Powiedz, że mnie kochasz - Willow Rose

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

So­bota, 28 wrze­śnia

22:45:07

Dys­po­zy­tor: Cen­trum po­wia­da­mia­nia ra­tun­ko­wego, w czym mogę po­móc? Halo?

Al­ly­son: Halo, chcę roz­ma­wiać z po­li­cją.

Dys­po­zy­tor: Co się stało? Jak się na­zy­wasz?

Al­ly­son: Mam na imię Al­ly­son. Zo­sta­łam po­rwana.

Dys­po­zy­tor: Ile masz lat, Al­ly­son?

Al­ly­son: Pięt­na­ście. Pro­szę się po­spie­szyć. Nie wiem, gdzie je­stem.

Dys­po­zy­tor: Co to zna­czy, że nie wiesz, gdzie je­steś? Nie znasz na­zwy miej­sco­wo­ści?

Al­ly­son: To chyba na­dal wy­spa, ale nie je­stem pewna. Było ciemno... Nie wiem, gdzie do­kład­nie je­stem.

Dys­po­zy­tor: Wi­dzisz co­kol­wiek, ja­kieś punkty orien­ta­cyjne, które po­mo­głyby nam cię zlo­ka­li­zo­wać?

Al­ly­son: N-nie, nie wy­daje mi się. Tu jest ciemno.

Dys­po­zy­tor: Ktoś jest z tobą? Je­steś sama?

Al­ly­son: Tak. Te­raz je­stem w po­koju sama.

Dys­po­zy­tor: To dom czy miesz­ka­nie?

Al­ly­son: Dom. Sie­dzę w gar­de­ro­bie na pię­trze. On cho­dzi na dole. Sły­szę go. Nie­długo wróci na górę. We­zwij­cie do mnie po­li­cję. Szybko, pro­szę.

Dys­po­zy­tor: Okej, okej. Pro­blem po­lega na tym, że twój te­le­fon nie po­ka­zuje two­jej lo­ka­li­za­cji. To ko­mórka?

Al­ly­son: Tak. Zna­le­ziona. Pew­nie jego.

Dys­po­zy­tor: To ten męż­czy­zna cię po­rwał?

Al­ly­son: Tak... Po­ja­wił się... Idzie... Przy­jedź­cie szybko, pro­szę!

Dys­po­zy­tor: Zro­bił ci krzywdę?

Al­ly­son: Tak, po­bił mnie!

Dys­po­zy­tor: Je­steś ranna? Krwa­wisz?

Al­ly­son: Tak, krwa­wię. Pro­szę, przy­ślij­cie po­li­cję!

Dys­po­zy­tor: Zro­bił­bym to, gdy­bym wie­dział do­kąd. Czy mo­żesz mi ja­koś po­móc? Czy wi­dzisz ja­ka­kol­wiek wska­zówkę? Może za oknem wi­dać ta­blicę z na­zwą ulicy?

Al­ly­son: Ża­lu­zje są za­mknięte. Nie mogę wyj­rzeć na ze­wnątrz. Pro­szę, pro­szę, niech tu ktoś przy­je­dzie.

Dys­po­zy­tor: Może gdzieś leży ja­kaś poczta z ad­re­sem?

Al­ly­son: Nie. Pro­szę. Sły­szę go. Idzie po mnie. Boję się. Nie mogę stąd wyjść. Bła­gam!!!

Dys­po­zy­tor: Ro­bię, co mogę. Na­prawdę. Czy mo­żesz ja­koś wy­do­stać się z domu?

Al­ly­son: Nie. Za­mknął drzwi, a w oknach są ża­lu­zje.

Dys­po­zy­tor: Czy jest uzbro­jony?

Al­ly­son: Po­trak­to­wał mnie pa­ra­li­za­to­rem. Miał na twa­rzy ko­mi­niarkę.

Dys­po­zy­tor: Ale nie miał broni?

Al­ly­son: N-nie wiem. Ale coś pa­mię­tam. Wi­dzia­łam stru­mień. Prze­je­cha­li­śmy nad stru­mie­niem, za­nim za­wią­zał mi oczy. Ma nie­bie­ski sa­mo­chód. Tak! Przy­wiózł mnie tu­taj nie­bie­skim sa­mo­cho­dem.

Dys­po­zy­tor: Okej, nie­źle. A te­raz po­sta­raj się ro­zej­rzeć, za­sta­nów się, czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, gdzie je­steś, po­szu­kaj cze­goś, co zdra­dzi ci ad­res.

(Długa ci­sza. Krzą­ta­nina. Al­ly­son się skrada, sły­chać ciężki od­dech).

Al­ly­son: Wy­szłam z gar­de­roby i zna­la­złam coś w szu­fla­dzie. Wi­zy­tówkę. Jest na niej ad­res.

Dys­po­zy­tor: Do­sko­nale. Po­daj mi ad­res, a ja wy­ślę po cie­bie pa­trol. Znaj­dziemy cię, Al­ly­son, po­sta­raj się uspo­koić, do­brze? Znaj­dziemy cię, za­nim on wróci po cie­bie na górę. Tylko po­daj mi ten ad­res.

Al­ly­son: Bre­akers Drive d-dwa­dzie­ścia trzy.

Dys­po­zy­tor: Ba­kers Drive? Al­ly­son? To było Ba­kers Drive?

Al­ly­son: (krzy­czy)

Dys­po­zy­tor: Po­sta­raj się za­cho­wać spo­kój. Do­sko­nale so­bie ra­dzisz, Al­ly­son. Łą­czę się z po­li­cją. Już po cie­bie jadą. Po­zo­stań na li­nii. Halo? Halo? Al­ly­son, je­steś tam? Halo?

Roz­dział 8

Wcze­śniej

- Nie ro­zu­miem. Co ja tu ro­bię?

Mar­lene spoj­rzała na dwóch przed­sta­wi­cieli służb po­rząd­ko­wych, któ­rzy sie­dzieli na­prze­ciwko niej. Przy­szli do niej rano i po­pro­sili, by po­je­chała z nimi. Mieli od­znaki, ale nie wie­działa, czy są z po­li­cji, bo byli ubrani po cy­wil­nemu. Przed­sta­wili się jako śled­czy, czym nie­mal przy­pra­wili ją o atak serca. Nie po­wie­dzieli, dla­czego za­bie­rają ją na po­ste­ru­nek ani na­wet co się dzieje, choć po dro­dze do­py­ty­wała wie­lo­krot­nie.

- O co cho­dzi? - za­py­tała po­now­nie. Miała wra­że­nie, że za­cięła się ni­czym zdarta płyta. - Czy coś się stało?

Ten po pra­wej po­chy­lił się w jej stronę i od­chrząk­nął. Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, czy on przed­sta­wił się jako Ri­vers, czy może jego ko­lega. Była nie­mal pewna, że je­den to Ri­vers, a drugi Walt­man.

Po­krę­ciła głową. Nie miało to zna­cze­nia. Chciała już tylko wy­do­stać się stąd jak naj­szyb­ciej i wró­cić do swo­jej kuchni. Miała upiec kur­czaka na ko­la­cję, zo­sta­wiła go na bla­cie, kiedy po nią przy­szli. Bała się, że pies się do niego do­rwie i nie bę­dzie miała co po­dać dziś wie­czo­rem.

- Cho­dzi o pani syna - po­wie­dział ten nie­mal na pewno Ri­vers. Miał ko­zią bródkę, którą cały czas po­cie­rał.

Mar­lene wbiła w niego zdu­mione spoj­rze­nie. Jej serce za­częło moc­niej bić na wzmiankę o chłopcu.

- O mo­jego syna? Jest w szkole? Prze­skro­bał coś? Wpa­ko­wał się w ja­kieś kło­poty? Coś mu się stało?

- Musi się pani uspo­koić - od­parł Walt­man i wy­cią­gnął do niej rękę, jakby to miało jej po­móc opa­no­wać wzbu­rze­nie. - Pro­wa­dzimy śledz­two. Pani sy­nowi nic nie grozi. Już jest bez­pieczny.

- Co to zna­czy, że już jest bez­pieczny? Oczy­wi­ście, że jest. Mój syn jest za­wsze bez­pieczny.

- To zna­czy, że tra­fił pod opiekę służb spo­łecz­nych, gdzie po­zo­sta­nie do za­koń­cze­nia na­szego śledz­twa.

Mar­lene zmarsz­czyła czoło. O czym oni mó­wią, na li­tość bo­ską? To musi być po­myłka. To wszystko. Jej przy­jazd tu­taj, to, co te­raz mó­wią.

- Śledz­twa? Ale... dla­czego mój syn jest pod opieką służb? Nie ro­zu­miem - burk­nęła z fru­stra­cją. Zmar­nuje cały dzień na to, na sie­dze­nie tu­taj, a prze­cież oni za­raz so­bie uświa­do­mią, że to po­myłka. Że nie cho­dzi o nią, że cho­dzi o inne dziecko. Czy coś w tym ro­dzaju. - Czy ktoś może mi wy­ja­śnić, co się tu dzieje? Co to za śledz­two?

Ri­vers znów od­chrząk­nął i upił łyk kawy z kubka. Upły­nęła cała wiecz­ność, za­nim go od­sta­wił, Mar­lene miała ochotę na niego wrza­snąć.

- Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie pani męża - oświad­czył w końcu. - Mamy po­wody uwa­żać, że znęca się nad wa­szym sy­nem.

Roz­dział 9

- Mamo, Chri­stine i Alex w ogóle nie po­ma­gają mi przy kró­li­kach. Sama wszystko ro­bię.

Trzy­ma­łam słu­chawkę bli­sko ucha i słu­cha­łam mo­jej córki Oli­vii. Była naj­star­sza z trojga ro­dzeń­stwa, miała pięt­na­ście lat. Chri­stine miała trzy­na­ście, a Alex sie­dem.

- To zna­czy? - za­py­ta­łam. Te­mat nie bu­dził we mnie szcze­gól­nego za­in­te­re­so­wa­nia, ale cie­szy­łam się, że sły­szę głos córki. Chad za­de­kla­ro­wał, że mogą mieć kró­liki, mnie nie za­py­tano o zda­nie, pew­nie dla­tego, że wszy­scy wie­dzieli, co bym od­po­wie­działa. Wie­dzia­łam, że będą z tym pro­blemy, i mia­łam ra­cję. Dzie­ciaki bez­u­stan­nie kłó­ciły się o to, kto co po­wi­nien przy nich ro­bić.

- Sprzą­ta­łam klatkę trzy dni temu i znów trzeba po­sprzą­tać. Kar­mię je rano, daję im wodę, a Chri­stine i Alex ni­gdy tego nie ro­bią. Dla­czego to znowu ja mam sprzą­tać klatkę?

Sie­dzia­łam w po­cze­kalni, w ci­chym ką­cie, gdzie nikt nie mógł mnie usły­szeć, ro­bi­łam so­bie prze­rwę od tego, co się działo w szpi­tal­nej sali. Dzieci zo­stały z oj­cem na czas mo­jego wy­jazdu.

- A jak się czuje ten chło­pak? - za­py­tała Oli­via. - Twój brat? Mój... wu­jek? Kur­czę, dziw­nie to brzmi.

- Zwłasz­cza że jest w twoim wieku. - Po­krę­ci­łam głową. - Tak szcze­rze to nie wiem. Le­ka­rze nie­wiele mó­wią.

Oli­via mil­czała przez chwilę.

- A... na­prawdę wziął ka­ra­bin do szkoły i za­czął strze­lać?

- Mhm.

- Kto robi ta­kie rze­czy?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami z wes­tchnie­niem. Mnie rów­nież drę­czyła ta myśl. Ja­kim czło­wie­kiem był mój brat?

- Za­pewne ktoś chory psy­chicz­nie.

- On... jest chory?

- Nie wiem, je­śli mam być szczera. Chyba nie ma dia­gnozy. Nie je­stem pewna, czy w ogóle pró­bo­wano ja­kąś po­sta­wić.

- A były ja­kieś ob­jawy? No wiesz... Za­nim to zro­bił?

- To zna­czy?

- No wiesz... Sły­szy się różne hi­sto­rie o spraw­cach... że roz­ma­wiali w sieci o tym, co za­mie­rzają zro­bić, że pi­sali o tym w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych.

Wzię­łam głę­boki od­dech.

- Nie... nie roz­ma­wia­łam jesz­cze o tym z jego tatą.

- Może po­win­naś - pod­su­nęła mi, jakby była to naj­ła­twiej­sza rzecz pod słoń­cem. Nie roz­ma­wia­łam z oj­cem od trzy­dzie­stu sze­ściu lat, z tru­dem zno­si­łam jego wi­dok, jego obec­ność w tym sa­mym po­miesz­cze­niu. Dla­czego więc po pro­stu z nim nie po­roz­ma­wiam o bra­cie, o któ­rego ist­nie­niu do tej pory nie wie­dzia­łam?

- To nie ta­kie ła­twe, skar­bie.

- Dla­czego?

Wzię­łam ko­lejny głę­boki od­dech.

- To skom­pli­ko­wane. Wiesz co, uca­łuj ode mnie brata i sio­strę, do­brze? Mu­szę wra­cać.

- Pa, mamo.

Roz­łą­czy­ły­śmy się, a ja spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz. Wy­szu­ka­łam nu­mer Matta i już mia­łam do niego za­dzwo­nić, kiedy do po­cze­kalni we­szła Syd­ney, na jej twa­rzy ma­lo­wał się nie­po­kój.

- Coś się stało - po­wie­działa. - Chodźmy.

Roz­dział 10

Męż­czy­zna w nie­bie­skim sa­mo­cho­dzie pod­je­chał pod sklep mo­no­po­lowy i zga­sił sil­nik. Po­pa­trzył w lu­sterko na bli­znę w kształ­cie ali­ga­tora na swoim po­liczku i wes­tchnął głę­boko. Wy­siadł z sa­mo­chodu, obej­rzał się przez ra­mię, aby się upew­nić, że nikt go nie wi­dzi, po czym wszedł do środka.

Kie­row­nik sklepu, który stał za ladą, na­wet nie pod­niósł wzroku znad te­le­fonu. Sklep był pra­wie pu­sty, tylko ja­kiś star­szy fa­cet stał przed półką z pi­wem, miał na gło­wie czapkę, koł­nierz kurtki za­kry­wał mu pół twa­rzy.

Męż­czy­zna się­gnął po bu­telkę wódki i wes­tchnął na myśl, że po­wi­nien to rzu­cić, że ta bu­telka na pewno bę­dzie ostat­nia. Za­pła­cił i wziął pa­pie­rową torbę, po czym ob­ró­cił się i wpadł na fa­ceta w brą­zo­wej kurtce, który stał tuż za nim, a ten aż wy­pu­ścił te­le­fon.

Co za idiota. Nie za­słu­guje na to, by żyć.

- Prze­pra­szam, po­mogę panu - po­wie­dział męż­czy­zna z bli­zną. Pod­niósł te­le­fon i po­dał go fa­ce­towi z sze­ścio­pa­kiem w dłoni, który uśmiech­nął się pod dasz­kiem czapki.

- Dzię­kuję. To bar­dzo miłe z pana strony.

- Nie ma sprawy.

Dla cie­bie to tylko przed­miot, śro­dek do osią­gnię­cia celu. Za­bij go i od­bierz na­grodę.

Męż­czy­zna z bli­zną uśmiech­nął się i prze­su­nął, by fa­cet w czapce mógł za­pła­cić za piwo. Męż­czy­zna z bli­zną wy­szedł na ze­wnątrz, za­pa­lił pa­pie­rosa, a chwilę póź­niej ze sklepu wy­szedł ten drugi z pi­wem w pa­pie­ro­wej tor­bie. Za­częło pa­dać.

- Chyba to prze­cze­kam - rzu­cił męż­czy­zna z bli­zną. Spo­mię­dzy jego warg uniósł się dym. Za­trzy­mał wzrok na nie­zna­jo­mym, otwo­rzył bu­telkę wódki ukrytą w pa­pie­ro­wej tor­bie i po­cią­gnął łyk, kiedy nad ich gło­wami trza­snął pio­run. - Prze­moknę przez te parę kro­ków do sa­mo­chodu.

- W su­mie ra­cja - od­parł fa­cet w czapce. Spoj­rzał na pa­pie­rosy. - Mogę jed­nego?

- Pew­nie. - Męż­czy­zna z bli­zną po­czę­sto­wał nie­zna­jo­mego i pod­su­nął mu swoją za­pal­niczkę. Fa­cet w czapce wy­pu­ścił dym z wes­tchnie­niem ulgi.

- Za długa prze­rwa, co?

To tylko ele­ment ukła­danki. Śro­dek do celu. Za­bi­jasz z jed­nego tylko po­wodu.

- Można tak po­wie­dzieć.

- Znam to uczu­cie... Sam od lat pró­buję rzu­cić. To też. - Męż­czy­zna z bli­zną uniósł pa­pie­rową torbę do ust.

Męż­czy­zna w czapce po­ki­wał głową.

Żeby zdo­być sławę.

- Tak w ogóle to Jeff je­stem. - Męż­czy­zna z bli­zną wy­cią­gnął dłoń.

- E.T. - od­parł ten drugi z pa­pie­ro­sem w ustach. Przy­mknął po­wieki, żeby dym nie le­ciał mu do oczu.

- E.T., tak? Nie­ty­powo.

Uści­snęli so­bie dło­nie. Dwaj męż­czyźni prze­cze­ku­jący deszcz. Dwaj męż­czyźni, któ­rzy spo­tkali się przy­pad­kiem. Wszystko to by­łoby cał­kiem zwy­czajne, nudne wręcz, gdyby nie fakt, że je­den z nich był mor­dercą, który już za­czął fil­mo­wać swoją przy­szłą ofiarę ko­mórką.

Roz­dział 11

- Za­biję go!

Wy­bie­głam z po­cze­kalni, kiedy usły­sza­łam krzyki. Przed salą mo­jego brata zo­ba­czy­łam męż­czy­znę po czter­dzie­stce, czer­wo­nego na twa­rzy. Trzy­mał go za­stępca sze­ryfa Co­rel, przy­dzie­lony do ochra­nia­nia po­koju Adama. Da­vid stał przy drzwiach, miał prze­ra­żoną minę.

- Co się tu dzieje? - za­py­ta­łam, pod­cho­dząc do Da­vida. - Kto to jest?

Noz­drza Da­vida drżały, spoj­rzał na mnie ze stra­chem. W jego oczach bły­snęły łzy, z tru­dem wy­do­był z sie­bie głos.

- To oj­ciec Al­ly­son - wy­krztu­sił w końcu.

- A... kim jest Al­ly­son?

Pa­trząc na mnie, Da­vid po­krę­cił głową. Oj­ciec Al­ly­son przez cały ten czas krzy­czał i ję­czał. Za­stępca sze­ryfa Co­rel tłu­ma­czył mu coś z na­ci­skiem.

- Mu­sisz się uspo­koić, Ry­anie, w prze­ciw­nym ra­zie będę mu­siał za­wieźć cię na po­ste­ru­nek. Sły­szysz mnie? Mu­sisz się uspo­koić.

Ryan po­ki­wał głową i prze­stał się wy­ry­wać. Za­stępca sze­ryfa go pu­ścił. Ryan spoj­rzał na Da­vida, wargi mu drżały.

- Za­bił ją, ty by­dlaku, twój syn za­bił moją córkę!

- T-to... - wy­ją­kał Da­vid, przy­ci­ska­jąc dłoń do mostka. Oj­ciec Al­ly­son się­gnął po te­le­fon, na któ­rym wy­świe­tlał się ja­kiś fil­mik.

- Sam zo­bacz. Rano tra­fiło do in­ter­netu. Wy­cią­gnęli ją ze śmiet­nika. Twój syn ją za­bił i wy­rzu­cił jak śmieć! Śmieć! Moja có­reczka, moja ko­chana Al­ly­son!

- Zo­stała za­mor­do­wana w szkole? - za­py­ta­łam z kon­ster­na­cją, pa­trząc to na jed­nego, to na dru­giego.

Da­vid po­krę­cił głową.

- Nie było jej tam­tego dnia w szkole. Za­gi­nęła... dwa dni wcze­śniej, nikt nie wie­dział, gdzie jest. Mo­dli­li­śmy się, żeby wró­ciła żywa...

- Och, da­ruj so­bie - wtrą­cił Ryan. - Nie chcemy wa­szych mo­dlitw. Chcemy spra­wie­dli­wo­ści dla na­szej córki.

- Spra­wie­dliwy wy­rok za­pad­nie w są­dzie, kiedy... - za­czął za­stępca sze­ryfa Co­rel, ale Ryan prze­rwał mu z gło­śnym ry­kiem.

- To ma być spra­wie­dli­wość? Do­sta­nie parę lat, a ja i moja żona do­sta­niemy... gówno, bo nic nie zwróci nam córki. Wiesz, gdzie wła­śnie by­li­śmy z żoną, wiesz?

Da­vid po­krę­cił głową.

- W kost­nicy. Żeby zi­den­ty­fi­ko­wać dziecko. Wy­obra­żasz so­bie? Czy po­tra­fisz to so­bie wy­obra­zić? Świa­do­mość, że to twój syn... twój za­srany syn jej to zro­bił.

Da­vid spu­ścił głowę.

- Nie ro­zu­miem - szep­nął i zer­k­nął na Adama, który wy­glą­dał, jakby spo­koj­nie spał. - Ko­chał ją. Ko­chali się.

- Ko­chał? - syk­nął Ryan, a za­stępca sze­ryfa Co­rel znów mu­siał go chwy­cić. - To na­zy­wasz mi­ło­ścią? Twój sy­na­lek w dziwny spo­sób oka­zuje mi­łość. Za­pa­mię­taj moje słowa, Da­vi­dzie. Za­biję two­jego syna, je­śli tylko nada­rzy się oka­zja. Sły­szysz? Za­biję go z zimną krwią za to, co zro­bił mo­jej có­reczce, i z ra­do­ścią pójdę po­tem za to do wię­zie­nia. Z ra­do­ścią!

Roz­dział 12

Ze szpi­tala wra­ca­li­śmy w cał­ko­wi­tej ci­szy. Syd­ney sie­działa obok mnie, a Da­vid z tyłu, że­bym nie mu­siała na niego pa­trzeć. Już od sa­mej jego obec­no­ści w sa­mo­cho­dzie cier­pła mi skóra. Tak dużo chcia­łam mu po­wie­dzieć, tak wiele mu­sia­łam mu po­wie­dzieć, ale bra­ko­wało mi słów. To nie była wła­ściwa pora ani miej­sce. Los po­wa­lił go na ło­patki - i do­brze, to mi było po­trzebne - ale nie za­mie­rza­łam ko­pać le­żą­cego.

Za­par­ko­wa­łam przed do­mem babci i zga­si­łam sil­nik. Da­vid wy­siadł pierw­szy, my za nim. Kiedy we­szli­śmy na drew­nianą we­randę w stylu wik­to­riań­skim, usiadł na huś­tawce i ukrył twarz w dło­niach. Sta­ły­śmy nad nim z Syd­ney, nie wie­dząc, co ro­bić.

- Nie mogę w to uwie­rzyć - po­wie­dział. - Nie wie­rzę, że zro­bił to wszystko. Mój syn, mój Adam... nie­moż­liwe.

Szybko zro­biło się nie­zręcz­nie. Zer­ka­ły­śmy z Syd­ney to na sie­bie, to na ojca, który za­no­sił się szlo­chem. Żadna z nas nie miała ochoty go po­cie­szać. Czu­łam, jak wzbiera we mnie gniew, kiedy za­sta­na­wia­łam się, dla­czego nade mną ni­gdy tak nie pła­kał. Roz­pa­czał z po­wodu syna, który praw­do­po­dob­nie był mor­dercą, a nade mną nie uro­nił ani jed­nej łzy?

Sa­mo­lubne my­śle­nie, ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać. W kółko się za­sta­na­wia­łam, dla­czego Adam jest taki wy­jąt­kowy, że jego tata chce pa­trzeć, jak do­ra­sta, a na moje do­ra­sta­nie nie chciał.

Na­prawdę by­łam zła, bo po­rwał Syd­ney, a nie mnie?

Naj­wy­raź­niej.

- To był taki do­bry chło­pak - pod­jął i za­raz się po­pra­wił: -To jest taki do­bry chło­pak - kon­ty­nu­ował. - Ni­gdy nie za­biłby Al­ly­son. Ko­chali się jak sza­leni. Wiel­bił zie­mię, po któ­rej stą­pała. To nie ma sensu!

Pod­niósł głowę i spoj­rzał mi pro­sto w oczy po raz pierw­szy od dwóch dni, od­kąd tu przy­je­cha­łam.

- Pro­szę, Evo Rae. Pro­szę, po­móż mu. Tylko ty zdo­łasz to zro­bić.

Par­sk­nę­łam śmie­chem i po­krę­ci­łam głową.

Te­raz je­stem ci po­trzebna, co? Bo mogę się na coś przy­dać?

- Pro­szę cię, słonko.

Z gnie­wem po­krę­ci­łam głową.

- Nie masz prawa mnie tak na­zy­wać. Sły­szysz?! Nie masz prawa!

Pa­trzy­łam na niego, noz­drza mi drżały.

- To śmieszne - do­da­łam i cof­nę­łam się. Emo­cje sza­lały we mnie ni­czym bu­rza. Krew się we mnie go­to­wała, nie mo­głam od­dy­chać. To wszystko mnie prze­ro­sło.

Drzwi do ga­rażu były otwarte, od­wró­ci­łam się więc od tej ża­ło­snej pod­róbki ojca i po­szłam tam. Moja bab­cia Eileen le­żała pod swoim har­leyem z klu­czem fran­cu­skim w dłoni. Miała osiem­dzie­siąt lat i na­dal jeź­dziła na mo­to­rze, ani my­ślała za­cho­wy­wać się tak, jak wy­pada w jej wieku.

- Po two­jej mi­nie wnio­skuję, że Adam się jesz­cze nie obu­dził - po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem. Była z nami w szpi­talu po­przed­niego dnia, ale nie­mal od razu wy­szła, oka­zało się to po­nad jej siły. Sły­sza­łam, że przez całą noc krą­żyła po sa­lo­nie, a dziś rano oświad­czyła, że nie po­je­dzie z nami, wy­bie­rze się póź­niej. Do­dała, że ma dużo pracy, ale wy­czu­łam, że nie mo­głaby znieść wi­doku Adama w ta­kim sta­nie.

Spoj­rza­łam na nią i po­krę­ci­łam głową. Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łam babci. Matka mo­jej matki wy­rze­kła się jej, kiedy ta po­sta­no­wiła uro­dzić dzieci w mło­dym wieku, ni­gdy nie od­no­wiły re­la­cji, a że praw­dzi­wego ojca nie zna­łam, nie mia­łam też po­ję­cia o ist­nie­niu Eileen. Twier­dziła, że od­wie­dziła mnie parę razy, kiedy by­łam mała, ale oczy­wi­ście tego nie pa­mię­tam.

Naj­dziw­niej­sze, że kiedy po­zna­łam Eileen dwa dni temu, od razu wy­czu­łam w niej ko­goś, z kim mogę po­ga­dać. Na do­da­tek by­ły­śmy do sie­bie nie­wia­ry­god­nie po­do­bne. Obie mia­ły­śmy ta­kie same ja­sno­nie­bie­skie oczy i rude włosy - no tak, u niej już pra­wie cał­kiem siwe, ale z ru­da­wym od­cie­niem - bladą cerę, obie by­ły­śmy ni­skie i przy ko­ści. Łą­czyła nas więź, ja­kiej ni­gdy wcze­śniej nie za­zna­łam, no, może z sio­strą. Z Eileen było jed­nak ina­czej. Czu­łam, że mnie ro­zu­mie, że mnie zna, na­prawdę zna. Jakby była star­szą wer­sją mnie.

Wy­su­nęła się spod mo­toru, wy­tarła ręce w ścierkę i po­de­szła do mnie. Miała na so­bie po­darte, po­pla­mione sma­rem dżinsy, biały pod­ko­szu­lek z logo Har­leya i ban­danę na gło­wie. Po­mimo wieku no­siła dłu­gie, nie­sforne włosy, co mi się bar­dzo po­do­bało. Ni­gdy nie ro­zu­mia­łam, dla­czego ko­biety strzygą się na krótko, kiedy koń­czą pięć­dzie­siąt czy sześć­dzie­siąt lat. Dla­czego nie mo­gły się cie­szyć dłu­gimi wło­sami?

Po­de­szła do lo­dówki, wy­jęła z niej dwa piwa i po­dała mi jedno.

- Co tam, mała? Co się dzieje?

- Da­vid...

- Twój tata - po­pra­wiła.

- No... Tak... Prosi, że­bym po­mo­gła Ada­mowi. Mówi, że nie wie­rzy, by Adam był zdolny do tego, co po­do­bno zro­bił.

- Cóż, Da­vid śle­dził uważ­nie twoją ka­rierę. Wie, że je­steś do­bra w tym, co ro­bisz. Dla­tego po cie­bie za­dzwo­nił. Je­steś je­dyną na­dzieją Adama, czy ci się to po­doba, czy nie.

To mnie za­sko­czyło. Tata śle­dził moją ka­rierę? Wcale jed­nak nie za­czę­łam my­śleć o nim le­piej z tego po­wodu. Skoro wie­dział, gdzie je­stem, mógł mnie od­szu­kać. Nie mu­siał cze­kać na mor­der­stwo.

- Ale... co kon­kret­nie mia­ła­bym jego zda­niem zro­bić? Prze­cież jest pełna sto­łówka świad­ków, któ­rzy wi­dzieli, że Adam wszedł z bro­nią i otwo­rzył ogień.

Eileen po­krę­ciła głową, są­cząc piwo.

- To do niego nie­po­do­bne. Znam tego dzie­ciaka od pięt­na­stu lat.

- Ale jed­nak sprawa jest oczy­wi­sta... do­wody przy­tła­cza­jące. A te­raz sły­szę, że za­bił też swoją dziew­czynę?

Eileen pra­wie za­krztu­siła się pi­wem.

- Al­ly­son? Do­bry Boże. Zna­leźli ją?

Po­tak­nę­łam.

- W kon­te­ne­rze na śmieci w ja­kimś Pe­ter's Po­int.

Eileen gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze, wi­dać było, że jej oczy na­peł­niają się łzami.

- Do­brze ją zna­łaś? - za­py­ta­łam.

Po­ki­wała głową.

- Wiecz­nie u nas prze­sia­dy­wała. Do­trzy­my­wali mi to­wa­rzy­stwa tu, w ga­rażu, albo szli do domu od­ra­biać ra­zem lek­cje. Byli prze­uro­czą parą. - Po­krę­ciła głową i upiła ko­lejny łyk piwa. Od­su­nęła bu­telkę od ust i par­sk­nęła gniew­nie. - Nie. Nie ku­puję tego. Wra­biają go. Adam w ży­ciu by jej nie skrzyw­dził, w ży­ciu!

Spoj­rzała na mnie zna­cząco.

- Mu­sisz się temu przyj­rzeć. Wiem, co my­ślisz o ojcu...

- Nie wiesz na­wet po­łowy.

- Może nie, ale tu nie cho­dzi o niego. Nie pro­szę cię o to ze względu na two­jego ojca. Zrób to dla Adama. Jest nie­winny, mó­wię ci. Nie zro­bił tego wszyst­kiego. Znam swo­jego wnuka. Ko­chał tę dziew­czynę. Był do­brym chłop­cem, za­wsze był miły dla ko­le­gów i ko­le­ża­nek.

- Le­czył się psy­chia­trycz­nie?

Po­krę­ciła głową.

- Nie, nic w tym ro­dzaju. Mu­sisz mi uwie­rzyć.

Wes­tchnę­łam, do­pi­łam piwo i od­sta­wi­łam pu­stą bu­telkę. Mój wzrok na­po­tkał wzrok Eileen.

- Wiesz co... Mo­głaś mnie od­szu­kać - po­wie­dzia­łam. - Mo­głaś przy­naj­mniej spró­bo­wać. - Od­wró­ci­łam się do niej ple­cami i ode­szłam, do­rzu­ca­jąc: - Dzięki za piwo.

Roz­dział 13

- Ha­aalo, lu­dzie. Wró­ci­łem. Po­przed­nio wi­dzie­li­ście mnie także dzi­siaj, kiedy do­rwa­łem fa­ceta przed mo­no­po­lo­wym. Pa­mię­ta­cie? Mam na­dzieję, że po­do­bało się wam, kiedy po­bi­łem go do nie­przy­tom­no­ści w za­ułku za ko­szami na śmieci. Mnie się po­do­bało, trzeba przy­znać. Knyk­cie mam na­dal obo­lałe i spuch­nięte, pa­trz­cie.

Męż­czy­zna na­zy­wa­jący sie­bie E.T. pod­niósł dłoń do ka­mery. Ka­mera była pod­łą­czona do kom­pu­tera, trwała trans­mi­sja na żywo. Czworo użyt­kow­ni­ków: He­in­z45, Geo­gi­na­211, su­per­sta­r333 i hu­sh­now5 już się włą­czyło, ko­men­to­wało i ki­bi­co­wało E.T. Nie mógł ich za­wieść. Włą­czyli się, by go po­słu­chać i zo­ba­czyć, jak re­ali­zuje fan­ta­zję, którą oni mo­gli tylko snuć.

- Wiem, że obec­nie nikt nie wie, jak się na­zy­wam, ale pew­nego dnia chcę być na­prawdę sławny - kon­ty­nu­ował. - A ten fa­cet mi w tym po­może. Pa­trz­cie.

E.T. prze­niósł ka­merkę do sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego w ga­rażu. Otwo­rzył ba­gaż­nik, żeby po­ka­zać śro­dek swoim wi­dzom.

- To jest Jeff - po­wie­dział, ro­biąc zbli­że­nie na fa­ceta z bli­zną w kształ­cie ali­ga­tora. Męż­czy­zna pła­kał pod kne­blem, pró­bo­wał krzy­czeć, pew­nie bła­gał o ży­cie. - Jeff, przy­wi­taj się z wi­dzami.

E.T. dy­go­tał z sa­tys­fak­cji, był prze­ko­nany, że wi­dzo­wie po­dzie­lają to uczu­cie. Liczba osób przed ekra­nami uro­sła do pra­wie stu, co ogrom­nie go cie­szyło. Tego wła­śnie po­trze­bo­wał, aby od­nieść suk­ces. Mógł dzie­lić się swo­imi osią­gnię­ciami z ludźmi na ca­łym świe­cie. Aż dziwne, jak ła­two dzi­siaj stać się sław­nym. A w jego przy­padku był to do­piero po­czą­tek.

Włą­czały się ko­lejne osoby, było ich już pra­wie dwie­ście. E.T. jesz­cze zro­bił zbli­że­nie na fa­ceta w ba­gaż­niku.

- Pro­szę bar­dzo. Uśmiech­nij się do obiek­tywu, Jeff. Ogląda cię cały świat. Lu­dzie ko­men­tują i laj­kują tę re­la­cję w cza­sie rze­czy­wi­stym. Patrz, jest ktoś z Fi­li­pin. I z In­dii. Eks­cy­tu­jące, prawda? Że wi­dzi cię cały świat. Ależ z cie­bie far­ciarz.

E.T. odło­żył ka­merkę na sta­tyw, schy­lił się, chwy­cił męż­czy­znę z bli­zną za ra­miona i wy­cią­gnął go z ba­gaż­nika. Cięż­kie ciało z gło­śnym hu­kiem wy­lą­do­wało na be­to­nie. E.T. usły­szał sko­wyt do­by­wa­jący się spod kne­bla i ten dźwięk na­peł­nił go po­czu­ciem siły.

Ko­lejni wi­dzo­wie do­łą­czali do trans­mi­sji, po­ja­wiało się co­raz wię­cej ko­men­ta­rzy.

"Za­bij go młot­kiem - na­pi­sał hu­go­789. - Wisi za nim na ścia­nie. Weź go i roz­wal mu twarz na na­szych oczach".

"Ja bym wo­lał, że­byś go za­dźgał" - na­pi­sał IWu­nYu.

"A może do­bre stare du­sze­nie? - za­pro­po­no­wał Ju­lien­P34. - Mnie się po­doba".

- Pro­szę was o cier­pli­wość. Jak za­pewne wie­cie, mam co do tego fa­ceta plany. Wiel­kie plany. Plany, które da­dzą mi sławę, spra­wią, że lu­dzie za­czną o mnie mó­wić z drże­niem w gło­sie. Nie zna­lazł się tu­taj po to, by zgi­nąć szybką i straszną śmier­cią, acz­kol­wiek to ku­szące. Nie, moim zda­niem tu trzeba iść na ca­łość. Nie mam ra­cji?

Męż­czy­zna z bli­zną le­żał na be­to­no­wej po­sadzce, za­wo­dził mimo kne­bla i pró­bo­wał ze­rwać po­stronki, które krę­po­wały mu dło­nie. E.T. po­zwo­lił mu się wić, do­póki nie zmę­czył go ten spek­takl. W końcu chwy­cił za le­żące na półce cęgi i od­wró­cił się do swo­jego no­wego kum­pla Jeffa, ude­rza­jąc nimi we wnę­trze dłoni. Kuc­nął obok nie­zna­jo­mego i po­gła­skał go de­li­kat­nie po wło­sach, upew­nia­jąc się, że ka­mera to wszystko wi­dzi. Co za szkoda. Jeff był taki młody i jesz­cze cał­kiem ładny. Skórę miał gładką, żad­nych zmarsz­czek.

Przy­naj­mniej ni­gdy się nie ze­sta­rzeje.

Roz­dział 14

- Mogę cię o coś za­py­tać?

Wpa­try­wa­łam się w ekran kom­pu­tera. Prze­glą­da­łam konto brata na In­sta­gra­mie, szu­ka­łam cze­goś, co tłu­ma­czy­łoby, dla­czego po­sta­no­wił otwo­rzyć ogień do ko­le­gów i ko­le­ża­nek z klasy i za­bić swoją dziew­czynę. Szu­ka­łam ma­ni­fe­stu, gniew­nego po­sta, wo­ła­nia o po­moc, cze­go­kol­wiek.

Wi­dzia­łam jed­nak tylko szczę­śliwe zdję­cia przed­sta­wia­jące jego i Al­ly­son, którą po­do­bno za­bił. Nie był wiel­bi­cie­lem broni, nie był wście­kły na cały świat.

W każ­dym ra­zie nie pu­blicz­nie.

- Evo Rae?

- Hm? Tak, ja­sne, że mo­żesz py­tać.

W końcu za­dzwo­ni­łam do Matta. Sie­dzia­łam przy biurku w po­koju go­ścin­nym, w któ­rym Eileen ulo­ko­wała mnie i moją sio­strę na czas na­szej wi­zyty. Syd­ney czy­tała książkę, a ja prze­glą­da­łam konta brata w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, stu­ka­jąc z iry­ta­cją w kla­wi­sze. Tak bar­dzo chcia­łam, by oka­zał się winny, bo to zwol­ni­łoby mnie z wszel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści, ozna­cza­łoby, że mogę wy­je­chać i nie­na­wi­dzić ich wszyst­kich do końca ży­cia.

Nie zna­la­złam nic, ab­so­lut­nie nic. Do tego w głębi du­cha też nie wie­rzy­łam w jego winę. To nie da­wało mi spo­koju.

Nie­na­wi­dzi­łam tego domu, nie­na­wi­dzi­łam na­wet jego za­pa­chu, bo każda ko­lejna se­kunda spę­dzona w nim przy­po­mi­nała mi, że mo­głam znać tych lu­dzi, że po­do­bno byli moją ro­dziną, że nie pró­bo­wali się ze mną skon­tak­to­wać, choć do­sko­nale wie­dzieli, gdzie mnie szu­kać.

Trzy go­dziny cho­ler­nej jazdy sa­mo­cho­dem. Tylko tyle. Trzy go­dziny.

- Co chcia­łaś tam zna­leźć, kiedy zde­cy­do­wa­łaś się na po­dróż? Dla­czego tam po­je­cha­łaś? - za­py­tał Matt.

Pod­nio­słam wzrok i od­chy­li­łam się na opar­cie fo­tela. Mę­czyła mnie ta roz­mowa.

- To zna­czy? Po­pro­sili, że­bym przy­je­chała. Da­vid za­dzwo­nił, Syd­ney też tego chciała.

- Prze­cież mo­głaś od­mó­wić. Po co tam po­je­cha­łaś, je­śli nie po to, by im po­móc? Żeby na nich spoj­rzeć i po­zwo­lić, by ki­sili się da­lej we wła­snym so­sie? Żeby wy­wo­łać w nich cier­pie­nie? Po co?

- Nie ro­zu­miem - od­par­łam, choć ro­zu­mia­łam. Po pro­stu nie po­do­bało mi się, co mó­wił. Za bar­dzo zbli­żył się do prawdy.

- Pró­buję po­wie­dzieć, że to nie w twoim stylu, Evo Rae. Nie wie­rzę, że po­je­cha­łaś tam tylko po to, by ich do­ci­snąć, nie wie­rzę, że zo­sta­wisz ich z tym nie­szczę­ściem i wró­cisz do swo­jego ży­cia. Nie je­steś taka. Po­je­cha­łaś tam, bo w głębi du­cha chcia­łaś po­móc. To wła­śnie ro­bisz, na­wet je­śli nie masz na to ochoty, na­wet je­śli wku­rzają cię jak nikt na świe­cie, na­wet je­śli cię ra­nią, ty po­ma­gasz. Chcesz im po­móc, Evo Rae. Poza tym je­śli okaże się, że to nie twój brat za­bił Al­ly­son, bę­dzie to ozna­czać, że gdzieś tam czyha praw­dziwy za­bójca.

Ode­tchnę­łam i po­tar­łam grzbiet nosa pal­cami. Matt miał ra­cję. Po co to prze­cią­ga­łam? Je­śli Da­vid i Eileen słusz­nie wie­rzyli w nie­win­ność Adama, tuż za tymi sta­rymi oknami, gdzieś na tej prze­klę­tej wy­spie, czaił się mor­derca, któ­rego na­le­żało zła­pać.

Roz­dział 15

Śled­czy od­po­wie­dzialny za sprawę Adama urzę­do­wał w Biu­rze Sze­ryfa Hrab­stwa Na­ssau w Yulee na sta­łym lą­dzie. Syd­ney nas tam za­wio­zła, ja po dro­dze po­dzi­wia­łam przez szybę piękno kra­jo­brazu. Ame­lia była ma­low­ni­czą wy­spą z licz­nymi stru­mie­niami i mo­kra­dłami, a także bez­kre­snymi pla­żami o bia­łym pia­sku. Znaj­do­wała się da­lej na pół­noc niż Co­coa Be­ach i po­do­bno zimą ro­biło się tu chłod­niej. Nie była to jed­nak jesz­cze ta pora roku, te­raz trudno so­bie to wy­obra­zić. Wy­spa le­żała nie­da­leko Jack­so­nville i gra­nicy z Geo­r­gią. Był to naj­da­lej wy­su­nięty na pół­noc punkt Flo­rydy, a mimo to w paź­dzier­niku pa­no­wała tu upalna aura, tem­pe­ra­tura się­gała trzy­dzie­stu stopni. Mia­łam na so­bie ele­gancką czarną spód­nicę i ja­sno­zie­loną bluzkę. Nie był to ty­powy dla mnie strój, ale chcia­łam zro­bić do­bre wra­że­nie. Chcia­łam, by po­trak­to­wano mnie po­waż­nie.

Syd­ney za­par­ko­wała przed ni­skim bu­dyn­kiem z czer­wo­nej ce­gły. Na­pis nad wej­ściem gło­sił: Biuro Sze­ryfa Hrab­stwa Na­ssau. Żadna z trzech wy­wie­szo­nych flag się nie po­ru­szała. Wiatr cał­kiem ustał, przez co zro­biło się jesz­cze bar­dziej go­rąco.

Uprze­dzi­łam te­le­fo­nicz­nie o swo­jej wi­zy­cie i umó­wi­łam się na spo­tka­nie ze śled­czym McMil­le­nem, który po­wi­tał nas dość obo­jęt­nie w holu, po czym za­pro­wa­dził mnie do swo­jego biura. Usiadł i po­ło­żył na biurku sple­cione dło­nie.

- Co mogę dla pani zro­bić, pani Tho­mas? Bo tak się pani te­raz na­zywa?

- Tak - od­par­łam, czu­jąc ukłu­cie w piersi. Na­dal nie po­go­dzi­łam się z fak­tem, że je­stem roz­wódką. Do­tknę­łam pal­cem miej­sca, w któ­rym kie­dyś była ob­rączka, po­my­śla­łam o Mat­cie, po czym po­sta­no­wi­łam się sku­pić. - Przy­je­cha­łam w spra­wie Clarke'a, Adama Clarke'a.

Męż­czy­zna z wes­tchnie­niem od­chy­lił się na opar­cie fo­tela. Za­bęb­nił pal­cami w blat.

- Wiem, kim pani jest i jaki ba­ła­gan spo­wo­do­wała pani w Miami kilka mie­sięcy temu. Po co pani przy­je­chała? Wiem, że ode­szła pani z FBI, więc to nie oni pa­nią przy­słali. Zbiera pani ma­te­riały do no­wej książki? Czy­ta­łem jedną z po­przed­nich i nie zna­la­złem w niej nic no­wa­tor­skiego... tylko pod­stawy, każdy mógłby coś ta­kiego na­pi­sać moim zda­niem.

No cóż.

- Mam kilka py­tań - od­par­łam, nie da­jąc się spro­wo­ko­wać. McMil­len naj­wy­raź­niej na­le­żał do tych, któ­rzy nie wie­rzyli, że mogą się cze­goś na­uczyć od ko­biet.

Spoj­rzał na ze­ga­rek i wes­tchnął.

- No do­brze. Mam kilka mi­nut, ale pro­szę pa­mię­tać, że to śledz­two w toku, więc nie­wiele będę mógł po­wie­dzieć.

- Ro­zu­miem. Wy­star­czy mi to, co zdo­łam uzy­skać. Przede wszyst­kim chcę wie­dzieć, czy Adam Clarke zo­stał oskar­żony o za­bój­stwo Al­ly­son Wo­od­land.

- Zo­sta­nie. Wie­rzymy, że te sprawy są po­wią­zane.

- W ja­kim sen­sie?

- Cóż, była jego dziew­czyną. Znik­nęła dwa dni przed jego po­ja­wie­niem się w szkole z AK-47. Wpadł w szał za­bi­ja­nia. Chce być sławny jak inni sprawcy strze­la­nin w szko­łach, jest wście­kły na cały świat, może to się łą­czy. Naj­pierw za­bija swoją dziew­czynę, po­tem już nie ma od­wrotu. Po­wstrzy­muje go do­piero przy­dzie­lony do szkoły funk­cjo­na­riusz Con­roy cel­nym strza­łem w klatkę pier­siową. Gdyby nie Con­roy tam, na miej­scu, wszystko skoń­czy­łoby się zu­peł­nie ina­czej. Po­wstrzy­mać złego czło­wieka z bro­nią może tylko...

- Do­bry czło­wiek z bro­nią. Tak, to znane po­wie­dze­nie - wtrą­ci­łam. - Po­twier­dzi­li­ście już, że zo­stała za­mor­do­wana, za­nim Adam Clarke wszedł do szkoły z bro­nią?

- Nie mamy jesz­cze pre­cy­zyj­nie okre­ślo­nego czasu zgonu, ale je­ste­śmy prze­ko­nani, że tak było. Wstępne oglę­dziny su­ge­rują, że zo­stała za­mor­do­wana po­przed­niej nocy, ale żeby mieć pew­ność, oczy­wi­ście mu­simy za­cze­kać na ra­port pa­to­loga.

Za­pi­sa­łam so­bie, żeby jak naj­szyb­ciej skon­tak­to­wać się z pa­to­lo­giem. To po­trwa kilka dni. Gdyby dziew­czyna zgi­nęła, za­nim Adam po­szedł do szkoły, zna­czy­łoby to, że nie żyje od po­nad ty­go­dnia, a wia­domo, że im szyb­ciej po śmierci ciało zo­sta­nie prze­ba­dane, tym do­kład­niej­sze będą wy­niki. Nie dało się okre­ślić, jak długo le­żała w tym kon­te­ne­rze, po­nie­waż opróż­niano go raz w ty­go­dniu, a czy­ta­łam, że zo­stała zna­le­ziona w ten sam dzień, w któ­rym wy­wo­żono śmieci. Mo­gła więc le­żeć tam przez cały ty­dzień w upale, co na pewno przy­spie­szy­łoby pro­ces roz­kładu i utrud­ni­łoby do­kładne okre­śle­nie czasu zgonu. W tym wy­padku pre­cy­zyjne okre­śle­nie go było klu­czowe. Gdyby zo­stała za­bita po 11.47 1 paź­dzier­nika, sprawcą nie mógłby być mój brat, który wtedy le­żał już na pod­ło­dze szkol­nej sto­łówki z raną po­strza­łową klatki pier­sio­wej. Pro­ste.

- A ma­cie już przy­czynę zgonu? - za­py­ta­łam.

- Rów­nież nie. Na­dal cze­kamy na wy­niki sek­cji. Po­winny być za parę dni, do ty­go­dnia.

- Ja­kieś ob­ra­że­nia? Si­niaki?

- Była nie­źle po­obi­jana. Za­ba­wił się z nią, za­nim ją za­bił, chory by­dlak. Ze­rwał jej wszyst­kie pa­znok­cie. Do po­bi­cia użył ja­kie­goś na­rzę­dzia, któ­rego jesz­cze nie zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy. Wie pani co, mam ro­botę...

- Już koń­czę, jesz­cze tylko jedno py­ta­nie. - Zaj­rza­łam do no­ta­tek, które po­ro­bi­łam po­przed­niego wie­czoru, kiedy przy­glą­da­łam się spra­wie i pod­su­mo­wy­wa­łam, co jak do­tąd ma sens, a co nie.

McMil­len mla­snął ję­zy­kiem. Syd­ney cze­kała w ko­ry­ta­rzu. Po­słał jej po­żą­dliwe spoj­rze­nie, od któ­rego prze­szły mnie ciarki.

- Oczy­wi­ście.

- Jedna kwe­stia nie daje mi spo­koju. Przez całą noc się nad nią za­sta­na­wia­łam i w kółko do­cho­dzi­łam do jed­nego wnio­sku.

- Oczy­wi­ście. - Męż­czy­zna znów mla­snął, po czym od­chy­lił się na opar­cie fo­tela, a czarny but po­ło­żył na biurku.

- Po jej znik­nię­ciu me­dia opu­bli­ko­wały za­pis kilku po­łą­czeń z dzie­więć­set je­de­na­ście, które wy­ko­nała Al­ly­son. We­dług nich dzwo­niła z domu po­ry­wa­cza. Za­dzwo­niła trzy razy i po­wie­działa dys­po­zy­to­rowi, że ma kło­poty, wzy­wała po­li­cję. To wła­śnie mnie nie­po­koi. Nie wie­działa, gdzie jest, nie znała ad­resu. Je­śli do­brze ro­zu­miem, Adam Clarke i Al­ly­son Wo­od­land od roku byli parą. Prze­cież zna­łaby jego ad­res.

McMil­len wzru­szył ra­mio­nami.

- Mógł ją do­kądś wy­wieźć, do ja­kie­goś pu­stego domu za mia­stem. Pełno ich na wy­spie. Może do let­niego domku przy plaży. Po­wie­działa prze­cież, że miał na so­bie ko­mi­niarkę, mo­gła go nie roz­po­znać.

- Ale wy­wiózł ją tam nie­bie­skim sa­mo­cho­dem. Adam ma pięt­na­ście lat, nie ma ani sa­mo­chodu, ani na­wet prawa jazdy.

- Sa­mo­chód mógł ukraść. Wielu pięt­na­sto­lat­ków po­trafi pro­wa­dzić, nie po­trze­bują do tego prawka.

Przez chwilę mil­cza­łam, po czym pod­nio­słam wzrok na de­tek­tywa.

- Na­zy­wała go w tych roz­mo­wach męż­czy­zną. Kiedy mó­wiła, kto po nią idzie, na­zwała na­past­nika męż­czy­zną. Nie chło­pa­kiem.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Moim zda­niem pięt­na­sto­la­tek jest męż­czy­zną, zwłasz­cza je­śli po­sta­na­wia za­bić. Wtedy prze­staje być dziec­kiem. Przy­naj­mniej dla mnie.

- Nie są­dzi pan, że na­zy­wa­łaby go po imie­niu? - za­py­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem. To się w ogóle nie trzy­mało kupy. Do­świad­cze­nie pod­po­wia­dało mi, że je­śli zbyt wiele spraw wy­maga do­pre­cy­zo­wa­nia albo nie ma sensu, ktoś coś prze­oczył. - Kiedy pa­dło py­ta­nie, kto po nią idzie - do­da­łam wzbu­rzona tym, że mój roz­mówca wo­lał igno­ro­wać wszystko to, na co zwra­ca­łam mu uwagę. - Czy nie po­wie­dzia­łaby, że to jej chło­pak, nie na­zwa­łaby go po imie­niu?

McMil­len spoj­rzał na ze­ga­rek, wes­tchnął i po­tarł twarz dłońmi.

- Miał ko­mi­niarkę.

- Ale prze­cież po­zna­łaby wła­snego chło­paka, nie uważa pan? Czło­wieka można po­znać nie tylko po twa­rzy. Po­zna­łaby go po dło­niach, po­sta­wie, oczach.

- Wie pani co, nie mam na to czasu.

Wsta­łam.

- Zajmę panu jesz­cze tylko chwilę. Ostat­nie py­ta­nie. Pro­szę na nie od­po­wie­dzieć i bę­dzie mnie pan miał z głowy. We­dług za­pi­sów roz­mów z dzie­więć­set je­de­na­ście biuro sze­ryfa wy­słało po nią pa­trol na ad­res, który po­dała dys­po­zy­to­rowi. Nikt się tam jed­nak nie po­ja­wił, prawda? Sły­chać fru­stra­cję i zde­ner­wo­wa­nie dys­po­zy­tora, że pa­trolu jesz­cze nie ma, kiedy Al­ly­son dzwoni po raz trzeci. Roz­mowa koń­czy się, bo na li­nii po­ja­wia się ktoś jesz­cze, a Al­ly­son krzy­czy w tle. Co się stało?

- To nie pani sprawa.

- Wy­sła­li­ście pa­trol pod zły ad­res, prawda? Na­wa­li­li­ście i nie chce­cie, żeby opi­nia pu­bliczna się do­wie­działa. Nie wy­ko­rzy­sta­li­ście szansy, by oca­lić Al­ly­son, bo po­sła­li­ście cho­lerny pa­trol pod zły ad­res. Mam ra­cję? O to cho­dzi? Dys­po­zy­tor źle usły­szał? Czy może po­li­cja? Zna­leź­li­ście w końcu wła­ściwy dom, ale było już za późno? Na­mie­rzy­li­ście te­le­fon, z któ­rego dzwo­niła Al­ly­son?

McMil­len wstał. Oparł knyk­cie na biurku, jego noz­drza drżały, za­czął ce­dzić słowa przez za­ci­śnięte zęby.

- Nie ma pani prawa przy­cho­dzić tu­taj i mó­wić mi, jak mam wy­ko­ny­wać swoją ro­botę. Nie­ważne, że była pani w FBI. Ro­bimy tu różne rze­czy po swo­jemu i tego się trzy­mamy. Poza tym my­śli pani, że nie wiem, kim pani na­prawdę jest i dla­czego tu jest? Ten chło­pak to pani brat, co nie? Adam Clarke to pani bra­ci­szek. Ta­kie sły­szę plotki. Zgo­dzi­łem się z pa­nią po­roz­ma­wiać, bo żal mi pani i wa­szej ro­dziny, ale to ko­niec. Pro­szę opu­ścić moje biuro, drzwi są za pa­nią. Pro­szę je za sobą za­mknąć. Dzię­kuję.

Roz­dział 16

E.T. spoj­rzał na ru­dzielca, który wła­śnie wsiadł do sa­mo­chodu i od­je­chał. Się­gnął po nóż i za­czął obie­rać jabłko, jed­no­cze­śnie otwie­ra­jąc lap­top i prze­glą­darkę. Zna­lazł ty­siące ar­ty­ku­łów na jej te­mat. Zo­ba­czył ty­tuły na­pi­sa­nych przez nią ksią­żek o se­ryj­nych mor­der­cach, przej­rzał ar­ty­kuły o tym, ilu z nich zła­pała dzięki swoim wy­bit­nym umie­jęt­no­ściom pro­fi­ler­skim, kiedy pra­co­wała w FBI. Po­tem od­pa­lił na YouTu­bie film o jej za­słu­gach dla zde­ma­sko­wa­nia or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej Że­la­znej Pię­ści, od­po­wie­dzial­nej za ataki sa­ri­nem w Miami. Prze­ma­wiała pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej, skrom­ni­sia, utrzy­my­wała, że to nie jej za­sługa, lecz po­li­cji z Miami i FBI.

Po­tem lek­tor zdra­dził, że córka Evy Rae Tho­mas była jedną z po­rwa­nych, wy­ko­rzy­sty­wa­nych do ata­ków dziew­cząt, a była pro­fi­lerka od­na­la­zła ją na wła­sną rękę i osta­tecz­nie wy­rwała ze szpo­nów ter­ro­ry­stów, a przy oka­zji oca­liła setki ist­nień, po­wstrzy­mu­jąc za­pla­no­wany atak.

- Praw­dziwa bo­ha­terka, co? - mruk­nął do sie­bie. - Przy­je­chała aż tu­taj? Dla mnie? Kto by po­my­ślał?

Oglą­dał jesz­cze chwilę, po czym włą­czył prze­wi­ja­nie i pu­ścił koń­cówkę, kiedy to Eva Rae Tho­mas wraca na łono ro­dziny. Za­pau­zo­wał fil­mik. Przyj­rzał się uważ­nie trójce dzie­cia­ków i fa­ce­towi, który po­do­bno był chło­pa­kiem Tho­mas i po­li­cjan­tem jak ona. Po­ło­żył pa­lec na gło­wie męż­czy­zny i ge­stem udał, że go wy­ma­zuje.

- Ładną masz ro­dzinkę, Evo Rae - po­wie­dział, po czym za­mknął lap­top i od­gryzł ka­wa­łek ob­ra­nego jabłka, sior­bał. - Nie ma nic pięk­niej­szego niż ro­dzina, co? Skoro i tak już tu je­steś, mo­żemy się za­ba­wić, jak my­ślisz?

Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem włą­czył ka­merkę w te­le­fo­nie. Uru­cho­mił trans­mi­sję na żywo, pod­wi­nął rę­kaw ko­szuli i prze­su­nął nóż na skórę. Za­mknął oczy i na­ci­snął, wy­rył w skó­rze sześć li­ter. Krew ka­pała mu na spodnie.

Bez bólu nie ma przy­jem­no­ści. W ca­łym tym bólu jest ce­lo­wość.

Roz­dział 17

- Sto­łówka jest jesz­cze za­mknięta, ale poza tym szkoła wró­ciła do pracy.

Opro­wa­dzała mnie pani Green, dy­rek­torka li­ceum Fer­nan­dina Be­ach. Przy­je­cha­ły­śmy tu z Syd­ney pro­sto z biura sze­ryfa. Stre­ści­łam sio­strze, co po­wie­dział śled­czy McMil­len, i przy­zna­łam się do drę­czą­cego mnie uczu­cia, że coś tu się nie zga­dza.

- My­ślisz, że tata może mieć ra­cję? - za­py­tała w sa­mo­cho­dzie.

- Tak da­leko bym się nie po­su­nęła - od­par­łam - ale przy­znaję, że coś tu śmier­dzi.

Dla­tego po­sta­no­wi­łam je­chać do szkoły. Mu­sia­łam na wła­sne oczy zo­ba­czyć, gdzie Adam po­ja­wił się z bro­nią i za­czął strze­lać. Kiedy czy­ta­łam ar­ty­kuły i oglą­da­łam wia­do­mo­ści, za każ­dym ra­zem do­pa­dała mnie ta sama myśl... Nikt nie zo­stał za­bity ani na­wet ranny w tej strze­la­ni­nie. Ni­kogo nie do­się­gła na­wet jedna kula. Me­dia roz­pa­try­wały to w ka­te­go­rii cudu, dzię­ko­wały za niego po­li­cjan­towi, który za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie. Sy­tu­ację tę wy­ko­rzy­sty­wano te­raz w ra­mach ogól­no­kra­jo­wej de­baty o do­stęp­no­ści broni i sen­sow­no­ści ze­zwo­le­nia no­sze­nia ukry­tej broni na te­re­nach szkół. Dla mnie była to za­gadka. Je­śli Adam ostrze­lał z ka­ra­binu tłum lu­dzi, ja­kim cu­dem ni­kogo nie dra­snęła na­wet jedna kula?

Nie miało to żad­nego sensu, cud czy nie cud.

- Te drzwi pro­wa­dzą do sto­łówki - po­wie­działa dy­rek­torka, ni­ska ko­bieta w czar­nych spodniach i T-shir­cie z logo szkol­nej dru­żyny. - Za­mknę­li­śmy je po tym wy­da­rze­niu z po­wodu po­li­cyj­nego śledz­twa. Po­siłki ser­wu­jemy te­raz w pra­cowni me­dial­nej, dzieci je­dzą w sali gim­na­stycz­nej albo na dzie­dzińcu. Wiele osób jesz­cze nie wró­ciło, a my ich nie zmu­szamy. Dzieci z taką traumą mają pro­blem, żeby w ogóle wró­cić do szkoły. Trudno się dzi­wić, bar­dzo się prze­stra­szyły. Ale lek­cje na ja­kimś eta­pie trzeba wzno­wić, prawda? A wielu na­szych uczniów znaj­duje po­cie­chę w po­wro­cie do ru­tyny i kon­tro­lo­wal­no­ści swo­ich dni. W bi­blio­tece dy­żu­rują te­ra­peuci, je­śli ktoś chce się wy­pła­kać albo czuje się obez­wład­niony stra­chem.

Okła­ma­łam tę ko­bietę. Po­wie­dzia­łam, że je­stem agentką FBI, która przy­gląda się spra­wie. Uzna­łam, że mu­szę to zro­bić, w prze­ciw­nym ra­zie nie wpusz­czono by mnie do szkoły i nie po­zwo­lono roz­ma­wiać z uczniami. Wie­dzia­łam, że będę mieć kło­poty, je­śli ktoś się do­wie, ale li­czy­łam, że tak się nie sta­nie. Dy­rek­torka wy­znała, że bar­dzo chce, aby to nie była prawda... aby Adam oka­zał się nie­winny.

- To taki ko­chany chło­pak. Wszyst­kimi się opie­ko­wał. Zwłasz­cza tymi, któ­rzy tego bar­dziej po­trze­bują, z któ­rymi nikt nie chce się za­da­wać, jak dzie­ciaki z Asper­ge­rem czy au­ty­zmem, czę­sto ska­zane na sa­mot­ność. Adam się z nimi przy­jaźni. Ma serce do ta­kich spraw. To dla­tego to ta­kie wiel­kie za­sko­cze­nie, że to był aku­rat on. To szo­ku­jące. Po­ka­zuje, że w dzi­siej­szych cza­sach to może być każdy.

Nie zga­dza­łam się z tą tezą. Sprawcy szkol­nych strze­la­nin zwy­kle pa­so­wali do okre­ślo­nego pro­filu. I Adam Clarke w ogóle się weń nie wpi­sy­wał.

- Wie pani, któ­rzy ucznio­wie przy­jaź­nili się z Ada­mem bli­żej? Chcia­ła­bym za­dać im kilka py­tań - po­wie­dzia­łam.

- Po­py­tam - za­de­kla­ro­wała. - Ale jak już mó­wi­łam, dzieci są bar­dzo strau­ma­ty­zo­wane i nie chcą o tym roz­ma­wiać.

- Oczy­wi­ście. Nikt nie bę­dzie ich do tego zmu­szać.

Dy­rek­torka uśmiech­nęła się ze smut­nym wes­tchnie­niem.

- No do­brze. Za­raz wra­cam.

Znik­nęła na końcu ko­ry­ta­rza. Tak jak w więk­szo­ści szkół na Flo­ry­dzie, i tu­taj przej­ścia po­mię­dzy sa­lami znaj­do­wały się na ze­wnątrz, były tylko za­da­szone, żeby dzieci nie zmo­kły pod­czas ulew­nych desz­czów w okre­sie od maja do paź­dzier­nika. Na­wet szafki umiesz­czono na ze­wnątrz.

Po­de­szłam do drzwi sto­łówki i po­pchnę­łam je. Świa­tła były po­ga­szone, pach­niało sma­żo­nym kur­cza­kiem. Włą­czy­łam la­tarkę, którą za­bra­łam z sa­mo­chodu, i we­szłam do środka. Syd­ney szła za mną.

Omio­tłam świa­tłem drugi ko­niec po­miesz­cze­nia. Spoj­rza­łam na dłu­gie stoły i ławy. Tech­nicy zo­sta­wili tu ślady swo­jej dzia­łal­no­ści, pro­szek dak­ty­lo­sko­pijny i pla­kietki z nu­me­rami do­wo­dów. Oświe­tli­łam prze­ciw­le­głą ścianę, tę tuż koło mnie i tę po le­wej.

- Hm.

- Co? - za­py­tała Syd­ney. - Czego szu­kamy?

- We­dług ze­znań na­ocz­nych świad­ków Adam wszedł przez te same drzwi co my. Stał w progu przez kilka se­kund, za­nim drzwi się za­mknęły, po czym uniósł ka­ra­bin i za­czął strze­lać, tak?

- Tak, zga­dza się.

- Czyli stał do­kład­nie tu gdzie ty.

- Po­wiedzmy. Do czego zmie­rzasz?

- Dzie­ciaki sie­działy tam, na ław­kach, ja­dły, kiedy to się stało.

- Tak?

- Gdyby do nich strze­lał, na ścia­nach zo­sta­łyby ślady po ku­lach, prawda?

Syd­ney spoj­rzała tam, gdzie stru­mień świa­tła z la­tarki pa­dał na białe ściany.

- Ale ich tam nie ma - po­wie­działa. - Ani jed­nej dziury.

- Wła­śnie. Ściany są nie­ska­zi­telne, jakby je wła­śnie po­ma­lo­wano.

Zmarsz­czyła czoło. Więk­szość lu­dzi wy­gląda brzydko, kiedy to robi, ale nie Syd­ney. Za­wsze była iry­tu­jąco miła dla oka, pod­czas gdy ja ze swo­imi nie­sfor­nymi wło­sami i bladą, pie­go­watą cerą wy­glą­da­łam, jak­bym się do­piero co obu­dziła.

- Co się w ta­kim ra­zie stało, twoim zda­niem?

Oświe­tli­łam po­miesz­cze­nie, prze­su­nę­łam snop świa­tła po ścia­nach.

- Nie mam po­ję­cia. Ale wy­gląda to tak, jakby nie padł tu ani je­den strzał.

- Na­oczni świad­ko­wie utrzy­mują ina­czej.

- To prawda. - Unio­słam la­tarkę jesz­cze wy­żej i na prawo, na frag­ment ściany nie­mal pod su­fi­tem, jak naj­da­lej od strefy ze sto­łami.

- O, pro­szę. Tam są ślady po ku­lach.

- Dziwne - mruk­nęła Syd­ney.

- Bar­dzo - po­tak­nę­łam, po czym zro­bi­łam zdję­cie.

- Dla­czego strze­lał w tamtą stronę? To nie ma sensu.

- Wiem. To za­gadka. - Zro­bi­łam wię­cej zdjęć i opu­ści­łam te­le­fon. - Jakby usil­nie sta­rał się ni­kogo nie tra­fić, prawda?

Roz­dział 2

So­bota, 28 wrze­śnia

22:50:07

Dys­po­zy­tor: Cen­trum po­wia­da­mia­nia ra­tun­ko­wego, w czym mogę po­móc?

Al­ly­son: Ra­tunku!

Dys­po­zy­tor: Al­ly­son?

Al­ly­son: Po­spiesz­cie się, pro­szę! Czy po­moc już je­dzie?

Dys­po­zy­tor (od­dy­cha z ulgą): Tak, Al­ly­son. Po­li­cja jest już w dro­dze. Zo­stań tam, gdzie je­steś. Jak się czu­jesz, Al­ly­son? Czy coś się stało?

Al­ly­son (od­dy­cha płytko): Bar­dzo się boję. Ra­tuj­cie mnie.

Dys­po­zy­tor: Po­li­cja już je­dzie, Al­ly­son. Na­prawdę. Bę­dzie u cie­bie lada chwila. Spró­buj się uspo­koić. Sły­sza­łem twój krzyk. Za­ata­ko­wał cię? Znów cię skrzyw­dził?

Al­ly­son (po­ciąga no­sem): Bar­dzo się boję, pro­szę, niech mi ktoś po­może.

Dys­po­zy­tor: Pa­trol bę­dzie za kilka mi­nut. Zo­stań ze mną na li­nii.

Al­ly­son (z pła­czem): Do­brze.

Dys­po­zy­tor (nieco ła­mią­cym się gło­sem): Nie martw się, słonko. Już jadą. Mu­sisz jesz­cze chwilę wy­trzy­mać, dasz radę? Mu­sisz być bar­dzo silna, mo­żesz to dla mnie zro­bić?

Al­ly­son (szlo­cha roz­pacz­li­wie): Tak bar­dzo się boję... Czy oni już jadą?

Dys­po­zy­tor: Jadą, dziecko. Jesz­cze chwi­leczkę. Już jadą. Zo­stań ze mną.

Al­ly­son: Do­brze.

Dys­po­zy­tor: Weź parę głę­bo­kich wde­chów, do­brze?

Al­ly­son (od­dy­cha): Okej, to po­maga. Dzięki.

Dys­po­zy­tor: Od­dy­chaj równo, do­brze?

Al­ly­son (szlo­cha): Sły­szę go. Po­mocy!

Dys­po­zy­tor: Mów do mnie, Al­ly­son. Co się dzieje? Gdzie on jest? Na gó­rze, tam gdzie ty?

Al­ly­son (zniża głos do szeptu): Chyba tak. Sły­szę go... Sły­szę kroki.

Dys­po­zy­tor (ner­wowo): Za­cho­waj spo­kój. Nie wy­da­waj żad­nych dźwię­ków, do­brze? Trzy­maj te­le­fon przy uchu, że­bym sły­szał twój od­dech. Po­li­cja jest już bar­dzo bli­sko. Jesz­cze kilka se­kund. Mu­sisz za­cho­wać spo­kój, dziew­czyno. Zo­stań na li­nii, ale poza tym się nie ru­szaj.

(W słu­chawce za­pada głu­cha ci­sza).

Dys­po­zy­tor: Al­ly­son? Je­steś tam? Al­ly­son? Halo?

Roz­dział 18

Wcze­śniej

- Mój mąż? C-co... Nie ro­zu­miem. Skąd ten po­mysł?

Mar­lene spoj­rzała na sie­dzą­cych przed nią męż­czyzn. Jej serce ze­rwało się do ga­lopu, kiedy uświa­do­miła so­bie po­wagę sy­tu­acji.

To musi być nie­po­ro­zu­mie­nie.

- Czy za­uwa­żyła pani u syna ja­kieś nie­ty­powe za­cho­wa­nia w ostat­nim cza­sie? - za­py­tał ten po pra­wej, Ri­vers.

- Nie­ty­powe w ja­kim sen­sie? On ma sie­dem lat. Jego za­cho­wa­nie bez­u­stan­nie się zmie­nia.

- Na przy­kład w szkole.

Mar­lene przy­gry­zła wargę.

- Wiem, że przy­spo­rzył tro­chę kło­po­tów, ale nie są­dzę, by...

- Ja­kich kło­po­tów?

Wy­pu­ściła po­wie­trze z płuc, już ją to mę­czyło.

- Ode­bra­łam w tym ty­go­dniu dwa te­le­fony od na­uczy­cielki w spra­wie jego za­cho­wa­nia - przy­znała - ale to nie było nic...

- Co po­wie­działa?

- Po­pro­siła mnie o spo­tka­nie.

- Po­je­chała pani?

- Oczy­wi­ście. Nie zi­gno­ro­wa­ła­bym ta­kiej prośby. Żadna matka by tego nie zro­biła.

- Nie­które jed­nak ro­bią - wtrą­cił ten po le­wej, Walt­man.

- Ale ja nie. Po­je­cha­łam do szkoły, spo­tka­łam się z na­uczy­cielką, i tyle.

- O czym roz­ma­wia­ły­ście?

- Po­wie­działa, że syn na­krzy­czał na nią pod­czas lek­cji. Za­dała mu pracę na te­mat Henry'ego Fla­glera czy coś w tym ro­dzaju, na co od­parł, że tego nie zrobi, a po­tem bez słowa wy­szedł z sali. Nic wiel­kiego.

- Po­do­bno ob­rzu­cił in­wek­ty­wami na­uczy­cielkę i inne osoby do­ro­słe, które pró­bo­wały na­kło­nić go do po­wrotu na lek­cję. Był agre­sywny, bali się go.

- Cóż, nie mam po­ję­cia dla­czego. Jack to ko­chane dziecko.

- Jedna z na­uczy­cie­lek chciała po­roz­ma­wiać z pa­nią na osob­no­ści, prawda? - za­py­tał Ri­vers. Za­trzy­mał na niej oczy wą­sko osa­dzone w okrą­głej twa­rzy. Mar­lene od­czu­wała ro­snącą nie­chęć wo­bec obu męż­czyzn. Czuła się jak w po­trza­sku.

- Po­pro­siła pa­nią o roz­mowę, kiedy kilka dni temu od­bie­rała pani syna ze szkoły, tak?

Mar­lene wes­tchnęła. O co im cho­dziło? Że syn po­prze­kli­nał tro­chę w szkole? Nie była to żadna zbrod­nia.

- Tak, po­wie­działa, że syn oka­zał jej brak sza­cunku pod­czas lek­cji mu­zyki, uży­wał brzyd­kiego ję­zyka, że jego za­cho­wa­nie musi się zmie­nić, je­śli chciałby da­lej uczest­ni­czyć w jej za­ję­ciach. Od­par­łam, że pra­cu­jemy nad tym z jego wy­cho­waw­czy­nią, zaj­mu­jemy się sprawą.

- Ale do­dała coś jesz­cze, nie­praw­daż?

- Je­śli to wszystko już wie­cie, to po co mam to po­wta­rzać? - Mar­lene pod­nio­sła głos. - Wszystko jest w pa­pie­rach, tak? Roz­ma­wia­li­ście już z na­uczy­ciel­kami, więc po co ja tu je­stem?

- Chcemy to usły­szeć także od pani - od­parł Walt­man. - Pro­szę kon­ty­nu­ować. Co jesz­cze po­wie­działa na­uczy­cielka?

Mar­lene znów wes­tchnęła i na mo­ment za­mknęła oczy. Jej dło­nie zwil­got­niały, wy­tarła je więc w no­gawki dżin­sów. Cały czas my­ślała o kur­czaku i o tym, czy się ze­psuje, le­żąc na wierz­chu, czy może pies go zje. Czym na­karmi ro­dzinę, je­śli nie bę­dzie miała kur­czaka?

Otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na męż­czyzn.

- Po­wie­działa, że kiedy roz­ma­wiała z Jac­kiem, kiedy pró­bo­wała po­roz­ma­wiać z nim o jego za­cho­wa­niu, roz­pła­kał się.

- I co jesz­cze?

- Po­wie­dział, że się boi, bo bę­dzie miał z tego po­wodu kło­poty w domu.

- Co do­kład­nie po­wie­dział? - za­py­tał Ri­vers.

- Po­wie­dział... "Tata pew­nie mnie za to zbije".

Roz­dział 19

Z Lau­ren i Chri­sem spo­tka­łam się w pra­cowni me­dial­nej, do­kąd przy­pro­wa­dziła ich dy­rek­torka. Syd­ney ode­sła­łam do sa­mo­chodu, żeby nikt jej nie roz­po­znał. Miała oku­lary prze­ciw­sło­neczne i czarną pe­rukę, ale nie by­łam pewna, czy dzie­ciaki da się zwieść rów­nie ła­two jak dy­rek­torkę.

Lau­ren była wy­soka i chuda, miała brą­zowe włosy i zie­lone oczy. Ewi­dent­nie zde­ner­wo­wana, usia­dła i za­częła się roz­glą­dać. Chris był drobny, cho­dził o ku­lach. Uśmiech­nął się do mnie uprzej­mie, po czym wy­ja­śnił, że cierpi na cho­robę dzie­dziczną, tak zwaną skórę wiotką, i że nie prze­szka­dza mu moje uważne spoj­rze­nie, przy­wykł do ta­kiego za­in­te­re­so­wa­nia. Wie­dział, że wy­gląda oso­bli­wie.

- Adam tego nie do­strze­gał. Wi­dział mnie ta­kiego, jaki je­stem w środku, bez tych głu­pich pa­ty­ków - do­dał, kiedy pod­szedł do mnie, opie­ra­jąc się na ku­lach. - Na­wet z tego żar­to­wał, mó­wił, że pew­nie udaję, że wcale ich nie po­trze­buję, ale nie chce mi się cho­dzić sa­mo­dziel­nie, bo je­stem zbyt le­niwy. Ni­gdy nie trak­to­wał mnie jak cała reszta, jak ko­goś kru­chego, kto może się w każ­dej chwili po­ła­mać.

Usie­dli­śmy na ka­na­pie w ką­ciku czy­tel­ni­czym.

- Opo­wiedz­cie mi o Ada­mie - po­pro­si­łam i spoj­rza­łam na Chrisa. - By­li­ście ze sobą bli­sko?

- Był... jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Mu­szę so­bie cały czas przy­po­mi­nać, że nie umarł, ale na­wet je­śli się obu­dzi, pew­nie ni­gdy się nie zo­ba­czymy. - Urwał i wes­tchnął. Wi­dać było, że trudno mu o tym mó­wić.

- Nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że trzeba było go po­wstrzy­mać - do­dała Lau­ren. - Że ja mo­głam go ja­koś po­wstrzy­mać.

- Dla­czego tak są­dzisz? - za­py­ta­łam.

- Ja też mam ta­kie wra­że­nie - wtrą­cił Chris. - Że mo­głem to prze­wi­dzieć, za­uwa­żyć, co się z nim dzieje. I może zdo­łał­bym coś zro­bić...

- Wi­dzia­łam ka­ra­bin w jego dłoni - do­dała Lau­ren. - Kiedy po niego się­gnął. Mo­głam coś po­wie­dzieć. Mo­głam go po­wstrzy­mać. Może na­wet kiedy go spo­tka­łam tego ranka, mo­głam po­wie­dzieć coś, żeby po­czuł się le­piej. W kółko o tym my­ślę, nie mogę prze­stać.

- A te­raz mó­wią, że za­bił Al­ly­son - po­wie­dział Chris. - No to może po pro­stu mu od­biło? Po­rwał ją, a po­tem za­bił. Coś się z nim stało.

- Dla­czego tego nie wi­dzie­li­śmy? - Do oczu Lau­ren na­pły­nęły łzy. - Przy­jaź­ni­li­śmy się. By­li­śmy jego naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi.

- Nie mo­że­cie so­bie tego ro­bić - po­wie­dzia­łam. - Nie mo­że­cie ob­wi­niać sie­bie. To Adam do­ko­nał wy­boru, że przy­nie­sie ka­ra­bin do szkoły. Nie po­wstrzy­ma­łoby go nic, co by­ście zro­bili, nic, co by­ście po­wie­dzieli. Ale czy wy­czu­li­ście ja­kąś zmianę w jego za­cho­wa­niu w dniach przed strze­la­niną? Czy w jego ży­ciu wy­da­rzyło się coś, co mo­gło spo­wo­do­wać, że się za­ła­mał?

Chris i Lau­ren spoj­rzeli na sie­bie, po czym nie­mal rów­no­cze­śnie po­krę­cili prze­cząco gło­wami.

- Adam był... szczę­śliwy - za­pew­nił mnie Chris. - Za­wsze faj­nie się z nim ba­wiło. Cho­dzi­li­śmy na ryby, wy­głu­pia­li­śmy się ra­zem. Zna fa­ceta, który ma łódkę, po­ży­cza­li­śmy ją od czasu do czasu. To są moje ulu­bione wspo­mnie­nia o nim. Nie za­uwa­ży­łem w nim żad­nej zmiany, a ty, Lau­ren?

Dziew­czyna spoj­rzała na mnie z na­my­słem.

- Nie, nic mi nie przy­cho­dzi do głowy.

- Kiedy ostat­nio z nim roz­ma­wia­li­ście?

- Wi­dzia­łam go w ko­ry­ta­rzu rano przed strze­la­niną, ale nie roz­ma­wia­li­śmy. Wy­da­wał się za­my­ślony, a ja by­łam już spóź­niona na lek­cję. Mu­sia­łam więc roz­ma­wiać z nim w ten dzień, kiedy Al­ly­son znik­nęła. To była so­bota. Na­pi­sał do mnie z py­ta­niem, czy chcia­ła­bym je­chać na plażę z nim i z Al­ly­son. Od­pi­sa­łam, że mu­szę zro­bić pro­jekt na fran­cu­ski i nie mam czasu, a on, że będą tam cały dzień i może na­wet wie­czo­rem roz­palą ogni­sko. O ile wiem, zro­biła się z tego im­preza z całą masą dzie­cia­ków z na­szej szkoły.

- By­li­ście na tej im­pre­zie?

Po­krę­cili gło­wami. Chris wska­zał na swoje kule.

- Nie naj­le­piej so­bie ra­dzą na pia­sku. Je­śli nikt się nie zgłosi do no­sze­nia mnie, trzy­mam się z dala od plaż.

- Oczy­wi­ście.

- Ja nie mia­łam czasu - od­parła Lau­ren - ale z tego co wiem, Al­ly­son nie wró­ciła do domu. Inne dzie­ciaki po­wie­działy mi, że miała wra­cać z Ada­mem. Po­li­cja po­je­chała po­tem do niego, ale go nie było. Wró­cił nad ra­nem, po­li­cja prze­słu­chała go w spra­wie jej za­gi­nię­cia, ale go nie aresz­to­wano. O ile wiem, mó­wił, że pod­rzu­cił Al­ly­son do domu, po czym wró­cił pie­szo do sie­bie. Nie mieszka jed­nak aż tak da­leko, wszy­scy za­częli się za­sta­na­wiać, co ro­bił tyle go­dzin. Nikt by jed­nak nie po­my­ślał, że Adam mógł skrzyw­dzić Al­ly­son. Z dru­giej strony nie przy­szło nam też do głowy, że przyj­dzie do szkoły nas po­za­bi­jać.

Lau­ren urwała, aby nad sobą za­pa­no­wać. Po jej po­licz­kach pły­nęły łzy, ba­wiła się swoją szkolną le­gi­ty­ma­cją.

- Te­raz mamy je no­sić w wi­docz­nym miej­scu - do­dała. - Żeby nikt z ze­wnątrz nie mógł wejść do szkoły. Nikt się na­wet nie zbliża do sto­łówki. Wy­star­czy, że na ulicy ja­kie­muś sa­mo­cho­dowi strzeli z gaź­nika i wszy­scy w kla­sie pod­ska­kują na krze­słach. Cią­gle się roz­glą­damy, ob­ser­wu­jemy się z po­dejrz­li­wo­ścią, je­ste­śmy go­towi do­nieść o każ­dej naj­drob­niej­szej zmia­nie w czy­imś za­cho­wa­niu. Mamy go­rącą li­nię, przez którą mo­żemy to ano­ni­mowo zgła­szać. To pie­kło. A ja na­dal nie po­tra­fię zro­zu­mieć, ja­kim cu­dem ktoś taki jak Adam mógł zro­bić coś ta­kiego. My­śla­łam, że go znam. Znamy się od przed­szkola. Jak to się stało?

Chris chwy­cił ją za rękę.

- Oboje my­śle­li­śmy, że go znamy, ale się my­li­li­śmy.

- Nie ro­zu­miem. Po pro­stu nie ro­zu­miem - po­wtó­rzyła Lau­ren. Łzy ka­pały na po­tar­gane czarne dżinsy. Otarła oczy grzbie­tem dłoni.

- Czy miał my­śli sa­mo­bój­cze? - za­py­ta­łam. - W ty­go­dniach po­prze­dza­ją­cych strze­la­ninę.

Lau­ren po­krę­ciła głową.

- Nie. Ni­gdy nie mó­wił, że chce się za­bić. Za­wsze był taki we­soły. Za­wsze pil­no­wał, że­by­śmy też byli we­selsi, wiecz­nie się wy­głu­piał.

- Czę­sto to lu­dzie z de­pre­sją wy­dają się naj­szczę­śliwsi - za­uwa­żył Chris.

- Ale on ko­chał Al­ly­son. To nie­moż­liwe, by ją za­bił. Nie ro­zu­miem.

- Nikt nie ro­zu­mie. Prze­cież on na­wet nie lu­bił broni. Nie­na­wi­dził broni, po­ję­cia nie mam, skąd wziął AK-47. - Chris spoj­rzał mi w oczy. Wy­da­wał się skon­ster­no­wany, sfru­stro­wany. Wy­czu­łam, że on rów­nież w du­chu po­wąt­piewa w winę Adama. Nie ra­dził so­bie z tym, bo zdrowy roz­są­dek pod­po­wia­dał mu, że to nie­do­rzeczne. Wi­dział Adama z bro­nią, sły­szał strzały i czuł strach.

- Opo­wiedz mi o tym po­ranku w sto­łówce - zwró­ci­łam się do Lau­ren.

- Ja­dłam i za­sta­na­wia­łam się, gdzie on się po­dziewa - od­parła ze szlo­chem - kiedy na­gle drzwi się otwo­rzyły i wszedł do środka. Ucie­szy­łam się, my­śla­łam, że usią­dzie z nami i wtedy to zo­ba­czy­łam, zo­ba­czy­łam ka­ra­bin, za­raz po­tem pod­niósł go, za­mknął oczy i za­czął strze­lać.

Aż po­chy­li­łam się do przodu.

- Co zro­bił?

- Za­czął strze­lać.

- Nie, wcze­śniej. Po­wie­dzia­łaś, że za­mknął oczy?

Po­cią­gnęła no­sem i ski­nęła głową.

- Tak. To ostat­nie, co za­pa­mię­ta­łam. Za­raz po­tem za­czę­łam krzy­czeć, bo Adam upadł na pod­łogę, po­strze­lony przez funk­cjo­na­riu­sza Con­roya. Wszystko po­to­czyło się bar­dzo szybko.

- Ale za­mknął oczy, za­nim za­czął strze­lać? - za­py­ta­łam. - Je­steś tego pewna?

Za­sta­na­wiała się przez chwilę, po czym ski­nęła głową.

- Tak, je­stem pewna.

Roz­dział 20

- Za­mknął oczy. Wy­obra­żasz so­bie?

Mó­wi­łam z peł­nymi ustami. Po­je­cha­ły­śmy z Syd­ney do cen­trum Fer­nan­dina Be­ach i zna­la­zły­śmy knajpkę z wi­do­kiem na ka­nał, w któ­rej ser­wo­wano bur­gery rybne.

- Nie brzmi to jak ktoś, kto chciałby za­bić całą masę lu­dzi, prawda? Je­śli chcesz za­bi­jać, mu­sisz pa­trzeć, gdzie strze­lasz. To oczy­wi­ste. To brzmi tak, jakby się bał.

- Wy­ja­śniło się też, dla­czego ni­kogo nie tra­fił. Bo nie ce­lo­wał - do­dała Syd­ney, się­ga­jąc po frytkę. Spoj­rzała na nią i pod­nio­sła ją do świa­tła. - Wiesz, że daw­niej ja­da­łam na­prawdę zdrowo? Dużo wa­rzyw i kok­tajli, żeby za­cho­wać szczu­płą syl­we­tkę i pro­mienną cerę. Od­kąd wró­ci­łaś do mo­jego ży­cia, jem same śmieci, nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek we­zmą mnie jesz­cze do filmu... je­śli będę tak wy­glą­dać.

- Och, daj spo­kój, wy­glą­dasz wspa­niale - od­par­łam i ze śmie­chem od­gry­złam kęs bur­gera. - Przy­znaj, że ci sma­kuje.

- Oba­wiam się, że tak. - Wzięła na­stępną frytkę, i jesz­cze jedną. - No to co ty na to wszystko?

- Nie wiem. - Prze­sta­łam prze­żu­wać. - Ale coś mi tu nie pa­suje. Adam nie wniósł tej broni do szkoły, aby za­bi­jać, to na pewno.

- Może w ostat­niej chwili po­czuł żal? Może nie zdo­łał zre­ali­zo­wać swo­jego za­miaru?

- To jest ja­kaś teo­ria. - Upi­łam łyk coli. - Ale jest też kwe­stia tego, że Adam w ogóle nie pa­suje do pro­filu sprawcy szkol­nej strze­la­niny. Żad­nych my­śli sa­mo­bój­czych, ob­se­sji na punk­cie broni, pro­ble­mów ze zdro­wiem psy­chicz­nym, ob­ja­wów de­pre­sji czy też lę­ko­wych. Nie było żad­nego kon­kret­nego kry­zysu w po­prze­dza­ją­cych strze­la­ninę ty­go­dniach i mie­sią­cach.

- Nie wiemy, czy kry­zysu nie prze­ży­wał jego zwią­zek z Al­ly­son - za­uwa­żyła Syd­ney. - Może ze­rwała z nim w tę noc, kiedy od­pro­wa­dził ją do domu, i przez to się za­ła­mał.

- Być może, rze­czy­wi­ście. Ale za­zwy­czaj za­pla­no­wa­nie ta­kiej ak­cji wy­maga czasu. Lu­dzie nie bu­dzą się pew­nego ranka z moc­nym po­sta­no­wie­niem, że zro­bią coś ta­kiego. Wia­domo, że więk­szość spraw­ców bada spo­soby dzia­ła­nia in­nych za­ma­chow­ców, szuka po­twier­dze­nia swo­ich mo­ty­wów. W tym wy­padku nie było żad­nej fa­scy­na­cji strze­la­ni­nami w szko­łach. Przej­rza­łam jego hi­sto­rię wy­szu­ki­wa­nia na kom­pu­te­rze, przej­rza­łam me­dia spo­łecz­no­ściowe. Nic nie wska­zuje na ob­se­sję na punk­cie strze­la­nin w szko­łach, nie od­wie­dzał fo­rów, na któ­rych dys­ku­tuje się o ta­kich rze­czach. To jest ce­cha szkol­nych strze­la­nin: czę­sto do­cho­dzi do nich se­riami. Są za­raź­liwe. Sprawcy stu­diują za­cho­wa­nia po­przed­ni­ków i na tej pod­sta­wie pla­nują swoje czyny. Za­zwy­czaj ro­bią to w sieci, szu­kają po­twier­dze­nia ra­cjo­nal­no­ści swo­jej chęci za­bi­ja­nia. Czę­sto mają skłon­no­ści sa­mo­bój­cze, do­cho­dzą do wnio­sku, że ży­cie nie jest już nic warte, że mor­do­wa­nie in­nych to do­bry spo­sób, by odejść, a jed­no­cze­śnie ze­mścić się na świe­cie i zy­skać sławę, zo­stać kimś. Czę­sto ro­dzina i zna­jomi wie­dzą o tym kry­zy­sie, za­nim po­jawi się wola dzia­ła­nia. Czę­sto sły­szy się po­tem: "Wie­dzia­łem, że coś jest nie tak, wie­dzia­łam, że coś się dzieje, ale nic nie zro­bi­łam". Te dzie­ciaki i ich ro­dzice mó­wią, że było to cał­ko­wite za­sko­cze­nie. Na­dal nie mogą uwie­rzyć, że Adam to zro­bił, na­wet je­śli wi­dzieli go z ka­ra­bi­nem. Wiesz dla­czego? Bo Adam nie za­mie­rzał ni­kogo za­strze­lić. Wszedł, uniósł broń i za­mknął oczy, a po­tem wy­ce­lo­wał pod su­fit i cze­kał, by ktoś go po­wstrzy­mał, wie­dział, że ktoś go po­wstrzyma. Ja bym chciała się do­wie­dzieć, dla­czego to zro­bił. My­ślę, że nasz brat jest tu­taj ofiarą i że jest to po­wią­zane z za­bój­stwem Al­ly­son. Tylko nie mam po­ję­cia, jak to udo­wod­nić.

- Brzmi to jak sza­leń­stwo - oświad­czyła moja sio­stra, do­ja­dła ham­bur­gera i wes­tchnęła z za­do­wo­le­niem. Przez wiele lat nie mo­gła tak jeść i choć za­zdro­ści­łam jej urody i cery, sama bym tak nie po­tra­fiła.

- Bo to jest sza­leń­stwo - od­par­łam. - Ale jest w tym coś wię­cej, wiem, że jest. I za­mie­rzam do­trzeć do sedna tej sprawy, nie­za­leż­nie od wszyst­kiego.

Syd­ney się uśmiech­nęła.

- Je­stem fanką dys­ku­sji o sza­leń­stwach, zwłasz­cza kiedy dys­ku­tuję z tobą. Mo­żesz na mnie li­czyć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 4

Coś jest nie tak.

To prze­czu­cie drę­czyło Lau­ren od sa­mego rana - przez trzy pierw­sze lek­cje. Coś było nie tak. Nie wie­działa, czy to in­tu­icja, coś w po­wie­trzu, czy może o czymś za­po­mniała, o za­da­niu do­mo­wym na dzi­siaj albo o czymś zu­peł­nie in­nym. Cały ten po­ra­nek wy­da­wał jej się jed­nak dzi­waczny.

Ro­zej­rzała się po sto­łówce, gdzie dzie­ciaki ja­dły, roz­ma­wiały i szu­rały ta­cami. Wszystko na po­zór wy­glą­dało nor­mal­nie, ale jej zda­niem były to po­zory - a to bu­dziło w niej zde­ner­wo­wa­nie.

- A gdzie Adam?

Pod­nio­sła wzrok na Chrisa, który usiadł na­prze­ciwko niej i wła­śnie roz­pa­ko­wy­wał swój lunch. Po­krę­ciła głową i lekko wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie wiem.

Wi­działa Adama rano, przed lek­cjami, ale tylko prze­lot­nie. Stał przy szaf­kach z ple­ca­kiem. Po­ma­chała mu, chciała do niego po­dejść, nie za­uwa­żył jej jed­nak, a po­tem za­dzwo­nił dzwo­nek i mu­siała iść na pierw­szą lek­cję. Póź­niej była druga lek­cja, a on nie przy­szedł. Za­zwy­czaj sie­dzieli ra­zem na hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Była to jej ulu­biona część dnia. Ko­chała się w Ada­mie od szó­stej klasy, o czym on nie miał po­ję­cia. Byli są­sia­dami i naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Lunch też za­zwy­czaj ja­dali ra­zem.

O to cho­dzi. To ci nie pa­suje. Smutno ci, bo nie ma Adama.

- Wi­dzia­łam go rano - do­dała. - Ale na hi­sto­rię nie przy­szedł. Może źle się po­czuł i wró­cił do domu.

Chris wzru­szył ra­mio­nami i od­gryzł kęs ka­na­pki.

- Żeby tylko nie za­po­mniał, że ra­zem ro­bi­li­śmy za­da­nie na matmę. Dzi­siaj mamy je zło­żyć, w prze­ciw­nym ra­zie do­sta­niemy zero, a ja nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. Może po­wi­nie­nem do niego za­dzwo­nić.

Się­gnął do ple­caka po ko­mórkę, a Lau­ren w tej sa­mej chwili pod­nio­sła wzrok i za­uwa­żyła, że Adam sta­nął w drzwiach sto­łówki. Roz­pro­mie­niła się na jego wi­dok, jej puls przy­spie­szył.

- Jest - po­wie­działa i po­ma­chała do niego. Za­czer­wie­niła się lekko i prze­klęła swoją zdra­dziecką twarz, która za­wsze ob­na­żała jej uczu­cia. - Adam! Tu­taj!

Adam jed­nak na­wet na nią nie spoj­rzał, a ona po­czuła ukłu­cie w sercu. Ja­koś dziw­nie się za­cho­wy­wał. Miał w oczach coś ta­kiego... jego spoj­rze­nie było ta­kie obce, że za­częła się za­sta­na­wiać, czy go przy­pad­kiem z kimś nie po­my­liła.

- Adam? - wy­mam­ro­tała, a po­tem prze­nio­sła wzrok na przed­miot, który trzy­mał w dłoni, czę­ściowo ukryty pod kurtką. Nie mo­gła uwie­rzyć wła­snym oczom. Nie chciała uwie­rzyć. Nie­moż­liwe, żeby to się stało. Nie w jej szkole. Nie z rąk chłopca, któ­rego od tylu lat tak mocno ko­chała.

Nie­moż­liwe.

Wszyst­kie te za­sły­szane hi­sto­rie wró­ciły do niej w ułamku se­kundy. Ze­zna­nia na­ocz­nych świad­ków, które oglą­dała w te­le­wi­zji - o na­past­niku, który wszedł do klasy i za­czął strze­lać, o od­gło­sach strza­łów do­cho­dzą­cych z od­dali, o ba­ry­ka­do­wa­niu drzwi do klas, o ucieczce do wyj­ścia, o przy­ja­cio­łach i ko­le­gach, któ­rzy pa­dali mar­twi na zie­mię.

Tyle razy wi­działa na­gra­nia ze śmi­głow­ców, na któ­rych dzieci wy­pro­wa­dzano na ze­wnątrz, pod­czas gdy inne tkwiły uwię­zione w bu­dynku. Przy­po­mniała so­bie te prze­ra­żone, trzę­sące się głosy, za­pła­kane oczy, zroz­pa­czo­nych ro­dzi­ców. Tyle razy za­sta­na­wiała się, czy pew­nego dnia przy­da­rzy się to jej, w jej szkole, ale w głębi du­cha za­wsze wie­rzyła, że to nie­moż­liwe.

Czło­wiek ni­gdy się nie spo­dziewa, że coś ta­kiego przy­da­rzy się aku­rat jemu...

Kiedy Adam wy­jął ka­łasz­ni­kowa spod kurtki i za­czął strze­lać, Lau­ren zdu­miało to, że wszystko w sto­łówce za­marło, ona rów­nież. Jakby czas się za­trzy­mał. Nikt się nie ru­szał, choć w głębi du­cha wszy­scy wie­dzieli, że wła­śnie te­raz nie mogą zmar­no­wać ani chwili. Ich ży­cie od tego za­le­żało. A mimo to na­wet nie drgnęli. Jakby nie mie­ściło im się w gło­wie, że to się dzieje, że to spo­tyka aku­rat ich. Że to nie są ko­lejne ćwi­cze­nia, które pla­no­wano kilka razy do roku, że to nie jest coś, co oglą­dają w te­le­wi­zji wtu­leni w ro­dzi­ców, któ­rzy my­ślą, że na­stęp­nym ra­zem to może być ich dziecko.

A to się działo. Działo się na­prawdę.

To nie były ćwi­cze­nia.

Roz­dział 5

- Jak się trzyma? Jest po­prawa?

Nie mo­głam pa­trzeć na męż­czy­znę, który stał obok mnie. Od­chrząk­nął, uni­ka­jąc mo­jego wzroku, po czym po­krę­cił głową.

- Nie.

To mój oj­ciec. A chło­pak w szpi­tal­nym łóżku był moim bra­tem, o któ­rego ist­nie­niu nie mia­łam po­ję­cia jesz­cze dwa dni temu.

Nie wi­dzia­łam taty od trzy­dzie­stu sze­ściu lat, od­kąd po­rwał moją sio­strę Syd­ney i wy­wiózł ją do Lon­dynu, kiedy miała sie­dem, a ja pięć lat. Do­ra­sta­łam, nie wie­dząc, co się z nią stało, pod opieką nie­do­stęp­nej emo­cjo­nal­nie matki i z prze­ko­na­niem, że mu­szę zo­stać pro­fi­lerką FBI, aby od­ku­pić swoją winę, bo nie zdo­ła­łam jej ura­to­wać tam­tego pa­mięt­nego dnia.

Tym­cza­sem oj­ciec znowu za­ist­niał w moim ży­ciu. Nie na sku­tek mo­ich sta­rań czy z po­wodu tę­sk­noty, lecz z po­wodu chłopca w szpi­tal­nym łóżku, za któ­rego od­dy­chała ma­szyna. Mój brat miał na imię Adam, o czym oczy­wi­ście nie mia­łam po­ję­cia. Mój oj­ciec w ogóle nie od­po­wia­dał moim wy­obra­że­niom. Był drobny, tę­gawy, miał ner­wowe nie­bie­skie oczy - wy­glą­dał, jakby się mnie bał.

W końcu zro­zu­mia­łam, po kim odzie­dzi­czy­łam rude włosy, ni­ski wzrost i inne ce­chy ze­wnętrzne.

Wiel­kie dzięki, tatku!

- Przy­nio­słam kawę.

Ten głos na­le­żał do mo­jej sio­stry Syd­ney. Mnie po­dała je­den ku­bek, a drugi wrę­czyła ojcu. Ich re­la­cja wcale nie była lep­sza. Choć sio­stra miesz­kała z nim w Lon­dy­nie, po­wie­dział jej, że matka jej nie chciała, że ode­słała ją do niego. Syd­ney do­ro­sła, opu­ściła Lon­dyn i za­miesz­kała na Flo­ry­dzie, chcąc nas od­na­leźć, w czym nasz oj­ciec w ogóle jej nie po­mógł, nie chciał na­wet zdra­dzić jej na­szych praw­dzi­wych da­nych, dla­tego też długo miesz­ka­ły­śmy bli­sko sie­bie i o tym nie wie­dzia­ły­śmy. Udało nam się na­wią­zać kon­takt do­piero pół roku temu, wszystko to było więc bar­dzo nowe. Mimo to już czu­łam, że Syd­ney ro­zu­mie mnie jak nikt. Le­piej na­wet niż mój chło­pak Matt, któ­rego zna­łam od przed­szkola. Matt był de­tek­ty­wem w Co­coa Be­ach, gdzie miesz­ka­li­śmy, nie­dawno od­na­leź­li­śmy drogę do sie­bie po wielu la­tach roz­łąki.

Przy­je­cha­ły­śmy z Syd­ney na Ame­lię od­wie­dzić brata, który le­żał w śpiączce. To tata za­dzwo­nił do nas i o to po­pro­sił.

Wła­śnie wtedy się do­wie­dzia­ły­śmy, że mamy brata.

I w za­sa­dzie nie­wiele wię­cej, bo Adam do­tąd nie od­zy­skał przy­tom­no­ści. Oczy­wi­ście do­sta­ły­śmy też in­for­ma­cje znane wszyst­kim: że ma pięt­na­ście lat, a w szpi­talu leży od ty­go­dnia... od tego dnia, kiedy po­sta­no­wił wnieść do szkoły ka­ra­bin sztur­mowy i za­czął z niego strze­lać w sto­łówce. Funk­cjo­na­riusz przy­dzie­lony do opieki nad tą szkołą za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie i po­strze­lił go w klatkę pier­siową.

Nie mo­głam prze­stać my­śleć o te­le­fo­nie od taty, który ode­bra­łam dwa dni temu. Z po­czątku są­dzi­łam, że to po­myłka, i się roz­łą­czy­łam. I tak kilka razy. Po­wta­rza­łam, że nie mam ojca i żeby prze­stał do mnie dzwo­nić, że to ja­kiś chory żart.

To Syd­ney prze­ko­nała mnie, że po­win­ny­śmy je­chać. Nasz oj­ciec miesz­kał z matką - na­szą bab­cią - w domu na wy­spie Ame­lia, trzy go­dziny sa­mo­cho­dem od Co­coa Be­ach. Po­trze­bo­wali mo­jej po­mocy.

- On ma pięt­na­ście lat, na li­tość bo­ską - po­wie­działa Syd­ney, kiedy oświad­czy­łam, że ni­g­dzie nie jadę, że nie je­stem ojcu nic winna, że nie chcę wi­dzieć ani jego, ani jego syna. Ni­gdy. - To tylko dziecko - kon­ty­nu­owała upar­cie. - Nie jego wina, że nasz oj­ciec jest dur­niem. Nie pro­sił się na świat, tak jak i ty. Nie wy­brał so­bie ro­dziny. A my mo­żemy wła­śnie stać się dla niego ro­dziną albo przy­naj­mniej po­móc mu wy­ka­ra­skać się z kło­po­tów.

Otwo­rzy­łam usta i wbi­łam w nią wzrok. Nie­wia­ry­godne. Czy ona na po­waż­nie su­ge­ro­wała, że po­win­nam temu chło­pa­kowi po­móc?

- Przy­niósł do szkoły AK-47 i za­czął strze­lać do ko­le­gów i przy­ja­ciół. A ty mó­wisz tak, jakby był nie­win­nym dzie­cia­kiem! Moim zda­niem jest ta­kim sa­mym głup­cem jak nasz oj­ciec. Je­śli my­ślisz, że po­mogę mu wy­pić to piwo, któ­rego sam na­wa­rzył, to je­steś tak samo głu­pia jak oni.

- Leży w śpiączce, Evo Rae. Po­strze­lili go. Tata nie wie­rzy w wer­sję po­li­cji. Mówi, że nasz brat ni­gdy by tego nie zro­bił.

- No wia­domo, jak to oj­ciec. Co in­nego miałby po­wie­dzieć?

- A je­śli ma ra­cję?

Wsta­łam, ale Syd­ney mnie za­trzy­mała.

- To tylko kilka go­dzin drogi stąd, masz brata, któ­rego ni­gdy nie wi­dzia­łaś, masz bab­cię, któ­rej nie wi­dzia­łaś, pew­nie od­kąd by­łaś dziec­kiem. Nie chcesz ich cho­ciaż po­znać? Nie je­steś cie­kawa? Nie je­steś ani tro­chę cie­kawa?

Upły­nęła chwila, za­nim zdo­ła­łam się do tego przed sobą przy­znać, ale pew­nie, że by­łam cie­kawa. I tak to się stało.

Da­vid Clarke, nasz oj­ciec, nie wie­rzył, że jego syn mógł zro­bić to, o co oskar­żyła go po­li­cja, i chciał, bym po­mo­gła mu to udo­wod­nić. Po dwóch dniach na Ame­lii na­dal nie by­łam pewna, czy chcę mu po­móc. Je­śli dzie­ciak był na tyle głupi, by wnieść broń na te­ren szkoły, no to chyba sam się tak urzą­dził, prawda?

- Le­ka­rze coś mó­wią? - za­py­tała Syd­ney. - Na­dal ma go­rączkę? Opu­chli­zna ze­szła?

Spoj­rza­łam na moją piękną sio­strę, gwiazdę fil­mową, którą ubó­stwiał cały świat. Nie mo­głam uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście - od­zy­ska­łam ją po trzy­dzie­stu sze­ściu la­tach - i na­dal by­łam wście­kła na ojca za to, że nam te lata ukradł. Wła­śnie dla­tego nie mo­głam spoj­rzeć mu w oczy, wła­śnie dla­tego mia­łam ochotę go za­bić. Nie na­zy­wa­łam go na­wet tatą, nie chcia­łam my­śleć o nim jak o ojcu.

Dla mnie był tylko Da­vi­dem Clar­kiem, ni­kim wię­cej.

- Nie. Ni­kogo jesz­cze nie było - od­parł. - Cze­kamy na ob­chód.

Zer­k­nął na mnie ner­wowo, a ja z wes­tchnie­niem usia­dłam w fo­telu. Za­mknę­łam oczy i po­tar­łam skro­nie.

Co ja tu w ogóle ro­bię? Co mnie tu przy­wio­dło?

Roz­dział 6

- Jadę do domu. Już późno, mu­szę uło­żyć Eli­jaha do snu.

Matt zaj­rzał do ga­bi­netu ko­men­dantki po­li­cji An­nie. Pod­nio­sła na niego wzrok, po czym spoj­rzała na ze­gar na ścia­nie.

- Nie wie­dzia­łam, że jesz­cze tu je­steś. - Wes­tchnęła. - Trudno ci znieść po­nowną roz­łąkę z Evą Rae?

Kiw­nął głową.

- No tak, ale mu­siała wy­je­chać. Cał­ko­wi­cie to ro­zu­miem. Oj­ciec, brat, o któ­rego ist­nie­niu nie miała po­ję­cia... Trudno jej się dzi­wić.

- Ale i tak za nią tę­sk­nisz.

- Trudno by­łoby nie tę­sk­nić. - Ski­nął jej głową. - Do­bra­noc.

Pod­szedł do sa­mo­chodu i wsiadł do środka. Przez kilka mi­nut sie­dział w fo­telu i wpa­try­wał się w ciem­ność. Dla­czego to prze­cią­gał? Na­prawdę tak trudno mu było wró­cić do domu?

Za­pa­lił sil­nik z głę­bo­kim wes­tchnie­niem. Na­prawdę. W domu cze­kał na niego syn, Eli­jah. Przez cały dzień opie­ko­wała się nim bab­cia, a te­raz Matt miał go po­ło­żyć spać. Obie­cał matce, że wróci do domu, by to zro­bić. Chciała, by trak­to­wał on syna prio­ry­te­towo, by spę­dzał z nim wię­cej czasu, a Matt przy­ła­py­wał się na tym, że szuka wy­mó­wek, by móc zo­stać dłu­żej w pracy. Dla­czego? Bo Eli­jah go nie­na­wi­dził. Matt czuł się udrę­czony tym, jak syn się do niego od­nosi, jak go igno­ruje.

Matt nie uczest­ni­czył w jego ży­ciu do chwili śmierci jego matki. Chło­pak kon­se­kwent­nie wi­nił za tę śmierć ojca, więc nic dziw­nego, że im się nie ukła­dało. Matt co­raz wię­cej pra­co­wał, prze­cią­gał pracę, żeby tylko nie mu­sieć ra­dzić so­bie z chłop­cem, kiedy wra­cał do domu.

Oczy­wi­ście wie­dział, że nie jest to naj­lep­szy spo­sób na upo­ra­nie się z pro­ble­mem, Eva Rae w kółko to po­wta­rzała. Nie znał jed­nak in­nego spo­sobu. Miał wra­że­nie, że pró­bo­wał już wszyst­kiego, ale nic nie po­pra­wiło sy­tu­acji. A że Eva Rae wy­je­chała, nie miał już żad­nego po­wodu, by wy­cho­dzić z pracy.

My­ślał o niej, kiedy je­chał A1A. Za­trzy­mał się w Su­noco na rogu. Chciał ku­pić parę piw, może coś dla chłopca. Może zdoła ku­pić jego mi­łość sło­dy­czami.

Za­par­ko­wał, wszedł do środka, zro­bił za­kupy, a kiedy wy­cho­dził, na par­king wje­chał wła­śnie czarny lin­coln na­vi­ga­tor. Matt wes­tchnął, gdy z sa­mo­chodu wy­siadł Chad, były mąż Evy Rae. Zna­lazł ja­kąś su­per płatną ro­botę w sprze­daży, a no­wiutki na­vi­ga­tor z 2019 roku był pre­zen­tem od firmy. Chad uśmiech­nął się krzywo na wi­dok Matta i po­ma­chał do niego.

- Siema, stary.

Stary. Matt wzdry­gał się, ile­kroć Chad go tak na­zy­wał. Było to pro­tek­cjo­na­lne, jak cały Chad. Matt nie ro­zu­miał, dla­czego Eva Rae wy­szła za tego ko­le­sia.

- Przy­je­cha­łem po sło­dy­cze dla dzie­cia­ków - oświad­czył Chad. - Wi­dzę, że wpa­dłeś na ten sam po­mysł.

Zer­k­nął na torbę, którą Matt trzy­mał w dłoni.

Dzie­cia­ków. Chad ni­gdy nie omiesz­kał przy­po­mnieć o tym Mat­towi. O tym, że jego i Evę Rae łą­czy ro­dzina, a Matta i Evę Rae nie. Matt nie mógł znieść my­śli, że ten fa­cet oże­nił się z Evą Rae i miał z nią troje dzieci. Zno­sił to jesz­cze trud­niej niż fakt, że Chad na po­wrót zja­wił się w jej ży­ciu. Było to do­bre dla dzieci, ale nie dla Evy Rae. Matt bał się, że Chad znów ją zrani. Ko­leś zdra­dzał ją przez po­nad rok mał­żeń­stwa. Zda­niem Matta ta­kich rze­czy się nie wy­ba­cza. Jak ktoś mógł zro­bić coś ta­kiego Evie Rae? Ob­na­żało to praw­dziwy cha­rak­ter ko­le­sia, a fa­ceci tacy jak on się nie zmie­niali. Przy­naj­mniej zda­niem Matta. Eva Rae miała nieco inne zda­nie. Wie­rzyła, że każdy za­słu­guje na drugą szansę - tak po­wie­działa, kiedy o tym roz­ma­wiali. Poza tym dla do­bra dzieci mu­siała wpu­ścić go na po­wrót do swo­jego ży­cia.

Matt uwa­żał, że za ła­two Cha­dowi po­szło. I że pró­buje od­zy­skać Evę Rae.

- Tak, mu­szę le­cieć... - mruk­nął.

- Ja­sne, pew­nie. Cóż, miło było cię wi­dzieć, stary. Prze­każę Evie Rae, że na cie­bie wpa­dłem, kiedy za­dzwoni po­wie­dzieć dzie­ciom do­bra­noc. Nara.

Noz­drza Matta drżały lekko, kiedy od­pro­wa­dzał Chada wzro­kiem do drzwi sklepu.

- Może sam jej to po­wiem, kiedy będę z nią roz­ma­wiał... przed tobą - mruk­nął, po czym wsiadł do sa­mo­chodu i od­je­chał, ude­rzyw­szy pię­ścią w kie­row­nicę.

Roz­dział 7

- Kto po­wie­dział, że grze­ba­nie w śmie­ciach ozna­cza brak klasy?

Eve­lyn z uśmie­chem spoj­rzała w ka­merkę te­le­fonu. Miała na so­bie su­kienkę w czarno-białe pa­ski, na­szyj­nik ze sztucz­nych pe­reł, ta­kie same kol­czyki i bran­so­letkę. Czarne włosy wy­pro­sto­wała i ze­brała w ku­cyk bia­łymi pla­sti­ko­wymi per­łami. Wy­sia­dła z sa­mo­chodu, trzy­ma­jąc te­le­fon tak, by wi­dzo­wie mo­gli śle­dzić każdy jej ruch. Za­wsze na­gry­wała się te­le­fo­nem, a po­tem wrzu­cała to na YouTube. Miała dwa­na­ście ty­sięcy sub­skry­ben­tów, któ­rzy uwiel­biali do­bre rady na te­mat tego, co można zna­leźć w cu­dzych śmiet­ni­kach.

- Pa­mię­ta­cie, że w ze­szłym ty­go­dniu zna­la­złam ze­staw cał­kiem no­wych ście­re­czek ku­chen­nych? To tu­taj je zna­la­złam, z met­kami i w ogóle. Były w ide­al­nym sta­nie, ktoś je wy­rzu­cił, bo mu się nie spodo­bały albo coś w tym ro­dzaju. Kto wie, dla­czego bo­ga­cze wy­rzu­cają cał­kiem nowe, nie­uży­wane rze­czy?

Się­gnęła po torbę na za­kupy i po­de­szła do kon­te­nera, na­dal się fil­mu­jąc. Za­trzy­mała się przed wiel­kim zie­lo­nym po­jem­ni­kiem.

- Chyba już wspo­mi­na­łam, gdzie naj­le­piej szu­kać, ale po­wtó­rzę to dla wszyst­kich no­wych osób, które są ze mną od nie­dawna i nie wi­działy mo­ich wcze­śniej­szych fil­mów. Naj­lep­sze miej­sca to przede wszyst­kim ele­ganc­kie dziel­nice ta­kie jak ta, gdzie obec­nie je­stem.

Ob­ró­ciła ko­mórkę tak, by wi­dzo­wie zo­ba­czyli wy­so­kie apar­ta­men­towce ota­cza­jące park.

- Wszyst­kie te bu­dynki stoją fron­tem do oce­anu. Ich wła­ści­ciele to za­możni lu­dzie z pół­nocy, któ­rzy przy­jeż­dżają na Ame­lię i wy­rzu­cają tu całą masę przy­dat­nych rze­czy. A ja wam je po­ka­zuję. Pa­mię­ta­cie ob­rus ban­kie­towy, ten srebrny, po­ka­zy­wa­łam wam kilka ty­go­dni temu? Też z tego po­jem­nika. Ni­gdy nie­uży­wany. Wy­jęty z opa­ko­wa­nia, ale nie­uży­wany. Nie­któ­rzy lu­dzie to świ­nie, wy­rzu­cają tyle rze­czy. Ale wie­cie, co za­wsze po­wta­rzam: w śmiet­niku można zna­leźć praw­dziwe skarby. Dru­gie naj­lep­sze miej­sce na po­szu­ki­wa­nia to kon­te­nery za ta­kimi skle­pami jak Be­alls lub JJ Co­oper. Wszyst­kie zwroty, któ­rych nie można odło­żyć z po­wro­tem na półkę, lą­dują w ko­szach, wie­dzie­li­ście o tym? Od dzie­się­ciu lat nie ku­pi­łam żad­nych no­wych ubrań. Wszystko, co mam na so­bie, znaj­duję za skle­pami. Zo­stań­cie ze mną, to wam po­tem po­każę.

Ob­ró­ciła ka­merę na kon­te­ner.

- No to sprawdźmy, co się tu dzi­siaj przed nami ukryło.

Unio­sła po­krywę i sfil­mo­wała wnę­trze.

- Na gó­rze wi­dać głów­nie worki ze śmie­ciami, część jest cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczna, ale wy­star­czy któ­ryś pod­nieść, zaj­rzeć głę­biej i... Aha, spójrz­cie!

Wy­jęła rolkę pa­pieru do pa­ko­wa­nia.

- Pa­trz­cie, cał­kiem nowy. Na­wet nie­roz­pa­ko­wany. Ide­alny na zbli­ża­jące się uro­dziny mo­jego syna. Od lat nie ku­puję pa­pieru do pa­ko­wa­nia. Cią­gle znaj­duję cał­kiem nowe rolki. Zo­baczmy, co jesz­cze się tu kryje.

Odło­żyła rolkę na zie­mię i znów zaj­rzała do po­jem­nika. Się­gnęła po pla­sti­kowy wo­rek i go roz­wią­zała. Zaj­rzała do środka i wy­krzy­wiła twarz w gry­ma­sie.

- Nie. Tu są same śmieci, fuj. No do­bra, sprawdźmy tam.

Od­su­nęła cuch­nący pa­ku­nek na bok i zaj­rzała pod niego. Się­gnęła po szary wo­rek i pod­nio­sła go.

- O, to wy­gląda obie­cu­jąco. Wo­rek jest duży, w środku jest coś twar­dego. I cał­kiem spo­rego. Za­po­wiada się praw­dziwy skarb. Spraw­dzę, co to może być. - Spró­bo­wała pod­nieść wo­rek jesz­cze wy­żej, ale był ciężki, mu­siała się pod­dać. Odło­żyła go więc i roz­chy­liła, by zaj­rzeć do środka.

- Co tam jest? - mam­ro­tała, na­dal trzy­ma­jąc ka­merkę tak, by wi­dzo­wie wszystko wi­dzieli. - Co to ta­kiego? Ma­ne­kin? Po co wy­rzu­cać taki...

Na­gle za­mil­kła. Jej puls przy­spie­szył, kiedy spoj­rzała na kry­jącą się w worku głowę. Ob­ró­ciła ka­merę, czu­jąc, że po­winna coś po­wie­dzieć, ale nie zdo­łała. Za­bra­kło jej słów. Wy­łą­czyła na­gry­wa­nie i za­dzwo­niła pod dzie­więć­set je­de­na­ście.