Rozdział I
Mędrcy powiadają, że kto składa śluby, zbiera owoce zrodzone z ich
treści. Przekonałem się, że to prawda.
Książę Kazz D'Avore
Założyciel Karmazynowej Gwardii
Równiny Łez
Subkontynent Bael
1165 rok snu Pożogi
11 rok panowania cesarzowej Laseen
99 rok Ślubów Karmazynowej Gwardii
Na szczycie krytego dachówką dachu rozbito mały namiot, łopoczący na
porywistym wietrze. Była to właściwie tylko peleryna z impregnowanej
tkaniny, wsparta na kiju, ledwie zapewniająca osłonę przed najgorszą
ulewą. Siedzący pod nią młodzieniec wytężał wzrok, wpatrując się w gęstniejącą ciemność. Od czasu do czasu dostrzegał otaczające go ruiny
zniszczonych przez oblężenie budynków, a jeśli przyjrzał się
wystarczająco dokładnie, mógł wypatrzyć majaczącą w górze sylwetkę
wyniosłej Ostrogi.
Zadawał sobie pytanie, po co właściwie stać na straży, jeśli i tak ni
cholery nie widać.
Samotna Ostroga wznosiła się setki stóp nad powierzchnię równin.
Miejscowa legenda mówiła, że zbudowała ją starożytna moc, gdy świat był
jeszcze młody. Być może był to czarnoksiężnik Shen, który obecnie ją
zamieszkiwał. Kyle nie potrafił tego stwierdzić. Wiedział tylko, że
Gwardia oblega skałę już od z górą roku i nadal nie zbliżyła się do jej
zdobycia. Co więcej, zdawał też sobie sprawę, że siedzący w ulokowanej
na szczycie fortecy Shen może stawić czoło całemu kompanijnemu korpusowi
magów jednocześnie, a po walce wszyscy będą dyszeć ze zmęczenia i gapić
się przed siebie z szaleństwem w oczach. Był bardzo potężny. Przechył
powiedział młodzieńcowi, że w takiej właśnie sytuacji do akcji muszą
wkroczyć kopacze.
Przechył był sabotażystą i żył już na świecie tyle lat, że powinien
wiedzieć lepiej. Trudził się teraz w piwnicy, wymachując kilofem. Nie
był przy tym sam, towarzyszyła mu reszta Dziewiątego Ostrza, wraz z paroma innymi ludźmi wskazanymi przez sierżanta Okopa. Wszyscy tłukli w kamienną podłogę młotami albo kilofami.
Wicher smagnął nagle twarz Kyle'a strugą wody. Chłopak zadrżał. Jego
zdaniem postąpili głupio, nie wspominając o tym nikomu.
- Nie chcielibyśmy, by ktoś ograbił nas z chwały - wyjaśnił mu Przechył,
uśmiechając się jak kretyn.
Ale przecież wszyscy uśmiechali się w ten sposób, gdy Skradacz
przedstawił Okopowi swój plan. Ufali jego znajomości okolicy, ponieważ
pochodził z tego brzegu Głębi Poszukiwacza, podobnie jak Kyle. Skradacza
zwerbowano przed kilku laty, gdy Gwardia migrowała przez region. Znał
miejscowe dialekty i wierzenia. Kyle wiedział, że tego właśnie oczekuje
się od zwiadowcy.
Gwardziści wykupili go z nabrajańskiej kolumny niewolników, by stał się
dla nich przewodnikiem na stepach. On jednak nie mówił południowymi
językami. Jego współplemieńcy częściej napadali na Nabrajan, niż z nimi
rozmawiali.
Otulił się szczelniej płaszczem. Ojczysty język gwardzistów, taliański,
również chciałby poznać lepiej. Gdy Przechył, Okop i Skradacz się
naradzali, podczołgał się blisko, by ich podsłuchać. Trudno mu jednak
było zrozumieć dialekt, jakim się posługiwali. Musiał długo obracać
słowa w głowie, by nabrały dla niego sensu. Wyglądało na to, że Skradacz
złożył w całość dwie legendy: o starożytnym Ascendencie, który ponoć
wzniósł Ostrogę, dając początek złotemu wiekowi, i tę nową, o "Królestwie Nocy" i pozostałych po nim ruinach. Od tej pory wszyscy
siedzieli pod ziemią, rozbijając mury i kamienną podłogę. Przechył z pewnością mamrotał pod nosem o tej cholernej "ukradzionej chwale". Kyle
odmówił krótką modlitwę do Ojca Wiatru, ducha przewodniego jego ludu.
Doszedł do wniosku, że jeśli się uda, zdobędą więcej chwały, niżby
chcieli.
Dochodziła też kwestia rywalizacji i zazdrości w "starej gwardii". Kyle
nie potrafił tego zrozumieć, choć służył z nimi już blisko rok. Tradycja
Gwardii utrzymywała, że Dziewiąte Ostrze jest jednym z tych
legendarnych, założono je przed stuleciem, a jego pierwszym dowódcą była
legendarna postać imieniem Oprawca. Przechył przywiązywał do tych
opowieści wielką wagę. Przytupywał z niecierpliwości na myśl, że
przewyższą korpus magów Gwardii i jej działających potajemnie welonów.
Deszcz lał coraz gwałtowniej. Pojawiły się w nim kulki gradu.
Pociemniałe niebo całkowicie przesłoniły skłębione chmury, jednak uwagę
Kyle'a przyciągnął jakiś ruch. W chmurach przesuwały się mroczne
sylwetki. Skrzydlate biesy przywołane przez Shena. Choć wokół
rozbłyskiwały oślepiające wyładowania, istoty kołowały leniwie, opadając
powoli ku ziemi. Kyle uniósł wzrok, przyglądając się szeroko
rozpostartym skrzydłom i gorejącym ślepiom. Modlił się do Wiatru, by
stworzenia poleciały dalej.
Nagle pierwsze z nich rozszczepiło się od paszczy aż po pachwinę, jakby
rozciął je niewidzialny miecz, i rozpadło się, tworząc chmurę ciemnego
jak inkaust dymu. Jego towarzysze wrzasnęli trwożnie i pochylili
jednocześnie skrzydła, zwracając się w stronę, z której przyszło
uderzenie. Kyle wymamrotał kolejną modlitwę, tym razem dziękczynną. Z pewnością służbę miał dziś Czepiec. Tylko pierwszy mag kompanii
potrafiłby wyprowadzić tak morderczy atak.
Kyle ziewnął i przeciągnął się, choć w górze trwała walka. Mokre ubranie
przylegało mu do skóry, sprawiając, że drżał z zimna. Przed rokiem,
widząc coś podobnego, natychmiast by zwiał. Na oczach Kyle'a ożyły
najstraszliwsze legendy opowiadane przez jego lud: biesy grasujące w nocy; ludzie, którzy władali mocą szamanów, ale zwrócili się ku złu,
czarnoksiężnicy. Wówczas skryłby się trwożnie pod zniszczonym dachem.
Teraz, po zaledwie kilku miesiącach obserwacji straszliwych, magicznych
starć, zobojętniał na nie całkowicie. Fajerwerki trwały pół dzwonu.
Fajerwerki - kolejne pojęcie nieznane Kyle'owi przed wcieleniem do
Gwardii. Obserwował zielono-różowy nimb spowijający jeden z budynków w dzielnicy kupieckiej, jakby widowisko urządzono dla jego rozrywki. Biesy
zatoczyły krąg nad światłami, krzycząc ochryple, niemal wyzywająco, a potem rzuciły się do ataku. Znikały jeden po drugim - unicestwione,
wygnane albo zmuszone do odwrotu na ciemne niebo. Potem nie było już nic
poza szumem deszczu i nieustannym, niskim łoskotem gromów. Kyle'owi
chciało się od tego spać.
Ocknął się, słysząc kroki zbliżające się od strony wieży w narożniku
dachu. Na górę wszedł Skradacz. W stożkowatym hełmie oplecionym
szamerowanym, jedwabnym sznurkiem wydawał się wyższy, a nawet wyglądał
elegancko. Zamiast płaszcza nosił dziś karmazynową gwardyjską opończę,
narzuconą na brygantynę z utwardzanej skóry nabijaną żelaznymi ćwiekami.
I jak zwykle, włożył sięgające kolan mokasyny. Przymrużył powieki i powąchał deszcz. Osłonięte jasnymi wąsami usta rozciągał w leniwym
uśmieszku. Uśmiechy Skradacza zawsze niepokoiły Kyle'a, być może
dlatego, że usta zwiadowcy wyraźnie do nich nie przywykły, a do tego
wesołość nigdy nie obejmowała jego piwnych oczu.
- Wszystko w porządku - oznajmił mężczyzna, nie wychodząc na deszcz. -
Zbieramy się na dole.
Kyle pozwolił, by peleryna opadła mu z głowy, a potem ruszył przed
siebie po popękanych dachówkach, między którymi było pełno dziur.
Skradacz szedł już w dół krętymi schodami, więc młodzieniec podążył za
nim. Dopiero w połowie drogi przyszło mu do głowy, że gdy zwiadowca się
uśmiechnął, patrzył na Ostrogę.
***
Piwnica była jedynie małą jaskinią o kopulastym sklepieniu. Około
trzydziestu uzbrojonych, zakutych w zbroje ludzi stało w niej obok
siebie. Kyle nie znał nawet połowy z nich. Z niektórych sylwetek buchała
para, mieszająca się z czarnym dymem lamp i pochodni. Oczy młodzieńca
zaszły od tego łzami. Potarł je grzbietem dłoni i odkaszlnął.
W ściśle do siebie przylegających kamiennych blokach podłogi wybito
dziurę. Kyle widział w niej biegnące w dół schody. Zadrżał, gdy po szyi
spłynęła mu zimna kropla. Wszyscy najwyraźniej na coś czekali. Zakasłał
w dłoń, przebierając mokrymi nogami. Nieopodal jakiś potężnie zbudowany
mężczyzna rozmawiał z sierżantem Okopem. Nagle zwrócił się w stronę
Kyle'a. Chłopak wciągnął powietrze z wrażenia, poznając spłaszczony nos,
grube usta oraz głęboko osadzone, szaroniebieskie oczy. Porucznik Szara
Grzywa. Nie był członkiem prawdziwej elity Gwardii, ale niewiele mu do
niej brakowało. Wskazał otwór skrytą w pancernej rękawicy dłonią i chuderlawy osobnik o szalonej, czarnej czuprynie, odziany w brązową
szatę z samodziału, ruszył w dół pierwszy. Kyle przypomniał sobie, że
mężczyzna nazywa się Dymek. Był magiem, jednym z Zaprzysiężonych. W kompanii zostało jeszcze około dwudziestu mężczyzn i kobiet, którzy
złożyli Śluby wiecznej wierności jej założycielowi, księciu Kazzowi
D'Avore.
Ludzie ruszyli gęsiego na dół: najpierw Szara Grzywa, a za nim sierżant
Okop, Garm, Cichy, Harman, Grere, Pielgrzym, Białas, Ambrose i inni,
których Kyle nie znał. Gdy chciał stanąć w kolejce, Skradacz położył mu
dłoń na ramieniu.
- My dwaj będziemy tylną strażą.
- Świetnie.
Rzecz jasna, jako zwiadowcy Dziewiątego Ostrza tam właśnie powinni się
znaleźć, biorąc pod uwagę, co leżało przed nimi. Zbyt długo już
obserwowali fajerwerki. Cały kompanijny korpus magów był zmuszony
przejść do defensywy. Kyle cieszył się, że może zostawić konfrontację
ciężkozbrojnym żołnierzom zmierzającym przodem.
Schody prowadziły do długiego korytarza, zalanego stęchłą wodą głęboką
na stopę. Po kamiennych ścianach ściekały strumyki. W wodzie pływały
piszczące w panice szczury. Żołnierze odkopywali je na bok, przeklinając
pod nosem. O ile chłopak mógł się zorientować w półmroku, tunel wiódł
prosto do Ostrogi.
Wyobraził sobie, że szereg mrocznych postaci to zgraja duchów -
znużonych widm brnących przez pełen wody korytarz na spotkanie z losem.
Wrócił myślą do młodzieńczych spacerów po wojennej ścieżce. Bracia,
siostry i przyjaciele mierzyli się z młodymi wojownikami z sąsiednich
klanów. Chodziło głównie o kradzież trofeów, mającą być dowodem
dorosłości. Teraz mógł już też przyznać, że nie mieli wiele więcej do
roboty. Nabrajanie nieustannie naciskali na ich ziemie. Zakładane przez
nich osady były jedynie skupiskami chat, ale nieustannie rosły. Jego
ostatnia wyprawa zakończyła się, gdy z braćmi i siostrami natrafili na
coś, na co nie mieli nazwy: garnizon.
Kolumna zatrzymała się raptownie i Kyle wpadł na krępego, łysego
mężczyznę idącego przed nim. Nieznajomy odwrócił się z nagłym uśmiechem.
Jego krzywe zęby błyszczały w ciemności.
- Jestem Ogilvy - przedstawił się głosem tak ochrypłym, że niemal
niesłyszalnym. - Trzydzieste Drugie Ostrze.
- Kyle. Dziewiąte.
Ogilvy skinął głową, zerknął na Skradacza i powtórzył ten gest.
- Będziemy tym razem mieli magika. Szara Grzywa ściągnie tu Czepca.
Czepiec był Zaprzysiężonym, nie tylko najstraszliwszym magiem w kompanii, lecz również zastępcą Blask oraz komendantem welonów,
bezlitosnych zabójców, jakich przed rokiem Kyle nawet nie potrafiłby
sobie wyobrazić. Widział oboje dowódców tylko z daleka i wolałby, żeby
tak zostało.
Skradacz zmarszczył brwi z niedowierzaniem.
- Lepiej, by Szara Grzywa rzeczywiście był taki dobry, jak wszyscy
mówią.
Ogilvy zachichotał. W jego oczach rozbłysła nagła wesołość.
- Korelrijczycy zaoferowali nagrodę za jego głowę. Malazańczycy również.
Zdradził i jednych, i drugich. Zwą go Kamiennym Wojownikiem. Słyszałem,
że jest wart beczułkę czarnych pereł.
- Dlaczego? - zainteresował się Kyle.
Ogilvy wzruszył potężnymi ramionami.
- Zdradził obie strony, tak? Mam nadzieję pewnego dnia się dowiedzieć,
jak właściwie to zrobił. - Mrugnął znacząco do Kyle'a. - Jesteście
tutejsi, zgadza się?
Kyle skinął głową. Skradacz tego nie zrobił. W ogóle nie ruszył się z miejsca.
Ogilvy potarł dłonią blizny na łysej czaszce.
- Ja służę w Gwardii już dziesięć lat. Zaciągnąłem się na Genabackis.
Młodzieniec wiele słyszał o tym kontrakcie. To było ostatnie większe
zadanie kompanii, ale zakończyło się przed kilku laty, gdy malazańska
ofensywa się załamała. Wszyscy weterani narzekali, że Imperium
Malazańskie nie jest już takie, jak kiedyś. Choć niechętnie mówili o przeszłości swojej i Gwardii, Kyle zdołał się zorientować, że często się
mierzyli z owymi Malazańczykami.
- To cholernie dziwny kontrakt - ciągnął Ogilvy. - My tylko staramy się
kryć, tak? A tymczasem korpus magów ćwiczy puszczanie dymu z dupy. To
nie w stylu Gwardii. - Popatrzył na nich wymownie. - Zaciągnąłem się, by
trochę się poruszać.
Kolumna znowu ruszyła i Ogilvy oddalił się, pluskając głośno.
- O co tu chodziło? - zapytał Kyle Skradacza.
- Nie mam pojęcia. Ogilvy służy w Gwardii już dziesięć lat i nawet on
nic nie wie. Słucham uważnie, co ludzie mówią, i wygląda na to, że w kompanii jest podział. Starzy przeciwko nowym.
Wysoki, chudy zwiadowca złapał Kyle'a za ramię. Palce wpiły się w ciało
niczym zęby psa. Zatrzymali się obaj. Młodzieniec odnosił wrażenie, że
cisza dzwoni mu w uszach.
- Coś ci powiem - zaczął Skradacz, pochylając się. Twarz skrywały mu
cienie. - W Karmazynowej Gwardii są tacy, którzy wędrują po świecie już
od bardzo dawna. Zgromadzili mnóstwo mocy i wiedzy. Nie wierzę, by
chcieli się tego wszystkiego wyrzec. To stara historia. Miałem nadzieję,
że zostawiłem ją już za sobą.
Puścił ramię Kyle'a i ruszył w dalszą drogę, zostawiając chłopaka samego
w ciemnym, cichym tunelu. Młodzieniec stał przez chwilę, zastanawiając
się, co o tym wszystkim sądzić, aż wreszcie ośmielone szczury zaczęły mu
się wdrapywać na nogi.
***
Znalazł Skradacza pod wyłamaną żelazną bramą, z pewnością zamykającą
ongiś korytarz. Pochylony zwiadowca przyglądał się jej uważnie,
trzymając w dłoni niemal całkowicie wypaloną świecę.
- Co to jest? - wyszeptał Kyle.
- Szczątki. Ważne pytanie brzmi jednak nie "co?", tylko "kiedy?".
Niedawno. Żelazo jeszcze nie ostygło. Słyszałeś coś?
- Tak mi się zdawało... przedtem.
- Ehe. Ja również. - Popatrzył przed siebie w słabym, złocistym blasku.
Tył idącej naprzód kolumny niknął powoli w mroku. Złapał za skórzany
woreczek wiszący na szyi i potarł go. Chłopak już przedtem zauważył u niego ten nawyk. - Słyszałem, co mówią o Szarej Grzywie. Ponoć jest kimś
znacznie więcej, niż się wydaje...
Kyle przyjrzał się rozbitej, powyginanej bramie. Pręty były o połowę
grubsze od jego nadgarstka. Czyżby zwiadowca sugerował, że to Szara
Grzywa ją wyłamał? Prychnął pogardliwie. To było śmieszne!
Skradacz skierował na niego błyszczące w blasku świecy oczy.
- Nie śpiesz się z osądem. Walczyłem już z najróżniejszymi przeciwnikami
i widziałem wiele rzeczy, w które nadal nie potrafię uwierzyć.
Kyle miał ochotę zapytać go o te dawne wojny, ale mężczyzna sprawiał
wrażenie, że coś go gryzie. Zerknął na młodzieńca jeszcze dwa razy. W jego oczach widniał błysk niepokoju, jakby żałował, że powiedział, co
myśli.
W świetle trzymanej przez Skradacza świecy Kyle ujrzał krótkie schody,
zaczynające się tuż za bramą. Były ciemne. To był czarny bazalt, skała
Ostrogi. Pośrodku wytartych stopni utworzyły się zagłębienia.
Wyprostował się, jego dłoń odruchowo znalazła rękojeść tulwara.
Zwiadowca zgasił świecę i chłopak ujrzał przed nimi światło lampy.
Dogonili Ogilvy'ego, który wskazał w górę, gwiżdżąc z uznaniem. Tunel
przechodził w okrągłą komnatę, wykutą w tej samej skale, co schody.
Czarny bazalt, macierzysta skała Ostrogi. Kyle'a niepokoiły rozmiary
komory, po chwili uświadomił sobie jednak, że stanowi ona podstawę szybu
schodów, wznoszących się ciasną spiralą po wewnętrznej ścianie
pomieszczenia. U ich podnóża migotały pochodnie. Kyle wytężył wzrok i zobaczył, że kolumna posuwa się powoli w górę. Szli teraz dwójkami,
Dymek i Szara Grzywa na czele. Wyszedł na środek komnaty i uniósł wzrok.
Wysoko w górze mgiełkę deszczu rozjaśniały kaskady ciemnoniebieskiego
światła. Wilgoć muskała zwróconą ku górze twarz młodzieńca. Wypatrzył w blasku błyskawic maleńki jak moneta dysk na samym szczycie wydrążonego w skale szybu. Zakręciło mu się w głowie. Dopadły go mdłości. Musiał się
oprzeć o zimną, śliską ścianę. Wysoko nad nim wiatr wył jak pies na
łańcuchu. Od czasu do czasu było też słychać łoskot piorunów.
Skradacz wszedł bez słowa na schody, nie zdejmując dłoni z rękojeści
miecza. Mokasyny pozwalały mu poruszać się zupełnie bezgłośnie. Ogilvy
klepnął Kyle'a w plecy.
- Chodź, chłopcze. Jeszcze tylko krótka przechadzka i będziemy mieli noc
za sobą - stwierdził, chichocząc.
***
Po dwudziestym pełnym obrocie schodów Kyle przyjrzał się uważnie
symbolom wyrytym nierówno w skale na wysokości jego barku. Ich szereg
piął się w górę razem ze schodami i tu i ówdzie - tam, gdzie strącono
mech i pajęczyny - można je było odczytać. Kyle nie znał jednak tych
znaków. Rozpoznawał tylko jeden: zwiniętą spiralę Wiatru, totem swego
ludu.
Po pewnym czasie nogi zupełnie mu zdrętwiały. Oddychał z wysiłkiem. Kto
czeka na nich na górze? I - co ważniejsze - jak Dymek i Szara Grzywa
zamierzali sobie z nim poradzić? Idący przed nim Ogilvy postękiwał i dyszał głośno. Weteran utrzymywał miarowy krok, mimo że dźwigał pełen
kolczy czepiec, koszulę i fartuch, szeleszczące przy każdym kroku.
Zbroja Kyle'a - złożona z fragmentów niepotrzebnych nikomu innemu -
ocierała mu szyję i piła boleśnie w ramiona. Składała się z za dużej
brygantyny z fragmentów lakierowanego rogu i kości, nałożonej na
przeszywanicę, rękawów z miękkiej skóry wyszywanych stalowymi
pierścieniami - wielu brakowało - nabijanego ćwiekami fartucha włożonego
na skórzane nogawice, oraz nagiego, żelaznego hełmu z nosalem tak
wielkim, że prawie dotykał piersi chłopaka. Kyle włożył do środka
szmatę, żeby hełm lepiej pasował. Cały ten ciężar zmienił wspinaczkę w torturę. A przecież przed rokiem, tego ranka, gdy Przechył zwalił mu
fragmenty zbroi na kolana, Kyle był gotowy się uznać za najbogatszego
człowieka w całym Baelu. Nawet wódz wojenny ich plemienia nie mógł się
pochwalić taką kolekcją. Teraz czuł się jak kompanijny głupek i żebrak.
Skupił się na tym, gdzie stawia nogi, starając się zapomnieć o przeszywającym uda bólu, otartych ramionach i ogniu wypełniającym płuca.
Wśród braci i kuzynów uchodził za jednego z najlepszych biegaczy.
Potrafił przetruchtać cały dzień, od wschodu do zachodu słońca. Nie
pozwoli, by stary weteran zostawił go z tyłu.
Z góry dobiegł krzyk. Kyle przystanął. Słyszał dźwięk odległych ciosów i krzyki zaalarmowanych ludzi. Broń wysunęła się ze świstem z pochew.
Chłopak wychylił się w bok, by zobaczyć, co się dzieje na górze, ale nic
nie zobaczył. Spojrzał pytająco na Ogilvy'ego, lecz weteran uciszył go,
unosząc dłoń. Jego oczy błyszczały w ciemności. Miecz trzymał przed
sobą. Maska żartownisia zniknęła, odsłaniając twarz zimnokrwistego
zabójcy. Uśmiech przerodził się w drapieżny grymas. Ta transformacja
mroziła krew w żyłach.
Kolumna znowu ruszyła przed siebie, stal pobrzękiwała o kamień. Po
trzech kolejnych obrotach Kyle dotarł do płytkiej niszy w ścianie.
Leżały pod nią zakute w zbroje szczątki kogoś martwego już od wieków.
Zmumifikowane ciało miało ciemnobrązową barwę. Kyle gapił się na trupa,
aż wreszcie Ogilvy popchnął go naprzód.
- Co to było, w imię Wiatru? - wyszeptał chłopak.
Weteran chciał wzruszyć ramionami, powstrzymał się jednak i splunął do
szybu.
- Strażnik. Ożywieniec. Słyszałem o nich.
Kyle uświadomił sobie ze zdziwieniem, że trzyma w ręce tulwar. Nie
przypominał sobie, w której chwili go wyciągnął.
- Czy był... martwy?
Ogilvy przeszył go spojrzeniem.
- Teraz już jest. Bądź cicho i miej oczy otwarte. Zaraz się zaczną
kłopoty.
- Skąd wiesz?
- Jak ryby w beczce. - Wskazał głową za siebie. - Poruszyliśmy alarm.
Shen będzie na nas czekał. Tak przynajmniej sądzę. Trzymaj się między
mną a ścianą, dobra?
To brzmiało nieźle. Kyle chciał już zapytać dlaczego, gdy na górze
rozbłysło oślepiające światło. Potem schody przeszył potężny wstrząs.
Ogilvy złapał chłopaka za rękaw i odciągnął od krawędzi. Nadszedł
gwałtowny powiew i szybem poleciało w dół coś wielkiego. Ciszę, która
nastała po wstrząsie, zmącił krzyk. Kyle odzyskał wzrok akurat na czas,
by ujrzeć spadającego w ciemność Gwardzistę. Jego głowa i szyja zmieniły
się w krwawą miazgę.
- Załatwia nas jednego po drugim! - wściekał się Ogilvy. - Gdzie Szary?
Kyle wytężył wzrok, spoglądając w górę. Widział już, że zbliżają się do
szczytu, gdzie strugi deszczu rozjaśniał blask księżyca oraz błyskawic.
Unosiła się tam jakaś mroczna sylwetka. Czarnoksiężnik, Shen. Gwardziści
wymachiwali pochodniami i mieczami, próbując go dosięgnąć. Stał
wyprostowany, spowity w migotliwe cienie. Jego dłonie wyglądały jak
wielkie, białe szpony. Sięgnął jednym z nich po kolejnego Gwardzistę,
ale ten zdołał sparować atak. Shen warknął i skinął ręką. Rozbłysło
błękitne światło. Gwardzista zgiął się wpół, jak uderzony mieczem w brzuch, zachwiał się i runął do szybu, tak blisko ściany, że omal nie
uderzył butami w zwróconą ku górze twarz Kyle'a.
Gwardziści zawyli z wściekłości. Rzucana broń i bełty z kusz odbijały
się od smukłej sylwetki. Czarnoksiężnik wybuchnął śmiechem, przenosząc
spojrzenie na następnego przeciwnika. Kyle wychylił się tak daleko, jak
tylko śmiał, wrzeszcząc z bezsilnego gniewu i strachu.
- Niech Kaptur ściągnie cię w dół, ty kupo nieludzkiego gówna! - ryknął
Ogilvy, potrząsając pięścią.
Dymek pochylił się ku Shenowi, rozpościerając dłonie na wysokości
żołądka. Gwardziści stojący na schodach odwrócili się, zasłaniając
twarze ramionami.
- Kryj się! - warknął Ogilvy, pociągając Kyle'a do tyłu za kolczugę.
W szybie eksplodowały płomienie, parząc młodzieńca niczym płynny metal.
Osłonił twarz, wciągając w płuca rozgrzane powietrze. Otworzył się przed
nim piec garncarski. Ogień wypełniał mu uszy, parzył grzbiety dłoni.
Nagle nadszedł powiew. Chłopakowi strzeliło w uszach i pożar zgasł. Kyle
dyszał spazmatycznie. Wokół unosiły się kłęby dymu, śmierdzącego
spalonymi włosami i osmaloną, garbowaną skórą.
- Na zęby Togga, Dymek, przyhamuj trochę - wychrypiał Ogilvy.
Obaj spojrzeli w górę, wypatrując czarnoksiężnika. Skłębione opary
skupiły się, jak wessane przez nagły wiatr, i zniknęły, odsłaniając
unoszącego się w powietrzu Shena. Najwyraźniej nic mu się nie stało.
Czarnoksiężnik skierował na Dymka spojrzenie bursztynowych oczu,
wyciągając bladą, szponiastą dłoń. Kyle pragnął być na górze, pomóc
Dymkowi, jedynemu magowi towarzyszącemu ich grupie. Uświadomił sobie, że
przeciwnik okazał się stanowczo za silny.
Czarnoksiężnik wyciągnął rękę do Dymka i skinął na niego palcem.
Gwardziści stojący blisko machnęli mieczami, ale bezskutecznie. Nagle
pojawiła się potężna postać Szarej Grzywy. Porucznik wystąpił z cieni i pchnął przed siebie szerokim, dwuręcznym mieczem. Klinga wbiła się w ciało Shena. Zdumiony czarnoksiężnik wytrzeszczył oczy. Otworzył usta i wydał z siebie przeszywający wrzask, a potem złapał obiema rękami za
miecz i skoczył do tyłu, zsuwając się z ostrza. Nim Szara Grzywa zdążył
pchnąć po raz drugi, czarnoksiężnik umknął przez otwór.
Stojący obok Kyle'a Ogilvy podrapał się po podbródku, spoglądając z namysłem w górę.
- I co, nie było tak źle? - zapytał, mrugając znacząco.
Kyle zaniemówił. Potrząsnął głową, przerażony i pełen ulgi. Nagle jednak
się poderwał. Coś sobie przypomniał.
- Skradacz!
Przeszukał wzrokiem szereg Gwardzistów i wypatrzył Skradacza blisko
Szarej Grzywy. Spojrzeli na siebie, a potem zwiadowca odwrócił oczy,
błyszczące jasno na tle ciemnej twarzy.
Ogilvy pociągnął nosem i schował miecz.
- Ehe, prosił mnie, żebym miał na ciebie oko. Jak byliśmy na dole.
- Nie potrzebuję niczyjej opieki.
- Jeśli chcesz zachować życie w tym fachu, musisz się nauczyć jednego. -
Weteran zakasłał i splunął do szybu. - Zawsze się zgadzaj, kiedy ktoś
chce ci pomóc, bo to się zdarza rzadko.
Kolumna znowu ruszyła w górę.
***
Wyszli z narożnej wieży na prostokątny, otoczony murami dziedziniec.
Deszcz siekł ich z boku, niesiony wichrem jak piasek na pustyni. Ludzie
zbijali się w grupy, gdy tylko znaleźli osłonę. Kyle wciągnął skórzaną
pelerynę, podbiegł do sięgającego mu pasa murku otaczającego
przelewający się staw i przycupnął za nim. Osłaniające szczyt Ostrogi
chmury spowijały go gęstą mgłą. Zawodzenie wiatru i łoskot piorunów były
tak głośne, że ludzie stojący obok siebie musieli krzyczeć sąsiadom do
uszu, by ci ich usłyszeli. W niemal ciągłym świetle błyskawic Kyle
zauważył, że jest to nie tyle forteca, ile otoczona murem rezydencja.
Centralny dziedziniec, mury, ławy, budynki - wszystko to wykuto z czarnego bazaltu Ostrogi. Zdumiewała go myśl, ile pracy z pewnością w to
włożono.
Tylko Szara Grzywa stał prosto. Szeroko rozstawił grube jak pnie drzew
nogi. Wiatr szarpał długimi, siwymi włosami, wysuwającymi się spod hełmu
porucznika. Gestami zakutych w pancerne rękawice dłoni podzielił swych
ludzi na oddziały. Kyle zastanawiał się, co renegat zrobił z dwuręcznym
mieczem, którym przebił Shena. Nie miał pochwy, w której mogłaby się
pomieścić taka broń, tylko wąski, jednoręczny miecz wiszący u pasa.
Nagle pojawił się Dymek. Mag pomknął w stronę Kyle'a jak niesiona
wichrem wrona. Przemoczone szaty przylegały do jego chudego ciała.
Czarne włosy, pozlepiane od deszczu, nadawały wąskiej twarzy wyraz
przerażonego, podtopionego szczura.
- Ty jesteś zwiadowca Kyle?! - wrzasnął mag ochryple.
Młodzieniec skinął głową.
Mag zadrżał, skrzywił się boleśnie i otulił szczelniej mokrym strojem.
Po twarzy spływały mu strumienie wody. Wskazał czterech mężczyzn
stojących obok Kyle'a. Wszyscy pokiwali głowami. Chłopak znał tylko
jednego z nich, potężnie zbudowanego rębajłę imieniem Geddin. Ucieszył
się z jego towarzystwa.
Dymek zbliżył usta do ucha zwiadowcy. Choć lał deszcz i mag przemókł do
suchej nitki, z jakiegoś powodu nadal biła od niego woń drzewnego dymu i gorącego metalu. Wskazał sękatym palcem na odcinek muru, wzdłuż którego
biegła długa kolumnada w całości wykuta z czarnego bazaltu: dach, filary
oraz mroczne wejścia do położonych dalej pomieszczeń.
- Sprawdzimy te pokoje. Wy pójdziecie na szpicy.
Mag zauważył reakcję Kyle'a i ryknął śmiechem, który zaraz przerodził
się w gwałtowny kaszel.
Młodzieniec wyciągnął tulwar i spojrzał we wskazanym kierunku, szukając
po drodze jakiejś osłony. Na szpicy. Rewelacja.
- Zaczekaj.
Dymek złapał go za prawą rękę.
Kyle omal mu się nie wyrwał, przypomniał sobie jednak słowa Ogilvy'ego.
Mag zmarszczył brwi, przyglądając się jego broni. Chłopak czekał, nie
wiedząc, o co tu chodzi. Deszcz siekł jego ramiona. Dłoń Dymka była
nieprzyjemnie gorąca. Mag odwrócił się, spoglądając na Szarą Grzywę i grupkę towarzyszących mu ludzi. Kyle dostrzegał za strugami deszczu
tylko niewyraźne sylwetki. Dymek podniósł rękę młodzieńca razem z mieczem, unosząc brwi w niewypowiedzianym pytaniu. Kyle wytężał wzrok,
ale nie był w stanie zobaczyć twarzy ani gestów Szarej Grzywy. Mag
chrząknął, najwyraźniej zauważywszy jakąś odpowiedź, i wyciągnął spod
szaty cienką stalową igłę. Zaczął nią drapać po zakrzywionej klindze.
- Mam wyskrobać coś szczególnego? Twoje imię? Łaskawość Oponn? Może
Ogień?
- Wiatr - odpowiedział Kyle, myśląc o swym totemie.
Igła znieruchomiała. Krople deszczu tłukły o ramiona chłopaka z siłą
pocisków z procy. Dymek przyjrzał się jego twarzy, mrużąc powieki, a potem uśmiechnął się porozumiewawczo.
- Ty też widziałeś te historie po drodze, hę? Celny wybór.
Wydrapał na klindze spiralę Wiatru. O dziwo, hartowane żelazo topiło się
pod jego naciskiem jak wosk. Uchwyt zrobił się gorący w uścisku Kyle'a.
Krople deszczu padające na klingę parowały z sykiem. Mag zwolnił uścisk.
O co mu chodziło z tym Wiatrem? Jak to mawiał ojciec chłopaka...
"Wszyscy są zdani na łaskę Wiatru".
Kyle uniósł wzrok. Mag skinął niecierpliwie dłonią, każąc mu ruszać.
***
Wykute w litym bazalcie pokoje były puste. Kyle odtrącał nogą zbutwiałe
liście oraz szczątki drewnianych mebli. Ogarnęło go rozczarowanie, ale
ku swemu wstydowi czuł również ulgę. Miał wrażenie, że jest odsłonięty,
całkowicie bezradny. Jakie miałby szanse w walce z czarnoksiężnikiem? W żołądku czuł kwaśny ucisk, kończyny drżały mu niepowstrzymanie.
Przed nim zawodził wicher, a do środka wpadały krople deszczu,
zdradzając lokalizację wyjścia. Kyle wszedł do pokoju o trzech ścianach,
wychodzącego na krawędź Ostrogi. Wiatr szarpał nim gwałtownie i młodzieniec musiał się złapać ścian. W pomieszczeniu znajdowała się
wielka klatka z drewna i sznurów, wisząca na drewnianym ramieniu, które
najwyraźniej dawało się wysuwać na zewnątrz. Lina biegła od klatki do
wnęki w suficie, a z tyłu pokoju opadała znowu ku bębnowi wciągarki
wielkości wzrostu mężczyzny.
Dymek zajrzał do środka przez ramię Kyle'a i poklepał go po plecach.
- To nasza droga na dół.
- Nie przy tym wietrze - poskarżył się jeden z mężczyzn czekających za
magiem. - Roztrzaska nas na kawałki.
Dymek skrzywił się wściekle, spoglądając na Gwardzistę - być może
jedynego niższego niż on żołnierza w całej kompanii.
- Zawsze musisz narzekać, Młodziak?
Podłogę przeszył nagły wstrząs, kładąc kres rozmowom. Od odległych ech
pękających skał Kyle'a rozbolały zęby. Dymek odzyskał równowagę i zachichotał.
- Staruszek Szary go wyłowił!
Skałą wstrząsnął kolejny wybuch. Kyle mógłby przysiąc, że zadrżała cała
Ostroga. Rozstawił szeroko nogi. Klatka z drewna i sznurów zakołysała
się ze skrzypieniem i łoskotem. Z twarzy maga zniknął uśmiech.
- Tak mi się zdaje - uściślił, ocierając wodę z twarzy.
- Wracajmy - zasugerował kolejny Gwardzista. Kyle go nie znał. Mówił po
taliańsku, w ojczystym języku kompanii. - Braciszkowie się niepokoją.
Dymek chrząknął na znak zgody, poprawiając przemoczone szaty. Kyle
przyjrzał się nieznanemu Gwardziście. Mężczyzna powiedział
"Braciszkowie". Chłopak słyszał już przedtem to słowo. Miało coś
wspólnego z elitą Gwardii, pierwszymi Gwardzistami, Zaprzysiężonymi. Być
może tak nazywali się między sobą? Nadal spoglądał z ukosa na mężczyznę.
Miał na sobie poobtłukiwaną łuskową zbroję, na plecach nosił wielką
tarczę, a u pasa miecz w pochwie. Równie dobrze mógł być Zaprzysiężonym.
Oni nie nosili obręczy ani epoletów. Nie sposób ich było odróżnić od
innych gwardzistów. Przechył tłumaczył mu, że robią to celowo.
"Chodzi o strach. Przeciwnik nie wie, z kim się mierzy. To skłania do
zastanowienia".
***
Gdy wrócili do wewnętrznych pokojów, roiło się w nich od Gwardzistów.
Najwyraźniej tu właśnie wyznaczono punkt zborny. Kyle obserwował
schodzących się najemników przez łuki między kolumnami. Ludzie ślizgali
się na gładzonych, mokrych od deszczu kamieniach. Spojrzał na niskiego
najemnika stojącego obok.
- Co jest grane, Młodziak?
W widocznych pod brzegiem owiniętego w mokrą tkaninę hełmu oczach
mężczyzny pojawił się błysk gniewu.
- Nie nazywam się Młodziak - wysyczał Gwardzista przez zaciśnięte zęby.
Kyle przeklął własną głupotę i te dziwaczne, cudzoziemskie imiona.
- Przepraszam. Dymek tak do ciebie mówił...
- Dymek może każdego nazywać, jak mu się podoba. Ty lepiej okaż trochę
szacunku...
- Przepraszam, nie...
Ktoś pociągnął Kyle'a za kolczugę. Chłopak odwrócił się i zobaczył
Przechyła. Stary saper mrugnął do niego znacząco.
- Nie zawracajmy naszemu przyjacielowi Bollowi głowy pytaniami. On nie
zwykł nikomu pomagać.
Boll zacisnął wargi jeszcze mocniej, wykrzywiając je w gniewnym
grymasie. Pozdrowił Przechyła pochyleniem głowy, odepchnął się od ściany
i wmieszał w tłum Gwardzistów.
- Co tu się dzieje? - wyszeptał Kyle.
- Nie jestem pewien - przyznał szczerze weteran. - Zaczekamy, to się
dowiemy. No wiesz, w takich sprawach tak to najczęściej wygląda.
Kyle omal nie zapytał: "W jakich sprawach?", ale wszyscy stanęli nagle
na baczność, prezentując broń. Zdziwiony chłopak rozejrzał się wokół. Co
tu było grane? Dlaczego zawsze dowiadywał się o wszystkim ostatni?
Odniósł wrażenie, że żołnierze wyprostowali się jednocześnie, jak
marionetki na sznurku. Może weteranów Gwardii łączył jakiś bezgłośny
język albo instynkt, którego on nie miał? Mnóstwo razy, gdy siedział w pokoju, przyglądając się grze w karty, albo drzemał sobie spokojnie w koszarach, był świadkiem tego, jak wszyscy zrywają się nagle, jakby
usłyszeli werbel. W takich przypadkach niedawno zwerbowani zawsze
przygotowywali się ostatni i zamykali kolumnę.
Tym razem młodzieniec zauważył, że ośrodkiem uwagi zgromadzonych jest
otwarte wejście do głównego budynku, położonego po drugiej stronie
dachowego ogrodu. Ludzie stojący pod kolumnadą unieśli naładowane kusze,
kierując je ku drzwiom. Pierwszy szereg uklęknął, a drugi stał za nim.
Kyle'owi nie dano tego rodzaju broni, bo kompania miała jej za mało.
- Idą - wyszeptał Przechył.
W strugach deszczu pojawiła się wychodząca z budynku drużyna żołnierzy.
Szara Grzywa szedł na końcu. W pojedynkę przesunął kamienną płytę drzwi,
zamykając je za sobą. Ludzie przebiegli truchtem przez przylegające do
siebie ogrody i patia, kryjąc się za ławkami i kamiennymi donicami
ogrodowymi, w których pozostały już tylko ogołocone przez deszcz, martwe
krzewy. Ci żołnierze celowali w drzwi, podczas gdy ich towarzysze
przebiegli do innej części dziedzińca. Był wśród nich unoszący wysoko
kuszę Skradacz. Szara Grzywa zamykał kolumnę. Kroczył powoli i ciężko,
jakby był pogrążony w zamyśleniu. Ani razu się nie obejrzał. O dziwo,
strugi niesionego wiatrem deszczu powiewały za nim na podobieństwo
chorągwi.
Gwardziści dotarli do kolumnady. Gdy Szara Grzywa wychynął zza zasłony
deszczu, Kyle zauważył, że pokrywa go warstwa lodu. Z fartucha zbroi
malazańskiego renegata zwisały sople. Strącał je, sypiąc odłamkami na
kamienną powierzchnię. Para buchała z niego jak kłęby dymu. Ku zdumieniu
młodzieńca nikt nie skomentował tego ani słowem.
Dymek podszedł do porucznika.
- Nie możemy opuścić klatki! - zawołał. - Wiatr jest za silny.
Szara Grzywa skinął ze znużeniem głową.
- Schody na nic się nam nie zdadzą. Shen już się o to postarał.
Lita skała pod stopami Kyle'a podskoczyła nagle, jakby ktoś ją kopnął.
Jedna z kolumn pękła, rozszczepiając się jak suchy pień drzewa. Ludzie
uchylali się przed odłamkami. Nozdrza młodzieńca wypełniła ostra woń
skalnego pyłu.
- Ocknął się - rzekł Szara Grzywa, odpowiadając na bezgłośne pytanie
Dymka. - Lada chwila tu będzie. - Zwrócił się w stronę głównego budynku,
długiego, niskiego, czarnego bunkra pozbawionego okien i ozdób. - Shen
go obudził, nim zdążyłem temu zapobiec. Przeklęta grotowa pijawka.
Stojący obok sierżant Okop skinął na ludzi, każąc im rozciągnąć szereg.
Przesunęli się w obie strony, szukając kryjówek. Kusze cały czas
kierowali ku drzwiom.
Dymek potarł szczurze wąsiki, przygryzając dolną wargę.
- Może powinniśmy sprowadzić Czepca - zasugerował.
W jasnoniebieskich oczach Szarej Grzywy pojawił się błysk. Porucznik
potarł je urękawicznioną dłonią i westchnął.
- Nie. Jeszcze nie. - Skrzyżował ręce na piersi. - Przekonajmy się, co
obudziliśmy.
Kyle omal nie zapytał, co się dzieje. Wyglądało na to, że ci dwaj
zaprowadzili wszystkich w miejsce, skąd nie było ucieczki. Co było nie
tak ze schodami? Przechył spojrzał chłopakowi w oczy, jakby czytał w jego myślach, i popatrzył znacząco na tylne pokoje. Kyle skinął głową.
Spotkał się ze zwiadowcą przy ostatnim wejściu, z którego było widać
dziedziniec. Ludzie kucali albo wychylali się zza kolumn, unosząc gotowe
do strzału kusze. Rozmawiali cicho, spoglądając ze znużeniem na Szarą
Grzywę. Kyle usłyszał nawet śmiech przebijający się przez uderzenia
piorunów i szum deszczu. Zadał sobie pytanie, czy najważniejsza w zajęciu najemnika nie jest przypadkiem umiejętność okazywania
obojętności w obliczu zagrażającej śmierci.
Przechył uśmiechnął się doń zachęcająco, pocierając udo otwartą dłonią.
- O co chodzi, chłopcze? Wyglądasz, jakby przed chwilą padł twój
ulubiony koń.
Kyle mimo woli parsknął krótkim śmiechem. Niech go Wielki Wiatr ma w swojej opiece! Czyżby był szalony?
- Jesteśmy tu uwięzieni, prawda? Nie mamy drogi ucieczki i tylko
Bliźniaczy Kpiarze wiedzą, co przyjdzie nas zeżreć.
Przechył uniósł brwi, ściągnął czapeczkę z utwardzanej skóry służącą mu
jako hełm i podrapał się po głowie.
- A niech to, ależ ze mnie głąb. No wiesz, człowiek zapomina, że
przesłużył już tyle lat w tym samym oddziale, że prawie potrafi czytać w ich myślach. - Pomacał granicę ostrzyżonych na jeża włosów i zmiażdżył
coś między palcami. Popatrzył na Kyle'a. Oczy miał tak jasne, że
wydawały się niemal bezbarwne. - Przepraszam, chłopcze. Zapomniałem, że
jesteś zupełnie zielony. A przecież to ja odbierałem twoją przysięgę.
Ale się narobiło.
Zachichotał i odwrócił wzrok.
- I co dalej? - nie ustępował Kyle.
- Ach! No tak, chłopcze. Posłuchaj, Shen, ten czarnoksiężnik, nie żyje.
Szara Grzywa go wykończył. Ale Czepiec i Dymek obawiali się, że coś tu
jest, i okazało się, że to prawda. Shen cały czas karmił się jego mocą,
a przed śmiercią go obudził. Jest potężny i cholernie starożytny.
- Kto to taki?
- Jakiś potężny mag. Magus, może nawet Ascendent. Mistrz groty Serc.
Ascendent. Kyle słyszał już kilkakrotnie tę nazwę. Ktoś, kto włada
potężną mocą? Znał plemienne określenia grot - niektórzy starcy nadal
uparcie zwali je "Twierdzami" - nie wiedział jednak, jak się nazywają po
taliańsku.
- Serc. Która to grota?
- Nieba.
Kyle poczuł się, jakby zawodzący wokół wicher porwał go nagle w górę i poniósł na łeb na szyję. Głos wichury przerodził się w grzmiący śmiech.
Łoskot gromów wypełnił głowę chłopaka, przeganiając wszelkie myśli.
Przypomniał sobie, jak ojciec mu mówił, że pioruny to głos Wiatru
śmiejącego się z zarozumiałych ludzi i ich absurdalnych wysiłków. Pole
widzenia chłopaka zacieśniło się, przechodząc w wąski tunel, jakby znowu
miał przed oczyma klatkę schodową Ostrogi. Zamrugał i potrząsnął głową.
Nadal mu się w niej kręciło.
Przechył odwrócił wzrok. Jego uwagę przyciągnęło coś innego.
- Muszę już iść, chłopcze.
Nie czekając na odpowiedź, stary sabotażysta klepnął Kyle'a w bark i wrócił do towarzyszy.
Chłopak oparł się o ścianę. Kolana mu zdrętwiały. Uniósł tulwar,
przyglądając mu się uważnie. Z symbolu Wiatru wytrawionego w klindze
spływały kropelki wody. Czy to możliwe? Czy ta istota była jednym z nich? Założycielem ich plemienia? Błogosławionym Duchem Wiatru?
Deszcz zaczynał słabnąć. Kyle wbił wzrok w litą ścianę chmur. Wyglądało
to, jakby szczyt Ostrogi sięgał do jakiegoś innego królestwa, świata
pełnego ciemnoszarych chmur i bezlitosnego wiatru. Wichura przerodziła
się nagle w huragan, rozbryzgując kałuże. Wszyscy schowali się
pośpiesznie, tylko Szara Grzywa stał z rozstawionymi szeroko nogami,
osłaniając twarz zakutym w zbroję ramieniem.
Drzwi głównego budynku wypadły nagle na zewnątrz, jak wysadzone
pociskiem Moranthów, o których opowiadano Kyle'owi. Rozpadły się na
kawałki, odbijające się z trzaskiem od kolumn i murów jak wystrzelone z kuszy bełty. Chłopak wzdrygnął się, gdy jeden z nich skaleczył go w nogę. Jakiś Gwardzista zwalił się na plecy. Padł tak sztywno, że nikomu
nawet nie chciało się sprawdzać, czy żyje.
Z drzwi wyłonił się mężczyzna. Kyle'a zdumiało, jak bardzo masywny się
wydaje, choć szerokością w barach ustępował Szarej Grzywie. Włosy miał
gęste, białe jak kość i splecione w warkoczyki. Wiatr w ogóle nimi nie
poruszał. Cera nieznajomego była biała jak śnieg. Ozdobione frędzlami
wełniane szaty opadały mu z ramion aż do stóp. One również w ogóle się
nie poruszały na wietrze. Był oazą spokoju pośród burzy.
Wodził gorejącym srebrnym blaskiem spojrzeniem od twarzy do twarzy. Gdy
zatrzymał je na Kyle'u, chłopak był zmuszony odwrócić wzrok. Te oczy go
przerażały, groziły opętaniem. Poczuł, że twarz zapłonęła mu wstydem,
jakby z jakiegoś powodu nie był ich godny. Wiatr uspokoił się nagle,
zawodzenie ucichło. Gęste, skłębione chmury wycofały się, jakby zbierały
siły przed ostatnim atakiem.
W tę ciszę wkroczył Dymek. Jego sandały kląskały na mokrej skale dachu.
Magus - Kyle nie wątpił, że istota ma co najmniej taką rangę -
obserwował niskiego człowieczka z wyraźnym rozbawieniem. Dymek uklęknął
i przesunął ręce nad kamienną nawierzchnią. Z jego dłoni trysnęły
płomienie. W stronę jestestwa pomknęła wijąca się jak wąż linia ognia.
Magus przyglądał się temu cierpliwie i z zaciekawieniem. Pochylił nieco
głowę, śledząc wzrokiem trasę płomienia.
Linia zbliżyła się do obutych w sandały stóp i podzieliła na dwie
gałęzie, otaczając magusa kręgiem. Istota przeniosła spojrzenie na
Dymka, który wzdrygnął się pod jego ciężarem. Magus strzelił palcami i promienie rozprysły się na wszystkie strony niczym stłuczona szyba.
Dymek padł na plecy jak uderzony i przesunął się kawałek po mokrym
kamieniu, zatrzymując się u stóp Szarej Grzywy.
- Czegoś takiego nie ogląda się co dzień - wydyszał człowieczek.
Magus stał nieruchomo, ale Szara Grzywa nie oderwał od niego wzroku, by
sprawdzić co z Dymkiem.
- Powinniśmy wezwać jego - stwierdził czarodziej, podnosząc się z dachu.
Magus rozpostarł powoli ramiona, jakby był ptakiem gotowym się zerwać do
lotu. Szara Grzywa zaczerpnął tchu, chcąc coś powiedzieć, powstrzymał
się jednak i spojrzał w bok. Wzdłuż kolumnady zbliżały się trzy sylwetki
odziane w ciemne, targane wiatrem płaszcze - dwóch mężczyzn i jedna
kobieta. Kyle był pewien, że nie przyszli tu z ich grupą. Szara Grzywa
zaklął pod nosem. Dymek dmuchnął w dłonie i splótł je mocno.
Gwardziści schodzili z drogi trojgu przybyszom. Kyle wiedział, że
pierwszy z nich to Czepiec. Miał twarz o ostrych rysach, niebieskie
spirale tatuaży na podbródku i gęstą siatkę blizn od noża na szyi.
Drugim zapewne był Keitil. Smagłolicy mężczyzna był koczownikiem,
podobnie jak Kyle, choć pochodził z krainy zwanej Równiną Wickańską.
Trzecią była Isha, masywna kobieta o szerokich biodrach i długich,
ciemnych włosach splecionych w pojedynczy warkocz. Wszyscy troje byli
welonami - najemnymi skrytobójcami.
Szara Grzywa zerknął pytająco na Dymka.
- Na pewno zwrócili się do niego Braciszkowie - stwierdził mag,
wzruszając ramionami.
- Widzę, że osiągnęliście pewne postępy! - zawołał do Szarej Grzywy
Czepiec.
Renegat zgarbił się, nie odpowiadając ani słowem.
- Nie prosiliśmy o waszą pomoc - wykrztusił po chwili.
Czepiec machnął urękawicznioną dłonią.
- Proszę bardzo, zakończcie to sami. Jeśli potraficie.
Szara Grzywa znowu spojrzał na nieruchomego magusa.
- Wy zawsze stosujecie to samo rozwiązanie. Nie trzeba się
zastanawiać...
- Coś się dzieje - ostrzegł go Dymek.
Magus odchylił głowę, spoglądając na chmury. Wyprostował ramiona jeszcze
bardziej, otworzył dłonie i rozpostarł palce. Grube wełniane rękawy
opadły, odsłaniając niebieskie tatuaże w kształcie spiral i fal,
otaczające obie kończyny od dłoni aż po barki. Symbole Wiatru.
- Nie! - wykrztusił Kyle.
Duch Wiatru! To z pewnością był on. Błogosławiony Przodek, według nauk
jego plemienia. Chłopak pochylił się i otworzył usta gotowy coś
wykrzyknąć. Ostrzeżenie? Błaganie?
- Kryć się! - zawołał Czepiec.
Magus uniósł ręce nad głowę, jakby chciał sięgnąć ku chmurom. Zacisnął
dłonie w pięści i opuścił gwałtownie ręce.
Na Ostrogę spadła kanonada błyskawic. Kamień trząsł się pod ich ciosami.
Ludzie wrzeszczeli przeraźliwie głosami załamującymi się z przerażenia.
Kyle padł na drżącą powierzchnię. Oślepiały go nieustanne błyskawice.
Osłonił głowę ramionami. Z jego ust wyrwał się nieartykułowany krzyk.
Kiedy to się skończy?
Burza minęła. Kyle słyszał jeszcze huk gromów dobiegający z odległych o wiele mil równin. Uniósł się i zamrugał. Czuł się, jakby zbito go
drewnianymi pałkami. Wszyscy Gwardziści podnosili się z wysiłkiem,
jęczeli i chwiali się na nogach. O dziwo, Szara Grzywa wciąż stał.
Chłopak zadał sobie pytanie, czy cokolwiek mogłoby zwalić renegata z nóg. Jednakże nawet on krzywił się z bólu i pochylał głowę, by osłonić
oczy. Dymek leżał nieruchomo u jego stóp. Przechył trzymał w objęciach
jego głowę, przyglądając się z uwagą oczom.
Magus nie ruszył się z miejsca. Krzyżował teraz ręce na piersiach.
Kyle podczołgał się do Przechyła.
- Nic mu się nie stało?
Sabotażysta trzepnął maga w policzek.
- Chyba nic. To twarda sztuka.
Chłopak się rozejrzał. Czepiec zniknął razem z dwojgiem swoich ludzi.
- Gdzie są welony?
- Wzięli się do roboty.
- Jak to do roboty? - zapytał Kyle, prostując się nagle.
Stary sabotażysta wskazał głową magusa.
- Nie!
Kyle wstał.
- Chłopcze? - Przechył przyjrzał mu się z uwagą. - O co chodzi,
chłopcze?
- Nie mogą tego zrobić! Nie mogą...
Przechył złapał go za ramię.
- Ten bies jest groźbą dla wszystkich. Mieliśmy swój udział w jego
przywołaniu, więc...
- Nie! Nie groził nikomu.
- Przykro mi, ale nie tak się to robi - odparł Przechył, kręcąc głową. -
Nie możemy podejmować podobnego ryzyka.
Kyle wyrwał mu się i wyszedł chwiejnym krokiem na dziedziniec.
- Chłopcze!
Zerwał się do biegu, choć krzywił się z bólu przy każdym kroku. Był
przekonany, że zaraz uderzy piorun, zmieniając go w zwęglonego trupa.
Nic się jednak nie stało. Nie rozbłysła błyskawica, nie oberwał bełtem z kuszy - obawiał się również, że Gwardia natychmiast ukarze go za
niewykonanie rozkazu. Słyszał krzyki zagłuszane przez wycie wiatru.
Magus nadal stał nieruchomo, jak zdobiące dziedziniec kamienne posągi.
Przechylił głowę o potężnych łukach brwiowych, jakby nasłuchiwał
jakiegoś odległego przekazu.
Kyle przeskakiwał przez ławki, przebiegał po mozaikach z białych i różowych kostek. W pewnej chwili wyciągnął miecz. Zapewne nie było to
najrozsądniejsze pociągnięcie, gdy biegł w stronę magusa, czy może nawet
Ascendentu, ale musiałby się zatrzymać, by schować broń, a nie potrafił
się zdobyć na to, by ją wyrzucić. Gdzieś w pobliżu czaił się Czepiec z dwójką swych welonów.
- Prastary! - zawołał. - Uważaj!
Istota rozprostowała ręce. Krzywy grymas na jej twarzy przerodził się w szeroki uśmiech. Za jej plecami znikąd pojawił się Czepiec. Kyle potknął
się o coś i runął na kamień, ślizgając się naprzód. Czepiec zamachnął
się obiema rękami i uderzył.
Chłopak wrzasnął z gniewu i frustracji. Świat rozpadł się na odłamki
białego światła. Rozległ się wybuch. Kyle nie przestawał spadać. Huk
odbijał się kolejnymi echami, przechodząc w przerażający śmiech,
wstrząsający wszystkim. Śmiech nie milkł, a chłopak leciał na łeb na
szyję, przerażony, że to się nigdy nie skończy albo że za chwilę
roztrzaska się o skały.
Przez ten ryk przebił się głos kobiety, mówiącej w ojczystym języku
Gwardii:
- Co to było, na uśmiech Cienia?
- Nie jestem pewien - odpowiedział mężczyzna.
- Trafiłeś?
- O dziwo, tak. Był materialny. Ale pod koniec wrażenie zrobiło się
jakieś dziwne. Tak czy inaczej, jestem pewien, że pozbyliśmy się go na
dobre.
- A co z tym tutaj? - zapytała kobieta. Tym razem jej głos był bliżej.
- Żyje. Wygląda na to, że miecz pochłonął większą część podmuchu.
Chłodna, wilgotna dłoń ujęła Kyle'a za podbródek i poruszyła jego głową
w przód i w tył.
- Słyszysz mnie? - zapytała kobieta.
Nie był w stanie jej odpowiedzieć. Miał wrażenie, że całkowicie utracił
kontakt z ciałem. Ciemność skupiła się powoli wokół niego. Miękka,
puszysta ciemność, tłumiąca wszelką świadomość. Kobieta znowu coś
powiedziała, ale jej głos był jedynie szeptem. Potem zapadła cisza.
***
Obudził go ból. Straszliwy ogień trawiący prawą dłoń. Uniósł ją ospale
do oczu i zobaczył, że jest owinięta szmatami. Zmarszczył brwi, próbując
coś sobie przypomnieć.
- Wróciłeś do nas, hej? - usłyszał znajomy ochrypły głos.
Kyle podźwignął z wysiłkiem głowę. Syknął, czując ból pulsujący pod
czaszką. Przechył siedział obok niego. Znajdowali się w jednym z pokojów
wykutych w czarnym bazalcie. Pod ścianą za sabotażystą spoczywał jakiś
Gwardzista. Twarz miał owiniętą szmatami, było widać tylko jedno brązowe
oko, przyglądające się mu niczym odległe światło przewodnie zapalone
nocą na równinach.
Kyle odwrócił wzrok. Przełknął ślinę, by złagodzić suchość w gardle.
- Co... co się stało?
Przechył wzruszył ramionami. Wyciągnął z woreczka u pasa glinianą fajkę.
- Czepiec pchnął nożem magusa, Ascendent, czy kim on tam, na Kult
Tragedii, właściwie był. Rozbłysły błyskawice, jakby nadszedł koniec
świata, jaki zapowiadają niektóre religie. Kiedy się uspokoiły, na
miejscu została tylko trójka welonów. Skurwysyn zniknął bez śladu.
Zamienił się w popiół. Masz cholerne szczęście, że żyjesz. Ale twoja
łapa wygląda jak pieczona kuropatwa.
Kyle znowu przyjrzał się zabandażowanej ręce. Zniknął? Zginął?
- Jak to możliwe?
Przechył wepchnął kciukiem rdzawy liść do fajki.
- Och, nie znasz Czepca tak dobrze, jak ja. Jeśli coś żyje, on potrafi
to zabić. - Przechył pochylił się. - Powiedziałem im, że chciałeś sam go
załatwić. No wiesz, okryć się chwałą i zdobyć dla siebie imię. Na
przykład Cholerny Dureń z Przypaloną Łapą. Coś w tym stylu. Kapujesz?
Kyle parsknął śmiechem, lecz zaraz złapał się z jękiem za bolącą głowę.
- Ehe, kapuję. I co teraz?
Przechył wsunął ustnik między zęby.
- Teraz musimy zaczekać. Wiatr już się uspokaja. Wkrótce będziemy mogli
bezpiecznie opuścić kosz. Kontrakt jest wykonany.
- I udało wam się?
Przechył zmarszczył krzaczaste brwi.
- Co miało nam się udać?
- Ukraść chwałę.
Stary sabotażysta wyjął z westchnieniem fajkę z ust i schował ją z powrotem do woreczka.
- Posłuchaj, chłopcze, niech ci się nie...
- Wiedzieliście, że ktoś, czy może coś, tu będzie, tak? Od samego
początku. - Wsparł się na łokciu i spróbował się podnieść na kolano.
Przechył ujął go pod ramię i postawił na nogi. Chłopak oparł się o ścianę i jej chłód przywrócił mu siły. Dotknął lewą dłonią czoła, chcąc
powstrzymać zawroty głowy. - Dlatego właśnie tu przyszliście, prawda?
Dlatego przyjęliście ten kontrakt, mimo że to nie jest typowe zadanie
dla Gwardii?
Przechył przystanął obok Kyle'a, gotów go podtrzymać, gdyby chłopak
zemdlał.
- Nie musisz się tak ekscytować. Pewnie, że podejrzewaliśmy, że będzie
tu coś godnego naszej uwagi. W przeciwnym razie po prostu
pomaszerowalibyśmy przed siebie. Przykro mi, że ślubował Wiatrowi, tak
samo jak ty.
Kyle znowu parsknął śmiechem. Ślubował!
- To pech, nic więcej. Żołnierze muszą się przyzwyczaić do takich
rzeczy. Połowa ludzi, których zabiłem, przysięgała Toggowi, tak samo jak
ja. To nic nie znaczy, chłopcze.
Kyle potrząsnął głową.
- Nic nie rozumiesz.
Jak ktoś, kto nie pochodził z jego ludu, mógłby pojąć, że ta istota z pewnością była samym Duchem Wiatru? A oni go zabili. Jak Czepiec, zwykły
śmiertelnik, mógł uśmiercić ducha? To z pewnością było niemożliwe.
- No cóż, może rzeczywiście tego nie rozumiemy. W końcu tylko
przechodzimy przez ziemie Baelu. To prawda. Jest jednak coś, co my
rozumiemy, a ty nie. - Przechył wskazał na zachód. - Gwardia toczy bój
na śmierć i życie z wielką potęgą, chłopcze. Potęgą zdolną spustoszyć
całą tę krainę tylko po to, by się do nas dobrać.
- Z Malazańczykami.
- Masz rację. Cieszę się, że słuchałeś, co do ciebie mówimy. No więc...
potęga to potęga. Wiemy, że ten czarnoksiężnik, Shen, miał za mało mocy,
by wywołać taką burzę. Zakłócił pogodę na całym subkontynencie. Na
waszych równinach zapanowała susza, bo ściągnął wszystkie deszcze tutaj,
na wschodnie wybrzeże. Mieliśmy nadzieję, że to będzie coś, co
moglibyśmy wykorzystać w wojnie z przeklętymi Malazańczykami, ale, jak
sam widziałeś, to był tylko cholerny magus snów.
- Snów?
- Ehe. Czepiec mówi, że całą tę burzę wezwały i podtrzymywały tylko sny
magusa. Wyobrażasz to sobie, hej?
Kyle omal nie rzucił się na sabotażystę.
Wy durnie! Zabiliście boga naszego ludu!
Czaszkę rozsadzał mu jednak oślepiający ból. Zawzięcie potarł czoło
zdrową ręką.
- Dobrze się czujesz, chłopcze?
Skinął energicznie głową.
- Przydałoby mi się trochę świeżego powietrza.
Przechył ujął go za ramię i wyprowadził do korytarza. Na zewnątrz, za
kolumnadą, gwardziści siedzieli na ławkach i donicach ogrodowych,
rozmawiając, odpoczywając, smarując broń i zbroje. Sabotażysta posadził
chłopaka na szczycie szerokich schodów opadających na położone niżej
patio, które przerodziło się teraz w cuchnącą sadzawkę, pełną gnijących
liści i gałęzi. Szczyt Ostrogi nadal krył się w chmurach. Kyle
przypuszczał, że nie zmieni się to jeszcze przez pewien czas, burza już
jednak minęła. Pioruny nie uderzały o wierzchołek ani nie niosły się
echem na równinach na dole. Wysoko w górze rozjarzały się jeszcze
bezgłośne błyskawice.
To nie mogło się stać. Jak coś takiego mogło być możliwe? Kyle doszedł
do wniosku, że nic już go w życiu nie poruszy. Nie mógł jednak
zaprzeczyć, że coś się wydarzyło. Przyjrzał się swej zabandażowanej
dłoni. Nie czuł w niej nic poza tępym, nieustającym bólem. Na pewno
posmarowali mu ją maścią. Zauważył też, że jakaś życzliwa dusza schowała
jego tulwar do pochwy. Wyciągnął broń lewą ręką. Skóra uchwytu
przypominała w dotyku suchą korę. Kyle strzepnął spaloną powłokę,
odsłaniając osmalony trzpień. Klinga była jednak czysta i nienaruszona.
Tańczyły wzdłuż niej spirale i łuki Wiatru. Kyle odwrócił zakrzywiony
oręż i poderwał się nagle. Nie przypominał sobie, by Dymek wyrył znaki
po obu stronach.
Dotknął zimną klingą czoła i odmówił modlitwę do Wiatru. Będzie musiał
zrobić nowy uchwyt. Nada broni nazwę Tcharka, Dar Wiatru. Nigdy nie
zapomni, co się dziś wydarzyło.
- Odpocznij chwilę - poradził mu Przechył. - Mamy jeszcze czas.
Kyle pozwolił, by głowa opadła mu na kamienny mur. Spoglądając spod
przymkniętych powiek, zauważył Skradacza. Zwiadowca przykucnął obok
dwóch Gwardzistów, których chłopak nie znał. Jeden z nich był wyjątkowo
kudłaty i naznaczyły go straszliwe blizny, drugi zaś był mężczyzną w starszym wieku, o brodzie splecionej w drobne warkoczyki. Obaj mieli
smagłą skórę i potężną budowę godną niedźwiedzi. Przypominali Kyle'owi
ludzi z Gór Kamiennych, położonych daleko na zachód od jego ojczyzny.
Przechył skierował na chłopaka spojrzenie lśniących, brązowych oczu,
szepcząc coś do towarzyszy. Wyczerpany Kyle zasnął w podmuchach
słabnącego wiatru.
***
Tuż przed świtem Kyle doczekał się wreszcie swej kolejki, by zjechać na
dół. Wsiadł z czterema towarzyszami do skleconego z wikliny, sznurów i drewna kosza kołyszącego się nad przepaścią. Żelazne ramiona wciągarki
obracało ośmiu Gwardzistów. Porywisty wiatr targał włosami trzymającego
hełm pod pachą chłopaka.
- A jak oni zejdą na dół? - zapytał towarzyszącego mu w koszu mężczyzny,
gdy Gwardziści wykonali pierwszy obrót.
Mężczyzna zerknął leniwie na trudzących się przy wciągarce ludzi. Na
jego ustach pojawił się blady, okrutny uśmieszek.
- Skurwysyny mają pecha. Lepiej oni niż my. Będą musieli zejść po
linach.
Gdy kosz zbliżył się do nagiego urwiska, wiatr wzmógł się nagle. Kołysał
wątłą konstrukcją i szarpał karmazynową opończą Kyle'a. Gwardzista
powiedział "my". Chłopak uświadomił sobie, że stał się teraz jednym z nich, choć nigdy nie będzie należał do nich w pełni. Był członkiem
bractwa, ale to bractwo zabiło kogoś, kto był dla niego czymś w rodzaju
boga. Jednego z przodków, przewodników albo obrońców jego ludu, być może
nawet awatar wielkiego Ojca Wiatru. Wiedział, że od tej chwili łatwiej
mu będzie robić użytek z broni, którą miał u boku. Patrzeć obojętnym
wzrokiem na śmierć i zabijanie. Robić to, co konieczne. Przyjrzał się
ludziom towarzyszącym mu w krótkiej podróży, która mogła się dla nich
zakończyć śmiercią. Dwaj spoglądali na chmury, być może wypatrując oznak
zmiany pogody. Trzeci kierował wzrok w dół - zapewne zastanawiał się,
gdzie wylądują. Ostatni gapił się przed siebie, w pustkę. Ich otoczone
drobnymi zmarszczkami oczy były całkowicie pozbawione wyrazu. To byli
ci, których nic już nie mogło dotknąć. Kyle'a coś do nich ciągnęło. Miał
wrażenie, że zamieszkał wraz z nimi w martwym świecie. Obserwował ich
spocone, ogorzałe, naznaczone bliznami twarze i czuł, że jego oblicze
również upodabnia się do tej maski. Mógł teraz patrzeć na każdego,
żywego lub umarłego, i nic nie widzieć.
Rozdział II
Od pokoleń biegunami quontaliańskiego kontynentu były prowincja untańska
na wschodzie oraz prowincja Quon Tali (od której pochodzi nazwa lądu) na
zachodzie. Na zmianę przejmowały one dominację nad szlakami kupieckimi,
starając się zmiażdżyć odległego rywala, podczas gdy pomniejsze państwa
- Itko Kan, Cawn, Gris i Dal Hon - pląsały w tańcu niezliczonych
sojuszy, unii handlowych i trojek tworzonych przeciwko jednemu z owych
biegunów. Któż mógłby przewidzieć, że obie wielkie stolice szybko padną
ofiarą najeźdźcy, podczas gdy biedniejsze prowincje będą stawiać opór
przez wiele lat?
Kronikarz Denoshen
Pustelnie południowego Kan
Było południe i tłum przepychający się w palących promieniach słońca
ulicą Opalową w Uncie gęstniał z każdą chwilą, tworząc nieruchomą,
zgiełkliwą masę. Ulica wychodziła na plac Sięgacza. Dobiegający stamtąd
zwierzęcy ryk dziesiątek tysięcy gapiów uderzał w próbujących dołączyć
do nich ludzi. Wychodzące na ulicę balkony na pierwszym piętrze uginały
się pod ciężarem nierozsądnie licznych płacących gości.
Sfrustrowani obywatele uwięzieni na ulicy nie mogli już posuwać się
dalej, ale Opos bez trudu poruszał się pośród tłumu, przeskakując od
jednej luki do drugiej. Tu posługiwał się muśnięciem, ówdzie celnym
uderzeniem łokcia. Tych, którzy wykonywali jego zawód, uczono
wykorzystywania tłumów. Między innymi dlatego tak bardzo je lubił. Był
przekonany, że gęsta ciżba zapewnia mu anonimowość, a do tego miał niską
opinię o naturze ludzkiej i sądził, że w tak licznej rzeszy nikt niczego
nie zorganizuje.
Wyszedł na zaśmieconą, wykładaną cegłami nawierzchnię placu Sięgacza i ujrzał przed sobą falujący tłum obywateli imperium. Dzisiaj był dzień
egzekucji. Cesarzowa pozbywała się wrogów w tak okrutny sposób i na
oczach tak wielu świadków, jak to tylko możliwe. Miało się to stać
zbawiennym ostrzeżeniem dla wszystkich, którzy rozważali popełnienie
podobnych zbrodni, i, rzecz jasna, również dostarczyć rozrywki masom
wiernych poddanych. Opos posuwał się naprzód brzegiem olbrzymiego placu,
tuż pod otaczającym go murem. Według jego oceny zebrało się tu około
pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Wszyscy skupili uwagę na centralnym
podwyższeniu, gdzie wielu pomniejszych przestępców spotkała już
dekapitacja, wyprucie trzewi bądź wbicie na pal.
W tym miesiącu tłum był ponadprzeciętnie liczny. Opos nie wątpił, że
nadliczbowych gapiów przyciągnął tu najatrakcyjniejszy więzień,
czekający dziś na krwawy i okrutny kres: Janul z prowincji Gris, mag i w swoim czasie również wielka pięść, który podczas niedawnych zaburzeń
ogłosił się tyranem Delanssu. Stłumienie buntu wymagało wielkiego
nakładu środków. Z tego powodu Janul zasłużył sobie na gniew cesarzowej
oraz publiczną kaźń. Niewykluczone jednak, że wszyscy ci tłoczący się na
placu obywatele - Opos przyznawał, że on również - zadawali sobie
pytanie, czy za tą egzekucją nie kryje się również inny powód. Janul był
ongiś członkiem doborowej kadry cesarza. Jednym ze Starej Gwardii.
Przemykający za plecami zebranych Opos usłyszał nagle czyjś głos. Samo w sobie nie było to niczym niezwykłym. Grota Mockra zmieniła jego wygląd
tylko w minimalnym stopniu. Zadowolił się przebraniem za zwykłego
robotnika. W gęstej ciżbie ludzie plotkowali, oferowali na sprzedaż
rozmaite towary i zakładali się o los skazańców. Ten głos dobiegał
jednak ze Ścieżek Kaptura. Opos wyprostował się i rozejrzał. Nikt nie
poświęcał mu zbytniej uwagi.
- Na górze - słyszał zniecierpliwiony głos. - Na górze.
Opos uniósł wzrok. Gładki mur zbudowano z ciasno ułożonych kamiennych
bloków, upstrzonych plamami pleśni i porostów. Na samym szczycie, prawie
cztery wzrosty mężczyzny nad ziemią, ciągnął się szereg kul, parodia
blanków godna jednego z błaznów Oponn. Ludzkie głowy nadziane na
szpikulce.
Mężczyzna odwrócił się i rozejrzał wokół. Czy to możliwe?
- Tak. Na górze.
Opos oparł się o mur, kierując twarz ku plecom tłumu.
- Słyszysz mnie? - wyszeptał.
- Mam uszy.
- I niewiele więcej.
Skrytobójca poczuł napływającą z drugiej strony Ścieżek Kaptura
irytację.
- Świetnie. Załatwmy wszystkie jak najszybciej.
- O czym ty gadasz?
- O dowcipach o głowach. Czuję, że masz ochotę jakiś powiedzieć. Na
przykład: "głowa do góry", tak?
Opos parsknął śmiechem. Kilka osób popatrzyło w jego stronę. Zakasłał,
zebrał flegmę w ustach i splunął.
- Kapturze, broń! To byłby zupełny brak wrażliwości.
- Gadaj zdrów. Nie tkwię tu od wczoraj.
- Dlaczego właściwie rozmawiamy? Masz na górze kiepskie towarzystwo?
Wrony zjadły im języki?
- Mam dla ciebie wiadomość.
Opos zesztywniał raptownie, choć zawsze świetnie nad sobą panował. Tego
typu wiadomość mogła pochodzić tylko z jednego źródła.
- Słucham - wykrztusił jeszcze cichszym głosem.
- Wracają.
- Kto wraca?
- Ci, którzy oszukali śmierć. Rebelianci. Wszyscy zawłaszczacze i uzurpatorzy.
- Kto?
- O, właśnie nadchodzi jedna z nich.
Opos odsunął się nagle od muru. Przykucnął, a w jego dłoniach znalazły
się noże. Przyjrzał się plecom najbliższych ludzi. Kto? O kim mówił
duch? Z tłumu wyłoniła się niska, atletycznie zbudowana kobieta o krótkich, rozczochranych włosach upstrzonych plamkami siwizny. Nosiła
ubiór służącej: prostą koszulę i wystrzępione, płócienne spodnie. Stopy
miała bose i brudne.
To była jego zwierzchniczka, cesarzowa Laseen.
- Nie sądziłem, że tu przyjdziesz - powiedział Opos, prostując się.
Popatrzyła nań spod opadających powiek.
- Z kim przed chwilą rozmawiałeś?
- Z nikim. Mówiłem do siebie.
- Doprawdy? To bardzo nudne zajęcie.
Przed oczyma Oposa rozbłysły plamy gniewu. Wypuścił powietrze z płuc i rozprostował ramiona.
W swoim czasie. Wszystko w swoim czasie.
Laseen nadal przyglądała mu się leniwie. Opos jak zawsze odnosił
wrażenie, że cesarzowa poddaje go osądowi. Jak daleko mogła się posunąć?
Jak bardzo się jej bał?
Nagle parsknęła śmiechem.
- Biedny Urdren. Tak łatwo cię przejrzeć.
Zdumiony Opos wytrzeszczył oczy. Urdren? Skąd znała jego pierwsze imię?
Zostawił je za sobą razem z trupem ojca.
Cesarzowa odwróciła się od niego.
- Ona tu jest. Nie wątpię w to. Miej oczy otwarte. Będę krążyła w tłumie.
Opos omal się nie pokłonił, zdążył się jednak powstrzymać na czas.
Laseen zniknęła w ciżbie. Mężczyzna znowu oparł się o mur.
- Mówił, że nic jej nie powiesz.
- Kto ci to mówił?
Z drugiej strony dobiegło westchnienie.
- Zastanów się.
- O co chodziło z tym oszukiwaniem śmierci?
- Skąd mam wiedzieć? Jestem tylko posłańcem, chłopcze.
- A co...
- Oto on. Główna atrakcja.
Przez tłum przebiegł niecierpliwy szmer, przeradzający się powoli w ogłuszający ryk. Opos stał na samym końcu i w ogóle nie widział
podwyższenia.
- Masz stamtąd dobry widok?
- To najlepsze miejsce na widowni.
Przedstawienie właściwie nie obchodziło Oposa. Nie dla niego tu przybył.
Przyglądał się tyłom głów gapiów, wypatrując jakiegoś ruchu albo
rozbłysku magii grot.
- I co tam się dzieje? - zapytał.
- Wyprowadzili Janula. Chyba go przedtem torturowali. Związali mu ręce
za plecami, ubranie ma podarte. Może czymś go oszołomili. Tak robiliśmy
w dawnych czasach, przed nadejściem cesarza. Ale z drugiej strony nie
przypominam sobie, by kiedyś stracono tu talent. Jak właściwie to
robią?
- Pył otataralowy.
- Aha. Rozumiem.
- A co z tobą? Niewątpliwie jesteś talentem. Czy cię nie stracili?
- My na tym murze jesteśmy wszystkim, co pozostało z ostatniej rady
rządzącej Unty.
Opos był pod wrażeniem. To wydarzyło się na długo przed jego
narodzinami.
- Gdy flota Kellanveda zdobyła port, uciekłem w głąb lądu z połową
miejskiego skarbca. Konie wpadły w panikę i cholerna kareta się
przewróciła. Złamałem sobie kark.
Tłum zaryczał. Wszyscy krzyczeli jednocześnie, potrząsając uniesionymi
pięściami.
- Co się dzieje?
- Odczytują zarzuty. Ustawili piecyk koksowy. Ostrzą noże. Chyba
ugotują Janulowi wnętrzności na jego oczach, utrzymując go przy życiu,
jak długo się da. Nigdy nie widziałem, żeby to się udało.
- Tym razem się uda.
- A dlaczego?
- Zajmie się nim uzdrowiciel władający Denul.
- A co z otataralem?
- Użyto go bardzo niewiele. Rzecz jasna, konflikt mocy otataralu i uzdrawiającej magii w końcu zabije Janula. O ile pożyje tak długo.
- Rozumiem. Przytrzymują go, pochylają mu głowę, żeby musiał patrzeć.
Zerwali z niego koszulę. Przecięli mu nisko brzuch, z boku na bok.
Drugie cięcie, tym razem pionowe. Przysunęli piecyk bliżej. A teraz...
Tłum zaryczał głośno. Opos słyszał w tym głosie mieszankę obrzydzenia,
strachu, bojaźni i fascynacji. Tłuszcza cisnęła się w stronę
podwyższenia, potwierdzając opinię Oposa o ludzkiej naturze.
- Rzucili jego trzewia na gorące węgle, a on nadal stoi! Nie mam
pewności, czy ciągle jest przytomny. A co to? Wielki topór?
- Teraz go poćwiartują, poczynając od dłoni, przyżegając kikuty.
- Muszę przyznać, że Malazańczycy urządzają lepsze przedstawienia od
nas. Już po ręce. Na pewno jest nieprzytomny, podtrzymują go pomocnicy
kata. Ale nie, widzę, że porusza ustami. Idzie następna rebeliantka.
Zaskoczony Opos odsunął się od muru i przykucnął, wodząc wzrokiem po
plecach gapiów. Z tłumu wyłoniła się kolejna kobieta i spojrzała na
niego. Nie przypominała drobnej, atletycznej cesarzowej. Była starsza,
masywnie zbudowana i siwowłosa. Zaciskała mocno usta i marszczyła brwi w wyrazie dezaprobaty. To był jego dzisiejszy cel: siostra i wspólniczka
Janula, Janelle.
- To ty - warknęła. - Piesek pokojowy. Miałam nadzieję spotkać panią.
- Lubię się uważać za pokojowego psa obronnego - odparł z uśmiechem
Opos.
- Daruj sobie te kiepskie dowcipy. - Kobieta wyprostowała się,
zaplatając ręce na piersi. - Wiem, czego chcesz, i nie dam ci tego.
Opos wysunął nogę naprzód, przyglądając się z uwagą kobiecie. Była
niebezpiecznym magiem, adeptką groty D'riss. Dwoje bliźniaków wykonało
razem wiele ryzykownych misji dla Kellanveda. Nie wykrywał jednak
aktywnej magii. Co tu było grane?
Wypuściła powietrze przez zaciśnięte zęby.
- Pośpiesz się, do cholery - wysyczała. - Bo stracę odwagę.
Opos rzucił się na kobietę, objął ją i wbił jej w brzuch długi sztylet,
unosząc ostrze ku górze. Uczepiła się go mocno ze zdziwionym wyrazem
twarzy, jaki zawsze pojawia się w chwili, gdy zimna stal wnika w serce.
- Przynajmniej potrafisz pchnąć prosto - wyszeptała mu ochryple do ucha.
Stojący w pobliżu ludzie zwracali się ku nim.
- To przez upał - wyjaśnił Opos. - Biedna kobieta. - Ludzie odwrócili
spojrzenia. Przysunął twarz do jej ucha. - Dlaczego?
Twarz Janelle przybrała rzewny wyraz.
- To on, będą mówili - wyszeptała. - Załatwił Janelle, będą mówili...
ale ty będziesz wiedział. Będziesz wiedział to, co zawsze wiedziałeś. -
Z jej ust wyrwało się drżące, wilgotne westchnienie. - Że jesteś
tylko... oszustem.
Opos położył kobietę na ziemi i uklęknął nad nią.
Przeklęta suka! To nie tak miało być!
Odsunął się od ciała i wmieszał w tłum gapiów, posuwając się ku wylotowi
Opalowej. Rozluźnił mięśnie, pozwalając, by poniosła go fala
opuszczających plac ludzi. Za jego plecami mięso, jeszcze do niedawna
będące Janulem, rąbano na kawałki, które następnie rzucano do ognia, by
spłonęło na popiół. Później wrzuci się go do Zatoki Untańskiej.
Opos stał się jednym z tłumu. Przepychał się wśród ciżby, zwieszając
nisko głowę. Cały czas jednak zastanawiał się nad żelaznym opanowaniem,
jakiego wymagało obrócenie śmierci w zwycięstwo w chwili, gdy nie
zostało już nic. Czy potrafi zrobić to samo, kiedy nadejdzie jego czas?
Odmówić swemu zabójcy wszystkiego, nawet profesjonalnej satysfakcji? Nie
potrafił sobie tego wyobrazić. Głupiec mógłby zlekceważyć jej uczynek
jako akt rozpaczy, Opos jednak rozumiał, że to był policzek. Czyżby
różnica między nimi była tak mała, że zależała wyłącznie od punktu
widzenia?
Poznał bose, brudne, stwardniałe stopy, które nagle pojawiły się obok.
Wyprostował się wyrwany z zadumy.
Laseen również milczała. Dłonie splotła za plecami. Opos przypuszczał,
że ona także myśli o zabitej kobiecie. Zabitej towarzyszce, poprawił
się. Skoro już o tym mowa, jak długo znało się tych troje? Doszedł do
wniosku, że powinien o tym pamiętać.
Rozejrzał się i zauważył, że podążają za nimi strażnicy osobiści.
Strażnicy wyznaczeni przeze mnie po tym, jak klęska Perły w Malazie
pochłonęła tak wielu.
Po chwili Laseen skinęła głową, jakby zakończyła wewnętrzny dialog.
Odchrząknęła.
- Chcę, żebyś osobiście zajął się kilkoma sprawami, które ostatnio mnie
niepokoją. Chodzi o lokalne zaburzenia. Pogłoski o zwiększonych
aspiracjach prowincji.
- I zniknięcia w Cesarskiej Grocie...?
W szeregach Szponu rozmawiano o tym bardzo często.
- Nie. Nie wyślę już więcej ludzi w tę otchłań.
- Jestem przekonany, że coś w niej straszy. Prawdę mówiąc, nie wiemy o niej prawie nic.
- Zawsze była niepewna. Najbardziej niepokoją mnie te pogłoski z prowincji. Czy za tymi wszystkimi kłopotami ktoś stoi? Kto? Skieruj do
tej sprawy tylu ludzi, ilu będzie trzeba. Muszę się dowiedzieć, kto jest
odpowiedzialny.
Opos pochylił lekko głowę. A więc doszło do wewnętrznych zaburzeń. W szeregach urzędników imperium narastała korupcja, być może nawet
pojawiły się wendety. Tu głosy ośmielonych nacjonalistów, ówdzie
zakrojone na dużą skalę ataki koczowników. Dawne konflikty między
plemionami ożywały na nowo. A Cesarska Grota stawała się coraz bardziej
niebezpieczna. Czy to wszystko się ze sobą łączyło? Kto był tym
połączeniem? Laseen jest zaniepokojona. Zadaje pytania. Czy to mogą być
oni? Po tak długim czasie? Dlatego, że została sama?
A może, pomyślał Opos, uśmiechając się szyderczo w duchu, po prostu
dlatego, że się nudzą?
Laseen zwolniła nagle i przystanęła. On również się zatrzymał. Spojrzała
na niego.
- No wiesz, byłyśmy kiedyś przyjaciółkami - odezwała się. - Myślałam, że
się rozumiemy...
Odwróciła wzrok. W kącikach jej oczu pojawiły się zmarszczki.
Dlaczego więc to zrobiła? Dlaczego cię zdradziła? Czy nad tym się
zastanawiasz? A może nad tym, czy wiedzieli o czymś, o czym ty nie
wiesz?
Laseen zacisnęła zęby.
- A więc ją załatwiłeś. Znakomicie. Nie sądziłam...
- Że potrafię to zrobić?
Zamrugała.
- Że zginie tak łatwo.
Opos wzruszył ramionami.
- Zaskoczyłem ją.
Spojrzała na niego z ukosa. Opos udał, że tego nie zauważył. Niech sobie
myśli, co chce. Czyż nie była kiedyś prawą ręką tamtego? A czy teraz on
nie zajmował tej pozycji u jej boku? Niech się zastanawia.
Cesarzowa ruszyła bez słowa naprzód. Opos podążył za nią.
***
Czaszka nadziana na szpikulec na szczycie muru otaczającego plac
Sięgacza roześmiała się, ale nikt tego nie słyszał.
***
Ereko i Wędrowiec zostawili góry za sobą i dotarli do ciągnącego się
niezliczonymi milami, wiecznie zielonego lasu leżącego na południu. Tam
właśnie napotkali pierwszych bandytów. Ereko nie zdziwił się, gdy wdali
się w rozmowę z Wędrowcem, bo choć byli zbójcami i mordercami, byli też
ludźmi i pragnęli towarzystwa oraz wieści z szerokiego świata, rzadko
docierających do ich górskich kryjówek.
Byli odziani w butwiejące futra i resztki nogawic oraz koszul z utwardzanej nad ogniem skóry. Mieli też bezładnie dobrane fragmenty
zrabowanych zbroi oraz uzbrojenia. Ereko odnosił wrażenie, że na tej
odludnej przełęczy trudno o łupy. Dla jego wrażliwego nosa śmierdzieli
gorzej od zwierząt. Wędrowiec przykucnął przy ich ognisku, by wymienić
wieści.
Ereko trzymał się na uboczu, stojąc z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
Wędrowiec powiedział mu, że w tej pozie wygląda szczególnie imponująco.
Olbrzym widział, że zbójcy przyglądają mu się z uwagą. Miał nadzieję, że
robi na nich wrażenie jego wzrost. Był co najmniej dwukrotnie wyższy od
krępych, niedożywionych bandytów. Wędrował już jednak wśród ludzi od
bardzo dawna i znał ich sposób myślenia. Ich wymieniane z ukosa
spojrzenia wyrażały myśl, że każdy, nawet zdumiewająco wielki
przedstawiciel nieznanej rasy, padnie trupem, jeśli zrobić w nim
wystarczająco wiele dziur.
- To późna pora dla wędrowców schodzących z Juorilanu - zauważył herszt
o twarzy czarnej od brudu i tłuszczu. Jego natłuszczoną brodę upstrzyły
nitki siwizny. Długie czarne włosy miał zaczesane do góry i u szczytu
głowy związane rzemieniem. - Czy Rada nadal włada Jasstonem i odmawia
wszystkim dostępu do Zatoki Damos?
- Tak - potwierdził Wędrowiec.
- A kim jest ten twój towarzysz? - zapytał herszt, wskazując Ereka
naostrzonym nożem, który obracał w rękach. - Widziałem już Thelomenów.
Nawet Toblakai. On nie jest jednym z nich. Jest stanowczo za wysoki. Kim
w takim razie jest?
Wędrowiec obejrzał się. Ereko nie dostrzegał w ciemnoniebieskich oczach
towarzysza wesołości, choć ostatnio często się skarżył na ludzką
ignorancję i uprzedzenia.
- Zapytaj go - odparł Wędrowiec. - On umie mówić.
- Tak? - Herszt zbójców uniósł głowę, spoglądając na olbrzyma. - Jak się
nazywa twój lud?
Choć Wędrowiec był odwrócony do niego plecami, Ereko zauważył, że
wzdrygnął się pod licznymi warstwami koszul, zbroi i futer, usłyszawszy
te słowa. Olbrzym podziękował mu w duchu za ten gest empatii.
- Jesteśmy kuzynami. Ci, których wymieniłeś, i ja. Można powiedzieć, że
jesteśmy kuzynami.
Herszt chrząknął z zadowoleniem i odkroił sobie pas mięsa z dziczego
udźca piekącego się nad węgielkami.
- A co z Malazańczykami? Kupcy mówili, że przez całe lato siedzieli
cicho jak kamienie.
- To prawda. Kobylanie i Korelrijczycy uwięzili ich w Pięści i tam sobie
gniją.
Herszt klepnął się z radością w udo.
- Świetnie!
Ereko cały czas obserwował las. Czy herszt grał na zwłokę, by jego
hołota mogła zamknąć pierścień wokół nich? Między mizernymi świerkami i niskimi sosnami rzadko porastającymi niemal nagą skałę nikt się jednak
nie poruszał. Herszt wyszedł im na spotkanie w towarzystwie sześciu
mężczyzn. Dwóch z nich wyglądało na jego synów. Ereko widział, że mają
ochotę zabić obu przybyszy. Spojrzenie herszta bardzo często wędrowało
ku smukłemu mieczowi wiszącemu na plecach Wędrowca. Spokojne zachowanie
właściciela oręża hamowało jednak zbójców, na spółkę ze wzrostem Ereka i jeszcze większą długością jego włóczni.
- Mówię, że to świetnie, bo wszyscy tu jesteśmy czystej krwi potomkami
Karmazynowej Gwardii. Wiedziałeś o tym, przyjacielu?
Wędrowiec pokiwał głową.
- Tak jest - ciągnął herszt coraz donośniejszym głosem. Wskazał
otaczający ich las. - Malazańczycy boją się tu przychodzić, bo tych
lasów strzegą kości Gwardzistów. Ja jestem potomkiem Hapa Starszego,
sierżanta służącego pod rozkazami porucznika Młoteczka. W tych
północnych lasach spoczywają szczątki wielu Gwardzistów. No wiesz, mamy
też taką starożytną legendę. Proroctwo. Zapowiedź, że jeśli Malazańczycy
kiedyś tu wrócą, Gwardziści powstaną z grobów, żeby ich zmiażdżyć.
Dlatego właśnie nigdy nie przybywają do naszej krainy. Boją się. Raz już
ich pokonaliśmy.
- To prawda - zgodził się Wędrowiec. - Raz ich pokonaliście.
- A ty, przyjacielu? Wśród Malazańczyków jest wielu czarnoskórych ludzi.
Wśród Korelrijczyków też można ich spotkać. Ale ty nie jesteś
Korelrijczykiem. Dobrze mówisz po taliańsku.
Wędrowiec wzruszył ramionami ukrytymi pod kosmatym niedźwiedzim futrem.
- Ja urodziłem się w Jakata. Mój towarzysz, jak widzisz, pochodzi z bardziej odległych stron. Zmierzamy na południe, w poszukiwaniu miejsca,
gdzie można by wybudować statek. Mój towarzysz chce popłynąć do
Północnej Cytadeli i dalej na wschód, omijając Przylądek.
Herszt uśmiechnął się, jakby spodziewał się podobnej odpowiedzi.
- Potrzeba sporo złota, by wybudować statek albo zapłacić za przewóz.
Kupcy wędrujący co rok przez tę przełęcz wiozą ze sobą wiele bogactw
potrzebnych właśnie w tym celu.
Wędrowiec roześmiał się swobodnie, nie zważając na złowrogą groźbę.
- Ci ludzie to majętni kupcy. Mogą sobie pozwolić na wynajęcie wielu
strażników, czyż nie tak? Nam nie towarzyszą strażnicy, ponieważ nie
mamy bogactw wymagających ochrony. Zbuduję statek własnymi rękami. Mój
przyjaciel zamierza zapłacić pracą za podróż na wschód. Jest bardzo
użyteczny na morzu.
Herszt roześmiał się razem z Wędrowcem, wpychając do ust kolejne kęsy
tłustego dziczego mięsa.
- Oczywiście, oczywiście. Udajcie się na wybrzeże, jeśli chcecie.
Ciekawe, czy wam się tam spodoba.
Znowu się roześmiał.
Wędrowiec podał mu bukłak nad ogniskiem. Ereko skrzywił się, widząc, że
to jedno z ich trzech naczyń z jourilańską brandy. Bandyta przełknął
trunek bez słowa komentarza i rzucił pusty pojemnik za plecy. Olbrzym
jęknął w duchu. Czyżby Wędrowiec chciał, by herszt myślał, że się boją i próbują go przekupić?
- Korelrijczycy ponoć opowiadają, że Malazańczycy zawarli niegodziwy
pakt z Lodowymi Demonami. Co sądzisz na ten temat?
Wędrowiec odpowiedział, że nie widział ani nie słyszał nic, co mogłoby
potwierdzić takie pogłoski. Obaj mężczyźni wymienili jeszcze trochę
wieści dotyczących Rady Wybranych, możliwości, że nadchodząca zima okaże
się surowa, i tak dalej. Jak zwykle, gdy mówiono o płytkich, szybko się
zmieniających sprawach, takich jak ludzka polityka, Ereko zaraz się
znudził. Sześciu bandytów odzianych w skórzane, wysadzane ćwiekami
brygantyny, zardzewiałe żelazne hełmy oraz kolcze koszule nie spuszczało
wzroku z dwóch przybyszów. Gdy przenosili spojrzenia między Wędrowcem a olbrzymem w ich oczach błyszczały chciwość, znudzenie, fascynacja oraz
tępy gniew.
Posiłek się przeciągał. Dawno już minęło południe, a Wędrowiec nadal nie
zamierzał się pożegnać. Ereko zdumiewał się tą niezwykłą dla jego
towarzysza cierpliwością. Na ogół to Wędrowiec pragnął jak najszybciej
ruszyć dalej, irytowały go wszelkie przeszkody na ich drodze. Z pewnością dostrzegał, że herszt próbuje zyskać na czasie. Być może
wysłał kogoś po resztę swych ludzi i teraz czekał na ich przybycie.
Rozmowa przeszła na temat frapujący wszystkich mieszkańców położonego na
północy kontynentu: stan Sztormowego Muru, siłę oddziałów Wybranych oraz
pytanie, czy Korelrijczycy zdołają zimą odeprzeć kolejny atak Jeźdźców.
W ostatnich latach spekulacje stawały się coraz bardziej nerwowe,
ponieważ Malazańczycy odciągnęli z Korelu znaczną część sił.
Ereko obserwował z uwagą herszta, wypatrując jakiegoś znaku,
świadczącego, że wiedział - że wiadomość dotarła do niego za
pośrednictwem kupców wędrujących tędy przed nimi. Wieści o dwóch
cudzoziemcach, których ogłoszono dezerterami z Muru. Na północy
przeciwko zdrajcom skazanym przez Radę Wybranych podnosiły się wszystkie
dłonie i miecze. Nie dostrzegał jednak w oczach mężczyzny podobnej
wiedzy. Czaił się w nich zwierzęcy spryt, tak jest, ale nie towarzyszyły
mu satysfakcja i poczucie triumfu płynące z posiadania ukrytej przewagi.
W końcu, po długim czasie, chaotyczna rozmowa dobiegła końca. Herszt
wstał, stękając głośno i mamrocząc coś pod nosem. Jego ludzie również
się podnieśli. Ich ręce powędrowały ku rękojeściom noży i toporków.
Wszyscy spoglądali na swego wodza, czekając na wskazówki. Wędrowiec
odsunął się tyłem od ognia.
- Serdecznie dziękuję za gościnność.
Herszt roześmiał się z przesadną wesołością.
- Tak, tak. Oczywiście, oczywiście. - Odesłał skinieniem dłoni swych
ludzi. - Życzę szczęśliwej podróży. Na wybrzeże. Ha!
Ereko i Wędrowiec odsuwali się tyłem jeszcze przez pewien czas, po czym
wrócili na ścieżkę i podążyli na południowy zachód. Szli bez słowa,
wytężając słuch. Dotarli do wąskiego strumienia, spływającego na zachód
ze stromego, usianego głazami urwiska, i Wędrowiec skierował się w dół
szemrzącego potoku.
- Chyba jest ich dwóch - odezwał się po chwili.
- Tak. To pewnie będą ci najmłodsi.
- Zaczekają do nocy.
- Tak. Jak myślisz, ilu?
- Na pewno więcej niż sześciu.
Przedzierali się przez gąszcz paproci, zwalonych pni i suchych gałęzi,
przeskakując z kamienia na kamień.
- Dlaczego nie przerwałeś tego wcześniej?
Wędrowiec wykrzywił ciemną twarz w bolesnym grymasie.
- Miałem nadzieję zademonstrować mu, że nie boimy się podróżować sami.
Skłonić go do zastanowienia się nad implikacjami. - Potrząsnął głową. -
Ale ten dureń nie wyglądał na skłonnego do refleksji.
- Być może wie.
Wędrowiec spojrzał nagle na towarzysza.
- W takim przypadku nic ich nie powstrzyma przed zaatakowaniem nas nocą.
***
Rozbili obóz na osypisku głazów. Wędrowiec rozpalił małe ognisko, ale
usiadł zwrócony do niego plecami. Ereko zajął miejsce po drugiej
stronie. Czasami wpatrywał się w ciemność, a w innych chwilach spoglądał
na przyjaciela. Wędrowiec trzymał na kolanach schowany w pochwie miecz.
Czekał. Ereko po raz kolejny zastanowił się nad tym mężczyzną, który
potrafił okazać tak wiele dobroci oraz tego, co zwano ogólnie
człowieczeństwem, a mimo to nie wahał się przed zaszlachtowaniem grupy
marnie uzbrojonych i kiepsko wyszkolonych zbirów, wśród których byli
również młodzi chłopcy. Żaden z nich nie miał szans w starciu z nim.
- Po prostu się nie zatrzymujmy - nalegał Ereko. - Nie musimy tego
robić.
- Nie mam zamiaru oglądać się za siebie przez całą drogę do Północnej
Cytadeli. Każdy głupiec może czasem trafić z łuku.
Olbrzym przyjrzał się przyjacielowi ze zdziwioną miną. W jego przypadku
z pewnością była to prawda. Choć starzał się bardzo powoli, nadal mógł
go zabić zwykły fizyczny uraz. Co jednak z Wędrowcem? Czy nie zostawił
już takich spraw za sobą? Najwyraźniej nie. Nadal był człowiekiem. Nadal
żył i obawiał się niespodziewanej strzały w plecach. Bez względu na
niezwykłą - czy w jego przypadku nadzwyczajnie cudowną - umiejętność
władania mieczem, przypadkowy bełt albo strzała wciąż mogły położyć kres
jego życiu.
Ereko rozciągnął swą świadomość w otaczającej ich ziemi i wyczuł
zbójców. Garstka ludzi zebrała się w dole strumienia. Być może wahali
się jeszcze, ponieważ Wędrowiec nie chciał zasnąć. Czy będą czekali, aż
obaj to zrobią? Modlił się, by tak nie postąpili. Zwłoka już
przyprawiała go o cierpienie.
Obejrzał się na siedzącego po drugiej stronie ogniska Wędrowca i zauważył, że jego przyjaciel doszedł do tego samego wniosku. Owinął się
niedźwiedzim futrem i udawał, że śpi. Olbrzym podążył za jego
przykładem. Osunął się na skałę, o którą się opierał, i - choć nie czuł
ciepła i zimna tak ostro, jak ludzie - podciągnął zszyte z wielu skór
futro i opuścił głowę.
Czekali. Wysoko w górach zawył wilk. Ereko zastanawiał się, czy to jeden
ze stada kudłatych drapieżników, które podążały za nimi przez skute
lodem pustkowia na północ od gór. Odezwały się sowy, a potem usłyszał
jeszcze bardziej odległy łoskot schodzącej lawiny lub pól lodowych
pękających gdzieś pośród górskich stoków.
Zza gęstych chmur wyłonił się bliski pełni księżyc. Ereko wyczuł, że
zbójcy się zbliżają. Czekali, aż zrobi się jaśniej. Przeklął się za to,
że o tym nie pomyślał.
***
Wędrowiec rzucił się na bok. Strzały i bełt z kuszy uderzyły z łoskotem
w jego posłanie. Ereko zdążył się już przetoczyć w cienie i przykucnąć.
Unosił włócznię tępym końcem do przodu, gdyż nie potrafił jeszcze
zapomnieć o litości.
W zimnym nocnym powietrzu poniósł się zdumiony krzyk. Głos umilkł jednak
niemal natychmiast i olbrzym zrozumiał, że to Wędrowiec wpadł między
napastników. Nie mogło już być mowy o zaskoczeniu, wszędzie więc
rozbrzmiały nawoływania.
- Gdzie on się podział?
- Pullen? Widzisz go?
Sandały szurały o kamienie. Gałęzie trzaskały pod stopami. W srebrnym
blasku księżyca pojawił się zarys głowy. Ereko uderzył tępym końcem
włóczni i usłyszał głuchy łoskot. Żelazo szczęknęło o kamień.
Zadźwięczała kusza i nagły ból pozbawił go tchu w piersiach. Olbrzym
zakołysał się i runął na plecy. Leżąc, błogosławił skuteczność ludzkiej
kolczugi, której nauczył się używać, i przeklinał również wynalezione
przez ludzi łuki oraz kusze. Ta broń była prawdziwą plagą.
Ktoś stanął nad nim. Ereko ujrzał w blasku księżyca, że to jeden z młodzieńców. Wyciągnął rękę, zwalił go z nóg, a potem zamknął mu dłonią
usta.
- Psst! - wyszeptał i znieruchomiał ukryty w cieniu.
Ktoś podszedł do dogasającego ogniska i zatrzymał się przy nim. W migotliwym świetle Ereko zobaczył, że to Wędrowiec. Świetnie się
prezentował w blasku czerwonego koloru wojny. W jednej ręce trzymał
miecz o mokrej, błyszczącej klindze. Zrzucił futra, odsłaniając obcisłą,
poczernianą kolczą koszulę. Podszedł do olbrzyma i dotknął sztychem
miecza piersi chłopaka. Krew, czarna w mroku, spływała po ostrzu,
gromadząc się na niewyprawionych skórach. Młodzieniec wybałuszył oczy.
Jego gorący oddech ogrzewał dłoń olbrzyma. Ereko czuł się, jakby trzymał
drżącego, przed chwilą narodzonego źrebaka.
- Co z resztą? - zapytał.
- Jeden uciekł.
Wędrowiec cały czas patrzył na młodzieńca. Opuścił sztych miecza,
przebijając futro.
- Nie. Nie pozwalam.
- Wróci. On i jego kumple pójdą za nami. Będą czekali na szansę zemsty.
- Nie. Nie mogę na to pozwolić. To tylko dziecko.
W oczach Wędrowca pojawił się błysk. Całun szału bojowego zniknął,
odsłaniając coś, co kryło się pod spodem. Ereko spuścił wzrok. Mężczyzna
się odwrócił.
- Zabierz mi go z oczu.
- Uciekaj - wyszeptał olbrzym. - Nie zatrzymuj się nawet na chwilę.
Chłopak pognał przed siebie. Jego spazmatyczny oddech przechodził w łkanie.
Wędrowiec zwalił się na niedźwiedzie futro. Ereko leżał nieruchomo, nie
odzywając się ani słowem, jakby dźwięk albo ruch mogły sprawić, że czar
pryśnie. Po chwili mężczyzna zasnął, jego oddech się uspokoił. Olbrzym
wytężał słuch, próbując określić nastrój panujący w tej okolicy. Odnosił
wrażenie, że to nastrój oczekiwania. Zadał sobie pytanie, czy ból, jaki
dostrzegł w oczach towarzysza, można będzie kiedykolwiek uzdrowić. Być
może nie stanie się to nigdy. On powinien wiedzieć najlepiej.
***
Przed nastaniem nowiu Ereko i Wędrowiec wspięli się na pagórek i ujrzeli
przed sobą zalesione wybrzeże, zalewane pływami błota, oraz ocean
ciągnący się aż po zachodni horyzont. Olbrzym wiedział, że niektórzy
ludzie zwą go Morzem Podróżnika, ponieważ zostało na nim jeszcze bardzo
wiele do odkrycia. Inni nazywali go Oceanem Białych Wież, z uwagi na
wyspy pływającego lodu stanowiące zagrożenie dla marynarzy. Jego rasa,
Thel Akai, używała nazwy Gal-Eresh, Lodowy Tancerz.
- I co teraz? - zapytał Wędrowca.
Przykucnięty mężczyzna wyjął z ust gałązkę sosny i wzruszył ramionami.
- Pójdziemy wzdłuż wybrzeża. Znajdziemy jakąś osadę.
- Na południe? Idziemy na południe?
- Na razie.
Człowiek ruszył w dół zalesionego stoku. Ereko podążył za nim,
wzdychając z irytacją. Och, bogini, dlaczego powiedziałaś mi o tym
najtrudniejszym z ludzi? Dlaczego po raz pierwszy od stuleci przerwałaś
milczenie, gdy przywleczono go w łańcuchach na Sztormowy Mur, by
oznajmić: "Oto ten, który przyniesie ci wolność".
Ereko dawno już stracił rachubę lat, które spędził na Sztormowym Murze.
Korelrijskie zimy przychodziły i odchodziły jedna po drugiej.
Towarzyszące Jeźdźcom gwałtowne sztormy przynosiły pełne kry fale oraz
ognie mocy, migoczące na nocnym niebie niczym zorze. Wicher zawsze dął
jednostajnie z południowo-południowego zachodu, przynosząc chłód
wnikający nawet w kości olbrzyma. Nocą wszystko pokrywał szron,
błyszczący w świetle poranka na kamiennych blankach. Podczas najgorszych
sztormów mur zasypywały śnieżyce, a Jeźdźcy zawsze zjawiali się wkrótce
po nich.
Malazańscy żołnierze - zakuci w łańcuchy jeńcy wojenni - trafiali na mur
już od kilku lat. Korelrijscy strażnicy rzucali im broń dopiero na
krótko przed zjawieniem się Jeźdźców. Spisywali się dobrze.
Najodważniejsi i najsprytniejsi z nich zwracali broń przeciwko sobie,
tworząc w ten sposób lukę w szyku do chwili sprowadzenia zastępcy.
Nieliczni kulili się trwożnie albo płakali, gdy pojawiali się Jeźdźcy
mknący na grzbietach upstrzonych lodem fal, by zaatakować mur. Od czasu
do czasu zdarzało się to nawet wyszkolonym Wybranym, któż bowiem mógłby
się przygotować na podobny widok? To była kolizja królestw, jeśli
wierzyć niektórym uczonym specjalizującym się w teurgii. Potężna fala
niesamowitych, obcych czarów powstrzymywana jedynie przez zwykły upór,
odwagę i brutalną waleczność.
- Kto to jest? - zapytał korelrijskich strażników.
Odpowiadali mu bez oporów, ponieważ stał na murze od czasów, gdy
niektórych z nich nie było jeszcze na świecie.
- Podobno to malazański dezerter - wyjaśnili. - Kobylańska piechota
morska złapała go na statku próbującym się przedrzeć przez blokadę.
Kobylanie mówią, że walczył jak tygrys. Musieli podpalić statek, żeby go
wykurzyć. Dopiero to przemówiło mu do rozsądku. Skoczył do morza i popłynął do nich, a oni przekazali go na mur.
Powlekli Malazańczyka na puste miejsce, kilkaset jardów od Ereka,
przykuli mu nogi do zardzewiałych żelaznych pierścieni wprawionych w granit, a potem uwolnili ręce. Ereko spojrzał na łańcuchy u swych nóg i wytężył słuch, pragnąc usłyszeć cichy głos Czarodziejki. Ale bogini
milczała. Nie dała mu już więcej wskazówek.
Postanowił, że podejmie próbę, gdy tylko nadejdzie spokojna noc. Nie
doczekał się jej jednak, a po kilku tygodniach przybyły sztormy i Jeźdźcy. Mur gęsto obsadzili korelrijscy żołnierze.
***
Szli południowym skrajem lasu. Wieczorami schodzili na skalisty lub
piaszczysty brzeg, by zbierać małże. Pierwszymi śladami ludzkiego
osadnictwa, na jakie natrafili, były osmalone, zarośnięte zielskiem
ruiny fortu: zasypana fosa, zniszczone, nadpalone kłody, a za nimi
dziedziniec, na którym stały resztki spalonego długiego domu, zapewne
służącego jako koszary, oraz zaczątki donżonu z połączonych zaprawą
kamieni. Jego budowę jednak zarzucono. Położyli się spać, owinięci w futra, na suchym, porośniętym trawą dziedzińcu. Ogień rzucał słaby blask
na pokryty pnączami mur donżonu.
- Byli tutaj - oznajmił Wędrowiec. Oparł się o futra, kierując posępne
spojrzenie na ruiny wieży.
Ereko oderwał spojrzenie od swej porcji ryby złapanej w nadmorskiej
kałuży.
- Kto? Kto tu był?
- Karmazynowi Gwardziści. Stary bandyta miał rację. To ich robota.
- Kiedy?
- Ponad pół wieku temu.
- Znałeś ich?
Wędrowiec zerknął na niego nad ogniskiem. Olbrzyma przeszył dreszcz,
jakiego nigdy nie wzbudził w nim żaden człowiek. Jak to możliwe, że
spojrzenie tego mężczyzny miało ciężar i bolesną głębię godną
starożytnych? Czyżby zastanawiał się, czy zabić mnie za moją ciekawość?
Straszliwa rozpacz widoczna w tych oczach przypomniała olbrzymowi
nieszczęsnego Togga, którego spotkał ongiś w innej lesistej krainie,
albo jego towarzyszkę, zwaną przez niektórych Fanderay. Nie widział jej
już od bardzo dawna.
Wędrowiec opuścił wzrok.
- Tak. Znałem ich. To może być Sosnowy Fort, ich najdalej wysunięta na
północ placówka na tym wybrzeżu Stratemu. Następną osadą powinna być
Północna Cytadela, ale ona leży spory kawał drogi na południe, a poza
tym moje informacje są przestarzałe. Mam nadzieję, że spotkamy kogoś
wcześniej.
- Co się z nimi stało?
- Naprawdę nie znasz tej opowieści?
- Wiem tylko to, co usłyszałem od Korelrijczyków. Wspominali o wojnie w taliańskich krainach na północy.
- Tak. Ta wojna ciągnęła się przez dziesięciolecia, aż wreszcie
Kellanved podbił cały kontynent. Dokądkolwiek pomaszerowały jego
oddziały, opór stawiały im kontyngenty Gwardii. Od Kan po Tali, a nawet
na równinach Seti najemne kompanie Karmazynowej Gwardii walczyły pod
chorągwiami ze srebrnym smokiem przeciwko berłu widniejącemu na
sztandarach malazańskich najeźdźców. W końcu jednak, po kilkudziesięciu
latach, padła ostatnia z ich rodowych twierdz, forteca rodziny D'Avore w Górach Fennów, zwana Cytadelą. Kellanved zniszczył ją trzęsieniem ziemi,
zabijając przy tym tysiące własnych ludzi.
Wędrowiec umilkł, wpatrując się w ogień. Otworzył się z jakiegoś
nieznanego powodu i ostatnio powiedział Erekowi więcej niż podczas
wszystkich spędzonych razem miesięcy.
- Słyszałem wiele opowieści o tym cesarzu - odezwał się cicho olbrzym po
chwili oczekiwania. - Dlaczego nie rzucił przeciwko Gwardii swych
straszliwych Imassów?
Wędrowiec wpatrywał się w ogień tak intensywnie - być może przywołując
dawne wspomnienia - że Ereko był przekonany, że nie usłyszy odpowiedzi.
- Słyszałeś o Ślubach K'azza? - zapytał jednak mężczyzna, nie ruszając
się z miejsca.
- Wiem, że poprzysiągł walczyć z Malazańczykami.
- To i więcej. Znacznie więcej. Wieczna walka aż do chwili upadku
imperium. Przysięga połączyła sześciuset mężczyzn i kobiet w jedną
całość. Podejrzewam, że te więzy okazały się silniejsze, niż tego
oczekiwali. Kellanved rozkazał Imassom ich zmiażdżyć, ale oni odmówili.
To zaskoczyło Ereka.
- Dlaczego mieliby tak postąpić?
Niewiele rzeczy na świecie w tej młodej epoce budziło w nim strach, a jedną z nich była ta armia martwiaków.
- Nikt nie wie na pewno. Słyszałem jednak...
Wędrowiec umilkł, pogrążając się w zamyśleniu.
- Tak? Co słyszałeś?
Mężczyzna skrzywił się, być może uważając, że powiedział już za wiele.
Połamał gałązkę na kawałeczki, rzucając je kolejno do ognia.
- Słyszałem tylko, że oznajmili, że nie godzi się im sprzeciwiać takim
Ślubom. Jestem jednak pewien, że w tej chwili wszyscy, którzy je
złożyli, uważają je raczej za klątwę.
***
Po trzech dniach natknęli się na pierwszą osadę. Nędzną wioskę rybacką.
Wędrowiec kazał Erekowi schować się w lesie i ruszył sam do osady, by
nie wywoływać paniki. Okazało się jednak, że widok samotnego człowieka
wyłaniającego się z lasu i tak ją spowodował. Z chat wybiegli starcy i młodzieńcy, uzbrojeni we włócznie, oszczepy oraz łuki. Wędrowiec
pertraktował z nimi na skraju wioski, gdzie spomiędzy drzew wypływał
strumień, przecinający błota i wpadający do oceanu.
Wrócił sam.
- To nieufna zgraja. Boją się tego co zawsze. Nie jestem pewien, czy
zdołałem ich uspokoić. Ruszajmy dalej na południe. Miej oko na dobre
drzewa.
- Drzewa? A więc rzeczywiście chcesz zbudować łódź.
- Tak.
- I co potem?
- Potem zaczekamy.
Ruszył przed siebie. Ereko omal nie roześmiał się w głos z własnej
frustracji. Rozmowa z tym człowiekiem była niemal tak samo trudna, jak
negocjacje z najbardziej izolacjonistyczną z ras, Assailami. Pokręcił
głową i podążył za towarzyszem. I pomyśleć, że przez całe swoje
niezwykle długie życie szczycił się własną cierpliwością!
Wędrowiec brnął przez gęste zarośla, od czasu do czasu zatrzymując się,
by wskazać jakieś drzewo i wyliczyć jego zalety. Po chwili olbrzym
przyłączył się do tych spekulacji i zaczęli się wymieniać wiedzą na
temat sztuki wybierania drzew do budowy mocnych, ale elastycznych
statków oceanicznych.
Doszedł do wniosku, że Wędrowiec wie na ten temat całkiem sporo jak na
człowieka.
***
Zapłata za nabrajański kontrakt przybyła pod postacią ekwipunku i broni,
garbowanych skór, żelaznych sztab oraz zwierząt jucznych. Domy
kupieckie, tradycyjnie zajmujące się handlem niewolnikami, z radością
płaciły też żywym towarem, a Blask przyjmowała tę walutę bez oporu.
Maszerowali na wschód, w dół rzeki, przez pagórkowate tereny rolnicze,
ciągnące się aż do wybrzeża. Gdy dotarli do traktu handlowego wiodącego
do nadmorskiego miasta Kurzan, którego istnienie było dla plemienia
Kyle'a jedynie pogłoską, Blask rozkazała zebrać niewolników na
błotnistym polu.
Osłonięta od szyi po łydki lśniącą kolczugą kobieta trzymała hełm pod
pachą, a jej długie czarne włosy powiewały na wietrze.
- My, Gwardziści, nie uznajemy niewolnictwa - oznajmiła zebranym. - I w związku z tym uwolnimy was wszystkich.
Odpowiedziała jej pełna zdumienia cisza. Nawet współplemieńcy Kyle'a łypali na kobietę z nieufnością i niedowierzaniem. Chłopak wstydził się
za nich.
- Ci, którzy wybiorą to zajęcie i z własnej woli zgodzą się służyć w Gwardii, niech udadzą się pod sztandar celem przebadania i zaprzysiężenia. Reszta może odejść swobodnie.
Mężczyźni i kobiety pragnący się zaciągnąć do Gwardii stali w kolejce
przez cały dzień. Ci, których odrzucono z powodu zaawansowanego wieku
albo złego stanu zdrowia, wracali do czekających na uwolnienie
towarzyszy. Gdy wreszcie zapadł zmierzch, przyjętym do służby ochotnikom
kazano odmaszerować.
Nie potrzeba dodawać, że pozostałych wcale nie uwolniono. Z powrotem
zakuto ich w kajdany i odprowadzono. Nawet się zbytnio nie skarżyli.
Byli tak stłamszeni, że prawdopodobnie sądzili, że wszystko to był
jedynie podstęp, by wybrać najsilniejszych i najmłodszych i sprzedać ich
gdzie indziej. Być może w pewnym sensie rzeczywiście tak było.
Złożona z blisko siedmiu tysięcy żołnierzy armia maszerowała na wschód
wzdłuż Wąskiej Rzeki. Po dwóch tygodniach Gwardia rozbiła obóz na
wybrzeżu, na południe od Kurzanu, nad Przesmykiem Anati, gdzie statki
kotwiczyły na spokojnych, osłoniętych wodach. Na północy Kyle dostrzegał
blade zarysy szaro-brązowych wież portowych murów.
- Statki! - zawołał Przechył, klepiąc Kyle'a po plecach. - Statki -
powtórzył, napawając się brzmieniem tego słowa.
- Statki - powtórzył chłopak. Znał je dotąd tylko z opowieści. Nie
podobała mu się myśl o wejściu do brzucha jednego z nich. To wydawało
się nienaturalne. - I co teraz?
- Rozbijemy obóz. Będziemy ćwiczyć. I czekać.
- Co się dzieje?
Przechył poprawił skórzaną czapeczkę i podrapał się po szarej szczecinie
porastającej mu twarz.
- Trwają negocjacje, Kyle. Blask rozmawia w mieście o wynajęciu statków.
- Stary sabotażysta skrzywił się, miażdżąc coś między paznokciami. -
Powiedz mi, chłopcze, co sądzisz o pływaniu?
- To nienaturalne, żeby ludzie wchodzili do wody.
- No cóż, będziesz miał okazję się nauczyć.
***
W następnym tygodniu Kyle dołączył do grupy około czterdziestu rekrutów
obojga płci, zmuszanych do zanurzania się w błotnistych wodach jednej z szerszych odnóg delty Wąskiej Rzeki. Weterani nadzorujący naukę tłumili
wszelkie oznaki buntu za pomocą pałek. Kyle czasami widział Przechyła,
który siedział na brzegu, paląc fajkę, i dodawał ćwiczącym odwagi
głośnymi okrzykami.
Już pierwszego dnia praktyki Kyle przekonał się, że pilnujący ich
Gwardziści mają też inne zadanie. Nagle rozległ się krzyk i ku ciemnej
tafli pomknęły bełty. Wody spieniły się nagle i wynurzyła się potężna,
długa bestia, kłapiąca paszczą i uderzająca długim, pokrytym łuską
ogonem. Wszyscy pływacy pomknęli panicznie ku brzegowi. Gdy bestia
zniknęła w głębinie, ci sami żołnierze zagonili pałkami rekrutów z powrotem do wody. Trzech młodzieńców, którzy kategorycznie odmówili
wejścia do niej, pobito do nieprzytomności i powleczono gdzieś na bok.
Kyle zdecydował, że nie podda się bez walki. Gdy żołnierka imieniem
Jaris, weteranka z Genabackis, spróbowała go wepchnąć do błotnistego
kanału, pociągnął ją za sobą. Oboje zsunęli się ze skarpy i wpadli do
wody. Stojący na brzegu i na płyciznach żołnierze śmiali się i krzyczeli, gdy Kyle i Jaris miotali się w mętnej wodzie. Miał szczęście
i udało mu się zajść kobietę od tyłu. Otoczył jej szyję ramieniem i myślał już, że uda mu się ją zmusić do zajęcia jego miejsca. Gdy jednak
spróbował zanurzyć jej głowę, coś zimnego i ostrego ukłuło go w krocze.
Szarpnął się, próbując wspiąć się na palce.
- Tak jest, chłopcze - rzekła ze śmiechem Jaris. - W rzece jest też inny
kąsacz i chce się dobrać do twojej małej rybki. - Znowu ukłuła go w krocze. - To jak będzie? Chcesz poczuć jego ukąszenie?
Kyle puścił kobietę. Odsunęła się od niego, brnąc w sięgającej pasa
wodzie. Uniosła sztylet o groźnym wyglądzie.
- Mądra decyzja, chłopcze. Ale głupi pomysł. Są tu tacy, którzy
pchnęliby cię tylko za to, że ich zamoczyłeś.
W końcu Kyle'a przydzielono do oddziału. Wydano im pływaki z nadmuchanych, pokrytych smołą skór i kazano wiosłować po rzece przez
wiele godzin dziennie. Gwardziści obserwowali ich z brzegu i z wysokich,
bagiennych traw.
***
Ósmego dnia Kyle poznał kolejne zadanie wykonywane przez pilnujących ich
Gwardzistów. Z brzegu błotnistej wyspy pośrodku odnogi dobiegły nagle
krzyki. Zewsząd zbiegali się najemnicy. Brodzili przez mroczne płycizny,
a potem wpadali w wysoką trawę. Kyle i pozostali pływacy zatrzymali się,
by zobaczyć, co się dzieje.
Pojawił się chłopiec w podartej bluzie, wypłoszony z traw i rogoży.
Wypadł boso na błotnisty brzeg, oczy wypełniało mu przerażenie. Jeden z Gwardzistów wyskoczył z ukrycia i wepchnął go do wody. Obaj zniknęli pod
brązową powierzchnią. Kyle płynął ku nim tak szybko, jak tylko mógł.
Najemnik wynurzył się i wyciągnął na brzeg bezwładne ciało. Kyle
dopłynął do brzegu i zobaczył krew, która splamiła błoto i pierś
chłopaka. Zabójcą był niski weteran, Boll, ten sam, przed którym
ostrzegał go Przechył. Mimo to Kyle pognał ku niemu przez płytką wodę.
Uniósł głowę martwego chłopaka.
- Dlaczego musiałeś go zabić?
Weteran zaczął czyścić i oliwić nóż, ignorując Kyle'a.
- To był tylko dzieciak. Dlaczego musiałeś go zabić?
- Zamknij się. To rozkaz. Nie tolerujemy szpiegów.
- Szpiegów? - Kyle nie wierzył własnym uszom. - Szpiegów? Może chciał
tylko popatrzeć? Może był ciekawy? Każdy by się zainteresował.
- Uważaj, co mówisz. Ja nie jestem taki miły, jak ta genabackańska
krowa, Jaris.
Kyle omal nie rzucił się na krępego nożownika, pochodzącego ponoć z jakiegoś miejsca zwanego Ehrlitanem. Boll jednak nadal trzymał w rękach
nóż, on zaś miał tylko ten śmieszny pęcherz z koziej skóry. Uniósł go
nad głowę.
- Jesteś jak ten worek, Boll. Tak samo nadęty. - Chłopak rozerwał
zamknięty smołą otwór. Strumień powietrza wydostał się na zewnątrz z odgłosem przypominającym pierdnięcie. - I też robisz mnóstwo hałasu.
Boll wyrwał mu pęcherz z rąk.
- Nie prowokuj mnie. To nie zabawa.
Pojawili się inni Gwardziści i przegonili Kyle'a gestami. Chłopak
poszedł poszukać nowego pęcherza, a najemnicy cisnęli ciało w gęstą,
bagienną trawę.
***
W następnym tygodniu ktoś obudził Kyle'a kopniakiem w samym środku nocy.
Chłopak wpatrzył się w ciemność. Noc była bezksiężycowa i ledwie zdołał
dojrzeć sylwetkę stojącego nad nim mężczyzny.
- Wstawaj. Zbiórka na plaży. Biegiem.
To był Okop, jego sierżant.
- Tak jest.
Zebrał zbroję i ekwipunek w słabym blasku węgielków, a potem poszedł na
plażę. Zgromadziła się tam mieszanina rekrutów i weteranów zbitych w małe grupki. Okop, ubrany tylko w pantalony i skórzaną kamizelkę, wyrwał
chłopakowi z rąk ładunek.
- Nie będziesz tego potrzebował.
Sierżant ruszył ku pozostałym rekrutom. Skradacz podszedł do Kyle'a i uklęknął obok, by pomóc mu przejrzeć rynsztunek.
- Zabierz nóż - wyszeptał. - Owiąż sznurek ciasno wokół szyi. -
Przerzucił niedobrane fragmenty zbroi. - Włóż samą skórę, bez wyściółki.
Fartuch jest w porządku. Idź boso.
- Co jest grane?
- Płyniemy do statków. Słyszałem, że negocjacje zakończyły się
niespodziewanym fiaskiem.
Kyle włożył skórzane fragmenty zbroi.
- Niespodziewanym? Mam wrażenie, że tę akcję przygotowywano już od
dłuższego czasu.
- To była jedna z opcji. Muszę przyznać, że Blask wygląda na sprytną.
Kyle spojrzał na morze, ale nic tam nie zobaczył. Wody Przesmyku były
spokojne i gładkie. Nie czuł nawet śladu wiatru, ale panowały tu
ciemności jak w jaskini.
- Ni cholery nie widzę.
- Nie przejmuj się. Będziemy mieli światło.
Chłopak wziął w rękę tulwar. Oręż ważył z górą kamień.
- Zostaw go - poradził Skradacz.
- Chcę go zabrać.
- To chociaż pozbądź się tej cholernej pochwy. Zawieś go sobie na szyi.
Jeśli okaże się za ciężki, przetnij rzemień.
- Nigdy się z nim nie rozstanę.
Po czole Skradacza przebiegł spazm irytacji.
- A niech cię Mroczny Łowca porwie! To twój pogrzeb.
Wysoki zwiadowca oddalił się ze złością. Kyle znalazł w koszach
pęcherze. Żołnierze i żołnierki przytraczali je sobie do piersi. Chłopak
owiązał rzemień wokół nowego uchwytu tulwara, przełożył go przez ramię i zawiesił na szyi. Najemnicy przepychali się obok niego, zanurzając stopy
w niemal całkowicie nieruchomej wodzie.
- Dokąd płyniemy? - zapytał Kyle.
- Cisza - wysyczał ktoś.
- Niech Kaptur połknie ci język.
Chłopak przełknął ripostę i dołączył do szeregu prawie zupełnie nagich
mężczyzn i kobiet wchodzących do wody.
Okazała się przerażająco zimna. Palce jego nóg i rąk niemal natychmiast
wypełniło mrowienie. Co mu przyjdzie z broni, jeśli po dopłynięciu na
statek będzie zbyt odrętwiały, by jej użyć? Czy ktoś o tym pomyślał?
Zatrzymał się, gdy woda sięgnęła mu pasa. Odwrócił się, chcąc kogoś
zapytać, co dalej, ale go popchnięto.
- Ruszajmy.
- Nie zostało nam wiele czasu.
- Do czego? - wysyczał.
Łapa wielkości łopaty złapała go za kolczugę i pociągnęła do tyłu.
Chłopak odwrócił się i ujrzał w mroku potężną sylwetkę Szarej Grzywy.
Nigdy dotąd nie widział go bez zbroi. Renegat wyglądał bez niej chyba
jeszcze bardziej imponująco. Potężną pierś porastały mu siwe, pozlepiane
od wody włosy. Na muskularnych ramionach były czarne.
- Płyń do czwartego statku - mruknął basem, potrząsając Kyle'em.
- Czwartego?
- Czwartego od końca, chłopcze.
- Aha. Tak. A co z zimnem?
Renegat zamrugał, wyraźnie zdziwiony.
- Jakim zimnem?
Niech go Wiatr ma w swej opiece.
- A ty do którego statku płyniesz?
- Statku? Na zęby Treacha, nigdzie nie płynę.
- Nie?
- Nie. Woda i ja nie zgadzamy się ze sobą.
Renegat popchnął Kyle'a naprzód, nim chłopak zdążył zadać sobie pytanie,
czy mówił poważnie. Płynął, poruszając miarowo nogami, jak go uczono.
Trzymał pęcherz przy piersi, ale nie naciskał na niego mocno, nie
wytężał mięśni rąk i nóg, oszczędzając siły. Wkrótce otoczyła go
ciemność. Gwiazdy wypełniały cały firmament, odbijając się w niesamowicie spokojnej tafli zatoki. Ludzie poruszali gwałtownie nogami,
rozpryskując wodę. Ze wszystkich stron dobiegały go przekleństwa i westchnienia. Kyle wytężał wzrok, ale nie widział ani jednego statku,
nie wspominając już o czterech.
Nie przestawał poruszać nogami. Zimno wnikało mu w kończyny, wywołując
narastające odrętwienie. Zadał sobie pytanie, czy nie pływa wkoło. Jak
mógłby się zorientować? On albo ktokolwiek z nich? Nie miał jednak sił,
by zawołać towarzyszy. Zęby mu dzwoniły, a w mięśniach ramion chwytały
go kurcze.
Usłyszał niezbyt odległe wołanie. Błaganie o pomoc. Rekrut - głos
brzmiał młodo. Wpadł w panikę albo dopadły go kurcze. Rozległ się plusk,
a po nim nagłe westchnienie. Potem zapadła przerażająco długa cisza.
Kyle przestał poruszać nogami. Unosił się na wodzie, wytężając słuch.
Bogowie, wszędzie wokół. Do jakiego bractwa wstąpił? Czy... czy mogli
zabić jednego ze swoich?
Ktoś na niego wpadł. Chłopak się wzdrygnął, pęcherz omal nie wyśliznął
mu się z rąk, jak wysmarowana tłuszczem świnia. Mało brakowało, a krzyknąłby: "Nie!".
- Ruszaj się.
Kyle nie znał tego głosu, choć poznawał północnogenabackański akcent.
- Ni cholery nie widzę - wysapał.
- Nieważne. Ruszaj się, żeby się ogrzać.
Z tym nie sposób było się spierać. Mroczna sylwetka go wyprzedziła.
Zaczął poruszać nogami, starając się nie stracić Gwardzisty z oczu.
Dolną połową jego ciała zawładnęło zimno. Tak przynajmniej się czuł;
lodowaty uścisk wody przeciął jego ciało w pasie. Nadal poruszał dolnymi
kończynami, choć w ogóle już ich nie czuł. Przyciskające pęcherz do
piersi ręce również odrętwiały mu całkowicie. Ciężar wiszącego z lewej
strony miecza ciągnął go w głębinę. Zęby dzwoniły mu bez ustanku.
- Już blisko - wyszeptał ktoś za nim. Kyle mógł jedynie chrząknąć w odpowiedzi. - W prawo.
- Czwarty statek? - wyjąkał chłopak.
- Niech to Kaptur całuje. To statek, tak? No to włazimy! Teraz skręć.
Wyciągnij rękę.
Kyle uniósł odrętwiałą kończynę i poczuł zimne, śliskie deski.
- Jak...?
- Tam jest drabinka.
Przesunął się naprzód i zdołał zahaczyć rękę o drabinkę sznurową. Powoli
wspiął się na pierwsze drewniane szczeble. Z góry wysunęły się pomocne
ręce i wciągnęły go na pokład. Leżał na ciepłych deskach, oddychając z wysiłkiem.
- Jest jeszcze jeden... pomóżcie mu.
Mroczna sylwetka wychyliła się za burtę.
- Nie ma tam nikogo - stwierdził mężczyzna i oddalił się bezgłośnie.
***
Okazało się, że statek już zdobyto. Kyle grzał się przy piecyku
koksowym ustawionym na śródokręciu. Obok przebiegli dwaj Gwardziści.
- Odpływamy? - zapytał jednego z nich chłopak.
Najemnik zatrzymał się, omiatając go wzrokiem.
- Jesteś nowy, hej?
- Tak.
- Kto odebrał twoją przysięgę?
- Przechył.
Mężczyzna skinął głową. To imię zrobiło na nim wrażenie. Kyle zadał
sobie pytanie, co jest tak imponującego w starym, jednorękim
sabotażyście.
- Wiesz coś o statkach?
- Nie.
- W takim razie od tej chwili oficjalnie jesteś w piechocie morskiej.
Znajdź sobie jakąś zbroję i broń, przede wszystkim coś do strzelania.
Przygotuj się do blokady.
- Blokady?
- Ehe. Musimy im zabrać wszystkie statki.
Kyle stłumił śmiech niedowierzania.
- To całe miasto!
Gwardzista uśmiechnął się. Białe zęby błysnęły w ciemności.
- No to wystarczą nam najlepsze. - Uśmiech zniknął. - Zejdź pod pokład
po ekwipunek.
- Tak jest.
Kyle spodziewał się zobaczyć na dole krwawą jatkę, szedł więc po
stromych schodkach bardzo powoli. To, co tam ujrzał, zaniepokoiło go
jednak znacznie bardziej. Wszystkie ładownie i korytarze z kojami pod
ścianami były puste. Nie było tu nikogo, żywego ani martwego. Gdzie się
wszyscy podziali? Co tu się wydarzyło? Nigdzie nie znalazł też broni ani
zbroi.
Wtem od strony rufy dobiegł szczęk metalu. Kyle uniósł tulwar i ruszył w tamtą stronę. Wąski korytarz kończył się pomieszczeniem zapchanym ławami
i stołami. Otwarte drzwi prowadziły dalej. Metaliczny odgłos nie cichł.
Chłopak zajrzał za nie i zobaczył plecy bosego mężczyzny w mokrej
koszuli i spodniach, szarpiącego się z zamkniętymi na rygiel i łańcuch
drzwiami szafki.
- Chwileczkę - rzekł mężczyzna po taliańsku, nie odwracając się.
Kyle zadał sobie pytanie, skąd mógł wiedzieć o jego obecności. Był
pewien, że skrzypienie kołyszącego się statku zagłuszyło jego kroki.
- Dobra.
Znowu rozległ się grzechot i łańcuch opadł.
- Ha! - Mężczyzna otworzył drzwi.
W środku znajdowały się półki z włóczniami, łukami i mieczami.
- Pomóż mi wnieść to na górę.
- Gdzie są wszyscy? To znaczy załoga.
Gwardzista zajął się otwieraniem kolejnych zamków. Kyle zauważył, że ma
wielki pierścień z kluczami.
- Kupcy - stwierdził z westchnieniem. - Zamykają broń, ale domagają się
ochrony przez cały czas. - Jego czarne, krótko obcięte włosy błyszczały
jak mokre futro. Głębokie bruzdy na twarzy sprawiały wrażenie gotowych
przerodzić się w permanentny uśmiech. - Załoga? Została tylko
symboliczna wachta. Niektórzy walczyli, inni wyskoczyli za burtę.
- Jak wygląda plan?
Mężczyzna znieruchomiał, zmarszczył brwi, a potem znowu się uśmiechnął.
- Plan? Aha, jesteś nowy. Mamy zdobyć statki.
- Rozumiem. Zdobyć statki.
Gdzieś, niebyt daleko, zahuczał grom. Statek zakołysał się gwałtownie.
Kyle zasępił się zdziwiony. W uśmiechu Gwardzisty pojawiła się nuta
niecierpliwości.
- Zaczęło się. Ruszajmy - rzekł, unosząc naręcze broni.
***
Na pokład padała słaba, pomarańczowa łuna. Kurzańskie nabrzeże stało w płomieniach. Na oczach Kyle'a jedną z portowych wież wstrząsnęła
eksplozja żółto-białego ognia. Budowla pochyliła się, a potem runęła na
ziemię ze straszliwą, powolną gracją. W zatoce rozległ się kolejny
wybuch.
- Coś wpieniło Dymka - wyszeptał Gwardzista.
- Co będzie ze statkami?
- Nie martw się. Czepiec by go zabił.
- Zbliżają się! - zawołał ktoś na dziobie.
- Widzisz? - zapytał ze śmiechem Gwardzista. - Potrzebowali tylko
odrobiny zachęty.
- A co mamy zrobić, jak już się zjawią? - zapytał młodzieniec.
Najemnik popatrzył nań z zaskoczeniem.
- Przepraszam, ciągle zapominam. Nam, weteranom, trudno o tym pamiętać.
Nazywam się Cole. A ty?
- Kyle. Czy jesteś... Zaprzysiężony?
- Tak. - Cole wskazał dwóch stojących obok Gwardzistów. - Ja będę bronił
pokładu. Wy osłaniajcie mnie z flank. Umiesz strzelać z łuku? - zapytał,
wskazując Kyle'a.
- Tak.
- Świetnie. Dołącz do człowieka stojącego na fordeku. Słuchaj jego
rozkazów.
- Tak jest.
Kyle zebrał tyle strzał, ile zdołał udźwignąć.
Mężczyzna stojący na wysoko uniesionym pokładzie dziobowym był chudy i blady. Miał na sobie mokrą płócienną koszulę i spodnie z niegarbowanej
skóry. Nie ulegało wątpliwości, że marznie straszliwie, bo oplótł się
rękoma i tupał w pokład.
- Jesteś łucznikiem? - zapytał Kyle'a, mówiąc po taliańsku z wyraźnym
akcentem.
- Umiem strzelać.
- Dobra. Wypróbuj te łuki. Znajdź jakiś, który ci odpowiada.
Chłopak naciągnął cięciwę i oddał próbny strzał w ciemność. Łuk był
słaby, ale celny.
- Jak wygląda plan?
- Ja wybieram cele. Ty w nie trafiasz.
- Dobra.
Chcąc lepiej poznać łuk, Kyle oddał jeszcze kilka próbnych strzałów.
- Jesteś miejscowym rekrutem? - zapytał mężczyzna.
- Tak. Nazywam się Kyle. A ty?
- Parsell. Lurgman Parsell. Pochodzę z Genabackis. - Mężczyzna spojrzał
na ciemną zatokę. W jej spokojnych wodach odbijał się blask płomieni. -
Niespełna trzy mile! - zawołał do ludzi na śródokręciu.
- Widzę ich! - odkrzyknął Cole.
Kyle wytężył wzrok. Ledwie mógł wypatrzyć mroczne sylwetki i jasne linie
na dziobach. O zauważeniu celów nie było mowy. Jak miał w cokolwiek
trafić?
- Hmm, jest pewien problem. Nic nie widzę.
- Nie widzisz? - Lurgman westchnął, sięgnął pod koszulę, wydobył stamtąd
skórzany woreczek i wyciągnął z niego kawałek naoliwionej szmatki. -
Spróbuj, może coś jeszcze zostało.
- Co mam z tym zrobić?
- Potrzyj sobie oczy. Tylko ich nie zamykaj. Muszą być otwarte.
- Czy to boli?
- Jakbyś jeździł pilnikiem.
Kyle przyjrzał się szmatce z niepewną miną.
- Muszę to zrobić?
Nad zatoką poniósł się echem łoskot odległych strzałów z kusz i katapult. Zapalające pociski pomknęły wysoko w noc. Gdy opadały, ujrzeli
w ich świetle dziesiątki zbliżających się okrętów.
- Nie ma wyboru.
Kyle otworzył szeroko oko i przycisnął do niego szmatkę. Wzdrygnął się,
warcząc i przeklinając, gdy poczuł działanie kwasu.
- Niech cię Wiatr porwie! Bogowie, człowieku! Bogowie!
- Teraz drugie. Szybko!
- Pozbądźcie się tych dwóch galer! - ryknął Cole. - Nie chcemy ich
tutaj.
- Tak jest.
Kyle zamrugał. Oczy zaszły mu łzami. Wyprostował się i ujrzał przed sobą
niemal monochromatyczny obraz. Pożary gorzały oślepiającym blaskiem,
gwiazdy były palącymi punktami na nocnym niebie. Wyraźnie widział
zbliżające się powoli galery. Z oddali dobiegł łoskot walki. Okręty
zwarły się ze sobą.
Lurgman stękał i syczał z wysiłku. Zacisnął powieki, wyciągając ręce
przed siebie. Włoski na karku i rękach Kyle'a stanęły nagle dęba.
Chłopak uświadomił sobie, że jego towarzysz jest magiem, być może
kolejnym Zaprzysiężonym.
- Czy są w zasięgu? - wykrztusił Lurgman przez zaciśnięte zęby.
Dwie najbliższe galery, statki kupieckie o szerokich kadłubach,
próbowały ich wyminąć z dwóch stron. Obie utraciły całą prędkość i kołysały się na wodzie, jakby nagle stały się niesterowne. Na ich
pokładach roiło się od żołnierzy. Kyle ze zdziwieniem zauważył, że
wszystkie wiosła są wypaczone i powyginane. Nie nadawały się już do
niczego.
- Teraz tak.
Posypały się na nich strzały. Kyle skrył się za nadburciem, lecz Lurgman
nie ruszał się z miejsca.
- Wstań. Nie trafią w nas. - Nagle wzdrygnął się jak uderzony. - Strzeż
się maga! - ryknął.
W tej samej chwili na pokład spadła kula gorejącej jaskrawym blaskiem
energii. Krążyła bezładnie, aż wreszcie odbiła się rykoszetem od masztu
i trafiła w beczkę, pochłaniając ją w ogłuszającej eksplozji.
- Załatwcie go! - wrzasnął oburzony Cole.
- Tak jest - odpowiedział Lurgman. Przyjrzał się z uwagą obu
nieprzyjacielskim galerom.
Na nadburcia spadły haki abordażowe. Statki zbliżały się do nich z obu
stron. Za nimi dwie wojenne galery, z jakiegoś niedostrzegalnego dla
Kyle'a powodu zaczęły nagle pogrążać się w stosunkowo spokojnych falach.
Żołnierze wylegli na pokłady, rozpaczliwie próbując zrzucić zbroje.
Niektórzy wypadali za burtę, by natychmiast zniknąć w morskich odmętach.
Chłopak po raz pierwszy poczuł się bezpiecznie w cienkim, skórzanym
stroju.
- Tam! - zawołał Lurgman, łapiąc go za ramię. - Na rufie. Stary facet w ciemnym kapeluszu przypominającym kaptur. Ma na szyi złoty łańcuch.
Kyle zauważył go, wycelował i wystrzelił. Strzała zawisła na moment w ciemności, a potem wbiła się w gardło mężczyzny stojącego obok maga. Ten
skierował wzrok na Kyle'a. Jego oczy zamieniły się w świetliste szparki.
Uniósł dłonie i wykonał kilka gestów. Na palcach lśniły mu klejnoty i złoto.
- Uważaj na plecy! - krzyknął ktoś za Kyle'em.
Chłopak odwrócił się i zobaczył na drugim końcu pokładu ciemniejącą
plamę, kłębiącą się jak oleisty dym.
- Lurgman! - ostrzegł towarzysza.
Mag odwrócił się i rozdziawił usta z wrażenia.
- Niech to Kaptur przeklnie! Cole! Przywołanie!
Kyle zerknął na śródokręcie i zobaczył, że Cole'a i jego dwóch
towarzyszy otoczyło morze kurzańskich żołnierzy.
Mag pociągnął chłopaka do przodu.
- Daj mi trochę czasu. Czasu!
Z portalu groty wyłoniła się szponiasta, pokryta łuską stopa. Potem
wyjrzała z niej długa twarz, również pokryta oliwkową łuską, jak u owada. Kyle uniósł tulwar i przycisnął klingę do ust.
Niech mnie Wiatr ma w swojej opiece!
Ruszył przed siebie. Zgarbił się gotowy na potężne ciosy.
Demon, przywołaniec, czy co to właściwie było, wyciągnął rękę, jakby
chciał po prostu złapać chłopaka w szponiastą dłoń. Kyle zamachnął się
tulwarem. Broń gładko przecięła przedramię i dłoń runęła na pokład.
Monstrum wrzasnęło. Na młodzieńca trysnął strumień gorącej posoki.
Poparzony chłopak odskoczył do tyłu. Zamrugał, by oczyścić oczy.
Na schodach wiodących na fordek pojawili się kurzańscy żołnierze,
cofnęli się jednak na widok trwającej tam walki.
Bestia złapała się za koniec przedramienia. Z rany buchnął dym. Bies
cofnął rękę, odsłaniając pokryty stwardniałą blizną kikut. Poruszył
szczękami, wydając serię trzasków i zgrzytów. Kyle w jakiś sposób
zrozumiał słowa.
- Kim jesteś, że mi to uczyniłeś?
- Tylko żołnierzem - odpowiedział. Sam nie miał pojęcia, co się
właściwie przed chwilą stało.
Posypały się na nich strzały, ale coś je odbijało. Wodę pokryły
płomienie, ogarniając galerę, która staranowała statek sąsiadujący ze
statkiem Kyle'a. Stwór się wyprostował.
- Nie ostrzeżono mnie, że czeka tu ktoś tak wysokiej rangi. Spróbujmy
się więc.
Nagle bies zaczął topnieć. Młodzieniec nie potrafił opisać tego inaczej.
Jego keratynowe łuski, szkielet zewnętrzny, czy może zbroja,
odkształcały się i spływały w dół. Istota zwaliła się na kolana. Nim jej
czaszka zapadła się niby stopiony wosk, Kyle zdążył ujrzeć w czarnych
oczach coś, co uznał za grozę i zdumienie.
Chłopak wrócił do burty i zobaczył, że Lurgman osunął się na pokład z jedną ręką przewieszoną przez nadburcie. Pomógł mu wstać.
- Jak to zrobiłeś? - wyszeptał zdumiony.
- Mógłbym o to samo zapytać ciebie - odparł mag ochrypłym głosem.
Z nosa ciekła mu krew. Jego oczy przybrały karminową barwę. Przymrużył
powieki i zwrócił się w stronę wody. Kyle spojrzał w tym samym kierunku.
Kurzańskiego maga podtrzymywało kilku ludzi. Kapelusz spadł mu z głowy,
odsłaniając błyszczącą łysinę.
- A więc zostaje nam brutalna siła - warknął pod nosem Lurgman. - Czy
rzucasz lepiej, niż strzelasz?
- Z tej odległości tak.
- To rzuć tym.
Mag wręczył mu kulkę przypominającą kamień do procy. Kyle zważył ją w ręce i skinął głową. Wycelował, zamachnął się szeroko i rzucił. Kamyk
wylądował niepostrzeżenie gdzieś obok maga. Stojący na pokładzie rufowym
ludzie złapali się nagle za twarze. Rozdziawili usta wyglądające jak
ciemne owale. Wybałuszyli oczy. Wbijali zakrzywione palce we własne
ciała, aż wreszcie wszyscy runęli na pokład. Mag również. Kyle odwrócił
się. Poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Lurgman usiadł zwrócony
tyłem do wody.
Chłopak osunął się na pokład obok niego. Kończyny drżały mu z nadmiaru
niewykorzystanej energii.
- A więc tak Zaprzysiężeni zwykli kończyć spory.
- Zaprzysiężony? Ja? Bogowie, nie. Nie mam tak wysokiej rangi. Zresztą
jestem z Genabackis. Żaden Zaprzysiężony nie pochodzi stamtąd.
Kurzańscy żołnierze ruszyli ostrożnie w górę. Lurgman uniósł rękę w groźnym geście i cofnęli się trwożnie.
- Ja byłem tylko uzdrowicielem w Kocie, gdy na miasto napadli
Malazańczycy. Zwali nas kostnymi magami. Byłem w tym cholernie dobry.
Leczyłem złamania, prostowałem kości, usuwałem zakażenia. Jak sam
widziałeś, nie jestem prawdziwym magiem bojowym.
- Mógłbyś mnie nabrać.
Brzęk stali i szczęk zbroi na dolnym pokładzie ucichły.
Lurgman zerknął z ukosa na Kyle'a.
- A co z tobą? Jak brzmi opowieść o tym mieczu?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Dymek umieścił na nim inskrypcję, jeśli o to pytasz.
Na szczycie schodów pojawił się Cole. Bluza zwisała mu w krwawych
strzępach wokół pasa. Na ramionach i piersi miał pełno płytkich ran. Z mokrych włosów spływał pot. Rozejrzał się po fordeku i zmarszczył brwi.
- Myślałem, że demon was zeżarł.
- Mieliśmy farta - odparł Lurgman.
- No to złaźcie na dół, Krętacz. Trzeba uzdrowić moich pomocników,
zbliżają się też kolejne okręty.
Kyle pomógł Lurgmanowi wstać.
- Krętacz?
Mag uśmiechnął się ironicznie.
- Krętacz - potwierdził. - Uparli się tak mnie nazywać.
***
Nocą, w jałowej, kamienistej dolinie płonęło ognisko. Siedział przy nim
mężczyzna opatulony w gruby płaszcz. Skalne urwiska lśniły w migotliwym
blasku płomieni. Mężczyzna nasłuchiwał odległego szumu fal, rzucając
patyki do ognia. Wtem nad doliną rozległ się furkot. Człowiek wstał i wpatrzył się w nocne niebo.
Pośród krzaków i kamieni nieopodal wylądował skrzydlaty owad
przypominający gigantyczną ważkę. Zsiadła zeń zakuta w zbroję postać,
poruszająca się sztywno i powoli.
Mężczyzna zrzucił płaszcz i podszedł do przybysza. Długie, potężnie
umięśnione ręce zwisały mu luźno u boków. Stara, ogorzała twarz
zmarszczyła się z radości.
- Spóźniłeś się, Hunchell! - zawołał. - Ale i tak serce mi się raduje na
twój widok.
Zbroja przybysza lśniła złoto w blasku ogniska.
- Mój ojciec, Hunchell, jest już za stary na takie loty, Zgniatacz.
Niemniej przysyła ci pozdrowienia i zapewnia o swej wierności. Jestem
V'thell, jego pierworodny syn.
- Witaj na mojej skromnej wyspie.
Mężczyźni uścisnęli sobie przedramiona.
- To ma być nasz punkt zborny?
- Tak. Wyspa jest bezpieczna. Będzie jednym z naszych składów i punktów
etapowych.
- Rozumiem.
Złoty Moranth, który przybył tu z odległej północnej Genabackis,
przyglądał się przez chwilę mężczyźnie, nie odzywając się ani słowem. Z chitynowej zasłony jego hełmu nie sposób było nic wyczytać.
- No dobra, zapytaj o to - wychrypiał mężczyzna.
- Proszę bardzo. Dlaczego podjęliście taką decyzję? Ryzykujecie
zniszczenie... wszystkiego.
- Nie możemy już dłużej przyglądać się biernie, V'thell. Wszystko, co
próbowaliśmy zbudować, stopniowo się rozpada. Ona nie rozumie, jak
powinna funkcjonować maszyna, którą stworzyliśmy.
- Przecież sama uczestniczyła w jej budowie.
Mężczyzna zacisnął mocno usta.
- Ehe, masz rację. Nie twierdziłem, że to było łatwe. - Zbył tę kwestię
machnięciem ręki. - A co ze Srebrnymi? Czy będą z nami?
- Tak.
- Tak. Możemy liczyć na eskadrę Srebrnych. Przyłączyła się też do nas
garstka Zielonych. Jeśli zaś chodzi o Czarnych i Czerwonych... no cóż,
zobaczymy. Niebiescy zawierają umowy transportowe z każdym. Podejrzewam,
że to oni najwięcej skorzystają na tym interesie.
- Czyż nie jest tak zawsze? Odpoczniesz chwilę?
- Nie, muszę zaraz lecieć.
- Pozdrów ode mnie ojca. Powiedz mu, że trzeba zacząć transportować
ekwipunek. Wynajmijcie tyle statków Niebieskich, ile tylko się da.
V'thell pochylił skrytą pod hełmem głowę.
- Proszę bardzo.
Złoty Moranth wspiął się na siodło. Skrzydła quorla poruszyły się,
przeradzając się w zamazaną plamę. Mężczyzna pochylił głowę, by się
osłonić przed piaskiem i pyłem wzbitym przez startujące stworzenie.
Quorl zniknął w ciemnościach nocy. Po pewnym czasie z mroku wyłoniła się
kolejna postać, odziana w długi ciemny płaszcz z kapturem.
- Możemy im ufać?
Mężczyzna nazwany przez Morantha Zgniataczem parsknął ochrypłym
śmiechem.
- Ehe, dopóki zachowamy szansę zwycięstwa. Potem renegocjują
porozumienie. A co z tobą?
- Z moją wiernością? Czy moimi wieściami?
Zgniatacz uśmiechnął się półgębkiem.
- Krążą pogłoski o powrocie Karmazynowej Gwardii - oznajmił przybysz.
Mężczyzna prychnął pogardliwie.
- Słyszymy je co roku. Zwłaszcza gdy czasy są złe. Nie przywiązywałbym
do tego wagi.
Przybysz uniósł głowę, ale pod kapturem nadal panowała nieprzenikniona
ciemność.
- Czy rozważałeś możliwość, że mogą rzeczywiście wrócić? W końcu są
wśród nich tacy, których imiona wciąż niosą się koszmarnym echem.
- Wśród nas też.
- Kogo masz na myśli, mówiąc o nas? Dassem odszedł. Kellanved i Tancerz
również. Któż z pozostałych zdoła się im oprzeć?
- Zawsze zwyciężaliśmy w starciu z nimi.
- Jak dotąd.
Zgniatacz potarł kark.
- Jeśli pragniesz zapewnień, ja ci ich nie udzielę. Rzucamy kości, a Bliźniaki decydują.
- Nie chcę nic zostawiać przypadkowi.
- Zawsze o wszystkim decyduje przypadek. Jeśli nadal tego nie rozumiesz,
pewnie już nic cię nie zmieni.
- Co miałoby mnie zmienić, jeśli nic nie zostawiam przypadkowi?
- Jest coś jeszcze?
- Nie. Przekonałeś mnie w sprawie Moranthów. Złożę stosowny meldunek.
- Zrób to.
Zakapturzona postać pochyliła głowę.
- Będziemy w kontakcie przez zwyczajowe kanały.
- Ehe. Przez nie.
Mężczyzna - a może kobieta? - oddalił się w noc.
Zgniatacz wpatrywał się w płomienie jeszcze przez pewien czas. Wreszcie
westchnął i strzelił palcami. Rozmowy ze zdrajcami zawsze go irytowały.
Zwłaszcza zdrajcami ze Szponu. Ale z drugiej strony sam teraz zaliczał
się do tej kategorii. Pamiętał swe pierwsze kontakty z Moranthami.
Zmiażdżył wówczas w uścisku tułowiową zbroję jednego z nich. Wtedy
właśnie nadali mu to śmieszne imię. Prościej by było, gdyby mówili na
niego "Crust" albo "Urko".
Wrócił w myślach do obaw zdradzieckiego szpona. W jego umyśle pojawiła
się wizja Oprawcy, który kroczył przez usiane trupami pole bitwy i odpierał wszelkie możliwe ataki, nie przestając zabijać. Zadrżał. Niech
Kaptur jej pomoże, jeśli Oprawca wróci. Ale nie, wszelkie analizy
wskazywały, że po prostu wysłałaby przeciwko nim cały stan Szponu, aż
wreszcie zostaliby tylko regularni żołnierze. To może ją kosztować setki
ofiar, ale w końcu zadecyduje przewaga liczebna.
Tak czy inaczej, muszą działać. To było twarde i okrutne, ale zamierzali
zwyciężyć, a to będzie najlepsza szansa w tym pokoleniu. Poniekąd było
mu jej żal. Stała się więźniem koszmaru, który sama stworzyła. Na
Otchłań, może nawet im za to podziękuje. Był przekonany, że Laseen w końcu zrozumie ich decyzję. Zawsze wiedziała, co znaczy konieczność.
***
- Nie wytrzyma.
- Pewnie, że wytrzyma.
- Nie. Ma za słabe wsparcie z prawej. Mur z tej strony się załamie i całość runie.
- Nie runie. Ciasno je ułożyliśmy. Przeciwnaprężenie jest wystarczająco
silne.
Dwoje żołnierzy malazańskiej piechoty morskiej siedziało na stercie
cegieł pod zwróconą na wschód bramą Li Heng, zwaną Bramą Świtu,
przyglądając się wyniosłemu zewnętrznemu łukowi masywnej wieży bramnej.
Na północ i na południe od niej ciągnęły się legendarne mury kurtynowe
miasta: wysokie na dziesięć wzrostów mężczyzny i niemal niezniszczalne.
Z cienistej bramy - tak szerokiej, że mogłyby nią przejechać obok siebie
cztery rydwany - wyłonił się mężczyzna w długich szatach. Rozejrzał się,
osłaniając oczy dłonią, i zauważył dwoje żołnierzy. Odwrócił się i wrzasnął coś. Akustyka długiego tunelu sprawiła, że jego słowa poniosły
się echem, przechodząc w nieartykułowany ryk. Z tunelu wypadł drugi
mężczyzna. Podbiegł do pierwszego i uniósł nad jego głową parasol. Ten
pierwszy poprawił szaty o szerokich rękawach i ruszył ku Malazańczykom.
Drugi dotrzymywał mu kroku, unosząc wysoko parasol.
- Hej, wy! Gdzie wasz dowódca?
Żołnierze popatrzyli po sobie. Kobieta dotknęła palcem sfatygowanej
skórzanej czapeczki.
- Sędzio Ehrlann, cóż cię sprowadza na budowę, którą kierujesz? Idę o zakład, że to złe wieści.
Ehrlann otarł twarz białą jedwabną chusteczką, uśmiechając się blado.
- Już dawno zauważyłem, że wy, hmm, saperzy, nie potraficie okazać
szacunku. Jestem przekonany, że wyrok sądowy poprawi wasze maniery.
- Słyszałeś, Słoneczko? - zapytała kobieta. - Jesteśmy saperami. Jak
mamy budować wam mury, jeśli nas skażesz?
- Pewnie w łańcuchach - odparł z uśmiechem sędzia. - Gdzie wasz dowódca?
- Pracuje.
Ehrlann machnął ręką, odganiając muchy.
- Chciałaś powiedzieć, że jest pijany. Jamaer! Miotełkę!
- Skąd ci wezmę miotełkę? - zapytał Słoneczko.
- Nie mówiłem do was, durnie.
Służący uniósł wolną ręką kij zakończony pękiem włosów bhederin. Ehrlann
wziął od niego miotełkę i zaczął nią machać przed twarzą.
- Nie zadawajcie sobie trudu. Sam go znajdę.
Sędzia ruszył naprzód, potykając się o walające się na ziemi cegły i kamienie. Jamaer konsekwentnie podążał za nim, unosząc parasol.
Żołnierze popatrzyli na siebie.
- Mamy za nim iść? - zapytała sabotażystka, poprawiając czapeczkę na
krótko obciętych kasztanowych włosach.
- Storo może go zabić. To by źle wyglądało w sądzie.
- Masz rację.
Ruszyli za Ehrlannem.
***
Sędzia zatrzymał się przed czymś w rodzaju markizy, zrobionej z wojskowego płaszcza zwisającego ze szczytu wyniosłego bloku wapienia, do
połowy pogrzebanego w ziemi. Spod zasłony wyłonił się mężczyzna.
Wyprostował się chwiejnie, zakasłał i wytarł dłonie o luźną, brudną
kurtkę.
Dwoje saperów zasalutowało dziarsko.
- Meldujemy się na rozkaz, kapitanie Storo!
Storo przeszył ich złowrogim spojrzeniem, przełknął ślinę i skrzywił
się, poczuwszy jej smak.
- Sierżancie. Co się znowu stało, Ehrlann?
- Przyszedłem zażądać otwarcia Bramy Świtu. Zażądać, dowódco. Nasi
budowniczowie zapewniają, że renowacja dawno już się skończyła, a konstrukcja jest bezpieczna. Najwyższy czas otworzyć bramę dla kupców.
Storo podrapał się po pożółkłych, porośniętych szczeciną policzkach.
Uniósł rękę, osłaniając oczy przed słońcem.
- Czy to ci sami budowniczowie, których pięść rozkazała ci zwolnić za
przymykanie oczu na kradzież budulca z muru?
- To był drobiazg. Winne są te niepożądane elementy.
Sędzia wskazał miotełką obóz uchodźców rozciągający się po obu stronach
wschodniego traktu.
Storo spojrzał w tamtą stronę.
- Oni mieszkają w namiotach, Ehrlann.
- Tak czy inaczej, nie będziecie dłużej zwlekać. Prace przy bramie
dobiegły końca. Jeśli okaże się to konieczne, Rada zawiadomi wielką
pięść Ananda, że nie potrzebujemy już usług jego saperów, a fortyfikacje
Li Heng odzyskały swą starożytną chwałę.
Na Ehrlanna padły promienie słońca. Sędzia skrzywił się ze złością.
- Wyżej, ty durniu! - warknął.
Jamaer uniósł parasol.
- Możesz go zawiadamiać, o czym chcesz - odparł ze spokojem Storo.
Przykucnął, by unieść leżący pod baldachimem hełm, i go założył. - Anand
i tak wysłucha tylko mojego raportu.
Ehrlann otarł kropelki potu perlące mu się na twarzy. Złapał się od
przodu za szaty.
- Nie zmuszaj Rady Sędziów do postawienia formalnych zarzutów,
kapitanie.
- Na przykład jakich? - zapytał Storo, mrużąc powieki.
- Zdarzyły się przypadki ataków na obywateli, dowódco. Nękania
urzędników wykonujących swe obowiązki.
Storo prychnął pogardliwie.
- Na twoim miejscu nie próbowałbym aresztować żadnego z moich ludzi,
Ehrlann. Na przykład Jalor pochodzi z jednego z plemion z Siedmiu Miast.
To by mu się nie spodobało. A Rell... - Storo pokręcił głową. - Wolę nie
myśleć, co on by zrobił. Zresztą pięść Rheena nie uzna waszych cywilnych
nakazów.
- Uzna. Miejski garnizon was nie poprze, dowódco.
- Chcesz powiedzieć, że ich przekupiłeś?
- Dowódco! Protestuję przeciwko takim insynuacjom!
- Nie zadawaj sobie trudu, Ehrlann. Rzut, Słoneczko, jak brzmi wasza
opinia na temat wieży bramnej, tunelu i łuków?
- Spokojnie wytrzymają pięćdziesiąt lat - zapewniła Rzut.
- Wkrótce się zawalą. Raczej prędzej niż później - sprzeciwił się
Słoneczko.
- Sam widzisz - oznajmił sędziemu Storo.
Ehrlann machnął miotełką przed twarzą, spoglądając na rozmówcę.
- To znaczy...?
- To znaczy, że dostaniesz swoją bramę. Jutro możecie ją otworzyć dla
ruchu.
Sędzia się rozpromienił. Rozpostarł szeroko ramiona, jakby miał zamiar
uściskać Stora.
- To wspaniale, dowódco. Wiedziałem, że dasz sobie przemówić do
rozsądku. Muszę przyznać, że pertraktacje z weteranami, takimi jak wy,
były dla nas cenną lekcją. Tu, w głębi lądu, nie spotykamy takich ludzi
zbyt często. Powiedz mi, jak to się nazywa ten kontynent, który
podbiliście ku chwale cesarzowej? Gangabaka? Bena-gagan?
- Genabackis - odparł z westchnieniem Storo. - Jeszcze nie skończyliśmy
pracy.
Ehrlann zmarszczył brwi w grymasie nieufności.
- Słucham, dowódco?
- Chodzi o tamto wzgórze.
Storo uniósł podbródek, wskazując nim na północ.
- Tak? Wzgórze Katowskie?
- Chcę je obniżyć o jeden wzrost mężczyzny...
- Dwa wzrosty - wtrąciła Rzut.
- Tak jest. O dwa.
Miotełka znieruchomiała.
- Chyba żartujesz, dowódco. - Ehrlann wskazał miotełką wzgórze. - Tam
właśnie tracimy przestępców. Tam miasto wymierza sprawiedliwość. To
starożytna tradycja. Nie możecie w nią ingerować. To po prostu
niemożliwe.
- Wcale nie jest taka starożytna.
- Kto tak powiedział?
- Mój mag Jedwab. Mówi, że ta tradycja ma tylko siedemdziesiąt lat, i jego słowa w zupełności mi wystarczają. Zresztą możecie sobie garotować
głodujących nędzarzy gdzie indziej, Ehrlann. Jak już dacie nam
robotników, którzy obniżą wzgórze, zaczniemy kopać fosę.
- Fosę? Fosę? A gdzież ona ma przebiegać?
- Właśnie tu, gdzie stoisz. - Storo podniósł pas z mieczem i zakurzoną
kolczugę. - Życzę dobrego dnia, sędzio. Rzut, Słoneczko, muszę się
napić.
Sędzia Ehrlann odprowadzał wzrokiem zmierzających ku Bramie Świtu
weteranów. Potem spojrzał na luźną ziemię, cegły oraz zdeptane śmieci,
które miał pod nogami. Wzdrygnął się, gdy czubka jego głowy dotknęły
promienie słońca.
- Jamaer! Parasol!
***
Grubas w szatach błękitnej barwy oceanu zmierzał Zaułkiem Wróżbitów -
untańską ulicą, przy której rezydowali interpretatorzy Talii Smoków,
woskowe wiedźmy i grotowi jasnowidze - z cierpliwością poszukiwacza
wypatrującego skarbów na bezludnej plaży. Zaułek nie był jednak
bynajmniej bezludny. Unta, stolica imperium, była magnesem, ośrodkiem
przyciągającym wszelkiego rodzaju talenty, legalne i nie. Byli wśród
nich magowie, użytkownicy rozmaitych grot, lecz również posiadacze
pomniejszych talentów, interpretatorzy Talii Smoków, prawdomówcy,
wszelkiego rodzaju wróże posiłkujący się zwierzęcymi wnętrznościami albo
odczytujący regularności dostrzeżone w dymie, pęknięciach spalonej kości
bądź też układzie rzuconych patyków.
Wróżbiarstwo było w imperium najnowszym krzykiem mody. Gdy upał mijał, a niebo przybierało granatową barwę, w zaułku zjawiały się tłumy ludzi o najróżniejszych pozycjach społecznych. Wszyscy szukali informacji o kaprysach Bliźniaków Oponn - pchnięciach Chłopaka i pociągnięciach Pani
- albo ochrony przed nimi. Tłum sprzedawców cudownych przedmiotów
zachwalał swe grzechoczące relikwie, ikony oraz amulety. Właściciele
straganów zaczepiali przechodniów.
- Dowiedz się, co ci przyniesie fortuna, szlachetny!
- Obejrzyj mapę wpływów Wielu Królestw na swą ścieżkę!
- Poznaj tajemnice ascendencji, wielmożny panie!
- Otacza cię mnóstwo wrogów.
Tłusty mężczyzna w niebieskich szatach stanął jak wryty. Spojrzał na
brudnego ulicznika, tylko nieco niższego niż on.
- Ryzykujesz wszystko - ciągnął chłopak, zaciskając powieki. - Ale w zamian za nagrodę, która wykracza poza twoje wyobrażenie.
Mężczyzna uniósł brwi i zacisnął pulchne wargi, a potem odrzucił głowę
do tyłu i ryknął głośnym śmiechem. Pokryte blaknącymi zielonymi plamami
zęby robiły wrażenie brudnych i niezdrowych.
- Oczywiście! - zgodził się. - Ależ oczywiście! Trafnie przewidziałeś
przyszłość. Wielki talent twój jest, chłopcze. - Pogłaskał młodzieńca po
brudnych włosach i wręczył mu monetę. Potem skinął dłonią do pobliskiego
straganiarza. - Wielką przyszłość przepowiadam temu śmiałemu chłopcu! -
zawołał i ruszył w dalszą drogę.
Zdziwiony zapowiadacz wizyt Umarłej Poliel wpatrzył się w tłum.
***
Podsuwali mu swe towary sprzedawcy Talii Smoków. Spoglądał na wszystkich
tolerancyjnym okiem. Sprawdzał zalety każdej starożytnej, owiniętej w aksamit kolekcji kart, aż wreszcie nabył jedną z nich, oferowaną na
sprzedaż za wyjątkowo niską sumę z powodu nagłych nieszczęść, jakie
spadły na rodzinę, w której posiadaniu znajdowała się od pokoleń.
Mijając stragan z relikwiami, nasyconą biżuterią i stosami amuletów,
zatrzymał się nagle i odwrócił. Siedzący za ladą mężczyzna wstał ze
stołka, zauważywszy, że spojrzenie grubasa w drogich szatach padło na
zestaw naszyjników. Uśmiechnął się z mądrą miną.
- Tak. Masz dobry gust, szlachetny panie. - Zdjął splecione naszyjniki i podsunął je mężczyźnie, który cofnął się nagle. - Spójrz na ogniwa,
panie, to miniaturowe łańcuchy. A wisiorki! To gwarantowane odpryski
kości nieszczęsnych ofiar śmiertelnego marszu tego diabła Coltaine'a. -
Grubas wybałuszył raptownie oczy. Przełknął z wysiłkiem ślinę. - Znasz
historię tego smutnego epizodu, panie?
Mallick Rel wziął się w garść.
- Tak - zdołał wychrypieć.
- Czyż to nie haniebna tragedia?
Mallick rozprostował ramiona. Rozciągnął usta, odsłaniając pokryte
kolorowymi plamami zęby.
- Tak. To było straszliwe niepowodzenie. Jego wspomnienia po dziś dzień
wracają do mnie niczym fale.
- Dziękujmy mądrości cesarzowej, która wezwała cały Quon do zemsty na
zdradzieckich Wickanach.
- Tak. Dziękujmy jej.
- Musisz nabyć tę relikwię, panie. Obyśmy wszyscy nauczyli się czegoś z tego, co ona zawiera.
Sprzedawca pokłonił się i nie zauważył, że spojrzenie oczu Mallicka,
ukrytych głęboko w fałdach tłuszczu, nabrało dziwnej intensywności.
- Tak - potwierdził grubas. - O tej lekcji warto pamiętać. - Uśmiechnął
się błogo. - Z pewnością kupię twą znakomitą relikwię. A czy to, co
widzę obok, to amulet chroniący przed wiecznym głodem Kaptura?
***
Gdy wieczór przeszedł w noc i pojawiły się ćmy oraz nietoperze, służący
zapalili lampy przed sklepami najbardziej pracowitych wróżbitów i interpretatorów. Mallick wszedł do lokalu będącego własnością niejakiej
pani Batevari. Kobieta ta przybyła do stolicy dopiero niedawno, lecz w bardzo krótkim czasie okryła się wielką sławą dzięki swej niezwykłej
wrażliwości na znaki i zapowiedzi przyszłości, jakie można było dostrzec
we wpływie wywieranym przez groty. Na ulicach znano ją jako wielką
kapłankę Królowej Snów, ale jej oficjalna pozycja w kulcie pozostawała
niepewna. Pani Batevari i Wielka Świątynia na Rondzie Bogów z determinacją ignorowały się nawzajem. Niektórzy zapewniali, że kobieta
jest szarlatanką, zauważając, że choć twierdziła, iż pochodzi z Darudżystanu, nikt, kto był w tym mieście, nie słyszał, by wspominano
tam jej imię. Inni zapewniali, że jest autentyczną kapłanką kultu,
traktując jako dowód jej niezaprzeczalnie trafne proroctwa i przepowiednie. Obie strony sporu uważały sympatię okazywaną kobiecie
przez Mallicka Rela za potwierdzenie słuszności własnego stanowiska.
Mallick - który nic nie wiedział o tej debacie, albo może wiedział o niej bardzo wiele - wszedł do holu. Spotkał go tam sługa ubrany w tradycyjne nogawice i tunikę mieszkańca Pale, miasta w północnej
Genabackis. Ostatnio w bogatych domach zapanowała moda na zatrudnianie
emigrantów oraz uchodźców z podbitych przez imperium krajów jako
lokajów, strażników oraz panny do towarzystwa. Gość wręczył mężczyźnie
szaty podróżne koloru morza. Lokaj pokłonił się i wskazał ręką drogę do
salonu.
W wejściu Mallick zamarł w bezruchu, krzywiąc się z bólu. Jego zmysły
zaatakował fantasmagoryczny zestaw mebli, tkanin i dzieł sztuki ze
wszystkich prowincji imperium, a także ziem położonych poza jego
granicami. Gdyby cyklon - jeden z tych, jakie niekiedy atakowały jego
falarską ojczyznę - spustoszył Wielki Bazar w Arenie, tak właśnie
mogłyby wyglądać ślady jego przejścia. Uśmiechnął się szyderczo na widok
falarskiego dywanu - taniej szmaty dla turystów - powąchał barghascki
totem - oczywisty falsyfikat - i skrzywił się na widok przykładu
letheryjskiego malarstwa deskowego - wyjątkowo nieudanej kopii.
- Czy to ty, młody Mallicku? - dobiegł z wnętrza drżący głos starej
kobiety.
Odwrócił się i zobaczył siwą staruszkę o patykowatych kończynach,
jeszcze niższą od niego. Młode dziewczątko w białych szatach tancerki,
Taya, trzymało ją pod rękę. Mallick pokłonił się z szacunkiem.
- Witaj, pani.
Taya poprowadziła panią Batevari do najwygodniejszego fotela i usiadła
na dywanie obok niej, kryjąc stopy pod obszerną szatą. Jej umalowane
kohlem oczy spoglądały figlarnie na Rallicka spod przezroczystego welonu
tancerki. Lokaj przyniósł tacę ze słodyczami i winem w wysokich
kryształowych kielichach. Mallick i pani Batevari wzięli je.
- Niepokoje w szeregach tak zwanych bogów nie cichną, Mallick -
oznajmiła Batevari z wyraźną satysfakcją. - Rzecz jasna, towarzyszą im
analogiczne zaburzenia w naszym królestwie śmiertelników.
Mallick rozpromienił się.
- Z całą pewnością - wyszeptał.
Wyprostowała się, zaciskając palce na poręczach fotela niczym szpony.
- Pierzchają jak szczury zaskoczone w domu ogarniętym pożarem!
Mallick zakrztusił się winem.
Bogowie, to cud, że wszyscy klienci tej baby nie poszli się utopić w Zatoce Untańskiej.
- Tak jest. Z pewnością! - zawołał, kaszląc.
Pani Batevari znowu usiadła głębiej w fotelu i opróżniła kielich jednym,
długim haustem. Taya mrugnęła teatralnie do Mallicka.
- Powiedz, bohaterze stłumienia buntu w Siedmiu Miastach, co może ci
zaoferować to marne naczynie? - zaintonowała staruszka. Jej czarne oczy
zmieniły się w wąskie szparki. - Masz jeszcze do pokonania długą drogę,
ale pokonasz ją, Mallick. Zajdziesz bardzo wysoko. Powtarzałam ci to
wiele razy...
- Jesteś bardzo uprzejma, pani.
- To nie była przepowiednia. - Uśmiechnęła się szyderczo. - To prawda.
Widziałam to.
Mallick wymienił spojrzenie z Tayą, która uniosła oczy ku niebu.
- To mnie uspokaja - rzekł, starając się, by jego z natury cichy głos
zabrzmiał jak najgłośniej.
- Ale czy słusznie?
Mallick powstrzymał pragnienie spiorunowania jej gniewnym spojrzeniem.
- Tak czy inaczej, mówiliśmy o tak zwanych bogach - ciągnęła. Być może
nie zauważyła jego irytacji. Nagle wpatrzyła się w dal i umilkła na
dłuższą chwilę.
Mallick przyjrzał się twarzy staruszki. Jej oczy niemal całkowicie
niknęły w zmarszczkach. Czy czekała go kolejna porcja jej nieznośnego
kabotyństwa?
- Widzę potężne starcie przeciwstawnych dążeń, które nadejdzie szybciej,
niż się komukolwiek wydaje - zaintonowała sennie. - Widzę spiski ukryte
w spiskach i pierzchające tłumy! Widzę, jak Nowe ściera się ze Starym i z Uzurpacją! Widzę odwrócenie porządku! A gdy Domy się walą, moce
zwracają się przeciwko sobie jak szczury, którymi przecież są. Brat
przeciwko siostrze! Wszyscy spoglądają na rannego, ale on wcale nie jest
najsłabszy. Nie, jego czas jeszcze nadejdzie. Ci, którzy wydają się
najsilniejsi, są... Zbyt długo już nikt nie rzucił im wyzwania! Jeden
ukrywa się w ciemności, gdy oni walczą, ale czy widzi dokładnie swą
ścieżkę... czy w ogóle ją widzi? Najciemniejszy... - Wciągnęła nagle
powietrze. Dopadł ją gwałtowny kaszel. - Jego zguba jest już blisko!
Jeśli zaś chodzi o najjaśniejszego... zawsze jest najbardziej
odsłonięty. Ta, która obserwuje, przegapi swą szansę i pojawią się
bestie, by ścigać ostatnią możliwość przetrwania nadchodzącej
transformacji. Panteon czeka zagłada. A z popiołów powstanie...
powstanie...
Mallick nie spuszczał z niej wzroku. Zapomniał o trunku, choć traktował
słowa staruszki z maksymalnym sceptycyzmem.
- Tak? - zapytał, unosząc brwi. - Co powstanie?
Pani Batevari zamrugała.
- No właśnie? Co? - Uniosła pusty kielich i zmarszczyła brwi. - Hernon!
Przynieś więcej poczęstunków!
Mallick stłumił pragnienie uduszenia staruchy. Czasami nawet on, choć
powinien wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny, zadawał sobie pytanie...
Zerknął na Tayę. Dziewczyna spoglądała na panią Batevari z niezwykle
zaniepokojoną miną.
- Twoje przeczucia i przepowiednie jak zwykle mnie zdumiewają -
oznajmił, gdy sługa, Hernon, napełnił pani kielich. - Na przykład
proroctwa dotyczące Karmazynowej Gwardii - ciągnął, spoglądając na
opuszczającego salon lokaja. - Gwardziści z pewnością są już blisko.
Znacznie bliżej, niż się komukolwiek wydaje. Zgodnie z twoimi
przewidywaniami. Potrzebna będzie silna ręka, by ich powstrzymać...
Pani Batevari znowu wypiła wino jednym haustem.
- Zgodnie z moimi przewidywaniami... - wyszeptała sennym głosem. - A teraz... - Spróbowała wstać z fotela i Taya pośpieszyła jej z pomocą. -
Zostawię was samych, byście mogli porozmawiać w cztery oczy. -
Wyciągnęła szponiastą dłoń do Mallicka. - Znam prawdziwe motywy, które
skłoniły cię do odwiedzenia mojego skromnego domku na wygnaniu,
Mallicku, pogromco buntowników.
Mallick również wstał i uśmiechnął się bez wyrazu. Wymienili z Tayą
pośpieszne, niespokojne spojrzenia.
- Tak? Naprawdę?
Pochyliła się ku niemu, uśmiechając się lubieżnie.
- Chcesz mi ukraść ten młody kwiatek, ty zbereźniku! Tę towarzyszkę,
która była dla mnie jedyną pociechą podczas wygnania z ośrodka
cywilizacji, słodkiego Darudżystanu. - Uniosła rękę. - Kimże jednak
jestem, by stawać na przeszkodzie namiętności młodych?
Mallick pokłonił się i machnął ręką, wyrzekając się podobnych intencji.
- Nigdy bym tego nie zrobił, pani - zapewnił.
- Tak tylko mówisz, krzyżujący szyki buntowi w Siedmiu Miastach. Ale nie
ulegaj rozpaczy. - Pani Batevari mrugnęła znacząco. - Ona może jeszcze
ci ulec. Nie zwijaj oblężenia.
Taya pochyliła głowę, zasłaniając usta.
Mallick wiedział, że dziewczyna ukrywa śmiech, ale słowa staruszki go
zirytowały.
- Wracam na swe pokoje, pomedytować o niewysłowionym. Hernon! Chodź!
Lokaj wrócił i wyprowadził panią Batevari z salonu. Mallick pokłonił
się, a Taya dygnęła.
- Pamiętaj, dziecko, Hernon będzie czekał pod drzwiami, na wypadek gdyby
nasz gość się zapomniał i dał się ponieść namiętności! - zawołała z korytarza staruszka.
Taya znowu zakryła usta, lecz tym razem nie udało się jej w pełni
zamaskować chichotu. Mallick zdziwił się spazmem gniewu, który nagle go
dopadł. Gdyby tylko wiedział na pewno czy to skleroza, czy świadoma
obelga. Nalał sobie kolejny kielich białego untańskiego wina.
Taya osunęła się na krzesło. Śmiała się głośno, zakrywając twarz dłońmi.
Mallick zaczekał chwilę, by mieć pewność, że starucha sobie poszła.
Zakręcił winem, obserwując opadające na dno męty.
- Gdybym nie był tak bardzo pewien, że wody są płytkie - wydyszał. -
Obecność ukrytych głębin czasami bym podejrzewał.
Taya uśmiechnęła się figlarnie, podkulając nogi pod siebie.
- Jej praca wymaga iluzji głębi, Mallick. Naprawdę jest niezła, nie
sądzisz?
Upił łyk wina. Było zbyt wytrawne jak na jego gust.
- A ta ostatnia mowa? Te najnowsze prorocze oznajmienia?
- To jej aktualny tekst. - Dziewczyna poprawiła przejrzysty strój
tancerki, odsłaniając ramiona. - Nie ma w nim nic szczególnie śmiałego,
jeśli się nad tym zastanowić. Fener upadł, Trake chce zająć jego
miejsce, w talii pojawiły się nowe, ambitne Domy i mnóstwo świeżych
kart. Właściwie to raczej konwencjonalne.
- Niemniej pewna niepokojąca elegancja...
Taya odgarnęła długie czarne włosy i związała je w węzeł.
- Mallick, mój drogi - rzekła z uśmiechem. - Jeśli jest tu jakaś
elegancja, zawdzięczamy ją tylko tobie.
Mallick pokłonił się jej.
- Zatem... Karmazynowi Gwardziści. - Taya pogłaskała koniuszkami palców
obite pluszem poręcze fotela. - Oczywiście w Darudżystanie wiele o nich
słyszałam. Bardzo wtedy pragnęłam ich tam ujrzeć. A więc rzeczywiście
nadchodzą?
Mallick wydął usta. Zastanowił się, czy usiąść naprzeciwko dziewczyny, i postanowił tego nie robić. Spacerował jeszcze przez chwilę po pokoju,
udając, że podziwia dzieła sztuki. Wreszcie odchrząknął.
- Jak przypływ. Są już blisko i nie sposób ich powstrzymać. Śluby wciąż
gnają ich naprzód. Jak zwykle są ich największą siłą i największą
słabością. Dlatego nie sądzę, by mieli się biernie przyglądać.
Taya zerknęła na niego.
- Przyglądać się biernie czemu?
- Ależ aktualnym trudnościom, oczywiście - odparł, uśmiechając się bez
wyrazu.
Taya wydęła demonstracyjnie usta i zdmuchnęła opadający na oczy kosmyk.
- Nie lubię, gdy coś przede mną ukrywasz, Mallick. Nieważne. Mam swoje
źródła i uważnie słucham wszystkich gości tego starego babska.
Zdziwiłbyś się, kto zwraca się do niej po radę. Ale z drugiej strony
pewnie byś się nie zdziwił. Nikt z nich nic o tym nie wie. Nie mów, że
masz informatorów w samej Gwardii.
Mallick uśmiechnął się, jakby rozbawiła go dziwaczność tej sugestii.
Pokręcił głową.
- Nie, dziecko. Gdybyś coś o niej wiedziała, nigdy nie wpadłabyś na tę
myśl. To niemożliwe.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Każdą organizację można spenetrować. Zwłaszcza złożoną z najemników.
Mallick zatrzymał się nagle i spojrzał na Tayę.
- Muszę podkreślić, że bardzo się mylisz. Nigdy nie uważaj Gwardzistów
za najemników. To raczej wojskowy zakon.
Taya westchnęła, spoglądając ku sufitowi.
- Bogowie, tylko nie taki, jak ci z Elingarthu. To straszliwie nudne. -
Przeciągnęła się, unosząc ręce nad głowę. Cienka tkanina opadła jeszcze
bardziej, odsłaniając jasne, muskularne barki. - Czemu mnie dziś
odwiedziłeś, Mallick? O kogo chodzi tym razem?
Mallick przyglądał się, jak Taya wygina plecy coraz bardziej. Jej małe,
sterczące piersi rozciągały przejrzystą tkaninę.
Ty również próbujesz ze mnie drwić, dziewczyno? Potrzebuję twych
niezrównanych umiejętności, ale jestem jak głębiny. Pamiętam wszystko.
Odchrząknął, osuszył kielich i usiadł.
- Deputowany Imry, reprezentujący Konfederację Kańską, musi ustąpić.
Sugeruję chorobę, jego własną albo w rodzinie...
- Nie ucz mnie, jak mam wykonywać swą pracę, Mallick. Ja ci nie mówię,
jak manipulować Zgromadzeniem.
- Ależ mówisz, najmilsza - odparł grubas głosem tak cichym, że prawie
nie było go słychać.
Zachichotała.
- To prerogatywa kobiety, Mallick.
Uniósł kieliszek, uznając prawdziwość jej słów.
- Poseł Imry... to wymaga czasu.
- Bezzwłocznie.
- Czasu - powtórzyła Taya. Nagły ostry ton w jej głosie zabrzmiał
zaskakująco u tak drobnego dziewczątka.
Mallick uspokoił ją, unosząc rękę.
- Proszę, kochanie. Wysłuchaj mnie. Czasy subtelności i sprytu szybko
mijają. Wody się podnoszą i wszystko wskazuje, że niedługo nadejdzie
chwila, by pozwolić prądowi wydarzeń ponieść nasz skromny stateczek.
Taya odchyliła się, skubiąc białą, delikatną jak piórko tkaninę
pokrywającą jej udo.
- Rozumiem. Proszę bardzo, ale to nie będzie wyglądało przyjemnie. Mogą
się pojawić pytania.
Mallick odstawił kieliszek i wstał.
- Nadchodząca burza uniesie je wszystkie ze sobą. Zostawię cię twojej
pracy.
- Mam zacząć już dzisiaj? W takim stroju?
Rozpostarła szeroko ramiona.
Mężczyzna popatrzył na nią obojętnie.
- Jeśli uważasz, że tak będzie najlepiej. Nigdy bym nie śmiał cię
pouczać, jak masz wykonywać swoją pracę.
Taya trzepnęła dłońmi w obite pluszem poręcze.
- Obyś dzielił ból Przykutego, Mallick. Nie mam pojęcia, dlaczego cię
toleruję.
Pokłonił się jej.
- Być może dlatego, że wyłącznie razem mamy szanse zrealizować swe
ambicje.
Zbyła jego słowa machnięciem dłoni.
- Tak. Być może. W końcu tylko w ostatnim miesiącu zapobiegłam dwóm
zamachom na ciebie. - Spojrzała na niego spod opadających powiek. - To
chyba znaczy, że twoje wpływy rosną.
Mallick zawahał się porażony nagłą niepewnością. Czy to miało być zwykłe
przypomnienie, czy zawoalowana groźba? Postanowił, że pokłoni się
jeszcze raz. Ostrożność przede wszystkim. W końcu Taya była dla niego
niezwykle cenna. Talent nieznany nikomu poza nim w całej stolicy.
- Jesteś dla mnie zbyt uprzejma. Pamiętaj, by przypomnieć staruszce o Karmazynowej Gwardii. I o tym, że potrzebna jest silna ręka. Musi
wspominać o tym częściej.
Dziewczyna skinęła głową.
- Tak, Mallick. Jak zwykle.
***
Wieczór robił się chłodny i po wyjściu na dwór grubas otulił się
szczelniej szatami. Wydął mięsiste wargi. Przygnębiała go myśl, że musi
się zniżać do próśb i obmierzłych pochlebstw, by osiągnąć swój cel.
Niemniej inwestycja okazała się opłacalna. Nikt, nawet Laseen i jej
szpony, które ongiś trzymały całe miasto w garści, nie mógł podejrzewać,
kto ukrył się tak skutecznie w zasięgu ręki od Pałacu Cesarskiego. Tylko
szczególne talenty dziewczyny pozwoliły Mallickowi ją wykryć. Taya Radok
z Darudżystanu. Córka samej Vorcan Radok, najlepszej ze skrytobójców w owym mieście. Uczyła się od matki sztuki potajemnego zadawania śmierci,
nim jeszcze posiadła umiejętność chodzenia. Przybyła do Unty, by zemścić
się na imperium, które zabiło jej matkę. Ach, jakże cudowną zemstę razem
wywrą - choć nie będzie ona wyglądała tak, jak mogłaby tego pragnąć
dziewczyna.
Wyszedł na głośną, jasno oświetloną latarniami ulicę. Myśli o skrytobójcach i eliminacji przypomniały mu o jego własnym
bezpieczeństwie. Rozejrzał się, wypatrując swego stróża, uświadomił
sobie jednak, że oczywiście nie ma szans go zauważyć. Niemniej wyczuwał
jego bliskość. Kolejna sierota na jego usługach. Miał chyba talent do
ich wyszukiwania. Stary, wytatuowany mag spędził wiele lat w areńskim
więzieniu. Mallick bez trudu zaaranżował ucieczkę staruszka, zdobywając
w ten sposób jego lojalność. I jakże użyteczne okazały się - jakby to
ująć - niekonwencjonalne talenty Oryana.
Grubas wmieszał się w tłum obywateli i służących wypełniający Zaułek
Wróżbitów. Pozwolił sobie na lekki śmieszek satysfakcji. Tylko dwa,
najdroższa Tayo? Stracił już rachubę czarodziejskich ataków odpartych
przez Oryana dzięki jego niezwykłej magii pradawnych grot. Taya i Oryan,
dwoje potężnych sług podobnego rodzaju. Rzecz jasna, był też Mael - jego
bóg, a także coś jeszcze. Mogłoby się niemal zdawać, że los wytyczył dla
niego ścieżkę prowadzącą aż do...
Zatrzymał się tak raptownie, że omal się nie przewrócił - a razem z nim
ci, którzy szli przez ciżbę tuż za nim. Przypomniał sobie bredzenia
staruszki. Bogowie ingerują? W jego sprawy? Nie. To niemożliwe. Żaden z nich by się nie ośmielił. Nikt nie kierował jego krokami.
Złapała go za łokieć twarda, powykręcana reumatyzmem dłoń. Spojrzały na
niego oczy ciemne i matowe jak mokre kamyki. Oryan. Mallick odtrącił
maga. To niemożliwe. Musi zamienić słówko z Maelem. I to zaraz.
***
Ghelel po raz pierwszy zwietrzyła kłopoty, gdy Quinn, pracujący dla ich
rodziny nauczyciel szermierki, uniósł dłoń, w której trzymał sztylet,
zarządzając przerwę. Wykorzystała tę okazję, by złapać się za bok. Bolał
ją z wysiłku tak bardzo, że omal nie zgięła się wpół.
- Czemu się zatrzymałeś? - Wydyszała. - Miałeś mnie.
Wiekowy mężczyzna zignorował ją, podszedł do zamkniętych drzwi stajni i uchylił je sztychem noża.
- O co chodzi? Ojciec znowu jest niezadowolony, że mnie uczysz? -
Usłyszała tętent koni i wyprostowała się, poruszając z bólu barkiem. -
Kto to jest? Rodzina Adalów wróciła wcześniej z Tali? Powinnam się
przebrać.
- Cicho, pani.
Schowała lewak i wąski miecz, a potem odgarnęła włosy przylepione do
twarzy. Przód sznurowanej skórzanej kamizelki miała mokry od potu.
Podniosła szmatę, by otrzeć twarz. Będą oburzeni i przerażeni, gdy
zobaczą ją w takim stanie. W ostatecznym rozrachunku nie miało to jednak
znaczenia. Była tylko podopieczną Sellathów, nie łączyły jej z nimi
więzy krwi. Wypuściła z rąk szmatę, słysząc dobiegające z głównego
budynku głosy. Krzyki?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki