteś w stanie sprawić, aby ten temat nie był zapalnikiem? Może twój sukces nie będzie polegał na tym, że z kolejnej czytanej przez ciebie książki o wychowaniu wyciągniesz wreszcie tę jedną lekcję, która całkowicie odmieni wasze życie? Może nie na tym, że na zawsze zapamiętasz zawarte w niej mądre sformułowania i dialogi i od tej pory wszystko będzie komunikowane po nowemu? Może wystarczającym sukcesem będzie, jeśli w kłótni nie obrazisz się, nie obrzucisz inwektywami, przeprosisz za siebie?
Niewykluczone, że w twojej rodzinie są obszary, gdzie będzie właśnie tak, trochę chu*owo, ale stabilnie. Będą relacje, w których bywa ci łatwiej, na przykład z młodszymi dziećmi. A z nastolatkiem, na razie, regularne napięcia i trudne dla wszystkich emocje. Lepiej wtedy móc pogratulować sobie, że emocje nie poniosły za daleko, niż oskarżać się o brak wielkich przemian. A może to dotyczy twojego związku? Związku, który przypomina raczej ponton niż żaglowiec, jednak utrzymuje się na powierzchni pomimo burz i niesprzyjających wiatrów. Na tu i teraz - chu*owo, ale stabilnie.
Podobno kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Przyznam, że zmęczona jestem na samą myśl o przymusie, by nieustająco dokonywać postępu. Co zrobić, jeśli aktualnie człowiek po prostu jakoś się trzyma? Jeśli chwila odpoczynku, przyjrzenie się życiu, odsapnięcie przyniosą więcej dobrego niż parcie do przodu? Jeśli tym razem dobrze zrobi akceptacja siebie i swoich niedoskonałości? Tego drugiego człowieka i jego niedoskonałości?
Naprawdę, bywają chwile, gdy to wystarczający sukces. Wystarczający postęp. Odczepić się trochę od siebie.
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Jaki mam wpływ na emocje?
Nieraz powtarzałam na różnych warsztatach, że emocje robią się same. Coraz częściej jednak obawiam się, czy słuchacze aby nie zatrzymują się na tej informacji w niewłaściwym momencie.
Co to znaczy, że emocje robią się same? To znaczy, że są jak gęsia skórka, kiedy zrobi ci się zimno. Gęsia skórka jest dobra czy zła? Bez sensu pytanie, prawda? Przecież to po prostu reakcja. Jest ani taka, ani taka. Jeśli z jej powodu zabierzesz komuś bez pytania jego ciepły sweter, to takie zachowanie będzie już dobre albo złe. Podlega ocenie. To twoja decyzja, że sweter znalazł się w twoich rękach bez zgody właściciela. Podobnie z emocjami. One same nie podlegają ocenie. To, co robimy pod ich wpływem, owszem.
Czego to NIE oznacza?
Tego, że w naszych trudnych relacjach mamy sobie usiąść wygodnie i poczekać, aż jakieś przyjemne emocje spłyną na nas tak po prostu. W myśl tego, że "emocje robią się same". Otóż emocje można też sobie ZROBIĆ.
Przypomnij sobie całe zło, które w twoim przekonaniu spotkało cię od kogoś. Czy na samą myśl budzą się w tobie emocje? Poczucie krzywdy, niesprawiedliwości? Odrzucenie, skrzywdzenie, ból, niezrozumienie? Mało przyjemne, prawda? Gdyby ta osoba stanęła teraz przed tobą, oferując ci szklankę wody, jaka byłaby twoja reakcja? Uśmiech i życzliwe "dziękuję"? Czy co najmniej dystans wywołany wspomnieniem o złych doświadczeniach?
A teraz przywołaj z pamięci całe dobro, które spotkało cię od bliskiej osoby. Co ci się rozlewa w sercu? Jakie nastawienie buduje się do tej osoby?
Co tu się właśnie wydarzyło? To była szansa, by zaobserwować, jaki wpływ na twoje potencjalne zachowanie mają twoje emocje i... myśli! Oraz to, jak myśli wpływają na emocje. Widzisz teraz, że to "samorobienie się" emocji jest tylko częścią prawdy. Ty też "robisz sobie" emocje, na przykład wtedy, gdy po raz kolejny odtwarzasz w głowie film o tym, jak okropnie ktoś się z tobą obszedł.
Wiedząc to wszystko, trzeba wziąć za siebie odpowiedzialność. Zwłaszcza gdy mowa o trudności lub kryzysie w relacji. Być może czekasz, aż dziecko, mąż lub żona zrobią coś, co zmieni twoje nastawienie. "Się weźmie i się zmieni". To nie tylko przerzucanie całej odpowiedzialności za poprawę sytuacji na jedną stronę. W przypadku dziecka to generalnie błąd, bo nie dziecko odpowiada za relację z dorosłym. Dodatkowo masz moc zablokowania wszystkich pozytywnych zabiegów ze strony osoby, od której oczekujesz działania. Wystarczy, że skupisz się na jej potknięciach i przewinach. Na swoich odczuwanych kiedyś emocjach rozczarowania lub zranienia. Przydasz jej postępowaniu negatywnych domysłów i znaczeń, na przykład "mówi to, żeby mnie urobić", "lekceważy mnie", "oszukuje mnie, wcale tego nie czuje". Twoje myśli, na które masz wpływ, potrafią wznieść mur nie do przeskoczenia nawet dla najbardziej zdeterminowanej osoby.
Możesz aktywnie i pozytywnie wpłynąć na naprawę relacji. Narzędzia się nie zmieniają, zmienia się wektor działania. "Może nie wie, że dla mnie to nie jest przyjemne". "W ten sposób próbuje mi pokazać, że mu zależy". "Dla niej ta sprawa jest naprawdę ważna". To, co myślisz o zachowaniu drugiej osoby, jak ją oceniasz, jakie znaczenia nadajesz, wpływa na to, co czujesz. Jakie masz nastawienie. Czy dajesz szansę.
Ta szansa to nie jest łaska, jaką okazujesz dziecku lub współmałżonkowi. Tę szansę tak naprawdę dajesz sobie. Sobie, by nie zalała cię od środka trucizna. Sobie, aby nie zmarnować czasu, który się już nie powtórzy. Sobie, by nie przyszła chwila, w której trzeba będzie spojrzeć za siebie i stwierdzić, że się zwyczajnie gdzieś spieprzyło.
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Z czym myli się rozumienie drugiej osoby?
Spoiler alert. Rozumienie nie polega na akceptowaniu. Rozumienie nie polega na usprawiedliwianiu. Rozumienie jest o chodzeniu w cudzych butach. Nawet jeśli nie są w twoim rozmiarze.
Kiedy mowa o dzieciach, sprawa z okazywaniem zrozumienia jest zazwyczaj oczywista. Jeśli starasz się o bardziej świadome rodzicielstwo, to usiłujesz zrozumieć, dlaczego dziecko czuje się lub zachowuje w określony sposób. W trudnych sytuacjach mówisz córce lub synowi "rozumiem, że to dla ciebie trudne", "widzę, że nie masz ochoty tego robić", "słyszę, że to dla ciebie jest nieprzyjemne", "wygląda na to, że czujesz się sfrustrowany" lub "ale jesteś wściekły/smutny/przygnębiony/stęskniony/zmęczony...". Zarazem jasne jest dla ciebie, że okazywanie dziecku tego zrozumienia, tej empatii nie oznacza, że zgadzasz się na zachowanie, które uważasz za niewłaściwe. Dla przykładu: mimo smutku i rozżalenia syna nie kupujesz opłakiwanego zestawu klocków za 1000 złotych. Albo, choć rozumiesz wściekłość i zazdrość, nie zgadzasz się na bicie siostry. Albo zatrzymujesz wymierzone w siebie kopniaki.
Tymczasem sprawa ma się często zupełnie inaczej, gdy chodzi o żonę lub męża. Zachęcanie dorosłych ludzi, by spróbowali zrozumieć zachowanie drugiej dorosłej osoby, którą obarczają odpowiedzialnością za swoje złe doświadczenia i nieprzyjemne emocje, spotyka się często z wielką niechęcią. "Nie będę usprawiedliwiać takiego zachowania". "Jak zwykle my, kobiety (my, mężczyźni), musimy się na wszystko godzić". "On (ona) musi wziąć odpowiedzialność za swoje postępowanie!"
Twoja próba zrozumienia czyjegoś zachowania nie jest akceptowaniem lub zgadzaniem się na nie. Nie jest zwalnianiem z odpowiedzialności. Próba zrozumienia drugiego człowieka, tego, z którym żyjesz, to tylko tyle i aż tyle -?próba zrozumienia. Skąd bierze się to zachowanie? Co powoduje takie uczucia? Jak ważna jest dla niego ta sprawa? Tyle! Podobnie jak w przypadku dziecka, nie oznacza to przekraczania granic, których nie chcesz przekraczać. I nie chodzi o to, że traktujesz dorosłego jak dziecko. Chodzi o to, że umiesz już spoglądać na problem z różnych perspektyw i zarazem wyznaczyć granicę.
Staranie się o rozumienie jest niewygodne. Gdyby było produktem w sklepie, stałoby na półce gdzieś w okolicy obiektywizmu i empatii. Zmusza cię do spojrzenia na drugiego człowieka z taką samą uwagą i wyrozumiałością, z jaką patrzysz na siebie. Nie tak łatwo wtedy odsądzać od czci i wiary, nie tak łatwo mówi się "to wszystko twoja wina". Nie tak łatwo pozostaje się jedynym pozytywnym bohaterem na scenie.
Jednym z elementów procesu zdrowienia Dorosłych Dzieci Alkoholików jest ujrzenie w pijącym rodzicu zranionego człowieka. Z jego cierpieniem, historią, bezsilnością. Nie po to, żeby mu powiedzieć "spoko, nic się nie stało". Nie po to, by umniejszyć własny ból i rozczarowanie. Ale po to, by pójść do przodu. By wziąć odpowiedzialność za swoje życie teraz i w przyszłości. By nie sączyć w siebie trucizny.
Zrozumienie nie jest zgodą na coś, co przekracza twoje granice.
Zrozumienie nie jest akceptowaniem nieakceptowalnego.
Zrozumienie to linia startu. Nie mety.
Od: Aga Rogala / Poukładaj to sobie w głowie
Temat: Studium przypadku o roli ojca
Pod jednym z moich filmików o ojcostwie, jakie umieszczam na swoich profilach społecznościowych, ukazał się komentarz, który przeczytasz poniżej. Napisany przez mężczyznę. Chcę ten wpis rozebrać z tobą na części, ponieważ w moim odczuciu, i piszę to z pełną wdzięcznością wobec autora, stanowi kopalnię inspiracji do przemyśleń. Pierwsze z brzegu tematy: Czemu służy wyżalanie się? Jaka jest rola taty? Czym jest granie do tej samej bramki? Proszę uprzejmie!
Ojciec musi być, ale nie byle jak. Jednak matka musi mu pozwolić być. Dlatego tak ważne jest, żeby rodzice wspierali się wzajemnie. Nie może być tak, że matka jest super kosztem wymagającego ojca, i odwrotnie. Zbija się jakiś kapitał i próbuje pokazać, kto jest bardziej super. Najlepszy przykład -?ojciec wraca z pracy, zaczyna krzyczeć na dzieci, dzieci nie wiedzą, o co chodzi, ale wiadomo, tata krzyczy -?trzeba się bać. Wchodzi matka, przytula, mówi, żeby tata się uspokoił. Dzieci widzą, kto jest ich bohaterem. I teraz cofnijmy się trochę w czasie i zadajmy pytanie: dlaczego ojciec wpadł do domu i krzyczy? Bo przez cały dzień otrzymuje esemesy, w których matka opisuje zachowanie dzieci, bo wypisuje, że ma już dosyć, że sobie nie radzi, że dzieci się nie słuchają. I teraz, jaki sygnał wysyła ta kobieta swojemu facetowi? Że trzeba wejść do domu i zrobić rozróbę. Nagle się okazuje, że został bezczelnie wykorzystany przez kobietę, żeby pokazać, kto jest lepszym rodzicem. Z życia wzięte :(.
Zróbmy to od końca, okej?
"Dlaczego ojciec wpadł do domu i krzyczy? Bo przez cały dzień otrzymuje esemesy, w których matka opisuje zachowanie dzieci, bo wypisuje, że ma już dosyć, że sobie nie radzi, że dzieci się nie słuchają. I teraz, jaki sygnał wysyła ta kobieta swojemu facetowi? Że trzeba wejść do domu i zrobić rozróbę".
Jak to się stało, że tata doszedł do wniosku, jakoby żona oczekiwała od niego, aby po powrocie zrobił "rozróbę"? Idę o zakład, że ona pisząc do niego wiadomości, że jej źle, że nie ogarnia, że dzieci coś robią - wyżalała się. Chciała się wygadać. Chciała móc to komuś napisać i, szczęśliwie, to mąż przyszedł jej do głowy, a nie przyjaciółka lub matka, które mogłyby zacząć zastępować go w roli człowieka, do którego ona przychodzi po wsparcie. Nie sądzę, by oczekiwała, że mąż rozwiąże jej problem, a już na pewno nie w ten sposób. To nie mama "wysłała sygnał". To tata przyjął taką interpretację.
"Ojciec wraca z pracy, zaczyna krzyczeć na dzieci, dzieci nie wiedzą, o co chodzi, ale wiadomo, tata krzyczy -?trzeba się bać. Wchodzi matka, przytula, mówi, żeby tata się uspokoił. Dzieci widzą, kto jest ich bohaterem".
Po pierwsze, mechanizm, który często obserwuję u rodziców, działa następująco: Jeśli jeden rodzic dochodzi do wniosku, że ten drugi jest zbyt surowy, stara się to dzieciom zrównoważyć, łagodzić. Wtedy ten "surowy" denerwuje się podwójnie, w przekonaniu, że ktoś tu mu robi krecią robotę, podważa autorytet, a czasem dodatkowo "rozpuszcza dzieciaki". W konsekwencji nieraz dokręca jeszcze śrubę, "no bo nie może być tak, że...". Domyślasz się już, jak zareaguje na to ten łagodniejszy? Tak! Wzmożonym działaniem łagodzącym, w obawie o dobro szorstko traktowanych dzieci. I robi się z tego przeciąganie liny. Tak nieraz rodzina funkcjonuje latami i wszyscy są nieszczęśliwi. Nawet te dzieci. Koniec końców, naprawdę nie ma bohaterów.
Inna sprawa to tata wracający z pracy i od wejścia zaprowadzający "porządek" ostrymi metodami. Jak sam autor komentarza zauważył, krzyczy na dzieci, które nie wiedzą, o co chodzi. Innego efektu, niż "trzeba się bać", nie należało się spodziewać. Nawet gdyby faktycznie tego właśnie oczekiwała mama, tata wracający z pracy, z dystansu, ma szansę wnieść nową jakość. Posłuchać obu stron. Rozładować atmosferę. Dowiedzieć się, gdzie jest problem.
Istotnie, bywa tak, że rodzic, który opiekuje się dziećmi w domu, miewa dni, kiedy wszystkie siły opadają. Kiedy liczy, że ten drugi przyjdzie i uratuje świat. I dobrze. Ktoś, kto tonie, nie wyciągnie sam siebie za uszy z wody. Potrzebna jest przytomna osoba, która zauważy, rzuci koło ratunkowe lub wskoczy do wody z nowymi siłami.
Myślę, że ojcom nie zależy na tym, by sprowadzać siebie do roli surowych sędziów, bezwzględnie wymierzających sprawiedliwość pomiędzy drzwiami wejściowymi a kuchnią. Jednak bez autorefleksji, bez świadomości, bez dialogu z żoną lub partnerką może być ciężko wymyślić coś innego. W męskich żyłach może płynąć schemat postępowania ojców, dziadków. Metod sprzed lat. Albo przekonanie, że tym właśnie jest ojcowski autorytet.
"Dlatego tak ważne jest, żeby rodzice wspierali się wzajemnie. Nie może być tak, że matka jest super kosztem wymagającego ojca i odwrotnie. Zbija się jakiś kapitał i próbuje pokazać, kto jest bardziej super".
Całkowicie się zgadzam. To jest o wzajemnym wsparciu. To jest o tym, co rodzice często określają mianem grania do wspólnej bramki. Z tym że to granie rozumiane jest zbyt często jako jednakowe postępowanie. Oraz bezsporne stawanie za drugim rodzicem, jeśli ten wdał się w konflikt z dzieckiem. Tymczasem granie do tej samej bramki odnosi się do działania drużyny. Czy nie jest tak, że w sportach drużynowych sporo czasu poświęca się na planowanie strategii? Omawianie jej najskuteczniejszej wersji? Na dialog? Czy nie jest tak, że zawodnicy mają różne funkcje, różne role do odegrania w meczu, w którym CEL jest wspólny, ale METODY mogą się różnić?
Żywię szczerą nadzieję, że autor komentarza, dzięki któremu tak wiele udało się przekazać, doszedł lub dojdzie do podobnych wniosków. Mocno trzymam za niego kciuki!