Powiedz mi, proszę - Mike Omer

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kathy po ciemku kuś­ty­kała drogą, tuląc do piersi lalkę. Przy­ci­skała ją z całej siły, bo przez te ciem­no­ści lalka się bała. A gdy się boimy, cza­sami trzeba się przy­tu­lić, nic innego nie pomaga.

Jakiś czas temu zaczął padać deszcz. Kłu­jące kro­ple sie­kły ją w twarz i wsią­kały w podartą piżamę. Lalka była prze­mo­czona i zzięb­nięta. Tak samo jak Kathy.

Dziew­czynkę bolały stopy. Była boso. Pamię­tała, że kie­dyś, dawno temu, miała buciki. Wkła­dała je, gdy wycho­dziła na dwór, żeby się poba­wić. Ale teraz były tylko odle­głym wspo­mnie­niem, zatar­tym w jej pamięci. Przy­po­mniała sobie, że cza­sami nie chciała ich wkła­dać. Kłó­ciła się o to z mamu­sią. Teraz wyda­wało jej się to dziwne, marzyła o tym, żeby mieć buciki.

Ale od tak dawna już ich nie nosiła. Minęły tygo­dnie albo mie­siące... nie była pewna. Moż­liwe, że nawet rok.

Nie­ła­two było się zde­cy­do­wać, gdzie sta­wiać kroki. Kiedy szła drogą, chro­po­waty asfalt ranił jej stopy. Pro­ściej było iść po tra­wie na pobo­czu, ale gdy zro­biła tak wcze­śniej, coś ostrego wbiło jej się w piętę. Krzyk­nęła i musiała się zatrzy­mać, żeby wyjąć kolec, a wtedy dopiero poczuła okropny ból. Wpraw­dzie lalka poca­ło­wała ją w bolące miej­sce, ale nawet to nie pomo­gło.

Teraz, po tak dłu­gim mar­szu, obie stopy miała obo­lałe. Usia­dła pod latar­nią, obej­rzała je i zoba­czyła, że z pode­szew scho­dzi skóra i poja­wiła się krew.

Nie mogła jed­nak sie­dzieć tu dłu­żej. Wstała i ruszyła w dal­szą drogę.

Cza­sami źli ludzie potra­fią iść śla­dem krwi. Kathy o tym wie­działa, bo widziała, jak to robią. Weszła więc do stru­mie­nia obok drogi, żeby pły­nąca woda zmyła krew. Szczę­kała zębami, dygo­tała. Była prze­mar­z­nięta.

Cza­sami kiedy ludziom jest zimno, mogą zamar­z­nąć na śmierć.

Znowu ruszyła w drogę.

Sto­jące dookoła domy były wiel­kie, pro­sto­kątne i prze­ra­ża­jące. W ogóle nie przy­po­mi­nały jej domu. Tego, który wciąż pamię­tała, cho­ciaż od tak dawna w nim nie była. Miał ładny ogró­dek, biały płot i czer­wony dach, a na czas świąt Bożego Naro­dze­nia tata zawie­szał na nim małe mru­ga­jące lampki.

Chciała opo­wie­dzieć lalce o swoim domu, ale nie potra­fiła dobrać słów. Jak zawsze wszystko jej się mie­szało i słowa się roz­pły­wały. Przy­ci­snęła więc lalkę moc­niej do piersi i szła dalej. Byleby zosta­wić te straszne budynki za sobą.

Kiedy małe dziew­czynki cho­dzą po nocy koło strasz­nych budyn­ków, cza­sami przy­da­rzają im się okropne rze­czy. Kathy o tym wie­działa.

Dobiegł ją jakiś dźwięk. Gło­śny ryk. Kathy spięła się i obró­ciła, choć ledwo mogła oddy­chać, ponie­waż wie­działa, co to za odgłos, sły­szała go już wcze­śniej, a teraz to zoba­czyła i usły­szała, tę zie­jącą ranę, krzyki bólu, pły­nącą krew, tej krwi było tak dużo, że zamknęła oczy, przy­kuc­nęła i zatkała uszy, a mimo to wciąż to widziała i sły­szała i nie była w sta­nie się ruszyć, nie mogła oddy­chać, te wrza­ski...

Dźwięk ucichł.

Tkwiła w miej­scu, obej­mu­jąc się ramio­nami. Sły­szała swój chra­pliwy oddech, szczę­ka­nie zębami i szum desz­czu zmy­wa­ją­cego ulicę, ale nic poza tym.

Może ten hałas to był war­kot prze­jeż­dża­ją­cej w pobliżu cię­ża­rówki? Ale cza­sami tak trudno się zorien­to­wać, które dźwięki są rze­czy­wi­ście nie­do­bre, a które nie.

Byle przed sie­bie. Musiała wró­cić do domu, gdzie jest... bez­piecz­nie. Gdzie nie będzie złych panów i gdzie mamu­sia i tatuś przy­tulą ją i jej lalkę.

Chciała opo­wie­dzieć lalce o mamusi i tatu­siu, o przy­tu­la­niu oraz o bez­pie­czeń­stwie, ale nie potra­fiła zna­leźć słów.

Szło jej się coraz trud­niej. Za bar­dzo prze­mar­zła. I była zbyt zmę­czona. Powieki same jej opa­dły, ale zro­biła kolejny krok. I jesz­cze jeden. Mono­tonne bęb­nie­nie desz­czu się roz­pły­nęło. Już nie było jej zimno. Zro­biło się cie­plej. Może nawet dosta­tecz­nie cie­pło, żeby poło­żyć się na...

Nagły prze­ni­kliwy odgłos.

Szybko otwo­rzyła oczy, odwró­ciła się i tuż za sobą ujrzała dwa jasne świa­tła. W jej gło­wie znów roz­legł się ten ostry, gniewny dźwięk, nie­mal jak krzyki na tor­tu­rach, i wypeł­niły ją obrazy. Krwi, bólu i stra­chu. Zato­czyła się do tyłu i zanio­sła krzy­kiem, z sze­roko otwar­tych ust wydo­był się chra­pliwy zgrzyt w ogóle nie­po­dobny do jej...

- Hej. Hej!

Otwo­rzyły się drzwi samo­chodu, wysko­czył z niego jakiś męż­czy­zna i pobiegł w jej stronę. Cza­sami męż­czyźni robią straszne rze­czy dziew­czyn­kom, które same cho­dzą po nocy. Kathy wie­działa o tym. Potknęła się, runęła na szorstki asfalt, a siła upadku spra­wiła, że umil­kła i poczuła w ustach smak krwi.

- Hej, mała. Nic... nic ci nie jest? Chcesz, żebym kogoś zawia­do­mił?

Lalka wypa­dła jej z rąk, już jej nie widziała. Musiała ucie­kać. Nie­zdar­nie cofała się na czwo­ra­kach, nie spusz­cza­jąc oczu z męż­czy­zny. Był coraz bli­żej, bli­sko, pró­bo­wał ją zła­pać. Znowu krzyk­nęła i szarp­nęła się do tyłu. Cof­nął się, patrząc na nią sze­roko otwar­tymi oczami. Jej krzyk prze­szedł w kaszel, nie mogła się ruszyć, w ataku kaszlu nie była w sta­nie oddy­chać. Do ust napły­nęła jej krew - ugry­zła się w język.

- Hej. - Uniósł ręce i cof­nął się o krok. - Nic ci nie zro­bię, rozu­miesz?

Kaszel w końcu jej prze­szedł. Usia­dła na dro­dze, roz­dy­go­tana, strze­la­jąc oczami na boki i pró­bu­jąc oce­nić, czy zdoła mu uciec.

- Jak się nazy­wasz? - zapy­tał, kuca­jąc powoli.

Dygo­tała coraz bar­dziej, znowu szczę­kała zębami. Miała na imię Kathy. Ale nie wie­działa, jak mu to powie­dzieć. Bra­ko­wało jej słów.

- Ja jestem Ian. A ty?

Nie wyglą­dał na złego czło­wieka, ale źli ludzie cza­sami zupeł­nie na to nie wyglą­dają. Kathy o tym wie­działa.

- Miesz­kasz gdzieś w pobliżu?

Miesz­kała tutaj? Nie była pewna. Chciała do domu. Pró­bo­wała dojść do swo­jego domu.

- Posłu­chaj, może, eee... wsią­dziesz do mojego samo­chodu? Nie możesz tak sie­dzieć na desz­czu.

Znów zaczęła się czoł­gać do tyłu; oddy­chała ciężko, serce jej biło jak mło­tem.

- Nie, nie, już dobrze. Nie... nie musisz wsia­dać do mojego auta. Masz. - Zdjął płaszcz, nachy­lił się i go jej podał. - Włóż to.

Patrzyła na płaszcz. Może ten pan pró­bo­wał wypro­wa­dzić ją w pole? Skło­nić, by pode­szła na tyle bli­sko, żeby mógł ją zła­pać i... i...

- Roz­grze­jesz się. - Rzu­cił płaszcz na drogę, by miała go w zasięgu rąk.

Kie­dyś miała płasz­czyk. Uwiel­biała go. Był różowy i mechaty od środka. Żało­wała, że go teraz nie ma. Ale ten płaszcz może też był w środku mechaty. I byłoby jej w nim cie­pło.

Szybko chwy­ciła płaszcz i cof­nęła się tro­chę, by zna­leźć się dosta­tecz­nie daleko od męż­czy­zny. Potem wło­żyła okry­cie. Na wpół puste rękawy dyn­dały. Ten płaszcz nie był mechaty od środka. Ale już tak bar­dzo nie mar­zła.

- Dobrze - powie­dział męż­czy­zna cicho. - Nie... eee... ni­gdzie stąd nie odchodź. Ja tylko do kogoś zadzwo­nię, dobrze?

Patrzyła, jak wyciąga z kie­szeni tele­fon. Może jed­nak powinna ucie­kać? Ale zdała sobie sprawę, że nawet nie jest w sta­nie się pod­nieść. Zoba­czyła leżącą na dro­dze lalkę. Powinna po nią pójść.

- Halo? Mam na imię Ian, wła­śnie zna­la­złem dziew­czynkę idącą samot­nie środ­kiem drogi. Jest nie­duża... Nie wiem, ile ma lat. Sądzę, że sześć, może sie­dem.

Miała dzie­więć lat. Chciała mu o tym powie­dzieć. Ale nie mogła zna­leźć słów.

Rozdział 2

Robin Hart patrzyła, co też mała Laura szy­kuje w pla­sti­ko­wej kuchni. Ta kuch­nia była jedną z naj­bar­dziej wyszu­ka­nych zaba­wek, jakie Robin wsta­wiła do pokoju - miała zlew, pie­kar­nik, a nawet lodówkę w rogu. Nad kuchenką na maleń­kich haczy­kach wisiały garnki i patel­nie. Na myśl o ster­cie naczyń i kub­ków w zle­wie swo­jej praw­dzi­wej kuchni Robin poża­ło­wała, że nie jest tak czy­sta jak ta, którą kupiła dzie­ciom do zabawy.

Laura wzięła pla­sti­kowe jajko i udała, że je roz­bija o kra­wędź patelni.

- Będziesz sma­żyła jajko - powie­działa Robin. - A jakie?

- Sadzone - zaszcze­bio­tała Laura. Odło­żyła pla­sti­kowe jajko na bok i zakrę­ciła patel­nią.

- Mmm. Wygląda sma­ko­wi­cie.

- Smażę je dla cie­bie.

- Dla mnie? Dzię­kuję. Takie lubię naj­bar­dziej.

Dzi­siaj, tak jak przez ostat­nich kilka tygo­dni, Laura była wyjąt­kowo spo­kojna. Gdy Robin ujrzała ją po raz pierw­szy, przed rokiem, mała była spięta, zamknięta w sobie i wszystko, co robiła, było pod­szyte stra­chem. Ale roczna tera­pia zabawą z Robin zdzia­łała cuda. Beth, matka Laury, powie­działa, że kosz­mary, które drę­czyły córkę nie­mal codzien­nie, pra­wie cał­kiem znik­nęły. Robin wie­działa, że już nie­długo będzie musiała jej powie­dzieć, że te sesje dobie­gły końca. Na samą myśl o tym ogar­niał ją smu­tek - sesje tera­peu­tyczne z Laurą nale­żały do jej ulu­bio­nych.

Dziew­czynka podała jej pla­sti­kowy tale­rzyk i wide­lec.

- Pro­szę. Doda­łam jesz­cze ziem­nia­czane kro­kie­ciki.

- Pycha. - Robin udała, że je z tale­rzyka. - Bar­dzo dobre.

Laura obda­rzyła ją sze­ro­kim uśmie­chem, odwró­ciła się od kuchenki i rozej­rzała. Robin patrzyła w ślad za jej wzro­kiem, gdy oglą­dała pokój zabaw, który tak dobrze znała.

Ściany były w kolo­rze kre­mo­wym, a wykła­dzina dywa­nowa w odcie­niu jasno­nie­bie­skim. Zasłony w oknie roz­su­nięto, by do pokoju wpa­dało świa­tło sło­neczne. Wszystko to miało two­rzyć jak naj­bar­dziej łagodny nastrój. Z jed­nej strony na czte­rech pół­kach stały w rzę­dach pla­sti­kowe zabawki. Pod prze­ciw­le­głą ścianą znaj­do­wała się nie­wielka atrapa kuchenki, pla­sti­kowe biurko lekar­skie oraz pro­sty domek dla lalek. Pod oknem umiesz­czono pia­skow­nicę i żółty sto­li­czek zarzu­cony papie­rami, kred­kami oraz far­bami wod­nymi.

Laura pode­szła do pia­skow­nicy.

- Możemy poba­wić się tro­chę w pia­sku?

- Skoro chcesz - odparła Robin. Zale­żało jej, by dziew­czynka wie­działa, że w tym pokoju to ona rzą­dzi. Bo dla pro­cesu jej lecze­nia poczu­cie wła­dzy oraz pano­wa­nia nad wszyst­kim miało zasad­ni­cze zna­cze­nie.

Laura uklę­kła przy pia­skow­nicy.

- W co się poba­wimy?

- Hm... - Robin pode­szła do dziew­czynki. - Chcesz zagrać w przed i po?

- A jak się w to gra?

Robin usia­dła obok Laury. Gdy sie­działa, a dziew­czynka stała obok niej, miały oczy nie­mal na tym samym pozio­mie. Patrząc na nią z bli­ska, Robin przy­po­mniała sobie swoje zdję­cie por­tre­towe, które jej matka opra­wiła i posta­wiła w salo­nie. Wtedy jesz­cze miała okrą­głą, puco­ło­watą twarz i wiel­kie, wiecz­nie zdzi­wione piwne oczy, a rude włosy opa­dały jej na ramiona. Rzecz jasna, teraz dzie­cięca pulch­ność znik­nęła, cho­ciaż matka wciąż powta­rzała, że jej córka mogłaby "popra­co­wać nad sobą", cokol­wiek to zna­czyło.

Laura patrzyła na Robin wycze­ku­jąco.

Robin nary­so­wała na pia­sku dwie linie, dzie­ląc pia­skow­nicę na trzy czę­ści.

- No więc w przed i po gra się w ten spo­sób. - Wska­zała na lewą część. - To jest przed. Weź teraz jakieś zabawki i ustaw je tutaj, żeby mi poka­zać, jaka byłaś przed znik­nię­ciem Kathy.

Laura z namy­słem spoj­rzała na pia­sek, a potem pode­szła do pó­łek i obej­rzała sto­jące na nich zabawki. Robin obser­wo­wała ją, kiedy wybie­rała kolejne figurki. W rezul­ta­cie znik­nię­cia Kathy Stone w ciągu roku do Robin tra­fiło na tera­pię czworo dzieci z Bethe­lville. A nawet pię­cioro, jeśli doli­czyć jej sio­strze­nicę Amy, jedną z naj­bliż­szych przy­ja­ció­łek Kathy. Podob­nie jak całe Bethe­lville, po upro­wa­dze­niu dziew­czynki dzie­ciaki nie wie­działy, co o tym myśleć, i zma­gały się ze stra­chem. Ale w prze­ci­wień­stwie do doro­słych, miały tylko mętne poję­cie o tym, co zaszło. Jed­nego dnia Kathy była z nimi, a następ­nego znik­nęła. Roz­ma­wia­jąc na ten temat, rodzice i nauczy­ciele uni­kali kon­kre­tów. A skoro dziew­czynki ni­gdy nie odna­le­ziono, wyja­śnie­nia się nie zga­dzały. Nie­któ­rzy rodzice mówili dzie­ciom, że Kathy umarła, inni zaś, że wyje­chała albo że się zgu­biła. A dzie­ciaki roz­ma­wiały póź­niej o tym ze sobą w szkole i sprzeczne wer­sje jedy­nie zwięk­szały ich nie­pew­ność i strach. Bo skoro pory­wa­cza nie zła­pano, urósł do rangi kogoś w rodzaju czar­nego luda, który może znów się poja­wiać i cho­wać się pod ich łóż­kami albo w sza­fach.

Laura wró­ciła do pia­skow­nicy z gar­ścią figu­rek i usta­wiła je na pia­sku.

- To są dzieci ze szkoły - wyja­śniła. - A to ja i Kathy. - Usta­wiła obok sie­bie dwie figurki małych dziew­czy­nek, sta­ra­jąc się, żeby wyglą­dały, jakby się trzy­mały za ręce.

- Te dziew­czynki obok sie­bie wydają się bar­dzo szczę­śliwe - zauwa­żyła Robin.

- Bo to naj­lep­sze przy­ja­ciółki. Lubią spo­ty­kać się w parku i zostają u sie­bie na noc.

- Pozo­stałe dzieci też wyglą­dają na wesołe - powie­działa Robin, gdy Laura usta­wiała dookoła resztę figu­rek.

Miała tylko ośmioro pla­sti­ko­wych chłop­ców i dziew­cząt, więc Laura uzu­peł­niła grupkę o inne zabawki - Spon­ge­Boba, Kaczora Donalda oraz Pio­tru­sia Pana.

- Rzu­cają sobie piłkę - wyja­śniła Laura. - Są weseli, bo jesz­cze nie wie­dzą.

- Nie wie­dzą? Czego?

- Że dzie­ciom cza­sami przy­da­rzają się złe rze­czy - odparła cicho Laura.

Na skraju usta­wiła obok sie­bie stra­żaka i balet­nicę.

- To są moi rodzice.

- Oni też trzy­mają się za ręce.

- Tak. Ni­gdy się nie kłócą i niczym się nie przej­mują, ani złymi ludźmi, ani wiru­sem.

Jak wielu klien­tów Robin, Laura uwa­żała, że świa­towa pan­de­mia ma jakiś zwią­zek z porwa­niem Kathy, mimo że epi­de­mia wybu­chła na rok przed znik­nię­ciem dziew­czynki. Te dwa nie­szczę­ścia spa­dły na miesz­kań­ców mia­sta niczym fale tsu­nami, wywra­ca­jąc do góry nogami całe ich życie.

Laura przyj­rzała się figur­kom. Przy­su­nęła dwie dziew­czynki bli­żej sie­bie i się cof­nęła.

- Gotowe - oznaj­miła.

- Dobrze - powie­działa Robin. Wska­zała środ­kową część pia­skow­nicy. - Tutaj trzeba usta­wić zabawki poka­zu­jące, jak się czu­łaś po znik­nię­ciu Kathy.

Laura spoj­rzała na nią z ukosa.

- A mogę użyć figu­rek z czę­ści przed?

- Jasne, skoro chcesz.

Dziew­czynka wzięła z pia­sku figurki stra­żaka i balet­nicy, sym­bo­li­zu­jące rodzi­ców. Zawa­hała się i spoj­rzała na dwie dziew­czynki.

- Nie chcę ich roz­dzie­lać.

- To cię napeł­nia smut­kiem - powie­działa Robin.

- Tak.

Po chwili Laura wstała i obej­rzała półki.

Głów­nie temu słu­żył pokój zabaw Robin. Doro­śli potra­fią roz­pra­wiać o trud­nych, bole­snych wyda­rze­niach i w trak­cie roz­mowy roz­bie­rać je na czę­ści. Ale dzieci nie mają jesz­cze takich zdol­no­ści wyra­ża­nia wszyst­kiego za pomocą słów. Stwier­dze­nie "Moja przy­ja­ciółka Kathy znik­nęła i nikt nie wie, gdzie jest" nie daje poję­cia o tym, co dane dziecko czuje. Ból po utra­cie kogoś bli­skiego. Zasta­na­wia­nie się przed snem, czy jemu rów­nież może się przy­da­rzyć to samo. Złość na rodzi­ców, któ­rzy nie potra­fią udzie­lić szcze­rej odpo­wie­dzi.

Robin zor­ga­ni­zo­wała miej­sce, gdzie dzieci mogły prze­ka­zy­wać swoje uczu­cia w naj­bar­dziej natu­ralny dla nich spo­sób - odgry­wa­jąc wymy­ślone scenki albo rysu­jąc. A wów­czas bar­dzo łagod­nie nakie­ro­wy­wała je na tematy, na któ­rych jej zale­żało.

Laura wró­ciła z maleń­kim pla­sti­ko­wym nie­mow­lę­ciem i ogro­dze­niem z zestawu do farmy. Umie­ściła nie­mowlę na środku pia­sku i oto­czyła je pło­tem.

- Ten maluch wydaje się tutaj bar­dzo samotny - zauwa­żyła Robin.

- Tak. - Laura popra­wiła płot. - Jest samiutka jak palec i bez prze­rwy pła­cze.

- To musi być straszne, sie­dzieć tam samemu - powie­działa Robin.

Laura usta­wiła przed­sta­wia­jące rodzi­ców lalki za ogro­dze­niem, po prze­ciw­nych stro­nach.

- Rodzice trzy­mają ją w środku - wyja­śniła. - To dla jej dobra. Trzeba ją trzy­mać w środku, bo szu­kają jej źli ludzie. No i nie może się bawić z innymi dziećmi z powodu wirusa.

- Rodzice pra­gną ją chro­nić - pod­su­mo­wała Robin.

- Tak.

- Ale już się nie trzy­mają za ręce.

- Nie. Cały czas są smutni. I się kłócą. Mamu­sia chce się prze­nieść gdzieś indziej. Tatuś mówi, że małe dziew­czynki powinny móc się spo­ty­kać z kole­żan­kami, ale mamu­sia się nie zga­dza. Ona cza­sami pła­cze. A dziew­czynka tęskni za przy­ja­ciółką. I nie wie, co się z nią stało.

Laura zamil­kła. Robin już się miała ode­zwać, gdy nagle dziew­czynka wstała i pode­szła do pó­łek. Wzięła figurkę Ske­le­tora, naj­więk­szego wroga He-Mana - zie­lony szkie­let w fio­le­to­wej sza­cie. Robin trzy­mała na pół­kach kilka prze­ra­ża­ją­cych zaba­wek. Takie też są dzie­ciom potrzebne. Mole­stu­jący ojciec mógł się stać pla­sti­ko­wym ogrem. Sio­stra tyranka zmie­niała się cza­sami w pokrytą bro­daw­kami wiedźmę. Te figurki dawały sobą mani­pu­lo­wać, można było je wyko­rzy­sty­wać, a nawet karać. Dzięki nim dzieci miały poczu­cie tego, czego tak im bra­ko­wało w praw­dzi­wym życiu - że panują nad wszyst­kim.

Laura usta­wiła Ske­le­tora w rogu wyzna­czo­nego obszaru w pia­skow­nicy.

- To jest zły czło­wiek - oświad­czyła.

- A mała dziew­czynka boi się złego czło­wieka - dopo­wie­działa Robin.

- Tak. Bo ją też chce porwać.

Robin cze­kała. Laura zadarła głowę.

- Nie chcę już się bawić w tę część gry.

- W porządku. - Robin kiw­nęła głową. Już samo to, że Laura zgo­dziła się na tę zabawę, sta­no­wiło wielki krok naprzód. Odbyły wiele sesji, zanim w ogóle zechciała mówić o Kathy, a co dopiero o jej znik­nię­ciu. I nawet pod­czas ostat­nich sesji sta­rała się uni­kać tego tematu. Dziś jed­nak, o dziwo, nie­zwy­kle otwar­cie poru­szyła tę kwe­stię.

Robin wska­zała na trze­cią część.

- A tutaj zróbmy coś nowego. Pokaż mi, co czu­jesz teraz. Kiedy już skoń­czyły się senne kosz­mary i kiedy kil­ka­krot­nie roz­ma­wia­ły­śmy o Kathy.

Laura prze­nio­sła figurki rodzi­ców na trze­cią część i usta­wiła je obok sie­bie. Ale nie na tyle bli­sko, by mogły się trzy­mać za ręce. Potem przy­nio­sła z półki kolejną postać - pla­sti­kową Won­der Woman. Usta­wiła ją obok rodzi­ców i figlar­nie uśmiech­nęła się do Robin.

- Aha, dziew­czynka doro­sła - domy­śliła się Robin, uśmie­cha­jąc się do Laury.

- Teraz jest odważ­niej­sza. Wie, że nie­do­bry pan już nie może jej zro­bić nic złego. I znowu może się spo­ty­kać z przy­ja­ciół­kami. - Laura wyjęła figurki przed­sta­wia­jące dzieci z sek­cji "przed" w pia­skow­nicy i usta­wiła je dookoła Won­der Woman i swo­ich rodzi­ców.

- A lalki tatu­sia i mamusi wydają się szczę­śliw­sze.

- Tak. Bo już nie muszą przy­cho­dzić co noc do jej łóżka, więc jest lepiej. - Laura ostroż­nie wzięła ogro­dze­nie farmy i usta­wiła je, na wpół otwarte, obok postaci Won­der Woman.

- Ale obok dziew­czynki na­dal stoi płot - zauwa­żyła Robin.

- Tak. Ona cza­sami tam prze­cho­dzi. Kiedy tęskni za przy­ja­ciółką i jest jej smutno.

- Rozu­miem - powie­działa Robin łagod­nie.

Na szczę­ście w trze­ciej czę­ści zabawy Laury Ske­le­tor już się nie poja­wił.

Bawiły się figur­kami na pia­sku. Robin popro­siła Laurę, by wybrała dla niej zabawkę, na co dziew­czynka wzięła fio­le­to­wego trolla i zaczęła chi­cho­tać jak sza­lona. Następ­nie powie­działa, że Robin wcale tak nie wygląda, i wybrała Bar­bie. A potem Bar­bie, Won­der Woman i dwoje rodzi­ców w miłej atmos­fe­rze zje­dli lunch.

Robin zapro­po­no­wała, żeby poba­wiły się w coś innego, więc Laura posta­no­wiła nary­so­wać Kathy. Ostat­nio czę­sto to robiła, ryso­wała przy­ja­ciółkę z pro­mien­nym uśmie­chem na twa­rzy i parą aniel­skich skrzy­deł na ple­cach. Bo, jak kil­ka­krot­nie tłu­ma­czyła Robin, Kathy umarła i teraz jest w nie­bie. Ta myśl wyraź­nie napa­wała dziew­czynkę spo­ko­jem, więc Robin cie­szyła się, że znaj­duje w tym jakąś pocie­chę.

Laura ryso­wała przez kilka minut, gdy naraz roz­legł się dzwo­nek.

- To pew­nie twoja mama - powie­działa Robin.

- Ale ja jesz­cze nie skoń­czy­łam - zapro­te­sto­wała Laura, kolo­ru­jąc aniel­skie włosy Kathy.

- Masz jesz­cze kilka minut. Poroz­ma­wiam z nią.

Robin otwo­rzyła drzwi i do pokoju zabaw wpadł jakiś wielki stwór, prze­ci­ska­jąc się obok niej.

- Menny! - krzyk­nęła na swo­jego psa. - Wyno­cha!

Wielki bul­dog ame­ry­kań­ski, macha­jąc ogo­nem, pod­szedł do Laury i ją obwą­chał. Dziew­czynka odsu­nęła się, chi­cho­cząc.

- Łasko­czesz mnie!

- No już. - Robin zła­pała bul­doga za obrożę i wypro­wa­dziła z pokoju. Nie oba­wiała się zosta­wiać go samego z Laurą, jej pies nikomu nie zro­biłby krzywdy. Mar­twiła się raczej o znaj­du­jące się tam zabawki. Menny uwiel­biał kraść zabawki i prze­żu­wać je doszczęt­nie. A zwłasz­cza miał prze­dziwną obse­sję na punk­cie pla­sti­ko­wego ste­to­skopu... Robin już trzy razy musiała kupo­wać nowy.

Zamknęła drzwi do pokoju zabaw i puściła Menny'ego. Potem otwo­rzyła drzwi fron­towe. W progu stała Beth. Wyglą­dała zupeł­nie jak ta pla­sti­kowa balet­nica, którą Laura wybrała na jej postać - chuda, umię­śniona, z zebra­nymi w kok czar­nymi wło­sami.

- Witaj, Beth - ode­zwała się Robin. - Laura jest w pokoju zabaw. Chce skoń­czyć rysu­nek.

- Nie ma pro­blemu. - Beth cof­nęła się o krok, gdy Menny zaczął obwą­chi­wać jej kostkę. - Jak poszło dzi­siaj?

- Świet­nie. - Robin się uśmiech­nęła. - Wygląda na to, że jej się popra­wia.

- Bo tak jest. - Beth ode­tchnęła głę­boko. - Od ośmiu dni nie miała już kosz­ma­rów. Nowy rekord. Ale ostat­nio czę­ściej mówi o Kathy.

- To dobry objaw - zapew­niła Robin. - Kiedy przy­szła do mnie po raz pierw­szy, nawet nie chciała wymó­wić jej imie­nia, pamię­tasz? Uni­kała go, bo wzbu­dzało w niej lęk.

- Wierz mi, pamię­tam dosko­nale. Ale nie prze­pa­dam za roz­ma­wia­niem z nią na ten temat. Nie chcę, żeby roz­pa­mię­ty­wała śmierć Kathy. Na domiar złego w zeszłym tygo­dniu znowu zro­bili ćwi­cze­nia z zacho­wa­nia w przy­padku strze­la­niny. No i dzie­ciaki bez prze­rwy gadają o covi­dzie.

- No cóż, one także tym żyją - zauwa­żyła Robin.

- A jed­nak... W ich wieku powinny się zaj­mo­wać kre­sków­kami albo impre­zami uro­dzi­no­wymi. A nie utrzy­my­wa­niem dystansu spo­łecz­nego i strze­la­ni­nami w szko­łach. A wła­śnie, sły­sza­łaś o tym fil­mie, który krąży w całej szkole?

- Co to za film? - spy­tała Robin.

- Jakiś chło­pak miał w tele­fo­nie film o zabój­stwie tej bied­nej dziew­czyny. Tej, o któ­rej mówili w wia­do­mo­ściach. Haley Jakiejś­tam.

- A, tak. Haley Parks. - Jak więk­szość ludzi, Robin uważ­nie śle­dziła wia­do­mo­ści na ten temat. Przed dwoma tygo­dniami tury­ści zna­leźli w Clark State Forest na połu­dniu Indiany zwłoki dwu­dzie­sto­let­niej Haley Parks. Była to dosyć znana influ­en­cerka, na Insta­gra­mie miała ponad czter­dzie­ści tysięcy obser­wu­ją­cych, co wystar­czyło, by jej zabój­stwo tra­fiło do wia­do­mo­ści ogól­no­kra­jo­wych. Poja­wiło się dużo fil­mów przed­sta­wia­ją­cych ją na krótko przed śmier­cią. Zbrod­nia była tym bar­dziej nie­po­ko­jąca, że Haley naj­pierw została zaszty­le­to­wana, a potem powie­szona. Robin zer­k­nęła na jedno z tych kosz­mar­nych zdjęć i cho­ciaż zostało wyre­tu­szo­wane, to jed­nak nie mogła się pozbyć tego widoku.

- O wła­śnie, Parks - przy­tak­nęła Beth. - W każ­dym razie na tym fil­mie były wyjąt­kowo dra­styczne opisy i kilka zdjęć z miej­sca zbrodni, z widocz­nymi pla­mami krwi i tak dalej. Zanim nauczy­ciele skon­fi­sko­wali film, obej­rzało go mnó­stwo dzieci.

- O masz! Czy Laura też go widziała?

- Nie, ale sły­szała, jak dzieci o tym mówiły. Bar­dzo się wystra­szyła.

- Pod­czas dzi­siej­szej sesji nic o tym nie wspo­mi­nała - powie­działa Robin.

- To dobrze. Ale gdyby... Witaj, słonko! - Twarz Beth się roz­pro­mie­niła, gdy za ple­cami Robin poja­wiła się Laura. - Już skoń­czy­łaś?

- Tak - odparła Laura, poka­zu­jąc rysu­nek. - Popatrz, mamu­siu, nary­so­wa­łam Kathy.

Gdy Beth podzi­wiała dzieło córki, Robin też rzu­ciła na nie okiem. Tak jak na innych rysun­kach, Kathy miała aniel­skie skrzy­dła, a na tym dodat­kowo jesz­cze aure­olę. I tym razem Laura nary­so­wała przy­ja­ciółce buciki... małe różowe buciki.

Na myśl o tych buci­kach i o tym, gdzie je zna­le­ziono, Robin prze­szedł dreszcz.

Rozdział 3

Kawiar­nia Jim­miego była nie­mal pełna, więk­szość klien­tów sie­działa na zewnątrz, cie­sząc się ładną pogodą. Robin, z Men­nym na smy­czy, pode­szła do kafejki. Powinna była prze­wi­dzieć, że nie należy przy­cho­dzić punk­tu­al­nie. Na spo­tka­nie z Melody naj­le­piej było się spóź­niać pół godziny, bo wtedy na sio­strę cze­ka­łaby zale­d­wie kwa­drans. A teraz będzie musiała sie­dzieć sama, zamó­wić kawę i...

No pro­szę! Kobietą, która przy ostat­nim sto­liku po lewej roz­ma­wiała przez tele­fon, był nie kto inny, tylko Melody!

- Czy widzisz to co ja? - spy­tała Robin.

Menny rado­śnie machał ogo­nem, z pyska cie­kła mu ślina. Obli­zał się gło­śno.

Robin pode­szła do sto­lika. Melody dostrze­gła ją i nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy, poma­chała jej ręką. Była w luź­nej czar­nej sukience; jej oczy zakry­wały olbrzy­mie oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Ciemne włosy do ramion jak zwy­kle miała nie­na­gan­nie przy­cięte i ucze­sane. Gdy poru­szyła ręką, pro­mie­nie słońca odbiły się od zdo­bią­cych jej palce pier­ścion­ków.

- Nie, nie w koszu na pra­nie. Jest w sza­fie w ich pokoju, trze­cia półka. Trze­cia. Od góry... Fred, czy ty w ogóle słu­chasz, co do cie­bie mówię? Nie dbam o to. Każ mu się zamknąć i słu­chaj. Trze­cia półka. Nie, nie możesz wypra­wić ich w nor­mal­nych ubra­niach. A dla­tego, że Mała Liga ma swoje mun­durki. Tak, to twój pro­blem, bo nie chcę, żeby tre­ner wyrzu­cił ich tylko dla­tego, że nie chciało ci się poszu­kać. Trze­cia półka od góry. I przy­pil­nuj, żeby She­ila skoń­czyła wypra­co­wa­nie z lek­tury, zanim przyj­dzie jej przy­ja­ciółka. Co to za hałas? Dla­czego się bawią odku­rza­czem? Tak, trze­cia półka od góry.

Robin usia­dła na krze­śle i pod­czas gdy jej sio­stra roz­ma­wiała przez tele­fon, obser­wo­wała ulicę. Kafejka Jim­miego mie­ściła się naprze­ciwko Salonu Pięk­no­ści Sunny, który w cza­sach jej dzie­ciń­stwa był Salo­nem Pięk­no­ści Ethel. Co dwa mie­siące matka zabie­rała Melody i Robin do Ethel i Jim­miego - na strzy­że­nie wło­sów, a potem kakao z tor­tem cze­ko­la­do­wym. Ethel zmarła osiem lat temu i Robin bez prze­rwy wysłu­chi­wała uty­ski­wań matki, że nowy salon "nie ma cha­rak­teru". Teraz zoba­czyła, że w środku strzygą się dwie kobiety - naj­wy­raź­niej żad­nej z nich nie prze­szka­dzał brak cha­rak­teru lokalu.

- Nie, Fred, She­ila nie może wyjść na mia­sto z kole­żan­kami. Powiedz, że to ja zabro­ni­łam... Nie! Naj­pierw musi skoń­czyć wypra­co­wa­nie z lek­tury. Miała ter­min do jutra. Co to zna­czy, że już wyszła? No to koniec roz­mowy. - Melody z wyraź­nym nie­sma­kiem rzu­ciła tele­fon na sto­lik. Odwró­ciła się do sio­stry. - Męż­czyźni są do bani.

- Nie da się ukryć - przy­znała Robin, sia­da­jąc. - Fred dzi­siaj jest w domu?

- Mhm. Teraz przez dwa dni w tygo­dniu mogą pra­co­wać z domu. Więc prze­ra­biamy coś nowego. "Święta zasada: albo wolne wtorki dla mamy, albo roz­wód".

- Chwy­tliwa nazwa. Menny, dość tego, siad! Więc jak wyglą­dają te wasze święte wolne wtorki?

- We wtorki Fred zostaje w domu i zaj­muje się dziećmi. - Melody poczo­chrała gruby kark Menny'ego, a on z roz­ko­szy zamknął oczy. - A ja mam całe popo­łu­dnie dla sie­bie.

- Miło. - Robin wyjęła komórkę z torebki i poło­żyła ją na sto­liku.

- Zaczę­li­śmy w zeszłym tygo­dniu. Zakła­da­łam, że nawet uda mi się zdrzem­nąć, ale oka­zało się, że to nie­moż­liwe. Dzie­ciaki co chwila wpa­dały do mojej sypialni. Wobec tego posta­no­wi­łam, że zamiast drze­mać, spo­tkam się z tobą tutaj. Co nie prze­szka­dza im do mnie wydzwa­niać.

- A więc to dla­tego zja­wi­łaś się punk­tu­al­nie?

- O co ci cho­dzi? Ja zawsze przy­cho­dzę o cza­sie. - Melody cof­nęła rękę, gdy Menny cał­kiem ją obśli­nił. - Fuj.

Sie­dząc naprze­ciwko sie­bie, zamil­kły i przez chwilę napa­wały się ciszą. Robin chcia­łaby, żeby tak już zostało - miły pora­nek spę­dzony w towa­rzy­stwie sio­stry, bez żad­nych spięć. Ale to było nie­moż­liwe. Musiały poroz­ma­wiać.

- Posłu­chaj - ode­zwała się.

- O matko! - mruk­nęła Melody.

- No co? Jesz­cze nawet nie powie­dzia­łam, o czym chcę poga­dać.

- Nie musia­łaś. Kiedy prze­ma­wiasz tym tonem tera­peutki, zawsze cho­dzi o Dianę.

- Wcale nie mówię jak tera­peutka - żach­nęła się Robin.

- Ow­szem, wła­śnie tak. Mówisz jak bel­ferka w szkole, która mi tłu­ma­czy, że muszę się przy­ło­żyć do nauki.

- Ja nie... To nie jest mój ton tera­peutki. Z klien­tami nie roz­ma­wiam w ten spo­sób.

- Aha, czyli to ton zare­zer­wo­wany dla mnie?

Robin skrzy­żo­wała ramiona przed sobą.

- Wła­ści­wie to masz rację. Chcia­łam poroz­ma­wiać o mamie.

- Czego znów chce? - burk­nęła Melody.

- Musisz do niej zadzwo­nić.

- O czym ty mówisz? Roz­ma­wia­łam z Dianą kilka dni temu.

Melody z upo­rem zwra­cała się do matki po imie­niu - był to prze­jaw buntu datu­jący się z cza­sów, kiedy były nasto­lat­kami. Dopro­wa­dzała tym matkę do szału. Na domiar złego teraz już nawet czworo jej dzieci mówiło do niej "Diano", a nie "bab­ciu". O dziwo, w pokrę­co­nym świe­cie matki winna tego stanu rze­czy była Robin, ponie­waż nie miała wła­snych dzieci, dla któ­rych Diana byłaby "bab­cią".

- Kilka dni temu nie wystar­czy. Kiedy nie dzwo­nisz do mamy, wyżywa się na mnie. Wiesz o tym.

- Ty też nie dzwo­nisz do Diany codzien­nie.

- Nie, ale ją odwie­dzam.

- No cóż, to ona nie życzy sobie moich odwie­dzin.

Robin wzięła z stołu ser­wetkę i podarła ją na strzępy.

- Nie pró­buj mnie brać pod włos! Nie pozwala ci się odwie­dzać, bo sądzi, że nie zaszcze­pi­łaś swo­ich dzieci!

- I co z tego?

- Melody! Zaszcze­pi­łaś je wiele mie­sięcy temu!

- Tak, ale ona nie musi o tym wie­dzieć. - Sio­stra ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem roz­parła się na krze­śle.

Robin wznio­sła oczy do nieba.

- Długo zamie­rzasz trzy­mać to przed nią w tajem­nicy?

- Jesz­cze przez jakiś czas - odparła Melody obron­nym tonem. - Słu­chaj, na razie nie zniosę wizyt u matki. Dobrze jest, jak jest. Co kilka dni roz­ma­wiamy przez tele­fon. Naprawdę jest lepiej, jeśli nie muszę się z nią spo­ty­kać twa­rzą w twarz.

- Lepiej dla cie­bie - pod­kre­śliła Robin. Zmięła w kulkę strzępy ser­wetki i poło­żyła ją na stole. - Zadzwoń do niej. Dzi­siaj.

- Zgoda.

Nie­dawny spo­kój się ulot­nił i Robin wie­działa, że już nie wróci. Bo albo był spo­kój, albo temat matki - ni­gdy razem.

Do sto­lika pod­szedł Jim­mie, wła­ści­ciel lokalu.

- Patrz­cie, patrz­cie. Sio­strzyczki Hart sie­dzą razem w mojej kafejce.

Robin pod­nio­sła wzrok i uśmiech­nęła się do niego. Odkąd się­gała pamię­cią, kawiar­nia nale­żała do Jim­miego. Gdy była dziec­kiem, to tutaj rodzice urzą­dzali jej uro­dziny. Po szkole wpa­dała tu z kole­żan­kami. Miała fazę na tort cze­ko­la­dowy z gorącą polewą kar­me­lową Jim­miego, pod­sta­wowy tutej­szy deser, któ­rego każdy miesz­ka­niec Bethe­lville kosz­to­wał przy­naj­mniej raz w życiu. Obec­nie zaś czarna jak smoła kawa Jim­miego poma­gała jej prze­trwać dzień.

Z upły­wem czasu gęste wąsy, krza­cza­ste brwi i bujne nie­sforne włosy Jim­miego posi­wiały. W połą­cze­niu z oku­la­rami spra­wiało to, że nie­sa­mo­wi­cie przy­po­mi­nał Gep­petta, ojca Pino­kia, z filmu Disneya.

- Czy dobrze sły­sza­łem, że mówi­ły­ście o Dia­nie? - zapy­tał Jim­mie. - Powin­ny­ście ją zapro­sić. Wszyst­kie trzy panie Hart pod moim dachem! Cze­goś takiego nie widzia­łem od lat.

Pomimo tej prze­ra­ża­ją­cej suge­stii Robin zacho­wała kamienny wyraz twa­rzy.

- Tak, kie­dyś musimy zaj­rzeć tu razem.

- Bez dwóch zdań - przy­tak­nęła Melody apa­tycz­nie.

- A wie­cie, że obie macie taki sam głos, jak matka? - rzu­cił Jim­mie.

- Naprawdę? - mruk­nęła Robin. Jim­mie powta­rzał jej to pier­dy­lion razy.

- Diana miała głos jak sło­wik. - Jim­mie uśmiech­nął się roz­ma­rzony. - Brak mi go.

- Jak i nam wszyst­kim - zawtó­ro­wała Melody.

- Jim­mie, chcia­łam przy­jąć od nich zamó­wie­nie. - Do sto­lika pode­szła Ellie, jego sio­strze­nica. Świeżo po stu­diach, pra­co­wała w kawiarni wujka na pół etatu. Pogodna z natury, pra­wie zawsze się uśmie­chała. Pod czar­nym far­tusz­kiem miała bluzkę w poziome pasy. Gdy Robin była w jej wieku, żad­nej tak pulch­nej jak Ellie dziew­czy­nie nie przy­szłoby do głowy nosić rze­czy w poziome paski, które, jak wów­czas powszech­nie sądzono, każ­dego pogru­biały. Ale ona naj­wy­raź­niej o to nie dbała.

- Rychło w czas - burk­nął Jim­mie. - Robin sie­dzi tu już i sie­dzi, a Melody ma pustą fili­żankę.

- Aku­rat tu szłam, kie­dyś się napa­to­czył.

- A mnie się zda­wało, żeś grze­bała w tele­fo­nie. Wy, mile­nialsi, macie takiego hysia na punk­cie tele­fo­nów, że już nie wie­cie, co zna­czy porządna obsługa.

Ellie wznio­sła oczy do nieba.

- Tysiąc razy ci mówi­łam, że nie zali­czam się do mile­nial­sów. Mile­nialsi są... sta­rzy. - Zer­k­nęła na Robin i Melody. - Bez urazy, nie mówi­łam o was.

- Spoko - rzu­ciła Robin z sze­ro­kim uśmie­chem.

- A teraz obra­żasz jesz­cze nasze klientki - burk­nął Jim­mie.

Ellie puściła to mimo uszu.

- Robin, co dla cie­bie?

- Tylko kawę, dzięki.

- Dobra. Melody, jesz­cze jedno cap­puc­cino?

- Tak, chęt­nie.

- Czy cap­puc­cino ma być ze zwy­kłym mle­kiem? - wtrą­cił się Jim­mie.

- Na litość boską! - obru­szyła się Ellie.

- Hm... a macie jakieś inne? - spy­tała Melody.

- Gdyby moja sio­strze­nica posta­wiła na swoim, mie­li­by­śmy wszyst­kie gatunki mleka - odparł Jim­mie. - Mie­li­by­śmy mleko mig­da­łowe. Mie­li­by­śmy sojowe. Mie­li­by­śmy mleko koko­sowe...

- Mleka koko­so­wego używa się do sosów - spro­sto­wała Ellie.

- Ona chce, żebym swoim klien­tom poda­wał te namiastki mleka. Dacie wiarę? Jak można wydoić mig­dała? No chyba że ma wyjąt­kowo małe wymiona.

Robin mimo woli wybuch­nęła śmie­chem.

- Jim­mie, wszyst­kie lokale w całym kraju ser­wują zamien­niki mleka - uświa­do­miła go Ellie. - Wydaje ci się, że jesteś zabawny, ale nie­któ­rzy ludzie nie tole­rują lak­tozy, są też wega­nie...

- Może ser­wo­wali ci to na tych two­ich stu­diach, kiedy tra­ci­łaś czas na pisa­nie sce­na­riu­szy i krę­ce­nie arty­stow­skich fil­mów. Ale tutaj, w real­nym świe­cie, mogą się napić praw­dzi­wego mleka. A jeśli im nie pasuje, mogą zamó­wić czarną, tak jak Robin! Mleko jest zdrowe. Zawiera wapń.

- Aku­rat. Naukowo dowie­dziono, że jest nie­zdrowe. A zamien­niki mleka też zawie­rają wapń.

- To przez twoje poko­le­nie prze­mysł mle­czar­ski idzie na dno.

Ellie potarła grzbiet nosa.

- Niech ci będzie. A więc jedno cap­puc­cino z praw­dzi­wym kro­wim mle­kiem, w ramach popie­ra­nia prze­my­słu mle­czar­skiego. I jedna czarna, zga­dza się?

- Tak, dzięki - potwier­dziła roz­ba­wiona Melody.

- A pan co sobie życzy? - zapy­tał Jim­mie, patrząc na Menny'ego.

Pies spo­glą­dał na niego, dysząc rado­śnie.

- Miskę wody? - zwró­ciła się Ellie do psa. - Już się robi.

- I daj mu jakieś sma­ko­łyki - rzu­cił Jim­mie na odchodne. - Są na zaple­czu w...

- W gór­nej szafce, wiem - wpa­dła mu w słowo Ellie. Przy­kuc­nęła obok Menny'ego i poczo­chrała go po gło­wie. Zer­k­nęła na Robin. - Od wczo­raj ten dow­cip o doje­niu mig­da­łów sły­sza­łam sie­dem­na­ście razy, masz poję­cie?

- To nie­bez­pieczna sprawa, pro­po­no­wać Jim­miemu, żeby coś zmie­nił w kar­cie - zauwa­żyła Melody.

- Raz. Tylko raz powie­dzia­łam mu, że mogli­by­śmy mieć mleko sojowe. A teraz wysłu­chuję tych kazań od rana do wie­czora.

Uśmiech na twa­rzy Melody zgasł, bo zoba­czyła coś za ple­cami Robin. Ta obej­rzała się przez ramię i natych­miast zorien­to­wała się, o co cho­dzi.

Do kawiarni wcho­dziła Cla­ire Stone.

Cla­ire zawsze była szczu­pła, ale w ciągu pięt­na­stu mie­sięcy, które minęły od zagi­nię­cia jej córki, stała się chuda jak szczapa. Zapad­nięte oczy na tle bla­dej twa­rzy miały udrę­czony wyraz.

- Cześć, Cla­ire - powie­działy jed­nym gło­sem Melody i Ellie.

- Cześć - odpo­wie­działa, kiw­nęła im głową i na jej twa­rzy poja­wił się uśmiech. Zacho­wy­wała się jak ktoś, kto wpraw­dzie pamięta, jak ludzie się odno­szą do sie­bie, ale nie jest w sta­nie wyko­nać tego jak należy. Z tru­dem unio­sła rękę.

- Hej - rzu­ciła Robin, włą­cza­jąc się do nie­zręcz­nej roz­mowy, któ­rej nie było. Prze­łknęła nasu­wa­jące się słowa: "Jak się masz?". Byłyby nie na miej­scu. Jak się miała Cla­ire? To prze­cież jasne. Miała się mar­nie.

Trzy kobiety nie bar­dzo wie­działy, jak się zacho­wać; każdą z nich łączyły z Cla­ire inne rela­cje. Praw­do­po­dob­nie naj­bliż­sze miała Melody, któ­rej córka Amy była naj­bliż­szą przy­ja­ciółką Kathy, córki Cla­ire. Gdy dziew­czynka znik­nęła, Melody czę­sto roz­ma­wiała z Cla­ire, pró­bu­jąc w miarę moż­no­ści jej pomóc. Ellie i Robin nie były aż tak zwią­zane z Cla­ire. Robin cho­dziła z nią do szkoły, a jej były mąż Evan przy­jaź­nił się z mężem Cla­ire.

W mie­ści­nie liczą­cej pięć tysięcy miesz­kań­ców więk­szość ludzi się znała. Ale Cla­ire od zeszłego roku znali wszy­scy. I znali ją z powodu tego, co się stało. Znik­nię­cie Kathy zdo­mi­no­wało roz­mowy miej­sco­wych - zarówno te publiczne, jak i pry­watne, szep­tane w każ­dym domu za zamknię­tymi drzwiami. Wszy­scy przed­sta­wiali wła­sne ponure teo­rie. Radzili, co by zro­bili "na jej miej­scu", i zarze­kali się, że "mnie to by się nie mogło zda­rzyć". Plotki przy­brały na sile, kiedy oka­zało się, że poli­cja podej­rzewa człon­ków rodziny i zna­jo­mych - bo nie było śla­dów walki. Wyglą­dało na to, że Kathy odje­chała z pory­wa­czem cał­kiem dobro­wol­nie.

Z początku znik­nię­cie dziew­czynki wywo­łało zbio­rową traumę i zbli­żyło miesz­kań­ców mia­steczka. Wszy­scy brali udział w poszu­ki­wa­niach, publi­ko­wali posty w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i na ile mogli, sta­rali się poma­gać Cla­ire i Pete'owi. Ale gdy ulot­niła się nadzieja na odszu­ka­nie Kathy, a nawet ponura per­spek­tywa odna­le­zie­nia jej szcząt­ków, Cla­ire stała się żywym przy­po­mnie­niem mrocz­nej prze­szło­ści Bethe­lville. W prze­ci­wień­stwie do męża, który jako tako wró­cił do życia, zatrzy­mała się na tym kosz­mar­nym dniu i stale go prze­ży­wała na nowo. A ci, któ­rzy ją spo­ty­kali, rów­nież wra­cali pamię­cią do tam­tych dni. Każdy z nich pamię­tał, co robił, kiedy dowie­dział się o znik­nię­ciu Kathy.

Cla­ire posłała trzem kobie­tom cień uśmie­chu i minęła je, wcho­dząc w głąb kafejki.

- Pra­wie tu już nie przy­cho­dzi - powie­działa Ellie cicho.

- Pew­nie ma dość tego, jak się na nią gapią - odparła Robin.

- A wie­cie, że w week­end Pete wyje­chał? - mruk­nęła Melody. - Prze­niósł się do India­na­po­lis.

- Sły­sza­łam - odparła Robin, śle­dząc wzro­kiem postać daw­nej kole­żanki z klasy, która nachy­lona nad ladą i roz­ma­wiała z Jim­miem.

- Powie­dział Fre­dowi, że dłu­żej tego nie znie­sie - cią­gnęła Melody. - Że musi zacząć od nowa. Gdzieś, gdzie wszystko nie będzie mu przy­po­mi­nało o córce.

Pete gry­wał w bilard z Fre­dem, mężem Melody, i Eva­nem, były mężem Robin. To małe mia­steczko. Naj­wy­raź­niej wszy­scy mężo­wie trzy­mali się razem.

- Nie wyobra­żam sobie, jakie to uczu­cie - powie­działa Ellie.

Melody wes­tchnęła.

- Fred mówił, że Pete nie jest nawet w sta­nie prze­je­chać koło Lasu Trzy­dzie­ści Jeden.

Las Trzy­dzie­ści Jeden - tak potocz­nie nazy­wano lasek obok US Route 31 przy wyjeź­dzie z Bethe­lville od zachodu. Robin była pewna, że las miał jakąś ofi­cjalną nazwę, ale skoro nikt jej nie uży­wał, popa­dła w zapo­mnie­nie. Zresztą miesz­kańcy Bethe­lville powszech­nie igno­ro­wali ten las, bo w mia­steczku mieli dużo ład­niej­sze parki. Nie­mniej krótko po zagi­nię­ciu Kathy Las Trzy­dzie­ści Jeden okrył się złą sławą. Tam bowiem poli­cja zna­la­zła jej buty.

Pół­tora kilo­me­tra na połu­dnie od Bethe­lville znaj­do­wała się mała polna droga pro­wa­dząca do Lasu Trzy­dzie­ści Jeden. Pra­wie cał­kiem ukryta wśród listo­wia, była nie­mal nie­wi­doczna, chyba że ktoś spe­cjal­nie jej szu­kał. Wio­dła do z dawien dawna opusz­czo­nej rudery. Miej­scowe nasto­latki zaglą­dały tam cza­sem, by opróż­nić ukra­dzioną rodzi­com flaszkę albo palić trawkę przy ogni­sku i po raz pierw­szy posma­ko­wać wol­no­ści. W zde­wa­sto­wa­nym domu znaj­do­wano też strzy­kawki albo kule z pisto­letu, świad­czące o tym, że spo­ty­kano się tam rów­nież w mniej nie­win­nych celach.

Cztery dni po znik­nię­ciu Kathy poli­cja zna­la­zła w rude­rze jej zabło­cone buty. Poja­wiły się plotki, co jesz­cze tam zna­le­ziono - cza­so­pi­smo z por­no­gra­fią dzie­cięcą, zakrwa­wiony nóż, długi gruby sznur. Robin sły­szała wiele hipo­tez i wer­sji tego, co wyda­rzyło się w tym zruj­no­wa­nym domu. Ale pewne było tylko jedno, że zna­le­ziono tam buty. I to była ostat­nia wska­zówka na temat miej­sca, gdzie podzie­wała się Kathy. Obec­nie naj­bar­dziej powszechna teo­ria na temat losów dziew­czynki gło­siła, że pocho­wano ją gdzieś na tere­nie Lasu Trzy­dzie­ści Jeden, cho­ciaż poli­cja prze­szu­kała ten teren, uży­wa­jąc psów, i nie natra­fiła na żaden ślad.

- Cla­ire chyba też powinna zacząć od nowa - powie­działa Ellie. - Cie­kawe, czy roz­wa­żała ewen­tu­al­ność wyjazdu z Pete'em.

Bez słowa popa­trzyły na sie­bie. Chmura prze­sło­niła popo­łu­dniowe słońce, pogodny dzień zro­bił się szary, jak gdyby Cla­ire zara­ziła go swoim nie­szczę­ściem.

- Ona ni­gdy nie wyje­dzie - oświad­czyła Melody głu­cho. - Wciąż czeka na powrót Kathy.

Rozdział 4

Naj­mniej­sza czyn­ność wyma­gała od Cla­ire nie­sa­mo­wi­tego wysiłku.

Cza­sami zacho­dziła w głowę, jak to moż­liwe, że ludzie nie zdają sobie sprawy z ogromu zadań, jakie sta­wia przed nimi życie. Na przy­kład sie­działa w salo­nie z Pete'em, a on oświad­czał, że idzie do łazienki. Miała mu wtedy ochotę wyja­śnić, że on nie tylko tam idzie. Że naj­pierw musi wstać, potem przejść całą drogę do łazienki, czyli wspiąć się po szes­na­stu schod­kach, skoro byli w salo­nie, póź­niej otwo­rzyć drzwi, zamknąć je za sobą i zablo­ko­wać, a następ­nie... Darujmy sobie szcze­góły, ale w zależ­no­ści od tego, co miał tam do zro­bie­nia, musiał wyko­nać sze­reg czyn­no­ści, w końcu zaś spu­ścić wodę, praw­do­po­dob­nie umyć ręce, prze­krę­cić klucz w zamku i otwo­rzyć drzwi, a wresz­cie wró­cić tam, skąd przy­szedł - czyli w przy­padku salonu zejść po szes­na­stu stop­niach - i usiąść. A on po pro­stu mówił, że "idzie do łazienki".

Rzecz jasna, tak było, kiedy jesz­cze Pete tam miesz­kał. Z nią. Zanim odszedł.

Teraz już Cla­ire rzadko cho­dziła do łazienki. Zwy­kle wystar­czało jej pójść raz dzien­nie. I zre­zy­gno­wała z kilku rze­czy, które ludzie robili, jeśli już tam szli, bo zwy­czaj­nie nie miała siły.

Przy­po­mniała sobie, że swego czasu było to łatwiej­sze.

Nie tylko cho­dze­nie do łazienki, ale dosłow­nie wszystko. Zdu­mie­wał ją nawał rze­czy, jakie robiła w ciągu dnia. Nawet po znik­nię­ciu Kathy całymi dniami dru­ko­wała ulotki, dzwo­niła na poli­cję, kon­tak­to­wała się z pry­wat­nymi detek­ty­wami i tym dale­kim krew­nym, który miał zna­jo­mego w FBI. Z bie­giem czasu stwier­dziła, że ludzi do obdzwo­nie­nia jest coraz wię­cej: dzien­ni­ka­rze, jasno­wi­dze, spe­cja­li­ści i... i...

O czym to myślała? Stra­ciła wątek. To kolejna z rze­czy, które utra­ciła. Sku­pie­nie. Wybie­ra­jąc się gdzieś, zatrzy­my­wała się nagle, bo zapo­mi­nała, dokąd idzie. Tak jak teraz - stała w progu sypialni, nie mając poję­cia, po co wła­ści­wie tu przy­szła.

Patrzyła na sto­lik nocny Pete'a - pusty, jeśli nie liczyć łado­warki do tele­fonu, którą zosta­wił. Zawsze miał ich pod ręką mnó­stwo, cza­sami kilka z kosz­mar­nie splą­ta­nymi prze­wo­dami. Nie miała poję­cia, po co mu ich tyle, ani skąd je wziął. Kupił je? Po co miałby kupo­wać wię­cej niż jedną? Już sama ta myśl ją wyczer­pała.

Po znik­nię­ciu Kathy Cla­ire tar­gały roz­ma­ite emo­cje. Poczu­cie winy, smu­tek, gniew, nadzieja (a po niej zawsze głę­bo­kie roz­cza­ro­wa­nie), wresz­cie deter­mi­na­cja...

Jak długo można zno­sić coś takiego?

W jej przy­padku trwało to już sie­dem mie­sięcy.

Gdyby miała wspar­cie, być może wytrzy­ma­łaby dłu­żej. Stop­niowo jed­nak dostrze­gała, iż coraz wię­cej osób docho­dzi do wnio­sku, że Kathy nie żyje. Naj­pierw miesz­kańcy mia­steczka. Potem poli­cjanci. Rodzina. W końcu - naj­gor­sza zdrada! - Pete. Coraz czę­ściej sły­szała zwrot "życie toczy się dalej". Czy miała stra­cić wiarę w to, że córka żyje, i pogo­dzić się z myślą, że jest mar­twa? Choć wła­ści­wie czemu nie? Wszy­scy inni już tak zro­bili.

Nie, to by była zdrada. Wła­śnie tego Pete nie rozu­miał. To by był brak lojal­no­ści. Bo jeśli ich córka żyła, potrze­bo­wała kogoś, kto by w to wie­rzył. Kto by jej szu­kał. Ina­czej rów­nie dobrze mogła być mar­twa. Dopóki więc Cla­ire sądziła, że ist­nieje choćby nikła szansa, iż Kathy żyje, nie mogła tra­cić wiary.

Tyle że przy oka­zji mogła jej się wyczer­pać ener­gia - i wła­śnie tak się stało.

W kuchni zadzwo­nił tele­fon sta­cjo­narny. Taki szmat drogi do kuchni! Pomiesz­cze­nia naj­dal­szego od jej sypialni!

Ostat­nio dzwo­nek tele­fonu wywo­ły­wał u niej reak­cję fizyczną. Uczu­cie ści­ska­nia i odrazę. Bo kiedy w prze­szło­ści dzwo­nił tele­fon, zawsze...

Poza tym to czuła, tę nikłą nadzieję, że być może tym razem dzwoni ktoś z wie­ściami o Kathy. I cho­ciaż sta­rała się odga­niać te nadzieje, umysł wciąż je pod­stęp­nie przy­wo­ły­wał. Więc cho­dziła do tele­fonu, ale za szybko. I odbie­rała, ale zbyt zdy­szana. Halo?

I oka­zy­wało się, że dzwo­nią z banku. Albo matka Pete'a. Albo pomyłka. A wtedy roz­cza­ro­wa­nie było dru­zgo­cące.

Teraz więc jej umysł wią­zał dzwo­nek tele­fonu z roz­pa­czą oraz bólem. A sam apa­rat tele­fo­niczny i jego ostry sygnał wywo­ły­wały w niej nie­na­wiść. Jak gdyby tele­fon był dra­pież­ni­kiem, umysł zaś ostrze­gał ją przed nad­cią­ga­ją­cym nie­bez­pie­czeń­stwem.

Słu­chała, jak dzwoni, ze świa­do­mo­ścią, że zanim ona doczła­pie do kuchni, i tak się wyłą­czy. Jed­no­cze­śnie patrzyła na gar­de­robę, gdzie led­wie przed tygo­dniem Pete spa­ko­wał walizkę.

Pro­po­no­wał, żeby z nim wyje­chała. A ona po raz setny tłu­ma­czyła mu, że nie może, bo jeśli znajdą Kathy, to musi cze­kać na nią tutaj, w domu. Kathy będzie liczyła, że znaj­dzie się z powro­tem w swoim pokoju. Cla­ire nie chciała, by córka wra­cała do nie­zna­nego domu.

Pod­czas ostat­niej kłótni Pete tłu­ma­czył, że Kathy już nie ma, a Cla­ire darła się na niego, że jak śmie tra­cić nadzieję.

- Nadzieję? - prych­nął. - Naprawdę to jesz­cze czu­jesz? Nadzieję? Powiem ci, że jakoś tego nie widać.

Miał rację. Nadzieja to było złe słowo. Ale jak opi­sać poczu­cie życia w świe­cie, który wyprano z wszel­kich kolo­rów? Albo świa­do­mość, że od wielu godzin nie miało się jed­nej zbor­nej myśli? Była pewna, że tera­peuci nazwa­liby to depre­sją, ale nie o to cho­dziło. Ona nie miała depre­sji.

Po pro­stu musiała odzy­skać córkę.

Tele­fon prze­stał dzwo­nić.

Ode­tchnęła głę­boko, nagła cisza przy­nio­sła jej ulgę. Pomy­ślała, że może by się poło­żyć spać. W końcu był już późny wie­czór.

Tele­fon znowu zadzwo­nił.

Zaci­snęła zęby i się odwró­ciła. Powlo­kła się do kuchni i się­gnęła po tele­fon. To na pewno z banku. Albo któ­raś z nie­licz­nych przy­ja­ció­łek, jakie jej jesz­cze zostały, chciała zapy­tać, jak się czuje po odej­ściu Pete'a.

Pod­nio­sła słu­chawkę.

- Halo?

- Witam, czy to Cla­ire Stone?

Męż­czy­zna. Ofi­cjalny ton. A zatem z banku, tak jak myślała.

- Tak. - Oparła się o ścianę.

- Czy... czy jest pani matką Kathy Stone?

Zamru­gała. Przez chwilę nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć.

- Tak - wykrztu­siła w końcu.

- Nazy­wam się Perez, dzwo­nię z poli­cji miej­skiej Jasper. Pani Stone, zna­leź­li­śmy pani córkę.

Rozdział 5

Wej­ście do domu matki Robin zawsze odbie­rała niczym wkro­cze­nie do naj­bar­dziej kosz­mar­nego wehi­kułu czasu, jaki sobie można wyobra­zić. Nie do takiego przy­ja­znego, w któ­rym można by się prze­nieść w lata osiem­dzie­siąte i pójść na kon­cert Queen, obsta­wić kilka meczów pił­kar­skich i kupić pakiet akcji Micro­so­ftu, a następ­nie zostać milio­ne­rem. Nie, ten wehi­kuł czasu cofał tylko jej psy­chikę i zamie­niał ją w zalęk­nioną czter­na­sto­latkę, która nie mówiła, ale mam­ro­tała pod nosem.

Za życia taty było znacz­nie lepiej. Zawsze pytał, jak jej idzie w pracy oraz w życiu pry­wat­nym, i trak­to­wał ją jak doro­słą kobietę, którą tym­cza­sem się stała. No a poza tym był tatą. W rodzi­nie Har­tów to ojco­wie zawsze byli tymi dobrymi.

- Cześć, mamo, to ja - powie­działa, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

- Jestem w salo­nie! - zawo­łała matka.

Robin ruszyła jasno oświe­tlo­nym kory­ta­rzem, mija­jąc dwa wazony z kwia­tami. Matka zawsze miała świeżo cięte kwiaty w całym domu. Było ich tyle, że Robin zasta­na­wiała się, skąd bie­rze na to pie­nią­dze; raz napo­mknęła nawet nie­śmiało, że chyba sama za nie nie płaci. Na co matka odpa­ro­wała, czy Robin aż tak się mar­twi o przy­szły spa­dek.

Matka sie­działa w salo­nie na kana­pie i prze­glą­dała album ze zdję­ciami. Robin natych­miast go roz­po­znała - były to zdję­cia z jej ślubu.

Irra­cjo­nal­nie podej­rze­wała, że matka zro­biła to spe­cjal­nie. Że jedy­nie udaje, iż prze­gląda te zdję­cia, by spra­wić jej przy­krość i mieć pre­tekst do kłótni. Że w ten spo­sób karze córkę za prze­stęp­stwo pole­ga­jące na tym, że nie odwie­dziła jej przez całe cztery dni.

Rzecz jasna to było chore. Robin nie uprze­dziła tele­fo­nicz­nie o wizy­cie, więc kiedy matka usły­szała par­ku­jący przy kra­węż­niku samo­chód, musia­łaby popę­dzić do salonu, prze­trzą­snąć albumy w szafce i zna­leźć ten ze zdję­ciami ślub­nymi córki, usiąść i wresz­cie otwo­rzyć go w środku, jak gdyby prze­glą­dała go od jakie­goś czasu. Nikt by nie zdą­żył tego doko­nać. Robin poczuła wyrzuty sumie­nia, że coś tak sza­lo­nego w ogóle przy­szło jej do głowy. Matka oglą­dała zdję­cia, bo za tym prze­pa­dała. I tylko przy­pad­kiem był to aku­rat album ze ślubu Robin.

- No pro­szę, mamo, naprawdę świet­nie dziś wyglą­dasz - powie­działa; wyrzuty sumie­nia spra­wiły, że chciała być wyjąt­kowo miła.

- Byli­ście razem tacy szczę­śliwi - odparła matka ze smut­kiem. - On jest taki przy­stojny. Mia­łaś wiel­kie szczę­ście.

A więc strzały padły. Każde zda­nie mistrzow­sko wycy­ze­lo­wane. Z czasu prze­szłego matka prze­szła na teraź­niej­szy i wró­ciła do prze­szłego. Byli tacy szczę­śliwi. Bo już nie są. On na­dal jest przy­stojny, gdyby więc Robin poszła po rozum do głowy, wciąż mogłaby go odzy­skać. A Robin miała wiel­kie szczę­ście, ale posta­no­wiła je zaprze­pa­ścić.

A może to przy­pad­kowa uwaga? Z jej matką ni­gdy nic nie wia­domo.

- To był ładny ślub - powie­działa Robin spo­koj­nie. I żeby unik­nąć kłótni, dorzu­ciła: - Nie­sa­mo­wi­cie wyglą­da­łaś w tej nie­bie­skiej sukni. Na­dal ją masz?

Cień uśmie­chu w odpo­wie­dzi. Być może kom­ple­ment wystar­czył. Kry­zys zaże­gnany?

- Chyba ją komuś odda­łam - odparła matka sucho. - Zbyt wiele wspo­mnień.

- Oj, szkoda. Przy­nio­słam ci pocztę...

- Wła­śnie roz­ma­wia­łam z Glendą, matką Evana - cią­gnęła matka, prze­rzu­ca­jąc kartkę albumu. - Powie­działa, że on na­dal nikogo nie ma. Ale cho­dzi na randki, to oczy­wi­ste.

- I dobrze.

- Jej zda­niem on wciąż na cie­bie czeka. Wiesz, gdy­byś posta­rała się popra­wić, może zgo­dziłby się spró­bo­wać od nowa.

- Mamo, ja nie wrócę do Evana.

- Mogli­by­ście pójść na tera­pię. Evan jest tak miły, że byłby gotów zro­bić to dla cie­bie.

- Nie ma mowy!

Usta matki zadrżały.

- Nie rozu­miem, czemu tak krzy­czysz. Ja tylko chcę two­jego szczę­ścia. Zawsze tylko na tym mi zale­żało. Nie poka­zy­wa­łaś się przez cały tydzień, a teraz przy­cho­dzisz i od razu na mnie krzy­czysz. - Jej oczy napeł­niły się łzami.

- Ja... ja wcale nie krzy­cza­łam... wybacz. - Robin usia­dła obok matki i ją objęła. - Nie chcia­łam cię zde­ner­wo­wać. I od mojej wizyty wcale nie minął tydzień. Byłam tu w sobotę.

- Ale tak krótko, że mia­łam wra­że­nie, że minął tydzień.

Robin zaci­snęła zęby. Pró­bo­wała fizycz­nie powstrzy­mać słowa, które cisnęły jej się na usta, ale bez­sku­tecz­nie.

- Wyna­gro­dzę ci to. Dzi­siaj mam wolne całe przed­po­łu­dnie.

- Ale ten Evan jest taki śliczny. Mógłby mieć każdą dziew­czynę, którą zechce, Robin. Abso­lut­nie każdą. I jak świet­nie mu się powo­dzi. Gdy­by­ście się znów zeszli, ni­gdy wię­cej nie musia­ła­byś się mar­twić bra­kiem klien­tów.

- Ja też radzę sobie cał­kiem dobrze - odparła. Pró­bo­wała nie zwra­cać uwagi na iro­nię sytu­acji. Gdy Evan zaczy­nał jako foto­graf i to ona miała stały dochód, matka piała z zachwytu, że Evan nie idzie na kom­pro­misy i pró­buje wią­zać koniec z koń­cem, robiąc to, co kocha. Teraz zaś, gdy wresz­cie odniósł suk­ces, w prze­ko­na­niu matki ozna­czało to, że żyjąc z nim, Robin nie musia­łaby pra­co­wać. Ni­gdy nie przy­szło jej na myśl, że córka lubi swoją pracę.

- Naprawdę sobie radzisz? Bo Melody powie­działa mi... nie­ważne. To nie ma zna­cze­nia.

Robin nie dała się zła­pać, nie chwy­ciła przy­nęty, choć nie było to łatwe. Z doświad­cze­nia wie­działa, że wszel­kie słowa Melody są tak pokrętne, że tracą pier­wotny sens i zna­cze­nie. Kiedy były nasto­lat­kami, matka pro­wo­ko­wała je do kłótni, które potra­fiły trwać całymi dniami. Teraz były wpraw­dzie doro­słe, ale na­dal uda­wało jej się je poróż­nić, cho­ciaż już nie tak czę­sto jak kie­dyś.

Matka prze­rzu­ciła kolejną kartkę albumu i uśmiech­nęła się. Wska­zała pal­cem duże zdję­cie przed­sta­wia­jące ją oraz ojca Robin.

- Spójrz na niego. Wyda­wał się taki zdrowy.

- Tak. - Robin patrzyła na uśmiech ojca. Ow­szem, wyglą­dał bar­dzo zdrowo. I wyda­wał się szczę­śliwy. Tań­czyła z nim, a on stale z nią żar­to­wał.

- Aż tu nagle atak serca i umarł, tak po pro­stu. - Matka wydała drżące wes­tchnie­nie. - I to w trak­cie pan­de­mii.

Nie wie­dzieć czemu ten fakt wciąż ją drę­czył. W cza­sach, gdy na całym świe­cie ludzie umie­rali na covid, jej mąż miał czel­ność umrzeć na atak serca! I zosta­wić żonę na pastwę przy­ziem­nego losu wdowy.

- Przy­naj­mniej umarł szybko - zauwa­żyła Robin. Nie­sa­mo­wite, ile razy wypo­wia­dała to zda­nie i jak czę­sto sły­szała je od leka­rzy, przy­ja­ciół i rodziny. Zupeł­nie jak gdyby mogli się poczuć lepiej dzięki temu, że aku­rat tego dnia śmierć oka­zała się tak sku­teczna.

- To prawda. - Matka nie spusz­czała wzroku z foto­gra­fii. - Ja rów­nież byłam niczego sobie.

- Teraz też jesteś bar­dzo ładna - zapew­niła ją Robin odru­chowo.

- Daruj sobie. Nie musisz kła­mać, żeby mi oszczę­dzić przy­kro­ści.

- Ależ skąd, mówię prawdę. Wyglą­dasz cudow­nie. Nie wiem, jak ty to robisz.

- W tych sta­rych ciu­chach? Wąt­pię.

- Ni­gdy cię nie widzia­łam w tej spód­nicy. Jest bar­dzo modna. Cał­kiem jak ta, którą widzia­łam nie­dawno w maga­zy­nie modo­wym.

To było sza­lone. Kom­plet­nie chore. Obsy­py­wa­nie matki fał­szy­wymi kom­ple­men­tami sta­no­wiło nie­od­łączną część ich roz­mów. A to dla­tego, że matka pra­gnęła ich słu­chać bez końca. A kiedy dys­kre­dy­to­wała swój wygląd, jedy­nym spo­so­bem było zaprze­cza­nie i kom­ple­men­to­wa­nie jej od nowa.

Każde inne wyj­ście - zmiana tematu albo tłu­ma­cze­nie jej, że nie zawsze musi wyglą­dać dosko­nale, a nawet stwier­dze­nie w rodzaju "jak na swój wiek trzy­masz się świet­nie" - skut­ko­wało ata­kiem histe­rycz­nego pła­czu, który trwał godzi­nami. Kie­dyś, gdy Robin miała osiem lat, matka zapy­tała tatę, czy nie uważa, że w tych butach jej kostki wydają się grube. On zaś, naiw­nie, głu­pio odparł, że tak nie sądzi, ale skoro jej to prze­szka­dza, niech włoży inną parę. W rezul­ta­cie spa­liła te buty, a przy oka­zji ogniem zajęły się zasłony. Potem wydzie­rała się na ojca przez cały wie­czór, a Robin i Melody ukry­wały się pod kocem w pokoju młod­szej z sióstr. Po tej histo­rii matka przez trzy dni nie wycho­dziła z sypialni i odma­wiała jedze­nia. Robin wciąż pamię­tała, jak ojciec bła­gał ją zza drzwi. Kajał się i prze­pra­szał.

Prawda zaś była taka, że matka rze­czy­wi­ście wyglą­dała świet­nie. Bujne popie­la­to­blond włosy opa­dały jej falami na ramiona. Maki­jaż odej­mo­wał jej dwa­dzie­ścia lat. Zawsze ubie­rała się z klasą. Zawsze jed­nak potrze­bo­wała jesz­cze jed­nego stroju, by przy­kryć swoje kre­acje - stroju skro­jo­nego z podziwu i uwiel­bie­nia.

Zado­wo­lona matka prze­rzu­ciła kolejną kartkę i spoj­rzała na zdję­cie uśmiech­nię­tej Robin w sukni ślub­nej.

- Tego dnia też wyglą­da­łaś bar­dzo ład­nie - oświad­czyła roz­ma­rzo­nym gło­sem.

- Tak.

- Pamię­tam, jak wujek Donald się upił i pró­bo­wał obtań­co­wy­wać wszyst­kie twoje młode kole­żanki. Też to pamię­tasz? - Matka zachi­cho­tała jak dzier­latka. - Stary zbe­reź­nik.

Robin się roze­śmiała i przy­su­nąw­szy się bli­żej matki, spo­glą­dała na zdję­cia.

- Pamię­tam. Ciotka Hilda wyglą­dała, jakby chciała mu wylać dzba­nek wody na głowę.

- Tak. - Matka zanio­sła się śmie­chem. - Ta to miała tem­pe­ra­ment. Dziwna z nich była para. Z całej tej rodziny bez­sprzecz­nie naj­lep­szy był twój ojciec.

- Tak.

Matka dotknęła zdję­cia Robin.

- Spójrz na ten uśmiech. Przy­po­mnij sobie, jak pil­no­wa­łam, żebyś wie­czo­rami szo­ro­wała zęby przez pięć minut? I zawsze pamię­ta­łam o two­ich wizy­tach u den­ty­sty, żebyś na pewno się zja­wiła. Tylko dzięki mnie mia­łaś wtedy takie białe zęby.

Robin wstała.

- Zapa­rzę her­batę. Tobie też zro­bić?

- Co? Nie, dzię­kuję.

Robin się odwró­ciła.

- Her­bata naprawdę zabar­wia zęby - dorzu­ciła matka.

Robin opu­ściła pokój i prze­szła do kuchni; tam oparła się o ścianę i oddy­chała głę­boko. Wma­wiała sobie, że matka jest samotna. Że od śmierci taty nie jest jej łatwo. I że z powodu pan­de­mii zre­zy­gno­wała z poka­zy­wa­nia się w miej­scach publicz­nych, tym samym pozba­wia­jąc się swo­ich ulu­bio­nych roz­ry­wek - spo­tkań z przy­ja­ciół­kami przy kawie oraz zaku­pów.

Nie­śpiesz­nie zapa­rzyła her­batę, odbu­do­wu­jąc swoją psy­chiczną zbroję. Bywało, że ciosy matki nie potra­fiły sfor­so­wać jej obrony. Ostat­nio jed­nak, z powodu bez­sen­no­ści, była wyczer­pana, a przez to bar­dziej bez­bronna.

Wra­ca­jąc do salonu, przy­sta­nęła przy sypialni matki i zer­k­nęła do środka. Stała tam jej obse­sja z lat dzie­cię­cych, jak zawsze zapie­ra­jąca dech i kusząca.

Był to sta­ro­świecki domek dla lalek, zbu­do­wany na wzór posia­dło­ści z epoki wik­to­riań­skiej. Stał na wiel­kim stole, otwarty, tak że widać było wszyst­kie trzy kon­dy­gna­cje - trzy sypial­nie, kuch­nię, salon oraz łazienkę. Każdy maleńki pokoik wypo­sa­żony był w misterne, mistrzow­sko wyko­nane mebelki. Wszyst­kie te malut­kie szafy i komody otwie­rały się, a nawet zawie­rały maleń­kie ubra­nia i pościel. A na małym pia­ni­nie w minia­tu­ro­wym salo­nie można byłoby zagrać.

Doty­ka­nie tego domku zawsze było zabro­nione. Matka na okrą­gło tłu­ma­czyła, że to nie zabawka, tylko dzieło sztuki. W dodatku bar­dzo dro­gie. Więc gdyby Robin i Melody się nim bawiły, na pewno by je popsuły. Dla­tego cho­ciaż pro­siły, bła­gały i obie­cy­wały, że będą wyjąt­kowo deli­katne, ni­gdy nie dostały zgody.

Mimo to Robin pota­jem­nie bawiła się tym dom­kiem, choć bała się, że zosta­nie przy­ła­pana. Kie­dyś pod­czas zabawy usły­szała kroki i ze stra­chu, że matka ją nakryje, przy­pad­kowo poła­mała malut­kie krze­sło w maleń­kiej kuchni. A wtedy...

Jej pamięć bro­niła się przed tym wspo­mnie­niem.

Wró­ciła do salonu. Bogu dzięki, matka odło­żyła album ze zdję­ciami.

- A wiesz, kiedy roz­ma­wia­łam z matką Evana...

- Mamo, nie życzę sobie wię­cej słu­chać o Eva­nie, czy to jasne? Pro­szę.

- W ogóle nie zamie­rza­łam o nim mówić - odparła matka, wyraź­nie ura­żona. - Nie wszystko, co mam do powie­dze­nia, doty­czy cie­bie i two­jego nie­uda­nego mał­żeń­stwa, Robin.

- Już dobrze, prze­pra­szam. - Robin usia­dła obok matki. - Wobec tego co chcia­łaś powie­dzieć?

- Nie­ważne.

- Nie, mamo, naprawdę, co...

- Nie chcę, żebyś znów się nabz­dy­czyła i na mnie krzy­czała. Liczy­łam na to, że spę­dzimy razem przy­jemny pora­nek. - Matka zamknęła oczy i ze znu­że­niem oparła się na kana­pie. - Kiedy byłaś dziec­kiem, tak wspa­niale się ze sobą doga­dy­wa­ły­śmy. I co się stało?

Robin dosko­nale wie­działa, co się stało. Zadrę­czała się tym pyta­niem od lat, po każ­dej kosz­mar­nej wizy­cie u matki, w trak­cie nie­zli­czo­nych bez­sen­nych nocy i pod­czas licz­nych sesji tera­peu­tycz­nych. Teraz już potra­fi­łaby spo­rzą­dzić dokładny wykres tego, co poszło nie tak. A raczej tego, co mię­dzy nimi ni­gdy się nie ukła­dało.

- Nie wiem - powie­działa.

Zazwy­czaj w rewanżu na taką odpo­wiedź matka tłu­ma­czyła, dla­czego to jest wyłączna wina córki. Bo Robin była nie­wdzięczna, bo doko­ny­wała złych wybo­rów, bo nie była dobrą córką, taką jak Melody. Ale tym razem tego nie sko­men­to­wała, jedy­nie mar­kot­nie sku­bała spód­nicę.

Robin dopiero po chwili zała­pała, o co cho­dzi. Matka naprawdę chciała jej opo­wie­dzieć, o czym roz­ma­wiała z matką Evana. Nie dla­tego, że cho­dziło o niego, tylko dla­tego, że aku­rat to kochała naj­bar­dziej. Plotki.

A skoro ta plotka była na tyle ważna, by zapo­biec roz­trzą­sa­niu licz­nych wad Robin, musiała być dosko­nała. To nie jakaś marna histo­ryjka o kobie­cie z klubu książki, która zaczęła nową dietę. Albo o jakimś mał­żeń­stwie w mia­steczku, które kłó­ciło się tak gło­śno, że sły­szeli ich wszy­scy sąsie­dzi.

Ta plotka była bez skazy. Jak ujaw­nie­nie romansu za pomocą zdjęć. Albo że ktoś tra­fił do wię­zie­nia za oszu­stwo.

Robin umie­rała z cie­ka­wo­ści, o co cho­dziło.

Nie dla­tego, że gusto­wała w plot­kach. Ow­szem, lubiła je jak wszy­scy. Ze słu­cha­nia cze­goś, o czym nie każdy wie­dział, czer­pała nie­zdrową przy­jem­ność, a dodat­kową frajdę spra­wiało jej prze­ka­zy­wa­nie plotki dalej, jak gdyby nale­żała do jakie­goś tajem­nego klubu. Jed­nak teraz nie to się liczyło. Po pro­stu plotka sta­no­wiła solidny pomost mię­dzy nią a matką. Plot­ko­wa­nie zbli­żało je do sie­bie bar­dziej niż cokol­wiek innego.

Ale gdyby zapy­tała wprost, matka by się wyco­fała. Bo cie­ka­wość córki dawała jej prze­wagę, a z prze­wagi matka za nic by nie zre­zy­gno­wała. Dla­tego Robin powie­działa:

- Zauwa­ży­łam, że w holu masz świeże kwiaty. Są prze­piękne.

- Dzię­kuję. To różowe róże i lilie.

- Nie tylko. Jak się nazy­wają te takie puszy­ste?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki