Sieroce dole. Powieść
TOM I.
Dzień był śliczny wiosenny, wigilia Wniebowstąpienia, bzy rozkwitały wonne w ogrodzie, słowik zanosił się od śpiewu na gniazdku, rosy świeciły na liściach, niebo różowiało na wschodzie, cisza poprzedzająca dnia narodziny, dawała usłyszeć i przenikliwy ów śpiew słowika zakochanego, i najmniejszy liścia szelest w ogrodzie... Wkradając się światło dzienne przez gęste gałęzi sploty do otwartych drzwi i okien obszernego pokoju na dole od ogrodu, walczyło z czerwonawemi blaski kilku świec woskowych, stojących do koła tapczana, pokrytego kilimkiem, na którym leżało ciało zmarłego średnich lat mężczyzny.
Znać trumna nie była jeszcze gotową, i ciało złożono ubrane, okryte już jak na owę wielką podróż; na nizkim z tarcic zbitych tapczanie, niedostatni kilimek zaledwie mógł go osłonić. Leżał ze złożonemi rękoma, z krzyżem w nich, w szarej kapocie, mężczyzna silny jeszcze, ale życiem znękany. Twarz żółta skrzepła z wyrazem bólu i jakby przerażenia. Wycierpieć musiał wiele, bo lice było okryte przedwczesnemi zmarszczkami, głowa na pół wypełzła, pół siwa, a mimo to wieku na niej podeszłego znać nie było... Zwykle do trumny oblicze człowieka schodzi jakby uspokojone; na nim widać było troskę pośmiertną, przylgłą i zastygłą na wieki, w chwili konania do chmurnego czoła i ust zaciśniętych. I ręce które ubogi mosiężny krzyżyk trzymały wychudłe były, żółte, kościste, jak u człowieka który wprzód długo chorował i męczył się życiem.
Izba w której umarły spoczywał była uboga, choć dosyć obszerna. Może w niej dawniej mieszkało wesele i dostatek, dziś niemal nędza dawała się postrzegać. Na dwóch ścianach naprzeciw siebie obrazy Chrystusa i Matki Bolesnej zczernione, pozostały może dlatego, że ich nikt zabrać nie chciał. Na kominie zamurowanym zegar nie idący oddawna z pękatemi alabastrowemi słupkami, z których jeden był strzaskany. Przy drzwiach na ćwieku kropielniczka cynowa. U jednej ściany przyparty stół prosty dębowy. W głowach nakryty serwetą wyszarzaną był krzyż między świecami. W nogach katafalku na skórzanej poduszczynie, przez litość znać tam rzuconej, klęczało przytulonych do siebie dzieci dwoje i płakały chwilami, a znużone bardzo wśród płaczu, mimowoli zasypiały i budziły się, i płakały znowu... Starszy był już chłopak podrosły, lat mogący mieć trzynaście do czternastu, dziewczynka przy nim klęcząca niezdawała się starszą nad osiem.
Rysy obojga były boleścią i łzami wyszlachetnione jeszcze - a dziwnie piękne, choć cierpienie a może i niedostatek wychudził je i zmęczył. Chłopak czoło miał wyniosłe, oczy niebieskie pełne, nos orli, usta małe i wyraz męzkiej siły a odwagi po za łzami dziecinnemi. Dziewczę o czarnych ogromnych źrenicach i długich rzęsach, z twarzyczką okrągłą, wyglądało jak na obrazach aniołki. Włosy jej rozbiegły się po ramionach i okrywały białe plecy, które prosta perkalowa sukieneczka osłaniała. Ranek wiosenny był nieco chłodny, drzwi i okna poroztwierane, a dzieci płacząc drżały i cisnęły się jedno do drugiego. Niekiedy oko chłopca padło na zmartwiałe rysy ojcowskie i zatrzymało się na nich, jakby je zapamiętać chciało, a łza rosiła mu policzki. Dziewczynka co spojrzała, to rączki wyciągała ku stopom ojcowskim i szlochała.
We drzwiach drugiego pokoju klęczała o uszak oparta kobieta niemłoda zapłakana i z żalu tracąca prawie przytomność. Chciała się ona modlić na książce i nie mogła, bo co wzięła ją do rąk, to łzy zakryły wyrazy - i padała prawie na posadzkę, usiłując strzymać głośne łkanie, znać żeby dzieciom nie dodawać żalu.
Po chwili, uśmierzywszy wybuch, podnosiła się i spoglądała niespokojnie na dzieci, a widok ich nowe łzy wywoływał. W całym dworze długo, bardzo długo było tak cicho i słowik tylko śpiewał, a dzieci płakały i umarły spał snem wiekuistym, kobieta jęczała w progu. Znużeni ludzie dworscy może ostatniemi chwilami konania i choroby, popadali gdzieś po kątach dla wypoczynku. Słońce podnosiło się powoli, zwiastując dzień pogodny a gorący. Na dachach zaczęły klekotać bociany. Ucho kobiety zdala dosłyszało jakby turkot powozu, który głośniej odbił się na mostku i opodal nieco od dworu przystanął.
W chwilę potem chłopak ubrany ubogo, w siwym spencerku przyszedł coś szepnąć kobiecie, która wstała, poszła cicho do dzieci i tuląc je do siebie, a coś im mówiąc do ucha z kolei, wpół zdrętwiała, bezwładna, opierająca się wyprowadziła do drugiej izby.
- Miciu, tyś starszy, rzekła do chłopca, weź Lucię za rękę i idźcie do ciotki, ciotka czeka na folwarku.
- Moja Orchoniu - zawołała dziewczynka, ale my, ale my nie mamy cioci.
- Luciu serce, ja ci mówiłam, macie ich nawet dwie, macie stryjaszka, oni wam teraz ojca zastąpią.
- A! moja Ochroniu, rzucając się ku niej z płaczem, poczęło dziewczę, my ich ani znamy, ani wiemy, ani tu nigdy nie byli. Ojciec mówił zawsze: nie macie krewnych, nie mamy nikogo.
- Ojciec tak mówił, szepnęła Orchowska, dlatego żebyście się nauczyli na nikogo nie spuszczać, tylko na własną pracę i opiekę Bożą. A że nie bywali tu, bo... bo nie mogli, bo nie mieli czasu, bo się to tak złożyło... Chodźcie więc do cioci Łomickiej, upadnijcie do nóg i bądźcie jej posłuszne.
Micio obejrzał się ku drzwiom drugiego pokoju, jakby mu żal było ojca odstąpić. Lucia płakała, ale Orchowska zwolna je popychając, wyprowadziła ze dworu na dziedziniec. Tu między staremi topolami stał folwark stary jak one, z porosłym mchem dachem, przekrzywiony i pochyły. Przed drzwiami jego zaprzężona trzema końmi bryka zatrzymała się właśnie i furman koniom chudym siano zarzucał na ziemi, obejrzawszy się że ich tu nie będzie miał gdzie zaprowadzić i wyprządz. W istocie zabudowania były nędzne i małe a koło nich stały i tak wozy, których konie się pasły z worków na szyjach uwiązanych.
Na folwarku w małej izdebce ekonoma, na stołku siedziała kobieta niemłoda, jeszcze po podróży nie rozebrana, z twarzą czerwoną od płaczu i zmęczenia. Zamyślona z załamanemi rękami, spuszczoną głową, zdawała się dumać co począć dalej. Niekiedy oczyma rzuciła do koła, na otaczające ją ubóstwo i westchnęła.
Wtem weszły dzieci popychane raczej, niż prowadzone przez Orchowską. Kobieta zobaczywszy je, zakryła twarz i zapłakała. One stały, obawiając się do niej przystąpić. Już Orchowska miała je posunąć aby się z przybyłą przywitały, gdy na podwórzu zachuczało i powóz się zatoczył czterokonny z tłumokiem, z siedzącą w nim kobietą, przy której odsunięta nieco, obwinięta chustką, mieściła się jak najmniej chcąc miejsca zajmować - służąca. W małem podwórku ledwie się powóz i konie zawrócić mogły; nie umiano ich pomieścić. Siedząca w powozie kobieta do której po rozkazy przyszedł lokaj zsiadłszy z kozłów - wahała się co mu ma odpowiedzieć, oglądała się jak przestraszona, szukając oczyma miejscowej służby. W gmachu stał tylko zobojętniały jakiś - smutny ów chłopak w spancerku szarym. Ale na turkot powozu dzieci zostawując w izdebce, wyszła stara Orchowska i przysunęła się do siedzącej w nim pani.
- Zapewne tutejsza? - spytała spojrzawszy na nią kobieta.
- Tak jest, jaśnie wielmożna pani...
- Gdzież tu zajechać? gdzie wysiąść? proszę asani?
- A! gdzież, cichym głosem odpowiedziała wzdychając stara ochmistrzyni. - Już to prawdziwie powiedzieć nie umiem, bo tu u nas tak ciasno. We dworze proszę jaśnie pani, w największym pokoju ciało złożone, pokoje jegomości nieboszczyka popieczętowali wczoraj sądowi; obok to jaśnie pani będzie przykro, bo tuż leży nieboszczyk... Na folwarku jedna izba, tam już jaśnie pani Łomicka jest i dzieci tam zaprowadziłam, możeby jaśnie pani raczyła chyba.
Kobieta w powozie stęknęła, podnosząc się, obejrzała, konieczność wysiądzenia na folwark znać jej była przykrą. Nie odpowiedziała nic, mruczała sama do siebie. Lokaj stał u drzwiczek, konie się kręciły, ciągnąc ku stajence. Namyśliwszy się nieco, jaśnie pani nareszcie wskazała aby jej drzwiczki otworzono, lokaj podał rękę, wysiadła. Zamyślona poczęła iść ku folwarkowi, zatrzymując się po drodze, jakby wahała jeszcze i nie wiedziała co zrobi z sobą. Orchowska szła za nią.
- Więc gdzie? tu? - zapytała, wskazując na drzwi folwarku.
Stara poszła przodem.
Gdy drzwi do izdebki się otwarły, ujrzeli pierwej przybyłą panią stojącą już, jakby oczekiwała na tę która teraz przyjechała. Zdala zmierzyły się oczyma milczące.
Izdebka w której się spotkać miały, była szczupła, część jej zajmowały sprzęty ekonoma, duży stół w środku i inne gospodarskie przybory. Dzieci, korzystając z zamieszania, odsuwały się ku szafie stojącej u drzwi i zaparły do kątka. Ekonom wyszedł. Dwie panie więc znalazły się same tylko z dziećmi i Orchowską, która zatrzymywała się, ociągając u progu. Patrzały ciągle z wyrazem zakłopotania i gniewu na siebie, jakby coś chciały począć mówić i obawiały się niepotrzebnych świadków. Wreszcie przytomność tej pani która przybyła powozem czterma końmi, wywiodła obie z kłopotliwego położenia. Więcej obyta ze światem, powitała skinieniem głowy drugą kobietę przybyłą bryczką, naprędce uściskała dzieci dając znać Orchowskiej aby je z sobą zabrała i rzuciła się na drugi próżny stołek przy stole ekonoma. Drzwi się zamknęły, dwie kobiety pozostały sam na sam, milczące. Znowu zmierzyły się oczami ciekawemi. Pani Łomicka przybyła bryczką, czekała aż druga rozpocznie rozmowę.
- No, i tak nieszczęśliwy Paweł skończył biedne życie... wzdychając, zawołała pani Babińska, która przyjechała powozem.
- A my po długich latach spotykamy się przynajmniej u jego katafalku, dosyć kwaśno odpowiedziała Łomicka.
- Moja Łomicka - przerwała chmurząc czoło i poprawiając na sobie suknie z niecierpliwością pani Babińska - nie czas to ani miejsce do wymówek.
- Ja też żadnych nie czynię, żadnych - to prosta tylko uwaga - ofuknęła się odwracając nieco Łomicka i twarzą obróciła się w drugą stronę.
Przypatrując się teraz dwom paniom, których fizyognomie na pozór różne się wydawały, można było dostrzedz w nich rysy familijne i wielkie do siebie podobieństwo. - Pani Łomicka była starszą może o lat kilka, ale wiek je zbliżył do siebie - różnica wydawała się małą. Większą uczyniło znać życie odmienne. Łomicka ubrana była ubogo. Babińska bardzo wykwintnie, ze staraniem i chęcią popisu. Pierwszej twarz była blada i żółta, drugiej rumiana i pełna; na obu zarówno czytać było można wyraz drażliwości zbytecznej i dumy, u jednej pochodzącej z ubóstwa, u drugiej z zamożności. Dwa te rodzaje uczucia które rodzi zarówno dostatek i znaczenie, jak ubóztwo i odepchnięcie - schodzą się ze sobą w jednym chłodzie i pogardzie. Oczy obu pań okazywały ku sobie wstręt i niechęć, może tylko uroczystością tej chwili tamowaną. Zmilkły na chwilę.
- Otóż skutki nieszczęsnego uporu nieboszczyka - rzekła p. Babińska. Dzieci bez sposobu do życia, spadną jak ciężar nieuchronny na familią, a kto temu winien?
- Dajmy pokój umarłym - odezwała się Łomicka, jesteśmy też ubodzy, ale gdy będzie trzeba, to dzieci brata mojego weźmiemy.
- Przecież i ja im chleba kawałka nie pożałuję, choć mam własne dziecię - zaczęła druga - ale co prawda to prawda. Paweł dobrowolnie zerwał z całą rodziną.
- Dajmy pokój umarłym, powtórzyła pani Łomicka, nie potośmy tu spodziewam się przybyły.
Rozmowa jakoś idąca coraz ostrzej, byłaby może doszła do niepotrzebnych z obu stron przymówek, gdyby trzeci już powóz nie zachuczał na moście. Na ciasnym dziedzińczyku nie mógł się on już pomieścić, woźnica więc zatrzymał się u mostu zaraz, a z powozu wychylił głowę mężczyzna jeszcze nie stary i obejrzawszy się do koła, lokajowi w liberyi kazał powóz otworzyć i wysiadł.
Rozglądał się po domu i po wozach, które go poprzedziły, gdy Orchowska z dziećmi do niego podeszła. Na widok ich, mężczyzna zbliżył się do Micia i prędko pocałowawszy go w głowę, potem Lucię tak samo, zapytał chłodno.
- No, gdzież się tu podziać? hę? a to widzę Łomicka i Babińska już są? gdzież? gdzież?
- Na folwarku, proszę jaśnie pana, w izbie ekonoma, bo we dworze nieboszczyk leży.
Mężczyzna słusznej postawy, pięknie zbudowany, ubrany starannie, którego powóz i służba oznajmywały człowieka zamożnego, zawahał się, mruknął coś i poszedł na folwark. Wstępował właśnie na próg, gdy obie panie zamilkły były, otworzywszy drzwi popatrzył i począł od - otóż i ja jestem, dzień dobry.
Pani Łomicka i Babińska podały mu ręce w milczeniu.
- Mój Boże, cóż to za bieda była u tego Pawła - rzekł mężczyzna, rzucając czapkę na stół. - Ja tu nie byłem ani razu. Wiedziałem że wiosczyna nędzna, ale tak jak jest, tom sobie nie wyobrażał! - Okrutna bieda być musiała. Jakże tu mógł nawet wyżyć na takiej dzierżawie. Ale nieboraczysko musiał się zamęczyć... i dzieci pogubił...
Ruszył ramionami.
- Właśnie i ja to mówię, wtrąciła Babińska, spoglądając na sąsiadkę - ale z nieboszczykiem nie było sposobu.
- Tak, nie było sposobu - to prawda - rzekła Łomicka, nie my jego ale on się przecie nas wyrzekł - tak - to wszystko prawda - a jednak dodam raz jeszcze że o tem już mówić nie pora.
- To nie gadajmy - przerwała, ku oknu się zwracając, Babińska.
- No - dobrze, ale pocóżeśmy się tu zjechali? - zawołał mężczyzna - pogrzeb musiemy sprawić i coś o dzieciach pomyśleć, to darmo. Jak było to było, a nieboszczyk Paweł był bratem naszym. Ludzieby nas zahukali, gdybyśmy się go tak teraz zaparli, jak on nas się zapierał. Trzeba coś obmyśleć.
- Ja z rodzeństwa jestem najuboższa, poczęła pani Łomicka żywo - i moich mam pięcioro dzieci, ale jeśli trzeba to i tych dwoje sierot przytulę, o tem mowy nie ma.
- Za pozwoleniem, ja też nie odmawiam, nie odmawiam - rzekła Babińska - nikt pani tego ciężaru nie narzuca, ale mi się zdaje, że sprawiedliwiejby było abyśmy się dziećmi podzielili.
- Jabym nie odmówił wcale spełnienia obowiązku - odezwał się mężczyzna, mniejsza tam o koszt, lecz żona moja chorowita, my w domu nie siedziemy, ona nie lubi dzieci, co ja z niemi będę robił. Wiadomo wam że swojego majątku nie mam, a choć ona mi nic nie odmawia, muszę się na to oglądać - tak! muszę się oglądać.
- Ale zmiłujcież się państwo - z przekąsem pewnym przerwała Łomicka - najprzód trzeba myśleć o nieboszczyku i spełnić względem niego obowiązek. Przecież ciało oczekuje pogrzebu.
- Ja się tem już zająłem - rzekł przybyły, zajeżdżałem do księdza na probostwo i zamówiłem go. Trudno znowu na przepychy się zdobywać, ale przystojny pogrzeb będzie dziś. - Cóż ja będę mu stypy wyprawiał za to że z nami żyć nie chciał? Z sąsiedztwa kto łaskaw przyjedzie, przecież wiedzą że nie żyje. Ot i po wszystkiem. Ale tu - dodał - nawet widzę kawy nie dostać? hę?
Zasztukał w okno na Orchowską. Staruszka weszła.
- Powiedzże mi asani, czy choć kawy nam dać nie możesz? hę?
Stara westchnęła, ręce łamiąc.
- A gdzieżby u nas kawa być mogła? szepnęła, dawnośmy jej nie kosztowali. Dobrze gdyby dla dzieci był klejek i dostać można jajko jakie, lub mleka trochę.
Mężczyzna głową pokiwał, patrząc na rodzeństwo.
- Tu nie ma innej rady - zawołał - tylko pójść się pomodlić u katafalku, a potem jechać do miasteczka i tam czekać pogrzebu. Gdy wszystko będzie gotowe, ksiądz nam da znać. - Moja asani - jakże się nazywasz?
- Orchowska - do usług...
- A tak, p. Orchowska - rozumie pani, po pogrzebie z dziećmi proszę do nas do miasteczka, tam się coś postanowi.
To mówiąc, mężczyzna pośpiesznym krokiem, jakby się co prędzej chciał zbyć przykrego obowiązku, posunął się ku dworowi. Za nim milcząc poszły obie panie. Wszyscy uklękli na chwilę u tapczana, rzucili okiem na twarz zmarłego, pozakrywali czoła jakby łzy tuląc, których podobno nie było, i powstawali, pośpieszając wyjść z zaduszonej sali na świeższe powietrze. Wkrótce i bryczka i dwa powozy znowu się toczyły napowrót odedworu ku miasteczku, a dzieci z Orchowską stały w ganku, patrząc na nie, i chłopiec w szarym spencerku sparty o płot, obumarłem wejrzeniem ścigał oddalające się szybko zaprzęgi. We dworze słychać było śpiew żałosny i zabijanie trumny... Stolarz właśnie wieko jej przytwierdzał....
Tegoż dnia wieczorem było już po pogrzebie. W obszernej izbie zajezdnego domu zgromadziła się rodzina nieboszczyka, którąśmy widzieli rano rozmawiającą na folwarku.
Oprócz niej za stołem w krześle z poręczami zasiadał staruszek z siwemi włosy gładko zaczesanemi, w sukni duchownej, z twarzą wielce spokojną acz smutnego wyrazu, w odzieży ubogiej bardzo i wyszarzanej. Pomimo iż na pierwszy rzut oka dobrowolne ubóstwo widać na nim było, okrywała go pełna wspaniałości powaga, która się szanować kazała. Wykwintne stroje mężczyzny i kobiety bynajmniej na nim nie czyniły wrażenia, a przytomni widocznie z jakąś obawą spoglądali na niego.
- Darmo to mówić po ludzku o tem, w bawełnę obwijając, ozwał się starzec po chwili, mówmy o tych rzeczach tak jak mnie o nich miłość prawdy i obowiązek chrześciański mówić nakazują. - Nieboszczyk winien nie był... człek zacny, uczciwy, prawy, pracowity, padł ofiarą obowiązku... W kilku słowach daje się opowiedzieć życie jego całe. - Pokochał dziewczynę ubogą, ale poczciwą i pracowitą - wyście jej nie chcieli uznać za bratowę i siostrę, bo nie była szlachcianką. Nawet według tych waszych idei bałamutnych, o szlachectwie o którem Ewangelia Chrystusa Pana nic nie wie - nie mieliście słuszności - boć - wedle waszych tam praw tych, kobieta idzie za mężem i stając się jego żoną, w stan jego wchodzi, prawa podziela. Wam poczciwa jej siermięga śmierdziała - no...
- Za pozwoleniem księdza kanonika - cóżeśmy my mogli przeciwko całemu światu?... Tu nie o nas chodziło, ale o rodzinę... Świata przekonać ani naprawić nie mogliśmy...
- Więc nie ma mowy o tem, rachujcie się sami z sumieniem waszem, dodał kanonik. - Coście zrobili to zrobili - dość że ten człowiek którego napoiliście goryczą, pełniąc obowiązek i stając w obronie żony, zerwać musiał z wami, aby jej przykrości oszczędzić. Żył, bił się z ubóstwem, sam, bez pomocy. Utracił żonę, pracował dla dzieci, doznał przeciwieństwa losu i... dokończył żywota. Zostały sieroty, hm? no cóż myślicie? co myślicie z sierotami? Czy nie czasby na skruchę i umiarkowanie?
- Mówiłam raz - ozwała się żywo pani Łomicka, mam pięcioro moich, jestem uboga, ale gdy potrzeba; to dzieci zabiorę.
- A ja mówiłem raz - rzekł mężczyzna p. Piotr Ordęski - że dzieci nie wezmę. Żona moja nie znosi dzieci, my nie siedziemy w domu, słowem nie mogę. Ale na dzieci coś dam - chętnie dam... co mogę uczynię.
- Ja się od obowiązku nie uchylam - zawołała z powagą p. Babińska. Mam syna, ale Bóg nam dał dosyć majątku, by i na wychowanie sierot stało. Pan brat możesz i nic nie dać, a pani siostra powinnaś o swoich pięciorgu myśleć - ja się o sieroty postaram. Więc nie ma mówić o czem. Co ja postanowię, to mój mąż przyjmie, tegom pewna. Powtarzam, niema mówić o czem, rzecz jest skończona.
Zamilkli. - Proboszcz chustkę szeroko rozwinął, popatrzał na nią, potem na panią Babińską i począł:
- Bardzo to pięknie - ani słowa - bardzo pięknie. Waćpani dobrodziejka tylko sama czyniąc dobrze, drugim zasługi nie odbieraj. Każdy wedle sił.
- Ale ja dam, ileż tam mam dać? no, to dam! - zawołał mężczyzna.
- Nic dawać nie potrzebujesz - odezwała się siostra - stanie nas na to.
- Za pozwoleniem, niechże ja słowo powiem - cierpko poczęła Łomicka. - Nie ujmując pani siostrze mnie się zdaje że to nie dosyć powiedzieć ja ich biorę i potem rzucić na folwark bez dozoru, żeby się jejmości chłopaczek przy nich nie psuł. Ja dzieci jeśli wezmę, będę je chować ze swojemi. I tak się należy.
- A pani myślisz, że u mnie się zmarnują? ofuknęła się p. Babińska. - Ale zkądże data? zkąd data? Czy może pani w myśli mojej siedzisz? Przecież nie powiedziałam jak chować będę? Na panicza i pieszczoszka syna ani córki nie wychowam, ale ich na folwark nie wyrzucę. Cóż to znowu za domysły i warunki?
Siostry spojrzały sobie w oczy, Łomicka uśmiechnęła się, ruszając ramionami.
- A pfe! a pfe! - przerwał kanonik - czy to się godzi...? hę? Siostry?
- Tu chodzi o los sierot - krzyknęła Łomicka?
- Już waćpani chowając je ze swojemi pięciorgiem, lepszego im byś nie dała losu, przerwała Babińska.
- Przymówka do mojego ubóstwa - zawołała Łomińska, ale mnie ono milsze niż miliony, zarobione, z pozwoleniem na trzodzie chlewnej!
Pani Babińska zerwała się krzesła; mężczyzna się zżymał, ksiądz wstał.
- A wstydźcież się - zawołał głosem powagi pełnym - dałyżbyście pokój - jak wam nie wstyd, przyjechałyście na pogrzeb, ze łzami, i jeszcze się tu kłócicie - o co? o co? Alboż to zarobek uczciwy na świni gorszy od zarobku pszenicy? Bóg z wami! Co to za gadanie! pfe! Trzebaż wam przypominać żeście siostrami.
- W istocie nie zawadziłoby to, proszę księdza kanonika, dodała, śmiejąc się, Łomicka, bo ja moich obowiązków siostry nie zaniedbywałam; ale ze strony państwa Babińskich pono było inaczej. Żeśmy my ubodzy, że bryczką zajeżdżamy przed pałacyk, więc nie radzi nam tam byli... i my też zrozumieliśmy to łatwo. A tak! tak! Nie lepiej i pan brat.
- Ale dajże Łomicka pokój - zagrzmiał mężczyzna - ja ożeniłem się z osobą znacznej familii, więc nie bardzo mi to miło, gdy ubodzy krewni przyjadą świadczyć, że ja tam na fartuszku siedzę. Są pewne wymagania towarzyskie, do których się należy zastosować.
- Tem bardziej - dorzucił ksiądz żartobliwie, iż pani Łomicka właśnie tak pono postępowała z nieboszczką bratową, jak wy z nią.
- Mój ojcze, toć była chłopka...
- A Adam był kmieciem Bożym, i my wszyscy równie bodajbyśmy Bożymi byli chłopami, moja dobrodziejko! Tak! tak - ozwał się ksiądz - porzućcie to gadanie, porzućcie! Zgroza i zgorszenie!
Łomicka siadła, zwracając się ku oknu, p. Piotr Ordęski począł się przechadzać po izbie żywo, kanonik siadł, Babińska rzekła:
- No, więc ja dzieci biorę.
- A Pan Bóg ci to nagrodzi - rzekł ksiądz.
- Bierze aby ludzie mówili: - ot, widzicie jaka ta Babińska uczciwa, jacy to ludzie szlachetni. Brat z nimi nie żył, a oni po śmierci sieroty jego przytulili. I dodadzą jeszcze: - Brat majętny nie pomyślał o tem, siostra druga ręce umyła, Babińscy wspaniałomyślni... państwo Babińscy!
- Antosiu - wybuchnęła Babińska nagle, nie zmuszaj mnie do powiedzenia ci gorzkiej prawdy, bo - jak Boga kocham, powiem.
- A no - proszę, proszę, mów! rozśmiała się Łomicka, wstała z krzesła i dygnęła. Ale w chwili gdy Babińska się już z czemś gorzkiem miała odezwać, kanonik położył - veto.
- Dosyć tego! dosyć! o kobiety niepomiarkowane i zgryźliwe. Co to jest! Powagą moją wzbraniam wszelakich wymówek.
Obie siostry usiadły; brat zapalił cygaro.
- Obstaję przy tem, odezwał się - bym w pewnej części przyłożył się do utrzymania sierot. - Dam coś.
- Tymczasem weź na siebie zlikwidowanie interesów brata, to lepiej zrobisz, rzekł ksiądz - później, gdy będzie potrzeba, zajmiesz się losem syna, pomożesz córce, teraz to nawet lepiej iż razem idą dzieci, bo przywiązane bardzo do siebie biedne sierotki.
Kanonik wstał z krzesła, uśmiechnięty łagodnie.
- Moje panie, odezwał się - uczyńcie to dla pamięci nieboszczyka i dla miłości Bożej, abyście sobie jak siostry szczerze, zapomniawszy uraz, ręce podały. Rodzeństwem jesteście. Więcej nad troje was na świecie niema. Bóg kochać się przykazał... spełnijcie przykazanie. Godziż się to ażeby ludzie, dlatego że ich położenie przypadkowe na różnych stawi stopniach, waśnili się o takie dzieciństwa? Chowaliście się razem, krew jedna w was płynie. Pax vobis! pas! pax! pax! Babińska spojrzała na Łomicką, Łomicka na Babińską, która wprzódy krok uczyni - pan Piotr stał zimny ale gotowy do zgody. W ostatku Łomicka rękę wyciągnęła. Dwie zimne dłonie uścisnęły się lekko. Brat przystąpił, ale słowa jakoś wyrzec nie mogli. Znać było że ulegli woli i rozkazowi duchownego, ale w sercach ich zostały dawne uczucia, które się tylko schowały, jak ślimacze rogi - na chwilę.
Kanonik popatrzał i nie czekał dłużej, wziął za kapelusz i ukłoniwszy się wysunął zwolna z izby, zostawiając ich sam na sam z sobą.
Zaledwie odszedł kilka kroków od zajezdnego domu idąc powoli ku plebanii, gdy na drodze od bliskiej wioseczki postrzegł idącą Orchowską, która za ręce dzieci prowadziła z sobą - zatrzymał się więc póki nie nadeszły i milczący począł je całować, aż łza z oczów pociekła... Micio miał spuszczoną głowę i twarz smutną. Kanonik zlekka ją podnosił i popatrzył mu w oczy.
- Zacząłeś już czternasty rok? nieprawdaż - począł z cicha - w tym wieku przychodzi rozeznanie, powinieneś rozumieć i czuć położenie swoje i siostry... Jest was dwoje na świecie... tyś jej opiekun... o tem nigdy nie masz zapomnieć... masz obowiązki. Rozumiesz.
- Rozumiem, księże kanoniku - odezwał się chłopak zwolna i zastanawiając nad każdym wyrazem. - Rozumiem, ojciec nieboszczyk kilka razy mi to powtórzył w chorobie. Już ja Lusi nie opuszczę.. a jak wyrosnę to ją wezmę do siebie do domu i będziemy razem mieszkali i żyli.
- Tak, ale do tego czasu trzeba, żebyś się uczył pilnie, aby na własny kawałek chleba umieć zarobić - mówił staruszek. - Ciotka Babińska bierze was oboje do siebie.
Dzieci popatrzyły się nie odpowiadając...
- Trzeba być wdzięcznym za to, powolnym, łagodnym... i zasłużyć na tę jej łaskę - dodał kanonik. - W cudzym domu choćby krewnym, gdzie was przez miłosierdzie przytulą... trzeba się zachować pamiętając na to...
Chłopak słuchał nic nie odpowiadając... Orchowska płakała... i niemogła się wstrzymać, by nie przerwać kanonikowi.
- A! ojcze drogi - poczęła, płacząc ciągle - pani Babińska! Babińska... o! mój Boże, jak to tam dzieciom będzie... wątpię żeby ona mnie z niemi zabrać chciała, a one tak do mnie przywykły i ja do nich... Rozstać się trudno! pomyśleć nawet o tem to się serce kraje. Gdyby ojciec dobrodziej za mną się wstawił... niechby mi tam jakiego kątka pozwolili... ja jeść nie wiele potrzebuję - odzieży mi jeszcze starczy na długo... przynajmniejbym na dzieci najrzeć mogła. Boć to wiadomo, księże kanoniku, tam obcy nigdy nad niemi tego dozoru mieć nie będą...
- Już tego niewiem czy waćpanią wziąść zechcą - odezwał się ksiądz - z góry im ten warunek narzucać nie podobna, boć dobrze jeszcze że dzieci biorą... Wracać mi z tem niewypada... Proś jejmość sama, a ja przy zręczności poprę jej żądanie...
To mówiąc, kanonik zamyślony się oddalił a dzieci, tuląc się do staruszki, poszły do zajezdnego domu. Tu zawarta za pośrednictwem duchownego zgoda trwała jeszcze, ale nie zbliżyła wiele rodzeństwa do siebie. Po długiem zobojętnieniu trudno było odrazu przystąpić i do serdeczności powrócić. Pan Piotr Ordęski chodził po pokoju z cygarem, a dwie panie, cedząc słówka, spoglądały na siebie z ufnością i odrazą źle pokrywaną. Drzwi się otworzyły - weszła Orchowska z dziećmi, które strwożone, poglądając na panie ciotki, pozostały u proga. Babińska skinęła aby się zbliżyły...
- Idź że Miciu. Ciotce do nóg upadnij - szepnęła Orchowska - podziękuj...
Popychane niebożątka poszły w istocie... Babińska nie miała złego serca, łzy jej na powieki wytrysnęły i wzięła dzieci, obejmując rękami a przytuliła do siebie.
- Jedziecie ze mną - rzekła - ale bądźcie grzeczne, a będzie wam dobrze.
Micio w rękę ciotkę pocałował.
- Jeśli już ciocia tak łaskawa na nas biedne sieroty, niechże nam jeszcze jednę wyświadczy łaskę.
- Cóż takiego? - zapytała ciotka.
- Orchowska bardzo płacze żeby mogła z nami jechać, Lusia do niej przywykła, my ją tak kochamy.
- Ale moje dziecko - zimno odparła Babińska - to trudno żebym ja wszystkie sługi wasze zabierała dla was. Jest ich dość u mnie, na troskliwym dozorze wam nie zabraknie... zresztą...
Orchowska, nie śmiejąc mówić, płakała.
- To trudno - mówiła Babińska - to niepodobna... mamy sług dosyć...
- Pani dobrodziejko - przebąknęła staruszka.
- Ale nie mogę, nie mogę... nie trzeba dzieci do takich pieszczot przyzwyczajać... to darmo. Waćpani tylko zbierz rzeczy dziecinne i odeślij mi je tutaj.
- Ja je sama przyniosę - odezwała się stara - i pośpieszyła za drzwi, ażeby ukryć płacz coraz się zwiększający. Dzieci chciały iść za nią, ale ciocia Babińska zatrzymała je silną dłonią.
- Proszę zostać na miejscu... Siadajcie tam na łóżku... pożegnacie Orchowską, gdy przyjedzie z rzeczami.
To mówiąc, pani Babińska odwróciła się do siostry - jakby chciała tłumaczyć się przed nią.
Nie możemy sobie znowu zaplugawiać dworu takiem ubóstwem - rzekła - ta stara niechlujna i wygląda jak żebraczka. Jabym jej przy sobie nie zniosła. Zresztą i niepotrzebna... będzie komu na nie patrzeć. Nasz Martynianek to rówiennik prawie Micia... jednolatki... a co do Lusi ja sama koło niej chodzić będę.
- Ale nim nawykną... rzekł brat.
- Nie trzeba pieścić, to najgorsza rzecz, przerwała Babińska - odrazu niech się uczą życia... Czeka ich w niem więcej przejść bolesnych... To darmo... to darmo.
Pani Łomicka westchnęła. Dzieci posiadały na łóżku i pobrawszy się za ręce, to spoglądały ze strachem po nieznanych krewnych, to popłakiwały.
Tymczasem konie kazano zaprzęgać, bo pani Babińska zwłaszcza śpieszyła się bardzo do domu... i gdy Orchowska z chłopakiem przyszła, niosąc rzeczy, już wszystko do odjazdu było gotowem.
Siedem lat upłynęło od opisanego wypadku, siedem lat, które z trzynastoletniego Micia uczyniły dwudziestoletniego chłopaka... chlubiącego się iż dwudziesty pierwszy zaczynał... a w istocie dojrzalszego niż inni w dwudziestu kilku bywają.
Lusia stała się piętnastoletnią panienką, a że pieszczone imię wyniesione z rodzicielskiego jeszcze domu, nie właściwem było ubogiej kuzynce na łasce państwa Babińskich zostającej, zwano ją panną Ludwiką Ordęską.
W domu państwa Babińskich mało się od tych lat siedmiu zmieniło, prócz że młody Martynianek, przyszły spadkobierca obojga państwa, jedynak i ukochane ich dziecię - wyrósł też na pana Martyniana i wybierał się już w świat, żywota swobodnego używać.
Państwo Babińscy żyli oboje w szczęśliwej zgodzie i zobopólnej miłości, jak za pierwszych czasów, a miłość ta zdawała się coraz ściślejszemi łączyć ich węzłami, bo była opartą na stosunku utrwalającym ją, charakterów i wykształcenia. Musirny się cofnąć w przeszłość, ażeby dać poznać lepiej bohaterów naszego opowiadania. Ordęscy, stara i zamożna bardzo szlachta, posiadali dobra znaczne i żyli w najwyższych sferach społecznych, posiadając wszystkie warunki wymagane, by w nich byli dobrze przyjętymi. Lecz jak u nas najczęściej się trafia - stosunki z zamożnymi, z magnatami, pociągnęły Ordęskich na wydatki przechodzące możność; dla utrzymania ich czyniono ofiary, majątek ucierpiał, nadrujnował się, przyszły złe czasy - runął...
Już gdy się chwiał po śmierci starosty Ordęskiego, dzieciom potrzeba było jakąś przyszłość zapewnić, dwie córki i dwóch synów zostawali na łasce losu... Panny były starannie wychowane, jedna z nich wyszła za bogatego dorobkiewicza pana Babińskiego, kapturowego pono szlachcica, wątpliwego klejnotu, druga za ubogiego Łomickiego, który miał jednę odłużoną wioszczynę. Piotr ożenił się bogato z panną, która się w nim pokochała więcej może dla powierzchowności, niż innych przymiotów, bo tych skąpo mu wydzieliła natura. Paweł mimo że mu bardzo mało zostało po rodzicach i że byłby mógł sobie znaleźć ożenienie dogodniejsze pod względem majątkowym, zakochał się w ubogiej dziewczynie, jak mówiono córce włościanina, wychowanej, w klasztorze i nad stan wykształconej. Rodzina czyniła co tylko mogła, ażeby temu zapobiedz - dla żony musiał z nią zerwać. Chodząc z dzierżawy na dzierżawę, biedował, męczył się, żonę postradał, a w końcu dzieci sierotami rzucił....Rodzina rozpierzchła mało się do siebie zbliżała.
Pan Piotr żonaty z familiantką i osobą wielce dumną, odsunąć się musiał od swoich, bo nawet bogaty Babiński w domu, który chorował na arystokratyczność, nie był dobrze widzianym.
Łomiccy ubodzy, ubodzy z pięciorgiem dzieci nie wiele mieli czasu i ochoty na stosunki ze światem; Babińscy żyli w pewnem kółku własnem.
Stary Babiński był człek prosty, czytać wprawdzie i pisać umiał, ale nadto niewiele. Ojciec jego, jak powszechnie utrzymywano zrobił całą fortunę na wieprzach. Kupował je, tuczył, handlował niemi, a że mu bardzo szło szczęśliwie i człowiek był oszczędny, dorobił się tak znacznych kapitałów, iż dobra kupił rozległe i wszedł niemi w obywatelstwo. Syna ani wiedział jak, ani czuł potrzeby wychowywać zbyt wykwintnie. Przeznaczał go na rolnika i gospodarza, a był tego przekonania, że wieśniakowi niewiele potrzeba oprócz zdrowia i ochoty do pracy, wziął więc do domu bakałarza, kazał uczyć czytać, pisać, czterech działań arytmetyki i na tem się skończyło. Młodzieniec, nie będąc nawet w szkołach, edukacyą rychło do pożądanego kresu doprowadził. Wyrósł ogromnie, spasł się wcześnie i wyglądał jak olbrzym. Twarz miał dosyć miłą, choć nie zbyt rozumną... ale też sam doskonale wiedział iż prochu nie wymyśli - nie miał do tego najmniejszej pretensyi.
Jeszcze ojciec żył gdy Babiński żenić się zapragnął; zobaczywszy raz w kościele pannę Ordęską, zakochał się w niej. Panna była wychowana starannie, rozumna, wymowna i miała imię szlacheckie, ale posagu bardzo mało. Stary Babiński nie rad był małżeństwu, bo się spodziewał syna ożenić bogato, wszakże nie sprzeciwiał się, mając to przekonanie iż syna powinien był rychło ożenić. Ze strony panny i jej rodziny, gdy się Babiński starać począł, czyniono trudności, ale młodzieniec naiwny miał trzy dobre wioski, z pewnością kapitały ojca, który jeszcze spekulował, choć już nie na wieprzach, i - wydawał się wcale potulnem stworzeniem. Ostatnie szczególniej za nim przemawiało. W istocie człowiek był jakkolwiek nie wiele okrzesany, dobrego serca i charakteru łagodnego. Pannie się nie podobał tak bardzo, ale była ubogą i czuła że się da prowadzić. Z góry zaraz starającego się jeszcze wzięła na mundsztuk i więcej się jej też nie wyrwał. Babiński tak był przejęty wyższością swej "kochasi", jak ją nazywał, tak ją uwielbiał, tak był szczęśliwy, że ten skarb posiadł, iż się cały oddał na jej posługi. Kasia rozkazywała i nie znała opozycyi.
Wkrótce po ożenieniu, mimo uwag starego Babińskiego, który wystawie wszelkiej był przeciwny, pani kazała zbudować dwór nazwany pałacem, urządziła stajnie, powozy, służbę, dom na stopę bardzo świetną. Babiński znajdował to miłem, potrzebnem koniecznie dla takiej kobiety jaką była jego żona i pracował tylko, aby miała wszystko czego zażądać mogła. Wstrzymywano się nieco, dopóki jeszcze żył stary Babiński, ale po jego śmierci pani projekta swe najśmielsze wykonać mogła bez przeszkody. Przezwano jednę wieś gwoli szlacheckim tradycyom Babinem nowym, aby tem poprzedzić nieco kruchą nobilitacyą... Założono park... wymalowano blado-żółto pałac i herby znalazły się, gdzie tylko pomieścić je przyzwoicie było można.
Babiński po ożenieniu odbył coś nakształt dopełniającego kursu edukacyi - żona wyuczyła go form koniecznych, języka świata i wpoiła w niego tę zbawienną zasadę, że najwymowniej jest mówić mało, uśmiechem, chrząkaniem, ruchem głowy, pleców, ramion, zastępując często mogące skompromitować próżne słowa. Babiński nabrał zewnętrznego poloru, a milczeniem zyskał sobie imię poważnego człowieka. Nigdy mu się nie trafiło ani żonie sprzeciwić, ani z nią w ciągu długiego już życia choć na chwilę poróżnić. Jejmość była dlań dobrą też żoną, ale się posługiwała bez litości i czyniła zeń, prawdę rzekłszy, ekonoma, do czego był w istocie stworzony.
Gdy brat Paweł zmarł, zostawiając sierot dwoje, pani Babińska postanowiła, aby sobie zyskać imię u ludzi, zabrać sieroty i zająć się ich wychowaniem. Mieli jednego syna który był rówieśnikiem Micia, a córka niewiele im mogła przyczynić kłopotu i wydatku. Zabrano więc do Babina oboje... i - rozpoczęło się po sąsiedztwie sławienie cnoty tych poczciwych Babińskich, którzy choć brat z nimi nie żył, choć dzieci jego nigdy nie widzieli, wzięli wszakże je i zajęli się ich losem. W zamożnym domu na wsi, dwie sierot nie czyniły różnicy... Do Lusi pani Babińska guwernantki trzymać nie myślała i jak najprościej ją wychowywać zamierzyła na starym elementarzu i książce nabożnej.
Do Martyniana był guwerner jeden i metr muzyki; ci choć nieobowiązani, podjęli się z dobrej woli wychowania Micia, który miał bardzo dobre początki. Muzyk nawet, upodobawszy sobie śliczną Lusię, i ją trochę na fortepianie uczyć zaczął. A że sieroty służyły do popisu z dobroczynnością i miały być żywym świadectwem dobrego serca państwa, nie chowano ich po kątach.
W pierwszych dniach strwożone, plączące, wywołały nawet istotne współczucie w samej pani i jej dworze... nie było tak bardzo źle z początku. Do osłodzenia ich losu przyczyniła się i ta okoliczność, że stara Orchowska, która do tych dzieci była przywiązana niezmiernie i miała dla nich serce matki... nie mogąc wyżyć nie widząc swoich sierotek, poszła pieszo do Babina a nie mogąc być przyjętą we dworze, u woźnicy dworskiego na komornem osiadła, aby na nie patrzeć choć zdaleka. Przekradała się rankami gdy państwo spali, do garderoby - czatowała na dzieci, służyła im. Chociaż to poświęcenie biednej starej, która za komorne płaciła pracą, wiadomem się stało wkrótce, pani Babińska udawała że o tem nie wie, - tolerowała wszakże Orchowską. Dzieci, gdy im było smutno, źle, gdy się potrzebowały poskarżyć, zapłakać, szukały starej swej przyjaciółki...
Takie były początki ich życia w Babinie.
Wszelkie stosunki w świecie nim się ustalą i pewną formę przybiorą, potrzebują na to czasu - ale z dziećmi łatwiej i prędzej przychodzi się do porządku. Choć pani Babińska nie okazywała zbytniej czułości Lusi, dziewczę się do niej przyzwyczaiło i przywiązało - szczególniej zaś polubił ją sam pan Babiński... chociaż się z tem przed żoną nie wydawał, byłaby bowiem miała to uczucie za krzywdę wyrządzoną synowi, jedynakowi, którego jedynie kochać, uwielbiać i rozpadać się nad nim było obowiązkiem ojca.
Martynian... przyszły spadkobierca państwa Babińskich - coś wziął z matki i trochę z ojca. Z twarzy podobnym był do niego, ale umysłowo obiecywał nawet mamę prześcignąć. Po ojcu wziął dobre serce, po niej ochotę do pracy i wykształcenia, ciekawość świata i pańskie zachcianki. Lubił zawczasu elegancyą, ubranie modne, ładne fraszki, zbytkowe zabawki... i wyglądał paniczykowato, - a że matka mu wmawiała iż na większym świecie wymagają nauki, że w salonach popłacają talenta, gorliwie się starał o nabycie jednych i drugich.
Ksiądz kanonik, który czasem przyjeżdżał do Babina, bo samego pana bardzo lubił z jego prostotą i serdecznością, naganiał wychowanie syna...
- Uczyć się niech uczy, to zawsze mu się w świecie przyda - mówił - ale na miłość Boga panicza i eleganta tylko z niego nie róbcie... Po co go było z prostego Marcina przechrzciwać na Martyniana? Po co nazwyczajać do ładnych sukienek i panieńskich perfumek... Teraz na świecie nikt jutra nie pewny... Bóg wie co mu przyszłość gotuje. Choćby był najbogatszym - kto mu zaręczy że fortuny nie straci, że pracować na chleb nie będzie zmuszony? a to potem zawada do wszystkiego i cierpienie, gdy się przyjdzie oduczać nałogów pańskich.
Tych uwag wszakże pani słuchać nie chciała, milczała przez uszanowanie dla kanonika - a dziecku dostarczano co zamarzyło.
Szczęściem go to nie bardzo popsuło.
Ojciec może w duszy był przeciwny takim pieszczotom, ale dogadzał bo mama kazała. A że syna czule kochał - czynił to z serca.
Przybycie Micia, który bądź co bądź, musiał być przy Martynianku i z nim razem się chować, nie było rodzicom na rękę. Obawiano się tego chłopca nie znając go... ze strachem przypuszczano do towarzystwa jedynaka. Pierwszego dnia zaraz poznali się i poprzyjaźnili. Martynianek zajął się kuzynkiem mocno, znalazł w nim rówieśnika i towarzysza za którym tęsknił. Matka wszakże przestrzegała, aby zbytniej poufałości nie dopuszczał.
Byłby jej i sam Micio nie powziął, bo chłopak był nad swój wiek zastanawiający się, uważny i ostrożny. Wiedział że był ubogim, powtarzano mu to ciągle i myślał o tem tylko, jakby co najprędzej wyuczyć się czegoś, a dla Lusi i dla siebie przyszłość zapewnić.
Charakteru bojaźliwego przez pewną dumę - Micio był milczący i dojrzalszy o wiele od jedynaka. W domu przy chorym ojcu, który był jego pierwszym nauczycielem, wiele skorzystał. Ojciec mu pierwszy gorzki przedsmak świata i życia na sobie okazał. Nieboszczyk pan Piotr miał to zdaje się na sercu, aby dzieci od złudzeń uchronić, nieustannie więc Miciowi powtarzał, aby się od ludzi nic nie spodziewał, aby się ich strzegł, aby na siebie rachował tylko...
Żyjąc odosobniony, nie mając się przed kim poskarżyć, znękany w ostatku chorobą - może nieoględnie kreślił przed dzieckiem te rozczarowujące obrazy, lecz powstrzymać się od tego nie mógł... Ból tryskał z każdego słowa biednego człowieka. Micio więc miał nim przybył do Babina głowę nabitą tem, że choćby dlań ludzie byli grzeczni, dobrzy na ich serca nic liczyć nie był powinien, ani się ku nim rozczulać. W chłopca główce młodej i to odrazu było jasnem, że ciotka i wuj nie znali ich tak długo... więc niebardzo ojca kochać musieli - a zatem i ich kochać nie mogli. Stara Orchowska, z którą Micio był poufalej - pół słówkami też w tem usposobieniu go utrzymywała...
Choć z Martyniankiem byli bardzo dobrze, sierota trzymał się jakoś na ostrożności, grzecznie - lecz zawsze trochę chłodno. Babińska znajdowała od drugiego dnia, że chłopak wyglądał po wiejsku, że był dziki, że się na nim pochodzenie matki i natura chłopska odbijała...
- Już to, mój drogi - szepnęła mężowi - niech on sobie tu przy Martynianku pobędzie jakiś czas... nie mam nic przeciwko temu, ale dla niego jako ubogiego, inne wychowanie potrzebne. Pańskie dzieci mogą się w domu edukować, dla ubogich są szkoły. Niema nic lepszego jak ława szkolna... bo to uczy życia...
- No - a czemuż Martynianka też nie oddamy, kochasiu co? - spytał Babiński.
- Proszęż cię, jedynak, delikatny i zupełnie w innem położeniu.
- To prawda, kochasiu, to prawda...
- A zresztą - dodała Babińska - nie bardzobym rada żeby przy nim tych manier nabrał nasz chłopak... bo to szorstkie jakieś, podejrzliwe... bojaźliwe, bo jemu trzeba ogłady, śmiałości...
- Tak, tak, jemu trzeba ogłady, kochasiu, - westchnął, myśląc o sobie Babiński - ja zawsze jeszcze żałuję że jej nabyć nie mogłem.
- Nie uwłaczaj sobie - rzekła żona - to prawda że ci zawczasu jej w domu nadać nie mogli - nie każdemu się Bóg dał urodzić w rodzie, w której ona już jest spadkowa - ale ty miałeś i masz szczęśliwy instynkt i nabrałeś tyle, ile ci do życia potrzeba, ogłady i przyzwoitości.
- Ale bo ty dobra jesteś - rzekł rozczulony Babiński, całując żonę w rękę - ja wiem że ja tobie wszystko winienem...
W duszy mając także to przekonanie, jejmość nic już nie odpowiedziała, dodała tylko:
- Mieczysława należy oddać do szkół - będzie to trochę kosztowało, ale cóż robić, lepiej grosza stracić, niż dopuścić niebezpieczny wpływ na dziecko...
- Ale zapewne, kochasiu - rzekł posłuszny mąż - ale zapewne.
- Pan Piotr też obiecywał że się coś do utrzymania ich przyłoży... ja z niego wyciągnę...
- Pan Piotr! - rozśmiał się, ręką w powietrzu kreśląc figurę zagadkową Babiński - pan Piotr...
- Co się tyczy Lusi... ta nam nie zawadzi...
- Ale ładne dziecko... miłe dziecko kochasiu - rzekł mąż - niech sobie będzie, niech się chowa.
- No, ładna ona nie jest i miła, nie powiem - przerwała żona - kwaśna jak braciszek. Sądzę nawet, że gdy wyrośnie, zbrzydnie, bo to tam ta chłopska krew zawsze jeszcze jest.
- Powiadaliście przecie, że matka jej pięknością swą waszego brata obałamuciła - dorzucił Babiński.
- A! jaka tam była piękność! jaka to była piękność - wyrwała się żywo jejmość - gminna, ordynaryjna, żadnych rysów... tylko tyle że to było młode, świeże, zdrowe... potem tak słyszę zbrzydła, że straszno było patrzeć.
Mąż nic nie odpowiedział, sprzeciwiać się nie miał we zwyczaju, a przypominał sobie, że biedną kobietę widział na kilka tygodni przed śmiercią, wychudłą, wymizerniałą, przecież dziwnie zawsze i ujmująco wdzięczną.. tak, że się jej napatrzeć ludzie nie mogli. Lusia była do niej podobną, ale w niej jeszcze typ ten cudny wyszlachetniał, jakby na twarzy dziecięcia odbijał się smutek matki, smutek który tworzy anioły i opromienia ideały. Nie śmiał się i do tego przyznać Babiński, że dziecko mu się bardzo podobało...
W kilka miesięcy po przybyciu sierot do Babina, zapowiedziano już w domu i mówić o tem zaczęto, głośno, że Micio do szkół do Lublina pojedzie. Wiadomość tę przyjął chłopak zrazu zamyślony, rozrachowując co z tego może wyniknąć, pogadał potem z Orchowską, pomiarkował sam i ucieszył się. Szło mu tylko o to że musiał siostrę opuścić, którą najczulej kochał; uspokoiła go tem staruszka, że przecież na wakacye i święta przyjeżdżać będzie bo to obiecywano - a że ona zostanie, aby Lusi nie było smutno.
- Tym sposobem - szepnęła Orchowska - Micio prędzej się w szkołach wyuczy co potrzeba i na własnych nogach może stanąć, to i Lusi z tem będzie lepiej.
Bujnym marzeniom Micia dogadzała ta myśl, oddawna bowiem zamierzał, pilnie się uczyć, dojść do niezależności, przestać być na łasce i razem z siostrą co najrychlej z opieki krewnych się wyswobodzić. Nie było im tam źle - było może wygodniej niż w ubogim ojca domu, przecież często się obcy ten przytułek czuć dawał.
Babińska bez miary gderała na Lusię pod pozorem wychowywania jej i przyspasabiania do życia. O ile bez miary była powolną dla syna, o tyle surową dla sierotki. Z teoryi jej wypadało że należało kobiety wychowywać ostrzej i przygotowywać zawczasu do tego, co je nieuniknienie czekało. Choć sama na los swój uskarżać się nie mogła - nieomieszkiwała zawsze narzekać na poddaństwo kobiet, na despotyzm mężczyzn i na upośledzenie słabszej połowy rodzaju ludzkiego. Służyło jej to za wyborny pretekst do niezwykłej surowości w obejściu się z tą biedną Lusią, która zawczasu nabrała charakteru bojaźliwego, milczącego, skrytego prawie, mając do niego z natury skłonność. Jeśli się poskarżyła cicho i zapłakała, to tylko na rękach i w objęciach starej Orchowskiej, która regularnie co rana i co wieczora podsuwała się podedrzwi, aby swoję panienkę uścisnąć i drobne jej rączki ucałować.
Ta miłość i poświęcenie dla dzieci starej ochmistrzyni zrazu zdawały się Babińskiej chwilowemi, prorokowała, że to się długo nie utrzyma... Gdy potem Orchowska i rok i drugi wytrwała ze swoją biedną i cichą ofiarą... pani Babińska inaczej to poczęła z pewnym przekąsem tłumaczyć.
- Chce jej się koniecznie heroiną zostać, mawiała... i żeby ludzie o niej gadali że się tak dla dzieci poświęca. Myśli może iż tym sposobem pozyszcze sobie u mnie miejsce i wkręci się do dworu. Ale ja tych komedyj nie lubię... Udaję że nie wiem i nie widzę i jeśli sądzi że mnie rozczuli, to się bardzo myli...
W istocie poczciwej Orchowskiej na myśl nigdy nic podobnego nie przyszło - słuchała serca tylko... przywiązała się do dzieci - nie miała z rodziny nikogo i poszła za niemi... Trwała więc na swem stanowisku, żyła na komornem, a łagodnością i pracowitością a gospodarnością swoją tak potrafiła pozyskać tych, u których w alkierzu mieszkała, że po dwóch leciech nawykłszy do niej, uważając ją jakby za krewnę, za nicby jej odejść nie pozwolili. Prości ludzie umieli też serce w niej ocenić.
Gdy po raz pierwszy Miciowi przyszło do szkół wyjeżdżać i z siostrą się rozdzielać, dzieci prawie rozerwać nie było można. Lusia płakała, wieszając mu się na szyi, chłopakowi łzy kręciły się w oczach. Ciocia Babińska z niecierpliwości wołała:
- Ale dosyć że mi już tych przesadzonych czułości!
Martynianek też towarzysza zabaw i przechadzek żałował bardzo, obdarzył go czem tylko wolno mu było wyposażyć krewnego, przeprowadzał konno, i prawie zapragnął sam z nim jechać do szkół, tak mu po Miciu tęskno było... Chłopiec pierwszy raz sam rzucony w świat, modlił się i przyrzekał sobie najuroczyściej nikomu się w nauce nie dać wyprzedzić... aby co prędzej o swoich siłach pójść w świat!
Prędko przebiegłszy te lata nauki... Mieczysław skończył szkoły świetnie, wyrósł, dojrzał, zmężniał... Chociaż w ostatnich dwóch latach już zyskał korepetycye i z nich się bez pomocy Babińskich mógł utrzymać, - podziękowawszy im zaraz za ich łaski i oświadczając że sam sobie dać rady potrafi, chociaż profesorowie zaręczali mu, iż mógłby, pozostawszy przy szkole, z lekcyi się i nadal utrzymywać - pojechał do uniwersytetu. Od dwóch już lat rozpoczął medycynę i po trzech miał nadzieję, że łatwo nią na chleb dla siebie i siostry zarobi. Pracował ogromnie, a że nawet bez talentu trud daje siły nowe, Miciowi zaś nie zbywało na nim, liczono go do najwięcej obiecujących uczniów akademii, a profesorowie już go prawie jako przyszłego kolegę uważali. Przepowiadano mu adjunkta miejsce, a później katedrę w wydziale który sobie obrał. Praktyka i miejsce takie dawały odrazu zamożność. Przyszłość świetnie zdawała się rozwijać przed Mieczysławem, który gorąco się jej dobijał, nie tyle może dla siebie, co dla siostry.
W istocie, położenie Lusi w domu ciotki daleko było przykrzejszem, niż swobodnego już Mieczysława. Ciocia, w miarę jak dziewczę rozwijało się, rosło, piękniało i zwracało oczy wszystkich, coraz stawała się dlań surowszą. Niewytłumaczone jakieś uczucie zazdrości wkradło się do jej serca. - Obce dziecię w jej własnym domu kradło przywiązanie wszystkich, nawet starego Babińskiego. Lusia nie miała nieprzyjaciela, nie miała nawet obojętnych - przepadano za sierotką. Babińska znieść jej nie mogła. Najmniej może zrobiła sobie przyjaciół i wielbicieli cudnie urodziwą twarzyczką i pięknością niepospolitą - łagodność, dobroć, skromność i cierpliwość niewyczerpana, rozum i takt nad wiek zyskiwały jej serca. Szczególniej umiała znosić nieustanne napady, gderliwość i niesłuszne najczęściej wyrzekania cioci, której każda najmniejsza okoliczność posługiwała do fukania na tę nieszczęśliwą Lusię. Upatrywała w niej uparcie zarody wszelkiego złego, tłumaczyła każdą czynność, słowo najfałszywiej i najgorzej. Lusia znosiła z pokorą, bez wyrzekania, bez odpowiedzi, wytrzymując, wysłuchując, i nawet korzystając z tego nielitościwego obejścia się ciotki.
Zrazu, jak mówiliśmy, Babińska miała mocne postanowienie wychować ją jak najskromniej, na klucznicę, jak mówiła!
- Grosza przy duszy mieć nie będzie - mówiła - pocóż jej znowu dawać świetne wychowanie i talenta, aby się jej w głowie zawróciło, żeby się zepsuła. Nie chcę tego mieć na sumieniu. Nauczyć czytać, pisać, rachować, szyć i gospodarstwa, to dla niej dosyć. Jeśli pójdzie za porządnego ekonoma, to będzie łaska Boża, bo kto ją zechce inny wziąć z tą niby nieszpetną twarzyczką, a bez złamanego szeląga.
Ale p. Babińska strzelała tak, a Pan Bóg inak kule nosił. Przy Martynianku był metr muzyki, bo chłopiec miał znakomity talent, ofiarował się darmo uczyć Lusię. Ciocia zabroniła, pokryjomu się to odbywało, potem zaczął namówiony przez metra prosić Martynianek; matka synowi niczego nigdy nie odmawiała, ruszyła ramionami i dozwoliła, Lusia chciwie rzuciła się do muzyki i ze zdumieniem okazało się wkrótce, że gotowa była prześcignąć jedynaka. Na tę wieść kazano lekcye powstrzymać lecz Lusia była ukochaną, jakoś umiano dokazać, że się znów uczyła pokryjomu. W sąsiedztwie żyli państwo Burzymowie, o miedzę. Pan Burzym, człek bardzo poważny w sąsiedztwie, już niemłody, wdowiec, mający jednę córkę, z której guwernantką francuzką ożenił się, sam prawie niewiedząc jak do tego przyszło bywał często z żoną i Adolfinką w Babinie. Guwernantkę niegdyś a dziś panią Burzymowę wysoce ceniła pani Babińska, z powodu iż pochodziła ze szlacheckiej rodziny, i zwała się baronesse de la Tour. Burzyma sam Babiński w ramię całował, mówiono nawet pocichu, że ojciec Babińskiego zamłodu u rodziców Burzyma służył we dworze.
Państwo Burzymowie byli ludzie majętni, skoligaceni, że żyli na świetnej stopie, p. Babińska wielce im nadskakiwała. Pani Burzymowa, zobaczyła Lusię, polubiła ją i wzdychała aż z zazdrości, że takie dziecko się dostało do Babina, gdy jej dla pasierbicy za towarzyszkę byłoby niezmiernie pożądane. Uczyniono nawet próbę czyby się nie dała namówić ciocia na powierzenie sieroty, ale Babińska się wymówiła od tego stanowczo oświadczając iż uczynić nie może. Naówczas wielkiem naleganiem wymogła pani Burzymowa, umiejąca chodzić około cioci, żeby choć niekiedy Lusi dozwolono po kilka dni bawić u Burzymów. Trudno się było oprzeć. Zawarowawszy sobie ażeby nie pieszczono jej i nie psuto, posyłała Lusię Babińska na tydzień czasem do Adolfinki, z którą się najczulej poprzyjaźniły. Tygodnie różnemi sposobami rozciągały się na miesiące. Pani Burzymowa uczyła pasierbicę sama, a razem podjęła się z pewnym rodzajem namiętności wychowania sierotki. W ten sposób poczęła szczebiotać po francuzku i wiele innych rzeczy, nabrała wyobrażenia, chwyciła początki. Dawano jej książki, pomagano, ale dziać się to musiało wszystko w największym sekrecie przed Babińską, która zakazała Lusi wdawać się we francuzczyznę, i oczy psuć nad książkami. Cóż ona winna była że ją samo towarzystwo Adolfinki i jej macochy uczyło?...
Nie bez przyczyny czasem w gniewie pani Babińska mawiała, że ją Pan Bóg za jej dobry uczynek ukarał tą nieznośną Ludwiką, składało się bowiem jakoś zawsze przeciw jej woli i planom. Nadewszystko ją gniewało to, że się nad tem dzieckiem rozpadali wszyscy, bronili jej, osłaniali wszyscy, aż do własnego męża i własnego syna.
Martynianek bowiem także od półtora roku szczególniej nadzwyczajnie był nadskakującym, czułym dla kuzynki. Strzegł się to okazywać przy matce, ale jej oko odgadywało, czego dostrzedz nie mogło. Dlatego też w końcu coraz była mniej przeciwną oddalaniu się na dłuższy czas Lusi od Burzymów, a Lusia z pobytu u nich korzystała chciwie. - Tam mogła razem z Adolfiną grać, rysować, czytać swobodnie i na wyprzodki się uczyć. Pani Burzymowa pokochała ją jak własne dziecię, stary Burzym dzielił miłość swą między córkę i jej towarzyszkę prawie zarówno.
Ciocia Babińska nie mogła tego niewidzieć, niedomyślać się, że dziewczę więcej umiało, niż jej zdaniem potrzeba było mu umieć - że się niezmiernie wykształciło i ślicznie wyrosło, gniewało ją to i niecierpliwiło. Najmocniej zaś oburzała się na samo przypuszczenie, iż jej jedynak mógł niepotrzebnie sobie głowę bałamucić pięknością tej dziewczyny. Lusia była niezaprzeczenie piękną i najurodziwszą w okolicy. Babińska, nie chcąc tego uznać, a nie mogąc oczywistości się oprzeć, tłumaczyła się tem iż to był rodzaj piękności, którego ona cierpieć nie mogła.
Najtroskliwiej śledząc każdy ruch, każde słowo dziewczęcia, niepodobna jej było cokolwiek Lusi zarzucić w obejściu się z jedynakiem. Jak gdyby przeczuwała niebezpieczeństwo, Ludwisia zdawała się niewidzieć, nieznać, niepostrzegać kuzynka. Odpowiadała na jego pytania krótkiemi półsłowami, nie patrzyła na niego, unikała go widocznie. Martynianek znowu tem silniej szukać się jej zdawał, pomimo że pobłażająca w innych rzeczach matka, nie przebaczyła mu ani słowa poufalszego, ani najmniejszej grzeczności dla sieroty. Gdy przypadkiem musieli być razem, niespokojne wejrzenie Babińskiej latało od Ludwiki do Marynianka, chwytając niepostrzeżone nawet odcienia czulsze głosu i spojrzeń. Niepokój ten wzrastał z każdym dniem. - Babiński go nie podzielał wcale, a sam też był dla Lusi bardzo czuły, choć się z tem starał niewydać.
Dziewczę rosło wśród tych utrapień i walki, która je do przyszłego życia wdrażała - zamyślone, poważne i milczące. Piękność jej dziewicza a prawie dziecięca, nabierała od tego wyrazu smutnego, zadumanego, zrezygnowanego, dziwnego i niezwykłego powabu, który rzadko którą twarz w pączku okrasza. Było w niej coś obudzającego poszanowanie, pociągającego sympatycznie ku temu ideałowi sieroty.
Babińska która od dziecka nawykła była gderać na nią i panować nad nią absolutnie, a zawsze się z nią obchodzić jak z dziecięciem jeszcze - nie domyślała się nawet dojrzałości Lusi i wewnętrznego przetworzenia z dziecięcia na przedwcześnie dojrzałą istotę. Ludwika mówiła mało, krótko a z myśli swych nie zwykła się była spowiadać przed nią.
Dochodziła lat piętnastu, i piękność jej była w całym blasku, a Martynianek którego wychowanie kończyło się w domu, pożerał ją oczyma - gdy Babińska zaczęła niebezpieczeństwem, jakiego się domyślała, na seryo przerażać. - Jednego ranka po wieczorze, w czasie którego napróżno usiłowała jedynaka odciągnąć od krosienek, ku którym ciągle się zabłąkiwał, ciocia Babińska wyprowadziła męża do ogrodu. Poczciwy stary poszedł posłuszny za nią z pośpiechem, z jakim zawsze stawał do usług swej kochasi.
Gdy dobrze od ganku odeszli, na którym sama się Lusia została - Babińska schwyciła męża za rękę i zwracając się ku niemu, zawołała:
- Powiedz ty mnie, proszę cię - co ja pocznę z tą dziewczyną?
- Z jaką dziewczyną - kochasiu? - spytał naiwnie mąż, albo co?
- Z tą waszą ulubioną Ludwisią - z tą jezuitką, z tą hypokrytką - poczęła Babińska - bo to skryte, niby ciche, pokorne, dobre, posłuszne, a najniebezpieczniejsza istota w świecie. Co ja z nią pocznę?
Załamała ręce.
- Wzięłam to sobie prawdziwie na to, bym chwili spokoju w domu nie miała. Oddać? komu, gdzie? Kto to weźmie! Wypędzić niepodobna.
- Cóż tedy ona zrobiła? - spytał mąż spokojnie.
- Nic nie zrobiła! co miała zrobić! Byłabym najszczęśliwsza żeby cokolwiek zmalowała. Ale złapże ją na czem bądź mądry! Oho! rozumna istotka! Ty nic nie wiesz, nic nie widzisz, tyś ślepy.
- Ślepy, kochasiu - to wiadoma rzecz, nie dowidzę, odparł Babiński, krztusząc się i spluwając przed siebie, aby się od mówienia dalszego uwolnić.
- Ona rachuje na Martynianka. Ten głupi chłopiec...
- A! czyż on głupi! - przerwał Babiński, kochasiu, pomiarkuj się! czyż Martynianek głupi!
- W tem głupi... głupi... bo on się w niej kocha... ja to widzę, ta dziewczyna go zręcznie bałamuci - poczęła matka - a wiesz jak? oto tem że go niby odpycha, nie spojrzy, nie zagada po ludzku, chodzi, gra komedyę, udaje boginię, heroinę, czyni się zagadkową, tajemniczą, a chłopcu się w głowie mąci.
Babiński ruszył ramionami.
- Pozwólże mnie słówko wtrącić, kochasiu - odezwał się, namyślając jak obrócić to, co mu się chciało odpowiedzieć - a cóż ona, kochasiu, ma począć? Jakby na niego patrzyła, jakby gadała do niego, uśmiechała się, to ja głupi miałbym do niej pretensyą że mi go bałamuci, kochasiu, a tak znowu ty masz żal. Cóż ona pocznie?
Babińska, której mąż przez lat dwadzieścia nigdy się nie ośmielił w niczem sprzeciwić, usłyszawszy ten argument, prawie osłupiała. Stanęła, wlepiła w niego oczy, zamilkła jak rażona tem zuchwalstwem i patrzyła nań tylko jak w tęczę. Biedny człowiek postrzegł dopiero iż się dopuścił występku, że zbłądził i obraził swojem głupstwem istotę stokroć wyższą od siebie; przerażony sięgnął błagająco po jej rękę, lecz Babińska się cofnęła.
- I ty ją jeszcze będziesz bronił! ty! ty! ty śmiesz mnie taką rzecz mówić, ty!
- Ale czekajże, kochasiu, aniołku mój, serce złote, rzekł mąż, nie rozumiesz mnie.
- Ja ciebie nie rozumiem! nie rozumiem. Wiesz że to paradne! zawołała, śmiejąc się ironicznie, Babińska. Ja ciebie nie rozumiem!
- No, to milczę, kochasiu, bom głupi, rzecz wiadoma, skończył Babiński.
- Słuchajże mnie, słuchaj, tak, to daleko lepiej będzie, niżeli masz bronić dziewczyny która wcale na to nie zasługuje. Jestem przekonaną żeśmy żmiję odgrzeli na łonie - mówiła ciotka, tem niebezpieczniejszą im na pozór łagodniejsza... Trzeba szukać jakiego bądź środka aby się jej pozbyć.
- A no, to się pozbędziemy, kochasiu, wtrącił mąż, co to długo szukać, oddać ją Burzynom, oni wezmą.
- Mój drogi, przepraszam cię, ale jakiż ty jesteś dziwnie ograniczony.
- Ograniczony, tak, to prawda, kochasiu, zawsze byłem ograniczony, rzekł spokojnie Babiński, więc powiedz o co idzie.
- A tożby było najgorzej oddać ją tam! Burzynom, o miedzę, tuż pod nosem. Martynianekby dopiero z tego korzystał i ta donzella też, po za oczyma naszemi. Ją należy tak wyprawić, ażeby ani mógł jej więcej zobaczyć. Najlepiejby było wydać choć zamłoda, ale kto to weźmie.
Babiński się zachmurzył, począł kaszlać i pluć, nie wiedział co mówić, a kaszel go uwalniał od odpowiedzi.
W tej chwili zdala, z ulicy w którą zaszli rozmawiając, ze zgrozą ukazała Babińska mężowi ganek. Na ganku z robotą w ręku siedziała Lusia, a opodal od niej stał Martynianek i oczy wlepiwszy w nią, zdawał się w zachwyceniu.
W czasie gdy w ogrodzie p. Babińska usiłowała oczy otworzyć mężowi na niebezpieczeństwo, Martynianek który szpiegował zawsze pilnie co się działo z Lusią, i szukał wszystkich środków zbliżenia się do niej bez świadków, dostrzegł matkę odchodzącą z ojcem do ogrodu, domyślił się że Ludwika w ganku pozostać musiała i nadbiegł co prędzej. Dziewczę ze spuszczoną głową nad robotą usłyszało kroki, podniosło żywo powieki, twarzyczka jej się zarumieniła, chciała zrazu poruszyć się i uchodzić, lecz zmiarkowała że choć chwilkę dla niepoznaki, by się nie wydać ze strachem, pozostać powinna.
Martynianek śliczny, acz bardzo i do zbytku wydelikacony młody paniczek, spoglądał zrazu to w ogród, to na nią przestraszonemi oczyma.
- A! kuzynka sama, zawołał, zbierając się na odwagę.
- Ciocia tylko co odeszła z wujaszkiem, są o kilka kroków - odezwała się Lusia - i ja właśnie miałam pójść do mego pokoju.
- A! na miłość Bożą, kuzynko! pośpieszył chłopak, składając ręce, czyż nigdy nawet słówka powiedzieć.
- Jakto? wszakże zawsze z sobą mówimy.
- Tak, w salonie.
- Spodziewam się że pan mi nic nie możesz mieć do powiedzenia, czegoby wszyscy razem ze mną słyszeć nie mogli.
- Właśnie się kuzynka myli. Są przecie między krewnymi, między młodymi, między dobrymi przyjaciołmi, jak my spodziewam się jesteśmy, rzeczy których starsi zrozumieć nie mogą, których przy nich mówić niepodobna.
- Doprawdy, panie Martynianie, tych rzeczy, to i jabym pewnie nie zrozumiała, rzekła Lusia, a po chwili dodała:
- Pan wie jak ciocia nie lubi gdy - gdy...
Nie dokończyła, dając się domyśleć, czego wyrazić nie umiała, a po chwilce dodała ciszej, spuszczając oczy na robotę, jeszcze pilniej niż wprzódy:
- Przecieżbyś nie chciał mnie narazić na gniew cioci.
- Ale mama ani wie, ani się domyśla że mówiemy z sobą, a doprawdy nie sądzę, bym mógł myślą czy słowem zgrzeszyć przeciw kuzynce, której szczęście i spokój są mi tak drogie, jak moje własne.
- Panie Martynianie, zaklinam pana, odezwała się wzruszonym głosem Lusia - idź pan, lub zmusisz mnie że ja odejdę.
- A! jakżem ja nieszczęśliwy! odezwał się załamując ręce Martynian. Wychowaliśmy się pod jednym dachem, jak rodzeństwo, nie mam sobie do wyrzucenia żebym nie był dobrym, serdecznym bratem, a jednak mnie nienawidzisz.
- Panie Martynianie, na Boga, odezwała się coraz bardziej wylękła Lusia, odejdź pan, ciocia jest tuż w ogrodzie, nadejdzie w tej chwili, znajdzie nas tutaj, a wina rozmowy spadnie cała na mnie!
To mówiąc, zabierała co prędzej robotę i przygotowywała się odejść, ale Martynian stał w samych drzwiach, przez które musiała przechodzić, i to ją wstrzymywało.
- Ale jakaż wina, kochana, droga kuzynko, jestże to grzechem przemówić słowo, poskarżyć się gdy się cierpi, prosić o trochę pobłażania i litości?
- Jabym was o litość prosić powinna, coraz bardziej pomieszana odezwała się Lusia - odejdź pan.
- Nie mogę, niepodobna mi, wrosłem stopami do tej podłogi, nie odejdę póki słowa od was milszego nie posłyszę, jednego słowa pociechy.
- Doprawdy, nie rozumiem was! to nieszczęście! ani wy mnie też! dodała Lusia.
Martynian był pieszczonym jedynakiem, nie łatwo się dał przekonać i uprosić, chwila zdawała mu się dlań szczęśliwą. Korzystał z niej, nie zważając na prośby Ludwiki.
- A! kuzynko! ja... ja cię rozumiem choćbym nie chciał najwyraźniejszych słów twych tłumaczyć sobie, takby mnie do rozpaczy przywiodły. Radbym tę smutną rzeczywistość odepchnąć, zaprzeć, łudzić się dłużej. - Nie! wy dla biednego Martyniana macie choć trochę litości.
- Mój Boże! - powtórzyła Lusia - miejże ją pan nademną. Panu się nic nie stanie, gdy ciocia go tu znajdzie, mnie to za grzech się policzy, żem śmiała z panem rozmawiać.
- Ale to nie może być! podchwycił chłopiec, czyżbyś kuzynko już kiedy z tego powodu cierpieć miała?
Lusia nie odpowiadając, zabrała robotę i mężnie podeszła ku niemu, domagając się wolnego przejścia, Martynian, widząc ją tak blizko, uniesiony przykląkł i gwałtem pochwycił rękę, która nie mogła się wyrwać, bo przytrzymywała robotę. W tej chwili od wschodów gankowych piorunujący głos pani Babińskiej odezwał się nagle:
- A to co jest? a to ślicznie!
Martynian porwał się, Lusia nareszcie wolną była i uciekła. Syn został się sam na sam z matką, na której twarzy zarumienionej malowało się oburzenie i gniew. Nie mogąc go pohamować, pani Babińska padła na fotel i rękami objęła głowę. Martynian mógł odejść, ale czuł że zawinił i chciał sam za to odpokutować. - Podniósłszy oczy, matka znalazła go stojącego w miejscu, w którem zastała.
- Bezwstydny chłopcze! zawołała, przychodząc nieco do siebie, i jeszcze śmiesz patrzeć mi w oczy.
- Kochana mamo...
Jedynak, mówiąc to, zbliżył się, chcąc wziąć za rękę matkę, by ją przebłagać, ale ręka mu się wyrwała.
- Bezwstydny, powtarzam, bezwstydny! zawołała z gniewem. - Próżneby było tłumaczenie, uszy moje słyszały, oczy patrzyły. Domyślałam się dawno czułych waszych stosunków, wiedziałam że panna Ludwika dobrze strzela oczkami i zawczasu się wprawia w rzemiosło zwodnicy, ale po tobie, po tobie spodziewałam się więcej rozumu i taktu.
- Przepraszam mamę, przerwał syn, muszę stanąć w obronie Lusi: jeśli tu kto winien, to ja. Ona w pierwszej chwili, gdym nadszedł, chciała odchodzić, jam ją zatrzymał i nie puścił. Ja tylko winien jestem jeden, ona nigdy w życiu nawet nie raczyła spojrzeć łaskawiej na mnie.
- Żmija! wybuchnęła p. Babińska. Nic mi nie mów, nie potrzebuję objaśnień. Znam ją dobrze. Gdyby nie podsycała w tobie tego głupiego rozmarzenia, nie śmiałbyś sobie tak poufale z nią postępować. Idź ztąd, nie chcę słuchać więcej, dosyć tego.
Syn stał przecie.
- Przepraszam mamę, rzekł, ośmielając się, ale ja nie pójdę ztąd, dopóki mi mama nie da słowa, że Ludwice nic nie powie - nie chcę ażeby za moję winę pokutowała.
- A toż to co znowu? cóż to? zmusić mnie chcesz? jak śmiesz?
- Mamo kochana, gwałtownie począł syn, ja proszę, ja błagam, inaczej jeśli mama tego dla mnie nie zrobi...
Zatrzymał się chwilę.
- Jeśli nie zrobię, no to co? odezwała się matka, unosząc gniewem, myślisz mi grozić! ty!
Martynian, którego nigdy jeszcze podobna nie spotkała scena, stanął milczący i zadumany, pieszczoszkowi burzyło się w piersi, nie pojmował, ażeby coś mogło mu się opierać i przeciwić, nawet matka własna. Twarz jego pobladła od gwałtownego uczucia, usta się zatrzęsły. Pani Babińska spojrzała na niego w tej chwili i przelękła się. Gniew ją opuścił, trwoga o jedyne dziecko kazała o wszystkiem zapomnieć - rzuciła się ku niemu, chwyciła go oburącz za szyję.
- Co ci jest! Martynku - co ci jest! poczęła wołać rozpaczliwym głosem, a to wszystko z przyczyny tej niegodziwej, przewrotnej hipokrytki. Przeklęta godzina i dzień kiedym ją wzięła do mojego domu.
Jedynak korzystając z tego usposobienia, upadł na kolana.
- Moja mamo najdroższa! błagam, proszę, zaklinam, daj mi słowo, że jej nic nie powiesz, ona nic nigdy nie zawiniła. A! gdybyś wiedziała...
Wejrzenie matki zdawało się wyzywać syna do wyznań.
- Lusia nielitościwą była dla mnie, na to jedno mógłbym narzekać. Prawda, zawiniłem żem na nią podniósł oczy, nie powinienem był poddawać się uczuciu które we mnie wzbudziła - ale na cóż tę śliczną twarz, te oczy pełne tajemnic postawiliście przedemną, młodym i niedoświadczonym? dlaczego lata długie dozwalaliście się mi poić tą zakazaną trucizną? Ona niewinna, ona nigdy nie podsycała wrażenia, ona mnie odpychała prawie ze wzgardą. Przysięgam ci na to, matko droga.
Pani Babińska znacznie była ostygła.
- No, siadaj, uspokój się, dziecko jesteś, rzekła, świata i ludzi nie znasz. Jeżeli kto tu winien, masz słuszność, to ja, ja tylko, po co mi było brać tę dziewczynę. Natura matki która uwiodła mojego brata odzywa się w niej zawcześnie, idzie za instynktem. Ale mi nie mów że ona niewinna! Oh! oh! piętnastoletnia dziewczyna, która potrafiła po za mojemi plecami, mimo mej woli wyuczyć się muzyki i francuzczyzny, w której chytrość i przebiegłość jest najgłówniejszą charakteru cechą, ta dziewczyna wiedziała co robiła, odpychając cię! Czuła że to był najlepszy środek przyciągnięcia ku sobie. Czyby się kiedy takie głupie uczucie mogło ci nawet przyśnić, tobie niewinnemu chłopakowi, gdyby ona go umiejętnie nie podżegała?
Mówiąc to, wstała z ławki p. Babińska i gwałtownie przechadzać się zaczęła. Syn pogrążony milczał.
- Na to niema innej rady, odezwała się po chwili, ty musisz wyjechać z guwernerem na kilka miesięcy, a tymczasem ja na to znajdę środek, ażeby raz na zawsze niebezpieczeństwo usunąć.
- Mamo! wybuchnął jedynak - jeśli się jej co złego stanie, ja... ja sobie życie odbiorę!
Na ten wykrzyknik dwudziestoletniego młodzieńca z całą gwałtownością namiętności pierwszej wyrzeczony, matka krzyknęła i padła na pół omdlała w krzesło, zalewając się łzami. Syn przybiegł do niej, okrywając pocałunkami ręce, ale rozszlochana Babińska nie wiedziała co się z nią dzieje, nie trwożyła ją groźba dziecinna - więcej daleko gwałtowność uczucia, którego dawała miarę.
Stary Babiński wszedł na tę scenę niewiedząc co się stało i osłupiał, niemogąc się zdecydować w pierwszej chwili czy biedz po wodę, po doktora, czy łajać, czy mścić się, czy na synu poszukiwać sprawcy katastrofy, lub domagać się jej wytłumaczenia.
Krzyknął tylko, łamiąc ręce. - Kochasiu najdroższa! co tobie jest! co się stało! - I sam się na kredyt, niewiedząc jeszcze nic, - rozpłakał.
A że i ludzie zaczęli się snuć koło drzwi, p. Babińska, troskliwa o to ażeby bezpotrzebnie nie pletli, podtrzymywana przez męża, ciągnąc syna za sobą, przeszła do swojego pokoju i drzwi się za nimi zamknęły.
W chwili gdy głos p. Babińskiej uwolnił ją od natarczywości Martyniana, biedna sierota przerażona uciekła do swego pokoju, sama nie wiedząc prawie co się z nią dzieje. Rzuciła robotę na kanapkę, załamała dłonie, zamyśliła się, łzy ciekły jej po twarzy, ale nie darmo tych siedem czy osiem lat przeżyła pod okiem cioci: były one dla niej wielką nauką, wyrobiły cierpliwość, rezygnacyą, spokój jakiś wewnętrzny z religijnym fatalizmem - jeśli te dwa wyrazy sprządz z sobą się godzi. Ludwika wierzyła w Opatrzność nad sobą i poddawała się jej wyrokom, nauczyła się powstrzymywać łzy, hamować cierpienie, aby na zewnątrz się nie objawiło, dojrzalszą była nad lata, a rezygnacyą tą prawie już stara.
Znała nadto ciotkę, by nie wiedziała iż wypadek ten pociągnie za sobą długie wyrzekania, wymówki, łajania, groźby, jawną niełaskę i prawie prześladowanie. Przeciwko temu wszystkiemu miała tylko jedną broń - cierpliwość i pokorę.
Jakie uczucie budziło w niej oddawna znane przywiązanie więcej niż braterskie Martyniana, było najgłębszą tajemnicą, której nigdy nie zdradziła ani słowem, ani wejrzeniem. W obejściu się z nim nadzwyczaj zawsze ostrożna, unikała go o ile możności, dawała mu zrozumieć niewłaściwość objawów czułości któremi ją chłopak, korzystając z położenia, prześladował. Wszystko to było próżnem: im mocniej starała się z nim nie spotkać, wyśliznąć mu się, tem przebieglej on ze swej strony obrachowywal i wyrabiał sobie spotkania sam na sam. Ulubieniec matki i ojca, ufając w ich nieograniczone łaski, wmawiając im co chciał, rozporządzając się w domu, jedynak męczył Lusię, która musiała odgadywać jego zabiegi, aby się przeciwko nim obronić. Po kilkakroć otwarcie nawet prosiła go, ażeby jej oszczędził przykrości, ale chłopak wcale nie zważał na to. Smutneż to było życie w tym dworze! Ciocia Babińska wedle raz przyjętego systemu, obchodziła się z sierotą jak najsurowiej. Wszystko to tylko dla jej przyszłego dobra. Ubierała ją jak najskromniej, strzegła aby nic wytworniejszego nawet od obcych nie dostała. Pokoik Lusi przy garderobie był jednym z najniewygodniejszych w całym domu, a, jak tam zwano - pałacu. Ogromna stara lipa pod samem oknem, zachowana jeszcze z dawnego ogrodu, ocieniała tak pokój iż w nim trudno było we dnie pracować. Sprzęt był jak najskromniejszy, proste łóżeczko z niepomalowanego nawet drzewa, takiż stolik szarą serwetką przykryty, parę prostych stołków, szafeczka wcale niewykwintna, sofka stara pokryta pstrym perkalikiem, ubierały tę celę więzienną. Ale Lusia była tak staranną o to co ją otaczało, tak umiała jakoś to ustawić, przybrać, upięknić niczem, ubrać kwiatkiem w prostym dzbanuszku, lub jakąś robotą własną, że izdebka wydawała się miłą i miała wdzięk młodości, która w niej mieszkała. Gniewało i to p. Babińską, upatrywała bowiem nawet w ustawieniu sprzętów i kwiatków zalotność, w zamiłowaniu czystości jakąś niepotrzebną pretensyą. Książki pożyczone od Burzymów, ile razy je zobaczyła na stoliku, doprowadzały ją do niecierpliwości. Żartowała sobie z pretensyi jej do literatury i uczoności, chociaż Lusia nigdy żadnem słówkiem nie zdradziła tego co umiała. Nie pozwalała jej wprawiać się w grę na fortepianie, - wszystko to wywoływało gderania bez końca.
- Pannabyś powinna klucznicy poprosić, albo tej swojej Orchowskiej, żeby nauczyła cię jak się kury hodują, jak się indyki młode karmią, jak się w ogrodzie sadzi i pieli, a te książki i muzyka to strata czasu i bałamucenie się nadaremne. Ubogiej dziewczynie to niepotrzebne. Jeśli cię niezamożny szlachcic weźmie, i za to jeszcze Panu Bogu powinnaś podziękować, a poszedłszy za mąż, o muzyce i książeczkach i romansikach francuzkich i poezyjkach Lamartina i W. Hugo nie będzie kiedy myśleć.
Zwykle Lusia nie odpowiadała nic, chowała książki i przyjmowała to w pokorze. Uległość ta któraby może kogo innego rozbroiła, gorzej jeszcze p. Babińską gniewała. Mawiała, wychodząc do męża:
- O, to ziółeczko, ta wasza Lusia! to ziółeczko! ktoby powiedział, że to sama pokora, uległość sama, a to są tylko komedye! Ja to znam! ja to czuję! Skryta, milcząca, żeby się kiedy odezwała słówko, żeby się choć bronić raczyła. Nie, milczy a swoje robi. Tak! Takie charaktery są najniebezpieczniejsze. Nigdy nie odgadniesz co myśli, nigdy nie zrozumiesz jej. Obcy człowiek wziąłby to za łagodność, a to upór nieprzełamany. Ty sobie gadaj co chcesz, ona wysłucha i zrobi swoje. Ja ją znam od dziecka, zawsze taką była.
Wróciwszy do tej izdebki, Lusia długo pracowała nad sobą nim uśmierzyć potrafiła niepokój i trwogę, pomodliła się milcząca, potem zwolna ujęła jakby machinalnie robótkę. Siadła na sofce i niktby obcy nie domyślił się z jej twarzy bladej, ale uspokojonej, że przebyła godzinę bólu i trwogi, a miała przed sobą nieobliczone jeszcze następstwa gniewu nielitościwej cioci.
Ile razy w kurytarzu usłyszała chód lub odmykanie drzwi, bladła jeszcze bardziej, spodziewając się wtargnięcia cioci i sceny nieuniknionej; nikt wszakże nie przychodził. Pani Babińska naradzała się z mężem.
Drzwi otworzyły się wprawdzie w godzinę może potem, i Lusia spojrzeć już na nie nie śmiała, gdy usłyszawszy męzkie kroki i podniósłszy oczy, spostrzegła stojącego przed sobą - Mieczysława!
W ubraniu podróżnem, z torebką przez plecy, brat stał przed nią uśmiechnięty. Ludwika porwała się uniesiona, szczęśliwa i lecąca mu w ramiona, krzyknęła:
- A to Bóg cię zesłał dla mnie!
Mieczysław już się był ze wszystkiemi przywitał w domu - dosyć zresztą zimno przyjęty przez ciocię i Babińskiego, a goręcej niż kiedykolwiek przez Martyniana; do obiadu zostawało mu dosyć czasu ażeby się z siostrą rozmówić. Lusia położyła palec na ustach...
- Chodźmy do ogrodu - rzekła - będziemy na ten raz mieli wiele do mówienia.
Wzięli się więc pod ręce i wyszli razem. Szli długo milczący, minęli klomby obok pałacu, a gdy się oddalili całkiem w dzikszą ustroń parku, Lusia zwróciła się nagle z twarzą spłakaną ku bratu i zawołała wzruszona.
- Miciu! na miłość bożą - jeśli to podobna - ratuj mnie!
Mieczysław zbladł, chwytając ją za rękę. - Co się stało, mów...
- Miciu kochany - poczęła, ocierając oczy, siostra - nigdy na nic nie skarżyłam się przed tobą. Po cóż narzekać próżno i serce zakrwawiać, jeśli poradzić niepodobna? Są wszakże położenia z których jakimkolwiek kosztem ratować się potrzeba... Posłuchaj mnie... przebacz... zrozumiej... ja tu dłużej zostać i żyć nie mogę.
- Jakto - ciocia - przerwał Micio.
- Ciocia jest sobie gderliwa, naturalnie szuka powodu aby mnie mustrować i burczyć na mnie. Usposobienie to rosło i rośnie, przyzwyczaiłam się do tego prawie, ale mój drogi, mój drogi... ja tu z innych powodów pozostać nie chcę, nie powinnam, nie mogę.
- Z jakichże? co to być może...
- Jedynak pieszczony jest nadto dla mnie łaskaw... domyśl że się, mój Miciu, reszty... Matka się tem niepokoi, niecierpliwi, a życie staje się nieznośnem. Muszę uciekać od niego, muszę cierpieć od ciotki... jest mi ciężko... jest mi źle - i nie chcę nawet być posądzoną, żem myślała o pozyskaniu serca Martyniana...
- Ale to nowa rzecz dla mnie - przerwał Mieczysław - nigdyś mi o tem nie wspominała nawet... Zkądże się to bierze znowu?
Lucia zarumieniła się mocno - spuściła oczy.
- Mój Miciu, to nie jest rzecz nowa... Nie mówiłam ci nigdy, bo nie zdawało mi się, żeby wspominać było warto. Sądziłam zresztą, że to przejdzie... Tymczasem Martynian nabił sobie głowę...
Na tem przerwała Lucia...
- Wystaw sobie że dziś, właśnie dziś - dodała - miałam scenę, która mi grozi nowem prześladowaniem od cioci. Ciotka jest przekonaną że ja jej jedynaka bałamucę, przypisuje mi rachuby... niewiem co... Unikam, jak mogę, nawet spotkania z nim... daję ci na to słowo... nie dałam powodu ani do podejrzeń, ani do gniewu... ale nieszczęśliwy jakiś los mnie prześladuje. Dziś - wystaw sobie - dziś siedziałam w ganku z ciotką... odeszła do ogrodu dla jakiejś narady z panem Babińskim... W tejże chwili prawie nadbiegł Martynianek... Napróżno go błagałam aby się oddalił, albo mnie puścił, chciałam już przebojem odejść, gdy pochwycił mnie za rękę, ukląkł... i na tę chwilę... ciocia nadeszła. Wystaw sobie co mnie czeka...
Mieczysław brwi ściągnął.
- Wistocie - rzekł - potrzeba na to radzić - tak dłużej nie może być... Przyznam ci się, Lusiu, żem sądził, iż tych lat parę jeszcze przecierpisz, ty, co tak anielsko cierpieć umiesz... potem łatwiejby mi już było cię oswobodzić... łatwiej ci zapewnić kątek cichy i miły, który ci się należy za te lata męczarni zniesionej tak poczciwie... no! widzę, że trzeba heroicznego lekarstwa. Daj mi się namyśleć...
Ścisnęli się za ręce. Mieczysław czoło namarszczył...
- A! mój Boże, mój Boże! ja ci będę ciężarem! - zawołała Lusia. - Miciu, powiedz, każ, zostanę... zniosę do końca to położenie. Ale jeśli w jakikolwiek sposób podobna byś mnie wyzwolił, o! wyzwól, proszę....
- Ja wiem - dodała - ty się lękasz wydatku, tyś ubogi, ty ledwie masz tyle ile ci potrzeba na własne utrzymanie, ale niech cię nie trwoży ta siostra, która zniesie ubóstwo łatwo, a może, może też co i zapracować potrafi. Ja ci będę pomocą, a sama się obejdę bodaj chlebem suchym i wodą, - umyślnie starałam się nie przywykać do wygód, probowałam głodu, zimna, nic mi nie szkodzi, mam potęgę mojej młodości i woli.
Mieczysław szedł zamyślony, ściskał jej rękę - milczał. Lusia, która go nie widziała przez kilka miesięcy, wpatrywała się w te coraz mężniejsze rysy, które usilna praca i myślenie nieustanne już napiętnowało dojrzałości powagą. Ów świeży niegdyś, biały, różowy, z pogodnem wejrzeniem Micio, wyglądał prawie staro, zmęczony i blady. Oczy tylko świeciły ogniem, który uczucie w tej chwili jeszcze mocniej rozpaliło.
- Jak ty mizernie wyglądasz! - westchnęła Lusia - mój Boże, jak ty tam pracować musisz!
- Praca to nic - rzekł Mieczysław - do pracy się nawyka, troska grosza, każdą z nich walką wewnętrzną pokonywać potrzeba, a walka odbiera siły i trawi życie... Troski o siebie nie mam - dodał - ale o ciebie, o ciebie, którą mi ojciec na łożu śmierci powierzył. Niema dnia żebyś mi w myśli nie stała z twoim pozornym spokojem i rezygnacyą, które kryją pod sobą tyle bólu, tyle nieporachowanych męczeństw. Niepokoję się tobą, twojem położeniem, przyszłością, na wszystko muszę ja radzić, wszystko dźwignąć powinienem... Jest-to obowiązek miły, drogi, jedyny. Ja dla ciebie pracuję, moja Lusiu.
Siostra schyliła się ku niemu ze łzami.
- Nie lękaj się - rzekła - nie trwóż nadaremnie przyszłością. Jest Opatrzność, są wyznaczone człowiekowi losy... jam się nauczyła wiele i temu położeniu na które się skarżemy winnam, żem się nie rozpieściła, że patrzę w przyszłość z rzeczywistą rezygnacyą i pokojem.
W tej chwili przerwał rozmowę ich cichy okrzyk łzawy pomieszany z łkaniem... kroki dały się słyszeć za niemi, stara Orchowska biegła co mogła wydążyć od folwarku, aby swojego panicza co najprędzej zobaczyć. Mieczysław podbiegł do niej, całując ją po starych pomarszczonych rękach...
- Niechże będą dzięki Chrystusowi Panu - wyjąknęła staruszka, ocierając oczy aby niemi się na Mieczysława napatrzeć - niechże będą dzięki, że ja ciebie jeszcze widzieć doczekałam. A ja już na Wielkanoc myślałam że zemrę, tak mnie było pochwyciło strasznie łamanie po kościach i gdyby nie panienka co mnie ratowała, gdyby nie ten poczciwy Martynian... jużbym cię pewnie nie oglądała... A tu jeszcze mam to szczęście że cię widzę...
Popatrzyła! - A! paniczu ty mój złoty, ale ty coś mi nie zdrowo wyglądasz... blady jesteś!
- Rośnie, rośnie - zaśmiała się Lusia - wszak dopiero dwudziesty pierwszy rok zaczął, a chłopcy jeszcze podobno rosną i dłużej. Widzicie jak od ostatniej bytności wyrósł i zmężniał.
- A widzisz ty, paniczyku - szepnęła stara, pokazując mu Lusię - że i to biedactwo, ta złota moja panienka, także coś mizerna.
- Ale cóż znowu, jestem zdrowsza od was obojga - przymuszając się do śmiechu, zawołała Lusia - nie komponuj!
Stara, płacząc ciągle, poglądała to na panicza, to na panienkę...
- O! mój miły Boże, gdybym ja jeszcze dożyła tego - odezwała się, wzdychając - żebyście swój dom mieli, a wyzwoleni zostali z tej niewoli babilońskiej... Żebym ja jeszcze doczekała umrzeć pod waszym dachem.
- Ja na to pracuję, ja do tego dążę - rzekł Mieczysław - trochę cierpliwości...
- My tu jej mamy z panienką nawet dużo - przerwała stara - dalipan, nie chwaląc się... Dobrze tam nam choćby o suchym chleba kawałku, ale samemu panem siebie być. Ja się też nie mogę skarżyć, bo mi u moich Wojciechowstwa dość dobrze, ale panience! panience!
- Cóż bo sobie znowu wyobrażasz, moja Orchowska - przerwała Lusia - nie strasz brata, mnie tak źle nie jest...
- Albo to ja nie wiem jak jest? - mówiła dalej stara - we dworze, choć ja na to nie patrzę, wszyscy to widzą i o tem gadają. Już gorzejby nie mogło nigdzie być, to pewna. Co to pomoże iż poczciwy Martynian się w panience kocha...
- Ale co bo mówisz, Orchowska! - rumieniąc się, przerwała Lusia.
- Bo prawda, bo się kocha... i ktoby się w niej nie kochał? - ciągnęła dalej swoje staruszka. - Wszyscy tu panienkę kochają, i stary Babiński, choć się z tem kryć musi, i słudzy i guwernerowie pokładliby się jej pod nogi, tylko ta - z pozwoleniem, jędza...
- Moja Orchowska! - zagroziła Lusia.
- No, to niechaj będzie... ciotka - poprawiła się Orchowska. - Oj! ta ciotka! ta ciotka... kiwała głową stara.
Mieczysław milczał, nie chcąc tej rozmowy podsycać. Lusia dawała napróżno znaki starej, aby milczała, ona prawiła swoje:
- Już teraz na to zeszło - poczęła, otarłszy oczy - że od rana do nocy tylko gderze i gderze... a je, a dokucza... To świętej cierpliwości potrzeba, żeby z nią wytrwać. Pan Hilary kamerdyner, człowiek bardzo stateczny i uczciwy, co bywał po znacznych dworach dawniej - nie może się wydziwić i pani że taka zła, i panience że taka dobra...
Stara Orchowska byłaby może dłużej paplała, gdyby zdala nie pokazał się Babiński, który wyrwawszy się żonie, zszedł do ogrodu szukać Mieczysława, a może i Lusi, po swojemu chcąc ją pocieszyć i uspokoić.
Orchowska pierwsza go spostrzegła i palec położyła na ustach.
- No, dosyć - rzekła - bo oto poczciwy ten stary się wlecze... a jak gruby tak dobry, jak Boga kocham - szepnęła ciszej. Ja jego lepiej znam niż wy może. Co robić, musi tańczyć jak mu zagrają, ale to pewna że on naszę panienkę lubi i radby jej życie osłodzić, tylko ta, z pozwoleniem... ciotka, nikomu pokoju i woli nie daje. To też biedne człeczysko, bo jak niema na kogo gderać, jemu się dostaje... aż wyłysiał, nieboraczysko. A że nie schudł to nie jego wina, widać nie potrafi nigdy.
To mówiąc a nie czekając aż się Babiński przybliży, Orchowska podreptała na folwark. Babiński nadszedł z uśmiechem na ustach.
- A co? - rzekł - prawda, ogród rośnie aż miło... prawda? rośnie... Gdyśmy zakładali, było pole, i siałem tu żyto i było nie złe... no, ale pałac bez tego parku być nie mógł... Wszędzie przy pałacach są parki... Mam tę pociechę że mi się drzewa udają.
Spojrzał na tęskne twarze sierot i zamilkł.
- A cóż panu Mieczysławowi, jak tam? jak?
- Dziękuję - odparł chłopak - dobrze mi jest, a przy nauce choćby źle było, człowiek się nie postrzeże, czas prędko leci.
- Jak to bo teraz - westchnął Babiński - wszyscy się muszą uczyć. Dawniej tego nie bywało... Ot i tego Martynianka co oni namęczą, co namęczą, a do czego jemu to, prawdę rzekłszy, kiedy będzie miał trzy porządne wioski... Dawniej byle się podpisać umiał... ah! ah! dosyć było i aż nadto, teraz pokomponowali fizyki, metafizyki, różne zyki i grafie... i kaduk wie co... a no, chodźmy, bo będzie czas do stołu.
I posunął się przodem, pokazując klomby Mieczysławowi.
Przybycie brata nie było na rękę cioci, wstydziła się go i obawiała. Miała bowiem jeden hamulec na swe kaprysy pani Babińska to obawę opinii i ludzkiego sądu. Dopóki myślała że bezkarnie może gderać i przewodzić, puszczała sobie cugle, jak skoro jej na myśl przyszło co ludzie powiedzą, wstrzymywała się. Wiedziała dobrze że Lusia skarżyć się nie będzie, obawiała się aby brat nie dostrzegł obejścia jej z siostrą... przy Mieczysławie była też zawsze o wiele grzeczniejszą. Tego dnia wybuch byłby zapewne straszny i Lusia wieleby niewinnie przecierpieć musiała, gdyby przybycie Mieczysława nie pohamowało pani Babińskiej. Rachowała na to, że po jego wyjeździe sobie to nagrodzi.
Do stołu przyszli wszyscy, Martynian tylko najdłużej na siebie czekać kazał, matka sama niespokojna poszła po niego. Znalazła go z głową obwiązaną, leżącego na kanapie.
- Cóż ci to jest?
- Głowa mię rozbolała.
Nie potrzebowała pytać przyczyn.
- Jakto? więc nie pójdziesz do stołu?
- Nie chce mi się jeść.
- Mają ci co przynieść?
- Nie, dziękuję.
Matka patrzyła nań łagodnie. - Nie dobrze jest że grymasisz.
- Ja nie grymaszę, ja jestem zgryziony, ja cierpię... Wstyd mi Mieczysława, siostra mu powie...
- Nic nie powie... ja jej też nie będę czynić wymówek, choć przekonaną jestem że na nie zasłużyła. Najlepiejbyś zrobił, żebyś do stołu poszedł...
- Mama jej nic nie powie...
- Na ten raz... nic. Chodź do stołu.
Martynian wstał. - Idę!
Przy stole rozmowa toczyła się o rzeczach obojętnych. Mieczysław choć mocno dotknięty, usiłował nie dać poznać po sobie, że siostra z nim mówiła. Opowiadał wiele o uniwersytecie, o naukach, o sobie i swojem życiu. Babiński słuchał, jak zwykle, bardzo uważnie, dwaj nauczyciele Martyniana dopomagali rozmowie. Ciocia nie słyszała nawet o czem była mowa, tak była zajęta swoim gniewem i niepokojem o jedynaka. Martynian zamyślony, nie jadł prawie nic, widocznie unikał spojrzenia na Lusię, która w milczeniu, nieruchoma prawie, siedziała jak na mękach... Wstano od stołu, a po krótkiem zatrzymaniu się w salonie, wszyscy się powoli porozchodzili... Mieczysław chciał iść za siostrą, ale go Martynian wziął pod rękę i poprowadził do ogrodu. Byli z sobą zawsze bardzo dobrze; jedynak kochał sierotkę, jako pierwszego towarzysza, z którym był bratersko i poufale, teraz jednak zupełnie różne wychowanie, kierunek, położenie nieco ich od siebie oddaliły. Mieczysław też miał do niego żal, że siostra z jego powodu cierpiała... Chłopię było dobre w gruncie, choć rozpieszczone... szczęście go tylko nieco nadpsuło.
Gdy się znaleźli sam na sam w ogrodzie, Martynianek ucałował na nowo Micia. Od rana co chwila łzy mu w oczach stawały.
- A! jaki ty jesteś szczęśliwy - zawołał - oto jeździsz po świecie, uczysz się... masz przyszłość w ręku i możesz się pochlubić, że ją sam sobie stworzysz, a ja, rad nie rad, w tych pierzynach wyrosnę na ciemięgę... i - wierz mi - będę nieszczęśliwym.
Mieczysław się roześmiał.
- Ty bo jesteś jak ci sybaryci, którym w posłaniu we dwoje złożony listek róży zawadzał - rzekł poważnie. - Na czemże ci zbywa?
- Na swobodzie - odparł Martynian - guwerner za mną krok w krok chodzi, mama pilnuje, ojciec śledzi. Zdaje mi się czasem że muszę być szklany i że mnie tak pilnują abym się nie rozbił za pierwszem potrąceniem o twardszy jaki ząb życia.
- Nie grymaś - przerwał Mieczysław - swobody masz dosyć, a opieki i miłości nigdy nadto mieć nie można. Bóg ci pobłogosławił - narzekać byłoby grzechem.
Martynian westchnął.
- Wierz mi - rzekł - żeś ty szczęśliwszy odemnie. Człowiek stworzony jest do pracy i trudu... mnie tak wszystko idzie z płatka, że się boję usnąć, kołysany w tych pieszczotach.
- To skarga którą rzadko słyszeć się trafia - odparł sierota - oryginalna prawdziwie.
- Wierz mi, szczera, z głębi duszy się wyrywa - mówi, ożywiając się, jedynak - jestem nieszczęśliwy zbytkiem szczęścia.
- A! dajże mi pokój - zaśmiał się przymuszonym śmiechem Mieczysław - doprawdy jest w tem coś strasznego co mówisz, jak gdybyś los wyzywał.
Szli tak kilkanaście kroków z sobą i byliby zapuścili się w ogród, gdy Babińska, która nierada widziała wielką przyjaźń i poufałość jedynaka z młodym doktorem, utrzymując że wszyscy lekarze są ludzie zepsuci i bez wiary, - schwyciła pretekst przyjazdu państwa Burzymów, aby ich z ogrodu odwołać.
Burzymowie dosyć byli częstymi gośćmi w Babinie i już niedowierzająca ciocia poczynała się domyślać, że musieli z Adolfiną swą polować na Martynianka... Według niej cały świat czyhał na przyszłego spadkobiercę Babina nowego, Porzecza, Zanokcic i przyległości.
Dom państwa Burzymów należał, jakeśmy mówili, do najznakomitszych w okolicy, do czego przyczyniało się i to, że pan Mikołaj Burzym był i stary szlachcic, i bardzo bogaty człowiek. A że oprócz tego był ze wszech miar zacny i niezmiernej sumienności, a wielkiej dla biednych ofiarności, darowano mu nawet to, że się już niemłodo ożenił z tą guwernantką baronesą la Tour, która zresztą choć się dobrze nie mogła nauczyć języka, całem sercem do kraju przylgnęła i do rodziny. Nie mając własnych dzieci, stała się matką najczulszą dla Adolfiny, a była kobieta wielce wykształcona i choć nie piękna, w towarzystwie miła. Burzym posiwiały, starzejący już człek, powierzchownością swą nakazywał poszanowanie. Postać to była piękna, wyniosła, nieco dumna, milcząca, ważąca słowo każde, ale dotrzymująca przy słowie raz wyrzeczonem z rozwagą. Nie wiemy z pełna czego był prezesem, a musiał nim być pewnie kilka razy w życiu, bo go wszędzie zapraszano i wybierano, ale zwano go też pospolicie tym tytułem. Pani prezesowa brunetka, z małym wąsikiem ciemnym na wierzchniej wardze, z czarnemi bystremi oczyma, twarz miała pospolitą, ożywioną i dobroci razem pełną. Panna prezesówna Adolfina słuszna, silnie zbudowana, niebieskooka blondynka, podobała się powszechnie nie samą młodzieńczą świeżością i pięknością swoją, ale zarazem sercem po ojcu odziedziczonem, wylanem dla biednych. Była to prawdziwa służka Opatrzności dla wsi okolicznych, a że ją znano z tego chętnego przychodzenia w pomoc ubóstwu, cisnęły się tłumy zawsze do jej apteczki i śpiżarni. Panna Adolfina była w najczulszej przyjaźni z Lusią i to może zniechęcało ku niej ciocię Babińską, która w oczy wszakże wstrętu jej swojego okazać nie śmiała.
Państwo Burzymowie dosyć często bywali w Nowym Babinie, może nie tyle dla siebie jak dla córki i Lusi, która niezawsze mogła otrzymać pozwolenie przyjechania do nich i zabawienia dni paru. Burzym lubił też bardzo Mieczysława, ceniąc odwagę z jaką rozpoczął walkę o egzystencyą niezawisłą własnemi siłami. Zajmował go Mieczysław i gdyby był śmiał, chętnieby mu nieraz przyszedł w pomoc, wiedział jednak iż chłopak jej od nikogo nie przyjmie. Gdy się całe towarzystwo znalazło w salonie, Lusia z Adolfiną pod pozorem jakiegoś pilnego interesu poszły razem do ogrodu... reszta została na rozmowie, do której chmurny jedynak wcale się nie mieszał. Babiński siedział, jak zwykle, przy swej żonie, oczekując rozkazów i podtrzymując rozmowę umiejętnem bardzo chrząkaniem w porę. Pani Burzymowa choć źle, mówiła jednak po polsku i wysilała się na to, aby Babińskiego, który po francuzku nie umiał, od rozmowy nie usuwać. Zaczęto mówić o pogodzie, słocie, gradzie który spadł przed kilku dniami, zbliżającym się księgosuszu i cenie wełny! Prezes tymczasem wstał i ujął pod rękę Mieczysława, wyprowadzając go w ganek. Tu siedli pod laurowemi drzewami, okalającemi wystawę.
- Mów-że mi, kochany panie Mieczysławie, o sobie - odezwał się się prezes - rad słuchać będę jak ci tam idzie? Czy ci już medycyna nie naprzykrzyła się, bo to nauka bardzo piękna i kształcąca człowieka, ale za katy trudna i nie wonna...
- Ze wszystkiem się przecież oswoić można - rozśmiał się Mieczysław. - Jeszcze parę lat a nowicyat ten przejdę i spodziewam się gdzieś osiedlić, jeśli przy uniwersytecie miejsca nie znajdę.
Prezes mimo uśmiechu dostrzegł chmurki na czole i dorozumiał się co je sprowadzić mogło... nie śmiał tylko badać...
- Zdrów-że jesteś? - spytał.
- Muszę nim być, chorować nie mam czasu.
- Jakże znalazłeś siostrę po tych kilku miesiącach?
Na to pytanie Mieczysław odpowiedział tylko znaczącem wejrzeniem, które prezes doskonale zrozumiał... Wstał zaraz i spojrzał w ogród. - Przejdziemy się może? - rzekł cicho.
- Bardzo chętnie.
Gdy kilkanaście kroków odeszli, prezes się obejrzał.
- Pewny jestem - rzekł - że się o siostrę frasować musisz. Hm? Nie może jej tu być bardzo dobrze. Zacna zresztą pani Babińska, ciotka wasza, jest trochę kwaśna i gderliwa, pochodzi to ze zdrowia, a więc nie łatwo zmienić się może. Dla młodej osoby ten moralny ucisk, ta atmosfera ciasna... nie są zdrowe, należałoby, panie Mieczysławie, pomyśleć o tem.
- A! właśnie myślę - zawołał Mieczysław - i mamli prawdę wyznać, to mnie tak niepokoi. Przed kilku godzinami powzięłem nawet niezmienne postanowienie.
- Wolno spytać jakie?
- Zabiorę Lusię z sobą... jak będzie to będzie, damy sobie radę, bo musiemy...
- Ale domu nie masz? - rzekł prezes.
- Stworzyć go muszę - odparł Mieczysław - nie mam i środków dostatecznych po temu, jednak mnie to nie przeraża. Ubodzy, zastosujemy się do położenia. Pierwszemu prezesowi zwierzam się z tego nagłego postanowienia, i proszę o czasową tajemnicę, aby siostrze kilku tygodni nie zatruć.
Prezes głową skinął, a po chwili rzekł:
- No, ale jakże stworzycie ten dom? masz-że więc pan zapas?
- Bardzo szczupły - odezwał się Mieczysław - lecz i potrzeby nie są wielkie. Z rodzicielskiego jeszcze domu pozostała stara sługa... choć stara... będzie nam pomocą. Para izdebek nie kosztuje wiele... gospodarstwo poprowadzą kobiety.
Burzym pokiwał głową.
- Zastanów się dobrze - rzekł zwolna. - Zdaje ci się to może łatwiejszem, niż jest. Do domu potrzeba rzeczy mnóstwo, a choć one są drobne, będą kosztowne dosyć. Jakież masz dochody na to?
- Z lekcyj kilku.
Prezes ręką machnął.
- Lusia pracować chce także i musi.
- Wszystko to bardzo piękne, ale w praktyce - wtrącił prezes - będzie może bardzo trudnem.
- Nie przeczę, zawsze dla siostry jeszcze to lepsze, niż taka niewola dusząca przy cioci, która w najlepszych chęciach bywa czasem ciężką.
Nie śmiał wyznać, że i Martynian wpływał na to postanowienie; prezes się zadumał.
- Przecież - rzekł - po rodzicach wam coś, acz niewielkiego, zostać musiało?
- Nic a nic - odpowiedział Mieczysław. - Byliśmy dziećmi, nikt nie miał interesu dopilnować zbyt gorliwie naszej sprawy, dziedzic miał pretensyą z dzierżawy... nie zostało nam nic a nic...
- Przyjaciele ojca i rodziny - szepnął Burzym - chętnieby przyszli w pomoc.
- Nic a nic! - przerwał chłopak - niech nas Bóg od tego uchowa, pomocby nas popsuła, trzeba się dźwigać o własnej sile... Ja się nie lękam...
- Ani ja - dorzucił stary - lecz gdyby się wam ułatwiło i oszczędziło zachodu o troski..
Mieczysław przerwał rozmowę, nadchodził bowiem Babiński, który zaczął park pokazywać. Z drugiej strony Adolfina z Lusią przyszły po Mieczysława, bo siostra chciała korzystać z każdej zręczności, ażeby być z bratem. Zabrały go z sobą do ogrodu, na co z dala zazdrośnie poglądał tylko Martynian, gdyż surowe matki spojrzenie oddalić mu się nie dozwoliło. Adolfina, przyjaciółka Lusi, była razem w skrytości serca prawie rozkochaną w Mieczysławie, który się tego ani śmiał, ani mógł domyśleć. Cały zajęty nauką, przyszłością, życiem surowo pojętem, nie miał czasu i swobody, by na chwilę popłynął z marzeniami w niedostępne światy. Cenił on Adolfinę, był jej nieskończenie wdzięcznym za czułą przyjaźń do Lusi, ale zuchwałą myślą nie śmiałby był przekroczyć przestrzeni, jaka go od niej dzieliła.
Po raz pierwszy tego dnia spotkawszy uśmiech jej i wejrzenie słodyczy pełne, uczuł się poruszonym i zaniepokojonym. Wydała mu się tak jakoś podobną do anioła, że się dziwił że skrzydeł nie ma. Z taką powagą spokojną, z taką łagodnością świętą, niezmąconą niczem, szła Adolfina trzymając rękę Lusi... tak były śliczne obie z kontrastem swych twarzy i harmonią ich wyrazu. Adolfina miała to w sobie, co jej pewną wyższość nad Lusią dawało, iż umiała być wesołą i żartobliwą. Czasem nawet Lusia nazywała ją złośliwą, choć w żartach tych nie było najmniejszej żółci.
- Jakżeś nas znalazł, panie Mieczysławie - zaczęła Adolfina - czyśmy postarzały?
- Czy to wyzwanie do komplimentu?
- A nie! nie! to niezręczność! szło mi o to, byś pan siostrze oddał co jej należy. Nieprawda że godną jest stanąć w pierwszym planie w obrazie Gnida lub Caraccia?
- Ale koniecznie trzymając panią za rękę - dodał Micio.
- Dziękuję, zasłużyłam na tę grzeczność mojem niezdarnem pytaniem, zemściłeś się pan tym komunałem, dosyć. Co do pana, chybabyś w jakiej ilustracyi Byrona mógł się pomieścić; tragicznie pan wyglądasz.
- Jakże pani chcesz? mam ciągle z nieboszczykami do czynienia! - westchnął Micio.
- Ale to doprawdy może być niezdrowem i szkodliwem?
- Czasem i żywi nie są znośniejsi od umarłych - prędko poprawił się Micio.
- Pfe! jaka rozmowa nieprzyzwoita! - zawołała Adolfina - czyżbyśmy już do innej nie znaleźli materyału? Ja go mam, tylko się użyć boję.
Spojrzała na Micia i zarumieniła się, tak spotkane wejrzenie jego nowem i dziwnie się jej przejmującem wydało. Zmięszała się nieco. Mieczysław spuścił oczy.
- Zresztą trzeba się odważyć - zawołała Adolfina, ośmielając. Mówmy otwarcie. - Lucia mi powiedziała, że jedzie z panem do W... przyznam się panu, żem przeczuwała to nieszczęście dla siebie, które mnie najlepszej przyjaciółki pozbawia, alebym uczyniła chętną ofiarę z siebie, gdybym się o państwa młode gospodarstwo nie obawiała. O ile znam Lucię, pewną jestem że utonie w książkach, że uwięźnie przy fortepianie, pan będziesz siedział nad temi kośćmi nieboszczyków, a... obiad i wieczerza.
- A od czegoż nieoceniona Orchowska? przerwała Lusia, jedzie przecież z nami.
- Prawda, uśmiechając się, dorzuciła Adolfina, po to, żebyście wy ją pielęgnowali; ona ma przeszło sześćdziesiąt lat.
- A! damy sobie radę - zawołała Lusia.
- Nie dacie, moi państwo, wtrąciła przyjaciółka. Ja mam daleko lepszy projekt. Lusia musi ztąd wyjechać, bo jej tu wyżyć trudno, ale pojechać do nas.
- To niepodobna! - zawołał z kolei Micio - niepodobna.
- Dlaczego?
- Dlatego, że my musimy zawczasu nauczyć się sami sobie radzić i pracować na siebie. Dobroć wasza by nas popsuła, a nam się zepsuć nięwolno.
- Mów pan prawdę - dodała Adolfina po cichu, sądzę że i Martynian byłby zablizko.
Mieczysław milczał.
- Ja to sobie tak ślicznie już ułożyłam na prędce.
- Niestety! rzekł Mieczysław. - Życie ma swe ciężkie wymagania, od których wyłamywać się nie godzi, bo się ono później mści za to.
- Pan bo jesteś stary, smutnie wtrąciła Adolfina.
- Muszę nim być, jako opiekun Ludwiki i swój własny, bo komuś z nas starym być potrzeba.
- No - to nie mówmy o tem, a później się to jeszcze może przemieni.
- Lecz kiedy jeszcze nie wiemy, wtrącił Mieczysław, dodam dwa słowa. - Państwo dla nas uczyniliście tyle, daliście nam takie dowody przyjaźni i życzliwości, iż chciejcie wierzyć, Lusia i ja nie zapomniemy nigdy cośmy państwu winni, w sercach naszych zostaniecie nazawsze.
Adolfina zarumieniona zapomniawszy się na chwilę, chwyciła z naiwnością dziecięcą rękę Mieczysława.
- Biorę pana za słowo - nie zasłużyliśmy na żadną wdzięczność, ale przyjaźń dajemy wam szczerą i dopominamy się za nią waszej pamięci. Ona nam drogą jest i będzie.
Mieczysław wyciągniętą rękę poniósł do ust z uczuciem i oboje zadrżeli, jakby raz pierwszy przejęci jakiemś wzruszeniem, które nową epokę w ich życiu stanowić miało. Lusia, która była świadkiem tej sceny, zdawała się w niej współuczestniczyć. Miłość dla brata i Adolfiny wtajemniczyła ją w ich uczucie. Zarumieniła się za ich dwoje.
Zamilkli wszyscy i mimowolnie jakoś zwrócili się ku dworowi. Już też wysłany po nich guwerner Martynianka pan Paczoski kroczył z powagą pedagoga prosić na herbatę.
Posłannictwo które spełnił było mu tem milszem iż potajemnie żywił najgorętszą miłość ku pięknej prezesównie, co mu dyktowała najniegodziwsze w święcie wierszydła.
Poczciwy Paczoski był osobliwszym zaprawdę okazem guwernera i od wyjścia z uniwersytetu poczuwszy powołanie do tego stanu, trzeciego już dziedzica wielkich włości wyprowadzał w świat. Miał lat czterdzieści z górą, lecz życie skromne i regularne, temperament łagodny, nie dozwoliły mu się zestarzeć. Wyglądał młodo i serce zachował studenckie, otworzyste, gorące. Pisał poezye z matematyczną ścisłością dopiłowując jeden do drugiego. Że był klasykiem, dodawać nie potrzebujemy. Paczoski wyglądał jak pedagog powinien - czysto, porządnie, sztywnie, a gdy mu się zbierało na gracyą, z którą występował szczególniej dla panny Adolfiny, był niezmiernie ciekawy. Nie udawało mu się być wdzięcznym, ale zato doskonale śmiesznym.
Mówił z wyszukaną poprawnością i ogładą stylu ruszał się w sposób głęboko obmyślany i pełen intencyj nieurzeczywistnionych. Już z dala natchniony obliczem swej muzy, przybrał Paczoski postawę ową odświętną, wymuszoną i zapożyczoną. Na ustach bladawych igrał mu uśmiech majestatyczny, ciało naginało się ruchami jakby posągowemi. Młodzież patrzyła nań i nie mogła się powstrzymać od rozweselenia.
- Jestem wysłanym ażeby państwa prosić na herbatę, odezwał się z ukłonem. Skwapliwie przyjąłem na siebie to miłe posłannictwo, które mnie zbliża choć chwilowo do upragnionego dla mnie ich towarzystwa.
Stanął, spojrzał na Adolfinę i dodał:
- Pani weszłaś nam dziś na horyzont jak gwiazda wieczorna, zaraz świat się wydaje jaśniejszy i weselszy.
- Myli się p. Paczoski. Tym Arcturusem jest przecie p. Mieczysław, nie ja. Mnie widzicie państwo nadto często, nie przynoszę z sobą ani wesela, ani smutku, odpowiedziała Adolfina.
- Bezwątpienia, bezwątpienia serdecznie jesteśmy radzi Arcturusowi, ale Venus wieczorna...
Adolfina zaczęła się śmiać.
- Poganinem pan jesteś! - rzekła.
- Tak pani - nie kryję się z tem że czczę bóstwa w ludzkiej postaci, do których panią zaliczam.
Podobne przesadne grzecznostki prawił zwykle Paczoski gwoli powszechnemu śmiechowi, nie zrażając się bynajmniej tem, że go wywoływał.
- Podjąłeś się pan misyi - przerwała Adolfina - ale główną spuściłeś z oka. Uczeń pański został bez mentora, a sam tak stojąc w ganku, może być narażonym na jakie niebezpieczeństwo. Wszak to biedne dziecię zawsze jeszcze potrzebuje, by je ktoś prowadził na pasku.
- Raczej na paskach, poprawił mimowoli Paczoski. Mylę się, młodzieniec dwudziestoletni, a moje przy nim funkcye ograniczają się do obowiązków przyjaciela. Jest już prawie emancypowanym.
- Prawie emancypowany - to znaczy - nic. - Emancypowanym może być tylko zupełnie.
- Uwaga słuszna - dodał pedagog - ale niewłaściwie użyty wyraz zostawia myśl moje całą i nienaruszoną. Emancypacya trwa, opieka ją tylko od wybryków strzeże.
Tak żartując, doszli do ganku, gdzie już herbata czekała na Lusię, która się do gospodarstwa wzięła z pośpiechem, przy pomocy Adolfiny.
Ciocia Babińska, co było najgorszym w świecie znakiem, siedziała z nogą na nogę założoną.
Dzięki tym odwiedzinom i przyjazdowi Mieczysława, ciocia nie czyniła żadnych Lusi wyrzutów, dzień ten przeszedł spokojnie, Burzymowie późno wyjechali. Biednę dziewczę w swoim pokoiku oczekiwało długo na przybycie ciotki, ale burza minęła. Następnych dni Lusia się zamykała z bratem, miała go ciągle przy sobie, chodziła z nim do rodziców Adolfiny, i ciotka, chociaż się jej zbierało na łajanie, nie miała zręczności napaść siostrzenicy. Tymczasem Mieczysław coraz mocniejsze powziął postanowienie wywiezienia siostry i nierozstawania się z nią więcej. Wieść o tem głucha doszła była jakąś drogą do pani Babińskiej, ale ta wprost jej wierzyć nie chciała. Mieczysław zaś odkładał oświadczenie o tem do chwili wyjazdu.
Pomimo że przed Martynianem nie widział potrzeby się z tem zwierzać Mieczysław - on także dostał języka. Wiadomość ta przeraziła go, szukał rozpaczliwych środków zapobieżenia wyjazdowi Lusi, nie znalazł żadnego. Pieszczoszek, nie wiedząc co począć i jak radzić, nie mając, wodzony na paskach, jak mówiła Adolfina, najmniejszego doświadczenia życia, jednego wieczora bijąc się z myślami, postanowił zwierzyć się przed poczciwym swym mentorem Paczoskim.
Paczoski, niezrównanej dobroci bakałarz, siedział nad zwykłem swem zatrudnieniem, wierszując nieśmiertelny poemat Władysławiadę - gdy Martynian wszedł nagle do jego pokoju. Godzina i gwałtowne owo wtargnięcie tak były niezwykłe, iż Paczoski porwał się od Władysławiady przestraszony. Na licu mentora malowało się zdziwienie i obawa.
- Co panu Martynianowi jest?
- Nic mi - zawołał, podając rękę i siadając na blizkiej kanapce, jedynak. - Posłuchaj, mój dobry przyjacielu, bo mam pana za mojego jedynego i najlepszego przyjaciela.
Paczoski oburącz schwycił go za rękę i odwracając się z krzesłem - odparł:
- Ale możecie rachować na to, żem wam całkiem oddany, mówcie otwarcie.
- Nie śmiejcie się tylko ze mnie.
- Znacie mnie że się nigdy nie śmieję, szanuję uczucia, myśli, a nawet błędy i usterki ludzkie.
- Panie Paczoski - panie Paczoski - ja jestem nieszczęśliwy - kocham się!
Stary guwerner, ręce załamawszy, podskoczył aż z podziwu i trwogi.
- Co pan mówisz! - krzyknął - dwudziesty rok kończąc, kochać się! na miłość Boga! a cóż to pani powie, szanowna matka pańska?
- Matka moja wie o wszystkiem.
Paczoski usta otworzył.
- Matka i ojciec są przeciwni, zakazano mi, zagrożono, a przecież p. Paczoski, ja się kocham.
Paczoski był do głębi rozczulony wyznaniem, i o włos nie przyznał się że on także się kocha, zapóźno i bez nadziei.
- Ot żeś pan wpadł w matnię p. Martynianie, rzekł po chwili patetycznie - a wiesz pan co to jest kochanie? wiesz co miłość o której Horacy mówi...
- A! co mi tam Horacy - przerwał Martynian - powiedz mi co ja mam począć.
- Remedia amoris są różne, bardzo różne, namyślając się, rzekł Paczoski, najlepsze pono oddalenie się od przedmiotu.
- Ale ja właśnie umieram na tę myśl, że przedmiot może się oddalić.
- Któż jest przedmiotem? spytał nieśmiało pedagog, obawiając się usłyszeć imię Adolfiny.
- Moja kuzynka! któżby mógł być inny.
Paczoski ruszył ramionami, jakby na to nie miał nic do odpowiedzenia.
- Za pozwoleniem, podchwycił - ale dokądże się ona lub my oddalamy?
- Słuchaj i nie wydawaj mnie - szepnął Martynianek, brat ją zabiera z sobą. Na to potrzeba radzić - lub - lub jeśli oni wyjadą, ja... ja... ja nie wiem co pocznę, ja gotów jestem spłatać jakie szaleństwo.
Paczoski się zląkł. - O! rzekł w duchu - w tem ci sekretu nie dotrzymam i opowiem matce.
- Pan bo jesteś rozgorączkowany - odezwał się po chwili namysłu - ale posłuchaj pan starego dobrego przyjaciela. Szaleństwo czyli też vulgo tak zwane głupstwo zrobić zawsze czas. Trzeba wprzódy wszystkie inne środki wyczerpać - to nie ucieknie. Ja p. Martyniana tem szczerzej kocham, iż go widzę w tem położeniu, w jakiem sam nie raz byłem, jestem starszy i doświadczeńszy. Miej pan cierpliwość tylko, rodzice dadzą się później przekonać i zmiękczyć, trzeba czekać.
- Ale ona wyjedzie, ja jej widzieć nie będę, tęsknota mnie poźre.
- Poźre! tak, wyrażenie poetyczne! zawołał Paczowski - ot! zkąd się poezya bierze, pierwszy raz z ust pańskich słyszę poetyczne wyrażenie. Ale ona nie poźre pana, czas jej odbierze siły (figura alegoryczna niezła). Trzeba czekać i wytrwać w uczuciu.
- Tak, a ona tym czasem za mąż pójdzie, krzyknął Martynian.
- Nie - odparł Paczoski - o to bądź spokojny, ubogie panny teraz za mąż nie wychodzą, a znowu pan jesteś taką świetną dla niej partyą.
- Ona mnie odtrąca.
Paczoski począł głową kiwać, nie chciał powiedzieć co myślał.
- Jestem w rozpaczy - dodał Martynian - jeśli brat ją ztąd wywiezie, ja... ja... umrę, ja tego nie przeżyję.
Stary pedagog który nawykł był wszystko brać na seryo, pobladł i przestraszył się; nie chcąc po sobie okazać trwogi, powtórzył sobie w duchu: - o tem muszę powiedzieć pani, to nic nie pomoże.
Namyślił się nieco. Trzeba było trochę balsamu nalać na rany nieszczęśliwego jedynaka, choćby dla ulgi chwilowej.
- Na miłość Bożą - rzekł, za rękę go chwytając - nie oddawaj się pan rozpaczy przedwczesnej. Cierpliwości. - O tym wyjeździe plotą ale napróżno, matka pańska nie pozwoli.
- A! mnie się zdaje przeciwnie.
- Panu się źle zdaje, zapominając się, dodał mentor, p. Ludwika jest jej potrzebna, bo na kogóżby gderała?
Ukąsił się w język ale zapóźno.
- Tak, tak - poprawił się - bądź pan dobrej myśli. - Jeśli miłość pańska jest prawdziwą, przełamie ona wszelkie przeszkody i zwycięży, jeśli jest tylko młodzieńczą fantazyą, wkrótce ustąpi miejsca innemu uczuciu. Żadnego tylko szaleństwa nie trzeba robić, bo to raz spełnione, odwołać się nie daje. Uspokój się pan, idź spać, a wszystko będzie dobrze.
Mówili jeszcze w ten sposób przez czas jakiś, a Martynian któremu zwierzenie się ulgę przyniosło, odszedł. Paczoski byłby tego samego dnia pobiegł z raportem, było już jednak trochę zapóźno. Nazajutrz rano, zobaczywszy że pani Babińska wyszła do ogrodu, pośpieszył za nią. Była ona dla niego dosyć względną i choć utrzymywała iż Paczoski ograniczonego był umysłu, trzymała go przy synu, znajdując że płacił za to sumiennością.
- Pani dobrodziejka raczy mi przebaczyć, - rzekł, kłaniając się nizko, iż może zakłócę jej spokojność - lecz mając sobie powierzoną opiekę nad synem jaśnie wielmożnych państwa, i czując się w obowiązku czuwania nad nim, nie odpowiedziałbym ich zaufaniu we mnie położonemu, gdybym przed panią zataił ważny symptom, jaki dostrzegam w moim ulubionym wychowańcu.
- Zmiłuj się, panie Paczoski - prosto mów i wyraźnie, przestraszasz mnie.
- Niech jw. pani oddali trwogę - to co mara zwierzyć macierzyńskiemu jej sercu, nie powinno ani zadziwić, ani przestraszać, jest bowiem wynikłością zwykłą natury ludzkiej.
- Ale cóż to jest? co to jest?
- A! pani! p. Martynian nieco tylko przedwcześnie uległ prawu natury i... i... zakochał się gwałtownie.
Babińska machnęła ręką.
- Ale to głupstwo, ja o tem wiem - rzekła, dziecko z niego.
- Jw. pani jak widzę lekceważy sobie to uczucie, które właśnie w wieku p. Martyniana bywa najgwałtowniejszem. Pan Martynian nietylko że się kocha, ale straszliwie szaleje. Na samą wieść iż przedmiot jego miłości ma się oddalić, oświadczył w rozpaczy, iż tego nie przeżyje, że gotów jest popełnić szaleństwo.
- A gdzie się ten przedmiot ma oddalić? spytała Babińska.
- Słyszał p. Martynian iż wyjeżdża z bratem.
- Najprzód to brednia, bo bez mojego pozwolenia jej zabrać nie może - spokojnie rzekła Babińska, powtóre niema jej dokąd zabrać; potrzecie, powiem panu poufnie, że gdyby ją sobie zabrał, wielkiby mi spadł ciężar z ramion.
- Ale p. Martynian! pani dobrodziejka sobie nie wyobraża, to w istocie jest groźne.
- Sądzisz pan?
- Trwożę się.
- Radźmy więc.
- Jw. pani - przerwał Paczoski, jam się nie zdał do rady, niech pani rozkazuje.
Ciocia Babińska przeszła się zamyślona po ścieżce parę razy.
- Jedz pan z Martyniankiem na jaki miesiąc, gdziekolwiek do wód, dla obejrzenia jakiej okolicy, gdziekolwiek bądź tymczasem albo ona wyjedzie, albo on się rozerwie, zapomni, uspokoi.
- Niech państwo obmyślą podróż - jam gotów - rzekł Paczoski, chociaż tego nie kryję, że obawiam się o młodzieńca i przerażam odpowiedzialnością jaka na mnie spadnie.
- Waćpan te rzeczy bierzesz na seryo - odparła Babińska, trzeba podziałać na niego, zająć go, roztargnąć - to dzieciństwo.
Spełniwszy co za swój obowiązek uważał Paczoski, pokłonił się i odszedł.
- Starzy, zamruczał idąc, nigdy młodości zrozumieć nie potrafią - ot tak! lekce sobie ważą uczucia, rozpacze, przywiązania, a potem... potem gdy się szaleństwo spełnia, ratunek zapóźny.
Paczoski, choć sam szaleństwaby nie był dopełnił żadnego, wierzył wszakże mocno, iż Martynianek co powiedział dotrzyma. Mocno go to niepokoiło, jakie mianowicie szaleństwo mógł popełnić pupil jego. Przebiegał w myśli wszystkie możliwe rodzaje szaleństw, a nie mógł trafić na żadne prawdopodobne.
- Spełniłem obowiązek, reszta do mnie nie należy - rzekł i wrócił do Władysławiady, a mianowicie do jednego jej wiersza, który już poraz piąty przerabiał, nie będąc z niego zadowolonym. Wiersz ten brzmiał:
- Już słońce jasne blaski siało na gór szczyty. Powtórna redakcya zdawała mu się lepszą.
- Już jasne blaski słońca ozłacały szczyty... Znajdował nawet, iż bł. sł. zł. brzmienia szczęśliwie nagromadzone, malowały fonetycznie czynność samę światła, ale przyszły namysły i wątpliwość. Paczoski zmienił raz jeszcze.
- Już gór szczyty słoneczne oblewały blaski. Wiersz miał zakrój poważny i kroczył szeroko jakoś a pięknie, utknął przecie na rymie niewygodnym i poeta raz jeszcze go przenicował.
- We mgłach spały doliny, a słońce gór szczyty... Byłoby to dobrem, ale cała ekonomika wierszy następujących potrzebowała zmiany i Paczoski został przy pierwszej formie, acz słabość jej stosunkową uznawał.
Mazał waryanty Władysławiady, ani się domyślając, że w tejże chwili scena ożywiona, a będąca w związku z poprzedzającą, odegrywała się w pokoiku Ludwiki.
Ciocia Babińska, długo się wstrzymując od wszelkiej gderliwości, doświadczyła w końcu ponurego zniecierpliwienia, które się zawsze rodzi gdy człowiek nałogowi jakiemu dogodzić nie może.
Po rozmowie z Paczoskim chodziła jeszcze po parku, a rozmyślając, burzyła się przeciwko niewdzięcznej dziewczynie, przeciw synowi nawet. Wzburzenie to po kilku kwadransach doszło do takiej fermentacyi wewnętrznej, iż ciocia Babińska, niedobrze rozważywszy co czyni, prawie machinalnie żywym krokiem ruszyła ku mieszkaniu Lusi.
Nie znalazła w niem Mieczysława, co jej było bardzo na rękę, a po sposobie wchodzenia i zamykania drzwi, sierota poznała, iż odwiedziny te bez nieprzyjemnych jakichś wyrzutów się nie obejdą.
Zdyszana szybkim pochodem, rzuciła się pani Babińska na sofę i obejrzała w koło. Nie była dosyć dawno w pokoiku Lusi, dostrzegła łatwo iż dziewczę, jakby gotując się już do drogi, szczupłe mienie swoje pozbierało i powiązało...
- Przekonywam się, zawołała ciotka marszcząc brwi, iż to co mi mówiono z boku, a czemu wierzyć nie chciałam, jest prawdą. Cóż to jest, waćpanna się widzę wybierasz w jakąś drogę? nie opowiedziawszy mnie ani nikomu, a to ślicznie! to pięknie! to nagroda za osiem lat czułej opieki nad waćpanną. Cóż to? czy tak tyrańsko obchodziliśmy się z wami? czy już na żadne zaufanie nie zasługujemy? Co to za maniery?
- Przepraszam ciocię - odezwała się Lusia - jestem pod opieką brata, któremu mnie ojciec powierzył - nie mam w tem woli własnej, sądziłam że brat mój powie wujostwu co zamierza uczynić, jemu zostawiłam to.
- Doskonale wiem, że waćpannie na słówkach i wymówkach nie zbywa - odparła Babińska, i że ja nigdy nie mam w niczem racyi. Bardzo dobrze! jak sobie chcecie, to pewna że ja waćpanny wstrzymywać nie będę.
Lusia milczała, była to jej zwykła broń przeciwko gderaniu ciotki.
- Jedź sobie waćpanna z Bogiem - dodała - jedź, zostawisz mi przez wdzięczność po sobie pamiątkę. Zawróciłaś głowę Martyniankowi, któremuby te głupie miłostki na myśl nie przyszły, gdyby go waćpanny oczki nie wyzywały. W dodatku zawdzięczamy jeszcze reputacyą tyranów nieznośnych, od których uciekać potrzeba, bo z nimi wytrwać nie można... Dziękuję.
- Niech ciocia wierzy, że i ja, i Mieczysław za doznane od nich łaski i przytułek dany naszemu sieroctwu umiemy być wdzięcznymi. Potwarzą jest jeśli kto inaczej o nas trzyma, nikt z ust naszych nie posłyszał nigdy, coby cioci uwłaczać mogło.
- Czcze słowa! czcze słowa! przebąknęła Babińska, ale jak sobie pościelecie, tak się i wyśpicie.
Domawiała tych wyrazów, gdy Mieczysław ukazał się w progu i poznał po twarzy ciotki, po zmieszaniu siostry iż rozmowa niemiłego przedmiotu dotknąć musiała. Oburzało go to znęcanie się nad siostrą. Postanowił w jednej chwili gordyjskie te węzły rozciąć otwartem wypowiedzeniem swoich zamiarów.
- W samą porę przychodzisz - odezwała się pani Babińska - wytłumaczysz mi może co to znaczy, że bez mojej wiadomości, panna Ludwika, która jest pod moją opieką, wybiera się z mojego domu.
- Ciocia daruje - rzekł Mieczysław. Ludwika była pod opieką cioci, gdy ja jej opieki dać nie mogłem. - Wiem o tem, ile przykrości z tego powodu nie raz miała i ciocia się z Lusią porozumieć nie mogła. Pobyt tu mojej siostry już z tego powodu stał się niepodobieństwem. Jesteśmy bardzo wdzięczni za łaski, ale ich dłużej nadużywać nie będziemy. Ludwisia pojedzie ze mną.
Ostatnie słowa wymówił z taką stanowczością postanowienia niezłomnego, że pani Babińska, niezwykła ulegać niczyjej woli, zarumieniła się z gniewu.
- A z panem Bogiem! z panem Bogiem! zawołała gwałtownie - nie wstrzymuję - ruszajcie! Panna Ludwika w istocie była dla mnie od niejakiego czasu nieustannych przykrości powodem, przez postępowanie swoje. Rada będę pozbyć się odpowiedzialności i kłopotu! z panem Bogiem! z panem Bogiem!
Mieczysław się zaczerwienił, ale wstrzymał od odpowiedzi i rzekł spokojnie do Ludwiki:
- Przygotujże się proszę do drogi - idę po konie, wyjeżdżamy natychmiast...
To mówiąc, rękę już położył na klamce i chciał wychodzić, gdy ciotka nagle porywczości się swojej przelękła.
- Przecież was nie wypędzamy - dodała.
- My i tak powinniśmy byli wyjechać - rzekł grzecznie bardzo Mieczysław - nie śmiałem tylko oznajmić państwu dobrodziejom, ale gdy raz mogliśmy się szczerze rozmówić i rzecz jest skończona - nie mamy czasu do stracenia.
Mieczysław wyszedł. Lusia milcząco, machinalnie poczęła szybko zbierać odrobinę tych rzeczy, do których własności przyznać się mogła. Babińska patrzyła zmieszana nie mówiąc już ani słowa.
Wszystko to odbyło się tak jakoś nagle, tak niespodziewanie, w sposób tak przykry, iż sama nie wiedziała co z tem począć - czuła iż to miało pozór wypędzenia; nie odzywając się już wstała, wyszła, trzaskając drzwiami i pośpieszyła szukać męża. Ten stał z Mieczysławem, który go w rękę całował, a on mu czule głowę ściskał i łzy miał na oczach. Pożegnał go był właśnie wychowaniec, a Babiński widząc, że żona życzyć sobie musi pozbycia pupilów, wcale się odjazdowi nie sprzeciwił. Mieczysław odchodził, gdy Babińska nadeszła gniewna i zaperzona.
- A co? a co? zawołała - nie mówiłam... teraz kiedy się bez nas obejść mogą, wynoszą się, nie powiedziawszy Bóg zapłać, nie oznajmiwszy i będą nas obgadywać jeszcze za naszę litość nad sobą.
- Ale, kochasiu - wszakże samaś tego sobie życzyła - rzekł mąż powoli.
- Życzyłam! życzyłam sobie ich wypędzić - zawołała Babińska - ale nie żeby oni szli sobie samowolnie, kiedy im się podoba. Jeszcze waćpan za to cośmy od ich niewdzięczności doznali, pocałowałeś w głowę tego bałwana.
- Ja? jego w głowę, powiadasz kochasiu? pocałowałem? zapytał Babiński - dalipan nie wiem. To mi się tak chyba wyrwało niechcący, bo ja jestem naturalista - dodał Babiński.
Niewłaściwe użycie wyrazu tego naturalista, zamiast dziecię natury - właściwem było Babińskiemu, który inaczej się tłumaczyć nie umiał nigdy z niczego, tylko że był sobie prosty naturalista.
Żona popatrzyła nań, ruszyła ramionami, splunęła i odeszła.
Czy kto przededrzwiami słuchał rozmowy w pokoju Lusi, czy innym jakim sposobem wiadomość o wyjeździe Mieczysława z siostrą rozeszła się po dworze - to pewna, że w kwadrans wiedzieli o tem wszyscy, i że nadzwyczajną wywołała sensacyą. Paczoski jeszcze przemieniał swój wiersz z Władysławiady, nie mogąc dojść do szczęśliwszego wyrażenia i rymu, gdy Martynianek wpadł doń, łamiąc ręce i wołając:
- Stało się!
- Co się stało...
- Oni jadą!
- Kto? oni - kto?
- Mieczysław i Lusia; nie wiem co przyśpieszyło ich wyjazd, to pewna że Mieczysław jeszcze wczoraj nie miał zamiaru tak prędko ztąd wyruszyć. Nagle piorun padł i zburzył - szczęście moje.
To mówiąc rzucił się na kanapę, tuląc twarz w dłoniach. Mentor pośpieszył doń z pociechą - po chwili Martynian się zerwał jak oparzony i wybiegł, a Paczoski, nie mając nawet czasu skryć rękopismu Władysławiady, który zawsze pod klucz zamykał, wyleciał za nim, obawiając się jakiego nieszczęścia. Uspokoił się dopiero, ujrzawszy go wpadającego do pokoju matki i od progu do Władysławiady powrócił. Zobaczywszy syna, pani Babińska przestraszyła się wyrazu zbladłej jego twarzy. W istocie biedny jedynak ucierpiał, a boleść ta malowała się bardzo dobitnie w zmienionych rysach i obłąkanem wejrzeniu.
- Co ci jest? zawołała matka.
- Oni wyjeżdżają - rzekł Martynian.
- Przecież ich prosić nie będziemy, żeby zostać raczyli, odezwała się matka - z panem Bogiem, niech ruszają na cztery wiatry, raz będzie spokój w domu.
- Mamo... mamo.
Ale Babińska była gniewna.
- Cicho - odparła, tupiąc nogą - nie chcę słuchać tych banialuków, proszę mi się nie mięszać do tęgo, co do ciebie nie należy i wracać do Paczoskiego natychmiast.
Martynian który nigdy jeszcze tak stanowczego i niczem niezłagodzonego rozkazu nie słyszał - osłupiał, łzy mu się zakręciły w oczach, zamilkł i zawahał się - postąpił ku drzwiom i wyszedł.
Ale wyszedł z mocnem postanowieniem udania się do pokoju Lusi, aby ją pożegnać, a potem miał się namyśleć co mu wypadnie uczynić. Zbiegł szybko ze wschodów i wtargnął jak burza do spokojnego pokoiku, do którego dotąd wstęp mu był wzbronionym.
Lusia żywo zawiązywała swe rzeczy. Mieczysław stał przy niej. Martynian rzucił mu się na szyję, prawie płacząc.
- Mój drogi - zawołał - darujcie mi, przebaczcie - wszedłem tu gwałtem, ale nie wiem sam co czynię. - Czy jedziecie! panno Ludwiko, kuzynko... ty nas opuszczasz... Może z gniewem i żalem do nas, do mnie.
- Panie Martynianie, śmiało podchodząc ku niemu i podając mu rękę, zawołała Lusia - Bóg widzi, nie tylko żalu nie mam do was, ale za wasze dobre dla mnie serce zachowam wam czułą wdzięczność i pamięć - jej łzy się zakręciły w oczach.
- Nie wstrzymuj nas pan - rzekła, musimy jechać, byliśmy tu ciężarem, zawadą, niepokojem... Jedziemy w świat, sami, ale wierz mi pan, żadne, nawet pobieżne wejrzenie litościwe, nie wyjdzie z naszej pamięci. A kiedyś - kiedyś, zobaczymy się może.
Spojrzała na niego wdzięcznie. - Martynian pomyślał, że jutro, jutro już tego jasnego oczów jej promienia nie zobaczy i jak dziecku łzy mu wytrysły z powiek.
- A! kuzynko - zawołał - wy, wyjeżdżając, odzyskujecie swobodę - wy po nas nie będziecie tęsknić, alem ja nawykł do ciebie, do Micia, jak do rodzeństwa, jam się wychował z wami, ja was kocham - a ja zostaję sam, sam!
- Kochany Martynianie - przerwał Mieczysław, masz dom, rodziców przywiązanych, masz jasną przyszłość przed sobą, my idziemy w świat sami.. sieroty, bez opieki, a jednak nie rozpaczamy. Dzięki wam, przebyliśmy spokojnie lata najtrudniejsze sieroctwa - jedziemy z wdzięcznością w sercu.
- A! z goryczą! z goryczą! zawołał Martynian - kuzynko... błagam, przebacz nam, matce, wszystkim.
- Na Boga - cóż ja mam wam przebaczyć! żywo wtrąciła Lusia - jestem wam tylko wdzięczną.
Chwili nie było do stracenia, wzrok Mieczysława naglił, wszystko było upakowane. Orchowska znosiła swoje węzełki pośpiesznie, bo i ona jechała z nimi, konie najęte stały zaprzężone; wyszli, aby raz jeszcze państwa Babińskich pożegnać.
Ciotka gniewała się jeszcze, stary mruczał, nie śmiejąc czynić żonie wymówek, lecz prawie się na nią gniewał za porywczość. Pożegnanie było bardzo krótkie i chłodne. Babiński przeprowadził ich do ganku. Jedynak szedł tragicznie jakoś za Lusią. W ganku cała służba, wszystko co żyło czekało na sieroty, aby je raz jeszcze zobaczyć i na drogę pobłogosławić. Wielu łzy się w oczach kręciły, uroczyste milczenie jakieś przykre, wymuszone towarzyszyło cichym uściskom i mnogim krzyżykom. Wszyscy po trosze gniewali się na panią, czując że ona była przyczyną odjazdu tak śpiesznego dzieci. Paczoski z piórem za uchem doszedł aż do bryki, żeby pannę Ludwikę w rękę pocałować. Nareszcie konie ruszyły, Martynian stał, patrzył i już się wszyscy powoli porozchodzili, gdy baczny Paczoski, który ciągle go pilnował, z lekka go ujął za suknią.
- Chodź pan - szepnął mu, należy wszelką boleść znosić po męzku. Te czułości zbytnie nie przystoją mężczyźnie. Przecież pan wiesz, ludzie się spotykają na świecie. Toż nie wiekuiste rozstanie... Chodź pan - chodź. Ten vulgus gotów się jeszcze śmiać z pana. Niewypada... ale chodź pan.
Ledwie potrafił go jakoś odciągnąć; Martynian poszedł na górę, padł na kanapę, do stołu odmówił przyjścia, jeść nie chciał, a że matka się tem skruszyć nie dała, musiał po raz pierwszy milcząco i skrycie boleć sam w sobie, szukając rady i lekarstwa.
Paczoski nie rychło wróciwszy do Władysławiady, wieczorem dopiero urodził nareszcie wiersz, który w ostatniej redakcyi poematu dla przyszłych wieków pozostał.
Spały we mgłach doliny, złociły się szczyty...
W kilka miesięcy potem ciocia Babińska pocieszyła się dopiero, iż jedynakowi nic się nie stanie. Zrazu chorował, był smutny, nadzwyczaj milczący, Paczoski mówił po cichu że do wszystkiego gust stracił i czytał tylko Schillera, a co najgorzej, iż się wkochał w rozbójników. Paczoskiemu bardzo się to nie podobało. Lecz po upływie pewnego czasu groźniejsze symptomata choroby ustąpiły, przyszła rezygnacya, zostało milczenie i cichy smutek. Martynian grał i czytał wiele, a potem nagle i niewiedzieć z jakiego powodu, on co bardzo rzadko wprzódy dawał się namówić, by pojechać w sąsiedztwo, jeździł raz po razu. Trzy razy odwiedził państwa Burzymów. Państwo Burzymowie, a raczej Adolfina z macochą właśnie były powróciły z podróży do W... Mówiono po cichu iż prezesówna zapewne wkrótce zamąż wyjdzie, bo coś nakształt wyprawy w domu przygotowywano. Nie było w tem prawdy, tylko tyle, że gorliwa i gospodarna macocha zawczasu, na wszelki wypadek, potrosze robiła wyprawę, nie chcąc by ją jaka niespodzianka zaskoczyła. Śliczne oczy niebieskie prezesównej i mnogi orszak wielbicieli, którzy ciągle przybywali, niespodziankęby czyniły bardzo spodziewaną. Pani prezesowa pojechała do W..., zabawiła tam parę tygodni i wróciła z tłumokami pełnemi bielizny i różnych pięknych rzeczy.
Wieść o podróży do miasta, w którem Mieczysław z siostrą przebywał, pobudziła Martyniana do odwiedzenia Burzymów. Miarkował iż przyjaciołka Lusi musiała się z nią widzieć, musiała wiedzieć co się z nią działo. A że biedny chłopak nie tylko miłości swej się nie pozbył, ale się w niej rozmarzył jeszcze bardziej - chciał choć słowo posłyszeć o Ludwice. Nadzieja go nie omyliła. Bardzo trafnie postąpił iż wziął z sobą Paczoskiego, który teraz nie zawsze już z nim jeździł. Paczoski bowiem zajął rozmową oboje państwa Burzymów, a Martynian miał czas zręcznie rozmówić się z Adolfiną.
- Przeczułeś pan zapewne, że ja mu ukłony przywożę - odezwała się, uśmiechając do biednego chłopca, który nie wiedział jak przystąpić do rzeczy.
- Od kogo? - spytał nieśmiało.
- A, od kogóżby, od Mieczysława - dodała żartobliwie - od nikogo więcej.
Uśmieszek jej dowodził przecież, że może miała więcej do oddania ukłonem.
- Pani ich widziała?
- A jakże, widywałam ich co dnia - poczęła piękna panna, wlepiając w niego oczy, które zdawały się badać biednego chłopca. - Chcesz pan ażebym mu opowiedziała, jak się urządzili, nieprawdaż?
- Jeśli pani łaskawa.
- O! byłam pewną, że teraz pan do nas przyjedziesz... nie dla mnie, ale dla dostania języka, jak to dawniej mówiono... Ja też gorzałam z niecierpliwości, żeby ich gospodarstwo zobaczyć. Wprawdzie miewałam listy od Lusi, ale co się tam z tych listów dowiedzieć można. Miałam adres, i jak tylko stanęłyśmy w Wilnie, zabrałam swoję Burakowską z sobą, siadłam do dorożki, i co najprędzej na Franciszkańską ulicę.
Wystaw pan sobie... kamienica ogromna, podwórze smutne... zawalone, a oni, oni na trzeciem piętrze od dziedzińca... a wschody... drabina... okropność! Na łzy mi się wchodząc zbierało. Było to wieczorem, drzwi mi otworzyła Orchowska, przypatrywała się długo nim poznała, nareszcie krzyknęła: - Matko Bozka! Jezusie Nazarański! i Lusia nadbiegła. Nie poznałbyś pan Lusi, bo jeszcze zdaje się wyrosła.... a! i jeszcze wypiękniała! Bledsza jest może trochę, oczy nad robotą zmęczone... Rzuciłyśmy się sobie w objęcia i popłakały jak należało. Brata nie było, gdzieś w klinice miał dyżur... Dwa pokoiki szczupłe i alkówka... Ubogo koło nich bardzo, ale tam w tych izdebkach czysto i ślicznie... W saloniku, bo jest niby salonik, Lusia ma fortepianik, klepadełko, a! szkaradne... U okna krosienka... Pokoju pana doktora nie widziałam...
- Wiesz pan, przebyłam tam z nimi nie jednę godzinę i pozostało mi po nich wspomnienie, które budzi uwielbienie dla obojga. Tak ślicznie umieją znosić to święte ubóstwo swoje...
- Ale pani, ubóstwo... ja nie rozumiem - przerwał Martynian wzruszony - wszakżebyśmy im mogli pomódz... a jeśli Micio daru przyjąć nie może, wszak by mu nie uwłaczała... pożyczka.
- Widzisz pan, Micio jest hardy - odezwała się Adolfina, a oczy jej niebieskie blaskiem nowym zajaśniały. - Micio, chcę mówić, pan Mieczysław... chce wszystko być winien tylko sobie.
- Tak... to mu wolno, ale dla tej fantazyj kazać siostrze się męczyć.
- Ale ona jest szczęśliwa! - przerwała Adolfina - kocha brata... a ma toż samo co on uczucie i wolę niezłomną.
- I z czegóż, jakim sposobem... - szepnął nieśmiało Martynian - jakże oni mogą...
- Pan Mieczysław ma lekcye... ma nawet już podobno trochę praktyki... profesorowie go protegują... Lusia uczy na pensyi panienki, a wieczorami szyje...
- I to im wystarcza? - zapytał jedynak.
- Wystarcza na życie ubogie - mówiła dalej Adolfina. Orchowska się bardzo postarzała. Lusia chodzi sama na targ, no - i, mam to panu powiedzieć, najczęściej gotuje sama.
Martynian wstał, załamując dłonie.
- Sama gotuje! a też śliczne ręce?
Adolfina zaczęła się śmiać niezmiernie.
- W rękawiczkach - dodała, uspakajając go - nic a nic śliczne ręce, nie straciły... Byłam u niej parę razy na obiedzie... a nawet pomagałam do gotowania, co mnie bardzo bawiło, ale, przyznam się panu, że na codzień dosyć to smutna robota... Byłeś pan kiedy w kuchni? nie? okrutnie gorąco, czasem dymi... a gdy się obiad nareszcie zgotuje, już się go jeść odechce... tyle się go napatrzy i nawącha.
Martynianek westchnął.
- Widzisz pan, z tem wszystkiem jednak - kończyła piękna panna - można być szczęśliwym... Lusia chodzi w perkalowej sukience, Mieczysław wyrzekł się cygara, czasem Lusia sobie sama wodę przynosi... a jednak... wszyscy ich szanują - i - ale tego panu nie powiem...
- A! pani nie będziesz tak okrutną.
- Losy i przygody Lusi pana obchodzić nie powinny - dodała znowu żartobliwie - ja wiem, że panu głównie idzie o Mieczysława, którego jesteś przyjacielem, a to się jego nie tyczy...
- Ale... mnie również obchodzi kuzynka! - podchwycił Martynian.
- O nią się niema co troszczyć - złośliwie kończyła Adolfina. - Nie masz pan wyobrażenia jakie robi furore między młodzieżą. Pod pozorem odwiedzania Mieczysława zbiegają się tłumy, aby na nią choć popatrzeć... Dwóch czy trzech profesorów rozkochanych śmiertelnie... i tylko co nie widać, jak za mąż wyjdzie, nawet może bardzo świetnie!
- Ale to nie może być! to nie może być! - porywając się z krzesła, zawołał Martynian - ona jest świetniejszego losu godna.
- Jak-to świetniejszego - przerwała Adolfina - alboż pan wiesz kto się o nią stara? Mówią że syn marszałka gubernialnego, młodzieniec, który ma odziedziczyć ogromne ojca majątki i znaczenie, kocha się w niej zapamiętale.
Spojrzała na niego, mówiąc, i żal się jej zrobiło chłopca, który nie mogąc słowa z siebie dobyć, siedział blady i darł rękawiczkę.
Nazajutrz Martynianowi nie wypadało jechać znowu, w parę dni jednak znalazł jakiś drobny powód i pospieszył do Burzymów. Tego samego rodzaju rozmowa zatrzymała go przez godzinę. Po trzecich odwiedzinach już niespokojna, coś przeczuwając, popłynęła sama pani Babińska. Obawiała się, aby prezesówna nie zbałamuciła jej syna...
Przyjęto panią Babińskę opowiadaniami o podróży, a po chwili Adolfina umyślnie naprowadziła rozmowę na Ordęskich.
- Niewątpliwie pani będzie ciekawą dowiedzieć się, co się z jej pupilami dzieje?
Ciocia mruknęła coś niewyraźnego.
Żywo chwyciwszy za słowo, panna prezesówna poczęła malować w najżywszych barwach szczęśliwe losy brata i siostry.
- Co najdziwniejsza - dodała - że Lusia nadzwyczajne ma tam powodzenie i że prawdopodobnie świetną zrobi partyą. Stara się o nią bogaty chłopak, ślicznie wychowany, jedynak, któremu rodzice się nie oprą, bo kto poznał Lusię, ten ją uzna godną najświetniejszego losu.
- Przyznam się pannie Adolfinie - odparła z przekąsem Babińska - że temu niezupełnie wierzę, co tam pani opowiadano. Tak to sobie ludzie plotą, ale to nie są czasy, gdy królewicze żenili się z pasterkami, a pastuchów zaślubiały królewny.
- Przekonasz się pani iż się cuda dzieją - dodała sama prezesowa - gdy posłyszysz, że Lusia jest panią marszałkową, i gdy tu do nas sześciokonną karetą zajedzie.
Babińska przygryzła wargi.
- A, zobaczymy, zobaczymy - mruknęła cicho - życzę jej z serca aby się to spełniło, bo inaczej mogą z głodu poumierać. Mnie mówiono że prawie o chlebie i wodzie żyć muszą.
- Bardzo ubogo, to prawda - potwierdziła prezesowa - przecież jeszcze nie o samym chlebie. Byłyśmy tam z Adolfiną parę razy...
Zaczęto mówić o czem innem, a ciocia Babińska widocznie unikała już pytania o podróży, będąc nieprzyjemnie podrażnioną wiadomościami o Ordęskich. Bytność też ta wytłumaczyła jej w części kilkakroć ponawiane odwiedziny syna u Borzymów. Uspokoiło ją to co do Adolfiny, ale dało do myślenia wielce, że przywiązanie dla kuzynki było tak uparte.
Z Martyniankiem też, im był starszy, szło w domu trudniej i matka kłopotała się wielce, z domu go wypuścić nie chciała, guwerner choćby z tytułem przyjaciela stawał się śmiesznym, chłopca wiecznie na pasku trzymać nie było podobna, dać mu swobodę zupełną zdało się niebezpiecznie, szczególniej po tak długiej niewoli.
Kilka razy Babińska chciała się o tem rozmówić z mężem, ale stary, który od czasu wyjazdu nagłego Lusi i Micia był bardzo posępny i milczący, ruszał tylko ramionami i nic nie odpowiadał.
Z dnia na dzień Martynian też smutniejszym się okazywał, więcej znudzonym i do niczego nie miał smaku. Po całych dniach siadywał na kanapie w swoim pokoju i poczciwemu Paczoskiemu nawet rozchmurzyć się nie dawał. Trzeba coś było radzić. Doktor nadworny, na zapytanie cioci Babińskiej oświadczył, że to jest zwykła melancholia młodzieńcza, napadająca dorastających, a która z czasem sama przejść musi.
Był to stary przyjaciel domu, który z powagą lekarza mógł więcej prawdy powiedzieć pani Babińskiej, niż kto inny; od niego bowiem wszystko dosyć łagodnie przyjmowała. W tych dniach właśnie przybył ze swoją miesięczną wizytą do Nowego Babina... Przyjmowali go obfitem śniadaniem z rybami państwo Babińscy, bo wiedzieli że jeść i pić bardzo lubił.
Gdy już czarna kawa była na stole, ciocia Babińska przysunęła się do niego.
- Kochany konsyliarzu - rzekła - tyś człowiek doświadczony, znasz naturę ludzką, potrzebujemy twej rady. Wiesz, że nasz chłopiec jedynak, to oko w głowie, to skarb cały nasz. Udało mi się go wychować niezgorzej, mogę powiedzieć że wcale na niepospolitego ukształcił się człowieka. Cóż z tego... oto go napadły nudy, melancholia, o której ci wspominałam, chłopiec mi w oczach mizernieje i przepada... Co tu robić? co z nim począć?
- Pani dobrodziejko - odparł konsyliarz - jako lekarz i jako przyjaciel to tylko pani powiedzieć mogę, że zbyt troskliwie chuchane rośliny najczęściej żółkną i mizernieją. Chłopiec ma lat z górą dwadzieścia, a trzymacie go jak czternastoletniego w domu, z guwernerem. Jemu trzeba swobody, trzeba łamania się z życiem, trzeba walki, wrażeń.... a choćby i wyszaleć się nieco.
- A! niech pan Bóg broni! - przerwała Babińska. - To mi śliczny ten wasz system... puścić żeby się wyszumiał! Zapewne... zdrowie straci, wpadnie w złe towarzystwo.
- To mu państwo dajcie zajęcie.
- Jakie?
- Alboż ja wiem? niech gospodaruje, niech podróżuje, niech zostanie niedopieczonym literatem... zawsze to lepiej niż nie robić nic i mrzeć z nudów.
- A ja mówię, kochasiu - odezwał się nareszcie Babiński - niech tak idzie jak u nas w kraju obyczaj... Dać mu wioskę, niech gospodaruje. Będzie źle, no toż przez to nie zginiemy... ale się tem ożywi...
- Za oczyma! - zawołała matka.
- Ale go pani tak wiecznie przy sobie trzymać nie możesz... do ożenienia nie pora.
- A! niech Bóg broni! - przerwała matka.
- Rada pana dobrodzieja zdaje mi się najskuteczniejszą i najlepszą, dać mu wioskę pod bokiem, niech gospodaruje.
Babiński głową potakiwał.
- A co? kochasiu, a co? nie mówiłem? Doktór rozumny człowiek, powiada toż samo co ja.
Babińska zmilkła; w ostateczności wolała już to gospodarstwo, niż co innego.
Tegoż samego dnia postanowiono Zanokcice oddać w zarząd Martynianowi.
Był w nich stary dwór, na wszelki przypadek utrzymywany porządnie.
Z pewną uroczystością pani Babińska posłała po syna i razem z mężem oświadczyła mu, iż czas emancypacyi dlań nadszedł, że należało aby wszedł w życie czynne i że na próbę chcą mu dać Zanokcice, radząc, aby początkowo dla towarzystwa, rady i pomocy zatrzymał jaki rok w domu poczciwego Paczoskiego. Martynian oświadczenie to przyjął dosyć zimno, podziękował, zażądał od ojca informacyi i po niezmiernie długim wyborze, z arkuszową notatką matki, z błogosławieństwem ponownem ojca do nowej rezydencyi wyjechał... Wybrano może dlatego tę wieś, iż w sąsiedztwie jej blizkiem wcale panien na wydaniu nie było...
Gdy tu z pieszczoszkiem nie wiedzą co zrobić, aby z ziewania nie chorował a z nudy nie umarł, w Wilnie płynie życie sierotom tak prawie, jak nam je panna Adolfina odmalowała. Między skreślonym przez nią obrazem a rzeczywistością była jednak różnica. Ani Mieczysław, ani Lusia nie odkryli przed przyjaciółką całego ubóstwa swojego, wszystkich swych utrapień i niepokojów. Mieczysław i przez dumę i przez jakieś uczucie wstydu niewytłumaczonego, nie chciał przed Adolfiną spowiadać się z niedostatku. Lusia jak on obawiała się, ażeby mówiąc o nim nie wyciągnęła mimowolnie na upokarzające ich ofiary pomocy, którejby przyjąć nie mogła. Zakryli więc oboje część prawdy, odsłaniając to tylko, czego utaić nie było podobna.
W istocie, życie dwojga tych sierot ciężkiemi okupione było prywacyami. Siostra ponosiła je dla brata, brat czynił dla siostry ochotnem sercem... Oboje mieli nadzieję, że gdy Micio skończy medycynę, gdy dostanie miejsce, wszystko się to sowicie wynagrodzi, ale tych lat parę potrzeba było przeżyć jakkolwiek, byle wyżyć i dotrwać.
Pomimo iż żyli w kątku, ustronnie, i niechętnie robili nowe znajomości, same im one się nastręczały. Przybycie Adolfiny, z prezesową do Wilna, gdzie rodzina Burzymów miała dawne i wielkie stosunki, rozszerzyło przypadkiem koło tych ciążących znajomości i stosunków, które czas zabierały i wyciągały na wydatki. U prezesowej będąc kilka razy, Mieczysław i Lusia spotkali się tam z różnymi panami i paniami, którym prezentować się musieli. Prezesowa tyle o obojgu mówiła dobrego, iż zachęciła swych znajomych do zbliżenia się ku sierotom. Przytem Lusia się podobała wszystkim i swą pięknością, i wykształceniem, i wdziękiem. Mieczysław powagą i rozumem, któremu młodzieńczego uroku nie brakło, słowem obcy ich pokochali. A czasem, taka miłość nawet bywa dla ubogich ciężarem. Lusia w odwiedziny sama iść nie mogła. Mieczysław zajęty nauką nie miał czasu, tego bogatsi i nie mający zajęć koniecznych zrozumieć nie mogli. Stosunków, które tyle w świecie znaczą, wyrzekać się znowu całkiem było niepodobieństwem... Dwa domy szczególniej zyskali sobie Ordęscy w czasie pobytu Burzymów w Wilnie. Jeden z nich był średniego wieku wdowy, przyjaciółki prezesowej, bogatej pani marszałkowej Zawadowskiej, z jakichś hrabiów N... rodem. Była to kobieta, jak mówiono, mimo wielkiej zamożności i zupełnej swobody jakiej teraz używała, bardzo nieszczęśliwa. Piękna, majestatycznej postawy, utalentowana, miła, rozumna, za młodu bardzo wydaną została za wiele starszego od siebie człowieka, który jej życie zatruł. Przeżyła z nim najpiękniejsze lata młodości, męcząc się pod żelaznym jego despotyzmem, który ją złamał i zniechęcił do życia.. Po jego śmierci postanowiła, choć bezdzietna, nigdy już nie wychodzić za mąż; mieszkała w mieście, przyjmowała małe osób grono, czytała wiele, grała trochę i utworzyła sobie byt znośny, nad który już nie pragnęła więcej.
W mieście dom jej i ją znali wszyscy, cisnęli się szczególniej młodzi mężczyźni w różnych nadziejach ku niej, lecz wdowa, przyjmując mile wszystkich, nie dopuszczała nikomu najmniejszej powziąć nadziei. Mówiła głośno, że nigdy za mąż nie pójdzie. Spotkawszy się z Lusią u prezesowej, z którą ją dawna przyjaźń łączyła, pokochała bardzo sierotę. Ze zwykłą sobie otwartością oświadczyła jej, że bardzo mile widywać ją będzie u siebie i chce jej rodzinę, chce dla niej siostrę zastąpić, a w niczem jej wymaganiami żadnemi zawodną nie będzie nigdy. Mówiła to tak serdecznie, tak poufale i szczerze, zapraszała tak błagająco, skarżąc się że jest samotną, że Lusię sobie całkiem ujęła. Potrafiła też, spotkawszy się z Mieczysławem, zyskać go sobie odrazu.
- Dom mój dla państwa otwarty - rzekła - a byłabym prawdziwie szczęśliwą, żebyście to oświadczenie zrozumieli nie jako pospolitą, powszednią grzeczność, ale jako z serca pochodzące zaproszenie, prośbę i dowód szacunku... Bądźcie ze mną bez ceremonii i trochę tej przyjaźni, jaką macie dla Burzymów, przelejcie na mnie.
W ciągu kilkunastu dni pobytu Burzymów, pani Serafina tak się potrafiła zbliżyć i spoufalić z Ordęskimi, iż po ich wyjeździe stosunek był utrwalony. Niestety! jakkolwiek miły i on nawet był ciężkim.
W domu Burzymów także poznał się bliżej z Mieczysławem młody uczeń uniwersytetu z wydziału prawnego, pan Zenon Ł... syn marszałka, bogaty chłopiec, którego zdala widywał Ordęski na wspólnych lekcyach, ale zbliżyć się do niego nie miał sposobności.
Powziął on jakoś bardzo gorącą przyjaźń dla Mieczysława, ale posądzać było można, iż się do niej piękne oczy Lusi wiele przyczyniły. Uczyniła ona na nim wrażenie, z którem się nie taił. Ojciec miał może na myśli Adolfinę i kilka razy go tam przyprowadził, ale zamiast Adolfiny, pan Zenon wybrał sobie Lusię. Zaraz w kilka dni pierwszy oddał wizytę koledze Mieczysławowi, wcisnął mu się prawie gwałtem i zbyt może często przychodził, choć drzwi od pokoju Lusi zastawał szczelnie zamknięte. Nie mogli wyjść na przechadzkę żeby go nie spotkać, a tysiąc różnych pretekstów służyło mu do wciśnięcia się na Franciszkańską ulicę.
Prawie tak natrętną była p. Serafina. Niechcąc swym ekwipażem zbytniej zwracać uwagi, przychodziła pieszo do ubogiego mieszkania sierot, siadywała godziny całe, zabierała z sobą Lusię, niekiedy odrywała od pracy Micia, i gwarząc, jak ci gwarzą co nie mają z życiem co począć, nie spostrzegła się że za grzeczność z jaką ją przyjmowano, noce bezsenne płacić musiały.
Złośliwy ktoś mógłby był nawet posądzić panią Serafinę, że więcej ją zajmował Micio niż jego siostra. Zapominała się mówiąc z nim, ożywiała, wychodziła ze zwykłego sobie smutku i zobojętnienia. Ale ten dobry humor i chwilowe roztargnienie przyznawała Lusi. Niekiedy, nie zastawszy Mieczysława w domu, pod pozorem zabawienia siostry, przesiadywała do późna w nocy, a gdy zmęczony medyk powrócił z książkami i preparatami pod pachą, ona nie dawała mu wypocząć, zabierając go dla siebie rozmową, której nie było końca. Jeśli przyszła pieszo, i w późną noc powracać było trzeba samej, Micio i Lusia czasem po północy przeprowadzać ją do jej domu musieli. Tu znowu niepodobna było nie wstąpić na chwilę.
- Nie puszczę bez herbaty! - woła Serafina - u siebie pijecie bardzo niedobrą, jesteście głodni, choć późno, musicie zostać. Herbata przeciągnęła się czasem do dnia, śmiano się, żartowano i Micio z siostrą przychodził do domu tak, że już kłaść się na spoczynek nie było czasu. A jakże się było poskarżyć na tak serdeczną uprzejmość!
Z Mieczysławem będąc jak z bratem młodszym, ośmielała go ciągłemi przypomnieniami swojego wieku, miała bowiem lat trzydzieści jeden. Pani Serafina Lusię przyswoiła sobie za siostrę. Pokochały się czule. Skutkiem tej miłości było, iż zaczęła się o jej los troszczyć, a spostrzegłszy iż młody pan Zenon zajął się nią, uważając skojarzenie tego małżeństwa za bardzo szczęśliwe, zapraszała go do siebie, aby do Lusi przybliżyć.
Do tych stosunków, już dosyć, jak widzimy, miłych, ale zarazem uciążliwych - dodać potrzeba wielką przyjaźń profesora Varius'a, który naówczas wykładał anatomią w uniwersytecie. Poznał on na lekcyach Mieczysława i wyróżnił go między swymi słuchaczami, jako szczególnie zdolnego młodzieńca. To było powodem, że się nim zajmować począł i zbliżył. Znajomość blizka trwała od lat początkowych, gdy po przybyciu Lusi do Wilna, profesor Varius, przyszedłszy raz niespodziewanie do Mieczysława, zastał ją u niego. Varius był nie żonaty, lat średnich, znakomitej inteligencyi człowiek, z twarzy bardzo jeszcze przystojny, szczególniej wyrazem jaki jej rozum nadawał, słynął z humoru i przyjemności w towarzystwie. Lusia objawiła mu się jak zjawisko nadziemskie w tych studenckich izdebkach, w której się nic podobnego zastać nie spodziewał. Nieznalazłszy Mieczysława, zasiadł z nią do rozmowy i odszedł oczarowany...
Napróżno sam sobie siwiejące włosy pokazywał w zwierciedle, aby grzeszne myśli wybić z głowy - stare zwiędłe serce słuchać pana nie chciało. Biedny profesor zakochał się, wstydził się tego, nie przyznawał - postanowił ekstyrpować tę głupią miłość, lecz tymczasem urokowi towarzystwa Lusi ulegał i mimowoli ciągnął na Franciszkańską ulicę.
Pomniejszego tłumu towarzyszów Mieczysława, który jak na lep na piękne oczy siostry jego lecieli, wyliczać i regestrować nie będziemy, dosyć że praca nawet w tych warunkach, w jakich teraz żyli, stała się bardzo trudną.
Pani Serafina zajmowała w przepysznym domu na Wielkiej ulicy całe piętro i kilka dodatkowych pokojów na dole. Nawyknienie do pańskiego życia, dostatek zresztą niezbędnemi dla niej czyniły salony, i na wielką stopę urządzone mieszkanie; dwa razy w tydzień musiała przyjmować, w poniedziałki były herbaty, we czwartki obiady na które zawsze po kilka osób przychodziło. Oba te dni były celem zabiegów wielu stałych mieszkańców miasta i przybyłych z prowincyi. Było zaszczytem znajdowanie się na herbacie u pani Serafiny, a istotną dystynkcyą odebrać zaproszenie na obiad. Potrzebując się rozerwać, zapraszała piękna wdowa chętnie, lecz nie wszystkich. Przejeżdżający artyści, literaci, wirtuozi, ubiegali się o pokazanie w tym salonie. Bardzo często bywała muzyka, niekiedy ktoś coś czytał.
Złośliwy pan chorąży Oziębic, niemłody już kawaler, zwał salon ten jaskinią lwów, gdyż żaden lew nie przesunął się przez miasto, żeby tam na aksamitnej kozetce nie spoczął.
Lusia i Mieczysław raz na zawsze byli proszeni na herbaty i obiady, ale się od nich wymawiali.
- Będę szczerą, odpowiedziała Lusia, nie mam jak jednę czarną sukienkę jedwabną, w którejbym salonowi pani Serafiny wstyd zrobiła; raz się w niej pokazać można, ale zawsze, niepodobna.
- Co do mnie, śmiejąc się rzekł Mieczysław - godzina obiadu pani jest właśnie lekcyą kliniki, nie mogę jej opuścić, i muszę się wyrzec tej przyjemności.
- Przychodźcie więc kiedy i jak się wam podoba, odpowiedziała pani domu, będę wam rada zawsze. Lusia przecie nawet na targ idąc z koszyczkiem wstąpić do mnie może, a pan choćby w drodze na lekcyą z książkami.
- Ale nie z preparatami anatomicznemi, szepnął Mieczysław.
W istocie częściej może bywała u nich Serafina, niżeli oni u niej być mogli. Tysiące drobnych przysług nieznanych, z niezmierną delikatnością czynionych prawie niepostrzeżenie, trochę życie ubogie znośniejszem im czyniły. Pani Serafina potrafiła się porozumieć z Orchowską, wciągnąć ją w rodzaj spisku, podowiadywała się od niej tajemnic domu i śpiżarni, i niewidomą ręką podsycała biedne gospodarstwo. Życie więc płynęło tak dosyć rozerwane sierotom, czas leciał zapełniony nauką i pracą, a stosunki przyjacielskie, które tak rzadko próbę czasu wytrzymać mogą, z każdą się chwilą ściślej zawiązywały. Profesor był teraz niemal codziennym gościem w domu, i właśnie dnia jednego siedział, przeszkadzając Lusi przy jej robocie, gdy Orchowska z kuchni wpadła z rękami podniesionemi w górę, przestraszona, a niezważając na obcego, stanąwszy w progu - krzyknęła:
- Wie panienka kto przyjechał?
- Któż? któż tak straszny być może? rozśmiała się Lusia.
- O co prawda to że mnie nastraszył, bo oburącz pochwycił i pocałował, jak Boga kocham.
- Ale któż? - zapytała Lusia.
- Pan Martynian.
Dziewczę pobladło i zmieszało się, robota jej z rąk wypadła. Martynian oznajmiony już stał za Orchowską tak pomieszany i blady, jakby popełnił najokropniejszą zbrodnię.
Lusia zerwała się od stoliczka.
- Co pan tu robisz - zawołała, biegnąc ku niemu zarumieniona.
- Przy - przyjechałem, wybąknął Martynian.
- Sam?
- A tak - prawie sam, tak jak sam - rzekł chłopiec, szukając krzesełka, o które niełatwo było w szczupłem mieszkanku.
Profesor popatrzył na oboje.
- Przedstawiam panu profesorowi mojego ciotecznego brata, p. Martyniana Babińskiego; pan profesor Varius.
Profesor który był dosyć dziki i znajomości niechętnie robił nowe, wziął za kapelusz, nie chcąc familii być natrętem, przemówił kilka słów i wyszedł. Mieczysława nie było. Po odejściu jego Lusia znalazła się w wielkim kłopocie z tym wcale niespodziewanym gościem. Przybycie jego zdawało się jej czemś tak niepojętem, iż nieśmiała go o Babice i rodziców zapytać.
- Wszak wszyscy - wszak ciocia i p. Babiński zdrowi? wyjąknęła nareszcie.
- Zdrowi - rzekł Martynian.
- A pan tu sam?
- Tak jak sam; wprawdzie towarzyszy mi p. Paczoski - ale - przybył tu za swemi interesami, chce sprzedać swój poemat.
- I rodzice pańscy wiedzą że sam tu przybyłeś? - spytała strwożona Lusia.
Martynian spuścił głowę.
- Tego ja nie wiem, zamruczał pocichu.
- Jakże pan możesz o tem niewiedzieć?
- Bo ja - nie mieszkam w Babinie, odparł z pewnym rodzajem dumy młodzieniec.
Lusia podniosła oczy zdziwione.
- Jakto? - pan?
- Rodzice mi oddali Zanokcice, i mama pozwoliła mi się rządzić jak mi się podoba. A że do gospodarstwa różnych rzeczy było mi potrzeba, musiałem przyjechać.
- Jednakże - nie bez wiedzy mamy? - szepnęła, trwożąc się o następstwa, Lusia.
- Mama, nie wiem doprawdy, czy wie że pojechałem.
- Ależ, panie Martynianie - zawołała, rzucając robotę Lusia - jak pan mogłeś się narażać na następstwa tego kroku. Ciocia przecie wie że my tu jesteśmy, łatwo się dorozumie iż nas odwiedziłeś, ile ztąd nieprzyjemności.
- Dla was? dla kuzynki? - przerwał Martynian.
- Ale nie - dla pana.
- Ja do nich jestem przygotowany, - spokojnie odezwał się przybyły. Chciałem kuzynkę widzieć koniecznie - bądź co bądź. Panna Adolfina mnie przestraszyła, byłbym uciekł z Babina pieszo i przyszedł, aby was zobaczyć.
Lusia zarumieniła się mocno znowu, drżący głos Martyniana tyle miał w sobie rzeczywistego uczucia, iż nie ulitować się jego cierpieniu i nie być mu wdzięczną za serce - nie mogła. - Wyciągnęła drżącą rękę.
- A cóż to będzie gdy powrócisz! - odezwała się mimowoli.
- Niech będzie co chce, niech już się stanie co ma być, alem ja kuzynkę widział... i żyję.
Zbliżył się tak z załzawionemi oczyma do jej ręki, że mu jej cofnąć nie mogła i ścisnęła dłoń, i zamilkła. Szczęściem szybkie kroki Mieczysława wybawiły ją z kłopotliwego położenia. Mieczysław już od Orchowskiej wiedział o bracie, rzucił książki które niósł i serdecznie go przyszedł powitać, ale chmurę miał niepokoju na czole. I on, jak Lusia, obawiał się następstw tego młodzieńczego wybryku, a co więcej posądzeń cioci, że Martynianka ściągnięto, że go tu umyślnie bałamucić chciano. Cała wina musiała spaść nie na Martyniana, ale na biedną Ludwikę i jej brata. Przykro mu było posądzonym być nawet o zabiegi podobne. Przywitanie było serdeczne, przecież zakłopotane. Martynian musiał to uczuć, a że i sam był wzruszony a szczęścia już zaczerpnął trochę, gotów był uciekać. Posępny mars na twarzy Mieczysława trwożył go.
- Chodź do mnie - rzekł medyk, nie naprzykrzajmy się Lusi. Wszak prawda, dodał, że musisz dziś być u pani Serafiny?...................