Poukładaj to sobie w głowie. 100 maili do Ciebie o rodzicielstwie i partnerstwie - Aga Rogala

Kup ebooka

44.90 zł

-
Proszę czekać

Wstęp

Wszystko mogę w Tym, który mnie umac­nia. Flp 4,13

Wstęp

Nawet naj­lep­sza insty­tu­cja, naj­bar­dziej zaan­ga­żo­wany wycho­wawca nie zastą­pią w pełni rodzica. Dokład­nie pamię­tam chwilę, w któ­rej to zro­zu­mia­łam. Spa­ce­ro­wa­łam po polach nie­opo­dal mojego domu. Pod­su­mo­wy­wa­łam w myślach to, czym do tej pory się zaj­mo­wa­łam, co spra­wiało mi naj­wię­cej satys­fak­cji, gdzie upa­try­wa­łam sensu swo­jej pracy. Gdy dotarła do mnie prawda o roli rodzica, poczu­łam radość i wol­ność. Nie szko­dzi, że jestem "tylko" peda­go­giem. Pra­co­wa­łam już tro­chę z rodzi­cami, ale z pew­nym poczu­ciem winy, bo prze­cież chcia­łam trosz­czyć się o dzieci, nie o doro­słych. Teraz mogłam zaan­ga­żo­wać się w to, co moc­niej mnie pocią­gało, i wciąż będzie to realny wpływ na dzie­cięcy dobro­stan i bez­pie­czeń­stwo.

A zatem -?rodzice! Trzeba ich oto­czyć tro­ską, wspar­ciem, zro­zu­mie­niem. Jak­kol­wiek to zabrzmi, to była miłość, która trwa na­dal. Co zaprząta ich głowy, czego pra­gną, czego szu­kają? Jakie mają zmar­twie­nia, potrzeby i co prze­ży­wają? Co daje im siłę, a co dopro­wa­dza ich do łez bez­sil­no­ści? Jak mogę pomóc?

Jestem mamą trojga dzieci. Moje roz­wa­ża­nia ni­gdy nie były teo­re­tyczne. W moim życiu obecne są te same emo­cje, te same pro­blemy, te same chwile, gdy niebo się prze­ja­śnia.

Jed­nym ze spo­so­bów, by dać wspar­cie rodzi­com, stał się pisany przeze mnie coty­go­dniowy new­slet­ter. Coraz wię­cej osób odpi­su­ją­cych z podzię­ko­wa­niem za śro­dowe listy utwier­dzało mnie w prze­ko­na­niu, że warto to robić. Coraz wię­cej osób pytało, czy mogę im dosłać wcze­śniej­sze maile, ponie­waż dopiero nie­dawno dopi­sali się do listy mailin­go­wej. I tak zro­dził się pomysł na książkę, którą trzy­masz w dło­niach.

Są tu naj­lep­sze wysłane new­slet­tery, w nieco posze­rzo­nej wer­sji. Są tek­sty napi­sane spe­cjal­nie dla tej publi­ka­cji. Są też takie, które powstały dawno temu, a teraz odświe­żone wypły­wają na sze­ro­kie wody. Nie­które z nich są bar­dzo oso­bi­ste i choć doty­czą moich wła­snych doświad­czeń, to bez wąt­pie­nia podob­nych histo­rii jest tysiące. Być może któ­raś z nich brzmi zupeł­nie jak Twoja opo­wieść.

Co teraz? Pro­po­nuję zakre­ślacz lub fla­ma­ster. Czy­taj, zazna­cza­jąc wszystko, co warte zapa­mię­ta­nia, co może się przy­dać, do czego warto będzie wró­cić. Taka miała być ta setka listów do Cie­bie. Ponad­cza­so­wych, słu­żą­cych wspar­ciem, zro­zu­mie­niem. Mam nadzieję, że speł­nią swoje zada­nie.

Uści­ski,

Sztuka rezygnacji z kłótni

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Sztuka rezy­gna­cji z kłótni

W naszym domu na wsi zamiesz­ka­li­śmy jede­na­ście lat temu. Prze­szli­śmy wspól­nie z mężem przez sześć bar­dzo róż­nych od sie­bie miesz­kań, wynaj­mo­wa­nych w Kra­ko­wie, War­sza­wie i Łodzi. Gdy zabie­ra­łam się za pla­no­wa­nie wystroju domu, który wresz­cie będzie nasz, wyda­wało mi się, że naj­więk­szym wyzwa­niem będzie doko­ny­wa­nie wyboru, co ma się w nim zna­leźć. Doświad­cze­nia mia­łam róż­no­rodne. Ocze­ki­wa­nia nie­małe. Tym­cza­sem szybko prze­ko­na­łam się, że wyzwa­nie leży gdzie indziej.

We wła­snym domu przede wszyst­kim potrze­bo­wa­łam opa­no­wa­nia sztuki rezy­gna­cji. "Bez czego mogę się obejść?" -?to było klu­czowe dla mnie pyta­nie. I choć w przy­padku domu cho­dziło przede wszyst­kim o ogra­ni­cze­nie kosz­tów oraz moż­li­wość jak naj­szyb­szego wpro­wa­dze­nia się, to od tam­tego czasu odkry­wam, jak uży­teczna w życiu jest ta umie­jęt­ność. Umie­jętne rezy­gno­wa­nie.

Umie­jętne rezy­gno­wa­nie z tema­tów, o które nie warto kru­szyć kopii, na przy­kład w rela­cji mał­żeń­skiej. Mam takie spo­strze­że­nie, zwią­zane z moją pracą tera­peu­tyczną z parami lub poje­dyn­czymi klien­tami, gdy ich celem jest wyj­ście z kry­zysu doty­ka­ją­cego zwią­zek. Otóż, kiedy zain­te­re­so­wane osoby zaczy­nają dostrze­gać świa­tełko w tunelu, to czę­sto mówią, że "prze­stali się tak cze­piać". Dokład­nie tak to opi­sują. Dodają zazwy­czaj coś w stylu: "To nie zna­czy, że te iry­tu­jące rze­czy cał­ko­wi­cie prze­stały mnie dener­wo­wać. Sta­ram się po pro­stu nie zwra­cać na nie tak mocno uwagi, jakoś je pomi­jać. Z cza­sem oka­zuje się, że one nie były aż tak ważne".

Umie­jętne rezy­gno­wa­nie z tema­tów, o które nie warto spie­rać się z dziec­kiem. Dla jed­nych rodzi­ców to bała­gan w pokoju. Dla innych lep­sze oceny lub wybory odzie­żowe. Mądrze jest decy­do­wać, które sprawy są klu­czowe, a które warto na razie prze­łknąć niczym gorzką pigułkę. Tu może pomóc rodzi­ciel­ski namysł, na przy­kład, czy to, co mnie uru­cha­mia do kłótni z dziec­kiem, wynika raczej z mojego gustu lub odmien­nych zain­te­re­so­wań, czy to bar­dziej obiek­tywna kwe­stia bez­pie­czeń­stwa lub wywią­zy­wa­nia się z pod­sta­wo­wych obo­wiąz­ków? I choć może źle się koja­rzy złota myśl o wybie­ra­niu swo­ich bitew (kto chciałby mieć bitewną rela­cję z wła­snym dziec­kiem?), to można z niej zro­bić jakiś uży­tek.

Być może jesteś jedną z tych osób, które czują w sobie wła­śnie wewnętrzny sprze­ciw. Czy takie odpusz­cza­nie sporu, wszystko jedno z kim, nie jest oka­zy­wa­niem sła­bo­ści? Nie jest akcep­to­wa­niem tego, czego nie powinno się akcep­to­wać? Nie jest uty­ka­niem w miej­scu, zamiast wyku­wa­nia w ogniu siły cha­rak­teru dziecka lub dobrej zmiany w rela­cji? Jestem pewna, że świa­doma ocena pozwala na prze­my­śle­nie i zde­cy­do­wa­nie, który kon­flikt wart jest zaan­ga­żo­wa­nia. Jeśli nato­miast czu­jesz, że ten brak zaan­ga­żo­wa­nia to sła­bość, mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. Zre­zy­gnuj z cze­goś na próbę. Zoba­czysz, ile siły będzie cię kosz­to­wać wytrwa­nie przy tej decy­zji.

Kie­dyś w roz­mo­wie zwró­ci­łam komuś uwagę, że wal­czy ze swoim nasto­lat­kiem nie­mal o każdy dro­biazg. I w ten spo­sób oka­zuje się doro­słym, który ma do powie­dze­nia tylko tyle: "źle zro­bione", "niezro­bione", "za mało zro­bione". To nie była przy­jemna reflek­sja. Na fali emo­cji ta osoba zapo­wie­działa, że zrobi eks­pe­ry­ment i przez tydzień nie będzie w ogóle reago­wać na te zapal­niki, które dotąd tak sku­tecz­nie dzia­łały. Opo­no­wa­łam. "Przez tydzień nic się nie zmieni. Poza tym dzia­łasz pod wpły­wem emo­cji. Ale twoja wol­ność".

Dość powie­dzieć, że eks­pe­ry­ment nie prze­trwał próby czasu. Nawet w poło­wie.

Umie­jętne i świa­dome rezy­gno­wa­nie to nie emo­cjo­nalne zarze­ka­nie się, że "już ni­gdy". To nie sła­bość. To trudna, acz uży­teczna sztuka, któ­rej uczysz się wciąż od nowa.

Szczerze do bólu

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Szcze­rze do bólu

"Mam być szczera czy miła?". "Sorry, jestem po pro­stu szczery". Można świa­do­mie ranić i jed­no­cze­śnie uświę­cać to rze­ko­mym dba­niem o zacho­wa­nie szcze­ro­ści. Można w sil­nych emo­cjach wysma­gać kogoś sło­wami i żyć w prze­ko­na­niu, że to wła­śnie była szcze­rość. Można dekla­ro­wać akcep­ta­cję szcze­ro­ści do bólu i cich­cem dopi­sy­wać na dole strony mały aka­pit z gwiazdką: "pod warun­kiem, że ja, a nie mnie".

Zazwy­czaj gdy ktoś mówi, że ceni sobie szcze­rość do bólu, to ma na myśli sytu­acje, w któ­rych to on jest tą szczerą stroną. Trak­tuje to jako swoją zaletę, może i nie­wy­godną dla innych, ale cóż, jeżeli komuś to prze­szka­dza, to jego pro­blem, prawda?

Zda­rza się jed­nak, zwłasz­cza w kłótni, że ktoś dekla­ruje goto­wość na przy­ję­cie szcze­ro­ści do bólu. "No! Pro­szę, wal śmiało! Szcze­rze do bólu!", pada zachęta jed­nej ze stron. W gnie­wie, w roz­pa­czy, cza­sem we łzach. Taka osoba albo trzyma kciuki, by jed­nak nie usły­szeć tego, czego się oba­wia, albo trak­tuje to jak wbi­ja­nie ostat­niego gwoź­dzia do trumny. Pogrą­żona w cier­pie­niu czeka, aż ten drugi "dobije". Zapra­sza. Po wszyst­kim będzie można zanu­rzyć się w dra­ma­cie. Roz­pa­czać na dnie, poczuć się naj­go­rzej na świe­cie. Są osoby, które w głębi serca tego fak­tycz­nie szu­kają. Dla­czego? Z róż­nych powo­dów. Jed­nym z nich może być nie­świa­doma chęć pozo­sta­nia w roli ofiary. Aby była ofiara, potrzebny jest... kat.

Kiedy nam ta szcze­rość do bólu wypływa w prak­tyce? Gdy sie­dzimy sobie spo­koj­nie, sącząc kawkę w dużym pokoju? Czy raczej w kłótni, w emo­cjach, w pre­ten­sjach i ner­wach? "Pani Agnieszko, no fak­tycz­nie jest tak, że jak się kłó­cimy, to mówię cza­sem rze­czy, które mają zabo­leć. Druga strona też to robi. Prze­cież każdy tak robi", wyznał kie­dyś jeden z moich klien­tów. Abs­tra­hu­jąc od tego, że nie każdy tak robi, jest w tym wyzna­niu istotna infor­ma­cja. W kłótni mówi się cza­sem rze­czy, które mają zadać cios. To ważne dla osób, które są celem. Boli, i to jest zło. Ale, uwaga, to nie była szcze­rość. "A tak w ogóle to wszyst­kie orga­zmy uda­wa­łam!" nie mówi o tym, że twój dotych­cza­sowy seks był kłam­stwem, ale że ona chciała mieć pew­ność, że cię zaboli. "Gdy­byś mnie uprze­dziła, że będziesz taka jak twoja matka, to nie byłoby tego mał­żeń­stwa" nie ozna­cza, że twój mąż wresz­cie był z tobą szczery. On pozwo­lił, by ponio­sły go emo­cje i wymie­rzył w cie­bie cios. Ta świa­do­mość nie ma umniej­szyć two­jego cier­pie­nia. Ma pozwo­lić na zła­pa­nie wła­ści­wej per­spek­tywy. I dystansu.

Możesz żywić prze­ko­na­nie, że twój mąż, żona, part­ner lub part­nerka to osoba, która powinna umieć i chcieć przyj­mo­wać twoją szcze­rość do bólu. Szcze­rość jest zaraz obok prawdy, czyż nie? Zatem żyjesz w roz­grze­sza­ją­cym prze­świad­cze­niu, że ty po pro­stu mówisz prawdę. Co wię­cej, jesteś tro­chę lep­szy lub lep­sza, bo ty z prawdą nie masz pro­blemu. A on lub ona naj­wy­raź­niej tak, skoro sobie z nią "nie radzi". Wiesz, gdy jest się czę­sto­wa­nym taką prawdą, ciężko zebrać myśli, oddzie­lić je od emo­cji i na spo­koj­nie sta­nąć w swo­jej obro­nie. Zaś trak­to­wa­nie kogoś taką prawdą bez znie­czu­le­nia nie czyni czło­wieka w żaden spo­sób lep­szym. Powie­dzia­ła­bym, że wręcz prze­ciw­nie.

Pod­su­mo­wu­jąc, nie zachę­cam, by od teraz cho­dzić wokół sie­bie na palusz­kach, ważąc każde słowo. Prze­mil­cza­jąc to, co boli, co uwiera, co chcia­łoby się zmie­nić. Sęk w tym, że czło­wiek wcale nie uczy się mówić tylko w pierw­szych latach swo­jego życia. Póź­niej trzeba nauczyć się mówić w taki spo­sób, by słowa budo­wały, a nie obra­cały w ruinę. I to jest oso­bi­sta odpo­wie­dzial­ność każ­dego doro­słego czło­wieka.

Ocean seksu i trzy niebezpieczne wyspy

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Ocean seksu i trzy nie­bez­pieczne wyspy

Gdyby temat seksu rodzi­ców był zbior­ni­kiem wod­nym, to koniecz­nie oce­anem. Sze­ro­kim, baaar­dzo głę­bo­kim, peł­nym wirów i prą­dów, które zno­szą daleko od bez­piecz­nych przy­stani. Ale niech będzie, wsiądę do swo­jej łódki i zro­bię z tobą małą rundę po oko­licz­nych wyspach na tym oce­anie. Wyspach, o któ­rych naj­czę­ściej opo­wia­dają mi na spo­tka­niach mał­żon­ko­wie w tera­pii. Choć niekoniecz­nie przy­cho­dzą do mnie po pomoc w obsza­rze współ­ży­cia, nasza roz­mowa nie­raz już zdry­fo­wała ku tym kilku wyspom. Nie­go­ścin­nym. Cza­sem nie­bez­piecz­nym. Jed­nak obec­nym na mapach. Nie­da­ją­cym się zigno­ro­wać. Zaj­rzyjmy na nie.

Wyspa "Seks jest najważniejszy"

On lub ona trak­tuje seks tak prio­ry­te­towo, że jego regu­larna obec­ność w życiu pary trak­to­wana jest jako jedyny słuszny dowód na to, że zwią­zek żyje. Seks staje się wyłącz­nym środ­kiem do oka­zy­wa­nia czu­ło­ści, do bycia ze sobą bli­sko. Może być tak, że to jedyny spo­sób, jaki on lub ona zna, by oka­zać czu­łość. Może być tak, że to jedyny spo­sób, w jaki dotąd ta czu­łość była defi­nio­wana i roz­po­zna­wana.

W tej sytu­acji mogę ocze­ki­wać intym­no­ści z żoną lub mężem nie­za­leż­nie od tego, czy w naszej rela­cji obecne są roz­mowy, czy spę­dzamy ze sobą war­to­ściowy czas, czy każda ze stron ma poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i wspar­cia w codzien­nych obo­wiąz­kach.

Wyspa "Seks to dodatek"

Dla niej lub dla niego seks to taki bonus do związku. Doda­tek. Może kie­dyś było ina­czej, jed­nak teraz na liście prio­ry­te­tów naj­pierw są dzieci, obo­wiązki albo na przy­kład żal, że wczo­raj było o coś spię­cie. Zda­nia o tym, że prze­cież wszystko się zmie­nia, że brak sił, że "nie mamy już po 25 lat", są oczy­wi­ście praw­dziwe. Mimo wszystko nie powinny jed­nak dewa­lu­ować tego, jaką rolę seks w związku ma do ode­gra­nia. Jeśli jeste­śmy w rela­cji mono­ga­micz­nej, to jest obec­nie tylko jedna osoba na świe­cie, z którą wcho­dzę w taką intym­ność. Tylko jedna, z którą na dziś mogę się tak połą­czyć i któ­rej takie połą­cze­nie mogę ofia­ro­wać. Dość powie­dzieć, że robi się z tego wyjąt­kowo spa­ja­jąca zwią­zek sprawa.

Wyspa "Taki seks, jakie twoje ojcostwo w mojej ocenie"

Oj, wokół tej wyspy jest naprawdę groź­nie, można utknąć na mie­liź­nie lub roz­bić się o skały. Po pierw­sze, piszę o ojco­stwie, ponie­waż jak dotąd nie tra­fi­łam na męż­czy­znę, który odma­wiałby współ­ży­cia part­nerce z tego powodu, że nie podoba mu się jej rela­cja z dziećmi. Nato­miast histo­rii o tym, że ona ma żal do niego jako ojca dzieci i z tego powodu nie wcho­dzi z nim w bli­skość, nie bra­kuje. Oczy­wi­ście rozu­miem, gdy kobieta obser­wu­jąc męża lub part­nera, który krzy­czy, jest nie­przy­jemny czy szorstki wobec dzieci, dystan­suje się od niego w sfe­rze, która odsła­nia ją i czyni bez­bronną. Z tym że to nie jest jedyny sce­na­riusz. Jest jesz­cze i ten, w któ­rym na pierw­szym pla­nie są dzieci, naj­pierw moje macie­rzyń­stwo i twoje ojco­stwo na moim pozio­mie zaan­ga­żo­wa­nia, według moich kry­te­riów, a dopiero potem jeste­śmy my -?part­ne­rzy, mał­żon­ko­wie, kobieta i męż­czy­zna.

W swo­jej książce Potrze­bu­jesz tylko miło­ści oraz inne kłam­stwa o mał­żeń­stwie John W. Jacobs napi­sał: "Dzieci nie powinny być waż­niej­sze od Pań­stwa rela­cji mał­żeń­skiej. Będą Pań­stwo lep­szymi rodzi­cami, jeśli staną się Pań­stwo lep­szymi mał­żon­kami". I dodaje, że dzie­ciom lepiej zrobi widok przy­tu­la­ją­cych się rodzi­ców niż kolejna wspólna z nimi zabawa. To oczy­wi­ście nie jest zachęta do pozo­sta­wie­nia dzieci samym sobie. To zapro­sze­nie, by posta­rać się o wię­cej rów­no­wagi. O czas wolny od roli rodzica.

Ocean i trzy wyspy. Zacho­waj ostroż­ność. Nie roz­bij się na rafach. Nie kie­ruj na mie­li­zny. Ale wiesz co? Nie bój się zanur­ko­wać w głąb!

Co jest lepsze od dawania dobrych rad?

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Co jest lep­sze od dawa­nia dobrych rad?

Gdy dziecko, żona lub mąż opo­wiada ci o swoim pro­ble­mie, dobra rada albo pomysł na roz­wią­za­nie mogą same cisnąć ci się na usta. Wiesz prze­cież, jak zała­twić tę sprawę! "Wystar­czy, że..." Choć trudno w to uwie­rzyć, twoje świetne roz­wią­za­nie może być ostat­nią rze­czą, jaka będzie pomocna. W takim razie co lep­szego możesz zro­bić, gdy ktoś mówi ci o swo­jej trud­no­ści?

Zacznijmy od tego, że nikt przy zdro­wych zmy­słach nie zacze­pia obcego na ulicy, by mu się zwie­rzyć. Świa­do­mie lub nie zwraca się z tym do kogoś, kogo zna, komu ufa lub kto z jakie­goś powodu jest oczy­wi­stym wybo­rem. Jeśli to ty jesteś takim wybo­rem, to zna­czy, że cie­bie wła­śnie uważa za słu­cha­cza, któ­remu można się zwie­rzyć. Zrzu­cić cię­żar. Opo­wie­dzieć swoją histo­rię. Warto doce­nić już sam ten fakt. To tylko opo­wieść. Dajesz uszy.

Wiele osób układa swoje myśli, kiedy na bie­żąco je wypo­wiada. Mówie­nie na głos to zupeł­nie co innego niż mowa wewnętrzna. Trzeba nadać spra­wie takie słowa, żeby to jakoś sen­sow­nie zabrzmiało. I tu czę­sto dzieje się magia. W mojej pracy tera­peu­tycz­nej zda­rzają się takie sesje, kiedy klient lub klientka mówi 50 minut, ja mia­łam szansę tylko na kilka pytań (pytań!), a on lub ona na koniec wzdy­cha i stwier­dza: "Dzię­kuję. Ależ mi to było potrzebne!". Albo: "O rany, teraz widzę to zupeł­nie ina­czej!". Pro­blem, który wybrzmi na głos, nie­raz zmie­nia kształty. Nawet potrafi się skur­czyć!

Pamię­tam takie zda­nie z jakie­goś sta­rego filmu: "Ach, jak ciężko w tych cza­sach o dobrą służbę". Aż chce mi się zawo­łać: "Ach, jak ciężko w tych cza­sach o dobre uszy!". O czło­wieka, który wysłu­cha z uwagą. Odłoży tele­fon, gdy dziecko lub ktoś bli­ski zwraca się do niego. Kogoś, kto pokiwa głową ze zro­zu­mie­niem, doceni wagę pro­blemu, będzie pomru­ki­wał, słu­cha­jąc w zaan­ga­żo­wany spo­sób. Cza­sem zapyta o coś kon­kret­niej, spa­ra­fra­zuje przed chwilą wypo­wie­dziane zda­nie. Kogoś, kto mając poczu­cie, że pro­blem powraca jak bume­rang, spyta: "Co byłoby dla cie­bie uży­teczne w tej sytu­acji?", "Czy chcesz, żeby ci coś dora­dzić, czy potrze­bu­jesz po pro­stu, żeby cię wysłu­chać?".

Ludzie bar­dziej niż dobrej rady potrze­bują czuć się wysłu­chani. Zauwa­żeni. Ty też, wystar­czy, że zaj­rzysz w sie­bie i przy­wo­łasz z pamięci ostat­nią sytu­ację, kiedy tak wła­śnie się czu­łeś lub czu­łaś. Czy nie był to moment, w któ­rym ktoś poświę­cił ci całą uwagę, słu­cha­jąc tego, co masz do powie­dze­nia?

Dzieje się tyle, ile dzieje się na rynku

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Dzieje się tyle, ile dzieje się na rynku

Opo­wieść mojej roz­mów­czyni brzmiała mniej wię­cej tak:

Gdy pra­cu­jesz w jakimś biz­ne­sie, na przy­kład tak jak ja -?w nie­ru­cho­mo­ściach, to sta­rasz się zro­bić jak naj­wię­cej. Dajmy na to sprze­dać jak naj­wię­cej miesz­kań. I sta­rasz się, ciężko pra­cu­jesz. I fru­stru­jesz się, jeśli nie idzie tak, jak ocze­ki­wa­łaś.

Ja się tak mocno fru­stro­wa­łam w pracy, że nie wycho­dzi tak, jak się spo­dzie­wa­łam. Że nie ma widocz­nych, wystar­cza­jąco dużych suk­ce­sów. I poszłam poroz­ma­wiać o tym z moim prze­ło­żo­nym. A to jest mądry facet. To on mi powie­dział: "Spo­koj­nie. Dzieje się tyle, ile dzieje się na rynku".

Dzieje się tyle, ile dzieje się na rynku. Zwłasz­cza, gdy rynek jest w kry­zy­sie.

Jeżeli jesteś mamą małego dziecka, robisz tyle, na ile teraz pozwala ci twoja sytu­acja. Przy takiej ilo­ści snu, z takim, a nie innym dre­na­żem ener­gii. Jeśli dziś narzu­cisz sobie ocze­ki­wa­nia, któ­rym nie będziesz w sta­nie spro­stać, zro­bisz sobie krzywdę. Jesz­cze bar­dziej eko. Jesz­cze bar­dziej "bli­sko­ściowo". Cho­ciaż pra­gniesz chwili wytchnie­nia bez tego całego ciśnie­nia na wygraną w kon­kur­sie Zaan­ga­żo­wana Matka Roku. Twój rynek, na dziś, może tego nie dźwi­gnąć. Twoje dziecko może tego wcale nie potrze­bo­wać.

Gdy sta­rasz się o zmianę jakie­goś swo­jego zacho­wa­nia, jakie­goś nawyku i posta­wisz sobie szla­chetny, acz nie­re­ali­styczny cel, łatwo upad­niesz pod cię­ża­rem porażki. Tym moc­niej gruch­niesz, im wyżej ją na początku usta­wisz. To nie zna­czy, że nie możesz mie­rzyć wysoko, o nie! Odróż­nij jed­nak dale­ko­siężne marze­nia od bie­żą­cych celów. Im donio­ślej­sza zmiana ma się wyda­rzyć, tym mniej­sze, uważ­niej­sze kroki warto sta­wiać. Nie tylko po to, by nie prze­wró­cić się po dro­dze. Jeśli nie radzisz sobie spraw­nie na rów­ni­nie, jak zamie­rzasz sku­tecz­nie się wspi­nać?

Jeżeli twój zwią­zek jest w kry­zy­sie, to możesz zro­bić tyle dobrego, na ile kry­zys w danym momen­cie ci pozwala. Sceny niczym z kome­dii roman­tycz­nej teraz ci się nie przy­tra­fią, przy­naj­mniej na razie. Twoja żona lub part­nerka nie od razu wkro­czy do sypialni w prze­źro­czy­stym des­sous i zapo­mni, że od świtu do nocy mat­kuje. Twój mąż może nie wsko­czyć z nagła w buty roz­mow­nego part­nera lub zaan­ga­żo­wa­nego ojca. Jeśli twój rynek pozwala na nie­wiele, niech dzieje się tyle, na ile rynek pozwala. Na razie. Ale nie mniej. Nie pod­da­waj się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Narzędzie do rzucania serca za przeszkodę

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Narzę­dzie do rzu­ca­nia serca za prze­szkodę

"Trzeba rzu­cić serce za prze­szkodę", miał powie­dzieć major "Hubal", gdy go spy­tano, jak on to robi, że tak spraw­nie poko­nuje trasy zawo­dów jeź­dziec­kich. Zapewne panu majo­rowi nie przy­szłoby do głowy, że kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej te słowa będą otwie­rać oczy na nowe roz­wią­za­nia pro­ble­mów oso­bi­stych i part­ner­skich. A tu pro­szę! Trzeba jed­nak wiele samo­za­par­cia, by sko­rzy­stać z rady majora. Docie­ra­jąc na naszych życio­wych koni­kach do prze­szkody, patrzymy w górę i mówimy sobie, że nic z tego. Prze­szkoda za duża. Koń za mały. Albo że my ni­gdy nie byli­śmy dobrzy w ska­ka­niu.

Jak to może wyglą­dać w prak­tyce? Na przy­kład tak:

Piotr czuje, że on i Magda odda­lili się od sie­bie w mał­żeń­stwie. Piotr jedzie wła­śnie do pracy i zasta­na­wia się w duchu, co można z tym zro­bić. "Pew­nie gdy­by­śmy codzien­nie mogli chwilę poga­dać, to popra­wi­łoby naszą rela­cję. Ale prze­cież my się cią­gle mijamy, ja muszę rano wyjść na czas, ina­czej utknę w kor­kach. Ona oczy­wi­ście nie wsta­nie wcze­śniej na jakąś wspólną kawę. Więc jak to mia­łoby się udać..."

Co tu się dzieje? Otóż Piotr widzi prze­szkodę i tylko jeden spo­sób, nie­wy­ko­nalny, by ją poko­nać. Lada moment będzie miał też wino­wajcę całej tej sytu­acji nie do prze­sko­cze­nia. I to nie będzie on.

Jak zatem nie utknąć na prze­szko­dzie? Omi­ja­jąc ją! Na szczę­ście w wyobraźni wszystko jest moż­liwe. I wcale nie cho­dzi o snu­cie fan­ta­zji i magicz­nych roz­wią­zań. Naj­waż­niej­sze to zna­leźć się, choć na chwilę, po dru­giej stro­nie. Cza­sem po to, by zoba­czyć, jak wygląda ten kawa­łek świata. Cza­sem, by dostrzec, że nie ma cze­goś takiego jak jedno słuszne roz­wią­za­nie. A cza­sem, by "zha­ko­wać" sobie mózg. Bo dla niego to, co realne, i to, co wyobra­żone, jest tak samo żywe. To dla­tego na myśl o czymś (tylko myśl!) reaguje całe ciało -?dresz­czem, przy­spie­szo­nym biciem serca, łzami, śmie­chem. Warto więc oży­wić lep­szą rze­czy­wi­stość, tę bez prze­szkody.

Jest takie ćwi­cze­nie, ide­alne do rzu­ca­nia serca za prze­szkodę. I do samo­dziel­nego zasto­so­wa­nia przez jeźdź­ców ama­to­rów. Zada­nie polega na wie­lo­krot­nym zada­wa­niu sobie pew­nego pyta­nia oraz udzie­la­niu krót­kich, jed­noz­da­nio­wych odpo­wie­dzi.

Pyta­nie to brzmi: "Przy­pu­śćmy, że (tu wstaw wła­ściwe). Jaką to zrobi róż­nicę?".

Gdyby Piotr chciał sko­rzy­stać z tej pomocy, jego wewnętrzny dia­log ze sobą w samo­cho­dzie mógłby wyglą­dać tak:

-?Gdy­by­śmy codzien­nie mogli chwilę poga­dać, popra­wi­łoby to naszą rela­cję.

Przy­pu­śćmy, że udaje nam się codzien­nie chwilę poga­dać. Jaką to zrobi róż­nicę?

-?Mógł­bym pytać ją, jakie ma plany na kolejny dzień.

Przy­pu­śćmy, że pytam ją o plany na kolejny dzień. Jaką to zrobi róż­nicę?

-?Pew­nie Magda poczuje, że wyka­zuję zain­te­re­so­wa­nie tym, co jej doty­czy. Zarzuca mi, że tego nie robię.

Przy­pu­śćmy, że poczuła moje zain­te­re­so­wa­nie. Jaką to zrobi róż­nicę?

-?Może będzie miała do mnie lep­sze nasta­wie­nie.

Przy­pu­śćmy, że zyska do mnie lep­sze nasta­wie­nie. Jaką to zrobi róż­nicę?

-?Myślę, że będziemy się mniej kłó­cić. Przy­naj­mniej ten jeden powód odpad­nie.

Przy­pu­śćmy, że mniej się kłó­cimy. Jaką to zrobi róż­nicę?

-?Atmos­fera w domu zmie­ni­łaby się na lep­sze!

Przy­pu­śćmy, że atmos­fera w domu zmie­niła się na lep­sze. Jaką to zrobi róż­nicę?

-?Miał­bym ochotę szyb­ciej wra­cać z pracy. Myślę, że zaczę­li­by­śmy ze sobą wię­cej roz­ma­wiać.

Już lubię tego Pio­tra. Powoli dostrzega, że jego intu­icja jest słuszna - te chwile roz­mowy są ważne. Zaczyna zauwa­żać, jak daleko mogą się­gać ich kon­se­kwen­cje. Jego nasta­wie­nie się zmie­nia. Jesz­cze chwila, a zacznie szu­kać spo­sobu, by z tej wie­dzy sko­rzy­stać dla dobra swo­jej rodziny.

Jesz­cze inny przy­kład, pro­sto z sesji tera­peu­tycz­nej, jaką odby­łam z Ireną.

Irena: Chcia­ła­bym sobie ufar­bo­wać włosy na rudo. Ale nie wiem, czy powin­nam.

Ja: Przy­pu­śćmy, że ufar­bo­wa­łaś je na rudo. Jaką to zrobi róż­nicę?

Irena: Mia­ła­bym rude włosy!

Ja: Przy­pu­śćmy, że masz rude włosy. Jaką to zrobi róż­nicę?

Irena: Och, mia­ła­bym wię­cej ener­gii. Rudy to jest taki ener­ge­tyczny kolor!

Ja: Przy­pu­śćmy, że masz wię­cej ener­gii. Jaką to zrobi róż­nicę?

Irena: Mogła­bym być bar­dziej pewna sie­bie.

Ja: Przy­pu­śćmy, że jesteś bar­dziej pewna sie­bie. Jaką to zrobi róż­nicę?

Irena: Nie dała­bym sobie tak wcho­dzić na głowę innym ludziom.

Widzisz to? Czego tak naprawdę szu­kała Irena? Skoro już dowie­działa się, że w rudych wło­sach szuka siły, która pomo­głaby jej strzec swo­ich gra­nic, to zna­czy, że powinna je ufar­bo­wać? A może wła­śnie nie, skoro nie o włosy tu cho­dzi? To nie­ważne. To jej decy­zja. Naj­waż­niej­sze, że Irena myślami zna­la­zła się za prze­szkodą. Być może się­gnie po pew­ność sie­bie bez rudo­ści. A może wymy­śliła spo­sób, by tę pew­ność sie­bie uru­cho­mić dzięki zmia­nie koloru wło­sów. Teraz ONA decy­duje o swoim życiu. O rety, czy to nie jest wła­śnie pew­ność sie­bie?

Moja rada? Zapisz sobie to pyta­nie. Sie­dząc w metrze, w aucie, w pocze­kalni, roz­ru­szaj cza­sem swoje szare komórki takim scho­dze­niem w głąb sie­bie. Choćby dla zabi­cia czasu. A gdy twój koń utknie na prze­szko­dzie, rzuć swoje serce w lep­szą przy­szłość.

Pauza bezpieczeństwa

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Pauza bez­pie­czeń­stwa

Dla wielu osób odma­wia­nie jest jak nie­udzie­le­nie pomocy toną­cemu. Ska­czą więc na główkę, zanim oce­nią poziom zagro­że­nia lub cho­ciaż głę­bo­kość wody. Zanim zorien­tują się, że nikt tak naprawdę nie tonie. Zamiast tego wystar­czyło zatrzy­mać się na chwilę nad brze­giem.

Na naszym spo­tka­niu Ali­cja, po szyję zanu­rzona w poczu­ciu winy, opo­wia­dała mi o tym, jak szybko roz­pę­dzała się i pod­no­siła głos. Głos, który następ­nie prze­cho­dził w krzyk. I wcale nie cho­dziło o to, że zło­ściła się na dzieci, które jej nie słu­chały. Jak się oka­zało, pro­blem ze słu­cha­niem doty­czył słu­cha­nia sie­bie samej.

Ala opo­wie­działa mi o ostat­niej roz­mo­wie tele­fo­nicz­nej, w któ­rej stop­niowo coraz bar­dziej napi­nała się i iry­to­wała. "Znowu" ktoś cze­goś od niej chciał i ona "znowu" nie mogła szybko i sku­tecz­nie spro­stać ocze­ki­wa­niu.

Spy­ta­łam ją, jak ina­czej chcia­łaby zare­ago­wać na prośbę tam­tej osoby. "Chcia­ła­bym odpo­wie­dzieć jej spo­koj­nie", odparła. "Spo­koj­nie? Jak by to brzmiało?", dopy­ty­wa­łam. Ali­cja namy­ślała się chwilę, po czym wolno wypo­wie­działa zda­nie: "Myślę, że jakoś tak: "Pocze­kaj, spraw­dzę to i do cie­bie oddzwo­nię"".

Byłam zasko­czona. To nie było "to samo, tylko spo­koj­niej". Wcze­śniej opo­wia­dała o peł­nym napię­cia "Już! Szybko! Nie widzę! No gdzie to jest!?". Teraz mówiła o zatrzy­ma­niu.

Doświad­czasz cza­sem wąt­pli­wego uroku "zaaaraz" ze strony swo­ich dzieci, gdy masz do nich jakąś prośbę? Na ogół działa to na nas, rodzi­ców, jak płachta na byka. Ale może jest w tym jakaś ukryta lek­cja dla choć nie­któ­rych z nas? Prze­cież świat nie wali się od dzie­cię­cego "zaaaraz".

Być może jesteś jedną z tych osób, które czują wewnętrzną pre­sję, by pomóc, zado­wo­lić, uła­twić komuś życie. Jeśli weszło się w rolę życio­wego ratow­nika, rzu­ca­nie się na pomoc jest nie­mal odru­chem bez­wa­run­ko­wym. "Ja to zała­twię", "Oczy­wi­ście, że mogę", "Dobrze, przyjdę" itd. Nawet zanim zosta­nie się o tę pomoc popro­szo­nym. Pomimo braku czasu, braku sił lub zwy­czaj­nej nie­chęci. Przy­mus udzie­le­nia natych­mia­sto­wej odpo­wie­dzi jest prze­możny. Nie ma czasu na wyko­na­nie skom­pli­ko­wa­nego fikołka odma­wia­nia, jeśli nie jest się wpra­wio­nym w tej sztuce.

A co potem? Wyrzuty sumie­nia, złość na sie­bie. Skąd ja na to wezmę czas? Jak mam wykrze­sać z sie­bie siły? I, a jakże, złość na innych, któ­rzy prze­cież zmu­sili i nie było wyj­ścia...

Wyznam ci, że sama jestem ratow­ni­kiem na detok­sie. Ćwi­czę fikołki odma­wia­nia upar­cie, choć jesz­cze nie bez lęku. Cza­sem wcale nikt nie chce cze­goś ode mnie tak mocno, jak mi się wydaje. Czę­sto to tylko ja tak mocno czuję, że coś powin­nam. W pośpie­chu zaczy­nam ze sobą nego­cjo­wać. Znam swoje czułe punkty, umiem wyko­rzy­stać je prze­ciwko sobie. Mogę zagrać poczu­ciem misji, poczu­ciem winy albo poczu­ciem moral­nego obo­wiązku. Świet­nie się do tego nadają. Nauczy­łam się więc robić pauzę. Prze­rwać odpi­sy­wa­nie na prośbę, powie­dzieć, że oddzwo­nię, a nawet zagrać na zwłokę. Wiem, że jeśli zadzia­łam impul­syw­nie, za chwilę będę to sobie wyrzu­cać. Sobie, że nie zadba­łam o sie­bie, o czas dla rodziny. Potem mój żal może prze­nieść się na osoby, dla któ­rych się na coś zgo­dzi­łam. To kom­plet­nie nie jest ich wina, jed­nak walka z chę­cią obar­cze­nia kogoś innego odpo­wie­dzial­no­ścią za moje uczu­cia jest kusząca.

Prze­rwa. Pauza. Powrót do rów­no­wagi. Powie­dzieć komuś "daj mi chwilę do namy­słu", "oddzwo­nię do cie­bie", "potrze­buję chwili, żeby to spraw­dzić" to nie jest grzech nie­udzie­le­nia pomocy toną­cemu. Jeśli dasz sobie chwilę i przyj­rzysz się sytu­acji, naj­pew­niej zoba­czysz, że jedyną osobą, która tu wal­czy o życie, jesteś ty.

Ukryte pragnienie współczesnych rodziców

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Ukryte pra­gnie­nie współ­cze­snych rodzi­ców

Czy współ­cze­śni rodzice chcą wycho­wać ide­alne dzieci? Nie. Ich celem nie są ide­alne dzieci. Ich celem jest ide­alne rodzi­ciel­stwo. Takie, jakiego oni nie doświad­czyli jako dzieci.

Współ­cze­śni rodzice marzą, że stają się tacy, jakimi nie oka­zali się ich matki i ojco­wie.

Wraż­liwi na emo­cje i potrzeby swo­ich dzieci.

Zaan­ga­żo­wani w ich sprawy.

Chwa­lący sta­ra­nia i nie­sta­wia­jący zbyt wygó­ro­wa­nych wyma­gań.

Wyko­rzy­stu­jący szanse i moż­li­wo­ści, które w cza­sach ich dzie­ciń­stwa nie ist­niały.

Gene­ral­nie cel piękny i szla­chetny. Jest tylko kilka pro­gów, o które pra­wie na pewno potkną się na ścieżce ku dosko­na­ło­ści.

Próg nr 1

Dla nie­jed­nego doro­słego przy­zna­nie sobie orderu "Rodzica-Jakiego-Ja-Nie-Mia­łem" to kwe­stia potwier­dze­nia wła­snej war­to­ści. I tu robi się grzą­sko. Taka osoba w grun­cie rze­czy uza­leż­nia swoje poczu­cie wła­snej war­to­ści od dziecka. To dzięki córce lub dzięki synowi będzie wia­domo, że ziściło się marze­nie o ide­al­nym rodzi­ciel­stwie. Takie podej­ście jest ska­zane na porażkę. Po pierw­sze dla­tego, że to zbyt duży cię­żar, by dźwi­gało go dziecko i zacho­wało przy tym zdro­wie psy­chiczne. To nie jest jego zada­nie. Po dru­gie -?po pro­stu nie ma ide­al­nych ludzi. Takie podej­ście to gwa­ran­cja, że będą ofiary w ludziach.

Próg nr 2

Zacho­dzi ryzyko, że taki doro­sły tak naprawdę pró­buje dawać sobie, a nie dawać komuś. Podej­muje pewne dzia­ła­nia zgod­nie z potrze­bami swo­jego wewnętrz­nego, nie­do­ko­cha­nego, osa­mot­nio­nego dziecka. Co naj­bar­dziej by je uszczę­śli­wiło? Co jemu spra­wi­łoby przy­jem­ność? Co dla niego ozna­czałby dobry czas z rodzi­cem? Oczy­wi­ście, dużo dobrego mogą dzięki temu dostać syn lub córka. Jed­nak nie o nich tu cho­dzi. I nie­ko­niecz­nie do nich dosto­so­wana jest ta ide­alna wer­sja rodzica.

Próg nr 3

Na hory­zon­cie maja­czy już nie­ja­sny kon­tur rodzi­ciel­skiego wypa­le­nia. Wyobraź to sobie. Ciśniesz na nie­osią­galny ideał. Wła­sną war­tość uza­leż­niasz od poczu­cia (ważne: TWO­JEGO poczu­cia!) suk­cesu rodzi­ciel­skiego. Sta­wiasz na to wszyst­kie karty. Kartę speł­nie­nia się jako osoba. Kartę związku. Im wię­cej zaan­ga­żo­wa­nia wło­żono w osią­ga­nie ide­ału, tym trud­niej zre­zy­gno­wać, odpu­ścić. To ogólna zasada psy­cho­lo­giczna. A w tym kon­kret­nym przy­padku cho­dzi prze­cież o dobro dziecka, prawda? O sens ist­nie­nia ide­al­nego rodzica!

To się nie­stety nie może udać. W końcu nastąpi kata­strofa. Choćby taka, gdy nasto­let­nie dziecko zrobi coś bar­dzo nie­od­po­wie­dzial­nego i brze­mien­nego w kon­se­kwen­cje. I rodzic spada w otchłań. "Cał­ko­wita porażka. Moje życie nie ma sensu. Nawet tego nie potra­fię..." Nie mogąc chwy­cić się innych swo­ich ról w życiu, innych prze­strzeni, w któ­rych się żyło i szu­kało speł­nie­nia, można z impe­tem runąć na zie­mię.

To dobrze, że nie spo­dzie­wasz się, by twoje dziecko oka­zało się ide­ałem. Zdej­mij z wła­snych bar­ków jesz­cze ten jeden cię­żar i prze­stań wyma­gać tego od sie­bie. "Wystar­cza­jąco dobry rodzic" to i tak wysoko posta­wiona poprzeczka. Warto dążyć do takiego celu. A jaki jest rodzic wystar­cza­jący? Zapy­taj dziecka. Obser­wuj dziecko w rela­cji z tobą. Co takiego robisz, gdy oboje macie poczu­cie, że jest dobrze? Ot i odpo­wiedź!

Chu*owo, ale stabilnie

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Chu*owo, ale sta­bil­nie

Czy dopusz­czasz do sie­bie myśl, że być może nie zawsze jest moż­liwe, aby było coraz lepiej? Przy­naj­mniej nie teraz, nie na tym eta­pie two­jego rodzin­nego, związ­ko­wego lub cał­kiem oso­bi­stego życia?

Czy moż­liwe jest to, że na dziś to jest twój albo wasz "max"? Może w tym punk­cie, o który zawsze się spie­rasz w part­ner­stwie, po pro­stu nie będzie­cie się zga­dzać, i już? Może nie jesteś w sta­nie spra­wić, aby ten temat nie był zapal­ni­kiem? Może twój suk­ces nie będzie pole­gał na tym, że z kolej­nej czy­ta­nej przez cie­bie książki o wycho­wa­niu wycią­gniesz wresz­cie tę jedną lek­cję, która cał­ko­wi­cie odmieni wasze życie? Może nie na tym, że na zawsze zapa­mię­tasz zawarte w niej mądre sfor­mu­ło­wa­nia i dia­logi i od tej pory wszystko będzie komu­ni­ko­wane po nowemu? Może wystar­cza­ją­cym suk­cesem będzie, jeśli w kłótni nie obra­zisz się, nie obrzu­cisz inwek­ty­wami, prze­pro­sisz za sie­bie?

Nie­wy­klu­czone, że w two­jej rodzi­nie są obszary, gdzie będzie wła­śnie tak, tro­chę chu*owo, ale sta­bil­nie. Będą rela­cje, w któ­rych bywa ci łatwiej, na przy­kład z młod­szymi dziećmi. A z nasto­lat­kiem, na razie, regu­larne napię­cia i trudne dla wszyst­kich emo­cje. Lepiej wtedy móc pogra­tu­lo­wać sobie, że emo­cje nie ponio­sły za daleko, niż oskar­żać się o brak wiel­kich prze­mian. A może to doty­czy two­jego związku? Związku, który przy­po­mina raczej pon­ton niż żaglo­wiec, jed­nak utrzy­muje się na powierzchni pomimo burz i nie­sprzy­ja­ją­cych wia­trów. Na tu i teraz - chu*owo, ale sta­bil­nie.

Podobno kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Przy­znam, że zmę­czona jestem na samą myśl o przy­mu­sie, by nie­usta­jąco doko­ny­wać postępu. Co zro­bić, jeśli aktu­al­nie czło­wiek po pro­stu jakoś się trzyma? Jeśli chwila odpo­czynku, przyj­rze­nie się życiu, odsap­nię­cie przy­niosą wię­cej dobrego niż par­cie do przodu? Jeśli tym razem dobrze zrobi akcep­ta­cja sie­bie i swo­ich nie­do­sko­na­ło­ści? Tego dru­giego czło­wieka i jego nie­do­sko­na­ło­ści?

Naprawdę, bywają chwile, gdy to wystar­cza­jący suk­ces. Wystar­cza­jący postęp. Odcze­pić się tro­chę od sie­bie.

Jaki mam wpływ na emocje?

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Jaki mam wpływ na emo­cje?

Nie­raz powta­rza­łam na róż­nych warsz­ta­tach, że emo­cje robią się same. Coraz czę­ściej jed­nak oba­wiam się, czy słu­cha­cze aby nie zatrzy­mują się na tej infor­ma­cji w nie­wła­ści­wym momen­cie.

Co to zna­czy, że emo­cje robią się same? To zna­czy, że są jak gęsia skórka, kiedy zrobi ci się zimno. Gęsia skórka jest dobra czy zła? Bez sensu pyta­nie, prawda? Prze­cież to po pro­stu reak­cja. Jest ani taka, ani taka. Jeśli z jej powodu zabie­rzesz komuś bez pyta­nia jego cie­pły swe­ter, to takie zacho­wa­nie będzie już dobre albo złe. Pod­lega oce­nie. To twoja decy­zja, że swe­ter zna­lazł się w two­ich rękach bez zgody wła­ści­ciela. Podob­nie z emo­cjami. One same nie pod­le­gają oce­nie. To, co robimy pod ich wpły­wem, ow­szem.

Czego to NIE ozna­cza?

Tego, że w naszych trud­nych rela­cjach mamy sobie usiąść wygod­nie i pocze­kać, aż jakieś przy­jemne emo­cje spłyną na nas tak po pro­stu. W myśl tego, że "emo­cje robią się same". Otóż emo­cje można też sobie ZRO­BIĆ.

Przy­po­mnij sobie całe zło, które w twoim prze­ko­na­niu spo­tkało cię od kogoś. Czy na samą myśl budzą się w tobie emo­cje? Poczu­cie krzywdy, nie­spra­wie­dli­wo­ści? Odrzu­ce­nie, skrzyw­dze­nie, ból, nie­zro­zu­mie­nie? Mało przy­jemne, prawda? Gdyby ta osoba sta­nęła teraz przed tobą, ofe­ru­jąc ci szklankę wody, jaka byłaby twoja reak­cja? Uśmiech i życz­liwe "dzię­kuję"? Czy co naj­mniej dystans wywo­łany wspo­mnie­niem o złych doświad­cze­niach?

A teraz przy­wo­łaj z pamięci całe dobro, które spo­tkało cię od bli­skiej osoby. Co ci się roz­lewa w sercu? Jakie nasta­wie­nie buduje się do tej osoby?

Co tu się wła­śnie wyda­rzyło? To była szansa, by zaob­ser­wo­wać, jaki wpływ na twoje poten­cjalne zacho­wa­nie mają twoje emo­cje i... myśli! Oraz to, jak myśli wpły­wają na emo­cje. Widzisz teraz, że to "samo­ro­bie­nie się" emo­cji jest tylko czę­ścią prawdy. Ty też "robisz sobie" emo­cje, na przy­kład wtedy, gdy po raz kolejny odtwa­rzasz w gło­wie film o tym, jak okrop­nie ktoś się z tobą obszedł.

Wie­dząc to wszystko, trzeba wziąć za sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Zwłasz­cza gdy mowa o trud­no­ści lub kry­zy­sie w rela­cji. Być może cze­kasz, aż dziecko, mąż lub żona zro­bią coś, co zmieni twoje nasta­wie­nie. "Się weź­mie i się zmieni". To nie tylko prze­rzu­ca­nie całej odpo­wie­dzial­no­ści za poprawę sytu­acji na jedną stronę. W przy­padku dziecka to gene­ral­nie błąd, bo nie dziecko odpo­wiada za rela­cję z doro­słym. Dodat­kowo masz moc zablo­ko­wa­nia wszyst­kich pozy­tyw­nych zabie­gów ze strony osoby, od któ­rej ocze­ku­jesz dzia­ła­nia. Wystar­czy, że sku­pisz się na jej potknię­ciach i prze­wi­nach. Na swo­ich odczu­wa­nych kie­dyś emo­cjach roz­cza­ro­wa­nia lub zra­nie­nia. Przy­dasz jej postę­po­wa­niu nega­tyw­nych domy­słów i zna­czeń, na przy­kład "mówi to, żeby mnie uro­bić", "lek­ce­waży mnie", "oszu­kuje mnie, wcale tego nie czuje". Twoje myśli, na które masz wpływ, potra­fią wznieść mur nie do prze­sko­cze­nia nawet dla naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wa­nej osoby.

Możesz aktyw­nie i pozy­tyw­nie wpły­nąć na naprawę rela­cji. Narzę­dzia się nie zmie­niają, zmie­nia się wek­tor dzia­ła­nia. "Może nie wie, że dla mnie to nie jest przy­jemne". "W ten spo­sób pró­buje mi poka­zać, że mu zależy". "Dla niej ta sprawa jest naprawdę ważna". To, co myślisz o zacho­wa­niu dru­giej osoby, jak ją oce­niasz, jakie zna­cze­nia nada­jesz, wpływa na to, co czu­jesz. Jakie masz nasta­wie­nie. Czy dajesz szansę.

Ta szansa to nie jest łaska, jaką oka­zu­jesz dziecku lub współ­mał­żon­kowi. Tę szansę tak naprawdę dajesz sobie. Sobie, by nie zalała cię od środka tru­ci­zna. Sobie, aby nie zmar­no­wać czasu, który się już nie powtó­rzy. Sobie, by nie przy­szła chwila, w któ­rej trzeba będzie spoj­rzeć za sie­bie i stwier­dzić, że się zwy­czaj­nie gdzieś spie­przyło.

Z czym myli się rozumienie drugiej osoby?

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Z czym myli się rozu­mie­nie dru­giej osoby?

Spo­iler alert. Rozu­mie­nie nie polega na akcep­to­wa­niu. Rozu­mie­nie nie polega na uspra­wie­dli­wia­niu. Rozu­mie­nie jest o cho­dze­niu w cudzych butach. Nawet jeśli nie są w twoim roz­mia­rze.

Kiedy mowa o dzie­ciach, sprawa z oka­zy­wa­niem zro­zu­mie­nia jest zazwy­czaj oczy­wi­sta. Jeśli sta­rasz się o bar­dziej świa­dome rodzi­ciel­stwo, to usi­łu­jesz zro­zu­mieć, dla­czego dziecko czuje się lub zacho­wuje w okre­ślony spo­sób. W trud­nych sytu­acjach mówisz córce lub synowi "rozu­miem, że to dla cie­bie trudne", "widzę, że nie masz ochoty tego robić", "sły­szę, że to dla cie­bie jest nie­przy­jemne", "wygląda na to, że czu­jesz się sfru­stro­wany" lub "ale jesteś wście­kły/smutny/przy­gnę­biony/stę­sk­niony/zmę­czony...". Zara­zem jasne jest dla cie­bie, że oka­zy­wa­nie dziecku tego zro­zu­mie­nia, tej empa­tii nie ozna­cza, że zga­dzasz się na zacho­wa­nie, które uwa­żasz za nie­wła­ściwe. Dla przy­kładu: mimo smutku i roz­ża­le­nia syna nie kupu­jesz opła­ki­wa­nego zestawu kloc­ków za 1000 zło­tych. Albo, choć rozu­miesz wście­kłość i zazdrość, nie zga­dzasz się na bicie sio­stry. Albo zatrzy­mu­jesz wymie­rzone w sie­bie kop­niaki.

Tym­cza­sem sprawa ma się czę­sto zupeł­nie ina­czej, gdy cho­dzi o żonę lub męża. Zachę­ca­nie doro­słych ludzi, by spró­bo­wali zro­zu­mieć zacho­wa­nie dru­giej doro­słej osoby, którą obar­czają odpo­wie­dzial­no­ścią za swoje złe doświad­cze­nia i nie­przy­jemne emo­cje, spo­tyka się czę­sto z wielką nie­chę­cią. "Nie będę uspra­wie­dli­wiać takiego zacho­wa­nia". "Jak zwy­kle my, kobiety (my, męż­czyźni), musimy się na wszystko godzić". "On (ona) musi wziąć odpo­wie­dzial­ność za swoje postę­po­wa­nie!"

Twoja próba zro­zu­mie­nia czy­je­goś zacho­wa­nia nie jest akcep­to­wa­niem lub zga­dza­niem się na nie. Nie jest zwal­nia­niem z odpo­wie­dzial­no­ści. Próba zro­zu­mie­nia dru­giego czło­wieka, tego, z któ­rym żyjesz, to tylko tyle i aż tyle -?próba zro­zu­mie­nia. Skąd bie­rze się to zacho­wa­nie? Co powo­duje takie uczu­cia? Jak ważna jest dla niego ta sprawa? Tyle! Podob­nie jak w przy­padku dziecka, nie ozna­cza to prze­kra­cza­nia gra­nic, któ­rych nie chcesz prze­kra­czać. I nie cho­dzi o to, że trak­tu­jesz doro­słego jak dziecko. Cho­dzi o to, że umiesz już spo­glą­dać na pro­blem z róż­nych per­spek­tyw i zara­zem wyzna­czyć gra­nicę.

Sta­ra­nie się o rozu­mie­nie jest nie­wy­godne. Gdyby było pro­duk­tem w skle­pie, sta­łoby na półce gdzieś w oko­licy obiek­ty­wi­zmu i empa­tii. Zmu­sza cię do spoj­rze­nia na dru­giego czło­wieka z taką samą uwagą i wyro­zu­mia­ło­ścią, z jaką patrzysz na sie­bie. Nie tak łatwo wtedy odsą­dzać od czci i wiary, nie tak łatwo mówi się "to wszystko twoja wina". Nie tak łatwo pozo­staje się jedy­nym pozy­tyw­nym boha­te­rem na sce­nie.

Jed­nym z ele­men­tów pro­cesu zdro­wie­nia Doro­słych Dzieci Alko­ho­li­ków jest ujrze­nie w piją­cym rodzicu zra­nio­nego czło­wieka. Z jego cier­pie­niem, histo­rią, bez­sil­no­ścią. Nie po to, żeby mu powie­dzieć "spoko, nic się nie stało". Nie po to, by umniej­szyć wła­sny ból i roz­cza­ro­wa­nie. Ale po to, by pójść do przodu. By wziąć odpo­wie­dzial­ność za swoje życie teraz i w przy­szło­ści. By nie sączyć w sie­bie tru­ci­zny.

Zro­zu­mie­nie nie jest zgodą na coś, co prze­kra­cza twoje gra­nice.

Zro­zu­mie­nie nie jest akcep­to­wa­niem nie­ak­cep­to­wal­nego.

Zro­zu­mie­nie to linia startu. Nie mety.

Studium przypadku o roli ojca

Od: Aga Rogala / Poukła­daj to sobie w gło­wie

Temat: Stu­dium przy­padku o roli ojca

Pod jed­nym z moich fil­mi­ków o ojco­stwie, jakie umiesz­czam na swo­ich pro­fi­lach spo­łecz­no­ścio­wych, uka­zał się komen­tarz, który prze­czy­tasz poni­żej. Napi­sany przez męż­czy­znę. Chcę ten wpis roze­brać z tobą na czę­ści, ponie­waż w moim odczu­ciu, i piszę to z pełną wdzięcz­no­ścią wobec autora, sta­nowi kopal­nię inspi­ra­cji do prze­my­śleń. Pierw­sze z brzegu tematy: Czemu służy wyża­la­nie się? Jaka jest rola taty? Czym jest gra­nie do tej samej bramki? Pro­szę uprzej­mie!

Ojciec musi być, ale nie byle jak. Jed­nak matka musi mu pozwo­lić być. Dla­tego tak ważne jest, żeby rodzice wspie­rali się wza­jem­nie. Nie może być tak, że matka jest super kosz­tem wyma­ga­ją­cego ojca, i odwrot­nie. Zbija się jakiś kapi­tał i pró­buje poka­zać, kto jest bar­dziej super. Naj­lep­szy przy­kład -?ojciec wraca z pracy, zaczyna krzy­czeć na dzieci, dzieci nie wie­dzą, o co cho­dzi, ale wia­domo, tata krzy­czy -?trzeba się bać. Wcho­dzi matka, przy­tula, mówi, żeby tata się uspo­koił. Dzieci widzą, kto jest ich boha­te­rem. I teraz cof­nijmy się tro­chę w cza­sie i zadajmy pyta­nie: dla­czego ojciec wpadł do domu i krzy­czy? Bo przez cały dzień otrzy­muje ese­mesy, w któ­rych matka opi­suje zacho­wa­nie dzieci, bo wypi­suje, że ma już dosyć, że sobie nie radzi, że dzieci się nie słu­chają. I teraz, jaki sygnał wysyła ta kobieta swo­jemu face­towi? Że trzeba wejść do domu i zro­bić roz­róbę. Nagle się oka­zuje, że został bez­czel­nie wyko­rzy­stany przez kobietę, żeby poka­zać, kto jest lep­szym rodzi­cem. Z życia wzięte :(.

Zróbmy to od końca, okej?

"Dla­czego ojciec wpadł do domu i krzy­czy? Bo przez cały dzień otrzy­muje ese­mesy, w któ­rych matka opi­suje zacho­wa­nie dzieci, bo wypi­suje, że ma już dosyć, że sobie nie radzi, że dzieci się nie słu­chają. I teraz, jaki sygnał wysyła ta kobieta swo­jemu face­towi? Że trzeba wejść do domu i zro­bić roz­róbę".

Jak to się stało, że tata doszedł do wnio­sku, jakoby żona ocze­ki­wała od niego, aby po powro­cie zro­bił "roz­róbę"? Idę o zakład, że ona pisząc do niego wia­do­mo­ści, że jej źle, że nie ogar­nia, że dzieci coś robią - wyża­lała się. Chciała się wyga­dać. Chciała móc to komuś napi­sać i, szczę­śli­wie, to mąż przy­szedł jej do głowy, a nie przy­ja­ciółka lub matka, które mogłyby zacząć zastę­po­wać go w roli czło­wieka, do któ­rego ona przy­cho­dzi po wspar­cie. Nie sądzę, by ocze­ki­wała, że mąż roz­wiąże jej pro­blem, a już na pewno nie w ten spo­sób. To nie mama "wysłała sygnał". To tata przy­jął taką inter­pre­ta­cję.

"Ojciec wraca z pracy, zaczyna krzy­czeć na dzieci, dzieci nie wie­dzą, o co cho­dzi, ale wia­domo, tata krzy­czy -?trzeba się bać. Wcho­dzi matka, przy­tula, mówi, żeby tata się uspo­koił. Dzieci widzą, kto jest ich boha­te­rem".

Po pierw­sze, mecha­nizm, który czę­sto obser­wuję u rodzi­ców, działa nastę­pu­jąco: Jeśli jeden rodzic docho­dzi do wnio­sku, że ten drugi jest zbyt surowy, stara się to dzie­ciom zrów­no­wa­żyć, łago­dzić. Wtedy ten "surowy" dener­wuje się podwój­nie, w prze­ko­na­niu, że ktoś tu mu robi kre­cią robotę, pod­waża auto­ry­tet, a cza­sem dodat­kowo "roz­pusz­cza dzie­ciaki". W kon­se­kwen­cji nie­raz dokręca jesz­cze śrubę, "no bo nie może być tak, że...". Domy­ślasz się już, jak zare­aguje na to ten łagod­niej­szy? Tak! Wzmo­żo­nym dzia­ła­niem łago­dzą­cym, w oba­wie o dobro szorstko trak­to­wa­nych dzieci. I robi się z tego prze­cią­ga­nie liny. Tak nie­raz rodzina funk­cjo­nuje latami i wszy­scy są nie­szczę­śliwi. Nawet te dzieci. Koniec koń­ców, naprawdę nie ma boha­te­rów.

Inna sprawa to tata wra­ca­jący z pracy i od wej­ścia zapro­wa­dza­jący "porzą­dek" ostrymi meto­dami. Jak sam autor komen­ta­rza zauwa­żył, krzy­czy na dzieci, które nie wie­dzą, o co cho­dzi. Innego efektu, niż "trzeba się bać", nie nale­żało się spo­dzie­wać. Nawet gdyby fak­tycz­nie tego wła­śnie ocze­ki­wała mama, tata wra­ca­jący z pracy, z dystansu, ma szansę wnieść nową jakość. Posłu­chać obu stron. Roz­ła­do­wać atmos­ferę. Dowie­dzieć się, gdzie jest pro­blem.

Istot­nie, bywa tak, że rodzic, który opie­kuje się dziećmi w domu, miewa dni, kiedy wszyst­kie siły opa­dają. Kiedy liczy, że ten drugi przyj­dzie i ura­tuje świat. I dobrze. Ktoś, kto tonie, nie wycią­gnie sam sie­bie za uszy z wody. Potrzebna jest przy­tomna osoba, która zauważy, rzuci koło ratun­kowe lub wsko­czy do wody z nowymi siłami.

Myślę, że ojcom nie zależy na tym, by spro­wa­dzać sie­bie do roli suro­wych sędziów, bez­względ­nie wymie­rza­ją­cych spra­wie­dli­wość pomię­dzy drzwiami wej­ścio­wymi a kuch­nią. Jed­nak bez auto­re­flek­sji, bez świa­do­mo­ści, bez dia­logu z żoną lub part­nerką może być ciężko wymy­ślić coś innego. W męskich żyłach może pły­nąć sche­mat postę­po­wa­nia ojców, dziad­ków. Metod sprzed lat. Albo prze­ko­na­nie, że tym wła­śnie jest ojcow­ski auto­ry­tet.

"Dla­tego tak ważne jest, żeby rodzice wspie­rali się wza­jem­nie. Nie może być tak, że matka jest super kosz­tem wyma­ga­ją­cego ojca i odwrot­nie. Zbija się jakiś kapi­tał i pró­buje poka­zać, kto jest bar­dziej super".

Cał­ko­wi­cie się zga­dzam. To jest o wza­jem­nym wspar­ciu. To jest o tym, co rodzice czę­sto okre­ślają mia­nem gra­nia do wspól­nej bramki. Z tym że to gra­nie rozu­miane jest zbyt czę­sto jako jed­na­kowe postę­po­wa­nie. Oraz bez­sporne sta­wa­nie za dru­gim rodzi­cem, jeśli ten wdał się w kon­flikt z dziec­kiem. Tym­cza­sem gra­nie do tej samej bramki odnosi się do dzia­ła­nia dru­żyny. Czy nie jest tak, że w spor­tach dru­ży­no­wych sporo czasu poświęca się na pla­no­wa­nie stra­te­gii? Oma­wia­nie jej naj­sku­tecz­niej­szej wer­sji? Na dia­log? Czy nie jest tak, że zawod­nicy mają różne funk­cje, różne role do odegra­nia w meczu, w któ­rym CEL jest wspólny, ale METODY mogą się róż­nić?

Żywię szczerą nadzieję, że autor komen­ta­rza, dzięki któ­remu tak wiele udało się prze­ka­zać, doszedł lub doj­dzie do podob­nych wnio­sków. Mocno trzy­mam za niego kciuki!