Powrót do pałacu - Agata Sawicka

Reflow text when sidebars are open.
Pamiętał dziadka jak przez mgłę, jego duże, spracowane dłonie, które z czułością mierzwiły mu włosy. Pomarszczoną upływem lat twarz, na której malowało się skupienie, gdy czytał gazetę, albo ta niesamowita łagodność przemieszana z troską, kiedy ukradkiem spoglądał na babcię.
Pamiętał też, jak dziadek trzymał go za rękę, gdy chodzili na spacer do lasu, jak sadzał go sobie na kolanach, kiedy siadywali na ławce przed domem, i snuł ciekawe opowieści. Nie pamiętał, o czym były. Czas zatarł resztę wspomnień, wymazał z pamięci tembr głosu dziadka, to, jaki był, jakie miał codzienne zwyczaje. Pozostało tylko to, co najważniejsze. Przeświadczenie, że przy nim czuł się szczęśliwy, bezpieczny, zauważony. Wakacje u dziadków należały do najlepszych wspomnień jego wczesnego dzieciństwa.
Minęło wiele lat, odkąd dziadek odszedł. Zmarł na raka płuc. Być może choroba była spowodowana nałogiem. Ten towarzyszący mu nieustannie dym papierosowy również stanowił element wspomnień o dziadku. Był jak mgła, która otulała jego wątłą, nieco przygarbioną postać, a ostatnio pomyślał, że również życie. Przeszłość. Tajemnicę.
Alojzy Magura był zwykłym, niczym niewyróżniającym się staruszkiem z siwymi, nieco przerzedzonymi włosami, zmarszczkami, poczciwymi oczami. Tak wyglądał na ostatnim zdjęciu z wnukiem, rok przed śmiercią. Siedzieli wówczas na drewnianych kłodach przy ognisku, piekąc kiełbaski.
Dopiero niedawno, po ponad dwudziestu latach od śmierci dziadka Nikodem spojrzał na niego inaczej. Pomagając siostrze remontować dom po zmarłych przed laty krewnych, natrafił na strychu na stare albumy rodzinne. Pochodziły najprawdopodobniej z powojennych lat, gdy dziadkowie byli jeszcze młodzi. Babcia miała piękne, długie włosy, pociągłą, emanującą łagodnością twarz i figurę, jakiej pozazdrościłaby jej niejedna kobieta, dziadek natomiast był postawnym mężczyzną o elegancko zaczesanych włosach i przystojnej twarzy. Nikodem dopiero wówczas uświadomił sobie, że przecież oni też byli kiedyś młodzi, podobnie jak on teraz. Mieli swoje problemy, radości, marzenia... Ale mimo wszystko wydawali mu się tacy bliscy, znajomi, w pewnym sensie przewidywalni. Do czasu, aż stało się coś, czego nadal nie potrafił pojąć.
Wśród zgromadzonych na strychu pamiątek znajdowały się również malunki autorstwa dziadka. Był amatorem, nie sprzedawał swoich prac, chociaż niewątpliwie miał talent. Obrazy przedstawiały zarówno martwą naturę, jak i pejzaże, ale znalazł się pośród nich też jeden, który znacząco odbiegał od reszty. I to on sprawił, że po ciele Nikodema przebiegły ciarki.
Gdzieś już widział ten symbol. Długo starał się przywołać z zakamarków pamięci ten motyw, aż w końcu odpowiedź przyszła do niego w pewnym sensie sama. Gdy wrócił do Gdańska, gdzie mieszkał, i do swojej pracy, pewnego dnia sprzątając biurko, natrafił na broszury hoteli, w których można by zorganizować konferencję naukową. Już jakiś czas temu szukał odpowiedniego miejsca, lecz z powodów od niego niezależnych konferencja została przełożona na inny termin, a on zostawił broszury na biurku, żeby w odpowiednim momencie do nich wrócić. Gdy robiąc porządki, od niechcenia je przeglądał, trafił na tę reklamującą pobyt w zabytkowym pałacu z dwiema wieżyczkami, na którego fasadzie widniał herb przedstawiający drzewo oplecione cierniem. Takie samo jak to namalowane kilkadziesiąt lat temu przez dziadka Alojzego. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Malunek dziadka oddawał herb w najdrobniejszych szczegółach.
Mężczyzna natychmiast sięgnął po smartfon i wygooglował w sieci Pałac von Wartenburgów, którego reklama tak go poruszyła. Kolejną godzinę spędził na lekturze wszystkich dostępnych artykułów na jego temat. Dowiedział się, że pałac znajduje się w Bukowicach na Dolnym Śląsku i należał do bogatej niemieckiej arystokratycznej rodziny von Wartenburgów. Jego prawowici mieszkańcy opuścili go w popłochu w 1945 roku, uciekając przed Armią Czerwoną, a po wojnie w budynku urządzono magazyn zboża i mieszkania dla pracowników PGR-u. Później przez długie lata obiekt niszczał. Kilka lat temu odzyskał go i odremontował potomek dawnych właścicieli - Otto von Wartenburg. Niemiec urządził w pałacu ośrodek wypoczynkowy, który cieszył się dobrą opinią. Cztery lata temu część budynku spłonęła. Otto von Wartenburg jednak się nie poddał i odbudował obiekt, który ponad rok temu w całości ponownie otwarto dla gości.
Zaciekawiony Nikodem obejrzał galerię zdjęć na oficjalnej stronie pałacu, zastanawiając się, dlaczego dziadek Alojzy namalował herb budynku oddalonego o kilkaset kilometrów od miejscowości, w której mieszkał. Nagle jego uwagę przykuło zdjęcie, które sprawiło, że na chwilę przestał oddychać...
Warszawa/Laski, wiosna 1938 roku
Ciepłe promienie słońca muskały jej twarz, wokół unosił się zapach budzącej się do życia przyrody. Zoja przeciągnęła się i odetchnęła głęboko. Mijał kolejny miesiąc jej pobytu w Zakładzie dla Niewidomych w podwarszawskich Laskach i chociaż początkowo obawiała się, czy się odnajdzie w tym nowym dla siebie środowisku, musiała przyznać, że czuła się tutaj bardzo dobrze. Mimo że ojciec podjął decyzję o umieszczeniu Zoi w zakładzie bez jej zgody, z perspektywy czasu była mu za to wdzięczna.
Dziewczyna ręką wyszukała stojącą przy dróżce ławkę i ostrożnie na niej usiadła. Lubiła to miejsce. Często przychodziła tu, żeby odpocząć, wyciszyć się, pomyśleć... Czasami wyobrażała sobie, jak wygląda w tym momencie niebo, czy świeci słońce, jakiego kształtu są chmury, albo tak jak dziś zatapiała się w swoich myślach i wspomnieniach...
Urodziła się w małej wsi na Zamojszczyźnie w ubogiej i prostej rodzinie. Otrzymała imię Zoja po babce, która była prawosławną Rusinką. Dziewczyna została wychowana w wierze katolickiej i przywiązaniu do polskości. Jej mama Oksana była kobietą o wielkim sercu, lecz Bóg przedwcześnie zabrał ją do siebie. Zmarła na suchoty, gdy Zoja miała jedenaście lat. Od tamtej pory wychowywał ją praktyczny i bardzo surowy ojciec. Nie było dnia, żeby dziewczyna nie tęskniła za matką. Brakowało jej zrozumienia, czułości i zwyczajnego matczynego ciepła, szczególnie gdy w wieku piętnastu lat całkowicie przestała widzieć. Od zawsze miała problemy ze wzrokiem, które pogłębiały się z biegiem lat. Miejscowy lekarz nic nie mógł na to poradzić i uprzedzał, że pewnego dnia w jej życiu może zapanować ciemność. Kiedy to się stało, Zoja długo nie mogła się pozbierać.
Na początku panicznie bała się tej ciemności. Przerażało ją, że bez względu na to, czy ma otwarte, czy zamknięte powieki, nie dostrzega zupełnie niczego. Nawet bladej poświaty, która towarzyszyła jej, na krótko zanim ostatecznie pogrążyła się w mroku. W tamtym czasie często budziła się w nocy z krzykiem, śniły jej się koszmary, a po przebudzeniu nadal tkwiła w tej okropnej ciemności. Nie miała pojęcia, kiedy się zaczynał i kiedy kończył dzień. Nawet śmierć przerażała ją mniej niż ten wszechogarniający mrok.
Gdyby nie Aniela, młodsza od Zoi sąsiadka, która w najtrudniejszych chwilach jej życia była dla niej przyjaciółką i bratnią duszą, być może dziewczyna nadal tonęłaby w mroku, ale innym niż ten, który sprawiał, że niczego nie widziała, lecz tym, który powoli pochłaniał jej duszę. To Aniela była przewodnikiem dziewczyny w tych pierwszych miesiącach ciemności. To ona prowadziła ją na spacery, opowiadała, jak wygląda otaczający je świat, pomagała oswoić się z niepełnosprawnością.
W końcu Zoja odnalazła w sobie siłę i chęć do życia. Przestała się bać ciemności, bo zrozumiała, że to, co najważniejsze, może dostrzec sercem i dzięki własnej wyobraźni. Pozostałe jej zmysły się wyostrzyły. Niebawem nauczyła się odróżniać dzień od nocy po zapachu i dźwiękach, jakie do niej docierały. Rozpoznawała pogodę i pory dnia. Rozróżniała rośliny za pomocą dotyku. Słyszała i czuła więcej niż inni.
Gdy dziewczyna na nowo otworzyła się na świat, okazało się, że nie był on przygotowany na nią. Ludzie we wsi traktowali ją z niechęcią, politowaniem, a czasem nawet z pogardą. Byli bowiem tacy, którzy uważali, że to za grzechy przodków spadło na nią nieszczęście. Krążyły nawet plotki, że jest przeklęta, jeśli najpierw straciła przedwcześnie matkę, a niedługo potem wzrok. Ociemniała, ślepa, kaleka - tak ją właśnie nazywali.
I chociaż Zoja starała się z całych sił normalnie żyć, pomagała ojcu w gospodarce, zajmowała się domem, to dla większości ludzi z jej otoczenia była naznaczona, wykluczona, inna. Nawet ojciec za taką ją uważał. Kiedyś niechcący usłyszała jego rozmowę z sąsiadem, gdy żalił się, że na stare lata będzie musiał opiekować się chorą córką zamiast ona nim, że nikt przecież Zojki za żonę nie zechce, bo niedojda, i że do końca życia będą klepać biedę...
Te słowa wyryły się w sercu dziewczyny jak bolesne brzemię, bo przecież zdawała sobie sprawę, że ojciec mówił prawdę. Niewidoma dziewczyna nie była nikomu potrzebna, ani z niej dobra żona, ani matka, bo jak miałaby zająć się dziećmi. Praca też szła jej wolniej niż innym, a na wsi wiadomo, trzeba było mieć siłę i być sprawnym.
Pewnego dnia, gdy Zoja wraz z ojcem wracali z kościoła, dogonił ich proboszcz. Był starszym, poczciwym mężczyzną, któremu leżało na sercu dobro każdego z parafian. Opowiedział im o Zakładzie dla Niewidomych w Laskach. Placówka przysposabiała dzieci i młodzież do życia, przygotowywała do różnych zawodów. Duchowny zasugerował, że dobrym rozwiązaniem byłoby wysłanie tam chociaż na kilka miesięcy niewidomej dziewczyny. Obiecał załatwić miejsce, jeśli się zgodzą. Ojciec szybko przystał na takie rozwiązanie.
***
W Laskach czas płynął wolniej, choć naprawdę dużo się działo. Zakład był prowadzony przez franciszkanki w duchu katolickim, dlatego każdy dzień rozpoczynał się od modlitwy i tak również się kończył. Pozostałe godziny wypełnione były różnymi zajęciami, zarówno tymi związanymi z nauką i przygotowaniem do zawodu, jak i rekreacyjnymi czy zwykłymi codziennymi obowiązkami. Zoja najbardziej lubiła zajęcia ze śpiewu oraz prace w ogrodzie. Coraz lepiej szło jej również czytanie alfabetu Braille'a, z czego była bardzo dumna. W zakładzie czuła, że nie jest bezużyteczna i wciąż może dać światu coś od siebie.
***
Ciszę w kaplicy przerwały dzwonki. Rozpoczęło się wieczorne nabożeństwo. Zoja zaczerpnęła głęboko do płuc powietrza i powoli z jej gardła zaczął płynąć śpiew. Słowa układały się w pieśń pochwalną ku czci Matki Bożej. Od dziecka kochała śpiewać, ale dopiero tutaj, w Laskach, odważyła się robić to publicznie, a nie jedynie wówczas, gdy nikt nie mógł jej usłyszeć. Pchnęła ją ku temu matka Elżbieta, niewidoma hrabianka Róża Czacka, która kierowała placówką. "Gdy śpiewasz, to oczyma duszy widzę świat tak dokładnie, jakbym nigdy nie utraciła wzroku" - powiedziała Zoi, gdy usłyszała ją po raz pierwszy. Od tamtej pory dziewczyna codziennie śpiewała w kaplicy, podczas pracy, a także wieczorami dla dzieci, które przebywały w zakładzie. Śpiew pozwalał jej wyzwolić emocje, odzyskać spokój i cieszyć się życiem. Była zadowolona, że w ten sposób może również służyć innym.
***
Pewnej majowej niedzieli Zoja wybrała się na spacer do lasu. Towarzyszyła jej Kasia, jedna z licznych osób, które z potrzeby serca poświęcały swój wolny czas na odwiedziny w zakładzie i pomoc niewidomym. Zoja polubiła ją od pierwszej chwili, gdy kilka tygodni wcześniej na siebie trafiły. Dziewczyna miała pogodny charakter i przypominała jej Anielę. Szybko nawiązała się pomiędzy nimi nić porozumienia i znalazły wspólne tematy. Gdy Kasia odwiedzała zakład, zawsze znalazła czas, żeby spędzić go wyłącznie w towarzystwie Zoi. Zazwyczaj wychodziły wówczas poza teren zakładu, a Kasia służyła jej za przewodniczkę. Trzymając ją za ramię, Zoja wsłuchiwała się w opowiadane przez koleżankę historie, a trzeba przyznać, że Kasia miała dryg do opowieści.
Tym razem skręciły w dróżkę prowadzącą na prawo i znalazły się na niewielkiej polanie. Kasia opisała Zojce wszystko ze szczegółami: kolor nieba, kształt chmur, odcień zieleni pobliskich drzew... Zoja próbowała to wszystko sobie wyobrazić. Jak zawsze nachodziła ją wtedy wątpliwość, czy stworzony w głowie obraz jest piękniejszy od tego rzeczywistego. Czy gdyby nagle odzyskała wzrok, to oczarowałby ją widok dokoła, czy może zawiódł?
- O czym tak myślisz? - zapytała Kasia, kiedy przysiadły na trawie pod rozłożystym dębem.
Zoja się uśmiechnęła.
- Zastanawiam się, czy pamiętam jeszcze, jaki świat jest naprawdę, czy obrazy, które widzę w głowie, są już wyłącznie wytworem mojej wyobraźni.
- Mój profesor filozofii powtarza zawsze, że nie ma jednej rzeczywistości. Każdy widzi ją na swój sposób - odparła zamyślona Kasia.
- Cóż, może rzeczywiście tak jest. Przykładem mogą być choćby chmury. Ktokolwiek spojrzy na tę samą chmurę, zobaczy w niej zupełnie inny kształt.
- Czyli jednak pamiętasz obrazy ze świata. - Kasia się uśmiechnęła i nagle poderwała z miejsca.
Zoja poczuła jej gwałtowny ruch.
- Mój Boże, zupełnie zapomniałam, że miałam poprowadzić o szesnastej krótkie zajęcia z dziećmi z ośrodka. Bardzo cię przepraszam, Zoja, ale musimy natychmiast wracać.
Dziewczyna poczuła się zawiedziona. Uwielbiała spacerować poza zakładem, las koił jej zmysły, sprawiał, że dusza odpoczywała. Westchnęła i uniosła głowę, jakby chciała spojrzeć na Kasię.
- Nie chcę jeszcze wracać. Proszę, pozwól mi tutaj zostać i nacieszyć się spokojem przyrody.
- Wykluczone, nie mogę tego zrobić. Zgubiłabyś się w lesie i...
- Zaczekam tutaj na ciebie - weszła jej w słowo Zoja i błagalnie złożyła dłonie jak do modlitwy. - Proszę, obiecuję, że nie ruszę się z miejsca ani na krok. Wrócisz po mnie, gdy skończysz zajęcia.
Na chwilę zapanowała pomiędzy nimi cisza, aż w końcu Kasia głośno westchnęła.
- Nie powinnam się na to zgadzać, ale mam potworne wyrzuty sumienia, że wzięłam cię na spacer i zaraz potem każę ci wracać. Dobrze... Niech będzie - zgodziła się, choć w jej głosie pobrzmiewała obawa. - Zakład jest praktycznie tuż za tymi drzewami, ale żeby tam trafić, musisz iść dróżką dokoła.
- Zaczekam tutaj na ciebie - powiedziała Zoja, uśmiechając się łagodnie.
- Oczywiście, nie masz innego wyjścia, jeżeli nie chcesz wpędzić mnie do grobu. Powiedziałam to, żebyś czuła się bezpiecznie.
- Ale ja się nie boję. W mojej rodzinnej wsi wszędzie chodziłam sama. A teraz idź już - ponagliła koleżankę. - I o nic się nie martw. Zaczekam tu na ciebie. I nie ruszę się z miejsca na krok.
***
Karl von Wartenburg narzucił na ramię plecak i zamknął drzwi wynajmowanego pokoju. Na korytarzu minął się z gospodarzem mieszkania - profesorem Rudnickim.
- Moje uszanowanie. - Karl ukłonił się jak zawsze, gdy go spotykał.
Starszy pan mruknął coś pod nosem i skinął niedbale głową. Alfred Rudnicki był profesorem filozofii i niegdyś wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Sprawiał wrażenie człowieka co najmniej stuletniego i nie do końca zdrowego na umyśle. Karl często słyszał, jak profesor mówił coś do siebie, ale najgorsze było to, że czasami te osobliwe monologi przechodziły w kłótnię. Karl czasem widział, jak żywo gestykulował przy tym rękami. Profesor miał też swoje dziwne przyzwyczajenia, jak choćby to, że co wieczór snuł się po mieszkaniu ze świecą, a każdego ranka przysiadywał na parapecie przy oknie w salonie i odczytywał na głos fragment jakiegoś dzieła filozoficznego. Karl zdążył się już jednak przyzwyczaić do tego cudaka. Najważniejsze, że mógł zajmować jeden z przestronnych pokoi w jego mieszkaniu, a profesor nie interesował się tym, co robi i gdzie chodzi. Miał pełną swobodę.
Karl wyszedł z kamienicy. Spojrzał na mapę, którą trzymał w ręku, po czym schował ją do kieszeni i wsiadł na rower. Dzisiaj miał w planach odwiedzić podwarszawskie Laski, gdzie mieścił się Zakład dla Niewidomych. Chciał obejrzeć to miejsce i ocenić, czy jest warte, aby o nim napisać, a przy okazji zamierzał nacieszyć się wiosenną pogodą i rowerową przejażdżką.
Warszawa tętniła życiem i miała w sobie jakiś urok, który go przyciągał. Już trzy lata wcześniej, gdy miał okazję przebywać w tym mieście przez kilka tygodni, bardzo je polubił. Tym razem przyjechał tu jako reporter berlińskiego tygodnika. Miał za zadanie relacjonować coraz bardziej napięte stosunki pomiędzy Polską a Trzecią Rzeszą. Pisał też serię artykułów dotyczących Warszawy i okolicy.
Wybór dziennikarskiej kariery oznaczał sprzeniewierzenie się ojcu, który widział syna w roli dyplomaty, prawnika czy wojskowego. Karl jednak zawsze stawiał na swoim i obierał nieoczywiste życiowe kierunki. Odetchnął pełną piersią, gdy wyjechał z zatłoczonego miasta. Mimo że studiował na uniwersytecie w Breslau, a przez jakiś czas również w Berlinie, nigdy do końca nie przyzwyczaił się do rytmu wielkomiejskiego życia. Wolał przebywać na łonie natury, gdzie czas płynął wolniej. Czuł się szczęśliwy. Rodzinny pałac we Frauenwaldau* niedaleko Breslau był jego ostoją i miejscem na ziemi, dokąd zawsze z przyjemnością i utęsknieniem wracał.
Gdy wjechał do lasu, poczuł odurzający zapach mchu i drzew. Ten również kojarzył mu się z domem. Zszedł z roweru i prowadził go, ciesząc się kontaktem z naturą. Potem zerknął na mapę i utwierdziwszy się w przekonaniu, że obrał właściwy kierunek, popędził na rowerze po nieco wyboistych leśnych ścieżynkach.
***
Zoja długo siedziała na trawie, ale w końcu zaczęło ją to nużyć. Ostrożnie podniosła się z ziemi, wygładziła sukienkę i postanowiła rozprostować nogi. Zrobiła kilka kroków, nie zamierzając się oddalać. Zdawało jej się, że minęła już ponad godzina, odkąd Kasia zostawiła ją w lesie, była więc pewna, że przyjaciółka lada chwila wróci.
W pewnym momencie Zoja potknęła się i straciła równowagę. Od upadku uchroniło ją rozłożyste drzewo, na które natrafiły jej dłonie. Odetchnęła z ulgą i przysunęła się bliżej niego. Gdy oparła się o konar plecami, poczuła, jak wstępuje w nią życiodajna energia. Mama zawsze jej powtarzała, że rośliny dzielą się z ludźmi siłą i mądrością, a kto żyje blisko natury, jest szczęśliwszy. Przypomniała sobie również piosenkę, której nauczyła ją kiedyś mama. Słowa same popłynęły z jej ust...
***
Karl był pewien, że powinien się już znajdować blisko celu, ale leśna droga się nie kończyła. Nagle usłyszał charakterystyczne syczenie i niebezpiecznie zachwiał się na rowerze. Przeklął, zorientowawszy się, że ma przebitą dętkę. Zeskoczył z roweru, otarł spocone czoło i zdenerwowany ruszył przed siebie. W pewnym momencie leśna droga stała się nieco szersza, co wziął za dobry znak, że zbliża się do wsi. Drgnął, gdy niespodziewanie usłyszał dziewczęcy śpiew. Mimo że nie potrafił wychwycić znaczenia pojedynczych słów, bo tajemnicza kobieta nuciła zbyt cicho, był zachwycony czystym i przejmującym brzmieniem jej głosu. Przystanął i uważnie wsłuchał się w piosenkę. Wtem z prawej strony dostrzegł niedużą polanę i rąbek białej sukienki wystający zza pnia rozłożystego dębu. To był impuls. Zostawił rower w trawie i powoli ruszył na polanę. Stąpał ostrożnie, bojąc się spłoszyć dziewczynę. Nagle natrafił nogą na jakiś zbutwiały konar drzewa, który trzasnął pod jego stopą. Karl zaklął w duchu. Nieznajoma gwałtownie zamilkła i wyszła zza drzewa.
Na chwilę zaparło mu dech w piersiach. Dziewczyna jawiła mu się jak jakaś leśna boginka z ludowych opowieści. Miała długi, sięgający pasa warkocz w odcieniu dojrzałego zboża i drobną twarz o pociągłych rysach. Na jej policzkach malowały się urocze rumieńce. Mógłby przysiąc, że promienie słońca tworzyły wokół jej postaci jasną poświatę.
- Kasiu, to ty?
Karl usłyszał dźwięczny głos dziewczyny, a jego serce zabiło mocniej, gdy zdał sobie sprawę, że patrzy na niego. Już miał się odezwać, gdy dziewczyna dodała z nutą niepokoju:
- Halo? Czy ktoś tutaj jest?
Wiedział, że powinien coś odpowiedzieć, ale tego nie zrobił. Stał w miejscu zaszokowany, a jednocześnie urzeczony urodą nieznajomej. Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi, a potem chwyciła swój warkocz i delikatnie gładząc go dłonią, przymknęła powieki i znowu zaczęła śpiewać. Wypływająca z jej ust melodia poruszała najgłębsze zakamarki serca Karla.
Nagle z zadumy wyrwał mężczyznę czyjś głos. Obejrzał się i zobaczył, że ścieżką nadjeżdżają konno jacyś mężczyźni, którzy żywo ze sobą dyskutowali. Uznał, że powinien się dyskretnie wycofać. Ostrożnie wrócił do swojego roweru i wówczas dojrzał zmierzającą szybkim krokiem z naprzeciwka kobietę.
- Zojka! - zawołała, wbiegając na polanę. - Zojka, już jestem!
Dziewczyna przestała śpiewać. Karl przykucnął przy rowerze, udając, że naprawia łańcuch. Kątem oka obserwował, jak po chwili obie kobiety przecinają polanę i zmierzają w stronę wsi. Zoja - to imię zapadło mu w pamięci - trzymała się ramienia kobiety, która po nią przyszła. Wzrok miała utkwiony przed siebie, lecz zupełnie nie reagowała na otoczenie. Karl zyskał pewność, że jest niewidoma i z pewnością przebywa w pobliskim zakładzie.
Gdy dziewczyna zniknęła mu z pola widzenia, w uszach wciąż słyszał jej śpiew, który zlewał się z głośnym dudnieniem jego serca.
* Niemiecka nazwa miejscowości Bukowice.