Powódź - Michael McDowell

Kup ebooka

40.00 zł
32.00 zł (40,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP Nasz rodzinny potwór

Oto wkraczacie do Perdido w stanie Alabama, maleńkiej mieściny leżącej na północny wschód od Mobile. Nie ma w niej nic szczególnego. Ludzie są życzliwi, na ogół, i prawie wszystko o sobie wiedzą. Perdido ma w sobie cały urok Południa z pierwszej połowy dwudziestego wieku, co oczywiście oznacza, że ma również jego typowe wady. Na przykład mieszkając tam, dobrze być białym. Nie zaszkodzi również mieć zasobny portfel. A co najważniejsze, należy wiedzieć, jakich pytań nie wolno zadawać. Ponieważ każde małe miasteczko ma swoje tajemnice.

A tajemnicą Perdido są rzeczne potwory.

Blackwater Michaela McDowella to opowieść o Caskeyach, najbardziej prominentnej rodzinie Perdido. Ściśle mówiąc, jest to opowieść o rzecznym duchu, który przywdział ludzką postać i dzięki małżeństwu wkradł się w szeregi rodziny, aby z czasem zostać głową rodu i wieść jego członków ku ich - dobremu lub złemu - przeznaczeniu. Jest to jeden z najwybitniejszych i najambitniejszych cyklów horrorów ostatniego półwiecza, które na wiele lat popadły w zapomnienie i całkiem niedawno zostały na nowo odkryte.

Choć trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, były czasy, gdy horrory cieszyły się niezrównaną popularnością. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku zapełniały całe półki księgarni i nie sposób ich było nie zauważyć: to te książki stojące między kryminałami a fantastyką i science fiction, bijące w oczy czarno-czerwonymi okładkami, ociekającymi krwią tłoczonymi tytułami i wyszczerzonymi kościotrupami. Miały zwykle krótki żywot na półkach, lecz dzięki niezrównanemu popytowi - głównie za sprawą sukcesu takich pozycji jak Egzorcysta oraz takich pisarzy jak Stephen King, Anne Rice czy Peter Straub - dało się dzięki nim zarobić na utrzymanie, jeśli pisało się dość szybko.

Wielu autorów próbowało swoich sił w tym gatunku, wydano mnóstwo kiepskich pozycji, tak że rynek w końcu zapadł się pod własnym ciężarem. Pomiędzy mnóstwem kiepskich tytułów ukazały się jednak również naprawdę świetne książki, napisane przez bardzo dobrych pisarzy, takich jak Ramsey Campbell, Robert R. McCammon i Chelsea Quinn Yarbro, by wymienić tylko troje, którzy wnieśli trwały wkład w historię gatunku. Chociaż miło byłoby myśleć, że wszystkie książki, które na to zasługiwały, zostały ocalone przed wielkim odpływem, tak się, niestety, nie stało.

Michael McDowell był niezwykle płodnym pisarzem; jego pierwsza opublikowana książka ukazała się w 1979 roku, a zanim w 1983 roku światło dzienne ujrzało Blackwater, napisał jeszcze cztery inne, w tym doskonale ocenianą powieść o nawiedzonym domu, Żywiołaki, lecz nie utrzymały się one na rynku zbyt długo. Co bynajmniej wcale go nie martwiło. W wywiadzie przeprowadzonym przez Douglasa E. Wintera, zamieszczonym w Faces of Fear, powiedział: "Jestem pisarzem komercyjnym i nie wstydzę się tego. Piszę książki po to, żeby miesiąc później stanęły na półce księgarni. Uważam, że pisanie za wszelką cenę dla potomnych to błąd".

W 1983 roku ukazały się w miesięcznych odstępach krótkie powiastki składające się na cykl Blackwater - prawdopodobnie szczytowe osiągnięcie McDowella. Książki zostały wydane w paperbackowym formacie przez Avon Books z okładkami zaprojektowanymi ze stonowanym przepychem przez Wayne'a D. Barlowe'a. (Kilkanaście lat później ten odcinkowy format zainspirował Stephena Kinga do zrobienia tego samego z Zieloną milą). McDowell wplata tropy klasycznego horroru w pełną rozmachu sagę o rodzinie z Południa i miesza je gładko, tworząc unikalne zjawisko na scenie współczesnej powieści grozy.

Centralną postacią powieści jest Elinor Dammert, młoda kobieta uratowana z pokoju hotelowego podczas powodzi, która przetoczyła się przez miasteczko Perdido z wezbranych wód rzeki o tej samej nazwie. Elinor siedzi na brzegu łóżka z niezmąconym spokojem, jakby wiedziała, że młody Oscar Caskey i jego służący Bray Sugarwhite przypłyną łodzią, żeby ją ocalić, a następnie przyjąć na łono rodziny. Dziewczyna trafia pod krzyżowy ogień grzecznych, lecz dobitnych pytań matki Oscara, Mary-Love, sprawującej niepodzielną i absolutną władzę nad klanem Caskeyów. Elinor odpowiada wymijająco na indagacje o swoją przeszłość, a zwłaszcza o rodzinę. Ta powściągliwość i liczne przemilczenia budzą nieufność Mary-Love. Na starym Południu rodowód to silna waluta i jego brak jest znakiem ostrzegawczym. (Naturalnie Elinor ma rodowód, chociaż szczególny: jest rzecznym potworem i od czasu do czasu w przerażający sposób zabija ludzi). Od tej pory Mary-Love będzie wytrwale stać w opozycji wobec Elinor Dammert, a walka o dominację między obiema kobietami wyznaczy oś wydarzeń pierwszej połowy sagi.

Bardzo szybko, bo już w pierwszych scenach książki, McDowell zarysowuje główny wątek fabuły. Ponieważ akcja rozgrywa się na Południu, a Mary-Love i Elinor są członkiniami szanowanej rodziny Perdido, wojna między nimi toczy się po cichu. Jej narzędziami są plotki, pogłoski, zaproszenia lub ich brak na obiady i uroczystości, a także - co najbardziej wstrząsające - wymiana dzieci. Kiedy Elinor wychodzi za Oscara Caskeya, a tym samym pozbawia teściową syna (chociaż dorosłego), Mary-Love znajduje sposób, żeby przywłaszczyć sobie jej pierwszą córkę, Miriam. Takiej ceny żąda za pozwolenie na przeprowadzkę Elinor i Oscara do domu, który sama dla nich wybudowała, lecz do którego - ku konsternacji syna i rosnącej frustracji synowej - odmawiała im wstępu. Elinor przystaje na ten osobliwy układ, a pokłosie tej decyzji, jak również wszystkich zmagań obu kobiet, przetoczy się falą przez kolejne pięć tomów, zwykle dość subtelnie, z rzadka widowiskowo.

Czytelnicy horrorów, zarówno w okresie, kiedy cykl Blackwater został napisany, jak i dzisiaj, mogą czuć niedosyt nadprzyrodzonych aspektów powieści, które pozostają raczej w tle wydarzeń i z rzadka wybijają się na pierwszy plan. Nadnaturalne pochodzenie Elinor przyciąga znacznie mniej uwagi niż wojna charakterów między nią a teściową; przed naszymi oczami rodzą się dzieci, rosną, próbują sobie radzić z błędami i oczekiwaniami rodziców, niekiedy buntują się przeciwko nim, niekiedy akceptują je bez sprzeciwu. Stajemy się obserwatorami bogatej dramaturgii życia rodziny, ubarwionej niekwestionowanym urokiem, lecz także dewiacjami Południa. Elinor jako istota pochodząca z rzek Perdido i Blackwater stanowi w tym samym stopniu element konstrukcyjny horroru, co uosobienie wpływu, jaki obie rzeki wywierają na życie mieszkańców miasteczka.

Na szczęście Blackwater jest mimo wszystko powieścią grozy. Monstrualna natura Elinor jest brutalna, amoralna i przerażająca. Jej ofiarą padają w tym samym stopniu dorośli i niewinne dzieci. Stronice tego cyklu wypełnia wystarczająco dużo rozwścieczonych nawałnic, żarłocznych wirów, zgrzytających zębów i oderwanych kończyn, by zadowolić każdego miłośnika horrorów. Nie wspominając o duchach: czyny Elinor nie pozostają bez konsekwencji, jak się przekona jej własna córka. Jeden z pokojów w jej domu - tak drogo okupionym - przyprawi czytelnika o pożądany dreszczyk.

Jedno należy jednak podkreślić: nawet jeśli McDowell nie pisał, jak to sam deklarował, "dla potomnych", to wydaje się oczywiste, że interesował go nie tylko sukces komercyjny jego książek. Blackwater pod wieloma względami wykracza poza konwencję typowego horroru, a jednym z nich jest zepchnięcie aspektów nadprzyrodzonych na dalszy plan.

Innym scenografia. Estetyka powieści grozy narzuca zwykle miejscom akcji atmosferę mroku i zimna, czy będą to tonące we mgle miasteczka Nowej Anglii, czy nawiedzone angielskie wrzosowiska. Przeciętne horrory XX wieku rzadko zapędzały się na południe od linii Masona-Dixona, a jeśli to robiły, ukazywały mieszkańców tych rejonów w karykaturze: nienawistnych, wykolejonych, intelektualnych bankrutów... niekiedy łączących wszystkie te cechy. McDowell, sam urodzony w Enterprise w Alabamie - na Głębokim Południu, najdalszym, jakie można sobie wyobrazić bez zanurzenia się w Zatoce Meksykańskiej - sportretował jego mieszkańców jako ludzi niedoskonałych, błądzących, od czasu do czasu szlachetnych, tak samo skłonnych do bohaterstwa i podłości jak w każdym innym miejscu na świecie.

W gatunku znanym ze swojego konserwatyzmu Blackwater stanowi wręcz wywrotowo postępowy cykl. Kobiety sprawują w sferze społecznej władzę absolutną, mężczyźni natomiast odgrywają role niewiele ważniejsze od pionków. Co więcej, są świadomi swojej pozycji i akceptują ją bez protestu. Uległość Oscara, który ożenił się z Elinor, nie wynika z głupoty. On wie, że tkwi w niej coś odmiennego, jakaś nadnaturalna moc związana z rzeką. Wie również, że nie powinna to być jego sprawa, i zadowala się życiem w nieświadomości. Wie, jakich pytań nie powinien zadawać.

Na uwagę zasługuje sposób, w jaki McDowell ukazuje relacje homoseksualne: delikatnie i z tkliwością. Chociaż żadna z postaci nie została wprost wskazana palcem, czytelnik otrzymuje wyraźne sygnały. Mamy Jamesa Caskeya z piętnem zniewieściałości - przez większą część sagi zadowolonego wdowca nieoczekującego od kobiet w swoim życiu niczego poza przyjaźnią. Są również Grace i Lucille, które po cichu i bez zbędnego szumu zamieszkują razem, zakładają farmę i wychowują małego chłopca.

O tym związku McDowell pisze: "Południowcy są łagodnym ludem, gdy chodzi o odstępstwa w obyczajowości. Reagują gniewem na wieść, że coś odbiegającego od normy może nastąpić w przyszłości, lecz jeśli ten sam niezwykły sposób prowadzenia się zostanie odkryty jako fakt dokonany, zaakceptują go bez nienawiści i osądzania jako część zwykłego biegu rzeczy. Mężczyźni przed sklepem z artykułami rolnymi na wieść o tym, że dwie kobiety kupiły Gavin Pond i zamierzają uczynić z niego największą farmę w hrabstwie, zażądają unieważnienia głosowania w sprawie poprawki o równości praw, lecz stanąwszy twarzą w twarz z Grace, ci sami mężczyźni bez najmniejszego trudu zaakceptują dwie kobiety mieszkające razem i wychowujące dziecko".

Żadnej z tych osób nie spotykają prześladowania, a ich styl życia nie budzi zbyt wielu komentarzy. McDowell po prostu pozwala im być tym, kim są: ludźmi, samotnymi lub zakochanymi, szczęśliwymi lub niepocieszonymi. W cyklu horrorów opublikowanych w 1983 roku przez duże, popularne wydawnictwo była to właściwie rewolucja.

Jeśli dopatrywalibyśmy się w książkach McDowella jakichś rażących braków, to za jeden z nich można uznać nader ubogie przedstawienie postaci Afroamerykanów. Ivey i Zaddie Sapp, Bray Sugarwhite i inni zostali zepchnięci w tło wydarzeń i pojawiają się tylko od czasu do czasu, żeby odprawić ludowy rytuał lub zareagować na działania swoich białych mocodawców. Jest to rozczarowujący niedostatek, zwłaszcza że ich obecność bez wątpienia pogłębiłaby już i tak wielowarstwową strukturę powieści.

Być może wszystkie te czynniki zaważyły na tym, że książki McDowella nie spotkały się z szerokim oddźwiękiem, kiedy po raz pierwszy ukazały się na rynku. A może żaden z nich. Może po prostu na półki księgarskie trafiało zbyt dużo książek i serie ginęły w przetasowaniach. Może miały po prostu pecha.

Bez względu na przyczyny tej relatywnej porażki Blackwater jest wspaniałą sagą grozy, napisaną z rozmachem i przez długi czas dostępną jedynie najbardziej zapalonym łowcom książek lub w limitowanych drogich wydaniach. Może Michael McDowell nie pisał dla potomnych, ale jeśli na tym świecie istnieje sprawiedliwość, Blackwater i tak będzie przez potomnych czytana, uwielbiana i szeroko komentowana. Nie ma takiego drugiego cyklu - grozy czy nie grozy.

Wkraczacie teraz do Perdido, małego, lecz rozwijającego się miasteczka w Alabamie.

Nathan Ballingrud

Nathan Ballingurd jest autorem Crypt of the Moon Spider, The Strange, Wounds: Six Stories from the Border of Hell oraz Potworów północnoamerykańskich jezior. Dwukrotnie otrzymał Nagrodę Shirley Jackson, znalazł się również na liście kandydatów do nagród World Fantasy, British Fantasy, Brama Stokera i Locus. Jego opowieści doczekały się adaptacji w serialu Monsterland telewizji Hulu. Mieszka w Asheville w Karolinie Północnej.

PROLOG

W niedzielę wielkanocną 1919 roku o świcie bezchmurne, przezroczystoróżowe niebo nad Perdido nie odbijało się w czarnych wodach, które w ciągu minionego tygodnia zalały miasto. Ogromne czerwonopomarańczowe słońce wzeszło właśnie nad sosnowym lasem po drugiej stronie Baptist Bottom - najniżej położonego rejonu miasta, gdzie w 1865 roku osiedlili się wszyscy wyzwoleni czarni i gdzie nadal mieszkały ich dzieci i wnuki. Od kilku dni Baptist Bottom było jedynie mętnym kłębowiskiem desek, konarów i martwych zwierząt. W centrum miasta znad wody wystawało niewiele poza wieżą ratusza z czterema tarczami zegara oraz piętrem hotelu Osceola. Tylko w pamięci zachowały się koryta, którymi jeszcze tydzień temu płynęły powściągliwe nurty rzek Perdido oraz Blackwater. Wszyscy z tysiąca dwustu mieszkańców schronili się na wyżej położonych terenach. Miasteczko gniło pod rozlaną taflą cuchnącej, czarnej wody, która właśnie zaczynała opadać. Nad ciemną, lśniącą powierzchnią, niczym symbole rozpaczy z kamienia, cegły i drewna, wznosiły się fronty, szczyty i kominy, których nie zmyła woda. Jednak na ich milczące wezwania nie przychodziła żadna pomoc, więc gromadziły wokół siebie dryfujące deski, belki, niezidentyfikowane śmieci, skrawki materiału i fragmenty mebli, które utworzyły wokół tych wystających palców cuchnące gniazda.

Czarna woda leniwie chlupotała o ceglane mury ratusza oraz hotelu Osceola, lecz poza tym stała cicha i nieruchoma. Ludzie, którzy nigdy nie przeżyli powodzi, mogą sobie wyobrażać, że przez stłuczone okna zalanych domów przepływają ryby, ale tak nie jest. Po pierwsze, szyby nie pękają, ponieważ nawet w najsolidniej zbudowanym budynku woda wzbiera przez deski podłogowe, tak więc w spiżarni, która nie ma okien, jej poziom podnosi się równie szybko jak na ganku. Poza tym ryby wolą się trzymać starego koryta rzeki, zupełnie jakby nie otworzyła się nagle przed nimi głęboka na kilka metrów nowa wolność. Woda powodziowa jest brudna i odrażająca, pełna pływającego ohydztwa, tak więc sumy i leszcze, chociaż nie podoba im się ta nietypowa ciemność, pływają oszołomione wokół swoich starych kamieni, znajomych wodorostów i swojskich pali mostowych.

Gdyby ktoś stanął w małym kwadratowym pomieszczeniu pod zegarami ratusza i wyjrzał na zachód przez wąskie pionowe okienko, zobaczyłby samotną łódź wiosłową z dwoma mężczyznami w środku, zbliżającą się po nieruchomej, mętnej powierzchni, jakby wyłaniała się z zalegających resztek ciągnącej się nocy. Lecz w pokoju pod zegarami nikogo nie było i nic nie zmąciło kurzu na marmurowej podłodze ani ptasich gniazd między belkami, ani delikatnego warkotu ostatnich elementów mechanizmu, które się jeszcze nie zatrzymały. Nikt nie nakręcił zegara, bo kto by pozostał w Perdido, kiedy podniosły się wody? Samotna łódź sunęła statecznie i niepostrzeżenie od strony pięknych domów właścicieli tartaku, które stały pod mętną wodą na północnym zachodzie. Łódź była zielona - z jakiegoś powodu wszystkie takie łodzie w Perdido malowano na zielono - a pagajami wiosłował trzydziestoletni czarny mężczyzna. Przed nim na dziobie siedział biały młodzieniec, zaledwie kilka lat młodszy od towarzysza.

Od dłuższego czasu żaden się nie odzywał; obaj patrzyli zafascynowani na niesamowity widok miejsc, gdzie się urodzili i wychowali, tonących pod sześcioma metrami odrażającej brudnej wody. Jakiż poranek wielkanocny, poza tą pierwszą niedzielą w Jerozolimie, wschodził tak ponury lub wzbudził mniej nadziei w sercach tych, którzy oglądali wschodzące słońce?

- Bray, podpłyń do ratusza - odezwał się w końcu biały młodzieniec.

- Ale, panie Oscar, kto wie, kie licho tam siedzi - zaprotestował czarny mężczyzna.

Woda podniosła się do dolnej krawędzi okien pierwszego piętra.

- Chcę zobaczyć, co jest w środku, Bray. Płyń.

Czarny mężczyzna niechętnie zawrócił łódź w kierunku ratusza i mocno, gładko odpychał wodę pagajami. Gdy podpłynęli bliżej, łódź obiła się o marmurową balustradę balkonu na pierwszym piętrze.

- Pan tam nie wchodzi! - zawołał Bray, kiedy Oscar wyciągnął rękę i chwycił za jedną z grubych tralek balustrady.

Oscar pokręcił głową. Tralkę pokrywała gruba warstwa szlamu. Wytarł dłoń o spodnie, ale efekt był taki, że przeniósł tylko na ubranie smród powodziowego mułu.

- Bliżej okna - rzucił.

Bray pokierował łodzią do pierwszego okna po prawej stronie balkonu.

Słońce nie oświetliło jeszcze tej strony budynku i pokój, który był gabinetem archiwisty, tonął w półmroku. Większą część podłogi pokrywała płytka kałuża czarnej wody. Krzesła i stoły leżały przewrócone w różnych miejscach pomieszczenia, na podłogę upadło również kilka szaf z dokumentami. Inne, gęsto napakowane papierami, otworzyły się, kiedy ich zawartość napęczniała od wody. Wszędzie poniewierały się oficjalne dokumenty miasta i hrabstwa. Do parapetu okiennego przykleiło się odrzucone podanie o przywileje wyborcze z 1872 roku i Oscar nawet mógł przeczytać nazwisko.

- Co tam widać, panie Oscar?

- Niewiele. Głównie zniszczenia. Widać kłopoty, które nas czekają, kiedy opadnie woda.

- Całe miasto czeka moc kłopotów, jak opadnie woda. Lepiej nie zaglądać więcej w okna, panie Oscar. Kto wie, co tam jeszcze znajdziemy.

- Co takiego mielibyśmy znaleźć? - Oscar odwrócił się do czarnego mężczyzny.

Bray Sugarwhite pracował u Caskeyów od ósmego roku życia. Został zatrudniony jako towarzysz zabaw dla Oscara, który miał wtedy cztery latka. Po kilku latach awansował na posłańca, a wreszcie na głównego ogrodnika. Jego nieślubna żona, Ivey Sapp, była kucharką Caskeyów.

Powiosłował dalej środkiem Palafox Street. Oscar, rozglądając się na prawo i lewo, próbował sobie przypomnieć, czy trójkątny fronton z wyrzeźbioną kulą na szczycie należał do budynku golibrody, czy ozdabiał sklep odzieżowy Berty Hamilton. Pięćdziesiąt metrów dalej spod wody wystawał hotel Osceola. Wiszący szyld odpadł koło piątku i prawdopodobnie obijał się teraz o burty krewetkowców w Zatoce Meksykańskiej.

- To już więcej nie zaglądamy w żadne okna, prawda, panie Oscar? - odezwał się lękliwie Bray, kiedy zbliżyli się do hotelu.

Oscar wyciągał szyję i próbował coś zobaczyć to z jednej, to z drugiej strony hotelowego budynku.

- Chyba coś się poruszyło w jednym z tych okien - powiedział.

- Eee tam, to słońce - odparł szybko Bray. - Słońce odbija się w brudnych szybach.

- Nie, nie. To nie było odbicie światła - zaprzeczył Oscar. - Podpłyń do tego narożnego okna.

- Mowy nie ma, za skarby świata tam nie popłynę.

- Bray, zrobisz, jak ci każę. - Oscar Caskey nawet się nie odwrócił. - Więc nie strzęp języka po próżnicy, tylko płyń do narożnika.

- Nie chcę zaglądać w żadne okna - mruknął Bray, niezupełnie pod nosem. - Pewnikiem to tylko szczury - dodał na głos, zmieniając kurs i wiosłując w stronę pierwszego piętra hotelu. - Jak woda zaczęła się podnosić w Baptist Bottom, to żem widział, jak szczury powychodziły z nor i biegły wedle czubka płotu. Szczury wiedzą, gdzie sucho. Kto żyw, wyjechał z Perdido w środę, mówię panu. Nic tam nie ma w tym hotelu, ino szczwane szczurzyska.

Łódź uderzyła o wschodnią fasadę budynku. Słońce odbijało się od szyb oślepiającym czerwonym blaskiem. Oscar zajrzał do środka przez najbliższe okno.

Wszystkie meble i sprzęty w małym pokoiku hotelowym - łóżko, komoda, bieliźniarka, umywalka i wieszak na kapelusze - leżały na jednej stercie na środku podłogi, jakby wciągnięte w wir, który spłynął następnie na parter. Wszystko było pokryte mułem. Ubłocony czarny dywan leżał zwinięty pod drzwiami. W półmroku Oscar nie mógł dostrzec na ciemnej tapecie śladu po najwyższym punkcie, do jakiego sięgała woda.

Nagle dywan zadrżał i Oscar zobaczył dwa wielkie szczury wybiegające spomiędzy załomów i przemykające w stronę pagórka mebli na środku pokoju. Szybko odwrócił głowę od okna.

- Szczury? - spytał Bray. - Widzi pan? Mówiłem, że w tym hotelu nie ma nic poza szczurami. Nie ma po co zaglądać więcej w okna.

Oscar nie odpowiedział. Wstał i chwyciwszy za ramę poszarpanej markizy następnego okna, przyciągnął łódź do narożnika budynku.

- Bray - powiedział. - Widziałem, jak coś się w tym oknie poruszyło. Coś przeszło obok okna i to nie był szczur, ponieważ szczury nie mają półtora metra wzrostu.

- Szczury się karmią powodzią - odparł Bray.

Oscar nie był pewien, co jego służący chciał przez to powiedzieć. Wyciągnął się do przodu i obiema rękami chwycił występ w murze przy oknie, po czym przez brudną szybę zajrzał do środka.

Narożny pokój wydawał się nietknięty powodzią. Posłane łóżko przylegało wezgłowiem do długiej ściany od strony korytarza, dywan leżał równo pod meblami. Bieliźniarka, komoda i szafka z umywalką stały na swoich miejscach. Nic nie spadło na podłogę, nic się nie stłukło. Ale w miejscu, gdzie słońce oświetlało podłogę przez wschodnie okno, Oscar zobaczył, że dywan jest kompletnie przemoczony, co oznaczało, że woda musiała się podnieść przez deski podłogowe.

Ale dlaczego wszystkie sprzęty w tym pokoju stały spokojnie na swoich miejscach, podczas gdy tuż obok na tym samym piętrze każdy mebel został roztrzaskany, rzucony na jedną stertę i - w ostatnim akcie upokorzenia - pokryty czarnym szlamem? Tej zagadki Oscar nie potrafił rozwikłać.

- Bray - powiedział. - Nie wiem, jak to rozumieć.

- Pan lepiej nie próbuje nic z tego wyrozumieć - poradził mu służący. - Ale i tak nie wiem, o czym pan gada, panie Oscar.

- W tym pokoju panuje idealny porządek. Tylko podłoga jest mokra, to wszystko. - Oscar odwrócił się, wypowiadając te ostatnie słowa.

Bray pokręcił głową i ponownie wyraził życzenie, żeby znaleźć się jak najdalej od tego na wpół zatopionego hotelu. Bał się, że pan zechce opłynąć budynek dookoła i zajrzeć w każde okno.

Oscar odwrócił się, żeby odepchnąć łódź od muru, i zerknąwszy po raz ostatni w okno, ze zduszonym okrzykiem zachwiał się w tył i upadł na dno łodzi.

W pokoju, który jeszcze przed chwilą był wyraźnie pusty, zobaczył kobietę. Siedziała na brzegu łóżka, odwrócona do okna plecami.

Bray nie czekał, aż pan wyjaśni mu powód swojej przestraszonej reakcji - bo też nie miał ochoty go usłyszeć - i zaczął czym prędzej oddalać się od hotelu.

- Bray! Stój! Zawracaj! - zawołał Oscar, kiedy odzyskał głos.

- Nie, nie, panie Oscar, ja tam nie wracam.

- Mówię ci: wracaj...

Służący niechętnie zaczął wiosłować z powrotem.

W tym samym momencie, kiedy Oscar wyciągnął rękę, żeby się chwycić gzymsu, okno otworzyło się z hukiem.

Bray zesztywniał z wiosłami w wodzie. Łódź grzmotnęła o ceglany mur i obaj mężczyźni zakołysali się wstrząśnięci w przód i w tył.

- Czekałam i czekałam - oznajmiła młoda kobieta stojąca w otwartym oknie.

Była wysoka, wyprostowana, blada, szczupła i niezwykle urodziwa, ubrana w czarną spódniczkę i białą bluzkę, spiętą pod szyją złotą kwadratową broszką z czarnymi kamieniami. Miała gęste, lekko kręcone włosy w kolorze przymulonej czerwieni, opadające na ramiona luźnymi falami.

- Kim pani jest? - zapytał zdumiony i zachwycony Oscar.

- Elinor Dammert.

- Chciałem zapytać... - poprawił się - co pani tu robi?

- W hotelu?

- Tak.

- Zaskoczyła mnie powódź. Nie zdążyłam uciec.

- Wszystkie ludzie uciekły z hotelu - zauważył Bray. - W środę. Uciekli albo ich kto zabrał.

- Zapomnieli o mnie - oznajmiła Elinor. - Spałam. Zapomnieli, że tu jestem. Nie słyszałam wołania.

- Dzwon na ratuszu bił przez dwie godziny - mruknął ponuro Bray.

- Nic się pani nie stało? - dopytywał się Oscar. - Jak długo tu pani siedziała?

- Tak jak powiedział pański towarzysz, od środy. Cztery dni. Przez większość czasu spałam. Niewiele więcej można zrobić w czasie powodzi. Macie może coś do jedzenia?

- Nic nie mamy - odparł szybko Bray.

- Przykro mi - potwierdził Oscar. - Powinniśmy byli coś ze sobą zabrać.

- Dlaczego? - spytała Elinor. - Nie spodziewaliście się nikogo w hotelu, prawda?

- No pewnie, że nie! - potwierdził Bray tonem sugerującym, że niespodzianka nie jest bynajmniej miła.

- Cicho! - fuknął Oscar, rozdrażniony i zdziwiony nieuprzejmością służącego. - Nic pani nie jest? - zwrócił się do kobiety. - Co pani robiła, kiedy woda podeszła do pokoju?

- Nic. Siedziałam na brzegu łóżka i czekałam, aż ktoś mnie zabierze.

- Gdy zajrzałem za pierwszym razem, nie było pani w środku.

- Byłam. Po prostu nie zauważył mnie pan przez szybę. Może przez jakiś odblask światła. Siedziałam tu. Z początku was nie słyszałam.

Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Bray patrzył na Elinor Dammert z jawną nieufnością. Oscar schylił głowę i zastanawiał się, co robić.

- Czy znajdzie się dla mnie miejsce w łodzi? - spytała w końcu Elinor.

- Naturalnie! - zawołał Oscar. - Zabierzemy panią. Musi pani umierać z głodu.

- Proszę obrócić łódź i podpłynąć pod okno - powiedziała Elinor do Braya.

Bray zrobił, jak mu kazała. Przytrzymując się jedną ręką markizy, Oscar stanął w łodzi i podał kobiecie dłoń. Elinor uniosła lekko spódnicę i zwinnie zeskoczyła z okna do łodzi. Z pełną swobodą, nie przejawiając ani śladu przerażenia, które musiała czuć jako jedyna żyjąca osoba w zatopionym mieście, Elinor Dammert usadowiła się w łodzi między mężczyznami.

- Nazywam się Oscar Caskey, a to Bray Sugarwhite. Bray jest naszym pracownikiem.

- Jak się masz, Bray? - Elinor z uśmiechem odwróciła się do służącego.

- Dobrze, psze pani. - Ton głosu oraz mars na czole Braya przeczyły jego słowom.

- Zawieziemy panią na suchy teren.

- Czy znajdzie się w łodzi miejsce dla moich rzeczy? - spytała, kiedy Bray odepchnął się wiosłami od ceglanej ściany hotelu Osceola.

- Nie - odparł z żalem Oscar. - Już i tak jest za bardzo obciążona. Ale powiem pani, co zrobimy: jak tylko Bray wysadzi nas na suchy ląd, wróci tu po pani rzeczy.

- Nie wejdę tam do środka! - zaprotestował służący.

- Właśnie że wejdziesz! - powiedział Oscar. - Zdajesz sobie sprawę, przez co pani Elinor przeszła w ciągu tych czterech dni? Kiedy ja, ty, mama i Siostra żyliśmy sobie spokojnie na suchym lądzie? Jedliśmy śniadania, obiady i kolacje i narzekaliśmy, że mamy tylko dwie talie kart zamiast czterech! Wyobrażasz sobie, o czym musiała rozmyślać pani Elinor samiuteńka w tym hotelowym pokoju, kiedy wokół niej podnosiła się woda?

- Bray - odezwała się Elinor Dammert. - Mam tylko dwa nieduże bagaże, które położyłam na podłodze pod oknem. Wystarczy, że wyciągniesz rękę i sięgniesz po nie z łodzi.

Bray wiosłował w milczeniu, gdy pokonywali tę samą drogę, którą tu przypłynęli, i patrzył na plecy młodej kobiety, która nie miała prawa znaleźć się tam, gdzie się znalazła.

Oscar na dziobie łodzi usiłował wymyślić coś, co mógłby powiedzieć pannie Elinor Dammert, ale nic nie przychodziło mu do głowy, a już na pewno nic, co by usprawiedliwiło odwrócenie się i dość niezręczne rozmawianie przez ramię. Na szczęście właśnie kiedy o tym myślał, na powierzchnię oleistej, czarnej cieczy nieopodal ratusza wypłynęło ciało martwego szopa i Oscar wyjaśnił, że świnie, które próbowały pływać w wodzie powodziowej, rozrywały sobie gardła przednimi racicami. Trudno powiedzieć, czy wszystkie się potopiły, czy wykrwawiły na śmierć. Panna Elinor uśmiechnęła się bez słowa, a on więcej się nie odezwał, aż do chwili, kiedy mijali jego dom.

- Tutaj mieszkam - oznajmił, wskazując pierwsze piętro zalanej rezydencji Caskeyów.

Panna Elinor skinęła głową, uśmiechnęła się i powiedziała, że to bardzo piękny i duży dom i że chętnie by go obejrzała, gdyby nie znajdował się pod wodą.

Oscar serdecznie przyklasnął temu życzeniu; Bray przeciwnie.

Kilka minut później wpłynęli między dwa odsłonięte korzenie wielkiego dębu wirginijskiego, wyznaczającego północno-zachodnią granicę miasta. Oscar wysiadł z łodzi, stanął, chwiejąc się, na jednym z korzeni, po czym pomógł Elinor wyjść na suchy ląd.

Młoda kobieta odwróciła się do służącego.

- Dziękuję, Bray - powiedziała. - Jestem ci bardzo wdzięczna, że wrócisz po moje rzeczy. W walizce i torbie mieści się cały mój dobytek. Albo je odzyskam, albo zostanę z niczym. Położyłam je tuż pod oknem, wystarczy, że sięgniesz do środka ręką.

Następnie razem z Oscarem ruszyli w stronę oddalonego o półtora kilometra, stojącego na wzniesieniu Kościoła Łaski Syjonu, w którym schroniły się co znaczniejsze rodziny z Perdido.

Piętnaście minut później Bray ponownie podpłynął małą łodzią pod mur hotelu Osceola. Nawet przez ten krótki czas woda zdążyła opaść o kilkanaście centymetrów. Przez chwilę siedział i patrzył w puste otwarte okno, zastanawiając się, jak ma zebrać się na odwagę, żeby wsadzić do środka rękę.

- Głodna?! - zawołał do siebie na głos. - Co ta biała kobieta tu jadła?!

Dźwięk własnego głosu podniósł Braya na duchu, nawet jeśli wyraził część niepokojącej tajemnicy, która otaczała pojawienie się Elinor Dammert w Perdido. Obrócił łódź tak, żeby przyłożyć ramię do ceglanej fasady hotelu, i przytrzymując się jedną ręką betonowego występu, szybko sięgnął drugą do środka pokoju. Jego palce zacisnęły się na uchwycie walizki. Szarpnął i przeciągnął ją przez okno do łodzi. Następnie wziął głęboki oddech i po raz drugi wsunął rękę przez okno.

Jego palce zacisnęły się na... pustce.

Cofnął rękę. Przez chwilę, mrużąc oczy, patrzył na słońce i nasłuchiwał, ale nie usłyszał niczego poza szorowaniem łodzi o pomarańczowe cegły budynku. Ponownie wyciągnął więc ramię i zaczął obmacywać miejsce pod oknem, ale i tym razem nie znalazł żadnej torby.

Nie pozostało mu nic innego, jak zajrzeć do środka i poszukać drugiego bagażu panny Elinor. Ale żeby to zrobić, musiałby wsunąć głowę w ten pusty czarny otwór.

Z niemiłą świadomością, że jest jedyną żywą duszą w całym Perdido, usiadł z powrotem w łodzi i zaczął się zastanawiać nad sytuacją. Jeśli zajrzy do środka, może zobaczy torbę w zasięgu ręki. To była najbardziej optymistyczna możliwość, ponieważ wtedy udałoby mu się ją wydobyć prawie równie łatwo jak pierwszą. Może jednak zobaczyć ją poza zasięgiem wyciągniętego ramienia, co pociągnęłoby za sobą konieczność wejścia przez okno do środka. A tego nie zrobi za żadne skarby świata. Ale to nic nie szkodzi, bo powie panu Oscarowi, że nie mógł wysiąść z łodzi, ponieważ nie miał jej do czego przywiązać.

Wstał i przytrzymał się występu w murze, żeby złapać równowagę. Popatrzył przez okno do środka, ale nadal nigdzie nie widział drugiego bagażu. Zwyczajnie go tam nie było.

Ciekawość stłumiła w nim strach. Nie namyślając się wiele, przechylił się przez futrynę i obejrzał całą ścianę pod oknem.

- Panie Boże, miej mnie w swojej opiece - mruknął. - Ja szukał w całym pokoju, panie Oscar, nic, tylko diabeł ogonem nakrył - powiedział do siebie, przygotowując w myślach usprawiedliwienie, dlaczego nie udało mu się przywieźć obu bagaży. - Pewnie, że bym wlazł do środka, ino żem nie miał gdzie uwiązać łodzi i...

Ot i był - mały sterczący pręt, do którego przywiązywano sznurek żaluzji. Bray zaklął w duchu na swoje własne oczy za to, że go zobaczyły. Wiedział doskonale, że nie będzie potrafił okłamać pana Oscara, choćby nie wiadomo jak się bał, tak więc, rad nierad, cały czas klnąc na swoje oczy oraz niezdolność do zeznania niczego poza najświętszą prawdą, przywiązał cienką linę cumowniczą do sterczącego kawałka metalu, po czym ostrożnie oparł nogę na gzymsie i jednym gładkim skokiem znalazł się w hotelowym pokoju.

Dywan był przemoczony. Każdy krok wyciskał spod butów odrażające błoto. Przez okno we wschodniej ścianie wlewało się do środka poranne słońce. Bray podszedł do łóżka, gdzie pan Oscar widział siedzącą pannę Elinor, i nacisnął palcem narzutę. Wszystko było mokre i pokryte czarnym szlamem. Chociaż nacisnął lekko, brudna woda utworzyła wokół jego palca cuchnącą kałużę.

- Nie było jej w tym pokoju - powiedział na głos Bray, nadal układając w myślach rozmowę, którą przyjdzie mu odbyć z panem Oscarem.

"A czemuś nie sprawdził pod łóżkiem?", zapytał pan Oscar głosem Braya.

Schylił się. Z frędzli narzuty kapała czarna maź. Obok łóżka stała błotnista kałuża cuchnącej wody.

- Dobry Boże! Gdzie ta biała kobieta spała? - szepnął Bray.

Rozejrzał się szybko. Ani śladu torby. Podszedł do bieliźniarki i otworzył drzwi. Pusto, poza paroma centymetrami wody stojącej w każdej szufladzie po lewej stronie. W pokoju nie było więcej szaf ani żadnego innego miejsca, w którym można by ukryć torbę - zakładając, że panna Elinor chciałaby ją ukryć, a przecież to jej najbardziej zależało, żeby ją odzyskać.

- Ach, panie Oscar, ktoś się tu wkradł i zwędził tę torbę, jak Bóg na niebie.

Bray już ruszał z powrotem w stronę okna, ale pan Oscar w jego głowie znowu zapytał: "Ech, Bray, a dlaczego nie sprawdziłeś na korytarzu?".

- Bo w tym pokoju było wystarczająco strasznie... - wyszeptał Bray.

Drzwi na korytarz były zamknięte, ale w zamku tkwił klucz. Bray podszedł i nacisnął klamkę. Drzwi nawet nie drgnęły. Przekręcił klucz, czarny i oślizły od szlamu, i wyjrzał na korytarz. Na podłodze nie było dywanu. Ani żadnej torby. Niczego. Przystanął i czekał, aż głos pana Oscara zażąda, żeby poszedł dalej, ale żaden głos się więcej nie odezwał. Bray odetchnął z ulgą i zamknął drzwi. Wrócił do okna i ostrożnie wszedł z powrotem do łodzi. Kiedy odwiązywał cumę, rozkoszując się myślą, że wyszedł z tej niemiłej przygody bez szwanku, spostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył: słońce wpadające przez okno oświetliło ciemną tapetę na ścianie i linię wskazującą, dokąd sięgnęła woda w najwyższym punkcie powodzi. Ślad biegł wokół pokoju ponad pół metra wyżej niż poduszka na starannie posłanym łóżku Elinor Dammert. Skoro woda podeszła tak wysoko, jakim sposobem ta kobieta przeżyła?

DAMY Z PERDIDO

Kościół Baptystów Łaski Syjonu stał przy Old Federal Road ponad dwa kilometry od centrum miasteczka. Jego parafianie należeli do ortodoksyjnej wspólnoty, tak więc kościół był najbardziej surową i niekomfortową budowlą, jaką można sobie wyobrazić: składał się z jednego pomieszczenia o białych ścianach, ze sklepieniem, które latem więziło upał, a w lutym chłód; zimą hałaśliwe cykady, w lipcu latające karaluchy. Pod starym budynkiem, wzniesionym przed wojną secesyjną na ceglanych filarach, w ciemnym piasku czasem żyły łasice, a czasem grzechotniki.

Ortodoksyjny Kościół Baptystów Łaski Syjonu słynął z trzech rzeczy: ławek, które były bardzo twarde, kazań, które były bardzo długie, oraz duchownej - Annie Bell Driver, drobnej kobiety o czarnych włosach i hałaśliwym śmiechu. Czasami ludzie wytrzymywali trzygodzinne msze i ławki bez oparć wyłącznie dla tej jednej atrakcji: kobiety stojącej przy pulpicie i grzmiącej o grzechu, potępieniu i gniewie Bożym. Annie Bell Driver miała niepozornego męża, trzech niepozornych synów oraz córkę o imieniu Ruthie, która miała wyrosnąć na obraz i podobieństwo matki.

Kiedy zaczęły się podnosić wody rzek, Annie Bell Driver otworzyła podwoje kościoła, aby przyjąć wszystkich, którzy zostaną zmuszeni do opuszczenia domów. Jak się okazało, pierwszymi, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia domów po tej stronie miasta, były trzy najbogatsze rodziny w Perdido: Caskeyowie, Turkowie i DeBordenave'owie. Byli właścicielami trzech tartaków i składów drewna w mieście, a drewno stanowiło cały przemysł miasteczka.

Tak więc kiedy wody w kolorze mulistej czerwieni zaczęły pełznąć po łąkach, trzy najbogatsze rodziny w Perdido sprowadziły z tartaków wozy i muły, podstawiły je pod frontowe werandy swoich pięknych domów i wypełniły je skrzyniami, kuframi i beczkami jedzenia, ubrań i najcenniejszego dobytku. To, czego nie zdołano wywieźć, wniesiono na najwyższe piętra i strychy domów. Na parterach pozostawiono tylko najcięższe meble, licząc, że przetrwają powódź.

Wozy nakryto brezentowymi plandekami i skierowano przez las do kościoła. Za nimi ruszyli w automobilach członkowie rodzin, a na końcu na piechotę szli służący. Pomimo brezentowych plandek i płóciennych dachów automobilów, mimo parasoli i gazet, którymi służący osłaniali głowy, a nawet gęstych koron sosnowego lasu wszystko i wszyscy dotarli na miejsce przemoknięci do suchej nitki.

Z kościoła wyniesiono ławy, a na podłodze rozłożono materace. Białe kobiety zajęły jeden kąt, czarne służące drugi, dzieci trzeci, natomiast czwarty kąt przeznaczono na przygotowywanie posiłków. Schronienie to przeznaczono tylko dla kobiet i dzieci; wszyscy mężczyźni pozostali w mieście, by zabezpieczyć, co się da, w tartakach, pomagać kupcom w przenoszeniu produktów z niższych półek na wyższe, w ewakuowaniu chorych i niedołężnych oraz przekonywaniu krnąbrnych i opornych, żeby uciekli na wyżej położone tereny. Kiedy w końcu pozostawiono miasto na pastwę wody, mężczyźni i służący Caskeyów, Turków i DeBordenave'ów poszli nocować w domu Driverów, stojącym przy drodze, sto metrów za kościołem. Dzieci traktowały całą tę historię jak wielką przygodę; służący widzieli w niej cięższą i mniej przyjemną pracę niż ta, do której przywykli; bogate żony, matki i córki właścicieli tartaków nie utyskiwały na trudności i niedogodności, nie opłakiwały domów i dobytku, uśmiechały się do dzieci, służących i siebie nawzajem i znalazły sobie pupilkę w małej Ruthie Driver. Przez pięć dni Kościół Łaski Syjonu był ich domem.

Rankiem w niedzielę wielkanocną Mary-Love Caskey oraz jej córka, przez wszystkich nazywana Siostrą, siedziały z Annie Bell Driver w kącie kościoła. Nikt poza nimi w wielkiej sali jeszcze nie wstał. Caroline DeBordenave i Manda Turk leżały zwrócone do siebie twarzami na sąsiednich materacach i cicho chrapały. W dalekim kącie spały służące ze swoimi dziećmi; od czasu do czasu budziły się z cichym okrzykiem z koszmaru o powodzi czy o jadowitych mokasynach błotnych albo podnosiły głowę i rozglądały się zaspanym wzrokiem dookoła, po czym z powrotem zasypiały.

- Stań przed drzwiami - powiedziała cicho Mary-Love do Siostry - i wypatruj, czy nie wraca twój brat z Brayem.

Siostra posłusznie wstała. Była chuda i kanciasta, tak jak jej owdowiała matka. Miała włosy jak wszyscy Caskeyowie - ładne i mocne, ale nieokreślonego koloru, czyli niczym się niewyróżniające. Chociaż skończyła dopiero dwadzieścia siedem lat, wszystkie kobiety w Perdido - czarne i białe, bogate i biedne - wiedziały, że Siostra Caskey nigdy nie wyjdzie za mąż i nie opuści rodzinnego domu.

Wozy z dobytkiem Caskeyów, Turków i DeBordenave'ów zebrano w jednym miejscu przed kościołem i ustawiono przy nich na straży zmieniających się służących z załadowaną strzelbą, żeby pilnowali ich dzień i noc. Na koźle wozu stojącego najbliżej drogi spał na siedząco woźnica DeBordenave'ów i Siostra podeszła po cichu, żeby go nie obudzić. Popatrzyła na drogę biegnącą przez las w kierunku Perdido. Słońce wyłaniało się właśnie znad wysokich sosen i raziło ją w oczy, ale światło w lesie nadal było przyćmione, zielone i mgliste. Wyciągała szyję to w jedną, to w drugą stronę. Woźnica na koźle poruszył się i mruknął:

- To pani, panno Caskey?

- Widziałeś może mojego brata z Brayem?

- Nie widział ja ich, panno Caskey.

- Śpij dalej. Dzisiaj niedziela wielkanocna.

- Pan Bóg zmartwychwstał! - powiedział łagodnie woźnica i opuścił głowę na pierś.

Siostra Caskey osłoniła oczy przed wodnistym porannym słońcem, które przybrało kolor taniego wiejskiego masła. Nagle zza zasłony mgły wyłoniło się na drodze dwoje ludzi - mężczyzna i kobieta. Przystanęli pod lasem.

- Dokąd poszła twoja córka? - spytała Annie Bell Driver.

- Kazałam jej wyjrzeć na dwór i sprawdzić, czy Oscar z Brayem nie wracają - odparła Mary-Love, wyciągając szyję. - Popłynęli do miasta ocenić zniszczenia. Nie chciałam go puścić, pani Driver. Nie chciałam, żeby Oscar wsiadał do łodzi. Od dzieciństwa nic, tylko wodził palcami po wodzie, nie bacząc na niebezpieczeństwa. Ja tam wiem najlepiej, że od wody lepiej się trzymać z daleka, nic tam nie ma poza pijawkami i wężami, więc kazałam Brayowi, żeby go pilnował. Ale Bray w ogóle nie słucha - zakończyła Mary-Love i westchnęła ze smutkiem.

W drzwiach zjawiła się Siostra.

- Widzisz ich? - spytała Mary-Love.

- Widzę Oscara - odparła z wahaniem jej córka.

- Jest z nim Bray?

- Nie widziałam Braya.

- Chcę porozmawiać z Oscarem - oznajmiła Mary-Love, wstając.

- Mamo - powiedziała Siostra. - Oscar kogoś prowadzi.

- Kogo?

- Jakąś kobietę.

- Jaką kobietę?

Mary-Love Caskey podeszła do otwartych drzwi kościoła i wyjrzała na dwór. Zobaczyła syna stojącego na drodze jakieś trzydzieści metrów dalej i rozmawiającego z kobietą, jeszcze chudszą i bardziej kanciastą niż Siostra.

- Kto to jest, mamo? Ma rude włosy.

- Nie wiem - odparła matka.

Za nimi stanęła Annie Bell Driver.

- Czy to ktoś z Perdido? - spytała.

- Nie! - zawołała stanowczo Mary-Love. - Żadna kobieta w Perdido nie ma włosów w takim kolorze!

Spod wielkiego dębu wirginijskiego, gdzie Bray Sugarwhite wysadził Oscara Caskeya i uratowaną Elinor Dammert, biegła droga przez las sosnowy. Mijała Kościół Łaski Syjonu i dom Driverów, po czym krzyżowała się z Old Federal Road i kończyła pięć kilometrów dalej w obozie na plantacji trzciny cukrowej, prowadzonym przez czarną rodzinę Sappów.

Oscar Caskey był pierwszym dżentelmenem Perdido. Nawet w tak małym miasteczku taka estyma coś znaczyła. Był pierwszym dżentelmenem nie tylko z racji urodzenia - jako uznany dziedzic Caskeyów - lecz także z powierzchowności oraz wrodzonych manier. Wysoki wzrost i kanciastą sylwetkę odziedziczył po rodzicach, lecz jego ruchy cechowało więcej swobody i gracji niż siostry i matki. Rysy twarzy miał delikatne i ekspresyjne, wysławiał się starannie, a zarazem dowcipnie. Jego błękitne oczy iskrzyły inteligencją i zdawało się, jakby nieustannie powściągał skrywany uśmiech. Zachowywał się z kurtuazją bez względu na to, z kim rozmawiał - równie grzecznie odnosił się do nieślubnej żony Braya, co do bogatego fabrykanta z Bostonu, który przyjechał obejrzeć skład drewna Caskeyów.

W niedzielny poranek wielkanocny, kiedy Oscar i Elinor szli razem przez las, słońce świeciło za ich plecami przez korony sosen. Otaczała ich mgiełka unosząca się z rosy, która pokrywała dywan z igliwia. Tu i ówdzie w niedużych nieckach po obu stronach drogi stała nieruchoma parująca woda.

- To nie są wody z rzeki, tylko gruntowe - powiedział Oscar, wskazując jedną z niecek. - Moglibyśmy opaść na czworaka i chłeptać jak psy.

Nagle zesztywniał ze strachu, że może zabrzmiało to jak niegrzeczna propozycja. Aby pokryć niezręczność, odwrócił się do swojej towarzyszki i zapytał:

- Co pani piła w Osceoli? Nie da się pić wody z powodzi i nie paść trupem na miejscu.

- Nie miałam nic do picia - odparła Elinor.

Najwyraźniej nie zwróciła uwagi, że go to zdumiało.

- Nie miała pani czym ugasić pragnienia przez cztery dni?

- Ja nigdy nie czuję pragnienia - powiedziała z uśmiechem. - Ale bywam głodna.

Pogładziła się po brzuchu, jakby chciała ukoić burczenie, choć Oscar niczego nie słyszał i z pewnością Elinor nie wyglądała na osobę, która od czterech dni nic nie jadła.

Uszli kilka kroków w milczeniu.

- Co pani robiła w Perdido? - spytał uprzejmie.

- Przyjechałam tu do pracy.

- A czym się pani zajmuje?

- Jestem nauczycielką.

- Mój stryj jest członkiem zarządu szkoły - oznajmił z zapałem Oscar. - Kto wie, może da pani pracę. Dlaczego przyjechała pani do Perdido? Toż to prawdziwy koniec świata. Nikt tu nie przyjeżdża, chyba żeby wypisać mi czek za drewno.

- Myślę, że sprowadziła mnie tu powódź - roześmiała się Elinor.

- Przeżyła pani kiedyś powódź?

- Och, wiele razy.

Oscar Caskey westchnął. Elinor Dammert w jakiś niejasny sposób sobie z niego żartowała. Przyszło mu do głowy, że idealnie pasowałaby do tego miejsca, gdyby jego stryj naprawdę znalazł dla niej pracę w szkole. W Perdido wszystkie kobiety żartowały sobie z mężczyzn. Jankescy komiwojażerowie, którzy przyjeżdżali i zatrzymywali się w Osceoli, rozmawiali z właścicielami tartaków, robili zakupy w sklepach, gdzie za ladą stali kupcy i sklepikarze z Perdido, strzygli się u miejscowego golibrody, gawędzili w jego zakładzie z mężczyznami próżnującymi przez całe ranki i popołudnia, lecz żadnemu z nich nie zaświtało w głowie, że tak naprawdę tym miastem rządzą kobiety. Oscar nieraz się zastanawiał, czy tak samo dzieje się we wszystkich miastach Alabamy. Może tak jest wszędzie? - pomyślał nagle ze grozą. Lecz kiedy mężczyźni się spotykali, nigdy nie rozmawiali o swojej niemocy, nikt jej nie odnotował na papierze, senatorzy nie wygłaszali o niej mów w Kongresie - a jednak idąc obok Elinor Dammert przez wilgotny sosnowy las, Oscar doszedł do wniosku, że jeśli tam, skąd pochodziła (bo przecież musiała skądś przyjechać), kobiety zachowują się podobnie jak ona, to może mężczyźni w innych rejonach kraju są tak samo bezradni jak w Perdido.

- Skąd pani pochodzi? - zadał pytanie, które w naturalny sposób wynikło z jego toku myśli.

- Z północy.

- Nie jest pani Jankeską! - zawołał.

Z pewnością akcent Elinor nie zgrzytał tak jak u ludzi z Północy, miał południowe rytmy i samogłoski wystarczająco płynne jak na ucho Oscara. Mimo to było w nim coś dziwnego, jak gdyby Elinor przywykła do innego języka niż angielski. Zrodził mu się nagle w wyobraźni obraz, równie realistyczny, co nieprawdopodobny: Elinor leżącej na łóżku w Osceoli, nasłuchującej głosów mężczyzn w sąsiednich pokojach hotelowych, naśladującej ich brzmienie, zapamiętującej słownictwo.

- Miałam na myśli północną Alabamę - sprostowała.

- Z jakiego miasta? Ciekaw jestem, czy je znam.

- Z Wade.

- Nie znam go.

- W hrabstwie Fayette.

- Gdzie się pani uczyła?

- W Huntingdon. Dostałam również certyfikat pozwalający mi uczyć w szkole. Mam go w torbie, po którą popłynął Bray. Chyba uda mu się odzyskać moje bagaże? Nie pozwoli, żeby coś się z nimi stało? W jednym z nich znajdują się wszystkie moje referencje. - Wyraziła tę troskę trochę nieobecnym głosem, nie tak, jakby naprawdę niepokoiła się o to, co się stało z jej bagażami, lecz jakby nagle sobie przypomniała, że powinna się niepokoić.

- Bray jest kolorowym dżentelmenem z wielkim guzem odpowiedzialności - powiedział Oscar, dotykając czoła, jakby wskazywał miejsce, gdzie mógłby wyrosnąć guz. - Za młodu miał skłonności do bumelowania, ale kiedyś przyłożyłem mu w głowę kantówką, wyrosła wielka śliwa i od tamtej pory nigdy nie sprawił mi zawodu. - Mówiąc to, w innej partii swego mózgu zdecydował, że tajemnicę otaczającą pannę Elinor można wygodnie i wspaniałomyślnie przypisać wstrząsowi, jaki przeżyła w ciągu czterech dni spędzonych samotnie w podtopionym hotelu. - Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego wybrała pani akurat Perdido.

Przed nimi rozwiała się zasłona mgły i zobaczyli kościół. Na schodach stała siostra Oscara i bez wątpienia wypatrywała jego powrotu.

- Ponieważ usłyszałam, że znajdę tutaj coś dla siebie - odparła Elinor z uśmiechem.

Oscar przedstawił Elinor Dammert matce, siostrze oraz Annie Bell Driver.

- Dzisiaj nie będzie porannej mszy - oznajmiła duchowna. - Ludzie mają za dużo zmartwień. Jeśli mogą spokojnie spać, chociaż ich dobytek stoi pod wodą, to ja mówię: dajmy im spać.

- Panna Elinor przyjechała do Perdido w poszukiwaniu posady nauczycielki od przyszłej jesieni - powiedział Oscar. - Kiedy woda zaczęła się podnosić, utknęła w Osceoli. Znaleźliśmy ją z Brayem w pokoju hotelowym.

- Och, biedactwo! - zawołała Siostra w przypływie współczucia. - Gdzie są pani rzeczy, panno Elinor? Pani ubrania?

- Pewnie wszystko pani straciła - dodała Mary-Love, nie odrywając oczu od włosów młodej kobiety. - Powódź wszystko zabiera. Cud, że uszła pani z życiem.

- Nie mam niczego - powiedziała Elinor z uśmiechem, który nie wyrażał ani odważnej rezygnacji, ani wystudiowanej obojętności, a raczej udawaną wiarę.

- Skąd pani przyjechała? - spytała Annie Bell Driver.

W kościele obudziło się jedno z czarnych dzieci i zaspane wyglądało przez drzwi.

- Ukończyłam Huntingdon - odparła Elinor Dammert. - Przyjechałam tu, żeby uczyć w szkole.

- Szkoła jest pod wodą - oznajmił Oscar, kręcąc ze smutkiem głową. - Ale leszcze pozostały.

- Widziałam dwie ławki płynące Palafox Street - powiedziała Siostra.

- Nauczycielom udało się ocalić tylko dzienniki - dodała Mary-Love.

- Macie może coś do jedzenia? - spytała Elinor. - Przez cztery dni siedziałam na brzegu łóżka hotelowego i patrzyłam, jak podnosi się woda. Miałam tylko puszkę łososia i paczkę krakersów i prawdę mówiąc, z głodu ledwo się trzymam na nogach.

- Zaprowadźcie pannę Elinor do środka! - zawołała Annie Bell Driver.

Siostra Caskey wzięła Elinor za rękę i ruszyła z nią po schodach do kościoła.

- Bray odzyskał trochę puszek ze sklepu pana Hendersona, kiedy już znalazł się pod wodą - powiedziała Siostra. - Ale odkleiły się wszystkie etykiety, więc nie wiadomo, co jest w środku, dopóki się ich nie otworzy. Czasami dostajemy na śniadanie zieloną fasolkę, a na kolację groszek, ale puszki z łososiem można rozpoznać po kształcie. Oczywiście nie musi pani jeść więcej łososia, jeśli pani nie chce!

- Dziękuję za uratowanie mnie, panie Oscarze - powiedziała Elinor, odwracając się na schodach.

Ruszył za nią do środka, ale matka dotknęła jego ramienia.

- A ty dokąd? Nie możesz tam wejść! Caroline i Manda jeszcze się nie ubrały.

Przez chwilę Oscar obserwował, jak Elinor znika za drzwiami kościoła, po czym pożegnał się z matką i wrócił na drogę prowadzącą do domu Driverów. Uprzejmie uchylił kapelusza śpiącemu woźnicy.

W kącie kościoła Elinor została nakarmiona łososiem z krakersami. Usiadła na brzegu jednej z ławek i patrzyła na buzie dzieci śpiących w drugim końcu sali. Wszystkie służące już wstały i tłoczyły się w trzecim kącie, żeby się ubrać i umyć, na ile pozwalały na to trudne warunki. Siostra Caskey siedziała obok Elinor i od czasu do czasu zadawała szeptem pytanie, na które również szeptem otrzymywała odpowiedź.

Caroline DeBordenave i Manda Turk wstały w samą porę, żeby zobaczyć, jak Siostra Caskey wprowadza do kościoła nieznajomą kobietę. Czym prędzej się ubrały i wybiegły na dwór, żeby wypytać Mary-Love, która czekała na jednym z wozów, po czym trzy kobiety wdały się w ożywioną dyskusję na temat koloru włosów Elinor Dammert, przypominających czerwony muł rzeki Perdido, oraz jej osobliwych losów w czasie powodzi.

Zgodziły się, że okoliczności jej odnalezienia są znacznie więcej niż osobliwe - były nad wyraz tajemnicze.

- Szkoda, że Oscar już poszedł - powiedziała Caroline DeBordenave, tęga kobieta z trwożliwym uśmiechem. - Chętnie bym go wypytała o parę rzeczy na temat tej panny Elinor.

- Oscar i tak by niczego nie wiedział - zauważyła jeszcze tęższa Manda Turk, której wieczny mars na czole z pewnością trudno było nazwać trwożliwym.

- Dlaczego? - spytała Caroline. - To on ją wyciągnął przez okno z hotelu. Przewiózł ją łodzią na suchy ląd, a potem przyprowadził tu przez las. Musieli po drodze zamienić chociaż kilka słów.

- Mężczyźni nigdy nie wiedzą, jakie pytania zadawać - odparła Manda. - Niczego się nie dowiemy, wypytując Oscara. Nie mam racji, Mary-Love?

- Masz - zgodziła się z nią Mary-Love. - To, niestety, prawda, nawet jeśli dotyczy mojego syna. Siostra z nią teraz rozmawia, może uda jej się dowiedzieć czegoś więcej.

- Idzie Bray. - Manda Turk wskazała głową drogę.

Słońce przygrzewało coraz mocniej i wysysało więcej pary z nasiąkniętej ziemi. Bray wyłonił się z mgły zupełnie nagle, wymachując niewielką walizką.

- Czy to twoja walizka? - Caroline DeBordenave odwróciła się do Mary-Love.

- Nie. Musi należeć do niej.

- Bray, czy to jej walizka?! - zawołała na cały głos Manda Turk.

- Ano - odparł, domyślając się od razu, że "jej" oznacza kobietę uratowaną z hotelu Osceola.

- Co jest w środku? - spytała Caroline.

- A skąd mnie to wiedzieć? Ja jej nie otwierał - odparł Bray. - Panna Elinor w kościele? - spytał po chwili.

- Je śniadanie z Siostrą - oznajmiła Mary-Love.

- Miały być dwa bagaże, walizka i torba - powiedział Bray, podchodząc do trzech kobiet.

- Gdzie jest torba? - chciała wiedzieć Caroline.

- Zostawiłeś ją w łodzi? - zawtórowała jej Manda.

- Nie wiem, gdzie jest.

- Zgubiłeś ją?! - zawołała Mary-Love. - Dwa bagaże to wszystko, co ta dziewczyna ma na świecie, a ty jeden zgubiłeś?

- Oj, ale będzie zła. Urwie ci za to łeb - orzekła Manda Turk.

Bray zadygotał, jakby ta wróżba miała się spełnić dosłownie.

- Nie mam pojęcia, gdzie ta torba, psze pani. Wzięli my tę panią do łodzi, a ona, że walizka i torba stoją przy oknie. Wysadził ja pana Oscara i tę pannę Elinor na suchy ląd, a pan Oscar mówi: "Bray, wiosłuj z powrotem". No to ja powiosłował z powrotem. Sięgam za okno i jest, ale tylko ta walizka. No a gdzie torba?

Żadna z kobiet nawet nie próbowała mu odpowiedzieć. Bray wręczył walizkę Mary-Love.

- Może coś wyciągnęło z wody rękę, macało, macało i wymacało tę torbę, a potem zabrało ją pod wodę.

- W tej wodzie nic nie ma poza zdechłymi kurczakami - powiedziała pogardliwie Manda Turk.

- Ciekawe, co jest w środku - zastanawiała się Caroline, wskazując głową walizkę.

Mary-Love pokręciła głową.

- Bray, idź do domu pani Driver i zjedz coś. Powiem pannie Elinor, że zrobiłeś, co mogłeś.

- Dziękuję, psze pani. Nie pali mi się do gadania z tą kobietą...

Oderwał się od pnia, o który się opierał, i nie oglądając się za siebie, ruszył dalej drogą. Trzy kobiety popatrzyły na walizkę obwiązaną dookoła pasami, po czym weszły do kościoła.

Elinor Dammert nie wyglądała na zmartwioną, że jej torba zginęła. Nie miała do Braya żalu; nie oskarżyła go, że upuścił jej bagaż do wody, a potem skłamał; nie zastanawiała się, czy ktoś inny mógł przepływać obok hotelu, sięgnąć do środka przez okno i ukraść jej własność; nie rozpaczała nad stratą połowy swego skromnego dobytku.

- Miałam w środku książki - powiedziała. - I dyplom z Huntingdon. I certyfikat nauczycielski. I świadectwo urodzenia. Będę musiała napisać prośbę o wydanie duplikatów. Jak długo to może potrwać? - spytała Siostrę.

Siostra Caskey nie miała pojęcia, ale przypuszczała, że dosyć długo.

- Chciałabym się umyć i przebrać - oznajmiła Elinor.

- Nie ma się gdzie umyć - poinformowała ją Siostra. - Przynosimy wodę ze strumienia.

- Och, naturalnie - rzuciła Elinor, jakby znała każdy centymetr jego nurtu.

- Z dopływu rzeki za kościołem - dodała Caroline DeBordenave, jakby młoda kobieta spytała: "Jakiego strumienia?", co w istocie powinna była uczynić. - Nie zobaczy się go, jeśli się nie wie, gdzie szukać.

- Czy jego powódź nie dotknęła? - spytała Elinor.

- Nie - odparła pani Driver. - Za kościołem teren gwałtownie opada. Cała woda spływa do Perdido. Strumień jest czysty jak kryształ.

- To dobrze - powiedziała Elinor. - W takim razie pójdę się tam umyć.

Szybko się podniosła, a kiedy Siostra zaproponowała, że pójdzie jej pokazać drogę, zapewniła, że znajdzie strumień bez pomocy. Wzięła swoją starą, zniszczoną walizkę, po cichu przeszła między śpiącymi dziećmi i wyśliznęła się bocznymi drzwiami.

Manda Turk, Mary-Love i Caroline natychmiast obległy Siostrę.

- I co mówiła? - spytała Manda, przemawiając w imieniu całej trójki.

- Nic - odparła Siostra, ze wstydem zdając sobie nagle sprawę, że zaniedbała coś, co najwyraźniej kobiety uważały za jej obowiązek. - Opowiedziałam jej o szkole i o Perdido. Wypytywała o powódź, o tartaki, o to, kto jest kim, i tak dalej.

- No dobrze, ale o co ty ją pytałaś? - naciskała Caroline.

- Ja...? Spytałam, czy myślała, że utonie.

- Utonie? - powtórzyła Mary-Love. - Siostro, jesteś niemożliwa!

- Że utonie w Osceoli - broniła się Siostra. Siedziała na brzegu ławki, a nad nią pochylały się trzy kobiety. - Powiedziała, że w ogóle się nie bała. Ani trochę. Że nigdy w życiu nie tonęła.

- I to wszystko, czego się dowiedziałaś! - zawołała Manda.

- Wszystko - odparła Siostra, kuląc się. - A czego się miałam dowiedzieć? Nikt mi nie kazał...

- Wszystkiego miałaś się dowiedzieć - wybuchnęła jej matka.

Caroline DeBordenave powoli pokręciła głową.

- Nie rozumiesz, Siostro?

- Czego?

- Tego, że cała ta historia wygląda bardzo dziwnie.

- Że coś tu się nie zgadza - dodała Manda.

- Nadal nie rozumiem.

- Spójrz tylko na jej włosy! - powiedziała Mary-Love. - Widziałaś kiedyś taki kolor włosów? Wyglądają, jakby je ufarbowała w mule Perdido! Tak mi wyglądają!

Annie Bell Driver widziała, co się dzieje. Obserwowała, jak trzy najbogatsze kobiety w Perdido otoczyły Braya i wypytywały go natarczywie o czarną walizkę, którą przyniósł z hotelu; widziała, jak następnie skierowały krzyżowy ogień pytań na biedną, potulną Siostrę. Wiedziała również, do czego te pytania zmierzały. Podczas gdy Siostra na próżno usiłowała usprawiedliwić swoją porażkę, tłumacząc, że nie dowiedziała się niczego konkretnego na temat Elinor Dammert, ponieważ nie chciała być wścibska, Annie Bell Driver wymknęła się bocznymi drzwiami z kościoła i kierowana czymś, czego nie nazwałaby wprost ciekawością, ostrożnie ruszyła na dół po śliskim od igliwia zboczu, przytrzymując się kolejnych lepkich od żywicy pni sosen. Tutaj również unosiła się para - smużkami z ziemi, z poszycia, z zielonych sosnowych konarów, a także całymi kłębami znad potoku.

W odróżnieniu od ciemnych, głębokich nurtów Blackwater i Perdido strumień zasilający ich wody był płytki, wąski i wartki. Każdego roku płynął inną drogą. Zrywał dywan sosnowego igliwia i pozostawiał po sobie miękkie ilaste podłoże, wydrążał w kamieniu kanały, usypywał maleńkie wysepki piasku i drobnych kamieni.

Annie Bell Driver zatrzymała się na płaskim brzegu wody - potok był zbyt ruchliwy i nieprzewidywalny, żeby wydrążyć w ziemi koryto - i rozejrzała się w górę i w dół nurtu na tyle daleko, jak mogła sięgnąć wzrokiem. Jakieś trzydzieści metrów wyżej strumień skręcał i ginął w lesie. Podobny zakręt znajdował się w przeciwnym kierunku, z piętnaście metrów niżej. Kobiety o rudych włosach nie było nigdzie widać. Annie Bell zastanawiała się, czy powinna pójść w górę strumienia, czy w dół, czy wrócić do kościoła i zostawić kobietę samej sobie. W końcu przez cztery dni spędzone na piętrze na wpół zatopionego hotelu nie miała szansy się umyć, chyba że w wodzie z powodzi, a to nie wchodziło w rachubę, ponieważ wyszłaby z niej jeszcze brudniejsza i naraziła swoje zdrowie, jeśli nie życie.

Wreszcie Annie Bell postanowiła pójść w kierunku zakrętu w dole i kiedy się odwróciła, zobaczyła czarną walizkę Elinor Dammert opartą o łachę piasku dokładnie po drugiej stronie strumienia. Nie zauważyła jej wcześniej, ponieważ idealnie wtopiła się w bujną roślinność porastającą teren nad wodą.

Przez głowę przemknęła jej myśl, że Elinor Dammert przeżyła powódź Blackwater i Perdido tylko po to, żeby utonąć w tym maleńkim bezimiennym potoku, lecz po chwili uprzytomniła sobie, że aby utonąć, trzeba najpierw znaleźć miejsce dość głębokie, by woda przykryła człowieka łącznie z głową, a takich miejsc w tym płytkim nurcie był niezwykle mało. Strumień uchodził za tak bezpieczny, że Annie Bell nie zadawała sobie trudu, żeby przestrzegać swoje dzieci przed zabawą w jego wodzie - zbyt płytkiej, żeby nawet najmłodsze dziecko mogło się w niej utopić, i zbyt wartkiej, żeby żyły w niej mokasyny czy pijawki.

Lecz skoro walizka leżała nad potokiem, a Elinor nie mogła się w nim utopić, to gdzie się podziała?

Annie Bell Driver zrobiła kilka kroków wzdłuż brzegu i właśnie sięgała po sosnową gałąź, żeby się złapać i przestąpić nad szczególnie podmokłym miejscem, gdy nagle znieruchomiała, a jej stopa opadła prosto w kałużę, tak że buty szybko zaczęły przesiąkać.

W wąziutkim rowie, który wyglądał tak, jakby wyrzeźbiono go specjalnie, by dopasował się do jej kształtów, leżała Elinor Dammert, zupełnie naga i całkowicie zanurzona w wodzie. Ściskała w dłoniach kępki wodorostów, lecz poza tym się nie poruszała.

- Wielki Boże na niebiesiech! - zawołała na cały głos Annie Bell Driver. - Nic, tylko się utopiła!

Wytrzeszczyła oczy. Chociaż woda była przejrzysta i na tyle płytka, żeby zakryć jedynie ciało kobiety, wywoływała rodzaj wizualnej przemiany: skóra panny Elinor widziana w tym bystrym nurcie wydawała się skórzasta, zielonkawa i twarda, a nie, jak to zdążyła już zauważyć Annie Bell, jasna i niemal przejrzysta. Co więcej, na oczach duchownej jakaś zniekształcająca transformacja objęła również rysy zanurzonej kobiety. Wcześniej wąska, delikatna i pociągająca twarz teraz wydawała się szeroka, płaska i toporna. Usta rozciągnęły się tak dalece, że wargi niemal całkowicie znikły. Oczy pod zamkniętymi powiekami, które stały się niemal całkowicie przezroczyste, urosły do wielkich kopuł, a w poprzek wybrzuszonego oczodołu biegła ciemna szczelina niczym równik na dziecięcym globusie.

Kobieta wcale nie była martwa.

Cienkie powieki, naciągnięte na te wyłupiaste kopuły, powoli się rozchyliły i wzrok purytańskiej kaznodziejki napotkał bezkresne spojrzenie wyglądających spod wody oczu wielkości kurzego jaja.

Annie Bell Driver zatoczyła się w tył na drzewo. Gałąź, której się przytrzymywała nad głową, pękła.

Elinor wstała. Przemiana, która w niej zaszła w wartkiej wodzie, zachowała moc i Annie Bell wytrzeszczyła oczy na wielką, niekształtną szarozieloną istotę o obwisłym ciele, wielkiej głowie i zimnych, wytrzeszczonych oczach z cieniutkimi jak narysowana ołówkiem kreska pionowymi źrenicami. Po chwili jednak, kiedy woda spłynęła z jej ciała z powrotem do strumienia, przed Annie Bell znów stanęła Elinor Dammert, nieśmiało uśmiechnięta i pokryta ślicznym wstydliwym rumieńcem, ponieważ zaskoczono ją bez odzienia.

Kaznodziejka wzięła głęboki oddech i powiedziała bardzo, bardzo cicho:

- Jestem... oszołomiona...

- Pani Driver! - zawołała Elinor. - Nic się pani nie stało?

Wydawało się, jakby woda zmyła z jej włosów przymulony odcień i nabrały teraz koloru ciemnej, głębokiej czerwieni, który nie przypominał niczego... no może poza gliniastym brzegiem rzeki błyszczącym w jaskrawym słońcu po lipcowych deszczach. Nikt w Perdido nie znał niczego czerwieńszego.

- Nie, nic mi nie jest - odrzekła słabym głosem Annie Bell Driver. - Ale na Boga, ależ mnie pani wystraszyła! Coś ty robiła w tej wodzie, dziewczyno?!

- Ach! - W głosie Elinor dźwięczał uśmiech. - Po przeżyciu powodzi po prostu nie ma innego sposobu, żeby zmyć z siebie brud, pani Driver. Może mi pani wierzyć.

Zrobiła krok do piaszczystej łachy, na której leżała jej walizka, i gdyby Annie Bell nie była nadal taka oszołomiona, nabrałaby większej pewności, że kiedy Elinor wyjęła ze strumienia drugą stopę, nie była ona smukła i biała jak ta, która stała już na piasku, ale szeroka i płaska, z palcami połączonymi błoną pławną.

Och, to przez tę wodę, pomyślała Annie Bell, zaciskając mocno oczy.

WODY OPADAJĄ

Stryj Oscara - szwagier Mary-Love, James Caskey - należał do tych cichych, wrażliwych mężczyzn, których łatwo dopadają kłopoty i niechętnie odstępują. Był szczupły (niektórzy mówili "kościsty"), łagodny i zamożny, przynajmniej jak na małe miasteczko w biednym hrabstwie zubożałego stanu. Ożenił się nieszczęśliwie, ale jego żona, Genevieve, ku radości mieszkańców Perdido, spędzała większość czasu u zamężnej siostry w Nashville. James miał sześcioletnią córeczkę o imieniu Grace, lecz mimo żony i dziecka mówiono o nim, że "nosi piętno zniewieściałości". Mieszkał w domu wybudowanym przez jego ojca w 1865 roku, jak na owe czasy bardzo okazałym, lecz wedle obecnych standardów raczej skromnym: parterowym, z dwoma salonikami, jadalnią i trzema sypialniami. Kuchnię, początkowo wolno stojącą, z czasem przyłączono do domu długą przybudówką, w której urządzono pokój dziecięcy, szwalnię oraz dwie łazienki. Dom był staromodny - z dużymi, wysokimi i kwadratowymi pokojami, kominkami z cegły i ciemną boazerią - ale matka Jamesa miała dobry gust i wyposażyła go w piękne meble. Teraz James nie miał pojęcia, co pozostało z jego domu, który przez sześć dni stał zalany mulistą wodą górnego biegu rzeki Perdido. Kiedy płynął z Brayem przez miasto, mógł go znaleźć tylko dzięki sąsiedztwu piętrowego domu siostry oraz ceglanemu kominowi kuchni, który był wyższy od kominów nad salonikami.

Mimo to James niewiele uwagi poświęcał temu, co znajdowało się w jego domu, chociaż kochał każdą listewkę mebli swojej matki (kochał wszystko, co do niej należało). Musiał myśleć przede wszystkim o tartaku, którego strata, całkowita lub częściowa, oznaczałaby trudne czasy dla całej społeczności Perdido. Tartak Caskeyów, stanowiący wspólną własność Jamesa oraz Mary-Love i prowadzony wspólnie przez Jamesa i jej syna Oscara, zatrudniał trzystu trzydziestu dziewięciu mężczyzn i dwadzieścia dwie kobiety, białych i kolorowych, w wieku od siedmiu do osiemdziesięciu jeden lat (najstarszym był mężczyzna, który znakował drewno stanowiące specjalność firmy - pekan, dąb, cyprys i cedr - koniczyną Caskeyów; najmłodszym jego prawnuczek). Ponieważ te trzysta sześćdziesiąt jeden osób ogromnie by ucierpiało, gdyby tartaku nie uruchomiono najszybciej, jak się da, James Caskey popłynął na miejsce z Brayem, żeby ocenić, co można zrobić.

Z powodu rachitycznej postury zawsze sprawiał wrażenie dość kruchego, a wrażenie to potęgowały jego ruchy, z natury powolne i ostrożne, wykazujące (w stopniu, który współgrał z ciałem o skłonnościach do nerwowego podrygiwania) swoistą zwiotczałą grację. Z pewnością nie spędzał zbyt wiele czasu w rodzinnych lasach i ogólnie podejrzewano, że nie posiada tak głębokiej wiedzy o drzewach, jaką powinien dysponować członek rodziny Caskeyów. Wszyscy doskonale znali jego niechęć do włóczenia się po gąszczach, nurzania butów w błocie, rozdzierania spodni o ciernie dzikiej róży, omijania czyhających grzechotników, ale był za to doskonałym urzędnikiem i nikt w mieście nie potrafił tak doskonale sformułować uchwały czy ułożyć zgrabniejszego listu. Kiedy miasto zadeklarowało gotowość włączenia do stanowej władzy ustawodawczej, to właśnie James Caskey reprezentował Perdido przed zgromadzeniem, a po pierwszorzędnej i wysublimowanej mowie, jaką wygłosił, wszyscy się zastanawiali, dlaczego człowiek ten nie został politykiem.

Rekonesans Jamesa na terenie tartaku wykazał, że składy Caskeyów znajdują się w opłakanym stanie. Przepadła nawet zawartość magazynów, które starannie pozamykano, ponieważ nasiąknięte wodą drewno wybrzuszyło się i wypaczyło. Tarcica z otwartych szop popłynęła Bóg jeden wie dokąd. Sprzęt wyglądał na kompletnie zniszczony, podobnie jak biura. Na szczęście James wykazał dość przytomności umysłu, żeby zapakować bieżącą i najświeższą dokumentację na wozy i wywieźć na wyżej położone tereny. Leżały teraz bezpiecznie pod stertą siana w stodole pewnego hodowcy ziemniaków, lecz wszystkie archiwa tartaku sprzed 1895 roku zostały utracone. W gorszej sytuacji znalazł się Tom DeBordenave, który zdecydował się w pierwszej kolejności ratować tarcicę zamiast dokumentacji. W efekcie stracił i drewno - ponieważ woda podeszła pod magazyn, w którym je przechowywano - i rachunki o zaległych płatnościach, bieżących zamówieniach, a nawet adresy najlepszych jankeskich klientów.

Po kilku godzinach bezużytecznego pływania wokół zatopionego tartaku, a następnie głośnej wymianie wyrazów ubolewania z Tomem DeBordenave'em, który siedział w drugiej zielonej łodzi i oglądał własny, sąsiadujący z Caskeyami majątek, James kazał się Brayowi zawieźć z powrotem obok swojego zatopionego domu na drogę prowadzącą do Kościoła Łaski Syjonu. Naturalnie Bray zdążył mu już opowiedzieć o osobliwym pojawieniu się rudowłosej kobiety w hotelu Osceola. Tę samą opowieść James usłyszał też od bratanka, zżerała go więc ciekawość i nie mógł się doczekać, kiedy pozna tajemniczą nieznajomą. W Perdido od tak dawna nie mówiło się o niczym więcej poza powodzią, że z prawdziwą przyjemnością skorzystałby z okazji, żeby porozmawiać o czymś, co nie miało związku z wodą. Wiedział, że panna Elinor została na noc w kościele, ponieważ Bray zanosił wieczorem dodatkowy materac z domu Annie Bell Driver. James miał nadzieję, że zobaczy pannę Elinor przed kościołem, kiedy będzie go mijał, co oszczędzi mu szukania pretekstu, żeby wejść do środka - rzekomo do szwagierki, bratanicy albo córki - sprowadzania rozmowy na temat wyratowanej kobiety, by wreszcie się jej przedstawić.

Bray przywiązał zieloną łódkę do sterczącego korzenia drzewa na skraju stojącej wody powodziowej. Poziom znacząco opadł, do tego stopnia, że kiedy stanęli na suchej ziemi, widzieli dom Mary-Love na skraju miasta. Następnie razem ruszyli szybkim krokiem przez wilgotny, podmokły las.

Po kilku minutach milczenia Bray, który szedł jedną koleiną, podczas gdy James drugą, ośmielił się wyrazić opinię, że byłoby lepiej dla pana Jamesa, gdyby zostawił tę pannę samej sobie.

- Czemu tak uważasz? - spytał zaciekawiony James Caskey.

- Uważam tak, bo wiem, co mówię.

James wzruszył ramionami.

- Nie wierzę, że wiesz, co mówisz, Bray.

- Pewnie, że wiem, panie James! Już ja wiem! - zawołał Bray i na tym dyskusja się skończyła.

James nie miał zamiaru jej przeciągać, żądając, żeby Bray sprecyzował swoje spostrzeżenia, a Bray nie zamierzał wyrywać się z konkretnymi dowodami na temat panny Elinor z tego prostego powodu, że ich nie miał. Nie chciał zdradzać swoich podejrzeń, które były wybitnie nieokreślone i mogły - gdyby Elinor Dammert okazała się osobą, za którą się podawała - źle się na nim odbić.

W porównaniu z lodowatą wodą, po której płynęli małą łódką Braya, las wydawał się ciepły, suchy i bezpieczny. James Caskey szedł z uśmiechem na twarzy; odwrócił głowę, kiedy usłyszał nawoływanie przepiórki, i próbował wypatrzeć ptaka między drzewami, ale na próżno.

- To ona - powiedział Bray chrapliwym szeptem, kiedy Kościół Łaski Syjonu pojawił się w polu widzenia.

Elinor Dammert siedziała na frontowych schodach z córką Jamesa skuloną na jej kolanach - zupełnie jakby na niego czekała, przygarnąwszy do siebie Grace, żeby ułatwić im spotkanie.

Bray pospiesznie ruszył dalej w stronę domu Driverów, natomiast James, podziękowawszy mu za pomoc, skierował się do schodów i przedstawił się pannie Elinor Dammert.

- Wybrała pani pechowy moment, żeby odwiedzić nasze miasto - zauważył. - Niewiele gościnności możemy pani zaoferować.

- Och, są gorsze rzeczy od małego przypływu - odparła Elinor z uśmiechem.

- Czy to dziecko się pani nie naprzykrza? Grace, nie naprzykrzasz się pannie Elinor?

- Ależ skąd. Grace mnie po prostu polubiła.

Dziewczynka zarzuciła ręce na szyję panny Elinor i przytuliła się do niej, żeby pokazać ojcu, jak bardzo jej się podoba nowa znajoma.

- Oscar mówił, że straciła pani w powodzi wszystkie pieniądze.

- To prawda. Miałam je w torbie, która zginęła, razem z dyplomami i certyfikatami.

- Przykro mi. Bray nie stanął na wysokości zadania. No cóż, wsadzimy panią w pociąg i wyślemy do Montgomery. Przynajmniej tyle możemy zrobić.

- Do Montgomery?

- Czy nie stamtąd pani pochodzi?

- Studiowałam w Huntingdon, ale pochodzę z Wade w hrabstwie Fayette.

- W takim razie odeślemy panią do Wade - odparł z uśmiechem James. - Grace, nie chcesz uściskać tatusia? - zapytał, nagłym ruchem rozpościerając ramiona, jakby wykonywał dziecięce pajacyki.

- Nie! - krzyknęła dziewczynka, jeszcze mocniej przytulając się do Elinor.

- Pan chyba myśli, że mam dokąd pojechać - zauważyła Elinor nad jej ramieniem.

- Nie do Wade?

- Stamtąd pochodzę, ale z mojej rodziny nikt już nie żyje. - Objęła dziecko ramionami.

- Tak mi przykro. Więc co pani zrobi? - spytał z troską James Caskey.

- Przyjechałam do Perdido, ponieważ doszły mnie słuchy, że zwolniła się tu posada nauczycielki. Jeśli tak, to zostanę tu, żeby uczyć w szkole.

- Chyba pani wie, kogo powinna o to zapytać, prawda? - odezwała się Grace spomiędzy obejmujących ją ramion.

- Kogo powinna zapytać, Grace? - spytał James.

- Ciebie! - zawołała dziewczynka. Potem odwróciła się do Elinor. - Tatuś jest przewodniczącym zarządu.

- Owszem - potwierdził. - Więc tym kimś, kogo powinna pani zapytać, jestem ja.

- W takim razie zapytam tego kogoś. Słyszałam, że w szkole jest wolne stanowisko.

- Nie ma - odparł James. - A przynajmniej nie było przed powodzią.

- To znaczy?

- Edna McGhee uczyła czwartą klasę... od sześciu lat, jeśli mnie pamięć nie myli, ale nie dalej jak przedwczoraj powiedziała mi, że ona i jej mąż wyjeżdżają z Perdido. Nie chcą czekać, aż następna powódź zabierze ich razem z kanapą do Pensacoli. A więc jeśli Edna i Byrl wyprowadzą się z miasta, tak jak zapowiedzieli, to nie mamy nauczyciela dla czwartej klasy.

- Poza mną - zauważyła Elinor. - Z przyjemnością przejmę uczenie czwartej klasy. Ale musi pan pamiętać, panie Caskey, że straciłam w powodzi dyplom i certyfikaty.

- Och, wszak to nasza wina, prawda, Grace? - powiedział James z uśmiechem.

Grace z zapałem pokiwała głową i zarzuciła ręce na szyję panny Elinor.

James został w kościele jeszcze godzinę. Rozmawiał krótko i zdawkowo z Mary-Love o sytuacji w tartaku, za to długo i najwyraźniej niezwykle serdecznie z panną Elinor, która nie chciała wypuścić z ramion biednej Grace. Odszedł - nader niechętnie - dopiero kiedy Tom DeBordenave i Henry Turk przysłali po niego człowieka, ponieważ uznali, że powinni się wspólnie naradzić, co należy dalej począć. Mary-Love skarżyła się córce na skandaliczne zachowanie Jamesa, który odchodząc, zostawił Grace pod opieką jakiejś rudowłosej nieznajomej, podczas gdy one - jego szwagierka i bratanica - stały kilka kroków dalej!

- Ale spójrz tylko na Grace, mamo - powiedziała Siostra. - Nie odstępuje jej na krok! Panna Elinor zyskała sobie przyjaciółkę na całe życie!

Mary-Love, która ani poprzedniego wieczoru, ani tego ranka nie przejawiała najmniejszej chęci nawiązywania bliższej znajomości z panną Elinor, nie miała ochoty nawet odezwać się do tej kobiety i nie pozwoliłaby również Siostrze z nią rozmawiać, gdyby nie paląca potrzeba, żeby się dowiedzieć, jakie wydarzenia oraz intencje sprowadziły pannę Dammert do Perdido. Kiedy Siostra przyniosła matce wiadomość (uzyskaną w jednym kącie kościoła i przekazaną w drugim), że James zamierza dać pannie Elinor pracę w szkole, Mary-Love głęboko westchnęła i usiadła na twardej ławce niczym wojownik, któremu jednym okrutnym ciosem odebrano wszystkie siły.

- Och, Siostro - jęknęła żałośnie. - Wiedziałam, że ona to zrobi...

- Co takiego zrobi, mamo?

- Wkręci się. Wkradnie się. Wrośnie w ziemię Perdido, aż w końcu siedemnastu mężczyzn nie wyciągnie jej nawet za sznur uwiązany wokół szyi... Szkoda, że go nie ma.

- Mamo! - zawołała Siostra, oglądając się na miejsce, gdzie całkiem skromnie i spokojnie siedziała na ławce Elinor i rozmawiała z kaznodziejką, trzymając na kolanach Grace. - Jesteś dla niej zbyt surowa. Uważam, że ona na to nie zasługuje.

- Tylko poczekaj - rzuciła Mary-Love. - Poczekaj i powiedz mi to samo za sześć miesięcy.

Tego samego wieczoru - niezbyt późno, ponieważ było do zrobienia tyle rzeczy wymagających dziennego światła, że ludzie kładli się spać wcześniej niż zwykle - Oscar Caskey i jego stryj James leżeli w jednym łóżku, które normalnie zajmowała Annie Bell Driver ze swoim niepozornym małżonkiem. W domu Driverów tłoczyli się mężczyźni - biali i kolorowi, zamożni i biedni, starzy i całkiem młodzi (najmłodsi pozostali z matkami w kościele), tak że każde pomieszczenie wypełniały materace i chrapanie. Dwaj synowie Driverów spali na podłodze w nogach łóżka rodziców, oddychając głośno przez usta.

Oskar uniósł się na łokciu i odezwał szeptem do stryja:

- James, co zamierzasz zrobić w sprawie panny Elinor? - spytał. - Mama mówiła, że spędziłeś z nią cały ranek, jak się wyraziła.

- No cóż, to miła dziewczyna - zauważył James. - Przykro mi z powodu tego, co ją spotkało. Spędziła tyle dni uwięziona w Osceoli, straciła bagaż, pieniądze, dokumenty... Nie ma pracy, nie ma się gdzie podziać. Znalazła się w opłakanej sytuacji, tak jak wszyscy ludzie w tym mieście... ba, w gorszej niż większość z nas!

- Wiem - odparł łagodnie Oscar. - Nie rozumiem, dlaczego mama powzięła do niej taką nieuzasadnioną awersję. To bardzo utrudnia sytuację.

- Twoja matka nie chce, żebym coś robił w sprawie panny Elinor. - James dźgnął kościstym palcem w poduszkę tuż obok nosa bratanka. - Nie chce, żebym się w ogóle do niej odzywał.

- Ale zrobisz coś dla niej, prawda?

- Oczywiście! Zamierzam dać jej pracę. Zacznie uczyć od września. Może nawet wcześniej, jak tylko otworzymy szkołę. Bo nie wierzę, że Byrl i Edna McGhee będą w ogóle sprzątać swój dom, chociaż akurat u nich nie ma błota nawet na pół metra. Jeśli wyjadą, a Edna ma rodzinę w Tallahassee, która jest gotowa w każdej chwili ich przyjąć, to panna Elinor może zacząć pracę od zaraz.

- To dobrze - powiedział Oscar i popatrzył nad ramieniem stryja na wschodzący za oknem księżyc. - Ale gdzie ona będzie mieszkać? Nie może wrócić do Osceoli. Oni tam każą sobie płacić dwa dolary za dzień, a przecież nauczyciele tyle nie zarabiają. Dwa dolary za dzień, a do tego jedzenie.

- Już o tym pomyślałem - odparł James. - Postanowiłem, że panna Elinor zamieszka ze mną i Grace.

- Co?! - wykrzyknął Oscar tak głośno, że synowie Driverów na chwilę przestali chrapać, jakby chcieli usłyszeć, o czym rozmawiają dorośli, lub może wpleść okrzyk Oscara w swoje własne sny. - Co takiego? - powtórzył ciszej, kiedy chłopcy znowu zaczęli chrapać.

- Ma się rozumieć, kiedy sprzątniemy dom - dodał James. - Grace świata poza nią nie widzi, a przecież do wczoraj jej nawet nie znała.

- Panna Elinor miałaby zamieszkać z tobą?!

- Mamy wolny pokój i dość miejsca - zauważył James. - No i Grace ją uwielbia.

- Ale, James, co na to powie Genevieve? Co powie twoja żona, kiedy wróci z Nashville i zobaczy pannę Elinor siedzącą na werandzie z Grace na kolanach?

Zamiast odpowiedzieć, James Caskey odwrócił się plecami do bratanka.

- James, co powiesz Genevieve? - nie dawał za wygraną Oscar. - I co powiesz mojej mamie, skoro już o tym mowa?

- Boże, nie jesteś zmęczony, Oscarze? - jęknął James po chwili, rozciągając stopy tak, że dotknęły żelaznych prętów łóżka. - Ja jestem wykończony. Muszę już zasnąć, bo inaczej rano nie zwlokę się z łóżka.

Przez całą Wielkanoc i następne trzy dni słońce świeciło jasne i gorące. Wody powodzi wyparowały, spłynęły do Zatoki Meksykańskiej albo wsiąkły w rozmokłą ziemię.

Mieszkańcy Perdido wrócili do miasta, powlekli się do swoich domów i przekonali się, że muł dostał się do środka, że nawet najcięższe i najlepsze meble pływały pod sufitami, a kiedy woda opadła, zostały po nich na podłodze roztrzaskane szczątki. Od fundamentów odpadła zaprawa murarska, wypaczyła się każda deska, która znalazła się pod wodą. Zapadły się werandy, na każdym podwórzu sterczały z błota sztywne nogi świń i cieląt. Na schodach leżały martwe kurczaki. Maszyny stały oklejone szlamem i choć czarnym dziewczynkom wyznaczono zadanie ich oczyszczenia, nikt nie wierzył, że zejdzie z nich całe błoto. Z szop w tartakach wypłynęły kanistry z benzyną i beczki z olejem i roztrzaskały okna domów, jakby umyślnie chciały wyrządzić jak najwięcej szkód. Stłukła się połowa witraży w kościołach. Śpiewniki z hymnami, wsunięte w drewniane kieszonki na oparciach ław, tak nasiąkły wodą, że rozsadziły przytrzymujące je drewno. Nowe organy w kościele metodystów zatkały się szlamem. Na Palafox Street nie było ani jednego sklepu, który nie straciłby całego asortymentu. W mieście nie znalazłoby się nawet piędzi ziemi, która nie cuchnęłaby szlamem, rozkładającymi się zwłokami zwierząt, gnijącymi ubraniami, drewnem i jedzeniem.

Jeszcze zanim opadły wody, do miasta przyjechały Gwardia Narodowa oraz Czerwony Krzyż. Do obozów rozrzuconych wokół miasta dostarczyli koce, puszki z wieprzowiną i fasolą, gazety i lekarstwa. Gwardia Narodowa pozostała tydzień dłużej niż Czerwony Krzyż i pomagała pracownikom tartaków w usuwaniu najcięższych wraków. James Caskey, Tom DeBordenave i Henry Turk oszacowali, że trzy tartaki straciły jakieś dwa i pół tysiąca metrów sześciennych desek z drewna sosnowego, które uległy wypaczeniu lub spłynęły z wodą do Zatoki Meksykańskiej, lub po prostu osiadły, by zgnić w podtopionych lasach wokół Perdido.

Jednak najbardziej w całym mieście ucierpiało Baptist Bottom. Połowa domów uległa całkowitemu zniszczeniu, a te, które ocalały, doznały poważnych uszkodzeń. Czarni mieszkańcy, którzy przedtem posiadali tak niewiele, teraz zostali z niczym. Ci nieszczęśnicy otrzymali pomoc w pierwszej kolejności. Mary-Love, jej córka, Caroline DeBordenave oraz Manda Turk spędziły cały dzień w Kościele Baptystów Bethel Rest, karmiąc kolorowe dzieci ryżem i brzoskwiniami, mimo że mogły w tym czasie nadzorować sprzątanie własnych gospodarstw.

Chaty robotników zostały zalane, ale wyszły z powodzi bez większego szwanku. W najlepszym stanie przetrwały mieszkania sklepikarzy, dentystów i młodych prawników, ponieważ stały w najwyższych punktach miasta. W niektórych woda nie podeszła wyżej niż na trzydzieści centymetrów i nie poruszyła nawet krzeseł.

Wzniesione blisko rzeki rezydencje właścicieli tartaków ucierpiały znacznie bardziej, ale i tam woda nie sięgnęła wyżej niż na kilkanaście centymetrów pierwszego piętra, tak więc znaczna część dobytku, którą wyniesiono na górę, ocalała. Jedynie parterowy dom Jamesa Caskeya wydawał się całkowicie zniszczony. Ponieważ stał w niewielkim zagłębieniu terenu i bliżej rzeki niż wszystkie inne domy przy tej drodze, znajdował się pod wodą najdłużej ze wszystkich budynków w mieście. Został zalany jako pierwszy i woda wycofała się z niego na samym końcu.

Duże szkody poniosła szkoła, która również była położona nad rzeką, na południe od hotelu Osceola. Odwołano lekcje do końca roku szkolnego, mimo że do wakacji pozostał jeszcze cały miesiąc. Dzieci, niespodziewanie zwolnione z zajęć, równie niespodziewanie dostały do rąk miotły i wiadra, żeby wnieść wkład w przywrócenie szkoły do porządku. Chociaż Edna McGhee i jej mąż rzeczywiście wyprowadzili się z Perdido i dość regularnie przysyłali pocztówki z Tallahassee, to Elinor jak dotąd oficjalnie nie otrzymała propozycji, by zająć jej miejsce, choć za rekomendacją Jamesa Caskeya została jednogłośnie przyjęta przez zarząd szkoły. Nie uznano nawet za konieczne napisać do college'u Huntingdon prośby o kopię jej dyplomów. W końcu straciła je w powodzi razem z połową swojego dobytku. Zarząd szkoły uznał, że nie chce sypać soli na ranę i żądać od Elinor Dammert tego, co miasto jej odebrało.

W ciągu kolejnych miesięcy, które upłynęły po powodzi, mieszkańcy Perdido odkryli, że nie wszystko da się naprawić, nieważne, ile się włoży w to wysiłku. Na przykład mycie puszek z jedzeniem pod strumieniem zimnej wody nie chroniło w pełni przed zatruciem jadem kiełbasianym - tak przynajmniej ostrzegał mieszkańców Czerwony Krzyż - i wszystkie zapasy dwóch sklepów spożywczych oraz delikatesów trzeba było wyrzucić. I to akurat w czasie, gdy miastu groził niedostatek żywności. Z trzech tartaków wywieziono wielkie sterty wypaczonego drewna i porzucono je na bagnach cyprysowych ciągnących się osiem kilometrów na północny wschód od miasta, gdzie rzeka Blackwater brała swój początek. Zostawiono je tam, żeby gniły i nikomu nie zawadzały, choć jesienią tego samego roku odkryto, że znaczna część tych desek i bali została pracowicie zawleczona z powrotem do miasta i posłużyła do odbudowy Baptist Bottom, gdzie od tej pory z powodu wypaczonego drewna domy wyglądały jeszcze bardziej koślawo niż kiedykolwiek przedtem.

Na śmietnik poszły najpiękniejsze dywany, ponieważ nie dało się sprać plam z rzecznego mułu. Nieodwracalnie poplamione zostały również książki, dokumenty i obrazy, nawet te, które znajdowały się nad poziomem wody, tak więc zachowano jedynie najważniejsze z nich (takie jak akty własności z ratusza miejskiego czy recepty w aptece).

Ale powódź nie była całkiem zła, jak ludzie później orzekną. Kiedy pozbawiła miasto dostępu do świeżej wody, mieszkańcy Perdido zrozumieli, że ich dotychczasowy system zaopatrzenia w wodę był niedostateczny, i szybko przegłosowali wydatek w wysokości czterdziestu tysięcy dolarów na wybudowanie nowej stacji wodociągowej na pobliskim terenie obejmującym niecały hektar ziemi, która nie została zalana. Ponieważ powódź zmyła większość dróg i zniszczyła wszystkie podwórza, był to, jak się zdawało, najlepszy moment na pociągnięcie nowej sieci kanalizacyjnej, tak więc za pieniądze pożyczone od właścicieli trzech tartaków w całym mieście wykopano nowy system ścieków. Podczas tych modernizacji nie zapomniano również o Baptist Bottom, dzięki czemu po raz pierwszy w historii cynowe dachy chat osiedla czarnych były oświetlone nocą przez uliczne latarnie.

O Perdido zapomnieli wszyscy z wyjątkiem pewnego posła z hrabstwa Baldwin, który bezskutecznie próbował wystarać się w Montgomery o pożyczki, oraz kilku firm z Massachusetts i Pensylwanii, które złożyły zamówienia w jednym z tartaków i po powodzi dowiedziały się, z jakim opóźnieniem zostaną zrealizowane.

Skutki powodzi utrzymały się w Perdido jeszcze wiele miesięcy po opadnięciu wód, nawet kiedy ukończono budowę sieci kanalizacyjnej, a stacja pomp zaopatrywała miasto w najchłodniejszą i najsłodszą wodę, jaką ludzie w życiu pili. Wydawało się jednak, że smród powodziowy nigdy do końca nie wywietrzeje. Nawet kiedy z domów wybrano szlam, wyszorowano ściany, położono nowe dywany, kupiono nowe meble, powieszono nowe zasłony; nawet kiedy wywieziono wózkami i spalono wszystkie zniszczone sprzęty, usunięto z podwórzy połamane gałęzie i gnijące szczątki zwierząt, a na ziemi wyrosła świeża trawa, Perdido wchodziło po schodach, by udać się na spoczynek, i z ręką na poręczy przystawało, bo przez zapach jaśminu i róż rosnących wokół werandy, przez pikantną woń kolacji dochodzącą z kuchni, przez krochmal koszul i kołnierzyków przebijał smród powodzi. Fetor wsączył się w deski i belki, w każdą cegłę budynków i od czasu do czasu przypominał miastu, jakie przeżyło spustoszenie i jakie spustoszenie może na nie spaść znowu w każdej chwili.

DĄB WODNY

W ciągu pięciu dni, które Elinor Dammert spędziła w Kościele Łaski Syjonu, starała się pomagać, jak tylko mogła. Opiekowała się dziećmi, gotowała, sprzątała, prała pościel i ani trochę nie narzekała. Zaskarbiła sobie podziw wszystkich z wyjątkiem Mary-Love i antypatia Mary-Love wobec panny Elinor stała się przedmiotem licznych spekulacji. Z braku jakichkolwiek widocznych powodów przypisano ją rodzinnej dumie - Mary-Love zauważyła, z jaką łatwością ta młoda kobieta zyskała sobie uwielbienie Grace oraz podziw Jamesa Caskeya, i dostrzegła w niej czynnik destabilizujący harmonię rodziny. W każdym razie taki powód wydawał się najbardziej logiczny, ale był czystą hipotezą; prawdziwa przyczyna leżała prawdopodobnie zupełnie gdzie indziej. Nikt nie zadał Mary-Love pytania, dlaczego nie lubi panny Elinor, lecz nawet gdyby to zrobił, i tak nie potrafiłaby odpowiedzieć. Prawda była taka, że sama tego nie wiedziała. To przez te rude włosy, przekonywała dość mętnie samą siebie. Co tak naprawdę oznaczało: to, jak ta kobieta wygląda, jak mówi, jak się nosi, jak podbiła serce Grace, jak zdobyła przyjaźń pani Driver, a nawet nauczyła się rozróżniać jej Rolanda, Olanda i Polanda - trzech nieznaczących synów kaznodziejki. A komu się to dotąd udawało? Tyle energii spożytkowanej dla dobra obcej społeczności wskazywało na jakiś ściśle określony cel. A jaki cel mogła mieć Elinor Dammert?

- Żal mi tego dziecka - powiedziała ze współczuciem Mary-Love, kiedy ona i Siostra siedziały w bujanych fotelach na werandzie i przez zasłonę martwych kamelii patrzyły w kierunku domu Jamesa, wypatrując, czy w którymś oknie nie pokaże się Elinor Dammert. Wróciły do domu prawie dwa tygodnie temu, a nadal nie udało im się pozbyć z mieszkania smrodu powodzi.

- O jakim ty dziecku mówisz, mamo? - Siostra haftowała powłoczkę zielonymi i żółtymi nićmi. Tyle pościeli trzeba było wyrzucić!

- Ależ o małej Grace, o kim by innym? O twojej kuzynce!

- Czemu ci jej żal? Doskonale sobie radzi, póki Genevieve nie ma w domu.

- Właśnie o tym mówię - odparła Mary-Love. - Koniec końców James pozbył się z domu tej kobiety, i chwała Panu Bogu. I w ogóle na co mu było się żenić? Ten człowiek nie został stworzony do małżeństwa i powinien to wiedzieć równie dobrze jak wszyscy inni. Ludzie osłupieli ze zdumienia, kiedy wrócił do domu z żoną. Czasem się zastanawiam, czy nie był na tyle sprytny, że podpisał z Genevieve umowę: przyjedzie do Perdido, zajdzie w ciążę, zostawi mu dziecko i zniknie z jego życia. Nie zdziwiłabym się, gdyby wysyłał co miesiąc czek do sklepu z alkoholami w Nashville, gdzie otworzył Genevieve rachunek. Otwarty rachunek w sklepie z alkoholem utrzymałby ją nawet w Łosich Rogach na krańcu Kanady!

- Nigdy w życiu nie słyszałam o takiej miejscowości - powiedziała cierpliwie Siostra.

Był to nawyk matki i córki, żeby w każdej sprawie przyjmować przeciwne stanowiska: kiedy Mary-Love się do czegoś zapalała, Siostra zachowywała stoicki spokój. Kiedy Siostra unosiła się oburzeniem, Mary-Love przyjmowała postawę pojednawczą. Mechanizm ten wytworzył się w ciągu wielu lat i stał się dla nich tak naturalny, że wpadały w niego bez zastanowienia czy woli.

- Zmyśliłam ją. W każdym razie James pozbył się tej kobiety, nie wiemy jak, ale jesteśmy za to wdzięczne. I co teraz robi, kiedy nadarza mu się pierwsza sposobność?

- Co?

- Bierze sobie inną, która jest równie zła jak poprzednia!

- Panna Elinor? - spytała Siostra tonem wskazującym na to, że nie uważa tego porównania za usprawiedliwione.

- Och, dobrze wiedziałaś, o kim mówię.

Trudno było się bujać na wypaczonych deskach werandy. Sklep Towary Luksusowe Grady'ego Hendersona sprowadził partię świec zapachowych, które rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Jedna z nich paliła się teraz na spodeczku między Siostrą i Mary-Love, a jej waniliowy zapach odrobinę maskował smród rzecznego szlamu. Bray i trzej inni pracownicy tartaku, który jeszcze nie został ponownie uruchomiony, systematycznie przewracali ziemię na podwórzu przed domem, żeby zakopać to, co zostawiła powódź.

- Mamo, nie powinnaś mówić tak głośno. Jeszcze cię usłyszy panna Elinor.

- Nie usłyszy mnie, chyba że podsłuchuje pod oknem - odparła Mary-Love jeszcze głośniej. - A wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby to robiła!

- Czym ona ci zawiniła, że jej tak nie cierpisz? - spytała łagodnie Siostra. - Ja ją lubię. Jeśli mam być szczera, to nie widzę żadnego powodu, żeby jej nie lubić.

- A ja widzę. Tysiące powodów. - Mary-Love zawiesiła głos. - Na przykład rude włosy.

- Mnóstwo ludzi ma rude włosy. Syn McCallów, z którym chodziłam do szkoły... Pamiętasz go? Ten, który zginął w zeszłym roku pod Verdun. Miał rude włosy, a mówiłaś, że go lubisz.

- Ale nie takie jak ta kobieta! Widziałaś kiedyś taki kolor jak jej? Kolor mułu rzecznego z Perdido. Ja nigdy takiego nie widziałam. Poza tym nie chodzi tylko o rude włosy.

- A o co jeszcze?

- Skąd ona przyjechała? Dlaczego zjawiła się w Perdido? Czego tu szuka? Jak jej się udało nakłonić Jamesa, żeby zaproponował jej mieszkanie w swoim domu? Czy on zaprosił kiedyś jakąś młodą damę do swojego stołu?

- Nie, mamo, oczywiście, że nie. Ale panna Elinor odpowiedziała na te wszystkie pytania. Słyszałaś, co mówił Oscar. Przyjechała tu z hrabstwa Fayette, żeby uczyć w szkole. Słyszała, że jest wolna posada.

- Nie było żadnej wolnej posady!

- To znaczy, że się pomyliła, ale teraz posada się zwolniła. Pani McGhee przysłała już trzy pocztówki z Tallahassee. Tak przynajmniej słyszałam.

- To przez tę Dammert zwolniła się posada.

- Nieprawda. Jak możesz tak mówić, mamo? Posada w szkole zwolniła się przez powódź!

Mary-Love zmarszczyła brwi i podniosła się z fotela.

- Od dziesięciu minut nie widziałam, żeby przechodziła obok okna. Ciekawe, co ona tam robi. Założę się, że plądruje szuflady!

- Pomaga w sprzątaniu. James mi powiedział, że nigdy w życiu nie widział kogoś, kto by tak ciężko pracował w cudzym domu.

Mary-Love usiadła z powrotem w fotelu i zaczęła jak szalona dźgać igłą robótkę.

- Wiesz, co ja myślę? - rzuciła. - Myślę, że ona próbuje namówić Jamesa do rozwodu z Genevieve, żeby mogła zająć jej miejsce. Dlatego tak ciężko pracuje w tym domu: bo myśli, że będzie należał do niej! Rozwód! Wyobrażasz to sobie, Siostro?

- Mamo, przecież ty nie znosisz Genevieve.

- Tak, ale to nie znaczy, że James powinien się rozwieść. Uważam, że Genevieve powinna umrzeć albo wyjechać gdzieś i nigdy nie wrócić. Na co Jamesowi żona? Ma swoją Grace... Czy to nie urocze dziecko? A tuż obok ma mnie i ciebie. I Oscara. Gdyby James zechciał, wycięłabym w pień te wszystkie kamelie... i tak uschły i nic z nich nie będzie. Mógłby nas widzieć za każdym razem, kiedy wyjrzy przez okno. Wiesz, co mu sprawia największą przyjemność? Kupowanie sreber. Widziałam, jak mu się gęba śmieje, kiedy oglądał w sklepie nóż do ciasta. Łopatka do ryb... to samo: dosłownie rozpromienia się na twarzy. I po tym wszystkim... nie wspominając o tartaku, który ma na głowie, i wychowywaniu córki... po co mu żona, na miłość boską?

Była to nader osobliwa rzecz, że aż do tej pory jak Perdido długie i szerokie nigdy nie wybuchł skandal z powodu Jamesa Caskeya - zamożnego mężczyzny żyjącego w szczęśliwej separacji z żoną, który zaprosił piękną niezamężną kobietę bez grosza przy duszy, by z nim zamieszkała. Ludzie patrzyli na to w następujący sposób: do miasta przyjechała nauczycielka, która straciła w powodzi wszystkie pieniądze, dokumenty i ubrania. Musiała się gdzieś zatrzymać do czasu, kiedy stanie na nogi. James Caskey miał wielki dom, a w nim przynajmniej dwie wolne sypialnie; miał też córeczkę, której przydałaby się kobieca ręka, bo ktoś powinien nauczyć ją manier. A skoro żona Jamesa wyjechała do Nashville i nikt nie próbował nawet sobie wyobrażać, co tam robi, potrzebował kogoś, do kogo mógłby otworzyć usta przy kolacji. Jednocześnie wszyscy cmokali, zastanawiając się, co by powiedziała Genevieve, gdyby się o tym dowiedziała. Elinor Dammert była inteligentna - wystarczyło na nią spojrzeć, żeby to odgadnąć - i prawdopodobnie miała charakter, ponieważ każda osoba z takimi włosami ma charakter. Ale czy mogłaby stawić czoło Genevieve Caskey? Tego życzliwi ludzie z Perdido woleli nigdy się nie dowiedzieć.

Szkody, które wyrządziła powódź, nie ograniczały się do zwierząt i dzieł ludzkiej ręki. Tysiącami ginęły również kwiaty, krzewy i drzewa. Całe miasto trzeba było na nowo obsadzać roślinami. Największym zniszczeniom uległy tereny Caskeyów. Woda wyrwała z korzeniami wszystkie drzewa. Znikły lagerstremie i róże, znikły rabaty lilii, irysów i żonkili, znikły żywopłoty z oleandrów i ligustrów, a także odmiany głogu i magnolii japońskich. Na rabatach wokół domu uchowały się krzewy azalii, ale obumarły. Równie martwo wyglądały kamelie, chociaż Bray upierał się, że przeżyją, i Mary-Love posłuchała jego opinii, w każdym razie nie kazała ich wykopać. A przede wszystkim znikła trawa. Rzeka pozostawiła na ziemi grubą warstwę czerwonego błota. Każdego dnia Mary-Love i jej córka wyglądały świeżych źdźbeł wybijających z czerwonego szlamu - na próżno.

Tereny DeBordenave'ów i Turków, które ucierpiały w równym stopniu co Caskeyów, przekopano i obsadzono na nowo. Najwyraźniej muł z rzeki Perdido naniósł ze sobą mnóstwo odżywczych substancji, ponieważ ich podwórza porosły niespodziewanie bujną i piękną zielenią, znacznie gęstszą i szybciej rosnącą niż kiedykolwiek przedtem. Jednak tuż obok, wokół domów Jamesa Caskeya i Mary-Love, ziemia pozostała wielką połacią ciemnego błota. Po kilku tygodniach słońce wysuszyło ten ciemny rzeczny osad i pozostawiło grubą na pięć centymetrów warstwę szarego piasku przykrywającego ubity czerwonawy muł. Siostra wzięła do ręki garść piasku i patrzyła, jak przesypuje się między palcami. Zmieszane z nim upadały na ziemię wyschnięte nasiona trawy, którą Bray wysiewał co tydzień w piątek po południu.

Wyniszczenie trawy w posiadłościach Caskeyów stało się przedmiotem licznych dyskusji w całym Perdido, ponieważ plaga jałowości ograniczyła się do tej jednej rodziny. Nie został nią dotknięty nawet sąsiedni teren DeBordenave'ów, a granica piasku pokrywała się z prostą linią oddzielającą obie działki. Po drugiej stronie rosła zielona, bujna trawa. Piach ciągnął się aż do końca majątku Mary-Love na skraju miasta, gdzie zaczynało się gęste, kolczaste poszycie lasu. Pod koniec czerwca Caskeyowie stracili wiarę, że na ich ziemi kiedykolwiek wyrośnie trawa, i Mary-Love zatrudniła małego Bustera Sappa, by przychodził codziennie o wpół do siódmej rano i grabił ziemię w kreskowane desenie. Oczywiście pod wieczór niewiele zostawało po starannej pracy chłopca - znikała zadeptana stopami mieszkańców, gości i służących obu domów - więc następnego dnia Buster zjawiał się z samego rana z grabiami do liści i na nowo nadawał zrujnowanej ziemi Caskeyów tę sztuczną dekorację. Połać piasku - w sumie nieco ponad osiemdziesiąt arów - przedstawiała przygnębiający widok, zwłaszcza kiedy w ludzkiej pamięci żyły piękne ogrody i trawniki otaczające niegdyś oba domy. Tylko pieczołowite starania Bustera nadawały jej znośny wygląd. Tak więc mimo gadania ludzi chłopiec pracował nawet w niedziele (za które płacono mu podwójnie). Mieszkańcy obydwu domów szybko przywykli do budzenia się przy odgłosach grabionej ziemi. Buster był małym, wiecznie zaspanym i nieskończenie cierpliwym dzieckiem, które poruszało się powoli, tworząc nietrwałą mapę koncentrycznych kół i wydłużonych spiral. Posługiwał się grabiami z rytmicznym i nieubłaganym rygorem wahadła. I być może to właśnie ten związek z upływem czasu nasuwał natrętne skojarzenie ze śmiercią.

Każdego ranka o szóstej rano, zanim Buster zaczął pracę, jego siostra przygotowywała mu śniadanie w kuchni Mary-Love. Chłopiec kończył o dziesiątej i o tej godzinie kucharka Jamesa Caskeya, Roxie Welles, robiła mu drugie śniadanie. Następnie brał poduszkę i szedł na pomost, gdzie ucinał sobie drzemkę do czasu, gdy przychodziła pora na południowy posiłek. Po południu biegał na posyłki dla mieszkańców obu domów. Czasem płaciła mu Mary-Love, czasem panna Elinor, a czasem przez nieuwagę obie.

Przez kilka miesięcy Buster Sapp był praktycznie jedyną nicią łączącą oba gospodarstwa, między którymi wcześniej panowała wielka zażyłość. Mary-Love nie pochwalała obecności Elinor Dammert w domu szwagra i nie pozwalała na zaakceptowanie jej swojej córce. James Caskey znał opinię szwagierki, ale za bardzo cieszyło go towarzystwo Elinor, by miał ochotę toczyć na ten temat spory z Mary-Love. Zapewne gdyby wdał się z nią w dyskusję, szwagierka by wygrała i Elinor musiałaby się wyprowadzić. A tego James Caskey nie chciał.

Elinor opiekowała się nim tak, jak opiekowałaby się nim Genevieve, gdyby była prawdziwą żoną. Nadzorowała sprzątanie i naprawę domu. Pod jego nieobecność dyrygowała Roxie, jej córką Retą i synem Escue. Reta spędzała całe dnie na kolanach, szorując podłogę. Escue malował wszystko, co można było zaatakować pędzlem. Elinor i Roxie siedziały na werandzie i szyły nowe zasłony do każdego pokoju. James dał Elinor trzysta dolarów i kazał jej kupić wszystko, co potrzeba. Tak więc pewnego dnia pojechała z Escue wozem do oddalonego o piętnaście kilometrów Atmore i wrócili z ładunkiem nowej pościeli. Wyrzuciła wszystko, co podeszło wodą, i wkrótce dom Jamesa Caskeya został najszybciej odnowiony, choć najbardziej ucierpiał w powodzi.

Jakimś sposobem - James nigdy go nie odkrył - Elinor zdołała ocalić wiele pięknych mebli, które wydawały się bezpowrotnie stracone.

- Nie mam pojęcia, jak ona to zrobiła - powiedział pewnego ranka James do Oscara, gdy pracowali w tartaku - ale któregoś wieczoru wracam ci ja do domu, a w salonie stoi kanapa mamy, ta sama, którą już się szykowałem wyrzucić na śmietnik. I wyglądała jak nowa! Cały palisander wypolerowany, każdy wyrzeźbiony medalion na swoim miejscu! A wiem na pewno, że dwa odpadły i popłynęły z wodą. A niebieska tapicerka wygląda dokładnie tak, jak ją pamiętam z dzieciństwa! Miałem ochotę usiąść i się rozpłakać, tak bardzo przypomniała mi o mamie!

- James, czy ty nie za bardzo forsujesz pannę Elinor? - zapytał Oscar.

- Ja myślę, że tak, ale ona tak nie uważa - odparł pokornie James. - Ten dom wygląda jak za czasów, kiedy żyła mama, a tata zmarł i nie mógł niczego spartaczyć. A Grace! Widziałeś ją ostatnio?

- Widziałem.

Przerwali, żeby porozmawiać z człowiekiem, który wyjeżdżał wozem ze składu.

- Widziałeś jej sukieneczki? - podjął na nowo James, kiedy wóz wyjechał przez bramę. - Panna Elinor siedzi w kuchni z Roxie i szyje ubrania dla Grace, a ona siedzi pod stołem i nie spuszcza z niej oczu! A twoja matka chce, żebym kazał tej kobiecie płacić za wynajęcie pokoju!

- Mama nie zna panny Elinor, to wszystko - orzekł Oscar.

- Mary-Love nie chce jej poznać, taka jest prawda! Oscarze, wiesz, że kocham twoją mamę, i wiesz, że zawsze miała we wszystkim rację, ale coś ci powiem: co do panny Elinor się myli. Grace ją uwielbia, a ja darzę ją wielkim poważaniem. - James zniżył głos i pokiwał palcem. - Wiesz, że wypolerowała wszystkie moje srebra i zawinęła je w żółty filc?

Oscar Caskey był sfrustrowany. Coś, czego pragnął najbardziej na świecie, było dla niego nieosiągalne. Najbardziej na świecie pragnął dowiedzieć się czegoś więcej o Elinor Dammert. Tymczasem praca w tartaku wymagała, by każdego dnia o siódmej rano albo siedział w biurze, albo biegał po lesie. Przyjeżdżał do domu w południe, ale miał tylko pół godziny na zjedzenie, a drugą szklankę mrożonej herbaty musiał pić w drodze powrotnej do tartaku. Wieczorem wracał do domu nie wcześniej niż o szóstej lub siódmej, tak zmęczony, że z trudem mógł usiedzieć prosto przy kolacji. A niekiedy po pracy sprawy związane z modernizacją i renowacją miasta po wielkanocnej powodzi wymagały jego obecności na takim lub innym spotkaniu. Rzadko mógł zrobić coś więcej, niż pomachać pannie Elinor ręką, gdy przejeżdżał automobilem obok domu stryja, albo zawołać: "Co słychać, panno Elinor?!", kiedy wchodził po schodach własnego domu. Matka czekała na niego w otwartych drzwiach i zamykała je na haczyk, gdy tylko przekroczył próg.

Mary-Love Caskey nie udawała, że może kontrolować poczynania i uczucia syna tak, jak kontrolowała córkę. Zdawała sobie sprawę, że Oscarowi przypadła do gustu rudowłosa nauczycielka mieszkająca w domu jego stryja, jak również że nie ma prawa mu tego zabraniać. Oscar był w rodzinie mężczyzną i to musiało coś znaczyć. Cieszyła się więc, że mimo tak bliskiego sąsiedztwa mają ze sobą tak mało kontaktu. Poznali się za sprawą powodzi, lecz jej następstwa - przynajmniej na razie - trzymały ich na dystans.

Jednak pewnego sobotniego ranka - ściśle mówiąc, dwudziestego pierwszego czerwca 1919 roku, gdy słońce minęło właśnie znak Bliźniąt i przeszło w wodny znak Raka, Oscar Caskey wstał jak zwykle o piątej rano, po czym przypomniał sobie, że jest sobota i nie musi jechać do tartaku wcześniej niż na ósmą. Odwróciłby się na drugi bok i próbował przespać jeszcze godzinę, ale rozbudził go dziwny odgłos dochodzący zza okna i mącący ciszę poranka. Wstał i wyjrzał na dwór. Świt nie wypełnił jeszcze nocy dniem, piasek pod oknem był wielkim morzem ciemności, z którego gdzieniegdzie wyłaniały się ocalałe ślady wysiłków Bustera z poprzedniego ranka. I właśnie resztki tych śladów zadeptywała wracająca z pomostu na rzece Elinor Dammert. Trzymała coś w zaciśniętej dłoni.

Oscara paliła ciekawość, co wyciągnęło ją z łóżka o tak wczesnej porze. I co takiego niesie w zaciśniętej pięści. Od dawna czekał na sposobność porozmawiania z Elinor na osobności, bez kręcących się w pobliżu służących, Jamesa czy małej Grace, nie mówiąc o jego matce. W pośpiechu wciągnął spodnie, wzuł buty i zszedł tylnymi schodami, po czym przystanął na werandzie i obserwował Elinor przez siatkę w drzwiach. Zatrzymała się na środku połaci szarego piasku ciągnącej się po opadającym terenie aż do rzeki i palcami stopy wygrzebywała w ziemi mały dołek.

Niebo na wschodzie nabrało różowych i kanarkowych barw, ale na zachodzie nadal było granatowe, o połysku mocniej lśniącym niż horyzont o brzasku. Za rzeką śpiewały ptaki, lecz po tej stronie słychać było tylko pojedynczy głos przedrzeźniacza siedzącego na kuchennym dachu Jamesa Caskeya.

Kiedy Oscar pchnął drzwi, Elinor Dammert podniosła wzrok. Wypuściła coś z ręki do wygrzebanego dołka i czubkiem buta zasypała go piaskiem.

- Co pani robi, jeśli wolno spytać? - Jego głos zabrzmiał dziwnie głucho w ciszy przedświtu. Nawet dźwięk delikatnie zamykanych drzwi odbił się echem od ściany domu Jamesa Caskeya.

Panna Elinor zrobiła kilka kroków i wygrzebała stopą kolejny dołek. Oscar podszedł bliżej.

- Mam żołędzie - oznajmiła.

- Sadzi pani żołędzie? - spytał z niedowierzaniem Oscar. Nikt nie sadzi żołędzi. - Skąd je pani wzięła?

- Rzeka je przyniosła - odparła z uśmiechem Elinor. - Chce mi pan pomóc, panie Oscarze?

- Żołędzie na nic się tu nie zdadzą. Niech się pani rozejrzy. Co pani widzi? Bo ja widzę piach i ani jednego źdźbła trawy. Traci pani czas, sadząc żołędzie. Zresztą i tak zaraz przyjdzie Buster i wszystko zagrabi.

- Buster nie grabi tak głęboko. Powiedziałam mu, że zamierzam posadzić drzewa. Skoro nie chce tu rosnąć trawa, to musimy mieć przynajmniej jakiś cień, panie Oscarze. Więc sadzę żołędzie.

- To pewnie dąb wirginijski - orzekł, przyglądając się czterem żołędziom, które Elinor położyła mu na dłoni.

Były mokre, jakby rzeczywiście dopiero co wyjęła je z wody. Nie powiedziała jednak, co robiła o piątej rano przy pomoście cumowniczym nad rzeką; przecież nie czekała, aż żołędzie przypłyną z nurtem Perdido i wpadną jej do ręki, prawda?

- Nie. To dąb wodny.

- Skąd pani wie?

- Wiem, jak wyglądają żołędzie dębu wodnego. Wiem, jak wyglądają, kiedy spływają z wodą.

- I uważa pani, że tu wyrosną?

Elinor pokiwała głową.

- Nie słyszałem, żeby w górze rzeki Perdido rosły jakieś dęby wodne - zauważył Oscar po chwili, jakby szukał ich w pamięci.

Była to uprzejma forma zaprzeczenia temu, co powiedziała Elinor, ponieważ Oscar Caskey znał każde drzewo w hrabstwie Baldwin, Escambia i Monroe i nie miał cienia wątpliwości, że nigdzie nad nurtem Perdido nie wiszą konary dębu wodnego.

- A jednak muszą gdzieś być, bo te żołędzie przyniosła rzeka. - Wrzuciła do zagłębienia w ziemi kolejny owoc dębu.

- Powiem pani, co zrobimy - zaproponował Oscar, wygrzebując w ziemi dołek obcasem buta. - Dzisiaj po południu wyjdę wcześniej z pracy i wybierzemy się wozem na przejażdżkę. - Wrzucił do dołka żołądź i zasypał.

- Dokąd? - Sięgnęła do kieszeni sukienki i wyciągnęła kolejną garść żołędzi. Położyła kilka na wyciągniętej dłoni Oscara, resztę zostawiła dla siebie i podczas gdy on mówił, wróciła do sadzenia.

- Pojedziemy do lasu. Wybierze sobie pani drzewa, jakie się pani spodobają, byle nie wyższe niż osiem metrów. Zaznaczę je niebieską wstążeczką, a w poniedziałek rano wyślę ludzi, żeby je wykopali. Przywieziemy je i posadzimy. Nie wiem, dlaczego sam o tym wcześniej nie pomyślałem. W końcu od czego mam ludzi? W lesie jest mnóstwo ładniejszych drzew niż dąb wodny. Zresztą nawet jeśli z tych żołędzi coś wyrośnie, to zajmie im to tyle czasu, że oboje będziemy chodzić o lasce, zanim dadzą tyle cienia, żebyśmy mogli zdjąć pod nimi kapelusze.

- Nie ma pan racji, panie Oscarze - powiedziała Elinor Dammert. - A ja nie wybiorę w tym lesie żadnych drzew. Ale proszę przyjechać o trzeciej, a ja każę Escue przygotować wóz. Pojedziemy na tę przejażdżkę.

Mary-Love ani trochę się to nie podobało i tego wieczoru, kiedy Oscar wrócił do domu, ledwo zdążył umyć ręce, a na stole już stała kolacja.

- To o czym rozmawialiście? - spytała Siostra.

- O Jamesie, o Grace, o szkole. O powodzi. Tak jak wszyscy ludzie w mieście.

- Czemu to tak długo trwało? - spytała Mary-Love.

Uważała wprawdzie, że o tym skandalicznym zachowaniu Oscara nie powinno się w ogóle rozmawiać, ale ciekawość wzięła w niej górę nad złymi przeczuciami i obawą przed usankcjonowaniem tego epizodu pytaniami.

- Zabrałem Elinor do Sappów i kupiliśmy trochę soku trzcinowego. Wiesz, że tę ich prasę obsługuje teraz trzyletnia dziewczynka? Jest taka mała, że kładą ją na grzbiecie tego starego muła i przywiązują sznurem.

- Och, ci Sappowie! - wykrzyknęła Siostra. - Skończy się na tym, że będziemy musieli wynająć wszystkie dziewięcioro dzieci, żeby nie zapracowały się u nich na śmierć.

- Więc pojechaliście do Sappów i zaraz wróciliście? - ciągnęła Mary-Love. - I to wam zajęło trzy godziny i trzydzieści pięć minut?

- Zatrzymaliśmy się, żeby porozmawiać z panią Driver. Poczęstowała nas wczesnym arbuzem. Nie przystanęlibyśmy, gdyby nie Oland... albo Poland... a może to był Roland... Wybiegł na drogę, żeby nas zagadnąć. Ci chłopcy ogromnie podziwiają pannę Elinor. Wiesz, że wszyscy trzej jedzą arbuzy z pieprzem, a nie z solą? Nigdy o czymś takim nie słyszałem, a panna Elinor tak. Ta kobieta jest znacznie mądrzejsza, niż chcesz to przyznać, mamo.

W sąsiednim domu panna Elinor opowiedziała tę samą historię Grace i Jamesowi.

- Więc dobrze się pani bawiła? - zapytał James.

- O tak - odparła. - Pan Oscar był dla mnie bardzo uprzejmy.

- Najważniejsze, że miło spędziła pani czas - orzekł James.

Osiem dni po posadzeniu żołędzi dębu wodnego Elinor Dammert po raz pierwszy uczestniczyła w porannym nabożeństwie w Perdido. Do tej pory po szkółce niedzielnej wracała z Grace do domu, ponieważ dziewczynka była za mała, żeby wysiedzieć przez całe kazanie. Lecz nagle Grace wydoroślała albo nabrała lepszych manier, a może Elinor Dammert szczególnie zapragnęła tego dnia pójść do kościoła. Tak czy inaczej, obok Elinor siedział Oscar Caskey, a kiedy wstali, żeby śpiewać hymny, podsunął jej otwarty śpiewnik, podczas gdy ona trzymała na rękach Grace.

Mary-Love bardzo się to nie podobało, ale Siostra w przerwie między strofami wyszeptała:

- Mamo, chyba nie myślisz, że będzie trzymała jednocześnie Grace i śpiewnik!

Kiedy wszyscy razem wrócili z kościoła, na schodach domu Jamesa czekał Buster Sapp. Chwycił Elinor za rękę i pociągnął ją na podwórze.

Pozostali ruszyli za nimi, zastanawiając się, dlaczego Buster o tej godzinie nie śpi, a jeszcze bardziej nad tym, czemu nie skończył porannego grabienia. Kiedy obeszli dom, zobaczyli pannę Elinor stojącą pod oknem saloniku z szerokim uśmiechem na twarzy. Obok niej z oczami jeszcze rozszerzonymi ze zdumienia kołysał się na piętach Buster i drżącym palcem wskazywał młody, dwudziestoparocentymetrowy pęd dębu. Żołądź, z którego wykiełkował, leżał rozszczepiony i zgniły, lekko przysypany gruboziarnistym, szarym piaskiem. A kiedy James Caskey, Mary-Love, Siostra i Oscar patrzyli na roślinę równie osłupiali jak Buster, chłopiec poderwał się na nogi i biegając po całym podwórzu, wskazał inne młodziutkie dębowe latorośle, które wzeszły z dnia na dzień w jałowej piaszczystej ziemi. Było ich siedemnaście.

U ZBIEGU RZEK

Wszystko, co mieszkańcy Perdido wiedzieli o Elinor Dammert, można było bez trudu streścić w kilku linijkach: została znaleziona w hotelu Osceola w niedzielę wielkanocną przez Oscara Caskeya i Braya Sugarwhite'a; zamieszkała z Jamesem Caskeyem i wspaniale opiekowała się jego córką Grace; jesienią miała zacząć uczyć w szkole czwartą klasę; o jej względy zabiegał Oscar Caskey, którego matka patrzyła na to bardzo nieprzychylnym okiem.

Wszystko inne spowijała jedna wielka tajemnica i wyglądało na to, że tak już pozostanie. Elinor Dammert nie była nietowarzyska - na ulicy zawsze z kimś gawędziła, miała doskonałą pamięć do imion i nazwisk, zachowywała się uprzejmie we wszystkich sklepach - lecz nie wykazywała najmniejszej inicjatywy, by wziąć udział w życiu miejscowej społeczności. Innymi słowy, nie plotkowała, ani o sobie, ani o innych. Nie robiła też jednak niczego, co mogłoby wzbudzać plotki innych, poza tym, że mieszkała w domu Jamesa Caskeya, nie przejmując się zupełnie jego żoną, która niewątpliwie pewnego dnia wróci i rozpęta piekło, odkrywszy, że ktoś zajął jej miejsce w domu męża. I poza tym, że wzbudzała wrogość Mary-Love Caskey, kobiety życzliwej, choć nieco despotycznej, która nigdy przedtem nie przejawiała niechęci wobec nikogo, kto nie był złodziejem lub pijakiem.

Szczerze mówiąc, panowało ogólne przekonanie, że pannie Elinor niezbyt się podobało życie w Perdido. Według powszechnej opinii wyglądała mizernie, jakby nie przywykła do tutejszego klimatu, choć nikt nie wiedział, jak to możliwe, skoro pochodziła z hrabstwa Fayette, czyli z nie aż tak dalekiej północy. W ciągu letnich miesięcy spędzała dużo czasu w wodzie i ludzie często zwracali uwagę na jej muskularne ramiona, ta cecha należała bowiem do wyjątkowej rzadkości wśród kobiet Alabamy. Powiadano też, że wygląda, jakby za mało jadła (lub może za mało odpowiednich potraw), lecz nikt nie rozumiał, jak to możliwe, skoro w domu Jamesa Caskeya jadało się obficie, a Roxie była jedną z najlepszych kucharek w mieście.

Pewnego ranka Buster Sapp zjawił się w domu Caskeyów wcześniej niż zwykle, jeszcze przed wschodem słońca. Wyruszył z domu rodziców, którzy mieszkali za miastem, i źle wyliczył czas potrzebny na drogę. Obszedł dom z zamiarem zdrzemnięcia się na werandzie i przestraszył się, widząc kogoś stojącego na pomoście cumowniczym. Była to Elinor Dammert w białej koszuli, lśniącej w świetle zachodzącego księżyca. Gdy skoczyła do wody, Buster pobiegł na pomost i patrzył, jak swobodnymi ruchami bez najmniejszego wysiłku płynie prosto w kierunku drugiego brzegu. Wartki prąd rzeki nie zniósł jej nawet o centymetr. To wprawiło chłopca w osłupienie, bo widział nieraz, z jakim wysiłkiem mocarny i potężny Bray musiał wiosłować, żeby przeprawić się z jednego brzegu na drugi.

Zanim panna Elinor dopłynęła do drugiego brzegu, odwróciła się i uniosła głowę nad wodę.

- Widzę cię, Busterze Sapp! - zawołała.

Silny nurt opływał jej ciało, lecz nawet nie drgnęła, jakby stała na kotwicy.

- Tu jestem, psze pani! - odkrzyknął Buster.

Darzył Elinor Dammert nabożnym podziwem z powodu dębów wodnych, które zasadziła. Grabiąc ziemię wokół smukłych łodyżek, każdego ranka obserwował ich codzienny przyrost. Czy to było normalne? Jego siostra Ivey powiedziała mu, że żołędzie zostały posadzone przy nowiu księżyca i dlatego tak szybko rosną, ale nawet to wydawało się niewystarczającym wyjaśnieniem.

- Chodź do mnie, popłyniemy razem do miejsca, gdzie rzeki się łączą!

- Prąd jest za silny, psze pani. I nie wiem, co w tej wodzie siedzi nocą!

Ivey mówiła, że na mokradle Blackwater żył kiedyś aligator. Ponoć pożarł trzy małe dziewczynki i wypluł kości na piasek.

Elinor, uśmiechając się, wyłoniła się z wody, tak że chłopiec mógł widzieć jej bose stopy lśniące pod czarną powierzchnią. Potem jednym wdzięcznym ruchem, nie zginając się, opadła bokiem w nurt i zaczęła zwinnie płynąć z prądem.

Buster wiedział, jak wygląda wir w miejscu, gdzie zbiegają się Perdido i Blackwater, czterysta metrów od pomostu. Bał się, że panna Elinor się utopi. Nawet gdyby zaczął krzyczeć, pomoc nie nadeszłaby w porę, więc biegł wzdłuż brzegu, od czasu do czasu potykając się o wystający korzeń i starając się nie stracić z oczu białej koszuli błyszczącej pod powierzchnią wody. Kiedy przedzierał się przez niewielki gąszcz dębów błotnych i magnolii, zaczepił nogawką o kolec, więc musiał usiąść, żeby ostrożnie się uwolnić. Potem pobiegł dalej i wkrótce znalazł się na pustym trawiastym terenie na tyłach urzędu hrabstwa. Przed nim rozciągało się miejsce, gdzie czerwone wody rzeki Perdido i czarny nurt Blackwater spotykały się, zmagały ze sobą, po czym obie wsysał obracający się na środku wir.

Za plecami Bustera zegar na ratuszu zaczął wybijać piątą. Chłopiec odwrócił się i popatrzył na jego zielonkawo podświetloną tarczę. Panna Elinor powinna już tu dotrzeć - płynęła szybko, a jego zatrzymały kolczaste zarośla. Ale nigdzie jej nie widział. Czyżby woda już ją wciągnęła na dno? Przeszedł go dreszcz. Wtedy zobaczył jej głowę unoszącą się nad powierzchnią. Woda przepływała szybko wokół jej nieruchomego ciała, jakby panna Elinor o coś zaczepiła, ale rzeka była w tym miejscu głęboka, a jej nurt pozbawiony przeszkód. Nagle, zupełnie jakby czekała, aż Buster ją zauważy, panna Elinor ruszyła dalej z prądem. Chłopiec patrzył ze grozą, jak płynie przed siebie i po chwili wpada w obrotowy ruch wody na złączeniu rzek. Wyprostowana i nieruchoma, krążyła wraz z wirem kilka centymetrów pod powierzchnią. Buster zaczął wołać jak szalony:

- Pani Elinor! Pani Elinor! Utonie pani!

Obracający się krąg wody wciągał kobietę coraz bliżej środka. Wyrzuciła przed siebie ramiona i jej ciało zaczęło się wtapiać w rotującą kipiel. Po chwili chwyciła się za palce stóp i utworzyła białą otoczkę wokół czarnej wirującej dziury leja.

Wtem krąg białej skóry i bawełny, który był Elinor Dammert, zniknął pod wodą.

Bustera ogarnęła przytłaczająca pewność, że kobieta, którą tak podziwiał, bezpowrotnie zginęła. Ivey mówiła, że na samym dnie tego wiru żyje coś, co w ciągu dnia zagrzebuje się w piasku, a w nocy wychodzi, siada w mule przy brzegu i czeka na zwierzęta, żeby je wciągnąć w wir. Ale najchętniej pożera ludzi. Jeśli człowiek da się tam zwabić, chwyta go tak mocno, że łamie mu ręce, żeby nie mógł się bronić. Potem czarnym językiem wylizuje z czaszki gałki oczne, następnie zjada całą głowę, a na koniec zagrzebuje resztę ciała w mule, żeby nikt się nigdy nie dowiedział, co się z nim stało. To coś wygląda jak żaba, ale ma ogon aligatora, którym bez przerwy zamiata dno rzeki, żeby zagrzebane ciała nigdy nie wypłynęły na wierzch. Ma jedno skrzele czerwone na wodę z Perdido, a drugie czarne na tę z Blackwater. A jak zrobi się naprawdę głodne, to wychodzi na ląd - Ivey widziała kiedyś ślad biegnący znad rzeki do domu pomywaczki w Baptist Bottom, gdzie poprzedniego wieczoru zniknął jej dwuletni synek i nikt się nigdy nie dowiedział, co się z nim stało. Cokolwiek to jest, cokolwiek czeka na pechowych pływaków na mulistym brzegu rzeki, cokolwiek wypełza w ciemne noce z gliniastego koryta, Ivey zapewniła braciszka, że żyło tu, zanim ludzie zbudowali Perdido, i pozostanie, kiedy miasta już nie będzie.

Buster stał na małym gliniastym cyplu wrzynającym się w rzekę. Nie mógł jednak widzieć, że płynąca woda podmywała występ od dołu. Nagle ziemia usunęła mu się spod stóp i wymachując ramionami, Buster Sapp z krzykiem wpadł do wody. Próbował się wygrzebać z powrotem na brzeg i nawet poczuł już pod nogami twardą glinę, co dodało mu otuchy, lecz nagle ruch wirowy wody jakby się rozprzestrzenił i chłopiec z, wydawałoby się, bezpiecznego miejsca przy brzegu został nieubłaganie wciągnięty w obracający się lej. Rozpaczliwie próbował płynąć z prądem rzeki, ale nie zdołał się wyrwać z wirującej kipieli.

Kiedy niewidzialna siła wciągnęła go pod powierzchnię, otworzył na moment oczy i zobaczył zniekształconą zieloną tarczę zegara na wieży ratusza. Chciał krzyknąć, lecz wtedy mulista woda zalała mu usta.

Rzeka porwała w wirujący nurt również duży sosnowy konar i Buster chwycił się go, żeby utrzymać się na powierzchni. Ale konar tak samo jak on był nieprzycumowany i tak samo jak on zdany na łaskę żywiołu. Chłopcu udało się na chwilę wynurzyć głowę i złapać dwa szybkie oddechy, po czym znowu został wessany pod wodę. Wirował coraz szybciej i coraz bliżej leja.

W pewnym momencie puścił się sosnowego konara i wyskoczył z wody... a raczej wykonał taki ruch, jakby miał wyskoczyć, bo w rzeczywistości udało mu się jedynie przekoziołkować w głąb toni. Teraz nie tylko kręcił się wkoło razem z wsysanym odmętem, ale też obracał jak akrobata wykonujący w powietrzu jedno salto po drugim, coraz bliżej środka wiru.

Prąd był tak szybki i ruch wirowy tak wyraźny, że na powierzchni wody powstało wklęśnięcie głębokie na jakieś trzydzieści centymetrów. Nagle Buster znalazł się tuż nad spływem do wodnego piekła. Udało mu się chwycić dwa łyki powietrza i otworzyć oczy. Zobaczył powierzchnię rzeki ponad poziomem swojej głowy. Próbował krzyknąć, lecz w tym samym momencie, gdy wziął ostatni oddech, został wessany prosto na samo dno.

Chwyciło go. To, przed czym ostrzegała Ivey. Wgniotło mu ramiona w ciało z taką siłą, że w środku pękły kości. Wycisnęło z piersi powietrze, aż nie został ani jeden pęcherzyk i Buster przygotował się już na język, który wyliże mu oczy z oczodołów. Nie potrafił się jednak powstrzymać i otworzył powieki, ale jak dotąd niczego pod wodą nie widział. Wtedy nagle poczuł szorstki, gęsty ciężar wciskający się w nos i usta. Kiedy niewidzialny język przesuwał się w stronę oczu, Buster Sapp osunął się w ciemność głębszą, czarniejszą i bardziej litościwą niż zimna rzeka Perdido.

Bustera - ani jego ciała - nie odnaleziono, lecz nikt nie oczekiwał, że będzie inaczej. Elinor Dammert, która nie mogła spać i wstała wczesnym rankiem, oznajmiła, że widziała go skaczącego do rzeki z pomostu. Bez wątpienia prąd zniósł go do zbiegu rzek i tam chłopiec utonął. W tym miejscu utonęło już tyle ludzi, zarówno z miasta, jak i z rejonów położonych w dole rzeki, i ich ciał nigdy nie odnaleziono, że nikt nie próbował nawet pocieszać pogrążonych w żałobie Sappów, że odzyskają zwłoki syna.

- A po kiego miałby wchodzić do tej wody przy świetle księżyca? - mruknęła jego matka, Creola, i pocieszyła się ósemką pozostałych dzieci.

Po zniknięciu Bustera Mary-Love wyznaczyła Braya do przejęcia żmudnych obowiązków nieszczęsnego chłopca. Bray tak nie lubił tej pracy i tak bardzo uważał ją za zajęcie poniżej jego godności, że wysłał swoją nieślubną żonę Ivey na rodzinną plantację Sappów i sprowadził jedną z jej sióstr, dziesięcioletnią Zaddie. Zaddie zamieszkała z siostrą i szwagrem w Baptist Bottom, gdzie wręczono jej grabie i przekazano obowiązki zaginionego brata.

Z jakiegoś powodu - czy to dlatego, że jej organizm nagle przywykł do miejscowego klimatu, czy też Roxie Welles zaczęła ją lepiej karmić - panna Elinor przestała już wyglądać tak mizernie. Jej cera odzyskała zdrowy koloryt, jakim cieszyła się, kiedy wyratowano ją z podtopionego hotelu. Wyglądało na to, że na dobre zagościła w mieście.

Rok szkolny rozpoczął się drugiego września. Tego samego dnia panna Elinor przejęła obowiązki nauczycielki czwartej klasy, a mała Grace poszła do pierwszej. Kiedy tego ranka po wielkim uroczystym śniadaniu James Caskey zapytał pannę Elinor, czy chce, żeby odwiózł je do szkoły automobilem, podziękowała i odmówiła.

- Wie pani, jak tam dojść na piechotę, prawda?

- Oczywiście - odparła Elinor. - Ale nie pójdziemy z Grace na piechotę.

- Jak wobec tego zamierzacie się tam dostać? - spytał James, uśmiechając się do Roxie, która wniosła półmisek z gorącymi biscuitami na maślance. - Escue zabierze was wozem?

- Popłyniemy z Grace łódką - oznajmiła panna Elinor i popatrzyła na dziewczynkę.

Ta uśmiechnęła się szeroko i z zapałem pokiwała głową.

- Łódką?! - wykrzyknął James Caskey.

- Łódką Braya - wyjaśniła panna Elinor. - Bray zgodził się, żebym z niej skorzystała.

James Caskey siedział skonsternowany bez ruchu.

- Ależ, panno Elinor - odezwał się w końcu - zdaje sobie pani sprawę, że aby dotrzeć rzeką do szkoły, trzeba przepłynąć przez miejsce, gdzie zbiegają się rzeki? Jak zamierza pani to zrobić?

- Zamierzam mocno wiosłować - odparła panna Elinor z niezmąconym spokojem.

- Pozwolę sobie przypomnieć, że w tym miejscu utopił się tego lata mały Buster Sapp. - W tonie Jamesa pobrzmiewał tylko bardzo łagodny protest, zważywszy na niebezpieczeństwo, które groziło jego jedynej córce.

Panna Elinor się roześmiała.

- Boi się pan o Grace, panie Caskey.

- Ja się nie boję, tatusiu!

- Wiem, że się nie boisz, skarbie, i naturalnie ufam pannie Elinor, tylko że u zbiegu rzek... Pamiętasz Bustera, prawda?

- Oczywiście, że pamiętam Bustera! - zawołała Grace, czupurnie opierając rączki na biodrach. Spojrzała z ukosa na tatę i pannę Elinor, po czym zniżyła głos. - Ivey mówi, że coś go zjadło!

- Ivey próbowała cię nastraszyć, kochanie - powiedział jej ojciec. - Tak naprawdę Buster po prostu utonął.

- Panie Caskey - wtrąciła Elinor - mój tata przez trzydzieści dwa lata przewoził ludzi promem na rzece Tombigbee. Codziennie w południe płynęłam łodzią, żeby zawieźć mu obiad. A nie byłam starsza od Grace. - Uśmiechnęła się. - Jeśli pan chce, mogę obwiązać Grace liną i Zaddie będzie biec wzdłuż brzegu, trzymając drugi koniec.

Jednak James Caskey nie pozwolił Elinor zabrać ze sobą Grace do łodzi. Tego ranka Elinor Dammert popłynęła sama, a on i jego córka stanęli na brzegu rzeki tuż za ratuszem i zbiegiem obu rzek i kiedy zobaczyli łódź, zaczęli wołać i machać entuzjastycznie rękami. Panna Elinor pomachała im w odpowiedzi i skierowała łódź w ich stronę. Tylko odrobinę zadrżało krótkie wiosło, kiedy mijała niebezpieczne skrzyżowanie rzek. Podpłynęła do czerwonego gliniastego brzegu i wbiła pagaj w miękką ziemię.

James Caskey podszedł do niej, podniósł Grace i wsadził ją do łodzi.

- Miała pani rację - przyznał. - Niepotrzebnie się obawiałem.

- Płyniemy! - zawołała panna Elinor i odepchnęła się od brzegu.

Grace pisnęła z radości i zachwycona, pomachała ojcu na pożegnanie.

Nazajutrz wczesnym rankiem nad rzeką na tyłach ratusza zebrała się gromadka dziesięciorga gapiów, którzy czekali, żeby zobaczyć, jak Grace z panną Elinor będą przepływać obok zbiegu rzek małą zieloną łódką Braya Sugarwhite'a. W czwartek z okien ratusza wyglądało ponad dwadzieścia osób i wszyscy machali rękami. Elinor Dammert była pomylona, żeby robić coś takiego, a James Caskey był pomylonym głupcem, skoro pozwolił córce wsiąść do tej łodzi. Pewnego dnia wir pochłonie jedną i drugą i wypluje ich kości na czerwony gliniasty brzeg. Jednak po kilku tygodniach ich widok nie wydawał się już taki szalony; wszyscy nadal machali im z okien ratusza, ale nikt już nie wróżył śmierci Grace i pannie Elinor.

Zaddie Sapp była niezwykle żywym dzieckiem, znacznie żwawszym niż Buster, tak więc kiedy rankiem kończyła grabienie podwórza, siadała w kuchni razem z Roxie albo ze swoją siostrą Ivey i zabierała się do szycia albo łuskania groszku. Nie miało znaczenia, co to było, byle mogła coś robić. Elinor szczególnie ją polubiła i wkrótce zaczęła uczyć dziewczynkę prostego haftu. Mary-Love otwarcie i stanowczo potępiła tę decyzję, ponieważ w Perdido panowała opinia, że czarne kobiety nie mają potrzeby uczyć się pracy zdobniczej. Mimo to Elinor dała Zaddie kosz poszewek na poduszki i dziewczynka pracowicie wyhaftowała na każdej obwódkę w kwiaty. Elinor płaciła jej za każdą poszewkę pięćdziesiąt centów.

Dzięki tym i innym podobnym gestom podbiła serce Zaddie. Codziennie o trzeciej po południu dziewczynka siadała na pomoście i czekała na powrót panny Elinor i Grace.

- Jak się masz? - pytała niezmiennie panna Elinor, a Zaddie niezmiennie przechodził rozkoszny dreszczyk, kiedy słyszała to pytanie.

- Mam się dobrze - odpowiadała, po czym relacjonowała wszystko, co wydarzyło się tego dnia w gospodarstwach Caskeyów.

W te piękne wrześniowe i październikowe popołudnia Elinor bujała się w fotelu na werandzie domu Jamesa Caskeya i słuchała, jak Zaddie i Grace, siedząc na stopniach, czytają na głos książeczkę. Chociaż Grace była cztery lata młodsza, znacznie przewyższała Zaddie w szkolnych dyscyplinach i czerpała z tego powód do dumy. Panna Elinor zawsze ją za to strofowała.

- Grace, gdyby Zaddie miała takie możliwości do nauki jak ty, umiałaby znacznie więcej od ciebie - tłumaczyła. - Jak sądzisz, czy czytałabyś tak samo dobrze, gdybyś spędziła trzy lata na grzbiecie muła, jeżdżąc w kółko wyciskarki do trzciny?

Zawstydzona Grace sznurowała usta i oddawała książkę Zaddie, która aż dygotała z emocji, że spotkał ją taki przywilej: oto broniła jej tak znamienita osoba jak panna Elinor, która - Zaddie nigdy nie znudziło się powtarzanie tego, komu tylko mogła - była jedyną osobą w Perdido, i to zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn, która potrafiła przepłynąć łodzią obok zbiegu rzek.

ZALOTY

We wrześniu wszystkie trzy tartaki działały już na pełnych obrotach, tak więc naglące obowiązki, które od czasu powodzi spadły na barki Jamesa i Oscara Caskeyów, znacząco się zmniejszyły. Kiedy Oscar zauważył, że panna Elinor każdego popołudnia od wpół do czwartej do zmroku przesiaduje na werandzie, postanowił wcześniej wracać do domu z tartaku.

Parkował automobil na drodze, wysiadał i ruszał w stronę domu, po czym, jakby pod wpływem nagłego natchnienia, skręcał przez podwórze w kierunku domu Jamesa i zadeptywał po drodze fragment porannej pracy Zaddie. Gawędził najpierw z czarną dziewczynką, która razem z Grace nie odstępowała na krok panny Elinor.

- Jak tam, Zaddie, jak dużo dzisiaj urosły nasze dąbki wodne?

- Ano urosły, panie Oscar - padała nieodmiennie ta sama odpowiedź.

Wszyscy w Perdido słyszeli o niezmordowanym wigorze drzewek posadzonych przez pannę Elinor; przechodzili obok domów Caskeyów, żeby je zobaczyć, i rozprawiali o nich do znudzenia. Nikt nie potrafił wyjaśnić ich niespotykanie szybkiego wzrostu, tak więc po jakimś czasie stało się niemal rytualnym zwyczajem, że odwiedzający pytali Zaddie, jak się dzisiaj ma dębowy zagajnik, ona zaś nieodmiennie zapewniała, że zyskał w ciągu nocy kolejne trzy centymetry.

Po tej małej pogawędce z Zaddie na temat postępów rosnącej dąbrowy Oscar odwracał się do swojej małej kuzynki i mówił coś w rodzaju:

- Dziś rano u golibrody ludzie gadali, że razem z kolegami i koleżankami związaliście swoją nauczycielkę i zrzuciliście ją z dachu audytorium. Prawda to czy nie?

- Nie! - wołała oburzona Grace.

- A co u pani, panno Elinor? - pytał następnie Oscar, odwracając się do kobiety, jakby przyszedł tu wyłącznie porozmawiać z Zaddie i Grace i teraz rozejrzał się, kto jeszcze jest w pobliżu. - Jak się dzisiaj sprawowali pani Indianie?

Oscar wszystkich uczniów szkoły podstawowej nazywał Indianami.

- Moi Indianie nie dają mi chwili wytchnienia - odparła Elinor z uśmiechem. - Ale to głównie chłopcy. Dziewczynki zrobiłyby dla mnie wszystko. Proszę, niech pan usiądzie, panie Oscarze. Wygląda pan, jakby się słaniał na nogach.

- A, owszem, zmęczony jestem - odpowiedział Oscar, siadając w drugim fotelu, jakby nie proponowała mu tego codziennie od dwóch tygodni, a on codziennie nie przyjmował zaproszenia.

- Pańska mama obserwuje nas zza krzaków kamelii - zauważyła Elinor.

Oscar wstał z fotela.

- Cześć, mamo! - zawołał.

- Oscar! Tak mi się zdawało, że to ty! - odkrzyknęła zza zasłony kamelii zdemaskowana Mary-Love.

- A co, nie widziałaś automobilu? - zapytał Oscar. Spojrzał na pannę Elinor. - Widziała go doskonale - szepnął, żeby matka nie usłyszała.

- Niech ją pan zaprosi, żeby przyszła i z nami posiedziała - zaproponowała Elinor.

- Mamo! Panna Elinor mówi, żebyś przyszła tu z nami posiedzieć!

- Podziękuj pannie Elinor, ale mam groszek do łuskania!

- Nieprawda! - zawołała oburzona Zaddie do Grace. - Obłuskałam dzisiaj rano cały groszek!

- Niech pan powie mamie, że może przyjść, a ja i Zaddie pomożemy jej w łuskaniu - zasugerowała uprzejmie panna Elinor, chociaż z pewnością słyszała protest dziewczynki.

- Dobrze, mamo! - zawołał Oscar, który nie miał ochoty przeciągać tego kłamstwa i nadwerężać głosu. Usiadł i uśmiechnął się do Elinor. - Mama nie lubi, kiedy tu przychodzę.

- Dlaczego? - spytała Grace, obserwując Mary-Love znikającą za kameliami.

- Przeze mnie - odpowiedziała za Oscara Elinor.

- Przez panią?!

Grace nie wyobrażała sobie, jak można nie uwielbiać panny Elinor.

- Pani Mary-Love uważa, że pan Oscar powinien siedzieć na werandzie swojego domu i rozmawiać ze swoją mamą, a nie tutaj i rozmawiać ze mną, tobą i Zaddie.

- To dlaczego ciocia Mary-Love nie może tu przyjść? Przecież ją zaprosiłyśmy.

Oscar westchnął.

- Daj spokój, Grace.

- Panie Oscar - powiedziała Zaddie, odwracając się. - Ja już dzisiaj rano obłuskała ten groch.

- Wiem, Zaddie. A teraz zajmijcie się z Grace swoimi sprawami.

Dziewczynki pochyliły się do siebie głowami i zaczęły szeptać.

- Więc chłopcy dają się pani we znaki? - spytał Oscar.

- Za miesiąc się uspokoją. W tej chwili połowa została w domu, żeby pomagać przy zbiorze bawełny, a druga połowa im zazdrości. Nie mogę ich zmusić, żeby nosili buty, i codziennie rano przed przerwą muszę sprawdzać, czy nie mają grzybicy.

- Ale chyba pani słuchają, prawda?

- Potrafię ich do tego zmusić, kiedy chcę. - Elinor się roześmiała. - Wystarczy im zagrozić, że jeśli mnie nie będą słuchać, zabiorę ich do łodzi Braya i wysadzę do wody u zbiegu rzek. Od razu się prostują. Ale z dziewczynkami nie mam żadnego kłopotu.

Panna Elinor miała trzydzieścioro czworo uczniów: osiemnastu chłopców i szesnaście dziewczynek. Dwadzieścioro mieszkało w mieście, natomiast czternaścioro w okolicznych posiadłościach. Spośród tych czternaściorga przez ostatnie dwa tygodnie dwanaścioro zostało w domu, żeby pomagać w żniwach. Dwójka pozostałych - małe, cichutkie Indianki, których rodzice prowadzili pięć destylarni w lesie nad strumieniem Little Turkey - przyjeżdżała do szkoły na grzbiecie zniedołężniałego muła.

Elinor uczyła dzieci arytmetyki, geografii, ortografii, gramatyki i historii Konfederacji.

Każdego ranka Roxie przygotowywała jej lunch do szkoły, lecz któregoś dnia wezwano ją do pomocy przy porodzie w Baptist Bottom i niczego nie mogła przygotować. Kiedy wróciła przed południem do domu, zapakowała mały koszyk wiklinowy i kazała Zaddie zanieść go pannie Elinor. Wycieczka do szkoły pełnej białych dzieci była dla Zaddie wielką przygodą, więc dziewczynka zbliżała się do budynku z nabożnym lękiem. Pani dyrektor zaprowadziła ją do klasy i zapukała do drzwi.

Z ławki w głębi sali podniosła się dziewczynka, która miała za zadanie otwierać drzwi, kiedy ktoś pukał. Wszystkie dzieci odwróciły się i wytrzeszczyły oczy na dziewczynkę stojącą w progu. Żadne nie widziało dotąd czarnego dziecka w białej szkole. Dygocząc na całym ciele, Zaddie podeszła z koszykiem do panny Elinor. Nauczycielka podziękowała, po czym przedstawiła ją klasie.

- Dzieci - powiedziała - to jest Zaddie Sapp. Zaddie ma dokładnie tyle samo lat co wy. Gdyby chodziła do szkoły, siedziałaby z wami w tej klasie i byłaby równie mądra jak najbystrzejsze z was. Zaddie zbiera pieniądze, żeby uczyć się w College'u Sztuk Pięknych i Mechaniki w Brewton, i właśnie zamierzam dać jej ćwierć dolara, żeby włożyła je sobie do skarbonki.

Zaddie wzięła monetę i pędem wybiegła z klasy. Od tej pory, nawet jeśli dotąd tego nie uczyniła, oddała się pannie Elinor ciałem i całą duszą.

Pewnego dnia w październiku, wróciwszy z tartaku na lunch, Oscar przypadkowo dowiedział się od Ivey Sapp, że matka i siostra wybierają się do Pensacoli, gdzie zostaną na noc, by z samego rana udać się do krawca. Szybko odgadł, że Mary-Love celowo nie uprzedziła go o swoim wyjeździe, aby nie dać mu sposobności do spędzenia tego czasu z Elinor Dammert. Wyszedł na werandę i przywołał do siebie Zaddie. Dziewczynka siedziała pod jednym z dębów wodnych, które mimo jesieni nie przestawały rosnąć, i zjawiła się natychmiast.

- Zaddie, wiesz, gdzie uczy panna Elinor, prawda?

- Tak, byłam kiedyś w szkole - odparła.

- Zaniesiesz jej ode mnie list? Dam ci za to ćwierć dolara.

- Zaniosę, panie Oscar - odpowiedziała z zapałem dziewczynka.

Zrobiłaby to chętnie choćby dla samej przyjemności, by móc jeszcze raz zobaczyć klasę pełną białych dzieci. W skrytości ducha wiedziała, że umie czytać lepiej niż połowa z nich.

Oscar wrócił do domu i na stole kuchennym skreślił liścik. Złożył go, zaniósł Zaddie, po czym pożegnawszy się z matką i siostrą, wrócił do tartaku.

Późnym popołudniem Mary-Love i Siostra wyjechały do Pensacoli Fordem Torpedo Roadsterem prowadzonym przez Braya. Braya nauczono prowadzić obydwa samochody należące do rodziny i jego pozycja w posiadłości Caskeyów coraz częściej sprowadzała się do funkcji szofera. Mary-Love zostawiła synowi wiadomość sugerującą, że postanowiły wyjechać pod wpływem spontanicznej decyzji, i poinformowała, że na stole kuchennym stoi przygotowana dla niego kolacja. Oscar zignorował zarówno wiadomość, jak i kolację. Zjadł u sąsiadów, po czym zabrał Grace oraz pannę Elinor do kina Ritz na film The Ghost of Rosie Taylor. Po powodzi Ritz na nowo otworzył swe podwoje, wyposażony w szkarłatne obicia i nowiutkie palisandrowe pianino.

Wieczorem, kiedy Grace poszła spać, panna Elinor i Oscar wybrali się na spacer nad rzekę. Usiedli na pomoście i patrzyli na księżyc, dopóki zegar na ratuszu nie wybił północy. Oscar oznajmił, że nie siedział tak długo w nocy od czasu, gdy próbowali ratować domy Caskeyów przed wzbierającą falą powodzi.

Od tej pory Zaddie miała nowe zadanie - została posłańcem. Każdego dnia dostarczała pannie Elinor list, który Oscar pisał przy stole kuchennym tuż po południowym posiłku. Panna Elinor czytała go i pisała odpowiedź. Zaddie zanosiła ją do tartaku, gdzie wchodziła prosto do biura Oscara. Wszyscy w szkole i w tartaku wiedzieli, po co dziewczynka przychodziła, kto pisał listy i do kogo.

Zaddie zaczęła poznawać uczniów panny Elinor po imieniu, a raz, gdy przybiegła do szkoły akurat, kiedy była przerwa, zaczęła nawet skakać z nimi na skakance i nauczyła ich wierszyka, którego nie znały.

Miała Elinor ryby,

Wsadziła je w dyby.

Miała baba męża,

Zmieniła go w węża.

Siedzi na przypiecku,

Gada po turecku.

Czmycha mysz, a kysz, a kysz,

Do chaty ze szmaty,

Gdzie umiera babcia,

Co ma w ustach kapcia.

Była dumna ze swych codziennych misji i nic jej nie obchodziło, że pani Mary-Love przestała się do niej odzywać z powodu jej pośrednictwa w romansie panny Elinor i Oscara.

Ponieważ Mary-Love jadała z córką główny posiłek w południe, a kolacja składała się w dużej mierze z tego, co zostało z obiadu, nie znalazła argumentu, żeby zaprotestować, kiedy syn oznajmił, że będzie jadał u Jamesa, gdzie wieczorem podaje się gorące posiłki.

- Sprawiasz Jamesowi kłopoty - próbowała argumentować Mary-Love, kiedy już nie potrafiła się powstrzymać. - Narażasz go na większe koszty.

Oscar wzruszył ramionami.

- Mamo, James codziennie jada u nas obiad i nie każesz mu za to płacić ani grosza. Stać go na to, żebym od czasu do czasu zjadł u niego kolację.

- Nie od czasu do czasu, tylko codziennie!

- James zaprasza również ciebie i Siostrę.

- Wpędzilibyśmy biedną Roxie do grobu, gdybyśmy codziennie przychodzili na kolację.

- Nic podobnego. Roxie nie musi gotować w ciągu dnia. I powiedziała mi, że nie rozumie, dlaczego ty i Siostra upieracie się przy zimnych posiłkach, skoro mogłybyście jeść gorące.

Mary-Love nie odpowiedziała, ponieważ nie chciała się przyznać, że nie zamierza usiąść przy jednym stole z Elinor Dammert. Należy tu odnotować, że wojna nie została wypowiedziana. Matka nie pozwoliła córce iść na kolację do sąsiadów, tak więc Siostra skubała w domu zimne jedzenie i żałowała, że nie wie, o czym rozmawia się w domu Jamesa.

Nie było w całym Perdido matki i córki tak ze sobą zżytych jak Mary-Love Caskey i Siostra, ale to nie znaczy, że jedna zwierzała się drugiej ze wszystkiego, o czym wie i myśli. W rzeczywistości obie lubiły zachowywać przed drugą drobne sekrety, które w odpowiednim momencie mogły zostać ujawnione i wywołać oszałamiający efekt - niczym mały chłopiec rzucający podpalone petardy pod łóżko siostry ucinającej sobie drzemkę w upalne letnie popołudnie.

To, co akurat w tym momencie trzymała w tajemnicy Siostra, nie było właściwie sekretem, tylko opinią, a opinia ta dotyczyła Elinor Dammert. Siostra doszła do wniosku, że Elinor jest niezwykle silną młodą kobietą, a moc, którą włada, należy do tego samego gatunku co siła, jaką posługiwała się Mary-Love. Elinor Dammert układała rzeczy w należytym porządku. Naprawiała je. Udoskonalała. Sprawiała, że działały, jak należy. Brała ludzi i ustawiała ich na nowo tam, gdzie chciała, jak dziecko układające figurki w drewnianej arce Noego. Oczami wyobraźni Siostra widziała nawet Jamesa Caskeya jako drewnianą figurkę. Stał na okrągłej podstawce, a nogi zastępował mu pojedynczy słupek. Obok widziała Grace jako znacznie mniejszą figurkę, Zaddie pomalowaną na czarno i Oscara z najszerszym uśmiechem, jaki można sobie wyobrazić. Elinor Dammert w wyobraźni Siostry zgarniała ich wszystkich w ramiona, podnosiła i przestawiała tam, gdzie uznawała za stosowne. Przez chwilę figurki się chwiały, ale pozostawały w nowym miejscu.

Natomiast Mary-Love próbowała ludzi urabiać. Stosowała psychologiczne podstępy, dzięki którym narzucała innym swoją wolę. Siostra przypuszczała, że z nich dwóch Elinor jest potężniejsza. Mary-Love czasem tylko sprawiała takie wrażenie, ponieważ Elinor się wycofywała. Chociaż bez trudu mogła zrobić z Oscarem, co jej się żywnie podobało, wolała, żeby przyszedł do niej z własnej inicjatywy. Mogła również przewrócić drewnianą figurkę Mary-Love Caskey tak, żeby ta koziołkowała, aż zbierze jej się na nudności. Elinor bawiła się z Mary-Love, podtrzymywała jej zaślepienie i wiarę we własną wyższość, jakby chciała się przekonać, czy Oscar potrafi wyrwać się spod wpływu matki bez jej pomocy. Tę opinię Siostra trzymała w tajemnicy i czekała na odpowiedni moment, żeby rzucić nią matce w oczy.

Pewnego wieczoru kilka dni przed Świętem Dziękczynienia Siostrę bolała głowa. Przez całe popołudnie Mary-Love nie przestawała perorować na temat panny Elinor i córka miała już serdecznie dość, zwłaszcza że według niej każda wygłaszana przez matkę opinia była chybiona i płynęła z zawiści. Kiedy siedziały razem przy kuchennym stole, jedząc resztki schabu z obiadu, Mary-Love podjęła przerwany wcześniej wątek.

- Nie mam pojęcia, co zrobimy ze Świętem Dziękczynienia.

- O co ci chodzi, mamo? - spytała zmęczonym głosem Siostra, odkrawając kawałek tłuszczu od mięsa.

- No cóż, naturalnie obiad urządzimy u nas. Przyjdą James i Grace, ale bardzo jestem ciekawa, co James zamierza zrobić z tą kobietą.

Mary-Love Caskey nie potrafiła się zdobyć na wyartykułowanie na głos imienia panny Elinor i zawsze mówiła o niej "ta kobieta". Było to trochę mylące, ponieważ kiedyś używała tego określenia wobec Genevieve Caskey.

Siostra nie odpowiedziała, lecz ponieważ zawsze reagowała na każdą uwagę matki, jej milczenie również było znaczące.

- Siostro?

- A rozmawiałaś o tym z Jamesem? - spytała córka. - Zaprosiłaś go osobiście?

- Oczywiście, że nie! Czemu miałabym go zapraszać? Gdzie indziej mieliby spędzać Święto Dziękczynienia?

- James oczekuje, że zaprosisz pannę Elinor.

- Na pewno tego nie zrobię! On ci tak powiedział?

- Tak - odparła Siostra. - Oczekuje, że przyjdziesz do nich i osobiście zaprosisz pannę Elinor na Święto Dziękczynienia.

- Nie ma mowy! Ta kobieta nie przekroczyła dotąd progu tego domu i nadal nie zamierzam otworzyć przed nią drzwi!

- W takiej sytuacji James, Grace i panna Elinor zjedzą obiad w domu. Zaproszą cię, a jeśli ty nie będziesz chciała przyjść, to twoja sprawa.

- Dlaczego właściwie to ty przekazujesz mi to ultimatum? Bo czyż można to nazwać inaczej? - zapytała retorycznie Mary-Love. Po czym, na wypadek gdyby Siostra nie potraktowała tego pytania tak, jak powinna, sama sobie odpowiedziała: - Nie - powiedziała stanowczo. - To jest ultimatum.

- James prosił... dzisiaj po południu... żebym ci to przekazała.

- Ależ to niesłychane! - zawołała matka, w najwyższym stopniu rozdrażniona. - Możesz w to uwierzyć?

Pobiegła do okna kuchennego i wyjrzała na podwórze. Jadalnia w domu Jamesa była jasno oświetlona i Mary-Love zobaczyła przez szybę pannę Elinor nakładającą jedzenie na talerz Grace.

- Mamo, ludzie w mieście uważają, że kompletnie oszalałaś, zamykając serce przed panną Elinor - odezwała się Siostra, czując narastający ból głowy. - Wszyscy mają o niej jak najlepsze zdanie.

- A ja nie!

- Wszyscy z wyjątkiem ciebie, mamo.

- Bray też myśli tak jak ja.

- Coś ci powiem...

- Co?

- Myślę, że byłoby lepiej, gdybyś polubiła pannę Elinor.

- Czemuż to?

- Ponieważ jestem pewna, że Oscar się z nią ożeni.

Mary-Love aż zaparło dech. Odwróciła się od okna.

- Zdziwiłabym się - ciągnęła bezlitośnie Siostra - gdyby jeszcze nie poprosił jej o rękę.

W rzeczywistości Oscar, choć okrężną drogą, zadawał to pytanie dokładnie w tym samym momencie, kiedy panna Elinor nakładała zielony groszek na talerz Grace.

- Wiesz co, Elinor? - powiedział.

- Co takiego?

- Myślałem o Zaddie.

- Zagonicie tę dziewczynę na śmierć! - Siedzący u szczytu stołu James roześmiał się. Mając obok siebie Elinor i Oscara, wyobrażał sobie, że tak się może czuć człowiek, który ma prawdziwą rodzinę.

- Pomyślałem dokładnie to samo - odparł Oscar.

- Zaddie ma więcej pieniędzy niż jakiekolwiek inne dziecko w mieście, białe czy kolorowe. - Panna Elinor wyprostowała się na krześle i ukroiła sobie kawałek szynki. - Za każdym razem, kiedy przychodzi, dajesz jej ćwierć dolara, Oscarze. Ja robię to samo.

- Ale nogi ją bolą - zauważył.

- Co twoim zdaniem Elinor ma zrobić w sprawie steranych nóżek poczciwej Zaddie? - spytał James.

W tym momencie Zaddie, która przysłuchiwała się tej rozmowie z kuchni, zjawiła się w drzwiach i podciągnęła spódnicę, żeby pokazać, że jej nogi wcale nie są sterane.

- Pani Digman nie pozwoli mi założyć w klasie telefonu - oznajmiła Elinor. - Jeśli chcesz nadal wysyłać mi listy, musisz znaleźć kogoś, kto będzie je doręczał.

- Moje nogi czują się zupełnie dobrze - zaczęła Zaddie, ale Roxie złapała ją za spódnicę i wciągnęła z powrotem do kuchni.

- Białe ludzie nie lubią patrzeć przy jedzeniu na kolorowe dzieci - upomniała dziewczynkę. - Chyba że niosą talerz z gorącą potrawą.

Drzwi do kuchni zostały zamknięte i Zaddie przestała cokolwiek słyszeć.

- A gdybyśmy byli małżeństwem? - zapytał Oscar. - Wtedy nie musiałbym wysyłać ci listów.

Elinor podniosła wzrok. Następnie spojrzała na Jamesa Caskeya.

- Panie Jamesie - powiedziała. - Wydaje mi się, że Oscar składa mi właśnie propozycję małżeństwa.

- Zamierza ją pani przyjąć? - spytał James z wyraźną przyjemnością.

- Co o tym myślisz, Grace? Czy powinnam wyjść za twojego kuzyna Oscara?

- Nie! - zawołała Grace z rozpaczą odmalowaną na twarzy.

- Dlaczego nie?

- Nie chcę, żeby pani odeszła!

- A dokąd bym miała odejść? - Podniosła wzrok na Oscara. - Czy zabierzesz mnie stąd, jeśli za ciebie wyjdę?

- Nigdy w życiu nie zamierzam opuścić Perdido!

- Pytam o ten dom. Gdzie mielibyśmy zamieszkać?

- Nie wiem - odparł Oscar po chwili namysłu. - Dopiero przed chwilą, kiedy James mówił, że nie dostał listu od Genevieve, przyszło mi do głowy, że ja też powinienem się ożenić. Podniosłem głowę i zobaczyłem ciebie, niezamężną Elinor siedzącą naprzeciwko mnie. Doprawdy nie miałem czasu, żeby wszystko przemyśleć. Nie kupiłem nawet pierścionka, więc proszę, nie pytaj mnie o niego. Nie mógłbym go pokazać, nawet gdybyś przyłożyła mi nóż do gardła.

Grace chwyciła do rączki nóż i zaczęła nim wymachiwać, jakby kusiła Elinor, żeby zrobiła z niego użytek.

James wyartykułował na głos myśli dziewczynki:

- Oscarze, uważam, że byłoby to bardzo nieuprzejme, gdybyś nam zabrał pannę Elinor.

Oscar odwrócił się na krześle i spojrzał na oświetloną kuchnię swojego domu. Z okna patrzyła na nich jego matka.

- Myślę, że mama też nie będzie zadowolona, skoro już o tym mowa.

- Pani Mary-Love nie jest zadowolona, że w ogóle się ze mną spotykasz - zauważyła Elinor. - Z całą pewnością nie zachwyci jej wiadomość, że chcesz mnie poprowadzić do ołtarza.

- Panno Elinor, czy pani w ogóle była kiedyś na ślubie?! - zawołał James Caskey. - W czasie ślubu pan młody stoi przy ołtarzu, a ojciec prowadzi do niego pannę młodą. Jak słyszałem, pani tata nie żyje, więc to mnie przypadnie w udziale go zastąpić.

- Proszę pamiętać, panie Jamesie, że jeszcze nie przyjęłam oświadczyn!

- Proszę nie przyjmować! - zawołała Grace. - Ja się z panią ożenię!

- Och, kochanie, gdyby dziewczynki żeniły się z dziewczynkami, to wyszłabym za ciebie jeszcze dzisiaj - powiedziała z uśmiechem Elinor. - Ale dziewczęta wychodzą za mąż za chłopców.

Oscar uśmiechnął się od ucha do ucha i pomachał w oknie matce.

- Wygląda na to, Oscarze, że będziemy musieli się pobrać, skoro nie wolno mi poślubić Grace - powiedziała Elinor. - Ale chcę podkreślić z całą mocą, że gdybym mogła, wybrałabym ją.

Dziewczynka nadąsała się, oparła głowę na piąstkach i nie podnosiła wzroku znad talerza.

Tego samego wieczoru Oscar powiedział o swoich oświadczynach Siostrze, ona zaś powiedziała matce. Mary-Love zatrzasnęła się w swoim pokoju i nie wychodziła przez trzy dni. Udawała niesprecyzowany rozstrój żołądkowy, w efekcie czego Siostra musiała się zająć wszystkimi przygotowaniami do Święta Dziękczynienia, włącznie z zaproszeniem Jamesa, Grace oraz panny Elinor.

W świąteczny poranek Mary-Love wyglądała blado i smutno, jakby właśnie usłyszała, że umarł jej ukochany wujek i w dodatku nie zostawił jej ani grosza. Otworzyła drzwi szwagrowi, Grace i pannie Elinor. Po raz pierwszy Elinor Dammert przekroczyła próg jej domu.

- Słyszałam, że zamierzacie się z Oscarem pobrać.

- Oscar ci o tym nie powiedział? - pytał James.

- Nie. Siostra mi powiedziała - odparła Mary-Love.

- Siostra ma rację - oznajmiła bynajmniej niespeszona Elinor. - Rzeczywiście zamierzamy się z Oscarem pobrać. Obawiał się, że Zaddie schodzi sobie nogi, jeśli będzie mi dalej wysyłał tyle liścików. Małżeństwa nie muszą wysyłać sobie listów.

- Zaddie mogłaby mieć lepsze rzeczy do roboty niż bieganie po mieście z liścikami - zauważyła Mary-Love. - Mogłaby zrobić to i owo w domu. Zastanawiam się, za co my jej w ogóle płacimy. Zastanawiam się, czy nie byłoby z niej większego pożytku na grzbiecie starego muła Creoli Sapp. - Kiedy czuła się przygnębiona, Mary-Love miała zwyczaj mówić z nadmierną emfazą.

W zachowaniu panny Elinor podczas świątecznego obiadu nie widać było ani krztyny triumfalnej radości. Ale też nie onieśmielały jej złowrogie spojrzenia jej przyszłej teściowej. Zachowywała się z wyjątkową swobodą, śmiała się głośno z żartu, który James powiedział do Siostry.

Na deser były dwa torty - czekoladowy i kokosowy - oraz trzy ciasta: bostońskie z kremem oraz tarty pekanowa i bakaliowa. Siostra z panną Elinor pokroiły je i podawały na talerzykach.

- Słyszałam, że nie wyznaczono jeszcze daty ślubu - powiedziała Mary-Love.

- Oczywiście, że nie. Wszyscy chcieli omówić te plany z tobą - odparł James.

- Tę decyzję powinna podjąć rodzina narzeczonej - odrzekła matka Oscara.

- Nie mam już nikogo - oznajmiła Elinor. - Wszyscy moi krewni zmarli.

Osoby obecne przy stole popatrzyły na nią z wielkim zaskoczeniem. Nikt oprócz Jamesa wcześniej o tym nie słyszał, a i on zdążył już zapomnieć. Przypuszczali, że panna Elinor ma wielu krewnych w okolicach Wade.

- Wszyscy? - spytała Siostra.

- Jestem ostatnia z rodziny.

- W takim razie będziesz musiała nam pomóc, mamo - stwierdził Oscar.

- Przede wszystkim trzeba ustalić datę - oznajmiła szybko Mary-Love.

- Dobrze - zgodził się z zapałem.

Przez cały czas trwania posiłku Mary-Love kilka razy zwróciła się do panny Elinor, lecz ani razu do własnego syna. Kiedy raz zadał jej pytanie, udała, że nie słyszy, i nie odpowiedziała.

- Za rok od dzisiejszego dnia - oznajmiła w końcu.

Za jej plecami panna Elinor znieruchomiała z talerzem ciasta dla Grace, która na próżno wyciągała rączkę, żeby go dosięgnąć. Popatrzyła wymownie na Oscara, ale nie odezwała się ani słowem.

- Ależ, mamo! - wykrzyknął Oscar. - Tak długo? My myśleliśmy raczej o lutym. Mówisz...

- Panno Elinor, z tego, co wiem, nie macie z Oscarem gdzie mieszkać, prawda?

Elinor w końcu okrążyła stół z talerzem ciasta i postawiła go przed Grace.

- Nie, proszę pani - odparła. - Jeszcze nie. Ale myślę, że znajdziemy coś bez trudu.

- Nie znajdziecie tak łatwo czegoś odpowiedniego - powiedziała Mary-Love, patrząc prosto przed siebie. - Czegoś, co naprawdę będzie się nadawało do mieszkania. Jeśli weźmiecie ślub w lutym, będziecie musieli mieszkać tutaj z Siostrą i ze mną.

- Nie! - zawołała Grace. - Panna Elinor powiedziała...

- Ćśśś, dziecino... - uciszyła ją szeptem Siostra.

- Zaproponowałem Elinor i Oscarowi, żeby zamieszkali u mnie - wtrącił się James.

- Ależ u ciebie jest jeszcze mniej miejsca niż tutaj. Poza tym młoda para nie powinna mieszkać u nikogo kątem. Młode małżeństwo powinno mieć czas tylko dla siebie - oświadczyła Mary-Love lodowatym głosem, który stał w sprzeczności z dobroduszną wymową jej słów.

- Czekanie okrągły rok nie rozwiąże tych problemów, mamo - zauważył Oscar. - I tak będziemy musieli znaleźć jakiś dom.

- Nie, wcale nie będziecie musieli. - Mary-Love popatrzyła na syna po raz pierwszy od czasu, kiedy rozpoczął się posiłek.

Oscar zarumienił się i odwrócił wzrok. Elinor usiadła z powrotem na miejscu i w milczeniu patrzyła na swego przyszłego męża.

- Postanowiłam już, co dostaniecie ode mnie w prezencie ślubnym.

- Co takiego? - spytał Oscar, podnosząc wzrok.

- Wybuduję dla was dom - odparła Mary-Love. -Stanie obok naszego, przy granicy miasta - ciągnęła szybko, zanim ktokolwiek zdążył wyrazić zaskoczenie. - Ale nawet gdyby robotnicy zaczęli pracę jutro, a nie zaczną, ponieważ nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam, nie skończą wcześniej niż w marcu lub kwietniu. Potem trzeba go będzie umeblować. Zajmiemy się tym z Siostrą. Panno Elinor, nie będzie pani musiała nawet palcem kiwnąć.

Panna Elinor nie odezwała się ani słowem.

- Kiedy dom będzie gotowy, możemy zacząć planować ślub - mówiła dalej jej przyszła teściowa. - A to również zajmie kilka miesięcy. Oscar jest moim jedynym synem i zamierzam dopilnować, żeby wszystko było, jak należy. Oscarze? - zwróciła się do syna, oczekując jego aprobaty bez sprzeciwu.

Odwrócił się i popatrzył na swoją narzeczoną. Elinor nie wypowiedziała ani jednego słowa, nie poruszyła oczami, na jej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Nie dała Oscarowi ani jednego znaku, jak powinien odpowiedzieć.

A on z powodu wrodzonej męskiej niedomyślności nie zrozumiał, że brak znaku jest zaiste bardzo wyraźnym znakiem.

- Czy to naprawdę musi być cały rok, mamo? - spytał w końcu.

- Tak - odparła Mary-Love.

Oscar kiwnął głową z milczącym przyzwoleniem.

- Panno Elinor? - spytała Mary-Love.

- Jak sobie Oscar życzy - odrzekła Elinor, wkładając do ust kawałek tortu kokosowego.

ZEMSTA OSCARA

Zimy w Perdido są łagodne, ale w drugiej połowie stycznia następuje zwykle krótki i gwałtowny atak zimna, który trwa około tygodnia. Każdego roku jego ofiarą padała jakaś czarna starowinka mieszkająca za miastem w nędznej chacie o ścianach zbudowanych w większej części z wielu warstw gazet. Znajdowały ją najczęściej prawnuki, które przyszły zebrać ostatnie orzechy pekanowe. Żony i córki właścicieli tartaków miały kilka dni, aby zaprezentować swoje futra. W całym mieście pękały rury, a ludzie przesiadywali w kuchni przy piecu. Z wyjątkiem tego jednego tygodnia w Perdido można było siedzieć na werandzie przez okrągły rok. I nigdy nie było tak zimno, żeby panna Elinor nie mogła popłynąć do szkoły zieloną łódką Braya. Ludzie w mieście nie omieszkali zauważyć, że Elinor Dammert niczym ryby w rzece nie czuje zimna promieniującego od wody.

Zimą 1920 roku - pierwszej zimy spędzonej przez Elinor w Perdido - wszyscy mieszkańcy miasteczka wiedzieli o umowie zawartej między Mary-Love a Oscarem. I wszyscy znali jej sedno: w zamian za odłożenie ślubu o cały rok (w ciągu którego Mary-Love bez wątpienia miała nadzieję na zerwanie zaręczyn) matka wybuduje synowi piękny dom sąsiadujący z jej posiadłością. Gdyby spełniło się jej życzenie i panna Elinor wróciła tam, skąd przybyła, Mary-Love zachowałaby syna w stanie kawalerskim, a jej jedynym zmartwieniem byłoby, co zrobić z domem. Być może - jak spekulowali ludzie, którzy lubili snuć przypuszczenia - sama by się do niego przeprowadziła.

Nikt się nigdy nie dowiedział, co o tym porozumieniu sądziła panna Elinor. Nie narzekała, chociaż minęły święta Bożego Narodzenia i nastał Nowy Rok, a w sprawie budowy nic nie zostało przedsięwzięte. Nie sporządzono żadnych planów. Nie wkopano w ziemię ani jednego pala, nie uzyskano zgody na budowę, dzięki której można by było wymierzać te nieistniejące pale, nie zawarto umowy z firmą budowlaną, nie pociągnięto żadnych sznurków na piaszczystej ziemi. Mary-Love zwlekała przez całą zimę, a ilekroć Oscar podejmował ten temat, wołała:

- Och, Oscarze, to będzie najpiękniejszy dom w mieście!

I na tym samym oddechu rzucała jakąś wymówkę, za której sprawą musiała natychmiast wyjść z pokoju lub kuchni.

Wiosną 1920 roku znowu nastały deszcze, tym razem jednak nie tak uporczywe jak w poprzednim. Ludzie chodzili niespokojni za każdym razem, kiedy znaleźli się w pobliżu jednej lub drugiej rzeki - co, zważywszy na lokalizację Perdido, znaczyło, że dość często - spoglądali z ukosa na nurt i wkrótce weszło w powszechny nawyk pytanie panny Elinor, co na ten temat myśli. W końcu codziennie wiosłowała po rzece tam i z powrotem. Nawet w soboty i niedziele, mimo że nie musiała pracować, płynęła do kościoła razem z Oscarem, który siedział bezczynnie z przodu, wielce zadowolony.

A kiedy ktoś w szkółce niedzielnej przygadał mu żartobliwie, że pozwala kobiecie wykonywać całą pracę, odpowiadał:

- Myślicie, że ja mam tyle siły, żeby przepłynąć obok wiru? Już się zastanawiałem, czy nie wynająć Elinor, żeby popłynęła ze mną w górę Blackwater i obaliła mi kilka cyprysów. Powiedziała, że może to zrobić, jeśli wynajmę jej chłopca, który pomoże jej dostarczyć je do miasta.

Zatem panna Elinor, która obcowała z rzeką bliżej niż wszyscy inni ludzie w okolicy, powinna najlepiej wiedzieć, czy nadchodzi powódź. A panna Elinor uspokajała: w tym roku nie będzie żadnej powodzi. Skąd to wiedziała? Po tym, w jaki sposób patyki spływały z prądem, a także po tym, jakie to były patyki. Po tym, jak szybko obracał się wir u zbiegu rzek i jakie martwe zwierzęta woda zabierała z nurtem. Po kolorze mułu w Perdido. Nikt dotąd w miasteczku nie pomyślał, że muł w rzece Perdido zmienia kolor, ale panna Elinor zapewniała ich, że zmienia. Po kształcie piaszczystych łach na rzece i prądach wirowych i po tym, ile gliny zmywała woda na brzegach. Mieszkańcy Perdido, choć przez całe życie mieszkali nad rzeką, nawet tych zmian nie zauważali, a co dopiero mówić o wyciąganiu z nich wniosków. A ponieważ panna Elinor tak twierdziła, ludzie zaczęli wierzyć, że w istocie powodzi w tym roku nie będzie.

To jednak nie znaczyło, że nie padał deszcz. Padało mnóstwo deszczu. Pod koniec lutego i na początku marca, gdy kwitły azalie, zdarzały się tylko lekkie mżawki, tak że kwiaty umarły na gałęziach śmiercią naturalną. Kiedy nadszedł czas kwitnienia róż, nadciągnęły ulewne deszcze i woda biła wokół nich o ziemię.

Jeśli zaczynało padać podczas trwania lekcji, panna Elinor kazała dzieciom otwierać szeroko okna.

- Wdychajcie zapach deszczu! - wołała i dzieci napełniały płuca wilgotnym powietrzem.

Jeśli była w domu, siadała na werandzie i przyciągała sobie fotel jak najbliżej schodów. Zaddie i Grace stały obok niej i patrzyły jak zahipnotyzowane na zasłonę wody ściekającą z pozbawionego rynien dachu, rozchlapującą się na stopniach, poręczach, wsiąkającą w ich stopy i rąbki sukienek. Dziewczynki by się cofnęły, gdyby panna Elinor nie zapewniała:

- Nie obawiajcie się, to wszystko wyschnie. Nic nie wysycha szybciej niż woda deszczowa! To najsłodsza woda na świecie!

Wychylała się, łapała w złączone dłonie strugi ściekające z dachu i podsuwała Grace i Zaddie, żeby chłeptały niczym posłuszne psiaki.

Oscar miał wyrzuty sumienia nie tylko dlatego, że ugiął się przed wolą matki, lecz również dlatego, że Elinor nie zrobiła mu ani jednego wyrzutu. Zaloty trwały tak jak poprzednio, z jednym wyjątkiem: ilekroć wypływał temat obiecanego prezentu, jego matki lub daty ślubu, dziewczyna uparcie milczała i nic nie mogło jej zmusić do odpowiedzi na pytania Oscara poza niechętnym "tak" lub pełnym urazy "nie".

Postanowił za wszelką cenę pokazać Elinor, że nie jest słaby i potrafi się przeciwstawić matce. Oczywiście zawarł umowę i musiał jej dotrzymać, ale nie zamierzał godzić się na żadne więcej ustępstwa. Nie zgodzi się nawet na tydzień opóźnienia ślubu.

Pozostawała jeszcze kwestia domu.

- Mamo, czy ty próbujesz grać na zwłokę?

- Nic podobnego! O czym ty mówisz?

- O naszym domu. Nic nie robisz, ponieważ nie chcesz, żebyśmy się z Elinor pobrali.

Mary-Love nie odpowiedziała. Nie potrafiła się zmusić do tak wielkiego kłamstwa, jakim byłoby zaprzeczenie temu oskarżeniu.

- Mamo, powiem to jasno - ciągnął Oscar. - Pobierzemy się z Elinor w pierwszą sobotę po Święcie Dziękczynienia bez względu na to, czy wybudujesz ten dom, czy nie. Jeśli nie, zamieszkamy gdzie indziej. A "gdzie indziej" może oznaczać Perdido, a może nie...

Ta krótka mowa przekonała Mary-Love w mgnieniu oka. Wiedziała, że syn zrobi to, co mówi, tak jak wiedziała, że dotrzyma umowy, którą z nią zawarł. Nazajutrz, chociaż nadal się nie ociepliło, pojechała do Mobile, żeby porozmawiać z architektami. W następny poniedziałek jeden z nich zjawił się w Perdido, obejrzał działkę i omówił z Mary-Love szczegóły domu, który zamierza wybudować. W drugim tygodniu marca ruszyły prace.

Budynek miał stanąć na skraju piaszczystej działki Caskeyów, gdzie przebiegała granica miasta. Wszystkie okna od zachodu wychodziły na ścianę sosen i choin wyznaczającą brzeg posiadłości. Ulokowany został dalej od drogi niż dom Mary-Love, lecz ponieważ rzeka Perdido skręcała w tym miejscu na północ, oba budynki stały w tej samej odległości od wody. Aby rozpocząć budowę, trzeba było wyciąć sześć dąbków panny Elinor. Osiągnęły już odpowiednią grubość, żeby można je było zaciągnąć do tartaku, pociąć na wąskie deseczki i wykorzystać na kratownice werandy. W całym przedsięwzięciu było to jedyne pocieszenie Mary-Love - zniszczenie sześciu drzew panny Elinor.

Dzień po dniu roboty trwały nie dalej niż siedemdziesiąt kroków od miejsca, gdzie na werandzie Jamesa Caskeya przesiadywała Elinor. Gdyby się podniosła i tylko trochę wyciągnęła szyję, zobaczyłaby, jak rośnie nowy dom, lecz nie zadała sobie tego trudu.

- Pani Elinor, dlaczego nie pójdzie pani zobaczyć swojego nowego domu? - spytała Zaddie siedząca u jej stóp.

- Ten dom buduje pani Mary-Love - odparła Elinor.

- Ale dla pani! - wykrzyknęła Grace.

Dopiero niedawno zaczęła się oswajać z myślą, że panna Elinor się od nich wyprowadzi. Uknuła po cichu mglisty plan, że w dniu ślubu ucieknie z domu i zostawi list z wiadomością, że wróci tylko wtedy, jeśli panna Elinor ją adoptuje.

- Będę miała dość czasu, żeby go obejrzeć, kiedy zostanie skończony i dostaniemy z Oscarem klucze.

Oscar wiedział, że jego narzeczona ani razu nie odwiedziła budowanego domu, mimo że na początku maja można było nawet wejść na pierwsze piętro. Miał to być największy i najpiękniejszy dom w całym Perdido i Oscar uwielbiał go jej opisywać. Wyliczał jego uroki i udogodnienia, szkicował plany poszczególnych pięter, jakby opowiadał o rzeźbionym marmurowym grobowcu na drugim końcu świata, gdzie jej noga nigdy nie postanie, a nie o budynku wznoszonym w najbliższym sąsiedztwie, gdzie za parę miesięcy miała zamieszkać. Elinor słuchała cierpliwie jego zachwytów, a kiedy kończył, mówiła tylko:

- Z tego, co mówisz, wygląda na bardzo miłe miejsce. Wiem, że nie możesz się doczekać, kiedy w nim zamieszkasz.

- A ty, Elinor?! Mama buduje ten dom dla nas obojga!

- Och, ja zacznę o nim myśleć dopiero w sobotę po Święcie Dziękczynienia - odpowiadała.

Po jednej z kolejnych takich rozmów Oscar poszedł do siostry.

- Elinor chyba mi nie wierzy. Myśli, że mama znowu wywiedzie mnie w pole, tak jak w Święto Dziękczynienia. Podeszła mnie fortelem.

- Elinor jest po prostu zła i rozczarowana, że nie okazałeś się bystrzejszy.

- Nie byłem przygotowany! - zaprotestował Oscar. - Mama wzięła mnie przez zaskoczenie!

- Podobno mężczyźni są mądrzejsi od kobiet - zauważyła Siostra.

- Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś w Perdido tak powiedział. I nawet przez sekundę nie uwierzę, że naprawdę tak myślisz.

- Nie. Wcale tak nie myślę - potwierdziła Siostra. - Posłuchaj mnie, Oscarze. - W jej głosie zabrzmiał ton, którego jej brat nigdy wcześniej nie słyszał.

Dała mu znak, żeby usiadł, więc usadowił się na krześle przy oknie, skąd widział rzekę i drzewa posadzone ręką Elinor.

- Twoja narzeczona czeka na właściwy moment.

- Co to znaczy?

- To znaczy, że chce się przekonać, czy postąpisz, jak należy.

- Nie wiem, o czym mówisz.

- Gdybyś się na chwilę zatrzymał i pomyślał - rzuciła Siostra ze zniecierpliwieniem - to byś wiedział. Elinor nie odezwała się ani słowem, bo chce być lojalna.

- Lojalna? - powtórzył jak echo Oscar.

- Nie sądzisz, że gdyby już na początku tupnęła nogą, to dawno bylibyście małżeństwem? Dom byłby skończony, a wy byście w nim mieszkali.

Oscar zastanawiał się nad tym przez chwilę, po czym kiwnął głową.

- Jaki ty jesteś ciemny, Oscarze...

- Wiem o tym! - wykrzyknął.

I naprawdę to wiedział.

- Jesteś ciemny, bo nie rozumiesz, jak bardzo mama i Elinor są do siebie podobne. Mama ci mówi, co masz robić, i ty to robisz. Elinor ci mówi, co masz robić, i ty to robisz.

- Ale w tym cały problem. Elinor w ogóle mi nie mówi, czego chce!

- Oczywiście, że ci nie powie. Czeka, aż zrobisz coś sam. Nie chce występować przeciwko twojej matce. Nie zamierza ci mówić, co masz robić. Ale, na miłość boską, Oscarze, gdybyś posiedział spokojnie przez pięć minut, to wiedziałbyś, co zrobić. I nie mam pojęcia, czemu jeszcze tego nie zrobiłeś!

To powiedziawszy, Siostra wstała i wyszła z pokoju. Oscar został i siedział tak jeszcze przez cały kwadrans, patrząc przez okno na rzekę. Nigdy w życiu nie słyszał, żeby siostra powiedziała coś tak kategorycznego.

W ostatni czwartek maja Oscar, wracając do domu, zatrzymał się obok domu stryja. Elinor jak zwykle siedziała na werandzie z Grace i Zaddie. Zaddie i Elinor łuskały wczesny groszek. Grace czytała na głos książeczkę o Eskimosach. Oscar pochylił się do narzeczonej i powiedział bez wstępów:

- Czy myślisz, że mogłabyś wziąć jutro w pracy wolny dzień?

- Mogłabym - odparła. - Czy jest jakiś powód, dla którego miałabym to zrobić?

- Tak.

- W takim razie wezmę wolny dzień - oznajmiła Elinor.

Nie zapytała, jaki to powód.

- Dlaczego? - spytała Grace.

- Ćśśś - syknął Oscar. - Ani słowa mojej mamie ani nikomu innemu. Słyszysz, Grace? Zaddie?

- Słyszymy! - zawołały chórem dziewczynki.

- Ja też biorę jutro wolny dzień - oznajmił Oscar. - Przyjdę, gdy tylko mama wyjedzie do Mobile. Jadą z Caroline DeBordenave, a wiem, że pani Caroline lubi wyjeżdżać wcześnie.

Elinor skinęła głową i powiedziała tylko:

- Oscarze, twoja mama patrzy na ciebie z werandy i prawdopodobnie zastanawia się, o czym tak szepczemy.

- Hej, mamo! - zawołał Oscar, odwracając się i machając ręką. - Jestem już w domu!

Caroline DeBordenave i Mary-Love Caskey wyjechały nazajutrz o siódmej rano automobilem Caroline z zamiarem pozostania w Mobile na noc. Oscar ociągał się przy śniadaniu tak długo, że matka zaczęła się w końcu dziwić. Kiedy w końcu wyszła z domu, wstał od stołu i popatrzył za odjeżdżającym samochodem.

- Siostro, pomożesz dzisiaj mnie i Elinor? - zapytał.

- W czym miałabym wam pomóc? - spytała Siostra, odkrawając skórkę od tosta.

Oscar odwrócił się do niej z szerokim uśmiechem.

- Wziąć ślub, naturalnie.

Zaddie grabiła podwórze i zerkając na nieskazitelnie czyste niebo, zastanawiała się, kiedy zbiorą się chmury. Wiedziała, że będzie padać, ponieważ tak powiedziała panna Elinor.

Panna Elinor, Grace i James Caskey siedzieli nadal przy śniadaniu. Oscar wszedł do domu stryja bez pukania.

- Zaddie pójdzie do szkoły o siódmej trzydzieści i powie pani Digman, że źle się czuję - poinformowała go Elinor.

Nadal nie spytała Oscara o powód, dla którego bierze wolny dzień.

- Jestem przewodniczącym zarządu szkoły, Oscarze - oznajmił James Caskey. - Nie mogę się zgodzić, żeby Elinor okłamywała panią Digman, więc chcę, żebyś jej powiedział, a także mnie, o co w tym wszystkim chodzi.

- Elinor i ja weźmiemy dzisiaj ślub.

Jego narzeczona nie okazała ani odrobiny zaskoczenia.

- Co na to powie twoja mama? - spytała.

- Nie wiem - odparł Oscar.

- A co z waszą umową? - dopytywała się dalej Elinor.

- Mama nakłoniła mnie do niej podstępem! Wykorzystała moje zaskoczenie!

- Nie ucieszy się, że weźmiemy ślub. Może nawet cofnąć swoją obietnicę dotyczącą domu.

- A komu miałaby go oddać? - spytał James, zachwycony pomysłem bratanka, mimo że oznaczał oszukanie nie tylko pani Digman, ale również Mary-Love.

- Mnie! - zawołała Grace. - Ja go chcę! Na piętrze jest oszklona weranda i ciocia Mary-Love powiedziała, że będą na niej cztery huśtawki. Tatusiu, możemy tam zamieszkać? My i Zaddie?

- Nie mam najmniejszego zamiaru wyprowadzać się z tego domu - oświadczył James, który zawsze odpowiadał na najbardziej szalone pomysły córki ze śmiertelną powagą.

- Mama niczego nie zrobi - powiedział Oscar. - Rozmawiałem już z panią Driver. Sprawa postanowiona, koniec kropka.

- Cieszę się - wyznał James. - Uważam, że dobrze robisz, Oscarze. Myślę, że zaczynasz postępować tak, jak powinieneś. Chcę tylko, żeby panna Elinor wiedziała, że bez niej wszyscy tu zginiemy marnie. Prawda, Grace?

Dziewczynka z zapałem pokiwała głową.

- Zginiemy marnie!

- Nic podobnego - zaprotestowała Elinor. - Gdzie ma się odbyć ten ślub? I kiedy?

- Dzisiaj oczywiście, bo mama pojechała do Mobile. Nie wiem gdzie, nie...

- Tutaj! - zawołała Grace.

- Tutaj - zgodził się James. - W saloniku.

- Dobrze - odrzekł Oscar.

Elinor przyjęła jego propozycję z niemal szokującym spokojem, jakby od miesięcy spodziewała się tego najmniej spodziewanego wydarzenia.

- Chciałabym dokończyć śniadanie, jeśli pozwolisz - powiedziała tylko. - Potem muszę znaleźć coś do ubrania. Nie dałeś mi zbyt dużo czasu na przygotowania.

Sukienką zajęła się już Siostra. Zdążyła zadzwonić do krawcowej i zanim Elinor wstała od stołu, pani Daughtry zapukała do drzwi. Elinor trzymała w jednej ręce herbatnika, w drugiej kawę, a w tym czasie krawcowa zdejmowała z niej miarę.

Przez cały ranek, podczas gdy pani Daughtry siedziała w szwalni i sporządzała wykrój sukienki, w której Elinor Dammert miała pójść do ślubu, Ivey Sapp piekła ciasta i torty, a Roxie Welles pracowała nad weselną kolacją. Zaddie wzięła siekierę i poszła nad rzekę Perdido, żeby na brzegu naścinać gałęzi do przybrania saloniku.

O dwunastej Elinor, Oscar i James usiedli do szybkiego obiadu. Dołączyła do nich Annie Bell Driver. Elinor mieszkała w Perdido już prawie rok, ale z nikim nie nawiązała bliskich stosunków poza Jamesem, Grace i Oscarem. Nie spotykała się z nikim poza Caskeyami i dziećmi w szkole. Wyjątkiem była Annie Bell Driver, która przejeżdżając koło domu Jamesa, zatrzymywała się na krótką pogawędkę z panną Elinor siedzącą na werandzie. W żadnym razie nie można powiedzieć, żeby obie kobiety łączyła jakakolwiek zażyłość, ale Annie Bell znała Mary-Love i wiedziała, co myśli o zaręczynach syna. Tak więc Oscar poprosił ją o udzielenie im ślubu nie tylko ze względu na jej znajomość z Elinor, lecz również dlatego, że żaden inny duchowny w mieście nie ośmieliłby się narazić na niezadowolenie Mary-Love.

Po obiedzie Elinor posłała Zaddie do pani Digman z listem, w którym informowała, że czuje się już lepiej, do tego stopnia, że postanowiła wziąć ślub z Oscarem, tak więc najprawdopodobniej nie będzie jej w szkole do wtorku. Zaddie wróciła z gratulacjami od pani Digman oraz z Grace, która tak przeżywała myśl o ślubie, że nie słyszała ani słowa z tego, co przez cały ranek mówiła nauczycielka.

Po południu Elinor i Oscar spakowali się do wyjazdu w podróż poślubną, a Siostra została, szlochając na werandzie. O drugiej zaczęło padać, z początku niezbyt mocno, bo chmury nawet nie do końca przesłaniały niebo. Z południa przeświecało słońce i nad Perdido pokazała się tęcza. Ivey Sapp powiedziała Zaddie, że kiedy pada deszcz i świeci słońce, to niepodważalny dowód, że diabeł bije swoją żonę.

- Dlaczego płaczesz, Siostro?! - zawołał Oscar, wychodząc na werandę.

- Bo się żenisz!

- Wiem - odparł. - Całkiem świadomie. Włożyłem w to wiele starań.

- I zostawiasz mnie z mamą. To niesprawiedliwe! Chcę z wami jechać. Zabierzcie mnie ze sobą!

- Nie możemy cię zabrać w podróż poślubną, Siostro. Przecież o tym wiesz.

- Dlaczego to ja mam przekazać mamie wiadomość, że wziąłeś ślub, kiedy pojechała kupować portiery?!

- Ja jej powiem, kiedy wrócę. Choć prawdę rzekłszy, wcale się do tego nie palę. Ale to mój ślub i ja powinienem ją o tym poinformować.

- Oscarze, ona się tego domyśli, gdy tylko wróci i zobaczy, że nie ma ciebie ani Elinor!

- Więc jej powiedz, że nie mogliśmy dłużej czekać. Powiedz, że nie mogłem czekać całe lato.

Deszcz spływał z dachu strumieniami i rozpryskiwał się na poręczy werandy. Oscar się cofnął. Elinor pomachała do niego z sąsiedniego domu.

- Pół godziny! - zawołała. - Przyślij tu Zaddie i pozwól się Roxie uczesać!

Ślub wyznaczono na piątą. Salonik został przystrojony gałązkami choiny i cedru, które tego ranka przypłynęły z nurtem Perdido. Pani Daughtry nie zdążyła wykończyć sukienki - więc ją tylko sfastrygowała - i ostrzegła Elinor, żeby nie wykonywała gwałtownych ruchów i nie próbowała podnosić rąk. Zaddie i Grace miały rozrzucać kwiaty. Ubrane na biało, trzymały na ramionach kosze z płatkami lagerstremii. James Caskey poprowadził Elinor do prowizorycznego ołtarza i oddał Oscarowi. Jedynymi gośćmi byli Roxie, Ivey i Bray, którzy stali w drzwiach do jadalni. Siostra siedziała na kanapie i płakała gorzkimi łzami.

Deszcz nie ustawał; niebo całkowicie zaciągnęło się grubą warstwą chmur.

Żeby jej słowa nie utonęły w deszczu dzwoniącym o szyby i dach, Annie Bell Driver musiała mówić tak głośno, jakby odprawiała nabożeństwo w kościele w Mobile. Ulewa potrząsała szybami, rozpryskiwała się o parapety, spływała po kominie, aż cały pokój pachniał przemokniętą zielenią.

Bray już wcześniej załadował walizki nowożeńców do Torpedo i Elinor nie chciała nawet wziąć parasola w drodze do automobilu stojącego przed domem Mary-Love. Kiedy podniosła rękę, żeby pomachać osobom stojącym na werandzie, pękła fastryga na rękawie sukni. Elinor ze śmiechem usiadła na przednim siedzeniu i po chwili przemoknięty do suchej nitki Oscar odjechał, rozpryskując na boki ośmiocentymetrową warstwę kipiącej wody, zabarwionej przez osad pokrywający ziemię na czerwony kolor rzeki Perdido.

GENEVIEVE

W pierwszy poniedziałek czerwca po południu w Perdido zapanował upał. W rzece płynącej przez posiadłość Caskeyów gwałtownie spadł poziom wody, która nigdy dotąd nie była tak mulista i czerwona. Mary-Love i Siostra siedziały na bocznej werandzie, chroniąc się przed dokuczliwym popołudniowym słońcem, i z dwóch płacht wzorzystej bawełny - błękitnej i lila - wycinały trójkąty i kwadraty, które Siostra, mająca więcej cierpliwości i pewniejsze oko, zszywała w większe kwadraty. Jeszcze tydzień i wystarczy materiału na narzutę.

Kiedy pod dom podjechał automobil Oscara, Siostra podniosła wzrok, ale jej matka nie oderwała oczu od robótki.

- Czy to oni, Siostro? - spytała spokojnie.

Córka popatrzyła na nią z obawą i pokiwała głową. Tydzień wcześniej po powrocie z Mobile Mary-Love dowiedziała się od niej o niespodziewanym ślubie syna z rudowłosą nauczycielką. Lecz od chwili, kiedy ta wiadomość uleciała z drżących ust jej córki, Mary-Love nikomu nie pozwoliła odezwać się na ten temat ani słowem. Znajomi i przyjaciele - łącznie z Caroline DeBordenave i Mandą Turk - którzy zjawili się z gratulacjami, czy to szczerymi, czy ironicznymi, zostali odprawieni od drzwi. Ludzie podejrzewali, że Mary-Love źle przyjęła tę wiadomość, nikt jednak nie wiedział tego na pewno. Bez wątpienia musiała się poczuć upokorzona, kiedy jej jedyny syn ożenił się akurat w dniu, gdy pojechała do Mobile wybierać materiał na zasłony. Mary-Love nawet nie poszła w niedzielę do kościoła, a Siostra przez dwa dni bała się odzywać ze strachu, że jakieś nieopatrzne słowo roznieci tlący się gniew w buchający ogień.

- Co pani Elinor ma na sobie, Siostro?

- Wygląda bardzo ładnie, mamo.

- Nie wątpię - odparła Mary-Love, zgrzytając nożycami.

Nowożeńcy podeszli do schodów.

- Tu jesteśmy! - zawołała z bocznej werandy Siostra.

Elinor bez wahania śmiałym krokiem skręciła za róg. Oscar został w tyle, niosąc dwie walizki. W skrytości ducha żywił cichą nadzieję, że matka postanowiła wyjechać z miasta na kilka tygodni, i przystanął, żeby otrząsnąć się z rozczarowania, że siedzi na werandzie i czeka na ich powrót z nożycami w dłoni.

- Dzień dobry, Siostro. Dzień dobry, pani Mary-Love.

- Och, jak ślicznie wyglądasz! - zawołała Siostra, podrywając się tak szybko, że niezszyte trójkąty i kwadraty materiału spadły jej z kolan.

- Siostro! - skarciła ją matka. - Tyle się namęczyłam!

- Przepraszam, mamo, ale czy Elinor nie wygląda ślicznie w tych...?

- Jak najbardziej - powiedziała szybko Mary-Love. - Chodź, Elinor, ucałuj mnie.

Synowa posłusznie podeszła i musnęła ją ustami w policzek.

- Oscarze - zwróciła się Mary-Love do syna.

Dopiero teraz jej syn wyszedł zza rogu.

- Wróciliśmy, mamo.

- Nie ucałujesz mnie?

Oscar schylił się i pocałował matkę, po czym młoda para stanęła razem przed jej fotelem.

- Więc nie mogliście już wytrzymać - zauważyła Mary-Love.

- Ani minuty dłużej - odparła Elinor.

Mary-Love patrzyła na nich jeszcze przez pięć sekund, po czym z powrotem wzięła do ręki nożyce oraz tekturowy szablon. To było wszystko, co zamierzała powiedzieć.

- Mamo - zaczął Oscar ze skruchą w głosie - nie chodzi o to, że nie chcieliśmy, byś była na ślubie, tylko...

- Nie przepraszaj mnie! - zawołała szybko Mary-Love, podnosząc na niego wzrok. - To nie ja wychodziłam za mąż! Zaoszczędziliście mi mnóstwo kłopotów i wydatków! Ale wiesz, Oscarze, że dom jest niegotowy. I daleko mu do tego...

- Wiem, mamo, ale...

- Gdzie zamierzacie mieszkać?

- U Jamesa - odparł Oscar. - Zaproponował, żebyśmy zajęli pokój Elinor, dopóki nasz dom nie będzie gotowy. W ogóle nie chce, żebyśmy się wyprowadzali. Powiedział, że dobrze by mu zrobiło, gdyby miał nas u siebie. I że Grace też nie jest gotowa na odejście Elinor.

Siostra cmoknęła.

- O co chodzi? - spytał Oscar.

Elinor usadowiła się na huśtawce naprzeciwko teściowej i Oscar cofnął się, żeby usiąść obok niej.

- Nie zamieszkacie u Jamesa - oznajmiła Mary-Love.

- Nie możecie tam wrócić! - zawołała Siostra. - Biedna Grace!

- Dlaczego? - spytał Oscar. - James powiedział...

- Bądź cicho - rzuciła matka, unosząc nożyczki. - Siedźcie cicho i nie ruszajcie się.

Elinor zatrzymała nogą huśtawkę. Oscar i Siostra wstrzymali oddech. Wtedy usłyszeli przenikliwy kobiecy głos, dobiegający przez podwórze z domu Jamesa Caskeya. Dopiero wtedy Oscar zauważył, że na piasku między domami nie widać żadnych śladów stóp. Przeraźliwy głos wznosił się i opadał, przemieszczając się między oknem jadalni a kuchnią.

Oscar zbladł.

- Biedna Grace. - Siostra westchnęła.

- Biedna Roxie - dodała szybko Mary-Love. - Biedny James.

- O Boże - wyszeptał Oscar. - Wróciła Genevieve.

Elinor znowu zaczęła się huśtać.

- Kiedy przyjechała? - spytała.

- Wczoraj rano - odparła Siostra. - Siedziała na werandzie z dwiema walizkami, kiedy wróciliśmy z kościoła. Wstała, wyciągnęła ręce i powiedziała: "Grace, chodź mnie uściskać". Ale Grace nie chciała do niej podejść.

- A ciebie to dziwi? - spytała Mary-Love. - Ty byś przyszła?

- Genevieve jest jej matką - zauważyła Siostra.

- Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że cię tu wczoraj nie było, Elinor - powiedziała Mary-Love.

- Dlaczego?

- Nikt w tej rodzinie nie potrafi sobie radzić z Genevieve. Ja nie potrafię, a ty, Siostro?

- Ależ skąd! - wykrzyknęła żałośnie jej córka. - Oczywiście, że nie potrafię.

- Wiem, że Oscar i James też nie umieją. Zawsze myślałam, że może tobie by się to udało. Miałam taką nadzieję.

- Założę się, że Elinor by sobie poradziła - oświadczył z dumą Oscar. - Ona umie sobie poradzić z każdym. - Odwrócił się do żony. - Dlaczego nie zaproponowali ci przewodnictwa w Lidze Narodów? Nie wiesz, czemu cię przeoczyli?

Mary-Love zignorowała żart syna.

- Ale może i lepiej, że wyjechaliście. A tak w ogóle to gdzie byliście?

- W Gulf Shores - odparła Elinor. - Uwielbiam wodę, więc poprosiłam Oscara, żeby mnie zabrał nad morze.

- Szkoda, że nie widziałyście jej na falach - powiedział Oscar, znowu z dumą w głosie. - Zupełnie się nie boi prądu powrotnego.

- Założę się, że było pięknie! - zawołała Siostra.

- Tak - potwierdziła Elinor. - Ale szczerze mówiąc, lepiej się czuję w słodkiej wodzie niż słonej.

Mary-Love zignorowała również tę wymianę zdań.

- Genevieve wszystko o tobie wie, Elinor.

- Co takiego o mnie wie?

- Że mieszkałaś u jej męża. Że się nim opiekowałaś i opiekowałaś się Grace - odparła Mary-Love. - Wie wszystko, co można wiedzieć - podsumowała z lekkim, znaczącym skinieniem głowy.

- Skąd o tym wie? - spytała Elinor.

- Grace jej powiedziała - odparła Siostra. - Wczoraj po południu siedziałyśmy tu tak jak teraz, a na werandzie Genevieve wypytywała Grace. Biedactwo musiało stać i opowiadać wszystko, co się wydarzyło przez ostatnich piętnaście miesięcy.

- Tyle czasu Genevieve była w Nashville - wyjaśnił Oscar. - Mieliśmy nadzieję, że zostanie tam dłużej.

- Mieliśmy nadzieję, że zostanie tam na całą wieczność - sprostowała Mary-Love. - Taka jest prawda. Nie potrafię z nią wytrzymać, doprowadza mnie do szału!

Mary-Love znalazła się w moralnej rozterce. Nie potrafiła zaakceptować niespodziewanego małżeństwa syna z Elinor Dammert, tak jak nie potrafiła zaakceptować tej dziewczyny, ale musiała uczciwie przyznać, że od śmierci teściowej nie widziała Jamesa Caskeya równie szczęśliwego jak wtedy, gdy mieszkała u niego Elinor. Ten punkt przemawiający na korzyść jej świeżo upieczonej synowej nabrał wyrazistości dopiero wraz z powrotem Genevieve. W każdym razie Mary-Love zdawała sobie sprawę, że nie może toczyć wojny z obiema kobietami naraz, może za to wykorzystać jedną przeciwko drugiej, nawet jeśli to oznaczało niespodziewany rozejm z Elinor. I nawet jeśli ten rozejm stwarzał mylne wrażenie, że dziewczyna uzyskała przebaczenie za ślub z Oscarem.

- Obawiam się, że będziecie musieli stłoczyć się na górze, Elinor - powiedziała po dłuższej chwili Mary-Love.

- Chcesz, żebyśmy zamieszkali tutaj, mamo? Myślałem...

- A dokąd pójdziecie? - odpowiedziała pytaniem matka. - Znasz jakieś miejsce, w którym moglibyście się zatrzymać? W Osceoli? Pomyślałeś, co Elinor przeszła w tym hotelu, Oscarze? Czy może chcesz zamieszkać w domu, który nie ma wszystkich ścian?

- Nie, ale...

- Żadnych "ale" - ucięła Mary-Love. - Elinor, pewnie cię ucieszy to, że pokój Oscara wychodzi na rzekę. Wszak uwielbiasz starą, dobrą Perdido!

Genevieve Caskey nie była ani tak niemiła, ani tak niebezpieczna, jak to sugerowała Mary-Love. Była tylko zwykłą sekutnicą, a nawet i to nie zawsze. Wyszła za Jamesa Caskeya dla pieniędzy, a także ponieważ z powodu łagodnej natury łatwo go było wziąć pod pantofel. Uczyniła go nieszczęśliwym, głównie dlatego, że Jamesa nic nie pchało do małżeństwa. Miał umysł i duszę wiecznego kawalera, a to, że sprawił sobie żonę, w najmniejszym stopniu nie starło piętna zniewieściałości, którym został tak wyraźnie naznaczony. Być może nieprzychylna opinia, jaka panowała w Perdido o Genevieve, wynikała jedynie stąd, że Mary-Love od pierwszej chwili powzięła do niej niechęć, którą starannie pielęgnowała, aż przerodziła się w nienawiść. A także w lęk. I być może znajomi Mary-Love przyjęli tę postawę, która stawała się coraz bardziej wroga, ze zwykłej uprzejmości. I być może całe miasto tak przywykło do słuchania o Genevieve Caskey jako wcieleniu egoizmu, złości i pijaństwa, że nie potrafiło już patrzeć na żonę Jamesa w innym świetle, nawet jeśli jej zachowanie - w gruncie rzeczy dość łagodne - nie miało w sobie nic, co podsycałoby tę powszechną opinię.

Genevieve spędziła w Perdido trzy lata po ślubie i w całym mieście nie było ani jednej osoby, która w ciągu pięciu minut od chwili, gdy ją poznała, nie dowiedziałaby się, że według Genevieve Caskey Perdido w Alabamie jest najmniejszą, najbardziej ospałą, najnudniejszą i nic nieznaczącą mieściną na całym Południu.

- Miałabym więcej rozrywki w Nowym Orleanie lub Nashville, stojąc pół godziny na rogu ulicy, niż przez resztę życia w Perdido. Najbardziej ekscytującą rzeczą, jaką można robić w tym mieście, jest siedzenie nad rzeką i liczenie martwych oposów spływających z nurtem!

Owszem, trzeba przyznać, że nie należała do kobiet, które starają się dopasować do mężów, lecz to samo można by powiedzieć o wielu innych żonach w miasteczku. Jej inną niekwestionowaną wadą było nadużywanie alkoholu. Manda Turk twierdziła, że Genevieve Caskey weszłaby bez wahania do saloonu, gdyby wpuszczano tam damy lub gdyby w Perdido się takowy znajdował. Wszyscy wiedzieli, że pije, mimo że Roxie zawijała butelki w szmaty i woziła w zawiązanym worku jutowym, żeby nie brzęczały. Kiedy jej syn Escue jechał na wysypisko z workiem leżącym na wozie zaprzężonym w kozę, ludzie podnosili wzrok i mówili:

- Jedzie przekleństwo Jamesa Caskeya!

Genevieve piła wszystko, co wpadło jej w ręce. Kupowała alkohol od Indian z lasu i dwie dziewczynki przywoziły go pod dom na wynędzniałym mule. Wysyłała Braya za granicę z Florydą, gdzie sprzedaż alkoholu była legalna, i kazała mu sprowadzać całe walizki. Siedziała w środku dnia tuż przy oknie od frontu, a przed nią na stoliku stały butelka i szklanka.

Ale była piękna, a jej ubrania przyjeżdżały z Nowego Jorku. Była również błyskotliwa; potrafiła wymienić nazwisko i wszystkie imiona każdego prezydenta, na którego głosowali mieszkańcy Stanów Zjednoczonych. Kiedy mieszkała poza domem, czyli prawie zawsze, James Caskey wysyłał jej siedemset dolarów miesięcznie i płacił rachunki, które przychodziły do Perdido. Kiedy wracała, podwijał pod siebie ogon i dawał jej wszystko, czego zażądała.

Każdej nocy Grace Caskey śniła się jej mama, ale rzadko były to przyjemne sny. Gdy Genevieve wyjeżdżała, dziewczynka pragnęła, żeby wróciła; gdy wracała, Grace marzyła, żeby znowu wyjechała. Patrzyła na matkę z lękiem i zachwytem, który mało miał wspólnego z uczuciem. Podczas rzadkich wizyt w domu tuż po przyjeździe, zanim jeszcze nawet pocałowała córkę na dzień dobry, mierzyła ją wzrokiem z góry do dołu, po czym siadała na werandzie, wygrzebywała z torebki twardą szczotkę i zaczynała ją czesać, aż mała chlipała z bólu. A podczas gdy dziewczynka chlipała, Genevieve mówiła:

- Och, pewnego dnia zabiorę cię z tego domu, skarbie. Zabiorę cię z tego miasta. Pokażę ci Nashville! Będziemy przechadzać się ulicami jak królowe. Każemy twojemu tacie kupić nam nowiutki automobil i będę cię wozić po całym mieście i pokazywać jako najśliczniejszą siedmiolatkę w całym Tennessee!

Grace nie miała odwagi zaprotestować, oznajmić, że wcale nie chce opuszczać taty ani Perdido, tak więc żyła w śmiertelnym strachu, że kiedy następnym razem jej mama się zjawi, a potem wyjedzie, jak wyjeżdżała zawsze, nagle i bez ostrzeżenia zamknie ją w jednej ze swoich walizek i wywiezie do Nashville.

James Caskey słyszał te obietnice - czy raczej groźby - ale był pewny, że żona tak naprawdę nie ma zamiaru obciążać się dzieckiem. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć, jakie życie wiedzie w Nashville, ale nie wątpił, że siedmioletnia córka z pewnością zakłóciłaby jego uroki.

W to poniedziałkowe popołudnie Oscar i Elinor nie zdążyli nawet wnieść bagaży do domu, gdy nagle usłyszeli trzaśnięcie tylnych drzwi w domu Jamesa Caskeya. Siostra wstała i wyjrzała nad kameliami.

- O Boże, mamo, Genevieve tu idzie! I... nie wierzę własnym oczom: niesie paterę z ciastem.

Mary-Love wstała. To samo zrobił Oscar, ale Elinor nie podniosła się z huśtawki.

- Cześć, Genevieve! - zawołał Oscar.

- Jest trzeźwa? - syknęła Mary-Love. - Siostro, wygląda na trzeźwą?

- Cześć, Oscarze! - zawołała w odpowiedzi Genevieve. - Słyszałam, że się ożeniłeś. Podobno spóźniłam się na ślub trzydzieści sześć godzin i serce mi pękło z rozpaczy. Przyniosłam ciasto piaskowe dla twojej żony.

Idąc przez podwórze, zadeptywała piaszczyste spirale, które Zaddie pracowicie wygrabiła. Weszła na schody bocznej werandy.

- Mary-Love, Siostro - powiedziała.

Było to doprawdy bardzo chłodne powitanie. Od przyjazdu Genevieve nie widziała się z Mary-Love, a z jej córką spotkała się raz, przelotnie. Spojrzała w kierunku Elinor i uśmiechnęła się.

- To musi być pani Elinor. Oooch, moja córeczka jest w pani po prostu zakochana! Tak się pani nią cudownie opiekowała! Wygląda na to, że tym razem nie muszę wrzucać do pieca wszystkich jej sukienek. Przyniosłam dla pani ciasto. Posadziłam Roxie w kącie i sama je upiekłam.

- Dziękuję, pani Caskey.

- Mów do mnie Genevieve. Dałam prawie kilogram białego cukru do tego ciasta. Odwdzięczam się za to, że podtuczyłaś mi męża podczas mojej przedłużającej się nieobecności. - Genevieve się uśmiechnęła.

Elinor odpowiedziała uśmiechem.

- James okazał mi wiele życzliwości. Pozwolił mi u siebie zamieszkać, kiedy nie miałam się gdzie podziać.

- Och, tak, to cały on. Skąd pochodzisz, Elinor? Kim jest twoja rodzina?

Kiedy Genevieve wróciła do domu, Siostra i Oscar orzekli, że nigdy w życiu nie widzieli żony Jamesa tak przyjacielskiej.

- Nie wierzę, że moje własne dzieci dały się tak omamić! Elinor, czy twoim zdaniem ona była przyjacielska?

- Sądzę, że chciała mi się dobrze przyjrzeć. Takie jest moje zdanie - odparła Elinor.

- Myślę, że masz rację - zgodziła się z nią Mary-Love, chociaż wcale nie zachwycona faktem, że znalazła się z nią po jednej stronie barykady przeciwko własnym dzieciom, nawet jeśli przedmiot sporu był błahy i dyskredytował żonę Jamesa. - Ale może uważasz, że krzywdziłyśmy Genevieve naszą opinią. Że nie jest taka zła, jak ją odmalowałyśmy. Że może wcale nie trzyma na dnie szafy walizki z bourbonem.

- Myślę, że Genevieve słyszała o mnie tyle samo co ja o niej. Chciała się przekonać, co jest prawdą, a co nie.

- Genevieve była bardzo uprzejma - zaprotestował Oscar. - Musicie jej to przyznać.

- I z całą pewnością niczego nie piła - dodała Siostra. - Przeszła tuż obok mnie, więc na pewno poczułabym od niej alkohol.

- Siostro - odezwała się Elinor - Genevieve Caskey najbardziej na świecie pragnęłaby wrzucić mnie na złamany kark do rzeki Perdido.

- I zamierzasz jej na to pozwolić? - spytał Oscar.

- Nie - odparła jego żona. - Nie zamierzam.

I wszyscy jej uwierzyli.

PREZENT ŚLUBNY

Kiedy na początku czerwca skończyła się szkoła, Elinor i Oscar udali się w prawdziwą podróż poślubną, do Bostonu i Nowego Jorku. Ku powszechnemu zdumieniu popłynęli statkiem z Pensacoli. Był to pomysł Elinor, lecz większość ludzi w Perdido uznała go za nader mądry. Od czasu, gdy pojawiły się szybkie pociągi, nikt nie podróżował statkami; transport wodny był dla biedaków. Każdy mógł wskoczyć między kłody drewna i następnego dnia wypłynąć na powierzchnię w Zatoce Meksykańskiej.

Po powrocie nowożeńców z podróży poślubnej Mary-Love, Siostra i Elinor zawarły niepisany rozejm ("ze względu na Oscara", oznajmiła Mary-Love). Nawet według tak bliskich i spostrzegawczych sąsiadek jak Manda Turk i Caroline DeBordenave trzy kobiety sprawiały wrażenie wyjątkowo zgodnego zespołu.

Pewnego ranka Mandę Turk obudził o świcie dotkliwy ból zęba i wyjrzawszy przez okno, zobaczyła Elinor Caskey pływającą w rzece w cienkiej koszuli z białej bawełny. Kiedy następnego dnia wyraziła opinię na temat tego osobliwego zachowania i jego niestosowności, Mary-Love posunęła się nawet do tego, że stanęła w obronie synowej.

- Och - westchnęła. - Poczekaj tylko, aż twoje dzieci się pożenią, a przekonasz się, jakie jesteśmy niedzisiejsze. Dochodzę do wniosku, że nie ma nic złego w porannych ćwiczeniach.

Młodzi małżonkowie zamieszkali razem w dawnym pokoju Oscara. Największa sypialnia w domu mieściła się na końcu korytarza na pierwszym piętrze; miała przylegający do niej mały salonik oraz trzy okna wychodzące na rzekę. Mimo tych uroków zarówno Oscar, jak i Elinor woleliby mieszkać sami niż pod nieustannie czujnym okiem Mary-Love Caskey.

Tymczasem w budowie domu nastąpił zastój. W Perdido istniała tylko jedna firma budowlana - a słowo "firma" uznać należy za nader wspaniałomyślne określenie dwóch białych mężczyzn o nazwisku Hines oraz siedmiu czarnych, którzy pracowali dla nich za dolara i dwadzieścia pięć centów dziennie. Pewnego dnia do Mary-Love przyszedł Henry Turk z błagalną prośbą o zwolnienie braci Hinesów ze zobowiązań przy budowie nowego domu, żeby mogli postawić magazyn papierówki w tartaku Turków. Spośród trzech właścicieli tartaków Henry Turk został najdotkliwiej poszkodowany przez powódź i do tej pory nie udało mu się wydźwignąć z kłopotów. W tajemnicy przed sobą nawzajem James i Oscar pożyczyli mu pieniądze, które miały zostać zainwestowane w tę niezbędną budowlę. Mary-Love z największą chęcią odesłała Henry'emu budowlańców i dodała, że może ich trzymać, jak długo zechce. Zaproponowała nawet - pod warunkiem że nikomu o tym nie powie - pożyczkę dziesięciu tysięcy dolarów, na wypadek gdyby potrzebował jeszcze jakichś dodatkowych inwestycji w tartaku. Tak więc robotnicy odeszli i letnie deszcze bębniły o to, co powinno zapewniać komfort i prywatność Elinor i Oscarowi, lecz nadal pozostawało otwartym szkieletem belek, desek i pali.

Oscar przeprosił żonę za opóźnienie, na co Elinor odparła:

- Wyobrażam sobie, że gdyby dało się temu zaradzić, na pewno byś coś robił, Oscarze.

Ta chłodna odpowiedź zmobilizowała go do próby działania. Poszedł do matki i zapytał, czy mógłby pojechać do Bay Minette, Atmore i Jay i poszukać kogoś, kto mógłby się podjąć pracy przy budowie domu, który powinien być już dawno skończony, jak zauważył.

Mary-Love odparła, że umowa jest umową; zawarła ją z braćmi Hines i nie zamierza jej zrywać. Oscar musiał przyznać jej rację, a zarazem przypomnieć sobie, że to w końcu jej pieniądze, powinna zatem robić tak, jak uważa za stosowne, nie inaczej.

Tak więc przez całe lato gospodarstwo Mary-Love, Elinor, Siostry i Oscara uczyło się radzić sobie w swym niezręcznym towarzystwie. Czuli się trochę osaczeni - z jednej strony niedokończoną budową, bo drewno, wystawione na czynniki atmosferyczne, zaczynało już ciemnieć, a z drugiej Genevieve Caskey. Mary-Love powtarzała, że nie lubi już nawet wyglądać przez okna. Z trzech głównych źródeł jej dyskomfortu - synowej, którą nie mogła tak manipulować jak synem i córką, szkieletu na wpół wzniesionego na piasku prezentu ślubnego oraz widma szwagierki włóczącej się po ulicy, wymachującej butelką i przynoszącej wieczną ujmę dobremu imieniu rodziny Caskeyów - najbardziej martwiła ją właśnie Genevieve.

Każdego ranka cała czwórka zasiadała do śniadania na oszklonej części bocznej werandy i każdego dnia Mary-Love pytała rodzinę:

- Jak myślicie, czy dzisiaj nastanie ten dzień, kiedy Genevieve wyjedzie do Nashville?

Lecz ten dzień wciąż nie nadchodził. Genevieve pozostawała w Perdido dłużej niż kiedykolwiek dotąd od dnia swojego ślubu.

- Ja wiem, dlaczego ona nie wyjeżdża - oznajmiła pewnego ranka Siostra, zniżając głos niemal do szeptu.

- Dlaczego? - zapytał szybko Oscar.

Popełnia wielki błąd ten, kto sobie wyobraża, że mężczyźni są mniejszymi plotkarzami od kobiet.

- Z powodu Elinor - odparła Siostra, ruchem głowy wskazując bratową.

- Dlaczego z mojego powodu? - spytała Elinor, która bujała się na fotelu z kawą w dłoni.

- Pomyślcie tylko: wraca do domu i odkrywa, że pod jej nieobecność mąż żył pod jednym dachem z kobietą, która opiekowała się nim i Grace. I był szczęśliwszy niż kiedykolwiek przedtem.

- James był dla mnie dobry - oznajmiła prostodusznie Elinor. - I uwielbiam Grace.

- Wszyscy ją kochamy - prychnęła Mary-Love. - Poza Genevieve. Gdyby ją obchodził los tych dwojga, rzuciłaby się do rzeki i utopiła. - Spojrzała na synową. - Może zabierzesz ją kiedyś na przejażdżkę łodzią?

Elinor z uśmiechem spojrzała w kierunku domu Jamesa Caskeya, chociaż przez gąszcz kamelii niewiele dało się zobaczyć.

- Wydaje się, że dobrze sobie radzą. Genevieve nie sprawia aż tyle kłopotów.

- A rozmawiałaś ostatnio z Grace? - spytała Mary-Love. - Wcale nie jest szczęśliwa, nie tak jak wtedy, kiedy ty z nimi mieszkałaś, a jej mama była daleko od domu. Żałuję, że wszystko się zmieniło.

Nie uszło niczyjej uwagi, że "wszystko się zmieniło" oznaczało również małżeństwo Oscara z Elinor.

- Pani Genevieve myśli, że pani Elinor chce namówić pana Jamesa do rozwodu - powiedziała Ivey, która przyniosła świeżą kawę.

- Skąd to wiesz? - spytał Oscar.

- Zaddie tak mówiła - odparła Ivey i wróciła do środka.

- Zaddie jest dobrze poinformowana - zauważyła Elinor.

- To dziecko podsłuchuje pod oknami! - warknęła Mary-Love, która nigdy nie wybaczyła dziewczynce, że została zauszniczką Elinor. - Wchodzi na cegły i przystawia ucho do okna!

- Nic podobnego - powiedziała ze spokojem Elinor. - Zaddie ma po prostu dobry słuch, a rano, kiedy grabi podwórko, słyszy przez okna różne rzeczy.

- Próbowałabyś namówić Jamesa do rozwodu? - zwrócił się do niej mąż.

- Nie wierzę w rozwody - oświadczyła. - Ale nie wierzę również w małżeństwo z niewłaściwą osobą - dodała po chwili.

Tak więc Genevieve pozostała w Perdido. Jeśli piła, to przynajmniej nie robiła tego, siedząc przy oknie od frontu. Nie spacerowała też chodnikiem, wymachując butelką. Chodziła na msze; w kościele siedziała obok Elinor, ale nie zjawiała się w szkółce niedzielnej - żeby nie musieć z nikim rozmawiać, jak utrzymywała Mary-Love. W każdym kościele w Perdido pół godziny dzielące szkółkę niedzielną od nabożeństwa było okazją do towarzyskich pogawędek, więc jeśli Genevieve przychodziła do kościoła w czasie organowego wprowadzenia, nie musiała do nikogo otwierać ust. Wślizgiwała się do ławy Caskeyów, brała Grace za rękę i skinieniem głowy witała się z Elinor, Siostrą i Mary-Love.

Od czasu do czasu zapraszała Elinor na zakupy do Mobile i ta przyjmowała zaproszenie. Genevieve lubiła sama prowadzić automobil, więc brały ze sobą tylko Zaddie do noszenia pakunków. Kiedy Genevieve robiła zakupy, płacąc naturalnie pieniędzmi Jamesa, można się było spodziewać, że Zaddie będzie miała co dźwigać. Mary-Love gorąco popierała te wycieczki.

- Och, Siostro, przynajmniej nie ma jej w domu - mówiła. - Obiad jak za dawnych czasów: tylko ty, ja i Oscar. Niech Elinor użera się z Genevieve, jeśli sobie życzy.

- Szczerze mówiąc, całkiem dobrze się dogadują - zauważyła Siostra.

- Ani trochę mnie to nie dziwi - orzekła Mary-Love ponuro.

- Ale mnie się wydaje, że Elinor chce mieć Genevieve na oku - powiedziała jej córka, stając w obronie bratowej. - Z powodu tego, co powiedziałaś o Grace: że jest nieszczęśliwa ze swoją mamą. Elinor kocha to dziecko tak samo jak my!

O dziwo, to właśnie Genevieve Caskey miała zmienić przyszłość i charakter Perdido. Znudzona wysłuchiwaniem opowieści męża o powodzi i jego ciągłych obawach, że historia może się powtórzyć, zaproponowała:

- To dlaczego, na miłość boską, nie zbudujecie grobli?

James Caskey aż opadł na fotel ze zdumienia, że nikt wcześniej nie wpadł na taki prosty pomysł.

- Natchez ma groblę - zauważyła Genevieve. - Nowy Orlean ma groblę. Ich nie dotykają powodzie. Dlaczego Perdido nie może mieć wału przeciwpowodziowego? Gdyby wybudowano groblę, nie musiałabym więcej patrzeć na tę przeklętą rzekę.

Pomysł zapadł głęboko w myślach Jamesa Caskeya. Opowiedział o nim Oscarowi i następnego popołudnia przedstawił ten pomysł zarządowi szkoły, chociaż nie należało to, ściśle rzecz biorąc, do kompetencji tej instytucji. Oscar z kolei poruszył ten temat na zebraniu rady miasta, lecz zanim to zrobił, całe Perdido zdążyło go już przedyskutować i zaakceptować. Tylko dwie osoby sprzeciwiały się budowie ziemnego obwałowania: biała stara kobieta mieszkająca na granicy Baptist Bottom, która oznajmiła, że w wałach ziemi rodzą się złe duchy, oraz Elinor Caskey.

Elinor orzekła, że groble są brzydkie, kosztowne i niepraktyczne. Powyżej zbiegu rzek trzeba by ją zbudować wzdłuż całego południowego brzegu Perdido, co nie tylko popsuje widok na rzekę i zniszczy pomost cumowniczy, ale też wzniesie barierę, która ograniczy im przestrzeń, aż zaczną się dusić. A po stronie Blackwater trzy tartaki stracą dostęp do wody. Drewno, które spławiano rzeką do innych tartaków lub do Zatoki Meksykańskiej, będzie musiało być transportowane drogą lądową. Poniżej połączenia rzek trzeba będzie wznieść wały wzdłuż obydwu brzegów, żeby chronić centrum miasta, domy robotników i Baptist Bottom. Trzeba też będzie zbudować nowe mosty i wydać na to bajońskie sumy, aż w końcu Perdido zacznie wyglądać jak stara zatopiona glinianka. Miasto straci cały swój urok w zamian za złudne poczucie bezpieczeństwa. Złudne, ponieważ nie ma grobli na tyle mocnej ani na tyle wysokiej, żeby powstrzymała wzbierające wody rzeki, jeśli wody rzeki zechcą wezbrać. "Powodzi nie powstrzymają wały ziemi", oznajmiła stanowczo Elinor.

- Mój Boże, Genevieve - powiedziała rankiem po zebraniu rady miejskiej, na którym zatwierdzono fundusze na badania inżynieryjne - nie mam pojęcia, dlaczego postanowiłaś wszystko utrudnić i wpadłaś na ten pomysł!

- Następne ulewne deszcze zmyją to miasto z powierzchni ziemi, jeśli nie zbuduje się wałów przeciwpowodziowych. - Genevieve stała w kuchni i mieszała ciasto. Wlała do środka całą filiżankę ciemnego rumu zamiast mleka. - Ja też się z nich ucieszę. Nie znoszę widoku tej rzeki. Wiem, że lubisz w niej pływać, ale ja wolę piach i suchy ląd! Boże, uchroń mnie przed mokrym grobem!

Mimo wszelkich starań Mary-Love, by opóźnić budowę, dom Oscara i Elinor został ukończony w ostatnim tygodniu lipca. Bracia Hines wykazali nad wyraz niedogodną uczciwość i starali się jak najmniej przekroczyć pierwotny termin. Na osobności Mary-Love błagała każdego z nich, by we własnym interesie zajęli się projektami Henry'ego Turka, lecz obaj zgodnie, choć oddzielnie, podnieśli dłoń.

- Umowa to umowa, pani Caskey - powiedzieli. - Poza tym wiemy, jak bardzo pan Oscar się niecierpliwi, żeby zamieszkać w nowym domu.

Tak więc siódmego sierpnia po kościele Elinor po raz pierwszy przekroczyła próg rezydencji, która była ich prezentem ślubnym. Oscar z dumą oprowadzał ją po wnętrzu. Był to zaiste piękny dom: duży, przestronny i biały. Na parterze mieściły się kuchnia, pokój śniadaniowy, dwie spiżarnie, jadalnia, dwa saloniki, wąska weranda od frontu, a na tyłach pomieszczenie na pralnię. Na piętrze wokół centralnego holu rozmieszczono dwa apartamenty składające się z sypialni, salonu, garderoby i łazienki; dwie mniejsze sypialnie; pokój dziecięcy albo dla pokojówki; trzecią łazienkę oraz wielką werandę z ekranami przeciw owadom w narożniku, który wychodził na rzekę. Właśnie to ostatnie pomieszczenie spodobało się Elinor najbardziej.

- Mamo, Elinor jest po prostu zachwycona! - zawołał podniecony Oscar po powrocie.

- A jakże by inaczej? - odparła spokojnie Mary-Love.

- To piękny dom - powiedziała Elinor.

Mary-Love uważała, że synowa mogłaby się zdobyć na coś więcej, na przykład na: "Dziękuję, pani Mary-Love".

- Kiedy możemy się wprowadzić, mamo? - zapytał Oscar. - Oboje nie możemy się doczekać!

- Och, jeszcze nie! - odparła jego matka. - Widziałeś tam jakieś zasłony?

- Nie, ale...

- Chcecie, żeby ludzie zaglądali wam w okna? W tym tygodniu zaczniemy z Siostrą pracować nad zasłonami, a w przyszły piątek jedziemy do Mobile oglądać meble.

- Mamo, ten dom nie musi być doskonały - powiedział Oscar. - Zamierzamy w nim mieszkać do końca życia, będzie dość czasu, żeby go wypełnić meblami.

- Ależ pomyśl o mnie! - wykrzyknęła Mary-Love. - Pomyśl o mnie i swojej siostrze. Jak się będziemy czuły, kiedy Elinor zaprosi do domu ludzi? Przyjdą, będą go oglądać i powiedzą: "Boże drogi, jeśli to jest prezent ślubny od Mary-Love Caskey, to nie wykosztowała się na meble i zasłony".

- Mamo, w tym mieście nie ma ani jednej osoby, która tak powie - przekonywał ją syn.

- Ale pomyślą.

Tak więc Oscar i Elinor nadal mieszkali pod jednym dachem z Mary-Love, podczas gdy ich skończony dom stał pusty.

Mary-Love starannie podtrzymywała wrażenie, że umeblowuje dom syna. Raz w tygodniu jeździła do Mobile, żeby wybrać to tkaninę na zasłony, to komplet do jadalni, to dywan albo kryształ. Robiła zakupy z widoczną przyjemnością skazańca wybierającego sznur na szubienicę. Ani razu nie przywiozła do Perdido więcej niż jednego artykułu, niekiedy śmiesznie małego. Kobiety zyskają prawo do głosowania. Kobiety zyskają prawo wyboru prezydenta własnej płci, zanim Mary-Love ukończy urządzanie domu w sposób, który ją usatysfakcjonuje.

Niekiedy na te wycieczki jeździła z nią Siostra, lecz nigdy nie całkiem dobrowolnie. W rzeczywistości bowiem matka nie potrzebowała jej towarzystwa do pomocy w zakupach, tylko jako biernej słuchaczki. Z dala od Perdido, od Oscara i służących mogła bez zahamowań wyładowywać niechęć do Elinor. Miała zwyczaj wyjeżdżać w piątek rano, robić zakupy po południu, a wieczorem odwiedzać przyjaciół i rodzinę. Urodziła się w Mobile i nadal miała tam krewnych i znajomych. Nocowała w hotelu, a w sobotę znowu szła na zakupy, po czym wracała do domu na kolację.

Jej syn z niecierpliwością wyglądał tych dni, kiedy matki nie będzie w domu, ponieważ roztaczała wokół siebie tak męczeńską atmosferę, chodząc ze skwaszoną miną i rzucając cierpkie uwagi, że gdy tylko wychodziła za próg, dom natychmiast nabierał jaśniejszych barw.

Oscar nie omieszkał zauważyć, że Elinor nie odezwała się ani słowem, kiedy Mary-Love odmówiła im pozwolenia na wprowadzenie się do własnego domu. Przypomniał sobie rozmowę z Siostrą i zrozumiał, że żona oczekuje od niego właściwych decyzji. Lecz na tym właśnie polegała trudność. Kiedy próbował jej wyjaśnić, dlaczego ulega w tej kwestii woli matki - w końcu dom jest jej prezentem, więc ma prawo przygotować go tak, jak sobie życzy - Elinor nie chciała słuchać.

- To sprawa między tobą a twoją mamą - powiedziała. - Kiedy podejmiesz decyzję, poinformujesz mnie, jaka ona jest. To wszystko, co potrzebuję na ten temat wiedzieć.

Oscar westchnął. Kochał Elinor i był bardzo szczęśliwy, że ją poślubił, ale niekiedy przyglądał się jej uważnie i zastanawiał się w duchu: Kim ona jest? I nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

Wiedział natomiast, że Elinor jest bardzo podobna do jego matki: silna, uparta i nieznosząca sprzeciwu, dzierżyła władzę w sposób, jakiego nie miał szans naśladować. To było wielkie złudzenie na temat mężczyzn: skoro zarządzali pieniędzmi, mogli zatrudniać i zwalniać ludzi, zajmowali rządowe stanowiska, byli wybierani na kongresmenów, to panowało powszechne przekonanie, że mają władzę. Lecz wszystko to - zatrudnianie i zwalnianie, kupowanie ziem, zawieranie umów na drewno, skomplikowany proces wprowadzania poprawek konstytucyjnych -było zwykłą fanfaronadą, zasłoną dymną mającą na celu zamaskowanie ich życiowej bezradności. Mężczyźni kontrolowali ustawodawstwo, lecz nie umieli kontrolować samych siebie. Nie potrafili wejrzeć we własny umysł, byli więc zdani na łaskę i niełaskę przelotnych namiętności. Znacznie częściej niż kobiety padali ofiarą małostkowej zawiści i małodusznej mściwości. Ponieważ dzierżyli ogromną, choć powierzchowną władzę, nic ich nigdy nie zmuszało do poznania samych siebie, gdy tymczasem kobiety, stawiając czoło licznym przeciwnościom oraz pozornej zależności, musiały się nauczyć, jak działają ich własne umysły i emocje.

Oscar wiedział, że Mary-Love i Elinor potrafią knuć i tkać wokół niego spiski. I dostawały to, czego chciały. Ściślej mówiąc, każda kobieta na liście spisu ludności Perdido w Alabamie dostawała to, czego chciała. Naturalnie żaden mężczyzna nie przyznałby się do tego, że jest marionetką w rękach matki, siostry, żony, córki czy kucharki, jak również każdej kobiety, którą mijał na ulicy. Większość z nich nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Lecz Oscar do nich nie należał. A jednak, chociaż był świadomy swojej niższości i faktycznej bezradności, nie potrafił zrzucić kajdan, które go skuwały.

Kim była Elinor Caskey? Skąd się wzięła? Nigdy nie rozmawiała o swoich krewnych. Mieszkali kiedyś w Wade w hrabstwie Fayette, lecz wszyscy umarli. Jej ojciec woził ludzi promem przez rzekę Tombigbee. Elinor uczyła się w college'u Huntingdon, lecz Oscar nie miał pojęcia, kto opłacił jej studia. Nigdy nie opowiadała o swoich przyjaciółkach z Montgomery, nigdy nie dostawała od nich listów ani ich nie pisała. Pewnego dnia pojawiła się w hotelu Osceola i Oscar się z nią ożenił. To wszystko.

Oczywiście nie tylko Elinor była dla Oscara tajemnicą. Wielu rzeczy nie rozumiał. Nie rozumiał, co się dzieje między jego żoną i matką; cieszył się tylko, że nie musi siedzieć cały dzień w domu tak jak jego siostra. Nie wiedział, co Elinor w nim widziała, dlaczego go pokochała, choć najwyraźniej tak było. Wstawał o piątej rano i wyglądał przez okno sypialni na rzekę. Widział żonę w białej, prostej koszuli nocnej, pływającą w kółko w bystrym nurcie rzecznym, w którym każdy normalny człowiek by utonął. Na pomoście siedziała Zaddie z grabiami na kolanach i majtała nogami w wodzie. Słońce nie wzeszło jeszcze nawet ponad czubki drzew. A dęby wodne?! Dobry Boże! Elinor posadziła je nieco ponad rok temu, a miały ponad sześć metrów wysokości i z trzydzieści centymetrów w obwodzie! Posadziła je w kępach, po dwa, trzy lub cztery i przy ziemi ich pnie zaczynały się już zrastać. Oscar wiedział, że są jedynym gatunkiem dębów, które zrastają się jak brzozy. Zaddie grabiła ziemię wokół kęp w szeroki układ koncentrycznych kół, tak że teraz podwórze przypominało bagno cyprysowe ze smukłymi dębami zamiast cyprysów i zagrabionym piaskiem zamiast wody z drobnymi zmarszczkami na powierzchni.

Były to cienkie, wiotkie drzewa o szarej korze i maleńkich skórzastych, ciemnozielonych listkach rosnących na samym czubku. Na niższych gałęziach liście szybko gniły i opadały na ziemię; Zaddie zagrabiała je i wyrzucała do rzeki. Zimą robiły się jeszcze ciemniejsze, ale nie opadały, dopóki nie wypchnęły ich wiosną młode pączki. Poza rabatami kamelii i azalii ciągnącymi się wzdłuż domów piaszczyste podwórze nadal nie urodziło ani jednego źdźbła zieleni, za to dęby wodne rosły szybciej niż jakiekolwiek drzewo, które Oscar w życiu widział, a Caskeyowie zbili fortunę dzięki głębokiej i rozległej znajomości drzew w całym hrabstwie Baldwin. Wkrótce korony dębów wodnych przesłonią widok na rzekę z jego sypialni. Niekiedy po powrocie do domu patrzył na ten dziwny młodnik i wołał:

- Widziałaś kiedyś, żeby coś rosło tak jak te drzewa, mamo?

A mama odpowiadała z bocznej werandy:

- To drzewa Elinor.

A Siostra, która siedziała obok niej, dodawała:

- Elinor je uwielbia.

A Elinor otwierała mu drzwi frontowe i mówiła:

- Na tych podwórzach nie chciało wyrosnąć ani jedno źdźbło trawy. Musieliśmy coś mieć.

DROGA DO ATMORE

Wśród mieszkańców Perdido panowało powszechne przekonanie, że zażyłość, jaka wykształciła się między Genevieve a Elinor Caskey - dwiema kobietami mającymi wszelkie powody, by sobie nie ufać - wynikła z chęci patrzenia sobie nawzajem na ręce. Caroline DeBordenave i Manda Turk gratulowały Mary-Love synowej, która wkładała tyle starań w dobrobyt całej rodziny. Mary-Love nie przyjmowała tego komplementu; twierdziła, że obie są siebie warte. Czują w sobie pokrewne dusze, jak to bywa wśród moralnych wykolejeńców, stąd wspólne wyjazdy na zakupy do Mobile. Jednak po propozycji Genevieve, żeby wznieść groblę dla ochrony miasta przed powodzią, Elinor oznajmiła z furią:

- Nie chcę mieć więcej nic wspólnego z tą kobietą.

Lato trwało w najlepsze i jak wszystkie letnie pory w tym zakątku świata było okrutnie gorące. O wpół do siódmej rano, gdy Zaddie zaczynała grabić podwórze, termometr za kuchennym oknem wskazywał co najmniej dwadzieścia sześć stopni. Zanim o dziewiątej kończyła pracę, temperatura dochodziła do trzydziestu dwóch. Przez cały ranek kobiety w domu Mary-Love siedziały na bocznej werandzie, szyjąc narzutę na pościel, choć w panującym upale żadna z nich nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby ktoś jej kiedyś potrzebował.

Gdy tylko do domu wracał Oscar, wynoszono na werandę obiad. Pili ogromne ilości mrożonej herbaty. Po południu pogoda osiągała najbardziej dokuczliwe stadium. Skwar gromadził się w skórzastych liściach dębów, wypalał piasek na podwórzach, aż parzył w stopy.

Upał był cichy. W najgorętsze dni nie słychać było żadnego dźwięku. Psy wczołgiwały się w chłodny piasek pod domami i leżały nieszczęśliwe z łbami opartymi na wyciągniętych łapach. Ludzie nie odwiedzali się nawzajem ze strachu, że zemdleją na chodniku, jeśli wyjdą z cienia, a i w domach prawie nie otwierali ust, ociężali po wypiciu zbyt dużej ilości mrożonej herbaty do obiadu.

Pewnego takiego popołudnia około trzeciej w całym obejściu Caskeyów panowała kompletna cisza. Tylko woda chlupotała w rzece o słupy pomostu. Siostra i jej bratowa bujały się na huśtawce i powolnymi ruchami pracowały nad drugim rzędem kolorowych kwadratów. Elinor nigdy przedtem nie szyła narzuty, więc ze względu na nią Siostra zaproponowała użycie najprostszego ściegu do pikowania, jaki znała. Narzekając, że oczy jej łzawią od upału, Mary-Love porzuciła pracę. Bujała się teraz w fotelu naprzeciwko córki i synowej, od czasu do czasu rzucała jakąś uwagę nieskierowaną do żadnej z nich w szczególności i żadna z nich w szczególności nie uznawała za stosowne na nią odpowiadać. Ivey Sapp łuskała nieopodal orzeszki arachidowe do wielkiego emaliowanego rondla, wyrzucając łupiny na rozłożoną pod stopami gazetę.

Nagle zalegającą ciszę przerwał krzyk - cichy, konwulsyjny wrzask dochodzący od strony domu Jamesa Caskeya. Siostra i Elinor wbiły igły w materiał i równocześnie odwróciły głowy; Mary-Love podniosła się z fotela, a Ivey pochyliła się do przodu i odłożyła biały rondel na podłogę werandy.

- Boże! - powiedziała po chwili Elinor. - To Grace!

- To Grace - zawtórowała jej niemal jednocześnie Siostra.

Domyśliły się tego z pewnym opóźnieniem, ponieważ nikt z nich nie słyszał przedtem krzyczącej Grace.

- Co ta kobieta wyprawia? - spytała Mary-Love, blednąc. - Co ona robi temu biednemu dziecku?

Rozległ się kolejny krzyk, lecz po kilku sekundach ucichł zduszony. Nagle trzasnęły tylne drzwi domu Jamesa i kobiety na werandzie - Siostra, Elinor i Ivey poderwały się na równe nogi - zobaczyły biegnącą przez podwórze wyraźnie przerażoną Zaddie.

Dziewczynka wdrapała się bez tchu po frontowych schodach.

- Pani Genevieve tłucze Grace!

W krótkiej chwili ciszy, która nastąpiła po jej słowach, rozległ się kolejny konwulsyjny szloch Grace, a potem wrzask, lecz tym razem również został natychmiast stłumiony.

- Za co? Co takiego zrobiła?! - zawołała Mary-Love.

- Wzięła i wywaliła lampę! - zawołała Zaddie bez tchu. W chwilach stresu Zaddie traciła polor językowy, którego nabrała dzięki czytaniu. - Ino żeśmy się bawiły, nic więcej, no i Grace zaczepiła nogą o sznur, no i lampa trzasła, i wyszła pani Genevieve, złapała lampę i się na mnie zamachła, ale nie trafiła. A potem capła Grace i jęła ją tłuc!

- Mamo, trzeba ją powstrzymać! Posłuchaj tylko tego dziecka!

Grace wrzeszczała na cały głos. Dźwięk dochodził teraz z innego okna.

- Pani Genevieve goni ją po domu! - wtrąciła się Ivey.

Mary-Love stała niepewnie. Postanowiła mieć jak najmniej do czynienia z Genevieve, poza tym zgodnie z zasadą rodziny Caskeyów nie należało ingerować w edukację i temperowanie dzieci - a edukowane i temperowane dzieci czasem płakały.

- Skoro nikt nie zamierza nic zrobić, to ja pójdę - oznajmiła z niesmakiem Elinor.

Wyszła przez oszklone drzwi werandy, przemaszerowała przez podwórze, a następnie wkroczyła przez frontowe drzwi do domu Jamesa Caskeya. I ani przez moment w jej kroku nie widać było wahania.

Siostra, Mary-Love, Ivey i Zaddie stały obok siebie i wyglądały przez kamelie, wstrzymując oddech. Przez okna sąsiedniego domu usłyszały głos Elinor:

- Grace! Grace!

W następnej chwili otworzyły się drzwi frontowe i wypadła z nich Grace. Puściła się biegiem przez podwórze i wbiegła po bocznych schodach na werandę, prosto w ramiona Zaddie. Mary-Love i Siostra odciągnęły Grace i popatrzyły jej w twarz.

- Dziecko! - zawołała Mary-Love. - Co to za ślady na buzi? Co się stało?

- Mama mnie uderzyła! - zawołała dziewczynka. - Mama mnie uderzyła pasem!

- W twarz? - spytała Mary-Love, nie chcąc uwierzyć, że nawet Genevieve Caskey mogła zrobić coś takiego. - Boże, mogła ci wybić oko!

Zaddie w kącie werandy naradzała się szeptem ze starszą siostrą. Po chwili Ivey podeszła do kobiet i zwróciła się cicho do Mary-Love:

- Psze pani, Zaddie mówi, że pani Genevieve piła...

Mary-Love powoli pokręciła głową. Siostra usiadła na huśtawce, posadziła obok siebie swoją małą kuzynkę, po czym położyła sobie jej głowę na kolanach i zaczęła ją gładzić po włosach. Grace podniosła rączki do buzi i chlipała. W tej pozycji kobiety zobaczyły, że dziewczynce zerwano majteczki, a na nogach i pośladkach widniały ślady pasa. Miejsce, gdzie sprzączka zdarła skórę na udzie, podchodziło krwią.

Mary-Love odwróciła się i spojrzała w kierunku domu szwagra. Co Elinor mówiła Genevieve?

Nagle w oknie jadalni pojawiła się głowa jej synowej.

- Zaddie! - zawołała Elinor.

- Słucham, psze pani? - odpowiedziała dziewczynka.

- Biegnij do tartaku i sprowadź tu pana Jamesa. Natychmiast, słyszysz? - Po czym głowa znikła.

Zaddie podeszła do huśtawki i chwyciła drżącą rączkę Grace.

- Biegnij, dziecko! - zawołała Mary-Love. - Rób, co kazała pani Elinor!

Siostra zabrała Grace do swojego pokoju na piętrze, umyła jej buzię, po czym opuściła żaluzje, zaciągnęła zasłony i położyła dziewczynkę na łóżku. Usiadła obok niej i szepcząc czule, wachlowała jej twarz, dopóki mała nie zasnęła. Wtedy, z wachlarzem w jednej ręce i książką w drugiej, usiadła w bujanym fotelu w nogach łóżka. Postanowiła dopilnować, żeby po obudzeniu Grace nie była w pokoju sama.

Mary-Love została na werandzie z Ivey i obie obserwowały sąsiedni dom z niesłabnącą i niezaspokojoną ciekawością. Niczego nie zobaczyły, niczego nie usłyszały.

James przyjechał automobilem dwadzieścia minut później. Pierwsza wyskoczyła z pojazdu Zaddie, a James zamiast skierować się do swojego domu, ruszył najpierw w kierunku bratowej. Przystanął między dwoma krzakami kamelii, żeby z nią porozmawiać.

- Czy Zaddie ci powiedziała, co się stało, James? - spytała Mary-Love.

Skinął głową.

- Gdzie jest Grace? - zapytał.

- W pokoju Siostry. I zostanie tam, dopóki...

- Gdzie jest Genevieve?

- Genevieve i Elinor są u ciebie. - Mary-Love wskazała jego dom. - Nie mam pojęcia, o czym rozmawiają. James, nie wiem, czy pamiętasz, ale Genevieve goniła mnie kiedyś z miotłą!

James w istocie to pamiętał i nie trzeba mu było przypominać o okolicznościach tego zdarzenia.

- Jak myślisz, co Elinor jej mówi? - spytał.

- Nie mam pojęcia - powtórzyła ze zniecierpliwieniem jego szwagierka. - Ale powinieneś tam iść.

James odwrócił się i niechętnym krokiem ruszył w stronę własnego domu. Nie zdążył jednak nawet dojść do schodów, kiedy otworzyły się drzwi frontowe i w progu pojawiła się Elinor z ponurą twarzą i dwiema walizkami w rękach.

- Proszę je włożyć do automobilu - powiedziała.

- Rozmawiałaś z Genevieve? - spytał szeptem James.

- W domu są jeszcze dwie - odparła Elinor i wróciła do środka.

Zaddie i James zapakowali do automobilu cztery walizki, trzy pudła z kapeluszami, szkatułkę na biżuterię i dwie mniejsze torby o nieznanej zawartości, wykonane z granatowej skóry i ozdobione złotymi inicjałami GC. Na samym końcu wyszła Genevieve w czarnej sukience i tego samego koloru woalce, tak gęstej, że choćby się podeszło z lampą, to nie dałoby się zobaczyć twarzy.

- Boże! - mruknęła Ivey do Mary-Love. - Musi się w tym piec.

- No i kto teraz kogo gonił z miotłą? - spytała retorycznie Mary-Love.

Za Genevieve z domu wyszła Elinor i stanęła przed drzwiami, jakby pełniła straż.

- Dokąd jedziemy, Elinor? - spytał James, który nie odważył się otworzyć ust do swojej żony.

- Do Atmore. Genevieve złapie tam pociąg do Nashville. Ale, James... ty nie prowadzisz.

Genevieve wdrapywała się już do samochodu. "Jeśli kiedykolwiek postawa kobiety mogła świadczyć o przegranej, to właśnie w tej chwili", powiedziała Mary-Love do Ivey.

- To jak się tam dostanie? - zapytał zdumiony James.

Z wyraźną ulgą przyjął fakt, że kobiety załatwiły za niego tę niezwykle trudną sytuację - w jakiś sposób zawsze tak było - ale życzyłby sobie, żeby choć trochę ułatwiły mu zrozumienie jego roli w tym dramacie.

- Każ Brayowi ją zawieźć, a Zaddie pojedzie na tylnym siedzeniu - odparła Elinor.

Słysząc to, Ivey pobiegła do nowego domu, żeby sprowadzić Braya, który sadził dookoła głóg i kamelie. Nie pozwolono mu nawet przebrać się z roboczego ubrania w liberię szofera. Kazano mu natychmiast siadać za kierownicę i razem z Zaddie na tylnym siedzeniu i Genevieve na fotelu pasażera wyruszył do Atmore.

- Bray! - zawołała za nim Elinor. - Jedź ostrożnie! Będzie padać!

James Caskey popatrzył na niebo. Z bezchmurnego białobłękitnego przestworza lał się na niego popołudniowy żar.

Elinor nikomu nie zdradziła, co takiego powiedziała żonie Jamesa, że przekonało ją do wyjazdu. A ponieważ wszyscy domyślali się, że to właśnie z jej powodu Genevieve tak długo pozostawała w Perdido, tajemnica wydawała się tym bardziej intrygująca. Elinor mówiła tylko:

- Jak mogłam jej pozwolić zostać po tym, co zrobiła Grace? Biedne dziecko! Nawet nie stłukła tej lampy!

James i Elinor poszli na górę do pokoju Siostry i stanęli przy łóżku Grace. Dziewczynka spała mocnym snem.

- W ten sposób się ukrywa - orzekła cicho Siostra. - Ja robię tak samo.

Kiedy zeszli z powrotem na werandę, Elinor zwróciła się do Jamesa:

- Tak mi przykro. To moja wina.

- Twoja wina?! - wykrzyknął James. - Ależ w najmniejszym stopniu. Ja...

- Czemu tak mówisz? - zapytała podejrzliwie Mary-Love.

- Powinnam się wcześniej poznać, do czego jest zdolna Genevieve. Powinnam się była jej pozbyć, zanim do tego doszło.

- Ja też tego żałuję, ale powiem ci prawdę, Elinor. Nie dawałam ci wielkich szans, kiedy weszłaś dziś do tego domu. Siostra i Ivey również.

Elinor machnęła zbywająco ręką.

- Powinnam była dwa miesiące temu zawieźć ją na stację i osobiście wsadzić do pociągu.

- James, najwyższa pora, żebyśmy porozmawiali o rozwodzie - oznajmiła Mary-Love.

- Nie - zaprotestowała Elinor. - Później o tym porozmawiacie. To nie jest odpowiednia pora.

- Dlaczego nie teraz? - zdziwiła się jej teściowa. - Czyż może być stosowniejszy moment niż ten, kiedy na górze leży dziecko ze śladami po pasie na całym ciele? James ma świadków, tu, na tej werandzie.

- Zaczekajcie do wieczora - odparła Elinor. - Zaczekajcie, aż wrócą Bray i Zaddie i dowiemy się, że Genevieve nie będzie już sprawiała kłopotów.

Droga do Atmore prowadziła na północny wschód od Perdido. Obok tartaków, a następnie przez kilkaset hektarów sosnowego lasu należącego do Toma DeBordenave'a. Biegła wzdłuż granicy bagna cyprysowego, w którym rzeka Blackwater brała swój bagnisty początek, po czym wyłaniała się między rozległymi, płaskimi polami ziemniaków i kukurydzy hrabstwa Escambia. Atmore było najbliższym miastem, które miało stację kolejową, lecz w tak małej mieścinie pociągi zatrzymywały się tylko wtedy, gdy zawiadowca dał sygnał, że ktoś chce wsiąść.

Bray jechał szybciej, niż miał w zwyczaju. Uprzedzono go, że pani Genevieve musi dotrzeć na stację kolei L&N przed wpół do szóstej, żeby kupić bilet i dać zawiadowcy czas na zatrzymanie pociągu. Automobil Jamesa Caskeya był małym, uroczym Packardem z 1917 roku, z blaszanym dachem, i Bray prowadził z ogromną przyjemnością.

Słońce nadal stało wysoko i grzało mocno. Genevieve Caskey jechała w milczeniu, nie patrzyła na szofera, nie zwracała również uwagi na mijany krajobraz. Zaddie siedziała na tylnym siedzeniu onieśmielona. Wiedziała, że Elinor wysłała Braya w tę podróż, żeby nie dać Genevieve szansy na "wyjaśnienie sytuacji" panu Jamesowi: na zrzucenie winy za swoje zachowanie na upał albo nudę panującą w miasteczku, a z kolei ją wysłała w tę podróż, żeby nie dać Genevieve szansy na "przekonanie" Braya, by nie wsadzał jej do pociągu. Lecz jeśli chodzi o próby jakichkolwiek wyjaśnień czy przekupstwa, to Genevieve równie dobrze mogłaby być teraz manekinem siedzącym na wystawie sklepu z ubraniami Berty Hamilton.

Kiedy dojechali do cyprysowego bagna, Zaddie omal nie zasnęła od upału panującego w samochodzie. Siedziała z głową odchyloną do tyłu i oczami zamkniętymi przed słońcem rozjarzonym na tle pustego nieba Alabamy. Słońce wypalało jej na powiekach żółto-czerwone desenie i wkrótce dziewczynka zapomniała o wszystkim poza wirującymi jej w głowie kolorami. Nagle jednak barwy zbladły, a na twarzy Zaddie osiadł chłód. Przez słoneczną tarczę przepłynęła jedna ciemnoszara chmura, niezbyt duża, pewnie nie większa niż teren, na którym stały domy Caskeyów, pomyślała Zaddie, ale wydawała się wyjątkowo nie na miejscu. Dziewczynka była pewna, że jeszcze pięć minut temu nie było jej nigdzie w zasięgu wzroku. Zdała sobie również sprawę z innej osobliwej rzeczy: znacznie wyżej na niebie przepływały pojedyncze obłoczki, białe, strzępiaste i spokojne, a nie ciemne, skłębione i wiszące nisko nad ziemią.

Ta chmura zdawała się płynąć prosto na nich. Zaddie wbiła się przestraszona w kąt siedzenia i nie odrywała od niej oczu.

Bray zwolnił i dziewczynka popatrzyła na drogę. Przed nimi wlokła się wielka ciężarówka z przyczepą wypełnioną po brzegi balami. Bez wątpienia ona również jechała do Atmore, gdzie znajdowały się dwa inne tartaki. Długie sosnowe pnie odarte z konarów wystawały daleko za ciężarówkę i podskakiwały w rytm pojazdu. Na najdłuższym pniu wisiała przyczepiona czerwona chustka, żeby jadący z tyłu kierowcy mogli lepiej ocenić odległość i zachować odpowiedni dystans.

Zaddie znowu podniosła wzrok na niebo. Chmura wyprzedziła ich i popłynęła dalej.

Wtedy zauważyła jeszcze inną dziwną rzecz: pierzaste gałęzie cyprysów na bagnie wcale nie poruszały się na wietrze. Zwisały ociężałe od upału i nawet nie drgnęły; żaden podmuch nie mierzwił bujnej trawy po obu stronach drogi. Mimo to czarna skłębiona chmura płynęła dalej po niebie.

Po jakimś czasie zatrzymała się i na oczach Zaddie zaczął z niej padać deszcz, jakby Bóg wyciskał ją niczym gąbkę. Nawet Genevieve podniosła na ten widok wzrok. Z odległości nie więcej niż pół kilometra widzieli, że deszcz pada prosto na drogę, którą jechali. Zaddie nigdy w życiu nie widziała czegoś podobnego. Dookoła świeciło słońce, wierzchołki drzew na mokradle tonęły w jasnożółtym blasku, a jedna czarna chmura wylewała na drogę całe wiadra wody.

- Diabeł bije swoją żonę! - zawołała na cały głos, tak jak nieodmiennie wołała Ivey za każdym razem, kiedy podczas deszczu świeciło słońce.

- Cicho, Zaddie! - warknął Bray. - Musimy przejechać przez sam środek.

Przed nimi droga zakręcała lekko w prawo i widzieli, jak w odległości może stu metrów przed jadącą ciężarówką z ciemnej chmury na makadamowej nawierzchni rozchlapują się strumienie deszczu.

- Jak ta ciężarówka nie ruszy szybciej, to nie zdążymy dowieźć pani na czas, pani Genevieve.

Kobieta nie odezwała się ani słowem.

Jakby w odpowiedzi na jego żądanie pośpiechu ciężki pojazd zaczął nagle przyspieszać. Zaddie domyśliła się, że kierowca nie chce spędzić nawet sekundy więcej, niż to absolutnie konieczne, pod tym dziwacznym wodospadem wody deszczowej.

Bray też nie zamierzał. Wcisnął gaz i jechał dalej z taką samą prędkością co pojazd przed nim.

Ciężarówka wjechała w cień chmury. Woda lała się z nieba na bale i po kilku sekundach czerwona chustka przyczepiona do najdłuższego pnia zwisała przemoczona. Po obu stronach samochodu strzelały spod kół wielkie fale wody.

- Bray, nie! - zawołała nagle Genevieve.

Chciała krzyknąć, żeby nie wjeżdżał w tę przedziwną zasłonę deszczu, ale było za późno, by się zatrzymać. Packard znalazł się w ciemnym kręgu burzowej chmury. Nikt z pasażerów automobilu nigdy w życiu nie widział takiego oberwania chmury na tak maleńkiej przestrzeni. Woda bębniła o dach tak głośno, że zagłuszyła wszystko inne. Deszcz wlewał się do środka całymi potokami przez boczne okna i cała trójka w mgnieniu oka przemokła do suchej nitki. Spływał po przedniej szybie tak gęstymi strumieniami, że nie sposób było zobaczyć nic na drodze. W jednej chwili woda zawładnęła ich wszystkimi zmysłami: widzieli, słyszeli, czuli smak, zapach i dotyk deszczu i tylko deszczu.

Packard wpadł w poślizg i zniosło go na lewo, więc Bray dodał gazu, żeby zapanować nad pojazdem. Udało się, ale zaczęli się gwałtownie zbliżać do ciężarówki z drewnem. Nagle długi sosnowy pień z czerwoną chustką prześliznął się po masce i grzmotnął w przednią szybę.

Genevieve Caskey nie miała nawet czasu krzyknąć. Zobaczyła czerwony błysk po drugiej stronie szyby, lecz zanim jej umysł zdążył zarejestrować ten ostrzegawczy kolor, sosnowy pień przebił szybę, a jego poszarpany, żywiczny koniec - ostry niczym grot włóczni - wbił się w jej prawe oko i wyszedł potylicą. Siła uderzenia była tak potężna, że oderwała głowę Genevieve od reszty ciała i uniosła ze sobą nad tylne siedzenie samochodu.

Zaddie podniosła wzrok i zobaczyła kołyszącą się w górze nabitą na pal głowę Genevieve Caskey i strumienie rozcieńczonej deszczem krwi spływające po czarnej woalce.

Pień sosny, który pozbawił kobietę głowy, utknął zaklinowany o podsufitkę Packarda, więc chociaż Bray znowu stracił kontrolę nad ślizgającymi się kołami, samochód jechał dalej, podczepiony do ciężarówki z drewnem. Kiedy w końcu wyjechali spod chmury i znaleźli się na suchej drodze, Bray wcisnął hamulec i sięgnął ręką, żeby wyciągnąć sosnowy pień z dachu samochodu.

Nieświadomy tragedii rozgrywającej się na drugim końcu ciężarówki, jej kierowca nawet się nie zatrzymał. Podczas gdy tułów Genevieve Caskey podrygiwał konwulsyjnie na przednim siedzeniu Packarda, nabita na pal głowa wyjechała razem z pniem przez otwór w strzaskanej szybie i pozostała tam aż do Atmore, gdzie odkryło ją dwóch robotników wysłanych do rozładowania sosnowych pni. Żaden nie chciał jej dotknąć, dopiero kijem udało im się zrzucić ją z ostrza tej drewnianej włóczni do starej skrzyni po pomarańczach, którą podstawili pod spód.

- Widzicie? - powiedziała Elinor spokojnie na wieść o wypadku. - Mówiłam, że nie ma potrzeby rozmawiać o rozwodzie Jamesa.

KLEJNOTY CASKEYÓW

Na pogrzebie Genevieve Caskey zjawili się wszyscy mieszkańcy Perdido. Nie dałoby się ich powstrzymać, choćby James Caskey stanął w drzwiach kościoła z workiem szeleszczących dwudolarówek i rozdawał je każdemu, kto zgodziłby się odwrócić na pięcie i odejść do domu, nie rzuciwszy okiem na zmasakrowane zwłoki. Mimo to ludzie niewiele widzieli, nawet kiedy dostali się do środka, ponieważ rodzaj śmierci, jaką zmarła Genevieve, wymagał zamkniętej trumny.

Wszyscy Caskeyowie siedzieli w pierwszej ławce po lewej stronie - kobiety ubrane na czarno z grubymi woalkami zasłaniającymi twarze. W ciągu ostatnich lat ostentacyjna żałoba wyszła z mody, lecz Caskeyowie byli w mieście znaczącymi osobami i wszyscy przechowywali w szafach stroje pogrzebowe. Nawet Grace miała na głowie płaski kapelusik z przypiętą grubą woalką. Wielu ludzi w mieście uważało to za pretensjonalne, lecz prawda była taka, że woalka miała na celu zasłonięcie sińców i pręg pozostawionych na twarzy dziewczynki przez jej zmarłą matkę.

Mąż Genevieve płakał. Były to jedyne łzy wylane tego ranka w rodzinie Caskeyów. Ani Mary-Love, ani Siostra, ani Elinor nawet nie udawały smutku.

W ławce za plecami Mary-Love siedziało troje ludzi, których nikt przedtem nie widział. Wysoki, nieatrakcyjny mężczyzna dużo kasłał. Jego niska towarzyszka z dołeczkami na twarzy miała świszczący oddech i świergotała coś do siedzącego obok niej czteroletniego chłopca, który szepcząc i jęcząc, bez przerwy narzekał, że się nudzi. Nikomu nie trzeba było wyjaśniać, że była to rodzina Genevieve. Owa szczypta poloru, jaką wykazywała żona Jamesa, nosząc eleganckie ubrania i wymieniając z pamięci imiona i nazwiska wszystkich prezydentów, wydawała się złudną fasadą każdemu, kto zobaczył tę rodzinę. To właśnie u nich - Queenie i Carla Stricklandów z synem Malcolmem - mieszkała Genevieve w Nashville.

Przyjechali zaledwie godzinę przed pogrzebem i natychmiast po ceremonii opuścili Perdido. Mary-Love skinęła im głową podczas prezentacji, Oscar uścisnął wszystkim dłonie. Elinor i Siostra się uśmiechnęły. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy Stricklandowie wyparowali, zanim ktoś musiał wspiąć się na wyżyny dyplomacji i powiedzieć coś miłego o zmarłej kobiecie.

Genevieve pochowano na miejskim cmentarzu położonym na piaszczystym wzniesieniu na zachód od domów robotniczych. Na szczęście nie dotknęła go zbytnio powódź, w przeciwieństwie do cmentarza przy Kościele Baptystów Bethel Rest w Baptist Bottom, gdzie na powierzchnię wypłynęły kości i fragmenty trumien i kiedy woda opadła, leżały porozrzucane na obszarze kilku przecznic. Zanim czarne kobiety weszły do swych zrujnowanych domów, zbierały te kości do jutowych worków, a czarni mężczyźni wykopali głęboki dół, w którym po raz drugi pochowali niezidentyfikowane szczątki swoich rodziców, żon, dzieci i przyjaciół. Będą tam leżeć do czasu, aż kolejna powódź wydobędzie je z powrotem na wierzch.

Na cmentarzu znajdowało się teraz pięć grobów rodziny Caskeyów: rodziców Jamesa, Elvennii i Rolanda; męża Mary-Love i brata Jamesa, Randolpha; małej dziewczynki, która urodziła się jako siostra Jamesa i Randolpha; i teraz głęboki sześcienny dół, w którym niedbale połączono z powrotem oderwaną głowę z tułowiem Genevieve.

Tego samego popołudnia Mary-Love, Elinor i Siostra zdjęły czarne stroje i poszły do domu Jamesa, by przejrzeć rzeczy Genevieve. Ubrania zmarłej rozdzielono między trzy kobiety, kierując się tym, co na którą pasowało. To, co nie pasowało na żadną, oddano Roxie i Ivey. (Gdyby Queenie Strickland pozostała w Perdido, jak się tego wszyscy obawiali, dostałaby część tej garderoby, choć jak zauważyła Mary-Love, "Musiałaby skrócić wszystkie spódnice co najmniej o pół metra"). Z Packarda wyjęto wszystkie bagaże Genevieve i przyniesiono je do domu. Podczas gdy Elinor i Siostra zaczęły wyjmować rzeczy z walizek, Mary-Love zajęła się mniejszymi torbami. Dwie zawierały kosmetyki, lecz nie mogła znaleźć szkatułki, w której Genevieve trzymała biżuterię.

- To były rzeczy mojej teściowej - powiedziała Mary-Love. - Powinny przypaść mnie, ale Elvennia zostawiła je Jamesowi. Nie mam pojęcia, co ona sobie wyobrażała, że James z nimi zrobi.

Prawda była taka, o czym przynajmniej Siostra dobrze wiedziała, że Mary-Love nie żyła dobrze z teściową i Elvennia zostawiła swoją biżuterię Jamesowi z czystej złośliwości.

- Mam nadzieję, że nikt nie wyjął jej z samochodu, kiedy stał na drodze - dodała Mary-Love.

- Jaka to była biżuteria? - spytała Elinor, przykładając do talii ładną lnianą spódnicę.

- Głównie brylanty. Niezbyt duże, ale za to całe mnóstwo. I w pięknych oprawach. Kolczyki z rubinami. I drugie ze szmaragdami. Bransoletki. Genevieve rzadko nosiła tę biżuterię, ale wszędzie ją ze sobą zabierała.

- A ty dobrze wiesz dlaczego - powiedziała Siostra. - Bała się, że przyjdziesz ją ukraść.

- Oczywiście, że bym to zrobiła! - zawołała Mary-Love. - A jak myślisz, kto się opiekował Elvennią, kiedy zachorowała? James nie miał pojęcia, co z nią robić. A potem stara jędza miała czelność zostawić mu każdą przeklętą błyskotkę!

Elinor podniosła wzrok. Nigdy dotąd nie słyszała przeklinającej teściowej.

- Po pogrzebie Elvenni - ciągnęła Mary-Love -powiedziałam Jamesowi: "Powinieneś mi oddać tę biżuterię, zasłużyłam na nią". A on na to, że taka była wola mamy i koniec. I zatrzymał ją. Do tej pory mu tego nie wybaczyłam. Mógł mi oddać przynajmniej perły, ale nawet tego nie chciał zrobić.

- To były również perły? - spytała z zainteresowaniem Elinor.

- Czarne - odparła Mary-Love. - Cudo, jakiego w życiu na oczy nie widziałaś. Trzy podwójne sznury, połączone tak, że można było nosić wszystkie naraz. Genevieve mogła sobie zatrzymać wszystkie brylanty, rubiny i szafiry, w końcu ludzie tu nie noszą biżuterii poza obrączkami, ale te perły mogłabym nosić wszędzie. Przynajmniej najmniejszy sznur. Mogłabym go wkładać do kościoła. A Genevieve ich wcale nie lubiła. Nie podobały jej się, bo były czarne! Ale wszędzie je zabierała, a ja usychałam z zazdrości.

- Perły to moje ulubione klejnoty - powiedziała cicho Elinor.

- A moje szafiry - wtrąciła Siostra. - Ale mam tylko ten malutki dziecięcy pierścionek, który dostałam, bo byłam pierwszą wnuczką. Mamo, może James wie, gdzie jest szkatułka?

Mary-Love liczyła bieliznę i rozdzielała ją według jakości. Ułożyła pięć jedwabnych halek na oparciu krzesła.

- Zaraz go zapytam. Trzeba się dowiedzieć, co się z tym stało. Ta biżuteria jest drogocenna.

Siostra i Elinor dalej rozpakowywały rzeczy Genevieve. Mary-Love wróciła po dziesięciu minutach. Stanęła w drzwiach z osłupiałą miną i jedną ręką ukrytą za plecami.

- I co, mamo? Czy James wie, gdzie jest szkatułka?

Mary-Love wyciągnęła zza pleców rękę, w której za boczny uchwyt trzymała szkatułkę Genevieve. Siostra i Elinor odwróciły się, żeby na nią spojrzeć. Kiedy Mary-Love otworzyła zameczek, wieczko odskoczyło i na podłogę wypadła wyściełana aksamitem tacka, lecz poza nią w środku nie było niczego.

- Mamo! - zawołała Siostra. - Gdzie są klejnoty?

Mary-Love popatrzyła na córkę, a potem na synową. Puściła szkatułkę, która upadła na podłogę. Od uderzenia wieczko odpadło z zawiasów.

- James je pochował - powiedziała po chwili. - Włożył je wszystkie do trumny Genevieve.

Śmierć żony wstrząsnęła Jamesem Caskeyem mocniej, niż ktokolwiek się domyślał. Obwiniał się o to, że wysłał ją w podróż - jak się okazało, na śmierć. Obwiniał się o to, że sam nie prowadził Packarda do Atmore, bo może wtedy to on by zginał zamiast niej.

Oscar zwrócił mu uwagę, że idąc tym tokiem myślenia, powinien bardziej obwiniać o śmierć żony Elinor i Braya. To Elinor kazała Genevieve wyjechać, a Bray prowadził samochód i być może przyczynił się do wypadku.

Lecz James nie widział tego w ten sposób i wziął całą winę na siebie. Z tego właśnie powodu, w ramach częściowego odkupienia win za swój nieświadomy, lecz fatalny w skutkach grzech, pochował razem z Genevieve całą biżuterię, którą odziedziczył po matce.

Wyglądał wręcz na zaskoczonego, kiedy jego wstrząśnięta bratowa wyraziła swoje oburzenie.

- Ależ, wielkie nieba, Mary-Love - zaprotestował słabo. - Co ja bym miał z nią robić? Przecież bym jej nie nosił. Każdy kamyk oddałem Genevieve...

Mary-Love westchnęła. Byli z Jamesem sami. Pozostali jedynymi żyjącymi członkami najstarszego pokolenia Caskeyów, świadkami scen i decyzji, w które tylko oni byli wtajemniczeni. Do tych spraw nie potrzebowała syna ani córki.

- James, powiedz mi: kto leży w sąsiednim pokoju i płacze na łóżku? - spytała.

- Grace.

Nawet przez ścianę słychać było szlochanie dziewczynki.

- A kim jest Grace? - ciągnęła Mary-Love, patrząc na szwagra kamiennym wzrokiem. - Czy nie jest dziewczynką?

- Jest.

- A więc... Grace dorośnie. A kiedy dorośnie, mogłaby nosić biżuterię twojej matki. Klejnoty, które w pierwszej kolejności powinny przypaść mnie, mogła dostać Grace. James, ty głupcze, mogłeś je podzielić. W końcu to majątek Caskeyów. Część przypadłaby mnie, część Siostrze i Elinor, a dla Grace zostałaby pełna skrytka depozytowa w banku. Mogłeś nawet wysłać parę kolczyków Queenie Strickland. Każda z nas mogła na tym skorzystać.

James popatrzył na nią zakłopotany.

- Nie pomyślałem o tym - przyznał.

- Wiem. Ale nawet gdybyś pomyślał, to postąpiłbyś tak samo! Mam szczerą ochotę wręczyć Brayowi łopatę i wysłać go na cmentarz, żeby wykopał Genevieve z grobu!

Jamesa przeszedł dreszcz.

- Och, Mary-Love, proszę, nie rób tego!

Lecz bratowa nie dała mu satysfakcji, żeby to obiecać.

Grób Genevieve pozostał nietknięty, a Mary-Love zabroniła więcej poruszać kwestię rodzinnych klejnotów. Był to zbyt bolesny temat. Nikt nie mógł uwierzyć, że James Caskey zwyczajnie wyrzucił pełną szkatułkę biżuterii, która była teraz warta trzydzieści osiem tysięcy dolarów. Mary-Love od dawna miała zwyczaj kupowania kamieni w ramach inwestycji i doskonale znała ich wartość.

Pewnego ranka w październiku Ivey przygotowywała w kuchni południowy posiłek. Od śmierci Genevieve minęło sześć tygodni i w tym czasie James oraz Grace zaczęli jadać wszystkie posiłki razem z Mary-Love, tak więc Roxie, której niewiele zostało do roboty przez cały dzień, przesiadywała przez cały ranek z Ivey i Zaddie.

- Och, patrzcie! - zawołała Ivey, pochylając się nad piecem.

- Na co? - spytała Roxie.

- Na pyry.

- A co, robaki się zalęgły?

- Nie - odparła Ivey. - Ale żem nigdy nie widziała, żeby woda w pyrach się tak prędko wygotowała. Będzie lało jak nic!

- Gdzie tam... nigdzie ani śladu chmurki - zauważyła Roxie, wpierając się nogami w podłogę i przechylając się w wiklinowym fotelu, żeby wyjrzeć przez okno.

- Jak chodzi o czytanie z pyrów, to ja się nigdy nie mylę - zapewniła Ivey.

Nie myliła się. Koło południa napłynęły chmury i godzinę później zaczęło padać. Złapani przez deszcz James i Oscar, którzy wracali z tartaku na obiad, zatrzymali się u golibrody, żeby przeczekać ulewę, a skoro już tam byli, kazali się ostrzyc.

Z początku nie zapowiadało się na intensywne opady, lecz deszcz szybko przybierał na sile, pienił muliste wody Perdido, ochlapywał pnie dębów na podwórzu ciężkim szarym piaskiem i zatrzymał w domu wszystkich, którzy nie mieli absolutnej konieczności wychodzić na dwór. A ponieważ Perdido nie należało do ruchliwych miast, które stwarzają swoim mieszkańcom wiele absolutnych konieczności, wszyscy pozostali pod dachem. Robotnicy tartaków pracujący w lesie ukryli się w drewutniach albo pod cedrami (które zapewniają najlepsze schronienie w czasie ulewy). Dzieci kuliły się na werandach i obserwowały pogodę z nabożnym zachwytem, ponieważ deszcz w Perdido potrafi zaiste padać jak z cebra. Tereny wokół domów Caskeyów zostały zmyte. Grace i Zaddie siedziały na stopniach werandy w domu Jamesa, robiły papierowe łódki i rzucały je w wielką kałużę na tyłach kuchni. Czerpały jednak niewiele radości z tego zajęcia, ponieważ woda w mgnieniu oka zgniatała łódki i zamieniała je w mokrą papkę.

A na cmentarzu deszcz siekł świeży grób Genevieve Caskey. Przewrócił wazony, w które James Caskey codziennie wstawiał kwiaty, oderwał płatki i wgniótł je w ziemię, jakby chciał dostarczyć tę ofiarę Jamesa do rąk własnych jego zmarłej żony. W krótkim czasie kopiec usypany na grobie Genevieve został całkowicie zmyty i ziemia pozostała płaska tak jak wtedy, gdy jego właścicielka żyła i nawet nie myślała o śmierci. Lecz ziemia na świeżym grobie jest luźna i deszcz wypłukiwał ją dalej. Wkrótce utworzył nad trumną Genevieve zagłębienie, które szybko wypełniło się wodą, a kiedy woda wsiąkała w ziemię, z nieba lały się kolejne strumienie, żeby ją zastąpić. One również wsiąkały głębiej i niebawem każda osoba, która przypadkiem znalazłaby się w pobliżu i mogła zobaczyć grób Genevieve, przekonałaby się, że żona Jamesa Caskeya - łącznie ze swoimi klejnotami - była nie tylko martwa, ale też bardzo, bardzo mokra.

Mary-Love i Siostra utknęły, zaskoczone przez deszcz, w nowym domu, gdzie mierzyły okna w drugim saloniku, by zamówić zasłony. Od kiedy dom został skończony, Mary-Love zmieniła taktykę. Nie zamierzała tak łatwo pozwolić, żeby Oscar ją zostawił, nawet jeśli to oznaczało mieszkanie pod jednym dachem z Elinor. Po śmierci Genevieve cała jej zawziętość obróciła się przeciwko synowej. To, że Mary-Love zdołała zatrzymać Oscara w domu, mimo że było to dla niego nader uciążliwe, obok zaś stał wielki, pusty dom, tylko czekający, żeby w nim zamieszkać, pokazywało Elinor, że wpływ matki na syna jest znacznie silniejszy niż jej własny na męża. Mary-Love oznajmiła, że nie może pozwolić im na przejęcie własności, dopóki sama nie będzie usatysfakcjonowana efektem, a satysfakcja - jak z zadowoleniem dumała Mary-Love - jest czymś, co można odkładać w nieskończoność. Najważniejsze pokoje dawno zostały wykończone i meble stały przykryte prześcieradłami przed kurzem. Dom tonął w ciszy i ciemności, ponieważ jak dotąd nie włączono wody ani elektryczności.

Ze wszystkich stron deszcz ściekał z wysokiego dachu gęstymi zasłonami i żłobił równiutkie niecki obok nowych rabat kwiatowych Braya.

- Masz coś do osłonięcia głowy, Siostro? - spytała Mary-Love, spoglądając z niepokojem na gęste potoki deszczu, przez które musiałyby się przedrzeć, żeby wrócić do domu.

- Lepiej poczekajmy, aż przestanie padać - zasugerowała Siostra. - Przecież nie może tak lać w nieskończoność.

Mary-Love przystała na jej propozycję, bo nie warto było przemoknąć do suchej nitki, żeby wrócić do domu. Skończyły mierzyć zasłony, po czym ostrożnie zdjęły prześcieradła zasłaniające nowiutką kanapę i usadowiły się na niej w głównym salonie. Siostra rozsunęła kotary powieszone zaledwie tydzień temu i razem wypatrywały oznak, że ulewa zaczyna słabnąć.

Odgłos deszczu działał hipnotyzująco, a choć był dopiero październik, w powietrzu wisiał przenikliwy chłód. Dom, wybudowany tak, by wpuszczać jak najwięcej światła i powietrza, wydawał się ciemny, ponury i niegościnny.

- Mamo, może by rozpalić ogień? - zaproponowała Siostra.

- Proszę bardzo. A masz zapałki? Rozpałkę? Choćby koszyk węgla?

- Nie.

- No to śmiało - mruknęła Mary-Love, kuląc się jeszcze bardziej.

Prawie niezauważalnie podczas tej krótkiej rozmowy deszcz zelżał.

Nagle Siostra uniosła głowę.

- Słyszałaś coś? - spytała.

- Tylko deszcz.

- Ale w domu - powiedziała szeptem Siostra. - Słyszę coś w domu.

- Ja nic nie słyszę. Deszcz chlapie na werandę, i tyle.

- Nie, nie. Słyszałam coś innego.

W pokoju dokładnie nad ich głowami coś upadło na podłogę.

- Widzisz? - Siostra podskoczyła na kanapie i przysunęła się bliżej matki. - Ktoś tam jest na górze.

- Nic podobnego! - rzuciła Mary-Love, ale w jej głosie zabrzmiało wahanie.

Siedziały w milczeniu, nasłuchując. Deszcz padał coraz lżejszy, ale daleko było do tego, żeby przestał.

Tym razem dobiegło je ciche metaliczne brzęczenie, delikatne i dalekie. Co ono przypominało? Jakby w sąsiednim pokoju Grace otwierała na łóżku swoją świnkę-skarbonkę.

Mary-Love wstała, lecz córka próbowała ją pociągnąć z powrotem na kanapę.

- W tym domu nikogo nie ma - powiedziała surowo matka. - Pewnie wiewiórka dostała się do środka. Albo nietoperz. Albo woda przecieka przez nowy dach. Wiesz, ile mnie kosztował ten dach. Idę na górę sprawdzić, co się tam dzieje. Chodź ze mną.

Siostra nie ośmieliła się odmówić. Tymczasem znowu rozległo się głośne dzwonienie. Mary-Love weszła do holu i ruszyła po schodach na górę. Córka poszła za nią, trzymając matkę za fałdę spódnicy.

- Odgłos dochodzi z sypialni od frontu - oznajmiła Mary-Love.

Przystanęły na podeście, podniosły głowy i spojrzały w głąb korytarza. Na piętrze zalegał mrok, wszystkie drzwi były zamknięte. Te na końcu, z kwadratowymi kolorowymi szybkami, prowadziły na wąską werandę. Szkło lśniło soczystymi odcieniami cynobru, kobaltu i limonki, lecz światło było za słabe, żeby oświetlić dywan.

Znów usłyszały dzwonienie.

Siostra zadrżała i chwyciła matkę za ramię.

- To nie jest nietoperz, mamo!

Mary-Love weszła stanowczym krokiem na piętro i bez wahania ruszyła po dywanie w głąb korytarza; tupała przy tym głośno, żeby ostrzec coś, co kryło się w pokoju od frontu. Na końcu obróciła się w lewo i zapukała najpierw w ścianę, a następnie do drzwi.

Z początku panowała cisza, po czym rozległo się ciche łupnięcie i prawie natychmiast kolejne dzwonienie.

Siostrze, która wlokła się tuż za nią, aż zaparło dech.

- Och, mamo, nie otwieraj tych drzwi - jęknęła błagalnie szeptem.

Mary-Love przekręciła gałkę i powoli pchnęła drzwi do środka. W kwadratowym pokoju o ścianach pomalowanych na zielono okna były zasłonięte grubymi kotarami, tak że nie widziały niczego poza zarysami dużego łóżka z drewna orzechowego, toaletki z lustrem, bieliźniarki i komody, od dawna przykrytych prześcieradłami, ponieważ meble do tej sypialni kupiono na samym początku urządzania domu. Obie kobiety stały na progu bez ruchu, nasłuchując kolejnego dzwonienia lub łupnięcia, wypatrując jakiegoś ruchu w ciemności.

Coś mignęło w kącie sufitu nad bieliźniarką i zaraz potem znów rozległ się głośny stukot. Siostra krzyknęła.

- Co to było? - spytała Mary-Love, która patrzyła w innym kierunku.

- Coś na suficie! To było na suficie!

- Co?

- Nie wiem! Mamo, zamknij te drzwi i chodźmy stąd.

- Nic nie zobaczymy przez te zasłony. Idź i je rozsuń.

- Mamo! Nie wejdę tam! Coś tam jest!

- Nietoperz - orzekła Mary-Love. - Będę go musiała zabić, ale nie zrobię tego po ciemku.

- Nietoperze nie świecą!

Znowu coś mignęło, a po chwili zadzwoniło.

Siostra wrzasnęła, obróciła się i uciekła korytarzem w stronę schodów.

Mary-Love przez chwilę patrzyła za córką, po czym stanowczym krokiem przeszła przez pokój w stronę okna.

- Siostro! - zawołała, odsuwając grube zasłony.

Obróciła się w stronę drzwi i w tym samym momencie kątem oka spostrzegła kolejny błysk w okolicy sufitu. Coś ostrego i ciężkiego uderzyło ją w czubek głowy, po czym z głuchym łupnięciem upadło na podłogę.

W drzwiach pojawiła się przelękniona Siostra. Mary-Love schyliła się, żeby podnieść z podłogi to, co ją uderzyło.

- Co to jest, mamo? - spytała trwożliwie jej córka.

Mary-Love podniosła przedmiot do światła.

- Pierścionek z szafirem - powiedziała. - Twoja babcia nosiła go na środkowym palcu prawej dłoni - dodała ponuro.

Siostra krzyknęła i wyciągnęła rękę w kierunku kąta pokoju. Dokładnie nad bieliźniarką z sufitu sterczał wąski pasek połyskujących klejnotów. Wyglądał jak przeciśnięty przez maszynkę do mielenia mięsa. Przez chwilę wisiał w powietrzu, po czym z brzękiem i cichym podzwanianiem upadł na bieliźniarkę. Mary-Love wzięła do ręki bransoletę z siedmioma rubinami otoczonymi kręgami małych brylantów.

- Elvennia miała ją na sobie, kiedy braliśmy z Randolphem ślub - oznajmiła.

Na bieliźniarce leżał również pierścionek z trzema dużymi brylantami.

- Patrz - szepnęła Siostra, wskazując łóżko.

Na prześcieradle osłaniającym materac zebrała się mała kupka biżuterii.

- Mamo - szepnęła znowu - to spada z sufitu!

- Ćśśś!

Ze zmarszczonym czołem Mary-Love ścisnęła w dłoni bransoletę i dwa pierścionki tak mocno, że klejnoty boleśnie wbiły jej się w skórę.

- To wszystko są rzeczy, które James włożył do trumny Genevieve - powiedziała szeptem.

Siostra przygryzła wargę i zaczęła się cofać w stronę drzwi.

- Mamo, jak one się tu znalazły? - jęknęła płaczliwie. - Jak...

Z sufitu na stertę klejnotów spadła broszka z rubinami i szmaragdami.

Tego już było za wiele, nawet jak dla Mary-Love.

- Wynośmy się stąd. Szybko. Wychodź stąd! Wychodź! - zawołała i machnęła ręką, wskazując drzwi.

Jej córka odwróciła się i rzuciła do ucieczki.

W tym samym momencie drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Z sufitu wystrzeliły dwa następne pierścionki i uderzyły Siostrę w tył głowy, tak że upadła na kolana i krzyknęła przerażona. Potykając się, Mary-Love ominęła córkę i podeszła do drzwi, żeby je otworzyć. Klamka zagrzechotała jej w dłoni, ale drzwi ani drgnęły.

- Zamknięte! - wrzasnęła Siostra. - Zamknięte na klucz!

- Nie! - zaprotestowała Mary-Love. - Niemożliwe. Zacięły się.

Siostra podniosła wzrok i pisnęła ze strachu. Z sufitu sterczała kolejna bransoletka, tym razem w innym miejscu niż poprzednie. Przez chwilę się kołysała, po czym upadła i zawisła na lustrze toaletki.

Mary-Love wyciągnęła rękę i pomogła córce wstać. Jeszcze nigdy w życiu nie była tak zdezorientowana i oszołomiona. Ponieważ nie przychodził jej do głowy żaden inny pomysł, otworzyła drzwi garderoby. Były mniejsze od wszystkich innych drzwi w domu i nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego zostały tak nieproporcjonalnie zaprojektowane. Otworzyły się. Garderoba była pusta... z jednym wyjątkiem: na wieszaku wisiała czarna sukienka z przypiętą do kołnierzyka czarną woalką, z której kapała na podłogę ciemna mieszanina krwi i wody deszczowej.

Mary-Love zatrzasnęła drzwi.

Odepchnęła córkę, która przykleiła jej się do ramienia, i wróciła do drzwi prowadzących na korytarz. Może naprawdę się tylko zacięły, spuchły od wilgoci i zaklinowały się w futrynie. Z całej siły pociągnęła za klamkę. Nic. Cofnęła się i przygryzła wargę, żeby nie zacząć krzyczeć ze strachu i frustracji.

Nagle drzwi się otworzyły.

Na korytarzu stała Elinor Caskey. Miała na sobie zieloną sukienkę Genevieve, a na szyi najmniejszy z trzech sznurów czarnych pereł należących do żony Jamesa.

- Drzwi się zacinają w taką pogodę - zauważyła.

- Och, Elinor! - krzyknęła bez tchu Siostra. - Aleśmy się przeraziły! Myślałyśmy, że ktoś nas zamknął w środku!

- Nic podobnego - powiedziała sztywno Mary-Love, która już zdążyła ochłonąć z grozy i bardzo ją zainteresowały perły wiszące na szyi synowej. - Byłyśmy przekonane, że drzwi się zacięły... tak jak powiedziałaś.

Siostra zerknęła na matkę, ale nie odezwała się ani słowem.

- Ale co ty tu robisz? - spytała Mary-Love. - Usłyszałaś nasze wołanie?

- Nie - odparła Elinor z nieznacznym uśmiechem. - Przyszłam tu z innego powodu. Mam małą nowinę.

- Jaką nowinę? - spytała szybko Mary-Love.

- Och, czy to nie może chwilę zaczekać?! - zawołała Siostra. - Chcę wrócić do domu!

- Tak - odparła Elinor. - To może zaczekać. Ale myślę, że powinnyśmy zebrać te rzeczy.

Ominęła obie kobiety i zaczęła zbierać biżuterię do kieszeni sukienki. Mary-Love pospiesznie do niej dołączyła i również napełniła kieszenie.

NOWINA ELINOR

Nieco później tego samego popołudnia, kiedy deszcz zelżał i zamienił się w strużki wody spływającej z okapów nad oknami, Siostra dochodziła do siebie za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, a Mary-Love i Elinor po cichu debatowały o odzyskanej biżuterii Genevieve. Co dziwne, żadna z kobiet ani razu nie wspomniała o niewytłumaczalnych okolicznościach, w jakich klejnoty powróciły do domu, poza wnioskiem, jaki obie wysnuły z całego zdarzenia. Zgodnie postanowiły, że James nie może zobaczyć całej biżuterii naraz, ponieważ bez wątpienia rozpozna przedmioty, które należały kiedyś do jego matki i żony. Mary-Love zatrzyma trzy pierścionki, które jej się najbardziej podobały, weźmie dwie bransolety z szafirami i brylantami dla córki, a resztę złożą w skrytce depozytowej w Mobile do czasu, gdy Grace osiągnie pełnoletność.

- Do tej pory dużo się może wydarzyć - powiedziała Mary-Love. - James może umrzeć albo stracić pamięć i nie będzie problemu z przekazaniem biżuterii Grace. Myślę - dodała ostrożnie - że powinnaś zatrzymać sobie perły, Elinor.

- Myślę, że tak - zgodziła się z nią synowa.

Z całej biżuterii, która została pochowana w trumnie Genevieve, tylko perły nie zmaterializowały się na suficie sypialni nowego domu - mimo wielkiego lęku i jeszcze większego zdumienia umysł Mary-Love zatrzasnął się niczym wnyki na tajemniczym zjawisku ich objawienia się - ale widziała jeden ze sznurów na szyi Elinor i podejrzewała, że pozostałe dwa również znalazły się w jej posiadaniu. Oczywiście Mary-Love pragnęłaby zachować te perły dla siebie - były najcenniejszymi, najpiękniejszymi i najbardziej użytecznymi ze wszystkich klejnotów pozostawionych przez jej teściową - lecz chociaż stłumiła i odsunęła od siebie myśl o niewytłumaczalnych okolicznościach ich odzyskania, to uznała, że jest ono w jakiś sposób zasługą Elinor. A skoro ta odzyskała dla nich tę biżuterię - "Siostro, nie pytaj, jak to się stało, lepiej, żebyśmy nie wiedziały" - to z całą pewnością należy jej się pierwszeństwo wyboru.

Po tej naradzie Mary-Love nigdy więcej nie wspomniała o tym, co widziała w sąsiednim domu. Nie miała ochoty doszukiwać się w tym znaczenia. Kiedy przyszła do niej córka i szeptem zaczęła się dopytywać, o co jej zdaniem w tym wszystkim chodziło, a także o to, jakie są przynajmniej trzy powody, dla których ten dom nie powinien zostać natychmiast spalony do fundamentów, Mary-Love odrzekła:

- Odzyskałyśmy rzeczy Elvenni i tylko to się dla mnie liczy, ale powiem ci, co zrobimy: jutro z samego rana wyślę tam Braya z miotłą i każę mu pozabijać wszystkie nietoperze, które się tam zalęgły.

- Nietoperze?! - zawołała Siostra, tak rozsierdzona uporczywą ślepotą matki, że nie potrafiła wykrztusić z siebie ani jednego cywilizowanego słowa i wyszła z pokoju.

Choć może Mary-Love zdołała przekonać siebie, że w pokoju na piętrze nowego domu zalęgły się nietoperze, nie wróciła tam, żeby sprawdzić, czy cała biżuteria została zebrana ani czy w garderobie naprawdę wisi ociekająca krwią sukienka z woalką.

Tego wieczoru po kolacji trzy kobiety wyszły na dwór, usiadły na bocznej werandzie i obserwując wschodzący księżyc, czekały na powrót Oscara z zebrania rady miasta.

- Elinor! - wybuchnęła nagle Siostra.- Miałaś jakąś nowinę i w końcu nie wiemy, co to było, a ja całkiem o tym zapomniałam.

- Byłam dzisiaj u doktora Benquitha. Wygląda na to, że jestem w ciąży - odparła Elinor spokojnie.

Tym razem Mary-Love okazała całkowity brak powściągliwości. Poderwała się z huśtawki i poszła uściskać synową. Siostra ruszyła w jej ślady.

- Och, Elinor! - zawołała Mary-Love. - Jestem taka szczęśliwa! Dasz mi wnuczka!

- Idź powiedzieć Jamesowi - zachęciła bratową Siostra. - Widzę, że pali się u niego światło. On też się ucieszy.

- Nie - odparła Elinor. - Pierwszy musi się dowiedzieć Oscar.

- Ale przecież my już wiemy - spierała się z nią szwagierka.

- To co innego - wtrąciła się jej matka. - My jesteśmy kobietami, a James to mężczyzna. Elinor ma rację. James nie powinien się dowiedzieć przed Oscarem.

- A możesz powiedzieć Grace? Jest dziewczynką.

Mary-Love pokręciła głową.

- Doprawdy, Siostro, czasem mnie zaskakuje, jak wielu spraw nie rozumiesz. Kobiety dowiadują się pierwsze, potem mówią mężczyznom, inaczej mężczyźni nigdy niczego by się nie dowiedzieli. W następnej kolejności dowiadują się służący, a dzieci na końcu. A pewnych rzeczy dzieci nigdy się nie dowiadują, nawet kiedy dorastają. Są tajemnice, które umierają. Powinnaś wiedzieć takie rzeczy bez tłumaczenia!

- Ale nie wiem - odparła ponuro Siostra. - Pewnie dlatego nigdy nie wyszłam za mąż.

- Nie mów tak - skarciła ją surowo matka. - Kiedy będziesz gotowa...

Przed dom zajechał automobil Oscara.

- Chcesz, żebyśmy weszły do środka? - spytała synową szeptem Mary-Love.

Elinor pokręciła głową.

- Zamierzam mu tylko o tym powiedzieć - odparła spokojnie Elinor. - Nie ma powodu, żebyście nie mogły być obecne.

Oscar wszedł na werandę i już otwierał drzwi do domu, kiedy usłyszał wołanie żony.

- Oscarze, tu jesteśmy!

- Cześć wszystkim - powiedział, zaglądając na boczną werandę. - Widzę, że wyszłyście na dwór. Nic dziwnego, wieczór zrobił się piękny. Wszystkie chmury się rozwiały.

- Oscarze, będę miała dziecko - oznajmiła bez wstępów Elinor.

Oscar stanął jak wryty, a po chwili na jego twarzy wykwitł uśmiech od ucha do ucha.

- Elinor, jestem taki szczęśliwy. Ale chciałbym wiedzieć, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka.

- Weźmiesz to, co dostaniesz - powiedziała Mary-Love.

- A co byś wolał? - spytała Siostra.

- Dziewczynkę - odparł.

Usiadł i otoczył żonę ramieniem.

- W takim razie to twój szczęśliwy dzień, ponieważ to właśnie będzie dziewczynka.

W ustach Elinor zabrzmiało to nie jak domysł czy przekonanie, lecz jakby to była kwestia wyboru, jakby mówiła: "Kupię sobie różową sukienkę" zamiast: "Wezmę niebieską".

- Skąd wiesz? - dopytywała się Siostra, która tego dnia odkryła, że życie stawia przed nią zbyt wiele rzeczy, których nie rozumie.

- Ćśśś! - syknęła Mary-Love. - Uważam, że cudownie będzie mieć w domu malutką dziewczynkę!

Nowina Elinor przyćmiła cały pakiet wiadomości, które Oscar przywiózł z zebrania rady miasta, tak więc usłyszały je dopiero nazajutrz rano przy śniadaniu. Do zespołu sił porządkowych w mieście dodano trzecią osobę; kupcy z Palafox Street zgodzili się pokryć połowę kosztów nowych betonowych chodników; i wreszcie: w hotelu Osceola zatrzymał się wczoraj po południu inżynier z Montgomery, niejaki Early Haskew, który przedstawił się radzie miasta ("doprawdy miły człowiek i elegancki" - mówiąc to, Oscar w niewielkim stopniu zadowolił żądanie matki, żeby go jej opisał) i dzisiaj ma rozpocząć ekspertyzę rzeki Perdido.

- Jaką ekspertyzę? - zapytała Siostra.

- Pod kątem budowy grobli, oczywiście - odparł Oscar.

Elinor z brzękiem odłożyła widelec.

Oscar wiedział o ciąży tylko tyle, że trwa dziewięć miesięcy. Tak więc wyliczył sobie czas przyjścia na świat córeczki dziewięć miesięcy od dnia, w którym Elinor oznajmiła mu, że będzie ojcem - jak gdyby dziecko zostało poczęte poprzedniego wieczoru, a ona dowiedziała się o tym nazajutrz. Tak więc ucieszył się jeszcze bardziej na wieść, że będzie musiał czekać tylko siedem miesięcy. Jego córka (nie miał wątpliwości, że to będzie córka, ponieważ tak powiedziała jego żona) przyjdzie na świat w maju.

Tego wieczoru, kiedy Elinor się rozbierała, a Oscar wstawał po wieczornej modlitwie przy łóżku, powiedział:

- Myślę, że powinnaś odejść ze szkoły.

- Nie ma mowy - odparła jego żona.

- Jesteś w ciąży!

- Naprawdę uważasz, że chcę spędzać całe dnie w tym domu z twoją matką uczepioną jednego ramienia i siostrą wiszącą na drugim? - spytała Elinor.

- Nie - przyznał Oscar. - Nie sądzę, żeby ci się to podobało.

- Oscarze - podeszła do okna i odsunęła zasłony, żeby księżyc mógł świecić do pokoju - najwyższa pora, żebyśmy przeprowadzili się do nowego domu.

Podniosła ekran z siatką i wychyliła się na dwór. Po lewej stronie widziała dom, który dla niej wybudowano: duży i milczący. Wznosił się na jeziorze błyszczącego piasku, a za nim łagodnie wzdychał sosnowy las. - Ten dom miał być naszym prezentem ślubnym - ciągnęła. - Jesteśmy małżeństwem od pół roku i nadal mieszkamy w pokoju, który zajmowałeś jako mały chłopiec. Za każdym razem, kiedy wieszam sukienkę, widzę w szafie twoje stare zabawki. Nie mam gdzie postawić butów, podczas gdy tuż obok stoi dom z szesnastoma pokojami i ani jedną żywą duszą w środku.

Położyła się do łóżka.

- Mama będzie się czuła samotna, kiedy się wyprowadzimy - zauważył niepewnie Oscar.

- Mama będzie miała Siostrę - warknęła Elinor. - Mama będzie mogła wyjrzeć przez okno, nawet nie podnosząc się z łóżka, i zobaczyć, czy już wstaliśmy i szykujemy się do śniadania. Mama może stanąć w drzwiach i potrząsnąć mi mopem przed twarzą. Nie wyprowadzamy się na koniec świata. Przenosimy się trzydzieści metrów dalej. Musisz pamiętać, że będziemy mieli dziecko. Potrzebujemy tego domu.

- Wiem - powiedział z zakłopotaniem Oscar. - Porozmawiam z mamą. - Nagle przyszła mu do głowy myśl. Odwrócił głowę na poduszce i popatrzył żonie w oczy. - Elinor, chciałbym cię o coś zapytać. Czy zaszłaś w ciążę po to, żebyśmy mogli wyprowadzić się z tego domu?

- Zrobiłabym wszystko, żeby cię stąd wyciągnąć - odparła Elinor. - Byłabym gotowa na wszystko - powtórzyła, po czym odwróciła się na drugi bok i zasnęła.

Oscar poszedł rozmówić się z matką, lecz Mary-Love nie chciała nawet słyszeć o tym, że mógłby ją opuścić. Oznajmiła, że dom nie jest jeszcze umeblowany, że na piętrze zalęgły się nietoperze i Brayowi nie udało się ich pozabijać; przekonywała, że zanim wprowadzą się do nowego domu, ona musi im znaleźć przynajmniej dwie czarne kobiety, które będą dla nich pracowały, a wszystkie porządne czarne kobiety w Perdido są już zajęte. Elinor jest w ciąży i nie powinna sama prowadzić domu, biegać cały dzień po schodach tam i z powrotem, martwić się pościelą.

Aby się upewnić, że syn i jego żona nie przeniosą się do nowego domu pod jej nieobecność - tak jak zrobili ze ślubem - potajemnie złożyła kilka wizyt w zarządzie wodociągów oraz Przedsiębiorstwie Gazu i Energii Elektrycznej Alabamy i zmusiła urzędników do złożenia obietnicy, że nie włączą w nowym domu wody ani prądu, dopóki ona nie wyrazi pisemnej zgody.

Oscar skapitulował.

- Nie potrafię spierać się z mamą - powiedział żonie, wzdychając z rozpaczą. - Zawsze ma o jeden argument więcej niż ja. I Boże, Elinor, ona najbardziej na świecie pragnie opiekowania się tobą, kiedy jesteś w ciąży! Nie wiem, czemu nie możesz po prostu usiąść wygodnie w fotelu i cieszyć się tym!

- Ponieważ w tym domu nie ma miejsca na to, żeby usiąść wygodnie w fotelu! Żyjemy w ścisku.

- Tu jest dużo miejsca - powiedział łagodnie Oscar. - Przeprowadzimy się, gdy tylko urodzi się nasza córeczka. Posłuchaj, pamiętasz ten mały pokoik przylegający do kuchni?

- Tak, wiem, o którym mówisz.

- Zastanawiałem się, czy nie wstawić tam składanego łóżka i kazać Zaddie, żeby tam spała. Dotrzymywałaby ci towarzystwa i opiekowała się naszą córeczką. Zaddie kocha cię na zabój i byłaby najszczęśliwszą istotą pod słońcem, gdyby mogła z nami zamieszkać.

To było bardzo duże ustępstwo. Gdyby ta niewinna i dobroczynna umowa weszła w życie, Zaddie Sapp byłaby jedyną czarną osobą w całym hrabstwie Baldwin - a było największym, choć może nie najbardziej zaludnionym hrabstwem w Alabamie - która mieszkałaby w jednym domu z białymi ludźmi.

- Myślę, że to dobry pomysł - przyznała Elinor. - Ale pozwól, że coś ci powiem, Oscarze - dodała z kwaśną miną. - To nie znaczy, że dałam za wygraną. Nie przekupisz mnie obietnicami na temat Zaddie. Uważam, że powinniśmy się przeprowadzić do nowego domu, i to jeszcze dzisiaj!

- Tam nie ma nawet pościeli na łóżkach!

- Pójdę do Caroline DeBordenave i pożyczę pościel, jeśli będę musiała! - krzyknęła.

- Nie możemy tego zrobić.

- Ty nie możesz tego zrobić - sprostowała Elinor. - Nie potrafisz się przeciwstawić mamie, to wszystko.

- W takim razie sama z nią porozmawiaj - powiedział Oscar. - Ty się jej przeciwstaw.

- To nie jest moja rola. Nie chcę być do końca życia oskarżana o to, że odebrałam matce syna.

Tak więc Elinor i Oscar pozostali w domu Mary-Love Caskey przez całą ciążę. Pomimo protestów teściowej Elinor nadal codziennie rano wiosłowała małą łódką Braya do szkoły, podczas gdy Grace siedziała na dziobie, i nie wzięła ani jednego dnia zwolnienia. Jej teściowa i szwagierka robiły na drutach ubranka dla dziecka i jeździły do Mobile, żeby wybierać meble do pokoju dziecięcego. Gdy jednak meble przyjechały, Mary-Love ze złowieszczą stanowczością kazała je wstawić do wolnej sypialni we własnym domu. Kiedy tego popołudnia Oscar wrócił z tartaku, Elinor zaprowadziła go na górę, otworzyła drzwi pokoju i wskazała zawiniętą w brązowy papier wiklinową kołyskę. Nie wyrzekła przy tym ani jednego słowa.

- Kiedy nadejdzie odpowiednia pora, wezmę sprawy w swoje ręce - zapewnił ją półgłosem Oscar.

Czas nadszedł szybciej, niż się spodziewano. Dwudziestego pierwszego marca po powrocie ze szkoły Grace Caskey stała na pomoście, podczas gdy Elinor przywiązywała cumę do żelaznego pierścienia na ostatnim słupku. Potem dziewczynka podała jej rękę i pomogła wejść na stare deski pomostu. Było to trochę nieporadne przedsięwzięcie z powodu wydatnego brzucha Elinor.

Stanąwszy na pomoście, Elinor przyłożyła dłoń do czoła i zamknęła na moment oczy.

- Zrobisz coś dla mnie, Grace? - spytała.

- Tak, proszę cioci.

- Pobiegnij do Roxie i powiedz, żeby wezwała doktora. Potem idź do cioci Mary-Love i powiedz, żeby Ivey przygotowała dla mnie łóżko.

Grace stała niepewnie.

- Jest ciocia chora? - spytała drżącym głosem.

- Nie, kochanie, zamierzam urodzić moją małą córeczkę! - oznajmiła Elinor, uśmiechając się blado.

Grace popędziła przed siebie tak samo podniecona jak w dniu, kiedy panna Elinor brała ślub.

Dwie godziny później Elinor Caskey - ze szwagierką trzymającą ją za lewą rękę i Ivey Sapp ściskającą jej prawą dłoń oraz Mary-Love wycierającą jej czoło - urodziła ważącą półtora kilograma dziewczynkę. Dziecko było tak małe, że przez dwa miesiące trzeba je było nosić w zagłębieniu puchowej poduszki. Na życzenie Elinor i za zgodą Oscara dziewczynka otrzymała imię Miriam i nazwiska po obydwojgu rodzicach. Miriam Dammert Caskey.

ZAKŁADNICZKA

Miriam nie przypominała Elinor; była podobna do Oscara i wszystkich innych Caskeyów. Już sam ten fakt mógł wzbudzić gorącą miłość Mary-Love, nawet gdyby dziecko nie było jej pierwszą wnuczką. Włosy dziewczynki, jak włosy wszystkich Caskeyów, nie miały żadnego koloru, nos, jak nosy Caskeyów, nie był całkiem prosty, ale też nie zakrzywiony ani perkaty, ani za mały, ani za duży, ani w żaden inny sposób niekształtny.

Urodziła się w poniedziałek. Tego wieczoru Zaddie zaniosła pani Digman wiadomość, że Elinor nie zjawi się w szkole następnego ranka, ale ma nadzieję wrócić w środę. I Elinor rzeczywiście wróciła w środę do pracy, mimo że Mary-Love wykrzyknęła ze zgrozą:

- Zostawiasz swoje dwudniowe dziecko na łasce losu?!

- Ależ z pewnością nie na łasce losu - zauważyła Elinor. - W tym domu jest pani, Siostra i Ivey. W sąsiednim domu są Zaddie i Roxie. Jeśli wasza piątka nie potrafi sobie z nią poradzić, to wezwijcie Oscara. On i tak będzie tu przyjeżdżał pięć razy dziennie, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku.

- Sądziłam, że kiedy urodzi się dziecko, odejdziesz ze szkoły.

- Ale tego nie zrobię - odparła Elinor. - Co by o mnie pomyślała pani Digman? Co by pomyśleli moi Indianie?

- Ale biedna mała Miriam... - jęknęła Mary-Love.

- Miriam ma dwa dni - powiedziała Elinor. - Nie odróżnia mnie od żadnego innego człowieka. Siostro, idź do mojego pokoju, otwórz szafę i włóż jedną z moich sukienek. Kiedy pochylisz się nad kołyską, udasz, że jesteś mną.

Przez długi czas po urodzeniu córki Elinor nie naciskała na męża, żeby dotrzymał złożonej obietnicy. Miriam była maleńka - czy można sobie wyobrazić mniejsze dziecko? - i z tego powodu, jak również z powodu ogólnej kruchości pragnęła zwracać na siebie dużo uwagi. Miała białą skórę, spod której na całym ciałku prześwitywały delikatne niebieskie żyłki. Prawie nie płakała i Ivey powiedziała w zaufaniu do Roxie:

- To dziecko ma za mało tchu, nawet żeby płakać i oddychać. Nie da rady. Jak dożyje dwóch lat, to słowo daję, że przerzucę ją na drugi brzeg Perdido i każę łapać Brayowi.

Roxie się z nią zgodziła.

W sypialni między pokojami Elinor i Oscara oraz Siostry ułożono w kołysce cztery zwinięte koce i w tym kwadratowym zaciszu Miriam leżała przez całą noc cichutko i bez ruchu. Siostra, która poprosiła o przywilej karmienia dziecka o drugiej w nocy, nieraz musiała ją budzić. A niekiedy, zapaliwszy lampkę w kącie pokoju i podkradłszy się do kołyski, znajdowała bratanicę patrzącą na nią z delikatnym uśmiechem na maleńkich usteczkach, jakby mówiła: "Och, Siostro, nie podkradniesz się do mnie niepostrzeżenie!".

Miriam rosła szybko i nabierała sił. Mary-Love oraz Siostra, które były w domu przez cały dzień, podczas gdy Elinor pracowała w szkole, szybko zaczęły myśleć o dziecku jak o swoim własnym i z rosnącą niechęcią patrzyły na każdą chwilę, którą Elinor spędzała z córką po południu. Wyrywały ją Oscarowi, którego uważały za niekompetentnego do opiekowania się wcześniakiem.

- Boże, mamo, mam prawo wiedzieć na ten temat tyle samo co Siostra - protestował.

- Nieprawda! - wołała Siostra. - Już widzę, jak upuszczasz to dziecko na gołe deski.

Oscar uważał się za szczęśliwego. Miał córeczkę, która była śliczna i bardzo grzeczna - kiedyś powiedział Jamesowi, że mogliby ją zabrać na poranna mszę i nawet by nie pisnęła. Elinor wydawała się zadowolona z istniejącego układu; przestała myśleć o przeprowadzce do nowego domu, a nawet jeśli myślała, to przestała o tym wspominać. Oscar był pewny, że wszystko zmieniło się po urodzeniu Miriam. Żona potrzebowała jego matki i siostry do opieki nad dzieckiem, kiedy pracowała w szkole.

- Wiem, że Elinor kocha Miriam aż po czubeczki paluszków - wyznał kiedyś Jamesowi - ale nie jestem pewny, czy chce się nią opiekować dwadzieścia cztery godziny na dobę. A właśnie tego chcą mama i Siostra.

Jednak Oscar się mylił w swojej interpretacji. Przekonał się o tym w niedzielę, kiedy odbył się chrzest jego córki. Była połowa maja, panował upał i Caskeyowie pocili się na kościelnej ławce. Co dwie minuty Mary-Love przechylała się nad kolanami Siostry, żeby wytrzeć pot z maleńkiego czółka Miriam, która leżała spokojnie w ramionach matki. Między modlitwą a kazaniem Oscar, jego żona i córka zostali wywołani na środek kościoła i nad Miriam Dammert Caskey odprawiono sakrament chrztu. Duchowna uniosła mahoniowe nakrycie srebrnej chrzcielnicy - daru od Elvenni Caskey - i miała właśnie zanurzyć palce w wodzie święconej, żeby skropić czoło dziecka, gdy nagle urwała skonsternowana, a jej dłoń zawisła nieruchomo.

Oscar zajrzał do chrzcielnicy. Woda, która wypełniała naczynie, była mulista i czerwonobrązowa.

- Oscarze, nie wiem, jak... - zaczęła cicho Annie Bell Driver.

- Proszę śmiało kontynuować! - powiedziała z uśmiechem Elinor. - To tylko stara, poczciwa woda z Perdido.

Duchowna ostrożnie zanurzyła palce w wodzie i strzepnęła je nad czołem Miriam. Dziecko uśmiechnęło się do matki.

Po nabożeństwie cała rodzina w niedzielnych ubraniach jadła razem obiad w domu Mary-Love, żeby uczcić tę uroczystą okazję. Podczas gdy w jedną stronę krążył półmisek z szynką, a w drugą kotlety z siekanej wołowiny, odezwała się Elinor:

- Za tydzień i dwa dni kończy się szkoła.

- Na pewno się cieszysz - powiedział James. - Wiem, że w tej twojej sali jest potwornie gorąco, przez całe popołudnie słońce świeci w okna.

- To będzie za tydzień we wtorek - ciągnęła Elinor, nie zważając na wtręt Jamesa. - Muszę być w szkole w środę, żeby zewidencjonować książki. Tak więc w przyszły czwartek - rozejrzała się wokół stołu - Oscar, Miriam i ja przeprowadzimy się do nowego domu.

Rozpętało się piekło. Siostra była tak rozstrojona, że nie tknęła więcej ani jednego kęsa. Natomiast zdenerwowana Mary-Love rzuciła się na swój talerz i w kilka chwil pochłonęła dwa razy więcej, niż normalnie zjadała przez cały dzień.

- Och, wszystkich was proszę, porozmawiajmy o tym później - powiedział błagalnie Oscar.

James kazał Grace wyjść z pokoju. Ivey i Roxie stały i nasłuchiwały po drugiej stronie drzwi kuchennych.

- Nie zamierzam o tym dyskutować - oświadczyła Elinor. - Nie ma o czym rozmawiać. Ten dom należy do Oscara i do mnie i zamierzamy się do niego wprowadzić. To był nasz prezent ślubny, a tymczasem stoi pusty z prześcieradłami na meblach!

- Och, kogo obchodzi jakaś chałupa! - wykrzyknęła Mary-Love, chociaż mówiła o największym i najdroższym domu w całym mieście. - Rozmawiamy o Miriam! Nie możecie zanieść tam tego dziecka!

- Dlaczego? - spytała Elinor.

- Kto się nią będzie zajmował? - lamentowała Siostra.

- Ja - warknęła Elinor.

- Ty nie umiesz! - zawołała Mary-Love. - Oscarze, zabraniam ci zabierać dziecko z tego domu. Miriam zmarnieje i umrze!

Miriam leżała w małej kołysce w sąsiednim pokoju. Mary-Love zerwała się na równe nogi, pobiegła tam, chwyciła dziecko na ręce, przyniosła do stołu i zaczęła je szeptem pocieszać, że nigdy nie opuści swojej babci. Siostra również wstała i wyciągnęła rękę, żeby choć pogłaskać bratanicę, którą Mary-Love kołysała w ramionach.

- Możecie sobie wszyscy protestować do woli - oznajmiła Elinor. - Ale Oscar i ja wyprowadzamy się z tego domu.

- Dlaczego?! - wykrzyknęła jej teściowa. - Dlaczego chcesz się stąd wyprowadzić?!

- Ponieważ nie mogę już tu wytrzymać! - rzuciła wściekle Elinor. - Mam po dziurki w nosie wyglądania każdego ranka przez okno i patrzenia na ten wielki dom, który podobno miał należeć do mnie, tylko że zamknęłaś go na cztery spusty i chowasz przede mną klucze! Mam po dziurki w nosie potykania się o którąś z was za każdym razem, kiedy chcę popatrzeć na własne dziecko! Mam po dziurki w nosie szafy pełnej ubrań należących do zmarłych ludzi! Mam dość tłumaczenia się z każdej najdrobniejszej rzeczy, którą zamierzam zrobić: dokąd idę, po co i z kim. Mieszkanie po sąsiedzku, tuż obok was, paradujących do mojego domu o każdej porze dnia i nocy, będzie wystarczająco okropne, ale tam przynajmniej będę mogła zamknąć drzwi na zasuwę, żebyście musiały pukać. Oscar jest moim mężem, Miriam moim dzieckiem, a tam stoi nasz dom! Dlatego się wyprowadzamy!

- Elinor! - zawołał zrozpaczony Oscar.

- Oscarze, nie opuścisz tego domu z naszym najdroższym dzieckiem - powiedziała gorączkowo Mary-Love. - Nie pozwolisz tej kobiecie opiekować się nim, karmić tej drogocennej kruszyny!

- Mamo, jeśli Elinor czuje...

- Elinor nie czuje! - krzyknęła Mary-Love, kołysząc Miriam tak gwałtownie, że córka stanęła obok niej, żeby łapać dziecko, gdyby przypadkowo wyrzuciła je z objęć. - W tym cała rzecz. Ona nie jest matką dla Miriam. Ja i Siostra powinnyśmy się nią opiekować. Zgubisz własną córkę, jeśli ją stąd zabierzesz!

Elinor siedziała bez ruchu z wyrazem niesmaku na twarzy. Odepchnęła od siebie talerz.

- Ivey! - zawołała. - Przyjdź tutaj i posprzątaj ze stołu. Nikt już nie będzie jadł.

Do pokoju weszła Ivey, a za nią Zaddie. W normalnych okolicznościach nikt nie odezwałby się słowem w obecności służących, nawet jeśli nie miał wątpliwości, że kobiety w kuchni podsłuchiwały każdą rozmowę, lecz to nie były normalne okoliczności i Mary-Love kontynuowała swoją tyradę, przekrzykując brzęk talerzy, szklanek i sztućców.

- Oscarze - powiedziała okropnym, zduszonym głosem. - Zabraniam ci opuszczać ten dom z Miriam.

- Mamusiu, przecież obiecałaś, że będziemy się mogli z Elinor wyprowadzić, gdy tylko urodzi się dziecko - przypomniał jej płaczliwie Oscar. - A ponieważ Miriam urodziła się taka wątła, Elinor była na tyle kochana, żeby...

Mary-Love prychnęła pogardliwie.

- ...żeby zostać i pozwolić wam sobie pomóc - ciągnął Oscar. - Ale teraz szkoła się skończyła i Elinor będzie w domu przez całe dnie.

- Tak? A co się stanie jesienią? - zapytała Mary-Love. - Co zrobi Elinor we wrześniu? Powiesi Miriam na kołku werandy przed wyjściem do szkoły?

- Nie wracam do pracy w szkole - oznajmiła Elinor spokojnie. - Ednie McGhee i tak nie podobało się w Tallahassee. Powiedziałam jej, że może wrócić i przejąć z powrotem czwartą klasę.

- To nie ma znaczenia! - krzyknęła Mary-Love rozpaczliwie. - Nie dostaniesz tego dziecka!

- Opuszczamy ten dom - powiedziała spokojnie Elinor.

Mary-Love oddała dziecko córce, a ta przycisnęła je do piersi, jakby chciała je chronić przed gwałtownością matki i słowami Elinor. Mary-Love podeszła do stołu, stanęła przy krześle i chwyciła za oparcie, aż jej zbielały kłykcie.

- W takim razie idźcie! - zawołała. - Idźcie sobie do nowego domu z moim błogosławieństwem. W tej chwili dam wam klucze. Siostro, idź po klucze! Dostaniecie je i możecie się przeprowadzić nawet dzisiaj. Możecie sobie wziąć świece i lampę naftową, a Zaddie przyniesie wam wodę. Jutro każę włączyć prąd, wodę i gaz. Ivey zaniesie wam ubrania.

- Dziękuję - powiedziała lodowato Elinor.

- Och, dziękuję, mamusiu... - zaczął Oscar.

- Ale Miriam zostaje tutaj - dokończyła stanowczym głosem Mary-Love.

Zapadła okropna, przerażająca cisza.

- Mary-Love... - zaczął James Caskey zduszonym szeptem.

- Dostaniesz dom, Elinor - przerwała mu Mary-Love. - Tego przecież chcesz. Ja biorę dziecko, ponieważ tego ja chcę.

- Mamo, nie możesz...

- Bądź cicho, Oscarze! - krzyknęła jego matka. - Nie wiem, co tobie do tego!

- Po pierwsze, Miriam jest moją córką!

- Miriam należy do mnie i do Siostry!

Siostra przyniosła klucze do nowego domu. Cały czas trzymała w ramionach dziecko. Miriam wymachiwała rączkami, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę. Siostra wtuliła nos w szyjkę niemowlęcia i pocierała ją, aż dziewczynka zaczęła się głośno śmiać.

Do pokoju weszła Ivey, żeby zebrać ze stołu ostatnie szklanki.

- Ivey - rzuciła Elinor - kiedy tu skończysz, idź, proszę, na górę i zacznij pakować moje rzeczy.

- Chętnie, pani Elinor - powiedziała Ivey cicho, nie patrząc na nikogo innego.

Mary-Love uśmiechnęła się triumfalnie.

Oscar, wstrząśnięty, odwrócił się do żony.

- Elinor, jak możesz...

- Bądź cicho! Nie spędzę w tym domu ani jednej nocy więcej.

- Ale co z Miriam?!

- James, czy możesz użyczyć mi Roxie na jakiś czas? - spytała Elinor.

- Och, bardzo chętnie. Grace i ja i tak jadamy tutaj. Płacę Roxie pięć dolarów tygodniowo za siedzenie przez dziesięć godzin przy kuchennym stole. Nauczyła się już na pamięć czternastu rozdziałów Księgi Hioba!

Oscar wpatrywał się otępiały w swoje dziecko spoczywające w ramionach Siostry, która odeszła od stołu i stała w sąsiednim pokoju, widoczna dla wszystkich przez otwarte drzwi.

- Elinor, czy naprawdę zostawimy tu Miriam i przeprowadzimy się do drugiego domu?

Elinor złożyła serwetkę i wstała od stołu.

- Oscarze, czeka nas dużo pakowania - oznajmiła. - A ty powinieneś się przebrać z tych rzeczy.

- Ale nasza córka...

Chociaż nikt nie odezwał się ani słowem, Oscar urwał. W jego umyśle zabłysnął promień oświecenia, jasny jak słońce na niebie. To wszystko zostało zaplanowane. Elinor wiedziała, że jedynym sposobem, żeby go wyciągnąć z domu matki, jest zastąpienie go kimś innym, kimś, kogo Mary-Love pokocha jeszcze mocniej. Dlatego przyszła na świat Miriam. Elinor urodziła nie tyle córkę, co zakładniczkę. Zostawiała ją w domu na całe dnie, żeby jego matka i Siostra mogły się do niej przywiązać. Pozory, że Elinor wyprowadza się z nim i córką, były niczym więcej niż pozorami właśnie. Od początku miała zamiar złożyć Miriam w ofierze - wyrzucić dziecko z pędzących sań na pożarcie żarłocznym wilkom, żeby ona i jej mąż mogli uciec cali i zdrowi.

Oscar rozejrzał się wokół stołu. Nikt inny nie zrozumiał, nawet Mary-Love. Uchwycił spojrzenie żony i to, co w nim zobaczył, upewniło go, że miał rację, i ona wiedziała, że to zrozumiał.

- Czy jesteś gotowy iść się spakować? - spytała.

Oscar wstał od stołu i rzucił serwetkę na siedzenie krzesła. Mary-Love i Siostra stały w drzwiach, kołysały Miriam i gruchały.

W ciągu godziny Oscar i Elinor opuścili dom, porzuciwszy swoją córkę i nie wypowiedziawszy ani jednego słowa.