Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom II - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
17.91 zł (17,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bracia mleczni.

Powiastka

 

Młodzi i starzy, mili czytelnicy moi!

Stary już bajarz ze mnie - czterdzieści przeszło lat prawię wam o życiu naszem, o naszych ludziach, o przeszłości i teraźniejszości... Cóżbym ja począł, gdybyście wy mnie słuchać nie chcieli, a we mnie chęć bajania ustała? Nałogiem już dla mnie patrzeć w życie i powtarzać com widział, słyszał, co było i co być mogło na tym naszym biednym świecie. Gdy jedna strona tego niezmiernego obrazu znika, druga mi się przedstawia... niewyczerpane w objawach życie i powieści osnowa...

Tym razem proste to dzieje, sklejone ze wspomnień dziecinnych, z podań domowych, z tej gliny plastycznej, którą na dnie życia osadzają płynące lata... I nie sądźcie by tu sama tworzyła fantazya, bym marzył tylko pisząc - wiele tu jest prawdy w bajce... To co się wam wyda może najmniej prawdopodobnem, jest właśnie najprawdziwszem. Wyobraźnia człowieka nie potrafi nigdy stworzyć tyle, ile rodzi się na niewyczerpanem polu żywota...

To co się wydaje poecie dziwacznem fantazyi jego, powstało z pyłków które naniosła rzeczywistość. Dla tego też by bujać - żyć potrzeba i cierpieć i im człowiek starszy, słabiej może głos podnosi, ale szerzej się wgląda, bo wszedł na wierzchołek tej góry, z której niezmierne widać obszary.

Bohaterowie tej powieści, wierzcie mi, choć tu występują przebrani, żyli lub żyją jeszcze w zacisznym kątku, i przyjaźń taka nie jest marzeniem a najpiękniejszym darem Bożym. Nad walkę człowieka z człowiekiem, choćby bohaterską, piękniejsza stokroć miłość ludzi i braterstwo.

 

__________________________________________

 

Godzina była wieczorna, mrok powoli padać zaczynał, po nad otaczającemi miasteczko lasami, na żółtym pasie nieba, w stronie zachodu, stały nieruchome długie, ławami rozłożone chmury sine, osiadając powoli. W powietrzu cicho było i chłód nocy jesiennej, a wilgotna rosa przypominały koniec Sierpnia.

W nadchodzącej szarej godzinie, jakby jednym obleczone tonem, przedstawiało się całe ciche miasteczko, a szczególniej już co chwila puściejszą być zaczynająca ulica wiodąca do rynku, ostawiona domkami, które przeważnie ludność studencka zapełniała. Domki to były niemal wszystkie na jeden wzór budowane, drewniane, z ganeczkami o dwóch słupkach lub bokiem zwrócone ku ulicy, bez piąterek. Nie wiele z nich bielone były, większa część miała tylko białe bramowanie około okien, a ściany z bierwion sosnowych składane, nie taiły się wcale z budową swoją. Tu i owdzie pare drzew starszych odznaczały nieco staranniejszy i dawniejszy już dworek. Pierwotne powsiadały były w ziemię, wiele z nich się pogarbiło i opierało na kulach... Pomiędzy niemi cały pas parkanów w słupach, z po za których wyglądały tyczki fasoli i wystrzelone malwy zdziczałe, gdzie niegdzie obwieszony liśćmi dyni wychylonej na swobodę - kazał się domyślać małych ogrodków warzywnych. Stare grusze jak na polach, wysokie żurawiów od studzień szyje, wybijały się wyżej nad strych tych nizkich domków i zagród.

O tej godzinie już zamieszkujący prawie wszystkie dworki studenci: albo u wieczerzy lub nad książkami siedzieli w domu, rzadko który swawolnik pokazał się za progiem, ulica była pusta - milcząca, w okienkach błyskały światła, w niektórych już pozamykane okiennice sercami tylko świeciły, w innych widać było przy łojowych świeczkach, pogarbione ramiona pilnych chłopców, zatopionych w lekcyi jutrzejszej.

Jeden koniec tej szerokiej a długiej ulicy, wchodził w rynek zamieszkały przez kupców izraelitów i zajęty domami zajezdnemi, drugi wybiegał w pole ku cmentarzowi, a zamykał się drewnianym kościołkiem Aniołów Stróżów. Miasteczko nie było w stanie myśleć o wytworności i wygodkach, po obu stronach ulicy nad miarę szerokiej, wybite nogami przechodniów szły dwie ścieżynki, w niebezpiecznych miejscach, gruzem i kamieniami ponaprawiane. Sama zaś droga została jak ją Bóg stworzył, szczerym piaskiem, szczęściem pijącym wodę pożądliwie i nigdy nie zmieniającym się w błoto. Po największej ulewie rychło kałuże schły i wszelki ślad jej znikał.

Na tej ulicy, jak w studenckiem życiu, na przemiany gwarno było i cicho potem jak w szkole. W pewnych godzinach roiła się ona wszelkiego wzrostu dziatwą i młodzieńcami, w innych zdawała wymarłą; rozlegała się śmiechami i silnemi uderzeniami piłek o ściany, lub szeptem przytłumionym powtarzanych lekcyj.

W godzinie tej już drzwi były pozamykane - i cisza wieczorna dawała nieco spoczynku gospodarzom dworków; tylko przed jednym z nich stał oparty o słup młody mężczyzna, z widocznym niepokojem rozglądający się na wszystkie strony. Był to, jak łatwo poznać było można, pan dozorca, świeżo z uniwersytetu i majestatycznie wyglądający, z powagą młodego pedagoga, który niedawno zrzucił mundur, a przywdział togę mistrza.

Na ten raz jednak powaga ustąpiła zniecierpliwieniu i gniewowi. Piękna, ale nie sympatyczna twarz młodzieńca, sfałdowana była wyrazem prawie namiętnego oburzenia, oczy pałały, brwi miał ściśnięte, a wargi mruczały niewyraźnie jakby mimowolne przekleństwa. Na przemiany tarł czoło, rozrzucał włosy, ręce zatapiał w kieszeniach i chodził przed gankiem, to znów stawał, opierał się o słup i zamyślał.

Wśród tego paroksyzmu niecierpliwości, który nie miał świadka... zdala dały się słyszeć ciche, powolne kroki, idącego ścieżką po tej samej stronie ulicy przechodnia, i młodzieniec jakby oprzytomniały, przybrał postawę przyzwoitszą. Poprawił włosów, ręce znowu utopił w kieszeniach i stanąwszy z klassycznem przypomnieniem kolossu rhodyjskiego, czekał na zbliżającego się, a w mroku niedającego się zdala rozpoznać wieczornego, opóźnionego wędrowca. Dosyć to rzadkie było zjawisko o tej porze, gdy wszyscy zmęczeni po domach siedzieli. Piękny jednak dosyć koniec dnia Sierpniowego usprawiedliwiał przechadzkę.

Rzuciwszy okiem powtórnie w tę stronę, z której go stąpanie dochodziło, ujrzał stojący w ganku toczącego się wolnym krokiem mężczyznę, olbrzymiej niemal postawy, barczystego, z małą stosunkowo głową osadzoną na karku krótkim, z kijem pod pachą, z książką w ręku. Drobne rysy twarzy ogromnego mężczyzny, bardzo wdzięczne i uśmiechające się z wyrazem dobroci, uprzedzały o nim jaknajlepiej. Wesołość śmiała się mu ze źrenic, usta małe i różowe nim się otwarły obiecywały słodkie powiedzenie. Kolos stojący w progu dworku zdawał się długo niewidzieć nadchodzącego, dopiero o krok już będącego, nagle zobaczył i skłonił się żywym ruchem, jakby unikając rozmowy i nieusposobiony do niej cofając się w głąb' ganku.

Idący zatrzymał się, czapkę uchylił i popatrzał.

- Widzę, że pan chłodku i ciszy wyszedłeś użyć trochę.... I ja też.... byłem tym razem aż w lesie na rozmowie z sosnami, które - dalipan - śliczne rzeczy rozpowiadać umieją. Wieczór wcale piękny! aura balsamiczna....

Młodzieniec spojrzał tylko i ramionami ruszył.

- A gdzie mnie tam w głowie, panie professorze, zawołał gwałtownie, - ja się tu wściekam z gniewu i oburzenia.

- O! o! o! przerwał professor - cóż znowu? panicz cóś zmalował!

- O! już go mam tu! odezwał się impetycznie dozorca wskazując na gardło - nie! wytrzymać z nim niepodobieństwo! To siły ludzkie przechodzi! Ani mnie, ani w świecie nikogo słuchać niechce.... Coż tu począć? chłopak ma lat czternaście, trudno mu dać plagi - i coż by to były za lamenta i zgrozy, gdyby się dozorca poważył pańskie dziecko wytrzepać.... a to gadanie, przestrogi, napominania, prośby, nic nie ważą, nie znaczą nic.... szlachcic swoje robi, tobie plebejuszu wara chcieć mu zapanować, choć on smarkacz a ty dozorca.

Professor stał i słuchał spokojnie - a po chwili spytał niewzruszony:

- Cóż tedy spłatał ów panicz! królewiczątko kochane! ha?

- Jeszcze niewiem co spłatał, zawsze - porywczo dodał dozorca - nie ulega wątpliwości iż spłatał coś i to niepowszedniego. Czy pan professor uwierzy, że go dotąd w domu nie ma.

- Dotąd w domu go niema? zapytał głową potrząsając professor - do licha! w istocie to coś znaczy. Ale dokądże, poco i za czyjem wyszedł pozwoleniem?

- Nic nie wiem - odparł młodzieniec gniewnie, nie raczył spytać mnie o pozwolenie wyjścia, wymknął się o szarej godzinie i nie wraca.

Rozśmiał się gorzko, mówiąc to dozorca, ramionami dźwignął, prychnął, potarł czuprynę i począł na nowo:

- Oszaleć można z tym chłopcem! wolałbym za parobka służyć niż być jego dozorcą. Prawda że z innych względów kondycja dobra, ale ją drogo spokojem, zdrowiem i zgryzotą codzienną opłacać potrzeba. Jużbym ją był porzucił, słowo honoru daję professorowi, gdyby pani prezesowa nie zaklęła mnie i nie uprosiła, ażebym na rok jeszcze pozostał, ale dłużej za nic nie będę.

- Jeszcze gdybym miał nieograniczoną władzę i był tu sam jeden, gdyby mi nikt nie przeszkadzał, nikt nie psuł - ale troskliwość macierzyńska dała mi do boku rodzaj sługi i pomocnika, a to jest najnieznośniejszy stary safanduła jakiego świat widział: szpieg, lizus, pochlebca... i chłopca psuje a buntuje. Cóż ja tu dobrego zrobić mogę. Ostro się do niego wziąść niepodobna, doniesie zaraz prezesowej, list z lamentami i przeprosinami wnet podąży....., prezes człek słaby - wmówią mu co zechcą. Słowem oszaleć potrzeba.

Professor słuchał i uśmiechnął się dobrodusznie.

- E! e! kochany panie Suchorowski - począł zniżając głos - nie trzeba się roznamiętniać lecz chłodniej rzeczy brać. Nie jest tak bardzo źle jak się wam zdaje. Chłopak butny, prawda, ale nie zepsuty, serce złote - probujcie się odezwać do niego, posłucha. Wy zbytnią może powagą swą i rozumem doprowadzić go chcecie, a są takie natury do których inaczej jak przez serce trudno, lub nawet niepodobna, tak jak są inne do których piersi i uczucia kołatać próżno. Wierzcie mi: chłopak dobry. Czy z niego filologa zrobimy - dubium est, ale na co prezesowiczowi greczyzna? Grunt, żeby głupim nie był i.... wstydu szkole nie zrobił.

- Z niego ani filologa, ani żadnego loga nie będzie - a co gorzej, przerwał dozorca, że to natura samowolna, namiętna, nieuchodzona, gwałtowna....

Profesor zaczął się śmiać.

- Kocioł garnkowi, panie mój, przymawia, zawołał. Nie bójcie się, świat majster na magistrów i na paniczów, uchodzi on obu.... i bucie prezesowicza przytrze rogi.

- Ale ja wcale nie jestem namiętny - z oburzeniem począł dozorca, trudno zresztą o cierpliwość w pewnych razach, aniołby się rozgniewał. Niechże profesor patrzy.... wszak to noc nadchodzi....

Professor w istocie obejrzał się ku kościołkowi Aniołów Stróżów i szepnął prawie obojętnie:

- Noc nadchodzi, to prawda, ale i wasz delinkwent także... jak mi się zdaje... tylko - czy nie z drugim jakimś winowajcą, który jako nie prezesowicz, nie jedynak i pewnie plebejusz, dostanie za obu... na ławie od kalafatora.

W oddaleniu w istocie widać było idącego chłopaka wysmukłego, zręcznego, który ścieżką powoli ku domowi dążył, prowadząc z sobą mniejszego, drugiego, opierającego się i rękami zasłaniającego twarz.

Spóźnienie tedy nie było bez przyczyny. Profesor może przez litość nad winowajcą, aby przytomnością swoją pierwszy wybuch gniewu młodego dozorcy pohamować, może przez prostą ciekawość wstrzymał się przed gankiem.

Suchorowski przybrał postawę surową straszliwego sędziego. O kilka kroków widać już było pięknego studencika, z czarnemi oczyma żywemi, z rumianą twarzyczką i kędzierzawemi włosami, na głowie z pod czapeczki na bakier rzuconej wystającemi, który szedł niepomięszany wcale, krokiem pewnym, ręką przytrzymując płaczącego, biednie ubranego, w starym odartym surduciku, młodszego od siebie o rok może dzieciaka. Tego twarzy rozpoznać nie mogli stojący na ganku, bo sobie oczy zasłaniał łzy kułakami ocierając. Zbliżywszy się z fantazją wcale niezachwianą gromowładnym wyrazem twarzy dozorcy - młody studencik zdjął czapkę, pozdrowił i popatrzywszy nieulękniony na Suchorowskiego, począł:

- Mam do pana Magistra kilka słów....

- Gdzież to waćpan bez pozwolenia uciekł i do tej pory przebywał? krzyknął Suchorowski. Dobrze że mam za świadka pana professora Narymunda; taka swawola i nieposłuszeństwo ukarane być musi.

- Bardzo dobrze - spokojnie rzekł student, ale pan mi pozwoli się wytłumaczyć.

- Waćpanu nie zbywa na tłumaczeniach wykrętnych, na rozumowaniach zuchwałych, na kłamstwach - począł dozorca.

- Proszę mnie posłuchać - powtórzył poważnie student, pan professor będzie świadkiem i sędzią.

- Ja tu sam jestem sędzią jedynym i mam władzę nad waćpanem - zakrzyczał dozorca.

Student zamilkł a po namyśle obrócił się do professora.

- Pan professor będziesz tak łaskaw, wyrobić mi pozwolenie wytłumaczenia się i okazania mojej niewinności.

- Pozwól mu pan mówić - rzekł professor łagodnie:

Suchorowski zmilczał.

- Przed godziną wyszedłem z książką do ogródka, począł student; - słyszę zakłopotaną rozmowę - mimowolnie mi się ona narzuciła, bom jej wcale podsłuchiwać nie myślał. Dwie sąsiadki kopiąc kartofle rozpowiadały sobie o nieszczęśliwej Radygowej, która w komornem była u gospodyni żydówki, posługując jej byle syna mogła do szkół oddawać. Pozawczoraj nieszczęśliwa umarła, a chłopiec pozbawiony opieki musiał szkolę rzucić. Stryj, człowiek prosty, cieśla, uznawszy za słabym do rzemiosła, oddał go za pastuszka, choć chłopak trzecią klassę kończył. Sąsiadki rozpowiadały sobie z politowaniem o studencie, który u grobu matki płakał i rozpaczał. Na łożu śmierci umierająca kazała mu, aby choć o żebranym chlebie się uczył. Żal mi się zrobiło małego Radyga, którego widywałem czasem na rekreacjach, choć jedną klassą był niżej. Począłem pytać przez płot, a dowiedziawszy się że chłopca znajdę na cmentarzu, bez pozwolenia tam pobiegłem. Oto on jest tu, ze mną, dodał wskazując na zapłakanego, najlepszy dowód że nie kłamię. Nie zrobiłem więc nic bardzo złego, żem się nad nim ulitował i tu go przyprowadził.

- Tak! tak! ze śmiechem złośliwym począł Suchorowski, waćpan już chcesz zawczasu odegrywać rolę protektora, chcesz się sobie bawić w miłosierdzie, chcesz żeby o tobie gadali. A co to do was należy, co się z kim dzieje? Czy kto studentem czy pastuchem będzie! Waćpan jesteś małoletni, nie masz swej woli pozwalać sobie takich wybryków, nie masz prawa!.....

Dzieciak przyprowadzony usłyszawszy to, począł się ze strachem wyrywać, student go wstrzymał.

- Nie mam do niczego prawa - rzekł - ale dziś napiszę do Matki i jestem pewny że mi pozwoli wziąść Radyga na nasze utrzymanie.

- Waćpan nie napiszesz, bo ja napisać nie pozwolę - począł gniewnie Suchorowski. Ten bęben pójdzie sobie zkąd przyszedł, a za karę żeś bez pozwolenia latał po nocy - trzydniowy areszt o chlebie i wodzie. Dosyć już tych wybryczków i swawoli.

Student się cały zaczerwienił i oczy mu zabłysły ogniem.

- Do aresztu idę - odezwał się - ale Radyga proszę pozwolić zostawić, niech pan będzie łaskaw - ja proszę.

- A ja proszę nie odpowiadać, nie rezonować i robić co każę! wybuchnął dozorca.

W tej krytycznej chwili nowa postać zjawiła się w ganku, której przyjście jakby odgadując Suchorowski, zwrócił się ku drzwiom zapłoniony i zagryzł usta ze złości.

Był to mężczyzna niemłody, w czarnej czapeczce na głowie łysej, z twarzą rumianą, której rysy pospolite nic nie miały w sobie znaczącego, oprócz dobrodusznego spokoju. Pękaty, niewielkiego wzrostu, w długim i szerokim surducie z kieszeniami po bokach, jegomość nadchodzący zwolna patrzał ciekawie na studenta, na dozorcę, na professora i zdawał się, choć świeżo przybyły, już znać historję całą, której pono z sieni wysłuchał.

- Niech pan Robert się nie tłumaczy - wtrącił niewyraźnie - bo co źle to źle... Jakże można po nocy, bez opowiedzenia się latać na cmentarz.... Cóż to znowu! A gdyby czy pies, czy bydlę, czy uchowaj Boże jaki inny trafunek... cóż by to na nas spadło od państwa prezesowstwa, cośmy panicza pilnować powinni jak oko w głowie... No - co źle, to źle... Chciał pan Robert bliźniego ratować, czego zganić nikt nie może - czemuż albo panu dyrektorowi lub mnie całej sprawy nie opowiedział? Juściż i my ludzie jesteśmy, ludzkie serca mamy, byłaby na to znalazła się rada.... Zwłaszcza o czem panicz pewno i nie wie, że Radygowa jakiś czas panicza karmiła. - A tak! jest to brat mleczny pana Roberta... Kobieta była harda że się o żadną pomoc do prezesowstwa udać nigdy nie chciała, dla tego pono że ją raz jakoś odprawiono z niczem...

- Ale Radyg u nas zostanie! wtrącił stanowczo i śmiało student - ja pójdę do aresztu... a wy... kochany panie Wanderski... wy go weźmiecie... I popychał płaczącego chłopca ku gankowi, gdy Suchorowski sobą samym drogę zaparł.

- Fora mi ztąd! fora! krzyknął - jeszcze tego brakło żebyś mi tu acan takich przybłędów do domu ściągał. Piękne towarzystwo dla syna państwa prezesów...

W czasie całej tej rozprawy, professor Narymund stał spokojnie, słuchając, jako świadek obojętny, - ku końcowi zbliżył się bokiem do małego Radyga, nie mówiąc nic, ujął go prawie gwałtem za rękę, coś mu do ucha poszeptał i nie żegnając się, zabierał prowadzić z sobą sierotę, gdy Robert mimo groźnego wzroku i krzyku dozorcy, przypadł do professora Narymuda, w rękę go całując...

- Kochany, złoty professorze... tylko kilka dni go przetrzymaj... ja będę miał, ja muszę mieć pozwolenie...

- Idź mi waćpan zaraz do stancyi! zagrzmiał głos Suchorowskiego - słyszysz waćpan...

Kończył te słowa, gdy jak szept cicho nad uchem odezwało mu się z ust Wanderskiego - niechno pan da pokój - dósyć już tego...

- Waćpan mnie to myślisz uczyć moich obowiązków? zawołał Suchorowski.

- Ja sam nic nie umiem i nikogo uczyć nie myślę - odezwał się z pokorą troszkę ironiczną, stary w czarnej czapeczce - ale mnie się zdaje, że jakkolwiek panicz zgrzeszył, poszło to z dobrego serca i ganić mu tego nie można...

- Z dobrego serca!! rozśmiał się dozorca, a! tak! z próżności raczej! paniczykowi chce się już sławy protektora... smarkaczowi takiemu...

- Ale cyt... daj pan pokój! ruszając ramionami reflektował Wanderski, pan się unosisz...

Nie odpowiadając już staremu, dyrektor ruchem imponującym wskazał winowajcy drzwi domku i kazał mu iść - chłopak spojrzał na odchodzącego Narymunda, który prowadził z sobą Radyga, westchnął, i nie mówiąc słowa, z hardą postawą, z uczuciem własnej niewinności, bynajmniej nie strwożony, zawrócił się do dworku... Wanderski coś szepcząc powlókł się za nim, a Suchorowski zmęczony i gniewny, upadł na ławkę stojącą w ganku, zatapiając dłoń w długich włosach.

 

__________________________________________

 

O złota młodości, życia jutrzenko, jakżeś ty urocza obok mroków dnia i chmur wieczora! - Człowiek ze wspomnieniem swem idzie potem życie całe i szkaplerzem poświęconym nosi je na piersi do zgonu, a w chwili pożegnania ostatnią myślą powraca jeszcze do ciebie...

Komuż z nas te lata szkolne nie są miłe i najmilsze? Komuby się powrócić nie chciało do cienkiego klejku, owych obiadków i do rozkosznych marzeń i nadziei tamtych wieczorów spędzonych z towarzyszami na śmiechu, na grze, na rozgorączkowanej gawędce, która potem rozkołysanej duszy, długo w noc zasnąć nie dawała, i echem odbijała się w marzeniach sennych! Dziś i w szkołach i w młodości wiele się zmieniło; każdy by chciał dojrzeć co najrychlej lub przynajmniej za dojrzałego uchodzić, każdemu pilno wyrwać się z tego świata złotej młodości, po którym wieczna zostaje tęsknota.

Poł wieku prawie upłynęło od tego czasu, o którym opowiadać mamy.

Młody ów student, który miał tak dobre serce; a tak żywy charakter, zwał się Robert Doliński. Był to chłopak bardzo ładny, zręczny i starannie z młodu prowadzony, choć może nadto trochę dbał o swą piękność i lubił się z nią popisywać, a miał coś w charakterze co go do popisów i występowań skłaniało...

Urodził się jedynakiem, majętnym i dziecięciem powszechnie szanowanego domu, zdawał się czuć, że go niepospolita rola czeka na świecie szeroko dlań otwartym. Rodzice jego uchodzili i w okolicy i na szerokiej kraju przestrzeni, za ludzi bardzo majętnych, zacnych i wpływowych: dom ich należał do pańskich i na stopie wielkiej był utrzymywany. Cudem też to prawie nazwać się mogło, iż ludzie mający wszelką możność wychowania dziecka w domu, do szkół jedynaka oddali. Ojciec tego życzył i na swojem utrzymał, dowodząc że szkoła daje stosunki potrzebne w obywatelstwie, że młodego uczy obejścia się z ludźmi, dając mu zawczasu potrzebny przedsmak rzeczywistego życia. Uparł się więc prezes, pomimo przeciwnego zdania matki, upatrującej w tem niebezpieczeństwa i postanowił syna posyłać do tyj samej szkoły, w której się szlacheckie dzieci niezamożnych rodziców uczyły. Tak młody Robert przybył do S..... chociaż nie zupełnie w tych samych warunkach co inni prości śmiertelnicy. Dodano mu bowiem naprzód, guwernera, młodego, świeżo z uniwersytetu wyzwolonego magistra filologii, który do profesury dążył, a nie mogąc jej jeszcze otrzymać, tymczasowo tylko przyjął - uproszony, obowiązki prywatnego nauczyciela i kierującego wychowaniem. Razem z nim jechał też stary, poczciwy sługa domu, który sprawiał urząd szafarza, ekonoma, dozorcy, a po trosze i przyjaciela panicza. Kochali się z nim bardzo od najmłodszych lat, gdy Robert jeszcze na kolanach jego konno jeździć się uczył. Miał więc prezesowicz rodzaj dworu własnego i osobny dom najęty dla niego tylko, gdyż matka to sobie zastrzegła przynajmniej, ażeby z ekonomczukami nie stał razem i o ladajakie towarzystwo się nie ocierał. Prezes zmilczał, wiedział bowiem dobrze, iż owych ekonomczyków, którzy chłopca uczyć mieli życia i równości obywatelskiej na ławach szkolnych nie uniknie.

Tak paniczykowato i troskliwie będąc hodowany jak kosztowna zamorska roślina, Robert nie mógł się nie czuć wyższym nad innych współuczniów, rozstawionych po różnych stancyjkach, pod nadzorem starszych uczniów lub dyrektorów, i żyjących na powszedniej owsiance, kartoflach ze starą słoniną i kaszy jaglanej od święta... Choć pieszczone, choć psute, było to jednak bardzo dobre chłopię. Wstydził się niemal za to, iż za cóś lepszego od innych mógł uchodzić, a pilno starał się by go to nie uwalniało od najprzykrzejszych warunków studenckiego żywota. W początkach nawet znosił guzy, nigdy się nie skarżąc na nie i nie oddając ich zrazu, - później dopiero, gdy się zbyt dokuczliwemi stały, nauczył się wywzajemniać i szanować go musiano, bo silny był i oddawał z nawiązką.

Zrazu też zmawiali się na niego wszyscy i żartowali sobie, dopiero poznawszy lepiej, przyjęto go do grona i Robert stał się ulubieńcem współtowrzyszów. Służył im bowiem z zapałem, z poświęceniem i wiedzieli że w ciężkich razach rachować nań mogli, brał na siebie winy cudze, za które inni srożejby niż on karani byli. To mu też reputacyę zawadyaka niespokojnego zrobiło, choć w istocie nim nie był. Z panem Suchorowskim walka była prawie nieustanna, bo ten go, posłuszny rozkazom Matki odosabniać się starał, od kolegów odrywać, a Robert losy ich we wszystkiem chciał podzielać.

Pan Suchorowski, magister filologii, kandydat na professora, który bodaj katedrę w uniwersytecie ledwie za godne swej nauki stanowisko uważał, pedant był cierpki, dumny, zarozumiały i nieznośny. Skończywszy świeżo studya bardzo świetnie, myślał już tylko o doktorskim birecie, i o rozprawie, którą pisał czerpiąc ze źródeł niemieckich. Była to, ni mniej ni więcej, historya tekstów Horacyusza i wydań tego poety.

Suchorowski miał pewną zdolność do drobnostkowych poszukiwań, pamięć dobrą, pióro zjadliwe i ostre, a że mu się udało współzawodników prześcignąć, nieraz zręcznem pochlebstwem zyskać sobie professorów względy, wbiło go to w pychę, miał się za jenjusz, z niezmierną dumą poglądając na świat podnóżny.

Można sobie wyobrazić, czem dla niego była taka szkoła i tacy podszarzani, przyrdzewiali panowie professorowie. On im okazywał z potrzeby tylko przytłumione lekceważenie, oni też szydzili cicho z zarozumiałego młokosa: nie lubiono się wzajemnie, mimo powszednich stosunków - a za każdem prawie spotkaniem staczano walki o metody nauczania, o książki szkolne, o wykłady.....

Zgryźliwy i szyderski, nawet gdy grzecznym być pragnął, Suchorowski narażał sobie wszystkich bez wyjątku, oszczędzano go tylko przez wzgląd dla Prezesa, który w kraju miał wielkie zachowanie. Do rozrostu tej dumy pana guwernera przyczyniło się i to, że był szlachcic, a choć zubożałej rodziny, ale skolligacony z kilką domami znaczniejszemi, - że nabył od młodu maniery salonowej i ogłady, która mu się też wielką rzeczą zdawała, w ostatku położenie w domu prezesowstwa, także coś znaczyło.

Narymun mawiał czasami:

- Bez kija ani przystąpić do pana Magistra...

Inni professorowie, ludzie potulni i pokornego serca, obchodzili go jak mogli, kłaniali się zdaleka, i nie życzyli sobie wcale jego niesmacznego towarzystwa. On przeciwnie narzucał się im dlatego, że grono nauczycieli stanowiło tu najwyższą warstwę, do której wszędzie się cisnął. Brakło mu ludzi, przed któremi by się mógł popisywać z wielostronną erudycyą, z sukcessami w uniwersytecie i łatwym a zjadliwym dowcipem.

Już z wejrzenia samego, jakkolwiek pięknym był, Suchorowski podobać się nie mógł. W rysach jego twarzy było coś odstręczającego, jakiś wyraz pychy złej, zjadliwej, opryskliwej, wybuchającej przy najmniejszej zręczności, który nawet nieznajomych uderzał... Robert go także nie lubił, ale cierpieć był zmuszony, bo potrafił Prezesowej narzucić się rozumem, dowcipem, manierami i doskonałą francuzczyzną. Opierając się na łaskach jakie miał u matki, Suchorowski obchodził się z wychowańcem zimno, ostro, z góry go traktując, choć zawsze grzecznie niby i z zachowaniem form pewnych, ale bezdusznie i odrażająco... Mniej by może dokuczył wybuch gniewu, niż szpilkowe ukłucia, alluzye, przymówki, które chłopca niecierpliwego z natury nieraz do rozpaczy przyprowadzały - ale uczyły go cierpliwości. Suchorowski rad by go był wyciągnął na sprzeczkę i słowa, Robert milczał najczęściej i zbywał go niemal pogardliwem, choć uległość pozorną udającem milczeniem, na którego znaczeniu guwerner omylić się nie mógł. Między nim więc a Robertem trwała nieustająca wojna, która z czasem coraz groźniejszy, acz tajemniczy dla wszystkich przybierała charakter.

Suchorowski czuł sam że ucznia już sobie pozyskać nie potrafi i widział to, że się w swych obowiązkach długo nie utrzyma, szło mu już tylko o to, ażeby winę zerwania zrzucić na postępowanie i charakter Roberta.

Studenckie te gospodarstwo prezesowicza, wraz z dworem jego, zajmowało, jakeśmy mówili, cały, ładny dosyć domek, urządzony daleko wytworniej i wygodniej, niż dla młodego chłopaka była potrzeba. Rodzice czynili to może trochę dla siebie, bo syn ich tu reprezentował. Suchorowski, dbający we wszystkiem o popisanie się z gustem i nawyknieniami pańskiemi, miał przy gabinecie swoim, rodzaj saloniku przybranego w meble przywiezione z Browna. A choć tam one stały dawniej w oficynie, tu się bardzo wydawały paradne. Firankom w oknach całe miasteczko się dziwiło, bo miały frendzle pąsowe! obudzały podziw i zazdrość powszechną.

Professorowe obrażone niemal były tym zbytkiem arystokratycznym, który ich białym, muślinowym skromnym zasłonkom w okienkach, chciał imponować. Oprócz salonu, osobny był pokój jadalny, osobny dla nauki pana Roberta, przytykający do jego sypialni, łączący się z pokojem Suchorowskiego. Wszystko to stanowiło rodzaj apartamentu. W pokoju do nauki był obfity zbiór pomocy naukowych, globusy, karty jeograficzne, atlasy, machina elektryczna, igła magnesowa, termometr i barometr, który choć w drodze doznał szwanku i nic nie wskazywał, oprócz ułomności swojej, wisiał jednak przy oknie dla dekoracyi. Temi wszystkiemi zasobami byłby się Robert chętnie bardzo dzielił ze współuczniami, ale Suchorowski mało którego z nich, po ostrej legitymacyi, przez próg dworku przepuszczał. Prezesowicz musiał dla udzielania naukowych pomocy używać fortelu i przez ogródek do okna pokoju przyprowadzać przyjaciół, którym do wnętrza wnijść nie było wolno.

Suchorowski nie umiejącym po francuzku (bo dla niego francuzczyzna była termometrem wychowania), przystępu zupełnie zabraniał.

Pomiędzy panem guwernerem a starym sługą domu, szafarzem i ekonomem, owym staruszku łysym, w czarnej czapeczce, który się Wanderskim nazywał, zgody też i przyjaźni nie było. Wanderskiego chciał mieć pan dozorca podwładnym sobie, a stary uważał się za zupełnie niezależnego. Magister filologii po cichu nazywał go "zgniłym grzybem." Wanderski zaś choć mu żadnego nie dawał nazwiska, nie wiele go sobie jakoś cenił, i wbrew niemu często postępował sobie bardzo smiało, wiedząc że mu ten nic zrobić nie może, bo u Prezesowstwa miał zachowanie wielkie, zdobyte długą służbą, a Roberta kochał jak własne dziecię. Mruczał, wargi gryząc guwerner, ale ustępował, bo walki rad był uniknąć i dla ocalenia swej powagi, choć szydząc godził się na to, czego Wanderski wymagał. Stykali się z sobą jak mogli najrzadziej, ale żyli bez wybuchów i waśni, nie lubiąc wzajemnie.

Młody Robert, o ile odstręczony był od guwernera jego obejściem z sobą, o tyle z Wanderskim serdecznie był i poufale: dla niego miał miłość, okazywał uległość, przed nim jednym wynurzał się chętnie, radził i skarżył.

Co do nauki, pieszczone chłopię było nie bez pewnych zdolności i nie odstało by może od innych, gdyby mu miłość jej zawczasu wszczepiono. Suchorowski miał tylko ten talent, że mu ją obrzydził, bo w nim ona wydawała się nieznośną. Dla tego Robert szkołę nawykł był uważać za rodzaj ciężkiego nowicyatu do przebycia, któremu poddać się musiał, który przebrnąć było koniecznością, ale uczyć się nie lubił i nie miał ochoty. Połechtana próżność, doznane upokorzenie, zniewalały go czasem fałdów przysiedzieć: pamięć miał dobrą i łatwą, chwytał więc prędko co mu było potrzeba, ale w dni kilka już mu to wywietrzało znowu i w głowie nie pozostało nic.

Z licznego dosyć professorów grona, trzech szczególniej musiał Suchorowski starać się grzecznością pozyskać, bo inaczej zdobyć ich nie mógł. Zapowiedział mu po cichu Dyrektor, że ich opinje o uczniu jego nawet wpływowi żadnemu nie ulegną. Ci trzej byli, professor matematyki Falkiewicz, historyi Dobrowolski i języka łacińskiego Narymund, którego już przededworkiem widzieliśmy. Narymund nosił w herbie pogoń litewską ni mniej ni więcej, ale nikt o tem oprócz niego nie wiedział.

Falkiewicz, on i Dobrowolski grzeszyli po troszę wszyscy tem, że każdy z nich ukochaną swą naukę, miał za jedyną godną tego nazwiska. Falkiewicz utrzymywał, iż rzeczywiste, nie podpadające wątpliwości prawdy, tylko jedna matematyka dać może... a reszta są - vigilantium somnia; Dobrowolski nauką per excellentiam zwał dzieje, których poznanie było rękojmią przyszłości, bez których ludzkość wróciła by do barbarzyństwa. Narymund cały żył w klassycznym świecie i nad greko-rzymskich pisarzy nie znał nic wyższego ni doskonalszego... Tacyt był jego ideałem, rozkoszował się jego językiem, stylem, zwięzłością i wielkością charakteru. Gdyby nie oni - mawiał, musielibyśmy dziś zaczynać od tego, na czem skończyli Egipcyanie i Etruskowie... mawiał professor... wszystko po nich mamy w spadku...

Trzej professorowie kłócąc się nieustannie, żyli z sobą w największej przyjaźni. Matematyk udawał surowego, poważnego, nieubłaganego, a w istocie dziecinnej był dobroci i naiwności... Świat go straszył, życia znał mało, trwożył się rzeczą najmniejszą, a pragnąc spokoju, rad był sam za straszydło uchodzić. To mu się nie udawało, studenci tylko na żart niby się go obawiali, wiedząc że to mu robi pewną przyjemność. Dobrowolski otyły, słuszny jak Narymund, hałasował, krzyczał, mówił wiele... ale młodzież robiła z nim co chciała... Z największego impetu przechodził w śmiech i cała klassa za nim.

Narymund, którego widzieliśmy już, dowcipny był, postrzegacz wielki, sędzia trafny, a w gruncie, mimo ucinków z których słynął, najlepszy człowiek w świecie.

Był to studentów adwokat, protektor, obrońca i w najgorszych sprawach najgorliwszy orędownik.

- Starzy, nie jesteście ani święci, ani filozofowie, a chcielibyście w dzieciach tego, czego sami nie macie? mawiał często. Dziecko nim się chodzić nauczy, guzów sobie nabije nie mało, człowiek też nim się ze światem obejdzie, nieraz paść musi - byle się podniósł!...

Z temi trzema profesorami, którzy mimo swej dobroci, gdzie chodziło o naukę sumienni byli i nieubłagani, Suchorowski dla interessów wychowańca, pragnąc go posuwać szybko z klassy do klassy, musiał starać się być jak najlepiej.

Zbliżał się do nich z uprzedzającą grzecznością, zapraszał na herbaty i małego wiseczka, którego Falkiewicz i Dobrowolski lubili, dawał dla nich małe wieczorki u siebie, a jednak pokumać się z niemi nie mógł. Narymund najmniej od niego stronił, biorąc go za przedmiot studyów jakichś psychologicznych i badając o ile wart był stopnia magistra filologii - ale go może najmniej znosił.

Raz nawet w korytarzu przed Falkiewiczem i Dobrowolskim, wyraził się o nim nie estetycznie: - osieł jest panie dobrodzieju.

Z innemi nauczycielami, nie wyjmując dyrektora i prefekta, przez wzgląd na wysokie Prezesa stosunki, na honor uczyniony szkołom - łatwiej się było porozumieć guwernerowi.

Nierad był z siebie Suchorowski, gdy po opisanej scenie, sam jeden z rachunkiem sumienia pozostał w ganku, szczególniej dla tego, iż się niepotrzebnie uniósł przy Narymundzie, że wyszydzonego sierotę professor zabrał do siebie - a razem i Wanderskiego, że nie wiedział co począć z naznaczonym Robertowi aresztem, na który on nie zasłużył tym razem.

Siedział więc w ganku długo, rozrzucając bujne włosy i namyślając się co ma począć, aż nierychło, jakby powziąwszy pewne postanowienie, krokiem pedagogicznym, wszedł do wnętrza dworku.

Roberta już nie było, udał się zaraz do aresztu szkolnego, nie myśląc się wcale od niego wypraszać.

 

__________________________________________

 

Dyrektor pan Radzca Jan August Pietrzykiewicz, miał lat pięćdziesiąt i kilka, dosługiwał się emerytury, Bóg obdarzył licznem potomstwem, dwoma synami i czterema córkami, żonę miał z Hutorów (familii starożytnej), lubiącą żeby w domu było elegancko i dostatnio, nie dziw więc iż ze wszystkiemi w świecie rad był w jak najlepszych zostawać stosunkach, nikogo sobie nie narazić, niczem się nie skompromitować. Nieszczęśliwy Radzca wiódł życie męczeńskie w nieustannym niepokoju i trwodze, starając się dogodzić wszystkim, uczniom, professorom, zwierzchności, prawu i.... emeryturze, której wyglądał z utęsknieniem. Dla tego też nie mogło dlań nic w świecie być przykrzejszem, nad wszelkie zajście, awanturę i coś wychodzącego z karbów powszednich żywota... Szkoła zaś ma to do siebie, że dnia nie da przeżyć spokojnie, bo albo z młodzieży który przeskrobie, lub nauczyciele się powaśnią, albo na stancyach się coś znajdzie w nieporządku.

Radzca zaś Pietrzykiewicz miał za zasadę nie robić sobie nieprzyjaciół, gdyż czasem i najmniejszy groźnym się stać może.

Cierpiało biedne człeczysko okrutnie i wyłysiał też przed czasem, co mu żona z domu Hutorówna wielce za złe miała. Byłby sprawił od dawna perukę, lecz przy tylu zajęciach, z których się często rodziło roztargnienie, przewidywać mógł łatwo, iż obejść się z nią nie potrafi i powagę swą narazić może.

Wieczora tego o którym mowa, cała rodzina pana Radzcy zgromadzoną była przy herbacie, wraz z zaproszonym na nią Falkiewiczem, który na brzeżku krzesła siedząc, pot z uznojonego czoła ocierał, gdy w przedpokoju dał się słyszeć głos niespodziany professora Narymunda.

Dyrektor poznał go, przestraszył się, zerwał z krzesła przeczuwając coś złego, bo Narymund o tej porze bez ważnych bardzo powodów przyjść nie mógł, i wybiegł nie czekając aż go wezwą do przedpokoju.

Tu zastał w istocie profesora, a przy nim zapłakanego chłopca w obszarpanym mundurku, na którego naprzód bacznem rzucił okiem, usiłując odgadnąć, co tu ich sprowadzało.

- Panie Radzco, odezwał się Narymund - proszę mi przebaczyć, że przychodzę o tak nieprzyzwoitej godzinie, ale mam pilnych słów parę.

- Proszę, bardzo proszę - chwytając go za ręce z serdecznością rzekł Dyrektor - dokąd chcesz! do pokoju, czy do kancellaryi, czy....

- Siedź tu chłopcze - przerwał Narymund, sadowiąc na ławeczce przy drzwiach Radyga - i ani mi się ztąd rusz...

Dyrektor patrzył ciekawie, ale nie mógł odgadnąć o co chodziło.

Otworzył drzwi gabinetu, Narymund wsunął się za nim i usiedli oba na kanapie.

- Mój professorze, pewnie już jakaś awantura, ozwał się Dyrektor składając ręce - ale, proszę cię, zaklinam... cokolwiek jest, jak najmniej rozgłosu... cicho... zatrzeć jeśli można... bo to i mnie zgryzoty przyczynia a mam ich bez tego dosyć i szkole naszej szkodzi...

- Nie ma to tam nic tak wielkiego, odpowiedział Narymund - wszakże uprzedzić o tem pana Dyrektora było moim obowiązkiem... Jesteś ojcem nas wszystkich, składamy rodzinę....

Uścisnęli się za ręce.

- Mów, mów, kochany profesorze... nie trzymaj mnie w tej obawie i niepewności - dodał Dyrektor. Co to za chłopiec? ja go sobie nie przypominam?

- Zaraz - rzekł Narymund - muszę to opowiedzieć porządnie. Wyszedłem dziś przed wieczorem do lasu... mam słabość do wiejskich widoków - o rus, quando te aspiciam.

- Wiem, niecierpliwie przerwał Dyrektor - a dalej.

- Zabawiłem słuchając drzew szumu, trochę dłużej niż zwykle, ciągnął dalej niewzruszony Narymund. Wreście ujrzawszy iż słońce się miało ku zachodowi...

- Profesorze - szepnął Radzca - na miły Bóg, Tacytowskiej zwięzłości nieco...

- Tylko to mówię co nieuchronnie potrzebne - rzekł Narymund. O mroku tedy retro do miasteczka. Droga wiodła obok dworku Jackiewiczów zajętego przez Prezesa dla syna...

- A no, wiem...

- W ganku ta nieznośna facyata Suchorowskiego mnie uderzyła, stał a raczej miotał się jak na mękach. Dobry wieczór? Dobry wieczór - co ci to panie Magistrze? A ten dopiero jak nie wsiądzie na swego ucznia, jak nie zacznie wygadywać na niego...

- Bez taktu jest - wtrącił Dyrektor...

- I bez taktu i bez serca - dodał Narymund. - Okazało się, że chłopiec bez pozwolenia kędyś wyleciał i nie było go w domu o mroku...

- A czemuż go nie pilnuje pan Magister?

- Tak jest! czemu go nie pilnuje, kiedy mu jest powierzony? Rzucał się tedy, aż i chłopiec na ścieżce się pokazał. Ale nie sam, prowadził z sobą tego o to studencika który tu ze mną przyszedł. Z indagacyi wyszło jasno, iż prezesowicz nie dla żadnej swawoli przełamał klauzurę, ale z dobrego serca. Dowiedział się bowiem, iż tego biedaka Matka odumarła, a Stryj go za pastuszka oddał ze szkół, z trzeciej klassy odebrawszy, i że chłopię na cmentarzu, na grobie Matki płakało... Pobiegł więc aby je z sobą przyprowadzić i wziąść do siebie dla nauki, na co rodzicielskie pozwolenie spodziewał się otrzymać... Nic więc zdrożnego nie było, a co więcej już tu we dworku dopiero dowiedział się prezesowicz, iż ów sierotka był jego bratem mlecznym... Pomimo to wszystko, zbeształ go Suchorowski, sierotę precz przepędził i chłopca na trzydniowy areszt skazał. Sierotkę ja biorę - dodał Narymund, wszak dzieci nie mam... ale szlachetnego prezesowicza powinieneś Dyrektorze ratować i bronić, a do Rodziców napisać, że go bałwanowi, z pozwoleniem, powierzyli.

Narymund zaczął mówić coraz żywiej i ogniściej.

- Dobra i potrzebna subordynacya i posłuszeństwo, ani słowa - a serca w takich paniczach, u których go i tak zwykle niewiele, wytrzebiać się nie godzi. To wasza rzecz panie Dyrektorze... panie radzco...

Radzca oburącz się za głowę pochwycił.

- Kochany, drogi, nieoszacowany professorze - począł żywo - zmiłuj się, rozważ... Po co ja się w to mam wdawać? Suchorowski ma u nich zaufanie... jemu powierzyli dziecko! Co to do mnie należy... ani Magistra, ani Rodziców sobie narazić nie mogę... Pomijać muszę... pomijać... Sprawy karności domowej - nie jestem obowiązany w nie wchodzić... Nic nie wiem...

- Panie Radzco dobrodzieju, ten Suchorowski osioł jest i dziecko zepsuje. Wyrobi w niem ducha opozycyi, wytępi poczciwe uczucia... Szkoda prezesowicza na miły Bóg!

Dyrektor za rękę go pochwycił.

- Nie gorącuj się tylko - zaradzimy - rzekł cicho; ale tak aby był wilk syty i koza cała... zobaczysz! Ja prezesowicza moją władzą z aresztu, drogą łaski uwolnię... a co się tyczy, dalszych kroków... proszę cię - to nie moja rzecz... Zlituj się! zastanów tylko... W uniwersytecie ma stosunki, w kuratoryi złośliwy, zajadły... po co ja go sobie mam narażać? - Gotów mi popsuć w sprawie emerytury...

Zasmucił się widocznie Narymund posłyszawszy argument tyczący się emerytury. Wiedział dobrze iż żadna siła ludzka przemódz go nie potrafi. Wstał wzdychając z kanapy.

W tej chwili zapukano do drzwi.

Prawa ręka pana Radzcy, kancelarzysta jego, Efimowicz, maleńka figurka ospowata, stał pokornie za progiem.

- A cóż tam znowu?

Efimowicz trochę zaczął drzeć co u niego było znakiem frasunku.

- Syn pana Prezesa domaga się aby go, jakoby z rozkazu pana Magistra Suchorowskiego, wsadzono do aresztu - odezwał się Efimowicz. - Pan Dyrektor wie jaki u nas areszt... jakże ja mogę takiego panicza tam pakować? Mnie się zdaje...

- Ale poproś no go tu, do mnie... do mnie przerwał Dyrektor - tak - to będzie najlepiej. Zatarł ręce, Narymund stał oczekując jak się to skończy, Dyrektor obciągnął surdut zapięty i przybrał poważną postać sędziego najwyższej instancyi.

Prezesowicz żwawo, wesoło przeskoczył próg i wyprostowany stanął przed zwierzchnikiem... Radca zbliżył się ku niemu.

- Pan Dyrektor raczy...

- Ja wszystko wiem, wiem, kładąc mu rękę na ramieniu odezwał się Pietrzykiewicz - nie potrzebujesz się tłomaczyć przedemną. - Uczynek jest piękny, chrześcijański i dla tego ja waćpana władzą moją od kary uwalniam, kochany panie Robercie, - lecz szkoła jest jak wojsko, miejscem gdzie się ludzie wdrażają do potrzebnej surowości i posłuszeństwa... Cóżby to było, gdyby każdy chciał samowolnie sobie postępować, nie uzyskawszy do tego prawa, gdyby władza nie była poszanowaną...

- Ja też się jej nie sprzeciwiłem i nieprzeciwię - przerwał Robert, - ale w tym wypadku mógłżem się oprzeć uczuciu?

- Uczucie bardzo piękne, dodał Dyrektor, należało wszakże z niem nawet się udać do pana guwernera i prosić go...

- Panie Dyrektorze, pozwolenia bym nie otrzymał, chłopiec by się zmarnował - rzekł śmiało Robert - wolę w kozie siedzieć... Mnie się w niej nic nie stanie, a tu szło o przyszłość sieroty... bo ja go nie porzucę - Rodzice mi pozwolą, uproszę ich...

Narymund który z za drzwi słuchał, nie mogąc wytrzymać wbiegł ucałować Roberta, Dyrektor uścisnął go także... Chłopcu łzy stanęły w oczach.

- Idź waćpan do domu - odezwał się Radzca wzruszony, do kozy ja nie pozwolę... na siebie to biorę... a co się tyczy sieroty, bądź co bądź, poradzimy na to...

Robert jeszcze się wahał czy ma odejść posłuszny, gdy pani dyrektorowa, którą ten szum w przedpokoju zaciekawiał, wyjrzała, zobaczyła ładnego chłopaka i nie wchodząc w sprawę - poczęła wołać.

- Chodź panie Robercie na herbatę i sucharki... proszę... proszę...

- No - a wy, profesorze Narymundzie?

- Ja pani dobrodziejce służyć nie mogę, odezwał się filolog, przyszedłem za bardzo pilnym interesem i spieszę do domu...

Podał dyrektorowi rękę, w chwili gdy ów Roberta z lekka ku drzwiom salonu popychał i zabrawszy z sobą sierotkę Radyga, cicho się z nim powlókł do niedalekiego mieszkania swego.

 

__________________________________________

 

Profesor Narymund był nieżonaty; miał podobno krewnych, ale w tej okolicy dokąd go losy zagnały - nikogo, wyjąwszy sługi, zwanego Benedykiem.., któremu właściwie on raczej służyć musiał jeszcze.

Tylko u nadto poczciwego i pobłażającego profesora Narymunda, tego rodzaju sługa mógł się utrzymać.

Benedykt był sierotą, rodem z miasteczka, ułomnym, na jedną nogę kulawym; po trzech klasach wyrwany ze szkół sieroctwem, zbałamucony i lubiący kieliszek, a gawędkę z przyjacioły, niezdatny do pracy, zuchwały w dodatku, zmarł by z głodu lub przepadł, gdyby go litość Narymunda nie utrzymywała. Naganiano mu ją, bo Benedykt nie bardzo wart był litości, lecz profesor utrzymywał, że go od zupełnego rozłajdaczenia ratuje.

W całem miasteczku znano tego hulakę Benedykta, urwis był nieznośny, plotkarz, gaduła, próżniak, lecz nie bez pewnego dowcipu, a może nim Narymundowi za swe utrzymanie płacił. Pan i sługa kłócili się codzień, co dni kilka Benedykt za służbę dziękował, miał zabierać manatki i powracał wieczorem jak gdyby nigdy nic. Często też Narymund go wypędzał - ale nazajutrz Benedykt przynosił kawę, konceptem się wykręcał i już mowy o tem nie było. Wieczorem wracał Benedykt kiedy mu się podobało, godzin nie pilnował, bieliznę pańską wydzierał; po nocach gdy chorował jeszcze go Narymund pilnować musiał.

Z tem wszystkiem lat już kilka tak przeżyli i nie zanosiło się na to, ażeby rozstać się mogli.

Skromne bardzo było mieszkanie Narymunda w drewnianej oficynie, do zabudowań szkolnych należącej, w której oprócz niego stał professor Dobrowolski z rodziną i kapelan ksiądz professor Borowik... Najgorsze z mieszkań od tyłu dostało się naturalnie Narymundowi, który ustąpił dobrowolnie wygodniejszego księdzu, a obszerniejszego koledze żonatemu. Budynek stary, z tej właśnie strony trochę był zapadł w ziemię, słońce rzadko przez gęste drzewa do izb zaglądało, było więc i przyciemno i trochę wilgotno i bardzo ubogo. Narożny tylko pokój suchszy i czyściejszy, w którym Narymund miał książki i pracował, weselej wyglądał. Poprzedzała go izba obszerna, pusta i smutna, zimą chłodna, a z niej wyjście ciemne wiodło do sypialni profesora i do opuszczonej kuchni, która służyła za schronienie Benedykowi. Tu stał jego tapczan, a raczej barłóg, kulawy stolik i skrzynka... Mało tu gospodarz gościł - w drodze już prowadząc Radyga do siebie, Narymund namyślać się począł, co z nim zrobić i gdzie go pomieści... Trudno było przewidzieć także jak tego przybysza przyjmie Benedykt, ale professor w razie sprzeciwienia się, postanowił energicznie wystąpić.

Gdyby innego środka nie było, Radyg musiał słać sobie na noc w wielkiej izbie, a na dzień się z niej wynosić. W milczeniu przebyli z chłopcem razem kilkadziesiąt kroków, oddzielających ich od oficyny. Była to chwila, w której Benedykt rzadko, a raczej nigdy w domu się nie znajdował. Wyjątkowo tego dnia po weselu przyjaciela, na którem za wiele dokazywał, spał już od kilkunastu godzin, profesor zrana się go dobudzić nie mógł, sądził że we dnie sam może oprzytomnieje, lecz Benedykt czuł się jakoś niezdrowym, wyrzekł się obiadu i pozostał do wieczora na swoim tapczanie. Profesor wszedłszy do wielkiej izby i zostawiwszy tu sierotę, sam udał się do Benedykta, którego dobrze za rękę ciągnąć musiał, nim go ze snu głębokiego wyprowadził.

- Cóż to znowu jest? zwolna rozespane przecierając oczy odezwał się sługa - pan profesor już nawet skołatanego chorobą nieszczęśliwego człeka nie chce poszanować?

- Wstawaj obrzydły pijanico - odparł Narymund, dosyć tego wylegania się - na nogi mi zaraz... Co za choroba? pochmiel z wczorajszego wesela!

- No, a choćby? opierając się obiema rękami i podnosząc oczy zuchwałe rzekł Benedykt - gdyby i tak - pan profesor przez miłosierdzie by powinien inaczej z kaleką postąpić?

- Cicho! i świecę mi zapalić! Dosyć tego hultajstwa! powtórzył profesor.

- A! to już tak! już tak! rzekł zwlekając się Benedykt - dobrze że wiem... tam gdzie nie ma żadnej delikatności dla edukowanego człeka, który był wart lepszego losu, tam ja służyć nie mogę... klnę się... nie mogę. Wolę u żyda.... od tej godziny idę....

- A no! dobrze! dobrze! zrobisz mi prawdziwą łaskę, uwalniając od siebie - aby tylko prędko...

Benedykt spojrzał i rozśmiał się.

- Pan profesor nie wierzy?

- Nie mam czasu wdawać się w rozprawy, zabieraj manatki i fora ze dwora... Cierpiałem dosyć, raz temu koniec być musi... twoje miejsce już komu innemu oddane...

- Ciekawym? spytał obojętnie Benedykt - ziewając i usta sobie zatulając jedną ręką - któż to taki co zastąpi Benedykta?

Narymundowi cierpliwości zabrakło.

- Ruszaj precz! zawołał tupiąc nogą...

Chwila milczenia uroczystego nastąpiła po tym wybuchu. Benedykt z łóżka się nie ruszył.

- A no, zobaczymy! zobaczymy czy to tak sługę uczciwego, który się żadnym nie skalał występkiem, można wśród roku na bruk wyrzucać - przecież są prawa i sprawiedliwość. Ja się nie ruszę... słowo daję, nie pójdę dla tego samego, że mnie profesor wypędza... Miałem zamiar pana opuścić, ale kiedy tak, otóż nie....

Narymund założył ręce na piersi, popatrzał, splunął i wyszedł. Cóż było począć? Musiał szaleńca zostawić aż się wyszumi.

Sam zapalił świecę, i powrócił do izby. Radyg stał tu w kącie i płakał po troszę, nie wiedząc jakie go nowe losy czekały. W pustym pokoju tym, który udawał bawialny, była tylko stara ogromna sofa, stół i kilka stołków niedobranych. Na kominie zegar staruszek w drewnianej oprawie z alabastrowemi ozdobami, od lat niepamiętnych pokazywał kwadrans na piątą.

Postawiwszy łojówkę na stole, profesor siadł na sofie, przywołał sierotkę, pogłaskał go po głowie i począł od pilnego przypatrzenia się mu, bo o mroku dotąd twarzy jego dobrze nie widział.

Radyg mógł mieć lat około trzynastu, znać na nim było, dziecię ludu, zawczasu w pracy, w głodzie, poniewierce, rozwinięte niemal chorobliwie.

Natura stworzyła go silnym i zdrowym, los rozwinięcie się powstrzymał, siły wewnętrzne walczyły znać z tem co ich wyrobienie się tamowało. Dosyć wzrosły na wiek swój, kościsty, muskularny ale blady, Radyg w oczach, ustach i na czole miał wyraz niepospolitej bystrości. Oczy zagłębione nieco, ciemne, patrzały z oprawy tej ciekawie, żywo, ogniście. Na wypukłem czole już para zmarszczek u brwi, troskę i myślenie znamionowała. Usta małe, pięknego kształtu, ironja skrzywiła zawczasu. Znać było że cierpiał, że nawykł milczeć i boleć, i że miał energii dosyć by nie zwątpić o sobie. Była to postać pociągająca, pojętna, ale nad lata napiętnowana doświadczeniem życia.

Narymund w milczeniu popatrzywszy nań, przeczytał tę kartkę łatwo, jakby z książki była wydartą. Nawyknienie do obcowania z dziećmi, dawało mu niepospolitą wprawę w rozpoznawaniu ich charakterów. Serce też pomagało wiele, bo człowiek co czuje i kocha, łatwiej bliźnich swych rozumie i rzadziej na nich się myli. Wprawdzie łagodni i dobrego serca jak Narymund, oszukiwani są często, lecz dobrowolnie.... Widzą oni fałsz, a wstydzą się wypowiedzieć mu w oczy tę zdradę. Wolą ją znieść i pogardzić, niż obrażać sromotnie.

Iluż to oszukiwanych przez taki wstyd jakiś i słabość - omamiać się dają! Zaczęła się tedy gruntowna indagacya, pytania na które Radyg zrazu nieśmiało i krótko, potem coraz szczerzej i z większą odpowiadał otwartością.

Nie będziemy powtarzać przedłużonej tej rozmowy, której znaczniejszą część Benedykt wywlókłszy się z kuchni, pode drzwiami podsłuchiwał. Historya Erazma Radyga i jego matki, była następującą:

Anna, ubogich rodziców dziecię, wychowaną była w klasztorze, usposobiono ją tam na sługę do wielkiego dworu, do wszystkich robót kobiecych, a że niepospolite okazywała talenta, wyuczyła się oprócz tego, niemal czego tylko w klasztorze nauczyć się było można. Piękna bardzo, żywego charakteru, nie bez obawy sióstr, przy których była od dzieciństwa, wypuszczoną została na świat. W klasztorze wszakże dłużej przebywać nie mogła, a do zakonnego życia, powołania żadnego nie miała. Oddano ją na dwór rodziców pani prezesowej, która jeszcze panną naówczas była. Stała się jej ulubienicą i całego dworu, który pięknej Annie wydziwić się nie mógł, tak na sierotę ubogą, szlachetnie i pańsko wyglądała. Znaleźli się też, mimo jej ubóstwa pretendenci, a nawet tacy, jakich biedne dziewczę spodziewać by się było nie mogło. Jeden z dzierżawców w sąsiedztwie, człowiek już nie zbyt młody, prosił o jej rękę i został grzecznie odprawiony. Dziwiono się Annie, mówiono o tem wiele, odpowiadała państwu, że pójdzie za ubogiego jak sama, aby jej potem nikt nic wyrzucać nie mógł. Prawie równocześnie, bo półrokiem tylko przed prezesową, Anna wyszła za mąż jak chciała za chłopaka, który nie miał nic oprócz dwóch pracowitych rąk i ufności w opiekę Boga. Za mąż pójściu temu przeciwni byli wszyscy, odradzała je przyjaciółka, zakazali myśleć o niem rodzice jej. Przyszło do tego, że gdy Anna stała przy swojem, rozgniewana prezesowa zapowiedziała jej, że jeśli, jak przewidywać było można, na złe wyjdzie ten upór, nigdy na żadną pomoc z jej strony rachować nie powinna.

Stało się na nieszczęście jak przewidywano, wybór Anny był najgorszy, człowiek którego zaślubiła, okazał się płochym i niezdolnym do pracy. Musieli cierpieć nędzę, a co gorzej szacunek dla niego straciła. Dowiedziawszy się o tem jej położeniu, już zamężna wówczas prezesowa, nie pamiętając słów wyrzeczonych w chwili zniecierpliwienia, posłała ofiarując jej dom swój i przytułek. Anna zbyt dumna - odmówiła. Z dziecięciem maleńkiem, poszła w służbę, nieprzyjmując dobrodziejstwa. Właśnie w tej porze prezesowa karmiła jedynaka swego, ukochane dziecię, naszego znajomego Roberta. Anna ze swoim Erazmem tułała się po obcych kątach...

Wśród roku prezesowa zasłabła ciężko - Robert był jeszcze przy piersi, obawiała się go oddać nieznanej mamce, a doktorowie nakazywali odłączenie. W rozpaczy niemal posłała prosić Anny, jej jednej chcąc powierzyć swe dziecię - Anna przybyła, podzieliła się między Roberta i Erazma przez cały czas choroby prezesowej, odłączyła nawet swojego, aby pańskiemu dziecięciu dać zdrowie i siły. Ale gdy prezesowa przyszła do zupełnego zdrowia, gdy Robert jej już nie potrzebował, nie chcąc nic przyjąć za swe poświęcenie, zabrawszy dziecię - opuściła dwór.

To była szlachetna jej zemsta za owo nieopatrzne słowo: nic się już nie spodziewaj ode mnie.

Napróżno prezesowa zaklinała ją, błagała, przepraszała, Anna pozostała niewzruszoną.

- Tego słowa ja zapomnieć nie mogę, rzekła odchodząc - odbiło się o serce moje... Chcę byś pani się przekonała, że i my ubodzy mamy poczucie ludzkiej godności, że nie zawsze wyciągamy rękę po jałmużnę, że czasem umiemy się wyrzec zapłaty nawet - gdy ona by nas w oczach własnych upokorzyła. Daruj mi pani - umrę z głodu, a nie przyjmę nic.

Z tem odeszła owa dumna Radygowa, niosąc Erazmka na ręku, poszła służyć. Z różnem szczęściem się jej wiodło, lepiej zrazu, później coraz trudniej i gorzej; - wszędzie ta duma uboga, dla większej części ludzi nie zrozumiała, szkodziła jej i odstręczała od niej. Walka ze światem była nad siły, podejmowała ją tylko dla swojego dziecka, chcąc mu dać wychowanie i wlewając w nie zawczasu własne uczucia. Dla Erazmka przeniosła się do miasteczka, w którem była szkoła, najniekorzystniejsze tu przyjmując służby warunki, byle swe dziecię wychować. Lecz z każdym rokiem szło gorzej, wypłakane oczy pracę utrudniały, zdrowie zachwiane, napełniało ją obawą o przyszłość.

Z krewnych miała tylko jednego mężowskiego brata, prostego, niewykształconego i nie mogącego jej zrozumieć człowieka. Na jego pomoc już dlatego rachować nie mogła, że sam z ciężkiej żył pracy, a dziecka wychowanie szkolne uważał za rzecz zbyteczną. Erazmek tymczasem, mimo nędzy, w jaką wpadli ostatniemi czasy, chodził do szkół aż do śmierci matki, a uczył się z gorączkową chciwością wiedzy. Gdy Radygowa zapadła w chorobę, z której już wyjść nie miała, niemal codziennie przywoływała do łoża chłopaka aby mu wpoić powtarzaniem ciągłem, to jedno żądanie macierzyńskie:

- Ucz się! cierp głód, upokorzenie, nędzę, wszystko - wszystko byleś się uczył! Niech cię nic od nauki nie odrywa. Cierp a ucz się... Nauką tylko uratować się możesz...

Do ostatniej chwili powtarzała mu to biedna Anna i płacząc nad losem sieroty, której nie miała komu powierzyć, umarła, przyspieszywszy sobie zgon może rozpaczliwą troską o dziecię.

Brat Radyga, któremu o zmarłej znać dano, przybył w nadziei tylko że coś może po bratowej dostanie, ale przekonawszy się iż za pogrzeb nawet sprzedażą pozostałych sprzętów nie można było zapłacić, rozgniewany dziecko oddał do sąsiedniego dworu za pastuszka, a sam do służby swej powrócił. Erazm, którego przyjąwszy dwór gwałtem pędził do obowiązku, zbiegał od trzody, porzucał ją wreszcie zupełnie i całe dnie przesiadywał, albo na grobie Matki, lub między litościwemi studentami, którzy go ukrywali i karmili.

Że go jednak dwór wyśledził w miasteczku i kilka razy po niego na różne stancye studenckie posyłano, dopominając się wydania, Erazm we dnie nie znalazł bezpieczniejszego schronienia nad grób Matki i cmentarz. Tu to go wyśledził Robert i namówił aby z nim szedł, zaręczając że mu do nauki pomoże. Erazm rzucił mu się do nóg, prezesowicz w uniesieniu uściskał go i zabrał z sobą. Widzieliśmy jaki skutek ten szlachetny postępek Roberta, pociągnął za sobą.

Rozpytawszy chłopca i z odpowiedzi jego wywnioskowawszy, iż Erazmek roztropny był i zdolny, professor Narymund wstał z sofy i uradowany pocałował go w głowę.

- Podziękuj Bogu, że cię ten zacny Robert wyciągnął z biedy, jemu to głównie zawdzięczasz iż gęsi już paść nie będziesz... rzekł professor. Teraz taka rzecz... Stancyi ci na dziś innej dać nie mogę tylko tu... bo nie mam. Na sofce możesz się wyspać, co ja jem, tem się z tobą podzielę, książki ci dostarczę... a pamiętaj co Matka mówiła: pracuj i ucz się! My cię ze szkoły wziąć nie damy, bądź spokojny, ale uczyć się trzeba.

Erazm go w rękę pocałował.

- O! panie professorze - przysięgam, że co sił uczyć się będę... ale mnie nie oddawajcie...

Na te słowa wszedł rozbudzony już zupełnie i wytrzeźwiony Benedykt. Była to postać mogąca zastraszyć tego, co ją pierwszy raz zobaczył o mroku, ale Erazmowi, który się około szkoły kręcił oddawna, nie była obcą.

Mały, krzywy, garbaty, z ogromną głową, z długiemi rękami, z włosami długiemi także na tył zaczesanemi, z oczyma wypukłemi szaremi, wykrzywionemi usty... Benedykt podobny był do Warchołta, jak go na starych drzeworytach niezgrabna ręka rysownika samouczka wykonterfektowała... Wyraz jego twarzy tłomaczył, dlaczego Narymund tak cierpliwą dłoń miał litości: Benedykt widocznie był niespełna rozumu, jak dawniej mawiali: brakło mu więcej niż piątej tylko klepki.

Z rękami w kieszeniach wlókł się, przypatrując chłopcu i obchodząc go z różnych stron. Narymund surowo nań spojrzał.

- Czego ty tu chcesz?

- A no, mojego sukcessora chcę zobaczyć - szyderczo odparł Benedykt i stanął naprzeciw chłopca ziewając.

- Kiedy masz moje miejsce zająć - odezwał się ze śmieszną powagą, już ci nikt lepszej nademnię nie da instrukcyi. Jakkolwiek jestem pokrzywdzony w mojej osobie, przez pana professora - dodał - oddaję mu chętnie sprawiedliwość że jest człowiek uczciwy, tylko - fixat.

Professor tupnął nogą - Benedykt bynajmniej na to nie zważał i mówił dalej.

- A jakże ja to mam inaczej nazwać? Jednego dnia choć do rany przyłożyć, słodki, dobry, kołki mu na głowie ciosać można, drugiego gniewa się, krzyczy, łaje, wypędza... niepokazuj się już na oczy... a nazajutrz - nie ma śladu burzy.

Narymund się uśmiechnął.

- Dobry człowiek, bez pochlebstwa - kończył Benedykt - ale i ja człowiek jestem niezgorszy, drugi by mógł był z nim daleko więcej dokazywać... i oszukiwał by go jak chciał. Ja mając duszę szlachetną i będąc edukowanym - bo przecie się trzecią klassą skończyło i nie zapomniało.... i mógłbym być korrepetytorem, smarkaczów ciągle trzymać za uszy - ja będąc edukowanym nie nadużywałem... teraz gdy mnie professor wypędza...

- To idź i nie pleć i chłopca mi nie psuj - przerwał Narymund. - Kogóż ja kiedy zepsułem? zapytał Benedykt flegmatycznie - hę? kogo?

Ludzie mnie psuli i nadpsuli - ale ja! - uderzył się w piersi - ja tego nie mam na sumieniu...

Nie wiedzieć, śmiać się było, czy gniewać i co począć, Narymund musiał się ostatecznego chwycić środka, zbliżył się do nieznośnego sługi, wziął go za ramiona i popychając przed sobą, wsunął tak opierającego się nazad do izdebki, z której wyszedł, zamykając ją na klucz za nim. Słychać było po chwili jak zrozpaczony Benedykt runął ciężko na posłanie, westchnął i zapewne jednając się z losem swoim, usnąć musiał, gdyż znaku życia nie dał.

Narymund dopilnowawszy aby chłopiec, któremu dał wprzód kawałek chleba i kilka gruszek, bo więcej nic w domu nie miał, położył się na sofie wygodnie, sam poszedł jeszcze do książek i część nocy spędził na pracy i rozmyślaniu.

Gdy Robert, któremu Dyrektor kazał powrócić do domu, przestępował próg ganku, już Suchorowskiego tam nie było. Nie rad z siebie, zamknął się gniewny w tak zwanym gabinecie. W miejscu jego znalazł prezesowicz Wanderskiego z rękami w kieszeniach, jakby czatującego na powrót jego, który przeczuwać musiał.

Zaczął od tego stary, że go uściskał.

- A co? nie mówiłem - odezwał się cicho Dyrektor - uwolnił? Byłem tego pewnym? nie prawdaż! Idźże pan do swojego pokoju i prosto do łóżka, żeby już więcej dziś awantur nie było. Widzi pan kochany, panie Robercie, ślicznie postąpiłeś to prawda, ale niefortunnie... Niefortunnie! po co to było samemu latać? Było tylko mnie szepnąć, ja bym był sam poszedł i chłopca cichuteńko przyprowadził i w domu go przechował... a tym czasem byśmy byli do pani Prezesowej napisali i poszło by jak z płatka. A tak... i biedy i swaru panicz napytał i kwasu się narobiło i niewiedzieć co jeszcze z tego będzie...

- Byle Radyga wyratować! niech się stanie co chce! szepnął Robert z zapałem.

- O to się już niema co troszczyć, dodał ciągle cicho Wanderski - kogo professor Narymund weźmie na swoje ręce, nie opuści. To człek godny...

To mówiąc zwolna drzwi otworzył stary i powoli wpuścił do dworku panicza swego, chrząkając umyślnie, aby pan Dyrektor chodu nie usłyszał i powrotu się przedwcześnie nie domyślił. Sam też przeprowadził go aż do sypialni i już go miał rozbierać, gdy chodzący żywo po sąsiednim pokoju Suchorowski, nagle drzwi otworzył i Roberta zobaczył.

- Co asan tu robisz? zapytał.

- Pan Dyrektor kazał mi powrócić do domu.

- A z kądże Dyrektor mógł wiedzieć, że waćpan masz kozę siedzieć?

- Nie chciano mi jej otworzyć bez jego wiedzy, spokojnie odpowiedział Robert.

- Wszystko to sprawdzę jutro... surowo rzekł Suchorowski. Całe postępowanie waćpana jest tego rodzaju, że ja mu dłużej nie dam rady... Jutro piszę do Rodziców, niech przyślą kogo chcą, ja dłużej być nie myślę...

To mówiąc i rzuciwszy taki postrach na ucznia, Suchorowski więcej pono zakłopotany niż on, powrócił do swego pokoju. Dzień ten skończył się groźbą, z której Wanderski po cichu się uśmiechnął. Robert zasnął z pociechą w duszy spokojny, Dyrektor rozmyślając co ma dalej począć, daleko dłużej do snu przyjść nie mógł. W istocie zbyt gorączkowo i namiętnie postąpiwszy, sam teraz nie wiedział jak się wycofać potrafi. Żal mu było dobre miejsce porzucić, wstyd znowu przyznać się do winy. Co gorzej nadewszystko, nazajutrz cały ów szkolny świat młody, miał go nieochybnie wziąć na zęby, a znając jego usposobienie, łatwo przewidzieć było czyją weźmie stronę.

Nie szło panu Suchorowskiemu o młodzież którą gardził - ale o professorów, reprezentowanych przez Narymunda. Przed niemi potrzebował się wytłomaczyć z popędliwości swej i braku serca, a choć karność szkolna starczyła na upozorowanie postępowania, czuł iż mu go nie przebaczą nauczyciele ze względu na sierotę.

Nie mylił się pan Magister filologij, gdyż nazajutrz, nim dzwonek szkólny zwołał uczniów do klass, studenci już sobie opowiadali na ucho przygodę wczorajszą, a gdy Narymund z książką pod pachą ukazał się w korytarzu, koledzy go przywitali uprzejmiej jeszcze niż zwykle, dopominając się opowiadania. Chcieli z własnych ust jego posłyszeć, o całej tej przygodzie.

- Ale, co tam za wielkie rzeczy... odpowiedział śmiejąc się Narymund, nie trzeba z komara robić wołu... bardzo prosta historya... Ubogie chłopię z trzeciej klassy odebrał głupi krewniak i dał za pastuszka... Poczciwy prezesowicz pobiegł go ratować, chcąc się zająć jego losem... Zapomniał nieborak że jest zależnym i to jeszcze od takiego cymesa, jak Suchorowski... Godząc sprawę wziąłem sierotę do siebie... Benedykta się może pozbędę, a ten mi posłuży... a ja też jemu wzajem...

Dobrowolski się rozsmiał na cały korytarz...

- Jak się waćpan Benedykta pozbędziesz! zawołał - dam konia z rzędem...

- Dla czegóż się go pozbyć nie mam? spytał Narymund.

- Dla tego, że nicponia takiego nikt by nie wziął i że z głodu by umarł lub z rozpaczy się zapił...

Tym czasem rumor się stał wielki w korytarzu, studenci witali wchodzącego do klassy Roberta jak tryumfatora... Młodzież umie czuć gorąco każdy uczynek szlachetny, wniesiono go prawie na rękach... zaprzysięgając, że byle się na rekracyi Suchorowski pokazał, to go wygwiżdżą...

- Dopiero byście się mi przysłużyli - rzekł śmiejąc się Robert, myślał by żem ja na niego was zbuntował - dajmy mu pokój...

W klassie trzeciej równie serdecznie przywitano nieśmiało wciskającego się Erazma... Być bardzo może iżby go w innym razie przezwali pastuszkiem i prześladowali, ale oburzenie przeciw Suchorowskiemu wywołało nawet u złośliwych współczucie dla uciśnionego... Erazm też, nawykły do niejednego upokorzenia, ostro się odciąć umiał i wiedziano, że sobie krzywdy nie da uczynić...

Dłużej niż zwykle po drugim dzwonku professorowie szli rozmawiając w korytarzach, naostatek Narymund pierwszy ich pożegnał i lekcyje się rozpoczęły.

Suchorowski zwykł był przed dwunastą zjawiać się w kurytarzach szkolnych dla widzenia się z professorami wychodzącemi, dowiadywania o uczniów i rozmowy. Tym razem wahał się trochę czy ma przyjść, czy dać sprawie zastygnąć? Tak doradzała ostrożność, pycha lękała się aby go nie posądzano o wstyd i obawę. Postanowił więc, bądź co bądź, iść i śmiało czoło stawić...

Dwunasta jeszcze nie wybiła, gdy wszedłszy w długi korytarz, spotkał się w nim z Dyrektorem, prawie zawsze z obowiązku assystującym wyjściu uczniów i professorów... Po twarzy pana Radzcy mógł poznać iż go w kłopot wprawił.

Radzca wprawdzie przywitał go z uprzejmością, do której tak nawykł iż by innym już być nie potrafił, lecz sztywny był, chłodny i czuć w nim mógł Dozorca najwyższego szkoły zwierzchnika, który zazwyczaj godność swą jak mógł maskował. Niepodobna było nie zagaić rozmowy o wczorajszym wypadku, ale Radzca nie czekając, zaczął mówić o pięknym dniu jesiennym jak gdyby zawczasu dawał do zrozumienia, iż wolałby drażliwego wspomnienia uniknąć.

Mogło to być dla obu stron do życzenia, gdyż lada chwila mieli z klass wyjść professorowie i być jeśli nie słuchaczami to choć świadkami rozmowy, która żywą być obiecywała. Twarz Suchorowskiego pokrywał nienaturalny rumieniec oburzenia... Dyrektor patrzał w okno... nic mówić nie było to abdykować, a Magister filologji nadto wysoko się stawiał, aby się na to zgodzić.

- Panie Radzco, rzekł żywo już zapominając o wszystkiem, daruje mi pan dobrodziej, ale mam trochę żalu do niego za wczorajszą pobłażliwość dla mego wychowańca... Długo cierpiałem pieszczonego chłopca samowolę i rozpuszczenie, nie bez rozmysłu postanowiłem go ukarać... a...

- A ja go uwolniłem, to prawda, podchwycił grzecznie ale stanowczo Dyrektor, nie żebym nie uznawał w ogóle potrzeby subordynacyi a nawet lekkiej kary na panicza, lecz dla tego, szanowny Magistrze, iż właśnie powód zdawał się nie dość szczęśliwie wybrany...

- Nie przeczę, że na pozór, chłopak się może usprawiedliwiać a nawet zyskać pochwały, ale to tam nie serce i nie litość skłoniły do tego kroku! Ja go znam... próżność i chęć zyskania rozgłosu...

Dyrektor spojrzał z lekką ironją na dozorcę.

- Co do mnie, odezwał się, ja intencyi nie mam prawa dochodzić - patrzę na czyn, a tego naganić nie mogę - więc...

- A tymczasem powaga moja zachwianą została - panie Radzco... rzekł Suchorowski.

- Nie sądzę, grzecznie odparł Dyrektor, ja tu reprezentuję, choć niegodny, tę najwyższą władzę która wszędzie ma jus agratiardi, użyłem tylko przysługującego mi prawa, tak jak go używam często gdy professorowie skazują. Nic to więc panu nie uwłacza...

Suchorowski się skłonił lekko...

- Pan Radzca raczy to mieć na uwadze, rzekł, że co do ogółu uczniów, kary mogą być bez niebezpieczeństwa złagodzone, co się tyczy mojego, tu konieczna surowość. Chłopiec pieszczotami zepsuty... ja wkrótce rady mu dać nie potrafię... a...

- O! o! panie Magistrze, rozśmiał się Dyrektor... ja zawsze nie powątpiewam najmniej iż z taktem, powagą, - dobrocią rozumną, chłopiec się da poprowadzić... Serce ma szlachetne...

Suchorowski zarumienił się i wybuchnął.

- Pan Radzca znasz ogół młodzieży, zawołał, w większej części ubogiej i karnie prowadzonej, panicze są wyjątkami: tu surowość musi być nieubłaganą, jeśli z nich nie mamy porobić takich... takich zarozumiałych próżniaków, jakich po świecie pełno...

Ten wyskok przeciwko klassie społeczeństwa szanowanej wielce przez pana Dyrektora, zrobił na nim nieprzyjemne wrażenie. Usta ścisnął, oczy mu zwykle łagodne, zaiskrzyły się, wyprostowany, spojrzał z góry na Suchorowskiego i dodał:

- Przerwijmy tę rozprawę - sądź pan jak chcesz postępowanie moje, ja zostanę przy mych przekonaniach.

To bardzo delikatne wyrażenie się Dyrektora, zwykle aż do uniżoności grzecznego i potakującego, miało w tym razie nadzwyczajne znaczenie. - Suchorowski zaczerwienił się mocniej jeszcze, chciał coś mówić, lecz klassy zaczęły się otwierać, professorowie wychodzić, a za niemi tuż młodzież i dzieci z wrzawą, hałasem, śmiechami, pędząc, popychając, żartując... wylały się w korytarze. Jeden z pierwszych wysunął się professor Narymund z książką w ręku, spokojny jak zawsze i uśmiechnięty. - Zbliżył się do Dyrektora, zdaleka lekko głową pozdrawiając Suchorowskiego.

- Nie uwierzysz pan, rzekł, jaką miałem duszną pociechę dzisiaj, z tego właśnie chłopca, który wczoraj od gęsi do klassy powrócił.

Tu spojrzał na Magistra.

- Chciałem się przekonać czy z nim warto zachodów - i - zdumiałem się! Dziwnie pojętny a pamięć niesłychana, ogień z niego tryska... Jestem prawdziwie szczęśliwy. Zrobię z niego filologa i to nie tuzinkowego, nie tuzinkowego! dodał śmiejąc się z przekąsem.

Suchorowski zaczynał być fijoletowym ze złości i byłby pewnie bryznął odpowiedzią któraby starcie wywołać mogła, gdyby Narymund nagle nie zwrócił się do kogo innego i nie zginął w tłumie.

 

__________________________________________

 

Gdy się to działo w korytarzach a Magister jeszcze się tam zatrzymał, ażeby niesądzono że spylony (wyrażenie szkolne) umknął - Robert korzystając z wolnej chwilki, puścił się szukać Erazmka, z którym się chciał rozmówić. Wiedział już gdzie go ma szukać; nie tracąc więc czasu pobiegł do oficyny i trafił łatwo do mieszkania Narymunda - Erazm tylko co był ze szkoły powrócił a Benedykt, który wcale ustępować nie myślał, zabierał się do dawania mu instrukcyi co do przyszłej służby, zamierzając się studentem wyręczać tak aby jemu nic do czynienia nie zostawało. Własne ręce włożywszy w kieszenie, uczył jak ma do stołu nakryć i dokąd iść po obiad, gdy Robert wpadł i szyki pomięszał.

Znało Roberta całe miasto jako bogatego prezesowicza i Benedykt więc szanując go, pomruczawszy ustąpił, odkładając spełnienie planu swego na później.

Robert z iskrzącemi oczyma, zdyszany, cały przejęty, uściskał naprzód mlecznego brata...

- Jakże ci tu jest? spytał.

- Ale dobrze, doskonale! rzekł wzruszony Radyg chcąc go w rękę pocałować... gdyby to tylko się nie urwało! Professor złoty człowiek.

- Ty tu długo u niego nie pobędziesz, szepnął Robertek, ja wiem, że mój stary, poczciwy Wanderski już do Rodziców napisał i że mi pozwolą wziąć cię do siebie. Mam dwa mundurki przenoszone, które pewnie dostaniesz, książki z trzeciej klassy są wszystkie i u nas ci lepiej będzie.

Erazm potrząsł głową, przytulając się do Roberta.

- A - kochany panie! szepnął - a ten - ten straszny wasz dozorca! Jak on mnie prześladować zechce?

- Nie będzie - nie może, oprócz tego stary poczciwy Wanderski razem ze mną bronić cię będzie... Mogłoby ci być dobrze i u professora, ale przecież ja mam większe prawo... a na przyszłość choćby i dalej gdzie jechać trzeba... Rodzice mi nie odmówią... a tyś mój brat mleczny!

Erazmek spojrzał nań bojaźliwie, jakby nie dobrze rozumiał, łzy mu się zakręciły w oczach.

- A! mój Boże! zawołał - to już chyba Matka wymodliła mi to szczęście... a czemuż, czemuż ona go nie dożyła!

- Będziemy braćmi i przyjaciółmi na całe życie, z zapałem dodał Robert. Pamiętaj, ja cię nie opuszczę, ty mnie nie zdradź nigdy!

- Ja! ja za ciebie dam życie! podnosząc rękę do góry odezwał się Erazm - ja będę twoim sługą.

- Nie - ale wiernym bratem, jak ja tobie... przerwał Robert... A teraz ponieważ długo zabawić nie mogę, bo by mnie tam znowu kara od tego... nic dobrego dozorcy czekała - masz oto na pierwsze potrzeby.

Wcisnął mu w ręce parę złotych, których Erazm odmówił przyjęcia.

- Weź, proszę - mam pieniędzy dosyć, nie potrzebuję ich, professor ci ich nie da... weź...

Benedykt który z za drzwi całej tej sceny był świadkiem, wystąpił śmiejąc się głupowato.

- Gdyby on wziąść odmówił, odezwał się wychodząc z za drzwi, ja mogę, przyjąć do zachowania... do wiernych rąk. On nawet z pieniędzmi obejść się właśnie nie potrafi bo ich nigdy nie miał, groszem zaś rozporządzić sztuka jest...

Robert nie miał ochoty śmiać się, ani powierzyć dwuzłotówki w depozyt słynnemu z hulanek Benedyktowi, odpowiedział więc raźno.

- Bądź waćpan spokojny.

A na ucho szepnął Erazmkowi.

- Tylko mu nie dawaj... a teraz do widzenia. Ponieważ dziś rekracya i wszyscy pójdą na palanta, wyproś się u professora... potrzebuję się rozmówić. - Bądź zdrów.

Ścisnął go za rękę i zniknął.

Benedykt stał kiwając głową i poglądając za odchodzącym...

- Arystokrata! mruknął - żeby też mi nie dać parę złotych? Zwrócił się do Erazma.

- Dajże mi te pieniędze do schowania... Erazmek biedne chłopię nauczony był do wykręcenia się natrętom wszelkiego rodzaju. Dwuzłotówka już z ręki jego bardzo zręcznie powędrowała przez dziurawą kieszeń do buta. Nie chciał kłamać, bo miał na pamięci przepis Matki która mu nawet dla obrony w niebezpieczeństwie fałszu mówić nie dozwalała, pokazał więc obie ręce roztworzywszy, że nic w nich nie ma i tym ruchem zastąpił mowę. - Benedykt popatrzał nań z pewnym rodzajem politowania i pogardy, machnął ręką.

- Z ciebie nigdy nic nie będzie! Ucz się ty nie ucz, zostaniesz osłem! Jakże to można tak dobrą rzeczą jak pieniądz pogardzić? Fanaberya! Z głodu ty z nią umrzesz... Nigdy nie wyjdziesz na ludzi...

Erazmek nie tak był prostodusznym jak go Benedykt osądził, uśmieszek mu przebiegł po bladych ustach...

- A do czegóż mnie pieniądze?! odezwał się ruszając ramionami.

- Zdałyby ci się! ho! ho! choćby dziś dla ofiarowania mnie i pozyskania sobie mej protekcyi - odparł napuszając się garbaty. - Co ty myślisz, że ty tu mając za sobą professora, radę dasz sobie bezemnie, że on mnie dla ciebie wypędzi? Nigdy w świecie! Ja się nie dam! ja tu już zasiedziałem miejsce... a jak ja tu... to pan professor się mnie boi... a cóż dopiero taki skurczypięta jak ty?

Erazmek przypatrywał się, tłumiąc uśmieszek, lecz wcale nie zdawał się skory do rozmowy, więcej się przyglądał i dziwić zdawał niż trwożyć i chcieć łaskę pozyskać...

- Jeśli ty sobie w niewinności i prostocie ducha wyobrażasz iż sam tu panować będziesz... że się bezemnie obejdziesz, że ja ci, gdybym chciał życia nie zmierżę... to... toś... głupi...

- Ja tylko to myślę - po chwili odezwał się Erazm, że pan, panie Benedykcie, biednego, nieszczęśliwego sieroty prześladować nie zechcesz... nie masz tak złego serca.

- Całe miasto wie, że ja złego serca nie mam! podchwycił Benedykt pusząc się - to prawda - ale ja skończyłem trzecią klassę i raz wraz mam na oczach was dzieciaków, wiem jak się z wami obchodzić trzeba... Hę! mores! powinniście znać mores! Bez grozy nie ma nic...

- A jeśli na nią nie zasłużę? - spytał Erazm.

- Zawsze powinieneś od czasu do czasu chłostę otrzymać dla twego własnego dobra - rzekł sentacyonalnie Benedykt - to jest studenckie - pulvises trzeba żeby każdy z was czuł, że nad nim dyscyplina Damoklesa! Mores!

Narymund stał już przez chwilę we drzwiach nie widziany i słuchał.

- Co ty mi tu dowodzisz! krzyknął nagle.

- Ja? odparł Benedykt - obchodzi mnie ten młodzieniec - daję mu naukę...

- A obiadu do tej pory nie ma i nie nakryte?

- Któż winien? odrzekł sługa - a dla czegóż nowy sługa pana professora nie zajmuje się tem co do niego należy?

Tych słów domawiał, gdy Erazm zobaczywszy koszyk z talerzami stojący w pogotowiu, pochwycił go nie pytając i rzucił się do drzwi. Napróżno i Benedykt i professor go nawoływali, pobiegł tak szybko, iż go już zawrócić nie mogli.

Benedykt śmiał się wzgardliwie...

- Głupi chłopiec, odezwał się - sam niewie dokąd iść! szalona pałka! Jeszcze nie miałem czasu udzielić mu instrukcyi. Erazm jednak nie wracał, i professor i oryginalny jego sługa ciekawi byli jak sobie da radę... Ale chłopiec nie w ciemię był bity, z rozmowy z Benedyktem pochwycił nazwisko kobiety, która jedzenie dla Narymunda przysyłała, miasteczko znał doskonale, pobiegł więc wprost do gospodyni i w kwadrans przyniósł jedzenie. - Benedykt stał zarówno osłupiały i smutny. Jeszcze nie ochłonął z podziwienia, gdy Erazmek serwetą nakrył, talerze ustawił, bardzo zręcznie wydobył jedzenie z koszyka i oczyma zaprosił uśmiechającego mu się professora, aby zasiadł.

Spostrzegłszy próżną karafkę na kominie, chwycił ją, wypłókał, poszedł do studni po wodę, słowem sprawił się tak przytomnie i zręcznie, jak nigdy nauczyciel jego garbaty. Narymund był uszczęśliwiony, Benedykt zły... Doczekawszy końca, splunął pogardliwie, zawołał tylko: Nikczemny pochlebca! i stuknąwszy drzwiami wrócił do swej nory.

Obiad nawet tym razem znalazł Narymund daleko lepszym i dostatniejszym. Benedykt bowiem zwykle odebrawszy jedzenie, wprzódy sam po drodze głód zaspakajał a resztki tylko przynosił dobrodusznemu professorowi, utrzymując, że on tak dalece jeść nie potrzebuje. Jeśli się czasem poskarżył Narymund, wina spadała na gospodynię.

Professor dojadał już objadu i odstawiał talerze dla Erazma, któremu kazał siąść i jeść przy sobie, gdy drzwi od ciemnego przejścia otworzyły się z trzaskiem i w progu ukazał się Benedykt, niosący na plecach węzełek, a ręką drugą ciągnący kufer za ucho. Przesunął go przez próg i stanął naprzeciw Narymunda w postaci pełnej powagi.

- Zatem widzę, odezwał się - iż ja tu nie mam już co robić - dobrze, odchodzę, zostawiam pana professora zgryzotom jego sumienia - idę - i nie powrócę... Niech ten młokos zastępuje mnie, starego, wiernego, nieposzlakowanego, że się tak wyrażę, już nie sługę ale przyjaciela. Zobaczymy... Videbimus! Przyjdą chwile gdy rada Benedykta przydałaby się, ujrzym jak professor zostawiony własnym siłom, dasz sobie rady z praczką i szewcem....

- Adje - panie professorze!

Narymund śmiał się... Dobył z kieszeni trzy ruble.

- Idź z Bogiem, rzekł - niech ci się jak najlepiej powodzi... i bądź zdrów! Sługa naprzód pośpiesznie schował trzy ruble.

- Jak to? odezwał się płaczliwie, więc nadeszła rozstania godzina? Więc istotnie na wieki żegnać się mamy? Professorze, serce moje mięknie...

- Nie czekajże aż się rozgotuje - zawołał professor i - idź z Bogiem.

- Rzeczywiście, powtórzył niedowierzająco jeszcze Benedykt - i pan myślisz się obejść bezemnie?

- I obejdę - dość tego - zakończył professor wstając... ruszaj z Bogiem...

To mówiąc wstał i wyszedł do drugiego pokoju, zamykając drzwi za sobą. Benedykt czapkę nasunął na uszy, zbliżył się do stołu aby z talerza chwycić kawałek sztukamięsy, chciał jeszcze dać byka w głowę nienawistnemu chłopcu, który mu się zręcznie wymknął i widząc że godność mu pozostać nie pozwala, pociągnął kufer ku wychodowi.

- Niewdzięcznik! zawołał we drzwiach - służ że tu takim ludziom poczciwie i teraj wiek i siły dla tych arystokratów...

Ostatniem wejrzeniem zmierzył Erazmka który ze stołu sprzątał, i sam jeszcze nie wiedząc dokąd się udać, pociągnął na popas do Chaimkowej w rynku.

 

__________________________________________

 

Robertek miał czas przybiedz do dworku wprzódy, nim Suchorowski powrócił zły, wzburzony i chodem a ruchami zdradzający humor, który przynosił do domu. Przez okno już dojrzał go Wanderski i przyszedł szepnąć Robertowi.

- No - obiad będziemy mieli dobry! Pan Magister wraca wściekły, musiał się z Dyrektorem popstrzykać albo z professorami... Plamy ma wypieczone na twarzy i idąc rękami rzucał... Mój panie Robercie, na miłość Boga, choćby co i powiedział - zmilcz... Trzeba to utrapienie przecierpieć... Największa dla niego przykrość, gdy się mu nie da powodu do łajania...

- O! bądźcie spokojni - rzekł po cichu Robert, ja go znam i nigdy nie odpowiadam.

Suchorowski wchodząc spojrzał na zegar.

- Panie Wanderski - proszę natychmiast kazać podawać - późno już!

- Zupa na stole! rzekł spokojnie stary.

- Jakto? pan nie raczyłeś na mnie poczekać?

- Przepraszam pana, gdym zobaczył że pan Magister wraca, kazałem dawać bo już późno.

Suchorowski zamilkł zajmując swe miejsce... Wanderski siadał do stołu razem i gospodarzył, począł więc zupę rozlewać.. Pierwsze chwile upłynęły w milczeniu... Magister spoglądał na ucznia który jadł nie okazując ani obawy ani wzruszenia. Niecierpliwiło go to...

- Dyrektor - odezwał się przy sztukamięsie - przepraszał mnie za wczorajsze swe znalezienie się. Winien pan jesteś ułaskawienie to przypadkowi... i nieładowi jaki w tej szkole panuje. Słyszana to rzecz, żeby koza była zajęta kartoflami pani Dyrektorowej...

- To nieprawda - rzekł żywo Robert.

- Jakto? waćpan śmiesz mi...

- Mówię com widział, bo przez okno nim mi otworzono, starałem się obejrzeć izbę - stoi pustką.

- Więc to pan Dyrektor został zwiedziony, lub mnie chciał uspokoić - dodał dumnie Suchorowski. Za to tylko zaręczyć mogę waćpanu, iż gdy drugi raz krnąbrnością na karę zasłużysz, ja sam kozę wprzódy oczyścić polecę i słomy na posłanie zanieść.

Słysząc to Wanderski, który pieczyste krajał, aż się zatrząsł i nóż mu się po talerzu ośliznął. - Robert nie podniósł nawet oczów, groźba przeleciała bez skutku. Suchorowski jadł pośpiesznie usiłując się co prędzej od stołu usunąć. - W milczeniu skończył się obiad...

- Na poobiednią rekracyę zakazuję waćpanu iść - rzekł wstając... proszę się przez ten czas sto wierszy łacińskich nauczyć...

Robert spojrzał, nie odpowiedział i tym razem i wyszedł. Wanderski pozostał sam mocno zagniewany, trudno mu było wytrzymać dłużej.

- Już bo też pan tego biednego chłopca prześladujesz, szepnął wzruszony.

- A waćpan mi nauki pedagogiki dawać będziesz? Co to do waćpana należy? porywczo począł Suchorowski, któremu na rękę była kłótnia.

- Nie myślę pana uczyć, nie wdaję się w nic, ale państwo mi staranie o zdrowie dziecięcia zwierzyli - to są ostatnie dni jesiennej pogody, trzymać chłopca w zamknięciu bez powodu...

- Bez powodu? proszę! rozśmiał się Suchorowski. - Czemuż to waćpan gdy w nocy lata za miasto, nie znajdujesz by to jego zdrowiu szkodziło - a mnie dajesz przestrogi...

Wanderski ruszywszy ramionami, nie odpowiedział nic i poszedł. Spór z wielką przykrością dla Magistra filologji skończył się zbyt prędko... miał tylko tę pociechę, że Robertowi dokuczył, a domyślał się poniekąd, iż na rekracyi mógł swego protegowanego zobaczyć i nasycać się pochwałami współuczniów. Nie chcąc się wypraszać dozorcy Robert poszedł do ogródka uczyć się wierszy łacińskich, ale pamiętny tego, że miał się widzieć z Erazmem, posłał poczciwego Wanderskiego aby mu wytłumaczył dla czego przyjść nie może.

Suchorowski sam też z domu się nie ruszył, dopilnowując ażeby uczeń wysunąć się nie mógł. Miał go ciągle na oku... Popołudnie to zużytkował pisząc list do Prezesowej, w którym po swojemu opowiedział wypadek z Erazmem, domagając się ażeby synowi surowo naganiła to postępowanie i grożąc w razie pobłażania, podaniem się do dymissyi. List po francuzku wystylizowany był z wielką sztuką, tak aby na Matce groźbą przyszłości syna, wywarł jak największe wrażenie. Domyślał się Suchorowski, iż Wanderski ze swojej strony doniesie o wypadku uniewinniając ulubieńca, zawczasu więc starał się zarzuty wszelkie odeprzeć i naumyślnie po francuzku tę korespondencyę ułożył, wiedząc, iż zawsze piękny list tym językiem pisany nierównie będzie skuteczniejszym.

Robert napisał także do Prezesowej i oddał bilet Wanderskiemu, który go do swojego przyłączył. - Poczta odchodziła raz tylko na dzień z miasteczka, obie więc korespondencye znalazły się razem w jednej torebce pocztowej i oba oddane zostały Matce w jednej chwili. Jakkolwiek Suchorowski był w wielkich łaskach i zaufaniu u pani, stary, poczciwy Wanderski, który nadzwyczaj rzadko na list się zebrał, miał nie mniejsze zachowanie... Spojrzawszy na grubą kopertę, macierzyńskie serce przeczuło list dziecięcia, a przybycie aż dwóch razem zaniepokoiło ją. Rozpieczętowała więc Wanderskiego naprzód i czytając to proste opowiadanie, rozpłakała się rozrzewniona i szczęśliwa. Ukochany syn wydał się jej bohaterem i nikt już w świecie, chcący zachwiać tem jej przekonaniem, pobłażania w oczach jej znaleźć nie mógł. Najpiękniejsza więc francuzszczyzna Suchorowskiego, której z resztą oddawała sprawiedliwość, wrażeniem pierwszem nie zachwiała. Usprawiedliwiała ona pogląd surowy na tą czynność pedagoga, widzącego w nim tylko niesubordynacyę, lecz drogie dziecię pozostało w jej oczach nie tylko niewinnem, ale zawsze idealnie bohaterskiem! Z listem Wanderskiego w ręku pobiegła Prezesowa do męża, w uniesieniu, we łzach nad czynem Roberta.

Prezes zapatrywał się na to znacznie chłodniej, przecież i on zaprzeczyć nie mógł, że chłopak raczej na pochwałę nie na karę zasługiwał. W oczach Prezesowej przyczyniło się do wysokiego ocenienia tego postępku i to, że pamięć Anny która nigdy żadnej oznaki wdzięczności przyjąć od niej nie chciała - boleśnie w sercu jej tkwiła.

- Ale cóż tu począć z tym poczciwym a pedantycznym Suchorowskim, ocierając łzy zawołała Prezesowa do męża. To zimny człowiek! niepotrafił nawet dojrzeć pięknej strony tego postępku Robertka... i grozi mi porzuceniem jego wychowania, jeśli by surowo zgromionym nie był. A jakże dziecku zganić, jak go nie wynagrodzić raczej za ten czyn, który sercu jego poczciwemu zaszczyt przynosi?

- Wiesz co? odezwał się Prezes, który był w bardzo szczęśliwem usposobieniu i dumnym się czuł z syna - podzielimy rolę... ty jako matka nagrodzisz go i do serca przyciśniesz - a guwernerowi odpiszesz piąte przez dziesiąte, co ci przyjdzie do głowy: ja zaś... w imie karności i posłuszeństwa - zgromię...

Rozśmiała się z za łez Matka.

- Nie potrafisz choćbyś chciał, odrzekła.

- Zresztą zdaje mi się, że Suchorowski nie tak łatwo drugie podobne miejsce znaleźć może i namyśli się nim nas porzuci.

- O! to pewna! dodał mąż - o niego być można spokojnym. W ostatku gdyby nas nawet osierocił.

- Nie mów tego - wzdychając zawołała Prezesowa - nie chcę przypuszczać tej ostateczności... Gdzieżbyśmy znaleźli drugiego tak dystyngowanego człowieka i - z taką francuzczyzną. Miło jest też w czasie wakacyi mieć w salonie kogoś co żadnego, najwykwintniejszego towarzystwa nie oszpeci. Proszę cię u państwa Zerowiczów, gdy dozorca z synem przyjedzie, niewiedzieć gdzie go schować... jakby z futerała wyjęty stoi w kątku i ruszyć się ani zagadnąć nieumie...

Prezes się śmiał... Ułożono tedy zaraz w jaki sposób odpisać miano. List pani do Suchorowskiego był grzeczny, dziękował mu za troskliwość, tłumaczył jedynaka, kwestję zaś kary i gromu pomijał zupełnie jakby nie istniejącą. Do Wanderskiego napisała czule prezesowa, do syna z rozrzewnieniem i błogosławieństwem. - Sam prezes w liście do dozorcy naganiał wprawdzie samowolę chłopca, lecz tłómaczył go razem uczuciem któremu młodość skłonniejszą jest podlegać. - Nie zyskał więc tu Suchorowski czego pragnął tak bardzo, a nie śmiał się spodziewać chyba dla groźby porzucenia miejsca i wyrzeczenia się kierownictwa wychowaniem Roberta.

Z niecierpliwością oczekiwano w S... odpowiedzi na listy... Wanderski zarówno i dozorca liczyli dni, obrachowując kiedy poczta im odpowiedź przynieść mogła. Bryftreger zwykle oddawał całą korrespondencyą do rąk pana Magistra, nie uszedł więc jego baczności list do Wanderskiego od pani, i radby był go zatrzymać lub przeczytać, obawiał się jednak tego nadużycia popełnić i posłał staremu. - Sama ta dwoistość korespondencyi już źle wróżyła, pan Magister drżącą ręką rozłamał pieczątkę i przebiegł oczyma pismo, marszcząc się coraz bardziej. Odpowiedź była wymijająca, ale z niej mógł wyczytać łatwo, że serce matki nie tylko dziecię uniewinniało, ale niem było uszczęśliwione... List Prezesa do pewnego stopnia uspakajał guwernera, a i ten przecie nie obwiniał Roberta, ale go tłumaczył. Sprawa była przegrana. Pozostawało to nieszczęsne podanie się do dymissyi, nad którem wiele się jeszcze rozmyśleć było potrzeba...

Suchorowski nie miał żadnych blizkich na przyszłość widoków. Kwaśny, pomiął listy w rękach i rzucił je do szuflady zamykając na klucz, aby nie wpadły pod oczy ciekawemu nadto Wanderskiemu. Łatwo mu już odgadnąć było, że i tamte listy, których wstrzymać nie mógł, w pychę tylko wzbić miały wychowańca i dać mu tryumf nad nim. U następującego też obiadu, i z oczów Wanderskiego, i z miny Roberta wyczytał co odebrać musieli. - Prezesowa na żądanie syna aby Erazma mógł wziąć do siebie i zajmować się jego przyszłym losem i wychowaniem, odpowiedziała przesyłką pieniężną przeznaczoną dla mlecznego brata, zarazem odkładając na czas pewien zabranie go do domu, aby Suchorowskiego nie rozdrażniać zbytecznie... Rzecz była odłożoną tylko. Tysiące błogosławieństw rzewnych, serdeczne wyrazy matki... pocieszyły i dodały cierpliwości Robertowi - mógł czekać na to pozwolenie i tegoż dnia po południu, pobiegł oznajmić Erazmowi o otrzymanych listach od rodziców.

Pomimo najczujniejszego starania Suchorowskiego, który usiłował zapobiedz ażeby się chłopcy nie schodzili i niewidywali z sobą, chodzenie do klassy nastręczało codzień sposobność Robertowi spotykania się z bratem mlecznym. Nic bardziej nie przywiązuje ludzi do siebie, nad wyświadczone dobrodziejstwo. Nie zawsze ono wiąże tego który je otrzymał, lecz tego co je dopełnił węzłem nierozerwanym łączy z nim choćby nawet niewdzięcznością odpłacone zostało. Robert ukochał Erazma, a chłopiec zasługiwał na to, bo się mu wzajem najczulszą miłością wywdzięczał. Prezesowicz czem tylko mógł rozporządzić, niósł i oddawał bratu; ubogie chłopię siebie samego strawiło na rozkazy tego, któremu winno było wydźwignięcie z niedoli. Professor Narymund ani sobie dawał mówić o tem, ażeby ulubionego mu też, sprytnego i rozwijającego się na podziw szybko studenta, puścił od siebie. Przywiązał się i on do niego jak do własnego dziecięcia... a Erazm dzielić się musiał sercem między dwóch swych dobroczyńców.

 

__________________________________________