Dla kogo jest ta książka i czemu powstała?
Dla kogo jest ta książka i czemu powstała?
Poradnik rozwoju emocjonalnego Powiedz
STOP depresji, lękom i toksycznym ludziom jest przeznaczony dla
każdego, kto tęskni za radością życia. Tak naprawdę jest więc dla
wszystkich -?a zwłaszcza tych, którzy:
chcą się rozwijać emocjonalnie,
chcą zrozumieć prawa rządzące ludzką psychiką,
bywają przygnębieni, apatyczni, doświadczają obniżenia nastroju,
depresji,
są nadpobudliwi, zestresowani, cierpią na nerwice,
mają niskie poczucie własnej wartości,
mają złe relacje z otoczeniem,
są samotni, pesymistyczni, wyalienowani,
cierpią z powodu braku życiowej energii,
są blisko tych, którzy mają depresję,
czują się przytłoczeni problemami dnia codziennego,
"wypadli z peletonu",
nie potrafią wybaczyć,
cierpią na choroby fizyczne.
Książka porusza podstawowe problemy, z którymi boryka się większość z nas: od akceptacji siebie i swoich emocji, poprzez wzorce myślowe,
którymi się kierujemy, aż po nasze otoczenie, które bywa toksyczne, i zmiany wywołujące w nas lęk. Staram się, aby przedstawiona tu wiedza
miała charakter zwięzły i praktyczny. Opatruję ją też zestawami technik
i ćwiczeń, które są łatwe i bardzo skuteczne w codziennym zastosowaniu.
Aby dobrać najodpowiedniejszy dla siebie sposób pracy z książką,
przeczytaj rozdział Jak pracować z poradnikiem.
Ostatnie kilkaset lat to niebywały czas w naszej historii. Rewolucja
przemysłowa spowodowała, że ze statków parowych przesiedliśmy się na
statki kosmiczne, parskające konie zamieniliśmy na konie mechaniczne, a liczydła zastąpiliśmy komputerami. W różnych dziedzinach inteligencję
człowieka skutecznie zastępuje ta sztuczna. Żyjemy bowiem w dobie
rewolucji cyfrowej. Mamy nieograniczone możliwości korzystania z wiedzy
i dóbr kultury, dzielenia się przemyśleniami i wsparciem, nawiązywania
relacji itd.
Oczywiście każdy postęp pociąga za sobą pewne negatywne skutki. Kiedy
nie było samochodów, nie było także wypadków samochodowych. Przed erą
samolotów ludzie nie ginęli w katastrofach lotniczych. Przemiany zawsze
miały swoją mroczną stronę, ale bilans zysków i strat wychodził na plus.
Należy się jednak zastanowić, czy w ostatnich dziesięcioleciach nadal na
ten plus wychodzimy. Czy zyskujemy jako ludzie? Czy dzięki postępowi
jesteśmy tak zwyczajnie szczęśliwsi?
Trzeciego marca 1972 roku sonda Pioneer 10 wyniosła w kosmos
najważniejsze informacje o ludzkiej cywilizacji, w tym nasze rysunki.
Teraz, w trzeciej dekadzie XXI wieku, być może żałujemy, że informacja o nas miała rysunkową formę, bo można by zaprezentować wszechświatowi
nasze realne zdjęcia. Przekopiowalibyśmy je z portali społecznościowych
i dzięki temu przedstawiciele odległych cywilizacji dowiedzieliby się,
że żyjemy na pięknej planecie, jemy wyszukane potrawy i wyglądamy tak,
że klękajcie narody. Przede wszystkim jednak przekonaliby się, że
jesteśmy wręcz szaleńczo szczęśliwi, co widać po naszych białych jak
śnieg, prostych, wyszczerzonych zębach oraz uśmiechniętych twarzach, z których pryszcze znikły bezpowrotnie. Nie musieliby wiedzieć, że za tym
sielankowym obrazkiem kryje się bolesna prawda, jest on bowiem efektem
obróbki w programie graficznym, którym nawet dzieci potrafią się już
posługiwać.
A co z wiedzą, z której możemy swobodnie korzystać? Czy i w tej
dziedzinie postęp ujawnia swoje mroczne oblicze? Ostatnio pewna
farmaceutka oświeciła mojego przyjaciela, że Ziemia jest płaska, i dodała, że ma na to dowód, bo na ulicy jej wózek stoi i się nie turla.
"No jak nie, jak tak". Gdyby nie była płaska -?argumentowała z przekonaniem -?to by się sam z siebie potoczył. Taki dowód naukowy
wyczytała w internecie u wyznawcy teorii płaskiej Ziemi, który ma
tysiące fanów. Oto jeden ze skutków demokratyzacji wiedzy za
pośrednictwem internetu. Oczywiście nie ma co wylewać dziecka z kąpielą.
W sieci istotnie możemy odnaleźć wiele wartościowych treści, z których
warto czerpać wiedzę. Jednak często nie posiadamy narzędzi
umożliwiających weryfikację, co tę wartość niesie, a co jest efektem
zwykłej manipulacji bądź niewiedzy.
Dzięki rzeczywistości wirtualnej zmienił się także charakter naszych
relacji. Możemy ich nawiązać nieskończenie wiele i utrzymywać tyle
spośród nich, ile tylko mamy ochotę. Zaglądamy zatem na jeden z portali
internetowych lub otwieramy aplikację i widzimy, że nasi "przyjaciele"
mają superpracę, dobrze się bawią, pięknie ubierają, ciągle dokądś
podróżują, jedzą sushi i mają nieprawdopodobnie uzdolnione dzieci. A kiedy już to wszystko zobaczymy, uświadamiamy sobie, że piłeczka jest po
naszej stronie. Czujemy się zobowiązani, by doskoczyć do ideału. Robimy
zatem kilkadziesiąt selfie i wybieramy to najlepsze. Potem wrzucamy na
nie filtry, wymazujemy niedoskonałości, tu wyszczuplamy, tam pogrubiamy,
dodajemy jakieś tło... A, zostały jeszcze zęby! I już jesteśmy gotowi na
relacje z innymi, "prawdziwymi" ludźmi. Co za ulga, że nie musimy się z nimi spotykać na żywo. Na szczęście większość z nich mieszka wiele
kilometrów od nas i dzięki temu możemy pielęgnować tak pieczołowicie
wykreowany wizerunek.
W sieci mamy jednak nie tylko przyjaciół, lecz także zajadłych wrogów.
Wraz z portalami społecznościowymi pojawiła się bowiem cyberprzemoc.
Współcześni ludzie niemal od pierwszych lat świadomego życia
doświadczają niebywałej agresji, poniżania i wyśmiewania. Zaledwie jedno
pokolenie wcześniej ludzkie zachowania, wygląd, opinie czy orientację
mogło wyśmiewać zaledwie kilka osób z najbliższego otoczenia. Teraz mogą
to robić setki, a nawet tysiące użytkowników medium, na którym znajduje
się nasz profil. Żyjemy w rzeczywistości, której często nie potrafimy
zrozumieć, a już z pewnością coraz częściej nie umiemy poradzić sobie z nią psychicznie.
Nasza planeta naprawdę stała się globalną wioską. To, gdzie się w danym
momencie znajdziemy, jest uzależnione jedynie od grubości naszego
portfela, a w zasadzie od zasobności konta. Chętnie podróżujemy,
zwiedzamy obce kraje i prowadzimy interesy za granicą, paradoksalnie
jednak ta otwartość na świat prowadzi nas czasem do zamknięcia. Wraz z nami przemieszczają się bowiem rozmaite patogeny, a potem jakiś mały
wirus na kilka lat zamyka nas w domach i zmusza do zakrywania twarzy.
Po internetowych łączach mkną też informacje. Kiedy na innym kontynencie
wydarza się coś złego, wiemy o tym w mgnieniu oka. Gdy klikamy w taką
wiadomość, algorytmy naszej wyszukiwarki automatycznie wrzucają nas do
bańki informacyjnej. Taki algorytm wylicza, że Mirka interesują
katastrofy, więc zaraz na ekranie telefonu lub komputera wyświetla mu
się setka innych katastrof. Jeszcze sto lat temu, aby się o nich
dowiedzieć, Mirek musiałby kupić gazetę. Teraz ta "gazeta" pojawia się u niego sama i co chwila atakuje nowymi informacjami.
Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o negatywne informacje, ale wszelkie
bodźce, które nas skłaniają do określonych zachowań. Bodźce te
ugruntowują nasze opinie o tym, co jest ważne, a co nie, co jest dobre,
a co złe, co jest nam potrzebne, a co zbędne (tych ostatnich rzeczy
zresztą w zasadzie nie ma). Działanie cyberświata służy głównie temu,
aby nas do czegoś nakłonić, by wpłynąć na nasze emocje, wyobraźnię,
system wartości i potrzeby. Ma odpowiednio przemodelować naszą psychikę.
Pod wpływem tego bombardowania psychika rozlatuje się jednak na kawałki...
Odpowiadamy na to silnymi emocjami. Pojawia się wysoki poziom stresu,
lęku, a nawet agresji. Nie wiemy, jak sobie z nimi poradzić, bo nikt nas
tego nie nauczył. Co za tym idzie, nie do końca potrafimy wyrazić to, co
czujemy. W wirtualnym świecie uczucia i emocje przyjmują -?a jakże! -
cyfrową postać. Uzewnętrzniamy je za pomocą odpowiednich ikonek, czyli
emotikonów. Robimy to zresztą nie po raz pierwszy w historii. Graficznie
wyrażaliśmy nasze uczucia w piśmie obrazkowym już kilka tysięcy lat
temu. Później przyjęliśmy inne formy ekspresji. Teraz z emotikonów
korzystają ponad trzy miliardy ludzi na całym świecie.
Właściwie to współcześnie nie żyjemy w rzeczywistości, ale we śnie o rzeczywistości. Ten sen jest kreacją, na którą składają się
wyidealizowane, retuszowane życia innych ludzi. Świat podsuwa nam też
coraz to nowsze, prostsze recepty na życie i oferuje system wartości
"być to mieć". Oczywiście musimy mieć coraz więcej, presja otoczenia
jest bowiem gigantyczna. Niezależnie od tego, czy dotyczy to
przedmiotów, pieniędzy, urody, pozycji czy popularności, nigdy nie jest
dość, a my nigdy nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. To zresztą
nieprzerwanie popycha nas do działania. Wiemy, że nie wolno nam się
zatrzymać, musimy iść do przodu, choć nierzadko jest to podróż na skraj
emocjonalnej przepaści. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo sami się
wyniszczamy. Oczywiście czasem przebijają się gdzieś informacje, że
jakaś celebrytka zmaga się z depresją. Wtedy jesteśmy bardzo zaskoczeni.
Równie zaskakujące są statystyki dotyczące samobójstw, zwłaszcza wśród
bardzo młodych ludzi, oraz ilość sprzedawanych leków uspokajających.
Dlaczego musimy śnić? Odpowiedź jest prosta: ponieważ gdybyśmy się
przebudzili, zobaczylibyśmy, jak bardzo jesteśmy w tej cyberprzestrzeni
nieszczęśliwi. Powszechnie doświadczamy obniżenia nastroju i przygnębienia, nazywanych przez naszych przodków melancholią czy
splinem. Ukrywamy je jednak za fasadą zadowolenia. Notujemy też coraz
więcej przypadków depresji oraz nerwic. Przez nasz glob przetacza się
największa w znanej nam historii ludzkości fala różnorakich zaburzeń
emocjonalnych, głównie lękowych. W wielu krajach liczba ludzi
potrzebujących pomocy psychologicznej lub psychiatrycznej przekroczyła
20 procent całej społeczności. Między postępem społeczno-ekonomicznym a rozwojem emocjonalnym ludzkości powstała ogromna przepaść. Nie
dostrzegliśmy, że w pędzie do przodu zgubiliśmy najważniejszą część
naszego człowieczeństwa i teraz boleśnie ten brak odczuwamy.
Dlaczego tak się stało? Przecież wiedza na temat życia emocjonalnego
człowieka nie jest tajna i niedostępna. Wręcz przeciwnie, istnieje od
tysiącleci, a w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat do tradycyjnie
docenianych myślicieli i badaczy ludzkiej psychiki dołączyli nowi
światli ludzie. Reprezentowane przez wielu z nich całościowe podejście
do natury człowieka jest milowym krokiem na drodze do zrozumienia
meandrów naszej psychiki. Wystarczy wymienić takich wybitnych
psychologów i filozofów jak Aldous Huxley, Alan Watts, Jiddu
Krishnamurti, Chögyam Trungpa, Dhiravamsa, Jacques Vigne, Anthony de
Mello, Ken Wilber, Carl Gustav Jung, Fritz Perls, Stanislav Grof, Erik
Erikson, John Ruskan czy Arnold Mindell. A jednak dorobek światowej
filozofii i psychologii oraz powszechny dostęp do informacji nie
uchroniły nas przed cierpieniem.
Dlaczego powstała ta książka?
Chociaż istnieją znakomite publikacje polskich i zagranicznych autorów
dotyczące rozmaitych zagadnień psychologicznych, to dla współczesnego
człowieka, który musi nieustannie zabiegać o sukces i w związku z tym
pozostaje mu mało czasu na cokolwiek innego, zdobycie nawet elementarnej
wiedzy o funkcjonowaniu własnej psychiki okazuje się nazbyt kłopotliwe.
Dlatego zamiast czerpać z mądrości spisanej w księgach wielkich mędrców,
słuchamy zwykle przygodnych doradców, z których każdy usłużnie podsuwa
nam swoje złote myśli... W ten sposób w naszym życiu pojawiają się kolejne
mody, za którymi bezmyślnie podążamy. Oderwane od istoty naszej
indywidualnej osobowości wzorce myślowe i zachowania są błędnie
interpretowane jako znak podążania drogą cywilizacyjnego rozwoju.
Współczesne skomercjalizowane społeczeństwo utrwala te schematy i wciąga
nas w nie jak rzeczny wir. Jednocześnie od rzetelnej wiedzy
psychologicznej odcina nas zjawisko wspomnianych już baniek
informacyjnych. W efekcie teoria jednego sprawnego guru, iż wystarczy
"się uśmiechać, aby mózg dostał sygnał szczęścia", dociera do setek
tysięcy ludzi. Aż 80 procent z nich z czasem przekona się, że to bujda,
ale zanim to się stanie, będą wierzyć w każde słowo "mistrza".
Jednak nawet jeśli dysponujemy wystarczającą ilością czasu i chęci oraz
otwartym umysłem, aby dogłębnie przestudiować zagadnienia, o których
piszę, to natrafiamy na ścianę hermetycznego języka, naszpikowanego
fachowymi terminami i abstrakcyjnymi analizami, który skutecznie
uniemożliwia dotarcie do sedna sprawy. Trudno się oprzeć wrażeniu, że
niektórzy autorzy traktują stopień skomplikowania terminologicznego jako
miarę wielkości dzieła. No cóż, być może nie przerobili kwestii
narcyzmu.
I właśnie dlatego powstał ten poradnik. Chodziło o to, by przełożyć
ważną dla współczesnego człowieka, ponadczasową wiedzę psychologiczną na
zrozumiały i nowoczesny język. Jest to próba skonstruowania programu
regeneracyjno-rozwojowego, opartego na skutecznych i sprawdzonych
metodach pracy z naszymi problemami, pozwalającego wykorzystać nasz
potencjał oraz mierzyć się z ograniczeniami.
Dlaczego to ja go napisałem? Zagadnieniami ludzkiej psychiki zajmuję się
od ponad dwudziestu pięciu lat. Prowadzę warsztaty rozwojowe,
terapeutyczne, spotkania indywidualne i liczne szkolenia rozwojowe. W tym czasie miałem kontakt dosłownie z tysiącami ludzi i wielu z nich
przekazywało mi, że dzięki wiedzy i umiejętnościom, które zdobyli z moją
pomocą, uświadomili sobie, jak wiele mogą zrobić, aby ich życie było
lepsze. Właśnie oni dali mi mandat do napisania tej książki. Oni
wytłumaczyli mi, że decydujące znaczenie mają pasja, zaangażowanie i troska o innych, poparte samodzielną intensywną nauką i doświadczeniem,
nie zaś pięć lat studiów psychologicznych (na czasem przypadkowo
wybranej wyższej uczelni).
Jak doszło do tego, że absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie
zajął się badaniami nad tym, jak lepiej żyć? Wiele lat temu nic nie
wskazywało na to, że kiedyś się temu poświęcę. Po ukończeniu studiów
rozpocząłem karierę zawodową. Pierwsze kilka lat spędziłem w japońskim
koncernie Sony, częściowo w kraju, częściowo za granicą. Później przez
blisko dziesięć lat pracowałem w amerykańskim gigancie General Motors, a zwieńczeniem tego okresu było objęcie posady dyrektora handlowego.
Doświadczyłem zarówno prestiżu i glorii wysokiego stanowiska, jak i poddańczości, jaka panuje w korporacjach. Z pozoru wydawało się, że
bardziej udanego życia nie mogłem sobie wymarzyć. Ale pomimo blasków
kariery przez cały czas towarzyszyło mi poczucie niezadowolenia z egzystencji i niewyjaśnionej pustki.
Często doświadczałem huśtawki nastrojów: od upajania się sukcesami do
wpadania w dołki w momentach porażek. Trudność sprawiało mi podejmowanie
decyzji, i to bynajmniej nie z powodu niezdecydowania, ale z braku
motywacji i świadomości, czego naprawdę chcę. Wpadłem w pułapkę
analizowania, jaki powinienem być. Dynamiczny i zdecydowany, biegnący
szybko do przodu? Tak! -?entuzjastycznie odpowiadałem sobie. Ale zaraz
potem gdzieś z tyłu głowy pojawiało się pytanie: "Dokąd biegnę?". Na nie
jakoś nie znajdowałem odpowiedzi. Nigdy nie przekonywały mnie teorie o prawdziwym mężczyźnie, domu, drzewie i synu. Może należałoby więc
zagłębić się w rozmyślania o sensie egzystencji? Także nie. Ludzie
wiecznie rozmyślający zawsze mnie drażnili. Widziałem, jak wykorzystują
duchowość do ucieczki od prawdziwych problemów życia i dziwaczeją.
Wpadałem w pułapkę rosnących oczekiwań otoczenia dotyczących pożądanego
wizerunku. Moim odizolowanym mikroświatem, moją bańką, stały się
luksusowe hotele, piękne samochody, dobre restauracje, ludzie, dla
których liczy się jedynie blichtr. Maska szczęśliwca, którą nakładałem
przez lata, zaczynała mnie w tym czasie coraz mocniej uwierać. Życie
nadzieją, że dopiero w przyszłości znajdę czas na odpoczynek, książkę,
przyjaciół czy zwykłe przebywanie ze sobą bez napięcia i wrażenia, że
muszę ciągle się śpieszyć, przestało mi wystarczać.
Ostatecznie stan "przygniecenia życiem" pogłębiły tragiczne przeżycia
osobiste. Doszedłem do wniosku, że coś niedobrego dzieje się z moją
psychiką. Nigdy nie uważałem, że z pomocy psychologów korzystają tylko
ludzie chorzy psychicznie, postanowiłem więc z problemem udać się do
specjalisty. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pani psycholog orzekła,
że rozwiązanie mojego problemu jest niezwykle proste. Specjalistka
zasugerowała mi stosowanie antydepresantu i zakończyła terapię.
Moja nieustępliwość w zgłębianiu zagadnienia zaprowadziła mnie do
kolejnej poradni, ale i tę wizytę zwieńczył podobny finał. Pomyślałem,
że skoro fachowcy twierdzą, iż to sprawa chemii mózgu, to powinienem im
zaufać, zacząłem więc zażywać antydepresant. Po kilkunastu tygodniach
okazało się jednak, że lek nie rozwiązał moich problemów. Wówczas
trafiłem wreszcie do psychologa, który znalazł czas na rozmowę. Diagnoza
mojego stanu brzmiała: "depresja albo stan obniżonego nastroju".
Ucieszyłem się, że wiem wreszcie, z czym się zmagam, ale odpowiedzi,
jaka jest przyczyna moich kłopotów, nie otrzymałem, a na tym mi przecież
zależało.
Wtedy właśnie zaczęła się moja długa podróż do poznawania zasad
rządzących życiem emocjonalnym człowieka. Zrozumiałem, że kryzys,
którego doświadczałem, był sygnałem do zmiany dotychczasowego życia.
Wywołało go moje prawdziwe "ja" po to, żebym mógł przebudzić się z letargu, w którym tkwiłem. Co więcej, doszedłem do wniosku, że poznanie
zasad funkcjonowania psychiki nie przekracza możliwości przeciętnego
człowieka i naprawdę nie trzeba do tego ukończyć studiów z zakresu
psychologii. Potrzeba na to jednak czasu, chęci i wnikliwości.
Odkrycia te rozbudziły we mnie ogromną ciekawość. Przeczytałem
dziesiątki poradników o tym, jak żyć "lepiej i szczęśliwiej", ale wydały
mi się one tak dalece oderwane od realiów, że powinny przynależeć do
sfery baśni i bajek. Wiele z nich zawierało też w mojej opinii oczywiste
błędy terapeutyczne. Nawet pozycje autorstwa popularnych uzdrowicieli
często straszyły naiwnością.
Sięgnąłem zatem po publikacje szacownych psychologów. Zgłębianie ich
wymaga wyjątkowego hartu ducha, gdyż pisane są wspomnianym żargonem
naukowym, niezrozumiałym dla zwykłego czytelnika. Ponadto naukowcy mają
tendencję do wynoszenia na piedestał poglądów własnych, pomniejszania
zaś lub pomijania częstokroć komplementarnych teorii kolegów. Ze
zdziwieniem zauważyłem, że nawet ci najwybitniejsi kwitują dowiedzione
sukcesy innych stwierdzeniem: "To niemożliwe". Istnieje także ogromna
niechęć do metod pracy, które sytuują się poza obszarem tradycyjnej
psychologii uniwersyteckiej, nawet jeśli ich skuteczności dowiedziono za
pomocą narzędzi naukowych. Natrafiłem też na wywody przestrzegające
przed eksperymentowaniem, które tchnęły tak oczywistą hipokryzją, że
chyba tylko autor jej nie zauważał. Przeraziłem się tym, jak małostkowi
potrafią być ludzie, którym społeczność powierzyła tak doniosłą misję
jak opieka nad naszą psychiką.
Sięgnąłem do psychologii buddyjskiej, która naszej części świata wydaje
się dość egzotyczna ze względu na odmienny kontekst społeczny.
Przesłanie buddyzmu bywa częstokroć wypaczane; z filozofii
psychologicznej wielu pseudobuddystów stworzyło sobie kolejne źródło
ucieczki od świata, co jest wywróceniem do góry nogami głównej idei
człowieka w perspektywie buddyzmu.
Wreszcie doszedłem do wniosku, że swoją wiedzę zacznę pogłębiać,
uczestnicząc w kursach, warsztatach i szkoleniach. Po kilku latach
spostrzegłem, że trafiam albo na wyłudzaczy, którzy chcą się dorobić na
naiwnych uczestnikach, albo na nawiedzonych terapeutów, opowiadających o ogniach piekielnych, ziemskich i niebieskich. Ich stosunek do świata i ludzi stał w sprzeczności z głoszonymi teoriami miłości, wybaczania i akceptacji. Znalazłem także ludzi wybitnych, ale tak niezdolnych do
działania i nieskutecznych, że swoją wiedzą i wartościami nie potrafili
się podzielić.
Coraz częściej otrzymywałem przy tym pytania o godną polecenia książkę
lub dobrze prowadzone warsztaty. Musiałem jasno odpowiedzieć, że
istnieje dużo znakomitych publikacji, które zawierają trafne porady, ale
zapoznanie się z nimi wymaga sporej ilości czasu. Nie potrafiłem
jednocześnie wskazać takiej zrozumiałej dla laika pozycji, w której
znalazłby on wyjaśnienie swoich kłopotów i proste rady, jak z tymi
problemami pracować. Doszedłem do wniosku, że jeśli zbiorę swoje
przemyślenia i doświadczenia w zwięzłą całość -?swoisty poradnik
zawierający ćwiczenia i techniki wypróbowane na sobie i tysiącach ludzi
na świecie -?to osoby, które borykają się z dokuczliwymi problemami
emocjonalnymi, mogą mieć z tego pewną korzyść. Większość z tych
problemów można rozwiązać w prosty sposób, bez użycia tabletek, zanim
pojawią się niebezpieczne sytuacje i rozwinie się stan chorobowy. Tak
powstała ta książka.
Moje uwagi i konstatacje w niej zawarte mogą stać się przyczynkiem do
rozpoczęcia pracy nad sobą albo do wyboru metody pracy indywidualnej
polecanej w ostrych stanach. Podkreślam, że niniejszy poradnik zawiera
program pracy inspirowany teoriami i metodami, które zaczerpnąłem od
znanych i cenionych psychologów, psychiatrów, psychoterapeutów,
filozofów i nauczycieli duchowych. Nie roszczę sobie prawa do tworzenia
własnych metod terapii, a jedynie do skonstruowania programu złożonego z zestawu technik, które są w mojej opinii najskuteczniejsze, bezpieczne i możliwe do zastosowania w warunkach samodzielnej pracy nad sobą. Nie
znajdziesz tu niesprawdzonych eksperymentów. Poradnik ten nie zawiera
też treści religijnych ani ezoterycznych, choć konkretne przemyślenia i metody pracy mogą się na nich opierać. Jest to działanie celowe,
podyktowane chęcią wzniesienia się ponad bariery wyznaniowe.
Czy praca z poradnikiem rozwiąże wszystkie twoje problemy? Oczywiście,
że nie. Nawet najgłębsza wiedza i wyjątkowo intensywna praca nad sobą
nie zamienią nas w wiecznie zadowolonych i szczęśliwych ludzi. Po prostu
życie nie wygląda jak wyretuszowane zdjęcie. Wielu z nas doświadcza
traumatycznych sytuacji i przeżyć, w których praca indywidualna z terapeutą lub wsparcie farmakologiczne bywają konieczne. Sam korzystam z tych form, kiedy zachodzi taka potrzeba. Są jednak dziesiątki problemów,
z którymi mierzymy się zupełnie niepotrzebnie tylko dlatego, że nikt nam
nie powiedział, jak możemy sobie pomóc. Właśnie ich rozwiązaniu służy ta
książka.
Depresja -?objawy i nieporozumienia
Depresja -?objawy i nieporozumienia
Poszukując teorii, która wyjaśniłaby, czym
jest depresja i jakie czynniki ją wywołują, przeczytałem wiele
publikacji. Chciałem, aby stanowisko, które przedstawię, było podparte
autorytetami naukowymi, a nie wynikało wyłącznie z moich osobistych
przekonań. Nie będę ukrywał, że przeżyłem głębokie rozczarowanie,
zauważywszy, że większość opinii wzajemnie się wyklucza. Niektóre z nich
są tak dalece niezgodne z doświadczeniami skutecznych terapeutów,
których miałem szczęście poznać, oraz z moimi własnymi obserwacjami, że
w końcu postanowiłem zrezygnować z omawiania różnorodnych podejść i przedstawić tylko koncepcję najbardziej mi bliską, polecając
jednocześnie czytelnikowi sięgnięcie do innych prac, aby wyrobić sobie
własne zdanie (bardzo często będę cię namawiał w tej książce do
dokonywania samodzielnych przemyśleń i nieprzyjmowania bezkrytycznie
cudzych poglądów, w tym moich własnych).
Depresja jest niezwykle złożonym zaburzeniem. Koncepcje, które
zakładają, że istnieje jedna dominująca przyczyna tej dolegliwości,
prędzej czy później są weryfikowane negatywnie. Badacze depresji Roger
Granet i Robin K. Levinson uważają, że na jej powstanie mają wpływ
czynniki biologiczne, psychiczne oraz środowiskowe1.
Zgadzam się z tą opinią. Należy jednak zadać sobie pytanie, czy
"dziedziczone" albo "podarowane" nam predyspozycje do depresji skazują
nas na cierpienie i czy oznaczają nieuchronność jej nadejścia. W moim
najgłębszym przekonaniu tak nie jest.
Jacques Vigne rozróżnia dwie postacie depresji: psychogenną, czyli
pochodzenia wyłącznie psychicznego, i endogenną, często o podłożu
dziedzicznym2. Przyczyną tej drugiej, jak twierdzi Vigne,
może być niedobór enzymów, który uniemożliwia pobór sodu przez błony
komórek nerwowych. Ten sam Vigne twierdzi także, że znane mu są
przypadki depresji endogennej, w których praca terapeutyczna przyniosła
znaczną poprawę. Wydaje się, że opinia, w myśl której depresję wywołują
zmiany chemiczne w organizmie, jest prawdziwa tylko w części. Powstaje
bowiem pytanie, jakie czynniki aktywizują predyspozycję do depresji.
Mówiąc wprost, skoro teoretycznie pewni ludzie powinni zapaść na
depresję, to dlaczego nie każdy z nich na nią cierpi?
Czyżby było istotnie tak, jak uważa Barbara Ann Brennan, że choroba jest
lekcją, którą otrzymujemy, by lepiej pamiętać, kim jesteśmy3?
Czy nie oznacza to, że bez względu na posiadane predyspozycje lub ich
brak, zrównoważone funkcjonowanie lub pojawienie się depresji
determinuje sposób, w jaki żyjemy?
Jestem przekonany, że podstawowa przyczyna depresji tkwi w naszym
sposobie życia. Zgadzam się w pełni z Johnem Ruskanem, że do powstania
chronicznych stanów depresyjnych i maniakalno-depresyjnych przyczynia
się nagromadzenie stłumionych uczuć4. Ruskan twierdzi wręcz, że
depresji nie nabywa się genetycznie, ale powstaje ona w konsekwencji
braku wiedzy i nieodpowiednich reakcji na doświadczenia życiowe.
Niezależnie od tego, czy Ruskan myli się, czy też nie, przyczyna
uruchomienia depresji tkwi w sposobie, w jaki siebie traktujemy. Uważam,
że zasada ta odnosi się do większości chorób, także tych o charakterze
genetycznym. Gdyby tak nie było, predyspozycje genetyczne byłyby
wyrokiem, a przecież medycyna już dawno udowodniła, że są jedynie
zagrożeniem.
Za chwilę wrócimy do tej tezy, ale najpierw określmy, kiedy można mówić
o stanach depresyjnych albo ich zalążkach. Nierzadko pierwsze objawy
depresji nie są szczególnie ostre ani bolesne, nie należy ich jednak
ignorować, mogą bowiem stanowić preludium do sytuacji kryzysowej.
Depresja jest zwykle wynikiem nawarstwienia się problemów. Kiedy taka
kumulacja nastąpi, jedno dramatyczne zdarzenie może uruchomić lawinę.
Może to być śmierć bliskiej osoby, rozstanie z partnerem albo utrata
pracy, a nawet pozornie błaha sytuacja, którą jednak subiektywnie
postrzegamy jako dramat: kłopoty w szkole albo w pracy czy oblany
egzamin. Uznajemy wtedy, że właśnie to konkretne zdarzenie wywołało
depresję, choć tak naprawdę już wcześniej solidnie na nią
zapracowaliśmy. Depresja u młodzieży często wynika z nieprawidłowych
relacji z rodzicami, rodzeństwem bądź rówieśnikami. Istotną rolę
odgrywają tu też między innymi bańki informacyjne w mediach
społecznościowych, które są przepełnione zafałszowanymi obrazami ludzi
sukcesu, w tym głównie influencerów, sowicie opłacanych przez firmy
mające na celu sprzedaż swoich produktów lub usług.
Oto najczęstsze przejawy stanów depresyjnych bądź prowadzących do
depresji, które wymagają podjęcia pracy nad sobą:
niechęć do działania,
apatia,
trudności w podejmowaniu decyzji,
pogorszony nastrój,
smutek,
gwałtowne zmiany nastroju (rano smutek, wieczorem euforia),
wybuchy emocji (gniew, agresja),
nadpobudliwość,
stany permanentnego zmęczenia bez wyraźnych przyczyn zewnętrznych,
nerwice,
silny stres,
choroby psychosomatyczne (np. duszności, bóle mięśni, zawał serca,
otyłość),
niskie poczucie własnej wartości,
trudność w kontaktach z otoczeniem,
stany lękowe (z wyłączeniem psychoz, które świadczą o zaburzeniach
innego typu),
poczucie agresywności otoczenia,
uczucie alienacji i separacji,
samotność,
poczucie braku jakichkolwiek perspektyw,
uczucie uwięzienia w pułapce lub zniewolenia,
wszelkie uzależnienia (od używek, narkotyków, jedzenia, odchudzania
itd.).
Doświadczając dowolnego z opisanych tu dojmujących stanów, nierzadko
robimy co w naszej mocy, by po prostu zapomnieć o odczuwanym
dyskomforcie. Niestety, w takim wypadku problem, zamiast zniknąć,
odkłada się na później i z czasem powraca z większą siłą. Pojawia się
stan, który Ruskan określa jako "wyczerpanie energetyczne", czyli
"depresja"5.
Wtedy albo się w nim zagłębiamy, albo sięgamy po tabletkę. Tabletka
często pomaga i na dodatek szybko przynosi ulgę. Ale szybkość nie jest
równoznaczna ze skutecznością. Leki działają doraźnie na objawy.
Dlaczego substancje chemiczne na ogół tylko łagodzą skutki? Ponieważ
wszystko wskazuje na to, że głęboką przyczyną depresji nie jest jedynie
"chemia mózgu". Ruskan twierdzi wręcz, że "chemia mózgu jest rezultatem
uczuć, a nie odwrotnie, i próba oddziaływania na nią w celu zmiany uczuć
człowieka jest po prostu absurdem"6.
Podzielając w dużej części pogląd Ruskana, nie jestem jednak
przeciwnikiem wspomagania terapii lekami. Według mnie w wielu formach
depresji korzystne jest podawanie środków farmakologicznych w celu
złagodzenia ciężkich objawów choroby, tak aby można było rozpocząć
skuteczną pracę terapeutyczną. Ograniczenie się jednak wyłącznie do
leczenia farmakologicznego przynosi zwykle krótkotrwałe rezultaty.
Oczywiście istnieje depresja o podłożu biologicznym. Aby odpowiednio
dobrać terapię, powinno się zatem przeprowadzić specjalistyczne badania,
które wykluczą przyczyny biologiczne. Przypadki depresji endogennych
czasami wymagają podania leków, ale nigdy nie osiągniemy trwałych
rezultatów, jeśli w proces zdrowienia nie włączymy pracy
rozwojowo-terapeutycznej. Na szczęście wielu lekarzy psychiatrów myśli
właśnie w taki sposób, dzięki czemu skutecznie pomagają swoim pacjentom.
Depresja budzi się, kiedy całymi latami nie pozwalamy sobie na
odczuwanie własnych emocji. Nasza kultura wręcz zachęca, by część z nich
uznać za niemądre, agresywne, nieadekwatne, nieprzyzwoite. W efekcie
wszystkie uczucia dzielimy na dobre albo złe. Mamy dwie strony -?tę,
którą akceptujemy, i tę, z której istnienia powoli przestajemy zdawać
sobie sprawę. Co więcej, usuwamy z naszego wyobrażenia o sobie pewne
aspekty własnej osobowości i nie dopuszczamy do siebie myśli o ich
istnieniu. Tworzymy na własne potrzeby odrealniony obraz siebie. Używamy
w tym dziele zasady chciejstwa, czyli jesteśmy nie sobą, ale tym, kim
chcielibyśmy być, albo tacy, jakimi chciałoby widzieć nas otoczenie. Ale
przecież nie jesteśmy tylko tacy, jacy chcemy być. Nie możemy wyrzec się
naszego prawdziwego ja. Łatwiej odciąć sobie nogę, niż pozbyć się
kawałka swojej natury.
W procesie, jakim jest nasze życie, ta niechciana część nas zaczyna
dawać o sobie znać pod postacią takich emocji jak gniew, złość, agresja,
smutek, apatia, nuda, a w końcu depresja. Zaczynamy walczyć z przykrymi
emocjami, rodzącymi się z zaprzeczonych uczuć. Staramy się rozweselić,
znaleźć sobie jakieś zajęcie, wyciszyć się, wypocić na boisku. Na garnek
z kipiącymi emocjami, którym się stajemy, nakładamy pokrywkę. Kiedy chce
nam się krzyczeć, mówimy: "Nie wypada"; kiedy cisną nam się do oczu łzy
-?powstrzymujemy płacz; kiedy czujemy gniew i agresję -?wycofujemy się.
Nie uświadamiamy sobie jednak, że kiedy nie dajemy sobie prawa do
odczuwania tych emocji, uznając je za negatywne, to w naszym ciele, w wyniku podświadomie tworzonych napięć, powstają blokady. Oprócz
trudności emocjonalnych pojawiają się wówczas choroby psychosomatyczne
(soma -?ciało), będące konsekwencją tłumienia emocji. W ten sposób
problem jedynie się pogłębia.
Źródłem depresji nie jest chemia organizmu, lecz brak samoświadomości.
Nauczono nas, jak rozmnaża się pantofelek i ile dopływów ma Ganges, ale
nikt nie podjął nawet próby przekazania nam, jak powinniśmy żyć. Mimo że
tyle instytucji wpaja nam całymi latami najróżniejszą, czasem całkowicie
zbędną wiedzę, wrzuca się nas w proces życia jak do rwącej rzeki, nie
nauczywszy nas wcześniej poruszania się w wodzie. Postrzegamy świat jako
pełen zagrożeń i niebezpieczeństw. W rzece życia podtapiamy się co
chwila i uderzamy w wystające kamienie. A przecież wystarczy nauczyć się
pływać, żeby strach zamienił się w ciekawość, a bezbronność w chęć
działania, aby podnieść głowę znad wody i dostrzec piękny w swej
zmienności i różnorodności świat. Ta książka jest taką lekcją pływania.
Nie ma pigułki, która mogłaby uleczyć przyczynę depresji, ale istnieje
droga do odnalezienia tej przyczyny. I wbrew pozorom nie jest to szlak
niebezpieczny. Wymaga tylko odwagi do zmiany sytuacji i podjęcia
intensywnej pracy nad "nauką pływania".
Coraz częściej pojawia się hasło, że depresja jest chorobą i trzeba ją
leczyć. Zgadzam się z tym poglądem. Nie wolno stanów obniżonego nastroju
pozostawiać samym sobie, aż przejdą, bo wówczas wracają. A wracają,
ponieważ przekazują wiadomość, że dzieje się coś niedobrego, że nie
odnaleźliśmy właściwej dla siebie drogi życiowej. Nie należy zatem tych
stanów tłumić, ale dotrzeć do ich źródeł, tak aby leczyć przyczynę, a nie skutek.
Skłonności do depresji mają wszyscy ci, którzy nie pozwalają sobie na
bycie pełnymi ludźmi, z uwzględnieniem różnorodnych aspektów osobowości,
także tych postrzeganych jako negatywne. Jeśli zapytasz z powątpiewaniem, jak można polubić swoją ciemną stronę, odpowiadam: nie
masz wyjścia. Do tej pory ją potępiałeś i czy przyniosło to dobry
skutek? Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy można cieszyć się także z porażek, odpowiadam: można. Co więcej, porażki mogą wnosić w życie
ogromną radość.
Zachęcam cię do pracy z tym poradnikiem. Przezwyciężanie depresji to nie
walka ze sobą, ale dla siebie. To droga do prawdziwego ja, które będzie
potrafiło odkryć, czym jest życie. Ten poradnik to podanie ci ręki na
drodze do pozytywnych zmian, lecz decyzję o wyruszeniu w tę podróż
musisz podjąć sam.