Powiedz Tak - Goldy Moldavsky

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (26,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

ORGA­NI­ZUJĘ PRZY­JĘ­CIE Z OKA­ZJI DNIA NIE­POD­LE­GŁO­ŚCI, co powinno ozna­czać dobrą zabawę, ale mam złe prze­czu­cia co do dzi­siej­szego wie­czoru. Od czwar­tego lipca minęło wpraw­dzie około pół­tora mie­siąca, ale jutro zaczy­namy ostatni rok szkoły - rocz­nik 2007 odbiera dyplomy, moi mili! - a to ozna­cza, że dziś jest ostatni dzień naszej wol­no­ści.

To będzie eli­tarne przy­ję­cie na dachu nowo­jor­skiego wie­żowca. Naprawdę, cza­sami już prze­cho­dzę samą sie­bie. Co tam, że "eli­tarne" ozna­cza w rze­czy­wi­sto­ści "dla garstki zna­jo­mych". Poza tym, jeśli mam być szczera, mówiąc o "Nowym Jorku" mam na myśli "osie­dle robot­ni­cze na Bro­okly­nie". No dobra, budy­nek ma tylko cztery pię­tra, więc roz­ta­cza się z niego widok głów­nie na sąsied­nie - wyż­sze - bloki, ale iko­niczna pano­rama Nowego Jorku maja­czy na hory­zon­cie zale­d­wie kilka mil stąd. Wpraw­dzie jej nie widzę, ale wiem, że tam jest - migo­tliwa, pełna życia. Jak obiet­nica ostat­niego roku w szkole. Ta noc aż kipi od obiet­nic - mam prze­czu­cie, że wszystko może się dziś zda­rzyć.

Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Sof, idzie ku mnie, cią­gnąc za sobą jakie­goś chłopca.

- Jimmy - mówi - to jest Dwayne.

- Cześć, Dwayne! Przy­nio­słeś towar?

Dwayne bez słowa roz­pina ple­cak, a Sof i ja zaglą­damy do środka. Spor­towy ple­cak aż ugina się od wszel­kiego rodzaju nie­le­gal­nych fajer­wer­ków, a ja i Sof podzi­wiamy łupy jak dwie piratki, które zna­la­zły wła­śnie skrzy­nię pełną skar­bów. Cóż by to była za impreza z oka­zji Święta Nie­pod­le­gło­ści bez fajer­wer­ków.

- Genial­nie.

Poka­zuję Dwayne'owi miej­sce, w któ­rym może roz­po­cząć przy­go­to­wa­nia.

- Jesteś pewna, że sąsie­dzi nie będą mieli nic prze­ciwko? - pyta Sof.

- Regu­la­min budynku mówi jasno: żad­nych gło­śnych hała­sów po dwu­dzie­stej dru­giej. - Się­gam po tele­fon, który trzyma w dłoni, i pod­no­szę klapkę, żeby spraw­dzić godzinę. - Jest dopiero 21:04. - Zamy­kam klapkę z trza­skiem. - Mamy czas.

Skąd więc to dokucz­liwe uczu­cie nie­po­koju? Ner­wo­wość spra­wia, że czuję się, jak­bym miała na sobie zbyt cia­sny strój. Cza­sami, gdy ogar­nia mnie nie­wy­tłu­ma­czalne zde­ner­wo­wa­nie, jestem pewna, że to sku­tek uboczny apo­dyk­tycz­no­ści mojej mamy. Gdyby tu teraz była, powie­dzia­łaby, że na tym dachu znaj­duje się zbyt wiele osób, że to nie­ostrożne, idio­tyczne, że pro­simy się o kło­poty, a poza tym, 21:04 to sta­now­czo zbyt późno na zabawę. Ale matki tu nie ma - sie­dzi dwa pię­tra niżej, zbyt pochło­nięta losami boha­te­rów kolej­nego odcinka Heri­das de Amor, by się domy­ślać, jak dosko­nale radzi sobie jej córka jako gospo­dyni pierw­szej imprezy w tym roku szkol­nym, a zara­zem ostat­niej imprezy tego lata.

- Czy to Big Rally? - pyta Sof.

Podą­żam za jej spoj­rze­niem; wyglą­dam przez dach na podwó­rze. Dostrze­gam go i otwie­ram sze­roko oczy.

- Wró­cił.

Otwie­ram cięż­kie drzwi i wybie­gam na zewnątrz; zawiasy wydają jęk nieco gło­śniej­szy niż mój sąsiad w chwili, gdy mnie spo­strzega. Sie­dzi w swoim zwy­kłym miej­scu - na sta­rym krze­śle ogro­do­wym, które kie­dyś było nie­bie­skie, ale posza­rzało pod wpły­wem pogody, bez­li­to­snego upływu czasu, jak i faktu, że Vitaly prze­sia­duje na nim nie­mal bez prze­rwy.

- Witaj w domu, Big Rally! Jak było w Mek­syku?

Vitaly zamyka notat­nik, który trzyma na kola­nach, i chowa dłu­go­pis w kie­szonce koszulki polo.

- W Sal­wa­do­rze. Spę­dzi­łem czas owoc­nie.

Z tru­dem powstrzy­muję się od prze­wró­ce­nia oczami. Mógłby powie­dzieć "faj­nie", "świet­nie", albo cho­ciaż posłu­żyć się banal­nym "super!". Ale Vitaly musi udo­wod­nić, że jest ponad to. Sąsie­dzi plot­kują, że spę­dził sześć tygo­dni w Sal­wa­do­rze, pra­cu­jąc przy budo­wie domów dla ubo­gich rodzin, żeby mieć co wpi­sać w poda­niu o przy­ję­cie na stu­dia. Cho­dzą też słu­chy, że pra­co­wał w praw­dzi­wej fir­mie budow­la­nej i odło­żył na cze­sne za pierw­szy rok col­lege'u. Nie jestem pewna, która z tych plo­tek jest praw­dziwa, ale kiedy opo­wie­dzia­łam mamie, że chło­pak spod 1F wyje­chał z kraju, żeby budo­wać domy, i zasu­ge­ro­wa­łam, że może ja też mogła­bym to zro­bić, odparła: - ?Tu? ?Con­struy­endo casas?

Kiedy już prze­stała się śmiać, oznaj­miła, że ni­gdzie nie pojadę.

Nie­wielki notes Mole­skine na kola­nach Vitaly'ego zaczyna drgać w rytm sub­tel­nych ruchów jego pra­wej nogi. Jest znie­cier­pli­wiony? Zde­ner­wo­wany? Jedno i dru­gie? Vitaly ni­gdy nie wygląda na zado­wo­lo­nego, gdy ze mną roz­ma­wia, i słowo daję, nie mam poję­cia dla­czego.

- Kto spę­dza całe lato na tro­pi­kal­nej wyspie i wraca do domu blady jak wór mąki?

Może to z powodu pytań, jakie mu zadaję. Ale czy to moja wina? Jest tak biały, że mogła­bym zjeż­dżać na nar­tach po jego nosie.

Vitaly wygląda, jakby naprawdę miał ochotę się mnie pozbyć, co spra­wia, że bez waha­nia sado­wię się na sąsied­nim krze­śle.

- Sal­wa­dor to nie wyspa. Nie powin­naś być przy­pad­kiem na swo­jej impre­zie?

Uśmie­cham się.

- Chodź ze mną. Raz w życiu mógł­byś się wresz­cie zaba­wić.

Vitaly pod­nosi zeszyt do góry jak tar­czę obronną.

- Nie mogę. Pra­cuję.

- Szkoła nawet się jesz­cze nie zaczęła. Nad czym znowu pra­cu­jesz? Nad mową poże­gnalną na koniec roku?

- Coś w tym rodzaju.

Patrzę na niego wycze­ku­jąco, aż wresz­cie wzdy­cha ciężko i daje za wygraną. - To mój plan na ostatni rok szkoły.

- Plan?

- Moje zamiary, cele, ter­miny wysła­nia podań o przy­ję­cie do col­lege'u i o sty­pen­dia, opty­ma­li­za­cja kur­sów, har­mo­no­gram zajęć dodat­ko­wych...

Powstrzy­muję go gestem dłoni, zanim doda do tej listy koniecz­ność spo­rzą­dze­nia ran­kingu swo­ich pię­ciu naj­lep­szych ołów­ków.

- Potrze­bu­jesz imprezy bar­dziej niż jaka­kol­wiek znana mi osoba.

- Impreza chyba kuleje, skoro wolisz prze­sia­dy­wać tu ze mną?

Ha!

Kiedy ludzie ze szkoły dowia­dują się, że Vitaly jest moim sąsia­dem, każdy pyta, jaki on jest naprawdę. Ktoś do tego stop­nia bez­barwny, w każ­dym sen­sie tego słowa (jasna skóra, blond włosy - nawet koszulka polo, którą ma na sobie, jest w kolo­rze majo­nezu), musi prze­cież pro­wa­dzić nie­zwy­kłe, sekretne życie. Prawda jest jed­nak taka, że Vitaly jest dokład­nie taki, jak się wydaje na pierw­szy rzut oka. To zwy­kły chło­pak, który sie­dzi samot­nie na beto­no­wym podwó­rzu ostat­niego wie­czoru waka­cji z nosem w książ­kach i broni się rękami i nogami przed choćby odro­biną zabawy.

- Moja impreza jest świetna - odpo­wia­dam. - Bawię się dosko­nale.

I choć robię wszystko, by wyglą­dać jak wzor­cowa młoda Ame­ry­kanka rodem ze wspa­nia­łego Nowego Jorku, bywal­czyni i gospo­dyni nie­zli­czo­nych i nie­za­po­mnia­nych imprez, Vitaly patrzy na mnie tak, jakby widział mój wewnętrzny nie­po­kój. Coś kąsa mnie od środka, i on to widzi.

Nawet jeśli Vitaly sądzi, że wie coś na mój temat, to na pewno nie tyle, ile sobie wyobraża. W każ­dym razie z pew­no­ścią bacz­nie mi się przy­gląda. A ja lubię zwra­cać na sie­bie uwagę.

- W życiu liczą się nie tylko plany, Big Rally.

- W życiu liczą się nie tylko imprezy, Jimeno.

Wyma­wia moje imię pra­wi­dłowo; z jakie­goś powodu robi mi się miło, gdy sły­szę to twarde "H" w jego ustach. Nasza roz­mowa osią­gnęła punkt wrze­nia; muszę wziąć głę­boki oddech, żeby ostu­dzić nieco atmos­ferę. Prze­cież wiem, dla­czego prze­sia­duje tu, na zewnątrz. Od czego ucieka. I naprawdę chcia­ła­bym, żeby pozwo­lił sobie na chwilę bez­tro­skiej zabawy.

- Impreza to dużo lep­szy spo­sób na kło­poty, niż pisa­nie har­mo­no­gra­mów.

Patrzy na mnie przez grzywkę opa­da­jącą falami na jego czoło. Nie pyta, dla­czego posą­dzam go o kło­poty, ale też nie pró­buje zaprze­czyć, że je ma. Notes na jego kola­nie nie­ru­cho­mieje wresz­cie, i przez długą chwilę patrzymy na sie­bie nawza­jem.

Nagle roz­lega się prze­szy­wa­jący głos:

- Co to za potworne hałasy!

Vitaly i ja odwra­camy głowy, by spoj­rzeć na kobietę, która sta­nęła wła­śnie w oknie na czwar­tym pię­trze; podmuch let­niej bryzy unosi jej wystrzę­pioną, siwie­jącą grzywkę do góry jak kłąb dymu.

- Dzień dobry, pani Gorky! - Szcze­rzę wszyst­kie zęby i macham do niej, ale naj­wy­raź­niej nie popra­wia jej to humoru ani odro­binę.

- Urzą­dzi­li­ście imprezę na dachu?! - krzy­czy.

- Ojej, to ostatni dzień lata, pani G., niech pani nie będzie taką zrzędą.

Pani Gorky zezuje na mnie wrogo, ale zwraca się do Vitaly'ego.

- Czy ta smar­kula wła­śnie nazwała mnie zrzędą? - Odwraca się i znika w głębi swo­jego miesz­ka­nia.

- Wezwie poli­cję - mówi Vitaly, wsta­jąc.

- Im nas wię­cej, tym wese­lej! - odpo­wia­dam i także zeska­kuję z krze­sła. - Niech spró­bują mnie aresz­to­wać! Przy­naj­mniej będę mogła powie­dzieć, że bawi­łam się epicko, zanim mnie zgar­nęli!

- Jak zwy­kle kochasz prze­sa­dzać, ubar­wiać i dra­ma­ty­zo­wać.

Wzru­szam ramio­nami i wra­cam na imprezę.

Jeśli poli­cja fak­tycz­nie już jedzie, niech przy­naj­mniej nie faty­gują się na darmo.

Dwayne usta­wił już nie­duże rakiety w rzę­dzie i czeka na mój znak.

- Pod­pa­laj! - mówię.

Vitaly może i jest nudzia­rzem, ale przy­naj­mniej wie, czego chce od życia. Ma plan. Być może powin­nam wziąć z niego przy­kład. Wyzna­czyć sobie na ten rok kon­kretny cel. Dziś ogła­szam nie­pod­le­głość. Roz­po­czy­nam ten rok szkolny z przy­tu­pem. Bo to ostatni rok wol­no­ści, zanim dopad­nie mnie praw­dziwy świat.

Sły­szę syk pod­pa­la­nego lontu, potem pisk wyla­tu­ją­cej w górę rakiety, a po chwili niebo nad Sun­set Park eks­plo­duje świa­tłem. Obok mnie Sof wydaje z sie­bie gło­śny, zawo­dzący okrzyk i odrzuca włosy do tyłu. Chwy­tam ją za rękę i wyglą­dam poza kra­wędź dachu. Vitaly nie przy­szedł na imprezę, ale ona dotarła do niego; w bla­sku fajer­wer­ków jego twarz wydaje się mieć dużo zdrow­szy odcień.

- Czy nie jest super?! - krzy­czę w dół. Z pew­no­ścią nie sły­szy mnie wśród huku eks­plo­zji i krzy­ków pani Gorky. Ale ten moment jest wszyst­kim. Czuję się lekka i swo­bodna; jest mi dobrze, jak­bym roz­pięła suwak zbyt cia­snej sukienki.

Jak dobrze jest być młodą i wolną. Kon­cen­truję się na tym uczu­ciu, nawet gdy w huk fajer­wer­ków wdziera się odgłos syren.

- Chyba czas się zwi­jać - szep­czę do Sof.

- No, musimy spa­dać.

Rozdział 2

2

MOJA MAMA ŚMIER­TEL­NIE SIĘ BOI POLI­CJI, tak jak więk­szość ludzi boi się roba­ków albo myszy. Kiedy widzi poli­cjanta, wydaje cichy, prze­stra­szony jęk, przy­ci­ska torebkę do piersi i prze­cho­dzi na drugą stronę ulicy. Nie rozu­miem tego. Ten strach nie ma chyba racjo­nal­nego uza­sad­nie­nia. Moja mama ni­gdy w życiu nie miała kło­po­tów z pra­wem. Prze­strzega ści­śle okre­ślo­nych zasad i pil­nuje, żebym robiła to samo. Zasady są nastę­pu­jące: trzy­maj się z dala od kło­po­tów, ściel łóżko codzien­nie rano, nie odszcze­kuj się star­szym, a co naj­waż­niej­sze - ni­gdy nie proś gli­nia­rza o pomoc.

Dziś wie­czo­rem zła­ma­łam każdą z tych zasad.

Z wyjąt­kiem ostat­niej. Zde­cy­do­wa­nie nie pro­si­łam ofi­ce­rów O'Han­n­leya i Bivensa o pomoc, lecz uparli się towa­rzy­szyć mi aż do drzwi, jak­bym nie mogła dojść tam sama. Zanim któ­ry­kol­wiek z nich zdąży prze­szko­dzić mamie w świę­tym rytu­ale roz­ko­szo­wa­nia się kolej­nym odcin­kiem jej uko­cha­nej tele­no­weli, odwra­cam się do nich w ostat­niej, roz­pacz­li­wej pró­bie ura­to­wa­nia skóry.

- Pro­szę, po pro­stu mnie aresz­tuj­cie. - Mija dobra minuta, nim do poli­cjan­tów dociera, co wła­śnie usły­szeli. Wycią­gam nad­garstki, przy­go­to­wu­jąc się psy­chicz­nie na chłodny dotyk kaj­da­nek. - Miejmy to już za sobą.

To żadna frajda, zostać zatrzy­maną przez poli­cję, ale to pestka w porów­na­niu z kon­fron­ta­cją z moją mamą.

O'Han­n­ley igno­ruje mnie i puka gło­śno do drzwi miesz­ka­nia 3B. Modlę się, żeby czas się roz­cią­gnął, żeby trwało to jak naj­dłu­żej, ale mama otwiera w mgnie­niu oka.

Kiedy widzi naszą trójkę - dwóch ofi­ce­rów nowo­jor­skiej poli­cji, sto­ją­cych za moimi ple­cami niczym anioły stróże - przez jej twarz prze­biega milion emo­cji. Jest wstrzą­śnięta, prze­ra­żona, wście­kła, spa­ni­ko­wana. Wresz­cie maskuje te wszyst­kie uczu­cia pro­mien­nym uśmie­chem, tylko odro­binę drżą­cym.

- To pani córka? - pyta ofi­cer Bivens.

Mama zwleka z odpo­wie­dzią tak długo, że w moim umy­śle rodzi się podej­rze­nie, że posta­no­wiła się mnie wyprzeć. Chyba nie boi się glin aż tak bar­dzo, co? Długą chwilę mil­cze­nia wypeł­nia hisz­pań­ski dia­log, dobie­ga­jący od strony tele­wi­zora.

- Angiel­ski nie jest jej pierw­szym języ­kiem - mam­ro­czę.

W oczach mojej mamy lśni furia i strach. Gdyby spoj­rze­nia mogły zabi­jać, leża­ła­bym już na pod­ło­dze w kałuży krwi.

- Tak, to moja córka - odpo­wiada wresz­cie. - Co stało?

- Nic się nie stało - mówię, ale ofi­cer O'Han­n­ley prze­rywa mi.

- Urzą­dziła na dachu imprezę. Z fajer­wer­kami. Sąsie­dzi zadzwo­nili ze skargą, że jest za gło­śno.

Widzę, jak w jej gło­wie obra­cają się try­biki, jak gdyby obli­czała, iloma auto­bu­sami będzie dojeż­dżać do popraw­czaka, do któ­rego mnie wsa­dzą. Jej dłoń zamyka się wokół mojego nad­garstka i wciąga mnie do środka.

- Nie ma sprawy, nie będzie żad­nych nie­przy­jem­no­ści. Prawda, pano­wie? - zwra­cam się do poli­cjan­tów.

Ofi­cer Bivens zaczyna wymie­niać wszyst­kie prze­pisy, które rze­komo zła­ma­łam, a moja mama przez cały czas kiwa głową, uśmie­cha­jąc się, jak zawsze, gdy w jej obec­no­ści ktoś mówi po angiel­sku. Pod­czas spo­tkań towa­rzy­skich, pota­ki­wa­nia i uśmie­chy spraw­dzają się cał­kiem nie­źle. To o wiele lep­sze niż alter­na­tywa - prze­ry­wa­nie roz­mówcy co dwie sekundy, pro­sząc, by powtó­rzył lub wyja­śnił, co ma na myśli. Moja mama zaś z pew­no­ścią chce, żeby ta roz­mowa prze­bie­gła gładko.

- Tym razem dosta­nie tylko ostrze­że­nie, ale lepiej, żeby­śmy nie musieli przy­jeż­dżać tu drugi raz.

Mama pota­kuje, uśmie­cha się i deli­kat­nie cią­gnie mnie za nad­gar­stek, aż w końcu ląduję na samym środku miesz­ka­nia, jak naj­da­lej od obu gli­nia­rzy. Mama mam­ro­cze coś po angiel­sku, dzię­ku­jąc poli­cjan­tom, jak gdyby przy­nie­śli jej cenną nagrodę, a nie przy­pro­wa­dzili córkę-idiotkę, która nie potrafi nawet zro­bić przy­zwo­itej imprezy z oka­zji Święta Nie­pod­le­gło­ści.

- Dzię­kuję, pano­wie ofi­ce­ro­wie. Dobra­noc, pano­wie ofi­ce­ro­wie. - Uśmiech nie znika z jej twa­rzy aż do chwili, gdy za poli­cjan­tami zatrza­skują się drzwi. Roz­pływa się w nico­ści natych­miast, gdy mama odwraca się do mnie.

Nasze miesz­ka­nie jest małe. Kie­dyś była to kawa­lerka, jed­nak przy pomocy przy­ja­ciela, który pra­cuje w fir­mie budow­la­nej, wydzie­li­ły­śmy w niej pokój dla mnie. Salon stał się przez to maleńki, ale jest w nim dość miej­sca na kanapę przy jed­nej ścia­nie, nie­duży stół - po dru­giej, i na tele­wi­zor w kącie. Oprócz tego mamy skromną kuch­nię wiel­ko­ści kam­buza na jach­cie, z żół­tym lino­leum, na któ­rym jest wzór pły­tek, i różową łazienkę w stylu lat sie­dem­dzie­sią­tych.

Mama miota się po całym miesz­ka­niu, prze­ży­wa­jąc naj­wy­raź­niej abso­lutne zała­ma­nie ner­wowe. Zawo­dzi, ter­ko­cząc po hisz­pań­sku niczym kara­bin maszy­nowy, opiera się o sto­lik, żeby nie upaść i nie zemdleć, aż wresz­cie odpy­cha krze­sło, gestem wyra­ża­ją­cym abso­lutne nie­do­wie­rza­nie. Prze­ra­żona, pod­biega do okna i gwał­tow­nie zaciąga zasłony; to już para­noja. Opada na kanapę, cho­wa­jąc twarz w poduszkę, a potem znowu wstaje i cho­dzi szybko po dywa­nie, który tak sta­ran­nie odku­rza trzy razy w tygo­dniu. Prze­stała nawet mówić do mnie. Jej tyrada zamie­niła się w prze­peł­niony paniką mono­log, zwró­cony ku nie­bio­som; domaga się odpo­wie­dzi na pyta­nie, czym zasłu­żyła sobie na taką córkę - mal­criada.

Zna­jomi, któ­rzy twier­dzą, że lubię dra­ma­ty­zo­wać, ni­gdy nie mieli do czy­nie­nia z moją matką.

- ??Como es posi­ble, Jimena, que me metas en tanto pro­blema!? - krzy­czy. - Qué te pasa, estas loca? ?Qué cosas estas haciendo que la policía vino? ?Qué has hecho, hija!

Zasy­puje mnie gra­dem pytań, lecz są to pyta­nia wyłącz­nie reto­ryczne. Nie cho­dzi tu o mnie, ale o to, żeby dać ujście zło­ści, więc pozwa­lam jej się wyła­do­wać i cze­kam cier­pli­wie, aż skoń­czy, nie odzy­wa­jąc się.

- No es posi­ble que estés así. ?Dime por favor qué has hecho, qué paso con la policía?

- Una fie­sta - odpo­wia­dam pokor­nie. - No fue nada.

- ??Como que no era nada, que esta­bas, con dro­gas?! ??O que?! ?Por qué la policía vino? Por favor, nunca mas quiero ver esa policía en mi casa.

W jej gło­sie brzmi takie wzbu­rze­nie, że nie­mal czuję, jak rośnie jej ciśnie­nie.

- Dla­czego ty się ich tak boisz?

Mama igno­ruje moje pyta­nie - po pro­stu odsuwa je od sie­bie zgrab­nym ruchem; gdyby trzy­mała szczotkę, zmio­tłaby je pro­sto do śmieci.

- Ya despues te voy a espli­car.

Nie, muszę wie­dzieć, i to teraz. Robi z tego naprawdę wielką sprawę, a ja nie rozu­miem, dla­czego.

- ?Dime!

Mama wzdy­cha. Oddy­cha chyba pierw­szy raz od chwili, kiedy gli­nia­rze przy­pro­wa­dzili mnie do domu.

- Hijita, es algo muy impor­tante de lo que tengo que decir, y nunca te lo habia dicho antes, pero des­gra­cia­da­mente esta­mos en este pais, ile­ga­les.

Jeste­śmy w tym kraju... nie­le­gal­nie?

Boha­terka tele­no­weli wydaje prze­szy­wa­jący okrzyk prze­ra­że­nia. Co za iro­nia - mama wła­śnie ten moment wybrała, by ode­tchnąć, a ja nie mogę zaczerp­nąć tchu. Zbom­bar­do­wała mnie tą infor­ma­cją tak sub­tel­nie, że rów­nie dobrze mogłaby mi wło­żyć do łóżka odrą­baną koń­ską głowę.

- Co takiego?

- Asi no te lo queria decir, pero, ya, ahora sabes.

Potrzą­sam głową i ostat­kiem sił sia­dam ciężko na kana­pie.

- No se nada.

Mama siada obok mnie i zaczyna tłu­ma­czyć, że nie mamy doku­men­tów, a wszystko, co do tej pory wie­dzia­łam na temat naszej imi­gra­cji, to nie­prawda, i choć sły­szę każde słowo, nie potra­fię zro­zu­mieć sensu tego, co mówi. Na koniec matka ma dla mnie jesz­cze jedną radę.

- Mira, no le digas a nadie.

- ?Qué?

- No con­fies en nadie. Nadie puede saber. Y nada tiene que cam­biar.

Jak mogę nikomu nie mówić? I jak ona może twier­dzić, że nic się nie zmie­niło? Lata kłamstw skon­den­so­wane w kilka minut prawdy. Nie potra­fię zna­leźć w tym żad­nego sensu.

Rozdział 3

3

KŁÓT­NIA Z MAMĄ DOBIE­GŁA KOŃCA. Nie tylko dla­tego, że nie ma już nic do powie­dze­nia; przede wszyst­kim dla­tego, że matka, naj­wy­raź­niej wyczer­pana wysił­kiem, jakim było ujaw­nie­nie prawdy o całym moim życiu, posta­no­wiła ukoić nerwy swoim ulu­bio­nym zaję­ciem: wzięła się do odku­rza­nia. Maj­struje przy odku­rza­czu despe­racko, jak czło­wiek dotknięty uda­rem ciepl­nym przy kli­ma­ty­za­cji, a gło­śne wycie unie­moż­li­wia nam jaką­kol­wiek roz­mowę. Choć usta­lone zasady zabra­niają mi prze­by­wać tak późno poza domem, nie zatrzy­muje mnie, gdy pod­cho­dzę do drzwi.

Miesz­kańcy dużych miast cier­pią na nie­do­bór cichych, ustron­nych miejsc, gdzie mogliby się schro­nić, gdy potrze­bują pomy­śleć. Ja mam nasze podwó­rze.

Vitaly znowu tam sie­dzi, w tym samym miej­scu, co zwy­kle. Wie­dzia­łam, że tutaj będzie. Na mój widok na jego ustach poja­wia się zaro­zu­miały uśmie­szek.

- Nie chcę mówić "A nie mówi­łem", ale ostrze­ga­łem cię prze­cież, że ona zadzwoni po gliny.

Opa­dam na sąsied­nie krze­sło i wpa­truję się w bez­gwiezdne niebo.

- Mama chciała mnie zabić.

Czuję, że Vitaly patrzy na mnie. Kiedy na niego spo­glą­dam, ma zmarsz­czone brwi.

- Co się dzieje? - pyta.

- Twoi rodzice znowu się kłócą, nie?

To dla­tego Vitaly przy­cho­dzi tutaj. Wła­ści­wie mieszka na tym podwó­rzu. Widzę, jak jego szczęka napina się pod skórą, ale nie chwyta przy­nęty.

- Co się dzieje?

Wzdy­cham, dra­piąc się po nodze, cho­ciaż nic mnie nie swę­dzi. Jak to naj­le­piej wyra­zić? Oglą­dam swoje paznok­cie, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów. Paznok­cie są ide­al­nie czy­ste, opi­ło­wane, i drżą leciutko. Wkła­dam dłoń pod udo i patrzę na Vitaly'ego. On też mi nie pomaga, ale patrzy na mnie tak żar­li­wie, że nie potra­fię odwró­cić wzroku.

Wspo­mi­nam słowa mamy. Nie mów o tym nikomu. Nie możesz nikomu powie­rzyć tej tajem­nicy.

No cóż.

- Oka­zuje się, że jestem nie­le­galna.

Vitaly reaguje tak, jak się spo­dzie­wa­łam. Na jego twarz wypływa rumie­niec; przez chwilę zasta­na­wia się, czy dobrze usły­szał, a potem pró­buje odna­leźć w moich sło­wach jakiś sens. Czło­wiek nie może być prze­cież nie­le­galny. Po chwili jed­nak spływa na niego zro­zu­mie­nie.

Vitaly przy­je­chał do Ame­ryki jako dziecko, tak samo jak ja. Zawsze myśla­łam, że to nas łączy, ale teraz mam wra­że­nie, że otwo­rzyła się pomię­dzy nami prze­paść.

Jego matka pra­cuje jako admi­ni­stra­torka w szpi­talu trzy prze­cznice stąd. Zara­bia naprawdę nie­źle, o wiele lepiej niż moja mama, która sprząta na czarno. Vitaly wró­cił wła­śnie do domu z zagra­nicz­nej wycieczki, a ja nie lecia­łam samo­lo­tem od czasu, gdy zna­leź­li­śmy się w Nowym Jorku.

Vitaly ma oby­wa­tel­stwo, a ja nie.

Vitaly to Ame­ry­ka­nin rosyj­skiego pocho­dze­nia; o sobie myśla­łam zawsze, że jestem Ame­ry­kanką pocho­dzącą z Peru. Ale wszystko, co o sobie dotąd myśla­łam, oka­zało się kłam­stwem. W naj­lep­szym razie jestem Peru­wianką miesz­ka­jącą w Nowym Jorku.

- Nie­le­galna?

- Wła­śnie - odpo­wia­dam. - A nie mam nawet akcentu.

To miał być żart, ale żadne z nas się nie śmieje.

- Jak to?

Wzru­szam ramio­nami i stresz­czam pokrótce to, co powie­działa mi mama.

- Przy­je­cha­ły­śmy tu, kiedy mia­łam trzy lata. Legal­nie. Tylko wygląda na to, że zosta­ły­śmy, kiedy nasze wizy prze­stały być ważne. Więc wycho­dzi na to, że zosta­ły­śmy tu nie­le­gal­nie? I na­dal jeste­śmy tu nie­le­gal­nie.

Jeste­śmy nie­le­galne. To brzmi bar­dzo pro­sto, gdy mówię to gło­śno. Pro­stota tego faktu spra­wia, że nagle rozu­miem też wiele innych rze­czy. Na przy­kład, dla­czego ni­gdy nie odwie­dzamy z mamą krew­nych, któ­rzy zostali w Peru. Zawsze dotąd sądzi­łam, że to przez ceny bile­tów i przez to, że mama nie miewa wol­nych dni.

O tak wielu spra­wach nie mia­łam poję­cia.

- A ty nic nie wie­dzia­łaś? - pyta Vitaly.

Trafne pyta­nie, prawda? Czy rze­czy­wi­ście nie wie­dzia­łam? Może coś mi świ­tało. Ta tajem­ni­czość mamy; to, w jaki spo­sób ona i jej przy­ja­ciółki mówią cza­sami o pape­les. Wie­dzia­łam tylko, że jeste­śmy imi­grant­kami.

Potrzą­sam głową.

- Nie mia­łam poję­cia. Ale teraz... To wiele wyja­śnia.

Zawsze mia­łam poczu­cie, że mama i ja jeste­śmy jakieś inne. Teraz rozu­miem, skąd brało się to uczu­cie, że cho­wamy się przed świa­tem. Myśla­łam, że mama jest para­no­iczką, a teraz wiem, że miała powód, żeby się tak zacho­wy­wać. To upo­rczywe uni­ka­nie poli­cji, rzą­do­wych insty­tu­cji. To, że ni­gdy nie zna­la­zła lep­szej pracy, nie kupiła samo­chodu. Strach, że zacho­ruję i będzie musiała oddać mnie do szpi­tala. Teraz rozu­miem jasno, że nie był to strach o moje zdro­wie. Oba­wiała się, że zażą­dają od nas dowo­dów toż­sa­mo­ści, ubez­pie­cze­nia, adre­sów i wszyst­kich innych doku­men­tów.

To wyja­śnia wszystko.

Pod prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem Vitaly'ego czuję się obna­żona. Im dłu­żej sie­dzimy tutaj w mil­cze­niu, z tym więk­szym nie­po­ko­jem zasta­na­wiam się, co on myśli. Nie jeste­śmy nawet przy­ja­ciółmi; zadaję sobie pyta­nie, dla­czego w ogóle mu o tym powie­dzia­łam. Jest imi­gran­tem, jak ja, ale widzę w nim wyłącz­nie wiel­kie zdol­no­ści. Vitaly ma przed sobą całe życie - plany, uczel­nię.

Uczel­nię. Mam uczu­cie, jakby wspię­cie się na ten szcze­bel zna­la­zło się poza moim zasię­giem. Czy ja w ogóle mogę iść na uczel­nię? Czy mogę zro­bić cokol­wiek? W twa­rzy Vitaly'ego szu­kam odpo­wie­dzi na nie­za­dane pyta­nia, ale jaśnieje na niej wyłącz­nie nadzieja. Potężna i jasna jak latar­nia.

Ja tym­cza­sem tonę.

- Przy­kro mi - mówi Vitaly. Oprócz zdol­no­ści posiada też empa­tię. - Nie martw się, będzie dobrze.

- Nie, nie będzie. To nie fair.

Jest miły, współ­czuje mi, a ja cze­piam się roz­pacz­li­wie jego szcze­ro­ści jak koła ratun­ko­wego, ale po chwili znowu osu­wam się w otchłań cha­otycz­nych myśli. Nie będzie dobrze. Jestem tu nie­le­gal­nie. Ta myśl cią­gnie mnie w dół, gdy uświa­da­miam sobie, jak fatalne jest moje poło­że­nie. I o ile gor­sze może się stać.

Vitaly nawet nie wie, jak wiele pocie­sze­nia niosą mi jego kolejne słowa.

- Można to napra­wić - mówi. - Wszystko da się napra­wić.

Oddy­cham głę­boko i pró­buję mu uwie­rzyć.

Rozdział 4

4

PRZEZ CAŁĄ NOC LEŻĘ W ŁÓŻKU, ZAWIE­SZONA pomię­dzy snem i prze­ra­ża­jącą bez­sen­no­ścią. Gdy na chwilę zasy­piam, nic mi się nie śni, spa­dam w czarną otchłań jak zagu­biony ognik. Tak będzie teraz wyglą­dał mój świat. Będę odtąd iść przez życie pozba­wione celu, a marze­nia pozo­staną na zawsze poza moim zasię­giem.

Bez doku­men­tów prak­tycz­nie nie ist­nieję. Jestem tu nikim. Per­sona non grata. A jeśli jestem nikim, czym jest moje życie? Zawsze byłam osobą, która każ­dego ranka czuje pod­nie­ce­nie na myśl o moż­li­wo­ściach, które kryje w sobie kolejny dzień, ale dziś, gdy przez okno wpa­dają pierw­sze pro­mie­nie słońca, uświa­da­miam sobie, jak wiele z tych moż­li­wo­ści roz­pły­nęło się teraz, gdy wiem, kim - czym - naprawdę jestem.

Nie ma sensu prze­wra­cać się dalej po łóżku, więc gra­molę się w kie­runku toa­letki, żeby przy­go­to­wać się do wyj­ścia do szkoły. Mecha­nicz­nie wyko­nuję ruty­nowe czyn­no­ści; wkła­dam nowy cukier­kowo różowy dres marki Juicy. Kupi­łam go spe­cjal­nie na pierw­szy dzień szkoły; teraz czuję się w nim jak w tan­det­nym prze­bra­niu. Prze­cze­suję pal­cami włosy, by wyrów­nać linię prze­działka. Cie­płe, brą­zowe pasma spły­wają z moich ramion; ujarz­miam luźne kosmyki, spry­sku­jąc je lekko odżywką. Brak snu spra­wił, że moja zwy­kle świeża cera stała się matowa i posza­rzała, lecz temu zara­dzi deli­katny maki­jaż. Zwy­kle to kole­żanki z klasy pró­bują bez­sku­tecz­nie imi­to­wać odcień mojej skóry za pomocą samo­opa­la­cza Jer­gens, nie zawra­cam więc sobie głowy pod­kła­dem. Wystar­czy kilka pocią­gnięć tuszem do rzęs i błysz­czyk MAC-a. Już wyglą­dam tro­chę lepiej, pró­buję więc dodat­kowo wzmoc­nić ten efekt uśmie­chem.

Pełne usta, różowe policzki i blask w oczach - zwy­kle nie potrze­buję nic wię­cej, teraz jed­nak spo­glą­dam w lustro i mój uśmiech gaśnie.

Nie wyglą­dam jak nie­le­galna cudzo­ziemka.

No, ale jak wła­ści­wie wyglą­dają nie­le­galni cudzo­ziemcy? Ni­gdy dotąd nie zasta­na­wia­łam się zbyt­nio nad imi­gran­tami, więc jak wła­ści­wie ich sobie dotąd wyobra­ża­łam? Jako bez­dom­nych, miesz­ka­ją­cych w kar­to­no­wych pudłach? Brud­nych i spra­gnio­nych po prze­kro­cze­niu gra­nicy? Jako dostaw­ców pizzy na rowe­rach? Ludzi, któ­rzy grze­bią w śmiet­ni­kach w poszu­ki­wa­niu pla­sti­ko­wych bute­lek?

Ni­gdy dotąd nie wyobra­ża­łam sobie, że nie­le­galna cudzo­ziemka mogłaby wyglą­dać jak dziew­czyna, którą widzę w lustrze. Młoda. Popu­larna. O rewe­la­cyj­nych wło­sach.

Włą­cza się mój alarm i P!nk domaga się roz­po­czę­cia imprezy. Znowu patrzę w lustro z kolej­nym wymu­szo­nym uśmie­chem. Nie­ważne, co dzieje się w moim życiu - nie ma mowy, żebym pierw­szego dnia szkoły wyglą­dała jak zmę­czone zom­bie.

- Te ves can­sada - mówi mama, obrzu­ca­jąc mnie spoj­rze­niem znad blatu dwu­oso­bo­wego kuchen­nego sto­lika.

No cóż, ja też ci mówię buenos dias, mamo. Nale­wam sobie wiel­gachny kubas kawy z dzbanka i sia­dam. Codzien­nie rano mama zjada dwa tosty z masłem i wypija cafe con leche - jakimś cudem czer­pie z tego posiłku dość ener­gii, żeby posprzą­tać dwu­stu­me­trowe miesz­ka­nie w cen­trum Bro­oklynu.

Kie­dyś po pro­stu akcep­to­wa­łam fakt, że mama zaj­muje się sprzą­ta­niem miesz­kań, że nic lep­szego nie jest w sta­nie zna­leźć, bo nie mówi wystar­cza­jąco dobrze po angiel­sku lub bra­kuje jej czasu albo pie­nię­dzy, żeby zdo­być inne kwa­li­fi­ka­cje. Teraz jed­nak rozu­miem, w czym rzecz. Mama sprząta domy, bo to sta­bilna praca, która przy­nosi gotówkę. Ni­gdy nie pró­bo­wała zna­leźć niczego lep­szego, ponie­waż cał­kiem dosłow­nie nie może. Nawet gdyby per­fek­cyj­nie mówiła po angiel­sku, gdyby miała milion dyplo­mów, sta­tus nie­le­gal­nej imi­grantki unie­moż­liwi jej awans. I nie tylko - sta­tus decy­duje o wszyst­kim. O tym, że zawsze ma się na bacz­no­ści, nie podej­muje choćby naj­mniej­szego ryzyka, zawsze roz­ła­do­wuje sytu­ację, robi uniki, uchyla się od odpo­wie­dzi na zbyt trudne pyta­nia. W pracy mama zawsze godzi się na wszystko. Zawsze jest czujna w obec­no­ści innych, zawsze ugo­dowo uśmiech­nięta; ten uśmiech błysz­czy w jej oczach jak zasłona, za którą się ukrywa.

W domu mama potrafi mieć oso­bo­wość. Potrafi być zabawna. Uwiel­bia narze­kać na swo­ich prze­ło­żo­nych. Sądzi­łam, że to dla­tego, że jeste­śmy tak bli­sko - że tylko mnie ufa na tyle, żeby poka­zać mi swoją praw­dziwą twarz. Teraz jed­nak widzę, jak pod­stępny jest nasz nie­le­galny sta­tus - ukształ­to­wał nawet to, co jest mię­dzy nami. Ni­gdy nie była ze mną szczera. Kim byśmy były, gdy­by­śmy nie musiały się mar­twić, że wyrzucą nas z kraju?

Mama pozwo­liła, żeby sta­tus prze­jął kon­trolę nad całym jej życiem. Przy­cup­nęła na mar­gi­ne­sie spo­łe­czeń­stwa. Cicho. W ukry­ciu. Pew­nie powin­nam jej żało­wać, i sie­bie też. Ale buzuje we mnie tylko złość i gorycz.

A teraz żuje tost i nuci pod nosem, jak gdyby nic się nie stało. Przy­pusz­czam, że to dla­tego, że żyje z tą prawdą od lat, a ja znam ją dopiero od wczo­raj. Mama prze­wraca kolejne strony "Hoy", a ja spi­nam się, cze­ka­jąc, aż poru­szy temat poprzed­niego wie­czoru. Tej chwili, gdy poli­cjanci przy­pro­wa­dzili mnie do domu, a ona krzy­czała, pła­kała, po czym wyja­wiła tajem­nicę, która zmie­niła moje życie na zawsze. Ona jed­nak prze­gląda nagłówki i mówi:

- Esa Niurka Mar­cos es una trome.

Niurka Mar­cos to eta­towa gwiazda tablo­idów zza połu­dnio­wej gra­nicy; nie mam poję­cia, czy jest aktorką, pio­sen­karką, czy może pro­wa­dzi swój pro­gram tele­wi­zyjny, w każ­dym razie wiecz­nie jest uwi­kłana w jakieś skan­dale i obraża wszyst­kich na prawo i lewo. Praw­dziwa legenda.

Ja jed­nak mam swój pry­watny skan­dal, który mnie mar­twi. To nie do uwie­rze­nia, że moja matka sie­dzi sobie jak gdyby ni­gdy nic i je śnia­da­nie, jakby nie zrzu­ciła mi wczo­raj na głowę bomby ato­mo­wej.

- ?Hici­ste tu cama? - pyta.

- ?Me con­ta­ste que soy ilegál ano­che!

Ni­gdy nie krzy­czę na mamę, ale po pro­stu nie wie­rzę wła­snym uszom: pyta, czy poście­li­łam łóżko. Ostroż­nie sta­wia kubek na stole i rzuca mi spoj­rze­nie pełne nagany.

- Solo porque te ente­ra­ste que eres indo­cu­men­tada no signi­fica que la vida para. Esa noti­cia no cam­bia nada.

- Cam­bia todo - odpa­lam. Ona jed­nak potrząsa tylko głową, upie­ra­jąc się przy swoim.

- Eres la misma ni?a hoy que fuiste ayer. La vida con­ti­nua como nor­mal.

Nie mie­ści mi się w gło­wie, jak ona może mówić coś takiego - to, że się dowie­dzia­łam, że nie mamy doku­men­tów, niczego jej zda­niem nie zmie­nia, moje życie wygląda dziś tak samo jak wczo­raj. Czuję, że kręci mi się w gło­wie, i wła­śnie wtedy mama mówi coś, co osta­tecz­nie zwala mnie z nóg. Widzi chyba wypi­sany na mojej twa­rzy wielki znak zapy­ta­nia, i osta­tecz­nie prze­cho­dzi do sedna.

- Lo unico que cam­bia es que ahora saves que tie­nes que tener mas cuidado.

- W jaki spo­sób niby mam być ostroż­niej­sza?

- La polida - odpo­wiada, jakby to było abso­lut­nie oczy­wi­ste. - Ay, como me asu­sta­ste ano­che. Algo tan peque?o y nos pueden echar de aquí.

Znowu czuję, że ogar­nia mnie strach. Mar­twi­łam się tak bar­dzo wszyst­kim, czego nie będzie mi dane robić w przy­szło­ści z powodu braku prawa pobytu, że nie pomy­śla­łam o rze­czy naj­bar­dziej oczy­wi­stej: abso­lut­nie wszystko, co robię, jest prze­stęp­stwem. Nawet to, że tu sie­dzę i piję kawę. Nie zasta­no­wi­łam się, co się sta­nie, jeśli zostanę zła­pana.

- Mogą nas wyrzu­cić - mówię. Mama ma rację. Pierw­szy lep­szy dro­biazg, który postawi na mojej dro­dze poli­cję, może zakoń­czyć wszystko: kolejna skarga z powodu hała­sów, przy­pad­kowa kon­trola na sta­cji metra, przej­ście przez jezd­nię w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu. Następna kon­fron­ta­cja z poli­cją może ozna­czać, że poże­gnam się na zawsze z Nowym Jor­kiem.

Rozdział 5

5

W PEW­NYM SEN­SIE ostatni rok liceum można trak­to­wać jako zamknię­cie kolej­nego etapu. Zakoń­cze­nie szkoły. Koniec dzie­ciń­stwa. Ostat­nie imprezy pod dachem (i na dachu) rodzin­nego domu. Ale to także brama do tego, co ma się wyda­rzyć. Wszystko, co zro­bisz teraz, decy­duje o całej resz­cie two­jego życia.

Wczo­raj byłam pod­eks­cy­to­wana tą myślą. Teraz czuję jedy­nie strach. Na wszyst­kich kolej­nych lek­cjach sie­dzę niczym zom­bie. Zadaję sobie miliony pytań egzy­sten­cjal­nych, wpa­dam w stu­por, a potem znowu zadrę­czam się pyta­niami bez odpo­wie­dzi. Wciąż się zasta­na­wiam, czy osoby, które mijam na szkol­nych kory­ta­rzach, mają ure­gu­lo­wane prawo pobytu. Nie mogę chyba być jedyną, która nie ma, prawda?

Pod­czas lun­chu Sof gada bez ustanku o mojej epic­kiej impre­zie z oka­zji Dnia Nie­pod­le­gło­ści. Wszy­scy, któ­rzy sie­dzą z nami przy sto­liku, byli na niej obecni, ale histo­ria jest tak nie­sa­mo­wita, że nikt nie pro­te­stuje.

- No i tak wła­śnie wyłga­ły­śmy się przed poli­cją - mówi Sof.

- Ty się wyłga­łaś - mru­czę po nosem. Sof jed­nak mnie sły­szy. Milk­nie, gdy dociera do niej, że histo­ria ma jesz­cze jeden, nie­znany jej dotąd punkt zwrotny.

- Hej, ale puścili cię z poucze­niem, no nie? - mówi. - Nic wiel­kiego.

Pota­kuję. Nic wiel­kiego/naj­gor­szy wie­czór mojego życia.

Luce zaczyna opo­wia­dać o nie­zna­jo­mym chło­paku z fajer­wer­kami, który pró­bo­wał ją pode­rwać, Kenz prze­rywa jej i dowo­dzi, że ow­szem, pode­rwał ją, i natych­miast wybu­cha kłót­nia. Sof igno­ruje nasze przy­ja­ciółki i przy­suwa się do mnie.

- Co się dzi­siaj z tobą dzieje?

- O co ci cho­dzi?

- Zacho­wu­jesz się dziw­nie. I wyglą­dasz, jak­byś całą noc nie spała.

- Dzięki.

- Powiedz mi.

Wstrzy­muję oddech i zasta­na­wiam się gorącz­kowo, co powie­dzieć. Z jakie­goś powodu infor­ma­cja, którą tak swo­bod­nie podzie­li­łam się z Vita­lym na podwórku, więź­nie mi w gar­dle. Wczo­raj wie­czo­rem rana była wciąż świeża i nie umia­łam się powstrzy­mać. Teraz jed­nak mia­łam już dość czasu, żeby oswoić się z sytu­acją, i wszystko przy­schło. Grze­ba­nie w tym jest dla mnie zbyt bole­sne.

Przy­po­mi­nam sobie, co mówiła mama: mam nie zdra­dzać nikomu tej tajem­nicy. Ktoś mógłby się dowie­dzieć, odwró­cić się ode mnie, a potem na mnie donieść.

Ale nie cho­dzi tylko o to.

Taka rewe­la­cja sprawi, że wszy­scy zaczną mnie oce­niać. Każdy, kto się dowie, będzie na mnie odtąd patrzył ina­czej.

Czy podej­rze­wam, że Sof mogłaby mnie wydać? Nie, oczy­wi­ście, że nie. Ale jeśli ist­nieje choć jeden pro­cent praw­do­po­do­bień­stwa, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka osą­dzi mnie na tej pod­sta­wie, to nie chcę tego spraw­dzać. To by mnie znisz­czyło.

- Chyba po pro­stu się nie wyspa­łam. Nie mogłam się docze­kać pierw­szego dnia w szkole.

To małe kłam­stwo przy­cho­dzi mi z łatwo­ścią i Sof je kupuje. Patrzy na Luce i Kenz, które wciąż się kłócą, i jęczy. Dzień jesz­cze się dobrze nie zaczął, a już mamy dra­mat. Zga­dzam się z nią. Biorę swoją tacę i wstaję, tłu­ma­cząc się nie­mrawo, że zapo­mnia­łam cze­goś ze swo­jej szafki. Zatrzy­muję się dopiero w kącie sali kom­pu­te­ro­wej przed ekra­nem z otwartą wyszu­ki­warką.

Myślę o tym, co powie­dział Vitaly, jego słowa migo­czą gdzieś z tyłu mojej głowy niczym małe okru­chy nadziei. Wszystko da się napra­wić.

Zaczy­nam pisać.

Jak mogę napra­wić fakt, że jestem nie­le­galną imi­grantką?

Strona wypeł­nia się tek­stem; więk­szość porad brzmi prak­tycz­nie tak samo. Praw­nik.

Oczy­wi­ście.

Rozdział 6

6

IDĘ DO KAN­CE­LA­RII PRAW­NEJ PRO­STO PO szkole. Mie­ści się nad restau­ra­cją Pizza Hut - pomię­dzy oknami dru­giego i trze­ciego pię­tra widzę nie­bie­ski szyld, infor­mu­jący, że biuro zaj­muje się pra­wem imi­gra­cyj­nym. Zakła­dam, że mama nie pró­bo­wała dotąd drogi praw­nej. Jestem pewna, że strach przed waż­nia­kami w gar­ni­tu­rach sku­tecz­nie ją do tego znie­chę­cił. Lubię jed­nak myśleć, że jestem odro­binę odważ­niej­sza od niej.

Na lewo od piz­ze­rii wid­nieją sta­lowe drzwi, podra­pane, pory­so­wane i pokryte napi­sami graf­fiti zro­bio­nymi nie­zmy­wal­nym mar­ke­rem. Przy domo­fo­nie wid­nieją nazwy trzech firm; naci­skam guzik przy ety­kietce z napi­sem "Praw­nik". Nikt nie pyta przez domo­fon, kim jestem ani czego chcę. Sły­szę tylko brzę­czyk sygna­li­zu­jący, że drzwi zostały otwarte. Popy­cham je i wcho­dzę do środka.

Nie mam poję­cia, czego się spo­dzie­wa­łam, ale z pew­no­ścią nie małego, zagra­co­nego biura u szczytu wąskich scho­dów; w środku sie­dzi młody, pie­go­waty chło­pak, który pró­buje wła­śnie wyczy­ścić swój zalany kawą kra­wat. Wygląda naprawdę bar­dzo młodo. Nie­wy­klu­czone, że to pierw­szy kra­wat w jego życiu, i pro­szę, już udało mu się go znisz­czyć. Kiedy widzi mnie w drzwiach, daje spo­kój kra­watowi.

- Eeee... Mam umó­wione spo­tka­nie. Jimena Ramos.

Oglą­dam się do tyłu, żeby spraw­dzić, czy nie minę­łam przy­pad­kiem pokoju sekre­tarki, ale nie - jest tylko to biuro; na drzwiach wisi kartka z napi­sem "Mec. Tom Yang". Na biurku leży pla­kietka z tym samym napi­sem.

- Aha - mówi pan Yang. - Spo­dzie­wa­łem się Azjatki.

Widząc moje zdzi­wione spoj­rze­nie dodaje:

- Więk­szość osób, które do mnie przy­cho­dzą, to Azjaci.

Z jakie­goś powodu ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, że mogą ist­nieć rów­nież Azjaci bez pozwo­le­nia na pobyt. Teraz jed­nak uświa­da­miam sobie, że to głu­pie. Nowy Jork jest nie­wąt­pli­wie pełen ludzi z całego świata, któ­rzy nie mają papie­rów.

- Powi­nie­nem naprawdę powstrzy­mać się od spe­ku­la­cji na temat two­jej naro­do­wo­ści czy rasy.

- Jestem typową Peru­wianką.

Twarz pana Yanga roz­ja­śnia się.

- Super, byłaś kie­dyś na Machu Pic­chu?

Zaprze­czam, na co pan Yang kiwa głową.

- No jasne, że nie. Skoro tu jesteś, to pew­nie ni­gdy nie byłaś tam, zga­dza się? A może się mylę. Naprawdę powi­nie­nem wię­cej słu­chać, a mniej mówić.

Oddy­cha głę­boko i wska­zuje mi krze­sło po prze­ciw­nej stro­nie biurka.

- Usiądź, pro­szę.

- Po pierw­sze, chcia­ła­bym się upew­nić, że to tylko porada - mówię. - Na pań­skiej stro­nie inter­ne­to­wej jest infor­ma­cja, że udziela pan porad bez­płat­nie.

Pan Yang wygląda tro­chę jakby żało­wał tej decy­zji, ale mimo to kiwa głową.

- Tak, porady są bez­płatne. A więc, co mogę dla cie­bie zro­bić?

- No więc... - zaczy­nam i zasta­na­wiam się, jak to naj­le­piej ująć. - Jestem... wygląda na to, że jestem tu nie­le­gal­nie.

W duchu tłu­ma­czę sobie, że praw­nik jest jak lekarz, który widział już nie takie przy­padki jak mój. Nie może mnie oce­niać, a co waż­niej­sze, nie może mnie wsy­pać. Przy­naj­mniej mam taką nadzieję. Pan Yang zachęca mnie gestem, żebym mówiła dalej, więc opo­wia­dam mu, w jaki spo­sób tra­fi­łam do kraju, od jak dawna tu jestem, i że wła­śnie dowie­dzia­łam się o tym wszyst­kim. Wresz­cie mówię:

- Chcia­ła­bym prze­stać być... nie­le­galna. Czy może mi pan pomóc?

Na jego twa­rzy poja­wia się napię­cie i wiem, że za chwilę mi odmówi, więc szybko odzy­wam się pierw­sza, zanim zdąży to zro­bić.

- Mogę zapła­cić. Cza­sami opie­kuję się dziećmi, mam oszczęd­no­ści. Zresztą w tym roku i tak mia­łam zamiar iść do praw­dzi­wej pracy. To zna­czy, odkła­da­łam to do tej pory, bo kto chciałby pra­co­wać i jed­no­cze­śnie się uczyć, prawda? Ale teraz nie wiem nawet, czy mogę szu­kać pracy ze względu na moją sytu­ację. Jestem pewna, że mogli­by­śmy usta­lić raty. Rosnące...

Macha rękami, prze­ry­wa­jąc mi w pół zda­nia.

- Nie to jest pro­ble­mem - mówi wresz­cie. - Dzie­ciaki w two­jej sytu­acji... no cóż, znaj­du­jesz się jakby w śle­pej uliczce.

Pochy­lam się do niego i słu­cham pil­nie, jak­bym miała przed sobą trudny egza­min i liczyła, że pan Yang pod­po­wie mi, jak go przejść.

- Pro­ce­dura uzy­ska­nia oby­wa­tel­stwa trwa wiele lat, czę­sto nawet kil­ka­dzie­siąt - mówi.

- Będę cze­kać - odpo­wia­dam. - Nie mam nic prze­ciwko temu. Pro­szę tylko powie­dzieć mi, co mam zro­bić, i będę cze­kać tyle, ile trzeba.

Pan Yang przy­gryza dolną wargę i patrzy na mnie jak na kolejną plamę na swoim kra­wa­cie.

- W tym wła­śnie pro­blem, Jimeno. Osoby takie jak ty nie mają na co cze­kać.

Ostroż­nie waży słowa, lecz ich treść i tak ude­rza mnie jak obu­chem. Opa­dam na krze­sło i czuję, jak krew odpływa mi z mózgu.

- Co pan chce przez to powie­dzieć?

- Chcę powie­dzieć, że nie ist­nieje dla cie­bie ścieżka uzy­ska­nia oby­wa­tel­stwa. Jeśli naprawdę chcesz je uzy­skać, będziesz musiała wyje­chać z kraju i zło­żyć wnio­sek dopiero, kiedy znaj­dziesz się w domu.

Potrzą­sam głową ze zdu­mie­niem.

- Moim domem jest Nowy Jork.

Kąciki ust pana Yanga opa­dają.

- W Peru.

Daje mi chwilę na przy­swo­je­nie tych słów. Kiedy wyjeż­dża­łam z Peru, byłam tak mała, że pra­wie nic nie pamię­tam z tam­tego czasu. Mam jakieś prze­bły­ski domu babci, w któ­rym miesz­ka­li­śmy. Nie­bie­ska kuch­nia, kostki cukru wykra­dane z cukier­nicy na środku kuchen­nego stołu.

To wszystko. To jest moje Peru.

- Więc mówi pan, że dzieci, które zostały tu przy­wie­zione, kiedy były bar­dzo małe, nie mogą nic zro­bić? Nie mogą dostać oby­wa­tel­stwa. Grzę­zną pomię­dzy świa­tami.

Mówię w trze­ciej oso­bie, jakby cho­dziło mi o kogoś innego, ale powin­nam mówić "my". To ja. A pan Yang może jedy­nie ski­nąć głową ze współ­czu­ciem.

- W takim razie pojadę do Peru i złożę wnio­sek o oby­wa­tel­stwo. - Prze­ły­kam ślinę, żeby zwal­czyć suchość w ustach. - Jak długo to potrwa, zanim będę mogła wró­cić do domu?

- No cóż, to zależy przede wszyst­kim od tego, w jaki spo­sób się tutaj zna­la­złaś. Przy­pusz­czam, że około dzie­się­ciu lat... ale jeśli dobrze rozu­miem, zosta­li­ście tutaj, kiedy wasze wizy stra­ciły waż­ność, a to nieco zwięk­sza twoje szanse. Musisz jed­nak zro­zu­mieć, że nie ma gwa­ran­cji, że w ogóle dosta­niesz pozwo­le­nie na powrót, zwłasz­cza że obciąża cię fakt nie­le­gal­nego pobytu.

Mówi długo, nie prze­staje mówić, ale ja sły­szę przede wszyst­kim słowa "dzie­sięć lat". Gdy­bym wyje­chała z Ame­ryki teraz, żeby wró­cić legal­nie, wró­ci­ła­bym do domu w wieku dwu­dzie­stu sied­miu lat. Była­bym doro­sła. Pod­sta­rzała. Ta dekada od dwu­dziestki wzwyż miała być naj­lep­szym okre­sem mojego życia. Mia­łam zamiar się bawić, popeł­niać błędy i uczyć się na nich, pró­bo­wać wszyst­kiego, poznać sie­bie, dowie­dzieć się, kim chcę zostać. Nie mogę spę­dzić tego cen­nego czasu w kraju, w któ­rym nawet nie umia­ła­bym się poro­zu­mieć.

- Nie wiem kom­plet­nie nic o Peru - mówię.

- Aha.

- Nie mogę tam wró­cić. Moje życie jest tutaj - mówię rze­czowo. - Moja mama jest tutaj.

Pan Yang także jest bar­dzo rze­czowy.

- Aha - powta­rza.

To bez­u­ży­teczne słowo. Nic nie zna­czy, nie ma w nim żad­nej odpo­wie­dzi. Muszę powstrzy­mać się z całej siły, żeby nie się­gnąć ponad zagra­co­nym biur­kiem, nie chwy­cić go za popla­miony kra­wat i nie potrzą­snąć nim. Aha, co? Musi być jakieś wyj­ście!

- Słu­chaj, sprawa nie jest bez­na­dziejna - mówi dalej pan Yang. - Możesz pocze­kać. Człon­ko­wie Kon­gresu zapro­po­no­wali wpro­wa­dze­nie ustawy DREAM; sły­sza­łem, że to może przejść.

- Ustawa DREAM?

- Byłby to spo­sób, żeby otrzy­mać sta­tus, który ochro­niłby cię przed depor­ta­cją.

Depor­ta­cja. To słowo wgryza się w mój mózg, wywo­łu­jąc natych­miast falę stra­chu. Znowu stoję w kuchni razem z mamą, dowia­duję się, że nie mam prawa pobytu i patrzę, jak moja przy­szłość znika jak sen. Powin­nam mar­twić się, że wła­śnie zaczy­nam ostat­nią klasę liceum, a zamiast tego boję się, że mnie depor­tują. Ogar­nia mnie panika.

- Chwi­leczkę - mówię - to chyba nie­po­ro­zu­mie­nie... przy­jazd tutaj to nie była moja decy­zja.

Pan Yang kiwa głową, jakby uwa­żał, że to ja cze­goś nie rozu­miem.

- Ja prze­cież... no, nie wyra­zi­łam zgody na prze­stęp­stwo... to nie moja wina.

- Wiem - odpo­wiada pan Yang.

Jest miły i opa­no­wany, to jed­nak spra­wia tylko, że panika w moim mózgu roz­pło­mie­nia się jaskra­wym bla­skiem.

- Ale nie zgłosi pan tego, prawda? - Co za idiotka ze mnie, mówić o tym tak otwar­cie. - Nie ma pan obo­wiązku skon­tak­to­wać się z wła­dzami?

Pan Yang wyrzuca ręce w górę tak gwał­tow­nie, że omal nie zrzuca jed­nej ze stert doku­men­tów, zawa­la­ją­cych biurko.

- Nie, Boże, nie. Ale posłu­chaj: ustawa DREAM. Jeśli się uda, to po kolej­nych wybo­rach, za rok albo dwa, wszystko może pójść w dobrym kie­runku.

Za rok albo dwa. A więc nie mogę na razie nawet zło­żyć żad­nego wnio­sku.

Myśla­łam, że życie prze­leci mi przed oczami dopiero na chwilę przed śmier­cią, a jed­nak dzieje się to teraz, w biu­rze świeżo upie­czo­nego praw­nika nad restau­ra­cją Pizza Hut. Pró­buję sku­pić się na czymś, co pozwoli mi utrzy­mać się na krze­śle. Mój wzrok ląduje na pla­mie po kawie na kra­wa­cie pana Yanga. Nie ma szans, żeby plama zeszła. Ten kra­wat nadaje się do wyrzu­ce­nia.

- A więc to wszystko? - mówię wresz­cie. - Moją jedyną nadzieją jest ustawa, która jesz­cze nawet nie została przy­jęta przez rząd, który mnie tu nie chce?

Pan Yang kiwa smutno głową, nagle jed­nak par­ska krót­kim śmiesz­kiem.

- No, zawsze możesz jesz­cze wyjść za mąż za oby­wa­tela USA.

Jego śmiech roz­brzmiewa w pogrą­żo­nym w ciszy pokoju. Wszystko nagle się zatrzy­mało, także myśli galo­pu­jące dotąd w mojej gło­wie. Pan Yang może mnie­mać, że powie­dział dobry żart, ale dla mnie to nowa furtka. Potrze­buję, żeby to powtó­rzył, jak man­trę. Jak prze­pis prawa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki