Rozdział 1
Kathy po ciemku kuśtykała drogą, tuląc do piersi lalkę. Przyciskała ją z całej siły, bo przez te ciemności lalka się bała. A gdy się boimy,
czasami trzeba się przytulić, nic innego nie pomaga.
Jakiś czas temu zaczął padać deszcz. Kłujące krople siekły ją w twarz i wsiąkały w podartą piżamę. Lalka była przemoczona i zziębnięta. Tak samo
jak Kathy.
Dziewczynkę bolały stopy. Była boso. Pamiętała, że kiedyś, dawno temu,
miała buciki. Wkładała je, gdy wychodziła na dwór, żeby się pobawić. Ale
teraz były tylko odległym wspomnieniem, zatartym w jej pamięci.
Przypomniała sobie, że czasami nie chciała ich wkładać. Kłóciła się o to
z mamusią. Teraz wydawało jej się to dziwne, marzyła o tym, żeby mieć
buciki.
Ale od tak dawna już ich nie nosiła. Minęły tygodnie albo miesiące... nie
była pewna. Możliwe, że nawet rok.
Niełatwo było się zdecydować, gdzie stawiać kroki. Kiedy szła drogą,
chropowaty asfalt ranił jej stopy. Prościej było iść po trawie na
poboczu, ale gdy zrobiła tak wcześniej, coś ostrego wbiło jej się w piętę. Krzyknęła i musiała się zatrzymać, żeby wyjąć kolec, a wtedy
dopiero poczuła okropny ból. Wprawdzie lalka pocałowała ją w bolące
miejsce, ale nawet to nie pomogło.
Teraz, po tak długim marszu, obie stopy miała obolałe. Usiadła pod
latarnią, obejrzała je i zobaczyła, że z podeszew schodzi skóra i pojawiła się krew.
Nie mogła jednak siedzieć tu dłużej. Wstała i ruszyła w dalszą drogę.
Czasami źli ludzie potrafią iść śladem krwi. Kathy o tym wiedziała, bo
widziała, jak to robią. Weszła więc do strumienia obok drogi, żeby
płynąca woda zmyła krew. Szczękała zębami, dygotała. Była przemarznięta.
Czasami kiedy ludziom jest zimno, mogą zamarznąć na śmierć.
Znowu ruszyła w drogę.
Stojące dookoła domy były wielkie, prostokątne i przerażające. W ogóle
nie przypominały jej domu. Tego, który wciąż pamiętała, chociaż od tak
dawna w nim nie była. Miał ładny ogródek, biały płot i czerwony dach, a na czas świąt Bożego Narodzenia tata zawieszał na nim małe mrugające
lampki.
Chciała opowiedzieć lalce o swoim domu, ale nie potrafiła dobrać słów.
Jak zawsze wszystko jej się mieszało i słowa się rozpływały. Przycisnęła
więc lalkę mocniej do piersi i szła dalej. Byleby zostawić te straszne
budynki za sobą.
Kiedy małe dziewczynki chodzą po nocy koło strasznych budynków, czasami
przydarzają im się okropne rzeczy. Kathy o tym wiedziała.
Dobiegł ją jakiś dźwięk. Głośny ryk. Kathy spięła się i obróciła, choć
ledwo mogła oddychać, ponieważ wiedziała, co to za odgłos, słyszała go
już wcześniej, a teraz to zobaczyła i usłyszała, tę ziejącą ranę, krzyki
bólu, płynącą krew, tej krwi było tak dużo, że zamknęła oczy,
przykucnęła i zatkała uszy, a mimo to wciąż to widziała i słyszała i nie
była w stanie się ruszyć, nie mogła oddychać, te wrzaski...
Dźwięk ucichł.
Tkwiła w miejscu, obejmując się ramionami. Słyszała swój chrapliwy
oddech, szczękanie zębami i szum deszczu zmywającego ulicę, ale nic poza
tym.
Może ten hałas to był warkot przejeżdżającej w pobliżu ciężarówki? Ale
czasami tak trudno się zorientować, które dźwięki są rzeczywiście
niedobre, a które nie.
Byle przed siebie. Musiała wrócić do domu, gdzie jest... bezpiecznie.
Gdzie nie będzie złych panów i gdzie mamusia i tatuś przytulą ją i jej
lalkę.
Chciała opowiedzieć lalce o mamusi i tatusiu, o przytulaniu oraz o bezpieczeństwie, ale nie potrafiła znaleźć słów.
Szło jej się coraz trudniej. Za bardzo przemarzła. I była zbyt zmęczona.
Powieki same jej opadły, ale zrobiła kolejny krok. I jeszcze jeden.
Monotonne bębnienie deszczu się rozpłynęło. Już nie było jej zimno.
Zrobiło się cieplej. Może nawet dostatecznie ciepło, żeby położyć się
na...
Nagły przenikliwy odgłos.
Szybko otworzyła oczy, odwróciła się i tuż za sobą ujrzała dwa jasne
światła. W jej głowie znów rozległ się ten ostry, gniewny dźwięk, niemal
jak krzyki na torturach, i wypełniły ją obrazy. Krwi, bólu i strachu.
Zatoczyła się do tyłu i zaniosła krzykiem, z szeroko otwartych ust
wydobył się chrapliwy zgrzyt w ogóle niepodobny do jej...
- Hej. Hej!
Otworzyły się drzwi samochodu, wyskoczył z niego jakiś mężczyzna i pobiegł w jej stronę. Czasami mężczyźni robią straszne rzeczy
dziewczynkom, które same chodzą po nocy. Kathy wiedziała o tym. Potknęła
się, runęła na szorstki asfalt, a siła upadku sprawiła, że umilkła i poczuła w ustach smak krwi.
- Hej, mała. Nic... nic ci nie jest? Chcesz, żebym kogoś zawiadomił?
Lalka wypadła jej z rąk, już jej nie widziała. Musiała uciekać.
Niezdarnie cofała się na czworakach, nie spuszczając oczu z mężczyzny.
Był coraz bliżej, blisko, próbował ją złapać. Znowu krzyknęła i szarpnęła się do tyłu. Cofnął się, patrząc na nią szeroko otwartymi
oczami. Jej krzyk przeszedł w kaszel, nie mogła się ruszyć, w ataku
kaszlu nie była w stanie oddychać. Do ust napłynęła jej krew - ugryzła
się w język.
- Hej. - Uniósł ręce i cofnął się o krok. - Nic ci nie zrobię,
rozumiesz?
Kaszel w końcu jej przeszedł. Usiadła na drodze, rozdygotana, strzelając
oczami na boki i próbując ocenić, czy zdoła mu uciec.
- Jak się nazywasz? - zapytał, kucając powoli.
Dygotała coraz bardziej, znowu szczękała zębami. Miała na imię Kathy.
Ale nie wiedziała, jak mu to powiedzieć. Brakowało jej słów.
- Ja jestem Ian. A ty?
Nie wyglądał na złego człowieka, ale źli ludzie czasami zupełnie na to
nie wyglądają. Kathy o tym wiedziała.
- Mieszkasz gdzieś w pobliżu?
Mieszkała tutaj? Nie była pewna. Chciała do domu. Próbowała dojść do
swojego domu.
- Posłuchaj, może, eee... wsiądziesz do mojego samochodu? Nie możesz tak
siedzieć na deszczu.
Znów zaczęła się czołgać do tyłu; oddychała ciężko, serce jej biło jak
młotem.
- Nie, nie, już dobrze. Nie... nie musisz wsiadać do mojego auta. Masz. -
Zdjął płaszcz, nachylił się i go jej podał. - Włóż to.
Patrzyła na płaszcz. Może ten pan próbował wyprowadzić ją w pole?
Skłonić, by podeszła na tyle blisko, żeby mógł ją złapać i... i...
- Rozgrzejesz się. - Rzucił płaszcz na drogę, by miała go w zasięgu rąk.
Kiedyś miała płaszczyk. Uwielbiała go. Był różowy i mechaty od środka.
Żałowała, że go teraz nie ma. Ale ten płaszcz może też był w środku
mechaty. I byłoby jej w nim ciepło.
Szybko chwyciła płaszcz i cofnęła się trochę, by znaleźć się
dostatecznie daleko od mężczyzny. Potem włożyła okrycie. Na wpół puste
rękawy dyndały. Ten płaszcz nie był mechaty od środka. Ale już tak
bardzo nie marzła.
- Dobrze - powiedział mężczyzna cicho. - Nie... eee... nigdzie stąd nie
odchodź. Ja tylko do kogoś zadzwonię, dobrze?
Patrzyła, jak wyciąga z kieszeni telefon. Może jednak powinna uciekać?
Ale zdała sobie sprawę, że nawet nie jest w stanie się podnieść.
Zobaczyła leżącą na drodze lalkę. Powinna po nią pójść.
- Halo? Mam na imię Ian, właśnie znalazłem dziewczynkę idącą samotnie
środkiem drogi. Jest nieduża... Nie wiem, ile ma lat. Sądzę, że sześć,
może siedem.
Miała dziewięć lat. Chciała mu o tym powiedzieć. Ale nie mogła znaleźć
słów.
Rozdział 2
Robin Hart patrzyła, co też mała Laura szykuje w plastikowej kuchni. Ta
kuchnia była jedną z najbardziej wyszukanych zabawek, jakie Robin
wstawiła do pokoju - miała zlew, piekarnik, a nawet lodówkę w rogu. Nad
kuchenką na maleńkich haczykach wisiały garnki i patelnie. Na myśl o stercie naczyń i kubków w zlewie swojej prawdziwej kuchni Robin
pożałowała, że nie jest tak czysta jak ta, którą kupiła dzieciom do
zabawy.
Laura wzięła plastikowe jajko i udała, że je rozbija o krawędź patelni.
- Będziesz smażyła jajko - powiedziała Robin. - A jakie?
- Sadzone - zaszczebiotała Laura. Odłożyła plastikowe jajko na bok i zakręciła patelnią.
- Mmm. Wygląda smakowicie.
- Smażę je dla ciebie.
- Dla mnie? Dziękuję. Takie lubię najbardziej.
Dzisiaj, tak jak przez ostatnich kilka tygodni, Laura była wyjątkowo
spokojna. Gdy Robin ujrzała ją po raz pierwszy, przed rokiem, mała była
spięta, zamknięta w sobie i wszystko, co robiła, było podszyte strachem.
Ale roczna terapia zabawą z Robin zdziałała cuda. Beth, matka Laury,
powiedziała, że koszmary, które dręczyły córkę niemal codziennie, prawie
całkiem zniknęły. Robin wiedziała, że już niedługo będzie musiała jej
powiedzieć, że te sesje dobiegły końca. Na samą myśl o tym ogarniał ją
smutek - sesje terapeutyczne z Laurą należały do jej ulubionych.
Dziewczynka podała jej plastikowy talerzyk i widelec.
- Proszę. Dodałam jeszcze ziemniaczane krokieciki.
- Pycha. - Robin udała, że je z talerzyka. - Bardzo dobre.
Laura obdarzyła ją szerokim uśmiechem, odwróciła się od kuchenki i rozejrzała. Robin patrzyła w ślad za jej wzrokiem, gdy oglądała pokój
zabaw, który tak dobrze znała.
Ściany były w kolorze kremowym, a wykładzina dywanowa w odcieniu
jasnoniebieskim. Zasłony w oknie rozsunięto, by do pokoju wpadało
światło słoneczne. Wszystko to miało tworzyć jak najbardziej łagodny
nastrój. Z jednej strony na czterech półkach stały w rzędach plastikowe
zabawki. Pod przeciwległą ścianą znajdowała się niewielka atrapa
kuchenki, plastikowe biurko lekarskie oraz prosty domek dla lalek. Pod
oknem umieszczono piaskownicę i żółty stoliczek zarzucony papierami,
kredkami oraz farbami wodnymi.
Laura podeszła do piaskownicy.
- Możemy pobawić się trochę w piasku?
- Skoro chcesz - odparła Robin. Zależało jej, by dziewczynka wiedziała,
że w tym pokoju to ona rządzi. Bo dla procesu jej leczenia poczucie
władzy oraz panowania nad wszystkim miało zasadnicze znaczenie.
Laura uklękła przy piaskownicy.
- W co się pobawimy?
- Hm... - Robin podeszła do dziewczynki. - Chcesz zagrać w przed i po?
- A jak się w to gra?
Robin usiadła obok Laury. Gdy siedziała, a dziewczynka stała obok niej,
miały oczy niemal na tym samym poziomie. Patrząc na nią z bliska, Robin
przypomniała sobie swoje zdjęcie portretowe, które jej matka oprawiła i postawiła w salonie. Wtedy jeszcze miała okrągłą, pucołowatą twarz i wielkie, wiecznie zdziwione piwne oczy, a rude włosy opadały jej na
ramiona. Rzecz jasna, teraz dziecięca pulchność zniknęła, chociaż matka
wciąż powtarzała, że jej córka mogłaby "popracować nad sobą", cokolwiek
to znaczyło.
Laura patrzyła na Robin wyczekująco.
Robin narysowała na piasku dwie linie, dzieląc piaskownicę na trzy
części.
- No więc w przed i po gra się w ten sposób. - Wskazała na lewą część. -
To jest przed. Weź teraz jakieś zabawki i ustaw je tutaj, żeby mi
pokazać, jaka byłaś przed zniknięciem Kathy.
Laura z namysłem spojrzała na piasek, a potem podeszła do półek i obejrzała stojące na nich zabawki. Robin obserwowała ją, kiedy wybierała
kolejne figurki. W rezultacie zniknięcia Kathy Stone w ciągu roku do
Robin trafiło na terapię czworo dzieci z Bethelville. A nawet pięcioro,
jeśli doliczyć jej siostrzenicę Amy, jedną z najbliższych przyjaciółek
Kathy. Podobnie jak całe Bethelville, po uprowadzeniu dziewczynki
dzieciaki nie wiedziały, co o tym myśleć, i zmagały się ze strachem. Ale
w przeciwieństwie do dorosłych, miały tylko mętne pojęcie o tym, co
zaszło. Jednego dnia Kathy była z nimi, a następnego zniknęła.
Rozmawiając na ten temat, rodzice i nauczyciele unikali konkretów. A skoro dziewczynki nigdy nie odnaleziono, wyjaśnienia się nie zgadzały.
Niektórzy rodzice mówili dzieciom, że Kathy umarła, inni zaś, że
wyjechała albo że się zgubiła. A dzieciaki rozmawiały później o tym ze
sobą w szkole i sprzeczne wersje jedynie zwiększały ich niepewność i strach. Bo skoro porywacza nie złapano, urósł do rangi kogoś w rodzaju
czarnego luda, który może znów się pojawiać i chować się pod ich łóżkami
albo w szafach.
Laura wróciła do piaskownicy z garścią figurek i ustawiła je na piasku.
- To są dzieci ze szkoły - wyjaśniła. - A to ja i Kathy. - Ustawiła obok
siebie dwie figurki małych dziewczynek, starając się, żeby wyglądały,
jakby się trzymały za ręce.
- Te dziewczynki obok siebie wydają się bardzo szczęśliwe - zauważyła
Robin.
- Bo to najlepsze przyjaciółki. Lubią spotykać się w parku i zostają u siebie na noc.
- Pozostałe dzieci też wyglądają na wesołe - powiedziała Robin, gdy
Laura ustawiała dookoła resztę figurek.
Miała tylko ośmioro plastikowych chłopców i dziewcząt, więc Laura
uzupełniła grupkę o inne zabawki - SpongeBoba, Kaczora Donalda oraz
Piotrusia Pana.
- Rzucają sobie piłkę - wyjaśniła Laura. - Są weseli, bo jeszcze nie
wiedzą.
- Nie wiedzą? Czego?
- Że dzieciom czasami przydarzają się złe rzeczy - odparła cicho Laura.
Na skraju ustawiła obok siebie strażaka i baletnicę.
- To są moi rodzice.
- Oni też trzymają się za ręce.
- Tak. Nigdy się nie kłócą i niczym się nie przejmują, ani złymi ludźmi,
ani wirusem.
Jak wielu klientów Robin, Laura uważała, że światowa pandemia ma jakiś
związek z porwaniem Kathy, mimo że epidemia wybuchła na rok przed
zniknięciem dziewczynki. Te dwa nieszczęścia spadły na mieszkańców
miasta niczym fale tsunami, wywracając do góry nogami całe ich życie.
Laura przyjrzała się figurkom. Przysunęła dwie dziewczynki bliżej siebie
i się cofnęła.
- Gotowe - oznajmiła.
- Dobrze - powiedziała Robin. Wskazała środkową część piaskownicy. -
Tutaj trzeba ustawić zabawki pokazujące, jak się czułaś po zniknięciu
Kathy.
Laura spojrzała na nią z ukosa.
- A mogę użyć figurek z części przed?
- Jasne, skoro chcesz.
Dziewczynka wzięła z piasku figurki strażaka i baletnicy, symbolizujące
rodziców. Zawahała się i spojrzała na dwie dziewczynki.
- Nie chcę ich rozdzielać.
- To cię napełnia smutkiem - powiedziała Robin.
- Tak.
Po chwili Laura wstała i obejrzała półki.
Głównie temu służył pokój zabaw Robin. Dorośli potrafią rozprawiać o trudnych, bolesnych wydarzeniach i w trakcie rozmowy rozbierać je na
części. Ale dzieci nie mają jeszcze takich zdolności wyrażania
wszystkiego za pomocą słów. Stwierdzenie "Moja przyjaciółka Kathy
zniknęła i nikt nie wie, gdzie jest" nie daje pojęcia o tym, co dane
dziecko czuje. Ból po utracie kogoś bliskiego. Zastanawianie się przed
snem, czy jemu również może się przydarzyć to samo. Złość na rodziców,
którzy nie potrafią udzielić szczerej odpowiedzi.
Robin zorganizowała miejsce, gdzie dzieci mogły przekazywać swoje
uczucia w najbardziej naturalny dla nich sposób - odgrywając wymyślone
scenki albo rysując. A wówczas bardzo łagodnie nakierowywała je na
tematy, na których jej zależało.
Laura wróciła z maleńkim plastikowym niemowlęciem i ogrodzeniem z zestawu do farmy. Umieściła niemowlę na środku piasku i otoczyła je
płotem.
- Ten maluch wydaje się tutaj bardzo samotny - zauważyła Robin.
- Tak. - Laura poprawiła płot. - Jest samiutka jak palec i bez przerwy
płacze.
- To musi być straszne, siedzieć tam samemu - powiedziała Robin.
Laura ustawiła przedstawiające rodziców lalki za ogrodzeniem, po
przeciwnych stronach.
- Rodzice trzymają ją w środku - wyjaśniła. - To dla jej dobra. Trzeba
ją trzymać w środku, bo szukają jej źli ludzie. No i nie może się bawić
z innymi dziećmi z powodu wirusa.
- Rodzice pragną ją chronić - podsumowała Robin.
- Tak.
- Ale już się nie trzymają za ręce.
- Nie. Cały czas są smutni. I się kłócą. Mamusia chce się przenieść
gdzieś indziej. Tatuś mówi, że małe dziewczynki powinny móc się spotykać
z koleżankami, ale mamusia się nie zgadza. Ona czasami płacze. A dziewczynka tęskni za przyjaciółką. I nie wie, co się z nią stało.
Laura zamilkła. Robin już się miała odezwać, gdy nagle dziewczynka
wstała i podeszła do półek. Wzięła figurkę Skeletora, największego wroga
He-Mana - zielony szkielet w fioletowej szacie. Robin trzymała na
półkach kilka przerażających zabawek. Takie też są dzieciom potrzebne.
Molestujący ojciec mógł się stać plastikowym ogrem. Siostra tyranka
zmieniała się czasami w pokrytą brodawkami wiedźmę. Te figurki dawały
sobą manipulować, można było je wykorzystywać, a nawet karać. Dzięki nim
dzieci miały poczucie tego, czego tak im brakowało w prawdziwym życiu -
że panują nad wszystkim.
Laura ustawiła Skeletora w rogu wyznaczonego obszaru w piaskownicy.
- To jest zły człowiek - oświadczyła.
- A mała dziewczynka boi się złego człowieka - dopowiedziała Robin.
- Tak. Bo ją też chce porwać.
Robin czekała. Laura zadarła głowę.
- Nie chcę już się bawić w tę część gry.
- W porządku. - Robin kiwnęła głową. Już samo to, że Laura zgodziła się
na tę zabawę, stanowiło wielki krok naprzód. Odbyły wiele sesji, zanim w ogóle zechciała mówić o Kathy, a co dopiero o jej zniknięciu. I nawet
podczas ostatnich sesji starała się unikać tego tematu. Dziś jednak, o dziwo, niezwykle otwarcie poruszyła tę kwestię.
Robin wskazała na trzecią część.
- A tutaj zróbmy coś nowego. Pokaż mi, co czujesz teraz. Kiedy już
skończyły się senne koszmary i kiedy kilkakrotnie rozmawiałyśmy o Kathy.
Laura przeniosła figurki rodziców na trzecią część i ustawiła je obok
siebie. Ale nie na tyle blisko, by mogły się trzymać za ręce. Potem
przyniosła z półki kolejną postać - plastikową Wonder Woman. Ustawiła ją
obok rodziców i figlarnie uśmiechnęła się do Robin.
- Aha, dziewczynka dorosła - domyśliła się Robin, uśmiechając się do
Laury.
- Teraz jest odważniejsza. Wie, że niedobry pan już nie może jej zrobić
nic złego. I znowu może się spotykać z przyjaciółkami. - Laura wyjęła
figurki przedstawiające dzieci z sekcji "przed" w piaskownicy i ustawiła
je dookoła Wonder Woman i swoich rodziców.
- A lalki tatusia i mamusi wydają się szczęśliwsze.
- Tak. Bo już nie muszą przychodzić co noc do jej łóżka, więc jest
lepiej. - Laura ostrożnie wzięła ogrodzenie farmy i ustawiła je, na wpół
otwarte, obok postaci Wonder Woman.
- Ale obok dziewczynki nadal stoi płot - zauważyła Robin.
- Tak. Ona czasami tam przechodzi. Kiedy tęskni za przyjaciółką i jest
jej smutno.
- Rozumiem - powiedziała Robin łagodnie.
Na szczęście w trzeciej części zabawy Laury Skeletor już się nie
pojawił.
Bawiły się figurkami na piasku. Robin poprosiła Laurę, by wybrała dla
niej zabawkę, na co dziewczynka wzięła fioletowego trolla i zaczęła
chichotać jak szalona. Następnie powiedziała, że Robin wcale tak nie
wygląda, i wybrała Barbie. A potem Barbie, Wonder Woman i dwoje rodziców
w miłej atmosferze zjedli lunch.
Robin zaproponowała, żeby pobawiły się w coś innego, więc Laura
postanowiła narysować Kathy. Ostatnio często to robiła, rysowała
przyjaciółkę z promiennym uśmiechem na twarzy i parą anielskich skrzydeł
na plecach. Bo, jak kilkakrotnie tłumaczyła Robin, Kathy umarła i teraz
jest w niebie. Ta myśl wyraźnie napawała dziewczynkę spokojem, więc
Robin cieszyła się, że znajduje w tym jakąś pociechę.
Laura rysowała przez kilka minut, gdy naraz rozległ się dzwonek.
- To pewnie twoja mama - powiedziała Robin.
- Ale ja jeszcze nie skończyłam - zaprotestowała Laura, kolorując
anielskie włosy Kathy.
- Masz jeszcze kilka minut. Porozmawiam z nią.
Robin otworzyła drzwi i do pokoju zabaw wpadł jakiś wielki stwór,
przeciskając się obok niej.
- Menny! - krzyknęła na swojego psa. - Wynocha!
Wielki buldog amerykański, machając ogonem, podszedł do Laury i ją
obwąchał. Dziewczynka odsunęła się, chichocząc.
- Łaskoczesz mnie!
- No już. - Robin złapała buldoga za obrożę i wyprowadziła z pokoju. Nie
obawiała się zostawiać go samego z Laurą, jej pies nikomu nie zrobiłby
krzywdy. Martwiła się raczej o znajdujące się tam zabawki. Menny
uwielbiał kraść zabawki i przeżuwać je doszczętnie. A zwłaszcza miał
przedziwną obsesję na punkcie plastikowego stetoskopu... Robin już trzy
razy musiała kupować nowy.
Zamknęła drzwi do pokoju zabaw i puściła Menny'ego. Potem otworzyła
drzwi frontowe. W progu stała Beth. Wyglądała zupełnie jak ta plastikowa
baletnica, którą Laura wybrała na jej postać - chuda, umięśniona, z zebranymi w kok czarnymi włosami.
- Witaj, Beth - odezwała się Robin. - Laura jest w pokoju zabaw. Chce
skończyć rysunek.
- Nie ma problemu. - Beth cofnęła się o krok, gdy Menny zaczął
obwąchiwać jej kostkę. - Jak poszło dzisiaj?
- Świetnie. - Robin się uśmiechnęła. - Wygląda na to, że jej się
poprawia.
- Bo tak jest. - Beth odetchnęła głęboko. - Od ośmiu dni nie miała już
koszmarów. Nowy rekord. Ale ostatnio częściej mówi o Kathy.
- To dobry objaw - zapewniła Robin. - Kiedy przyszła do mnie po raz
pierwszy, nawet nie chciała wymówić jej imienia, pamiętasz? Unikała go,
bo wzbudzało w niej lęk.
- Wierz mi, pamiętam doskonale. Ale nie przepadam za rozmawianiem z nią
na ten temat. Nie chcę, żeby rozpamiętywała śmierć Kathy. Na domiar
złego w zeszłym tygodniu znowu zrobili ćwiczenia z zachowania w przypadku strzelaniny. No i dzieciaki bez przerwy gadają o covidzie.
- No cóż, one także tym żyją - zauważyła Robin.
- A jednak... W ich wieku powinny się zajmować kreskówkami albo imprezami
urodzinowymi. A nie utrzymywaniem dystansu społecznego i strzelaninami w szkołach. A właśnie, słyszałaś o tym filmie, który krąży w całej szkole?
- Co to za film? - spytała Robin.
- Jakiś chłopak miał w telefonie film o zabójstwie tej biednej
dziewczyny. Tej, o której mówili w wiadomościach. Haley Jakiejśtam.
- A, tak. Haley Parks. - Jak większość ludzi, Robin uważnie śledziła
wiadomości na ten temat. Przed dwoma tygodniami turyści znaleźli w Clark
State Forest na południu Indiany zwłoki dwudziestoletniej Haley Parks.
Była to dosyć znana influencerka, na Instagramie miała ponad
czterdzieści tysięcy obserwujących, co wystarczyło, by jej zabójstwo
trafiło do wiadomości ogólnokrajowych. Pojawiło się dużo filmów
przedstawiających ją na krótko przed śmiercią. Zbrodnia była tym
bardziej niepokojąca, że Haley najpierw została zasztyletowana, a potem
powieszona. Robin zerknęła na jedno z tych koszmarnych zdjęć i chociaż
zostało wyretuszowane, to jednak nie mogła się pozbyć tego widoku.
- O właśnie, Parks - przytaknęła Beth. - W każdym razie na tym filmie
były wyjątkowo drastyczne opisy i kilka zdjęć z miejsca zbrodni, z widocznymi plamami krwi i tak dalej. Zanim nauczyciele skonfiskowali
film, obejrzało go mnóstwo dzieci.
- O masz! Czy Laura też go widziała?
- Nie, ale słyszała, jak dzieci o tym mówiły. Bardzo się wystraszyła.
- Podczas dzisiejszej sesji nic o tym nie wspominała - powiedziała
Robin.
- To dobrze. Ale gdyby... Witaj, słonko! - Twarz Beth się rozpromieniła,
gdy za plecami Robin pojawiła się Laura. - Już skończyłaś?
- Tak - odparła Laura, pokazując rysunek. - Popatrz, mamusiu,
narysowałam Kathy.
Gdy Beth podziwiała dzieło córki, Robin też rzuciła na nie okiem. Tak
jak na innych rysunkach, Kathy miała anielskie skrzydła, a na tym
dodatkowo jeszcze aureolę. I tym razem Laura narysowała przyjaciółce
buciki... małe różowe buciki.
Na myśl o tych bucikach i o tym, gdzie je znaleziono, Robin przeszedł
dreszcz.
Rozdział 3
Kawiarnia Jimmiego była niemal pełna, większość klientów siedziała na
zewnątrz, ciesząc się ładną pogodą. Robin, z Mennym na smyczy, podeszła
do kafejki. Powinna była przewidzieć, że nie należy przychodzić
punktualnie. Na spotkanie z Melody najlepiej było się spóźniać pół
godziny, bo wtedy na siostrę czekałaby zaledwie kwadrans. A teraz będzie
musiała siedzieć sama, zamówić kawę i...
No proszę! Kobietą, która przy ostatnim stoliku po lewej rozmawiała
przez telefon, był nie kto inny, tylko Melody!
- Czy widzisz to co ja? - spytała Robin.
Menny radośnie machał ogonem, z pyska ciekła mu ślina. Oblizał się
głośno.
Robin podeszła do stolika. Melody dostrzegła ją i nie przerywając
rozmowy, pomachała jej ręką. Była w luźnej czarnej sukience; jej oczy
zakrywały olbrzymie okulary przeciwsłoneczne. Ciemne włosy do ramion jak
zwykle miała nienagannie przycięte i uczesane. Gdy poruszyła ręką,
promienie słońca odbiły się od zdobiących jej palce pierścionków.
- Nie, nie w koszu na pranie. Jest w szafie w ich pokoju, trzecia półka.
Trzecia. Od góry... Fred, czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię? Nie
dbam o to. Każ mu się zamknąć i słuchaj. Trzecia półka. Nie, nie możesz
wyprawić ich w normalnych ubraniach. A dlatego, że Mała Liga ma swoje
mundurki. Tak, to twój problem, bo nie chcę, żeby trener wyrzucił ich
tylko dlatego, że nie chciało ci się poszukać. Trzecia półka od góry. I przypilnuj, żeby Sheila skończyła wypracowanie z lektury, zanim
przyjdzie jej przyjaciółka. Co to za hałas? Dlaczego się bawią
odkurzaczem? Tak, trzecia półka od góry.
Robin usiadła na krześle i podczas gdy jej siostra rozmawiała przez
telefon, obserwowała ulicę. Kafejka Jimmiego mieściła się naprzeciwko
Salonu Piękności Sunny, który w czasach jej dzieciństwa był Salonem
Piękności Ethel. Co dwa miesiące matka zabierała Melody i Robin do Ethel
i Jimmiego - na strzyżenie włosów, a potem kakao z tortem czekoladowym.
Ethel zmarła osiem lat temu i Robin bez przerwy wysłuchiwała utyskiwań
matki, że nowy salon "nie ma charakteru". Teraz zobaczyła, że w środku
strzygą się dwie kobiety - najwyraźniej żadnej z nich nie przeszkadzał
brak charakteru lokalu.
- Nie, Fred, Sheila nie może wyjść na miasto z koleżankami. Powiedz, że
to ja zabroniłam... Nie! Najpierw musi skończyć wypracowanie z lektury.
Miała termin do jutra. Co to znaczy, że już wyszła? No to koniec
rozmowy. - Melody z wyraźnym niesmakiem rzuciła telefon na stolik.
Odwróciła się do siostry. - Mężczyźni są do bani.
- Nie da się ukryć - przyznała Robin, siadając. - Fred dzisiaj jest w domu?
- Mhm. Teraz przez dwa dni w tygodniu mogą pracować z domu. Więc
przerabiamy coś nowego. "Święta zasada: albo wolne wtorki dla mamy, albo
rozwód".
- Chwytliwa nazwa. Menny, dość tego, siad! Więc jak wyglądają te wasze
święte wolne wtorki?
- We wtorki Fred zostaje w domu i zajmuje się dziećmi. - Melody
poczochrała gruby kark Menny'ego, a on z rozkoszy zamknął oczy. - A ja
mam całe popołudnie dla siebie.
- Miło. - Robin wyjęła komórkę z torebki i położyła ją na stoliku.
- Zaczęliśmy w zeszłym tygodniu. Zakładałam, że nawet uda mi się
zdrzemnąć, ale okazało się, że to niemożliwe. Dzieciaki co chwila
wpadały do mojej sypialni. Wobec tego postanowiłam, że zamiast drzemać,
spotkam się z tobą tutaj. Co nie przeszkadza im do mnie wydzwaniać.
- A więc to dlatego zjawiłaś się punktualnie?
- O co ci chodzi? Ja zawsze przychodzę o czasie. - Melody cofnęła rękę,
gdy Menny całkiem ją obślinił. - Fuj.
Siedząc naprzeciwko siebie, zamilkły i przez chwilę napawały się ciszą.
Robin chciałaby, żeby tak już zostało - miły poranek spędzony w towarzystwie siostry, bez żadnych spięć. Ale to było niemożliwe. Musiały
porozmawiać.
- Posłuchaj - odezwała się.
- O matko! - mruknęła Melody.
- No co? Jeszcze nawet nie powiedziałam, o czym chcę pogadać.
- Nie musiałaś. Kiedy przemawiasz tym tonem terapeutki, zawsze chodzi o Dianę.
- Wcale nie mówię jak terapeutka - żachnęła się Robin.
- Owszem, właśnie tak. Mówisz jak belferka w szkole, która mi tłumaczy,
że muszę się przyłożyć do nauki.
- Ja nie... To nie jest mój ton terapeutki. Z klientami nie rozmawiam w ten sposób.
- Aha, czyli to ton zarezerwowany dla mnie?
Robin skrzyżowała ramiona przed sobą.
- Właściwie to masz rację. Chciałam porozmawiać o mamie.
- Czego znów chce? - burknęła Melody.
- Musisz do niej zadzwonić.
- O czym ty mówisz? Rozmawiałam z Dianą kilka dni temu.
Melody z uporem zwracała się do matki po imieniu - był to przejaw buntu
datujący się z czasów, kiedy były nastolatkami. Doprowadzała tym matkę
do szału. Na domiar złego teraz już nawet czworo jej dzieci mówiło do
niej "Diano", a nie "babciu". O dziwo, w pokręconym świecie matki winna
tego stanu rzeczy była Robin, ponieważ nie miała własnych dzieci, dla
których Diana byłaby "babcią".
- Kilka dni temu nie wystarczy. Kiedy nie dzwonisz do mamy, wyżywa się
na mnie. Wiesz o tym.
- Ty też nie dzwonisz do Diany codziennie.
- Nie, ale ją odwiedzam.
- No cóż, to ona nie życzy sobie moich odwiedzin.
Robin wzięła z stołu serwetkę i podarła ją na strzępy.
- Nie próbuj mnie brać pod włos! Nie pozwala ci się odwiedzać, bo sądzi,
że nie zaszczepiłaś swoich dzieci!
- I co z tego?
- Melody! Zaszczepiłaś je wiele miesięcy temu!
- Tak, ale ona nie musi o tym wiedzieć. - Siostra ze złośliwym
uśmieszkiem rozparła się na krześle.
Robin wzniosła oczy do nieba.
- Długo zamierzasz trzymać to przed nią w tajemnicy?
- Jeszcze przez jakiś czas - odparła Melody obronnym tonem. - Słuchaj,
na razie nie zniosę wizyt u matki. Dobrze jest, jak jest. Co kilka dni
rozmawiamy przez telefon. Naprawdę jest lepiej, jeśli nie muszę się z nią spotykać twarzą w twarz.
- Lepiej dla ciebie - podkreśliła Robin. Zmięła w kulkę strzępy serwetki
i położyła ją na stole. - Zadzwoń do niej. Dzisiaj.
- Zgoda.
Niedawny spokój się ulotnił i Robin wiedziała, że już nie wróci. Bo albo
był spokój, albo temat matki - nigdy razem.
Do stolika podszedł Jimmie, właściciel lokalu.
- Patrzcie, patrzcie. Siostrzyczki Hart siedzą razem w mojej kafejce.
Robin podniosła wzrok i uśmiechnęła się do niego. Odkąd sięgała
pamięcią, kawiarnia należała do Jimmiego. Gdy była dzieckiem, to tutaj
rodzice urządzali jej urodziny. Po szkole wpadała tu z koleżankami.
Miała fazę na tort czekoladowy z gorącą polewą karmelową Jimmiego,
podstawowy tutejszy deser, którego każdy mieszkaniec Bethelville
kosztował przynajmniej raz w życiu. Obecnie zaś czarna jak smoła kawa
Jimmiego pomagała jej przetrwać dzień.
Z upływem czasu gęste wąsy, krzaczaste brwi i bujne niesforne włosy
Jimmiego posiwiały. W połączeniu z okularami sprawiało to, że
niesamowicie przypominał Geppetta, ojca Pinokia, z filmu Disneya.
- Czy dobrze słyszałem, że mówiłyście o Dianie? - zapytał Jimmie. -
Powinnyście ją zaprosić. Wszystkie trzy panie Hart pod moim dachem!
Czegoś takiego nie widziałem od lat.
Pomimo tej przerażającej sugestii Robin zachowała kamienny wyraz twarzy.
- Tak, kiedyś musimy zajrzeć tu razem.
- Bez dwóch zdań - przytaknęła Melody apatycznie.
- A wiecie, że obie macie taki sam głos, jak matka? - rzucił Jimmie.
- Naprawdę? - mruknęła Robin. Jimmie powtarzał jej to pierdylion razy.
- Diana miała głos jak słowik. - Jimmie uśmiechnął się rozmarzony. -
Brak mi go.
- Jak i nam wszystkim - zawtórowała Melody.
- Jimmie, chciałam przyjąć od nich zamówienie. - Do stolika podeszła
Ellie, jego siostrzenica. Świeżo po studiach, pracowała w kawiarni wujka
na pół etatu. Pogodna z natury, prawie zawsze się uśmiechała. Pod
czarnym fartuszkiem miała bluzkę w poziome pasy. Gdy Robin była w jej
wieku, żadnej tak pulchnej jak Ellie dziewczynie nie przyszłoby do głowy
nosić rzeczy w poziome paski, które, jak wówczas powszechnie sądzono,
każdego pogrubiały. Ale ona najwyraźniej o to nie dbała.
- Rychło w czas - burknął Jimmie. - Robin siedzi tu już i siedzi, a Melody ma pustą filiżankę.
- Akurat tu szłam, kiedyś się napatoczył.
- A mnie się zdawało, żeś grzebała w telefonie. Wy, milenialsi, macie
takiego hysia na punkcie telefonów, że już nie wiecie, co znaczy
porządna obsługa.
Ellie wzniosła oczy do nieba.
- Tysiąc razy ci mówiłam, że nie zaliczam się do milenialsów. Milenialsi
są... starzy. - Zerknęła na Robin i Melody. - Bez urazy, nie mówiłam o was.
- Spoko - rzuciła Robin z szerokim uśmiechem.
- A teraz obrażasz jeszcze nasze klientki - burknął Jimmie.
Ellie puściła to mimo uszu.
- Robin, co dla ciebie?
- Tylko kawę, dzięki.
- Dobra. Melody, jeszcze jedno cappuccino?
- Tak, chętnie.
- Czy cappuccino ma być ze zwykłym mlekiem? - wtrącił się Jimmie.
- Na litość boską! - obruszyła się Ellie.
- Hm... a macie jakieś inne? - spytała Melody.
- Gdyby moja siostrzenica postawiła na swoim, mielibyśmy wszystkie
gatunki mleka - odparł Jimmie. - Mielibyśmy mleko migdałowe. Mielibyśmy
sojowe. Mielibyśmy mleko kokosowe...
- Mleka kokosowego używa się do sosów - sprostowała Ellie.
- Ona chce, żebym swoim klientom podawał te namiastki mleka. Dacie
wiarę? Jak można wydoić migdała? No chyba że ma wyjątkowo małe wymiona.
Robin mimo woli wybuchnęła śmiechem.
- Jimmie, wszystkie lokale w całym kraju serwują zamienniki mleka -
uświadomiła go Ellie. - Wydaje ci się, że jesteś zabawny, ale niektórzy
ludzie nie tolerują laktozy, są też weganie...
- Może serwowali ci to na tych twoich studiach, kiedy traciłaś czas na
pisanie scenariuszy i kręcenie artystowskich filmów. Ale tutaj, w realnym świecie, mogą się napić prawdziwego mleka. A jeśli im nie
pasuje, mogą zamówić czarną, tak jak Robin! Mleko jest zdrowe. Zawiera
wapń.
- Akurat. Naukowo dowiedziono, że jest niezdrowe. A zamienniki mleka też
zawierają wapń.
- To przez twoje pokolenie przemysł mleczarski idzie na dno.
Ellie potarła grzbiet nosa.
- Niech ci będzie. A więc jedno cappuccino z prawdziwym krowim mlekiem,
w ramach popierania przemysłu mleczarskiego. I jedna czarna, zgadza się?
- Tak, dzięki - potwierdziła rozbawiona Melody.
- A pan co sobie życzy? - zapytał Jimmie, patrząc na Menny'ego.
Pies spoglądał na niego, dysząc radośnie.
- Miskę wody? - zwróciła się Ellie do psa. - Już się robi.
- I daj mu jakieś smakołyki - rzucił Jimmie na odchodne. - Są na
zapleczu w...
- W górnej szafce, wiem - wpadła mu w słowo Ellie. Przykucnęła obok
Menny'ego i poczochrała go po głowie. Zerknęła na Robin. - Od wczoraj
ten dowcip o dojeniu migdałów słyszałam siedemnaście razy, masz pojęcie?
- To niebezpieczna sprawa, proponować Jimmiemu, żeby coś zmienił w karcie - zauważyła Melody.
- Raz. Tylko raz powiedziałam mu, że moglibyśmy mieć mleko sojowe. A teraz wysłuchuję tych kazań od rana do wieczora.
Uśmiech na twarzy Melody zgasł, bo zobaczyła coś za plecami Robin. Ta
obejrzała się przez ramię i natychmiast zorientowała się, o co chodzi.
Do kawiarni wchodziła Claire Stone.
Claire zawsze była szczupła, ale w ciągu piętnastu miesięcy, które
minęły od zaginięcia jej córki, stała się chuda jak szczapa. Zapadnięte
oczy na tle bladej twarzy miały udręczony wyraz.
- Cześć, Claire - powiedziały jednym głosem Melody i Ellie.
- Cześć - odpowiedziała, kiwnęła im głową i na jej twarzy pojawił się
uśmiech. Zachowywała się jak ktoś, kto wprawdzie pamięta, jak ludzie się
odnoszą do siebie, ale nie jest w stanie wykonać tego jak należy. Z trudem uniosła rękę.
- Hej - rzuciła Robin, włączając się do niezręcznej rozmowy, której nie
było. Przełknęła nasuwające się słowa: "Jak się masz?". Byłyby nie na
miejscu. Jak się miała Claire? To przecież jasne. Miała się marnie.
Trzy kobiety nie bardzo wiedziały, jak się zachować; każdą z nich
łączyły z Claire inne relacje. Prawdopodobnie najbliższe miała Melody,
której córka Amy była najbliższą przyjaciółką Kathy, córki Claire. Gdy
dziewczynka zniknęła, Melody często rozmawiała z Claire, próbując w miarę możności jej pomóc. Ellie i Robin nie były aż tak związane z Claire. Robin chodziła z nią do szkoły, a jej były mąż Evan przyjaźnił
się z mężem Claire.
W mieścinie liczącej pięć tysięcy mieszkańców większość ludzi się znała.
Ale Claire od zeszłego roku znali wszyscy. I znali ją z powodu tego, co
się stało. Zniknięcie Kathy zdominowało rozmowy miejscowych - zarówno te
publiczne, jak i prywatne, szeptane w każdym domu za zamkniętymi
drzwiami. Wszyscy przedstawiali własne ponure teorie. Radzili, co by
zrobili "na jej miejscu", i zarzekali się, że "mnie to by się nie mogło
zdarzyć". Plotki przybrały na sile, kiedy okazało się, że policja
podejrzewa członków rodziny i znajomych - bo nie było śladów walki.
Wyglądało na to, że Kathy odjechała z porywaczem całkiem dobrowolnie.
Z początku zniknięcie dziewczynki wywołało zbiorową traumę i zbliżyło
mieszkańców miasteczka. Wszyscy brali udział w poszukiwaniach,
publikowali posty w mediach społecznościowych i na ile mogli, starali
się pomagać Claire i Pete'owi. Ale gdy ulotniła się nadzieja na
odszukanie Kathy, a nawet ponura perspektywa odnalezienia jej szczątków,
Claire stała się żywym przypomnieniem mrocznej przeszłości Bethelville.
W przeciwieństwie do męża, który jako tako wrócił do życia, zatrzymała
się na tym koszmarnym dniu i stale go przeżywała na nowo. A ci, którzy
ją spotykali, również wracali pamięcią do tamtych dni. Każdy z nich
pamiętał, co robił, kiedy dowiedział się o zniknięciu Kathy.
Claire posłała trzem kobietom cień uśmiechu i minęła je, wchodząc w głąb
kafejki.
- Prawie tu już nie przychodzi - powiedziała Ellie cicho.
- Pewnie ma dość tego, jak się na nią gapią - odparła Robin.
- A wiecie, że w weekend Pete wyjechał? - mruknęła Melody. - Przeniósł
się do Indianapolis.
- Słyszałam - odparła Robin, śledząc wzrokiem postać dawnej koleżanki z klasy, która nachylona nad ladą i rozmawiała z Jimmiem.
- Powiedział Fredowi, że dłużej tego nie zniesie - ciągnęła Melody. - Że
musi zacząć od nowa. Gdzieś, gdzie wszystko nie będzie mu przypominało o córce.
Pete grywał w bilard z Fredem, mężem Melody, i Evanem, były mężem Robin.
To małe miasteczko. Najwyraźniej wszyscy mężowie trzymali się razem.
- Nie wyobrażam sobie, jakie to uczucie - powiedziała Ellie.
Melody westchnęła.
- Fred mówił, że Pete nie jest nawet w stanie przejechać koło Lasu
Trzydzieści Jeden.
Las Trzydzieści Jeden - tak potocznie nazywano lasek obok US Route 31
przy wyjeździe z Bethelville od zachodu. Robin była pewna, że las miał
jakąś oficjalną nazwę, ale skoro nikt jej nie używał, popadła w zapomnienie. Zresztą mieszkańcy Bethelville powszechnie ignorowali ten
las, bo w miasteczku mieli dużo ładniejsze parki. Niemniej krótko po
zaginięciu Kathy Las Trzydzieści Jeden okrył się złą sławą. Tam bowiem
policja znalazła jej buty.
Półtora kilometra na południe od Bethelville znajdowała się mała polna
droga prowadząca do Lasu Trzydzieści Jeden. Prawie całkiem ukryta wśród
listowia, była niemal niewidoczna, chyba że ktoś specjalnie jej szukał.
Wiodła do z dawien dawna opuszczonej rudery. Miejscowe nastolatki
zaglądały tam czasem, by opróżnić ukradzioną rodzicom flaszkę albo palić
trawkę przy ognisku i po raz pierwszy posmakować wolności. W zdewastowanym domu znajdowano też strzykawki albo kule z pistoletu,
świadczące o tym, że spotykano się tam również w mniej niewinnych
celach.
Cztery dni po zniknięciu Kathy policja znalazła w ruderze jej zabłocone
buty. Pojawiły się plotki, co jeszcze tam znaleziono - czasopismo z pornografią dziecięcą, zakrwawiony nóż, długi gruby sznur. Robin
słyszała wiele hipotez i wersji tego, co wydarzyło się w tym zrujnowanym
domu. Ale pewne było tylko jedno, że znaleziono tam buty. I to była
ostatnia wskazówka na temat miejsca, gdzie podziewała się Kathy. Obecnie
najbardziej powszechna teoria na temat losów dziewczynki głosiła, że
pochowano ją gdzieś na terenie Lasu Trzydzieści Jeden, chociaż policja
przeszukała ten teren, używając psów, i nie natrafiła na żaden ślad.
- Claire chyba też powinna zacząć od nowa - powiedziała Ellie. -
Ciekawe, czy rozważała ewentualność wyjazdu z Pete'em.
Bez słowa popatrzyły na siebie. Chmura przesłoniła popołudniowe słońce,
pogodny dzień zrobił się szary, jak gdyby Claire zaraziła go swoim
nieszczęściem.
- Ona nigdy nie wyjedzie - oświadczyła Melody głucho. - Wciąż czeka na
powrót Kathy.
Rozdział 4
Najmniejsza czynność wymagała od Claire niesamowitego wysiłku.
Czasami zachodziła w głowę, jak to możliwe, że ludzie nie zdają sobie
sprawy z ogromu zadań, jakie stawia przed nimi życie. Na przykład
siedziała w salonie z Pete'em, a on oświadczał, że idzie do łazienki.
Miała mu wtedy ochotę wyjaśnić, że on nie tylko tam idzie. Że najpierw
musi wstać, potem przejść całą drogę do łazienki, czyli wspiąć się po
szesnastu schodkach, skoro byli w salonie, później otworzyć drzwi,
zamknąć je za sobą i zablokować, a następnie... Darujmy sobie szczegóły,
ale w zależności od tego, co miał tam do zrobienia, musiał wykonać
szereg czynności, w końcu zaś spuścić wodę, prawdopodobnie umyć ręce,
przekręcić klucz w zamku i otworzyć drzwi, a wreszcie wrócić tam, skąd
przyszedł - czyli w przypadku salonu zejść po szesnastu stopniach - i usiąść. A on po prostu mówił, że "idzie do łazienki".
Rzecz jasna, tak było, kiedy jeszcze Pete tam mieszkał. Z nią. Zanim
odszedł.
Teraz już Claire rzadko chodziła do łazienki. Zwykle wystarczało jej
pójść raz dziennie. I zrezygnowała z kilku rzeczy, które ludzie robili,
jeśli już tam szli, bo zwyczajnie nie miała siły.
Przypomniała sobie, że swego czasu było to łatwiejsze.
Nie tylko chodzenie do łazienki, ale dosłownie wszystko. Zdumiewał ją
nawał rzeczy, jakie robiła w ciągu dnia. Nawet po zniknięciu Kathy
całymi dniami drukowała ulotki, dzwoniła na policję, kontaktowała się z prywatnymi detektywami i tym dalekim krewnym, który miał znajomego w FBI. Z biegiem czasu stwierdziła, że ludzi do obdzwonienia jest coraz
więcej: dziennikarze, jasnowidze, specjaliści i... i...
O czym to myślała? Straciła wątek. To kolejna z rzeczy, które utraciła.
Skupienie. Wybierając się gdzieś, zatrzymywała się nagle, bo zapominała,
dokąd idzie. Tak jak teraz - stała w progu sypialni, nie mając pojęcia,
po co właściwie tu przyszła.
Patrzyła na stolik nocny Pete'a - pusty, jeśli nie liczyć ładowarki do
telefonu, którą zostawił. Zawsze miał ich pod ręką mnóstwo, czasami
kilka z koszmarnie splątanymi przewodami. Nie miała pojęcia, po co mu
ich tyle, ani skąd je wziął. Kupił je? Po co miałby kupować więcej niż
jedną? Już sama ta myśl ją wyczerpała.
Po zniknięciu Kathy Claire targały rozmaite emocje. Poczucie winy,
smutek, gniew, nadzieja (a po niej zawsze głębokie rozczarowanie),
wreszcie determinacja...
Jak długo można znosić coś takiego?
W jej przypadku trwało to już siedem miesięcy.
Gdyby miała wsparcie, być może wytrzymałaby dłużej. Stopniowo jednak
dostrzegała, iż coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że Kathy nie
żyje. Najpierw mieszkańcy miasteczka. Potem policjanci. Rodzina. W końcu
- najgorsza zdrada! - Pete. Coraz częściej słyszała zwrot "życie toczy
się dalej". Czy miała stracić wiarę w to, że córka żyje, i pogodzić się
z myślą, że jest martwa? Choć właściwie czemu nie? Wszyscy inni już tak
zrobili.
Nie, to by była zdrada. Właśnie tego Pete nie rozumiał. To by był brak
lojalności. Bo jeśli ich córka żyła, potrzebowała kogoś, kto by w to
wierzył. Kto by jej szukał. Inaczej równie dobrze mogła być martwa.
Dopóki więc Claire sądziła, że istnieje choćby nikła szansa, iż Kathy
żyje, nie mogła tracić wiary.
Tyle że przy okazji mogła jej się wyczerpać energia - i właśnie tak się
stało.
W kuchni zadzwonił telefon stacjonarny. Taki szmat drogi do kuchni!
Pomieszczenia najdalszego od jej sypialni!
Ostatnio dzwonek telefonu wywoływał u niej reakcję fizyczną. Uczucie
ściskania i odrazę. Bo kiedy w przeszłości dzwonił telefon, zawsze...
Poza tym to czuła, tę nikłą nadzieję, że być może tym razem dzwoni ktoś
z wieściami o Kathy. I chociaż starała się odganiać te nadzieje, umysł
wciąż je podstępnie przywoływał. Więc chodziła do telefonu, ale za
szybko. I odbierała, ale zbyt zdyszana. Halo?
I okazywało się, że dzwonią z banku. Albo matka Pete'a. Albo pomyłka. A wtedy rozczarowanie było druzgocące.
Teraz więc jej umysł wiązał dzwonek telefonu z rozpaczą oraz bólem. A sam aparat telefoniczny i jego ostry sygnał wywoływały w niej nienawiść.
Jak gdyby telefon był drapieżnikiem, umysł zaś ostrzegał ją przed
nadciągającym niebezpieczeństwem.
Słuchała, jak dzwoni, ze świadomością, że zanim ona doczłapie do kuchni,
i tak się wyłączy. Jednocześnie patrzyła na garderobę, gdzie ledwie
przed tygodniem Pete spakował walizkę.
Proponował, żeby z nim wyjechała. A ona po raz setny tłumaczyła mu, że
nie może, bo jeśli znajdą Kathy, to musi czekać na nią tutaj, w domu.
Kathy będzie liczyła, że znajdzie się z powrotem w swoim pokoju. Claire
nie chciała, by córka wracała do nieznanego domu.
Podczas ostatniej kłótni Pete tłumaczył, że Kathy już nie ma, a Claire
darła się na niego, że jak śmie tracić nadzieję.
- Nadzieję? - prychnął. - Naprawdę to jeszcze czujesz? Nadzieję? Powiem
ci, że jakoś tego nie widać.
Miał rację. Nadzieja to było złe słowo. Ale jak opisać poczucie życia w świecie, który wyprano z wszelkich kolorów? Albo świadomość, że od wielu
godzin nie miało się jednej zbornej myśli? Była pewna, że terapeuci
nazwaliby to depresją, ale nie o to chodziło. Ona nie miała depresji.
Po prostu musiała odzyskać córkę.
Telefon przestał dzwonić.
Odetchnęła głęboko, nagła cisza przyniosła jej ulgę. Pomyślała, że może
by się położyć spać. W końcu był już późny wieczór.
Telefon znowu zadzwonił.
Zacisnęła zęby i się odwróciła. Powlokła się do kuchni i sięgnęła po
telefon. To na pewno z banku. Albo któraś z nielicznych przyjaciółek,
jakie jej jeszcze zostały, chciała zapytać, jak się czuje po odejściu
Pete'a.
Podniosła słuchawkę.
- Halo?
- Witam, czy to Claire Stone?
Mężczyzna. Oficjalny ton. A zatem z banku, tak jak myślała.
- Tak. - Oparła się o ścianę.
- Czy... czy jest pani matką Kathy Stone?
Zamrugała. Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Tak - wykrztusiła w końcu.
- Nazywam się Perez, dzwonię z policji miejskiej Jasper. Pani Stone,
znaleźliśmy pani córkę.
Rozdział 5
Wejście do domu matki Robin zawsze odbierała niczym wkroczenie do
najbardziej koszmarnego wehikułu czasu, jaki sobie można wyobrazić. Nie
do takiego przyjaznego, w którym można by się przenieść w lata
osiemdziesiąte i pójść na koncert Queen, obstawić kilka meczów
piłkarskich i kupić pakiet akcji Microsoftu, a następnie zostać
milionerem. Nie, ten wehikuł czasu cofał tylko jej psychikę i zamieniał
ją w zalęknioną czternastolatkę, która nie mówiła, ale mamrotała pod
nosem.
Za życia taty było znacznie lepiej. Zawsze pytał, jak jej idzie w pracy
oraz w życiu prywatnym, i traktował ją jak dorosłą kobietę, którą
tymczasem się stała. No a poza tym był tatą. W rodzinie Hartów to
ojcowie zawsze byli tymi dobrymi.
- Cześć, mamo, to ja - powiedziała, zamykając za sobą drzwi.
- Jestem w salonie! - zawołała matka.
Robin ruszyła jasno oświetlonym korytarzem, mijając dwa wazony z kwiatami. Matka zawsze miała świeżo cięte kwiaty w całym domu. Było ich
tyle, że Robin zastanawiała się, skąd bierze na to pieniądze; raz
napomknęła nawet nieśmiało, że chyba sama za nie nie płaci. Na co matka
odparowała, czy Robin aż tak się martwi o przyszły spadek.
Matka siedziała w salonie na kanapie i przeglądała album ze zdjęciami.
Robin natychmiast go rozpoznała - były to zdjęcia z jej ślubu.
Irracjonalnie podejrzewała, że matka zrobiła to specjalnie. Że jedynie
udaje, iż przegląda te zdjęcia, by sprawić jej przykrość i mieć pretekst
do kłótni. Że w ten sposób karze córkę za przestępstwo polegające na
tym, że nie odwiedziła jej przez całe cztery dni.
Rzecz jasna to było chore. Robin nie uprzedziła telefonicznie o wizycie,
więc kiedy matka usłyszała parkujący przy krawężniku samochód, musiałaby
popędzić do salonu, przetrząsnąć albumy w szafce i znaleźć ten ze
zdjęciami ślubnymi córki, usiąść i wreszcie otworzyć go w środku, jak
gdyby przeglądała go od jakiegoś czasu. Nikt by nie zdążył tego dokonać.
Robin poczuła wyrzuty sumienia, że coś tak szalonego w ogóle przyszło
jej do głowy. Matka oglądała zdjęcia, bo za tym przepadała. I tylko
przypadkiem był to akurat album ze ślubu Robin.
- No proszę, mamo, naprawdę świetnie dziś wyglądasz - powiedziała;
wyrzuty sumienia sprawiły, że chciała być wyjątkowo miła.
- Byliście razem tacy szczęśliwi - odparła matka ze smutkiem. - On jest
taki przystojny. Miałaś wielkie szczęście.
A więc strzały padły. Każde zdanie mistrzowsko wycyzelowane. Z czasu
przeszłego matka przeszła na teraźniejszy i wróciła do przeszłego. Byli
tacy szczęśliwi. Bo już nie są. On nadal jest przystojny, gdyby więc
Robin poszła po rozum do głowy, wciąż mogłaby go odzyskać. A Robin miała
wielkie szczęście, ale postanowiła je zaprzepaścić.
A może to przypadkowa uwaga? Z jej matką nigdy nic nie wiadomo.
- To był ładny ślub - powiedziała Robin spokojnie. I żeby uniknąć
kłótni, dorzuciła: - Niesamowicie wyglądałaś w tej niebieskiej sukni.
Nadal ją masz?
Cień uśmiechu w odpowiedzi. Być może komplement wystarczył. Kryzys
zażegnany?
- Chyba ją komuś oddałam - odparła matka sucho. - Zbyt wiele wspomnień.
- Oj, szkoda. Przyniosłam ci pocztę...
- Właśnie rozmawiałam z Glendą, matką Evana - ciągnęła matka,
przerzucając kartkę albumu. - Powiedziała, że on nadal nikogo nie ma.
Ale chodzi na randki, to oczywiste.
- I dobrze.
- Jej zdaniem on wciąż na ciebie czeka. Wiesz, gdybyś postarała się
poprawić, może zgodziłby się spróbować od nowa.
- Mamo, ja nie wrócę do Evana.
- Moglibyście pójść na terapię. Evan jest tak miły, że byłby gotów
zrobić to dla ciebie.
- Nie ma mowy!
Usta matki zadrżały.
- Nie rozumiem, czemu tak krzyczysz. Ja tylko chcę twojego szczęścia.
Zawsze tylko na tym mi zależało. Nie pokazywałaś się przez cały tydzień,
a teraz przychodzisz i od razu na mnie krzyczysz. - Jej oczy napełniły
się łzami.
- Ja... ja wcale nie krzyczałam... wybacz. - Robin usiadła obok matki i ją
objęła. - Nie chciałam cię zdenerwować. I od mojej wizyty wcale nie
minął tydzień. Byłam tu w sobotę.
- Ale tak krótko, że miałam wrażenie, że minął tydzień.
Robin zacisnęła zęby. Próbowała fizycznie powstrzymać słowa, które
cisnęły jej się na usta, ale bezskutecznie.
- Wynagrodzę ci to. Dzisiaj mam wolne całe przedpołudnie.
- Ale ten Evan jest taki śliczny. Mógłby mieć każdą dziewczynę, którą
zechce, Robin. Absolutnie każdą. I jak świetnie mu się powodzi.
Gdybyście się znów zeszli, nigdy więcej nie musiałabyś się martwić
brakiem klientów.
- Ja też radzę sobie całkiem dobrze - odparła. Próbowała nie zwracać
uwagi na ironię sytuacji. Gdy Evan zaczynał jako fotograf i to ona miała
stały dochód, matka piała z zachwytu, że Evan nie idzie na kompromisy i próbuje wiązać koniec z końcem, robiąc to, co kocha. Teraz zaś, gdy
wreszcie odniósł sukces, w przekonaniu matki oznaczało to, że żyjąc z nim, Robin nie musiałaby pracować. Nigdy nie przyszło jej na myśl, że
córka lubi swoją pracę.
- Naprawdę sobie radzisz? Bo Melody powiedziała mi... nieważne. To nie ma
znaczenia.
Robin nie dała się złapać, nie chwyciła przynęty, choć nie było to
łatwe. Z doświadczenia wiedziała, że wszelkie słowa Melody są tak
pokrętne, że tracą pierwotny sens i znaczenie. Kiedy były nastolatkami,
matka prowokowała je do kłótni, które potrafiły trwać całymi dniami.
Teraz były wprawdzie dorosłe, ale nadal udawało jej się je poróżnić,
chociaż już nie tak często jak kiedyś.
Matka przerzuciła kolejną kartkę albumu i uśmiechnęła się. Wskazała
palcem duże zdjęcie przedstawiające ją oraz ojca Robin.
- Spójrz na niego. Wydawał się taki zdrowy.
- Tak. - Robin patrzyła na uśmiech ojca. Owszem, wyglądał bardzo zdrowo.
I wydawał się szczęśliwy. Tańczyła z nim, a on stale z nią żartował.
- Aż tu nagle atak serca i umarł, tak po prostu. - Matka wydała drżące
westchnienie. - I to w trakcie pandemii.
Nie wiedzieć czemu ten fakt wciąż ją dręczył. W czasach, gdy na całym
świecie ludzie umierali na covid, jej mąż miał czelność umrzeć na atak
serca! I zostawić żonę na pastwę przyziemnego losu wdowy.
- Przynajmniej umarł szybko - zauważyła Robin. Niesamowite, ile razy
wypowiadała to zdanie i jak często słyszała je od lekarzy, przyjaciół i rodziny. Zupełnie jak gdyby mogli się poczuć lepiej dzięki temu, że
akurat tego dnia śmierć okazała się tak skuteczna.
- To prawda. - Matka nie spuszczała wzroku z fotografii. - Ja również
byłam niczego sobie.
- Teraz też jesteś bardzo ładna - zapewniła ją Robin odruchowo.
- Daruj sobie. Nie musisz kłamać, żeby mi oszczędzić przykrości.
- Ależ skąd, mówię prawdę. Wyglądasz cudownie. Nie wiem, jak ty to
robisz.
- W tych starych ciuchach? Wątpię.
- Nigdy cię nie widziałam w tej spódnicy. Jest bardzo modna. Całkiem jak
ta, którą widziałam niedawno w magazynie modowym.
To było szalone. Kompletnie chore. Obsypywanie matki fałszywymi
komplementami stanowiło nieodłączną część ich rozmów. A to dlatego, że
matka pragnęła ich słuchać bez końca. A kiedy dyskredytowała swój
wygląd, jedynym sposobem było zaprzeczanie i komplementowanie jej od
nowa.
Każde inne wyjście - zmiana tematu albo tłumaczenie jej, że nie zawsze
musi wyglądać doskonale, a nawet stwierdzenie w rodzaju "jak na swój
wiek trzymasz się świetnie" - skutkowało atakiem histerycznego płaczu,
który trwał godzinami. Kiedyś, gdy Robin miała osiem lat, matka zapytała
tatę, czy nie uważa, że w tych butach jej kostki wydają się grube. On
zaś, naiwnie, głupio odparł, że tak nie sądzi, ale skoro jej to
przeszkadza, niech włoży inną parę. W rezultacie spaliła te buty, a przy
okazji ogniem zajęły się zasłony. Potem wydzierała się na ojca przez
cały wieczór, a Robin i Melody ukrywały się pod kocem w pokoju młodszej
z sióstr. Po tej historii matka przez trzy dni nie wychodziła z sypialni
i odmawiała jedzenia. Robin wciąż pamiętała, jak ojciec błagał ją zza
drzwi. Kajał się i przepraszał.
Prawda zaś była taka, że matka rzeczywiście wyglądała świetnie. Bujne
popielatoblond włosy opadały jej falami na ramiona. Makijaż odejmował
jej dwadzieścia lat. Zawsze ubierała się z klasą. Zawsze jednak
potrzebowała jeszcze jednego stroju, by przykryć swoje kreacje - stroju
skrojonego z podziwu i uwielbienia.
Zadowolona matka przerzuciła kolejną kartkę i spojrzała na zdjęcie
uśmiechniętej Robin w sukni ślubnej.
- Tego dnia też wyglądałaś bardzo ładnie - oświadczyła rozmarzonym
głosem.
- Tak.
- Pamiętam, jak wujek Donald się upił i próbował obtańcowywać wszystkie
twoje młode koleżanki. Też to pamiętasz? - Matka zachichotała jak
dzierlatka. - Stary zbereźnik.
Robin się roześmiała i przysunąwszy się bliżej matki, spoglądała na
zdjęcia.
- Pamiętam. Ciotka Hilda wyglądała, jakby chciała mu wylać dzbanek wody
na głowę.
- Tak. - Matka zaniosła się śmiechem. - Ta to miała temperament. Dziwna
z nich była para. Z całej tej rodziny bezsprzecznie najlepszy był twój
ojciec.
- Tak.
Matka dotknęła zdjęcia Robin.
- Spójrz na ten uśmiech. Przypomnij sobie, jak pilnowałam, żebyś
wieczorami szorowała zęby przez pięć minut? I zawsze pamiętałam o twoich
wizytach u dentysty, żebyś na pewno się zjawiła. Tylko dzięki mnie
miałaś wtedy takie białe zęby.
Robin wstała.
- Zaparzę herbatę. Tobie też zrobić?
- Co? Nie, dziękuję.
Robin się odwróciła.
- Herbata naprawdę zabarwia zęby - dorzuciła matka.
Robin opuściła pokój i przeszła do kuchni; tam oparła się o ścianę i oddychała głęboko. Wmawiała sobie, że matka jest samotna. Że od śmierci
taty nie jest jej łatwo. I że z powodu pandemii zrezygnowała z pokazywania się w miejscach publicznych, tym samym pozbawiając się
swoich ulubionych rozrywek - spotkań z przyjaciółkami przy kawie oraz
zakupów.
Nieśpiesznie zaparzyła herbatę, odbudowując swoją psychiczną zbroję.
Bywało, że ciosy matki nie potrafiły sforsować jej obrony. Ostatnio
jednak, z powodu bezsenności, była wyczerpana, a przez to bardziej
bezbronna.
Wracając do salonu, przystanęła przy sypialni matki i zerknęła do
środka. Stała tam jej obsesja z lat dziecięcych, jak zawsze zapierająca
dech i kusząca.
Był to staroświecki domek dla lalek, zbudowany na wzór posiadłości z epoki wiktoriańskiej. Stał na wielkim stole, otwarty, tak że widać było
wszystkie trzy kondygnacje - trzy sypialnie, kuchnię, salon oraz
łazienkę. Każdy maleńki pokoik wyposażony był w misterne, mistrzowsko
wykonane mebelki. Wszystkie te malutkie szafy i komody otwierały się, a nawet zawierały maleńkie ubrania i pościel. A na małym pianinie w miniaturowym salonie można byłoby zagrać.
Dotykanie tego domku zawsze było zabronione. Matka na okrągło
tłumaczyła, że to nie zabawka, tylko dzieło sztuki. W dodatku bardzo
drogie. Więc gdyby Robin i Melody się nim bawiły, na pewno by je
popsuły. Dlatego chociaż prosiły, błagały i obiecywały, że będą
wyjątkowo delikatne, nigdy nie dostały zgody.
Mimo to Robin potajemnie bawiła się tym domkiem, choć bała się, że
zostanie przyłapana. Kiedyś podczas zabawy usłyszała kroki i ze strachu,
że matka ją nakryje, przypadkowo połamała malutkie krzesło w maleńkiej
kuchni. A wtedy...
Jej pamięć broniła się przed tym wspomnieniem.
Wróciła do salonu. Bogu dzięki, matka odłożyła album ze zdjęciami.
- A wiesz, kiedy rozmawiałam z matką Evana...
- Mamo, nie życzę sobie więcej słuchać o Evanie, czy to jasne? Proszę.
- W ogóle nie zamierzałam o nim mówić - odparła matka, wyraźnie urażona.
- Nie wszystko, co mam do powiedzenia, dotyczy ciebie i twojego
nieudanego małżeństwa, Robin.
- Już dobrze, przepraszam. - Robin usiadła obok matki. - Wobec tego co
chciałaś powiedzieć?
- Nieważne.
- Nie, mamo, naprawdę, co...
- Nie chcę, żebyś znów się nabzdyczyła i na mnie krzyczała. Liczyłam na
to, że spędzimy razem przyjemny poranek. - Matka zamknęła oczy i ze
znużeniem oparła się na kanapie. - Kiedy byłaś dzieckiem, tak wspaniale
się ze sobą dogadywałyśmy. I co się stało?
Robin doskonale wiedziała, co się stało. Zadręczała się tym pytaniem od
lat, po każdej koszmarnej wizycie u matki, w trakcie niezliczonych
bezsennych nocy i podczas licznych sesji terapeutycznych. Teraz już
potrafiłaby sporządzić dokładny wykres tego, co poszło nie tak. A raczej
tego, co między nimi nigdy się nie układało.
- Nie wiem - powiedziała.
Zazwyczaj w rewanżu na taką odpowiedź matka tłumaczyła, dlaczego to jest
wyłączna wina córki. Bo Robin była niewdzięczna, bo dokonywała złych
wyborów, bo nie była dobrą córką, taką jak Melody. Ale tym razem tego
nie skomentowała, jedynie markotnie skubała spódnicę.
Robin dopiero po chwili załapała, o co chodzi. Matka naprawdę chciała
jej opowiedzieć, o czym rozmawiała z matką Evana. Nie dlatego, że
chodziło o niego, tylko dlatego, że akurat to kochała najbardziej.
Plotki.
A skoro ta plotka była na tyle ważna, by zapobiec roztrząsaniu licznych
wad Robin, musiała być doskonała. To nie jakaś marna historyjka o kobiecie z klubu książki, która zaczęła nową dietę. Albo o jakimś
małżeństwie w miasteczku, które kłóciło się tak głośno, że słyszeli ich
wszyscy sąsiedzi.
Ta plotka była bez skazy. Jak ujawnienie romansu za pomocą zdjęć. Albo
że ktoś trafił do więzienia za oszustwo.
Robin umierała z ciekawości, o co chodziło.
Nie dlatego, że gustowała w plotkach. Owszem, lubiła je jak wszyscy. Ze
słuchania czegoś, o czym nie każdy wiedział, czerpała niezdrową
przyjemność, a dodatkową frajdę sprawiało jej przekazywanie plotki
dalej, jak gdyby należała do jakiegoś tajemnego klubu. Jednak teraz nie
to się liczyło. Po prostu plotka stanowiła solidny pomost między nią a matką. Plotkowanie zbliżało je do siebie bardziej niż cokolwiek innego.
Ale gdyby zapytała wprost, matka by się wycofała. Bo ciekawość córki
dawała jej przewagę, a z przewagi matka za nic by nie zrezygnowała.
Dlatego Robin powiedziała:
- Zauważyłam, że w holu masz świeże kwiaty. Są przepiękne.
- Dziękuję. To różowe róże i lilie.
- Nie tylko. Jak się nazywają te takie puszyste?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki