Powstańcy. Marzyciele i realiści. Historia na nowo opowiedziana - Mirosław Maciorowski

Kup ebooka

89.99 zł
80.99 zł (53,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
CZĘŚĆ II
MODLITWA O WOJNĘ I REWOLUCJĘ
Antypowstańcy
Na czerwonym szlaku
Wojsko inne od wszystkich
Polska na surowym korzeniu
Mąż stanu za klawiaturą
Z niewielką pomocą przyjaciół
Spełniony sen Korfantego
Polska nie jest dla wszystkich
Niepodległość na włosku
 
 

"O wojnę powszechną za Wolność Ludów!/ [...] O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej./ Prosimy cię Panie" - wołał Adam Mickiewicz w Litanii pielgrzymskiej, którą zamieścił w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego. Wprawdzie modlił się w niej także "o śmierć szczęśliwą na polu bitwy", ale to było w 1832 r., gdy wciąż buzowały emocje po powstaniu listopadowym, a poezja romantyczna rozkwitała.

Po powstaniu styczniowym nikt już nie marzył "o śmierci szczęśliwej na polu bitwy". Polacy, szczególnie ci z zaboru rosyjskiego, przeżywali traumę po kolejnej klęsce. Kraj spłynął krwią, tysiące ludzi wywieziono na Sybir, niemało uciekło za granicę, car zlikwidował polskie instytucje, zaczęła się rusyfikacja. Nadzieja, że Polacy są w stanie własnymi siłami wybić się na niepodległość, okazała się płonna. Szansą na odzyskanie państwa mogła być tylko wojna między zaborcami. Mickiewiczowska prośba do Stwórcy "o wojnę powszechną" pozostawała więc aktualna.

Część polskich elit czekała jednak nie na wojnę, lecz na rewolucję. Zachodziły zmiany społeczne: chłopi odzyskali wolność, klasa robotnicza walczyła o swoje prawa, masy stały się podmiotem polityki. "Socjalista w Polsce dążyć musi do niepodległości kraju, a niepodległość jest znamiennym warunkiem zwycięstwa socjalizmu w Polsce", pisał młody Józef Piłsudski. Uważał, że rewolucja nadejdzie z Zachodu i uwolni nie tylko robotników od ucisku, ale też Polskę spod zaborów.

Polską politykę na przełomie XIX i XX w. zdominowały dwie silne postaci: właśnie Piłsudski oraz Roman Dmowski, lider Narodowej Demokracji trzymającej rząd polskich dusz. Obu chodziło o to samo - o niepodległość. Dzieliło ich wszystko: poglądy, wybór metod walki i sojuszników, bo o ile Piłsudski powodzenie Polaków widział u boku Austrii, o tyle Dmowski - u boku Rosji.

Kiedy w 1914 r. wybuchła wymodlona przez Mickiewicza "wojna powszechna", a trzy lata później nadeszła rewolucja, choć nie tam, gdzie spodziewał się Piłsudski, ani nie taka, o jakiej marzył, obaj politycy potrafili wznieść się ponad własne ambicje i współpracować.

Wywalczona w 1918 r. po latach zaborów Polska powstała w wyniku dziejowych wydarzeń, ale także dzięki aktywności i energii samych Polaków. W decydującym momencie na ich czele stali ludzie naprawdę wielkiego formatu.

 
 

Stańczyk, obraz Jana Matejki, 1862

 
 
ANTYPOWSTAŃCY

STAŃCZYCY

 
Mirosław Maciorowski: Początki działania grupy krakowskich konserwatystów nazywanych stańczykami przypominają dialog z Ziemi obiecanej Władysława Reymonta, gdy Maks Baum mówi do Karola Borowieckiego i Moryca Welta: "Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę".

Prof. Maciej Janowski: Ale stańczycy nie założyli fabryki, tylko czasopismo. Ten moment opisał wiele lat później Stanisław Koźmian (1836-1922), historyk i krytyk teatralny.

Wiosną 1866 r. spotkał on na rynku w Krakowie Stanisława Tarnowskiego (1837-1917), historyka literatury i publicystę, który właśnie wyszedł z więzienia za udział w powstaniu styczniowym. "Cóż poczniemy, cóż robić będziemy? - zapytał Tarnowski. - Wydawać będziemy pismo polityczne. - Dobrze, ale jak to, my dwaj? - I Szujski".

Historyk Józef Szujski (1835-1883) to trzecia fundamentalna postać tej grupy, moim zdaniem najwybitniejszy spośród stańczyków.

Pierwszy numer ich miesięcznika "Przegląd Polski" ukazał się 1 lipca 1866 r. Pomagał im Ludwik Wodzicki, arystokrata, publicysta i polityk. O co im chodziło?

Najogólniej rzecz ujmując, o zmianę świadomości społecznej i przebudowę sposobu myślenia Polaków. Stańczycy frontalnie zaatakowali ideę zbrojnej walki o niepodległość. Postulowali, żeby zaniechać myśli o powstaniach, bo przynoszą one tylko śmierć, cierpienie i nie dają żadnej nadziei na niepodległość, wręcz przeciwnie, oddalają od niej.

Zaraz tę myśl rozwiniemy, ale skąd nazwa "stańczycy"?

Żeby dotrzeć do szerokiej publiczności, sięgnęli po satyrę, niekiedy zjadliwą. Od 1869 r. przez niespełna dwa lata opublikowali w "Przeglądzie Polskim" 17 listów, które rzekomo w XVI w. napisali błazen króla Zygmunta Starego Stańczyk lub ludzie z jego otoczenia. W 1870 r. ich zbiór ukazał się w formie książkowej pod tytułem Teka Stańczyka. To określenie przylgnęło do grupy.

Józef Szujski, Stanisław Koźmian, Stanisław Tarnowski i Ludwik Wodzicki

 

Owe listy, choć satyryczne w formie, były ostrą krytyką sytuacji politycznej w Galicji oraz konkretnych polityków obozu liberalno-demokratycznego, których stańczycy podejrzewali o planowanie kolejnego powstania. Ale atakowali także ludzi ideowo sobie bliższych, np. bezprogramowych, ultrakonserwatywnych, prohabsburskich lojalistów.

Najbardziej jednak wyśmiewali popowstaniową - jak wtedy mówiono - tromtadrację.

Według Słownika języka polskiego to "krzykliwe, efekciarskie przedstawianie jakichś poglądów lub wzniosłych haseł pozbawionych treści".

Stańczycy drwili z tych, którzy ciągle grają na trąbce sygnał wojenny i nawołują do walki, ale w rzeczywistości poza trąbieniem nie mają nic do zaproponowania.

Drwili z pewnego typu obyczajowości patriotycznej, po powstaniu styczniowym bardzo rozpowszechnionej: uderzanie we wzniosłe tony, tanie efekciarstwo. Jest taki symptomatyczny tekst w Tece Stańczyka zatytułowany List Aldony (kobiety politycznej).

Też zwróciłem na niego uwagę. Tytułowa Aldona szykuje się do świętowania rocznicy unii lubelskiej (1569) i opisuje niejakiej Malwinie swoje przygotowania: "Strój już mam w głowie, prawdziwie uroczy, słuchaj: suknia czarna, fałdzista, bardzo długa i wolna, krojem przypominająca niezawiązaną koszulę Lilli Wenedy, ujęta w biodrach pasem czerwonym oznaczającym męczeństwo. Na głowie wielki biały welon aż do ziemi, włosy rozpuszczone i cierniowa korona (doradź mi, czy z cierni prawdziwych, czy z robionych) - ręce okute w łańcuchy; a kiedy przy końcu nabożeństwa zaczną śpiewać hymn, wstanę, wyprężę ręce, zerwę łańcuch (będzie przepiłowany) i wyjdę!...". Autorem tekstu był Stanisław Tarnowski.

Do dziś dobrze się to czyta, ta drwina się broni. Sentymentalizm bardzo irytował stańczyków. Do pewnego stopnia mogliśmy się z taką egzaltacją zetknąć w latach 80. XX w., w czasie stanu wojennego, ale i obecnie ma się ona dobrze w niektórych środowiskach.

Strona tytułowa Teki Stańczyka, 1870

 
Jaka była reakcja na teksty stańczyków?

Dziś powiedzielibyśmy, że spolaryzowały społeczeństwo. Pisano polemiki, najmocniej oburzali się epigoni polskiej tradycji romantycznej, np. emigracyjny publicysta Stefan Buszczyński, były powstaniec styczniowy.

Ta złość nie powinna zresztą dziwić - pierwsze publikacje stańczyków pojawiły się przecież ledwie dwa lata po upadku powstania, gdy straumatyzowane polskie społeczeństwo lizało świeże rany. Podobnie Polacy reagowali po II wojnie na drwiny komunistów z żołnierzy Armii Krajowej.

Istnieje jednak fundamentalna różnica między tymi, którzy naśmiewali się w 1946 r. z akowców, a stańczykami. Ci pierwsi z reguły entuzjastycznie witali komunistyczną władzę albo wręcz ją tworzyli, a krakowscy konserwatyści absolutnie nie byli stronnikami zaborcy. Uważali tylko, że idea powstańcza zbankrutowała, a ci, którzy się jej trzymają, błądzą i zasługują na szyderstwo.

Które dla niepoznaki wypowiadali ustami Stańczyka.

Wprowadzenie jego postaci do polskiej myśli politycznej jest jednym z ich wielkich sukcesów. Krakowscy konserwatyści nie wymyślili archetypicznej postaci smutnego błazna, wylansowali jednak Stańczyka na najważniejszy w naszej kulturze symbol mądrości politycznej i właściwie pojętej polskiej racji stanu.

Mieli przed oczami świeży obraz zadumanego Stańczyka pędzla Jana Matejki, który powstał kilka lat wcześniej, w 1862 r. Matejko dobrze znał się z Szujskim i Tarnowskim, dwie dekady później umieścił ich obu na obrazie Hołd pruski. Przedstawieni zostali symbolicznie: pierwszy jako Piotr Opaliński, nauczyciel małego Zygmunta Augusta, drugi jako Jan Tarnowski, hetman wielki koronny.

Stańczyk Matejki to dziś z pewnością jeden z najpopularniejszych na świecie polskich obrazów. W 2024 r. znalazł się w Luwrze na wystawie przeglądowej Figures du Fou (postacie błazna). W tym samym roku pojawił się na okładce płyty Harlequin Lady Gagi. Stańczyk zainspirował więc nie tylko krakowskich konserwatystów.

WSZYSTKO, TYLKO NIE CONSPIRO
W "Przeglądzie Polskim" stańczycy nie publikowali wyłącznie tekstów satyrycznych. 5 stycznia 1867 r. ukazał się tam słynny artykuł Szujskiego Kilka prawd z dziejów naszych. Ku rozważeniu w chwili obecnej. Uchodzi on za ich manifest.

Stańczycy swoje poglądy na współczesność w dużej mierze wywodzili z historii Polski. Szujski, a w następnych latach młodsi badacze - Stanisław Smolka i przede wszystkim Michał Bobrzyński - byli czołowymi przedstawicielami słynnej krakowskiej szkoły historycznej. Historycy z nią związani patrzyli na dzieje Polski niezwykle krytycznie, negatywnie oceniali mechanizmy polityczne i społeczne oraz ustrój Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Stanisław Smolka, ksiądz Walerian Kalinka i Julian Klaczko

 

Uważam jednak, że o wiele ciekawsze od krytyki przeszłości były ich poglądy na temat przyczyn, dla których Polska nie była w stanie przezwyciężyć problemów. Szujski pisał o tym w artykule O młodszości naszego cywilizacyjnego rozwoju. Postawił tezę, że w pewnym momencie Polska została wypchnięta z zachodnioeuropejskiej drogi rozwoju i dlatego nie była zdolna do budowy nowoczesnego państwa.

O co chodziło z tą młodszością?

Trzeba cofnąć się do schyłku średniowiecza, gdy w państwach zachodu Europy dobiegały kresu monarchie patrymonialne, które stanowiły własność władcy. Pojawiła się wtedy idea korony - rozwiązanie ustrojowe, w którym instytucje państwa działają niezależnie od osoby panującego. Ideę korony przyjęły również Polska, Czechy i Węgry. O ile jednak na zachodzie Europy rozdział korony od osoby monarchy doprowadził do stworzenia nowoczesnych instytucji państwa, silnych fundamentów ustrojowych i rozwoju mieszczaństwa, czyli odegrał rolę modernizacyjną, o tyle w Europie Środkowo-Wschodniej idea korony wyewoluowała w stronę nadmiernie silnej pozycji szlachty i słabości władcy, co utrudniło rozwój państwa. Dlatego postęp cywilizacyjny u nas wyhamował.

W jaki sposób stańczycy wiązali przeszłość Polski ze współczesną sytuacją?

We wspomnianym artykule Kilka prawd z dziejów naszych Józef Szujski ostro piętnował szlachtę, która w czasach I Rzeczypospolitej z powodu nadmiernego przywiązania do wolności osobistej całkowicie lekceważyła konieczność wprowadzenia skutecznych rządów, budowy nowoczesnych struktur państwa, tworzenia jego siły politycznej i militarnej. Zarzucał jej skrajny egoizm. Pisał, że liberum veto niszczyło wszystko, co miało wartość państwotwórczą.

Z kolei po upadku państwa miejsce liberum veto zajęło coś, co on określił jako liberum conspiro, czyli spiskowanie i bezmyślne wywoływanie walki zbrojnej. Szujski i inni stańczycy uważali, że sprawie polskiej szkodzi ono tak samo jak Rzeczypospolitej liberum veto. Tymczasem w styczniu 1863 r. kilku nieodpowiedzialnych młodzików ogłosiło się Tymczasowym Rządem Narodowym [najmłodszy członek rządu dopiero co skończył 23 lata, najstarszy miał 35 lat], wydało manifest do społeczeństwa i proklamowało rozpoczęcie walki.

Szujski oczywiście nie nazwałby ich młodzikami, ale zapewne mniej więcej tak o nich myślał: czerwoni rozpętali powstanie, nie bacząc na to, że w Królestwie Polskim żyją ludzie, którzy myślą inaczej niż oni - liczą na współpracę z zaborcą, wywalczyli już jakieś obietnice u cara, stawiali na powolne przemiany i walkę o więcej praw dla Polaków. Natomiast rewolucjoniści, nie pytając nikogo o zdanie, pogrzebali te starania i utopili kraj we krwi.

Wiele lat później lider Narodowej Demokracji Roman Dmowski [więcej o nim na s. 607] wyraził taką, moim zdaniem, mądrą myśl: ten, kto ryzykuje byt narodu, rozpoczynając walkę, zachowuje się jak hazardzista grający pieniędzmi, które do niego nie należą. Dmowski uważał, że nikt nie ma prawa ryzykować życia całego społeczeństwa w sytuacji, gdy zwycięstwo jest wątpliwe.

KONSERWATYŚCI Z INNEJ BAJKI
Na czym polegała wyjątkowość stańczyków? W Galicji istniało przecież znacznie silniejsze środowisko konserwatywne: od 1848 r. ukazywał się krakowski "Czas", którego redaktorem naczelnym był wybitny konserwatysta Paweł Popiel (1807-1892). Arystokraci i ziemianie brali czynny udział w austriackiej polityce: hrabia Agenor Gołuchowski został ministrem spraw wewnętrznych Austrii i trzykrotnie był namiestnikiem cesarza w Galicji, a hrabiego Alfreda Potockiego, późniejszego premiera Austrii, za serwilizm wobec władcy krytykował nawet Hôtel Lambert.

Środowisko stańczykowskie wytworzyło się w opozycji nie tylko do demokratów - zwolenników powstań, ale również do tradycyjnego konserwatyzmu, którego głównym organem był wtedy krakowski dziennik "Czas". Stańczycy byli bardziej otwarci, choć oczywiście bez przesady, stanowili grupę elitarną, nie można było się do nich zapisać, dostać legitymacji, płacić składek itp. Działali w dużym stopniu na zasadzie powiązań towarzyskich. Niemniej byli otwarci na ludzi spoza tradycyjnych elit szlacheckich.

Agenor Gołuchowski, Alfred Potocki i Paweł Popiel

 

Na tle tradycyjnych konserwatystów tworzyli wyjątkową grupę. Stanisław Tarnowski pochodził z historycznie zasłużonego rodu arystokratycznego, tak samo Stanisław Koźmian, ale np. Józef Szujski był nieślubnym synem drobnej szlachcianki.

W kręgu stańczyków znaleźli się historyk i ksiądz katolicki Walerian Kalinka, a także krytyk literacki i historyk sztuki Julian Klaczko, który pochodził z rodziny żydowskiej, choć był żarliwym katolikiem. Musiał być niezwykłym człowiekiem, skoro arystokrata Tarnowski po jego śmierci napisał, że był jego najbliższym, a w zasadzie jedynym przyjacielem.

Wśród stańczyków mamy więc polskich arystokratów, nisko urodzonych i Żydów. Pokolenie czy dwa wcześniej ci ludzie w ogóle nie mieliby szans się spotkać i współpracować.

Stańczycy są ciekawi jako formacja w pewnym sensie przełomowa. Z jednej strony tradycyjne, elitarne ugrupowanie polityczne - nie byli masową partią, funkcjonowali w dużym stopniu na zasadach koterii. Z drugiej jednak strony rozszerzyli bazę społeczną konserwatywnej polityki i zaczęli skupiać przedstawicieli środowisk zróżnicowanych społecznie. Chodziło im o coś więcej, niż tylko o obronę pozycji swojej klasy.

Fundamentalną rolę w łączeniu tych środowisk odegrało wykształcenie. Wszyscy stańczycy ukończyli studia, wówczas elitarne. I właśnie wykształcenie zbliżyło arystokratę Tarnowskiego do niearystokraty Szujskiego.

POZYTYWIŚCI PATRZĄ W PRZÓD

Po klęsce powstania styczniowego tym, czym dla Galicjan byli stańczycy i "Przegląd Polski", dla Polaków w Królestwie Polskim stały się "Przegląd Tygodniowy", założony również w 1866 r., oraz grono jego autorów. Tworzyli oni w Warszawie, więc zaczęto ich nazywać pozytywistami warszawskimi.

Najważniejsze teksty na łamach "Przeglądu Tygodniowego" pisali m.in. Aleksander Świętochowski, Bolesław Prus, Julian Ochorowicz, Piotr Chmielowski czy Henryk Sienkiewicz. Poglądy tych młodych wówczas ludzi, spośród których niemało poznało się w trakcie nauki w warszawskiej Szkole Głównej, nie były tożsame z poglądami stańczyków. Wielu z nich trudno byłoby określić jako konserwatystów. Jednak podobnie jak krakowskie środowisko podjęli walkę o przebudowę świadomości społecznej Polaków. Krytykowali ich wady narodowe, diagnozowali sytuację, w jakiej znaleźli się po klęsce powstania styczniowego, i próbowali znaleźć z niej wyjście.

Niezwykle ostro atakowali dziennikarzy starszego pokolenia. "Adresatem większości filipik młodych pozytywistów była stara prasa warszawska, dominująca na rynku i skupiająca w swych redakcjach uznanych ludzi pióra" - pisze prof. Magdalena Micińska.

Po jakie argumenty sięgali? Najlepiej pokazuje to tekst My i wy (1871), uznawany za jeden z manifestów tego środowiska. Jego autorem był Świętochowski (1849-1938), zwany papieżem polskiego pozytywizmu.

"My jesteśmy młodzi, nieliczni, nie rządzący się widokami materialnych korzyści [...], wypowiadamy swoje przekonania otwarcie, nie lękamy się sądu i kontroli [...], pragniemy pracy i nauki w społeczeństwie, pragniemy wywołać siły nowe, zużytkować istniejące, skierować uwagę przed, a nie poza siebie - oto nasze wady. Wy jesteście starzy, liczni, krępowani między sobą tysiącem niewidzialnych nici [...], każecie wszystkim patrzeć w przeszłość, szanować nawet jej błędy, chcecie, ażeby was, tak jak senatorów rzymskich, była zawsze jedna tylko liczba, ażeby was nikt nie sądził, nikt o nic nie upominał - oto wasza zasługa. Czy idąc tak odmiennymi drogami, możemy się spotkać kiedykolwiek i uszanować wzajemnie swoje cele? Nigdy! Wiemy to - między naszymi obozami popalone mosty, pozrywane groble".

Aleksander Świętochowski

Bolesław Prus

 

Jaką drogą chcieli zatem podążyć pozytywiści warszawscy? Przede wszystkim dostrzegali to, czego ich zdaniem nie widziały dotychczasowe elity: świat się błyskawicznie zmienia. W Europie następują przemiany społeczne, rozwijają się przemysł i nauka, natomiast ziemie polskie pogrążają się w marazmie, bez szans na jakikolwiek rozwój. Proponowali pracę u podstaw, pracę organiczną, czyli dobrze zorganizowaną, harmonijną współpracę wszystkich warstw społecznych i środowisk.

"Łatwo pojąć, że jedną z przyczyn klęsk, które nas dotknęły, był brak harmonii między siłami i zamiarami, a straszny to błąd nie wiedzieć o własnej słabości, ciężko też pokutujemy za niego. Dziś więc nauczeni doświadczeniem zmieńmy system ograniczając plany i prace nasze do szczupłego koła codziennych stosunków" - pisał Bolesław Prus (1847-1912).

Pozytywiści warszawscy nie rezygnowali z dążeń niepodległościowych, ale ten cel odsuwali w czasie. Uważali, że w pierwszej kolejności trzeba pracować nad wzmocnieniem potencjału materialnego i duchowego Polaków, by stworzyć zbiorowość silną w każdej dziedzinie życia.

Reprezentowali różne opcje ideowe i z czasem doszło między nimi do sporów i polemik. "A jednak mimo tych różnic i ponad nimi ludzie generacji postyczniowej potrafili podjąć wspólną refleksję na temat przyszłości kraju, okazali się zdolni nie tylko do stworzenia teoretycznego programu ratunku i naprawy, ale także, mimo wszelkich ograniczeń zewnętrznych i wewnętrznych, do wcielania w życie własnych ogólnych zaleceń" - pisze prof. Micińska.

Stańczycy mieli moralne prawo krytykować powstanie styczniowe, bo sami w nim uczestniczyli. Tarnowski, Wodzicki i Koźmian walczyli czynnie, Szujski redagował pismo "Naprzód" wspierające walkę. Później wszyscy siedzieli, najdłużej Tarnowski - aż półtora roku.

Oni poszli do powstania, bo poczuwali się do obowiązku walki o Polskę, niezależnie od tego, co sądzili o szansach powstania. Bardzo ciekawie o roli walki i konspiracji pisał już po powstaniu Józef Szujski. Twierdził, że do 1863 r. demokraci polscy mieli wiele racji, nawet mimo wzywania do spisków i powstań, bo głosili hasło zniesienia pańszczyzny i uwłaszczenia chłopów. Teraz jednak uwłaszczenie się już dokonało, historyczne zadanie zostało więc wykonane. Radykalizm stracił rację bytu, nadszedł czas na spokojną pracę. Kolejny zryw, którego celem miałaby być niepodległość, to szaleństwo.

Porównałbym stańczyków do dwóch wybitnych historyków: Aleksandra Gieysztora i Tadeusza Manteuffla, którzy 80 lat później, w czasie hitlerowskiej okupacji, z przekonaniem zaangażowali się w konspirację, pracowali w Biurze Informacji i Propagandy Armii Krajowej. Ale potem byli świadkami wielkiej klęski - w powstaniu warszawskim zginęły tysiące ludzi, miasto zostało zrujnowane. I choć po wojnie kraj zajęli Sowieci, a władzę objęli komuniści, oni nie poszli do lasu. Porzucili konspirację, uznali, że lepiej odbudować Uniwersytet Warszawski.

Ze stańczykami było podobnie: spróbowali walki, ale skoro jedynym jej efektem były ofiary i represje, doszli do wniosku, że to zła droga. Należy pójść inną.

AUTONOMIA
Co proponowali w zamian?

Dużą rolę w kształtowaniu ich poglądów odegrały kontakty z paryskim środowiskiem konserwatystów skupionych wokół Hôtel Lambert, czyli z politykami umiarkowanymi. Stańczycy jak oni uważali, że należy postępować w sposób umiarkowany, a przede wszystkim pragmatyczny: wzmacniać siłę polityczną polskiego społeczeństwa, zabiegać o narodowe szkolnictwo, kulturę i organizacje społeczne oraz w miarę możliwości tworzyć polskie instytucje.

Postulaty stańczyków dotyczyły całości ziem polskich, ale zdawali sobie oni sprawę, że sytuacja jest odmienna w każdym zaborze.

W Galicji była stosunkowo najlepsza?

Tu ich koncepcje miały największe szanse na realizację, ponieważ monarchia habsburska znalazła się akurat na dziejowym zakręcie. W 1859 r. Austria przegrała wojnę z Piemontem wspieranym przez Francję, co zapoczątkowało zjednoczenie Włoch. Ta klęska, a potem kolejna, w 1866 r. w wojnie z Prusami, miała ogromny wpływ na sytuację polityczną w wielonarodowym państwie. Załamał się panujący w nim neoabsolutyzm z centralizacją władzy i ograniczaniem praw mniejszości narodowych.

Wjazd cesarza do Krakowa, obraz Juliusza Kossaka z cyklu Podróż inspekcyjna cesarza Franciszka Józefa I po Galicji we wrześniu 1880 r., 1881

 

Po tych klęskach monarchii groził rozpad, bo narody, które ją tworzyły, zaczęły upominać się o swoje prawa. Politycy wiedeńscy i sam cesarz Franciszek Józef zdawali sobie sprawę, że jeśli czegoś im nie dadzą, państwo pogrąży się w chaosie i może nie przetrwać.

W takich okolicznościach rozpoczął się okres gorączkowych przemian społeczno-politycznych, który trwał całe lata 60. XIX w. Państwo zaczęło się reformować, pojawiła się szansa na zwiększenie kompetencji sejmów krajowych (landtagów).

W monarchii dominowały dwa narody: austriaccy Niemcy oraz Węgrzy, którzy 17 lat wcześniej zbrojnie próbowali wywalczyć niepodległość. Tamto powstanie Austria stłumiła z pomocą Rosji, ale Węgrzy nie zrezygnowali ze swych dążeń. Wreszcie Wiedeń i Węgrzy osiągnęli kompromis, w wyniku którego powstała monarchia dualistyczna: Austro-Węgry. W 1867 r. podpisano ugodę i Wiedeń podzielił się zarządzaniem państwem z węgierskimi elitami szlacheckimi. Cesarz Franciszek Józef pozostał królem Węgier, jednak kraj zyskał samodzielność.

Jest takie złośliwe, ale trafne powiedzenie premiera Węgier Gyuli Andrássyego, że idea ugody sprowadzała się do tego, że Węgrzy wezmą swoich Słowian za łeb, a austriaccy Niemcy - swoich, i dzięki temu w monarchii zapanuje spokój.

Te zmiany rzutowały i na Galicję. Jeszcze przed publikacją Teki Stańczyka, 10 grudnia 1866 r. Sejm Krajowy Galicji uchwalił wiernopoddańczy adres do cesarza Franciszka Józefa, kończący się zdaniem: "Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy". Historycy są dziś raczej zgodni, że adres nie był przykładem jakiegoś oportunistycznego lizusostwa, lecz ofertą współpracy konserwatywnych elit z władzą. Norman Davies wprowadził kiedyś sensowne rozróżnienie między lojalistami a ugodowcami: lojaliści są po prostu lojalni wobec władzy zaborczej, a ugodowcy podejmują z tą władzą grę. W tym znaczeniu stańczyków absolutnie nie można nazwać lojalistami, bo sprawa polska była dla nich jednak pierwszoplanowa.

Obie części tej dualistycznej monarchii rozdzielała rzeka Litawa, dlatego część węgierską potocznie nazywano Zalitawią, a austriacką - Przedlitawią.

Oficjalnie istniało Królestwo Węgier, ale z tą drugą częścią było trochę zabawnie, ponieważ nie stosowano nazwy Austria, lecz Królestwa i Kraje w Radzie Państwa Reprezentowane, czyli ogólnokrajowym parlamencie. Ktoś celnie określił, że Przedlitawia to w istocie wszystko, co zostało po odłączeniu Węgier.

Te Królestwa i Kraje to oprócz krain tworzących Austrię m.in. Czechy, Morawy, Bukowina, Dalmacja oraz Galicja i Lodomeria [od tytułu królów węgierskich rex Galiciae et Lodomeriae, czyli król Halicza i Włodzimierza].

Trzeba było znaleźć sposób, żeby skutecznie zarządzać tymi wszystkimi ziemiami. Arytmetyka wyborcza pokazywała, że bez poparcia posłów galicyjskich ten nowy system polityczny w pozawęgierskiej części monarchii nie będzie funkcjonował. Wiedeń musiał zatem zdobyć poparcie Polaków.

Galicyjscy działacze polityczni związani ze stańczykami zdołali przekonać kluczowych wiedeńskich polityków i samego cesarza, że autonomia jest najlepszą drogą do zapewnienia stabilności w państwie. Jeśli więc Wiedeń odda konserwatystom rządy w Galicji, to oni utrzymają w niej pokój i będą lojalni wobec monarchii.

 
I tak się stało.

Oczywiście. Margrabia Aleksander Wielopolski przed powstaniem styczniowym próbował to samo osiągnąć w Królestwie Polskim. Przekonywał cara Aleksandra II, że nadanie szerszych praw Polakom przyniesie korzyści także Rosji, ale wybuchło powstanie i nic z tego nie wyszło.

A stańczykom się udało. Wiedeń im uwierzył i zaczęli rządzić Galicją.

Tadeusz Boy-Żeleński w felietonie Wśród stańczyków napisał, że choć byli ostro krytykowani przez przeciwników politycznych, to jednak "po ich stronie był sukces". Przejęli władzę i - jak to ujął Boy - "mieli ten rozum, aby wyjść z ciasnego kręgu szlachetczyzny i wciągnąć do swojego obozu czołową inteligencję, zwłaszcza z kół profesorskich". Jak towarzystwo kanapowe przekształciło się w grupę sprawującą władzę?

Część opinii publicznej, zwolennicy socjalistów czy opozycyjnego wobec konserwatystów Towarzystwa Narodowo-Demokratycznego, rzeczywiście atakowała stańczyków. Ale musieli mieć oni również niemało zwolenników. Spora część elit poparła ideę autonomii i podzielała ich poglądy. Po powstaniu styczniowym społeczeństwo było zmęczone, dużo ludzi oczekiwało stabilizacji, osłabły głosy radykalne, więc postulat, żeby zamiast walczyć, wzmacniać siłę polityczno-kulturową Polaków, zyskał wielu zwolenników.

W Krakowie polityczna aktywność konserwatystów zaczęła się faktycznie od Wiosny Ludów. Założenie dziennika "Czas" w 1848 r. można uznać za datę symboliczną. Chociaż - jak wspomniałem - stańczycy wystartowali w opozycji do "Czasu", to ich drogi zeszły się z drogami ludzi skupionych wokół tego pisma.

W Krakowie powstało środowisko, które łączyło profesorów uniwersytetu i polityków o korzeniach ziemiańskich - Stanisława Tarnowskiego można traktować jako łącznika obu tych kręgów. Ta mocna, choć nie bardzo liczna grupa ludzi o konserwatywnych poglądach dysponowała z jednej strony doświadczeniem politycznym i potrzebnymi kontaktami oraz pieniędzmi, a z drugiej - wybitnym zapleczem intelektualnym.

Połączenie tych wszystkich czynników zdecydowało o dominującej pozycji krakowskich konserwatystów w Galicji przez kilka dekad.

Boy pisał dalej, że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat w rękach środowiska stańczyków znalazły się "wszystkie bez mała" mandaty poselskie, teki ministerialne, katedry uniwersyteckie, Akademia Umiejętności, Rada Szkolna Krajowa i "instytucje przedstawiające jakąś siłę".

Wiedniowi też to odpowiadało. Gdyby jednak władze zobaczyły, że stańczycy utracili poparcie i nie są w stanie zagwarantować ładu społecznego, natychmiast Austriacy przestaliby na nich stawiać.

WYBORY PRAWIE WOLNE
Kompetencje sejmów krajowych nie były szerokie. Obejmowały sprawy lokalne: gospodarkę, opiekę społeczną, rolnictwo, kulturę i oświatę. Sejm Krajowy Galicji działał we Lwowie od 1861 r., ale po wybuchu powstania styczniowego cesarz zawiesił jego obrady, by posłowie nie wyrazili poparcia dla powstańców. Później posłowie uchwalali głównie ustawy wzmacniające pozycję ziemiaństwa. Gdy do władzy w Galicji doszli stańczycy, za najważniejsze uznali podniesienie rangi języka polskiego i wzmocnienie polskiego szkolnictwa.

To była kwestia kluczowa, ponieważ zwiększenie siły politycznej Polaków chcieli osiągnąć właśnie przez jak najszersze kształcenie obywateli, propagowanie polskiej literatury czy naukę historii. I trzeba przyznać, że Galicja z 1866 r., gdy stańczycy pojawili się na arenie politycznej, w porównaniu z tą z 1914 r., tuż przed wybuchem I wojny, to pod względem edukacji różne światy.

Według statystyk w ciągu tych kilkudziesięciu lat liczba analfabetów w Galicji spadła z ponad 80 proc. do poziomu poniżej 50 proc., na co wpływ miała faktyczna realizacja obowiązku szkolnego, wprowadzonego jeszcze przez cesarzową Marię Teresę w XVIII w.

Z czasem w państwie wprowadzono równouprawnienie języków. Wzruszyłem się kiedyś, gdy podczas kwerendy w archiwum znalazłem kopertę (już z końcowego okresu istnienia monarchii, z września 1918 r.) z pismem do wiedeńskiego ministerstwa kolei. Nadruk nadawcy był na niej trójjęzyczny, po polsku: "C.K. Dyrekcja Kolei Żelaznych Stanisławów", po niemiecku: "K.K. Staatsbahn-Direktion Stanislau", i po ukraińsku: "C.K. Direkcija Dierżawnich Żeliznyc w Stanisławowi".

Bo o swoje prawa walczyli w Galicji również Ukraińcy, którzy słusznie uważali, że są dyskryminowani.

Galicyjscy Polacy otrzymali szerokie uprawnienia: mogli zakładać organizacje społeczne, wydawać książki i gazety, działać politycznie. Nastąpiła autentyczna demokratyzacja państwa.

Wizyta cesarza w Gmachu Sejmu Krajowego we Lwowie, obraz Henryka Rodakowskiego z cyklu Podróż inspekcyjna cesarza Franciszka Józefa I po Galicji we wrześniu 1880 r., 1881

 
Nie przesadzajmy z tą demokracją, władzę w Galicji sprawowała jedna klasa społeczna.

Mówię o demokratyzacji, nie o demokracji, a to różnica. Jasne, że nie było demokracji, choć austriacka połowa monarchii poszła w tym kierunku o wiele dalej niż Węgry i wprowadziła w 1907 r. powszechne prawo wyborcze dla mężczyzn. Oczywiście konserwatyści, czyli w dużej mierze ziemianie, zachowali uprzywilejowaną pozycję. Wybory do sejmu galicyjskiego nie były wolne ani powszechne, lecz cenzusowe i kurialne. Największy wpływ na wybór posłów mieli ci, którzy płacili najwyższe podatki, czyli wielcy właściciele ziemscy. A najubożsi w zasadzie w ogóle nie głosowali.

KIEŁBASA WYBORCZA

Ordynacja wyborcza do sejmów krajowych w Cesarstwie Austrii była niezwykle skomplikowana. Wybory nie były ani powszechne, ani równe, ani bezpośrednie, ani tajne, lecz kurialne i cenzusowe.

Wyborców podzielono na cztery kurie: ziemiańską, miejską, izb handlowych i chłopską. Każda kategoria miała inny wpływ na skład sejmu. Historyk prof. Józef Buszko pisał, że zaledwie 3 tys. osób należących do kurii ziemiańskiej wybierało aż jedną trzecią posłów. A około miliona uprawnionych do głosowania w kurii miejskiej obsadzało mniej niż połowę mandatów. Dodatkowo w kuriach miejskiej i chłopskiej obowiązywał cenzus majątkowy i wykształcenia. Głosować mogło tylko dwie trzecie opłacających najwyższe podatki, chyba że mieli maturę. W kuriach ziemiańskiej i miejskiej mogły głosować kobiety, choć jedynie przez męża lub pełnomocnika.

Wybory w kurii chłopskiej były dwustopniowe: najpierw bogaci chłopi wyłaniali elektorów (w stosunku 500:1), którzy dopiero wybierali posłów. Ziemianie korumpowali więc chłopów dwustopniowo: w pierwszym etapie podczas libacji przedwyborczych, by skłonić ich do wyboru właściwych elektorów. Przed lokalami urządzano suto zakrapiane pikniki, a wyborca objedzony kiełbasą i opity wódką miał głosować tak, jak chciał sponsor imprezy - tak powstało pojęcie kiełbasy wyborczej. Kwitł też handel kartami wyborczymi rozdawanymi chłopom przed elekcją.

Później na niewielką grupę elektorów łatwo było już wpłynąć: zastraszyć ich albo przekupić. Zamożni ziemianie korumpowali chłopów choćby prawem do wyrębu drewna. W ten sposób wprowadzali do sejmu kolejnych swoich.

Skład izby poselskiej nie odpowiadał zatem strukturze obywateli. Były kadencje, w których do sejmu nie wszedł ani jeden chłop. Właściwie żadnych szans na mandat nie mieli też Ukraińcy, poza biskupami greckokatolickimi.

Kadencja posła była sześcioletnia. Oprócz 141, a od 1900 r. 149 wybieranych posłów do sejmu wchodzili z racji urzędu tzw. wiryliści - biskupi (rzymskokatoliccy, greckokatoliccy i ormiański), rektorzy uniwersytetów, politechniki oraz prezes Akademii Umiejętności.

Posłowie galicyjskiego Landtagu byli świadomi niedoskonałości ordynacji, długo dyskutowali nad jej zmianą. Gdy w 1913 r. gotowy był projekt popierany przez namiestnika Galicji Michała Bobrzyńskiego, tworzący kolejną kurię, dla bogatych chłopów i wiejskich proboszczów, oraz wprowadzający zasadę reprezentacji narodów (polskiego i ukraińskiego). Oprotestowali go jednak polscy biskupi, a wtedy Bobrzyński podał się do dymisji.

Ordynacja do Sejmu Krajowego Galicji była zawiła, do tego ziemianie próbowali jedzeniem i wódką wpływać na wyniki głosowania.

Wybory nie były w pełni uczciwe, ale oszukiwano tylko do pewnych granic. System został jednak zbudowany tak, by zagwarantować przewagę wyższym sferom społecznym. I mało kogo to oburzało, może z wyjątkiem bardzo radykalnych demokratów. Krytyka tego rozwiązania istniała wprawdzie przez cały czas jego funkcjonowania, ale nasiliła się dopiero na początku XX w., szczególnie ze strony przedstawicieli nowych nurtów politycznych, jak socjaldemokraci, endecy czy ludowcy. W efekcie przewaga stańczyków w sejmie bardzo osłabła w ostatnich latach przed I wojną światową - zwłaszcza jeśli chodzi o wybory do parlamentu wiedeńskiego.

Przed latami 80. XIX w. niewielu było zwolenników powszechnego głosowania, o ile w ogóle jacyś byli. Powszechne i równe prawo wyborcze, choć jedynie dla mężczyzn, weszło do europejskiego życia politycznego dopiero w latach 90. XIX w. I co ciekawe, jeśli ktoś miał z nim w Galicji kłopot, to wcale nie konserwatyści, lecz właśnie demokraci. Zdawali sobie bowiem sprawę, że masy chłopskie raczej nie zagłosują na nich, tylko na konserwatystów.

STAŃCZYCY I INNI
W Galicji dominowały dwa miasta: Lwów i Kraków. Oba pięknie się rozwijały. Kraków miał w latach 80. XIX w. 66 tys. mieszkańców, a w 1910 r. - aż 152 tys. Liczba lwowian w tym samym czasie wzrosła ze 110 tys. do 206 tys.

Jako stolica Galicji Lwów gospodarczo rozwijał się szybciej niż Kraków. Głównie dlatego, że był siedzibą najważniejszych instytucji i kluczowych urzędów. Rozwój Lwowa w dużej mierze stymulowało więc państwo.

Oba miasta były silnymi ośrodkami politycznymi. W Krakowie dominowali konserwatyści. A we Lwowie?

We Lwowie mieszczanie, znacznie liczniejsi niż w Krakowie, byli też aktywniejsi politycznie. Stanowili bardzo świadomą siłę. Mieszczaństwo lwowskie było patriotyczne i antystańczykowskie. W tym mieście po powrocie z emigracji osiadł Józef Kajetan Janowski, członek kilku rządów podczas powstania styczniowego. Świadomie wybrał patriotyczny Lwów, a nie konserwatywny Kraków.

Jednak i w Krakowie od początku lat 80. XIX w. coraz prężniej działali patriotyczni demokraci. Główna w tym zasługa pisarza i powstańca styczniowego Tadeusza Romanowicza, który zresztą pochodził ze Lwowa. Był on czołowym publicystą związanego z demokratami dziennika "Nowa Reforma", na którego łamach ostro atakował stańczyków, m.in. za uległość wobec Wiednia.

Historia galicyjskich demokratów jest niezwykle ciekawa. W 1863 r. czynnie walczyli w powstaniu albo wspierali je w inny sposób, np. finansowo. Potem podzielili się na kilka grup, które ewoluowały w różnych kierunkach. Lwowscy demokraci skupieni wokół "Gazety Narodowej" zbliżyli się do podolaków, ugrupowania wschodniogalicyjskich konserwatystów, którzy byli antyukraińscy. Pod koniec XIX w. ci demokraci wraz z podolakami przesunęli się w kierunku narodowym, choć niekoniecznie w tym samym co silni już wtedy endecy Romana Dmowskiego.

Rynek Główny w Krakowie, pocztówka, 1908-1918

 

Z kolei krakowscy demokraci - Romanowicz i inni ludzie z kręgu "Nowej Reformy" - stali się ugrupowaniem liberalno-demokratycznym.

Obie te grupy demokratów, lwowska i krakowska, jakkolwiek odmienne, były absolutnie antystańczykowskie.

W Galicji narodziły się też fundamenty przyszłego ruchu ludowego.

Stamtąd pochodził przecież Wincenty Witos.

Istniała również tradycja lewicowa, we Lwowie Ignacy Daszyński organizował Polską Partię Socjalistyczną. Galicyjscy socjaliści jednak byli zupełnie inni od tych działających w zaborze rosyjskim pod przywództwem Józefa Piłsudskiego. Historyczka Galicji Walentyna Najdus-Smolar w jednej z prac przytacza wypowiedź Daszyńskiego, który zapewniał, że owszem, towarzysze z Królestwa są bohaterscy, walczą i giną: "My ich w Galicji cenimy i czcimy, ale oni muszą zrozumieć, że nam taka walka nie jest potrzebna. My nie będziemy rzucać bomb, tylko wygramy wybory".

Rynek we Lwowie, pocztówka, 1900

 

Bo nawet jeśli wybory do sejmu galicyjskiego nie były do końca równe, to Polacy mieli tam możliwość działania politycznego. Mieszkańcy zaboru rosyjskiego, gdzie po powstaniu styczniowym zlikwidowano resztki polskich instytucji, o takiej swobodzie mogli jedynie pomarzyć.

Tę różnicę między zaborami dobrze obrazuje tzw. proces krakowski z 1880 r. Przed sądem za działalność polityczną stanął Ludwik Waryński, przyszły przywódca Wielkiego Proletariatu, pierwszej polskiej partii socjalistycznej, wraz z 34 towarzyszami. Zeznając, nie wyparli się oni swoich poglądów. Dowodzili, że działali w ramach obowiązującego prawa, i o dziwo, zostali uniewinnieni. Waryński dostał tylko siedem dni aresztu za złamanie przepisów meldunkowych. Tymczasem kilka lat później, gdy mniej więcej za to samo stanął przed sądem w Warszawie, został skazany na 16 lat katorgi, z której już nie wrócił.

Austro-Węgry były państwem prawa, w każdym razie w austriackiej części, bo w węgierskiej bywało z tym różnie. W Galicji działały sądy przysięgłych, byli obrońcy, można było odwołać się od wyroku. Gazety mogły obiektywnie relacjonować przebieg procesu, bo istniała wolność prasy, choć ograniczona - prokurator mógł skonfiskować czasopismo, jeśli zachodziło podejrzenie, że jest w nim tekst, który narusza prawo. Ale jego decyzja podlegała zaskarżeniu i jeżeli sąd nie przyznał mu racji, to tekst szedł do druku.

Jan Matejko w swojej pracowni przy obrazie Konstytucja 3 maja 1791 r., październik 1871

 

W "Nowej Reformie" znalazłem relację, jak to prokurator informował telefonicznie redaktora naczelnego, że właśnie została orzeczona konfiskata, więc ma przestać kolportować dziennik. Redaktor jednak odmówił. Stwierdził, że zrobi to dopiero wtedy, gdy dostanie sądowy nakaz. Dokument miał być dostarczony za kwadrans czy pół godziny, ale zanim dotarł goniec, udało się sprzedać pewną liczbę egzemplarzy.

Panowała wolność artystyczna. W Krakowie Jan Matejko malował nie tylko Stańczyka, lecz także obrazy historyczno-patriotyczne: Stefana Batorego pod Pskowem (1872) czy Bitwę pod Grunwaldem (1878), a we Lwowie Jan Styka i Wojciech Kossak - Bitwę pod Racławicami.

Tak, choć ja wolę obrazy Jacka Malczewskiego czy Stanisława Wyspiańskiego, który w Krakowie napisał też swoje najważniejsze dramaty. W Galicji w czasach autonomii powstały dzieła fundamentalne dla polskiej kultury.

W Krakowie prężnie działała niezwykle ważna dla rozwoju nauki Akademia Umiejętności, a we Lwowie - Naukowe Towarzystwo im. Tarasa Szewczenki, istotne dla ukraińskiej tożsamości narodowej. Bez przeszkód działały oba uniwersytety - w Krakowie i we Lwowie - a także Politechnika Lwowska.

Rozkwitła kultura. Wiedeńska secesja, niesamowite zjawisko, rozlała się po całej monarchii i dotarła również do Krakowa. Kultura młodopolska nie była wprawdzie jej kalką, ale nawiązywała do niej, co nadawało jej nowoczesny ryt. Krakowski kabaret Zielony Balonik okazał się bardzo ważnym zjawiskiem kulturalnym, kwitło też życie kawiarniane. Kiedyś użyłem sformułowania, które zacytowało potem kilku historyków, że w Galicji nastąpiła "modernizacja bez industrializacji", bo stworzono nowoczesną kulturę, ale już nie przemysł.

GENIUSZE I LUD
Stańczycy osiągnęli wiele, ale na dłuższą metę ich myśl polityczna się nie utrzymała. Pod koniec XIX w. polskie społeczeństwo podążyło już w innym kierunku. W Galicji rozwinął się ruch narodowy, ludowy i robotniczy, masy nabierały podmiotowości politycznej. A stańczycy tkwili w swoich okopach. Kwestie społeczne i gospodarcze dla nich nie istniały. Dziś powiedzielibyśmy, że odjechał im peron.

Profesor Marcin Król napisał gdzieś, że tylko myśl polityczna stańczyków, a nie społeczna, jest interesująca. Pewnie miał rację. Interesowały ich organizacja państwa, ustrój, historia, moralność, lecz niewiele mieli do powiedzenia w kwestiach gospodarczo-społecznych. Może jedynie Stanisław Tarnowski coś pisał na ten temat. W ciekawym artykule Porcje w "Przeglądzie Polskim" piętnował patologię na wsi, gdzie pańszczyzna, choć formalnie została zniesiona, zachowała się w innej postaci. Ale jego tekst z 1874 r. był wyjątkiem, bo stańczycy chyba rzeczywiście nie pojmowali znaczenia problematyki społecznej i zacofania gospodarczego.

Natomiast po stronie demokratów nie brakowało wybitnych badaczy i publicystów zajmujących się tą tematyką. Absolutną gwiazdą był tu Stanisław Szczepanowski (1846-1900), bliski środowisku "Nowej Reformy". Był klasą dla siebie, a jego praca Nędza Galicji w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego (1888) jest jedną z najwybitniejszych polskich książek o gospodarce, jakie powstały w XIX w. Ukazała się prawie 20 lat po wydaniu Teki Stańczyka i wywołała ogromny ferment.

Szczepanowski dowodził w niej, że świat się zmienił, problemy są teraz inne, ważne stają się rozwój gospodarczy i poprawa życia ludzi. Tymczasem rządzący w Galicji nie biorą tego pod uwagę. Krakowscy konserwatyści z rezerwą podchodzili do Nędzy Galicji w cyfrach... i samego Szczepanowskiego. Jakby chcieli przeczekać problemy, które opisał.

Stanisław Szczepanowski i Tadeusz Rutowski

 
Dlaczego?

Trudno powiedzieć. Wśród konserwatystów nie brakowało przecież wybitnych ekonomistów. Wielu zajmowało katedry na uniwersytetach we Lwowie i w Krakowie. Tyle że nowoczesne idee ekonomiczne znajdowały się wówczas poza katedrami ekonomii i raczej nie głosili ich konserwatyści, lecz ludzie bliscy demokratom.

Oprócz Szczepanowskiego ciekawe prace wyszły spod pióra wiceprezydenta Lwowa Tadeusza Rutowskiego, jednego z liderów demokratów. Rutowski i Szczepanowski zastanawiali się, jak rozwiązać problem zacofania Galicji, i doszli do wniosku, że - mówiąc dzisiejszym językiem - konieczna jest interwencja państwa.

Natomiast ekonomiści akademiccy byli liberalni. Na takich jak Szczepanowski czy Rutowski patrzyli z lekceważeniem, a nawet lekką pogardą. Dla nich ideałem była klasyczna mikroekonomia, której koncepcję stworzył brytyjski ekonomista Alfred Marshall. Wspaniale rozwijała się ona zresztą w Wiedniu, m.in. dzięki ekonomiście Eugenowi von Böhmowi-Bawerkowi. Wyobrażam sobie, choć nie udowodnię tego, że stańczycy myśleli o gospodarce mniej więcej tak: w kraju zacofanym, takim jak Galicja, kapitału jest bardzo mało, a więc stopa zysku z niego jest wyższa niż w krajach wysoko rozwiniętych. Ale kapitał naturalnie będzie się przenosił z tych bogatych państw do zacofanych, aż stopy zysku się wyrównają. I gdy to się już stanie, automatycznie wyrówna się poziom gospodarczy. Czyli wystarczy nic nie robić. Mówię to ironicznie, jednak tak myślał mainstream ekonomistów ostatnich dekad XIX w., także ci związani z krakowskimi konserwatystami.

To była grupa profesorów z obu galicyjskich uczelni, którzy - jak sądzę - traktowali resztę społeczeństwa i swoich adwersarzy jak niedouków: "Coś tam mówicie, ale jesteście w błędzie. My wam wyjaśnimy, jak jest naprawdę".

Społeczeństwo bardzo nie lubi takich ludzi.

Kiedy na początku lat 90. pisałem doktorat i w sejmowej bibliotece analizowałem tomy sprawozdań stenograficznych z obrad sejmu galicyjskiego, w Polsce akurat dyskutowano o reformach mających doprowadzić do transformacji polskiej gospodarki. Wysłuchałem wówczas w sejmie przemówienia ministra finansów Leszka Balcerowicza, a potem przeczytałem przemówienie stańczyka Michała Bobrzyńskiego, w latach 1908-1913 namiestnika cesarza w Galicji. Miałem wrażenie, jakbym nadal słyszał Balcerowicza.

Czuć było w mowie Bobrzyńskiego słabo skrywaną pogardę dla posłów, przekonanie, że nie mają o niczym pojęcia, mało rozumieją i tylko przeszkadzają mu w pracy.

OSTATNI STAŃCZYK
Przy Michale Bobrzyńskim (1849-1935) musimy się zatrzymać, bo to szczególny przypadek. Profesor Waldemar Łazuga zatytułował jego biografię Ostatni stańczyk (1982). W 1866 r., kiedy zawiązała się grupa, Bobrzyński miał ledwie 16 lat. W dorosłość wchodził więc w czasie, gdy społeczeństwo myślało już inaczej niż tuż po powstaniu. A jednak trwał na pozycjach stańczykowskich.

Zanim odniosę się do Bobrzyńskiego jako polityka, muszę opowiedzieć o nim jako o historyku, bo to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli krakowskiej szkoły historycznej. Niebywale pracowity i niezwykle inteligentny. Miał też pewne cechy charakteru, których można mu zazdrościć lub nie. Mój kolega z Instytutu Historii PAN dr Michał Przeperski w rozmowie określił kiedyś Bobrzyńskiego mianem "bezczela". Moim zdaniem trafnie, bo Bobrzyński miał zaledwie 28 lat, gdy pisał swoją syntezę Dzieje Polski w zarysie (1877), w której wyjaśnił pozostałym historykom, że nie rozumieją historii Polski, źle interpretują wydarzenia, więc on im wytłumaczy, jak to robić.

Bobrzyński intensywnie zajmował się nauką do 35. roku życia, a następnie niemal z dnia na dzień ją porzucił i całkowicie poświęcił się polityce. Był wieloletnim posłem galicyjskim i do austriackiej Rady Państwa. Jako wiceprzewodniczący Rady Szkolnej Krajowej walczył o rozwój polskiej oświaty, a wreszcie został namiestnikiem w Galicji. Był aktywny w austriackiej polityce w zasadzie aż do upadku Austro-Węgier. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, mając już 70 lat, wrócił do nauki. Napisał wtedy trzeci tom Dziejów Polski w zarysie, w którym odważnie zarzucił szlachcie, że wywołała powstanie listopadowe wyłącznie po to, by obronić swoją pozycję społeczną. Nie chciała się zgodzić na reformy fiskalne ministra skarbu księcia Franciszka Druckiego-Lubeckiego, ponieważ zrównałyby ją one z innymi warstwami. Było to bardzo poważne oskarżenie.

Czym poparte?

Tak interpretował wydarzenia i wnioskował. Oczywiście nie znajdziemy w żadnym archiwum listu, w którym dajmy na to Piotr Wysocki pisałby do Joachima Lelewela coś w rodzaju: "Wywołajmy powstanie, żeby uratować swoją klasę". Zresztą nie jestem pewien, czy Bobrzyński miał tu rację - przywołuję ten detal nie dlatego, że się z Bobrzyńskim zgadzam, tylko żeby pokazać, że potrafił zaskoczyć poglądami, które raczej kojarzylibyśmy z lewicą.

Bobrzyński pochodził ze szlachty?

Nie, z mieszczaństwa, co w jego przypadku miało znaczenie. Wywodził się ze starej, patrycjuszowskiej, krakowskiej rodziny. Jego matka, z domu Cypser, miała niemieckie korzenie, jej przodkowie przed wiekami przenieśli się do Krakowa ze Spiszu.

Bobrzyński to rzadki przypadek człowieka o nieszlacheckim pochodzeniu, który nie czuł się gorszy od niejednego szlachcica, ponieważ miał bardzo bogaty rodowód. Dało mu to swobodę w krytyce szlachty, której ówcześni historycy raczej nie podejmowali.

A teraz proszę o ocenę Bobrzyńskiego jako polityka.

W przeciwieństwie do poprzedników dostrzegał problemy społeczne. Zresztą na przełomie XIX i XX w. nie brakowało w Galicji także innych konserwatystów, którzy je widzieli i zastanawiali się, jak je rozwiązać. Na przykład ziemianin Jan Hupka chciał zlikwidować biedę na wsi dzięki stworzeniu warstwy bogatych chłopów. Miał temu służyć zakaz dzielenia ziemi, a więc rozdrabniania gospodarstw. Był to jednak utopijny pomysł.

Bobrzyński uważał, że problemy Galicji rozwiąże jedynie nowoczesne, biurokratyczne, scentralizowane państwo, które zadba o równowagę społeczną. Będzie ono mediować w konfliktach między narodowościami oraz warstwami społecznymi i w ten sposób obroni najuboższych przed najbardziej radykalnymi przejawami wyzysku.

Moim zdaniem jego rozumowanie było wówczas nowoczesne. Wydaje mi się, że on - podkreślę, że to moja teoria - chciał w Galicji powtórzyć manewr Benjamina Disraelego, konserwatywnego premiera Wielkiej Brytanii w latach 70. XIX w.

Michał Bobrzyński, historyk i polityk, namiestnik Galicji

 
Na czym on polegał?

Po pierwsze na tym, że Disraeli, który stanął na czele Partii Konserwatywnej, był człowiekiem spoza dawnych elit. Po drugie, w 1867 r. poparł reformę wyborczą w Anglii. Zamysł był taki, że jeśli konserwatyści zdemokratyzują prawo wyborcze, to lud, który jest pobożny i kocha królową Wiktorię, odwdzięczy się im przy urnach wyborczych. I w sumie to się powiodło, bo Wielka Brytania to jedyny kraj w Europie, gdzie tradycyjna, konserwatywna partia nie ustąpiła pola radykalnemu nacjonalizmowi, czyli odpowiednikom polskich endeków, tylko zachowała swoją pozycję.

Moim zdaniem, świadomie lub nie, Bobrzyński powtarzał manewr Disraelego. Połączył pomysł Hupki, owych niepodzielnych gospodarstw, z demokratyzacją wyborów do sejmu galicyjskiego oraz z ugodą z Ukraińcami.

Kwestia ukraińska była dla Bobrzyńskiego niezwykle ważna. W Dziejach Polski w zarysie krytykował I Rzeczpospolitą za to, że nie wprowadziła w życie ugody hadziackiej [1658, zakładała powstanie unii trzech równorzędnych państw: litewskiego, ruskiego i polskiego]. Mam wrażenie, że kiedy został namiestnikiem Galicji, bardzo chciał naprawić ten błąd sprzed wieków.

Te polityczne działania miały zaowocować utworzeniem nowoczesnej partii, która stanie się głównym graczem na prawicy i zepchnie na margines endecję Dmowskiego. W ten sposób jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości doszło do pierwszego politycznego starcia przyszłych piłsudczyków z endekami.

Bobrzyński, by pokonać partię Dmowskiego, utworzył w 1911 r. tzw. blok namiestnikowski, do którego weszli krakowscy konserwatyści i - mimo całej niechęci do nich - demokraci, a także lewica Polskiego Stronnictwa Ludowego. Blok namiestnikowski zyskał też nieoficjalne poparcie Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego oraz najważniejszych polityków ukraińskich.

Jego przeciwnikiem był tzw. antyblok, czyli Narodowa Demokracja Dmowskiego współpracująca z prawą stroną ruchu ludowego oraz wspomnianymi antyukraińskimi podolakami.

Odważny i ciekawy zamysł polityczny Bobrzyńskiego jednak nie wypalił: blok namiestnikowski wkrótce się rozpadł. Ale był to moment inicjacji procesu tworzenia nowoczesnego systemu partyjnego w Polsce. Właśnie wtedy w Galicji zaczęła się wielka gra o to, kto będzie rozdawał karty w polskiej polityce przez kilka następnych dekad.

Krakowscy konserwatyści ostatecznie jednak przegrali. Nie wyparli endecji, a liberum conspiro powróciło w osobie Piłsudskiego. To on i jego legioniści odegrali kluczową rolę w odzyskiwaniu państwa polskiego, a nie "ostatni stańczyk", który do końca trwał przy zaborcy.

Bobrzyński był przekonany, że w wojnie, która miała wybuchnąć lada dzień, Austro-Węgry pobiją Rosję. A wówczas Galicja połączy się z wyzwolonym Królestwem Polskim i w ten sposób powstanie trzecia, równoprawna część monarchii habsburskiej. Planował też, że Ukraińcom zapewni się w tej części tyle swobód, by nie protestowali i zgodzili się współistnieć z Polakami.

Były to piękne plany, ale obarczone błędami. Po pierwsze, Bobrzyński nie docenił siły nacjonalistycznego Kościoła katolickiego. W czasie gdy walczył o reformę wyborczą i poszerzanie swobód Ukraińcom, biskupi opowiedzieli się po stronie endecji. A po drugie, przecenił militarną siłę monarchii austro-węgierskiej. Zresztą nie on jeden, bo po klęsce Rosji w wojnie z Japonią w 1905 r. powszechnie uważano, że jest bardzo słaba i c.k. armia ją pokona.

A co do Piłsudskiego, to jednak trzeba pamiętać, że opowiedział się po stronie krakowskich konserwatystów i podjął z nimi współpracę. Kiedy po wybuchu I wojny światowej wyruszył z krakowskich Błoni na czele swojej Pierwszej Kompanii Kadrowej do Kielc, żeby wywołać tam antyrosyjskie powstanie, co zakończyło się fiaskiem, zwrócił się do nich o pomoc. Powołali wtedy Naczelny Komitet Narodowy, który wyjednał w Wiedniu utworzenie polskich formacji przy armii austriackiej [inaczej tę sytuację ocenia prof. Andrzej Chwalba - s. 446]. Bez pomocy krakowskich konserwatystów Legiony Polskie mogły w ogóle nie powstać.

CZĘŚĆ III
NADZIEJE I ZGLISZCZA
Koniec świata legionistów
Klęska w cztery tygodnie
Polska w Londynie
Armia generała Grota
Warszawa jak Masada
Diamenty na szaniec
Wojna polsko-polska pod flagą sowiecką
 
 

"Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!/ [...] Chcieliście Polski, no to ją macie!" - pisał zjadliwie Konstanty Ildefons Gałczyński w wierszu z okazji 10. rocznicy zamachu majowego. Gorzko podsumował sanację i wyraził rozczarowanie Rzecząpospolitą pod jej rządami. Utwór ukazał się w endeckim tygodniku "Prosto z Mostu", ale zawodu nie kryli także ludzie o poglądach dalekich od narodowych.

Wybitny pisarz i poeta Antoni Słonimski jeden z felietonów na łamach liberalnych "Wiadomości Literackich" zatytułował m.ż.G.s.r., odnosząc się do zarzutów stawianych mu przez sanacyjnych propagandystów, że za ostro krytykuje państwo, które przecież zbudowało Gdynię. Pisarz, drwiąc z adwersarzy, zapowiedział więc, że odtąd każde krytyczne zdanie będzie poprzedzał skrótem "m.ż.G.s.r.", czyli "mimo że Gdynia się rozbudowuje".

Państwo odzyskane po latach zaborów w 1918 r. było spełnieniem marzeń i ogromną nadzieją Polaków. Dla wielu okazało się rozczarowaniem.

Czy to sprawiedliwa ocena? O II Rzeczypospolitej opowiada prof. Włodzimierz Mędrzecki. Nie wybiela jej, krytycznym okiem patrzy przede wszystkim na piłsudczyków, którzy dzierżyli w niej niepodzielną władzę, ale dostrzega też, że u schyłku istnienia Polska wkraczała na tory, które mogły doprowadzić ją do sukcesu.

A kiedy tak naprawdę II Rzeczpospolita upadła? Zwyczajowo tym terminem określa się państwo istniejące od 11 listopada 1918 r., czyli symbolicznej daty odzyskania niepodległości, do 28 września 1939 r., gdy polska armia skapitulowała przed III Rzeszą. Największy kataklizm w dziejach świata, jakim była II wojna światowa, wprawdzie zamienił Polskę w zgliszcza, jednak ciągłość państwa została utrzymana. Rząd na uchodźstwie, a w kraju struktury Polskiego Państwa Podziemnego były kontynuacją II Rzeczypospolitej. Żołnierze Armii Krajowej, walcząc w powstaniu warszawskim, czuli się wciąż jej obywatelami. Podobnie bojowcy w getcie warszawskim, którzy po rozpoczęciu walki wywiesili biało-czerwoną flagę, i członkowie niepodległościowej partyzantki, która po wejściu Armii Czerwonej nie złożyła broni.

Za symboliczny kres II Rzeczypospolitej można więc uznać dopiero moment rozbicia ostatniego oddziału powojennej konspiracji. Stało się to w latach 50., choć pojedynczy partyzanci ukrywali się znacznie dłużej.

 
 

Józef Piłsudski na moście Poniatowskiego w Warszawie podczas zamachu majowego, 12 maja 1926. Wraz z Marszałkiem od lewej: ppłk Kazimierz Stamirowski, por. Marian Żebrowski, gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, mjr Włodzimierz Jaroszewicz i por. Michał Galiński

 
 
KONIEC ŚWIATA LEGIONISTÓW

DWADZIEŚCIA LAT RZECZYPOSPOLITEJ

 
Mirosław Maciorowski: Rozmowę o piłsudczykach - formacji politycznej i ideowej, która zdominowała historię II Rzeczypospolitej - powinniśmy zacząć od zamachu majowego. To moment kluczowy dla nich i dla całego dwudziestolecia międzywojennego.

Prof. Włodzimierz Mędrzecki: Jeśli chodzi o dzieje polityczne, to niewątpliwie ważna cezura. Dzieje II RP rzeczywiście można podzielić na przed zamachem i po zamachu.

W książce Odzyskany śmietnik. Jak radziliśmy sobie z niepodległością w II Rzeczypospolitej? (2022) szczegółowo opisuje pan wydarzenia z 12 maja 1926 r. Także słynną rozmowę na moście Poniatowskiego między prezydentem Stanisławem Wojciechowskim, reprezentującym legalną władzę, a zamachowcem - marszałkiem Józefem Piłsudskim. Prezydent domaga się od Marszałka, by "dochodził swych pretensji na drodze legalnej", a ten odpowiada: "Droga legalna zamknięta". Uderza mnie pewien szczegół: Piłsudski łapie za mankiet Wojciechowskiego, a prezydent stanowczo wyrywa rękę. To egzemplifikacja nie tylko ich charakterów, lecz także stylu uprawiania polityki - niecofający się przed niczym Piłsudski kontra godny prezydent, stojący na gruncie prawa.

Wydaje mi się, że chodziło raczej o nawiązanie kontaktu osobistego, przeniesienie formuły rozmowy z instytucjonalnej na dialog dwóch przyjaciół.

Wojciechowski (1869-1953) zawsze starał się być legalistą. Jeszcze w czasie zaborów, po rewolucji 1905 r., jako działacz spółdzielczy usiłował działać legalnie. A Piłsudski był człowiekiem walki, konspiratorem i ryzykantem, sięgającym po - delikatnie mówiąc - niekonwencjonalne metody. Mimo tych różnic uważali się jednak za sobie bliskich, zarówno ideowo, jak i w sensie ludzkim.

Stanisław Wojciechowski, prezydent Polski w latach 1922-1926

 

Znali się od lat 90. XIX w. Jako młodzi ludzie zetknęli się na emigracji, współtworzyli PPS, redagowali nawet razem "Robotnika". Na pewno długo mieli do siebie pełne zaufanie.

Po 1918 r. Wojciechowski został ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Ignacego Paderewskiego i był w nim kimś w rodzaju człowieka Piłsudskiego, wówczas naczelnika państwa. Ten rząd firmowany był przez obóz belwederski, ale też przez Narodową Demokrację, więc to, że kluczowym ministrem został bliski współpracownik Piłsudskiego, miało ogromne znaczenie. Tym bardziej że Paderewski większość czasu spędzał na konferencji pokojowej w Paryżu i w praktyce to Wojciechowski kierował pracami rządu.

O tym, jak bliska była wtedy współpraca między Piłsudskim a Wojciechowskim, świadczy reakcja rządu na niektóre wydarzenia, np. wybuch wielkich strajków górników i robotników pod koniec 1918 r. w Zagłębiu Dąbrowskim, a kilka tygodni później - protestów robotników rolnych na ziemiach Królestwa Polskiego. Wojciechowski jako minister spraw wewnętrznych złamał je, zaangażował siły policyjne do ich pacyfikacji, co wymagało zgody Naczelnika.

Można więc przypuszczać, że na moście Poniatowskiego Marszałek nie spodziewał się oporu ze strony prezydenta. Sądził raczej, że Wojciechowski pójdzie mu na rękę, niż że wyrwie dłoń z jego żelaznego uścisku.

Nie wiemy, co myślał Piłsudski, ale prawdopodobnie rzeczywiście nie przypuszczał, że Wojciechowski mu się postawi.

Jak Piłsudski chciał rozegrać przewrót? Według opinii, które przytacza pan we wspomnianej książce, nie planował walki, a już na pewno - ofiar śmiertelnych.

Absolutnie tego nie chciał. Chciał przejąć władzę siłą, ale bez przelewu krwi. Myślał, że wystarczy do tego zbrojna demonstracja.

Druga połowa kwietnia i początek maja 1926 r. były czasem ogromnego bałaganu politycznego. Piłsudski zamierzał obalić ówczesny rząd, na którego czele stał Aleksander Skrzyński ze Stronnictwa Prawicy Narodowej. W składzie koalicji rządowej byli posłowie PPS-u, którymi Piłsudski sterował. Gdy ją opuścili, gabinet Skrzyńskiego upadł 5 maja 1926 r.

Marszałek uważał, że Skrzyński może ponownie zostać prezesem Rady Ministrów, ale tylko wtedy, gdy on sam wejdzie do rządu i obejmie tekę ministra spraw wojskowych lub inne kluczowe stanowisko, i w ten sposób zdobędzie faktyczną władzę.

Skrzyński jednak nie został premierem. W sejmie porozumiały się ugrupowania centroprawicy: Narodowa Demokracja i PSL "Piast" Wincentego Witosa, i 10 maja to właśnie lider ludowców stanął na czele rządu.

Dlatego Piłsudski dwa dni później wkroczył do Warszawy z wiernymi sobie oddziałami?

To był kolejny, tyle że bardzo spektakularny, etap tej rozgrywki politycznej. Piłsudski wcale nie porzucił planu, o którym mówiłem, tylko okoliczności się zmieniły. Teraz zakładał, że w efekcie zbrojnej demonstracji prezydent się przestraszy, zdymisjonuje Witosa i powoła na premiera może nie samego Piłsudskiego, ale osobę przez niego wskazaną. A on sam wejdzie do rządu jako minister spraw wojskowych, by faktycznie rządzić.

Wiemy, że to planował, bo mówił o tym współpracownikom jeszcze w listopadzie 1925 r. Po przejęciu władzy zamierzał przeforsować korzystne dla siebie ustawy o organizacji najwyższych władz wojskowych. A potem chciał przeprowadzić wybory z pozycji siły i w taki sposób, by w parlamencie większość tworzyli kandydaci wskazani przez niego.

Tyle że prezydent Wojciechowski nie podporządkował się Piłsudskiemu.

Dlatego polała się krew. W trzydniowych walkach ulicznych zginęło około 400 osób. Na szczęście zamach nie przekształcił się w wojnę domową. Zadecydowała o tym rezygnacja z dalszej walki przez Wojciechowskiego i rząd. Władzę przejął marszałek sejmu Maciej Rataj, który nawiązał kontakt z Piłsudskim. 15 maja rząd utworzył Kazimierz Bartel. A już 31 maja Zgromadzenie Narodowe wybrało Marszałka na prezydenta. Ten odmówił jednak objęcia urzędu i wyznaczył do tej roli Ignacego Mościckiego. Kilka dni później Zgromadzenie Narodowe przegłosowało jego kandydaturę - w ten sposób władza zdobyta przez Piłsudskiego w wyniku zamachu stanu została niejako zalegalizowana.

Ulica Mokotowska, Warszawa. Stanowisko artylerii podczas zamachu majowego

 
Wojciechowski wiedział, że szykuje się przewrót?

Anegdota: tuż po zamachu doszło do pojedynku Aleksandra Skrzyńskiego i gen. Stanisława Szeptyckiego, byłego szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Szeptycki publicznie zarzucił Skrzyńskiemu, że jako premier wiedział o przygotowaniach do zamachu, ale nie ostrzegł prezydenta. Skrzyński uznał to za pomówienie i wyzwał Szeptyckiego na pojedynek.

Umówili się na 15 kroków. Pierwszy strzelał Szeptycki, ale chybił. Skrzyński trzymał pistolet przez regulaminowy czas, a potem go opuścił. Stwierdził później: "Nie zwykłem chybić, a trafić nie chciałem". Panowie nie podali sobie ręki przy rozstaniu, ale pojedynek został uznany za zaliczony, a sprawa - za załatwioną.

Chodzi o to, że Wojciechowski mógł rzeczywiście wiedzieć od Skrzyńskiego, że coś się kroi, ale uznał to za plotki. Dowodem na to, że mógł zlekceważyć ostrzeżenie, jest jego wyjazd do Spały 12 maja. Wrócił stamtąd do Warszawy dopiero na wieść o zamachu, który zaczął się po południu. Dlatego do spotkania na moście Poniatowskiego doszło dopiero około godziny 17.

SAMOTNIK Z SULEJÓWKA
Żeby szerzej wyjaśnić motywy, jakimi kierował się Piłsudski, musimy chyba cofnąć się o cztery lata. W listopadzie 1922 r. wybory wygrała endecja, ale prezydentem został nie jej kandydat, lecz Gabriel Narutowicz, co doprowadziło prawicę do furii. Tydzień po wyborze endecki fanatyk zamordował Narutowicza. A pół roku później powstał endecko-ludowy rząd Chjeno-Piasta, koalicji Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej i PSL-u "Piast" Witosa. Dla Piłsudskiego były to wydarzenia trudne do zaakceptowania, dlatego demonstracyjnie zrezygnował z pełnionych funkcji, poza kierownictwem kapituły Orderu Virtuti Militari. Czy już wtedy zaczął myśleć o zamachu?

Piłsudski był zdruzgotany zabójstwem Narutowicza oraz przejęciem władzy przez endecję i PSL "Piast". Oba te wydarzenia wykorzystał do uzasadnienia rezygnacji z funkcji państwowych. Wprost obwiniał endecję o śmierć prezydenta i zapowiadał, że z jej rządem nie może współpracować.

Jednak jego decyzja o wycofaniu się była wymuszona przez sytuację, w jakiej się znalazł.

Co konkretnie?

Po wyborze prezydenta nie był już ani naczelnikiem państwa, ani naczelnym wodzem armii. Wprawdzie po zabójstwie Narutowicza i wyborze Wojciechowskiego premierem został Władysław Sikorski, który poprosił Piłsudskiego, by przejął po nim stanowisko szefa Sztabu Generalnego, zatem Marszałek nadal pełnił ważną funkcję w państwie, jednak na pewno by jej nie utrzymał. Endecy uważali go za główną przeszkodę w budowie Polski swoich marzeń, narodowo-katolicko-ludowej, więc rząd Chjeno-Piasta bez wątpienia szybko by się go pozbył.

Ważna dygresja: z naszej perspektywy armia w dwudziestoleciu międzywojennym to przede wszystkim Piłsudski i piłsudczycy, a potem długo, długo nic. I rzeczywiście ją zdominowali, ale dopiero po zamachu. Natomiast na początku lat 20. poza Piłsudskim i jego środowiskiem było kilku wysokich oficerów obdarzonych autorytetem i mających dorobek, których uważano za jego pełnoprawnych konkurentów do kierowania armią. W grę wchodzili: dowódca Błękitnej Armii gen. Józef Haller i dowódca wojsk powstania wielkopolskiego gen. Józef Dowbor-Muśnicki. Istniały też konkurencyjne środowiska kombatanckie: piłsudczycy mieli swój Związek Legionistów Polskich, ale własne organizacje mieli również dowborczycy i hallerczycy.

Piłsudski wiedział więc, że endecja go usunie, a do tego przygotuje taką ustawę o organizacji naczelnych władz wojskowych, która uniemożliwi mu pełnienie ważnej funkcji w armii także w przyszłości.

Stanął zatem przed dylematem: czekać, aż go odsuną, albo honorowo odejść. Zdecydował się na to drugie.

Został tzw. samotnikiem z Sulejówka, gdzie zamieszkał z rodziną w Milusinie, dworku wybudowanym dla niego ze składek żołnierzy. Na zdjęciach z tamtego okresu głównie siedzi w fotelu i stawia pasjansa.

To było starannie wykalkulowane posunięcie. Piłsudski nie był bezczynny, pobyt w Sulejówku traktował jako etap w oczekiwaniu na powrót do polityki i władzy. Nie krył się z tym. Utrzymywał kontakt ze swoim środowiskiem politycznym, które tworzyli przede wszystkim dawni legioniści. Wielu z nich pełniło ważne funkcje w armii i aparacie władzy. Jako były naczelny wódz był zapraszany na uroczystości pułkowe i świętowanie rocznic wojny z bolszewikami. Wygłaszał swoje ulubione wykłady o powstaniu styczniowym i ruchu niepodległościowym.

Nigdy nie ogłosił, że idzie na emeryturę. Cały czas komentował sprawy polityczne i wojskowe, choć pozostawał poza strukturami władzy.

Nie miał wpływu na bieżącą politykę.

Nie, bo nie dysponował własną partią w parlamencie. Miał w nim jedynie grupę rodzynków - tak ich nazwijmy - oddanych mu posłów funkcjonujących w różnych partiach, głównie w PPS-ie i PSL-u "Wyzwolenie".

W PPS-ie należeli do nich m.in. były premier Jędrzej Moraczewski i Tadeusz Hołówko, przyszły wysoki urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zwolennik ugody polsko-ukraińskiej. W drugim ugrupowaniu byli to np. późniejszy wielokrotny premier Kazimierz Bartel oraz przyszły minister rolnictwa Juliusz Poniatowski.

Piłsudski miał kilkunastu swoich posłów, którzy zawsze głosowali zgodnie z jego wolą. Oprócz nich było także kilkudziesięciu takich, którzy zwykle, choć nie zawsze, głosowali, jak sobie życzył. To było jednak za mało, żeby wpływać na sejm zdominowany przez endecję.

Istnieją przekazy o mniej lub bardziej tajnych organizacjach politycznych tworzonych przez legionistów, ale to nie były partie. Sporo ludzi związanych z Piłsudskim należało do masonerii. Można nawet powiedzieć, że była ona instrumentem wpływów piłsudczykowskich i generalnie sił liberalno-demokratycznych.

Dopiero w latach 1923-1926 uaktywnił się Związek Legionistów Polskich, rozwijało się też Towarzystwo Strzeleckie "Strzelec", założone przez Piłsudskiego w zaborze austriackim w 1910 r. Te organizacje, skupiające kombatantów dawnych piłsudczykowskich formacji zbrojnych, tworzyły sieć stałych kontaktów.

SEJMOKRACJA
Po wycofaniu się z czynnej polityki Piłsudski konsekwentnie budował propagandowy fundament zamachu. Zaciekle atakował konstytucję marcową z 1921 r. i parlament. Konstytucję nazywał "prostytutką", a posłów - "kurwami". Obrady sejmu określił jako "pierdel, serdel, burdel", a do opisu ówczesnego bezwładu politycznego i niemożności uchwalania ustaw ukuł termin "sejmokracja". Z polskiej polityki piłsudczycy uczynili potwora, którym straszyli obywateli.

Politycy zawsze znajdą słowa-zaklęcia, które wykorzystają do ataków na przeciwników. W PRL-u władza walczyła z "reakcją", "obszarnikami" albo "imperialistami". W demokratycznej Polsce rywali nazywano "postkomunistami", a potem pejoratywnym określeniem stał się "liberał". W II Rzeczypospolitej zaś takim zaklęciem była właśnie "sejmokracja".

Tuż po odzyskaniu niepodległości Polacy marzyli, żeby wskrzeszono też Kazimierza Wielkiego, który zażegna wszelkie spory, a drewniane budy, którymi zabudowany był kraj, zamieni w murowane wille.

Ale polskie społeczeństwo okazało się skomplikowanym patchworkiem. Było podzielone pod każdym względem: społecznym, narodowościowym, religijnym, klasowym i terytorialnym. Powstało niewyobrażalnie dużo grup interesów. A demokracja polega na tym, że każda z nich ma prawo do reprezentacji politycznej.

Przy takim patchworku spory były trudne do rozwiązania. Powstał harmider polityczny, którego zwykły obywatel nie był w stanie pojąć. Czytał relację z obrad sejmu i zanim doszedł do połowy artykułu, już ciskał ze złością gazetą i krzyczał: "Darmozjady! Zamiast współpracować, ciągle się kłócą!".

Te polityczne awantury trwały nieprzerwanie od lutego 1919 r., kiedy obrady zaczął Sejm Ustawodawczy. Bywały gwałtowne i często nie przynosiły efektów w postaci ustaw.

Sejmokracji sprzyjała też chyba proporcjonalna ordynacja wyborcza?

Nie istniały progi wyborcze ograniczające liczbę ugrupowań w sejmie. Ordynacja pozwalała zatem maksymalnie poszatkować parlament. Mogli wejść do niego przedstawiciele kilkudziesięciu partii i koalicji, często wewnętrznie podzielonych, bo reprezentowały rozbieżne grupy interesów.

Krytyka proporcjonalnej ordynacji wyborczej oraz łączące się z nią hasło sejmokracji stały się wytrychem do krytycznego opisu rzeczywistości społecznej i politycznej. I wszyscy go stosowali - począwszy od komunistów, na skrajnych konserwatystach skończywszy. Nie tylko piłsudczycy.

JAKA MA BYĆ POLSKA?
Ale to Piłsudski wykorzystał sejmokrację do przygotowania gruntu pod zamach.

Gdyby nie on, zrobiłaby to endecja. I tu dochodzimy do najważniejszego powodu, jaki stał za decyzją Piłsudskiego o siłowym przejęciu władzy.

W ówczesnej Polsce grup interesów rzeczywiście było wiele, a parlament przypominał patchwork, ale tak naprawdę liczyły się tylko dwa wielkie bloki polityczne, które walczyły o pełnię władzy i możliwość urządzenia kraju według własnej wizji.

Na czele pierwszego stali Roman Dmowski i skupiona wokół niego endecja, czyli ugrupowania prawicowe i narodowe odwołujące się do katolicyzmu jako fundamentu polskości. Politycy endeccy byli otwarci na ścisły sojusz z Kościołem katolickim oraz z ziemiaństwem, które w obliczu planów reformy rolnej miało nadzieję, że endecy pozwolą mu zachować większość majątków. W przekazie endecji ważnym elementem były, oczywiście, hasła i działania antysemickie.

Drugi wielki blok to obóz lewicowo-liberalno-demokratyczny, skupiający ugrupowania od PPS-u, przez PSL "Wyzwolenie", po różnego rodzaju demokratów. Patronował mu Piłsudski. Obóz ten był spadkobiercą polskiej XIX-wiecznej inteligencji, która od czasów pozytywizmu walczyła, jak mogła, z zaściankiem, obskurantyzmem, tradycyjnym i konserwatywnym katolicyzmem. Chciała Polaków europeizować, okcydentalizować. Kwiat polskiej inteligencji ze Stefanem Żeromskim na czele marzył o kraju - jak byśmy dziś powiedzieli - progresywnym, otwartym, tolerancyjnym, współpracującym z Ukraińcami, Żydami i wszystkimi innymi, którzy będą chcieli współpracować.

Większe poparcie miał blok Dmowskiego?

Zdecydowanie. Dlatego w 1922 r., po demokratycznej, spokojnej kampanii wyborczej, ponad dwie trzecie głosów polskich wyborców zdobyły endecja z przyległościami oraz centrum, czyli PSL "Piast" Witosa.

Wizerunek Witosa ukształtowaliśmy sobie na podstawie wydarzeń z lat 30., gdy jako jeden z liderów antysanacyjnej opozycji został uwięziony przez piłsudczyków. Ale dekadę wcześniej był jak najbardziej narodowo-katolicki. PSL "Piast" popierał kolonizację ziem wschodnich przez polskich chłopów, bo przecież "Polska sięga tam, gdzie sięga polski chłop".

Witos łatwo dogadywał się z endecją, zarówno po wyborach, gdy powstał rząd Chjeno-Piasta, jak i w 1926 r., gdy stanął na czele rządu obalonego po kilku dniach przez Piłsudskiego. Po prostu idea Polski narodowo-katolickiej z polskim chłopem na czele pasowała Witosowi i galicyjskiemu ludowi, z którego się wywodził.

Ocenia go pan krytycznie jako polityka?

Absolutnie nie. Jeśli jesteśmy demokratami i uznajemy, że Polska ma być taka, jakiej chce większość obywateli, to nie możemy się obrażać, gdy zdecydują oni, że będzie nie taka, jakiej sami byśmy chcieli. A zdecydowana większość obywateli II Rzeczypospolitej uznała, że Polska powinna być narodowo-katolicka, trochę zaściankowa...

...i antysemicka.

Oczywiście. Znane są antyżydowskie wypowiedzi, publikacje i ekscesy endeków, ale łatwo też znaleźć niezłe cytaty z Witosa, które potwierdzą taką tezę.

Dlaczego to właśnie Witos został w 1923 r. premierem rządu Chjeno-Piasta, a nie Dmowski, lider endecji?

Bo Dmowski kompletnie nie nadawał się na to stanowisko. Jako minister spraw zagranicznych w 1919 r. niczego specjalnego nie zdziałał. Był typem stratega, kimś, kto siedzi za kulisami albo zajmuje jakieś nieformalne stanowisko, np. ministra bez teki, i stamtąd pociąga za sznurki. Ale bez względu na to, jak dziś ocenia się Dmowskiego i czy nadawał się na premiera, niewątpliwie był politykiem wybitnym, inteligentnym i przenikliwym. To, że właśnie endecja trzymała rząd dusz w międzywojniu, w największej mierze było jego zasługą.

Premier Wincenty Witos (na pierwszym planie z lewej) ze swoim rządem, Warszawa, 11 maja 1926

 

Dominację endecji potwierdzał wynik każdych demokratycznych wyborów po 1918 r. Blok lewicowo-liberalny mógł liczyć maksymalnie na 25-30 proc. poparcia. I po wyborach w 1922 r. dla Piłsudskiego stało się jasne, że aby zrealizować swój pomysł na Polskę, musi albo "zrobić" wybory, albo znaleźć inny sposób, by zdobyć władzę. I znalazł.

Nie było pola do choćby niewielkiego kompromisu? Przecież w czasie wojny z bolszewikami w 1920 r. Piłsudski współpracował z prawicą. Endecka prasa zaciekle go atakowała, ale Dmowski zasiadał w ponadpartyjnej Radzie Obrony Państwa.

Nie było. Piłsudski miał pewien feler: uważał, że endecy to inny gatunek człowieka. Patrzył na nich jak na ludzi obciążonych wadą genetyczną, która sprawia, że nie są zdolni do zadbania o interesy narodowe ani do obrony suwerenności Polski, lecz zawsze służą innym: kiedyś - Rosji, a potem - Francji. Jakakolwiek współpraca z nimi jest niemożliwa - Piłsudski był o tym głęboko przekonany.

Endecy to samo myśleli o nim?

Uważali go raczej za maniaka, człowieka o rozbuchanym ego i politycznego gangstera. W czasie wojny z bolszewikami rzeczywiście oskarżali go o niestworzone rzeczy, np. o to, że miał gorącą linię z gen. Michaiłem Tuchaczewskim, dowódcą sowieckiej armii idącej na Warszawę, ale nie diabolizowali go w takim stopniu jak on ich.

ZBUDUJEMY KRAJ DLA WSZYSTKICH
Piłsudski i jego zwolennicy po zamachu majowym przejęli władzę pod hasłami sanacji, czyli odnowy. Termin wymyślony przez działacza niepodległościowego Adama Skwarczyńskiego (1886-1934) stał się nazwą ich rządów. Jak w założeniu Marszałka miała wyglądać ta sanacja?

Piłsudski nigdy nie spisał swoich zamierzeń, ale z jego różnych wypowiedzi wynika, że chodziło mu o to, by wszyscy obywatele, niezależnie od narodowości i religii, uznali państwo za wspólne dobro i najwyższą wartość. Miała się rozpocząć budowa owej progresywnej, otwartej i tolerancyjnej Polski - kraju dobrego dla wszystkich obywateli.

Wprawdzie Marszałek zdobył władzę siłą, lecz zapowiadał, że nie chce wprowadzić dyktatury na wzór włoski [Benito Mussolini objął władzę w 1922 r.]. Uważał, że demokracja jest częścią polskiej tradycji, ale nie może przypominać tej z czasów, gdy szlachta zrobiła z niej karykaturę. A jego zdaniem właśnie w tym kierunku zmierzała po wprowadzeniu konstytucji marcowej. Przejawem tego była anarchia.

Owa sejmokracja?

Tak. Piłsudski uważał, że konstytucja musi dawać większą władzę prezydentowi, który powinien mieć prawo do - jak się wyraził - "szybkiego powzięcia decyzji w zagadnieniach tyczących się interesu narodowego".

Nowa ustawa zasadnicza miała dopiero powstać, a tymczasem, żeby móc "powziąć decyzje w zagadnieniach", Piłsudski w 1926 r. przeforsował w sejmie nowelę sierpniową, nazwaną tak od miesiąca uchwalenia.

Okazała się kluczowym instrumentem rządzenia. Najważniejsze były dwie zmiany: przyznanie prezydentowi prawa do rozwiązania parlamentu i wydawania rozporządzeń z mocą ustaw. Mógł też dowolnie zwoływać, odraczać i zamykać pojedyncze posiedzenia oraz sesje parlamentarne.

Sejmowi przetrącono kręgosłup?

Jak najbardziej. Władza ustawodawcza stała się de facto zależna od głowy państwa. Piłsudski uważał, że nieustanna awantura w sejmie przeszkadza w budowie silnej Polski. Spychając parlament na margines, wybrał drogę na skróty, by stworzyć tę swoją Polskę. Był zdania, że kłótnie sejmowe to strata czasu, a władzę należy przekazać jemu, bo tylko on wie, co zrobić, by poprowadzić obywateli do świetlanej przyszłości.

Był przekonany, że ma dar boży, że jest geniuszem. Miał poczucie absolutnej wyjątkowości.

Jeśli popatrzymy na to, co osiągnął, chyba naprawdę był kimś wyjątkowym.

Niewątpliwie, ale w tym wypadku, jak czas pokazał, niekoniecznie miał rację.

Święcie wierzył, że tylko on może być akuszerem nowoczesnej Polski. Widział się w roli superarbitra, który jest w stanie zastąpić dyskusję wszystkich grup społecznych, a przede wszystkim pokazać, na czym polega prawdziwy polityczny kompromis. Uznał, że dobierze sobie ludzi, w jego ocenie najwartościowszych, którzy ten kompromis osiągną.

W takim państwie parlament nie jest potrzebny. Ale ponieważ jest ważnym elementem tradycji i nie można go z dnia na dzień wyrzucić na śmietnik, bo byłaby to jawna dyktatura, to niech już on sobie będzie. Ludzie wybiorą posłów i senatorów, którzy będą się spierać w parlamencie, a Piłsudski posłucha, co mają do powiedzenia, potem to razem ze współpracownikami rozważy i wdroży w życie. Ale oczywiście tylko te rzeczy, które uzna za właściwe i potrzebne.

Taki miał pomysł na parlamentaryzm w Polsce.

Czyli jednak dyktatura.

Piłsudski, jego zwolennicy, ale też bardzo wielu obywateli tak tego nie postrzegali. Żeby zobrazować klimat pierwszych miesięcy po zamachu majowym, warto porównać go, przy wszystkich zastrzeżeniach, do wydarzeń bliższych naszym czasom. Atmosfera przypominała wtedy tę, która towarzyszyła objęciu władzy w 1989 r. przez ludzi Solidarności z Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie - Polaków najlepszych z najlepszych, sprawdzonych w boju, bezinteresownych patriotów, którzy gotowi są poświęcić wszystko dla kraju.

Piłsudski również zaprosił do budowy tej nowej Polski ludzi wybitnych. Pod jednym warunkiem: muszą pracować pod jego politycznym parasolem i akceptować tę wizję Polski, którą on uważał za najlepszą.

MARSZAŁEK WIE LEPIEJ
Pora scharakteryzować grupę, która miała tę Polskę budować, czyli piłsudczyków. Kim byli?

Najogólniej mówiąc, to kilkuset ludzi, którzy uważali się za oddanych Piłsudskiemu, gotowych dla niego zrobić może nie wszystko, ale na pewno dużo. Postrzegali go tak, jak on sam siebie: jako człowieka wyjątkowego, który zawsze wie lepiej - po prostu geniusza. Jeżeli więc on czegoś chce, to nie ma co dyskutować, tylko trzeba mu na wszelkie sposoby pomóc w osiągnięciu celu.

Piłsudczycy to w większości ludzie, którzy przed zamachem majowym, na różnych etapach drogi politycznej Piłsudskiego, pracowali pod jego kierownictwem czy komendą. Ci najważniejsi - jeszcze w czasach PPS-u, w Legionach Polskich, a potem kontynuowali współpracę w armii lub służbie cywilnej odrodzonego państwa.

Najstarsza generacja to właśnie ta PPS-owska, z jej grona wywodzili się Aleksander Prystor (1874-1941) i Walery Sławek. Obaj byli z Piłsudskim jeszcze przed rewolucją 1905 r. albo w jej czasie. Brali udział w akcjach bojowych, w tym w słynnej akcji zbrojnej pod Bezdanami, jedynej, w której osobiście uczestniczył Piłsudski.

Drugą generację stanowili ludzie związani z Piłsudskim, od kiedy po ucieczce z Królestwa Polskiego tworzył w Galicji ruch niepodległościowy. Działali w Związku Strzeleckim, a potem uczestniczyli w budowie Legionów. Najważniejsi to znani później wojskowi: Kazimierz Sosnkowski i Edward Rydz-Śmigły, oraz mniej znany Kazimierz Świtalski (1886-1962), wieloletni adiutant i osobisty sekretarz Piłsudskiego. Rzadko pokazywał się publicznie, ale jako niezwykle sprawny organizator był szarą eminencją i człowiekiem do specjalnych poruczeń. Do tego grona można dodać jeszcze ppłk. Bogusława Miedzińskiego oraz Jędrzeja Moraczewskiego, ministra robót publicznych.

Wreszcie trzecia generacja to ludzie młodsi, którzy odznaczyli się w czasie służby w Legionach, w najważniejszych wydarzeniach podczas odzyskiwania niepodległości i wojny z bolszewikami. Najbardziej znaną postacią z tej grupy jest Józef Beck (1894-1944). W 1918 r. miał 24 lata, ale później zrobił wielką karierę. Szybko awansował na pułkownika, a w latach 30. został ministrem spraw zagranicznych.

Któregoś z nich Piłsudski traktował jakoś szczególnie?

Mało kto był z nim na ty. Sławek, Prystor i kilku ludzi, którzy w różnych okresach tworzyli najbliższy krąg Piłsudskiego, czasem wysłuchiwali jego zwierzeń. Rzadziej z nim dyskutowali, choć właściwiej byłoby powiedzieć: próbowali dyskutować. Bo z Piłsudskim się nie dyskutowało, mało kto potrafił się na to zdobyć. Raczej należało bez szemrania wykonywać jego polecenia.

Marszałek Józef Piłsudski świętuje imieniny z córkami Jadwigą i Wandą (siedzi z prawej) oraz najwierniejszymi oficerami, Sulejówek, 19 marca 1926

 

Ludzi z dalszych kręgów Piłsudski zwykle wzywał w razie potrzeby. Traktował ich jak podwładnych do specjalnych zadań. Byli to najczęściej ludzie energiczni, sprawni, ale należeli wyłącznie do grupy wykonawców zleceń i instrukcji.

Wokół Piłsudskiego kręciło się zawsze kilkudziesięciu ludzi, ale ich skład się zmieniał. Niektórych potrzebował tylko przez pewien czas, eksploatował intensywnie, by później przestać się nimi interesować. Wielu nawet dobrze nie znał, a mimo to obdarzał zaufaniem.

Świetnym przykładem może być tu wojewoda wołyński Henryk Józewski (1892--1981), przed 1918 r. bojowiec Polskiej Organizacji Wojskowej na Ukrainie, później komendant POW w Kijowie. Piłsudski poznał go dopiero w 1920 r. i przed zamachem majowym widział się z nim tylko raz. Po maju ściągnął go z Wołynia i mianował szefem gabinetu politycznego premiera. Człowiek spoza tych trzech kręgów trafił więc do jądra decyzyjnego państwa. Po pewnym czasie Piłsudski znów go wezwał i kazał mu być wojewodą wołyńskim - gwarantował mu przy tym pełną autonomię. Zaufał mu, choć widzieli się ledwie kilka razy w życiu. Aż do swojej śmierci rozpinał nad nim polityczny parasol ochronny. Józewski jako człowiek Marszałka był nieodwoływalny.

Bo był człowiekiem nietuzinkowym i pewnie Piłsudski to dostrzegł.

Rzeczywiście, rządził województwem samodzielnie i odważnie. Marszałek akceptował politykę wołyńską Józewskiego - bo takie miano zyskała jego działalność. Wojewoda był zwolennikiem pokojowego współistnienia Polaków i Ukraińców. Współpraca między oboma narodami miała być wymierzona w sowiecką Rosję, a Polska powinna w przyszłości pomóc w budowie Ukrainy ze stolicą w Kijowie. Józewski nie bał się rozwijać samorządu lokalnego opartego na urzędnikach narodowości ukraińskiej.

Więc pewnie nie był pupilem endecji?

Oczywiście, że nie. Historia relacji polsko-ukraińskich potoczyła się potem dramatycznie, ale idee Józewskiego były szlachetne.

Wybitnym piłsudczykiem był Kazimierz Bartel (1882-1941) - świetny organizator, znakomity matematyk, profesor Politechniki Lwowskiej, pierwszy premier po zamachu majowym. Był oddany Piłsudskiemu, ale jednocześnie samodzielny i odporny na naciski.

Bartel zaakceptował, że uczestniczy w budowie nowego państwa, w którym polityka jest w głowie Piłsudskiego, a aparat realizuje jego zlecenia. Był jednak zdania, że ma prawo realizować je tak, jak sam uważa. Nie pozwalał, by wtrącali się do jego pracy ani zausznicy Piłsudskiego, ani nikt inny.

Przez jakiś czas to działało, ale każda zamknięta elita władzy - a piłsudczycy taką tworzyli - poddana jest wewnętrznym mechanizmom, które i w tym przypadku się objawiły. Kiedy po zamachu uformował się już obóz władzy, to gdy tylko ktoś zaczął za dużo znaczyć, natychmiast powstawała przeciw niemu opozycja. Ludziom, którzy byli blisko Piłsudskiego i mieli na różne sprawy inne poglądy niż Bartel, wydawało się, że gdy poskarżą się Marszałkowi, to on skarci premiera. Piłsudski rzeczywiście szedł do Bartla, ale ten mu twardo tłumaczył, co robi i dlaczego i że to wynika z ich wspólnego planu. Piłsudski wracał od premiera, raz fuknął na Świtalskiego, raz - na Sławka, potem fuknął po raz drugi czy piąty. Ale za którymś razem sam zaczął się zastanawiać, co robi Bartel. Coś mu się też nie spodobało i zaczynał zgadzać się ze Świtalskim czy Sławkiem. I pozycja Kazimierza Bartla została zachwiana.

Jak przebiegały te podchody, wiemy z dziennika Świtalskiego z lat 1919-1935, opracowanego przez prof. Andrzeja Garlickiego (1992). Świtalski dokładnie notował wszystko, co mówili Piłsudski i ludzie z jego otoczenia, a także - jak sam knuł przeciwko Bartlowi. W tych zapiskach widać całą kuchnię sanacyjnej władzy.

Która w końcu zaczęła się psuć od głowy?

Jako w miarę zwarta grupa piłsudczycy funkcjonowali mniej więcej do jesieni 1930 r. Potem ich środowisko zaczęło się dzielić. Za życia Piłsudskiego nie było to jeszcze tak bardzo widoczne, ale po jego śmierci w maju 1935 r. w obozie władzy doszło do głębokich podziałów. Dowodem jest choćby powstanie Stronnictwa Demokratycznego, osobnej partii antysanacyjnej złożonej w dużej mierze z dawnych piłsudczyków.

ILE ZNACY PAN IGNACY?
Po zamachu Piłsudski stworzył skuteczne instrumenty rządzenia. O noweli sierpniowej już mówiliśmy - dawała szerokie uprawnienia prezydentowi, którego jednak Marszałek traktował jak instrument. Ignacy Mościcki (1867-1946) był figurantem?

To zbyt powierzchowna ocena. Był wybitnym chemikiem, uczonym, profesorem Politechniki Warszawskiej i rektorem Politechniki Lwowskiej, człowiekiem o dużym dorobku. Dobrze zarządzał zakładami przemysłowymi, zainicjował budowę Zakładów Azotowych w Tarnowie. Co nie bez znaczenia, był niezależny finansowo, bo czerpał pokaźne dochody ze swoich patentów.

Mościcki nie był oportunistą, tylko człowiekiem, który bezgranicznie ufał Piłsudskiemu. Uważał go za polityka wyjątkowego, a jego pomysły - za dobre dla Polski. Ze wszystkimi jego koncepcjami się zgadzał, a swoją rolę rozumiał tak, że skoro Marszałek potrzebuje go do tego, by wprowadzać je w życie, to on mu w tym pomoże. Ale Mościcki na pewno nie uważał, że pełni jedynie funkcję dekoracji w teatrze Piłsudskiego.

Szydzono jednak z niego okrutnie. Popularny był wierszyk: "Tyle znacy co Ignacy, a Ignacy g... znacy".

To ten wierszyk niewiele znaczy. Świadczą o tym choćby wspomnienia Wojciecha Świętosławskiego, również wybitnego chemika, który nie miał nic wspólnego ani z piłsudczykami, ani z polityką - to Mościcki go do niej wciągnął i Świętosławski został w 1935 r. ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Opisuje on swoje rozmowy z Mościckim, z których wynika, że prezydent doskonale wiedział, co robi i jaką rolę odgrywa. Był po prostu bezwzględnie lojalny wobec Piłsudskiego. Nigdy nie pozwolił sobie na publiczne okazanie jakichkolwiek wątpliwości co do poczynań Marszałka.

Ignacy Mościcki, chemik, prezydent Polski w latach 1926-1939

 
Aż do śmierci Piłsudskiego.

Precyzyjniej trzeba powiedzieć: do momentu, kiedy stało się jasne, że Piłsudski wkrótce odejdzie. Od 1934 r. Mościcki zaczął myśleć o swojej przyszłości i rozpoczął samodzielną grę o realną władzę.

CHODŹCIE Z NAMI!
Kolejnym instrumentem władzy był powołany w 1927 r. twór o nazwie Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR).

Piłsudski w ten sposób budował swój obóz polityczny. Do BBWR-u zgodnie z jego zapowiedzią mógł przystąpić każdy - no, może prawie każdy, bo wykluczeni byli endecy i osoby w jakikolwiek sposób skalane endeckością.

Na czele BBWR-u stanął Walery Sławek, a tworzyli go w zasadzie sami piłsudczycy. Trochę przypominał Front Jedności Narodu z czasów PRL-u.

W BBWR-ze byli nie tylko piłsudczycy. Znaleźli się w nim także ludzie powszechnie szanowani: profesorowie, przedstawiciele przemysłu, osoby obdarzone społecznym zaufaniem.

Co warto podkreślić, Kościół katolicki też został zaproszony. Piłsudskiemu bardzo zależało, by porozumieć się z hierarchami i uświadomić im, o co naprawdę mu chodzi - że nie jest antykościelny, tylko chciałby, aby Kościół włączył się do budowy Polski, jakiej on pragnął. Oczywiście musiałby trochę ustąpić ze swojej uprzywilejowanej pozycji, ale miał zajmować w państwie poczesne miejsce.

25 października 1926 r. władza zorganizowała w Nieświeżu spotkanie z przedstawicielami ziemiaństwa, na które zaproszono także hierarchów kościelnych. I o ile Marszałek dogadał się tam z ziemiaństwem, o tyle Kościół nie był zainteresowany Polską Piłsudskiego. Powiedział mu twarde "nie".

Ale BBWR odegrał swoją rolę. Niespełna dwa lata po przewrocie, 4 marca 1928 r., wygrał wybory do sejmu. Zdobył 125 na 444 mandaty.

Dobry wynik, choć nie oszałamiający. Wraz z posłami spoza BBWR-u zależnymi od Piłsudskiego sanacja miała w sumie 150 głosów. Za mało, by spacyfikować sejm, a taki plan miał przecież Piłsudski.

PRZYJDĄ I ZASTRZELĄ
Symptomatyczna była porażka endecji, a także PSL-u "Piast", które uzyskały odpowiednio 38 i 34 mandaty.

Endecja znalazła się w defensywie. Dmowski i inni jej liderzy po zamachu majowym musieli przyjąć założenie, że jeżeli chcą znów kształtować Polskę, mogą albo to robić oddolnie, przez wychowanie nowych pokoleń zwolenników, albo przygotować się do rozgrywki politycznej. Tyle że musi się ona toczyć już nie w wyborach parlamentarnych, bo ich wygranie po maju 1926 r. było mało prawdopodobne, lecz na ulicy.

Wychowanie pokoleń zwolenników endecji miał zapewnić Obóz Wielkiej Polski (OWP), powołany przez Dmowskiego w grudniu 1926 r.

Można tak zinterpretować utworzenie tej ponadpartyjnej organizacji skupiającej ugrupowania antysanacyjnej prawicy.

Ten projekt zakończył się fiaskiem. Liderzy OWP może mieli zamiar wychowywać młodych endeków, ale członkowie narodowych bojówek postawili na radykalizm, woleli działać na ulicach: bili Żydów, niszczyli ich sklepy, podpalali firmy. Sanacja rozprawiła się z OWP, rozwiązując już w 1927 r. jego struktury na prowincji.

A w 1933 r. OWP został skasowany całkowicie. Ale nie zgadzam się, że okazał się porażką. Historii II Rzeczypospolitej uczyliśmy się w PRL-u bez zrozumienia wielu rzeczy, które rozumiemy dziś. Państwo dysponujące 100-tysięczną policją oraz kilkusettysięczną armią jest w stanie złamać każdy opór społeczny, o ile oczywiście policja i armia same nie zostały przez ten bunt zrewoltowane. W dwudziestoleciu nie zostały i dlatego na ulicy nie można było niczego osiągnąć.

Ówczesny kanon działań policji zakładał, że jeśli demonstracji nie da się rozpędzić, to trzeba ją rozstrzelać. Przykładem mogą być protesty chłopskie w latach 30., a szczególnie wielki strajk chłopski w sierpniu 1937 r. Sytuacja ekonomiczna wsi była wtedy fatalna, za co przywódcy ludowi winili władzę. Oskarżali ją, że zamiast wspierać chłopskie rolnictwo, dba jedynie o ziemian. Chłopi zablokowali drogi, odcięli miasta od dostaw żywności, ale władza wysłała na nich wojsko i policję. Zginęło kilkudziesięciu protestujących.

Obóz Wielkiej Polski był sukcesem, bo organizacja jawnie występująca przeciw autorytarnej władzy liczyła w pewnym momencie około 200 tys. członków. W demokratycznych warunkach endecja przejęłaby bez problemu władzę w ciągu dwóch-trzech lat.

W tamtej sytuacji liderzy OWP nie mieli jednak wyboru - mogli przyjąć do wiadomości decyzję władz o swoim rozwiązaniu albo wyjść na ulicę. Ale wtedy przyjechałaby policja i otworzyła ogień. Ani Dmowski, ani żaden inny endecki przywódca tego nie chcieli. Endecja musiała się cofnąć, bo wiedziała, że po drugiej stronie nikt się nie cofnie.

FACHOWCY I NAIWNIACY
Trudno jednak zrozumieć, dlaczego endecja, która przecież miała tak ogromne poparcie społeczne, przegrała tę rozgrywkę.

Jej dramat polegał na tym, że ludzie obdarzeni odwagą, męstwem i charakterem byli w obozie Piłsudskiego. Natomiast endecja miała kadry, fachowców w każdej dziedzinie: bankowców, ekonomistów, wykwalifikowanych urzędników i doświadczonych działaczy społecznych. W czasie zaborów pełnili oni w większości funkcje w państwie pruskim, rosyjskim czy austro-węgierskim. Niektórzy daleko zaszli, co w dwudziestoleciu nie zawsze było dobrze widziane. Ale przecież skoro ktoś zajmował wcześniej wysokie stanowisko, to nabył unikatowych umiejętności, których odrodzona Polska potrzebowała.

Jakiś przykład?

Choćby Aleksander Meysztowicz, ziemianin, który zasiadał w radzie państwa Cesarstwa Rosyjskiego. Był ugodowcem, nawet kataryniarzem.

Co to znaczy?

W 1904 r. w Wilnie władze carskie zorganizowały uroczystości odsłonięcia pomnika Katarzyny Wielkiej, w których wzięła udział część polskiej elity, także Meysztowicz. Ci, którzy uważali to za przejaw upadku, pogardliwie nazywali ich kataryniarzami.

Meysztowicz, konserwatysta bliski endecji, był niewątpliwie fachowcem, zresztą Piłsudski w końcu go kupił - zaraz po zamachu majowym został ministrem sprawiedliwości w rządzie Bartla (od 15 maja) i Piłsudskiego (od 2 października).

Ale i bez niego endecja miała ogromny potencjał, bazę wybitnych ludzi zdolnych do rządzenia w interesie państwa, a nie tylko swojej partii.

To dlaczego, mimo że miała i poparcie, i fachowców, nie potrafiła zdobyć i utrzymać władzy?

Z powodu błędnej taktyki. Jej liderzy uważali, że potencjał, którym dysponują, czyli wiedza i fachowość kadr, jest tak niezbędny państwu, że bez niego nie da sobie ono rady i nie będzie w stanie w ogóle funkcjonować. Między innymi dlatego Dmowski nie próbował przejmować władzy w listopadzie 1918 r. Był przekonany, że rewolwerowcy od Piłsudskiego, którzy ją wtedy sprawowali, nie dadzą sobie rady - szybko się skompromitują i ich rząd upadnie.

A później, kiedy premierem został już Paderewski, ale rząd był koalicyjny, endecy myśleli, że z tymi wszystkimi fachowcami krok po kroku opanują aparat państwa. Byli pewni, że tylko oni potrafią liczyć pieniądze, znają się na księgowości i administrowaniu. I tylko oni skupiają ludzi, którzy - co podkreślano w otoczeniu Dmowskiego - mają instynkt państwowy, nabyty w czasie współpracy z rządami państw zaborczych.

W takim myśleniu było sporo prawdy, ale XX w. pokazał, że rządzenia można się nauczyć, jak bolszewicy w Rosji. A najważniejsze jest samo zdobycie i utrzymanie władzy, bo jak już się ją ma, to z czasem, za pomocą różnych metod i dzięki uczeniu się na błędach, można rządzić całkiem sprawnie.

Endecja przegrała, bo czekała, aż władza sama wpadnie jej w ręce. Ale to Piłsudski ją złapał i już jej nie oddał, choć kadry do zarządzania państwem miał gorsze od endeków.

NON POSSUMUS
A lewica? Początkowo poparła zamach i nowe porządki, ale po 1928 r. urwała się Piłsudskiemu ze smyczy.

Z lewicą Marszałek popełnił kardynalny błąd, ponieważ założył, że PPS i PSL "Wyzwolenie" to takie trochę "ciamciaramcie", które wystraszą się i albo pójdą razem z nim, albo nie będą mu przeszkadzać. Tymczasem lewica rzeczywiście najpierw nie przeszkadzała, ale po pewnym czasie wystąpiła przeciwko Piłsudskiemu. Określenie "urwała się ze smyczy" nie jest jednak adekwatne. Politycy PPS-u byli autentyczni i nigdy na niczyjej smyczy nie chodzili. Można ich jednak podzielić na dwie grupy. Pierwszą tworzyli ideowi socjaliści, którzy byli od Piłsudskiego absolutnie niezależni. Wprawdzie go podziwiali i kochali i gotowi byli iść na różne kompromisy, ale to się szybko zmieniło.

Lider PPS-u Ignacy Daszyński napisał nawet pean na cześć Marszałka...

Wielki człowiek w Polsce. Wydał tę książeczkę rok przed zamachem majowym i na pewno to, co napisał o Piłsudskim, było szczere.

Druga grupa to PPS-owcy, którzy byli przede wszystkim piłsudczykami, a dopiero później socjalistami. Jesienią 1928 r., kiedy drogi PPS-u i Piłsudskiego już się rozchodziły, dokonali rozłamu w partii. Rajmund Jaworowski wraz z grupą innych piłsudczyków stworzył PPS - dawną Frakcję Rewolucyjną, której nazwa oczywiście nawiązywała do rozłamu w PPS-ie dokonanego przez Piłsudskiego w 1906 r. Jaworowski i jego towarzysze byli po prostu funkcjonariuszami służącymi władzy.

Natomiast ludzie z PPS-u oraz PSL-u "Wyzwolenie" byli wierni wyznawanym wartościom, co stoi w sprzeczności z tym, co o nich myślał Piłsudski. Uważał, że jak tupnie nogą, to zrobią, co im każe. A oni najpierw stanęli przy nim, potem nadal stali, ale z coraz większym bólem, aż w końcu stanęli przed dylematem: wartości czy Piłsudski? I wybrali wartości.

Lewica nie urwała się więc ze smyczy, tylko w pewnym momencie powiedziała: non possumus (nie możemy). I to cała lewica oraz spora część ugrupowań liberalno-demokratycznych.

We wrześniu 1929 r. zjednoczyły się one w antysanacyjny Związek Obrony Prawa i Wolności Ludu, zwany Centrolewem. Jego trzon stanowiły PPS i PSL "Wyzwolenie" oraz PSL "Piast" Witosa. 29 czerwca 1930 r. Centrolew zorganizował w Krakowie wielki kongres, który okazał się sukcesem. Reakcja Piłsudskiego była brutalna.

Marszałek, jak mówiłem, zamierzał spacyfikować parlament. Ale ponieważ miał tylko 150 posłów, nie był w stanie tego zrobić bez lewicy. Tymczasem nie dość, że ta się od niego odwróciła, to jeszcze sejm stał się miejscem krystalizacji znacznie szerszej opozycji, w dodatku coraz powszechniej słuchanej przez społeczeństwo.

Na to nałożył się wielki kryzys, który wybuchł w drugiej połowie 1929 r. Stało się jasne, że nastroje społeczne będą się nadal pogarszały, naród zacznie psioczyć na rząd i sanację. W tym czasie w sejmie aktywnie działała silna grupa krytyków chronionych immunitetem, którzy mogli stanąć na czele protestu społecznego, dać ludziom język, hasła i jeszcze ich zorganizować. Mogło nawet dojść do wojny domowej.

Piłsudski zdawał sobie z tego sprawę, dlatego uznał, że należy tych ludzi wyeliminować, zanim sytuacja stanie się niebezpieczna. Oznaczało to rozgonienie sejmu i powołanie nowego, ale już takiego, który nie będzie rozsadnikiem buntu i oporu.

Od końca 1928 r. Piłsudski dążył do rozwiązania parlamentu. W kwietniu 1929 r. powołał pierwszy tzw. rząd pułkowników na czele z Kazimierzem Świtalskim, oparty na grupie najbardziej zaufanych współpracowników, tworzących jądro sanacji. Nie byli oni powiązani z żadnymi grupami interesów, tylko byli narzędziami sprawnie spełniającymi wolę Piłsudskiego. Bo dla Świtalskiego, Prystora, Sławka, Miedzińskiego czy płk. Adama Koca jedynie ona się liczyła. Jeśli trzeba będzie strzelać, to wydadzą rozkaz otwarcia ognia. Jeśli należy kogoś zamknąć, to poślą po niego policję. Zrobią, co trzeba, bez wahania i dyskusji. Grupa pułkowników była starannie wyselekcjonowana, wielokrotnie sprawdzona. Piłsudski musiał być pewny, że za plecami ma absolutnie wiernych i oddanych ludzi.

Marszałek zaczął coraz bardziej prowokować sejm. Zastraszał izbę poselską: 31 października 1929 r. przybył na Wiejską w asyście uzbrojonych wojskowych. To była spektakularna demonstracja siły - posłowie obawiali się, że żołnierze użyją broni przeciw nim.

Ale marszałek sejmu Ignacy Daszyński z PPS-u nie dał się zastraszyć.

Odmówił otwarcia sesji. Podczas ostrej wymiany zdań z Piłsudskim powiedział, że sejm nie będzie obradował pod bagnetami. Wściekły Marszałek opuścił izbę wraz z żołnierzami.

Członkowie PSL-u "Piast" z pocztem sztandarowym w drodze na kongres Centrolewu, Kraków, 29 czerwca 1930

 

Ale kolejna granica została przez niego przekroczona, i to absolutnie świadomie. Dlaczego wprowadził wojsko do parlamentu? Bo mógł i chciał. A nieco wcześniej w równie skandaliczny sposób rozegrał tzw. sprawę Czechowicza. Dlaczego? Bo mógł i chciał.

O co chodziło?

Przed wyborami w 1928 r. - na polecenie Piłsudskiego - minister skarbu Gabriel Czechowicz niezgodnie z prawem przekazał z budżetu państwa 8 mln zł na kampanię BBWR-u. Opozycja doprowadziła do postawienia Czechowicza przed Trybunałem Stanu (jedyny przypadek w II RP), ale nie wydał on wyroku, tylko przekazał sprawę do rozpatrzenia sejmowi. Tam oczywiście przepadła dzięki zakulisowym działaniom prezydenta Mościckiego i posłów BBWR-u. Czechowicz nigdy nie poniósł odpowiedzialności, choć tak naprawdę powinien ją ponieść Piłsudski jako główny sprawca złamania zasad.

Takim postępowaniem Marszałek świadomie doprowadzał opozycję do furii. Ale ten kij miał i drugi koniec, bo ułatwiał jej też integrację.

A jednocześnie - o czym Piłsudski chyba wiedział - nieendecka opozycja ciągle miała złudzenia, że on się opamięta.

Naprawdę?

Uważam, że krakowski kongres Centrolewu w czerwcu 1930 r., na którym pod adresem Piłsudskiego i sanacji padło wiele mocnych słów, był tak naprawdę sygnałem dla Marszałka, że trzeba jakoś się porozumieć, współdziałać w obliczu kryzysu, bo sytuacja w kraju jest coraz gorsza. Poza tym wspólnym wrogiem PPS-u i Piłsudskiego jest endecja.

Liderzy Centrolewu zapowiedzieli jednocześnie, że wrócą do sprawy po wakacjach, we wrześniu, jakby dawali Piłsudskiemu dwa miesiące na przemyślenie i zrewidowanie swojej postawy.

Ale on był żołnierzem doświadczonym w boju, więc wiedział, że jeśli tylko pojawi się choćby cień szansy, należy przeciwnika zniszczyć, a nie iść z nim na kompromis. Kongres Centrolewu tak naprawdę był mu na rękę. Sanacyjna propaganda grzmiała, że to opozycja postawiła kraj na krawędzi wojny domowej, choć przecież zrobił to Piłsudski. Marszałek wykorzystał sytuację do tego, żeby ostatecznie rozprawić się z sejmem.

WYBORY PO BRZESKU
Po wakacjach nie zaproponował żadnego kompromisu, tylko kazał Mościckiemu rozwiązać parlament i powtórnie powierzyć sobie misję tworzenia rządu. A potem uwięził w twierdzy w Brześciu nad Bugiem 18 przywódców opozycji, wśród nich trzykrotnego premiera Wincentego Witosa i dawnych towarzyszy z PPS-u.

Nie tylko tych 18 znalazło się pod kluczem. Na prowincji zamknięto kilka tysięcy ludzi. Represje objęły cały kraj. Przywódcy opozycji w twierdzy brzeskiej byli zastraszani, poniżani i torturowani. Pozostali uwięzieni przeciwnicy sanacji też dostali ostry wycisk.

16 listopada 1930 r. odbyły się wybory parlamentarne, które przeszły do historii jako brzeskie. Z demokracją nie miały wiele wspólnego.

Już kampania wyborcza przebiegała z naruszeniem wszelkich zasad. W całej Polsce zastraszano wolontariuszy pracujących dla opozycyjnych partii, bito i aresztowano lokalnych działaczy politycznych, unieważniano listy wyborcze i ograniczano liczebność opozycyjnych wieców. A podczas samych wyborów sanacyjni starostowie organizowali pochody całych wsi do urn, by mieszkańcy głosowali na jedynie słuszną listę numer jeden, czyli na BBWR.

Dochodziło też do dosypywania kart wyborczych do urn, czyli ordynarnych fałszerstw.

Sanacja chciała pokazać, że tym razem to już są jej wybory. Po nich będzie miała większość w parlamencie, który zajmie w końcu miejsce przewidziane dla niego przez Marszałka.

I tak cud, że w tym przetrąconym parlamencie aż tyle mandatów dostaną przedstawiciele opozycji.

W liczącym wówczas 444 posłów sejmie Centrolew zdobył 79 miejsc, endecja - 63, a BBWR - aż 249 i 77 na 111 w senacie.

Parlament, jak chciał Piłsudski, został spacyfikowany, ale nie na tyle, by zmienić konstytucję. Można to było zrobić jedynie przy poparciu dwóch trzecich posłów.

Ostatni akt dramatu rozegrał się, gdy przywódcy opozycji zostali osądzeni w tzw. procesie brzeskim, który zaczął się w październiku 1930 r. Wobec większości w styczniu 1932 r. zapadły wyroki więzienia - działacz PPS-u Adam Ciołkosz dostał aż trzy lata. Jedni poszli siedzieć, inni uciekli z Polski, jak skazany na półtora roku Witos. Pewien historyk porównał kiedyś stan demokracji w II RP do pacjenta, któremu mierzy się temperaturę: zamach majowy - 40 stopni Celsjusza, wybór Mościckiego - 39, wybory w 1928 r. - 37, wybory brzeskie i proces liderów opozycji - znów 40.

Zgadzam się. Jak każda choroba, i ta miała swoją dynamikę. Rządy sanacji początkowo opierały się wyłącznie na charyzmie i autorytecie Piłsudskiego. To, co zrobił w Polsce po zamachu, można streścić tak: "Nie chcę wam, Polacy, odebrać praw obywatelskich, dyskutujcie i piszcie prawie wszystko, co chcecie... No, ale właśnie chodzi o to prawie. Ja respektuję wolność innych, ale pod warunkiem, że wszyscy przyjmą do wiadomości i zaakceptują, że to właśnie ja - nikt inny - wiem, jak ma wyglądać Polska. A kto twierdzi, że wie lepiej, to nie rozumie, że nie ma racji, i może dostać w łeb".

Czyli po prostu dyktatura, której Piłsudski podobno nie chciał. Niektórzy dodają słowo "miękka", bo nie miała nic wspólnego z tym, co działo się w stalinowskim Związku Sowieckim czy hitlerowskich Niemczech. Tyle że "miękkie" dyktatury oparte na autorytecie jednego człowieka, nawet wyjątkowego, zwykle szybko ulegają erozji.

Owszem, tym bardziej że Piłsudski otoczył się ludźmi, którzy w ogóle nie weryfikowali tego, co mówi i każe im robić, tylko bezrefleksyjnie to realizowali. Gdyby Marszałek kazał Aleksandrowi Prystorowi, premierowi w latach 1931-1933, strzelić sobie w głowę, niewykluczone, że ten by to zrobił.

W POSZUKIWANIU FUKSA
Notabene Piłsudski go odstrzelił.

I to z dnia na dzień. Prystor był premierem przekonanym, że odnosi sukcesy i nieźle sobie radzi z kryzysem, zresztą inni też tak uważali. Tymczasem Piłsudski wezwał swoje otoczenie i zakomunikował, że stracił zaufanie do premiera, więc ma się on podać do dymisji.

Podobno powodem był konflikt żon: Janiny Prystorowej i Aleksandry Piłsudskiej, co wiele mówi o ówczesnej klasie politycznej.

Tak tę sytuację interpretowało wielu historyków. Prystor nawet nie próbował walczyć. Nie protestował, nie chwalił się sukcesami, tylko karnie podał się do dymisji.

Zastąpił go inny polityk ślepo oddany Piłsudskiemu - Janusz Jędrzejewicz, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie Prystora.

Zawodowo całe życie zajmował się edukacją, a nie ekonomią, więc była to dziwna nominacja na czas kryzysu gospodarczego.

Jeszcze dziwniejsza była kolejna: Piłsudski nagle odwołał Jędrzejewicza po roku urzędowania i na stanowisko premiera wyznaczył Leona Kozłowskiego, alkoholika i człowieka niezbyt wysokich lotów. Nikt nie miał pojęcia, skąd wziął się ten pomysł. Nikt nie zaprotestował, nie próbował tłumaczyć Piłsudskiemu, że to błąd.

Dziś też nie wiemy, o co chodziło?

Nie ma dokumentów, które przybliżałyby sposób myślenia Piłsudskiego przy tych roszadach. On oczywiście znał Kozłowskiego, przyglądał mu się jako ministrowi reform rolnych. Może dostrzegł w nim energicznego człowieka, który tupnie nogą i opanuje sytuację?

Mam taką hipotezę, że ten chaos i nerwowe miotanie się Piłsudskiego pod koniec życia wynikały z jego rozgoryczenia. Zrozumiał, że rzeczywistość, którą stworzył, odbiega od tej, którą zaplanował, organizując przewrót. Nie tak to miało wyglądać, wszystko wyszło na opak. Rozpaczliwie szukał więc jakiegoś niekonwencjonalnego kroku i kogoś, dzięki komu coś wreszcie zaskoczy, i władza fuksem osiągnie sukces.

Kozłowski odniósł swoisty sukces: wymyślił obóz w Berezie Kartuskiej, określany jako koncentracyjny, gdzie sanacja więziła swoich przeciwników, a nawet zwolenników, którzy ośmielili się ją krytykować. Ale jako premier nie okazał się tym mężem opatrznościowym?

Bo nie miał kwalifikacji ani potencjału. Zresztą w najbliższym otoczeniu Piłsudskiego nie było już zbyt wielu ludzi zdolnych do samodzielnego i twórczego działania. Wielu wartościowych polityków zraziło się do Marszałka, innych on sam od siebie odsunął. A nawet gdyby znalazł się ktoś ze świeżym spojrzeniem i zdolny do samodzielnego działania, to przy Piłsudskim trudno byłoby mu się w pełni realizować.

Sanacja za życia Marszałka była typowym układem dworskim, w którym nigdy nie wiadomo, dlaczego jeden dworak popada w niełaskę, a inny zyskuje uznanie władcy. Nie można tak na dłuższą metę skutecznie rządzić państwem.

TORTURY W BEREZIE KARTUSKIEJ

"To jest miejsce, gdzie spędzono z całej Polski ludzi "niebezpiecznych" dla ładu i porządku" - opisywał miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej socjalistyczny "Robotnik". Wielu historyków nazywa je po prostu obozem koncentracyjnym.

Pretekstem do stworzenia Berezy był zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, którego 15 czerwca 1934 r. zastrzelił ukraiński nacjonalista. Już 6 lipca przywieziono do Berezy pięciu pierwszych osadzonych.

Obóz mieścił się w dawnych carskich koszarach, około 300 km na wschód od Warszawy, między Brześciem a Baranowiczami. Nie izolowano w nim, jak pisał "Robotnik", wyłącznie osób stanowiących zagrożenie "dla ładu i porządku". Oprócz kryminalistów czy ukraińskich nacjonalistów zamykano tam ludzi, którzy mogli szkodzić sanacji. Siedzieli w Berezie od trzech miesięcy do pół roku, rzadko dłużej. Pobyt miał ich złamać psychicznie, a najlepiej skłonić do emigracji.

Pisarz i publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz znalazł się w Berezie w marcu 1939 r. za "systematyczną krytykę rządu za pomocą sztucznie dobieranych argumentów". Wspominał, że główna tortura "polegała na odmawianiu człowiekowi prawa odbycia stolca. Tylko raz jeden w dzień o godzinie 4 minut 15 rano ustawiano więźniów w wychodku i komenderowano: "Raz, dwa, trzy, trzy i pół, cztery!". W ciągu półtorej sekundy miało być wszystko skończone".

Więźniowie byli bici i zmuszani do "gimnastyki": na komendę policjantów musieli w kucki biegać albo pokonywać schody. Wykonywali bezsensowne prace: kazano im kopać rowy i zaraz je zasypywać. Przez wiele tygodni nie pozwalano im się myć.

Pobudka o czwartej rano, na śniadanie niesłodzona kawa zbożowa i 400 gramów czarnego chleba. O 6.30 praca lub "gimnastyka". Na obiad rzadka zupa z porcją kartofli. Po południu kolejna dawka tortur. O 18.30 cisza nocna.

Paczki żywnościowe były zakazane. Za rozmowy w celach groziło sześć dni karceru.

Za tymi wymyślnymi torturami stał Wacław Kostek-Biernacki, piłsudczyk o sadystycznych skłonnościach. W latach 30. był wojewodą poleskim, a jednocześnie komendantem twierdzy w Brześciu, któremu podlegała Bereza.

Od 1934 r. do końca sierpnia 1939 r. przez obóz przeszło około 3 tys. ludzi. Zmarło w nim, według różnych źródeł, od 13 do 17 osób.

Od wybuchu II wojny do obozu przywożono po kilkaset osób dziennie, najwięcej Ukraińców i członków mniejszości niemieckiej, jednak w nocy z 17 na 18 września 1939 r. strażnicy uciekli przed żołnierzami sowieckimi. Więźniowie obudzili się wolni.

DWUGŁOWY SZCZUR
U schyłku życia Piłsudskiego sytuacja wyglądała tak: parlament był karykaturą demokratycznej instytucji, piłsudczycy zajmowali kluczowe stanowiska centralne i w samorządzie, a Piłsudski niepodzielnie rządził armią. Do tego weszła w życie nowa konstytucja, która ugruntowała ich władzę. Choć do jej uchwalenia trzeba było użyć podstępu.

Tak, bo mimo że wybory brzeskie nie były demokratyczne, to sanacja nie miała w sejmie kwalifikowanej większości dwóch trzecich głosów. A zgodnie z obowiązującą wciąż konstytucją marcową trzeba było tyle mieć, by zmienić ustawę zasadniczą.

Prawnik sanacji i poseł BBWR-u Stanisław Car znalazł na to sposób. 26 stycznia 1934 r. przedstawił w sejmie tzw. tezy konstytucyjne, które nie były projektem nowej konstytucji, tylko materiałem do dyskusji. Potem ogłoszono przerwę. Gdy opozycja opuściła salę, pospiesznie wznowiono obrady i posłowie BBWR-u przegłosowali tezy jako konstytucję. Wykorzystali to, że przy absencji posłów opozycji mieli większość dwóch trzecich. Mimo to uchwalenie konstytucji było bezprawne, bo projekt powinien przejść trzy czytania i być przyjęty przez dwie trzecie wszystkich posłów, a nie tylko tych biorących udział w głosowaniu.

Nie miało to znaczenia. Opozycja mogła krzyczeć, ale liczyły się fakty polityczne i siła. A fakty kreował Piłsudski, który miał też siłę, by je wprowadzać w życie.

Konstytucja, nazwana kwietniową, bo weszła w życie 23 kwietnia 1935 r., dawała nieograniczoną władzę prezydentowi Mościckiemu, który odpowiadał wyłącznie "przed Bogiem i historią". Premiera czyniła wykonawcą woli prezydenta, a parlament - jedynie ciałem doradczym. Trójpodział władzy w zasadzie przestał istnieć.

Niespełna trzy tygodnie po wejściu w życie nowej konstytucji, dokładnie w dziewiątą rocznicę zamachu majowego, 12 maja 1935 r., Józef Piłsudski zmarł na raka żołądka.

Pogrzeb miał iście królewski, bo i kult Marszałka był królewski, a rozpacz społeczeństwa - autentyczna. Piłsudski aż do śmierci cieszył się miłością trzech czwartych Polaków oraz sporej grupy Ukraińców i Białorusinów, nie mówiąc o Żydach. Dawał sanacji społeczny mandat.

Nikt dotąd nie zbadał, na czym polegało oddziaływanie Piłsudskiego na społeczeństwo przez całe dwudziestolecie, a to był fenomen. Ludzie naprawdę go kochali, wręcz wielbili, jak później papieża Jana Pawła II. To dotyczyło przedstawicieli wszystkich warstw społecznych. Mogli psioczyć na starostów, urzędników, polityków, ale na Marszałka - nigdy.

Po jego śmierci natychmiast zaczęła się walka o schedę.

Odejście Piłsudskiego stworzyło nowy układ w elicie władzy. Przybrał on postać dwugłowego, chciałbym powiedzieć: orła, ale powiem: szczura. Jedną głowę tworzyli prezydent Mościcki i jego otoczenie, a drugą - Edward Rydz-Śmigły, który po Piłsudskim przejął stanowisko generalnego inspektora sił zbrojnych, czyli władzę nad wojskiem.

W 1936 r. Mościcki awansował Rydza-Śmigłego na marszałka, co spotkało się z oburzeniem wielu piłsudczyków. Uważali, że ten stopień mógł nosić jedynie Piłsudski.

Awans był konsekwencją tego, że po śmierci Marszałka ci politycy się dogadali i przejęli władzę, a potem współdziałali. Ich współistnienie opierało się jednak na założeniu, że taki układ przetrwa tylko do następnych wyborów prezydenckich. I od razu zaczęły się przygotowania do rozgrywki o to, kto obejmie prezydenturę, czyli władzę absolutną, po Mościckim. Jego siedmioletnia kadencja miała potrwać do 1940 r. Zgodnie z konstytucją kwietniową nowego prezydenta wybierało Zgromadzenie Elektorów liczące kilkadziesiąt osób, wśród których byli m.in. marszałkowie sejmu i senatu, premier, a także 75 elektorów wybranych spośród - jak to ujmowała konstytucja - "obywateli najgodniejszych".

Jednak kandydatów na prezydenta mogło być dwóch, bo ustępującemu prezydentowi konstytucja dawała prawo wskazania następcy. Wówczas decydować miały wybory powszechne.

Rydz-Śmigły oczywiście liczył na wskazanie przez elektorów, a po wywalczeniu prezydentury w 1940 r. zamierzał zbudować władzę o charakterze wodzowskim, pewnie podobną do dyktatury Salazara w Portugalii czy generała Franco w Hiszpanii. Byłby to państwowo-wojskowy układ władzy. Wśród ludzi, którzy go wspierali, znaleźli się ówczesny poseł płk Adam Koc, były minister poczty ppłk Bogusław Miedziński czy były minister skarbu płk Ignacy Matuszewski.

Mościcki zaś skupił wokół siebie sanacyjnych polityków o poglądach bardziej liberalno-lewicowych, i to raczej cywilów, m.in. ministra rolnictwa Juliusza Poniatowskiego, Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego, premiera w latach 1935-1936, czy Wojciecha Świętosławskiego, ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego.

Gwiazdą pierwszej wielkości tego środowiska był jednak Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), wicepremier do spraw gospodarczych i twórca największego projektu gospodarczego - Centralnego Okręgu Przemysłowego (COP). To właśnie jego Mościcki prawdopodobnie zamierzał wskazać jako swego następcę.

Byli też przegrani w walce o schedę po Piłsudskim. Walery Sławek został ograny przez Mościckiego i Rydza-Śmigłego, znalazł się na marginesie i popełnił samobójstwo.

W latach 30. obóz piłsudczykowski wciąż istniał, ale był już głęboko podzielony. Powstały odrębne środowiska: syndykalistyczno-lewicowe, liberalno-profesorsko-inteligenckie, a wiele frakcji zwalczało się bezpardonowo.

Po śmierci Piłsudskiego grupa pułkowników, czyli jego ścisłe zaplecze, została odsunięta od władzy. Opierała się bowiem wyłącznie na nim, jego autorytecie. Kiedy więc zabrakło Marszałka, okazało się, że Walery Sławek, uważany za jego następcę, sam niewiele znaczy.

Ceremonia wręczenia buławy marszałkowskiej Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu przez prezydenta Ignacego Mościckiego, dziedziniec Zamku Królewskiego w Warszawie, 10 listopada 1936

 

Był wśród ludzi, którzy go hołubili, kupili mu nawet dworek w Janowiczkach pod Racławicami, ale nie miał samodzielnej pozycji politycznej. Wprawdzie w czerwcu 1938 r. został marszałkiem sejmu, ale Mościcki rozwiązał parlament, m.in. po to, żeby pozbyć się z niego Sławka. W listopadowych wyborach były szef BBWR-u przepadł, podobnie jak wielu innych pułkowników. W kwietniu 1939 r. Sławek się zastrzelił.

Istniały już wtedy nowe centra władzy: wspomniana grupa zamkowa Mościckiego [od Zamku Królewskiego, w którym urzędował prezydent] oraz środowisko skupione wokół Rydza-Śmigłego.

Rozgoryczenie w obozie władzy było ogromne już pod koniec życia Piłsudskiego. Po jego śmierci wielu piłsudczyków uważało, że ideały Marszałka zostały zdradzone, a ludzie zasłużeni, tacy jak Sławek, zostali wyparci przez - jak mówiono - czwartą brygadę. Była to złośliwość, bo w Legionach były tylko trzy brygady.

Piłsudczykowscy krytycy elity władzy twierdzili, że prawdziwi piłsudczycy to ludzie lewicujący. Tymczasem rządzący przesunęli się mocno na prawo.

KONIEC EPOKI WIELKIEGO CZŁOWIEKA

W sobotę 11 maja 1935 r. u ciężko chorego Józefa Piłsudskiego wystąpił obfity krwotok z ust, a rankiem następnego dnia - kolejny. Marszałek był w agonii. Do wieczora wciąż jęczał i krzyczał, uspokajał się tylko po zastrzykach. W końcu jego belwederski adiutant rotmistrz Aleksander Hrynkiewicz zanotował: "Odwracam głowę, na tarczy zegarka 8.45 [20.45], koniec epoki związanej z życiem Wielkiego Człowieka".

W środku nocy do Belwederu przyjechali prezydent Ignacy Mościcki, premier Walery Sławek i inni najważniejsi ludzie w państwie. Ogłoszono żałobę narodową. O godzinie 3.25, po zdjęciu z twarzy Marszałka maski pośmiertnej, zaczęły się sekcja zwłok i ich balsamowanie. Po piątej nad ranem kilku lekarzy po rozcięciu brzucha zmarłego orzekło bez wątpliwości, że przyczyną śmierci Piłsudskiego był rak wątroby. Około dziewiątej, gdy z ciała wyjęto już serce i mózg (został przekazany do Polskiego Instytutu Badań Mózgu w Wilnie), adiutanci ubrali ciało Marszałka w mundur galowy.

Otwarta trumna została na dwa dni wystawiona w Belwederze. Obok stała kryształowa urna z sercem. W środę 15 maja generałowie przenieśli trumnę na armatnią lawetę zaprzężoną w sześć koni, na której pojechała do warszawskiej archikatedry św. Jana Chrzciciela. Tuż za nią w kondukcie szli dostojnicy kościelni, wdowa Aleksandra, córki Jadwiga i Wanda, generalicja, zagraniczne delegacje oraz poczty sztandarowe z całego kraju. Mimo deszczu na trasie zgromadziło się około 150 tys. ludzi. Po mszy pogrzebowej w katedrze, udekorowanej wielkimi biało-czerwonymi flagami z kirem, kondukt przeszedł na Pole Mokotowskie, gdzie przed trumną odbyła się defilada wojskowa.

W ostatnich dniach kwietnia 1935 r. ciężko chory Marszałek spisał ostatnią wolę. Znalazło się w niej zdanie: "Nie wiem, czy nie zechcą mnie pochować na Wawelu. Niech!". Piłsudski wiedział, że jego najwierniejsi ludzie potraktują te słowa jak rozkaz. Zresztą dalsza część testamentu była precyzyjnym instruktażem: serce pochować w Wilnie, przenieść tam też prochy matki - Marii z Billewiczów, która w 1884 r. spoczęła we wsi Suginty. Piłsudski nazwał ją w ostatniej woli "matką największego rycerza Polski".

Jego ludzie skrupulatnie wypełnili polecenia. Po zakończeniu defilady kilkudziesięciu generałów, trzymając za grube sznury, przeciągnęło po szynach platformę kolejową z trumną do lokomotywy. Pociąg wyruszył do Krakowa następnego dnia przed świtem. Trumna na lawecie była oświetlona, a wokół niej wartę trzymali generałowie, w tym Bolesław Wieniawa-Długoszowski, ulubiony adiutant Marszałka. W kolejnych wagonach jechali żałobnicy: oprócz rodziny także delegacje zagraniczne oraz weterani powstania styczniowego. Na stacjach wzdłuż trasy przejazdu hołd Piłsudskiemu oddawali tłumnie mieszkańcy wsi i miasteczek.

Ciało marszałka Józefa Piłsudskiego w przeszklonym sarkofagu w dniu pogrzebu na Wawelu, 18 maja 1935

 

W Krakowie trumna w asyście warty honorowej została wystawiona w Barbakanie. Następnie przetransportowano ją na Wawel, dokąd odprowadził Marszałka 100-tysięczny kondukt. Tam, przy akompaniamencie salwy 101 wystrzałów z wawelskiego wzgórza, została umieszczona w najbardziej prestiżowej krypcie św. Leonarda.

Po pogrzebie jeszcze przez wiele tygodni wycieczki oglądały zmumifikowane zwłoki Marszałka w przeszklonym sarkofagu. Dopiero po pewnym czasie ciało zostało zasłonięte.

Arcybiskup krakowski Adam Sapieha początkowo sprzeciwiał się pochówkowi Marszałka na Wawelu, ustąpił dopiero pod naciskiem piłsudczyków. Dwa lata po pogrzebie przeniósł trumnę z krypty św. Leonarda do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów.

W rocznicę śmierci Marszałka na wileńskim cmentarzu Na Rossie we wspólnej mogile pochowano serce Piłsudskiego i szczątki jego matki.

Gdy 2 stycznia 1939 r. zmarł polityczny adwersarz Piłsudskiego, przywódca Narodowej Demokracji Roman Dmowski, jego pogrzeb nie miał charakteru państwowego. Sanacyjna władza nie przysłała nawet delegacji. Jednak 7 stycznia na cmentarz na Bródnie odprowadziło Dmowskiego ponad 100 tys. osób, a według niektórych endeckich gazet - nawet 200 tys.

TRZEBA KOGOŚ KUPIĆ
I mieli rację. Powołany w 1937 r. Obóz Zjednoczenia Narodowego, w założeniu zaplecze polityczne Rydza-Śmigłego, miał program bliski włoskiemu faszyzmowi. Część sanacji zbliżyła się do narodowych radykałów. To wtedy na uczelniach oficjalnie wprowadzono getto ławkowe dla Żydów. Ministrem edukacji, który wydał na nie zgodę, był wspomniany Wojciech Świętosławski. Skąd ten zwrot w prawo?

Nie da się rządzić bez zaplecza społecznego. Można oczywiście zbudować dyktaturę totalitarną, jak w ZSRR, ale w Polsce nie było warunków, by powstała. Sanacji coraz bardziej groziło, że będzie nic nieznaczącą czapką bez społecznego mandatu. A gdyby lud odwrócił się od władzy, stałaby się ona bezsilna, zawieszona w próżni.

Piłsudski scalał sanację, dawał jej ten mandat, ale gdy go zabrakło, jego następcy musieli zdobyć autentyczne poparcie ludzi, legitymizować swoją władzę. Rydz-Śmigły to rozumiał i doszedł do wniosku, że koniecznie trzeba kogoś kupić.

Pierwsza do pozyskania była wieś. Rydz-Śmigły planował budowę przyszłej wodzowskiej Polski z myślą, że musi ona bazować właśnie na wiejskim ludzie. Chłopi są patriotyczni, potulni, lubią wojsko, więc sojusz armii ze wsią wydawał się idealnym pomysłem. Sanacja podjęła próbę dogadania się z przywódcami ruchu ludowego. Władza obiecywała im politykę korzystną dla rolników i pomoc w kryzysie. W zamian chłopi mieli ją pokochać i popierać jej wodza.

Część ludowców to podchwyciła. Idea podjętego przez nich czynu chłopskiego polegała m.in. na udziale 15 sierpnia 1935 r. w obchodach 15. rocznicy Bitwy Warszawskiej pod hasłami ludowymi. Dodatkowo w czerwcu 1936 r. Rydz-Śmigły wprosił się na uroczystości w Nowosielcach na Podkarpaciu, gdzie wzniesiono kopiec Michała Pyrza, wójta, który w XVII w. dowodził obroną wsi przed Tatarami. Rydz-Śmigły przybył na uroczystości, gdzie miało dojść do pojednania armii z ludem. Ale nic z tego nie wyszło.

Bo lud nie tylko nie chciał się pojednać z władzą, ale wręcz się wściekł. Chłopi skandowali hasła antysanacyjne i domagali się powrotu Witosa z Czechosłowacji, dokąd udał się po wyroku w procesie brzeskim. Rydz-Śmigły jak niepyszny opuścił uroczystości przed ich zakończeniem.

Wieś nie ufała sanacji, a poza tym kochała Witosa, bez którego zgody nic istotnego nie mogło się tam wydarzyć.

Po fiasku akcji na wsi Rydz-Śmigły postanowił poszukać poparcia gdzie indziej. Porozumiał się z narodowymi radykałami, m.in. Bolesławem Piaseckim (1915-1979), liderem Ruchu Narodowo-Radykalnego "Falanga".

Zachowało się zdjęcie Rydza-Śmigłego na komersie młodzieży narodowej zrzeszonej w korporacji studenckiej Arkonia. Marszałek wygłosił tam koncyliacyjne przemówienie.

Ale i z tej współpracy nic nie wyszło. Odłam radykalnych narodowców, który poszedł na współpracę z sanacją, nie mógł zapewnić jej masowego poparcia. Rząd dusz na prawicy miała endecja, która pozostawała w głębokiej opozycji do władzy.

NOWE SPOŁECZEŃSTWO, STARA WŁADZA
Władza rządziła więc bez zaplecza społecznego. Ale w Polsce stworzonej przez Piłsudskiego życie jakoś się toczyło. Jak?

Całkiem dobrze, a od pewnego momentu nawet świetnie, choć kryzys się nie skończył. Był to jednocześnie okres wielkiej modernizacji, która przebiegała jednak trochę niezależnie od poczynań rządzących. Rozwijały się nowoczesne gałęzie gospodarki, np. przemysł chemiczny. Inwestycje w infrastrukturę drogową czy elektryczną były na bardzo przyzwoitym poziomie. Wykluwała się nowoczesność, tyle że w bardzo trudnych warunkach i za ogromną cenę społeczną.

Zachodziły też głębokie przemiany generacyjne. W dorosłość weszło pierwsze pokolenie, które pamiętało wyłącznie niepodległą Polskę. Ktoś, kto urodził się około 1905 r., wciąż był młody, ale pamiętał zarówno wojnę światową, jak i wojnę z bolszewikami. Studia jednak kończył już w Polsce odrodzonej.

Natomiast ktoś urodzony ledwie 10 lat później, kto w 1938 r. miał 23 lata, żadnej wojny nie pamiętał, skończył polską szkołę, z reguły umiał czytać i pisać, a obejrzał już tyle filmów amerykańskich czy niemieckich, że wiedział, na czym polega nowoczesność. Wybitny historyk Roman Wapiński w książce Pokolenia Drugiej Rzeczypospolitej (1991) pokazał, że w latach 30. społeczeństwo było już zupełnie inne niż w latach 20. Ludzie, którzy zaczynali karierę przed 1914 r., odeszli na emeryturę, a ich miejsce zajęli młodsi, myślący już wyłącznie kategoriami państwa polskiego.

Ale bardzo się różnili: narodowcy, którzy na uczelniach szykanowali żydowskich studentów, i socjaliści, którzy na ulicach tłukli się z tymi narodowcami.

To byli ludzie o różnych światopoglądach. Narodowcy? Owszem. Lewicowcy? Również. Było też trochę komunistów czy liberałów.

Od lewej siedzą: minister przemysłu Eugeniusz Kwiatkowski, Aleksander Prystor i Walery Sławek oraz prezydentowa Michalina Mościcka, Warszawa, 29 maja 1930

 

Te generacyjne zmiany niosły ze sobą skutki istotne dla sanacji. Na przykład w aparacie sprawiedliwości doszło do sytuacji zadziwiającej. W 1928 r. sanacja przegłosowała w sejmie nowy ustrój sądów, aby wyrzucić z nich starych sędziów funkcyjnych i mianować swoich. Ludzie władzy błyskawicznie opanowali aparat sprawiedliwości. Ale po kilku latach przeżyli szok, bo okazało się, że na uniwersyteckich wydziałach prawa około 80 proc. studentów to sympatycy Obozu Wielkiej Polski - endecy, członkowie Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR). Po studiach i aplikacjach zasilali aparat sądownictwa, bo innych fachowców nie było. Ministrem sprawiedliwości był więc wprawdzie Witold Grabowski, twardy przedstawiciel sanacji, a na czele sądów stali inni ludzie władzy, ale od dołu aparat podmywała narodowa młodzież. Sanacja nie była w stanie temu zaradzić.

Zmieniała się także wieś. Synowie chłopscy, którzy w latach 30. doszli do pełnoletności, byli wykształceni znacznie lepiej niż ich rodzice. Przejmowali po nich nie tylko gospodarstwa, lecz także szeroko pojęty ruch ludowy. W siłę urósł Związek Młodzieży Wiejskiej "Wici", który w drugiej połowie lat 30. liczył około 100 tys. członków. Jak wielką siłą byli wiciowcy, pokazał wspomniany strajk chłopski w 1937 r., gdy masy ludowe sparaliżowały miasta.

Również masy robotnicze były coraz lepiej wykształcone, bo PPS aktywizował robotników. Oczywiście byli też komuniści, radykalna młodzież, która da o sobie znać w pierwszych latach PRL-u.

W latach 30. rozwijało się po prostu nowe społeczeństwo, które coraz mniej akceptowało leśnych dziadków przy władzy.

Te leśne dziadki odnosiły jednak sukcesy. Przecież trwała modernizacja kraju, powstała Gdynia i budowano wspomniany COP, najważniejszy projekt inwestycyjny dwudziestolecia.

COP to wielki mit.

Jak to?

Sanacja uważała pijar za niezwykle ważny element rządzenia. Obowiązujący do dziś pogląd o osiągnięciach międzywojnia jest w dużej mierze efektem propagandy prowadzonej przez nią samą, dlatego obraz jest wykrzywiony. Historycy czytający prasę z tego okresu ignorują fakt, że tworzyła ona taki obraz, jakiego chcieli rządzący. Propaganda i mitologia są ważne w polityce, bo mobilizują społeczeństwo.

Sanacja zawsze miała jakiś wielki cel, wydarzenie, ideę, wokół których propaganda robiła szum, próbowała skupić społeczeństwo. Tak było też w przypadku COP-u.

Inwestycja ta nie miała więc żadnego znaczenia gospodarczego?

Jakieś tam miała, ale COP był przede wszystkim mitem budowy nowej, wielkiej Polski. Projekt zaczęto przecież realizować w 1936 r. Jeżeli budowa dużej fabryki w tamtych czasach trwała cztery-pięć lat, a kolejnych dwóch-trzech potrzeba było, żeby dobrze funkcjonowała, to ogłaszanie w 1938 r., że COP zrewolucjonizował polską gospodarkę, było jedynie propagandą.

A Gdynia?

To zupełnie inna sprawa. Była autentycznym osiągnięciem. Rozbudowywała się sukcesywnie już od lat 20. W pewnym momencie jej rozwój nabrał rozpędu, bo Gdynia stała się miejscem, do którego napływał kapitał zagraniczny, i punktem, z którego światowe firmy zaczynały interesy z Polską.

Kiedy badałem dzieje Wileńszczyzny, zauważyłem, że od lat 30. intensywnie rozwijały się tam przeróżne biznesy: uprawiano len, produkowano drewniane zabawki, hodowano świnie, lokalne tartaki przetwarzały drewno. Wszystko to, zakontraktowane przez firmy amerykańskie, brytyjskie i niemieckie, właśnie przez Gdynię wysyłano w świat. Ten port integrował cały polski system gospodarczy.

Natomiast COP, gdyby powstał w planowanym kształcie, istotną rolę mógł odgrywać w perspektywie 10 lat, czyli gdzieś od połowy lat 40. Wtedy pociągnąłby też inne inwestycje. Gdy stał się sztandarową państwową inwestycją, zaczęto opracowywać plany rozwoju energetyki i elektryfikacji kraju. Prąd wytwarzany na zaporze Porąbka [powstawała w latach 1928-1936 nad rzeką Sołą w Międzybrodziu Bialskim, ale elektrownię wodną zbudowano dopiero w latach 50.] miał popłynąć centralną magistralą elektryczną do Warszawy, a później na Pomorze. Z Podkarpacia do Ostrowca Świętokrzyskiego budowano zaś gazociąg, którym gaz wydobywany w Borysławiu w Galicji miał płynąć dalej w Polskę.

To wszystko mogło zadziałać, ale nie w trzy lata. Zainicjowano wiele innych projektów, które do wybuchu wojny pozostały niewidoczne. Żaden z rozpoczętych procesów - społecznych, gospodarczych czy politycznych - nie zdążył odcisnąć piętna na życiu Polaków. A śmiem twierdzić, że gdyby nie wojna, to w latach 40. Polska byłaby najciekawszym krajem w Europie.

RÓWNA ODLEGŁOŚĆ
Ale wojna wybuchła. Nie zapobiegła jej polityka zagraniczna prowadzona przez sanację. Jej autorem był oczywiście Piłsudski, a kontynuatorem - jego uczeń Józef Beck. Miała polegać na zasadzie utrzymywania równej odległości, czyli zachowywania podobnego dystansu wobec Niemiec i ZSRR. Jej wyrazem były układy z tymi krajami - pakt o nieagresji ze Związkiem Sowieckim z 1932 r. oraz deklaracja o niestosowaniu przemocy z Niemcami z 1934 r. Okazały się nic niewarte.

Niemcy były głównym zagrożeniem dla Polski i dla bezpieczeństwa w całej Europie. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości straciły na jej rzecz Śląsk i Wielkopolskę. Od 1925 r. trwała polsko-niemiecka wojna celna. Relacje były więc katastrofalne.

Niemcy chciały rewizji granic narzuconych po I wojnie światowej przez traktat wersalski i powrotu do tych sprzed 1914 r. Ten program bezwzględnie realizował Gustav Stresemann (1878-1929), kanclerz, a do śmierci minister spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej. Jego sukcesem był układ w Locarno z grudnia 1925 r., który gwarantował nienaruszalność jedynie zachodnich granic Niemiec - z Belgią i Francją. Dostał za niego pokojowego Nobla w 1926 r.

Paradoksalnie przejęcie władzy przez Adolfa Hitlera w 1933 r. zostało w Warszawie odebrane dobrze. Nie był Prusakiem, lecz pochodził z Austrii, więc wydawało się, że nie będzie miał ideologicznych uprzedzeń do istnienia Polski. Uznano, że dopóki walczy o wzmocnienie pozycji III Rzeszy na Zachodzie, polski kierunek nie będzie dla niego priorytetem. Dlatego Piłsudski zareagował pozytywnie na sugestie płynące z Niemiec, że stosunki należy znormalizować, a konflikt między krajami - zakończyć. Uważał, że nie ma powodu odtrącać ręki wyciągniętej przez nowe władze w Berlinie.

Tymczasem strategia Hitlera wobec Polski była taka sama jak wobec Węgier, Bułgarii czy Rumunii. Chodziło o wmontowywanie jej w koncepcję tworzenia Mitteleuropy pod niemiecką dominacją, ale też o wykorzystanie potencjału Polski do przyszłej wojny ze Związkiem Sowieckim. Hitler zakładał, że animozje między Polakami a Sowietami są na tyle silne, że jeżeli zaproponuje się nam współpracę, to poważnie się nad nią zastanowimy.

Zresztą wszystko jedno, co naprawdę myślał Hitler, bo tego nie wiemy, ale jego polityka do 1938 r. niewątpliwie nastawiona była na wciągnięcie Polski w orbitę niemieckich wpływów.

Europa zmierzała już ku konfliktowi, którego główna oś przebiegała między Niemcami a Związkiem Radzieckim. Polska, mająca podpisany pakt o nieagresji również z Moskwą, znalazła się w specyficznej sytuacji. W przypadku wybuchu tego konfliktu musiałaby dokonać wyboru: iść z Niemcami przeciwko Rosji czy przeciwstawić się Niemcom.

Ta równa odległość nie za bardzo więc nam wyszła.

Bo nie mogła. Polska nie była w stanie jej zachować między dwoma mocarstwami zamierzającymi walczyć o panowanie nad światem.

Dziś łatwo się nam mówi, że nic z tej koncepcji nie wyszło, bo znamy późniejsze wydarzenia. Wiemy o pakcie Ribbentrop-Mołotow (23 sierpnia 1939) i wybuchu II wojny. Gdyby w latach 30. Józef Beck wiedział to, co my dziś, pewnie strzeliłby sobie w głowę, bo zdałby sobie sprawę, że prowadzi "Titanica" na góry lodowe. Ale on do ostatniej chwili próbował uniknąć wojny. Zakładał, że uzyskanie poparcia politycznego i gwarancji ze strony Anglii i Francji przy jednoczesnym dążeniu Zachodu do zbliżenia ze Związkiem Sowieckim jakoś Polskę zabezpieczy.

Po układzie w Monachium w 1938 r., gdzie Zachód oddał Hitlerowi Czechosłowację, wydawało się, że Moskwa jest radykalnie antyniemiecka. Ale pomysłu, że najpierw będzie protestowała przeciw podpisaniu tego układu, a po niespełna roku dogada się z III Rzeszą, nie sposób było sobie wyobrazić w najbardziej upiornych scenariuszach. Dlatego trudno mieć do Becka pretensje. Lekarz, który operuje nawet beznadziejny przypadek, nie zakłada, że pacjent umrze mu pod nożem. Minister Beck musiał wierzyć, że metodami dyplomatycznymi uda się zażegnać kryzys.

Po zawarciu układu monachijskiego przez chwilę szliśmy z Hitlerem pod rękę. Wojsko polskie 2 października 1938 r. wkroczyło na Zaolzie, do części Śląska Cieszyńskiego należącej do Czechosłowacji.

Cóż, Zaolzie to po prostu wstyd, zagranie propagandowe obliczone na użytek polityki wewnętrznej. Było nagłaśniane jako wielki sukces, stało się elementem sanacyjnego pijaru.

Dotyczył on także ewentualnej wojny, do której mieliśmy być przygotowani. Wehrmacht zaatakował 1 września 1939 r., Armia Czerwona - 17 września, a 28 września Polska skapitulowała [więcej o wojnie obronnej na s. 719]. Marszałek Rydz-Śmigły, prezydent Mościcki i premier Felicjan Sławoj Składkowski (1885-1962) oraz inni członkowie elity uciekli do Rumunii. To był koniec piłsudczyków. A więc zbankrutowali, zakończyli żywot w niesławie?

Moim zdaniem nie. Ogromną zasługą Józefa Piłsudskiego było zbudowanie wielkiego środowiska, które do pewnego momentu potrafiło działać jak pięść i z determinacją, konsekwentnie realizować pewien pomysł na Polskę. W realiach dwudziestolecia międzywojennego ten pomysł nie był zły. Natomiast nie sposób budować liberalno-demokratycznego państwa, gdy 75 proc. społeczeństwa ma poglądy narodowo-katolickie. Bo nawet jeśli mnóstwo piłsudczyków było ludźmi wysokiej kultury i szlachetnego charakteru, jak Juliusz Poniatowski czy Henryk Józewski, to ludzie na niższych szczeblach władzy byli już zupełnie innego formatu.

Józewski na Wołyniu miał np. starostę, który na prywatne cele wydał pieniądze przeznaczone na sanatorium dla dzieci chorych na gruźlicę. A inny w momencie największego kryzysu zafundował sobie za samorządowe pieniądze limuzynę, buicka, żeby jeździć po powiecie, w którym było 40 km dróg asfaltowych!

Polska armia zajmuje Zaolzie. Czołgi brygady pancerno-motorowej podczas defilady w Karwinie, październik 1938

 

I absolutnie to nie piłsudczycy ponoszą wyłączną odpowiedzialność za całe zło, jakie działo się w Polsce międzywojennej. Wina jest zbiorowa. Endecy próbowali pchać kraj w jedną stronę, ludowcy - w drugą, a piłsudczycy - w trzecią. Na pewno jednak to oni odcisnęli na nim największe piętno. Negatywne w tym sensie, że zablokowali przepływ i swobodną budowę szeroko rozumianej elity.

Z tego punktu widzenia zamach majowy był tragedią.

Oczywiście, bo Polska miała naprawdę mnóstwo kompetentnych ludzi o rodowodzie endecko-chrześcijańsko-demokratycznym, których piłsudczycy uznali za obce ciało. Każdy monopol polityczny ma konsekwencje, w Polsce były one m.in. takie, że wielu rzeczy nie zrobiono, bo z przyczyn politycznych wyeliminowano ludzi, którzy mogli się przysłużyć krajowi.

Ale z drugiej strony to piłsudczycy wraz ze swym liderem w największym stopniu przyczynili się do wskrzeszenia i budowy państwa. I wiele wskazuje, że gdyby ono przetrwało, byłoby całkiem nieźle pomyślane.

Ostatecznie trzeba więc powiedzieć o piłsudczykach: dobrze, że byli!

CZĘŚĆ IV
ROBOTNICY I JAJOGŁOWI
Bunt, który przyniósł odwilż
Rewizjoniści i komandosi
Płonące Wybrzeże
Fundament pod rewolucję
Elektryk Wałęsa skacze przez płot
Wojna i pokój
Niezgodę na niewolę mamy w DNA
 
 

Historycy i politolodzy różnie określają status Polski po 1945 r. Jedni twierdzą, że była krajem okupowanym, a ściślej mówiąc, że była to "okupacja przez przedstawiciela". Komuniści, którzy objęli władzę, po prostu wykonywali wolę Związku Radzieckiego, którego wojska stacjonowały w Polsce. Mniej radykalne oceny mówią o niesuwerennej państwowości, państwowości z ograniczoną suwerennością albo państwie satelickim.

Bez względu na to, które z tych określeń uznamy za słuszne, nie ma wątpliwości, że Polska po II wojnie światowej nie była państwem w pełni suwerennym. Kolejne komunistyczne rządy nie prowadziły niezależnej polityki zagranicznej, a wewnętrzna musiała w najważniejszych kwestiach spełniać warunki narzucone przez Związek Sowiecki.

Komuniści w pierwszych powojennych latach osiągnęli sporo: odbudowali kraj z wojennych zniszczeń, stworzyli przemysł ciężki, wielu Polakom umożliwili awans społeczny. Ustrój, który wprowadzili, nazwali demokracją ludową, ale z prawdziwą demokracją nie miał on nic wspólnego. Rządziła jedna partia, która za pomocą aparatu przemocy bezwzględnie eliminowała przeciwników politycznych. Nie istniały niezależne organizacje ani stowarzyszenia - wszystkie musiały mieć akceptację władzy. W pseudowyborach kandydatów do sejmu wyznaczali rządzący i nie mieli oni żadnych konkurentów. Partia zmonopolizowała środki masowego przekazu i wydawnictwa, obowiązywały drakońska cenzura i zakaz wyjazdów zagranicznych. A niewydolna gospodarka była centralnie sterowana.

Fundamentem owej demokracji ludowej stała się uprzywilejowana kasta partyjnych i koncesjonowanych przez partię urzędników i dygnitarzy, którzy stali ponad prawem.

Komuniści twierdzili, że rządzą w imieniu mas ludowych i klasy robotniczej. O tym, jak bardzo odbiegało to od rzeczywistości, świadczy fakt, że w ciągu niespełna pięciu dekad buntowali się przeciw nim głównie robotnicy. Ostatecznie kres demokracji ludowej położyli właśnie oni, choć nie sami. Po brutalnie stłumionych protestach w latach 1956, 1970 i 1976 połączyli siły z inteligencją. Ten sojusz musiał dojrzeć i okrzepnąć.

Podczas decydujących wydarzeń w sierpniu 1980 r. na czele strajku stał Lech Wałęsa, autentyczny robotniczy przywódca, który współpracował z demokratyczną opozycją. Jej liderami byli intelektualiści z różnych środowisk, wśród których nie brakowało ludzi jeszcze niedawno uważających się za komunistów.

Pokojowa rewolucja w Polsce zapewne by się nie powiodła, gdyby komunizm nie zbankrutował także w Związku Sowieckim. Bez jego wsparcia demokracja ludowa zasłużenie wylądowała na śmietniku historii.

 
 

Demonstracja na ul. Czerwonej Armii (dziś Święty Marcin) w Poznaniu, 28 czerwca 1956. Na czele, z transparentem, Stanisław Tomalak i Zbigniew Błaszyk z Zakładów Metalowych im. Józefa Stalina w Poznaniu (ZISPO) - tak w 1949 r. przemianowano zakłady Cegielskiego

 
 
BUNT, KTÓRY PRZYNIÓSŁ ODWILŻ

ROK 1956

 
Mirosław Maciorowski: W czerwcu 1956 r. w Poznaniu wzburzeni ludzie wyszli na ulice. Polała się krew. Dlaczego właśnie tam?

Prof. Paweł Machcewicz: Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Uważam, że najważniejsze okazały się kwestie ekonomiczne: średnia płaca w Poznaniu była o 8 proc. niższa niż średnia krajowa, co robiło znaczącą różnicę. Nie działały tam zakłady priorytetowe dla planu sześcioletniego, realizowanego w latach 1950-1955, takie jak kopalnie, fabryki zbrojeniowe czy huty, podczas gdy środki z budżetu państwa szły głównie na uprzywilejowany Śląsk.

W Poznaniu niezwykle zaniedbana była także infrastruktura. Brakowało mieszkań i obiektów użyteczności publicznej, zwłaszcza przedszkoli i żłobków. Według władz centralnych Wielkopolska i tak była jednym z najzamożniejszych regionów, więc nie należało tam zbytnio inwestować.

Tymczasem pomiędzy 1945 a 1956 r. liczba mieszkańców Poznania wzrosła o blisko 120 tys., czyli mniej więcej o jedną trzecią. Spowodowała to m.in. intensywna w Wielkopolsce kolektywizacja rolnictwa. W jej efekcie dzieci chłopskie opuszczały wsie i szły pracować do Poznania, choć mieszkań w mieście nie przybywało.

Jednak korzeni wybuchu społecznego szukałbym też w mentalności poznaniaków i uwarunkowaniach historycznych.

Jak to rozumieć?

Gospodarkę stalinowską cechowały marnotrawstwo i fatalna organizacja. Tymczasem poznańscy robotnicy kultywowali etos ciężkiej i dobrze zorganizowanej pracy, wyniesiony z czasów zaboru pruskiego. Wciąż żywe były tam również tradycje samoorganizacji z okresu międzywojnia. Gdy 28 czerwca 1956 r. robotnicy ruszyli na miasto, podążali trasą tradycyjnych demonstracji sprzed 1939 r. Używając marksistowskiego pojęcia, które w tym kontekście ma sens, można powiedzieć, że w poznańskich zakładach pracowała świadoma klasa robotnicza.

Stanisław Matyja, jeden z przywódców protestu w Poznaniu, stolarz w ZISPO. Kadr z programu TVP Świadkowie, 1980

 
Jądro wybuchu społecznego znajdowało się na wydziale W-3 zakładów Hipolita Cegielskiego, od 1949 r. - Zakładów Przemysłu Metalowego im. J. Stalina w Poznaniu (ZISPO).

Tak, na wydziale W-3 produkującym lokomotywy i wagony, a także na W-8 pracowała elita robotników. Znaczna ich część pamiętała działalność przedwojennych związków zawodowych. To nie byli wiejscy chłopcy budujący Nową Hutę, lecz ludzie mający odwagę upomnieć się o swoje. Najbardziej bulwersowało ich podwyższanie norm i niekorzystne obliczanie podatku od płac. Zarobki oparte były w dużej mierze na zasadach akordowych, co pozwalało dyrekcji na łatwe manipulacje na niekorzyść robotników. Czuli się oni oszukiwani i zaczęli organizować milczące protesty, krótkie strajki i niemal codzienne masówki.

Nawiązali współpracę z innymi poznańskimi zakładami?

Tak, Stanisław Matyja (1928-1985), członek rady zakładowej na W-3 i najbardziej charyzmatyczna postać wśród robotników Cegielskiego, nazwał to robotniczą zmową. Ludzie z W-3 poinformowali pracowników innych przedsiębiorstw, że jeśli po szóstej usłyszą syrenę z Cegielskiego, mają wyjść na ulice.

27 czerwca żądania płacowe na W-3 eskalowały.

Najpierw ktoś zażądał 300 zł podwyżki dla wszystkich, a potem zaczęły padać coraz wyższe kwoty [przeciętne wynagrodzenie w Polsce w 1956 r. wynosiło 1118 zł]. Z Warszawy wróciła delegacja, której przewodził Matyja. Rozmawiali tam m.in. z ministrem przemysłu maszynowego Romanem Fidelskim i sądzili, że wynegocjowali częściowe spełnienie żądań.

Robotnicy z wydziału W-3 poznańskich Zakładów Metalowych im. Stalina (dziś H. Cegielski - Poznań S.A.)

 

Tymczasem do Poznania przyjechał też Fidelski. Na spotkaniu z załogą Cegielskiego mówił bardzo mętnie, więc robotnicy uznali, że wycofuje się z obietnic. Najprawdopodobniej to właśnie wtedy zapadła decyzja o wyjściu na ulice.

CHLEBA, BOGA I WOLNOŚCI
Wyczekiwana syrena zawyła 28 czerwca o godzinie 6.30. Uruchomił ją członek partii.

Tak, Bogdan Marianowski, członek redakcji gazetki zakładowej "Na Stalinowskiej Warcie". Partyjni wzięli masowy udział w wydarzeniach poznańskich i znaleźli się później wśród aresztowanych. Co prawda w przeddzień protestu I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (KW PZPR) Leon Stasiak zarządził, żeby aktywiści poszli rano do fabryk i przekonali robotników do niewychodzenia na ulice, ale nikt ich nie słuchał.

Gdzieniegdzie doszło do niegroźnych aktów przemocy, np. jakiegoś funkcyjnego partyjnego robotnicy oblali olejem i wrzucili do kanału montażowego.

Po syrenie robotnicy ruszyli na miasto.

Pochód gęstniał z każdą minutą. Trwały akurat Międzynarodowe Targi Poznańskie i robotnicy liczyli, że pomoże im obecność obcokrajowców w mieście. Uznali to za wyjątkową szansę na nagłośnienie protestów i przyparcie do muru władzy, która przy cudzoziemcach nie sięgnie po przemoc. Manifestanci pozdrawiali i przepuszczali samochody z zagranicznymi rejestracjami (polskie zazwyczaj zatrzymywali), a duża grupa poszła pod jeden z hoteli, gdzie mieszkali goście targów, i wznosiła okrzyki na ich cześć. Cudzoziemcy machali im z okien.

Na początku tłum skandował wyłącznie hasła płacowo-ekonomiczne, do których nawiązywały transparenty: "Precz z normami!", "Żądamy podwyżek płac!", "Obniżyć ceny!".

Potem pojawiła się też symbolika religijna. Ludzie śpiewali Boże, coś Polskę, My chcemy Boga, żądali przywrócenia nauki religii w szkołach i uwolnienia prymasa Stefana Wyszyńskiego (1901-1981), więzionego przez komunistów od września 1953 r. Gdy czoło pochodu przechodziło obok kościoła św. Marcina, wszyscy uklękli, bo demonstrantów błogosławili duchowni.

Poznań, 28 czerwca 1956. Tłum na ul. Czerwonej Armii, dokąd dotarł pochód robotników Cegielskiego

 
Milicjanci nie atakowali tej pokojowej demonstracji?

W ogóle nie reagowali, a demonstranci łatwo zmusili ich do opuszczenia ciężarówek. Niektórych rozbroili. Z czasem zaczęło dochodzić do bratania się z milicjantami. Wznoszono okrzyki: "Niech żyje milicja!" albo "Milicja z nami!".

Ale ten początkowo nieagresywny pochód stopniowo się radykalizował. Manifestanci zaczęli demolować uliczne hasła partyjne, przewracać samochody. W Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego, do których dyrekcja nie chciała ich wpuścić, wyłamali bramę, a z gmachu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych strącili zagłuszarkę audycji Radia Wolna Europa.

Jak wynika z raportów Urzędu Bezpieczeństwa, mniej więcej po godzinie do haseł płacowych, socjalnych i religijnych doszły polityczne: "Chcemy wolności!", "Ruscy do domu!", "Precz z bolszewikami!".

W jednym z raportów ubek napisał, że manifestanci maszerujący w strojach roboczych wznosili hasła płacowe, a ci w zwykłych ubraniach - polityczne. Ale nie sposób zweryfikować, czy jego obserwacja była trafna. Na ubeckich zdjęciach widać sporo młodych ludzi ubranych po inteligencku, zapewne studentów. Zresztą Matyja i inni przywódcy robotniczy zeszli później na dalszy plan. W tłumie pojawili się nowi, samorzutni liderzy, m.in. student Tadeusz Bieniek.

Po dotarciu do centrum tłum miał już liczyć blisko 100 tys. osób.

Ludzie zaczęli gromadzić się na placu przed Zamkiem Cesarskim, w którym miała siedzibę Miejska Rada Narodowa, a w sąsiednim gmachu - Komitet Wojewódzki PZPR. Sytuacja stała się groźna, gdy demonstranci weszli do budynku KW. Niszczyli portrety komunistycznych przywódców i wyrzucali przez okna czerwone flagi. Potem zaczęli oprowadzać po gmachu grupy manifestantów, żeby pokazać im, jakie luksusy mają partyjni.

Robotnicy za pomocą szturmówek próbowali wyganiać z budynku partyjnych, by ci dołączyli do manifestacji. A demonstranci stojący na zewnątrz pisali na ścianach: "Mieszkania do wynajęcia".

Na gmachu Miejskiej Rady Narodowej powiesili białą flagę, żeby pokazać wszystkim, że został zdobyty. To ważny moment, bo zradykalizowany tłum poczuł swą siłę - demonstranci zażądali przyjazdu delegacji z Warszawy, najlepiej z premierem Józefem Cyrankiewiczem (1911-1989).

I prawdopodobnie gdyby taka delegacja przyjechała do Poznania, sytuacja zostałaby załagodzona i tłum rozszedłby się do domów. Ale nikt ze stolicy się nie pojawił i wydarzenia zaczęły wymykać się spod kontroli. Wkrótce już nikt nie mógł nad nimi zapanować.

POD SOWIECKĄ SZTANCĘ
W Poznaniu robotnicy nie tylko domagali się poprawy warunków życia, lecz także protestowali przeciw stalinizmowi. Czym on się charakteryzował w krajach bloku wschodniego?

W okresie stalinizmu te kraje mocno się do siebie upodobniły, bo miały jak najbardziej przypominać Związek Radziecki. Trudno znaleźć w historii inny przykład, by w tak krótkim czasie - była to mniej więcej jedna powojenna dekada - udało się narzucić niemal jednolity ustrój tak różnym krajom.

W każdym z nich partia komunistyczna miała monopolistyczną pozycję. Wszędzie wprowadzono intensywną sowietyzację i rusyfikację. Lekturami szkolnymi stawały się książki starannie dobranych pisarzy radzieckich i rosyjskich. Obowiązywały podręczniki radzieckie albo co najwyżej pisane przez wyselekcjonowanych autorów krajowych, ale wspólnie z radzieckimi. Narzucono wzorce kultury sowieckiej - socrealizm obowiązywał w sztuce, architekturze i literaturze.

Minister obrony narodowej PRL-u marszałek Konstanty Rokossowski (w środku) oraz marszałkowie Związku Radzieckiego Gieorgij Żukow (z prawej) i Iwan Koniew po ceremonii podpisania Układu Warszawskiego. Warszawa, 14 maja 1955

 

Wszędzie nastąpiła militaryzacja życia, zwłaszcza po wybuchu wojny w Korei w czerwcu 1950 r. W niemal wszystkich tych krajach stacjonowała Armia Radziecka. A w armiach narodowych główne stanowiska dowódcze obejmowali wyżsi oficerowie radzieccy.

W Polsce służyło ich aż 670, w tym 52 generałów. Między 1948 a 1953 r. stan osobowy polskiej armii zwiększył się ze 140 tys. do 410 tys. żołnierzy. Narzucił to Związek Radziecki?

Oczywiście. Kluczową funkcję pełnił Konstanty Rokossowski (1896-1968), sowiecki marszałek, syn Polaka i Rosjanki, który został ministrem obrony narodowej i członkiem Biura Politycznego Komitetu Centralnego (KC) PZPR, czyli ścisłych władz państwa.

Razem z armią rozbudowywał się także przemysł zbrojeniowy.

Model industrializacji również był stalinowski, polegał na intensywnym rozwoju przemysłu ciężkiego i wydobycia najważniejszych surowców.

Poza Czechosłowacją i Niemcami wschodnimi wszystkie kraje bloku były rolnicze i zacofane gospodarczo, więc narzucono też nowy model społeczny. Nastąpiła urbanizacja: ludność wsi migrowała do miast, dawni chłopi stawali się robotnikami. Polska zmieniała się w kraj przemysłowy, a w powojennych latach rósł dochód narodowy.

Stalinizm był systemem represyjnym, ale nie należy oceniać go wyłącznie z tej perspektywy, trzeba spojrzeć także przez pryzmat całego modelu społeczno-gospodarczego. Fatalnym zjawiskom towarzyszyły pozytywne: likwidacja analfabetyzmu, poprawa opieki zdrowotnej, wzrost liczby studentów z rodzin robotniczych i chłopskich. Doszło też do pewnej demokratyzacji stosunków społecznych - robotnicy w fabrykach zaczęli awansować, niekiedy nawet na dyrektorskie stanowiska. Niewątpliwie nastąpił awans grup dotąd upośledzonych, a do pewnego momentu rósł także poziom życia.

W Poznaniu robotnicy wyszli na ulice jednak raczej z powodu jego obniżenia.

Ponieważ ta wielka zmiana gospodarcza niosła ze sobą również ogromne koszty społeczne. Zwłaszcza kiedy po wybuchu wojny w Korei rozpoczęła się realizacja planu sześcioletniego. Tempo industrializacji i rozbudowy przemysłu zbrojeniowego było ogromne. Zmuszano robotników do pracy na akord, wprzęgano ich we współzawodnictwo, które miało wymuszać większą wydajność.

W fabrykach obowiązywała drakońska dyscyplina - surowo karano za nieobecności oraz za spóźnienia, co też zostało zaczerpnięte z sowieckich wzorców.

STALINIZM PO POLSKU
Jaki był stalinizm w Polsce? Łagodniejszy w porównaniu z innymi krajami bloku wschodniego?

Jednolity w zamyśle system narzucony przez Związek Radziecki w rzeczywistości w każdym z krajów różnił się istotnymi szczegółami. Na pytanie, czy w Polsce stalinizm był łagodniejszy, nie ma prostej odpowiedzi.

Gdy patrzymy na skalę represji, to np. w stosunku do liczby mieszkańców w Polsce prawdopodobnie orzeczono najwięcej wyroków śmierci. Wiązało się to z tym, że na ziemiach polskich działało silne podziemie antykomunistyczne.

Natomiast jeśli przeanalizujemy inne aspekty, to wszystko zaczyna się komplikować. Represje wobec Kościoła katolickiego były w Polsce dotkliwe, ale nie został on tak dalece podporządkowany władzom jak w większości państw satelickich ZSRR. Kościół był u nas silniejszy niż w pozostałych krajach, może poza Słowacją. Religia miała ogromny wpływ na zachowania Polaków. Czechy były zlaicyzowane, a na Węgrzech żaden z Kościołów - katolicki, luterański ani kalwiński - nie miał dominującej pozycji. Z kolei w Rumunii i Bułgarii najważniejsza była Cerkiew prawosławna, która raczej sama podporządkowuje się władzy.

A czy wymiar sprawiedliwości i aparat represji w Polsce były zsowietyzowane tak jak wojsko? Wielu wysokich przedstawicieli Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), np. Stanisław Radkiewicz, Mieczysław Mietkowski, Roman Romkowski czy naczelny prokurator wojskowy Antoni Skulbaszewski, działało jak funkcjonariusze obcego państwa.

Poza Skulbaszewskim byli jednak w zdecydowanej większości Polakami, niekiedy żydowskiego pochodzenia. Przed wojną wielu z nich należało do Komunistycznej Partii Polski (KPP), ale działali wtedy na terenie Polski. Uproszczeniem byłoby przypisanie im sowieckości, aby niejako zwolnić Polaków z odpowiedzialności za stalinizm. Wśród sędziów wydających wyroki śmierci w okresie stalinowskim zdarzali się byli członkowie Armii Krajowej.

Nie chodzi o wybielanie komunistycznych aparatczyków, lecz o fakty - wcześniej byli agentami sowieckich służb, a nierzadko funkcjonariuszami NKWD.

Skoro system został narzucony, to jego kadry do pewnego stopnia również. W większości były one jednak rodzime.

Wprawdzie nie brakowało w nich ludzi o żydowskich korzeniach, głównie wywodzących się z przedwojennej KPP, ale po wojnie do Polskiej Partii Robotniczej, niejako kontynuatorki KPP, ludzie wstępowali masowo. U schyłku lat 40., gdy po kongresie zjednoczeniowym z połączenia PPR-u i PPS-u powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, liczyła ona około miliona osób, w tym wiele pochodzących ze wsi. Analiza kadr powiatowych i wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa pokazała, że wśród ubeków dawni działacze KPP i osoby żydowskiego pochodzenia stanowili jedynie margines. Dominowali etniczni Polacy, przede wszystkim ci z awansu społecznego.

Natomiast na poziomie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego było już inaczej. Na kierowniczych stanowiskach znalazło się wielu byłych KPP-owców, a nadreprezentacja komunistów żydowskiego pochodzenia była widoczna. Profesor Andrzej Paczkowski w książce Zdobycie władzy 1945-1947 (1993) obliczył, że stanowili oni niemal 40 proc. Patrząc jednak całościowo, stalinizm w polskich powiatach i gminach był wdrażany przez Polaków.

Rolnicy ze spółdzielni zrzeszającej 73 gospodarstwa orzą miedzę, która dzieliła ich działki. Ludów Polski k. Strzelina, 1953

 
A jak wyglądał stalinizm na wsi? W 1944 r. ogłoszono reformę rolną, ale później nastąpiła przymusowa kolektywizacja.

Walka o wieś przebiegała według modelu stosowanego w pozostałych krajach komunistycznych. Władza świadomie i celowo tworzyła warunki, w których gospodarowanie indywidualne było nieopłacalne.

Powstawały u nas Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR-y), czyli przedsiębiorstwa całkowicie kontrolowane przez władzę. Łatwiej było je tworzyć na Ziemiach Zachodnich, na terenach odebranych Niemcom. Tam PGR-y dominowały.

Oprócz nich tworzono spółdzielnie produkcyjne. Nowa władza nakłaniała chłopów, żeby łączyli swoje ziemie i gospodarowali wspólnie. Jeśli się opierali, stosowano wobec nich drakońskie środki przymusu - rolnicy indywidualni musieli wywiązywać się z dostaw obowiązkowych, czyli przekazywać państwu większą część zbiorów po niskich, nierynkowych cenach. Gnębiono ich podatkami. Rolników niewywiązujących się z kontyngentów lub zalegających z podatkami wysyłano do obozów pracy, a nawet do więzień.

To samo dotyczyło zresztą innych sektorów prywatnej inicjatywy. W 1947 r. minister przemysłu i handlu Hilary Minc (1905-1974) ogłosił tzw. bitwę o handel, w wyniku której w ciągu dwóch lat z Polski zniknęły prywatne sklepy.

Represje stosowano nie tylko na drodze sądowej. Od 1945 r. działała osławiona Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, która w trybie pozasądowym karała wysokimi grzywnami, konfiskatami majątków, a także kierowała do obozów pracy.

Wobec rolników stosowano nawet przemoc fizyczną. Głośne stały się tzw. wypadki gryfickie w 1950 r. - w tym pomorskim powiecie aktywiści Związku Młodzieży Polskiej szukali w gospodarstwach ukrytego zboża, a podczas rewizji poniżali i bili gospodarzy. Rolnicy poskarżyli się w Warszawie i wybuchł skandal.

To okazało się za wiele nawet jak na standardy komunistyczne. Sprawcy stanęli przed sądem, poleciały głowy w lokalnych władzach. Ale to też było naśladownictwo sowieckich metod - Stalin w pewnej chwili nakazał zwolnić tempo kolektywizacji i piętnował tych, którzy sięgali po przemoc.

Szacuje się, że w szczytowym momencie proces "uspołecznienia rolnictwa", jak propaganda nazywała kolektywizację, objął około 20 proc. ziem uprawnych, na których powstały po połowie PGR-y i spółdzielnie produkcyjne.

Jak to wyglądało na tle innych państw bloku?

W Polsce skolektywizowano mniej gruntów niż w większości tych krajów. Ale nie byliśmy tu wyjątkiem, bo w NRD "uspołecznianie rolnictwa" zaczęło się jeszcze później niż w Polsce - do 1953 r. Stalin i wschodnioniemieccy komuniści prowadzili grę, która miała nie zamykać drogi do zjednoczenia Niemiec, oczywiście na warunkach Stalina.

Kolektywizacja była procesem, w innych krajach bloku trwała aż do lat 60. Być może i w Polsce w końcu osiągnęłaby takie rezultaty jak w innych państwach, lecz powstrzymały ją wydarzenia roku 1956.

SPOŁECZNA REDUKCJA STRACHU
Oprócz obniżenia poziomu życia do protestów przyczyniło się także zjawisko, które w książce Polski rok 1956 (1993) nazwał pan "społeczną redukcją strachu". Co oznacza ten termin?

Józef Stalin zmarł 5 marca 1953 r. i powszechnie sądzi się, że nagle wszystko się zmieniło. Jednak stalinizm nie zakończył się u nas od razu, a Polacy nie pozbyli się lęku jak ręką odjął. To paradoks, ale do destalinizacji w Polsce doszło później niż w samym Związku Radzieckim i niektórych krajach bloku.

Ławrientij Beria, który po śmierci Stalina krótko rządził w ZSRR, już wiosną 1953 r. wprowadził pierwsze zmiany. Z obozów Gułagu [akronim rosyjskiej nazwy Głównego Zarządu Poprawczych Obozów Pracy] masowo zwolniono więźniów, a przemysł, dawniej zbrojeniowy, miał odtąd produkować na potrzeby ludności. Tak zwany nowy kurs został od razu zaimplantowany w NRD, tyle że tam doprowadził w czerwcu 1953 r. do wybuchu powstania. Zostało ono krwawo stłumione, a liberalizacja - zahamowana. W innych krajach bloku również wprowadzono reformy, najszersze na Węgrzech, gdzie w lipcu 1953 r. premierem został Imre Nagy.

Natomiast w Polsce w tym samym czasie kolektywizacja trwała w najlepsze. Nastąpiło też najsilniejsze uderzenie w Kościół, czego symbolem było aresztowanie w 1951 r. biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka (1895-1963). Jego proces rozpoczął się pół roku po śmierci Stalina.

Biskup został poddany brutalnemu śledztwu, torturom, co było czymś niespotykanym. 22 września zapadł drakoński wyrok: 12 lat więzienia.

Trzy dni po jego ogłoszeniu aresztowany został prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński. Nie narzucił tego Beria, wszystko wskazuje, że był to pomysł Bolesława Bieruta (1892-1956) i jego współpracowników.

W Związku Radzieckim "wiatr odnowy wiał, darowano reszty kar", jak śpiewał później Perfect, a u nas stalinizm trzymał się mocno. Kiedy więc zaczął się proces społecznej redukcji strachu?

Był rozłożony w czasie, a na jego przebieg wpływ miały wydarzenia w Polsce i poza nią. Paradoksalnie impuls do destalinizacji przyszedł z zewnątrz, a przełomowa okazała się ucieczka na Zachód Józefa Światły (1915-1994), wicedyrektora Departamentu X MBP zajmującego się inwigilacją kadr partyjnych.

Światło był funkcjonariuszem UB żydowskiego pochodzenia, co miało znaczenie. Był pewien, że w Polsce w końcu musi zacząć się destalinizacja, i prawdopodobnie bał się, że zostanie kozłem ofiarnym. Kiedy potem rozliczano stalinizm, rzeczywiście taka rola przypadła wielu funkcjonariuszom MBP o żydowskich korzeniach.

Józef Światło, wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który w 1953 r. uciekł na Zachód

 

Światło uciekł w listopadzie 1953 r. podczas podróży służbowej do Berlina wschodniego, gdy między obiema częściami miasta można było się jeszcze przemieszczać. Przekroczył linię demarkacyjną i oddał się w ręce Amerykanów.

W historii zimnej wojny Światło okazał się dla CIA jednym z najcenniejszych uciekinierów. Izolacja bloku wschodniego była wtedy szczelna. O tym, co dzieje się za żelazną kurtyną, wiedziano znacznie mniej niż w latach 60. czy 70. Kiedy Amerykanie wycisnęli ze Światły wszystkie informacje operacyjne, postanowili wykorzystać go propagandowo.

We wrześniu 1954 r. Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa zaczęła nadawać cykl audycji z jego udziałem. Były demaskatorskie - Światło opowiadał o zbrodniach aparatu bezpieczeństwa oraz o mechanizmach sowieckiej kontroli. O stosunkach w bezpiece i partii, o wystawnym życiu dygnitarzy komunistycznych.

Później Amerykanie przygotowali miliony egzemplarzy broszury będącej zapisem opowieści Światły. Z balonów zrzucono je nad terytorium Polski.

Miało to ogromny wpływ nie tylko na nastroje społeczne, ale także na aparat partyjny i resort bezpieczeństwa. Znalazłem dokument, z którego wynika, że nawet funkcjonariusze wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa słuchali audycji Wolnej Europy w godzinach pracy. Demaskowanie ich zbrodni sprawiało, że nie mogli już czuć się bezkarni i wielu traciło swoją gorliwość.

TU ROZGŁOŚNIA POL...PIII RADIA WOLNA BUUU...

Podczas kryzysów politycznych, takich jak interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji czy stan wojenny, słuchalność Radia Wolna Europa (RWE) szybowała. W latach 1980-1981 słuchało go, według różnych szacunków, od połowy do nawet 80 proc. Polaków.

RWE było agendą Narodowego Komitetu Wolnej Europy, formalnie prywatnej organizacji utworzonej w czerwcu 1949 r. W rzeczywistości stały za nim CIA i Departament Stanu, a finansował do 1972 r. amerykański wywiad (później - Kongres Stanów Zjednoczonych).

Początkowo półgodzinne audycje nagrywano w USA. Taśmy leciały do RFN-u, audycje nadawano spod Frankfurtu. W 1952 r. Amerykanie uruchomili w Portugalii mocne nadajniki, a rozgłośnia przeniosła się do Monachium. Stopniowo wydłużano też czas emisji - do kilkunastu godzin dziennie.

3 maja 1952 r. Głos Wolnej Polski (analogiczną nazwę do 1958 r. nosiły pozostałe sekcje RWE: czechosłowacka, rumuńska, węgierska, bułgarska i albańska) zaczął emitować regularne audycje. Nie był pierwszą zagraniczną rozgłośnią nadającą po polsku. Sekcja Polska BBC transmitowała program od końca września 1939 r., a Głos Ameryki - od maja 1942 r.

Dyrektorem Rozgłośni Polskiej od pierwszej audycji aż do końca 1975 r. był bohater wojenny Jan Nowak-Jeziorański, kurier Armii Krajowej.

Amerykanie nie ingerowali w treści, z jednym wyjątkiem: do 1970 r. istniał zakaz poruszania kwestii granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, którą USA uważały za linię demarkacyjną aż do podpisania traktatu PRL-u z RFN-em.

RWE za cel postawiło sobie rzetelne informowanie, także o wydarzeniach przemilczanych lub przeinaczanych przez komunistyczne media. Nic dziwnego, że władze w Warszawie od początku istnienia rozgłośni uznały ją za wroga. Zwalczały ją zaciekle i na różne sposoby. Za tzw. zbiorowe słuchanie, u sąsiadów czy rodziny, i rozpowszechnianie usłyszanych informacji można było trafić do obozu pracy. Od połowy lat 50. władze karały za współpracę z RWE, ale już nie za samo słuchanie.

Systematyczne zagłuszanie audycji stacji trwało od jej powstania. Nowak-Jeziorański powie później, że skala zagłuszania była miarą sukcesu rozgłośni. Inżynierowie z Zakładów Radiowych im. Kasprzaka skonstruowali specjalną radiostację, która wytwarzała piski, szumy i zgrzyty utrudniające odbiór monachijskiej rozgłośni. Na terenie Polski stanęło ponad 60 zagłuszarek.

Dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Jan Nowak-Jeziorański przemawia z okazji piątej rocznicy powstania stacji, 3 maja 1957

 

Istniały trzy podstawowe modulacje zagłuszające: harmider ludzkich głosów, bardzo niskie buczenie generatora oraz jazgotliwe dźwięki piły. "To był potwornie drażniący dźwięk. Oni zawsze puszczali tę piłę w niedzielę i święta. Nazywaliśmy ją świąteczną modulacją" - mówił w filmie dokumentalnym Macieja Drygasa Głos nadziei (2002) jeden z pracowników stacji.

W Poznaniu 28 czerwca 1956 r. w ciągu 20 minut demonstranci doszczętnie zdemolowali zagłuszarkę RWE ulokowaną na najwyższym piętrze i dachu siedziby Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Krzycząc: "Chcemy słuchać zagranicy bez zagłuszeń!" i "Nareszcie przestaną buczeć!", zrzucali na ziemię kolejne elementy aparatury. Ludzie zebrani przed budynkiem wiwatowali.

Podobnie było w Bydgoszczy 18 listopada 1956 r., gdy tłum wdarł się na teren stacji zagłuszania na Wzgórzu Dąbrowskiego, rozbroił strażników i spalił 25-metrowy maszt radiowy.

24 listopada 1956 r. na fali odwilży władze ogłosiły wyłączenie zagłuszarek. Nie pozwoliły jednak Polakom na swobodne słuchanie audycji z Monachium. Odtąd odbiór RWE w Polsce zakłócały "bratnie" urządzenia na terenie ZSRR i innych krajów socjalistycznych. Sowieci blokowali program RWE przez 19 godzin dziennie, jednocześnie na kilku częstotliwościach. Władze PRL-u zapłaciły za to równowartość 50 mln rubli we frankach szwajcarskich.

Zagłuszanie reaktywowane przez ekipę Edwarda Gierka w 1970 r. trwało do stycznia 1988 r. Po zmianach politycznych w Polsce na przełomie lat 80. i 90. wyczerpała się misja RWE. Ostatnią audycję Rozgłośnia Polska nadała 30 czerwca 1994 r.

Jak zareagowała władza?

Szybko. Rewelacje Światły były ewidentnie kamykiem, który uruchomił lawinę. O jego audycjach dyskutował na przełomie listopada i grudnia 1954 r. tzw. centralny aktyw partyjny. Narada przerodziła się w kilkudniową krytykę partyjnych przywódców.

Już 7 grudnia 1954 r. Rada Państwa rozwiązała Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i powołała w jego miejsce Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego. Pod koniec stycznia 1955 r. uczestnicy III Plenum KC PZPR podjęli uchwałę w sprawie "pełnego przestrzegania leninowskich zasad życia partyjnego i kolegialności kierownictwa oraz przezwyciężenia biurokratycznych wypaczeń w pracy Partii i w aparacie państwowym".

W aparacie bezpieczeństwa zwolniono znaczną część funkcjonariuszy - w sumie około 30 proc., a w powiatowych urzędach bezpieczeństwa niekiedy nawet 50-60 proc., co poważnie ograniczyło możliwości skutecznego działania. Z zakładów pracy zniknęły tzw. referaty ochrony, czyli komórki bezpieki, które inwigilowały robotników.

Kolejnym wydarzeniem, które fundamentalnie wpłynęło na społeczną redukcję strachu, był niewątpliwie XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, który obradował w Moskwie 14-25 lutego 1956 r. Nikita Chruszczow, I sekretarz partii, odczytał wtedy swój słynny referat O kulcie jednostki i jego następstwach. Ujawnił w nim część zbrodni popełnionych w czasach Stalina i opisał patologie władzy.

Tekst referatu został podobno potajemnie przemycony do Polski.

Takie informacje krążą do dziś, ale to mit. Chruszczow wygłosił referat w tajnej części zjazdu, podczas której nie było już zewnętrznych obserwatorów. Apelował do słuchaczy, żeby zachowali jego treść dla siebie. Jednak później zdecydował o rozesłaniu referatu w formie broszury do partii komunistycznych we wszystkich krajach satelickich. Zapowiedział również - i to jest moim zdaniem najważniejsze - że ma on być odczytywany na otwartych zebraniach partyjnych w całym Związku Radzieckim.

Tę zadziwiającą decyzję Chruszczowa tłumaczę tym, że nowe radzieckie kierownictwo chciało się uwiarygodnić i zbudować sobie poparcie na antystalinowskim wizerunku.

I te broszury naprawdę dotarły do komitetów centralnych partii w poszczególnych krajach?

Tak, ale jedynie polska partia postanowiła zrobić z referatu taki użytek, jaki zrobił sam Chruszczow. Pomogło w tym nieprzewidziane wydarzenie.

Oto tuż po XX Zjeździe I sekretarz KC PZPR Bolesław Bierut zmarł w Moskwie na zapalenie płuc. Od razu zaczęły krążyć plotki, że został zamordowany na polecenie Chruszczowa, ponieważ chciał walczyć o niezależność Polski, co oczywiście nie było prawdą - zmarł przecież główny polski stalinowiec, wokół którego budowano kult jednostki na wzór kultu samego Stalina.

Nowym I sekretarzem został Edward Ochab (1906-1989), zmienił się też częściowo skład Biura Politycznego KC. Śmierć Bieruta była na rękę nowemu kierownictwu partii, które zdecydowało, że referat Chruszczowa zostanie przetłumaczony i tak jak w Związku Radzieckim przesłany do organizacji partyjnych w całym kraju. Miały one odczytywać go na spotkaniach z aktywem, które - jak w ZSRR - również miały być otwarte.

I to miało epokowe znaczenie: na te zebrania mogli przychodzić także bezpartyjni. W całym kraju odbywały się ich tysiące, zwykle trwały wiele godzin - po odczytaniu referatu toczyła się dyskusja, która była ciekawsza niż sam referat. Ludzie zaczęli mówić otwarcie i odważnie.

Na podstawie raportów partyjnych i ubeckich analizowałem przebieg wielu takich spotkań. Moim zdaniem to właśnie one zapoczątkowały ruch społeczny w Polsce.

A już na pewno kolejny etap społecznej redukcji strachu?

Niewątpliwie pękła kolejna bariera. Pytania zadawane na tych zebraniach wykraczały daleko poza zakres, który wyznaczył Chruszczow swoim referatem. Ludzie pytali wprost, kiedy zostaną rozwiązane spółdzielnie produkcyjne. Żądali wycofania z Polski Armii Radzieckiej oraz wyrzucenia z polskiego wojska i sił bezpieczeństwa sowieckich oficerów i doradców. Domagali się uwolnienia więźniów politycznych, w tym akowców. Padały pytania o rozliczenie zbrodni katyńskiej i wywózek z Kresów Wschodnich w 1940 r. Pytano nawet, dlaczego Sowieci nie pomogli powstaniu warszawskiemu oraz kiedy Polska odzyska Wilno i Lwów.

Działy się rzeczy niewyobrażalne. Nastąpiło spontaniczne odblokowanie pamięci społecznej i historycznej.

I władza nie reagowała?

Kierownictwo partyjne szybko zorientowało się, że straciło kontrolę nad wydarzeniami. Dyskusja wokół referatu Chruszczowa zamieniła się w coś, czego partia zaczęła się bać. Po trzech tygodniach, 11 kwietnia 1956 r., zapadła decyzja, żeby wstrzymać rozpowszechnianie referatu. Ale było już za późno, dawno został nielegalnie powielony i krążył wśród ludzi, można go było kupić na bazarze Różyckiego w Warszawie. I wszyscy o nim mówili.

Informacja o śmierci Bolesława Bieruta wystawiona w witrynie Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki przy Nowym Świecie. Warszawa, 13 marca 1956

 

Moim zdaniem właśnie ten moment przesądził o tym, co wydarzyło się później - w czerwcu w Poznaniu, a w październiku w całym kraju.

Dlaczego?

Bo dotąd odchodzenie od stalinizmu było regulowane odgórnie, kontrolowane przez partię. Nagle stało się oddolne i spontaniczne. Ludzie przestali się bać, zaczęli samorzutnie protestować, żądać i krytykować.

Z raportów bezpieki, które analizowałem, wynika, że jej informatorzy zaczęli masowo zrywać współpracę. Nie chcieli mieć już nic wspólnego z UB. Następował rozkład aparatu bezpieczeństwa i do pewnego stopnia aparatu partyjnego. Władza otrzymała potężny cios, straciła wiarygodność, a nawet sama przestawała wierzyć, że ma moralną i polityczną legitymację do rządzenia.

Efekt był taki, że pod presją społeczną w kwietniu 1956 r. została ogłoszona amnestia. Na wolność wyszło 4,5 tys. więźniów politycznych, wielu pozostałym za kratami złagodzono wyroki. Cenzura zaczęła tracić kontrolę nad publikacjami. Dziennikarze i redaktorzy naczelni nabrali odwagi, a cenzorzy nagle stracili gorliwość.

I POLAŁA SIĘ KREW
Wróćmy do wydarzeń w Poznaniu. Ludzie wyszli tam na ulice z powodu biedy, ale dlatego, że przestali się bać?

Tak uważam. Ukształtowała się tam sytuacja rewolucyjna. Bardzo świadoma społeczność robotnicza, dobrze zorganizowana i zdeterminowana, ośmielona została do działania wydarzeniami ostatnich kilkunastu miesięcy. W tej społeczności złość na warunki życia połączyła się z redukcją strachu.

Rewolucyjnym wydarzeniom dodatkowo sprzyjała erozja aparatu władzy. Kiedy demonstranci weszli do gmachu Miejskiej Rady Narodowej i siedziby partii w Poznaniu, czuli się panami sytuacji. Żądali rozmów z premierem Cyrankiewiczem, lecz przywódcy partyjni z góry je odrzucali.

Dlaczego?

To przekraczało horyzonty myślowe takich ludzi jak Ochab czy Cyrankiewicz. Zresztą od samego początku władze postępowały nieroztropnie z punktu widzenia własnego interesu. Bezpieka doskonale wiedziała od informatorów, że robotnicy wyjdą na ulice, a jednak 27 czerwca podczas narady w siedzibie UB zapadła decyzja: nie będzie aresztowań przywódców ani nawet prewencyjnych zatrzymań, bo to tylko zaogni atmosferę.

Po rewelacjach Światły, a także referacie Chruszczowa i miażdżącej społecznej krytyce aparatu bezpieczeństwa lokalne władze bały się działać podług stalinowskiego wzorca. Zamiast więc aresztować wszystkich liderów protestu, co zdławiłoby bunt, bezpieka zatrzymała tylko jednego robotnika - Czesława Rutkowskiego z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, którego uznała za głównego prowodyra.

To okazało się błędem. Prawdziwa informacja o jego aresztowaniu urosła w trakcie pochodu do nieprawdziwej - o uwięzieniu całej delegacji z Cegielskiego, która negocjowała w Warszawie z ministrem przemysłu maszynowego Romanem Fidelskim. Plotka powtarzana przez megafony z zaanektowanego przez demonstrantów wozu transmisyjnego Polskiego Radia błyskawicznie się rozeszła i tłum ruszył uwalniać delegację.

Jak wynika z późniejszych zeznań, hasło "Idziemy na Młyńską" rzucił mężczyzna, który przedstawił się jako pułkownik. Stało się to powodem snucia teorii spiskowych o ubeckiej prowokacji, jednak nie ma na to żadnych dowodów. W więzieniu przy ulicy Młyńskiej strażnicy próbowali się bronić za pomocą strumieni wody z hydrantów, ale byli bez szans. Tłum wdarł się do środka, zdemolował biura, uwolnił jakichś więźniów, wśród których nie było, rzecz jasna, żadnego członka delegacji z Cegielskiego. Manifestanci ruszyli więc na ulicę Kochanowskiego, do siedziby UB, gdzie nastąpiło zdobywanie Bastylii, gdybyśmy zastosowali symbolikę rewolucji francuskiej.

Demonstranci mieli już broń.

Zabrali ją milicjantom i z magazynu w więzieniu przy Młyńskiej. Na Kochanowskiego ubecy nie bronili się już jedynie hydrantami, ale otworzyli ogień. Rozpoczęło się wielogodzinne oblężenie ich siedziby, regularna bitwa. To wyjątkowe wydarzenie w powojennej historii Polski - późniejsze śledztwo wykazało, że gmach ostrzeliwany był mniej więcej z 30 miejsc.

W tym samym czasie grupy uzbrojonych demonstrantów wyruszyły ciężarówkami poza Poznań, by rozbrajać posterunki Milicji Obywatelskiej. Byli przekonani, że zamieszki wybuchły w całym kraju. Powtarzali, że rozpoczęło się powstanie narodowe, po prostu bardzo chcieli wierzyć, że nie są sami.

Od razu pojawiła się symbolika narodowa i antysowiecka, a także pogłoska o "rudej Rosjance", która z budynku UB miała oddać pierwsze strzały. Nie dość, że Rosjanka, to jeszcze ruda, więc wredna. Podwójne ucieleśnienie zła z ludowego stereotypu.

A skąd pod gmachem UB wzięły się dzieci, o których mowa w relacjach?

Wiemy o kilkudziesięcioosobowej grupie przyprowadzonej przez nauczyciela. Dzieci znalazły się w rejonie walk, trzymając w dłoniach biało-czerwone flagi. Dowodzi to nieodpowiedzialności dorosłych, ale przede wszystkim ogromnych emocji - wielu uznało, że powstanie zwycięży, należy zatem być w tych chwilach na ulicach bez względu na ryzyko.

Symbolem poznańskiego Czerwca jest 13-letni Romek Strzałkowski. Zginął przypadkowo?

Wszystko wskazuje na bestialskie morderstwo. Pod siedzibą UB chłopiec zaplątał się w rejon pobliskich mieszkań ubeków, gdzie prawdopodobnie jeden z nich zastrzelił go z zimną krwią. To pokazuje skalę nienawiści, zresztą po obu stronach, bo w całym mieście odbywały się polowania na ubeków. Jednego z nich, kaprala Zygmunta Izdebnego, tłum gonił przez miasto, dopadł na Dworcu Głównym i zlinczował.

Trzynastoletni Romek Strzałkowski, najmłodsza ofiara poznańskiego Czerwca

 
Gdy trwało oblężenie siedziby UB, do miasta dotarły czołgi poznańskiej Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych.

Zamiast jednak pacyfikować zamieszki, załogi złożone głównie z podchorążych poddawały się demonstrantom, a nawet się z nimi bratały. Walczący usiłowali też użyć tych czołgów do zdobycia gmachu UB, lecz bez powodzenia.

Kilka czołgów zapłonęło od butelek z benzyną.

Ale raczej nie te szkolne. Po południu do miasta dotarła druga fala wojska, oddziały liniowe ściągnięte z różnych części Polski, niekiedy prosto z poligonów. Eskalacja wydarzeń sięgnęła zenitu.

Ludzie byli przekonani, że wkraczający żołnierze to Sowieci przebrani w polskie mundury, i w pewnym sensie można to uznać za prawdę, bo dowodził nimi generał Ludowego Wojska Polskiego Wsiewołod Strażewski, obywatel radziecki.

W tym momencie tłumem rządziła już wyłącznie retoryka powstańcza, rewolucyjna i narodowa. Pojawili się ludzie z biało-czerwonymi opaskami. W przekonaniu mieszkańców był to bój z najeźdźcami. Pojedynczy uzbrojeni powstańcy, bo tak ich trzeba nazwać, ostrzeliwali wojskowych ze strychów i dachów budynków aż do rana 30 czerwca.

W PRL-u taka sytuacja nigdy więcej już się nie powtórzyła.

Jak zachowywali się żołnierze, którzy wkroczyli do miasta po południu?

Strzelali do ludzi bez skrupułów. Dowódcy, przede wszystkim generał Strażewski, musieli im wydać rozkazy brutalnego postępowania.

Czołgi z Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych na opustoszałej ul. Czerwonej Armii. Poznań, 28 czerwca 1956

 
Ilu ludzi zginęło?

Oficjalna wersja z 1956 r. mówiła o 55 ofiarach, ale po 1989 r. niektórzy historycy zwiększali tę liczbę do 74. Dziś znów mówi się o 57 lub 58, bo trwają spory przy weryfikowaniu nazwisk.

To i tak bardzo dużo. Dla porównania: na Wybrzeżu w 1970 r., gdzie do zamieszek doszło w kilku miastach i gdzie trwały one dłużej, zginęło 45 osób. A w 1953 r. podczas powstania czerwcowego w całym NRD życie straciło 55 osób.

Kto wydał rozkaz użycia siły?

Decyzja zapadła podczas obrad Biura Politycznego KC PZPR w Warszawie. Premier Cyrankiewicz oraz I sekretarz Ochab uznali najwyraźniej, że to kontrrewolucja, którą należy natychmiast stłumić, bo skoro władza została zagrożona w Poznaniu, to niedługo może tak być i w całym kraju.

Nic nie wiemy o stanowisku Moskwy z okresu, gdy trwały walki, ale Chruszczow niewątpliwie oczekiwał stanowczości.

Represje po stłumieniu zamieszek były dotkliwe.

Około 600 osób umieszczono w obozie filtracyjnym na poznańskim lotnisku Ławica. Wielu z nich zostało dotkliwie pobitych. Po pewnym czasie na wolność wyszła połowa zatrzymanych.

Topiąc poznański protest we krwi, władze liczyły na zastraszenie całego kraju, ale się przeliczyły.

TOWARZYSZ "WIESŁAW"
Czerwiec od października, kiedy faktycznie zaczęła się w Polsce odwilż [okres nazwę zawdzięcza powieści Ilii Erenburga], dzielą tylko cztery miesiące. Co się w tym czasie wydarzyło?

Jestem przekonany, że bez poznańskiego Czerwca '56 nie byłoby Października '56. Nie byłoby też odwilży ani głębokiej destalinizacji.

Dlaczego?

Ponieważ Czerwiec był dramatycznym komunikatem dla rządzących. Wreszcie zrozumieli, jak olbrzymia jest skala niezadowolenia społecznego i jak wybuchowe panują nastroje. Bunt w Poznaniu został wprawdzie krwawo stłumiony, a premier Cyrankiewicz wypowiedział wtedy złowieszcze słowa o tym, że władza ludowa odrąbie rękę każdemu, kto ją na nią podniesie, ale społeczeństwa nie dało się już zastraszyć. Okazało się, że mimo krwawej jatki poznański Czerwiec wywołał - odwołam się znów do raportów partyjnych i UB - ogromny rezonans.

Cała Polska mówiła o tych wydarzeniach. Na murach domów pojawiały się hasła nawiązujące do Poznania, kolportowano ulotki zapowiadające, że to, co się tam wydarzyło, wkrótce powtórzy się w całym kraju. Rządzący zdawali sobie sprawę, że siedzą na wulkanie i muszą znaleźć jakieś wyjście.

Miał nim być powrót do władz Władysława Gomułki (1905-1982), towarzysza "Wiesława", więzionego przez Bieruta od 1951 r.?

Tak. Jego nazwisko pojawiło się już w grudniu 1954 r. podczas wspomnianej narady centralnego aktywu partyjnego, kiedy dyskutowano o ucieczce Światły. Bo to właśnie Światło aresztował Gomułkę przebywającego wtedy na wczasach w Krynicy.

Dlaczego Bierut go uwięził? Przecież w trakcie wojny Gomułka stał na czele PPR-u. A tuż po niej został ministrem Ziem Odzyskanych, miał rozległą władzę.

Bierut i Gomułka wywodzili się trochę z innych porządków. Bierut był zaufanym człowiekiem Stalina, od lat 30. miał związki z sowieckimi służbami - z NKWD albo wywiadem wojskowym, nie jest to do końca jasne. Stalin wiedział, że może na nim polegać, bo Bierut nigdy mu się nie przeciwstawił.

Natomiast towarzysza "Wiesława" Stalin tak naprawdę nie znał. Przed wojną Gomułka był wprawdzie działaczem KPP, ale zaledwie średniego szczebla. W czasie okupacji doszło jednak do dramatycznego momentu w historii PPR-u - Niemcy aresztowali w Warszawie niemal całe kierownictwo partii. Trzeba było wybrać nowe, a że łączność radiowa z Moskwą została zerwana, Gomułka został nowym I sekretarzem bez wiedzy Stalina. Od początku Moskwa podchodziła więc do niego z dużą nieufnością.

Tuż po wojnie Gomułka zaczął manifestować swoją niezależność. Świetnie pokazują to zapisy jego rozmów ze Stalinem czy wypowiedzi na posiedzeniach władz PPR-u. Na przykład domagał się od Sowietów zaprzestania albo chociaż ograniczenia demontażu urządzeń przemysłowych na Ziemiach Odzyskanych. Piętnował też brutalne zachowanie radzieckich żołnierzy wobec ludności cywilnej. Tłumaczył, że fatalnie wpływa ono na nastawienie Polaków do Związku Radzieckiego i polskich komunistów.

Był za łagodnym kursem wobec antykomunistycznego podziemia?

Absolutnie nie. Opowiadał się za brutalną rozprawą z "reakcją", jak określał przeciwników politycznych. Nie tylko z podziemiem, lecz także z PSL-em Stanisława Mikołajczyka. Pod tym względem nie różnił się od Bieruta.

Ale już w kwestii kolektywizacji miał diametralnie inne poglądy. Był przeciwny wprowadzaniu jej według modelu sowieckiego. Uważał, że zakończy się to klęską społeczną. Widział, jakie efekty kolektywizacja przyniosła w ZSRR, gdzie doprowadziła do śmierci milionów ludzi. Twierdził, że w Polsce powinna przebiegać etapami, być rozłożona na dłuższy okres, niż domagał się Stalin i co byli gotowi zrealizować polscy staliniści.

Gomułka miał też inną niż Bierut wizję relacji z ZSRR. Oczywiście uważał "ojczyznę światowego proletariatu" za państwo przewodnie, narzucające wzory, i nie dążył do pełnej niezależności. Ale jego zdaniem w tym układzie było miejsce na autonomię Polski. Dlatego w 1947 r. na naradzie w Szklarskiej Porębie sprzeciwiał się powołaniu Biura Informacyjnego Partii Komunistycznych i Robotniczych (Kominformu), organizacji mającej kontrolować partie we wszystkich krajach bloku.

A kiedy wiosną 1948 r. wybuchł konflikt między Stalinem a przywódcą Jugosławii Josipem Brozem-Titą, chcącym zachować autonomię, Gomułka nie przyłączył się do ataków na niego. W ten sposób zerwał ze zwyczajami panującymi w ruchu komunistycznym, gdzie słowo Stalina było święte i nikt nie ważył się go podważać.

Jest jeszcze jeden ważny wątek, który dowodzi samodzielności myślenia Gomułki. Otóż uważał on za nieszczęście, że w kadrach komunistycznych istniała nadreprezentacja działaczy pochodzenia żydowskiego. Znane są jego wypowiedzi, które mogą być dziś uznawane za antysemickie, ale jest to bardziej skomplikowane. Gomułka po prostu sądził, że obecność zbyt wielu komunistów o żydowskich korzeniach w aparacie władzy i władzach UB spotęguje niechęć Polaków do komunizmu.

Jego żona Zofia była Żydówką, trudno byłoby więc Gomułkę nazwać antysemitą. W partii mówiono o niej żartobliwie Jan Chrzciciel, bo jako zwolenniczka asymilacji nadawała działaczom żydowskiego pochodzenia polskie imiona i nazwiska. Ona sama naprawdę nazywała się Liwa Szoken.

Gomułka na pewno nie czuł niechęci do Żydów jako nacji, natomiast do komunistów żydowskiego pochodzenia - jak najbardziej. Uważał, że są pozbawieni polskiej świadomości narodowej i nie kierują się polskim interesem. Mówił to wiele razy na różnych forach, co tuż po wojnie było mocno ryzykowne. W grudniu 1948 r. napisał nawet w tej sprawie zuchwały list do Stalina, w którym postulował ograniczenie liczby towarzyszy żydowskiego pochodzenia na newralgicznych stanowiskach, zwłaszcza publicznie eksponowanych.

Manifestowanie odrębnych poglądów doprowadziło w końcu do oskarżenia Gomułki o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". W połowie 1948 r. został usunięty z kierownictwa PPR-u, a trzy lata później uwięziony. Oczywiście za swoich głównych prześladowców uznawał żydowskich komunistów.

I trudno mu się dziwić, aresztował go przecież jeden z nich.

Ale przesłuchiwali Gomułkę także Polacy. On jednak zapamiętał głównie tych żydowskiego pochodzenia. I to w nim siedziało.

O niezależności Gomułki świadczy jeszcze jeden fakt. Kiedy już nie był w kierownictwie partii, Stalin nakłaniał go, żeby zgodził się wejść z powrotem do Biura Politycznego. Rozmawiali o tym w Moskwie w grudniu 1948 r., właśnie wtedy, gdy Gomułka napisał wspomniany list. Wystarczyłoby jedno jego słowo i wróciłby do władzy, bo Stalinowi Bierut by się nie przeciwstawił. Ale Gomułka odmówił.

Dlaczego?

To jest fundamentalne pytanie. Wiedział, że odmową bardzo dużo ryzykuje. W 1948 r. komunista w bloku wschodnim musiał zdawać sobie sprawę, że taka postawa może skończyć się więzieniem albo nawet śmiercią. Z pewnością Gomułka liczył się z tą ewentualnością, a jednak się nie cofnął. Moim zdaniem po prostu nie chciał firmować polityki stalinowskiej.

Bierut musiał go więc w końcu uwięzić.

Tego zażądał od niego Stalin. "Walkę z wrogiem wewnętrznym", czyli wskazywanie zdrajców we własnych szeregach, traktował jako metodę wprowadzania modelu ustrojowego opartego na terrorze. Postępował tak w Związku Radzieckim, a potem ten model został przeniesiony do krajów satelickich, choć w różnym tempie.

Na Węgrzech w 1949 r. został stracony László Rajk, członek władz partii, którego podobnie jak Gomułkę oskarżono o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". W tym samym roku w Bułgarii wyrok śmierci dostał Trajczo Kostow, żarliwy stalinista, który głową odpowiedział m.in. za spiskowanie z Titą. A w 1952 r. sąd w Pradze skazał na najwyższy wymiar kary gorliwego komunistę Rudolfa Slánskiego - za szpiegostwo, trockizm, titoizm i syjonizm. Wszyscy trzej po torturach przyznali się do winy, wszyscy zostali powieszeni. Stracono też wielu ich bliższych i dalszych współpracowników.

To, że Gomułka został uwięziony, całkowicie mieściło się w logice stalinizacji. Niezwykłe było jednak to, że nie stanął przed sądem i nie został stracony.

Dlaczego tak się stało?

To zagadka, możemy tylko spekulować. Myślę, że Gomułka odmówił jakiejkolwiek współpracy ze śledczymi, odrzucał całkowicie wszelkie oskarżenia. Tymczasem kierownictwu partii potrzebne było jego przyznanie się do winy. Próbowano go oskarżyć o to, że w czasie okupacji współpracował z Niemcami. Miało to prowadzić do wytworzenia wizji piętrowego spisku - najpierw zdradzał Polskę z Niemcami, a teraz z zachodnimi imperialistami.

Rajk, Kostow i Slánský byli torturowani, a Gomułka nie?

Nie stosowano wobec niego tortur i chyba było to świadome postępowanie. Bierut ani inni czołowi staliniści nie popędzali też specjalnie prokuratorów. Godzili się z tym, że śledztwo w sprawie Gomułki będzie trwało długo. Wygląda na to, że grali na zwłokę, bo nie chcieli żadnego procesu. Sugerował to w rozmowie z Teresą Torańską w książce Oni (1985) jeden z nich - Jakub Berman, który w czasach stalinowskich nadzorował MBP.

W końcu umarł Stalin i dzięki temu Gomułka przeżył.

A przy okazji zbił kapitał polityczny jako ofiara stalinistów.

Został uwolniony już w grudniu 1954 r., ale nie wrócił od razu do władz, tylko pojechał do sanatorium. Nie podano nawet do publicznej wiadomości, że został zwolniony. Aparat partyjny jednak wiedział.

NATOLIŃCZYCY I PUŁAWIANIE
O przywróceniu Gomułki do funkcji we władzach nie zdecydował samodzielnie Edward Ochab. W partii walczyły ze sobą dwie silne frakcje - natolińczycy i puławianie. Powrót Gomułki mógł nastąpić wyłącznie dlatego, że wówczas był do przyjęcia dla obu tych środowisk. Kto je tworzył?

Istniały one nieformalnie, bo w PZPR-ze obowiązywał zakaz działalności frakcyjnej. Nie wszystko o tych grupach wiemy, możemy jedynie spekulować, kto należał do której.

Nazwa "puławianie" wzięła się stąd, że wielu członków tej grupy mieszkało przy ulicy Puławskiej w Warszawie. Z kolei natolińczycy swą nazwę zawdzięczali pałacykowi w Natolinie należącemu do Urzędu Rady Ministrów, w którym grupa się spotykała.

Puławianie uchodzili za ludzi nastawionych reformatorsko. Byli zwolennikami odchodzenia od stalinizmu, rezygnacji z represji, terroru i wszechwładzy aparatu bezpieczeństwa. Opowiadali się za dyskusją wewnątrz partii, a nawet liberalizacją cenzury.

Wielu z nich było wcześniej czołowymi stalinistami, zajmowali w czasie rządów Bieruta eksponowane stanowiska. Dobrym przykładem jest choćby Roman Zambrowski (1909-1977), uchodzący za przywódcę puławian, który był członkiem ścisłego kierownictwa partyjnego.

Natolińczycy raczej nie pełnili za Bieruta wysokich funkcji. Byli działaczami z drugiego szeregu, wspierał ich jednak marszałek Konstanty Rokossowski. Mieli silne poparcie w niższym i średnim aparacie. Reprezentowali nurt plebejski w polskim komunizmie. To byli często ludzie bez wykształcenia - w przeciwieństwie do puławian.

Z natolińczykami związany był m.in. gen. Kazimierz Witaszewski (1906-1992), szef Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego.

Słynny generał gazrurka.

Tak, zasłynął wypowiedzią, że jak będzie trzeba, to robotnicy za pomocą gazrurek przemówią inteligentom do rozsądku.

Socjolog i publicysta Witold Jedlicki po emigracji do Izraela opublikował w paryskiej "Kulturze" artykuł o obu frakcjach. Zatytułował go bezpardonowo: "Chamy i Żydy".

Plebejscy natolińczycy sięgali po retorykę antysemicką, ponieważ wielu puławian było żydowskiego pochodzenia. Często robili to aluzyjnie, a niekiedy wprost. Podkreślali np., że to Żydzi dokonali najgorszych zbrodni w okresie stalinowskim, gdyż kierowali aparatem bezpieczeństwa. Ostro atakowali też inteligencję, szczególnie "pismaków", co było spowodowane tym, że partyjna prasa sprzyjała raczej puławianom.

Hasła antysemickie czy antyinteligenckie były, mówiąc językiem naszych czasów, czystym populizmem. W ten sposób natolińczycy walczyli o poparcie części społeczeństwa. Ich intuicja do pewnego stopnia była dobra, bo w 1956 r. doszło nie tylko do zrywu wolnościowego, lecz także do erupcji antysemityzmu, a nawet aktów przemocy wobec Żydów. Ale nie da się odpowiedzialnością za nie obarczyć wyłącznie partyjnych antysemitów, ponieważ takie były rzeczywiste nastroje znacznej części Polaków. Natolińczycy po prostu znakomicie je odczytali.

Jak więc Gomułka wrócił do władz partii?

Przełomowy był tu, moim zdaniem, poznański Czerwiec. Gdyby nie doszło do tego dramatu, Gomułka prawdopodobnie tak szybko nie objąłby rządów.

Po poznańskim buncie Ochab i inni członkowie Biura Politycznego dostawali na biurko raporty, z których jednoznacznie wynikało, że ludzie czekają na Gomułkę. Postrzegany był on jako antystalinowski polityk, który zagwarantuje, że Polska wreszcie podąży w dobrą stronę. Również w trakcie wspomnianych zebrań po ujawnieniu referatu Chruszczowa ludzie upominali się o Gomułkę. Czasem pytali wprost, kiedy wróci do władzy.

W tym czasie cenzura nieco zelżała i w prasie zaczęły się pojawiać artykuły krytyczne wobec władz. Początkowo dziennikarze stosowali dość ostrożne sformułowania, np. krytykowali "biurokratyczny styl sprawowania władzy" albo "oderwanie od mas". Ale stopniowo ten język się zaostrzał, a od wiosny 1956 r. pisano już wprost o "dygnitarstwie", "wypaczeniach" oraz o przestępstwach aparatu bezpieczeństwa i represjach wobec niewinnych ludzi, także akowców.

Partyjna elita zrozumiała, że nie ma alternatywy dla Gomułki. Jeśli on nie wróci, to wydarzenia w Poznaniu mogą się powtórzyć w innych miastach, a może i w całym kraju.

W lipcu 1956 r., zaledwie kilkanaście dni po stłumieniu buntu w Poznaniu, na VII Plenum KC PZPR zapadła decyzja o przywróceniu Gomułce legitymacji partyjnej. Odtąd obie frakcje - natolińczycy i puławianie - zaczęły osobno rozmawiać z nim o powrocie. Nie proponowały mu jednak stanowiska I sekretarza, tylko inne, niższe. Gomułka był zbyt wytrawnym politykiem, by się na to zgodzić.

Chciał pełni władzy?

Tak, i na przełomie września i października było już oczywiste, że stanie na czele partii. Zanim się to stało, wziął udział w trzech posiedzeniach Biura Politycznego KC - 12, 15 i 17 października. Jego wypowiedzi z tych obrad były niezwykle odważne. Mówił wprost, że należy wycofać z polskiej armii oficerów i doradców radzieckich, w tym Rokossowskiego. Że trzeba skończyć z obcą eksploatacją Polski, a chodziło mu o wywóz polskiego węgla do Związku Radzieckiego.

Po takich wystąpieniach natolińczycy zrozumieli, że Gomułka chce wrócić do władzy, ale w sojuszu nie z nimi, lecz z puławianami.

I jak zareagowali?

Zaalarmowali ambasadora radzieckiego w Warszawie Pantielejmona Ponomarienkę. Donieśli mu, że Gomułka zamierza usunąć radzieckich wojskowych, a Rokossowskiego nie tylko z Ministerstwa Obrony Narodowej, ale też z Biura Politycznego KC. Ostrzegli, że zagrożona jest sowiecka kontrola nad polską armią, która była dla Moskwy strategicznie najważniejsza, oraz że istnieje groźba demontażu ustroju socjalistycznego w Polsce.

DESANT Z KREMLA
Jak zareagowała Moskwa?

Bardzo ostro. Chruszczow do Gomułki w ogóle nie miał zaufania, a po jego wystąpieniach podczas obrad Biura Politycznego wpadł we wściekłość.

Gomułka oficjalnie miał przejąć władzę na VIII Plenum KC PZPR zaplanowanym na 19 października.

Moskwa zamierzała temu zapobiec. Doszło do dramatycznej eskalacji: na rozkaz marszałka Rokossowskiego radzieckie oddziały stacjonujące na Dolnym Śląsku i Pomorzu opuściły koszary i ruszyły w kierunku Warszawy.

Z kolei ambasador Ponomarienko poinformował, że delegacja najwyższych władz radzieckich przyleci do Polski i chce porozmawiać z polskim kierownictwem jeszcze przed VIII Plenum. Moskwa zażądała, aby opóźnić rozpoczęcie obrad.

Oczywiście natolińczycy zasiadający w Biurze Politycznym KC naciskali, żeby na to przystać. Chcieli porozmawiać z towarzyszami radzieckimi i dopiero wtedy zacząć plenum. Ale sprzeciwili się inni członkowie Biura, w tym Edward Ochab. Obrady zaczęły się zgodnie z planem.

Sytuacja była więc wybuchowa na wielu poziomach: na Warszawę jechały sowieckie czołgi, Moskwa chciała dyktować, co ma robić polska władza, a do tego groził wybuch społeczny.

W całym kraju atmosfera była niezwykle napięta. Z partyjnych i ubeckich raportów wynika, że wszędzie odbywały się demonstracje uliczne i wiece - antyradzieckie albo poparcia dla Gomułki i VIII Plenum, a bardzo często oba wątki występowały łącznie. Te wydarzenia były tak burzliwe, że w każdej chwili mogły wymknąć się spod kontroli. Na przykład w Legnicy demonstranci usiłowali wtargnąć do radzieckich koszar. Próbowano niszczyć pomniki ku czci Armii Czerwonej.

O tym wielkim wrzeniu pisał we wspomnieniach Karol Modzelewski. Jako młody działacz PZPR-u był świadkiem, jak przywódca robotników w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu Lechosław Goździk stał na ciężarówce i odczytywał proponowany skład Biura Politycznego, wywołując gwizdy przy nazwiskach natolińczyków.

Polacy naprawdę żyli tymi wydarzeniami. W fabrykach powstawały rady robotnicze, autentyczny ruch robotniczy poza kontrolą władz. Podobnie było na uczelniach. Studenci Politechniki Warszawskiej w specjalnym liście zaapelowali do władz, żeby walczyły o to, by sojusz ze Związkiem Radzieckim i droga do socjalizmu nie ograniczały polskiej suwerenności.

 
I w tej atmosferze 19 października o siódmej rano na wojskowym lotnisku Boernerowo [dziś Babice] pod Warszawą wylądował Tu-104 z radziecką delegacją na pokładzie.

Oprócz Nikity Chruszczowa przyleciała cała wierchuszka, członkowie ścisłego kierownictwa Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, m.in. Wiaczesław Mołotow, Anastas Mikojan, Łazar Kaganowicz, a także marszałek Iwan Koniew. Chruszczow już na płycie lotniska wygrażał polskiemu kierownictwu.

Podobno krzyczał: "Ten numer wam nie przejdzie!".

Obrady VIII Plenum wprawdzie już się zaczęły, ale trzeba było je przerwać. Rozmowy polsko-radzieckie odbyły się w Belwederze. Były niezwykle burzliwe, nerwowe, chwilami toczyły się podniesionym głosem. Znany jest ich zapis...

...w dużej mierze dzięki Janowi Dzierżyńskiemu, synowi Feliksa, który przyleciał z delegacją radziecką jako tłumacz.

Chruszczow miał oczywiście pretensje o to, że nie skonsultowano z nim zmian, ale przede wszystkim sprzeciwiał się usunięciu Rokossowskiego z władz partii i z funkcji ministra obrony narodowej. Nie podobało mu się również zmarginalizowanie we władzach natolińczyków, którzy byli dla niego gwarantami posłuszeństwa i sowieckiej kontroli.

W wypowiedziach Chruszczowa i pozostałych członków sowieckiej delegacji czuć było nieufność i wyrażane między wierszami pogróżki. A zwłaszcza panikę - oni wprost oskarżali polskie kierownictwo o to, że toleruje działalność antyradziecką, a prasa otwarcie krytykuje partię.

Mikojan nawiązał do listu Gomułki z 1948 r., wytykając mu, że wcześniej ostrzegał Stalina przed komunistami pochodzenia żydowskiego, natomiast teraz sam się nimi otacza. Miał, rzecz jasna, na myśli puławian.

Gomułka się nie przestraszył.

Można o nim wiele złego powiedzieć, ale nie to, że brakowało mu odwagi i charakteru. Przekonywał Chruszczowa, że interesy radzieckie nie są zagrożone. Obiecywał, że Polska pozostanie członkiem bloku państw socjalistycznych i Układu Warszawskiego. Argumentował, że ze względu na sowiecką gwarancję granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej Polska potrzebuje Związku Radzieckiego bardziej niż on Polski.

Polacy postawili się i ostatecznie rozmowy zakończyły się porozumieniem. Nazajutrz rano delegacja radziecka odleciała do Moskwy. Kilkanaście dni później Rokossowski został odwołany z funkcji ministra obrony narodowej i wicepremiera, wkrótce potem wyjechał z Polski.

Wyprowadzenie wojsk radzieckich z koszar było demonstracją czy rzeczywiście mogły zostać użyte?

Moim zdaniem był to najdramatyczniejszy moment w całej historii Polski Ludowej. Nawet w okresie Solidarności nie było tak groźnie. W 1980 r. mówiliśmy jedynie o możliwości interwencji, a 19 października 1956 r. ona się de facto rozpoczęła i miała zablokować dojście Gomułki do władzy.

Jednym z mitów Października jest to, że postawiony wtedy w stan gotowości Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego miał walczyć ze zbliżającą się do Warszawy Armią Radziecką. Tak naprawdę dostał inne zadanie: jego oddziały miały stłumić ewentualne zamieszki w Warszawie podczas VIII Plenum. Oczywiście nie można wykluczyć, że gdyby Sowieci dotarli do stolicy, walki rzeczywiście by wybuchły, bo sytuacja była tak napięta, że wydarzyć mogło się wszystko.

Przez polskie miasteczka i wsie jechały uzbrojone oddziały, czołgi i ciężarówki z radzieckimi żołnierzami. Mieszkańcy traktowali te wojska jako okupacyjne, nastroje były rozedrgane do stopnia niemożliwego. Mogło dojść do otwarcia ognia na skutek drobnego incydentu, błahego zatargu między ludźmi a żołnierzami radzieckimi.

W końcu jednak wojska sowieckie się zatrzymały?

Nieco ponad 100 km od Warszawy, w okolicach Włocławka i Łodzi. Ale na pozycjach, które osiągnęły 19 października, pozostały jeszcze przez kilka dni. Dopiero 24 października zaczęły się wycofywać. Moim zdaniem dlatego, że dzień wcześniej na Węgrzech wybuchła rewolucja. Chruszczow uznał, że sytuacja w Budapeszcie jest groźniejsza, a nie chciał tłumić powstań w dwóch krajach jednocześnie.

Nastroje antysowieckie w Polsce utrzymywały się długo, jeszcze 10 grudnia 1956 r. w Szczecinie zdemolowano radziecki konsulat.

Gomułka stał się dla społeczeństwa mężem opatrznościowym. 24 października podczas słynnego wiecu na placu Defilad milionowy, jak szacowano, tłum odśpiewał mu Sto lat.

Wcześniej cały kraj wysłuchał przez radio jego przemówienia, już jako I sekretarza. Gomułka wygłosił je 20 października na VIII Plenum. To były niesamowite słowa. Mówił o zbrodniach popełnianych w okresie stalinowskim i o nieprawidłowościach w stosunkach polsko-radzieckich. Nawiązał do rozruchów w Poznaniu i wyraźnie przyznał rację robotnikom, a nie tym, którzy wydali rozkaz strzelania do nich. Mówił w końcu o polskiej, własnej drodze do socjalizmu. Zapowiedział też, że chłopi będą mogli opuścić spółdzielnie produkcyjne.

Na Polakach zrobiło to piorunujące wrażenie. Gomułka stał się bohaterem narodowym. Dostawał listy z wyrazami poparcia i uwielbienia. Widziano w nim polityka, który w czasach stalinowskich siedział w więzieniu, a teraz przeciwstawił się Sowietom. Obronił polską autonomię. Co więcej, ludzie wyobrażali sobie, że to dopiero początek. Może pełnej niepodległości nie uda się na razie wywalczyć, ale niezależność od Moskwy na pewno - tak jak Jugosławia.

Władysław Gomułka przemawia do ludzi zgromadzonych na placu Defilad. Warszawa, 24 października 1956

 
Trochę się przeliczyli.

Wielki paradoks Października polega na tym, że Gomułkę postrzegano jako polityka antysowieckiego. Ludzie na wiecach żądali wycofania z Polski Armii Radzieckiej i uważali Gomułkę za swego przywódcę.

To nieporozumienie miało zadziwiające skutki. Gdy nowy I sekretarz pojechał w listopadzie do Moskwy z oficjalną wizytą, w kraju wybuchła panika, że zostanie tam zamordowany. W drodze powrotnej był owacyjnie witany na stacjach kolejowych wzdłuż trasy przejazdu pociągu, co utrwaliła Polska Kronika Filmowa.

Prawdopodobnie nie było drugiego polityka w powojennej Polsce, który cieszyłby się tak wielkim poparciem społecznym. Może dopiero Lech Wałęsa [więcej o nim - s. 1141], kiedy 31 sierpnia 1980 r. podpisywał porozumienia sierpniowe, mógł równać się z Gomułką.

ZAMROŻONA ODWILŻ
I zaczęła się popaździernikowa odwilż. Jakie były jej oznaki?

Przede wszystkim oprawcy z MBP, tacy jak Anatol Fejgin czy Józef Różański, stanęli przed sądem i dostali wysokie, nawet kilkunastoletnie wyroki. Kościół katolicki przestał być represjonowany - już 26 października, dwa dni po zakończeniu VIII Plenum, wolność odzyskał prymas Wyszyński, przebywający od trzech lat w przymusowym odosobnieniu, ostatnio w Komańczy. A w grudniu anulowany został wyrok na biskupa Kaczmarka. Później przywrócono też religię w szkołach, a w urzędach i budynkach publicznych na nowo zawisły krzyże.

Rozpadła się zdecydowana większość spółdzielni produkcyjnych, czyli faktycznie kolektywizacja zakończyła się fiaskiem. Już nigdy nie było do niej powrotu w pełnej skali.

To, co zakazane, nagle stało się dozwolone. W różnych stowarzyszeniach twórczych - artystycznych czy literackich - do łask wrócili ludzie, którzy w czasach stalinowskich znaleźli się na marginesie, a ci, którzy wtedy popierali Stalina, zaczęli nawoływać do zmian. Powiało wolnością w każdej dziedzinie życia.

"W kawiarniany gwar jak tornado jazz się wdarł" - śpiewał po latach zespół Perfect.

Jazz jako muzyka z kraju imperialistycznego dotąd był zakazany. Muzycy grali go w podziemiu. Wyszli z niego, gdy rozkwitła działalność różnych organizacji młodzieżowych, studenckich, artystycznych i społecznych.

Przede wszystkim jednak wszyscy dyskutowali: ulica, partyjni, intelektualiści i oczywiście dziennikarze, ponieważ zelżała cenzura.

Symbolem niezależności w czasach stalinowskich był "Tygodnik Powszechny", a w trakcie odwilży - tygodnik "Po Prostu".

To jednak pisma z dwóch różnych światów. Katolicki "Tygodnik Powszechny" od początku istnienia, czyli od 1945 r., był wspierany przez Kościół. Gdy umarł Stalin, redakcja kierowana przez Jerzego Turowicza odmówiła publikacji na pierwszej stronie nekrologu, za co na pismo spadły represje. Przejęło je wtedy Stowarzyszenie PAX przedwojennego ONR-owca Bolesława Piaseckiego współpracującego z komunistami.

"Tygodnik Powszechny" był enklawą wolności, ale wyłącznie dla środowisk inteligenckich i zwłaszcza związanych z Kościołem. Po przejęciu go przez PAX to środowisko trwało, redakcja spotykała się nieformalnie. Pismo odzyskała na fali odwilży w grudniu 1956 r.

Natomiast tygodnik "Po Prostu" jeszcze na początku 1955 r. był nudną, stalinowską, propagandową piłą, nieróżniącą się od innych partyjnych gazet. W jego redakcji znaleźli się jednak młodzi, zdolni i odważni dziennikarze, którzy zaczęli pisać ciekawie i bezkompromisowo. W "Po Prostu" publikowali m.in. Jerzy Urban, Stefan Bratkowski i Jerzy Ambroziewicz, a także takie pióra jak Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko czy Jerzy Andrzejewski.

Gdzieś od przełomu 1955 i 1956 r. tygodnik zaczął wyrastać na czołowy organ odnowy. Dzięki odważnym, nowocześnie napisanym tekstom, które różniły się od dotychczasowej prasowej sztampy, "Po Prostu" zyskało ogromną popularność.

Równie bezkompromisowe teksty ukazywały się wtedy też w "Sztandarze Młodych" czy "Życiu Warszawy". Ale rzeczywiście to "Po Prostu" stało się pismem ikonicznym.

Tygodnik "Po Prostu" stał się również symbolem końca odwilży. W październiku 1957 r. władze przestały go tolerować i został zamknięty. Dlaczego Gomułka zdecydował się na odwrót od reform?

Moim zdaniem przeraziło go to, co się działo w Polsce. Widział rozchwiane nastroje społeczne i silne emocje antysowieckie. Wyobrażam sobie, jak musiał bać się ewentualnych skutków tego rozchwiania, szczególnie po tym, co wydarzyło się na Węgrzech.

Redakcja tygodnika "Po Prostu" maszeruje w pochodzie pierwszomajowym, Warszawa, 1956

 

Od momentu objęcia władzy konsekwentnie odbudowywał spoistość aparatu partyjnego podzielonego konfliktami. A także - i to jest najważniejsze - kontrolę aparatu partyjnego nad całym życiem społecznym. To był jego naczelny cel po przejęciu władzy.

Zamknięcie "Po Prostu" było jedynie częścią pewnego procesu, który trwał dłużej. Ścisła cenzura wróciła dość szybko. W stowarzyszeniach twórczych kierownicze stanowiska tracili ludzie, których wyniósł na nie październikowy przełom. Krok po kroku likwidowany był ruch rad robotniczych oraz pluralizm organizacji młodzieżowych. Gomułka działał bardzo konsekwentnie.

Entuzjazm społeczeństwa został zmarnowany, a nadzieje - zawiedzione.

Tak, ale jestem zwolennikiem poglądu, że destalinizacja, którą wprowadził Gomułka, była u nas głębsza niż w jakimkolwiek innym kraju satelickim, a jej skutki okazały się bardziej długotrwałe.

Ze szkół wprawdzie wycofano religię, a z urzędów znów zniknęły krzyże, ale Kościół katolicki zachował autonomię. Jego siła społeczna i materialna była zaś większa niż w jakimkolwiek innym kraju komunistycznym. Nie zmieniła tego nawet krucjata antykościelna, którą Gomułka rozpętał w latach 60. Biskupi zachowali niezależność, żadnego z nich już nigdy nie uwięziono.

Presja ideologiczna pozostała, nie było jednak powrotu do takiej uniformizacji życia jak wtedy, gdy np. polskim twórcom narzucano socrealizm.

Nie wrócił też masowy terror na wzór tego z czasów stalinowskich.

Nie było to już możliwe. Represje po Październiku były selektywne i ograniczone. Spotykały ludzi, którzy podejmowali konkretne działania opozycyjne. Bito i więziono studentów w 1968 r., ale dlatego, że wyszli na ulice. Ludzie nie byli aresztowani tylko z tego powodu, że walczyli w Armii Krajowej albo w Armii Andersa.

Po Październiku pozostał też niejaki pluralizm społeczny - przede wszystkim nieskolektywizowana wieś, a także poszanowanie autonomii życia prywatnego czy, do pewnego stopnia, kultury i nauki.

Można zaryzykować tezę, że stalinizm największą klęskę spośród krajów bloku poniósł w Polsce?

Nie sposób tego dokładnie zmierzyć. Sądzę, że tak, choć jego równie spektakularną klęskę przyniosła rewolucja węgierska. Istniejąca w Polsce "tkanka kulturowa", jak pisała wybitna badaczka Krystyna Kersten, utrudniała stalinizację i sowietyzację. Z jednej strony budował tę tkankę silny Kościół katolicki, z którym komuniści nawet w najczarniejszych czasach stalinizmu musieli się liczyć, gdyż miał on wpływ na społeczeństwo. A z drugiej strony tworzyły ją silne antyrosyjskie i antysowieckie poglądy Polaków uwarunkowane historycznie - rozbiorami, wojną 1920 r., agresją z września 1939 r. czy zbrodnią katyńską. Dla porównania: społeczeństwo czeskie było bardzo prorosyjskie, co sprawiało, że przychylniej przyjmowało wzory płynące z ZSRR.

W przypadku Polski ważne były też kadry, które miały wprowadzać komunizm. Nie były one zbyt silne. Przedwojenna Komunistyczna Partia Polski, z której się wywodziły, została w latach 30. przetrzebiona przez terror stalinowski, a w 1938 r. rozwiązana. Była zdecydowanie słabsza niż Komunistyczna Partia Czechosłowacji czy Komunistyczna Partia Niemiec.

Amerykański historyk John Connelly w książce Zniewolony uniwersytet (2014) porównał środowiska naukowe w NRD, Polsce i Czechosłowacji. Udowodnił, że komunistów na naszych uczelniach było znacznie mniej niż w pozostałych krajach. A przecież ktoś ten stalinizm musiał wprowadzać. Nie mogli tego robić wyłącznie doradcy radzieccy czy aktyw z awansu społecznego, często niewykształcony, niepotrafiący intelektualnie sprostać takiemu zadaniu. Brak wartościowych kadr powodował, że pewne procesy zachodziły w Polsce wolniej.

Czy należy uznać Październik '56 za kluczowy moment dla kształtowania się późniejszych postaw społecznych, które wpłynęły m.in. na takie wydarzenia jak Sierpień '80?

Prawdopodobnie tak. Bez względu na to, co Gomułka zrobił z odwilżą, ludzie zachowali wiele z wywalczonych w Październiku wolności - w Kościele, kulturze czy nauce. Środowisko historyczne jest tu dobrym przykładem, bo najzagorzalsi hunwejbini stalinowscy nie zdołali nigdy przejąć nad nim kontroli, choć próbowali.

Te wywalczone w 1956 r. enklawy wolności istniały w okresie gierkowskim i rządów Wojciecha Jaruzelskiego. Niewątpliwie odegrały ważną rolę we wszystkich wydarzeniach, które doprowadziły nas do przełomu 1989 r.

 
 

Spory o polskie powstania nigdy się nie skończą. I nie powinny, bo jest się o co spierać. Nasze zrywy narodowe w dużej mierze zdefiniowały polską tożsamość. Ukształtowały nasz specyficzny patriotyzm, na który składa się mieszanka bitewnych klęsk, heroicznych postaw i martyrologii. Wpłynęły na to, jak dziś myślimy i zachowujemy się jako jednostki oraz zbiorowość.

O powstaniach uczniowie recytują wiersze na szkolnych akademiach. Ich bohaterów widzimy na tabliczkach z nazwami ulic i na skwerach z pomnikami. Dyskutujemy o nich przy rodzinnych stołach. Chcemy czy nie, duch powstań zawsze nas dopada.

To książka o ludziach, którzy je wywołali, marząc o niepodległej Polsce. O ich naiwności, nadziejach, a także o zmarnowanych szansach. Ale również o przeciwnikach powstań, czyli o tych, którzy uważali, że niezawisłość można osiągnąć innymi metodami. Opowiada też o generacji, która ostatecznie niepodległej Polski doczekała, oraz o tym, jak sobie z nią poradziła.

I w końcu o pokoleniu, które chwyciło za broń w czasie II wojny światowej, a także o kolejnym, które po wojnie podjęło walkę o suwerenność Polski przywalonej sowieckim butem. O ludziach, którzy uparcie szukali sposobu, jak bez rozlewu krwi wywalczyć wolność dla siebie i współobywateli. I ten sposób znaleźli.

Powstańcy. Marzyciele i realiści są kontynuacją Władców Polski, książki, którą w 2018 r. napisałem wspólnie z Beatą Maciejewską. I tym razem ekspercka wiedza badaczy spotkała się z dziennikarską ciekawością. 27 historyków w 32 rozmowach opowiedziało o historii Polski - od insurekcji kościuszkowskiej aż do przełomu 1989 r. Nierzadko inaczej oceniają i interpretują te same fakty, ale zawsze mówią ciekawie i oryginalnie. Wszystkim z całego serca dziękuję i składam hołd ich wiedzy i profesjonalizmowi.

 

Mirosław Maciorowski

 
 
 
PROF. DR HAB. RICHARD BUTTERWICK

(ur. 1968) - historyk, zajmuje się dziejami Polski i Litwy, głównie w XVIII w. Profesor na Uniwersytecie Londyńskim, studiował w Cambridge, doktoryzował się w Oksfordzie, wykładał na Queen's University Belfast i w School of Slavonic and East European Studies na University College London, w latach 2014-2020 oraz od 2023 r. szef Katedry Cywilizacji Europejskiej w Kolegium Europy w Natolinie. Od 2022 r. główny historyk Muzeum Historii Polski. Dziadek profesora był Polakiem, który po kampanii wrześniowej w 1939 r. dotarł do Wielkiej Brytanii. Profesor zainteresował się polską historią pod wpływem epokowych wydarzeń - rewolucji Solidarności, a potem przełomu 1989 r. Najważniejsze książki: Stanisław August a kultura angielska, Polska rewolucja a Kościół katolicki 1788-1792, Konstytucja 3 Maja. Testament Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Światło i płomień. Odrodzenie i zniszczenie Rzeczypospolitej (1733-1795).

Rozmowa na s. 27

PROF. DR HAB. ANDRZEJ CHWALBA

(ur. 1949) - historyk, eseista, wykładowca akademicki, popularyzator historii. Zajmuje się dziejami XIX i XX w., relacjami polsko-rosyjskimi, a także historią Krakowa i Galicji. W latach 1996-1999 dziekan Wydziału Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, w latach 1999-2005 prorektor UJ, wieloletni kierownik Zakładu Antropologii Historycznej w Instytucie Historii UJ. Wiceprezes Polskiego Towarzystwa Historycznego, był członkiem Rady Muzeum Historii Polski. Autor kilkudziesięciu książek naukowych i popularnonaukowych, m.in.: Samobójstwo Europy. Wielka Wojna 1914--1918, Legiony Polskie 1914-1918, Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka 1918-1920, Festung Krakau. Kraków w cieniu twierdzy, 1919. Pierwszy rok wolności, Polska krwawi. Polska walczy. Jak żyło się pod okupacją 1939-1945, Wisła. Biografia rzeki. Współautor (wraz z Wojciechem Harpulą) tematycznych wywiadów rzek popularyzujących historię, m.in.: Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski, Cham i pan, Polska-Rosja. Historia obsesji, obsesja historii.

Rozmowy na s. 325, 443

PROF. DR HAB. JAROSŁAW CZUBATY

(ur. 1961) - historyk, wykładowca akademicki, popularyzator historii. Zajmuje się dziejami politycznymi, wojskowymi, ideologiami i mentalnością społeczeństw Europy u schyłku XVIII w., w początkach XIX w., a także w pierwszych dekadach porozbiorowych Polski. Pracuje na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 2012-2020 przewodniczył Radzie Naukowej Instytutu Historycznego UW. Był również przewodniczącym Rady Naukowej Dyscypliny Historia na UW. Autor podręczników do historii dla liceów oraz wielu artykułów naukowych i monografii, m.in.: Księstwo Warszawskie (1807--1815), Wodzowie i politycy. Generalicja polska lat 1806-1815, Rosja i świat. Wyobraźnia polityczna elity władzy imperium rosyjskiego w początkach XIX wieku, Zasada "dwóch sumień". Normy postępowania i granice kompromisu politycznego Polaków w sytuacjach wyboru (1795-1815) (Nagroda KLIO), Warszawa 1806-1815. Miasto i ludzie.

Rozmowa na s. 95

PROF. DR HAB. BARBARA ENGELKING

(ur. 1962) - psycholożka i socjolożka. Zajmuje się losami polskich Żydów w czasie II wojny światowej i ocalałych z Holocaustu oraz postawą ludności polskiej wobec Zagłady. Kieruje Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, w latach 2014--2018 przewodniczyła Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej. Członkini m.in. Rady Programowej Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz Rady Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Autorka i współautorka wielu prac badawczych i monografii, m.in.: Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście (z Jackiem Leociakiem), Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski (współautorstwo i współredakcja z Janem Grabowskim), Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945, "Szanowny panie gistapo". Donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940-1941, Na łące popiołów. Ocaleni z Holocaustu.

Rozmowa na s. 845

PROF. DR HAB. ANDRZEJ FRISZKE

(ur. 1956) - historyk, badacz dziejów najnowszych, publicysta. Znawca dziejów Polski w XX w., w tym opozycji demokratyczniej w PRL-u, środowisk inteligencji katolickiej, przedwojennej lewicy i polskiej emigracji po 1945 r. Pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Członek rzeczywisty PAN. Przez 25 lat wykładowca Collegium Civitas, członek Rady Muzeum Historii Polski, był członkiem Kolegium IPN (1999-2006) i Rady IPN (2011-2016), przewodniczący jury Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego. Redaktor działu historycznego czasopisma "Więź", od 1980 r. członek Klubu Inteligencji Katolickiej. Autor wielu monografii, m.in.: Opozycja polityczna w PRL 1945-1980, Życie polityczne emigracji, Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi, Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności, Polska. Losy państwa i narodu 1939-1989, Adam Ciołkosz. Portret polskiego socjalisty, Między wojną a więzieniem 1945-1953, Przystosowanie i opór. Studia z dziejów PRL, Rewolucja Solidarności 1980-1981, Sprawa jedenastu. Uwięzienie przywódców NSZZ "Solidarność" i KSS "KOR" 1981-1984, Państwo czy rewolucja. Polscy komuniści a odbudowanie państwa polskiego 1892-1920, Czekanie na rewolucję. Komuniści w II Rzeczypospolitej 1921-1926.

Rozmowa na s. 1093

PROF. DR HAB. MACIEJ GÓRNY

(ur. 1976) - historyk, zajmuje się dziejami Europy Środkowo-Wschodniej w XIX i XX w. oraz historią nauki. Pracuje w Instytucie Historii PAN. Członek korespondent Austriackiej Akademii Nauk. Autor wielu artykułów, książek naukowych i popularnonaukowych, m.in.: Nasza wojna. Europa Środkowo-Wschodnia. Imperia 1912-1916. Narody 1917-1923 (z Włodzimierzem Borodziejem; nagroda Historyczna Książka Roku im. Karola Modzelewskiego Polskiego Towarzystwa Historycznego), Kreślarze ojczyzn. Geografowie i granice międzywojennej Europy (Nagroda KLIO), Wielka Wojna profesorów. Nauki o człowieku (1912-1923), Polska bez cudów. Historia dla dorosłych, Historia głupich idei albo duch narodu w świątyni nauki, Matka wynalazków. Jak Wielka Wojna urządza nam życie. Popularyzator historii i publicysta, pisuje m.in. do "Gazety Wyborczej", "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i "Przeglądu Politycznego". Współtworzył wystawę Architektura niepodległości w Europie Środkowej w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie.

Rozmowa na s. 607

PROF. DR HAB. MACIEJ JANOWSKI

(ur. 1963) - historyk, eseista, zajmuje się dziejami Polski i Europy w XIX w., pracuje w Zakładzie Historii Idei i Dziejów Inteligencji w XIX i XX w. Instytutu Historii PAN. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Wykładał na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Współautor (z Jerzym Jedlickim i Magdaleną Micińską) trzytomowych Dziejów inteligencji polskiej do roku 1918, wyróżnionych Nagrodą Historyczną tygodnika "Polityka", Nagrodą Biblioteki Raczyńskich i Nagrodą im. Jerzego Giedroycia. Współautor (z Balázsem Trencsényim, Móniką Baár, Marią Faliną, Michalem Kopečkiem, Luką Lisjakiem Gabrijelčičem) A History of Modern Political Thought in East Central Europe, wydanej przez Oxford University Press. Stały felietonista magazynu "Ale Historia" "Gazety Wyborczej". Autor książek: Polska myśl liberalna do 1918 roku, Inteligencja wobec wyzwań nowoczesności. Dylematy ideowe polskiej demokracji liberalnej w Galicji w latach 1889-1914, oraz wielu artykułów popularnonaukowych w magazynie "Mówią Wieki".

Rozmowy na s. 299, 373

PROF. DR HAB. MAŁGORZATA KARPIŃSKA

(ur. 1955) - historyczka związana z Uniwersytetem Warszawskim. Bada historię Polski i powszechną końca XVIII i pierwszej połowy XIX w. Specjalizuje się w historii społecznej oraz dziejach polskiego parlamentaryzmu. Dziekan Wydziału Historycznego (2016-2020) i Wydziału Nauk o Kulturze i Sztuce (2020-2024, 2024 - kadencja do 2028), wicedyrektorka Instytutu Historycznego UW (2012-2016), kierowniczka Zakładu Historii XIX wieku (2013-2020). Sekretarz Komitetu Nauk Historycznych Polskiej Akademii Nauk (2021-2023). Członkini redakcji "Przeglądu Historycznego" (2016-2019), zastępczyni redaktora naczelnego tego pisma (2019-2021). Popularyzatorka historii m.in. na łamach czasopisma "Mówią Wieki" oraz "Pomocnika Historycznego" tygodnika "Polityka". Autorka m.in. książek: Złodzieje, agenci, policyjni strażnicy... Przestępstwa pospolite w Warszawie 1815-1830, Senatorowie, posłowie i deputowani Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego, Nie ma Mikołaja! Starania o kształt sejmu w powstaniu listopadowym 1830-1831 (Nagroda KLIO), współautorka t. 1. Historii Polski, edytorka Dzienników ks. Adama Jerzego Czartoryskiego 1813-1817.

Rozmowa na s. 141

PROF. DR HAB. NORBERT KASPAREK

(ur. 1960) - pracuje w Katedrze Historii XIX i XX wieku Instytutu Historii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego oraz w Archiwum Państwowym w Olsztynie. Zajmuje się głównie powstaniami, zwłaszcza listopadowym, buntami, rewolucjami na przestrzeni XIX w., a także emigracją, wojskowością, Kresami i pograniczem, pamiętnikarstwem i edytorstwem źródeł XIX w. Dwukrotnie prodziekan i dwukrotnie dziekan Wydziału Humanistycznego, kierownik katedry, dyrektor Archiwum Państwowego w Olsztynie. Organizator Delegatury IPN w Olsztynie. Członek m.in. Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Historycznego i Komitetu Nauk Historycznych Polskiej Akademii Nauk. Autor około 400 publikacji, m.in.: Prusy Wschodnie w polskiej myśli politycznej lat 1795-1847, Pamiętniki Ignacego Lubowieckiego (oprac. i przedmowa), Powstańczy epilog. Żołnierze listopadowi w dniach klęski i internowania 1831-1832, Dni przełomu powstania listopadowego. Bitwa pod Ostrołęką (26 maja 1831) (wyróżnienie w Konkursie im. prof. Jerzego Skowronka), Polnische Aufständische in Ost- und Westpreußen (1831-1833).

Rozmowa na s. 177

PROF. ISTVÁN KOVÁCS

(ur. 1945) - historyk, eseista, poeta, tłumacz, dyplomata, znawca stosunków polsko-węgierskich. Wieloletni wykładowca Uniwersytetu Loránda Eötvösa w Budapeszcie, założyciel i kierownik Katedry Polonistyki na Uniwersytecie w Piliscsabie, pracownik Instytutu Historii Węgierskiej Akademii Nauk. Tłumacz na węgierski książek Mariana Brandysa, Melchiora Wańkowicza, Ryszarda Kapuścińskiego, Jarosława Iwaszkiewicza i poezji Edwarda Stachury. Wieloletni konsul generalny Węgier w Polsce, Honorowy Obywatel Krakowa. Autor artykułów historycznych i książek, m.in.: Polacy w węgierskiej Wiośnie Ludów 1848-1849: "Byliśmy z Wami do końca", Józef Bem. Bohater wiecznych nadziei, Nieznani polscy bohaterowie powstania węgierskiego 1848-1849, Honwedzi, emisariusze, legioniści. Słownik biograficzny polskich uczestników Wiosny Ludów na Węgrzech 1848-1849.

Rozmowa na s. 259

JÓZEF KRZYK

(ur. 1965) - dziennikarz i historyk przez wiele lat związany z "Gazetą Wyborczą", a następnie redaktor portalu Dzieje.pl wydawanego przez Polską Agencję Prasową i Muzeum Historii Polski. Napisał kilkaset artykułów popularnonaukowych, m.in. w magazynie "Ale Historia" "Gazety Wyborczej" i półroczniku "CzasyPismo" Instytutu Pamięci Narodowej. Laureat Nagrody Prezydenta Miasta Zabrze w Dziedzinie Kultury oraz nagrody dziennikarskiej Silesia Press. Współautor (z Barbarą Szmatloch) biografii Korfanty. Silna bestia. Autor książek: Spacerownik powstańczy, Papierowa wojna. Powstania śląskie 1919-1921, Szałfynster. Od kopalni Ferdynand do Muzeum Śląskiego oraz Plagi. Historia bez końca. 26 chorób, które zmieniły świat.

Rozmowa na s. 573

DR ANNA MACHCEWICZ

(ur. 1965) - historyczka, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się historią społeczną i historią opozycji demokratycznej w powojennej Polsce. Scenarzystka i autorka filmów dokumentalnych, reportażystka. Felietonistka magazynu "Ale Historia" "Gazety Wyborczej". Członkini kapituły Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego. Autorka książek, m.in.: Kazimierz Moczarski. Biografia, Bunt. Strajki w Trójmieście. Sierpień 1980, "Życie tak nas głupio rozłącza...". Listy więzienne 1946-1956 Zofii i Kazimierza Moczarskich (oprac. i redakcja), Węzły pamięci niepodległej Polski (współautorka).

Rozmowa na s. 1135

PROF. DR HAB. PAWEŁ MACHCEWICZ

(ur. 1966) - historyk, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Współtwórca i pierwszy dyrektor (2008-2017) Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Stypendysta Fulbrighta, Woodrow Wilson International Center for Scholars w Waszyngtonie, Brytyjskiej Akademii Nauk, hiszpańskiego MSZ, Wissenschaftskolleg zu Berlin, Imre Kertész Kolleg Jena, Yale University, Instytutu Historii Najnowszej w Monachium. Wykładał w Collegium Civitas, na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytecie Warszawskim. Współtworzył IPN, w którym był dyrektorem Biura Edukacji Publicznej. Laureat Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, Nagrody Historycznej tygodnika "Polityka", Nagrody im. Jerzego Giedroycia, Nagrody im. Jerzego Turowicza. Autor książek: Polski rok 1956, Emigracja w polityce międzynarodowej, Historia Hiszpanii (z Tadeuszem Miłkowskim), Wokół Jedwabnego (z Krzysztofem Persakiem), "Monachijska menażeria". Walka z Radiem Wolna Europa 1950-1989, Spory o historię 2000-2011, Muzeum, Wina, kara, polityka. Rozliczenia ze zbrodniami II wojny światowej (z Andrzejem Paczkowskim), Narodowy komunizm po polsku. "Partyzanci" Moczara.

Rozmowa na s. 977

PROF. DR HAB. WŁODZIMIERZ MĘDRZECKI

(ur. 1959) - historyk i antropolog kultury. Bada przemiany społeczeństwa polskiego w XIX i XX w. oraz stosunki narodowościowe na ziemiach polskich, zwłaszcza polsko-ukraińskie. Pracownik Zakładu Historii Społecznej XIX i XX wieku Instytutu Historii PAN, w latach 2002-2012 profesor Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Autor podręczników szkolnych oraz wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych. Najważniejsze książki: Województwo wołyńskie 1921-1939. Elementy przemian cywilizacyjnych, społecznych i politycznych, Niemiecka interwencja militarna na Ukrainie w 1918 roku (Nagroda im. Wacława Felczaka i Henryka Wereszyckiego), Młodzież wiejska na ziemiach Polski Centralnej 1864-1939 (Nagroda Wydziału II PAN), Inteligencja polska na Wołyniu w okresie międzywojennym (Nagroda "Przeglądu Wschodniego"), Autonomia jednostki w Europie i w Polsce od XVII do XX wieku (redakcja), Kresowy kalejdoskop. Wędrówki przez Ziemie Wschodnie Drugiej Rzeczypospolitej 1918-1939 (Nagroda KLIO), Odzyskany śmietnik. Jak radziliśmy sobie z niepodległością w II Rzeczypospolitej? (Nagroda Historyczna tygodnika "Polityka").

Rozmowa na s. 675

DR HAB. TOMASZ NAŁĘCZ

(ur. 1949) - historyk, publicysta, eseista i polityk. Profesor na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego, profesor Akademii im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Bada historię polityczną Polski XIX i XX w. Poseł na sejm II i IV kadencji, wicemarszałek sejmu (2001-2005), doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego ds. historii i dziedzictwa narodowego (2010-2015), kawaler Orderu Odrodzenia Polski. Konsultant historyczny serialu Marszałek Piłsudski Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego (2001). Felietonista magazynu "Ale Historia" "Gazety Wyborczej". Opublikował m.in. książki: Polska Organizacja Wojskowa 1914-1918, Józef Piłsudski - legendy i fakty (z Darią Nałęcz), Irredenta polska, Rewolucja 1905 roku. Próba generalna wskrzeszenia Polski, Afera Rywina. Odsłanianie prawdy (był przewodniczącym komisji śledczej powołanej przez sejm do wyjaśnienia tej sprawy).

Rozmowy na s. 401, 475, 639

PROF. DR HAB. DARIUSZ NAWROT

(ur. 1962) - historyk, pracuje w Instytucie Historii Uniwersytetu Śląskiego. Członek Zespołu Historii Wojskowości Komitetu Nauk Historycznych Polskiej Akademii Nauk. Dyrektor Instytutu Zagłębia Dąbrowskiego. Zajmuje się dziejami ziem polskich w epoce napoleońskiej i historią polskich formacji wojskowych w czasach Księstwa Warszawskiego. Bada także dzieje Rzeczypospolitej w ostatnich latach jej istnienia oraz historię Zagłębia Dąbrowskiego. Autor ponad 200 publikacji naukowych, m.in.: Litwa i Napoleon w 1812 roku, Śląsk w dobie kampanii napoleońskich. Studia pod redakcją Dariusza Nawrota, Powstanie na Nowym Śląsku w 1806 i 1807 roku. U źródeł Zagłębia Dąbrowskiego, Tadeusz Kościuszko. Polski i amerykański bohater.

Rozmowa na s. 65

DR HAB. PIOTR OSĘKA

(ur. 1973) - historyk w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. W 2000 r. był stypendystą Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, w 2016 r. uzyskał habilitację. Zajmuje się dziejami politycznymi i społecznymi PRL-u. Publicysta, komentator, publikuje w "Gazecie Wyborczej", "Polityce" i "Newsweeku". Autor wielu książek, m.in.: Rytuały stalinizmu. Oficjalne święta i uroczystości rocznicowe w Polsce 1944-1956, Syjoniści, inspiratorzy, wichrzyciele. Obraz wroga w propagandzie Marca 1968, Marzec '68, Mydlenie oczu. Przypadki propagandy w Polsce. Za książkę My, ludzie z Marca. Autoportret pokolenia '68 otrzymał Nagrodę im. Hirszowiczów.

Rozmowa na s. 1017

PROF. DR HAB. ANDRZEJ PACZKOWSKI

(ur. 1938) - historyk, badacz i wykładowca. Działacz opozycji w PRL-u, współorganizator i w latach 1983-1989 redaktor merytoryczny serii "Archiwum Solidarności". Zajmuje się dziejami politycznymi i społecznymi Polski w XX w., a także historią prasy. Pracował w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, Instytucie Historii PAN i Instytucie Studiów Politycznych PAN. Członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej (1999-2011), członek i przewodniczący Rady IPN (2011-2016). Ekspert komisji sejmowych badających legalność stanu wojennego i postawienia osób odpowiedzialnych za jego wprowadzenie przed Trybunałem Stanu. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Autor wielu artykułów i książek, m.in.: Prasa polska 1918-1939, Historia polityczna Polski 1944-1948, Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty, Trzy twarze Józefa Światły, Pół wieku dziejów Polski 1939-1989 (Nagroda KLIO), Strajki, bunty, manifestacje jako "polska droga" przez socjalizm, Droga do "mniejszego zła". Strategia i taktyka obozu władzy, lipiec 1980 - styczeń 1982, Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 - 22 VII 1983, Wina, kara, polityka. Rozliczenia ze zbrodniami II wojny światowej (z Pawłem Machcewiczem).

Rozmowa na s. 1173

SEBASTIAN PAWLINA

(ur. 1988) - historyk, pisarz, publicysta i muzealnik. Na co dzień bada dzieje Polskiego Państwa Podziemnego, historię Polski w pierwszej połowie XX w. i wpływ wojny na ludzką psychikę oraz zajmuje się pamięcią historyczną. Publikuje w "Gazecie Wyborczej" i "Dzienniku Gazecie Prawnej". Autor książek, m.in.: Praca w dywersji, Motyl. Ścibor-Rylski. 101 lat Polski, czyli opowieść o generale, Wojna w kanałach, Barykady '44. Laureat Nagrody Historycznej tygodnika "Polityka" 2017 za najlepszy debiut. Kurator i współtwórca wystaw muzealnych w Polsce i na świecie, m.in.: Generał Stanisław Maczek i jego żołnierze, Powstali 1863-64, Zaginiony w Potopie. Królewski pałac Villa Regia, a także stałych ekspozycji w Memoriale gen. Maczka w Bredzie oraz w Polskim Instytucie Badawczym i Muzeum w Budapeszcie.

Rozmowy na s. 797, 885

DR MAREK REZLER

(ur. 1948) - historyk, regionalista, publicysta, popularyzator historii. Bada dzieje Wielkopolski, szczególnie udział jej mieszkańców w walkach o odzyskanie niepodległości. Autor wielu artykułów, audycji radiowych i książek historycznych, m.in. biografii: Emilia Sczaniecka 1804-1896, Piotr Wawrzyniak 1849-1910, Karol Marcinkowski 1800-1846, Hipolit Cegielski 1813-1868, a także monografii: Wielkopolska Wiosna Ludów 1848 roku. Zarys dziejów militarnych, Powstanie wielkopolskie 1918-1919, Wielkopolanie pod bronią 1768-1921. Udział mieszkańców regionu w powstaniach narodowych, Nie tylko orężem. Bohaterowie wielkopolskiej drogi do niepodległości.

Rozmowa na s. 537

DR JAN SZKUDLIŃSKI

(ur. 1979) - historyk, muzealnik, kierownik Działu Naukowego w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, kurator kilku sekcji tematycznych wystawy głównej, tłumacz. Do jego zainteresowań badawczych należą dzieje wojen i wojskowości XIX i XX w. W latach 2017-2019 kierownik Działu Historycznego Muzeum Miasta Gdyni. Od 2020 r. przygotowuje w Muzeum Gdańska nową wystawę stałą w oddziale Muzeum Poczty Polskiej. Od ponad 10 lat współpracuje z Fundacją LRE w projekcie Liberation Route Europe. Autor ścieżki edukacyjnej na Westerplatte. Przetłumaczył na język polski kilkadziesiąt książek historycznych i artykułów naukowych. Autor m.in. książki Chancellorsville 1863, kilkunastu artykułów naukowych dotyczących m.in. kontrowersji związanych z obroną Westerplatte oraz albumu Życie codzienne żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie 1939-1947 (z Mariuszem Gąsiorem i Arturem Wodzyńskim). Współpracował m.in. przy wystawach Westerplatte: Kurort - Bastion - Symbol (MIIWŚ), Luter w Gdyni (Muzeum Miasta Gdyni), Sucharski: Oblicza (Muzeum Gdańska).

Rozmowa na s. 719

PROF. DR HAB. JACEK TEBINKA

(ur. 1964) - historyk i politolog, profesor zwyczajny w Instytucie Politologii Uniwersytetu Gdańskiego. Interesują go stosunki brytyjsko-polskie w XX w., sprawa polska w II wojnie światowej, rola służb specjalnych w dyplomacji oraz historia zimnej wojny. Autor m.in. książek: "Wielka Brytania dotrzyma lojalnie swojego słowa". Winston S. Churchill a Polska, Polska w brytyjskiej strategii wspierania ruchu oporu. Historia Sekcji Polskiej Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE) (z Anną Zapalec). Wydał tomy: Polskie Dokumenty Dyplomatyczne 1941, Polskie Dokumenty Dyplomatyczne 1943 (z Piotrem Długołęckim), oraz zbiór dokumentów Na najwyższym szczeblu. Spotkania premierów Rzeczypospolitej Polskiej i Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej (z Markiem K. Kamińskim).

Rozmowa na s. 751

PROF. DR HAB. RAFAŁ WNUK

(ur. 1967) - historyk związany z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, współautor scenariusza wystawy głównej. Autor około 100 artykułów naukowych poświęconych historii II wojny światowej, powojennej konspiracji antykomunistycznej w Europie Środkowej i Wschodniej, pamięci kulturowej oraz kwestiom związanym z upamiętnieniami i muzeami. W latach 2002-2010 był redaktorem naczelnym półrocznika Instytutu Pamięci Narodowej "Pamięć i Sprawiedliwość", a w latach 2001-2007 kierował zespołem autorów Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956. Popularyzator historii na portalach i kanałach Ohistorie i Historia BEZ KITU. Autor m.in. książek: "Za pierwszego Sowieta". Polska konspiracja na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (wrzesień 1939 - czerwiec 1941), Leśni bracia. Podziemie antykomunistyczne na Litwie, Łotwie i w Estonii 1944-1956, Wojna po wojnie. Antysowieckie podziemie w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1944-1953 (z Grzegorzem Motyką, Tomaszem Stryjkiem i Adamem F. Baranem), Niezłomni czy realiści? Polskie podziemie antykomunistyczne bez patosu (ze Sławomirem Poleszakiem).

Rozmowa na s. 931

ADAM ZAMOYSKI

(ur. 1949) - historyk i eseista. Syn wojennych emigrantów, urodzony w Nowym Jorku, wychowany w Anglii, studiował historię i języki nowożytne na uniwersytecie w Oksfordzie. Autor 13 prac historycznych, w tym biografii Chopina, Paderewskiego, Stanisława Augusta, Napoleona oraz Izabeli Czartoryskiej, tłumaczonych na polski i inne języki. Jego historia Polski, wydana po polsku pierwotnie pod tytułem Własną drogą. Osobliwe dzieje Polaków i ich kultury, widniała w pierwszej dziesiątce na liście bestsellerów w Londynie przez siedem tygodni w 1987 r. i została wydana w tłumaczeniu na kilkanaście języków. Jego felietony ukazały się we wszystkich głównych gazetach brytyjskich. Były prezes zarządu Fundacji Książąt Czartoryskich, zaangażowany w renowację Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Uhonorowany przez Ministra Spraw Zagranicznych RP dyplomem za wybitne zasługi dla kultury polskiej na świecie w 1998 r. Komandor Orderu Odrodzenia Polski.

Rozmowa na s. 505

DR HAB. MARCIN ZAREMBA

(ur. 1966) - historyk i socjolog, absolwent i profesor Uniwersytetu Warszawskiego, pracuje na Wydziale Historii UW. Bada historię społeczną PRL-u. Współpracuje z "Więzią" i "Polityką" jako autor tekstów, współautor podcastu Polityka o historii i juror nagrody historycznej. Jego praca doktorska Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce dostała nagrody KLIO, "Polityki" i Ministra Kultury. Jego najważniejsze książki to Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys (Nagroda im. Jerzego Turowicza) i Wielkie rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności (nagroda Historyczna Książka Roku im. Karola Modzelewskiego Polskiego Towarzystwa Historycznego, Nagroda Historyczna tygodnika "Polityka", finalista Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego).

Rozmowa na s. 1059

DR HAB. JERZY ZDRADA

(ur. 1936) - historyk, docent PAN, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się historią Polski i Europy w XIX w. W PRL-u wspierał KOR, od 1980 r. w Solidarności, w stanie wojennym w jej tajnych władzach RKW Małopolska i Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej, w 1984 r. represyjnie zwolniony z pracy w PAN, kustosz w Bibliotece Jagiellońskiej. Członek Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Po 1989 r. polityk, poseł na sejm w latach 1989-1997, wiceminister edukacji narodowej. Wiceprzewodniczący Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, członek Komisji Spraw Europejskich Polskiej Akademii Umiejętności, w latach 2005-2020 przewodniczący Rady Kuratorów Ossolineum. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Autor wielu artykułów naukowych i monografii, m.in.: Zmierzch Czartoryskich, Jarosław Dąbrowski 1836-1871, Dziennik 1914-1918 Jana Dąbrowskiego (redakcja), Wielka Emigracja po Powstaniu Listopadowym (w serii "Dzieje Narodu i Państwa Polskiego"), Sprawa polska w okresie powstania styczniowego, Historia Polski 1795-1914, współautor Historii dyplomacji polskiej (t. 3.) i Historii dyplomacji polskiej X-XX w.

Rozmowa na s. 221

ADAM MICHNIK

(ur. 1946) - historyk, publicysta, eseista, intelektualista, redaktor naczelny "Gazety Wyborczej". Jedna z najważniejszych postaci powojennej historii Polski, w PRL-u działacz KOR-u, doradca Solidarności, filar opozycji demokratycznej, wieloletni więzień polityczny. Współtwórca i uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Jego artykuł Wasz prezydent, nasz premier, opublikowany w "Gazecie Wyborczej" 3 lipca 1989 r., okazał się przełomowy dla transformacji politycznej w Polsce i powstania III Rzeczypospolitej. W 2000 r. Międzynarodowy Instytut Prasy umieścił go na liście 50 Bohaterów Wolności Prasy, a w 2006 r. dziennik "Financial Times" - wśród 20 najbardziej wpływowych dziennikarzy świata. W 2010 r. został odznaczony Orderem Orła Białego. Autor esejów fundamentalnych dla polskiej myśli polityczno-społecznej. Do najważniejszych należą: Kościół, lewica, dialog, wydany przez paryski Instytut Literacki w 1977 r., Cienie zapomnianych przodków, Rozmowa w Cytadeli, Z dziejów honoru w Polsce. Wypisy więzienne, W poszukiwaniu utraconego sensu, Między Panem a Plebanem (z ks. Józefem Tischnerem i Jackiem Żakowskim), Wściekłość i wstyd, W cieniu totalitaryzmu.

Rozmowa na s. 1221

Rozmowy przeprowadził:MIROSŁAW MACIOROWSKI

(ur. 1963) - dziennikarz, publicysta, od 1992 r. pracuje w "Gazecie Wyborczej". Z wykształcenia inżynier, z zamiłowania popularyzator historii. Od 2016 r. szef tygodnika "Ale Historia", a od 2022 r. również sobotniego "Magazynu" "Gazety Wyborczej". Autor wielu artykułów i rozmów, a także książek Sami swoi i obcy oraz Władcy Polski. Historia na nowo opowiedziana (z Beatą Maciejewską).

CZĘŚĆ I
LICZMY NA SIEBIE
Nie traćcie nadziei
Tułacze generała Dąbrowskiego
Nasz przyjaciel cesarz
Polska według carów
Wodzowie, którzy nie chcieli się bić
Ojczyzna na obczyźnie
Bitewny szał generała Bema
Samotny bój margrabiego
Obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni...
 
 

Żaden przywódca polskich zrywów nie ma tak mocnej pozycji jak Tadeusz Kościuszko. To wręcz archetyp insurekcyjnego wodza.

W przypadku powstania listopadowego trudno mówić o jednym przywódcy. Wprawdzie na myśl przychodzi od razu Piotr Wysocki, jednak nie stał on na czele zrywu. Podchorążowie, którzy wzniecili walkę, szukali wodza z prawdziwego zdarzenia, ale go nie znaleźli. Ci, którzy później dowodzili, nie sprostali zadaniu, zresztą prawdopodobnie wcale nie chcieli się bić.

Podczas powstania styczniowego rządy narodowe i dyktatorzy zmieniali się często. Historia na pierwszy plan wysunęła Romualda Traugutta, który porzucił wygodną emeryturę carskiego oficera i poszedł do powstania, gdy chyliło się już ku upadkowi. Traugutt jednak ma dziś przede wszystkim wizerunek heroiczny - męczennika straconego na stokach Cytadeli.

Wyjątkową pozycję w naszych dziejach zdobyli również gen. Jan Henryk Dąbrowski, książę Józef Poniatowski oraz gen. Józef Bem. Wszyscy walczyli w polskich powstaniach, ale to nie z ich powodu zyskali sławę. Dąbrowski stworzył we Włoszech Legiony Polskie, które walczyły o wskrzeszenie Rzeczypospolitej, tyle że pozostały na obczyźnie i nawet nie zbliżyły się do granic upragnionego kraju. Książę Józef Poniatowski dowodził polską armią Księstwa Warszawskiego, namiastki Polski powstałej jednak nie w wyniku powstania, lecz z woli cesarza Francuzów Napoleona I. Z kolei Józef Bem do historii wjechał, galopując po polach Siedmiogrodu. W okresie Wiosny Ludów był bohaterem powstania węgierskiego i to na Węgrzech jest dziś czczony.

Tymczasem Tadeusz Kościuszko, jak twierdzi prof. Richard Butterwick, stał się postacią nie tylko podziwianą, lecz także jednoczącą Polaków bez względu na przekonania polityczne i klasę społeczną. Zdaniem brytyjskiego badacza polskich dziejów stało się tak dlatego, że na jego wizerunku jako obywatela nie ma żadnej rysy.

Kościuszko wytyczył też dwa główne kierunki, w których podążała większość polityków planujących kolejne zrywy. Po pierwsze, uważał, że warunkiem powodzenia walki jest uwolnienie chłopów. Do swoich programów ten punkt wpisywali potem w zasadzie wszyscy insurgenci. Po drugie, w broszurze Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość? postawił tezę, że Polacy nie powinni liczyć na innych, bo stać ich na samodzielne wywalczenie własnego państwa. Ta myśl pojawia się również w późniejszych programach politycznych. Liderzy emigracyjnego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego pisali: "Jest nas 20 milionów i w tej masie drzemie potężna siła, tylko trzeba ją wyzwolić".

Dziś wiemy, że była to wiara szlachetna, ale jakże naiwna.

 
 

Tadeusz Kościuszko na koniu, malarz nieznany, poł. XIX w.

 
 
NIE TRAĆCIE NADZIEI

INSUREKCJA KOŚCIUSZKOWSKA

 
Mirosław Maciorowski: Amerykański biograf Tadeusza Kościuszki Alex Storozynski książkę o nim zaczął od perypetii miłosnych bohatera: przyszły naczelnik insurekcji zakochał się z wzajemnością w pannie Ludwice Sosnowskiej, jednak jej ojciec nie pozwolił na ożenek. Autor jakby sugerował, że bohatera narodowego Polacy zawdzięczają jego niedoszłemu teściowi, który skierował Kościuszkę na właściwą drogę.

Prof. Richard Butterwick: Sprawa musiała być poważna, skoro Kościuszko postanowił porwać pannę Ludwikę - oczywiście za jej zgodą. Niestety, podczas ucieczki zostali zatrzymani przez ludzi jej ojca. Ludwika została siłą wyciągnięta z powozu i odstawiona do domu. Józefowi Sosnowskiemu nie mieściło się w głowie, że jego córka może wyjść za kogoś takiego jak Kościuszko.

Według prof. Tadeusza Korzona Kościuszko usłyszał od niego: "Synogarlice nie dla wróbli, a córki magnackie nie dla drobnych szlachetków".

Sosnowski to był jednak magnat, hetman polny litewski, cóż mógł dla niego znaczyć taki Kościuszko? Wprawdzie szlachcic, obiecujący inżynier wojskowy kształcony w Warszawie, ale chudopachołek.

Po próbie porwania wybuchł skandal, Kościuszko musiał uciekać i wkrótce znalazł się na statku płynącym do Ameryki. Rzeczywiście więc ten epizod okazał się przełomowy w jego życiu i karierze wojskowej.

Ludwika wyszła potem za Józefa Aleksandra Lubomirskiego, co prawda księcia, ale utracjusza, który podobno przegrał w karty majątek na Podolu. A Kościuszko nigdy się nie ożenił i chyba nawet nie zakochał.

Zwykle mierzył za wysoko albo miał po prostu pecha. Spotykał się z niezrozumieniem ojców i opiekunów atrakcyjnych panien. Ale czy się nie zakochał? On się często zakochiwał, zyskał wręcz wizerunek nieszczęśliwego amanta, który marzy o miłości, ale nie może jej znaleźć.

Ludwika Sosnowska, niedoszła żona Tadeusza Kościuszki, malarz nieznany, ok. 1775

 

Być może to jednak był kamuflaż, bo później Kościuszko miał liczne relacje z kobietami, dużo młodszymi, atrakcyjnymi. To, że nigdy się nie ożenił, nie oznacza, że nie miał udanych związków.

Ale hetmanowi Sosnowskiemu nie miał czym zaimponować. Kościuszkowie byli ledwie średniozamożną szlachtą.

Właściwie biedną, w każdym razie raczej w dolnych niż górnych rejonach średniej szlachty. Ich rodowym majątkiem były Siechnowicze, 30 km od Brześcia, w województwie brzeskolitewskim [dziś na Białorusi]. Obejmował on pobliskie wsie i przysiółki, a siedzibą rodu był dworek we wsi Mereczowszczyzna, gdzie 4 lutego 1746 r. urodził się Tadeusz.

To jeden z najspokojniejszych zakątków ówczesnej Rzeczypospolitej. Głęboka prowincja, niewiele tam się działo. Niedaleko zaczynały się poleskie bagna.

Kościuszko oczywiście nie był prostym Poleszukiem, choć niewątpliwie nie był to dla niego świat odległy.

Jego ojciec Ludwik Tadeusz wraz z żoną Teklą z Ratomskich dochowali się czworga dzieci: córek - Anny i Katarzyny, oraz synów - Józefa i najmłodszego Tadeusza.

Co to w połowie XVIII w. znaczyło być niezamożną szlachtą?

Żeby mieć szansę na jakikolwiek awans, trzeba było mieć możnego protektora. I Kościuszkowie go mieli - pomagał im książę Adam Kazimierz Czartoryski (1734-1823), jeden z przywódców Familii, najpotężniejszego wówczas stronnictwa magnackiego. Nie można by znaleźć lepszego, ale to był mimo wszystko protektor odległy, a nie z sąsiedztwa, co miało znaczenie.

Kościuszkowie jakoś sobie jednak na tym odludziu radzili, skoro stać ich było na wysłanie synów do kolegium pijarów w Lubieszowie na Polesiu [dziś w Ukrainie].

I to było bardzo dobre wykształcenie. Wprawdzie reforma szkół pijarskich przeprowadzona przez Stanisława Konarskiego w Wielkim Księstwie Litewskim przyjmowała się z oporami i wolniej niż w Koronie, ale kiedy Kościuszko zaczynał w Lubieszowie naukę, zmiany już tam dotarły.

Na czym polegały?

Kolegia pijarskie wychowywały szlacheckich synów przede wszystkim na dobrych chrześcijan. W Bibliotece Kórnickiej zachował się zeszyt do religii Kościuszki, w którym widać, jak starannie przyswajał on pacierze, kazania i prawdy wiary. Nic nie zapowiadało, że kiedyś stanie się krytykiem hierarchów. Po reformie Konarskiego kolegia nadal wychowywały uczniów na dobrych chrześcijan, ale jednocześnie kładły nacisk na to, by wypuszczać w świat dobrych obywateli. Takie podejście jest charakterystyczne dla całego oświeconego katolicyzmu czy katolickiego oświecenia. Pijarzy wpajali uczniom, że szlachectwo polega nie tylko na dobrym urodzeniu, lecz także na cnocie, godnym postępowaniu i angażowaniu się w sprawy ważne dla ogółu. Należy zasłużyć na szlacheckie przywileje, a nie wyłącznie z nich korzystać.

Reforma unowocześniła kolegia. Pojawiły się nowe kierunki kształcenia i przedmioty. W prowincjonalnym Lubieszowie, w czasie gdy uczyli się tam Tadeusz z bratem, nie prowadzono może jeszcze doświadczeń, które potwierdzałyby teorie Isaaca Newtona, ale w większych ośrodkach już owszem.

Zresztą również jezuici zreformowali swoje kolegia, a nawet zdystansowali pijarów, zwłaszcza w Wielkim Księstwie Litewskim, gdzie działał prowadzony przez nich Uniwersytet Wileński.

Mimo że do Lubieszowa z Mereczowszczyzny nie było bardzo daleko, bracia musieli mieszkać w internacie. To oczywiście dużo kosztowało, więc kiedy w 1758 r. zmarł ich ojciec i pogorszyła się sytuacja finansowa rodziny, chłopcy musieli wrócić do domu, nie ukończywszy szkoły.

KU OŚWIECENIU
Kilka lat Tadeusz spędził w rodzinnym domu. Ale w 1765 r. wyjechał do Warszawy, by w wieku 19 lat wstąpić do Szkoły Rycerskiej. Bez protekcji księcia Czartoryskiego chyba nie mógłby się tam dostać?

Oczywiście. Ktoś jednak dostrzegł jego zdolności: Kościuszko był dobry z rachunków i świetnie rysował. Do Szkoły Rycerskiej, czyli Akademii Szlacheckiego Korpusu Kadetów Jego Królewskiej Mości i Rzeczypospolitej, jak brzmiała jej pełna nazwa, został przyjęty jako jeden z najstarszych uczniów.

Wyrwał się z zaścianka, ku oświeceniu.

Unikałbym słowa "zaścianek", ponieważ sugeruje miejsce zacofane, w którym zagrodowa szlachta gospodaruje sama, bez poddanych chłopów. Kościuszkowie nie byli zaściankową szlachtą, a kolegium w Lubieszowie, choć prowincjonalne, po reformie Konarskiego miało już rys nowoczesności. Ale niewątpliwie nauka w Szkole Rycerskiej była wielkim krokiem w kierunku "wieku świateł".

Z opisów i świadectw wynika, że ta szkoła była miejscem wyjątkowym.

Zgadzam się. Iluż to królów Polski od czasu Władysława IV obiecywało w pacta conventa, że stworzy akademię wojskową z prawdziwego zdarzenia? I dopiero Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu (1732-1798) się udało. W dodatku ufundował ją początkowo z własnej sakiewki, bardzo już wtedy zadłużonej. Znalazł odpowiednie pomieszczenie w Pałacu Kazimierzowskim w Warszawie, gdzie mieści się dziś rektorat Uniwersytetu Warszawskiego, a komendę powierzył księciu Adamowi Kazimierzowi Czartoryskiemu, który sprowadził wybitnych pedagogów z całej Europy.

To była instytucja wyjątkowa m.in. dlatego, że nie obowiązywało w niej kryterium majątkowe, dzięki czemu była dostępna dla ogółu szlachty.

Podstawą była edukacja wojskowa, bo chodziło o wykształcenie przyszłych oficerów. W programie zajęć znalazły się więc musztra, gimnastyka, nauka fechtunku, taktyki, a także przedmioty techniczne: rysunek, matematyka i sztuka fortyfikowania. Kadeci uczyli się również historii, literatury, języków nowożytnych i łaciny. Zdobywali gruntowne wykształcenie wojskowe oraz ogólne, co stawiało Szkołę Rycerską w pierwszym rzędzie takich instytucji w Europie. Religia oczywiście też była, kadeci chodzili na msze, do spowiedzi, co traktowano jako element wychowania obywatelskiego.

Widok Pałacu Kazimierzowskiego, siedziby Szkoły Rycerskiej, akwarela Zygmunta Vogla, 1785

 
Kościuszko dobrze się uczył?

Jego umiejętności, szczególnie jeśli chodzi o przedmioty ścisłe, zostały docenione. Został w szkole instruktorem, a w 1769 r. wytypowano go do wyjazdu do Paryża, gdzie miał kontynuować kształcenie.

Naukę najzdolniejszych absolwentów nad Sekwaną finansowali król Stanisław August i książę Czartoryski. Młodzi oficerowie - Kościuszko przed wyjazdem został awansowany na kapitana - mieli we Francji zgłębiać tajniki artylerii, architektury militarnej, a przede wszystkim budowy fortyfikacji. Bo Francuzi od czasów Ludwika XIV byli mistrzami w tej dziedzinie.

Kościuszki nie było stać na zapisanie się do francuskiej Akademii Wojskowej, z kolei do Królewskiej Szkoły Inżynierii w Mézi?res przyjmowano wyłącznie Francuzów. Podjął więc studia rysunkowe w paryskiej Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby, ale udało mu się też zdobyć wiedzę o fortyfikacjach na kursach przygotowujących dla kandydatów do Akademii Wojskowej. Łatwo ją przyswajał, bo był niezwykle uzdolniony technicznie.

Wybitny historyk prof. Andrzej Zahorski uznał pobyt Kościuszki we Francji za ważny dla kształtowania jego poglądów.

Francja początku lat 70. XVIII w. była monarchią rządzoną przez Burbonów, mocno hierarchiczną i katolicką. Sytuacja mniejszości wyznaniowych była w niej trudniejsza niż w wielowyznaniowej Rzeczypospolitej, gdzie innowiercy niemal bez przeszkód wyznawali swoje religie.

W ówczesnej Francji życie na pozór było uporządkowane, role w strukturze władzy i społeczeństwie - od wieków ustalone, ale nastroje buzowały. Ukazywały się już dzieła Jeana-Jacques'a Rousseau, Woltera, działali Denis Diderot i encyklopedyści. Do rewolucji było wciąż daleko, ale majaczyła już na horyzoncie. Kościuszko stykał się z tymi nowymi prądami i nie mogły być mu obojętne.

Wrócił do Rzeczypospolitej w połowie 1774 r., po prawie pięciu latach.

Ominęła go zawierucha konfederacji barskiej, ale kraj się zmienił. Dwa lata wcześniej nastąpił I rozbiór Rzeczypospolitej.

OBROŃCA AMERYKI
To był trudny okres dla Kościuszki - po powrocie toczył spór z bratem o majątek i mieszkał kątem u stryja Jana Nepomucena. Właśnie wtedy zaczął dorabiać u hetmana Sosnowskiego jako nauczyciel panny Ludwiki. Już wiemy, jak się to nauczanie skończyło.

Po ucieczce próbował najpierw zaciągnąć się do armii Saksonii, a kiedy mu się nie udało, wrócił do Paryża. Dotarł tam pod koniec 1775 r. bez pieniędzy i perspektyw. Ale za oceanem akurat wybuchła rewolucja amerykańska, czyli wojna 13 kolonii przeciwko Anglii, która potrwa do 1783 r. Francja oczywiście stała po stronie kolonii, w Paryżu organizowano zaciągi do amerykańskiej armii, która potrzebowała oficerów. I Kościuszko się zgłosił.

Zawsze intrygowało mnie, jak wyglądał początek jego kariery za oceanem. Nikomu nieznany człowiek przypływa do Filadelfii, gdzie obraduje Kongres Kontynentalny, idzie do Wydziału Wojny, mówi: "Dzień dobry, jestem z Polski, nazywam się Kościuszko. Czy mógłbym budować dla was fortyfikacje?", i zostaje przyjęty?

Tak łatwo nie było. Kościuszko najpierw uzyskał ważną rekomendację, i to od nie byle kogo, bo od samego Benjamina Franklina, sławnego naukowca i jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Franklin jako poseł podróżował do Francji, gdzie zabiegał o pomoc dla kolonii. Uwielbiano go na paryskich salonach i na dworze. Był kwakrem - cechowała go skromność, szczerość i prostota w zachowaniu, co bardzo się tam podobało. Wolter sławił kwakrów w swoich Listach o Anglikach (1734) i stawiał ich za wzór dla francuskiej katolickiej arystokratycznej hierarchii.

Przypuszczam, że Kościuszko mógł się Franklinowi spodobać, bo jego sposób bycia również cechowała prostota i szczerość. Przekonał Franklina, że wprawdzie nie ma formalnych kwalifikacji, ale może zdać egzamin z inżynierii i zasad fortyfikowania. Franklin się zgodził, a Kościuszko wykorzystał szansę.

Jego karierę można chyba określić jako błyskotliwą.

Bez dwóch zdań! Przede wszystkim została poparta solidnymi osiągnięciami. Kościuszko był najlepszym inżynierem wojskowym wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Zbudował fortyfikacje, które stawały się skutecznymi przeszkodami dla wojsk brytyjskich, choćby pod Saratogą. Amerykanie zadali tam klęskę armii angielskiej gen. Johna Burgoyne'a, co okazało się przełomowe dla całej wojny.

Kościuszko znakomicie ufortyfikował także West Point, co z kolei pozwoliło Amerykanom kontrolować ruch na rzece Hudson. Zostało to wysoko ocenione przez Jerzego Waszyngtona, naczelnego dowódcę amerykańskiej Armii Kontynentalnej, a od 1789 r. pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Kościuszko zaprzyjaźnił się też z Thomasem Jeffersonem, który w 1801 r. zostanie trzecim prezydentem Stanów.

Ta przyjaźń przetrwa lata. Kościuszko w Ameryce nie dowodził, jak Kazimierz Pułaski, szarżami kawaleryjskimi. Jego działania były jednak bardzo konkretne, a sukcesy namacalne i osiągnięte w kluczowych momentach wojny. Niewątpliwie walnie przyczynił się do ostatecznego zwycięstwa Amerykanów.

W dowód najwyższego uznania został przyjęty do Towarzystwa Cyncynatów, niezwykle prestiżowej organizacji kultywującej wartości republikańskie, która skupiała najbardziej zasłużonych oficerów wojny amerykańskiej.

Lucjusz Kwinkcjusz Cyncynat, od którego wzięło nazwę, to postać symboliczna. Gdy w połowie V w. p.n.e. Rzymowi groziła wojna, senat obwołał go dyktatorem. Cyncynat o nominacji dowiedział się, kiedy orał pole. Natychmiast odstawił pług i ruszył ratować kraj. Potem sytuacja się powtórzyła: Rzym ponownie znalazł się w zagrożeniu, a Cyncynat jeszcze raz odstawił pług i ruszył do walki. A gdy ocalił już kraj, znów wrócił do orki. Był uosobieniem cnót obywatela, który w każdej chwili jest gotów poświęcić się dla ojczyzny.

Kościuszko został więc uhonorowany wyróżnieniem najwyższej rangi. Na odjezdnym dostał też awans na generała brygady.

Prezydent Thomas Jefferson, portret autorstwa Rembrandta Peale'a, 1805

 
VIRTUTI MILITARI
Spędził w Ameryce aż osiem lat. Wracał do kraju, w którym miało wkrótce dojść do przełomowych wydarzeń: obrad Sejmu Wielkiego i uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Wrócił w 1784 r., na cztery lata przed Sejmem Wielkim. Nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, bo wprawdzie był sławnym generałem, który walczył o niepodległość Stanów Zjednoczonych, jednak nie było dla niego miejsca w armii, która pod presją Rosji została zredukowana do zaledwie 18 tys. żołnierzy. Próbował utrzymać się z majątku w Siechnowiczach, ale nie okazał się skutecznym gospodarzem.

Przeszkodą w osiąganiu zysków były m.in. zasady, którym hołdował. Uważał bowiem, że z chłopami trzeba obchodzić się humanitarnie. Nie stać go było na całkowite zniesienie poddaństwa, ale obniżył pańszczyznę o połowę i zakazał chłosty. Okazał się ludzkim panem, co nie przysporzyło mu dochodu. Majątku nie pomnożył.

Dopiero Sejm Czteroletni stanowił przełom w jego życiu.

Po uchwaleniu przez posłów tzw. aukcji wojska, czyli zwiększenia jego liczebności do 100 tys. żołnierzy, Kościuszko dostał etat generalski w armii koronnej. Wkrótce potem, w styczniu 1792 r., Rosja wygrała wojnę z Turcją i przerzuciła siły do walki z Rzecząpospolitą. W maju zaczęła się wojna w obronie Konstytucji 3 maja.

Wolałby służyć w armii litewskiej. Początkowo trafił do obcej mu Wielkopolski, później na Ukrainę. W momencie wybuchu wojny polsko-litewska armia osiągnęła dopiero mniej więcej połowę stanu uchwalonego przez Sejm Wielki. W dodatku w znacznej mierze składała się z niewyszkolonych rekrutów, którzy mieli stawić czoła potężnej armii rosyjskiej.

Zbliżała się ona z dwóch kierunków: Rosjan idących na Warszawę z północnego wschodu, od strony Wilna, miała powstrzymać słabsza armia litewska, a dużo silniejsza armia koronna, dowodzona przez księcia Józefa Poniatowskiego [więcej o nim w rozmowie na s. 95], jednocześnie wodza całych wojsk, szykowała się do odparcia ataku na południowym wschodzie.

Armia koronna była podzielona na dwie dywizje: wołyńską i ukraińską. Kościuszko był ważnym dowódcą w tej drugiej. Dostał pod komendę siły liczące 4,5 tys. żołnierzy, które tworzyły ariergardę całych wojsk koronnych. Miały osłaniać w najniebezpieczniejszych momentach ich odwrót z samego krańca Rzeczypospolitej w głąb kraju.

Był to odwrót planowany, ponieważ ponad 60-tysięczna rosyjska armia dowodzona przez gen. Michaiła Kachowskiego chciała zamknąć w okrążeniu siły Poniatowskiego.

Tak. Dysponując tak dużymi siłami rozłożonymi wokół granicy Rzeczypospolitej, która w południowo-wschodniej części miała wydłużony kształt, Rosjanie atakowali jednocześnie frontalnie oraz z obu flank. Polacy zdołali uciec z tej pułapki, w czym udział miał Kościuszko. Zresztą nie tylko się wymknęli - księciu Józefowi Poniatowskiemu udało się jeszcze w trakcie odwrotu wygrać bitwę pod Zieleńcami (18 czerwca 1792). Około 15-tysięczne polskie wojska starły się tam z 11-tysięczną armią gen. Iraklija Morkowa, która stanowiła część sił Kachowskiego. Rosjanie pod naporem Polaków musieli się wycofać. Po pewnym czasie wrócili na opuszczone pole bitwy, żeby stworzyć wrażenie wygranej, i wtedy Kościuszko mógł ich zaatakować, ale ostatecznie zrezygnował - słusznie uznał, że ma zbyt szczupłe siły.

Zieleńce to pierwsza zwycięska bitwa Polaków od czasów Jana III Sobieskiego. Wiele lat wierzyłem, że pod jej wpływem król Stanisław August ustanowił wojenny Order Virtuti Militari.

To mit. W rzeczywistości król, za namową księcia Józefa, ustanowił to odznaczenie wcześniej. Medal został wybity jeszcze przed bitwą, a na front pierwsze egzemplarze dotarły tuż po niej. Okazja była zbyt dobra, żeby ją zmarnować, wykorzystano więc Zieleńce propagandowo.

Pierwsze ordery 25 czerwca otrzymali: Kościuszko, Poniatowski, jego prawa ręka gen. Michał Wielhorski i gen. Józef Zajączek, dowódca pułku straży przedniej, który zasłużył się pod Zieleńcami.

Kolejność była inna: pierwszy w historii Order Virtuti Militari dostał książę Poniatowski, drugi - Kościuszko, a trzeci - Zajączek.

Jakże odmiennie potoczyły się później ich kariery...

Rzeczywiście, Kościuszko został bohaterem bez skazy, symbolem republikanina, który w polskim panteonie ma miejsce wyłącznie dzięki własnym talentom. Książę Józef już tak wielbiony nie był, bo ówcześni Polacy widzieli w nim wysoko urodzonego, uprzywilejowanego, zepsutego utracjusza. Dopiero kilkanaście lat później, w czasach Księstwa Warszawskiego, zyska tytuł do chwały, gdy w bitwie pod Raszynem z fajką w zębach poprowadzi natarcie na Austriaków. Jego legendę ugruntuje bohaterska śmierć w 1813 r. pod Lipskiem.

Jeśli zaś chodzi o Józefa Zajączka (1752-1826), to dość smutna opowieść. W 1794 r. radykalny jakobin, później nieustraszony dowódca w służbie Napoleona Bonapartego, skończył jednak żywot jako reakcjonista, pogardzany przez Polaków namiestnik cara w Królestwie Kongresowym.

ODWRÓT, CZYLI SUKCES
Równo miesiąc po Zieleńcach Kościuszko stoczył własną bitwę, pod Dubienką.

Miejsce było specyficzne - nad Bugiem i przy granicy z austriacką już wówczas Galicją. Gdy został tam osaczony przez znacznie silniejsze wojska Kachowskiego, zrobił to, co umiał najlepiej - ufortyfikował teren i bronił się na nim. I to skutecznie, bo Polacy zadawali Rosjanom duże straty. Kachowski zdecydował się jednak na manewr, który zmienił sytuację. Zaatakował przez terytorium Galicji, czyli naruszył austriacką granicę, i zagroził Kościuszce okrążeniem. Zmusił w ten sposób Polaków do odwrotu - wycofali się do Chełma na Lubelszczyźnie.

Tadeusz Kościuszko, kopia portretu autorstwa Józefa Grassiego, lata 40. XIX w.

 
Kościuszko uznał bitwę za przegraną i tak ją opisał w raporcie dla księcia Józefa. Ale potem sporządził drugi, w którym stwierdził, że odwrót został wymuszony, dywizja biła się dzielnie i nie straciła zdolności bojowych. Król ogłosił więc zwycięstwo. Historyk Adam Skałkowski, który bardzo krytycznie oceniał umiejętności wojskowe Kościuszki, pisał, że opowieści o sukcesie pod Dubienką to budowanie jego legendy, a nie realna ocena.

Cóż, to jeden z elementów odwiecznego sporu między zwolennikami księcia Józefa a zwolennikami Kościuszki o to, który z nich był większym wodzem podczas wojny w obronie Konstytucji 3 maja. Tego sporu nie da się rozstrzygnąć.

Pod Dubienką formalnie Rosjanie wygrali, ponieważ Polacy musieli się wycofać. Jednak dzięki temu manewrowi Kościuszko zachował wojsko i zdolność bojową. Można więc powiedzieć, że przegrał, ale mimo wszystko był to sukces. W każdym razie o Kościuszce po Dubience rozpisywały się warszawskie gazety - stał się sławny.

Ale była to gorzka sława, bo ledwie pięć dni po tej bitwie, 23 lipca, król przystąpił do konfederacji targowickiej, co oznaczało koniec wojny w obronie konstytucji. Wielu historyków, w tym pan, ocenia krok Stanisława Augusta jako przedwczesny.

Kontrowersyjna decyzja. Do Warszawy z dwóch kierunków zbliżały się silne armie rosyjskie, a caryca Katarzyna II sięgnęła po szantaż, zapowiadając w liście do króla najstraszliwsze konsekwencje w razie kontynuowania walki - w tym kontekście można zrozumieć rozkaz króla nakazujący wojsku powrót do kwater. Zresztą zgadzała się z tym większość ludzi z jego otoczenia, choć nie wszyscy.

Żołnierze i dowódcy na froncie uważali, że należy bić się dalej. Wojna nie została rozstrzygnięta, a dzięki zaciekłemu oporowi można było wiele ugrać.

Z pewnością konsekwencje decyzji króla były fatalne, ale w razie dalszej walki skutki mogłyby również okazać się katastrofalne. Z drugiej strony, nawet niewielki sukces - wygrana bitwa czy dwie - mógł odwrócić sytuację.

Armia nadal była silna, można było starać się coś wynegocjować.

Tak uważał marszałek Sejmu Wielkiego Stanisław Małachowski.

Białoruski historyk Vadzim Anipiarkou z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zbadał rosyjską korespondencję wojskową z tej wojny i ustalił, że carscy dowódcy byli zaskoczeni postawą Polaków. Armie, koronna i litewska, stawiły silny opór. Rosjanie oddalili się od swoich baz zaopatrzeniowych, a Polacy mieli z każdym dniem coraz więcej rekrutów i krótsze linie logistyczne. Wynik walnej bitwy pod Warszawą był nie do przewidzenia. W każdym razie istniała jakaś szansa. Można było podjąć rozmowy, ale nie z konfederatami targowickimi, tylko bezpośrednio z Rosjanami. Płaton Zubow, kochanek i najbliższy doradca Katarzyny, pisał zresztą w listach, że prędzej czy później musi dojść do negocjacji z królem Polski.

Można więc postawić tezę, że postanowienie Stanisława Augusta o kapitulacji było przedwczesne. Choć oczywiście łatwo nam po latach wyrokować, co należało, a czego nie powinno się wtedy zrobić. Król uważał, że ratuje tysiące ludzkich istnień i byt państwa. Na pewno nie było mu łatwo podjąć taką decyzję.

Po kapitulacji Kościuszko poprosił króla o dymisję i ją otrzymał. Z Warszawy pojechał do majątku Czartoryskich w Sieniawie, a stamtąd do Lipska, który stał się centrum polskiej opozycji na emigracji.

POCZĄTEK AGONII
Jak wyglądała sytuacja w Koronie i na Litwie po kapitulacji?

Rządy objęła kontrrewolucja, czyli elita konfederacji targowickiej w Koronie: Szczęsny Potocki, Seweryn Rzewuski i Franciszek Ksawery Branicki oraz ich akolici. Faktycznymi szefami odrębnej konfederacji litewskiej byli bracia Szymon i Józef Kossakowscy. We wrześniu obie konfederacje - koronna i litewska - zostały połączone w konfederację generalną i w ten sposób władza została scentralizowana.

Targowiczanie próbowali pozyskać ogół szlachty, ale to im się nie udało. Wspierani przez Rosjan, stosowali represje, by wymusić posłuch, jednak też bez rezultatu. Wprowadzali cenzurę albo po prostu likwidowali czasopisma, w których niemiłosiernie ich wyszydzano i ośmieszano. Niepokornych karali sekwestrami i konfiskatami majątków. Niezadowolenie w kraju było powszechne, m.in. z powodu uciążliwego, wymuszanego na szlachcie kwaterunku wojsk rosyjskich.

Szczęsny Potocki snuł wizje urządzenia Rzeczypospolitej po nowemu: chciał dzielić kraj na nowe prowincje, województwa i powiaty. Katarzyna II sprowadziła targowiczan na ziemię, kiedy 23 stycznia 1793 r. zawarła z Prusami porozumienie o II rozbiorze.

W lutym jej ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnym przy królu został gen. Jakob Sievers, który miał doprowadzić do zaakceptowania rozbioru przez sejm. Imperatorowej zależało, żeby tak jak w przypadku I rozbioru zachować pozory legalizmu. Po kilku miesiącach obrad sejm grodzieński, ostatni w historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przegłosował zgodę na cesję części ziem polskich i litewskich na rzecz Rosji i Prus. Sievers przekupił i zastraszył posłów, aby do tego doprowadzić.

Ambasador Rosji został odwołany. Podobno naraził się carycy, bo zgodził się na przywrócenie odznaczeń wojskowych uczestnikom wojny w obronie Konstytucji 3 maja. W Boże Narodzenie 1793 r. zastąpił go w Warszawie gen. Otto vel Osip Igelström, który zintensyfikował represje.

Jak wyglądały jego rządy, opowiedział Wacław Tokarz w klasycznym dziele polskiej historiografii Warszawa przed wybuchem powstania 17 kwietnia 1794 roku (1911). Represje, donosy, sieć szpicli inwigilujących warszawiaków, zastraszanie niepokornych. A jednocześnie coraz większa bieda.

Warszawa od lat 50. XVIII w. przeżywała boom. Był tu dwór królewski - saski, a potem stanisławowski - były pałace magnackie, miasto intensywnie się rozwijało. O ile w latach 50. liczba mieszkańców wynosiła 25-30 tys., o tyle już pod koniec Sejmu Czteroletniego sięgała 120 tys. Jednak po wojnie i obaleniu Konstytucji 3 maja ludzie zaczęli wyjeżdżać. W dodatku w 1793 r. doszło do krachu dwóch głównych banków - Piotra Fergussona Teppera i Antoniego Protazego Potockiego. Dla Warszawy nastały trudne czasy.

Problemy życia codziennego zbiegły się z brutalną okupacją. Igelström został przysłany do Polski właśnie po to, by gnębić. I gnębił. Bez żadnych wahań ani hamulców.

Warszawiakom pozostało jedynie wciąż bogate życie kulturalne, choć wkrótce i ono zostało poddane ograniczeniom. Entuzjastycznie przyjęta opera Wojciecha Bogusławskiego Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale, zawierająca odniesienia do sytuacji politycznej, w jakiej znalazła się Rzeczpospolita, miała premierę 1 marca 1794 r. Jednak została zdjęta już po dwóch przedstawieniach.

Czy brutalne rządy Igelströma wpłynęły na to, że już trzy miesiące po jego przybyciu do Warszawy wybuchła insurekcja, nazwana później kościuszkowską?

Niewątpliwie tak. Szlachta czuła się upokorzona i oszukana. Oczywiście byli tacy, którzy uważali, że mimo wszystko trzeba próbować działań politycznych. Wprawdzie doszło do kolejnego rozbioru, okrojona Rzeczpospolita stała się jakimś dziwnym kadłubkiem i została poddana władzy Rosji, ale wciąż istniała. W tym duchu podczas sejmu grodzieńskiego próbowała działać grupa posłów opozycyjnych współpracujących z królem, tzw. opcja grodzieńska, opisana niegdyś przez znakomitego historyka, nieżyjącego już dr. Łukasza Kądzielę.

Większość elit i społeczeństwa nie miała jednak złudzeń i bieżące wydarzenia oceniała jako początek agonii państwa. Badania prof. Zofii Zielińskiej potwierdziły, że po II rozbiorze caryca Katarzyna podjęła decyzję, że Rzeczpospolita przestanie istnieć. Kwestią otwartą pozostawało tylko, kiedy i na jakich zasadach. Czy Rosja będzie się nią dzielić z Prusami i Austrią, czy też nie? W każdym razie dni okrojonej Rzeczypospolitej były policzone.

NAJLEPSZY KANDYDAT
Za początek insurekcji, czyli powstania o charakterze wyzwoleńczym, przyjmuje się zwykle 24 marca 1794 r. Tego dnia po mszy w domku loretańskim przy kościele Kapucynów w Krakowie Kościuszko i gen. Józef Wodzicki poświęcili szable, przysięgając poświęcenie życia za wiarę i ojczyznę.Potem Kościuszko ogłosił się Najwyższym Naczelnikiem Siły Zbrojnej Narodowej i złożył słynną przysięgę na Rynku Głównym. Jednak powstanie w zasadzie już wtedy trwało, bo 12 marca zbuntowała się stacjonująca w Ostrołęce brygada kawalerii Antoniego Madalińskiego.

To był akt desperacji. Madaliński zdawał sobie sprawę, że jego brygada, licząca 1,2 tys. żołnierzy, wkrótce przestanie istnieć - on zostanie zdymisjonowany, a żołnierze zostaną przymusowo wcieleni do wojska rosyjskiego.

Przysięga Tadeusza Kościuszki, obraz Michała Stachowicza, ok. 1821

 

Katarzyna II szykowała się wtedy do kolejnej wojny z imperium osmańskim, więc musiała skoncentrować nad jego granicą swoje najlepsze jednostki. Ale żeby to zrobić, musiała też zadbać o spokój w Rzeczypospolitej. Dlatego zaplanowana po wojnie 1792 r. redukcja wojsk koronnych i litewskich została przyspieszona. Żołnierze nie dostali żołdu, a nawet zarekwirowano im jedzenie. Madaliński uznał, że nie ma nic do stracenia, tym bardziej że w kraju wrzało, a atmosfera była już mocno rewolucyjna. Istniała nieźle rozbudowana sieć konspiracyjna, która przekazywała sobie informacje. Wszyscy wiedzieli, że szykuje się insurekcja i że ma się ona zacząć w Krakowie, gdzie niedługo pojawi się Kościuszko. Wiara w sens walki była duża, ludzie uważali, że skoro o mało co nie pobiliśmy Rosjan w 1792 r., to może teraz się uda.

Kiedy Madaliński się zbuntował i opuścił Ostrołękę ze swoją brygadą, Stanisław August wezwał go do powrotu. Król sądził, że brygadier upomina się wyłącznie o żołd, więc obiecał, że jakoś załatwi pieniądze. Ale Madalińskiemu i jego żołnierzom nie chodziło tylko o to, dlatego go nie posłuchali i podążyli do Krakowa. A gdy po drodze spotkali Prusaków, po prostu ich zmietli.

Rosjanie byli zaskoczeni. Spodziewali się powstania w Warszawie i tam byli czujni. Tymczasem wybuchło zupełnie gdzie indziej.

Dlaczego to właśnie Kościuszko stanął na jego czele? Ludzie opozycji, którzy w Lipsku przygotowywali powstanie, mogli przecież postawić na kogoś innego, np. na księcia Józefa Poniatowskiego.

Książę był absolutnie zdyskwalifikowany. Wprawdzie w wojnie w 1792 r. dowodził bohatersko, a nawet pod jej koniec szukał śmierci na polu walki, ale jako bratanek króla był obciążony rodzinnie, wręcz skompromitowany. Wszyscy wiedzieli, że bardzo już niepopularny Stanisław August finansował go i spłacał jego długi. Jednak kiedy wybuchła insurekcja, książę stawił się do walki i zgodził się być podkomendnym Kościuszki, człowieka o wiele niżej urodzonego, co akurat o księciu dobrze świadczy.

Kościuszko miał niewątpliwy atut: nie był księciem Józefem ani żadnym generałem arystokratą, tylko zwykłym szlachcicem, którego otaczała aura romantycznej sławy. Miał opinię wybitnego dowódcy, na którą zapracował w Ameryce i podczas wojny w obronie Konstytucji 3 maja.

Był po prostu dobrym kandydatem. Zdawali sobie z tego sprawę zarówno książę Czartoryski, jak i najważniejsi przywódcy lipskiej opozycji, czyli Ignacy Potocki i Hugo Kołłątaj. Oni sami na wodzów się nie nadawali. Potocki był jednym z głównych polityków doby Sejmu Czteroletniego, mężem stanu, wybitną osobowością, ale nie dowódcą wojskowym. A Kołłątaj był duchownym, choć oczywiście również politykiem i przede wszystkim wyśmienitym publicystą.

Historyk Jerzy Łojek pisał, że tuż po zakończeniu wojny w 1792 r. Kościuszko wcale nie był bardzo popularny. A zmieniło się to za sprawą Czartoryskich, którzy zaczęli go intensywnie promować.

To prawda, księżna Izabela czyniła mu wielkie honory.

Rozpowszechniano na masową skalę wizerunki Kościuszki. Zacytuję Łojka: "Kopersztychy [odbitki z miedziorytów], portrety, sylwetki, tabakierki itp. pamiątki materialne mają tę szczególną właściwość, że same się nie produkują i same się nie rozprowadzają".

Czartoryscy niewątpliwie pomogli swemu protegowanemu. W tej propagandzie Dubienka Kościuszki, choć niewygrana, oczywiście urosła kosztem formalnie zwycięskich Zieleńców księcia Poniatowskiego.

POTYCZKA WAGI CIĘŻKIEJ
Jakie znaczenie polityczne miała przysięga Kościuszki na krakowskim rynku?

Fundamentalne. Zacznijmy od łatwo rozpoznawalnych gestów: najpierw w domku loretańskim wyciągnięcie szabli, poświęcenie jej przez duchownego, później, na rynku, głośno wypowiedziane: "Przysięgam w obliczu Boga całemu Narodowi Polskiemu". Dużo w tym gestu religijnego, osadzonego w tradycji rycersko-sarmackiej. Możemy mówić o sakralizacji zarówno tego wydarzenia, jak i samego powstania, czyli o uświęceniu walki o wolność i niepodległość kraju.

Wojciech Bartos gasi lont rosyjskiej armaty, fragment Bitwy pod Racławicami Jana Styki i Wojciecha Kossaka, 1893-1894

 

Poza tym to miejsce... Kościuszko składał przysięgę na ogromnym rynku, w obecności nie tylko wojska, lecz także tłumu mieszkańców. Atmosfera była wzniosła: wreszcie, po dwóch latach, nadchodzi kres upokorzeń! Moment musiał być ekscytujący, ale nie oszukujmy się, wielu uczestnikom i świadkom tego wydarzenia z pewnością świtało w głowach, że to, co się właśnie zaczyna, wcale nie musi się dobrze skończyć.

Wśród krakowian nie brakowało sceptyków, niektórzy pochowali się w domach.

Im więcej ktoś miał, tym więcej miał do stracenia.

Dlaczego powstańcy mogli tak łatwo wziąć Kraków?

W Krakowie stacjonował niewielki garnizon rosyjski, ale Rosjanie odmaszerowali na wieść o zbliżaniu się brygady Madalińskiego. Oddziały powstańcze przejęły więc miasto bez walki.

Niespełna dwa tygodnie po przysiędze Kościuszki, 4 kwietnia, formowana w pośpiechu armia insurekcyjna przeszła chrzest bojowy. Gdyby mierzyć znaczenie polskich bitew wielkością obrazów, to Racławice należałoby uznać za ważniejsze od Grunwaldu czy odsieczy wiedeńskiej. Żadna inna polska bitwa nie doczekała się tak wielkiej panoramy malarskiej.

Pod Grunwaldem rzeczywiście biło się kilka, jeśli nie kilkanaście razy więcej wojska niż pod Racławicami, które tak naprawdę były jedynie większą potyczką. Około 4,5 tys. Polaków pobiło mniej niż 3 tys. Rosjan.

Którzy w dodatku przegrali na własne życzenie, bo zwycięstwo ułatwił Kościuszce dowódca rosyjskiego korpusu gen. Fiodor Denisow.

Niewątpliwie popełnił błąd, dzieląc swoje wojska na dwie części. Jedna, dowodzona przez gen. Aleksandra Tormasowa, miała Polaków związać walką. Druga, na której czele stał sam Denisow - wejść na ich tyły i rozbić. Jednak Denisow się spóźnił i kiedy przybył na pole bitwy, Tormasow został już pobity.

W decydującym momencie bitwy chłopscy kosynierzy zdobyli armaty. Dzięki temu epizodowi do dziś Racławice mają ogromną moc mitotwórczą: Kościuszko w chłopskiej sukmanie, chłop Wojciech Bartos (po bitwie przyjął nazwisko Bartosz Głowacki), który czapką nakrył lont armaty, no i kosa jako wunderwaffe armii insurekcyjnej. Wspomniany już prof. Skałkowski twierdził jednak, że siła kosy i kosynierów była mocno przereklamowana.

Nie wszyscy zgadzają się z taką oceną. Niektórzy historycy wojskowości twierdzili, że kosa w silnych chłopskich rękach okazywała się niekiedy skuteczniejsza od bagnetu na karabinie. Zresztą Racławice wcale nie były jedynym miejscem podczas insurekcji, gdzie się sprawdziła. Niezwykle efektywna okazała się też cztery miesiące później w Wielkim Księstwie Litewskim, podczas bitwy pod Sałatami (29 lipca 1794), gdzie Rosjan pokonał gen. Romuald Giedroyć. Kosynierzy mieli w tym zwycięstwie wielki udział. To mniej znana bitwa, ale na Litwie o niej pamiętają.

Racławice nie tylko nie były wielką bitwą, ale nawet nie zmieniły sytuacji strategicznej. Kościuszko musiał od razu wycofać się pod Kraków, bo Rosjanie nie zostali rozbici i nadal stali mu na drodze do Warszawy.

To prawda, ale dla dynamiki wydarzeń wygrana bitwa pod Racławicami okazała się fundamentalna. Zastanówmy się, co by się stało, gdyby Rosjanie pobili wojska Kościuszki. Byłoby po powstaniu, zanim tak naprawdę by ono wybuchło. Zapewne natychmiast doszłoby do kolejnego rozbioru i Rzeczpospolita przestałaby istnieć.

Racławice, obraz Józefa Chełmońskiego, 1906

 

Kościuszko po prostu nie mógł pod Racławicami przegrać. I nie przegrał. Po Polsce rozeszła się wieść, że wygrał, co miało ogromne znaczenie propagandowe. Po pierwsze, ludzie przekonali się, że Rosjan można pobić. Po drugie - że do walki mogą ruszyć chłopi. Miało to ogromne znaczenie mobilizacyjne. To dzięki Racławicom powstanie błyskawicznie rozprzestrzeniło się na cały kraj.

KRWAWA WIELKANOC W WARSZAWIE
W swojej książce Światło i płomień. Odrodzenie i zniszczenie Rzeczypospolitej (1733-1795) pisze pan, że to zwycięstwo "podziałało na ludność Warszawy jak impuls elektryczny". Można powiedzieć, że powstanie w Warszawie wybuchło pod wpływem Racławic?

Bez wątpienia. Miejscowi konspiratorzy natychmiast zaczęli przygotowania do walki. W mieście oprócz wojsk rosyjskich nadal stacjonował około trzytysięczny polski garnizon. Trzeba było działać szybko, żeby Rosjanie nie przejęli kontroli nad Arsenałem, gdzie była broń, nie rozbroili polskich żołnierzy ani nie aresztowali przywódców konspiracji.

Racławice przeszły do legendy, ale wydarzenia w Warszawie były chyba największym sukcesem powstania?

Zgadzam się. Zarówno wybuch insurekcji w stolicy, jak i późniejsza obrona miasta, choć przejęcie i pierwszą obronę Wilna też trzeba docenić.

W Warszawie krwawe walki zaczęły się w Wielki Czwartek, 17 kwietnia, a skończyły w Wielką Sobotę. Walczyli żołnierze, ale bez tłumnego udziału bardzo zdeterminowanego i żądnego zemsty ludu insurekcja w Warszawie mogłaby się nie udać. Mieszkańcy, na których czele stanął szewc Jan Kiliński, zabrali broń z Arsenału i z żołnierzami zaatakowali rosyjski garnizon. Szturmowali i zdobyli rosyjską ambasadę przy Miodowej, z której uwolniono przetrzymywanych tam więźniów politycznych. W ciągu dwóch dni Rosjanie zostali wyparci z miasta. Niektórzy uciekli na własną rękę, część wojska Igelström wyprowadził za rogatki.

Insurekcja w Warszawie została utrwalona przez malarza Jana Piotra Norblina (1745-1830), który był jej naocznym świadkiem. Jego rysunki dokumentują m.in. walki na Krakowskim Przedmieściu i Miodowej.

Każda sytuacja rewolucyjna stwarza okazję do wyrównania rachunków. Zabijano więc Rosjan bezlitośnie, także ewidentnych kolaborantów, dochodziło również do samosądów i rabunków. Na szczęście kontrolę nad wydarzeniami zdecydowanie przejęli umiarkowani politycy. Prezydentem miasta został Ignacy Zakrzewski, a dowódcą wojsk powstańczych w mieście - gen. Stanisław Mokronowski.

Niemal równocześnie insurekcja wybuchła na Litwie: 16 kwietnia w Szawlach, a kilka dni później w Wilnie, które powstańcy opanowali w nocy z 22 na 23 kwietnia.

Przywódcą insurekcji w Wielkim Księstwie Litewskim obwołano 33-letniego płk. Jakuba Jasińskiego, który - co ciekawe - pochodził z Wielkopolski. To paradoks: pisano o nim, że broni narodu litewskiego, choć z punktu widzenia miejscowych był jakby obcokrajowcem. Tymczasem Kościuszko, który był obywatelem Wielkiego Księstwa i sam o sobie mówił, że jest Litwinem, próbował wkrótce po zdobyciu Wilna scentralizować władzę nad insurekcją i podporządkować Wielkie Księstwo Warszawie.

Jasiński to zresztą niezwykle ciekawa i barwna postać. Tak jak Kościuszko był inżynierem wojskowym, podobnie jak on i książę Poniatowski dzielnie walczył w wojnie 1792 r. i został odznaczony Orderem Virtuti Militari. Publicysta i poeta o radykalnych poglądach społecznych, pod wpływem wydarzeń we Francji napisał poemat Do narodu (1794), w którym wzywał do rewolucji i który rozpowszechniał na własną rękę tuż przed wybuchem insurekcji.

Wydarzenia w Wilnie nawiązały do rewolucji francuskiej. Na Litwie rozpoczęła się rozprawa z przywódcami konfederacji targowickiej. Powstańcy pojmali, a sąd kryminalny skazał na śmierć hetmana wielkiego litewskiego Szymona Kossakowskiego, jej czołowego przedstawiciela, który został powieszony na rynku 25 kwietnia, w żółtym szlafroku, w którym go schwytano.

Ale na szczęście insurekcja nie poszła ostatecznie drogą francuską. Liczba samosądów podczas powstania, jak na skalę wydarzeń, nie była aż tak duża. Kilka razy sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale udawało się w porę ostudzić emocje. Nawet orzeczonych wyroków było niewiele.

To znaczy ile?

Mniej niż 50. To nic w porównaniu z tym, co działo się we Francji, gdzie rewolucja posłała na gilotynę kilkanaście tysięcy ludzi. Wymiar sprawiedliwości insurekcji kościuszkowskiej był umiarkowany i humanitarny, rzekłbym: oświeceniowy. Żeby wysłać kogoś na szubienicę, trzeba było mieć niezbite dowody jego winy, zresztą wyraźnie niechętnie wymierzano karę śmierci.

Jednak w Warszawie 9 maja 1794 r. publicznie wieszano zdrajców. Co prawda nie najważniejszych przywódców targowicy - Potockiego, Rzewuskiego i Branickiego - ale ludzi, którzy również stanowili jej elitę. Czy to nie był samosąd?

Jednym z sądzonych w stolicy był brat Szymona Kossakowskiego, Józef, biskup inflancki. Został powieszony na Krakowskim Przedmieściu, przed kościołem św. Anny. Jego proces był wprawdzie bardzo skrócony, ale nie ma żadnych wątpliwości, że zarówno on, jak i jego brat byli zdrajcami. Tak jak kolejny stracony - Piotr Ożarowski, hetman wielki koronny, który podpisał akt cesji ziem Rzeczypospolitej na rzecz Prus i Rosji.

Wieszanie zdrajców, obraz Jana Piotra Norblina, ok. 1794

 

Natomiast wina hetmana polnego litewskiego Józefa Zabiełły ani członka Rady Nieustającej Józefa Ankwicza nie była tak duża jak braci Kossakowskich i Ożarowskiego. Byli oportunistami i zadłużonymi hazardzistami, co miało wpływ na ich postępowanie. Przyłączyli się do targowicy, lecz trudno byłoby o nich powiedzieć, że stali na czele zdrady z rozkazów rosyjskich. Wraz z Ożarowskim zostali powieszeni na Rynku Starego Miasta, co również uwiecznił Norblin.

Były jeszcze czerwcowe egzekucje: biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego i konsyliarza konfederacji targowickiej Antoniego Czetwertyńskiego.

W Warszawie wybuchła panika, bo do miasta zbliżały się wojska pruskie i rosyjskie. Wkrótce miało się zacząć oblężenie miasta. Biskup Massalski, już leciwy i schorowany, nie był żadnym wielkim zdrajcą i nie zasłużył na taką śmierć. Nie przeprowadzono w jego sprawie rzetelnego procesu. Został wywleczony z więzienia i powieszony. Bez wątpienia w tym przypadku doszło do samosądu.

We wrześniu, gdy zapadł wyrok na kolejnego biskupa, czyli Wojciecha Skarszewskiego, Kościuszko już na egzekucję nie pozwolił.

Chciał uniknąć skandalu. Skarszewski był duchownym, a jednocześnie politykiem popierającym wspomnianą opcję grodzieńską, która wierzyła, że można jeszcze coś ugrać na ostatnim sejmie. Był bardzo niepopularny, ale trudno byłoby go postawić w jednym rzędzie z braćmi Kossakowskimi. Do Kościuszki o łaskę dla Skarszewskiego apelowali nuncjusz apostolski Lorenzo Litta, a także król Stanisław August. I naczelnik ich posłuchał. Radykałowie nie kryli oburzenia na Kościuszkę, szczególnie Kołłątaj, który wcześniej rywalizował ze Skarszewskim o podkanclerstwo i biskupstwo chełmskie.

Pisarz i poeta Jarosław Marek Rymkiewicz wydał w 2007 r. książkę Wieszanie, którą poświęcił egzekucjom podczas insurekcji. Czytał pan?

Tak, Rymkiewicz wyraźnie żałował, że nie powieszono więcej ludzi i nie doszło do tak wielkiej rozprawy jak we Francji.

Rymkiewicz traktował zemstę jako rodzaj narodowego oczyszczenia. W jego logice wieszanie zdrajców wyznaczało granicę między starym, złym światem, odchodzącym w przeszłość, a nowym. Trzeba tę krew wylać, żeby narodziła się lepsza Rzeczpospolita, nieoparta na zdradzie ani kłamstwie.

Czuję głęboki sprzeciw wobec tego przesłania. Rewolucje, niestety, mają to do siebie, że nie potrzebują dowodów winy, by zabijać. Wystarczy podejrzenie. Francją wstrząsnęły konwulsje w wyniku takiej postawy.

Dopiero Napoleon przerwał spiralę śmierci i przywrócił porządek, ale kosztem wolności. W różnych momentach francuskiej historii emocje tamtych czasów wracały - w trakcie rewolucji lipcowej w 1830 r., rewolucji lutowej w 1848 czy Komuny Paryskiej w 1871. A nawet jeszcze w XX w., kiedy podczas paryskiego Maja '68 tragedia powróciła jako farsa.

Czy to jest wzór, według którego powinniśmy żyć jako obywatele? Takie ujęcie uważam za sprzeczne z ideałami wolności i demokracji oraz obywatelskości.

Załóżmy, że w czasie insurekcji kościuszkowskiej doszłoby do walnej rozprawy z przeciwnikami, do konfiskaty na wielką skalę dóbr duchownych i arystokracji, do masowego zabijania inaczej myślących albo pochodzących z uprzywilejowanych warstw. Być może udałoby się w ten sposób bardziej zmobilizować naród, może do walki przyłączyłoby się więcej chłopów i insurekcja trwałaby trochę dłużej. Ale co by z tego wyszło na dłuższą metę? Narodowy koszmar.

Zapewne ideolodzy PRL-u półtora wieku później ucieszyliby się z takiej przeszłości, ale dla ich następców w demokratycznym świecie nie stanowiłoby to wartości. Z etycznego, obywatelskiego oraz chrześcijańskiego punktu widzenia dobrze, że Polacy nie poszli francuską drogą. Nawet podczas tak dramatycznego wydarzenia, jakim była insurekcja, nie zapomnieli o swoich tradycjach wolnościowych, republikańskich, ludzkich i chrześcijańskich. Z nielicznymi wyjątkami nie dopuszczali się zbrodni na masową skalę.

PRUSY TEŻ CHCĄ JEŚĆ POLSKI TORT
Zostawmy lud Warszawy i wróćmy do chłopów. Do walki miał ich zachęcić program reform, który Kościuszko ogłosił 7 maja w Połańcu nad Wisłą. W podręcznikach Uniwersał połaniecki przedstawiany jest jako doniosły akt, pierwsze konkretne działanie w sprawie włościańskiej. Jakie miał znaczenie dla insurekcji?

W obozie wojskowym w Połańcu Kościuszko szkolił rekrutów do armii insurekcyjnej. Ogłaszając tam uniwersał, w którego tworzeniu uczestniczyli Kołłątaj i Potocki, liczył na masowe zgłaszanie się chłopów. Sytuacja była jednak skomplikowana. Po pierwsze - na co w swoich badaniach zwrócił uwagę historyk prof. Mateusz Wyżga - czas nie sprzyjał, bo chłopi potrzebni byli w gospodarstwach. A po drugie i ważniejsze, trzeba było pogodzić wodę z ogniem, czyli nakłonić chłopów, żeby się zgłaszali, i jednocześnie nie przestraszyć szlachty. Kościuszko wiedział, że nie może stracić jej poparcia, ponieważ właśnie na szlachcie spoczywał główny ciężar walki. Trochę to była więc kwadratura koła.

Jak na tak skomplikowane warunki Uniwersał połaniecki oferował jednak dużo: zmniejszenie pańszczyzny o połowę i całkowite zwolnienie z niej chłopów, którzy zgłosili się do walki.

Bohater spod Racławic Bartosz Głowacki nie tylko został zwolniony z powinności wobec swojego pana, lecz także dostał od niego ziemię.

Jednak szlachta na Połaniec zareagowała w większości krytycznie. Część nie pozwalała poddanym się zgłaszać, bo nie chciała tracić siły roboczej. Z kolei nawet ci chłopi, którzy zareagowali na wezwanie, szybko chcieli wracać do gospodarstw. Mobilizacja włościan zakończyła się więc połowicznym sukcesem.

W Wielkim Księstwie Litewskim zaś władze insurekcji w obietnicach posunęły się nieco dalej niż w Koronie. Ogłoszony 24 kwietnia, po zdobyciu Wilna, Akt Powstania Narodu Litewskiego odwoływał się wprost do "mężnego narodu francuskiego" i postulował pełną równość obywatelską.

Śmierć Berka Joselewicza w Kocku, obraz Henryka Pillatiego, 1867

 
BRODATA ARMIA

Tak podobno o nich mówiono, ponieważ z powodów religijnych nie golili bród. Mieli czarne mundury. Pułk żydowski płk. Berka Joselewicza (1764-1809) liczył 500 kawalerzystów.

Joselewicz urodził się na Żmudzi, handlował końmi. W młodości trafił na służbę do biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego. Wysyłany przez niego na różne kupieckie misje na zachód Europy, w Paryżu Joselewicz był świadkiem rewolucji francuskiej.

Gdy wspólnie z przyjacielem Józefem Aronowiczem zaproponowali Tadeuszowi Kościuszce utworzenie żydowskiego regimentu, miał on zareagować entuzjastycznie. Na formowanie żydowskiego oddziału kawalerii kazał wypłacić 3 tys. zł, a Joselewicz w "Gazecie Rządowej" wezwał Żydów do walki w insurekcji.

Większość jego żołnierzy poległa w czasie rzezi Pragi. On ocalał. Walczył potem w Legionach Polskich Jana Henryka Dąbrowskiego, m.in. w krwawych bitwach nad Trebbią i pod Novi. Następnie zgłosił się do Legii Naddunajskiej, ale musiał z niej odejść, bo - jak pisał w jednym z listów Józef Wybicki - "jego prześladować nie przestają, któremu jednak niczego więcej zarzucić nie można jak to, że się nieszlachcicem urodził".

Pułkownik Joselewicz walczył później w niemieckim Legionie Hanowerskim sformowanym na rozkaz Napoleona, a w końcu jako dowódca szwadronu 5. Pułku Strzelców Konnych armii Księstwa Warszawskiego. Zginął w maju 1809 r. w potyczce pod Kockiem podczas wojny z Austrią.

Kościuszce udało się wyrwać spod Krakowa dopiero w drugiej połowie maja, kiedy dołączyły do niego wojska z Lubelszczyzny i Wołynia. Pomaszerował na Warszawę, ale tymczasem sytuacja się zmieniła, bo do pacyfikacji insurekcji przyłączyły się Prusy. W bitwie pod Szczekocinami (6 czerwca 1794) naczelnik walczył już zarówno przeciw Rosjanom, jak i przeciw Prusakom.

Wojska rosyjskie zaangażowane były w przygotowania do kolejnej wojny z Turcją. Caryca Katarzyna II, chcąc szybko stłumić powstanie, musiała porozumieć się z dworem w Berlinie. Zresztą król Prus Fryderyk Wilhelm II zgłaszał gotowość do udziału w tłumieniu insurekcji, gdyż zamierzał partycypować w kolejnym rozbiorze Rzeczypospolitej.

Kościuszko przegrał bitwę pod Szczekocinami, a przy tym poniósł znaczne straty. Dwa dni później doszło do kolejnego niepowodzenia: gen. Józef Zajączek, który miał bronić Lubelszczyzny przed zbliżającymi się rosyjskimi wojskami gen. Wilhelma Derfeldena, został przez niego pobity pod Chełmem.

Chłopskie wojsko w obu tych starciach nie odegrało większej roli. Pod Szczekocinami zginął Bartosz Głowacki, a kosynierzy jedynie osłaniali odwrót. Pod Chełmem po prostu uciekli z pola bitwy.

Pod Szczekocinami oddziały chłopskie walczyły mężnie. Jednak w obu bitwach przewaga przeciwnika - liczebna i w uzbrojeniu - była znaczna.

Po tych porażkach wojska insurekcyjne znalazły się w odwrocie. Zaczęły się przemieszczać ku Warszawie, a południe kraju znalazło się pod kontrolą Prusaków i Rosjan.

LOJALNY MONARCHA
Oblężenie Warszawy zaczęło się 13 lipca. Obronę miasta uznał pan za sukces wojsk insurekcyjnych i samego Kościuszki.

Bo nim była. Pod miasto podeszły około 30-tysięczna armia pruska dowodzona przez samego króla Fryderyka Wilhelma II oraz znacznie mniejszy korpus rosyjski gen. Iwana Fersena.

Kościuszko dobrze przygotował Warszawę do oblężenia. Wykorzystał swoje umiejętności inżynierskie i ufortyfikował miasto, m.in. użył starych umocnień z poprzednich wojen.

Artyleria pruska zadawała powstańcom dotkliwe straty, trwał nieustanny ostrzał, piechota zaciekle atakowała szańce, w mieście wybuchały zamieszki, a na domiar złego 12 sierpnia nadeszła informacja, że Rosjanie zdobyli Wilno.

Stanisław August Poniatowski, portret autorstwa Marcella Bacciarellego, XVIII w.

 

A jednak Prusacy nie zdołali przebić się przez szańce. Obrońcom pomogło to, że 20 sierpnia insurekcja wybuchła w Wielkopolsce i przebiegała tam w sposób niekorzystny dla Fryderyka Wilhelma II. Powstańcy, współdziałając z oddziałami gen. Jana Henryka Dąbrowskiego i Antoniego Madalińskiego, wysłanymi im na pomoc przez Kościuszkę, zdobywali miasto po mieście. Król Prus musiał zwinąć oblężenie Warszawy, podczas którego jego wojska doznały ogromnych strat, i ruszył, by opanować sytuację w zbuntowanej prowincji.

Jak wobec insurekcji zachowywał się Stanisław August Poniatowski?

Lojalnie. Uważał, że prędzej czy później powstanie zakończy się klęską, a jego skutki będą opłakane, ale powiedział, że nie odstąpi od swego narodu. Oczywiście będą tacy, którzy spytają: "A jaki miał wybór?". No tak, ale trzeba podkreślić, że taka postawa była zgodna z jego charakterem i linią postępowania.

Pomimo swoich wszystkich słabości Stanisław August podczas insurekcji zachował się godnie. Musimy wziąć pod uwagę, że był już wtedy mężczyzną 62-letnim, zmęczonym, poddawanym nieustannej presji, upokarzanym. Zupełnie nie pasował do rewolucji, która właśnie trwała. Był już trochę człowiekiem z innej epoki, reliktem. A mimo wszystko próbował coś zdziałać.

W pewnym momencie znalazł się w zagrożeniu.

Podczas oblężenia pojechał zobaczyć fortyfikacje i natychmiast rozpuszczono pogłoski, że planuje - jak we Francji Ludwik XVI - ucieczkę za granicę. Na szczęście orszak był pod eskortą żołnierzy wysłanych przez prezydenta miasta Ignacego Zakrzewskiego, z którymi król wrócił do zamku. Poproszono po tym incydencie, żeby się nie oddalał i nie prowokował pogłosek. Nie brakowało takich, choć trudno powiedzieć ilu, którzy chcieli zrobić Stanisławowi Augustowi i jego rodzinie to, co Francuzi zrobili Ludwikowi XVI i Marii Antoninie.

Był niepopularny, zresztą tak jak jego brat - arcybiskup Michał Jerzy Poniatowski, prymas Polski. Ludzie na ulicach śpiewali przecież: "My, Krakowiacy, nosim guz u pasa, powiesim sobie króla i prymasa". Król i jego brat niewątpliwie obawiali się o swoje życie, dlatego schronili się w zamku. Prymasa oskarżano o zdradę. Zarzucano mu, że przekazał Prusakom plany miasta. Plotkowano, że król przesłał mu truciznę, żeby popełnił samobójstwo.

Te oskarżenia nie miały żadnych podstaw. Niestety, kłamstwa o prymasie, które głosiła warszawska ulica, powielało później wielu historyków.

Prymas Poniatowski zmarł w czasie oblężenia, 12 sierpnia 1794 r., jak mówiono, ze zgryzoty. Dziś powiedzielibyśmy, że cierpiał na depresję.

Nie był człowiekiem nieskazitelnym, ale nie zdradził insurekcji. Oddał srebra kościelne na żołd dla żołnierzy, zarządzał modlitwy i nabożeństwa za walczących.

RZEŹ
Przełomowe dla insurekcji okazały się wydarzenia z początku sierpnia. Katarzyna II miała już wtedy pewność, że nie wybuchnie kolejna wojna z Turcją. Żeby stłumić powstanie, z rejonu Morza Czarnego ściągnęła do Polski silny korpus gen. Aleksandra Suworowa. We wrześniu jego wojska sforsowały Bug i po rozbiciu dywizji gen. Karola Sierakowskiego zmierzały w kierunku Warszawy.

Jeszcze zanim tam dotarł, doszło do wydarzeń brzemiennych w skutki. Kościuszko postanowił nie dopuścić do połączenia się wojsk Suworowa z korpusem Fersena znajdującym się po lewej stronie Wisły. Chciał pokonać oba rosyjskie korpusy po kolei, bo po połączeniu stanowiłyby o wiele groźniejszą siłę. Zamierzał nie dopuścić do sforsowania rzeki przez oddział Fersena, ale to, niestety, się nie udało. Rosyjski dowódca przeprawił się na prawy brzeg w okolicach wsi Maciejowice.

Kościuszko, który planował najpierw atak na nadchodzącego ze wschodu Suworowa, wobec zmiany sytuacji skorygował zamiary i uderzył na Fersena. Bitwa pod Maciejowicami, do której doszło 10 października, potoczyła się jednak fatalnie. Nie dość, że zakończyła się klęską Polaków, to podczas walki Kościuszko został ciężko ranny i dostał się do rosyjskiej niewoli.

Wielu historyków surowo oceniło decyzję Kościuszki, który osobiście stanął na czele wojska.

Tak, ale gdyby wygrał, zapewne wychwalaliby jego odwagę. Zaryzykował i niestety przegrał.

Konsekwencją Maciejowic było objęcie dowództwa nad powstaniem przez gen. Tomasza Wawrzeckiego. Nie brakowało potem głosów, że nie nadawał się on na następcę Kościuszki. Nie zgadzam się z tą opinią. Wawrzecki był człowiekiem zasłużonym i z pewnością miał wszystkie cechy dobrego dowódcy. Był jednym z najaktywniejszych posłów Sejmu Czteroletniego, żarliwym zwolennikiem reform, a podczas insurekcji udowodnił, że jest oddanym sprawie, pełnym poświęcenia patriotą i zdolnym oficerem, który z dużymi sukcesami dowodził wcześniej walką powstańczą w Księstwie Kurlandii.

W dramatycznej sytuacji po Maciejowicach, kiedy raczej było już pewne, że powstanie upadnie, można było się oprzeć tylko na kimś z autorytetem. Wawrzecki niewątpliwie go miał.

Suworow ze swoim wojskiem stanął pod Pragą, która była o wiele słabiej ufortyfikowana niż lewobrzeżna Warszawa oblegana wcześniej przez Prusaków. Obroną dowodził generał Zajączek, ale nie zdołał powstrzymać Rosjan. Suworow zdobył Pragę jednym szturmem, a po jej zajęciu zaczął rzeź mieszkańców. Dlaczego kazał bezwzględnie mordować cywilów?

Chodziło o zastraszenie Warszawy, żeby jej mieszkańcy zobaczyli, co ich czeka, jeśli będą stawiali opór. Suworow miał w takim postępowaniu wprawę - podobnie działał podczas wojny rosyjsko-tureckiej w 1790 r., gdy kazał wyciąć w pień 10 tys. mieszkańców twierdzy Izmaił nad Dunajem. W Warszawie także działał z pełną premedytacją. To nie była robota pijanych Kozaków, którzy nie stosowali się do rozkazów, jak później tłumaczyli rosyjscy badacze, lecz przemyślana strategia. Za rzeź Pragi osobistą odpowiedzialność ponosi Suworow, który - trzeba przyznać - osiągnął cel, bo Warszawa skapitulowała 5 listopada, dzień po rzezi Pragi.

Niektórzy historycy określają rzeź Pragi jako największe ludobójstwo w tamtych czasach.

Przesada. Mniej więcej w tym samym czasie w walkach w Wandei, gdzie rewolucja francuska tłumiła rojalistyczne powstanie, ofiar było znacznie więcej, szacunki mówią nawet o 170 tys.

Wzięcie Pragi, rysunek Aleksandra Orłowskiego, ok. 1800

 
Ile osób mogło zginąć na Pradze?

Rosjanie chwalili się, że zabili 20 tys., ale to raczej niemożliwe. Mogli zamordować góra kilkanaście tysięcy ludzi. Większość ofiar stanowili Żydzi. Samych obrońców oczywiście wycięli w pień. Zajączek wpadł w panikę i uciekł do lewobrzeżnej Warszawy, ale Jakub Jasiński walczył do końca i zginął na ostatniej reducie.

UPADEK CZY ZNISZCZENIE?
Dalsze wydarzenia są znane: 16 listopada 1794 r. pod Radoszycami generał Wawrzecki rozpuścił ostatnie oddziały powstańcze, w październiku 1795 r. Rosja, Prusy i Austria dokonały III rozbioru Polski, miesiąc później abdykował król Stanisław August Poniatowski. Rzeczpospolita Obojga Narodów ostatecznie upadła.

Protestuję przeciw określeniu "upadła". Została zniszczona - a to diametralna różnica.

Niech będzie. Ale skoro tak się stało, to znaczy, że nie miała siły, by się obronić przed tymi, którzy ją zniszczyli. Czy to nie sami Polacy i Litwini doprowadzili do takiej sytuacji?

Tak, ale te oskarżenia należy kierować do pokoleń, które żyły w Rzeczypospolitej od połowy XVII do połowy XVIII w. Natomiast później, w niesłychanie już trudnych okolicznościach międzynarodowych, dokonała się autentyczna odnowa: społeczeństwa, narodowej kultury, a także państwa, ogólnie można powiedzieć - wspólnoty.

 

Byt Rzeczypospolitej został brutalnie przecięty, więc jej koniec rzeczywiście był smutny. Jednak apeluję, by nie mylić ofiary ze sprawcą. Zniszczenie polsko-litewskiego państwa przez kraje ościenne było właśnie reakcją na tę odnowę, na wielką szansę odbudowy i modernizacji w duchu oświeceniowej nowoczesności, w duchu kołłątajowskim.

Co to znaczy? W swoich książkach poświęca pan Kołłątajowi sporo miejsca, ale nie zawsze pisze o nim z entuzjazmem. A już na jego postępowaniu w ostatnich chwilach istnienia państwa nie zostawia pan suchej nitki.

Hugo Kołłątaj (1750-1812) to niezwykle ciekawa postać, ekscytująca także dlatego, że tak złożona. Przede wszystkim był politykiem, wybitnym publicystą, dysponował jednym z najlepszych piór polskiej myśli politycznej. Miał jednak również mroczne oblicze: oportunizm, osobiste ambicje, chęć dyrygowania sprawami państwa i innymi ludźmi oraz mściwość. Próby przerzucania winy za porażkę w wojnie w 1792 r. na króla Stanisława Augusta Poniatowskiego nie przynoszą Kołłątajowi chluby. Ani jego postawa już w czasie insurekcji kościuszkowskiej, gdy podburzał ulicznych radykałów.

Równocześnie był jednym z największych myślicieli tamtego okresu, dziś powiedzielibyśmy: wizjonerem. Jego myśl wybiegała daleko poza czasy, w których żył. Kołłątaj przewidywał, jak Rzeczpospolita może ewoluować w XIX w. pod względem gospodarczym, społecznym i politycznym. Twierdził, że bycie pełnoprawnym obywatelem państwa w kolejnym stuleciu nie może już zależeć wyłącznie od urodzenia, lecz od własności, talentów i wykształcenia. Uważał, że zmienią się stosunki własnościowe, a co za tym idzie - społeczne. W majątkach ziemskich będą obowiązywały czynsze, zniknie pańszczyzna, powstanie rzesza dobrze prosperujących, bogatych chłopów, u których zatrudnienie znajdą biedniejsi włościanie, wytworzy się klasa robotnicza. Miał też pomysł, jak łączyć w jedną wspólnotę ludzi różnej wiary, języka i obyczajów: postulował uznanie za obywateli wszystkich mieszkańców kraju bez względu na pochodzenie społeczne, wiarę, przynależność kulturową czy etniczną.

Kołłątaj uważał, że po reformach Sejmu Wielkiego i wejściu w życie Konstytucji 3 maja Rzeczpospolita ma szansę na dynamiczny rozwój. W XIX w. wejdzie jako żywe państwo, które przyciąga migrantów: z jednej strony chłopów uciekających z Imperium Rosyjskiego przed uciskiem i werbunkiem do wojska, a z drugiej - mieszczan, którzy przybędą do Polski z horrendalnie opodatkowanych i przeregulowanych miast austriackich i pruskich.

Hugo Kołłątaj, malarz nieznany, lata 70.-80. XVIII w.

 

Taka była Kołłątajowska wizja przeobrażenia kraju na drodze pokojowej, całkiem realna, bo w przyszłości wiele z tych zjawisk rzeczywiście nastąpiło. Przegrana wojna, a potem insurekcja ją przekreśliła.

W tamtym momencie po prostu nadal większa była siła monarchii absolutnych - Rosji, Prus i Austrii. Natomiast wspólnota republikańska, jaką była Rzeczpospolita, dopiero zaczynała się wydobywać z kryzysu i wkraczać na drogę rozwoju.

Jeden z najwybitniejszych polskich historyków Władysław Konopczyński w Dziejach Polski nowożytnej (1936) sekcję o przyczynach upadku Rzeczypospolitej umieścił na końcu panowania Augusta III Sasa (panował w latach 1733-1763). Tego, co działo się później, do tych przyczyn już nie zaliczył. Zgadzam się z nim.

Warto zwrócić uwagę na niektóre liczby. Ludność Rzeczypospolitej zmniejszyła się z około 12 mln w połowie XVII w. do najwyżej 7 mln w latach 20. XVIII w., w dużej mierze za sprawą wyniszczającej wojny północnej (1700-1721). Tymczasem przed I rozbiorem Polski w 1772 r., czyli pół wieku po tej wojnie, populacja Rzeczypospolitej znów przekroczyła 12 mln. Nastąpił więc skok demograficzny, co dowodzi poprawy sytuacji gospodarczej. Oczywiście tak znaczący wzrost liczby ludności ma swoje konsekwencje, jak choćby ubóstwo w niektórych warstwach, ale przede wszystkim świadczy o rozwoju.

Jesteśmy przyzwyczajeni do utyskiwania, że Polska była biednym krajem, z którego przez cały XIX i XX w. wyłącznie się uciekało, i dopiero w naszych czasach ten trend się odwrócił. Tymczasem do końca XVIII w. przyciągała ona imigrantów.

Jestem przekonany, że Rzeczpospolitą, gdyby nie została zniszczona, czekałaby dobra przyszłość.

ZA DYKTATOREM NIE PÓJDĘ
Rosjanie uwięzili Kościuszkę w Twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu, gdzie mimo niezagojonych ran był intensywnie przesłuchiwany. Jego sytuacja zmieniła się jednak diametralnie, gdy 17 listopada 1796 r. zmarła Katarzyna II.

Cesarz Paweł I, jej następca, szczerze nienawidził matki, za to podziwiał Kościuszkę. Od pierwszych chwil swojego panowania czynił mu honory, a nawet go odwiedził. Kazał przenieść Kościuszkę z twierdzy do Pałacu Marmurowego. Wiadomo było jednak, że nie wypuści go bez jakiejś gwarancji.

Kościuszko podpisał przysięgę, w której zobowiązał się być "poddanym dobrym, wiernym i posłusznym". Nie okazał się niezłomnym rycerzem.

No nie, a w dodatku obiecał, że nie będzie walczył przeciw carowi, co mu później wytykano. Ten dokument mógł mieć wpływ na jego postawę - niechętnie angażował się potem w bieżącą politykę.

Jednak sprawa nie jest wcale tak prosta, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Kościuszko nie załamał się, myślał oczywiście o tym, żeby jakoś wydostać się z niewoli, ale chodziło również o innych uczestników insurekcji, więzionych w znacznie cięższych warunkach niż on. Po podpisaniu tego aktu na jego prośbę car kazał ich uwolnić.

Ważniejsze jest to, co Kościuszko zrobił, gdy już wydostał się z Rosji. Otóż napisał do cara list, w którym wypowiedział mu posłuszeństwo, i zwrócił ofiarowane przez niego pieniądze, a była to kwota niebagatelna. Czy to oznacza, że okazał się wiarołomnym krzywoprzysięzcą? Można i tak to ocenić. Ale z polskiego punktu widzenia podpisanie tej lojalki było aktem pragmatycznym, który przyniósł wolność nie tylko Kościuszce, lecz także innym powstańcom. Jej późniejsze wypowiedzenie było zaś aktem patriotycznym.

W świadomości Polaków Kościuszko to postać pomnikowa. Ma kopiec w Krakowie, jest główną postacią panoramy Bitwa pod Racławicami (1893-1894) Jana Styki i Wojciecha Kossaka, widniał na banknocie 500-złotowym zarówno w czasach II Rzeczypospolitej, jak i w PRL-u. Poświęcono mu dziesiątki pieśni i wierszy, Maria Konopnicka napisała o nim cały tomik, uwiecznił go nawet lord Byron. Naczelnik spoczywa na Wawelu. Na tym pomniku nie ma rysy?

Kiedyś tak myślałem i uważałem, że to bohater bez skazy, a przez to strasznie nudny. Ale tak nie jest. Jak mu się bliżej przyjrzeć, zobaczymy człowieka z krwi i kości, który nierzadko się mylił, miewał chwile słabości, wahania i przeżył wiele niepowodzeń. Jako dowódca wojskowy nie był perfekcyjny. Wspaniały inżynier fortyfikator, ale jako taktyk czy strateg nie okazał się tak zdolny.

Najwięcej wątpliwości budzi dziś jako polityk. Po opuszczeniu rosyjskiej niewoli zaprzepaścił - według krytyków - szansę, by przysłużyć się Polsce. Cieszył się ogromnym autorytetem, był znany i szanowany w całej Europie, a wybrał życie na uboczu.

Dlaczego w 1807 r., gdy Napoleon pokonał Prusy i na ziemiach polskich bił się z Rosją, Kościuszko przy nim nie stanął?

Początkowo zamierzał. Wprawdzie zaraz po uwolnieniu przez Rosjan popłynął do Ameryki i chciał tam wieść spokojne życie, ale szybko wrócił do Francji, bo uznał, że jednak powinien jakoś służyć Polsce. W Paryżu wypowiadał się publicznie, spotykał z politykami, działał w kręgu republikanów. Ale do rządzącego już wtedy Napoleona podchodził z nieufnością. Uważał go za dyktatora, który odszedł od idei republikańskich, a władzę przejął przez zamach stanu. Obwiniał go o klęskę Legionów gen. Jana Henryka Dąbrowskiego [więcej o nich na s. 65], które Napoleon wysłał na wyspę San Domingo do tłumienia antyfrancuskiego powstania. Kościuszko był tym rozczarowany.

PRZESŁANIE NACZELNIKA
W 1800 r. anonimowo ukazała się słynna broszura Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość?, zawierająca pogląd Kościuszki, że nie należy liczyć na innych, tylko samodzielnie wskrzesić państwo na drodze nowego powstania, do którego dołączą jak najszersze rzesze narodu.

Rzeczywiście tak uważał, ale w 1807 r. odpowiedział jednak na propozycję Napoleona, by stanął na czele polskich wojsk. Postawił warunki. Domagał się, by cesarz zagwarantował, że odtworzy Rzeczpospolitą w jej przedrozbiorowych granicach, uwolni chłopów, a przyszłemu państwu zapewni ustrój podobny do brytyjskiego, czyli monarchię konstytucyjną, co we francuskiej ofercie nie mogło się znaleźć.

Kiedy okazało się, że za wiele z Napoleonem nie utarguje, Kościuszko wycofał się na prowincję Francji.

Trudno to zrozumieć. Napoleońska Francja to był jednak konkret: silne przywództwo, nowoczesne jak na owe czasy rozwiązania społeczne, potężna armia. Można było się czegoś chwycić, wywalczyć jakiekolwiek państwo u boku cesarza, a później je zmieniać, kształtować po swojemu.

To jedno z fundamentalnych pytań polskiej historii: kto miał rację - książę Józef Poniatowski, który poszedł za Napoleonem, czy Kościuszko, który mu odmówił?

Napoleon kreślił przed Polakami mgliste perspektywy, nie składał konkretnych deklaracji. Zależało mu na polskich żołnierzach i zasobach kraju. Dla Kościuszki takie podejście było niegodne pod względem moralnym i politycznym.

Oczywiście z każdej sytuacji, choćby najtrudniejszej, zdolny polityk powinien próbować wyciągać jakieś korzyści. Tymczasem Kościuszko był pryncypialny. Być może kompromis nie leżał w jego naturze, a pewne cele i wartości traktował zbyt dogmatycznie.

Zresztą widać takie podejście także już po upadku Napoleona. Dla dobra Polski Kościuszko nie wykluczał nawet porozumienia z carem Aleksandrem I, napisał do niego list, potem spotkali się w Paryżu. Na zaproszenie cara pojechał, pełen nadziei, na kongres wiedeński. Ale oczywiście przeżył wielkie rozczarowanie.

Królestwo Polskie powstałe w wyniku ustaleń kongresu Kościuszko nazwał "pośmiechem".

I znów się odsunął na ubocze. Jest jednak coś, co moim zdaniem zdecydowało o tym, że już po jego śmierci Polacy mogli się wokół niego zjednoczyć.

Co to takiego?

Trudno znaleźć rysy na wizerunku Kościuszki jako obywatela. Nie ma w jego postępowaniu prywaty, zawsze nadrzędne było dla niego dobro ojczyzny i innych, przede wszystkim chłopów. Miał republikańskie, wolnościowe poglądy i nigdy nie zrezygnował z ich obrony. Świadczy o tym także jego testament, w którym legował swój majątek amerykański na wykupienie wolności i edukowanie niewolników Thomasa Jeffersona, choć ten, niestety, nie wykonał woli polskiego przyjaciela.

Te cechy powodowały, że Polacy o różnych poglądach i biografiach mogli w XIX w. wziąć go na sztandary i bez wahania powiedzieć: "Kościuszko wielkim bohaterem był".

Portret profilowy Tadeusza Kościuszki w starszym wieku w Solurze, malarz nieznany, ok. 1816

 

Do końca życia mieszkał w Solurze w Szwajcarii, w domu zaprzyjaźnionej rodziny Zeltnerów. Był już człowiekiem schorowanym, ale odnalazł się tam jako filantrop, robił przejażdżki na ośle albo koniu po mieście i rozdawał biednym datki. Dzięki swojej dobroci Kościuszko miał niewątpliwie piękną starość. Zmarł w 1817 r.

Nasza rozmowa rozpoczyna książkę, której głównym, choć nie jedynym tematem są polskie powstania. Spór o ich sens trwa od pokoleń i raczej nigdy się nie skończy. Jedni twierdzą, że były potrzebne, bo stały się składnikiem naszej tożsamości; inni - że były zbrodnią na narodzie, bezsensowną daniną krwi. Argumentują, że inne zniewolone narody nie sięgały po broń, a i tak przetrwały. Jak pan na to patrzy jako historyk naszych dziejów, ale jednak Brytyjczyk?

Gdyby nie było powstań, Polacy nie byliby tymi Polakami, jakimi się stali. Można sobie wyobrazić Polaków podobnych do Czechów, którzy przetrwali jako naród i stworzyli bogatą kulturę bez powstań. Ale takie porównania nie mają sensu.

Powstania są tak mocno zrośnięte z polskością, że nie da się tego już rozerwać. Zgadzam się, że ich tradycja jest składnikiem narodowej tożsamości. Były, bo musiały być. Nikt przecież w 1830 r., gdy wybuchło powstanie listopadowe, nie hamletyzował: bić się czy nie bić? Nikt nie szukał alternatywnej drogi. Powstania jawiły się ludziom jako potrzebne, ponieważ rzeczywistość, w jakiej żyli, uważali za nie do zniesienia.

Przecież wystarczyło zaledwie kilku podchorążych, żeby wzniecić powstanie listopadowe, do którego przyłączyli się armia, lud, a nawet zadeklarowani przeciwnicy walki. Książę Adam Jerzy Czartoryski, syn Adama Kazimierza, uważał, że powstanie to szaleństwo, a jednak uznał, że nie może stać z boku - skoro walka się zaczęła, trzeba walczyć, nawet wbrew logice.

Owszem, z kilkoma wyjątkami wszystkie polskie zrywy zakończyły się klęską. Ich konsekwencje za każdym razem były straszne. Mimo to stawały się inspiracją dla kolejnych powstań. Dlatego twierdzę, że były nieuniknione. Bez nich polskość też by jakaś była, ale zupełnie inna. Nie wiem jaka, ale czy na pewno lepsza?

Redakcja: Joanna Banaś

Korekta: Paulina Kluk, Agata Nastula

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Ula Pągowska

Skład i łamanie: Maciej Trzebiecki

Fotoedycja: Marcin Kapica

Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa

Mapy: Michał Wastkowski

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

Opieka redakcyjna: Jacek Świąder

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Agora Książka i Muzyka Sp. z o.o., 2025

Copyright ? by Mirosław Maciorowski, 2025

 

Wydawca oświadcza, że pomimo podjętych starań nie udało mu się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Osoby zainteresowane prosimy o kontakt z Agorą Książka i Muzyka Sp z o.o. (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00).

Wszystkie odwołania do numerów stron występujące w tekście dotyczą wydania papierowego książki.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2025

ISBN: 978-83-8380-440-8

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej