II.
W ładnym domku z ładnym ogródkiem, który był przedmiotem marzeń Mirewiczów, w niewielkim i nader skromnie urządzonym pokoju, panował przedwyjazdowy widocznie nieład. Dwie osoby zajmowały się tam pakowaniem w tłomoki pościeli, sukien i książek. Jedną z osób tych była Józefa Skiwska, drugą siostra jej, piętnastoletnia Helka, ładne, żywe dziewczę, z bardzo pojętnemi, bystremi oczyma i cerą twarzy, jak u siostry, przybladłą nieco i zmęczoną. Pracowały zawzięcie, ale nie długo, bo wcale niewielkie bogactwa do dwóch niewielkich tłomoków zapakować im przyszło. W jednym pomieściła się pościel i odzież, drugi napełnionym został książkami. Tym to ostatnim wyłącznie zajmowała się Helka. Drobne jej ręce zręcznie ułożyły biblioteczkę tę, złożoną w znacznej części z przeróżnych szkolnych podręczników, poczem przysiadła obok tłomoka na ziemi i, twarz oparłszy na dłoni, zamyśliła się smutnie. Józefa, ściągając taśmy swego tłomoka, na siostrę spójrzała.
- A toż to, Helciu, czego płaczesz?
Po twarzy dziewczynki płynęły istotnie łzy. Otarła je szybko i z zawstydzeniem. W głosie starszej siostry dosłyszała niezadowolenie.
- Nic to, Józiu, nic! żal mi się zrobiło pokoiku tego, ogródka... Wszystkiego!
- Ogródka! - powtórzyła Józia - wiesz dobrze, że nie masz jeszcze prawa myśleć o kwiatkach. Dopóki były, mogłaś bawić się niemi, gdy ich nie będzie, powinnaś umieć nie myśleć o nich.
Helka potakująco wstrząsnęła głową, ale usta jej drżeć zaczęły od tłumionego żalu.
- Widzisz, Józiu - zaczęła - tam w Onwilu wszyscy nieznajomi będą, wszystko cudze i... sama mówiłaś, że będzie nam daleko, daleko gorzej, niż tu.
Zamknąwszy tłomok, Józefa wyprostowała się i odrzekła:
- Mieszkanie nasze będzie ciaśniejsze i ciemniejsze, i jedzenie gorsze, ale za to, i ja i ty, więcej i lepiej uczyć się będziemy. Mówiłam ci już o tem nieraz i zawsze cieszyłaś się... Zkąd-że ci teraz przyszło do głowy mazać się nad tem, co jest nieuniknione.
Mówiła to z pewną surowością w głosie i spójrzeniu. Zbyt ostro nawet gromiła młodziutką siostrę za żałowanie kwiatków i obawę nieznanej przyszłości. Ale Helka nie darmo miała lat piętnaście. Oczy jej zaszły nowemi łzami.
- O, Józiu, Józiu! - zawołała - dlaczegoż-to my jesteśmy tak same na świecie? Inne mają rodziców, którzy opiekują się niemi i dopomagają im we wszystkiem... inne mają i naukę, i kwiatki, wszystko... wszystko... a my...
- A ty? czy nie masz siostry? - krótko zapytała Józefa.
Helka podniosła głowę, popatrzała na siostrę i, porwawszy się z ziemi, z krzykiem czułości rzuciła się jej na szyję. Chłód młodej dziewczyny stopniał, surowy wyraz ust jej i oczu zniknął.
Usiadła, i piętnastoletnie dziewczę, jak małe dziecko, na kolanach swych posadziwszy, i ramieniem je do piersi przyciskając, drżącym trochę głosem mówiła:
- Ty wiesz, Helko, że inaczej być nie może! Ubogie jesteśmy i sieroty. Po śmierci ojca sześć lat przemieszkałyśmy już u stryja. Spostrzegałaś nieraz sama, że przykrzy mu się pobyt nasz w jego domu i nie powinnyśmy mu brać tego za złe, bo żywić nas i odziewać przez całe życie, nie ma on obowiązku żadnego...
- Przecież ty, Józiu, pracowałaś zawsze i zarabiałaś!...
- To prawda, ale nie wystarczało to na utrzymanie nas obu, i zawsze coś kosztowałyśmy stryja. Wiesz dobrze, żem ja skończyła mizerną tylko pensyjkę, i tak mało umiałam, że lekcye moje były długo niezmiernie tanie. Teraz umiem już daleko więcej; w Onwilu płacą za lekcye drożej; zarabiać tam będę sporo, tyle, ile nam trzeba. Najważniejszą zaś rzeczą jest to, że ty tam mieć będziesz lepszych nauczycieli, z których pomocą przygotowywać się będziesz mogła do... wiesz czego?
Helka, bez śladu już łez i smutku, owszem, rozpromieniona, twarz siostry pocałunkami okrywała; Józefa uścisnęła ją wzajemnie.
- Jesteś już dość dużą i roztropną, abym ci mogła wskazać ten piękny cel, do którego ażebyś doszła, dopomagać ci będę wszelkiemi siłami. Jesteś zdolną do nauk i to takich szczególniej, które w zawodzie tym są najniezbędniejsze; jeśli więc mocno i wytrwale zechcesz... Tylko - zakończyła - nie myśl nigdy, że ci to łatwo przyjść może...
- Wiem - krótko i poważnie odpowiedziała Helka i, zsunąwszy się z kolan siostry, energicznie tłomok swój z książkami zamykać zaczęła.
Nic już więcej czułego nie powiedziały sobie, tylko Józefa, włożywszy na głowę kapelusz, pocałowała siostrę w czoło.
- Idę pożegnać się z Mirewiczową. A ty idź tymczasem, jak zwykle o tej porze, gazetę stryjowi przeczytać. Nie trzeba, aby przypuszczał, że urazę jaką do niego mamy. Bo choć tam czasem uczynił nam on coś nieprzyjemnego, wdzięcznemi mu być powinnyśmy. Żyłyśmy pod jego dachem i jadłyśmy chleb jego.
Wszedłszy do mieszkania Mirewiczów, Józefa zdziwioną była głęboką ciszą, która w niem panowała. Dawniej słychać tu było zawsze turkot maszyny do szycia Anny, głośne rozmowy jej ze służącą i z dzieckiem, skrzypienie pióra i szelest papierów Mirewicza, albo gwarne głosy jego klientów. Teraz nic. W kuchni tylko Kasia zawzięcie siekała kotlety, a mała Jańcia, klęcząc na stołku i przypatrując się jej robocie, daremnie zadąsaną dziewczynę do rozmowy wezwać usiłowała. W jadalni, pracowni i bawialni pusto było i cicho, a z sypialnego dopiero pokoju, przez drzwi przymknięte, dochodził odgłos jakiegoś monotonnego i zawziętego mruczenia. W mruczeniu tem Józefa poznała głos Anny. Weszła i dość dziwny ujrzała widok. Blask zachodzącego słońca uderzał wprost w okno, które też płócienną roletą zasłoniwszy, Anna w żółtawem świetle, napełniającem pokój, siedziała przy stole, okrytym skromnemi toaletowemi przyborami i oba łokcie na stole, a czoło na dłoniach wspierając, półgłosem z rozwartej przed sobą książki czytała. W monotonnem, mruczącem czytaniu tem, było coś nużącego i prawie bezmyślnego, a szczególne zajęcie to tak bardzo pochłaniało Annę, że ani otwierania się drzwi, ani nadchodzących kroków nie słyszała.
- Andziu! Andziu! co to robisz? modlisz się, czy uczysz się czego?
Podniosła żywo głowę i widocznie zmieszała się bardzo.
- Nie, nie Józiu! ot tak! czytam sobie...
- Ty, gosposiu, tak mocno zatapiasz się w czytaniu? Co ty czytasz?
Spójrzała na tytuł książki; uśmiech przewinął się po jej ustach; spróbowała powstrzymać go, daremnie; wybuchnęła głośnym śmiechem. Książka nosiła tytuł: "Dzieje rozwijania się przyrody". Śmiejąc się wciąż, spostrzegła na stole drugą książkę, pod tytułem: "Cywilizacya pierwotna", i trzecią podobną na oknie, i czwartą jeszcze, wstydliwie jakby ukrytą za stojącem lusterkiem. Słowem, Anna obłożoną była książkami tak formalnie, jak gdyby przygotowywała się do examinu na stopień doktora, lub przynajmniej magistra filozofii. Z wargami, drżącemi jeszcze od śmiechu i ze zdumieniem w oczach, Józefa zapytała:
- Co to jest, Andziu? Zkąd ci to? dlaczego?
Anna nie podniosła powiek, zawstydzoną wydawała się i smutną. Potem, na odwagę zdobywając się, szepnęła:
- Probowałam uczyć się...
- Uczyć się? Z tych książek? Zkąd ci to na myśl przyjść mogło?
Tym razem Mirewiczowa, podnosząc oczy pełne łez, zawołała:
- Moja Józiu! Gdybyś ty wiedziała, ile ja od dwóch tygodni cierpię...
Nagle Józefa przypomniała sobie, że, jak raz przed dwoma tygodniami, była tu świadkiem przybycia nieznanej wprzódy, ładnej i wykształconej kobiety.
- A! czy ta kuzynka twego męża...
- Nie wyjechała jeszcze... i pewno nieprędko wyjedzie... Gdybyś ty wiedziała, Józiu, jaki to żal i wstyd słuchać tak ciągle tych mądrych rozmów ich, i widzieć, jak on ją za tę mądrość uwielbia, i czuć, że gdyby nie ja, on może był-by teraz bardzo szczęśliwy...
Zalała się łzami, ale, prędko powściągnąwszy płacz i twarz z łez otarłszy, mówiła znowu:
- Ja tylko przed tobą, Józiu, wszystko powiedzieć mogę... Może ty zresztą dasz mi jaką radę... przecież i ty także uczoną i rozumną jesteś... Ot widzisz, wzięłam z biblioteki jej kilka książek i zaczęłam czytać... Nikt o tem nic nie wie... bo czytam wtedy, gdy oni są na spacerze, a gdy mają już wracać, książki pocichutku na miejsce odkładam. Oni wiecznie na spacerach... jak tylko obiad zjedzą, idą i aż na herbatę, a czasem i około północy wracają. Miasto studyują... ja tymczasem czytam, czytam, gospodarstwa i dziecka zaniedbuję, a czytam, i tak już jest dni z dziewięć...
- I cóż?
- A cóż? - z rozpaczliwym giestem odpowiedziała Anna. - Nic. Ale to, wiesz moja droga, że nic a nic. Czy już ta moja głowa taka tępa, czy to nieprzyzwyczajenie robi, ale nic nie rozumiem i nic nie pamiętam. Jednę stronicę przeczytam czasem dwadzieścia razy i ot tak, jakbym jej wcale nie czytała... Wiem, że to o jakichś dzikich ludziach i o jakichś robakach, ale mówić o tem sposobu niema, bo jedno drugiego w głowie nie trzyma się... poradź ty mi, Józiu, co tu robić?
Trochę jeszcze rozśmieszona, Józefa, szyję jej ramionami objęła i w czoło ją pocałowała.
- Co tu robić? porzucić tę niemożliwą robotę. Ona nie dla ciebie. Nauczyłaś się za młodu krawiectwa i umiesz suknie szyć. Mężatką będąc, z dzieckiem i gospodarstwem dużo zajęcia masz. Książki te nie dla ciebie. Gdybyś nad niemi nietylko dziewięć dni, ale dziewięćdziesiąt dziewięć lat mozoliła się, nic z tego nie wyniknie, bo ani przygotowania, ani zdolności odpowiednich nie masz...
Mirewiczowa znowu z rozpaczą załamała ręce.
- Boże, mój Boże! - zawołała - cóż to będzie?...
Umilkła, a po chwili, obejmując przyjaciółkę, bardzo cicho szepnęła:
- Ja wszystko już powiem. Mnie się zdaje, Józiu, że on w niej zakochał się...
Józefa spoważniała bardzo.
- Dlaczegoś nie rozmówisz się z nim o tem jasno, szczerze?...
- Ja? - zawołała Anna - ja miała-bym dokuczać mu jeszcze zazdrością, podejrzeniami, pytaniami... Przecież to tylko podejrzenie, pewności żadnej nie mam... Prędzej utopiła-bym się, niż-bym jemu dobrowolnie przykrość jaką sprawiła! Ale tak mi smutno, tak straszno!...
Z trudnością wstrzymywała się od płaczu. Zerwała się z krzesła:
- Chodź! zobacz jej mieszkanie!
Był to duży pokój, z alkową, do mieszkania Mirewiczów donajęty, i połączony z niem drzwiami, otwierającemi się z małej bawialni. Wprzódy drzwi te były oklejone obiciem, Teraz z obu stron osłaniały je i przyozdabiały grube, kosztowne portyery. Całe urządzenie pokoju i alkowy było kosztowne i, na pierwszy rzut oka, bardzo wykwintne. Przy nagim i sztywnym saloniku Mirewiczów, wyglądało to, jak ładne i miękkie gniazdko. Trzeba było znać się trochę na rzeczach takich, aby dostrzedz tam sporo łataniny i dysharmonii. Sprzęciki nizkie, zgrabne, wygodne, czemś błękitnem obite, nie nowe już były i trochę zszarzane; spory dywan okrywał część posadzki, grubej i główkami ćwieków sterczącej; na ścianach kwieciste obicie wyglądało wesoło, ale pospolitym gatunkiem swym sprzeczało się z ciężkiemi draperyami dość kosztownych firanek. W alkowie, przy łóżku, zasłanem haftowaną pościelą, stały kufry podróżne, a nad umywalnią i stołem, których cerata źle naśladowała marmur, spuszczała się od sufitu wielka błękitna kula nocnej lampy. Wykwintność tę czuć było tandetą. Ale Anna i Józefa, nie przywykłe do wspaniałości tego świata, z podziwem przepych ten oglądały. Nigdy w życiu swem nie posiadały one mieszkania z portyerami, błękitnemi lampami, śliczną szklaną szafką na książki, z wynajętym choćby pianinem i porcelanowemi, czy udającemi porcelanę, posążkami i wazonikami na etażerce, udającej palisander i rzeźbę. Anna pomimowoli zniżała tu głos, jak w kościele.
- Wyobraź sobie, moja Józiu, ile to wszystko kosztować musiało! przez caluteńkie kilka dni chodzili, kupowali, znosili, rzemieślników różnych sprowadzali, oklejali, przybijali, ustawiali... aż wczoraj, nakoniec wszystko już urządziło się zupełnie i ucichło... Słyszałam, jak Jaś do niej mówił: "jesteś czarodziejką, Paulo! z niczego prawdziwy raik zrobiłaś". Piękne to: z niczego! Tu trzysta, albo pięćset rubli może wlazło!
Józia, ciekawie przypatrując się wszystkiemu, mniej jednak od Anny zdumiona, głosu nie zniżając, rzekła:
- Ależ wasza kuzynka majętną chyba być musi, jeśli tak znaczne robić może wydatki?...
- Bóg ją wie, moja Józiu, Bóg ją wie... czy ona bogata czy biedna... - zaszeptała Anna, a wyraz oczu jej stał się dziwnie jakoś niespokojnym...
W tej chwili ozwały się w przedpokoju wesołe głosy. Dwie kobiety wróciły do saloniku, do którego też przeciwnemi drzwiami, wsparta na ramieniu Mirewicza, weszła Paula. Za tą śmiejącą się i ożywioną parą ukazał się ożywiony też i przystojny młody mężczyzna, brunet, z napoleońską bródką i żywemi ognistemi oczyma, wpatrzonemi w tej chwili w posuwającą się przed nim zgrabną kibić Pauli i ślicznie udrapowaną jej suknią. Silnie zarumieniona i z błyszczącemi oczyma, Paula rzuciła się na fotel. Józefę powitała bardzo obojętnie, Annie zaledwie głową skinęła. Wszyscy jakoś milczeli z razu. Annie wydało się, że jej-to rozmowę zacząć wypadało.
- Śliczna dziś pogoda - ozwała się - nie tak gorąco, jak było w przeszłym tygodniu...
Urwała, bo Paula, przygryzając ponsową wargę, wstała nagle i szybko do pokoju swego weszła. Mirewicz, który zachmurzył się już był nieco, i młody człowiek z czarnemi oczyma, z-za grubych festonów portyery przesłali jej pytanie:
- Czy można?
- Proszę, proszę! - odpowiedział srebrzysty głosik, bardzo wyraźnie tłumiący wybuch śmiechu.
Anna żałośnie na Józefę patrzała.
- Widzisz, Józiu? słyszysz?
Józefa, która uważnie przypatrywała się wszystkiemu, oba ramiona zarzuciła jej na szyję i serdecznie ją ucałowała.
- Moja ty poczciwa, biedna Andziu! nie martw się znowu bardzo! to przejdzie!
Innej pociechy znaleźć dla niej nie mogła. Anna cichutko zapytała:
- Powiedz mi, Józiu, co to takiego metologia?
Nad wyrazem tym Józefa zastanowiła się chwilę.
- Nie wiem, moja Andziu... może meteorologia...
- Tak! tak!
Zwięźle i jasno Józefa wytłómaczyła jej najogólniejsze znaczenie tej nazwy.
- A!... teraz już rozumiem, co to znaczy! Słyszałam wczoraj, jak wchodząc z Jasiem do swego pokoju, śmiejąc się, powiedział: "Ależ mój Jasiu! żona twoja jest wcieloną meteorologią".
- A on co na to?
- Zdaje się, że jemu to przyjemnie nie było, bo nie odpowiedział nic, tylko potem, wobec niej, serdecznie i z takiem jakiemś uszanowaniem, pocałował mię w obiedwie ręce... Drogi mój, poczciwy, najlepszy Jaś!
Znały się od dzieciństwa i łączyła ich kiedyś z sobą wspólność sieroctwa i ubóztwa. Anna, o kilka lat starsza, okazywała jednak Józefie, obok przyjaźni, uszanowanie pewne, jakie budziła w niej zwykle każda umysłowa wyższość. Nic więc dziwnego, że wyraz skupionej uwagi i wielkiego przejęcia się okrył dobroduszną i łagodną twarz jej, gdy Józefa, przysunąwszy się do niej bliziutko i, rękę jej wziąwszy w swoję, cicho i długo mówiła do niej. Dawała jej rady jakieś, zwierzała się przed nią z własnych swych planów. Kiedy już pożegnać się miały, Anna pociągnęła ją do jadalni. Tu, w głębi szafy, stał spory koszyk, napełniony gospodarskiemi przysmakami i sprzęcikami.
- Przygotowałam to dla ciebie... na drogę i na nowe gospodarstwo...
Józefa rzuciła się jej na szyję i zapłakała.
- Biedna ty, Józiu moja! bez opieki, bez pomocy, jechać tak w obcy świat i jeszcze z siostrą, którą utrzymywać i wychowywać musisz... Jak ty tam sobie radę dasz?
Ładna blada dziewczyna prędko otarła łzy z oczu i twarzy.
- Cóż robić, Andziu? - odpowiedziała. - Życie kobiety ubogiej, a cudzego chleba darmo zjadać niechcącej, balem być nie może. Szczęśliwą jestem, że jakkolwiek pracować nauczyłam się, a Helce, o! lepiej i łatwiej będzie na świecie, bo... ja jej drogę toruję!
W pokoju Pauli tymczasem gwarno było i wesoło. Dwaj mężczyźni, próg pokoju tego przestąpiwszy, zamienili się spójrzeniem, pełnem głębokiego zadowolenia.
- A co, Ludwiku? czy nie mówiłem ci? - znacząco zapytał Mirewicz.
- Ależ to raj prawdziwy? - z zachwyceniem zawołał Ludwik, i z rozkoszą na nizkiej kanapce siadając, do gospodyni raju tego przemówił:
- Jesteś pani prawdziwą czarodziejką... Nie spodziewałem się nigdy, aby marzenia nasze kiedykolwiek tak świetnie ziścić się mogły. Prawda, Jasiu?
Ze słyszenia tylko i czytania znając wspaniałości tego świata, dwaj ci ludzie marzyli o nich jednak. Marzył o nich Mirewicz, przebywając brzydkie ulice miasta, albo, po trudach dnia, zasiadając w pracowni swej do pisania sądowych podań; marzył też Ludwik Ożymski nad szaremi stosami kancelaryjnej bibuły, lub w kącie odymionej cukierni, z brudnemi ścianami i poplamionym bilardem. W marzeniach Ożymskiego panowały piękne mieszkania, swobodne zabawy, wesołe i strojne kobiety; w myślach Mirewicza snuły się częściej artystyczne i umysłowe rozkosze, jakieś wspólności duchowe z jakiemiś wybranemi istotami, jakieś wspólne loty w krainę wiedzy i myśli, przy szmerze pocałunków. Raz zwierzyli się sobie wzajem z tego, że niezadowoleni czują się tem, co posiadają, a pragną tego, czego posiadać nie mogą i - stali się serdecznymi przyjaciółmi. Prawnik, znaczniejsze dochody mający, ratował w kłopotach, ściganego często przez lichwiarzy, urzędnika, który, wywzajemniając się, nauczył przyjaciela gry w bilard i oznajmiał mu o przybywaniu do Ongrodu ładnych harfiarek. Przysługi te przecież nie na wiele przydały się Mirewiczowi. Bilardu nie polubił, harfiarki odrazę w nim budziły. - Bezmyślne to i brzydkie! - powiedział wkrótce Ożymskiemu i dodał: będziemy razem czytywali!
- Dobrze! - z zapałem zawołał młody człowiek, który także czytywać lubił, ale książek kupować nie miał za co. Było ich zawsze sporo u Mirewicza. W wolnych od zajęć fachowych godzinach schodzili się, zasiadali przy stole, czytali, rozprawiali, sprzeczali się, łamali sobie głowy nad rozwiązywaniem przeróżnych społecznych i naukowych zagadnień. Mirewiczowi sprawiało to z razu przyjemność wielką, Ożymski bawił się też dobrze. Potem jednak uczuli, że posiedzeniom tym braknie czegoś.
- Gdyby-to módz wszystkie te nabywane wiadomości w jakikolwiek sposób zużytkować! - mówił Mirewicz.
- Gdyby-to była z nami jaka piękna i wykształcona kobieta! - wzdychał Ożymski.
Teraz zjawiło się przed nimi, częściowe przynajmniej, wcielenie ich marzeń.
Pokój wygodnie i wykwintnie urządzony i piękna kobieta, będąca połączeniem elegancyi i powagi, wdzięku i czynu.
Tak; czyn to niepospolity, wielkiego męztwa i bardzo silnej woli wymagający, był owym ukochanym celem Pauli, o którym zaraz po przyjeździe swym tu mówiła. O imieniu i naturze jego Mirewicz dowiedział się od niej prędko, Ożymski zaś wtedy, gdy ją po raz pierwszy zobaczył. Przychodził on na zwykłe wieczorne z Mirewiczem czytanie. W jadalni znalazł tylko Annę, zajętą przygotowywaniem wieczerzy.
- Jan w domu? - zapytał.
- O! w domu... w bawialnym pokoju, z gościem swoim. Kuzynka przyjechała...
- A młoda? - ładna?
- Młoda, ładna i bardzo wykształcona...
- O!
Pośpiesznie zdjąwszy w przedpokoju paltot, biegł ku salonikowi. Przed progiem stanął w wahającej się postawie. W saloniku panowała cisza nieskazitelna. Nikt nie rozmawiał tam i nawet nie szeptał. Po ruchliwej i roztropnej twarzy młodego urzędnika przebiegł figlarny uśmiech. Chrząknął głośno i po kilku sekundach wszedł. Mirewicz nagle jakoś zerwał się z kanapki, na której obok Pauli siedział; ujrzawszy przyjaciela, powitał go z radością.
- Paulo! Ludwik Ożymski, jedyny przyjaciel mój, z którym wspólnie myślę i uczę się; kuzynka moja, Ludwiku, pani Paula Mirewicz!
- Bardzo mi przyjemnie poznać pana!
- O, pani!
Wykrzyk ten spowodowany był widokiem kobiety, której piękna kibić i strój malowniczy uroczo rysowały się w półświetle lampy, gęstym abażurem przyćmionej. Lecz jakież było zdziwienie i zachwycenie jego, gdy Mirewicz, biorąc rękę kuzynki, z niejaką dumą wymówił.
- Przyszły doktor medycyny, Ludwiku, Paula jest tu tylko przelotem. Jedzie do Zurichu, aby w uniwersytecie tamtejszym studyować medycynę.
Ludwik oniemiał z razu. Najniespodziewaniej znalazł się wobec kobiety, wprowadzającej w czyn jednę z idei tych, o których tyle wraz z Mirewiczem czytał i rozprawiał.
- O, pani! powtórzył.
Z czcią głęboką rękę jej całując, dodał:
- Jakież-to szczęście, że pani do nas choć przelotem zawitałaś! Takich, jak pani, kobiet, niestety, my biedni nie znamy!
- A zawsze o nich marzymy... nie prawdaż, Ludwiku?
Teraz, w cieniu alkowy swej, spacerową suknią swą zamieniwszy na szlafrok w tureckie desenie, z za ciężkiego festonu firanki wyszła ona ku nim, z wabnym uśmiechem na ustach, a grubym tomem w ręku. Gruby tom rozwarłszy i na stole położywszy, stanęła przed źwierciadełkiem w ładnych ramkach, nad ładną etażerkę zawieszonem. Białemi palcami porządkowała złote wisiorki włosów na czole i koronkę u szyi, a, nie odwracając twarzy od źwierciadła, zapytała:
- Powiedźcie mi, co to jest za indywidualność, ta panna Józefa Skiwska?
Mirewicz spuścił oczy i nic nie odpowiedział, Ludwik za to zawołał:
- Jest to, proszę pani, wcale niebrzydka i niegłupia osoba... uczy się nawet, kształci się sama i siostrę bardzo starannie kształci; ale...
- Ale co?
- Ale... jakże to powiedzieć... natura uboga!...
- A dla czego?
- Ot, żadnych wyższych tęsknot... żadnych burz, walk...
- Uważałam to. Wygląda jak owieczka, pokornie wyciągająca szyję pod nóż społeczeństwa...
- Tak; ona walczyć nie umie. Pogodziła się i z ubóztwem swojem i ze swoją bakałarską pracą, jakby to były rzeczy najprzyjemniejsze pod słońcem... Niema w niej tych buntów, tego rwania się... tej nakoniec estetyczności... słowem, poczciwa sobie i niegłupia dziewczyna, ale... natura uboga!
Paula odwróciła się nagle od źwierciadła.
- Jasiu! - zawołała. - Dla czegoż ty nic nie mówisz? Uważałam już nieraz, że gdy mowa o pannie Józefie...
Żywy i wesoły Ożymski parsknął śmiechem.
- To cała historya, proszę pani!
- Ludwiku, proszę cię... zaczął Mirewicz, widocznie zakłopotany.
Ale Paula, figlarnie pogroziwszy kuzynowi, prosiła Ożymskiego, aby... opowiedział.
Bardzo zabawnie i w sposób przynoszący zaszczyt dowcipowi jego, Ożymski opowiedział, jak przed rokiem, mniej więcej, Mirewicz, z nudy i tęsknoty za czemś lepszem i wyższem, zajął się Józefą bardzo żywo; jak godzinami całemi prowadził z nią filozoficzne i naukowe rozmowy, w których i ona widoczną znajdowała przyjemność, jak następnie prosił ją, aby przechadzała się z nim po mieście i za miastem, na co ona z razu przystała chętnie; jak nakoniec, na jednej z przechadzek tych, uniesiony energią i samodzielnością natury swej, wypowiadać jej zaczął uczucia, dla niej powzięte, a ona... z razu śmiać się zaczęła niby puste dziecko, potem, w wielkim gniewie, nagadała mu mnóztwo rzeczy nieprzyjemnych, nakoniec, rozpłakała się i prosiła go, aby szedł sobie w inną stronę, bo ona już obok niego ani kilku kroków zrobić nie jest zdolną...
Oczy Pauli gniewnie błysnęły.
- Jasiu! jakże ty mogłeś... zająć się taką zimną, poziomą dziewczyną!
Ożymski ujął się za przyjacielem.
- Z samej nudy, proszę pani... z tęsknoty za czemś wyższem...
Gniew Pauli przemienił się w litość. Stanęła przy Janie i włosy jego dłonią pogłaskała.
- Biedny ty, mój Jasiu! Jakże ty jesteś tu zapoznany, niezrozumiany! Ale dziewczyna ta powinna była umrzeć z radości, że ją człowiek taki, jak ty, pokochał!... Gęś!
Mirewicz wstał. Chmurny był i niezadowolony. Nawet ostatnie słowa Pauli nie zdołały go rozpogodzić.
- No, rzekł, dosyć tego! Wiesz dobrze, Ludwiku, że nie lubiłem nigdy wspominać o tej głupiej historyi... a tembardziej wspomnienie to przykrem mi jest teraz, gdy poznałem, czem jest, w znaczeniu właściwem, kobieta wyższa...
Wziął rękę Pauli i długo ją całował.
Ożymski spuścił oczy, westchnął, posmutniał... co spostrzegłszy, Paula, śmiejąc się, przysunęła mu rękę swą do ust: - pocałuj pan! - zaśmiała się wesoło. - My troje przyjaciół... prawda, Jasiu?
Z zapałem całując podaną sobie rękę, żywy chłopak z ognistemi oczami zbladł trochę; lecz, jakby mu myśl jakaś nagle przez głowę przemknęła, całować przestał i usunął się ku oknu, zamyślony, chmurny...
- Czytajmy! - zawołała Paula.
- Nie - odpowiedział Mirewicz - zaraz zacznie się szara godzina... czytać będziemy przy lampie; teraz, zagraj!
Posłuszna, usiadła przed pianinem i grać zaczęła. Grała biegle, czysto, i jeżeli zkądinąd muzyce jej wiele do doskonałości brakło, pewnej siły uczucia i namiętności nie można-by jej odmówić. Po raz-to pierwszy w mieszkaniu Mirewiczów rozległy się pieśni mistrzów, a wywoływała je z instrumentu dłoń dość umiejętna i bardzo wrażliwa. Słuchała ich Anna, siedząca na kanapce w ciemnej jadalni i trzymająca na kolanach wpółuśpioną Jańcię. Na senne czoło dziecka spadło parę gorących kropel.
- Co to, mamciu? - zaszemrał głosik dziecinny i główka dziecinna oderwała się od piersi matki.
- Ty płaczesz, mamciu?
- Nie, dziecko moje, nie!
- A co to?
I drobnemi rączkami rozcierała na czole wilgotne krople.
- A co to? mamciu, co to?
Anna nizko chyliła ku niej głowę.
- To, dziecko moje, czasem o szarej godzinie... kiedy zdaleka muzykę słychać... przelatuje taki anioł smutny, a ze skrzydeł jego padają takie krople...
Nagle Paula grać przestała. Ożymski porwał się od okna i śpiesznie zapalił lampę.
- Zerwałeś urok! - mrugając powiekami, z wyrzutem rzekł Mirewicz.
- Zrobiłem to umyślnie, - z tłumionem rozjątrzeniem sarknął Ożymski.
W tem w stronie pianina usłyszeli łkanie. Paula, z głową pochyloną na pulpit, płakała. Rzucili się do niej oba.
- Co to? Co pani jest? co ci się stało, najdroższa?
Wstała powoli, chwiejąc się, z twarzą zalaną łzami.
- Muzyka tak mnie zawsze wzrusza... tyle przeniosłam w życiu... przebolałam, utraciłam...
Pierś jej podnosiła się szybko, śliczne usta drżały. Mirewicz ujął jednę jej rękę, Ożymski drugą i, całując ręce te, pochyleni nad nią, prowadzili ją, chwiejącą się pomiędzy nimi, ku kanapce i fotelom. Osunęła się na fotel, chusteczkę przycisnęła do oczu i szepnęła jeszcze.
- O! moja biedna Regina-Wiktorya!...
- Kto to... ta Wiktorya? - cichutko za plecami jej szepnął Ożymski do Mirewicza.
- Cicho! ona sama powie ci o tem! Paulo! najdroższa! męztwa! odwagi! bądź człowiekiem! Masz teraz przy sobie przyjaciela... który-by za tobą do piekła poszedł.
- Spokoju pani! siły moralnej! twoje wielkie, wysokie cele... Jesteś pani pośród tych, którzy wielbią cię... jak bóztwo!
Odjęła chustkę od oczu i obdarzyła ich z kolei pełnem wdzięczności spojrzeniem.
- Bywają czasem takie chwile... - szepnęła.
- O! tak, ja to rozumiem dobrze!
- I ja! ale poddawać się im nie trzeba!
- O! ja się też nigdy nie poddaję... tylko ta muzyka i te... te biedne nerwy...
Przy ostatnich słowach zatopiła wzrok w oczach Jana, który też mocno, mocno ścisnął jej rękę. Ożymski za to gwałtownie pochwycił książkę.
- Czytajmy! - zawołał.
- Czytajmy! - powtórzyła Paula, nie tylko już uspokojona, ale nawet rozpromieniona.
Mirewicz czytać zaczął.
Co to było? Coś z dziedziny nauk przyrodniczych, czy socyologii, czy etnologii, dość, że Mirewicz niezmiernie zajął się książką, a czytał-by ją długo, gdyby Paula ręką kart nie zakryła i mówić nie zaczęła. Bystrość umysłu kobiety tej była istotnie zdumiewającą. Kilkanaście zaledwie kart grubego tomu przeczytawszy, wyprowadzała już z nich wnioski śmiałe, szerokie i o żywości wyobraźni jej najlepsze wyobrażenie dające. Na kilkunastu kartach tych bujała po krainach przyrody i ludzkości, jak na rączych i niecierpliwych rumakach. Improwizowała. Improwizacyi tej Ożymski słuchał z zachwytem bezwarunkowym. Mirewicz, bardzo na seryo rzeczy umysłowe biorący, obchodził się z nią nieco surowiej. To i owo wydawało mu się całkiem fantastycznem. Ale Paula wpadła w zapał. Oczy jej zapłonęły i wargi zaszły purpurą, gdy od etnograficznych, czy bodaj tylko jeszcze geograficznych faktów, napełniających przeczytane stronice, lotem błyskawicy wleciała w dziedzinę czystej psychologii i analizować poczęła: natury bogate i natury ubogie. Czem odznaczają się pierwsze, a czem drugie? Co wolno pierwszym, a co drugim? Naturalnie, wszystko wszystkim wolno; ale pierwsze mają obowiązek szczególny i bezwarunkowy pozwalania sobie na wszystko, albowiem cokolwiek w nich jest, dobrem i wielkiem jest, a złamanie jakiekolwiek sprężyny wyższej ich organizacyi przyniosło-by widoczną szkodę im i światu.
Wszystko to istniało o tysiąc mil od książki, będącej pierwszą przyczyną rozmowy. W zamian, wszystko to było i pięknem, i przyjemnem. Mirewicz i Ożymski, sami już prawd tych oddawna domyślać się zaczęli, tylko wahali się... dla braku autorytetu. Teraz autorytet ten siedział przed nimi i przekonywał ostatecznie... Czas schodził dziwnie uroczo. Czytali kwadrans, rozmawiali dwie godziny; rozmawiając, pili herbatę, którą, wraz z doskonale urządzoną przekąską, przysłała im Anna, potem znowu czytali kwadrans i rozmawiali godzinę; potem jeszcze Paula grała, a po graniu, wzruszona i rozmarzona, wsparła głowę na ramieniu Mirewicza i smutnie, łzawo opowiadała Ożymskiemu o Reginie-Wiktoryi.
Dużo po północy, w przedpokoju, przyjaciela żegnając, Ożymski gorączkowo rękę mu ścisnął.
- Szczęśliwy Janie! Szczęśliwy! Szczęśliwy!
W tej samej chwili Anna, powoli wszedłszy do sypialni, usiadła przy małem łóżku uśpionej już Jańci i, ręce na kolanach złożywszy, patrzała na dziecko. Zazwyczaj, spała już o tej porze od godziny. Ale dziś nie do snu jej było. Po bozko spędzonym wieczorze, Mirewicz zasiadł w pracowni swej do pisania i, aby wynagrodzić czas stracony, pisać miał prawie do rana. Tak już było od dwóch tygodni. "Czy długo jeszcze będzie?" Myślała Anna. Wtem do cichego mieszkania przyleciał odgłos przeciągłego, przeraźliwego świstu. Był to pociąg kolei żelaznej, do Onwilu odchodzący. Pociągiem tym właśnie, więc w tej chwili, Józefa z siostrą opuszczała Ongród.
- Szczęśliwa! - szepnęła Anna.
Przed kilku godzinami żałowała młodej dziewczyny, udającej się w świat obcy, pomiędzy ludzi nieznanych, po niezależność dla siebie i przyszłość dla ukochanej siostry. Teraz los ten wydał się jej zazdrości godnym. Niezależność - co to? Samej sobie dostarczać kawałka chleba, upokorzeń nie znosić, i nie drżeć co chwila na myśl, że się będzie porzuconą, odepchniętą... W chwili, gdy to myślała, usłyszała kroki Jana, szybko przechadzającego się po swej pracowni. Wstała i, na palcach przeszedłszy bawialnią, stanęła w progu.
- Jasiu! może ty niezdrów jesteś? może ci czego potrzeba? będziesz pewnie długo pracował? postawię ci na biurku szklankę wody z winem...
W białym kaftanie i z rozpuszczonemi włosami, stała w progu nieśmiała i niespokojna.
Jan prędko do niej podszedł.
- Dla czego nie śpisz jeszcze? Czy Jańcia zdrowa? Nic mi nie potrzeba.
Na wzruszonej twarzy jego malowała się zgryzota i walka.
- Jańcia zdrowa i śpi smaczno... ja zaraz spać pójdę... bądź o nas spokojny i tylko... sam nie zamęczaj się tą nocną pracą!
Jakto! żadnej wymówki? Żadnego pytania? Ani kropli goryczy, ani cienia urazy! Łagodne spojrzenie, smutny trochę uśmiech i troskliwa przestroga - oto wszystko! Prędko, silnie przycisnął rękę jej do ust i odszedł ku swemu biurku - z gorącym rumieńcem na czole. Przez bawialnią przechodząc, Anna usłyszała, dochodzące tu, pomimo drzwi zamkniętych z alkowy Pauli, głośne, przeciągłe chrapanie. Paula miała apetyt silnych i sen sprawiedliwych. W innej za to stronie miasta, w pewnem małem mieszkanku, pewna stara kobieta spać tej nocy nie mogła. W ciepłym tułubku i nocnym czepeczku na siwiejących włosach, z lampką nocną w ręku, ostrożnie uchyliła ona drzwi jednego z trzech pokojów, małe mieszkanie składających, i cicho zawołała:
- Ludwisiu! Ludwisiu!
Z głębokich cieniów męzki głos ozwał się:
- A co, mamciu?... czemu mamcia nie śpi?
- Ależ to ty dziś nie śpisz wcale! wzdychasz, przewracasz się...
Na tle ciemnego pokoju, płomyk lamki oświecał bladą, pomarszczoną jej twarz, a znużone oczy z wytężeniem wpatrywały się w stronę, z której odzywał się głos Ludwika. Gdy upewnił ją o doskonałym stanie swego zdrowia, odeszła, ale po kilku minutach, w ciemności już, przemówiła do kogoś:
- Julciu! słyszysz? Znowu przewraca się i wzdycha!
Młodziutki dziewczęcy głosik wpółsennie odpowiedział:
- Niech mama będzie spokojną... Nic mu nie jest złego... tylko zakochał się ogromnie w tej pani...
- Zkądże wiesz?
- Zwierzył mi się... on mnie zawsze...
- No cóż, że zakochał się? czegoż tu...
- Kiedy widzi mama... i Mirewicz także... a on z nim...
- Co ty pleciesz?
Ale młodziutki głosik siostry Ludwika pleść już nawet nie mógł, bo właścicielka jego zasnęła.
I.
Nigdy miasteczko nasze nie przedstawia tak doskonałego obrazu jałowej i skwarnej pustyni, jak w dnie letnie, w porze zachodu słońca. Bóg widzi, że nie jest ono nigdy ani świetnem, ani wesołem; lecz, kiedy po dniu upalnym tumany kurzu i wyziewy kuchenne obejmują je, niby wysokim kloszem z brudnego szkła, kiedy rozpalone kamienie bruku zieją suchym skwarem, a ostatnie blaski słońca jaskrawą łunę rzucają na białe ściany kościołów i kamienic; kiedy chodniki ulic głównych zalegną czarne gromady przechadzających się żydów w długich chałatach, i żydówek w aksamitnych paltotach i kapeluszach z kwiatami, na placach chmary żydziąt gonią się i wywracają w krztuszącej kurzawie, a na bocznych ulicach krowy, wracające z pastwiska, poważnie kroczą i z przeciągłem ryczeniem do bramy domostw pochylonemi łbami uderzają; kiedy tu i owdzie gromady jednokonnych doróżek stoją jakby w zaklętej nieruchomości, konie drzemią, a dorożkarze w czerwonych pasach, nie mając nic innego do robienia, drzemią także; kiedy co chwila w rękach przechodniów ukazują się białe chustki, ocierające kroplisty pot z mizernych, rozpalonych, skrzywionych twarzy, albo, w pobliżu leniwie ciekących rynsztoków, przyciskające organ powonienia: wtedy, spada na miasto ocean ciężkiej, suchej, dławiącej i beznadziejnej nudy. Tam, kędyś, nad szerokiemi polami płyną wysoko różowe puchy obłoków; na zachodzie, łagodzone przez liliowe błękity nieba, wieszają się świetne tęcze z purpury i fioletu, albo ogromne, ciemne, złotem obrębione chmury, rysują fantastyczne lasy i zamczyska; upajające wonie i świeże powiewy nadchodzącego wieczora płyną powietrzem... Gdzieindziej znowu, w murach miast wielkich i ludnych... Tu - nic. Wprawdzie, od czasu do czasu, ku rozweseleniu publicznego ducha, w czemś nakształt ogrodu, huczeć i dąć zaczynają instrumenta wojskowej orkiestry, a przy energicznych dźwiękach tych, małomiejskie lafiryndy osoby swe wraz z akcesoryami z rozkoszą roztaczają przed wzrokiem oficerów, brzęczących ostrogami, urzędników w binoklach, i rzadszych już dygnitarskich okazów, które, oprócz binokli, noszą jeszcze na obliczach swych długie, śpiczaste bokobrody. Wprawdzie, w dość gęsto po mieście rozstawionych budkach z sodową wodą, czarowne Fryny w loczkach i kokardach świegotliwe rozhowory toczą z niezbędnymi, na każdem miejscu obecnymi, oficerami i urzędnikami w binoklach. Wesoło jest lafiryndom, Frynom, brzęczącym ostrogom, binoklom i śpiczastym bokobrodom; ale, ktokolwiek niema szczęścia należeć do żadnej z powyższych grup społecznych, ten, w miejscu tem i w tej porze, czuje w piersi swej wysuszający powiew pustyni, a w głowie jego, jak w źródłach pewnych kwiaty, myśl zamienia się w kamień.
W takiej-to chwili dnia letniego, szła przez ulice miasta para ludzi, widocznie małżeńską parą będąca. Kobieta, skromnie lecz dostatnio ubrana i dość młoda jeszcze, nie była ani piękną, ani brzydką. Przysadzista nieco i ciężka, cięższą jeszcze wyglądała w zanadto trochę wyfalbanowanej i niezupełnie zgrabnie do mody przystosowanej sukni. Na kapeluszu jej było też za dużo ponsowych kwiatów, i brosza, spinająca czarny jej szal, była także za dużą i zanadto fałszywym kamieniem błyszczącą. Wszystko to przecież dowodzić mogło tylko małomieszczańskiej próżności, chcącej wyrównać strojem tej lub owej sąsiadce, czy znajomej; bo co się tycze zalotności, lub chęci popisywania się z czemkolwiek, tych nie było ani śladu w kobiecie tej, której błękitne, bardzo ładne oczy patrzały poczciwie i łagodnie, a policzki, widoczną skłonność do utycia okazujące, lecz gładkie i świeże, pokryte były silnym rumieńcem zmęczenia. Zmęczoną była, niemniej wesołą, i co chwila towarzyszącemu jej mężczyźnie coś ze śmiechem pokazywała. Śmiech jej świeży był i szczery, uwagom, które mu towarzyszyły, nie brakło trafności i rozsądku.
- Patrz, Jasiu! czy widzisz, Jasiu?
Ale Jaś wyglądał tak zupełnie, jak gdyby nic na niebie i ziemi pocieszyć go nie mogło. Szczupły, zgrabny, trzydzieści parę lat mieć mogący, zgrabnie i dość wytwornie ubrany, był on zapewne w chwilach zwykłych bardzo przystojnym. W tej chwili przecież twarz mu oszpecał wyraz niezwykłego, pognębiającego złego humoru. Było to połączenie smutku, nudy i rozjątrzenia. Przez ulice miasta ciągnął się, jak niewolnik po więziennem podwórzu. Spójrzawszy na jaskrawą, nużącą wzrok, facyatę kościoła, niecierpliwie zamrugał powiekami i wlepił oczy w ziemię; tuż koło uszu swych usłyszawszy wrzask dwojga żydziąt, ciągających się wzajemnie za rude włosy, skrzywił się okropnie. Usta jego układały się pod rudawym wąsikiem w wyraz taki, jakby przełykał coś niesmacznego, a śmiechy i swobodne gawędzenie żony sprawiały na nim wrażenie wiejącego wiatru. Po prostu, nie słuchał ich wcale. Widocznie kobieta spostrzegała ten zły humor i to posępne zamyślenie męża, bo od chwili do chwili rzucała na niego przelotne wejrzenie, a błękitne, błyszczące jej oczy, mąciły się i przygasały. Lecz, spostrzegając, udawała, że nie widzi nic i, zamiast zarzucać go natrętnemi pytaniami, rozmową swą rozerwać, czy rozweselić, go usiłowała.
- Patrz, Jasiu! patrz! - zawołała znowu i stanęła.
Tymczasem i on patrzał także, a nawet wzrok jego rozjaśnił się i ożywił znacznie. Widoczek, który zwrócił uwagę ich, nie przedstawiał nic osobliwego. Był tam nieduży kawałek przezroczystych zielonych sztachet, a za niemi, w głębi małego ogródka, szary dom z sześciu oknami i gankiem o dwu słupkach. Przez pootwierane naoścież okna domu widać było białe firanki, błyszczący samowar z imbrykiem i tylne poręcze sprzętów, w ogródku rosły dwa klony, z gęstemi i rozłożystemi gałęźmi, a na kilku klombach kwitły lewkonie, astry, bratki i wysmukłe sztamowe róże. W tej chwili właśnie, młoda służąca, bosa i z rozczochraną głową, i dorastająca panienka, w różowym perkalu, zajęte były w ogródku polewaniem kwiatów, a siwy jegomość jakiś, na ganku siedzący, z ogromnemi okularami na nosie, wczytywał się pilnie w grubą książkę, w której, po tęczowych jej brzegach, zdala poznać można było zbiór ustaw prawnych.
Czy podobna, aby tak niezmiernie skromny widoczek mógł kogokolwiek zachwycić i przykuć do miejsca. Widocznie jest to możliwem, bo przebywająca miasto małżeńska para stała przed zielonemi sztachetami, jak przykuta do miejsca, i w zachwycenie wprawiona kobieta, nietylko wytrzeszczyła szeroko swoje ładne oczy, ale nawet otworzyła nieco usta i we wpół rzewnym, a wpół gapiowatym uśmiechu ukazywała z za warg ponsowych białe, zdrowe zęby. Fizyognomia mężczyzny była wprawdzie tego rodzaju, że wyraz gapiowatego podziwu powstać na niej nie mógł. W zamian, zagasłe przed chwilą, oczy jego błysnęły, a myślące czoło wypogodziło się pod wpływem uczuwanej przyjemności.
- Mój Boże! - szeptała kobieta - jakie śliczne kwiaty!
- I te klony... takie cieniste! - powtórzył mężczyzna, i wnet dodał: - Helka przystojnieje i ładniejszą jeszcze będzie od panny Józefy.
Stosowało się to widocznie do podlotka w różowej sukni.
- Jaki tam miły chłód być musi! Patrz, Jasiu, toż-to już tam, pod drzewami, szarzeje prawie, a na ulicy jeszcze taka spieka.
Z blaszanych polewaczek, kołyszących się w rękach służącej i podlotka, strumienie kroplistej wody ze szmerem lały się na kwiaty, buchające silną wonią. Mężczyzna, z rozkoszą widoczną, woń tę wciągał w piersi; kobieta, splatając ręce, szepnęła:
- Mój Boże! Żeby to nasza Jańcia mogła po dniach całych bawić się w takim ogródku! Jakby to jej zdrowo było!
- Chciał-bym przywitać się z tą milutką Helką, ale mnie zaraz nieznośny ten Skiwski przytrzyma... Nudny gaduła, i w dodatku... niekoniecznie uczciwy człowek. Już to pannie Józefie i Helci powinszować takiego stryja...
- To też Józia wkrótce już wyjdzie i siostrę zabierze...
Siwy jegomość zdjął okulary i podniósł głowę z nad książki; panienka w różowym perkalu, cienkim głosikiem szczebiocąc coś do rozczochranej sługi, z polewaczką swą zbliżała się ku sztachetom. Niegrzecznie było-by stać tam dłużej, i do cudzych kątów zaglądać. Odeszli. Chodnikiem wązkim i ostremi kamykami, jak ćwiekami, najeżonym, postępując, a o pobielany parkan jakiś, który białe ślady na odzieniu ich zostawiał, ocierając się, kobieta rzekła:
- Wiesz co, Jasiu? Józia mówiła mi, że Skiwski najdalej za lat parę dom swój sprzeda i przeniesie się na mieszkanie do syna... Po co staremu kłopot ten? Cóż ty, Jasiu, na to?
Zapytany z niecierpliwością pewną odpowiedział:
- A cóż ja na to? co mnie do tego?
- Jakto: co ci do tego? nieraz już przecież mówiliśmy z sobą o tem, jakby to było dobrze dom ten z tym ogródkiem kupić!
- Niewiedzieć za jakie pieniądze! - gniewnie już prawie rzucił mężczyzna.
- Jakto: za jakie? Za te, które sobie zbierzemy. Mamy już przecież około dwóch tysięcy, a słyszałam, że Skiwski sprzedał-by dom swój za sześć.
- Bagatela! niewielka różnica!
- Wielka, to wielka, ale, da Bóg, nie poumieramy ani jutro, ani po jutrze... pomału, pomału, zbierze się...
- Póki słońce wzejdzie, rosa oczy wyje! - sarknął mężczyzna, a potem, uchylając nieco czapki i pot z czoła ocierając, szydersko dodał: - Jakie-to są wielkie, wygórowane marzenia! Dom własny z pięciu klatkami, dwa drzewa i trochę kwiatów. Żeby tylko w zimie nie marznąć w wilgotnych murach, a w lecie nie schnąć na bruku... Ot! A jednak i to za wiele! i na to czekać trzeba, aby może nie doczekać się nigdy! Psie życie!
Powietrze stawało się coraz gęstszem i duszniejszem. Najlżejszego znikąd powiewu wiatru, a tylko w zaułku z wysokiemi domami, w który właśnie weszli, smrody kuchenne, wychodzące z suteren, i opadające w dół czarne dymy kominów.
Poprostu oddychanie stało się pracą. Kobieta, ocierając także pot z czoła i twarzy i ciężko dysząc - wesoło jednak mówiła:
- Cóż robić? Jasieczku! trzeba czekać! młodzi jesteśmy. Jańcia mała... o, Boże mój! jakże gorąco! Chwała Bogu, to już blizko do domu...
- A w domu co? - ironicznie zapytał Jaś.
- Jakto: co? A herbata!... - naiwnie zawołała kobieta, lecz, rzuciwszy spójrzenie na twarz męża, do najwyższego już stopnia sposępniałą, dodała: - Zawsze tam jednak chłodniej trochę.... odpoczniesz... i Jańcię Józia do domu już odprowadzić musiała...
Nakoniec znaleźli się przed bramą tego domu. Była to duża kamienica, której ściana, trochę brudna i trochę z tynku odarta, wznosiła się nad zaułkiem. Mirewiczowie weszli do mieszkania, którego okna wychodziły z jednej strony na zaułek, z drugiej na dziedziniec z oficynami i stajniami, ciasny, brudny, napełniony stosami opałowego drzewa i belek, na których, ze skrzypieniem i wrzaskiem, kołysały się roje żydowskich dzieci. Mieszkanie składało się z czterech pokoi, z których największy, jadalnią będący, wesoło wnet błysnął światłem lampy, wiszącej u sufitu nad stołem, przykrytym ceratą i krzesłami ostawionym. Drugą lampę Mirewicz zapalił w pracowni swej, na biurku, napełnionem papierami i książkami. Oba oświetlone pokoje urządzone były skromnie, lecz dość wygodnie, i panowała w nich czystość nieskazitelna. Zapaliwszy lampę, Mirewicz ze stukiem zamknął okno, przez które wchodziło z dziedzińca duszne i cuchnące powietrze i, rzucając się na stojący u ściany szezląg, mówił znowu:
- Psie życie!
Potem, czoło na dłoni oparłszy, pogrążył się w zamyśleniu. Mirewiczowa za to nie zamyślała się ani na chwilę. Kędyś, za jadalnią, w kuchni zapewne, słychać było głos jej dźwięczny i donośny:
- Nie zagotował się samowar? jeszcze nie zagotował się? A, moja Kasiu! jak-że można było nie nastawić go wcześniej? pewnieś do ogrodu na muzykę latała?
- Jak Boga kocham, proszę pani...
- No, nie przysięgaj tylko! ot, dmuchaj lepiej! mocniej! poczekaj! ja sama podmucham!
- Już gotuje się, proszę pani. Para! o, para już idzie!
Rozległ się stuk gdzieś z boku roztwierających się drzwi, i Kasia, wedle panującej mody miejscowej, rozczochrana i bosa, wpadła do jadalni z błyszczącym i parą buchającym samowarem. Za nią Mirewiczowa, w sukni osłoniętej naprędce półciennym fartuchem, niosła koszyk z bułkami, masielnicą i kilka talerzy.
- A sztukamięsa odegrzana? Żywo, Kasiu, idź-że ją odegrzewać! O Boże, mój Boże! A Jańci jak niema, tak niema! Już-by ją Józia dawno odprowadzić była powinna!
Posępnie zamyślony, Mirewicz usłyszał nagle obok siebie, na nutę płaczu nastrojony, głos żony:
- Jasiu! mój Jasiu! Wyobraź sobie, że Józia dotąd jeszcze Jańci nie odprowadziła...
Z przykrością przerwał bieg swych myśli.
- I cóż ztąd? Skoro poszła z panną Józefą, możesz być przecież o nią zupełnie spokojną. Wiesz sama, że panna Józefa jest uosobieniem powagi i rozsądku...
Ostatnie wyrazy wymówił ze złośliwym przekąsem. Dosłyszała to Mirewiczowa.
- Mój Jasiu, nie wiem, dlaczego od czasu jakiegoś zacząłeś nie lubić Józi... Wprzódy tak admirowałeś ją...
- At! - rzekł - admirowałem... inteligentniejszą jest i wykształceńszą od innych tutejszych kobiet, a więźniowi, zamkniętemu w ciemnicy, najmniejszy promyk światła wydaje się czemś nadzwyczajnem i prześlicznem...
Słowa te wywarły na Mirewiczową bardzo przykre wrażenie. Nie odpowiedziała nic, ale, przy biurku męża stojąc, z oczyma w papiery wlepionemi, zamyśliła się smutnie. On milczał także; w tem na dziedzińcu ozwał się turkot dorożki i, u samych drzwi mieszkania, głos kobiecy, dźwięcznie i imponująco brzmiący, u stróża domu zapewne zapytywał:
- Czy tu mieszka pan Jan Mirewicz?
- Jasiu! Jasiu! pewno jakaś nowa klientka, z interesami... ja tu niepotrzebna, ale przez drzwi popatrzę...
Ze słowami temi cofnęła się do ciemnego pokoju, a bosa i rozczochrana Kasia drzwi otwierała. Po krótkiej chwili, przybyła kobieta ukazała się w pracowni Mirewicza i, o Boże! jakim-że blaskiem zajaśniała na tle skromnych ścian tych, słabo oświetlonych, a oklejonych taniem obiciem w szafirowe kraty. Było to jakby niebieskie widzenie, zesłane na ziemię umyślnie po to, aby napoić rozkoszą znudzony i posępny wzrok Mirewicza. Wysoka, kształtna, jasna blondynka z silnemi rumieńcami na białej twarzy, ubraną była trochę fantastycznie, lecz bardzo uroczo, w jakieś jasne draperye, a fantastyczny kapelusik jej, na-pół kobiecy, na-pół męzki, zuchwale i wysoko podnosił się nad jej czołem, tak zarzuconem płowemi loczkami, że aż opadały jej one na oczy... jakie oczy! Ach! dumnie, śmiało i zarazem wabnie patrzały one na Mirewicza, gdy uśmiechającemi się ustami wymawiała:
- Nie poznajesz mnie, Jasiu?
Mirewicz, jakby oczom własnym nie wierząc, rzucił się na przód i znowu stanął.
- Paulinka Mirewiczówna! - zawołał.
- Paula Mirewicz! - poprawiła, i wyciągnęła ku niemu ręce, dość duże i niezupełnie klasycznych kształtów, ale duńskiemi, długiemi rękawiczkami, ociągnięte. Mirewicz pochwycił je i do ust swych poniósł.
- Jakto? ty, kuzynko, tutaj? zkąd? kiedy? dlaczego?
- Z daleka! w tej chwili! Przejazdem w dalekie strony! - zawołała, śmiejąc się i, rzuciwszy na stół wykwintny parasolik, na szezląg osunęła się, a raczej upadła, obie, ślicznie obóte nóżki, daleko przed siebie wyciągając, a zdjęty z głowy kapelusik rzucając na krzesło, na którem on, parę razy kulka przewróciwszy, znieruchomiał i zuchwale zjeżył się wysokiem swem skrzydłem.
- Słyszałam, że ożeniłeś się! zaznajom-że mnie z żoną swoją, bo przecież, dopóki u was mieszkać będę. Ale poczekaj, niech-że ci się przypatrzę! jak wyglądasz, czy bardzo zmieniłeś się? Z dziesięć lat już cię nie widziałam!
Zerwała się z szezlągu, i Mirewicza za ramiona pochwyciwszy, oglądać go zaczęła od stóp do głowy, niby wódz żołnierza, stającego do mustry. Ręce jej przyciskały mu ramiona, a śmiałe oczy ciekawie i bystro zatapiały się w jego twarzy. Mirewicz, zdziwiony i zachwycony, oblał się silnym rumieńcem; Paula wybuchnęła rubasznym trochę, ale serdecznym, śmiechem.
- Cha, cha, cha! - śmiała się - rumienisz się, jak staroświecka panienka! cha, cha, cha! Czy, ożeniwszy się, przemieniłeś się w mniszkę? Otóż to! teraz mężczyzni przemieniają się w kobiety, a kobiety w mężczyzn. Rumienienie się, mój drogi, jest dowodem zbytniej wraźliwości naszych nerwów... Ale wy tutaj ciemni pewno jesteście, jak w rogu, i nie śledzicie rozwijania się idei czasu...
Trzymając ręce jej w swoich i patrząc w jej oczy, Mirewicz, na-pół seryo, na-pół żartobliwie, mówił:
- Ależ owszem, śledzimy... śledzim... ja przynajmniej, bardzo śledzę... w tej chwili jednak wiem, czuję i rozumiem to tylko, że jesteś śliczna!
Z gniewem niby wyrwała ręce z jego dłoni, i znowu na szezląg upadła.
- Cóż to? - zawołała - czy myślisz, że ja jestem taką kobietą, której komplementa mówić można? Wy nie możecie odwyknąć od waszych gąsek i kwoczek, żyjących cukierkami, któremi je karmicie... Ja, mój drogi, do innego już gatunku kobiet należę... Samodzielną jestem, od was, mężczyzn, niczego nie potrzebuję, ani chleba, ani cukierków... Jak poznasz mnie dobrze, przekonasz się, że są już na świecie kobiety, które pod każdym względem mają prawo stanąć na równi z wami...
Wątpić było niepodobna, że wszystko to mówiła szczerze i z głębokiem nawet przejęciem się. Szlachetna duma podniosła wysoko czoło jej, zarzucone płowemi loczkami, w oczach błysnął zapał, usta okrążył wyraz poważnego zamyślenia. Mirewicz spoważniał także, a na wyrazistej twarzy jego odmalowała się głęboka radość. Wziął jej rękę i z poważnem rozrzewnieniem rzekł:
- Widzę, Paulo, że jesteś kobietą niepospolitą. Jakież to szczęście dla mnie, żeś tu przyjechała! Na pustyni tej będziemy razem, choćby przez czas jakiś, pracować, myśleć... będziemy sobie nawzajem dopomagać w znoszeniu ciężkiego życia...
Ze zdziwieniem na niego spojrzała.
- Ciężkiego? a dleczegoż ma być ono ciężkiem?
Uśmiechnął się gorzko.
- Są ludzie, którym okoliczności tak się złożyły...
- Chyba głupi! - rzuciła krótko, i wstała z szezląga.
- Człowiek, mój drogi, na to jest stworzony, aby być szczęśliwym... czy nie czytałeś, co o tem napisał...
Tu zacytowała nazwisko jednego z najgłośniejszych myślicieli, i tytuł jednego z najpoważniejszych i najtrudniejszych do zgłębienia dzieł spółczesnych.
- Jakto? ty czytujesz takie rzeczy? - z uradowaniem zawołał Mirewicz.
- Jeszcze-by nie! ja tylko tem żyję...
- Co za szczęście! i ja tyle tylko mam zadowolenia, ile go znajdę w takich książkach... Ale wyobraź sobie, że tutaj o niczem podobnem z nikim nigdy pomówić nawet nie mogę...
- To pocóż tu mieszkasz?
- Muszę.
Zaśmiała się.
- Ja tego słowa nie rozumiem.
Gdy tak rozmawiali, coraz większą przyjemność w rozmowie swej znajdując, w ciemnościach, zalegających pokój bawialny, dwa głosy szeptały także:
- Proszę pani, samowar ostygnie...
- Idź-że ztąd, Kasiu... cicho bądź...
- Sztukamięsa ostygła już zupełnie...
- Daj-że mi pokój... kiedy ci mówię, żebyś sobie ztąd szła...
- Czy ta pani, proszę pani, zostanie na herbacie?...
- Ach, zapomniałam! No, dobrze, żeś mi przypomniała... Zbiegaj co tchu do cukierni, tej najbliższej, po ciastka... Za dwa złote, ot masz... Powiedz tylko, żeby dał świeżych, a wracając, do sklepiku zabiegnij i pół funta świeżego masła... Nie pamiętasz, czy w szafie jest jeszcze szynka?
Słychać było tentent, biegnących przez ciemną bawialnią, bosych stóp Kasi, a Mirewiczowa weszła do pracowni męża. Gdyby ktokolwiek w tej chwili uważnie na tę kobietę spójrzał, dostrzegł-by, że, aby zadysponować ciastka, masło i szynkę do herbaty, użyć ona musiała znacznego wysiłku woli. Smutnie i trwożnie wzruszoną była. Słyszała rozmowę męża z przybyłą kobietą, przez wpół-otwarte drzwi przypatrzyła się wszystkim jej świetnościom; twarz jej bledszą była znacznie, niż przed godziną, i ręce drżały trochę.
- Żona moja, Anna; krewna, Paulina Mirewiczówna...
- Paula Mirewicz. Bardzo mi przyjemnie panią poznać!
Jak na kobietę niepospolitą, słowa te były niezmiernie pospolitemi. Niemniej Anna podniosła na nią oczy, takiego wyrazu pełne, jakby spójrzeniem tem, na-pół uprzejmem, na-pół nieśmiałem i proszącem, powiedzieć chciała: - "Ty elegancka i mądra, nie gnęb bardzo mnie, prostej i głupiej kobiety!" Gnębić jej, w tej chwili przynajmniej, Paula nie miała zamiaru, ale też, w najmniejszej mierze, chęci zabrania z nią bliższej znajomości nie okazała. Jednem wejrzeniem orzuciwszy twarz wcale niebrzydką, lecz żadnemi loczkami nie przyozdobioną, kibić przyciężką i tak bardzo do jej, pełnej także, lecz kształtnej, kibici niepodobną, fartuch, osłaniający zbyt wyfalbanowaną suknią, i broszę, wyglądającą z pod brody nakształt żółtego plastra, tak bardzo niepodobne do tych draperyi, które z grecka jakoś odkrywały znaczną część alabastrowej szyi jej i utoczonych ramion, - jednem wejrzeniem orzuciwszy tę pospolitą postać, zwróciła się znowu do Mirewicza i, w dalszym ciągu przerwanej rozmowy, cytowała dosłownie jakiś ustęp z jakiejś uczonej książki.
- Proszę na herbatę! - z cicha ozwała się Mirewiczowa.
Był to dość długo głos, wołający na puszczy; gdy jednak Mirewicz dosłyszał go nakoniec, i sam krewnej swej wezwanie to powtórzył, przechodząc przez mały przedpokój, pracownią z jadalnią dzielący, znaleźli się wszyscy troje w niemałym kłopocie, z przeciśnięciem się pomiędzy trzema kuframi znakomitych rozmiarów. Na jeden z nich, największy, wskakując, Paula rzekła:
- Oto są moje książki, moje drogie, najlepsze przyjaciółki, które wszędzie wożę z sobą, z któremi nie rozstaję się nigdy.
Z rozmiarów kufra wnosząc, woziła ona z sobą zawsze wcale sporą biblioteczkę. Mirewicz cieszył się coraz bardziej i, całkiem już rozradowany, zasiadł przy stole, nad którym paliła się lampa, a na którym stały, w najładniejszej, jaka tylko być może, symetryi: koszyk z bułkami, ciastka francuzkie, sztuka mięsa odgrzewana i szynka, pokrajana w cienkie plasterki. Rzuciwszy okiem po wszystkich przedmiotach tych, Mirewicz zachmurzył się znowu. Niespokojnie patrzał na krewną swą, badając zapewne wrażenie, wywierane na nią przez tak nieestetyczne otoczenie, w jakiem znalazła się jego znajoma. Paula, powoli ściągała z rąk duńskie swe rękawiczki i, zajęta niby rozpinaniem długiego rzędu ich guzików, z pod spuszczonych powiek ciekawie na wszystko spozierała. Na domiar biedy, Anna własnoręcznie i przy tym-że samym stole przekładała z otłuszczonego papieru do masielnicy, tylko co przyniesione, świeże masło. Czyniła to wprawdzie żwawo i wprawnie.
Mirewicz spostrzegł na ustach Pauli przelotny uśmiech, i co prędzej ujemne wrażenie, które trywialność Anny wywrzeć na nią musiała, zmodyfikować usiłował zawiązaniem nanowo przerwanej rozmowy. Zaledwie przecież zamienili się kilku zdaniami, w kuchni, tuż obok jadalni znajdującej się, zadzwonił głosik dziecinny, a usłyszawszy go, Anna, zapominając o maśle i gościu, rzuciła się ku drzwiom, w których też jednocześnie ukazała się ładna, dwudziesto-paroletnia panna, za rękę prowadząca cztero-letnią, do najwyższego stopnia rozweseloną i odszczebiotaną, dziewczynkę.
- No, Andziu! - z kuchni jeszcze wołać zaczęła ładna panna - oddaję ci skarb twój w całości! Niespokojną już być musiałaś... Mniejsza o to! My bawiłyśmy się wybornie... byłyśmy w ogrodzie, słuchałyśmy muzyki, potem zaszłyśmy do Helki, która nam dałą trochę kwiatków... potem...
Spostrzegłszy obecność w pokoju nieznanej sobie kobiety, przestała mówić i mała Jańcia, w wyciągniętej ku matce rączce, trzymając pęk kwiatów od Helci otrzymanych, umilkła.
- Przyjaciółka żony mojej, panna Józefa Skiwska; krewna moja, Paulina... przepraszam cię kuzynko, Pola Mirewiczówna!
- Paula Mirewicz! bardzo mi przyjemnie poznać panią.
Ładna brunetka, z delikatnym owalem twarzy, blada i trochę mizerna, lecz bardzo zgrabna w obcisłym staniku skromnej ciemnej sukni, uprzejmnie skłoniła się przed nieznajomą, spójrzała na nią wielkiemi, poważnemi, pełnemi przytłumionego ognia oczyma i, usiadłszy przy stole, wnet gospodynią domu częstowaniem gościa zajętą, w pojeniu i karmieniu małej Jańci wyręczać zaczęła. Gospodyni domu, zdomu, zdobywając się na smiałość, bardzo serdecznie i może aż nadto natarczywie częstowała Paulę, sunąc przed nią wszystko, co tylko znajdowało się na stole, dygając, zapraszając, przepraszając... Paula też zajadała. Spore porcye mięsa i ciast, przez Annę jej na talerz kładzione, znikały w mgnieniu oka. Monumentalny apetyt taki znamionował organizm niepospolicie energiczny, a którego energii i zdrowia nic dotąd nie wyczerpało i nawet nie nadwerężyło. Jedzenie przecież nie przeszkadzało mówieniu. Mówiła o tem, że ośm lat przebyła w wewnętrznych guberniach państwa, gdzie naprzód nauczycielką po domach obywatelskich i kupieckich bywała, a potem, w jednem z miast dużych, zajmowała się udzielaniem prywatnych lekcyi. Wybornie znając trzy cudzoziemskie języki i muzykę, dochody miała bardzo znaczne, ale sprzykrzyło się jej bakałarzenie i powzięła inne całkiem zamiary. Teraz, kiedy dojrzała zupełnie i własne siły swe wypróbowała, wie, że straciła wiele drogiego czasu. Teraz cele jej inne są... wyższe... Mówiąc, zwracała się wyłącznie prawie do Jana, od czasu do czasu tylko przemawiała do Józefy, której myślące oczy i spokojne ruchy wydać się jej musiały więcej obiecującemi, niż poczciwa, lecz całkiem gospodarska, powierzchowność Anny. Kiedy mówiła o dojrzałości swej, Mirewicz ukradkiem, lecz bacznie i ciekawie, popatrzał na nią. Wiedział on dobrze, że, gdy kraj opuszczała, miała już dobrych lat dwadzieścia parę... ośm lat była tam... rachunek prosty, trzydziestka w pełni, albo i z górą. Lecz chyba go pamięć zawodzi! Kobieta, przed nim siedząca, jest po prostu młodziutką. Białe światło lampy, wprost na nią padające, oświeca twarz dwudziestoletnią, tem więcej uroczą, że z młodziutkiemi jej wdziękami łączą się uroki niepospolitego umysłu i płynnej wymowy. Uwagi te we wnętrzu swojem snując, Mirewicz mimo woli prawie wymówił:
- Co to jednak praca umysłowa! jak ona podtrzymuje ludzkie zdrowie i siły! Wyglądasz, kuzynko, na lat dziewiętnaście... dwadzieścia!...
Zaśmiała się wesoło.
- Ty najlepiej wiesz, Jasiu, że mam daleko więcej, ale istotnie praca umysłowa... Dzięki jej, jestem zdrowa, silna i pełna tego wewnętrznego zadowolenia, które tak zbawiennie wpływa na nasz organizm.
Po delikatnych, bladawych wargach panny Józefy, przemknął zaledwie dostrzegalny uśmieszek.
Rzecz dziwna! Dwudziestoparoletnia dziewczyna ta, o pięknie zarysowanem, lecz bladem czole i kruczych włosach, z prostotą na tył głowy w jeden splot zebranych, wyglądała cokolwiek starzej od trzydziestoletniej z górą Pauli... Być może, iż nie zajmowała się ona pracą umysłową, albo przynajmniej nie zajmowała się tym jej rodzajem, który organizmy, kobiece szczególniej, w tak pięknej świeżości i młodości utrzymywać umie...
- Ale powiedz-że mi, kuzynko, jakiemi są te cele twoje, o których mówisz? Pałam ciekawością...
Spuściła powieki i z powagą odrzekła:
- Gdybym to państwu powiedziała, wzięlibyście mię za zarozumiałą, zbyt zuchwałą, a może i potępilibyście mnie całkiem, bo tu, w zakącie, rzeczy takie uchodzą jeszcze zapewne za grzech, albo i występek...
I z wpół gorzkim, wpół szyderskim uśmiechem dokończyła.
- O, wierz mi, Jasiu, że w naszych jeszcze czasach, rola pionierki, usuwającej z drogi postępu ciernie i chwasty, łatwą i błogą nie jest wcale... Kobieta, będąca przedstawicielką uswobodnienia płci swojej z pod wiekowego jarzma, przenieść musi mnóztwo bólów, zawodów i walczyć ciężko z przesądami głupiego motłochu...
- Wielka prawda! - z przejęciem się zawołał Jan - ale jakże piękną jest rola tych, które, tyle przenosząc, nie przestają pracować dla najsłuszniejszej pod słońcem sprawy!
I w twarzy kuzynki-pionierki zatopił wzrok, uwielbienia pełen.
- To prawda - żywo też i z silnym, ciemnym błyskiem w źrenicach, ozwała się panna Józefa - ja tylko sądzę, że skoro na drodze pracujących kobiet wiele znajduje się ciężkich walk i trudów, to zdanie państwa o owej odmładzającej i wzmacniającej właściwości pracy kobiecej, zostaje z tą smutną realnością w sprzeczności zupełnej.
Mówiąc to, na Paulę i z kolei na Mirewicza patrzała, a wzrok jej był także śmiałym, ale w tej chwili trochę ironicznym. Paula, ze zdziwieniem widocznem na nią spójrzała.
- Pani więc jesteś także... - zaczęła.
Chciała zapewne pytać, czy panna Józefa jest także pionerką, lecz ta z wesołym już uśmiechem przerwała.
- Jestem nauczycielką, wychowuję młodszą siostrę i upewniam panią, że z jednem i drugiem to jest z własnem nauczycielstwem i z uczeniem się siostry, mam nieskończenie wiele kłopotów!
Nadzwyczaj prozaiczna odpowiedź ta zmroziła Paulę.
- Tak... zapewne... - zaczęła - skoro się ma na widoku tylko chleb powszedni... a jest się jeszcze skrępowanym różnemi przesądami...
Mirewicz wstał od stołu. Odezwanie się panny Józefy sprawiło mu przykrość widoczną, coś nakształt urazy i lekceważenia, malowało się na twarzy jego, gdy na nią patrzał.
- Przejdźmy do bawialnego pokoju, kuzynko.
Od kwadransa już Anna, która w toczącej się przy stole rozmowie, żadnego nie przyjmując udziału, po częstowaniu i zapraszaniu gościa, aby jadł, pomyślała o oświetleniu na cześć jego skromnej bawialni: nie wielki to był pokój, sztywny i nagi. Gospodarskie życie domu skupiało się w jadalni i kuchni, umysłowe w pracowni Mirewicza. W bawialnym pokoju nikt nie żył nigdy. Zgrabne mahoniowe mebelki, w niewielkiej ilości i sztywnemi rzędami otaczały ściany, przed kanapą, na stole, okrytym dość kosztowną nawet serwetą, nie było nic, prócz palącej się sporej lampy. Lampa i dwie jeszcze świece w wysokich lichtarzach, oświetlały ściany białe, zimne, przyozdobione kilku zaledwie sztychami. Od dwu okien, na zaułek wychodzących, wiał zapach paru kwitnących roślin. Wchodząc do pokoju tego, Paula obejrzała się dokoła i, splatając dłonie, zawołała:
- Jasiu! Jasiu! jak ty tutaj, w otoczeniu takiem żyć możesz?
Gest jej był tak serdeczny i przyjacielski, na twarzy malowało się tak szczere i tak gorące współczucie, że Mirewicz uczuł się głęboko wzruszonym. Wziął w swoje obie jej ręce, posadził ją na jednym z wysokich fotelów, które stół otaczały, a na drugim, tuż przy niej, usiadł sam. Trzymając wciąż rękę jej i w twarz jej patrząc, z cicha wymówił:
- Nakoniec znalazłem kogoś, kto mię zrozumie!...
- Tak, Jasiu, zrozumiem cię z pewnością. Wszak znamy się od dzieciństwa i zawsze mieliśmy do siebie sympatyą. Byłeś zawsze bardzo dobrym dla mnie, a ja zawsze widziałam w tobie tę inteligencyą, te zdolności...
- One-to, właśnie, czynią mnie teraz bardzo nieszczęśliwym. Posiadam żądzę wiedzy, poczucie piękna, popęd do zajmowania się szerokiemi sprawami, a żyję wciąż wśród głupiego, brzydkiego, ciasnego otoczenia. Praca na chleb sucha i nudna, i czytania samotne, o których z nikim nawet pomówić tu nie mogę, oto jest całe istnienie moje... Gorzko i ciężko czuję niezadowolone potrzeby umysłu mego, smaku i... nawet serca!
Łzy stanęły mu w oczach. Paula z wilgotnemi też oczyma, otarła je z lekka cieniutką chusteczką. Pochwycił, pocieszając rękę tę, i gorąco ucałował.
- O, dawno! dawno już nie doświadczałem rozkoszy takiej! - Westchnął - mieć przy sobie taką istotę, jak ty, Paulo, widzieć współczucie jej, trzymać przy ustach tę śliczną rączkę...
Rączka oderwała się od ust jego, lecz w zamian, pieszczotliwie, siostrzano, przesuwała się mu po czole i włosach.
- Dlaczegoż to nie emancypujesz się, Jasiu? - szeptały drżące od wzruszenia, ponsowe usta - człowiek powinien walczyć o swoje szczęście i nie zrzekać się go nigdy... nigdy... Zrzekanie się szczęścia swego, dla jakichkolwiek przyczyn, jest samobójstwem... Bądź energicznym, odważnym, Jasiu i emancypuj się! Emancypuj się koniecznie, mój biedny Jasiu!
Byli sami zupełnie; mogli swobodnie i bez przeszkody, zwierzać się i pocieszać wzajem. Pracownia i przedpokój rozdzielały małą bawialnią z jadalnym pokojem, gdzie na stojącej w cieniu kanapie, siedziały dwie kobiety, z których jedna, trzymała na kolanach, śpiącą już małą dziewczynkę. Panna Józefa była już na wylocie, bo krucze włosy swe przykryła ciemnym kapeluszem i na ręce naciągała czarne rękawiczki.
- Czego ty dziś tak smutna, Anulku?
Smutna i zamyślona istotnie, Anna wstrząsnęła głową.
- Cóż chcesz? - rzekła - albo to wesoło słyszeć zawsze, że on nieszczęśliwym się czuje? Alboż to przyjemnie, kiedy on zejdzie się z kimś podobnym do siebie, nie módz do ich rozmowy słowa żadnego wścibić? Oj! moja Józiu! gorzka to bieda, kiedy żona głupszą jest od męża...
- No, no! przesadzasz-to, Andziu, przesadzasz! - wesoło uśmiechając się, pocieszała panna Józefa - ani ty nie jesteś idyotką, ani twój mąż nie jest geniuszem...
- Już to, co do tego - z żywością przerwała Anna - to już wybacz, ale ja sama wiem i uznaję, że on jest bardzo rozumny, uczony i że ja nie jestem stosowną dla niego parą... Ale ty, Józiu, uprzedziłaś się do niego, i od jakiegoś czasu, uważam, że unikasz go nawet... Szkoda! bo towarzystwo twoje sprawiało mu wielką przyjemność... tyś także wykształcona! Coś musiało zajść pomiędzy wami, ale co-by to takiego było, domyśleć się nie mogę.
Bladą twarz bladej panny oblał nagle krwisty rumieniec.
- Ależ, proszę cię, Andziu, nie łam sobie nad tem głowy, i nie domyślaj się niczego! Nic wcale między nami nie zaszło. Ot, ja poprostu na rozmowy z twoim mężem czasu nie mam. Wiesz dobrze, że mam siedm godzin lekcyi dziennie, a oprócz tego, przygotowuję Helkę do zdania egzaminu w gimnazyum onwilskiem...
- Wyjedziecie więc napewno?
- O! najpewniej! Dłużej przebywać w domu stryja, było-by gubić przyszłość Helki...
Anna przyjaźnie kibić jej objęła.
- Moja ty biedna Józiu! Ależ ty zapracowujesz się, zdrowie tracisz, a wszystko tylko dla Helki i dla Helki!
Zaśmiała się.
- Cóż chcesz? - odpowiedziała wesoło - przysłowie mówi, że każdy człowiek ma swego konika, na którym jeździ. Moim konikiem jest to, aby nie dać zmarnować się zdolnościom siostry, i wykierować ją na pracującą, niezależną, o ile to być może, szczęśliwą kobietę. W Onwilu będzie ona mogła brać lekcye prywatne od nauczycieli daleko lepszych, niż tutejsi, a sama też uczyć się jeszcze tego i owego będę, a potem...
Wstała, i ciemne, ogniste jej oczy, z marzącym wyrazem, tkwiły w przestrzeni. Prędko jednak obudziła się z zamyślenia i rękę do Anny wyciągnęła.
- Bądź zdrowa! dobranoc! na przyszłą niedzielę znowu do ciebie przybiegnę... Jak Jańcia smaczno zasnęła!... Helka moja gdzieś nad książkami siedzi, i pewno tam beze mnie biedzi się z jakąś trudnością... Dobranoc!
Wybiegła. Anna wstała z kanapki, i z wolna przeszedłszy przedpokój, w pracowni męża stanęła w niepewnej i wahającej się postawie. Czy wejść do bawialni, czy nie wejść? Grzeczność względem gościa nakazywała wejść, ale znowu przeszkodzić im może rozmawiać i on niezadowolonym z niej będzie?... Oni tam z takiem ożywieniem i tak wesoło rozmawiają.
- Kuzynko! Paulo! droga! śliczna! powiedz-że mi nakoniec, jakie to są te twoje wysokie cele...
- Otóż nie powiem teraz... Dowiesz się o tem, gdy będę ztąd wyjeżdżać...
- Wyjeżdżać! Ale ty chyba nie prędko, bardzo nie prędko wyjedziesz...
- Owszem, za dni parę najdalej... jadę do mojej matki, która jest bardzo słabą i pisała do mnie, abym przyjeżdżała natychmiast, bo kto wie, czy długo jeszcze żyć będzie!
- Biedna ciotka!
- Biedna mama!
W głosie Pauli, gdy wymawiała dwa te wyrazy, zadźwięczało wzruszenie... Stojąca w przyległym pokoju Anna, szepnęła:
- Ot, poczciwa! Kocha matkę swoję! A tak mi się jakoś nie podobała!
- Ale ty tam długo nie będziesz?
- Naturalnie; za tydzień albo dwa tygodnie, wrócę, i zaraz już, pożegnawszy się z tobą... w świat... w świat... ku moim wielkim, kochanym celom...
- Jakim?
- Powiem ci to przed samym odjazdem.
Anna z lżejszem jakoś sercem pracownią męża opuściła, do bawialni już nie wchodząc.
- Dwa dni! niewielka rzecz! Potem pojedzie sobie... i matkę kocha!... Pamiętam, że Jaś opowiadał mi kiedyś o swojej ciotecznej ciotce, która córce jedynaczce świetne wychowanie dała... to ona! No, ale wdzięczna przynajmniej za to i kocha matkę!
Myśląc tak, podjęła w ramionach uśpioną Jańcię i do sypialnego pokoju ją poniosła. Dziewczynka obudziła się, i wpółsennym głosem dopominać się zaczęła o swoje kwiatki. Przy świetle nocnej lampki, którą zapaliła, Anna rozebrała dziecko, położyła je w czystą, ładnie wyhaftowaną, pościółkę, i tuż przy niej umieściła pęczek świeżych jeszcze kwiatów. Jańcia pochwyciła je mocno, ścisnęła w piąstce i wnet usnęła. Anna, do jadalni wróciwszy, i starannie pozamykawszy drzwi, aby turkot maszyny do szycia jak najmniej do bawialnego pokoju dochodził, szyć zaczęła. Szyła suknią jakąś, z umiejętnością widoczną, wprawnie i pilnie; chwilami jednak, ręka jej odpadała od korby, poruszającej koło maszyny, zamyśliła się smutnie jakoś i trwożnie. Coś ją widocznie w serce kłóło... Raz jednak uczyniła giest niedbały.
- At! - szepnęła - zkądże-by już tak, od razu?...
Potem jeszcze pomyślała głośno:
- Wprawdzie ona taka ładna, elegancka, mądra!
Nakoniec, po długiej chwili zamyślenia, z tryumfującym śmiechem szepnęła:
- Ale zawsze, co żona, to żona i... matka jego dziecka!...
I szyła znowu.
W tej samej chwili, w bawialni Mirewicz, trzymając w dłoniach swych rękę kuzynki, i patrząc jej w oczy, mówił z cicha:
- Dziwi mnie nieskończenie, Paulo, jakim sposobem ty, z pięknością swoją, ze swojem wykształceniem, z tą energią i niepodległością charakteru, który tak ślicznie łączy się w tobie z kobiecym wdziękiem, mogłaś dotąd nie wyjść za mąż...
Na-pół ze śmiechem, na-pół ze zdziwieniem, szeroko otworzyła oczy, które, jak dwa szafiry błyszczały z po-za przysłaniających je złotawych wisiorków.
- Ależ, mój Jasiu! Ja byłam przecież mężatką!
Podskoczył aż ze zdziwienia.
- Jakto! owdowiałaś, czy rozwiodłaś się? Powiedziałaś mi przecież panieńskie swoje nazwisko...
- Bom go wcale nie zmieniała.
- Więc jakże?
Szeroko wciąż otwartemi oczyma na niego patrząc, śmiać się zaczęła głośno, serdecznie. Prędko jednak uspokoiwszy ten wybuch wesołości, stała się nawet poważną.
- Wy tu tego nie znacie - zaczęła - ale ty, Jasiu, zrozumiesz... Poznaliśmy się, pokochali, i cóż? czy mieliśmy zaraz na wieki świat sobie zawiązywać? czy mieliśmy, jak owce Panurga, iść śladem całego stada? Zresztą on, gdyby i chciał, nie mógł-by, bo był z bogatej familii, która-by za nic mu nie pozwoliła... A ja, ja byłam dumną, że mogłam jawnie i otwarcie dać dowód niepodległości mojej, i stanąć wobec świata, jako przedstawicielka uswobodnienia kobiety z pod jarzma zwyczajów i przesądów... Szczęście nasze trwało dwa lata...
- A potem? - gorączkowo zapytał Jan.
- A potem - splatając ręce na sukni, odpowiedziała spokojnie - przestaliśmy podobać się sobie i rozeszliśmy się.
Jan, ze spuszczonymi oczyma, milczał i myślał. Z razu, jakoś mu się to nie zdawało... O wolnej miłości, o małżeństwach, tak zwanych na wiarę, słyszał, czytywał, ale z daleka to wygląda inaczej, z blizka inaczej, i była to może pozostałość dawnych, młodzieńczych jego marzeń, lub skutek wielkiej zakorzeniałości niektórych cech natury ludzkiej, ale wolałby, aby ta kobieta, która podobała mu się bardzo, w inny jakoś sposób na te rzeczy patrzała. Z zamyślenia wyrwał go miękki, rzewny szept Pauli:
- Z całej przeszłości tej, żałuję tylko mojej biednej Reginy-Wiktoryi...
- Jakiej Wiktoryi?
- Córeczki mojej!
Mirewicz podskoczył znowu na fotelu i, po długiej dopiero chwili, zdławionym głosem zapytał:
- A cóż się z nią stało?
- Umarła! na rękach moich umarła! - cichutko szepnęła Paula, i przyłożywszy chustkę do oczu, szczerze, rzewnie zapłakała.
Mirewicz wstał i szybkim, niespokojnym krokiem, kilka razy przebiegł przez pokój, potem, przed rozrzewnioną jeszcze, ale już wypogadzającą się, kuzynką swą stanął.
- Dzięki ci, Paulo, za zaufanie, które mi okazałaś. Prawość i otwartość twoję cenię wysoko. Tak, człowiek powinien jawnie i śmiało nieść odpowiedzialność za czyny i postępki swoje. Ty postępujesz wedle przekonań swych, odważną jesteś i szczerą. Jesteś, Paulo, kobietą niepospolitą.
Gorączkowo zarumieniony, Mirewicz pochylił się i z głęboką czcią rękę jej ucałował. Ona, uroczyście także, przycisnęła do czoła jego swe usta. Pocałunek ten, jakkolwiek uroczysty, do czci Mirewicza przymieszał kroplę uczucia innej natury. Obie ręce jej błagalnie ku sobie przyciągając, szepnął:
- Nie odjeżdżaj tak prędko!
- Zobaczę - odszepnęła - zobaczę, może...
I wnet żywo oglądając się dokoła, zawołała:
- Czuję, że mam strasznie podrażnione nerwy... chciała-bym zagrać... Ale tu fortepianu niema...
- Zagrać! ja tak tęsknie do dobrej muzyki, a ty musisz grać prześlicznie! Jutro będziesz miała fortepian! co za szczęście!
Wielkim był kłopot Anny, z umieszczeniem w szczupłem mieszkaniu wykwintnej kuzynki. Z pomocą jednak ustawionych w jadalni parawanów, zrobiło się to jakoś, a gdy nazajutrz herbatę ranną w bawialnym pokoju nalewała, to Paula, w skutek zapewne męczącej podróży, spała bardzo długo. Mirewicz w pracowni swej od wczesnego ranka przyjmował klientów, którzy do niego, jako do obrońcy prawnego, przybywali. Przez drzwi na-pół otwarte, przyjemnie brzmiący głos i płynna mowa jego, dochodziła uszu Anny, która też, około samowaru krzątając się, słuchała ich od chwili do chwili z dumą i rozkoszą. Zdawało się jej niepodobieństwem, aby istniał na świecie człowiek rozumniejszy i uczeńszy od Jasia. W gruncie rzeczy, Mirewicz posiadał istotny dar wymowy. Mówił jasno, płynnie i ozdobnie, ozdobniej nawet może, niż-by tego wymagali grubi i prości ludzie w siermięgach i kapotach, pracownią jego napełniający. Tłómacząc im ustawy prawne, wyjaśniając stosunki, dla których tak a nie inaczej doradzać im musi, wpadał niekiedy w oratorski zapał, używał wyrazów oderwanych, a spostrzegając, że od przedmiotu rozmowy odstąpił, wracał do niego wnet, lecz nie bez przykrości. Widocznem było, że myśl jego zrywała się do szerszego lotu, niż dozwalał na to zakres jego zajęć, że wiadomości, które posiadał, przewyższały potrzeby jego zawodu, że w głowie jego zebrało się dużo materyału umysłowego, z którym nie miał co zrobić. Dlatego praca, którą spełniał gorliwie, lecz wśród której ciągle zniżać się i powściągać musiał, nużyła go i niecierpliwiła; dlatego, po kilku godzinach jej, wszedł do bawialni z wyrazem złego humoru, w przygasłych oczach i na zmarszczonem czole. Nagle przecież, jakby czarodziejska różczka głowy jego dotknęła! Rozpogodził się i nawet rozpromienił. Przy stole, okrytym zastawą do herbaty, naprzeciw Anny, która w ciemnej sukni osłoniętej płóciennym fartuchem, śnieżną serwetką wycierała szklanki, siedziała Paula. Włosy miała uczesane, jak wczoraj, to jest, złocistemi wisiorami opadające na czoło i oczy, a kibić jej opływał fałdzisty, biały, w hafty zdobny peniuar, z pod którego wysuwała się nóżka sporych rozmiarów, lecz w ażurową pończoszkę i śliczny pantofelek ubrana. Kiedy Mirewicz, schylony przed nią, długi pocałunek na ręku jej składał, uczuł ulatującą z peniuaru woń fijołkowej, czy jakiejś innej perfumy. Obok kuzynki usiadłszy, długiem spójrzeniem ogarnął całą jej postać, a z wyrazu oczu jego poznać można było, że piękna kobieta, w białym peniuarze i białych pantofelkach, na ranną herbatę przychodząca, spełniała jedno z marzeń jego życia. Z marzeniem tem przecież łączyły się inne, które Paula spełniała także. Po kilku zamienionych słowach, odezwała się:
- Wiesz, Jasiu? Postanowiłam zabawić u was dłużej, niż myślałam... tydzień może jaki, lub dni dziesięć. Nie znam prawie Ongrodu, i muszę zapoznać się ze sposobem życia i myślenia tutejszych ludzi. Człowiek myślący nie powinien opuszczać żadnej sposobności studyowania przejawów społecznych.
- Zjawisk, kuzynko; błąd językowy, przez kuzynkę popełniony - żartobliwie poprawił Mirewicz, który sam mówił czysto i poprawnie. Niemniej, uczuł się podwójnie zachwyconym.
Umieć ubierać się i zarazem myśleć, nosić białe peniuary i studyować zjawiska społeczne, był to dla niego ideał kobiety, z którym, w skromnej i ciasnej sferze swych stosunków, nie spotkał się dotąd nigdy. Bardzo serdecznie dziękował kuzynce, że przedłużyła czas pobytu swego w jego domu, Anna zaś, która zmieszała się była i nawet jakby zbladła trochę, ozwała się nagle:
- Wczoraj był taki upał, a dziś deszcz pada!
Uwaga ta była zupełnie słuszna, ale tak bezpośrednio i niespodzianie po studyowaniu zjawisk społecznych nastąpiła, że po ustach Pauli przebiegł ironiczny uśmieszek, a Jan z niezadowoleniem brwi ściągnął. Oczom Anny, łagodnym i dobrodusznym, całkiem bystrości nie brakło. I uśmiech, i ściągnięcie brwi spostrzegła, a do reszty zmieszana, zająkliwie i plącząc wyrazy, mówić zaczęła o mieście, ulicach jego, mieszkańcach, domach. Skończyła na tem, że mieszkania z każdym rokiem drożeją, a potem, śmielej już i jaśniej, bo z głębokiem przejęciem się, powiedziała, że ubogich i nieszczęśliwych ludzi jest tu wiele... tak wiele! Dało to asumpt Pauli, do mówienia o ekonomii politycznej, o kwestyach pracy i kapitału, o stosunku robotników do fabrykantów na Zachodzie i Wschodzie i t. d. Mówiła płynnie i z ożywieniem, wykazywała bardzo znaczny zasób posiadanych wiadomości i niepospolite, w dodatku, wykształcenie filologiczne, bo do mowy swej wplatała dość gęsto wyrazy i frazesy, z trzech czy nawet czterech języków czerpane. Mirewicz nie wszystkie języki te znał, parę z nich jednak i jemu też zupełnie obcemi nie były, a o przedmiotach rozmowy czytywał wiele, znał się na nich wcale dobrze i zajmowały go one żywo. Mówił więc sam z zajęciem, i przyjemnością widoczną, a z widoczniejszem jeszcze upodobaniem słuchał, gdy Paula mówiła. W sposób ten godzina przeszło zleciała, jak mgnienie oka, i Mirewicz, wypadkiem dotknąwszy zegarka swego, zerwał się z krzesła. Pora mu już była wielka iść do sądu, gdzie jeden z klientów obecności jego niezbędnie potrzebował.
- Ależ to niewola, mój Jasiu! - zawołała Paula. - Nie módz rozporządzić się swobodnie każdą godziną swego życia, jest to okropne!
Tym razem uczuł się nieco zdziwionym.
- Ale jakże! - rzekł - czyż można w jakimkolwiek kierunku pracować inaczej? I ty pewno, kuzynko, aby nauczyć się tyle, ile umiesz, musiałaś wiele i systematycznie pracować?
- O! ja spartanką jestem! Ileż to nocy nieprzespanych i dni samotnych... Zresztą, wszystko przychodzi mi z łatwością, i uczenie się jest największą moją rozkoszą!
Szafirowe oczy jej paliły się za mgłą złocistych wisiorków, gdy Mirewicz, na dobre już odchodząc i rękę całując, mówił:
- Co za szczęście, Paulo, wracać po pracy do domu z myślą, że się tam znajdzie taką, jak ty kobietę.
Wieczorem, w porze zapalania świateł, Mirewicz i Paula wrócili z parogodzinnej przechadzki, w celu studyowania miasta przedsięwziętej. Miasto wcale od wczoraj nie wypiękniało, a jednak, w powierzchowności Mirewicza, wczorajszego niesmaku i znudzenia, nie było ani śladu. Owszem, wesoło i z żywością ruchów, które go o lat dziesięć odmładzały, przenosił on z przedpokoju do bawialni podróżną bibliotekę kuzynki, w czem dopomagała mu ona, śmiejąc się, podskakując, swawoląc. Dziw aż zdejmował na widok tej kobiety, która, trzydziestu lat życia dobiegłszy, takie już koleje przebywszy, tyle nocy bezsennych i dni samotnych nad nauką straciwszy, zachować mogła taką wdzięczną, miłą, młodziutką wesołość. Istotnie, musiała być to natura nadzwyczaj energiczna i sprężysta! Uwagę tę Mirewicz uczynił głośno, gdy już wszystkie książki do bawialni wniesionemi zostały, a potem Anna, dokoła stołu w jadalni krzątająca się, słyszeć przestała wesołe ich głosy. Ucichli jakoś...