Rozdział 1
No i kto by pomyślał, że kiedyś będę taka wiekowa! Właśnie dzisiaj kończę piętnaście lat! Do tej pory jeszcze dziecko, a tu już prawie dorosła. Piętnaście lat to niby niewiele, ale za rok będę miała już szesnaście, a po pięciu latach stuknie mi dwudziestka! Po prostu starość! Co ja będę robiła w tak zaawansowanym wieku? Nie mogłam sobie tego wyobrazić.
Dzwonek do drzwi zabrzęczał nachalnie.
- Już przyszli. Otwórz im, Dominiczko! - usłyszałam z kuchni wołanie babci Lusi.
- Zaraz idę - mruknęłam niechętnie, wchodząc do przedpokoju.
Po drodze poprawiłam kapelusik jednej z wielu siedzących na etażerkach i półkach zabytkowych babcinych lalek. Minęłam starą rzeźbioną komódkę i rachityczny wieszak na ubrania. Przybiegła, zaintrygowana, nasza kudłata suczka Funia, a za nią równie ciekawski rudy kot zwany Amadeuszem.
Wcale nie miałam ochoty otwierać drzwi, więc zatrzymałam się na moment przed wielkim, nieco pociemniałym lustrem, żeby popatrzeć jeszcze raz na swoją nową, ładną fryzurę - fryzjer wycieniował mi włosy i grzywkę, przez co głowa wyglądała tak zgrabnie jak nigdy dotąd. Czerń umalowanych starannie rzęs powodowała, że moje oczy przybrały intensywnie seledynowy kolor, pasujący do zieleni sukienki, która na ciemnym tle połyskujących w głębi przedpokoju drzwi wejściowych, przypominała wiosenną trawę. Jakby czas przyspieszył i był już maj zamiast, wprawdzie wyjątkowo ciepłego i deszczowego, ale jednak stycznia - myślałam, wyobrażając sobie miły, lekki wiatr i zapach kwiatów.
Babcia Lusia miała bardzo niemądry pomysł, żeby z okazji moich urodzin zaprosić specjalnych (jak ich określiła) gości, czyli swoją koleżankę z mężem. Nie ukrywam, wkurzyłam się. Po co mi w urodziny jacyś jej znajomi! W dodatku zawiadomiła mnie o tej wizycie dosłownie pół godziny temu. Nic już się nie dało zrobić. Jeszcze musiałam udawać bardzo zadowoloną, żeby nie urazić mojej zwariowanej staruszki.
Szczęśliwie była dopiero godzina czwarta, a umówiłam się z moimi przyjaciółmi w pubie o szóstej... Miałam więc jeszcze trochę czasu.
Na swoje urodziny zaprosiłam dwie kumpelki, siostry Lisowskie - Agatę i Paulę, kolegę Kacpra Woźniaka i mojego kuzyna Kubę. Ponieważ pub był dosyć daleko, niejaki Patryk Garbień (który mi się bardzo podobał), obiecał mnie tam zawieźć swoim samochodem. Och, jak się cieszyłam na to spotkanie! Moich przyjaciół nie widywałam teraz zbyt często, a kiedyś ciągle byliśmy razem.
Do trzynastego roku życia mieszkałam na ulicy Poziomkowej, niedaleko ładnego domu ciotki i wujka Gołębiewskich. Bawiłam się często z ich dziećmi - moją równolatką Magdą i ze starszym od niej Kubą. Najbardziej przyjaźniłam się z Paulą, którą poznałam już w przedszkolu i jej dwa lata starszą siostrą Agatą, od nazwiska przezywanymi Liskami. Wszyscy oczywiście, razem z Kacprem Woźniakiem i Patrykiem Garbieniem, chodziliśmy do tej samej szkoły. A potem, gdy skończyłam trzynaście lat, zlikwidowali zakład w którym pracowali moi rodzice. Na domiar złego właściciel willi w której zajmowaliśmy dwa pokoje z kuchnią, podniósł nam czynsz. Musieliśmy więc opuścić mieszkanie przy Poziomkowej.
Było bardzo ciężko. Sprzedaliśmy meble, żeby mieć pieniądze na życie i zamieszkaliśmy u babci Lusi. Rodzice przepisali mnie do pobliskiej szkoły, a po kilku miesiącach bezskutecznego poszukiwania pracy, zdecydowali się wyjechać do Anglii i tam znaleźć jakieś zajęcie.
Ja zostałam z babcią. W nowej szkole, mimo upływu dwóch lat wcale się nie zaaklimatyzowałam, a jedynymi moimi przyjaciółmi pozostali właśnie ci znani mi od dzieciństwa.
Dlatego tak się cieszyłam z dzisiejszego spotkania i wcale nie miałam głowy do przyjmowania wizyt nieznanych mi ludzi, którzy na pewno będą beznadziejnie nudni!
Niestety dzwonek dalej brzęczał niecierpliwie. Westchnęłam zrezygnowana, ale potem uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze, bo dzisiaj bardzo się sobie podobałam. Z rozmachem otworzyłam drzwi i... zamarłam.
Babcia mówiła o jakimś małżeństwie, a ja zobaczyłam tylko pojedynczą panią! Za to jaką! Była ogromna. Czarny, rozłożysty kapelusz i obszerne futro sprawiały, że wyglądała niby kobieta Yeti.
- Witaj, mała Dominiko! - dobiegł z góry tubalny głos.
Faktycznie, w jej towarzystwie poczułam się zupełnie malutka.
- Dzień dobry pani - pisnęłam jak mysz.
Zaraz przybiegła babcia Lusia. Przy olbrzymce przypominała miniaturową, pulchną wróżkę z filmów Disneya, która śmiesznie drepcze wokół wyrośniętej czarownicy.
- Wchodźcie, kochani, wchodźcie - mówiła, rozkładając ręce. - Tak się cieszę, Hildegardo!
Nazwana tym dziwacznym imieniem kobieta sunęła przez przedpokój niczym sapiący parowóz. Po chwili zza jej pleców wyskoczył starszy pan w grubych okularach. Babcia Lusia miała rację, było ich dwoje!
- Zenon, futro! - zakomenderowała pani Hildegarda.
- Już, Hilciu - zawołał w odpowiedzi jej mąż.
Usiłując wykonać polecenie, zaraz zginął w przepastnych kosmatych fałdach odzienia swojej żony. I musiałyśmy pomóc mu się wyplątać.
Hildegarda ruszyła do przodu krokiem słonicy, aż zadrżały etażerki i półki oraz rozstawione na nich bibeloty. Siedzące sztywno lalki wytrzeszczyły niebieskie oczy, a nasz zazwyczaj łagodny i spokojny kot Amadeusz nagle przybrał dzikoobronną postawę i z wygiętym grzbietem, zjeżoną sierścią, posykując wojowniczo, podskakiwał na wyprostowanych łapach. Mała, kudłata Funia biegała zbulwersowana z wyraźnym zamiarem ugryzienia kota w nastroszony ogon.
- Zenon, krzesło!
Starszy pan przysunął do stołu największy fotel i Hildegarda usiadła z wyniosłą miną. Nawet nie raczyła zwrócić uwagi na szalejące zwierzęta.
Pobiegłam do kuchni po kawę i ciastka. Babcia wyciągnęła na tę okazję z przepastnego ciemnego kredensu zabytkowy serwis. Musiałam bardzo ostrożnie nieść na tacy te porcelanowe cacka i uważać, żeby nie spadł mały torcik z piętnastoma świeczkami.
Gdy weszłam do pokoju, potężna przyjaciółka babci opowiadała o jakichś strasznych przepowiedniach dla naszej planety, paląc papierosa w długiej srebrnej cygarniczce.
Kłęby dymu zasnuwały pokój, przez co wszystko stawało się nierealne i tajemnicze. A najbardziej niesamowity był dudniący głos Hildegardy. Aż mi ciarki przeszły po plecach, gdy mówiła:
- Katastrofy! Przejdą tajfuny i trąby powietrzne, ziemia się zatrzęsie, mnóstwo ludzi zginie... wiele miast ucierpi...
Nagle przerwała i wskazała na mnie palcem.
- Kończysz dzisiaj piętnaście lat - stwierdziła ponuro, jakby moje urodziny były następną światową katastrofą.
- I marzy, żebyś jej, Hildegardo, powróżyła! - krzyknęła przejęta babcia Lusia, bezskutecznie próbując złapać rozbrykaną Funię.
Skąd babcia wytrzasnęła wiadomości o moich rzekomych marzeniach, pozostawało jej słodką tajemnicą. Przecież ja wcale nie chcę żadnych wróżb! Nie wierzę w takie głupoty! Już miałam ze złością odrzucić insynuacje babci, gdy Hildegarda zagrzmiała:
- Spełnię twoje marzenia.
I co?! Byłam tak przytłoczona potęgą wróżki, że nic nie powiedziałam, bojąc się nawet głośniej oddychać.
- Zenon, karty! - rzuciła Hildegarda.
Mężczyzna błyskawicznie wyciągnął z kieszeni talię kart i podał małżonce. Czarne oczy Hildegardy przeniknęły mnie na wylot, jakbym była przezroczysta.
- Ciemna blondyna jak ta lala - zawyrokowała basem.
A potem spowita papierosowym dymem zaczęła tasować karty. Kolorowe tekturki trzepotały w ogromnych dłoniach olbrzymki niczym skrzydła motyli. Zrobiło się cicho, nawet zwierzęta umilkły... Słychać było tylko szelest kart i kapanie deszczu za oknem.
No i zaczęło się! Najpierw musiałam przełożyć karty na trzy części prawą ręką do serca. Potem Hildegarda ułożywszy je na stole, wpatrywała się w ich znaki i rysunki. Ja zaś miałam się skupić i myśleć o czymś dla siebie ważnym. Niestety, nic takiego nie przychodziło mi do głowy. Robiłam więc tylko mądre miny i wybałuszałam oczy.
Po chwili Hildegarda rzekła uroczyście:
- Wyprowadzisz się stąd do innego domu.
Do innego domu?! Co za bzdura! Byłam bardzo oburzona takim pomysłem i od razu zaprzeczyłam:
- To niemożliwe...
Nagle, zupełnie nie zwracając uwagi na moje słowa, Hildegarda uniosła ręce i wpatrzyła się w bliżej nieokreślone miejsce na suficie. Nagle krzyknęła:
- Babka i choroba! Ciotka i sąsiad chudy i gruby! Taras i wielki pies!!!
Zbaraniałam... Być może zagadki stanowiły jakieś wyjaśnienie wróżby, ale nie dla mnie. Mimo to owe nieskładne słowa niesłychanie zaintrygowały babcię Lusię i pana Zenona. Z wypiekami na policzkach chłonęli je niczym jakieś salomonowe mądrości.
Najmocniej jednak wstrząsnął się kot i nagle z dzikim wrzaskiem wykonał w powietrzu podwójne salto i wylądował na szczycie kredensu, strącając ogonem szklany wazon, który z trzaskiem wylądował na środku stołu.
No i po wróżbach, pomyślałam ucieszona, patrząc na blat zasypany potłuczonym szkłem. Jednak Hildegarda ze spokojem hipopotama odgarnęła zamaszyście stłuczkę i znów utkwiła wzrok w kartach. Po chwili powiedziała coś bardzo ciekawego:
- Jest przy tobie młody szatyn... i on jest nawet wyjątkowo tobą zainteresowany...
Nadstawiłam uszu. Szatyn?! To może być Patryk! Oczywiście, bardzo bym chciała, żeby się mną "wyjątkowo zainteresował"!
- Jednak będą utrudnienia i wielkie... ogromne przeszkody...
Nie dowiedziałam się niczego bliższego o tych przeszkodach, które mają utrudniać zainteresowanie owego młodego szatyna moją osobą, bo Hildegarda nagle zmieniła temat i sprawy szalenie się skomplikowały.
Wróżka wpatrzywszy się tym razem w żyrandol, zaczęła z szybkością karabinu maszynowego wyrzucać w przestrzeń słowa:
- Telefon! Park! Oszustwo! Wszystko przepadnie! Bruneta, bruneta nadchodzi!!!
Ostatnią wiadomość wykrzyknęła tak głośno, że podskoczyliśmy do góry wszyscy, łącznie z kotem siedzącym na kredensie. Amadeusz na dźwięk słowa "bruneta" dał susa w dół i ruszył niczym ruda rakieta przez wypełnione porcelanowymi lalkami półki i etażerki. Nie mogłam nic zrobić, bo musiałam trwać przy Hildegardzie.
Babcia Lusia niezdecydowana, czy ważniejsze jest słuchanie wróżby, czy ratowanie bezcennej kolekcji, miotała się między stołem a latającymi w powietrzu figurkami. Obowiązek bezskutecznego łapania kota spadł więc na biednego pana Zenona, nieustannie obszczekiwanego przez atakującą go z pasją Funię.
Hildegarda zaś, niewzruszona niczym skała wśród wzburzonego silnym sztormem morza, wygłaszała coraz bardziej absurdalne przepowiednie.
- Koszmar! - krzyknęła, łapiąc się za głowę. - Będzie kryminał!
Potem głosem przypominającym huczący grom poinformowała sufit:
- Wykopy i szklarnia. Policja i pogotowie. Łysy z czerwonym lokiem!
Niebieskie oczy i czerwona czapka. Burza! Wielka burza z piorunami!!!
Na razie jednak zamiast burzy szalał Amadeusz, dokumentnie pustosząc zastawione porcelaną półki. Strąciwszy wszystko, co mógł, wskoczył wprost na duży żyrandol. Kocim wrzaskom towarzyszyło szczekanie Funi podskakującej razem z panem Zenonem, który próbował kijem od szczotki ściągnąć kota z lampy.
Nie zwracając na nic uwagi, Hildegarda stwierdziła po kolejnych oględzinach kart:
- Będzie napad i porwanie... koleżanka prawie zwariuje... wszystko przez te okropne... narkotyki.
Co ona wygaduje, myślałam, nie wiedząc, czy jej wróżby brać na serio, czy też śmiać się z nich. Jednak następna seria złowieszczych okrzyków zdecydowała:
- Pogoń w nocy! Kamera! Cmentarz! Różowe auto! Duch... duch... ty będziesz duchem!!!
I już wiedziałam! Czegoś równie idiotycznego i śmiesznego nie słyszałam, jak długo żyję. Niewiele brakowało, a parsknęłabym śmiechem prosto w nos zwariowanej wróżce.
Panu Zenonowi udało się w końcu strącić kota z żyrandola, niestety, wprost na własną łysawą głowę. Przestraszony Amadeusz wczepił się pazurami w resztki włosów, a staruszek wrzasnął dziko i pognał wokół stołu, zupełnie jak przedtem nasz kot! Za nimi ruszyła Funia!
Hildegarda nawet nie raczyła rzucić okiem na nieszczęsnego małżonka, tylko zadowolonym głosem oznajmiła:
- Straszna wróżba, jedna tragedia.
Po czym złożyła karty i dodała spokojnie:
- Skończyłam. Nie dziękuj.
Dziękować? Za tę farsę?! Zasłoniłam twarz, bo już nie mogłam wytrzymać, i czułam, że za chwilę się roześmieję. Babcia Lusia widać opacznie zrozumiała moje zachowanie, bo podeszła i zaczęła mnie pocieszać:
- Nie płacz, Dominiczko, może wróżby się nie spełnią...
- Jak ja powróżyłam, wszystko się spełni - bez krzty skromności zauważyła Hildegarda.
Amadeusza pewnie znudziła jazda na głowie staruszka. Nagle miauknął i wyskoczył przez okno, zrzucając przy okazji dwie doniczki pelargonii. Na szczęście mieszkałyśmy na parterze. Babcia usiłowała ratować kwiaty, a pan Zenon z rozpędu wpadł pod stół, ściągnął serwetę i jak długi rozciągnął się u stóp swej ogromnej małżonki. Hildegarda pochyliła się, patrząc na niego z niesmakiem.
- Zenonie, co ty tam robisz?
Pobiegłam szybko do kuchni, żeby się spokojnie pośmiać, a kiedy już trochę doszłam do siebie, złapałam szufelkę ze szczotką i wróciłam do pokoju.
Wszyscy troje siedzieli pośród potłuczonego szkła, porcelany i porozrzucanych serwetek. Widocznie takie przyziemne sprawy zupełnie ich teraz nie interesowały. Babcia Lusia i pan Zenon chłonęli z otwartymi ustami słowa Hildegardy, a ona pogrążona w dymnej zasłonie kolejnego papierosa snuła swoje przepowiednie:
- Asteroida już leci w naszym kierunku. Jak uderzy w Ziemię, zniszczy trzy czwarte planety i życie przestanie istnieć. Ale może też uderzyć w Księżyc...
- I wtedy nic się nie stanie? - spytała z nadzieją w głosie babcia Lusia.
- Wtedy Księżyc spadnie na Ziemię, zniszczy trzy czwarte planety i życie przestanie istnieć...
No cóż, wyglądało na to, że tak czy owak mamy przechlapane. Zatem wzięłam się do sprzątania.
Nagle trzasnęły drzwi wejściowe i do pokoju wszedł Patryk. Jak on pięknie wyglądał mimo potarganych przez wiatr włosów! Pod pachą taszczył wierzgającego łapkami Amadeusza.
- Przepraszam, dzwoniłem, niestety, nikt nie otwierał - powiedział od progu. - Ale drzwi nie były zamknięte, więc wszedłem... Myślałem, że coś się stało, bo z waszego okna nagle wyskoczył ten kot...
Mówiąc to, postawił na podłodze obrażonego kocura i coraz bardziej zdziwiony rozglądał się po naszym salonie.
- Wszystko w porządku - odparła babcia z zachwytem.
- Właśnie pani Hildegarda przepowiadała nam różne wspaniałe katastrofy!
- Kot wyglądał na wystraszonego, miauczał i biegał po ulicy dlatego złapałem go i przyniosłem - mówił coraz bardziej speszony Patryk, patrząc bezradnie na pobojowisko.
Hildegarda zaś wbiła w niego przenikliwe spojrzenie i nagle głosem jak grom wypowiedziała niesłychanie dziwną uwagę:
- A ty, chłopcze, uważaj na silnik, bo cię porwą bandyci!
I Patryk już nic więcej nie powiedział. Po prostu osłupiał.