CZĘŚĆ III
NADZIEJE I ZGLISZCZA
Koniec świata legionistów
Klęska w cztery tygodnie
Polska w Londynie
Armia generała Grota
Warszawa jak Masada
Diamenty na szaniec
Wojna polsko-polska pod flagą sowiecką
"Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!/ [...] Chcieliście Polski, no to ją macie!" - pisał zjadliwie Konstanty Ildefons Gałczyński w wierszu z okazji 10. rocznicy zamachu majowego. Gorzko podsumował sanację i wyraził rozczarowanie Rzecząpospolitą pod jej rządami. Utwór ukazał się w endeckim tygodniku "Prosto z Mostu", ale zawodu nie kryli także ludzie o poglądach dalekich od narodowych.
Wybitny pisarz i poeta Antoni Słonimski jeden z felietonów na łamach liberalnych "Wiadomości Literackich" zatytułował m.ż.G.s.r., odnosząc się do zarzutów stawianych mu przez sanacyjnych propagandystów, że za ostro krytykuje państwo, które przecież zbudowało Gdynię. Pisarz, drwiąc z adwersarzy, zapowiedział więc, że odtąd każde krytyczne zdanie będzie poprzedzał skrótem "m.ż.G.s.r.", czyli "mimo że Gdynia się rozbudowuje".
Państwo odzyskane po latach zaborów w 1918 r. było spełnieniem marzeń i ogromną nadzieją Polaków. Dla wielu okazało się rozczarowaniem.
Czy to sprawiedliwa ocena? O II Rzeczypospolitej opowiada prof. Włodzimierz Mędrzecki. Nie wybiela jej, krytycznym okiem patrzy przede wszystkim na piłsudczyków, którzy dzierżyli w niej niepodzielną władzę, ale dostrzega też, że u schyłku istnienia Polska wkraczała na tory, które mogły doprowadzić ją do sukcesu.
A kiedy tak naprawdę II Rzeczpospolita upadła? Zwyczajowo tym terminem określa się państwo istniejące od 11 listopada 1918 r., czyli symbolicznej daty odzyskania niepodległości, do 28 września 1939 r., gdy polska armia skapitulowała przed III Rzeszą. Największy kataklizm w dziejach świata, jakim była II wojna światowa, wprawdzie zamienił Polskę w zgliszcza, jednak ciągłość państwa została utrzymana. Rząd na uchodźstwie, a w kraju struktury Polskiego Państwa Podziemnego były kontynuacją II Rzeczypospolitej. Żołnierze Armii Krajowej, walcząc w powstaniu warszawskim, czuli się wciąż jej obywatelami. Podobnie bojowcy w getcie warszawskim, którzy po rozpoczęciu walki wywiesili biało-czerwoną flagę, i członkowie niepodległościowej partyzantki, która po wejściu Armii Czerwonej nie złożyła broni.
Za symboliczny kres II Rzeczypospolitej można więc uznać dopiero moment rozbicia ostatniego oddziału powojennej konspiracji. Stało się to w latach 50., choć pojedynczy partyzanci ukrywali się znacznie dłużej.
Józef Piłsudski na moście Poniatowskiego w Warszawie podczas zamachu majowego, 12 maja 1926. Wraz z Marszałkiem od lewej: ppłk Kazimierz Stamirowski, por. Marian Żebrowski, gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, mjr Włodzimierz Jaroszewicz i por. Michał Galiński
KONIEC ŚWIATA LEGIONISTÓW
DWADZIEŚCIA LAT RZECZYPOSPOLITEJ
Mirosław Maciorowski: Rozmowę o piłsudczykach - formacji politycznej i ideowej, która zdominowała historię II Rzeczypospolitej - powinniśmy zacząć od zamachu majowego. To moment kluczowy dla nich i dla całego dwudziestolecia międzywojennego.
Prof. Włodzimierz Mędrzecki: Jeśli chodzi o dzieje polityczne, to niewątpliwie ważna cezura. Dzieje II RP rzeczywiście można podzielić na przed zamachem i po zamachu.
W książce Odzyskany śmietnik. Jak radziliśmy sobie z niepodległością w II Rzeczypospolitej? (2022) szczegółowo opisuje pan wydarzenia z 12 maja 1926 r. Także słynną rozmowę na moście Poniatowskiego między prezydentem Stanisławem Wojciechowskim, reprezentującym legalną władzę, a zamachowcem - marszałkiem Józefem Piłsudskim. Prezydent domaga się od Marszałka, by "dochodził swych pretensji na drodze legalnej", a ten odpowiada: "Droga legalna zamknięta". Uderza mnie pewien szczegół: Piłsudski łapie za mankiet Wojciechowskiego, a prezydent stanowczo wyrywa rękę. To egzemplifikacja nie tylko ich charakterów, lecz także stylu uprawiania polityki - niecofający się przed niczym Piłsudski kontra godny prezydent, stojący na gruncie prawa.
Wydaje mi się, że chodziło raczej o nawiązanie kontaktu osobistego, przeniesienie formuły rozmowy z instytucjonalnej na dialog dwóch przyjaciół.
Wojciechowski (1869-1953) zawsze starał się być legalistą. Jeszcze w czasie zaborów, po rewolucji 1905 r., jako działacz spółdzielczy usiłował działać legalnie. A Piłsudski był człowiekiem walki, konspiratorem i ryzykantem, sięgającym po - delikatnie mówiąc - niekonwencjonalne metody. Mimo tych różnic uważali się jednak za sobie bliskich, zarówno ideowo, jak i w sensie ludzkim.
Stanisław Wojciechowski, prezydent Polski w latach 1922-1926
Znali się od lat 90. XIX w. Jako młodzi ludzie zetknęli się na emigracji, współtworzyli PPS, redagowali nawet razem "Robotnika". Na pewno długo mieli do siebie pełne zaufanie.
Po 1918 r. Wojciechowski został ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Ignacego Paderewskiego i był w nim kimś w rodzaju człowieka Piłsudskiego, wówczas naczelnika państwa. Ten rząd firmowany był przez obóz belwederski, ale też przez Narodową Demokrację, więc to, że kluczowym ministrem został bliski współpracownik Piłsudskiego, miało ogromne znaczenie. Tym bardziej że Paderewski większość czasu spędzał na konferencji pokojowej w Paryżu i w praktyce to Wojciechowski kierował pracami rządu.
O tym, jak bliska była wtedy współpraca między Piłsudskim a Wojciechowskim, świadczy reakcja rządu na niektóre wydarzenia, np. wybuch wielkich strajków górników i robotników pod koniec 1918 r. w Zagłębiu Dąbrowskim, a kilka tygodni później - protestów robotników rolnych na ziemiach Królestwa Polskiego. Wojciechowski jako minister spraw wewnętrznych złamał je, zaangażował siły policyjne do ich pacyfikacji, co wymagało zgody Naczelnika.
Można więc przypuszczać, że na moście Poniatowskiego Marszałek nie spodziewał się oporu ze strony prezydenta. Sądził raczej, że Wojciechowski pójdzie mu na rękę, niż że wyrwie dłoń z jego żelaznego uścisku.
Nie wiemy, co myślał Piłsudski, ale prawdopodobnie rzeczywiście nie przypuszczał, że Wojciechowski mu się postawi.
Jak Piłsudski chciał rozegrać przewrót? Według opinii, które przytacza pan we wspomnianej książce, nie planował walki, a już na pewno - ofiar śmiertelnych.
Absolutnie tego nie chciał. Chciał przejąć władzę siłą, ale bez przelewu krwi. Myślał, że wystarczy do tego zbrojna demonstracja.
Druga połowa kwietnia i początek maja 1926 r. były czasem ogromnego bałaganu politycznego. Piłsudski zamierzał obalić ówczesny rząd, na którego czele stał Aleksander Skrzyński ze Stronnictwa Prawicy Narodowej. W składzie koalicji rządowej byli posłowie PPS-u, którymi Piłsudski sterował. Gdy ją opuścili, gabinet Skrzyńskiego upadł 5 maja 1926 r.
Marszałek uważał, że Skrzyński może ponownie zostać prezesem Rady Ministrów, ale tylko wtedy, gdy on sam wejdzie do rządu i obejmie tekę ministra spraw wojskowych lub inne kluczowe stanowisko, i w ten sposób zdobędzie faktyczną władzę.
Skrzyński jednak nie został premierem. W sejmie porozumiały się ugrupowania centroprawicy: Narodowa Demokracja i PSL "Piast" Wincentego Witosa, i 10 maja to właśnie lider ludowców stanął na czele rządu.
Dlatego Piłsudski dwa dni później wkroczył do Warszawy z wiernymi sobie oddziałami?
To był kolejny, tyle że bardzo spektakularny, etap tej rozgrywki politycznej. Piłsudski wcale nie porzucił planu, o którym mówiłem, tylko okoliczności się zmieniły. Teraz zakładał, że w efekcie zbrojnej demonstracji prezydent się przestraszy, zdymisjonuje Witosa i powoła na premiera może nie samego Piłsudskiego, ale osobę przez niego wskazaną. A on sam wejdzie do rządu jako minister spraw wojskowych, by faktycznie rządzić.
Wiemy, że to planował, bo mówił o tym współpracownikom jeszcze w listopadzie 1925 r. Po przejęciu władzy zamierzał przeforsować korzystne dla siebie ustawy o organizacji najwyższych władz wojskowych. A potem chciał przeprowadzić wybory z pozycji siły i w taki sposób, by w parlamencie większość tworzyli kandydaci wskazani przez niego.
Tyle że prezydent Wojciechowski nie podporządkował się Piłsudskiemu.
Dlatego polała się krew. W trzydniowych walkach ulicznych zginęło około 400 osób. Na szczęście zamach nie przekształcił się w wojnę domową. Zadecydowała o tym rezygnacja z dalszej walki przez Wojciechowskiego i rząd. Władzę przejął marszałek sejmu Maciej Rataj, który nawiązał kontakt z Piłsudskim. 15 maja rząd utworzył Kazimierz Bartel. A już 31 maja Zgromadzenie Narodowe wybrało Marszałka na prezydenta. Ten odmówił jednak objęcia urzędu i wyznaczył do tej roli Ignacego Mościckiego. Kilka dni później Zgromadzenie Narodowe przegłosowało jego kandydaturę - w ten sposób władza zdobyta przez Piłsudskiego w wyniku zamachu stanu została niejako zalegalizowana.
Ulica Mokotowska, Warszawa. Stanowisko artylerii podczas zamachu majowego
Wojciechowski wiedział, że szykuje się przewrót?
Anegdota: tuż po zamachu doszło do pojedynku Aleksandra Skrzyńskiego i gen. Stanisława Szeptyckiego, byłego szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Szeptycki publicznie zarzucił Skrzyńskiemu, że jako premier wiedział o przygotowaniach do zamachu, ale nie ostrzegł prezydenta. Skrzyński uznał to za pomówienie i wyzwał Szeptyckiego na pojedynek.
Umówili się na 15 kroków. Pierwszy strzelał Szeptycki, ale chybił. Skrzyński trzymał pistolet przez regulaminowy czas, a potem go opuścił. Stwierdził później: "Nie zwykłem chybić, a trafić nie chciałem". Panowie nie podali sobie ręki przy rozstaniu, ale pojedynek został uznany za zaliczony, a sprawa - za załatwioną.
Chodzi o to, że Wojciechowski mógł rzeczywiście wiedzieć od Skrzyńskiego, że coś się kroi, ale uznał to za plotki. Dowodem na to, że mógł zlekceważyć ostrzeżenie, jest jego wyjazd do Spały 12 maja. Wrócił stamtąd do Warszawy dopiero na wieść o zamachu, który zaczął się po południu. Dlatego do spotkania na moście Poniatowskiego doszło dopiero około godziny 17.
SAMOTNIK Z SULEJÓWKA
Żeby szerzej wyjaśnić motywy, jakimi kierował się Piłsudski, musimy chyba cofnąć się o cztery lata. W listopadzie 1922 r. wybory wygrała endecja, ale prezydentem został nie jej kandydat, lecz Gabriel Narutowicz, co doprowadziło prawicę do furii. Tydzień po wyborze endecki fanatyk zamordował Narutowicza. A pół roku później powstał endecko-ludowy rząd Chjeno-Piasta, koalicji Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej i PSL-u "Piast" Witosa. Dla Piłsudskiego były to wydarzenia trudne do zaakceptowania, dlatego demonstracyjnie zrezygnował z pełnionych funkcji, poza kierownictwem kapituły Orderu Virtuti Militari. Czy już wtedy zaczął myśleć o zamachu?
Piłsudski był zdruzgotany zabójstwem Narutowicza oraz przejęciem władzy przez endecję i PSL "Piast". Oba te wydarzenia wykorzystał do uzasadnienia rezygnacji z funkcji państwowych. Wprost obwiniał endecję o śmierć prezydenta i zapowiadał, że z jej rządem nie może współpracować.
Jednak jego decyzja o wycofaniu się była wymuszona przez sytuację, w jakiej się znalazł.
Co konkretnie?
Po wyborze prezydenta nie był już ani naczelnikiem państwa, ani naczelnym wodzem armii. Wprawdzie po zabójstwie Narutowicza i wyborze Wojciechowskiego premierem został Władysław Sikorski, który poprosił Piłsudskiego, by przejął po nim stanowisko szefa Sztabu Generalnego, zatem Marszałek nadal pełnił ważną funkcję w państwie, jednak na pewno by jej nie utrzymał. Endecy uważali go za główną przeszkodę w budowie Polski swoich marzeń, narodowo-katolicko-ludowej, więc rząd Chjeno-Piasta bez wątpienia szybko by się go pozbył.
Ważna dygresja: z naszej perspektywy armia w dwudziestoleciu międzywojennym to przede wszystkim Piłsudski i piłsudczycy, a potem długo, długo nic. I rzeczywiście ją zdominowali, ale dopiero po zamachu. Natomiast na początku lat 20. poza Piłsudskim i jego środowiskiem było kilku wysokich oficerów obdarzonych autorytetem i mających dorobek, których uważano za jego pełnoprawnych konkurentów do kierowania armią. W grę wchodzili: dowódca Błękitnej Armii gen. Józef Haller i dowódca wojsk powstania wielkopolskiego gen. Józef Dowbor-Muśnicki. Istniały też konkurencyjne środowiska kombatanckie: piłsudczycy mieli swój Związek Legionistów Polskich, ale własne organizacje mieli również dowborczycy i hallerczycy.
Piłsudski wiedział więc, że endecja go usunie, a do tego przygotuje taką ustawę o organizacji naczelnych władz wojskowych, która uniemożliwi mu pełnienie ważnej funkcji w armii także w przyszłości.
Stanął zatem przed dylematem: czekać, aż go odsuną, albo honorowo odejść. Zdecydował się na to drugie.
Został tzw. samotnikiem z Sulejówka, gdzie zamieszkał z rodziną w Milusinie, dworku wybudowanym dla niego ze składek żołnierzy. Na zdjęciach z tamtego okresu głównie siedzi w fotelu i stawia pasjansa.
To było starannie wykalkulowane posunięcie. Piłsudski nie był bezczynny, pobyt w Sulejówku traktował jako etap w oczekiwaniu na powrót do polityki i władzy. Nie krył się z tym. Utrzymywał kontakt ze swoim środowiskiem politycznym, które tworzyli przede wszystkim dawni legioniści. Wielu z nich pełniło ważne funkcje w armii i aparacie władzy. Jako były naczelny wódz był zapraszany na uroczystości pułkowe i świętowanie rocznic wojny z bolszewikami. Wygłaszał swoje ulubione wykłady o powstaniu styczniowym i ruchu niepodległościowym.
Nigdy nie ogłosił, że idzie na emeryturę. Cały czas komentował sprawy polityczne i wojskowe, choć pozostawał poza strukturami władzy.
Nie miał wpływu na bieżącą politykę.
Nie, bo nie dysponował własną partią w parlamencie. Miał w nim jedynie grupę rodzynków - tak ich nazwijmy - oddanych mu posłów funkcjonujących w różnych partiach, głównie w PPS-ie i PSL-u "Wyzwolenie".
W PPS-ie należeli do nich m.in. były premier Jędrzej Moraczewski i Tadeusz Hołówko, przyszły wysoki urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zwolennik ugody polsko-ukraińskiej. W drugim ugrupowaniu byli to np. późniejszy wielokrotny premier Kazimierz Bartel oraz przyszły minister rolnictwa Juliusz Poniatowski.
Piłsudski miał kilkunastu swoich posłów, którzy zawsze głosowali zgodnie z jego wolą. Oprócz nich było także kilkudziesięciu takich, którzy zwykle, choć nie zawsze, głosowali, jak sobie życzył. To było jednak za mało, żeby wpływać na sejm zdominowany przez endecję.
Istnieją przekazy o mniej lub bardziej tajnych organizacjach politycznych tworzonych przez legionistów, ale to nie były partie. Sporo ludzi związanych z Piłsudskim należało do masonerii. Można nawet powiedzieć, że była ona instrumentem wpływów piłsudczykowskich i generalnie sił liberalno-demokratycznych.
Dopiero w latach 1923-1926 uaktywnił się Związek Legionistów Polskich, rozwijało się też Towarzystwo Strzeleckie "Strzelec", założone przez Piłsudskiego w zaborze austriackim w 1910 r. Te organizacje, skupiające kombatantów dawnych piłsudczykowskich formacji zbrojnych, tworzyły sieć stałych kontaktów.
SEJMOKRACJA
Po wycofaniu się z czynnej polityki Piłsudski konsekwentnie budował propagandowy fundament zamachu. Zaciekle atakował konstytucję marcową z 1921 r. i parlament. Konstytucję nazywał "prostytutką", a posłów - "kurwami". Obrady sejmu określił jako "pierdel, serdel, burdel", a do opisu ówczesnego bezwładu politycznego i niemożności uchwalania ustaw ukuł termin "sejmokracja". Z polskiej polityki piłsudczycy uczynili potwora, którym straszyli obywateli.
Politycy zawsze znajdą słowa-zaklęcia, które wykorzystają do ataków na przeciwników. W PRL-u władza walczyła z "reakcją", "obszarnikami" albo "imperialistami". W demokratycznej Polsce rywali nazywano "postkomunistami", a potem pejoratywnym określeniem stał się "liberał". W II Rzeczypospolitej zaś takim zaklęciem była właśnie "sejmokracja".
Tuż po odzyskaniu niepodległości Polacy marzyli, żeby wskrzeszono też Kazimierza Wielkiego, który zażegna wszelkie spory, a drewniane budy, którymi zabudowany był kraj, zamieni w murowane wille.
Ale polskie społeczeństwo okazało się skomplikowanym patchworkiem. Było podzielone pod każdym względem: społecznym, narodowościowym, religijnym, klasowym i terytorialnym. Powstało niewyobrażalnie dużo grup interesów. A demokracja polega na tym, że każda z nich ma prawo do reprezentacji politycznej.
Przy takim patchworku spory były trudne do rozwiązania. Powstał harmider polityczny, którego zwykły obywatel nie był w stanie pojąć. Czytał relację z obrad sejmu i zanim doszedł do połowy artykułu, już ciskał ze złością gazetą i krzyczał: "Darmozjady! Zamiast współpracować, ciągle się kłócą!".
Te polityczne awantury trwały nieprzerwanie od lutego 1919 r., kiedy obrady zaczął Sejm Ustawodawczy. Bywały gwałtowne i często nie przynosiły efektów w postaci ustaw.
Sejmokracji sprzyjała też chyba proporcjonalna ordynacja wyborcza?
Nie istniały progi wyborcze ograniczające liczbę ugrupowań w sejmie. Ordynacja pozwalała zatem maksymalnie poszatkować parlament. Mogli wejść do niego przedstawiciele kilkudziesięciu partii i koalicji, często wewnętrznie podzielonych, bo reprezentowały rozbieżne grupy interesów.
Krytyka proporcjonalnej ordynacji wyborczej oraz łączące się z nią hasło sejmokracji stały się wytrychem do krytycznego opisu rzeczywistości społecznej i politycznej. I wszyscy go stosowali - począwszy od komunistów, na skrajnych konserwatystach skończywszy. Nie tylko piłsudczycy.
JAKA MA BYĆ POLSKA?
Ale to Piłsudski wykorzystał sejmokrację do przygotowania gruntu pod zamach.
Gdyby nie on, zrobiłaby to endecja. I tu dochodzimy do najważniejszego powodu, jaki stał za decyzją Piłsudskiego o siłowym przejęciu władzy.
W ówczesnej Polsce grup interesów rzeczywiście było wiele, a parlament przypominał patchwork, ale tak naprawdę liczyły się tylko dwa wielkie bloki polityczne, które walczyły o pełnię władzy i możliwość urządzenia kraju według własnej wizji.
Na czele pierwszego stali Roman Dmowski i skupiona wokół niego endecja, czyli ugrupowania prawicowe i narodowe odwołujące się do katolicyzmu jako fundamentu polskości. Politycy endeccy byli otwarci na ścisły sojusz z Kościołem katolickim oraz z ziemiaństwem, które w obliczu planów reformy rolnej miało nadzieję, że endecy pozwolą mu zachować większość majątków. W przekazie endecji ważnym elementem były, oczywiście, hasła i działania antysemickie.
Drugi wielki blok to obóz lewicowo-liberalno-demokratyczny, skupiający ugrupowania od PPS-u, przez PSL "Wyzwolenie", po różnego rodzaju demokratów. Patronował mu Piłsudski. Obóz ten był spadkobiercą polskiej XIX-wiecznej inteligencji, która od czasów pozytywizmu walczyła, jak mogła, z zaściankiem, obskurantyzmem, tradycyjnym i konserwatywnym katolicyzmem. Chciała Polaków europeizować, okcydentalizować. Kwiat polskiej inteligencji ze Stefanem Żeromskim na czele marzył o kraju - jak byśmy dziś powiedzieli - progresywnym, otwartym, tolerancyjnym, współpracującym z Ukraińcami, Żydami i wszystkimi innymi, którzy będą chcieli współpracować.
Większe poparcie miał blok Dmowskiego?
Zdecydowanie. Dlatego w 1922 r., po demokratycznej, spokojnej kampanii wyborczej, ponad dwie trzecie głosów polskich wyborców zdobyły endecja z przyległościami oraz centrum, czyli PSL "Piast" Witosa.
Wizerunek Witosa ukształtowaliśmy sobie na podstawie wydarzeń z lat 30., gdy jako jeden z liderów antysanacyjnej opozycji został uwięziony przez piłsudczyków. Ale dekadę wcześniej był jak najbardziej narodowo-katolicki. PSL "Piast" popierał kolonizację ziem wschodnich przez polskich chłopów, bo przecież "Polska sięga tam, gdzie sięga polski chłop".
Witos łatwo dogadywał się z endecją, zarówno po wyborach, gdy powstał rząd Chjeno-Piasta, jak i w 1926 r., gdy stanął na czele rządu obalonego po kilku dniach przez Piłsudskiego. Po prostu idea Polski narodowo-katolickiej z polskim chłopem na czele pasowała Witosowi i galicyjskiemu ludowi, z którego się wywodził.
Ocenia go pan krytycznie jako polityka?
Absolutnie nie. Jeśli jesteśmy demokratami i uznajemy, że Polska ma być taka, jakiej chce większość obywateli, to nie możemy się obrażać, gdy zdecydują oni, że będzie nie taka, jakiej sami byśmy chcieli. A zdecydowana większość obywateli II Rzeczypospolitej uznała, że Polska powinna być narodowo-katolicka, trochę zaściankowa...
...i antysemicka.
Oczywiście. Znane są antyżydowskie wypowiedzi, publikacje i ekscesy endeków, ale łatwo też znaleźć niezłe cytaty z Witosa, które potwierdzą taką tezę.
Dlaczego to właśnie Witos został w 1923 r. premierem rządu Chjeno-Piasta, a nie Dmowski, lider endecji?
Bo Dmowski kompletnie nie nadawał się na to stanowisko. Jako minister spraw zagranicznych w 1919 r. niczego specjalnego nie zdziałał. Był typem stratega, kimś, kto siedzi za kulisami albo zajmuje jakieś nieformalne stanowisko, np. ministra bez teki, i stamtąd pociąga za sznurki. Ale bez względu na to, jak dziś ocenia się Dmowskiego i czy nadawał się na premiera, niewątpliwie był politykiem wybitnym, inteligentnym i przenikliwym. To, że właśnie endecja trzymała rząd dusz w międzywojniu, w największej mierze było jego zasługą.
Premier Wincenty Witos (na pierwszym planie z lewej) ze swoim rządem, Warszawa, 11 maja 1926
Dominację endecji potwierdzał wynik każdych demokratycznych wyborów po 1918 r. Blok lewicowo-liberalny mógł liczyć maksymalnie na 25-30 proc. poparcia. I po wyborach w 1922 r. dla Piłsudskiego stało się jasne, że aby zrealizować swój pomysł na Polskę, musi albo "zrobić" wybory, albo znaleźć inny sposób, by zdobyć władzę. I znalazł.
Nie było pola do choćby niewielkiego kompromisu? Przecież w czasie wojny z bolszewikami w 1920 r. Piłsudski współpracował z prawicą. Endecka prasa zaciekle go atakowała, ale Dmowski zasiadał w ponadpartyjnej Radzie Obrony Państwa.
Nie było. Piłsudski miał pewien feler: uważał, że endecy to inny gatunek człowieka. Patrzył na nich jak na ludzi obciążonych wadą genetyczną, która sprawia, że nie są zdolni do zadbania o interesy narodowe ani do obrony suwerenności Polski, lecz zawsze służą innym: kiedyś - Rosji, a potem - Francji. Jakakolwiek współpraca z nimi jest niemożliwa - Piłsudski był o tym głęboko przekonany.
Endecy to samo myśleli o nim?
Uważali go raczej za maniaka, człowieka o rozbuchanym ego i politycznego gangstera. W czasie wojny z bolszewikami rzeczywiście oskarżali go o niestworzone rzeczy, np. o to, że miał gorącą linię z gen. Michaiłem Tuchaczewskim, dowódcą sowieckiej armii idącej na Warszawę, ale nie diabolizowali go w takim stopniu jak on ich.
ZBUDUJEMY KRAJ DLA WSZYSTKICH
Piłsudski i jego zwolennicy po zamachu majowym przejęli władzę pod hasłami sanacji, czyli odnowy. Termin wymyślony przez działacza niepodległościowego Adama Skwarczyńskiego (1886-1934) stał się nazwą ich rządów. Jak w założeniu Marszałka miała wyglądać ta sanacja?
Piłsudski nigdy nie spisał swoich zamierzeń, ale z jego różnych wypowiedzi wynika, że chodziło mu o to, by wszyscy obywatele, niezależnie od narodowości i religii, uznali państwo za wspólne dobro i najwyższą wartość. Miała się rozpocząć budowa owej progresywnej, otwartej i tolerancyjnej Polski - kraju dobrego dla wszystkich obywateli.
Wprawdzie Marszałek zdobył władzę siłą, lecz zapowiadał, że nie chce wprowadzić dyktatury na wzór włoski [Benito Mussolini objął władzę w 1922 r.]. Uważał, że demokracja jest częścią polskiej tradycji, ale nie może przypominać tej z czasów, gdy szlachta zrobiła z niej karykaturę. A jego zdaniem właśnie w tym kierunku zmierzała po wprowadzeniu konstytucji marcowej. Przejawem tego była anarchia.
Owa sejmokracja?
Tak. Piłsudski uważał, że konstytucja musi dawać większą władzę prezydentowi, który powinien mieć prawo do - jak się wyraził - "szybkiego powzięcia decyzji w zagadnieniach tyczących się interesu narodowego".
Nowa ustawa zasadnicza miała dopiero powstać, a tymczasem, żeby móc "powziąć decyzje w zagadnieniach", Piłsudski w 1926 r. przeforsował w sejmie nowelę sierpniową, nazwaną tak od miesiąca uchwalenia.
Okazała się kluczowym instrumentem rządzenia. Najważniejsze były dwie zmiany: przyznanie prezydentowi prawa do rozwiązania parlamentu i wydawania rozporządzeń z mocą ustaw. Mógł też dowolnie zwoływać, odraczać i zamykać pojedyncze posiedzenia oraz sesje parlamentarne.
Sejmowi przetrącono kręgosłup?
Jak najbardziej. Władza ustawodawcza stała się de facto zależna od głowy państwa. Piłsudski uważał, że nieustanna awantura w sejmie przeszkadza w budowie silnej Polski. Spychając parlament na margines, wybrał drogę na skróty, by stworzyć tę swoją Polskę. Był zdania, że kłótnie sejmowe to strata czasu, a władzę należy przekazać jemu, bo tylko on wie, co zrobić, by poprowadzić obywateli do świetlanej przyszłości.
Był przekonany, że ma dar boży, że jest geniuszem. Miał poczucie absolutnej wyjątkowości.
Jeśli popatrzymy na to, co osiągnął, chyba naprawdę był kimś wyjątkowym.
Niewątpliwie, ale w tym wypadku, jak czas pokazał, niekoniecznie miał rację.
Święcie wierzył, że tylko on może być akuszerem nowoczesnej Polski. Widział się w roli superarbitra, który jest w stanie zastąpić dyskusję wszystkich grup społecznych, a przede wszystkim pokazać, na czym polega prawdziwy polityczny kompromis. Uznał, że dobierze sobie ludzi, w jego ocenie najwartościowszych, którzy ten kompromis osiągną.
W takim państwie parlament nie jest potrzebny. Ale ponieważ jest ważnym elementem tradycji i nie można go z dnia na dzień wyrzucić na śmietnik, bo byłaby to jawna dyktatura, to niech już on sobie będzie. Ludzie wybiorą posłów i senatorów, którzy będą się spierać w parlamencie, a Piłsudski posłucha, co mają do powiedzenia, potem to razem ze współpracownikami rozważy i wdroży w życie. Ale oczywiście tylko te rzeczy, które uzna za właściwe i potrzebne.
Taki miał pomysł na parlamentaryzm w Polsce.
Czyli jednak dyktatura.
Piłsudski, jego zwolennicy, ale też bardzo wielu obywateli tak tego nie postrzegali. Żeby zobrazować klimat pierwszych miesięcy po zamachu majowym, warto porównać go, przy wszystkich zastrzeżeniach, do wydarzeń bliższych naszym czasom. Atmosfera przypominała wtedy tę, która towarzyszyła objęciu władzy w 1989 r. przez ludzi Solidarności z Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie - Polaków najlepszych z najlepszych, sprawdzonych w boju, bezinteresownych patriotów, którzy gotowi są poświęcić wszystko dla kraju.
Piłsudski również zaprosił do budowy tej nowej Polski ludzi wybitnych. Pod jednym warunkiem: muszą pracować pod jego politycznym parasolem i akceptować tę wizję Polski, którą on uważał za najlepszą.
MARSZAŁEK WIE LEPIEJ
Pora scharakteryzować grupę, która miała tę Polskę budować, czyli piłsudczyków. Kim byli?
Najogólniej mówiąc, to kilkuset ludzi, którzy uważali się za oddanych Piłsudskiemu, gotowych dla niego zrobić może nie wszystko, ale na pewno dużo. Postrzegali go tak, jak on sam siebie: jako człowieka wyjątkowego, który zawsze wie lepiej - po prostu geniusza. Jeżeli więc on czegoś chce, to nie ma co dyskutować, tylko trzeba mu na wszelkie sposoby pomóc w osiągnięciu celu.
Piłsudczycy to w większości ludzie, którzy przed zamachem majowym, na różnych etapach drogi politycznej Piłsudskiego, pracowali pod jego kierownictwem czy komendą. Ci najważniejsi - jeszcze w czasach PPS-u, w Legionach Polskich, a potem kontynuowali współpracę w armii lub służbie cywilnej odrodzonego państwa.
Najstarsza generacja to właśnie ta PPS-owska, z jej grona wywodzili się Aleksander Prystor (1874-1941) i Walery Sławek. Obaj byli z Piłsudskim jeszcze przed rewolucją 1905 r. albo w jej czasie. Brali udział w akcjach bojowych, w tym w słynnej akcji zbrojnej pod Bezdanami, jedynej, w której osobiście uczestniczył Piłsudski.
Drugą generację stanowili ludzie związani z Piłsudskim, od kiedy po ucieczce z Królestwa Polskiego tworzył w Galicji ruch niepodległościowy. Działali w Związku Strzeleckim, a potem uczestniczyli w budowie Legionów. Najważniejsi to znani później wojskowi: Kazimierz Sosnkowski i Edward Rydz-Śmigły, oraz mniej znany Kazimierz Świtalski (1886-1962), wieloletni adiutant i osobisty sekretarz Piłsudskiego. Rzadko pokazywał się publicznie, ale jako niezwykle sprawny organizator był szarą eminencją i człowiekiem do specjalnych poruczeń. Do tego grona można dodać jeszcze ppłk. Bogusława Miedzińskiego oraz Jędrzeja Moraczewskiego, ministra robót publicznych.
Wreszcie trzecia generacja to ludzie młodsi, którzy odznaczyli się w czasie służby w Legionach, w najważniejszych wydarzeniach podczas odzyskiwania niepodległości i wojny z bolszewikami. Najbardziej znaną postacią z tej grupy jest Józef Beck (1894-1944). W 1918 r. miał 24 lata, ale później zrobił wielką karierę. Szybko awansował na pułkownika, a w latach 30. został ministrem spraw zagranicznych.
Któregoś z nich Piłsudski traktował jakoś szczególnie?
Mało kto był z nim na ty. Sławek, Prystor i kilku ludzi, którzy w różnych okresach tworzyli najbliższy krąg Piłsudskiego, czasem wysłuchiwali jego zwierzeń. Rzadziej z nim dyskutowali, choć właściwiej byłoby powiedzieć: próbowali dyskutować. Bo z Piłsudskim się nie dyskutowało, mało kto potrafił się na to zdobyć. Raczej należało bez szemrania wykonywać jego polecenia.
Marszałek Józef Piłsudski świętuje imieniny z córkami Jadwigą i Wandą (siedzi z prawej) oraz najwierniejszymi oficerami, Sulejówek, 19 marca 1926
Ludzi z dalszych kręgów Piłsudski zwykle wzywał w razie potrzeby. Traktował ich jak podwładnych do specjalnych zadań. Byli to najczęściej ludzie energiczni, sprawni, ale należeli wyłącznie do grupy wykonawców zleceń i instrukcji.
Wokół Piłsudskiego kręciło się zawsze kilkudziesięciu ludzi, ale ich skład się zmieniał. Niektórych potrzebował tylko przez pewien czas, eksploatował intensywnie, by później przestać się nimi interesować. Wielu nawet dobrze nie znał, a mimo to obdarzał zaufaniem.
Świetnym przykładem może być tu wojewoda wołyński Henryk Józewski (1892--1981), przed 1918 r. bojowiec Polskiej Organizacji Wojskowej na Ukrainie, później komendant POW w Kijowie. Piłsudski poznał go dopiero w 1920 r. i przed zamachem majowym widział się z nim tylko raz. Po maju ściągnął go z Wołynia i mianował szefem gabinetu politycznego premiera. Człowiek spoza tych trzech kręgów trafił więc do jądra decyzyjnego państwa. Po pewnym czasie Piłsudski znów go wezwał i kazał mu być wojewodą wołyńskim - gwarantował mu przy tym pełną autonomię. Zaufał mu, choć widzieli się ledwie kilka razy w życiu. Aż do swojej śmierci rozpinał nad nim polityczny parasol ochronny. Józewski jako człowiek Marszałka był nieodwoływalny.
Bo był człowiekiem nietuzinkowym i pewnie Piłsudski to dostrzegł.
Rzeczywiście, rządził województwem samodzielnie i odważnie. Marszałek akceptował politykę wołyńską Józewskiego - bo takie miano zyskała jego działalność. Wojewoda był zwolennikiem pokojowego współistnienia Polaków i Ukraińców. Współpraca między oboma narodami miała być wymierzona w sowiecką Rosję, a Polska powinna w przyszłości pomóc w budowie Ukrainy ze stolicą w Kijowie. Józewski nie bał się rozwijać samorządu lokalnego opartego na urzędnikach narodowości ukraińskiej.
Więc pewnie nie był pupilem endecji?
Oczywiście, że nie. Historia relacji polsko-ukraińskich potoczyła się potem dramatycznie, ale idee Józewskiego były szlachetne.
Wybitnym piłsudczykiem był Kazimierz Bartel (1882-1941) - świetny organizator, znakomity matematyk, profesor Politechniki Lwowskiej, pierwszy premier po zamachu majowym. Był oddany Piłsudskiemu, ale jednocześnie samodzielny i odporny na naciski.
Bartel zaakceptował, że uczestniczy w budowie nowego państwa, w którym polityka jest w głowie Piłsudskiego, a aparat realizuje jego zlecenia. Był jednak zdania, że ma prawo realizować je tak, jak sam uważa. Nie pozwalał, by wtrącali się do jego pracy ani zausznicy Piłsudskiego, ani nikt inny.
Przez jakiś czas to działało, ale każda zamknięta elita władzy - a piłsudczycy taką tworzyli - poddana jest wewnętrznym mechanizmom, które i w tym przypadku się objawiły. Kiedy po zamachu uformował się już obóz władzy, to gdy tylko ktoś zaczął za dużo znaczyć, natychmiast powstawała przeciw niemu opozycja. Ludziom, którzy byli blisko Piłsudskiego i mieli na różne sprawy inne poglądy niż Bartel, wydawało się, że gdy poskarżą się Marszałkowi, to on skarci premiera. Piłsudski rzeczywiście szedł do Bartla, ale ten mu twardo tłumaczył, co robi i dlaczego i że to wynika z ich wspólnego planu. Piłsudski wracał od premiera, raz fuknął na Świtalskiego, raz - na Sławka, potem fuknął po raz drugi czy piąty. Ale za którymś razem sam zaczął się zastanawiać, co robi Bartel. Coś mu się też nie spodobało i zaczynał zgadzać się ze Świtalskim czy Sławkiem. I pozycja Kazimierza Bartla została zachwiana.
Jak przebiegały te podchody, wiemy z dziennika Świtalskiego z lat 1919-1935, opracowanego przez prof. Andrzeja Garlickiego (1992). Świtalski dokładnie notował wszystko, co mówili Piłsudski i ludzie z jego otoczenia, a także - jak sam knuł przeciwko Bartlowi. W tych zapiskach widać całą kuchnię sanacyjnej władzy.
Która w końcu zaczęła się psuć od głowy?
Jako w miarę zwarta grupa piłsudczycy funkcjonowali mniej więcej do jesieni 1930 r. Potem ich środowisko zaczęło się dzielić. Za życia Piłsudskiego nie było to jeszcze tak bardzo widoczne, ale po jego śmierci w maju 1935 r. w obozie władzy doszło do głębokich podziałów. Dowodem jest choćby powstanie Stronnictwa Demokratycznego, osobnej partii antysanacyjnej złożonej w dużej mierze z dawnych piłsudczyków.
ILE ZNACY PAN IGNACY?
Po zamachu Piłsudski stworzył skuteczne instrumenty rządzenia. O noweli sierpniowej już mówiliśmy - dawała szerokie uprawnienia prezydentowi, którego jednak Marszałek traktował jak instrument. Ignacy Mościcki (1867-1946) był figurantem?
To zbyt powierzchowna ocena. Był wybitnym chemikiem, uczonym, profesorem Politechniki Warszawskiej i rektorem Politechniki Lwowskiej, człowiekiem o dużym dorobku. Dobrze zarządzał zakładami przemysłowymi, zainicjował budowę Zakładów Azotowych w Tarnowie. Co nie bez znaczenia, był niezależny finansowo, bo czerpał pokaźne dochody ze swoich patentów.
Mościcki nie był oportunistą, tylko człowiekiem, który bezgranicznie ufał Piłsudskiemu. Uważał go za polityka wyjątkowego, a jego pomysły - za dobre dla Polski. Ze wszystkimi jego koncepcjami się zgadzał, a swoją rolę rozumiał tak, że skoro Marszałek potrzebuje go do tego, by wprowadzać je w życie, to on mu w tym pomoże. Ale Mościcki na pewno nie uważał, że pełni jedynie funkcję dekoracji w teatrze Piłsudskiego.
Szydzono jednak z niego okrutnie. Popularny był wierszyk: "Tyle znacy co Ignacy, a Ignacy g... znacy".
To ten wierszyk niewiele znaczy. Świadczą o tym choćby wspomnienia Wojciecha Świętosławskiego, również wybitnego chemika, który nie miał nic wspólnego ani z piłsudczykami, ani z polityką - to Mościcki go do niej wciągnął i Świętosławski został w 1935 r. ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Opisuje on swoje rozmowy z Mościckim, z których wynika, że prezydent doskonale wiedział, co robi i jaką rolę odgrywa. Był po prostu bezwzględnie lojalny wobec Piłsudskiego. Nigdy nie pozwolił sobie na publiczne okazanie jakichkolwiek wątpliwości co do poczynań Marszałka.
Ignacy Mościcki, chemik, prezydent Polski w latach 1926-1939
Aż do śmierci Piłsudskiego.
Precyzyjniej trzeba powiedzieć: do momentu, kiedy stało się jasne, że Piłsudski wkrótce odejdzie. Od 1934 r. Mościcki zaczął myśleć o swojej przyszłości i rozpoczął samodzielną grę o realną władzę.
CHODŹCIE Z NAMI!
Kolejnym instrumentem władzy był powołany w 1927 r. twór o nazwie Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR).
Piłsudski w ten sposób budował swój obóz polityczny. Do BBWR-u zgodnie z jego zapowiedzią mógł przystąpić każdy - no, może prawie każdy, bo wykluczeni byli endecy i osoby w jakikolwiek sposób skalane endeckością.
Na czele BBWR-u stanął Walery Sławek, a tworzyli go w zasadzie sami piłsudczycy. Trochę przypominał Front Jedności Narodu z czasów PRL-u.
W BBWR-ze byli nie tylko piłsudczycy. Znaleźli się w nim także ludzie powszechnie szanowani: profesorowie, przedstawiciele przemysłu, osoby obdarzone społecznym zaufaniem.
Co warto podkreślić, Kościół katolicki też został zaproszony. Piłsudskiemu bardzo zależało, by porozumieć się z hierarchami i uświadomić im, o co naprawdę mu chodzi - że nie jest antykościelny, tylko chciałby, aby Kościół włączył się do budowy Polski, jakiej on pragnął. Oczywiście musiałby trochę ustąpić ze swojej uprzywilejowanej pozycji, ale miał zajmować w państwie poczesne miejsce.
25 października 1926 r. władza zorganizowała w Nieświeżu spotkanie z przedstawicielami ziemiaństwa, na które zaproszono także hierarchów kościelnych. I o ile Marszałek dogadał się tam z ziemiaństwem, o tyle Kościół nie był zainteresowany Polską Piłsudskiego. Powiedział mu twarde "nie".
Ale BBWR odegrał swoją rolę. Niespełna dwa lata po przewrocie, 4 marca 1928 r., wygrał wybory do sejmu. Zdobył 125 na 444 mandaty.
Dobry wynik, choć nie oszałamiający. Wraz z posłami spoza BBWR-u zależnymi od Piłsudskiego sanacja miała w sumie 150 głosów. Za mało, by spacyfikować sejm, a taki plan miał przecież Piłsudski.
PRZYJDĄ I ZASTRZELĄ
Symptomatyczna była porażka endecji, a także PSL-u "Piast", które uzyskały odpowiednio 38 i 34 mandaty.
Endecja znalazła się w defensywie. Dmowski i inni jej liderzy po zamachu majowym musieli przyjąć założenie, że jeżeli chcą znów kształtować Polskę, mogą albo to robić oddolnie, przez wychowanie nowych pokoleń zwolenników, albo przygotować się do rozgrywki politycznej. Tyle że musi się ona toczyć już nie w wyborach parlamentarnych, bo ich wygranie po maju 1926 r. było mało prawdopodobne, lecz na ulicy.
Wychowanie pokoleń zwolenników endecji miał zapewnić Obóz Wielkiej Polski (OWP), powołany przez Dmowskiego w grudniu 1926 r.
Można tak zinterpretować utworzenie tej ponadpartyjnej organizacji skupiającej ugrupowania antysanacyjnej prawicy.
Ten projekt zakończył się fiaskiem. Liderzy OWP może mieli zamiar wychowywać młodych endeków, ale członkowie narodowych bojówek postawili na radykalizm, woleli działać na ulicach: bili Żydów, niszczyli ich sklepy, podpalali firmy. Sanacja rozprawiła się z OWP, rozwiązując już w 1927 r. jego struktury na prowincji.
A w 1933 r. OWP został skasowany całkowicie. Ale nie zgadzam się, że okazał się porażką. Historii II Rzeczypospolitej uczyliśmy się w PRL-u bez zrozumienia wielu rzeczy, które rozumiemy dziś. Państwo dysponujące 100-tysięczną policją oraz kilkusettysięczną armią jest w stanie złamać każdy opór społeczny, o ile oczywiście policja i armia same nie zostały przez ten bunt zrewoltowane. W dwudziestoleciu nie zostały i dlatego na ulicy nie można było niczego osiągnąć.
Ówczesny kanon działań policji zakładał, że jeśli demonstracji nie da się rozpędzić, to trzeba ją rozstrzelać. Przykładem mogą być protesty chłopskie w latach 30., a szczególnie wielki strajk chłopski w sierpniu 1937 r. Sytuacja ekonomiczna wsi była wtedy fatalna, za co przywódcy ludowi winili władzę. Oskarżali ją, że zamiast wspierać chłopskie rolnictwo, dba jedynie o ziemian. Chłopi zablokowali drogi, odcięli miasta od dostaw żywności, ale władza wysłała na nich wojsko i policję. Zginęło kilkudziesięciu protestujących.
Obóz Wielkiej Polski był sukcesem, bo organizacja jawnie występująca przeciw autorytarnej władzy liczyła w pewnym momencie około 200 tys. członków. W demokratycznych warunkach endecja przejęłaby bez problemu władzę w ciągu dwóch-trzech lat.
W tamtej sytuacji liderzy OWP nie mieli jednak wyboru - mogli przyjąć do wiadomości decyzję władz o swoim rozwiązaniu albo wyjść na ulicę. Ale wtedy przyjechałaby policja i otworzyła ogień. Ani Dmowski, ani żaden inny endecki przywódca tego nie chcieli. Endecja musiała się cofnąć, bo wiedziała, że po drugiej stronie nikt się nie cofnie.
FACHOWCY I NAIWNIACY
Trudno jednak zrozumieć, dlaczego endecja, która przecież miała tak ogromne poparcie społeczne, przegrała tę rozgrywkę.
Jej dramat polegał na tym, że ludzie obdarzeni odwagą, męstwem i charakterem byli w obozie Piłsudskiego. Natomiast endecja miała kadry, fachowców w każdej dziedzinie: bankowców, ekonomistów, wykwalifikowanych urzędników i doświadczonych działaczy społecznych. W czasie zaborów pełnili oni w większości funkcje w państwie pruskim, rosyjskim czy austro-węgierskim. Niektórzy daleko zaszli, co w dwudziestoleciu nie zawsze było dobrze widziane. Ale przecież skoro ktoś zajmował wcześniej wysokie stanowisko, to nabył unikatowych umiejętności, których odrodzona Polska potrzebowała.
Jakiś przykład?
Choćby Aleksander Meysztowicz, ziemianin, który zasiadał w radzie państwa Cesarstwa Rosyjskiego. Był ugodowcem, nawet kataryniarzem.
Co to znaczy?
W 1904 r. w Wilnie władze carskie zorganizowały uroczystości odsłonięcia pomnika Katarzyny Wielkiej, w których wzięła udział część polskiej elity, także Meysztowicz. Ci, którzy uważali to za przejaw upadku, pogardliwie nazywali ich kataryniarzami.
Meysztowicz, konserwatysta bliski endecji, był niewątpliwie fachowcem, zresztą Piłsudski w końcu go kupił - zaraz po zamachu majowym został ministrem sprawiedliwości w rządzie Bartla (od 15 maja) i Piłsudskiego (od 2 października).
Ale i bez niego endecja miała ogromny potencjał, bazę wybitnych ludzi zdolnych do rządzenia w interesie państwa, a nie tylko swojej partii.
To dlaczego, mimo że miała i poparcie, i fachowców, nie potrafiła zdobyć i utrzymać władzy?
Z powodu błędnej taktyki. Jej liderzy uważali, że potencjał, którym dysponują, czyli wiedza i fachowość kadr, jest tak niezbędny państwu, że bez niego nie da sobie ono rady i nie będzie w stanie w ogóle funkcjonować. Między innymi dlatego Dmowski nie próbował przejmować władzy w listopadzie 1918 r. Był przekonany, że rewolwerowcy od Piłsudskiego, którzy ją wtedy sprawowali, nie dadzą sobie rady - szybko się skompromitują i ich rząd upadnie.
A później, kiedy premierem został już Paderewski, ale rząd był koalicyjny, endecy myśleli, że z tymi wszystkimi fachowcami krok po kroku opanują aparat państwa. Byli pewni, że tylko oni potrafią liczyć pieniądze, znają się na księgowości i administrowaniu. I tylko oni skupiają ludzi, którzy - co podkreślano w otoczeniu Dmowskiego - mają instynkt państwowy, nabyty w czasie współpracy z rządami państw zaborczych.
W takim myśleniu było sporo prawdy, ale XX w. pokazał, że rządzenia można się nauczyć, jak bolszewicy w Rosji. A najważniejsze jest samo zdobycie i utrzymanie władzy, bo jak już się ją ma, to z czasem, za pomocą różnych metod i dzięki uczeniu się na błędach, można rządzić całkiem sprawnie.
Endecja przegrała, bo czekała, aż władza sama wpadnie jej w ręce. Ale to Piłsudski ją złapał i już jej nie oddał, choć kadry do zarządzania państwem miał gorsze od endeków.
NON POSSUMUS
A lewica? Początkowo poparła zamach i nowe porządki, ale po 1928 r. urwała się Piłsudskiemu ze smyczy.
Z lewicą Marszałek popełnił kardynalny błąd, ponieważ założył, że PPS i PSL "Wyzwolenie" to takie trochę "ciamciaramcie", które wystraszą się i albo pójdą razem z nim, albo nie będą mu przeszkadzać. Tymczasem lewica rzeczywiście najpierw nie przeszkadzała, ale po pewnym czasie wystąpiła przeciwko Piłsudskiemu. Określenie "urwała się ze smyczy" nie jest jednak adekwatne. Politycy PPS-u byli autentyczni i nigdy na niczyjej smyczy nie chodzili. Można ich jednak podzielić na dwie grupy. Pierwszą tworzyli ideowi socjaliści, którzy byli od Piłsudskiego absolutnie niezależni. Wprawdzie go podziwiali i kochali i gotowi byli iść na różne kompromisy, ale to się szybko zmieniło.
Lider PPS-u Ignacy Daszyński napisał nawet pean na cześć Marszałka...
Wielki człowiek w Polsce. Wydał tę książeczkę rok przed zamachem majowym i na pewno to, co napisał o Piłsudskim, było szczere.
Druga grupa to PPS-owcy, którzy byli przede wszystkim piłsudczykami, a dopiero później socjalistami. Jesienią 1928 r., kiedy drogi PPS-u i Piłsudskiego już się rozchodziły, dokonali rozłamu w partii. Rajmund Jaworowski wraz z grupą innych piłsudczyków stworzył PPS - dawną Frakcję Rewolucyjną, której nazwa oczywiście nawiązywała do rozłamu w PPS-ie dokonanego przez Piłsudskiego w 1906 r. Jaworowski i jego towarzysze byli po prostu funkcjonariuszami służącymi władzy.
Natomiast ludzie z PPS-u oraz PSL-u "Wyzwolenie" byli wierni wyznawanym wartościom, co stoi w sprzeczności z tym, co o nich myślał Piłsudski. Uważał, że jak tupnie nogą, to zrobią, co im każe. A oni najpierw stanęli przy nim, potem nadal stali, ale z coraz większym bólem, aż w końcu stanęli przed dylematem: wartości czy Piłsudski? I wybrali wartości.
Lewica nie urwała się więc ze smyczy, tylko w pewnym momencie powiedziała: non possumus (nie możemy). I to cała lewica oraz spora część ugrupowań liberalno-demokratycznych.
We wrześniu 1929 r. zjednoczyły się one w antysanacyjny Związek Obrony Prawa i Wolności Ludu, zwany Centrolewem. Jego trzon stanowiły PPS i PSL "Wyzwolenie" oraz PSL "Piast" Witosa. 29 czerwca 1930 r. Centrolew zorganizował w Krakowie wielki kongres, który okazał się sukcesem. Reakcja Piłsudskiego była brutalna.
Marszałek, jak mówiłem, zamierzał spacyfikować parlament. Ale ponieważ miał tylko 150 posłów, nie był w stanie tego zrobić bez lewicy. Tymczasem nie dość, że ta się od niego odwróciła, to jeszcze sejm stał się miejscem krystalizacji znacznie szerszej opozycji, w dodatku coraz powszechniej słuchanej przez społeczeństwo.
Na to nałożył się wielki kryzys, który wybuchł w drugiej połowie 1929 r. Stało się jasne, że nastroje społeczne będą się nadal pogarszały, naród zacznie psioczyć na rząd i sanację. W tym czasie w sejmie aktywnie działała silna grupa krytyków chronionych immunitetem, którzy mogli stanąć na czele protestu społecznego, dać ludziom język, hasła i jeszcze ich zorganizować. Mogło nawet dojść do wojny domowej.
Piłsudski zdawał sobie z tego sprawę, dlatego uznał, że należy tych ludzi wyeliminować, zanim sytuacja stanie się niebezpieczna. Oznaczało to rozgonienie sejmu i powołanie nowego, ale już takiego, który nie będzie rozsadnikiem buntu i oporu.
Od końca 1928 r. Piłsudski dążył do rozwiązania parlamentu. W kwietniu 1929 r. powołał pierwszy tzw. rząd pułkowników na czele z Kazimierzem Świtalskim, oparty na grupie najbardziej zaufanych współpracowników, tworzących jądro sanacji. Nie byli oni powiązani z żadnymi grupami interesów, tylko byli narzędziami sprawnie spełniającymi wolę Piłsudskiego. Bo dla Świtalskiego, Prystora, Sławka, Miedzińskiego czy płk. Adama Koca jedynie ona się liczyła. Jeśli trzeba będzie strzelać, to wydadzą rozkaz otwarcia ognia. Jeśli należy kogoś zamknąć, to poślą po niego policję. Zrobią, co trzeba, bez wahania i dyskusji. Grupa pułkowników była starannie wyselekcjonowana, wielokrotnie sprawdzona. Piłsudski musiał być pewny, że za plecami ma absolutnie wiernych i oddanych ludzi.
Marszałek zaczął coraz bardziej prowokować sejm. Zastraszał izbę poselską: 31 października 1929 r. przybył na Wiejską w asyście uzbrojonych wojskowych. To była spektakularna demonstracja siły - posłowie obawiali się, że żołnierze użyją broni przeciw nim.
Ale marszałek sejmu Ignacy Daszyński z PPS-u nie dał się zastraszyć.
Odmówił otwarcia sesji. Podczas ostrej wymiany zdań z Piłsudskim powiedział, że sejm nie będzie obradował pod bagnetami. Wściekły Marszałek opuścił izbę wraz z żołnierzami.
Członkowie PSL-u "Piast" z pocztem sztandarowym w drodze na kongres Centrolewu, Kraków, 29 czerwca 1930
Ale kolejna granica została przez niego przekroczona, i to absolutnie świadomie. Dlaczego wprowadził wojsko do parlamentu? Bo mógł i chciał. A nieco wcześniej w równie skandaliczny sposób rozegrał tzw. sprawę Czechowicza. Dlaczego? Bo mógł i chciał.
O co chodziło?
Przed wyborami w 1928 r. - na polecenie Piłsudskiego - minister skarbu Gabriel Czechowicz niezgodnie z prawem przekazał z budżetu państwa 8 mln zł na kampanię BBWR-u. Opozycja doprowadziła do postawienia Czechowicza przed Trybunałem Stanu (jedyny przypadek w II RP), ale nie wydał on wyroku, tylko przekazał sprawę do rozpatrzenia sejmowi. Tam oczywiście przepadła dzięki zakulisowym działaniom prezydenta Mościckiego i posłów BBWR-u. Czechowicz nigdy nie poniósł odpowiedzialności, choć tak naprawdę powinien ją ponieść Piłsudski jako główny sprawca złamania zasad.
Takim postępowaniem Marszałek świadomie doprowadzał opozycję do furii. Ale ten kij miał i drugi koniec, bo ułatwiał jej też integrację.
A jednocześnie - o czym Piłsudski chyba wiedział - nieendecka opozycja ciągle miała złudzenia, że on się opamięta.
Naprawdę?
Uważam, że krakowski kongres Centrolewu w czerwcu 1930 r., na którym pod adresem Piłsudskiego i sanacji padło wiele mocnych słów, był tak naprawdę sygnałem dla Marszałka, że trzeba jakoś się porozumieć, współdziałać w obliczu kryzysu, bo sytuacja w kraju jest coraz gorsza. Poza tym wspólnym wrogiem PPS-u i Piłsudskiego jest endecja.
Liderzy Centrolewu zapowiedzieli jednocześnie, że wrócą do sprawy po wakacjach, we wrześniu, jakby dawali Piłsudskiemu dwa miesiące na przemyślenie i zrewidowanie swojej postawy.
Ale on był żołnierzem doświadczonym w boju, więc wiedział, że jeśli tylko pojawi się choćby cień szansy, należy przeciwnika zniszczyć, a nie iść z nim na kompromis. Kongres Centrolewu tak naprawdę był mu na rękę. Sanacyjna propaganda grzmiała, że to opozycja postawiła kraj na krawędzi wojny domowej, choć przecież zrobił to Piłsudski. Marszałek wykorzystał sytuację do tego, żeby ostatecznie rozprawić się z sejmem.
WYBORY PO BRZESKU
Po wakacjach nie zaproponował żadnego kompromisu, tylko kazał Mościckiemu rozwiązać parlament i powtórnie powierzyć sobie misję tworzenia rządu. A potem uwięził w twierdzy w Brześciu nad Bugiem 18 przywódców opozycji, wśród nich trzykrotnego premiera Wincentego Witosa i dawnych towarzyszy z PPS-u.
Nie tylko tych 18 znalazło się pod kluczem. Na prowincji zamknięto kilka tysięcy ludzi. Represje objęły cały kraj. Przywódcy opozycji w twierdzy brzeskiej byli zastraszani, poniżani i torturowani. Pozostali uwięzieni przeciwnicy sanacji też dostali ostry wycisk.
16 listopada 1930 r. odbyły się wybory parlamentarne, które przeszły do historii jako brzeskie. Z demokracją nie miały wiele wspólnego.
Już kampania wyborcza przebiegała z naruszeniem wszelkich zasad. W całej Polsce zastraszano wolontariuszy pracujących dla opozycyjnych partii, bito i aresztowano lokalnych działaczy politycznych, unieważniano listy wyborcze i ograniczano liczebność opozycyjnych wieców. A podczas samych wyborów sanacyjni starostowie organizowali pochody całych wsi do urn, by mieszkańcy głosowali na jedynie słuszną listę numer jeden, czyli na BBWR.
Dochodziło też do dosypywania kart wyborczych do urn, czyli ordynarnych fałszerstw.
Sanacja chciała pokazać, że tym razem to już są jej wybory. Po nich będzie miała większość w parlamencie, który zajmie w końcu miejsce przewidziane dla niego przez Marszałka.
I tak cud, że w tym przetrąconym parlamencie aż tyle mandatów dostaną przedstawiciele opozycji.
W liczącym wówczas 444 posłów sejmie Centrolew zdobył 79 miejsc, endecja - 63, a BBWR - aż 249 i 77 na 111 w senacie.
Parlament, jak chciał Piłsudski, został spacyfikowany, ale nie na tyle, by zmienić konstytucję. Można to było zrobić jedynie przy poparciu dwóch trzecich posłów.
Ostatni akt dramatu rozegrał się, gdy przywódcy opozycji zostali osądzeni w tzw. procesie brzeskim, który zaczął się w październiku 1930 r. Wobec większości w styczniu 1932 r. zapadły wyroki więzienia - działacz PPS-u Adam Ciołkosz dostał aż trzy lata. Jedni poszli siedzieć, inni uciekli z Polski, jak skazany na półtora roku Witos. Pewien historyk porównał kiedyś stan demokracji w II RP do pacjenta, któremu mierzy się temperaturę: zamach majowy - 40 stopni Celsjusza, wybór Mościckiego - 39, wybory w 1928 r. - 37, wybory brzeskie i proces liderów opozycji - znów 40.
Zgadzam się. Jak każda choroba, i ta miała swoją dynamikę. Rządy sanacji początkowo opierały się wyłącznie na charyzmie i autorytecie Piłsudskiego. To, co zrobił w Polsce po zamachu, można streścić tak: "Nie chcę wam, Polacy, odebrać praw obywatelskich, dyskutujcie i piszcie prawie wszystko, co chcecie... No, ale właśnie chodzi o to prawie. Ja respektuję wolność innych, ale pod warunkiem, że wszyscy przyjmą do wiadomości i zaakceptują, że to właśnie ja - nikt inny - wiem, jak ma wyglądać Polska. A kto twierdzi, że wie lepiej, to nie rozumie, że nie ma racji, i może dostać w łeb".
Czyli po prostu dyktatura, której Piłsudski podobno nie chciał. Niektórzy dodają słowo "miękka", bo nie miała nic wspólnego z tym, co działo się w stalinowskim Związku Sowieckim czy hitlerowskich Niemczech. Tyle że "miękkie" dyktatury oparte na autorytecie jednego człowieka, nawet wyjątkowego, zwykle szybko ulegają erozji.
Owszem, tym bardziej że Piłsudski otoczył się ludźmi, którzy w ogóle nie weryfikowali tego, co mówi i każe im robić, tylko bezrefleksyjnie to realizowali. Gdyby Marszałek kazał Aleksandrowi Prystorowi, premierowi w latach 1931-1933, strzelić sobie w głowę, niewykluczone, że ten by to zrobił.
W POSZUKIWANIU FUKSA
Notabene Piłsudski go odstrzelił.
I to z dnia na dzień. Prystor był premierem przekonanym, że odnosi sukcesy i nieźle sobie radzi z kryzysem, zresztą inni też tak uważali. Tymczasem Piłsudski wezwał swoje otoczenie i zakomunikował, że stracił zaufanie do premiera, więc ma się on podać do dymisji.
Podobno powodem był konflikt żon: Janiny Prystorowej i Aleksandry Piłsudskiej, co wiele mówi o ówczesnej klasie politycznej.
Tak tę sytuację interpretowało wielu historyków. Prystor nawet nie próbował walczyć. Nie protestował, nie chwalił się sukcesami, tylko karnie podał się do dymisji.
Zastąpił go inny polityk ślepo oddany Piłsudskiemu - Janusz Jędrzejewicz, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie Prystora.
Zawodowo całe życie zajmował się edukacją, a nie ekonomią, więc była to dziwna nominacja na czas kryzysu gospodarczego.
Jeszcze dziwniejsza była kolejna: Piłsudski nagle odwołał Jędrzejewicza po roku urzędowania i na stanowisko premiera wyznaczył Leona Kozłowskiego, alkoholika i człowieka niezbyt wysokich lotów. Nikt nie miał pojęcia, skąd wziął się ten pomysł. Nikt nie zaprotestował, nie próbował tłumaczyć Piłsudskiemu, że to błąd.
Dziś też nie wiemy, o co chodziło?
Nie ma dokumentów, które przybliżałyby sposób myślenia Piłsudskiego przy tych roszadach. On oczywiście znał Kozłowskiego, przyglądał mu się jako ministrowi reform rolnych. Może dostrzegł w nim energicznego człowieka, który tupnie nogą i opanuje sytuację?
Mam taką hipotezę, że ten chaos i nerwowe miotanie się Piłsudskiego pod koniec życia wynikały z jego rozgoryczenia. Zrozumiał, że rzeczywistość, którą stworzył, odbiega od tej, którą zaplanował, organizując przewrót. Nie tak to miało wyglądać, wszystko wyszło na opak. Rozpaczliwie szukał więc jakiegoś niekonwencjonalnego kroku i kogoś, dzięki komu coś wreszcie zaskoczy, i władza fuksem osiągnie sukces.
Kozłowski odniósł swoisty sukces: wymyślił obóz w Berezie Kartuskiej, określany jako koncentracyjny, gdzie sanacja więziła swoich przeciwników, a nawet zwolenników, którzy ośmielili się ją krytykować. Ale jako premier nie okazał się tym mężem opatrznościowym?
Bo nie miał kwalifikacji ani potencjału. Zresztą w najbliższym otoczeniu Piłsudskiego nie było już zbyt wielu ludzi zdolnych do samodzielnego i twórczego działania. Wielu wartościowych polityków zraziło się do Marszałka, innych on sam od siebie odsunął. A nawet gdyby znalazł się ktoś ze świeżym spojrzeniem i zdolny do samodzielnego działania, to przy Piłsudskim trudno byłoby mu się w pełni realizować.
Sanacja za życia Marszałka była typowym układem dworskim, w którym nigdy nie wiadomo, dlaczego jeden dworak popada w niełaskę, a inny zyskuje uznanie władcy. Nie można tak na dłuższą metę skutecznie rządzić państwem.
TORTURY W BEREZIE KARTUSKIEJ
"To jest miejsce, gdzie spędzono z całej Polski ludzi "niebezpiecznych" dla ładu i porządku" - opisywał miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej socjalistyczny "Robotnik". Wielu historyków nazywa je po prostu obozem koncentracyjnym.
Pretekstem do stworzenia Berezy był zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, którego 15 czerwca 1934 r. zastrzelił ukraiński nacjonalista. Już 6 lipca przywieziono do Berezy pięciu pierwszych osadzonych.
Obóz mieścił się w dawnych carskich koszarach, około 300 km na wschód od Warszawy, między Brześciem a Baranowiczami. Nie izolowano w nim, jak pisał "Robotnik", wyłącznie osób stanowiących zagrożenie "dla ładu i porządku". Oprócz kryminalistów czy ukraińskich nacjonalistów zamykano tam ludzi, którzy mogli szkodzić sanacji. Siedzieli w Berezie od trzech miesięcy do pół roku, rzadko dłużej. Pobyt miał ich złamać psychicznie, a najlepiej skłonić do emigracji.
Pisarz i publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz znalazł się w Berezie w marcu 1939 r. za "systematyczną krytykę rządu za pomocą sztucznie dobieranych argumentów". Wspominał, że główna tortura "polegała na odmawianiu człowiekowi prawa odbycia stolca. Tylko raz jeden w dzień o godzinie 4 minut 15 rano ustawiano więźniów w wychodku i komenderowano: "Raz, dwa, trzy, trzy i pół, cztery!". W ciągu półtorej sekundy miało być wszystko skończone".
Więźniowie byli bici i zmuszani do "gimnastyki": na komendę policjantów musieli w kucki biegać albo pokonywać schody. Wykonywali bezsensowne prace: kazano im kopać rowy i zaraz je zasypywać. Przez wiele tygodni nie pozwalano im się myć.
Pobudka o czwartej rano, na śniadanie niesłodzona kawa zbożowa i 400 gramów czarnego chleba. O 6.30 praca lub "gimnastyka". Na obiad rzadka zupa z porcją kartofli. Po południu kolejna dawka tortur. O 18.30 cisza nocna.
Paczki żywnościowe były zakazane. Za rozmowy w celach groziło sześć dni karceru.
Za tymi wymyślnymi torturami stał Wacław Kostek-Biernacki, piłsudczyk o sadystycznych skłonnościach. W latach 30. był wojewodą poleskim, a jednocześnie komendantem twierdzy w Brześciu, któremu podlegała Bereza.
Od 1934 r. do końca sierpnia 1939 r. przez obóz przeszło około 3 tys. ludzi. Zmarło w nim, według różnych źródeł, od 13 do 17 osób.
Od wybuchu II wojny do obozu przywożono po kilkaset osób dziennie, najwięcej Ukraińców i członków mniejszości niemieckiej, jednak w nocy z 17 na 18 września 1939 r. strażnicy uciekli przed żołnierzami sowieckimi. Więźniowie obudzili się wolni.
DWUGŁOWY SZCZUR
U schyłku życia Piłsudskiego sytuacja wyglądała tak: parlament był karykaturą demokratycznej instytucji, piłsudczycy zajmowali kluczowe stanowiska centralne i w samorządzie, a Piłsudski niepodzielnie rządził armią. Do tego weszła w życie nowa konstytucja, która ugruntowała ich władzę. Choć do jej uchwalenia trzeba było użyć podstępu.
Tak, bo mimo że wybory brzeskie nie były demokratyczne, to sanacja nie miała w sejmie kwalifikowanej większości dwóch trzecich głosów. A zgodnie z obowiązującą wciąż konstytucją marcową trzeba było tyle mieć, by zmienić ustawę zasadniczą.
Prawnik sanacji i poseł BBWR-u Stanisław Car znalazł na to sposób. 26 stycznia 1934 r. przedstawił w sejmie tzw. tezy konstytucyjne, które nie były projektem nowej konstytucji, tylko materiałem do dyskusji. Potem ogłoszono przerwę. Gdy opozycja opuściła salę, pospiesznie wznowiono obrady i posłowie BBWR-u przegłosowali tezy jako konstytucję. Wykorzystali to, że przy absencji posłów opozycji mieli większość dwóch trzecich. Mimo to uchwalenie konstytucji było bezprawne, bo projekt powinien przejść trzy czytania i być przyjęty przez dwie trzecie wszystkich posłów, a nie tylko tych biorących udział w głosowaniu.
Nie miało to znaczenia. Opozycja mogła krzyczeć, ale liczyły się fakty polityczne i siła. A fakty kreował Piłsudski, który miał też siłę, by je wprowadzać w życie.
Konstytucja, nazwana kwietniową, bo weszła w życie 23 kwietnia 1935 r., dawała nieograniczoną władzę prezydentowi Mościckiemu, który odpowiadał wyłącznie "przed Bogiem i historią". Premiera czyniła wykonawcą woli prezydenta, a parlament - jedynie ciałem doradczym. Trójpodział władzy w zasadzie przestał istnieć.
Niespełna trzy tygodnie po wejściu w życie nowej konstytucji, dokładnie w dziewiątą rocznicę zamachu majowego, 12 maja 1935 r., Józef Piłsudski zmarł na raka żołądka.
Pogrzeb miał iście królewski, bo i kult Marszałka był królewski, a rozpacz społeczeństwa - autentyczna. Piłsudski aż do śmierci cieszył się miłością trzech czwartych Polaków oraz sporej grupy Ukraińców i Białorusinów, nie mówiąc o Żydach. Dawał sanacji społeczny mandat.
Nikt dotąd nie zbadał, na czym polegało oddziaływanie Piłsudskiego na społeczeństwo przez całe dwudziestolecie, a to był fenomen. Ludzie naprawdę go kochali, wręcz wielbili, jak później papieża Jana Pawła II. To dotyczyło przedstawicieli wszystkich warstw społecznych. Mogli psioczyć na starostów, urzędników, polityków, ale na Marszałka - nigdy.
Po jego śmierci natychmiast zaczęła się walka o schedę.
Odejście Piłsudskiego stworzyło nowy układ w elicie władzy. Przybrał on postać dwugłowego, chciałbym powiedzieć: orła, ale powiem: szczura. Jedną głowę tworzyli prezydent Mościcki i jego otoczenie, a drugą - Edward Rydz-Śmigły, który po Piłsudskim przejął stanowisko generalnego inspektora sił zbrojnych, czyli władzę nad wojskiem.
W 1936 r. Mościcki awansował Rydza-Śmigłego na marszałka, co spotkało się z oburzeniem wielu piłsudczyków. Uważali, że ten stopień mógł nosić jedynie Piłsudski.
Awans był konsekwencją tego, że po śmierci Marszałka ci politycy się dogadali i przejęli władzę, a potem współdziałali. Ich współistnienie opierało się jednak na założeniu, że taki układ przetrwa tylko do następnych wyborów prezydenckich. I od razu zaczęły się przygotowania do rozgrywki o to, kto obejmie prezydenturę, czyli władzę absolutną, po Mościckim. Jego siedmioletnia kadencja miała potrwać do 1940 r. Zgodnie z konstytucją kwietniową nowego prezydenta wybierało Zgromadzenie Elektorów liczące kilkadziesiąt osób, wśród których byli m.in. marszałkowie sejmu i senatu, premier, a także 75 elektorów wybranych spośród - jak to ujmowała konstytucja - "obywateli najgodniejszych".
Jednak kandydatów na prezydenta mogło być dwóch, bo ustępującemu prezydentowi konstytucja dawała prawo wskazania następcy. Wówczas decydować miały wybory powszechne.
Rydz-Śmigły oczywiście liczył na wskazanie przez elektorów, a po wywalczeniu prezydentury w 1940 r. zamierzał zbudować władzę o charakterze wodzowskim, pewnie podobną do dyktatury Salazara w Portugalii czy generała Franco w Hiszpanii. Byłby to państwowo-wojskowy układ władzy. Wśród ludzi, którzy go wspierali, znaleźli się ówczesny poseł płk Adam Koc, były minister poczty ppłk Bogusław Miedziński czy były minister skarbu płk Ignacy Matuszewski.
Mościcki zaś skupił wokół siebie sanacyjnych polityków o poglądach bardziej liberalno-lewicowych, i to raczej cywilów, m.in. ministra rolnictwa Juliusza Poniatowskiego, Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego, premiera w latach 1935-1936, czy Wojciecha Świętosławskiego, ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego.
Gwiazdą pierwszej wielkości tego środowiska był jednak Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), wicepremier do spraw gospodarczych i twórca największego projektu gospodarczego - Centralnego Okręgu Przemysłowego (COP). To właśnie jego Mościcki prawdopodobnie zamierzał wskazać jako swego następcę.
Byli też przegrani w walce o schedę po Piłsudskim. Walery Sławek został ograny przez Mościckiego i Rydza-Śmigłego, znalazł się na marginesie i popełnił samobójstwo.
W latach 30. obóz piłsudczykowski wciąż istniał, ale był już głęboko podzielony. Powstały odrębne środowiska: syndykalistyczno-lewicowe, liberalno-profesorsko-inteligenckie, a wiele frakcji zwalczało się bezpardonowo.
Po śmierci Piłsudskiego grupa pułkowników, czyli jego ścisłe zaplecze, została odsunięta od władzy. Opierała się bowiem wyłącznie na nim, jego autorytecie. Kiedy więc zabrakło Marszałka, okazało się, że Walery Sławek, uważany za jego następcę, sam niewiele znaczy.
Ceremonia wręczenia buławy marszałkowskiej Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu przez prezydenta Ignacego Mościckiego, dziedziniec Zamku Królewskiego w Warszawie, 10 listopada 1936
Był wśród ludzi, którzy go hołubili, kupili mu nawet dworek w Janowiczkach pod Racławicami, ale nie miał samodzielnej pozycji politycznej. Wprawdzie w czerwcu 1938 r. został marszałkiem sejmu, ale Mościcki rozwiązał parlament, m.in. po to, żeby pozbyć się z niego Sławka. W listopadowych wyborach były szef BBWR-u przepadł, podobnie jak wielu innych pułkowników. W kwietniu 1939 r. Sławek się zastrzelił.
Istniały już wtedy nowe centra władzy: wspomniana grupa zamkowa Mościckiego [od Zamku Królewskiego, w którym urzędował prezydent] oraz środowisko skupione wokół Rydza-Śmigłego.
Rozgoryczenie w obozie władzy było ogromne już pod koniec życia Piłsudskiego. Po jego śmierci wielu piłsudczyków uważało, że ideały Marszałka zostały zdradzone, a ludzie zasłużeni, tacy jak Sławek, zostali wyparci przez - jak mówiono - czwartą brygadę. Była to złośliwość, bo w Legionach były tylko trzy brygady.
Piłsudczykowscy krytycy elity władzy twierdzili, że prawdziwi piłsudczycy to ludzie lewicujący. Tymczasem rządzący przesunęli się mocno na prawo.
KONIEC EPOKI WIELKIEGO CZŁOWIEKA
W sobotę 11 maja 1935 r. u ciężko chorego Józefa Piłsudskiego wystąpił obfity krwotok z ust, a rankiem następnego dnia - kolejny. Marszałek był w agonii. Do wieczora wciąż jęczał i krzyczał, uspokajał się tylko po zastrzykach. W końcu jego belwederski adiutant rotmistrz Aleksander Hrynkiewicz zanotował: "Odwracam głowę, na tarczy zegarka 8.45 [20.45], koniec epoki związanej z życiem Wielkiego Człowieka".
W środku nocy do Belwederu przyjechali prezydent Ignacy Mościcki, premier Walery Sławek i inni najważniejsi ludzie w państwie. Ogłoszono żałobę narodową. O godzinie 3.25, po zdjęciu z twarzy Marszałka maski pośmiertnej, zaczęły się sekcja zwłok i ich balsamowanie. Po piątej nad ranem kilku lekarzy po rozcięciu brzucha zmarłego orzekło bez wątpliwości, że przyczyną śmierci Piłsudskiego był rak wątroby. Około dziewiątej, gdy z ciała wyjęto już serce i mózg (został przekazany do Polskiego Instytutu Badań Mózgu w Wilnie), adiutanci ubrali ciało Marszałka w mundur galowy.
Otwarta trumna została na dwa dni wystawiona w Belwederze. Obok stała kryształowa urna z sercem. W środę 15 maja generałowie przenieśli trumnę na armatnią lawetę zaprzężoną w sześć koni, na której pojechała do warszawskiej archikatedry św. Jana Chrzciciela. Tuż za nią w kondukcie szli dostojnicy kościelni, wdowa Aleksandra, córki Jadwiga i Wanda, generalicja, zagraniczne delegacje oraz poczty sztandarowe z całego kraju. Mimo deszczu na trasie zgromadziło się około 150 tys. ludzi. Po mszy pogrzebowej w katedrze, udekorowanej wielkimi biało-czerwonymi flagami z kirem, kondukt przeszedł na Pole Mokotowskie, gdzie przed trumną odbyła się defilada wojskowa.
W ostatnich dniach kwietnia 1935 r. ciężko chory Marszałek spisał ostatnią wolę. Znalazło się w niej zdanie: "Nie wiem, czy nie zechcą mnie pochować na Wawelu. Niech!". Piłsudski wiedział, że jego najwierniejsi ludzie potraktują te słowa jak rozkaz. Zresztą dalsza część testamentu była precyzyjnym instruktażem: serce pochować w Wilnie, przenieść tam też prochy matki - Marii z Billewiczów, która w 1884 r. spoczęła we wsi Suginty. Piłsudski nazwał ją w ostatniej woli "matką największego rycerza Polski".
Jego ludzie skrupulatnie wypełnili polecenia. Po zakończeniu defilady kilkudziesięciu generałów, trzymając za grube sznury, przeciągnęło po szynach platformę kolejową z trumną do lokomotywy. Pociąg wyruszył do Krakowa następnego dnia przed świtem. Trumna na lawecie była oświetlona, a wokół niej wartę trzymali generałowie, w tym Bolesław Wieniawa-Długoszowski, ulubiony adiutant Marszałka. W kolejnych wagonach jechali żałobnicy: oprócz rodziny także delegacje zagraniczne oraz weterani powstania styczniowego. Na stacjach wzdłuż trasy przejazdu hołd Piłsudskiemu oddawali tłumnie mieszkańcy wsi i miasteczek.
Ciało marszałka Józefa Piłsudskiego w przeszklonym sarkofagu w dniu pogrzebu na Wawelu, 18 maja 1935
W Krakowie trumna w asyście warty honorowej została wystawiona w Barbakanie. Następnie przetransportowano ją na Wawel, dokąd odprowadził Marszałka 100-tysięczny kondukt. Tam, przy akompaniamencie salwy 101 wystrzałów z wawelskiego wzgórza, została umieszczona w najbardziej prestiżowej krypcie św. Leonarda.
Po pogrzebie jeszcze przez wiele tygodni wycieczki oglądały zmumifikowane zwłoki Marszałka w przeszklonym sarkofagu. Dopiero po pewnym czasie ciało zostało zasłonięte.
Arcybiskup krakowski Adam Sapieha początkowo sprzeciwiał się pochówkowi Marszałka na Wawelu, ustąpił dopiero pod naciskiem piłsudczyków. Dwa lata po pogrzebie przeniósł trumnę z krypty św. Leonarda do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów.
W rocznicę śmierci Marszałka na wileńskim cmentarzu Na Rossie we wspólnej mogile pochowano serce Piłsudskiego i szczątki jego matki.
Gdy 2 stycznia 1939 r. zmarł polityczny adwersarz Piłsudskiego, przywódca Narodowej Demokracji Roman Dmowski, jego pogrzeb nie miał charakteru państwowego. Sanacyjna władza nie przysłała nawet delegacji. Jednak 7 stycznia na cmentarz na Bródnie odprowadziło Dmowskiego ponad 100 tys. osób, a według niektórych endeckich gazet - nawet 200 tys.
TRZEBA KOGOŚ KUPIĆ
I mieli rację. Powołany w 1937 r. Obóz Zjednoczenia Narodowego, w założeniu zaplecze polityczne Rydza-Śmigłego, miał program bliski włoskiemu faszyzmowi. Część sanacji zbliżyła się do narodowych radykałów. To wtedy na uczelniach oficjalnie wprowadzono getto ławkowe dla Żydów. Ministrem edukacji, który wydał na nie zgodę, był wspomniany Wojciech Świętosławski. Skąd ten zwrot w prawo?
Nie da się rządzić bez zaplecza społecznego. Można oczywiście zbudować dyktaturę totalitarną, jak w ZSRR, ale w Polsce nie było warunków, by powstała. Sanacji coraz bardziej groziło, że będzie nic nieznaczącą czapką bez społecznego mandatu. A gdyby lud odwrócił się od władzy, stałaby się ona bezsilna, zawieszona w próżni.
Piłsudski scalał sanację, dawał jej ten mandat, ale gdy go zabrakło, jego następcy musieli zdobyć autentyczne poparcie ludzi, legitymizować swoją władzę. Rydz-Śmigły to rozumiał i doszedł do wniosku, że koniecznie trzeba kogoś kupić.
Pierwsza do pozyskania była wieś. Rydz-Śmigły planował budowę przyszłej wodzowskiej Polski z myślą, że musi ona bazować właśnie na wiejskim ludzie. Chłopi są patriotyczni, potulni, lubią wojsko, więc sojusz armii ze wsią wydawał się idealnym pomysłem. Sanacja podjęła próbę dogadania się z przywódcami ruchu ludowego. Władza obiecywała im politykę korzystną dla rolników i pomoc w kryzysie. W zamian chłopi mieli ją pokochać i popierać jej wodza.
Część ludowców to podchwyciła. Idea podjętego przez nich czynu chłopskiego polegała m.in. na udziale 15 sierpnia 1935 r. w obchodach 15. rocznicy Bitwy Warszawskiej pod hasłami ludowymi. Dodatkowo w czerwcu 1936 r. Rydz-Śmigły wprosił się na uroczystości w Nowosielcach na Podkarpaciu, gdzie wzniesiono kopiec Michała Pyrza, wójta, który w XVII w. dowodził obroną wsi przed Tatarami. Rydz-Śmigły przybył na uroczystości, gdzie miało dojść do pojednania armii z ludem. Ale nic z tego nie wyszło.
Bo lud nie tylko nie chciał się pojednać z władzą, ale wręcz się wściekł. Chłopi skandowali hasła antysanacyjne i domagali się powrotu Witosa z Czechosłowacji, dokąd udał się po wyroku w procesie brzeskim. Rydz-Śmigły jak niepyszny opuścił uroczystości przed ich zakończeniem.
Wieś nie ufała sanacji, a poza tym kochała Witosa, bez którego zgody nic istotnego nie mogło się tam wydarzyć.
Po fiasku akcji na wsi Rydz-Śmigły postanowił poszukać poparcia gdzie indziej. Porozumiał się z narodowymi radykałami, m.in. Bolesławem Piaseckim (1915-1979), liderem Ruchu Narodowo-Radykalnego "Falanga".
Zachowało się zdjęcie Rydza-Śmigłego na komersie młodzieży narodowej zrzeszonej w korporacji studenckiej Arkonia. Marszałek wygłosił tam koncyliacyjne przemówienie.
Ale i z tej współpracy nic nie wyszło. Odłam radykalnych narodowców, który poszedł na współpracę z sanacją, nie mógł zapewnić jej masowego poparcia. Rząd dusz na prawicy miała endecja, która pozostawała w głębokiej opozycji do władzy.
NOWE SPOŁECZEŃSTWO, STARA WŁADZA
Władza rządziła więc bez zaplecza społecznego. Ale w Polsce stworzonej przez Piłsudskiego życie jakoś się toczyło. Jak?
Całkiem dobrze, a od pewnego momentu nawet świetnie, choć kryzys się nie skończył. Był to jednocześnie okres wielkiej modernizacji, która przebiegała jednak trochę niezależnie od poczynań rządzących. Rozwijały się nowoczesne gałęzie gospodarki, np. przemysł chemiczny. Inwestycje w infrastrukturę drogową czy elektryczną były na bardzo przyzwoitym poziomie. Wykluwała się nowoczesność, tyle że w bardzo trudnych warunkach i za ogromną cenę społeczną.
Zachodziły też głębokie przemiany generacyjne. W dorosłość weszło pierwsze pokolenie, które pamiętało wyłącznie niepodległą Polskę. Ktoś, kto urodził się około 1905 r., wciąż był młody, ale pamiętał zarówno wojnę światową, jak i wojnę z bolszewikami. Studia jednak kończył już w Polsce odrodzonej.
Natomiast ktoś urodzony ledwie 10 lat później, kto w 1938 r. miał 23 lata, żadnej wojny nie pamiętał, skończył polską szkołę, z reguły umiał czytać i pisać, a obejrzał już tyle filmów amerykańskich czy niemieckich, że wiedział, na czym polega nowoczesność. Wybitny historyk Roman Wapiński w książce Pokolenia Drugiej Rzeczypospolitej (1991) pokazał, że w latach 30. społeczeństwo było już zupełnie inne niż w latach 20. Ludzie, którzy zaczynali karierę przed 1914 r., odeszli na emeryturę, a ich miejsce zajęli młodsi, myślący już wyłącznie kategoriami państwa polskiego.
Ale bardzo się różnili: narodowcy, którzy na uczelniach szykanowali żydowskich studentów, i socjaliści, którzy na ulicach tłukli się z tymi narodowcami.
To byli ludzie o różnych światopoglądach. Narodowcy? Owszem. Lewicowcy? Również. Było też trochę komunistów czy liberałów.
Od lewej siedzą: minister przemysłu Eugeniusz Kwiatkowski, Aleksander Prystor i Walery Sławek oraz prezydentowa Michalina Mościcka, Warszawa, 29 maja 1930
Te generacyjne zmiany niosły ze sobą skutki istotne dla sanacji. Na przykład w aparacie sprawiedliwości doszło do sytuacji zadziwiającej. W 1928 r. sanacja przegłosowała w sejmie nowy ustrój sądów, aby wyrzucić z nich starych sędziów funkcyjnych i mianować swoich. Ludzie władzy błyskawicznie opanowali aparat sprawiedliwości. Ale po kilku latach przeżyli szok, bo okazało się, że na uniwersyteckich wydziałach prawa około 80 proc. studentów to sympatycy Obozu Wielkiej Polski - endecy, członkowie Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR). Po studiach i aplikacjach zasilali aparat sądownictwa, bo innych fachowców nie było. Ministrem sprawiedliwości był więc wprawdzie Witold Grabowski, twardy przedstawiciel sanacji, a na czele sądów stali inni ludzie władzy, ale od dołu aparat podmywała narodowa młodzież. Sanacja nie była w stanie temu zaradzić.
Zmieniała się także wieś. Synowie chłopscy, którzy w latach 30. doszli do pełnoletności, byli wykształceni znacznie lepiej niż ich rodzice. Przejmowali po nich nie tylko gospodarstwa, lecz także szeroko pojęty ruch ludowy. W siłę urósł Związek Młodzieży Wiejskiej "Wici", który w drugiej połowie lat 30. liczył około 100 tys. członków. Jak wielką siłą byli wiciowcy, pokazał wspomniany strajk chłopski w 1937 r., gdy masy ludowe sparaliżowały miasta.
Również masy robotnicze były coraz lepiej wykształcone, bo PPS aktywizował robotników. Oczywiście byli też komuniści, radykalna młodzież, która da o sobie znać w pierwszych latach PRL-u.
W latach 30. rozwijało się po prostu nowe społeczeństwo, które coraz mniej akceptowało leśnych dziadków przy władzy.
Te leśne dziadki odnosiły jednak sukcesy. Przecież trwała modernizacja kraju, powstała Gdynia i budowano wspomniany COP, najważniejszy projekt inwestycyjny dwudziestolecia.
COP to wielki mit.
Jak to?
Sanacja uważała pijar za niezwykle ważny element rządzenia. Obowiązujący do dziś pogląd o osiągnięciach międzywojnia jest w dużej mierze efektem propagandy prowadzonej przez nią samą, dlatego obraz jest wykrzywiony. Historycy czytający prasę z tego okresu ignorują fakt, że tworzyła ona taki obraz, jakiego chcieli rządzący. Propaganda i mitologia są ważne w polityce, bo mobilizują społeczeństwo.
Sanacja zawsze miała jakiś wielki cel, wydarzenie, ideę, wokół których propaganda robiła szum, próbowała skupić społeczeństwo. Tak było też w przypadku COP-u.
Inwestycja ta nie miała więc żadnego znaczenia gospodarczego?
Jakieś tam miała, ale COP był przede wszystkim mitem budowy nowej, wielkiej Polski. Projekt zaczęto przecież realizować w 1936 r. Jeżeli budowa dużej fabryki w tamtych czasach trwała cztery-pięć lat, a kolejnych dwóch-trzech potrzeba było, żeby dobrze funkcjonowała, to ogłaszanie w 1938 r., że COP zrewolucjonizował polską gospodarkę, było jedynie propagandą.
A Gdynia?
To zupełnie inna sprawa. Była autentycznym osiągnięciem. Rozbudowywała się sukcesywnie już od lat 20. W pewnym momencie jej rozwój nabrał rozpędu, bo Gdynia stała się miejscem, do którego napływał kapitał zagraniczny, i punktem, z którego światowe firmy zaczynały interesy z Polską.
Kiedy badałem dzieje Wileńszczyzny, zauważyłem, że od lat 30. intensywnie rozwijały się tam przeróżne biznesy: uprawiano len, produkowano drewniane zabawki, hodowano świnie, lokalne tartaki przetwarzały drewno. Wszystko to, zakontraktowane przez firmy amerykańskie, brytyjskie i niemieckie, właśnie przez Gdynię wysyłano w świat. Ten port integrował cały polski system gospodarczy.
Natomiast COP, gdyby powstał w planowanym kształcie, istotną rolę mógł odgrywać w perspektywie 10 lat, czyli gdzieś od połowy lat 40. Wtedy pociągnąłby też inne inwestycje. Gdy stał się sztandarową państwową inwestycją, zaczęto opracowywać plany rozwoju energetyki i elektryfikacji kraju. Prąd wytwarzany na zaporze Porąbka [powstawała w latach 1928-1936 nad rzeką Sołą w Międzybrodziu Bialskim, ale elektrownię wodną zbudowano dopiero w latach 50.] miał popłynąć centralną magistralą elektryczną do Warszawy, a później na Pomorze. Z Podkarpacia do Ostrowca Świętokrzyskiego budowano zaś gazociąg, którym gaz wydobywany w Borysławiu w Galicji miał płynąć dalej w Polskę.
To wszystko mogło zadziałać, ale nie w trzy lata. Zainicjowano wiele innych projektów, które do wybuchu wojny pozostały niewidoczne. Żaden z rozpoczętych procesów - społecznych, gospodarczych czy politycznych - nie zdążył odcisnąć piętna na życiu Polaków. A śmiem twierdzić, że gdyby nie wojna, to w latach 40. Polska byłaby najciekawszym krajem w Europie.
RÓWNA ODLEGŁOŚĆ
Ale wojna wybuchła. Nie zapobiegła jej polityka zagraniczna prowadzona przez sanację. Jej autorem był oczywiście Piłsudski, a kontynuatorem - jego uczeń Józef Beck. Miała polegać na zasadzie utrzymywania równej odległości, czyli zachowywania podobnego dystansu wobec Niemiec i ZSRR. Jej wyrazem były układy z tymi krajami - pakt o nieagresji ze Związkiem Sowieckim z 1932 r. oraz deklaracja o niestosowaniu przemocy z Niemcami z 1934 r. Okazały się nic niewarte.
Niemcy były głównym zagrożeniem dla Polski i dla bezpieczeństwa w całej Europie. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości straciły na jej rzecz Śląsk i Wielkopolskę. Od 1925 r. trwała polsko-niemiecka wojna celna. Relacje były więc katastrofalne.
Niemcy chciały rewizji granic narzuconych po I wojnie światowej przez traktat wersalski i powrotu do tych sprzed 1914 r. Ten program bezwzględnie realizował Gustav Stresemann (1878-1929), kanclerz, a do śmierci minister spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej. Jego sukcesem był układ w Locarno z grudnia 1925 r., który gwarantował nienaruszalność jedynie zachodnich granic Niemiec - z Belgią i Francją. Dostał za niego pokojowego Nobla w 1926 r.
Paradoksalnie przejęcie władzy przez Adolfa Hitlera w 1933 r. zostało w Warszawie odebrane dobrze. Nie był Prusakiem, lecz pochodził z Austrii, więc wydawało się, że nie będzie miał ideologicznych uprzedzeń do istnienia Polski. Uznano, że dopóki walczy o wzmocnienie pozycji III Rzeszy na Zachodzie, polski kierunek nie będzie dla niego priorytetem. Dlatego Piłsudski zareagował pozytywnie na sugestie płynące z Niemiec, że stosunki należy znormalizować, a konflikt między krajami - zakończyć. Uważał, że nie ma powodu odtrącać ręki wyciągniętej przez nowe władze w Berlinie.
Tymczasem strategia Hitlera wobec Polski była taka sama jak wobec Węgier, Bułgarii czy Rumunii. Chodziło o wmontowywanie jej w koncepcję tworzenia Mitteleuropy pod niemiecką dominacją, ale też o wykorzystanie potencjału Polski do przyszłej wojny ze Związkiem Sowieckim. Hitler zakładał, że animozje między Polakami a Sowietami są na tyle silne, że jeżeli zaproponuje się nam współpracę, to poważnie się nad nią zastanowimy.
Zresztą wszystko jedno, co naprawdę myślał Hitler, bo tego nie wiemy, ale jego polityka do 1938 r. niewątpliwie nastawiona była na wciągnięcie Polski w orbitę niemieckich wpływów.
Europa zmierzała już ku konfliktowi, którego główna oś przebiegała między Niemcami a Związkiem Radzieckim. Polska, mająca podpisany pakt o nieagresji również z Moskwą, znalazła się w specyficznej sytuacji. W przypadku wybuchu tego konfliktu musiałaby dokonać wyboru: iść z Niemcami przeciwko Rosji czy przeciwstawić się Niemcom.
Ta równa odległość nie za bardzo więc nam wyszła.
Bo nie mogła. Polska nie była w stanie jej zachować między dwoma mocarstwami zamierzającymi walczyć o panowanie nad światem.
Dziś łatwo się nam mówi, że nic z tej koncepcji nie wyszło, bo znamy późniejsze wydarzenia. Wiemy o pakcie Ribbentrop-Mołotow (23 sierpnia 1939) i wybuchu II wojny. Gdyby w latach 30. Józef Beck wiedział to, co my dziś, pewnie strzeliłby sobie w głowę, bo zdałby sobie sprawę, że prowadzi "Titanica" na góry lodowe. Ale on do ostatniej chwili próbował uniknąć wojny. Zakładał, że uzyskanie poparcia politycznego i gwarancji ze strony Anglii i Francji przy jednoczesnym dążeniu Zachodu do zbliżenia ze Związkiem Sowieckim jakoś Polskę zabezpieczy.
Po układzie w Monachium w 1938 r., gdzie Zachód oddał Hitlerowi Czechosłowację, wydawało się, że Moskwa jest radykalnie antyniemiecka. Ale pomysłu, że najpierw będzie protestowała przeciw podpisaniu tego układu, a po niespełna roku dogada się z III Rzeszą, nie sposób było sobie wyobrazić w najbardziej upiornych scenariuszach. Dlatego trudno mieć do Becka pretensje. Lekarz, który operuje nawet beznadziejny przypadek, nie zakłada, że pacjent umrze mu pod nożem. Minister Beck musiał wierzyć, że metodami dyplomatycznymi uda się zażegnać kryzys.
Po zawarciu układu monachijskiego przez chwilę szliśmy z Hitlerem pod rękę. Wojsko polskie 2 października 1938 r. wkroczyło na Zaolzie, do części Śląska Cieszyńskiego należącej do Czechosłowacji.
Cóż, Zaolzie to po prostu wstyd, zagranie propagandowe obliczone na użytek polityki wewnętrznej. Było nagłaśniane jako wielki sukces, stało się elementem sanacyjnego pijaru.
Dotyczył on także ewentualnej wojny, do której mieliśmy być przygotowani. Wehrmacht zaatakował 1 września 1939 r., Armia Czerwona - 17 września, a 28 września Polska skapitulowała [więcej o wojnie obronnej na s. 719]. Marszałek Rydz-Śmigły, prezydent Mościcki i premier Felicjan Sławoj Składkowski (1885-1962) oraz inni członkowie elity uciekli do Rumunii. To był koniec piłsudczyków. A więc zbankrutowali, zakończyli żywot w niesławie?
Moim zdaniem nie. Ogromną zasługą Józefa Piłsudskiego było zbudowanie wielkiego środowiska, które do pewnego momentu potrafiło działać jak pięść i z determinacją, konsekwentnie realizować pewien pomysł na Polskę. W realiach dwudziestolecia międzywojennego ten pomysł nie był zły. Natomiast nie sposób budować liberalno-demokratycznego państwa, gdy 75 proc. społeczeństwa ma poglądy narodowo-katolickie. Bo nawet jeśli mnóstwo piłsudczyków było ludźmi wysokiej kultury i szlachetnego charakteru, jak Juliusz Poniatowski czy Henryk Józewski, to ludzie na niższych szczeblach władzy byli już zupełnie innego formatu.
Józewski na Wołyniu miał np. starostę, który na prywatne cele wydał pieniądze przeznaczone na sanatorium dla dzieci chorych na gruźlicę. A inny w momencie największego kryzysu zafundował sobie za samorządowe pieniądze limuzynę, buicka, żeby jeździć po powiecie, w którym było 40 km dróg asfaltowych!
Polska armia zajmuje Zaolzie. Czołgi brygady pancerno-motorowej podczas defilady w Karwinie, październik 1938
I absolutnie to nie piłsudczycy ponoszą wyłączną odpowiedzialność za całe zło, jakie działo się w Polsce międzywojennej. Wina jest zbiorowa. Endecy próbowali pchać kraj w jedną stronę, ludowcy - w drugą, a piłsudczycy - w trzecią. Na pewno jednak to oni odcisnęli na nim największe piętno. Negatywne w tym sensie, że zablokowali przepływ i swobodną budowę szeroko rozumianej elity.
Z tego punktu widzenia zamach majowy był tragedią.
Oczywiście, bo Polska miała naprawdę mnóstwo kompetentnych ludzi o rodowodzie endecko-chrześcijańsko-demokratycznym, których piłsudczycy uznali za obce ciało. Każdy monopol polityczny ma konsekwencje, w Polsce były one m.in. takie, że wielu rzeczy nie zrobiono, bo z przyczyn politycznych wyeliminowano ludzi, którzy mogli się przysłużyć krajowi.
Ale z drugiej strony to piłsudczycy wraz ze swym liderem w największym stopniu przyczynili się do wskrzeszenia i budowy państwa. I wiele wskazuje, że gdyby ono przetrwało, byłoby całkiem nieźle pomyślane.
Ostatecznie trzeba więc powiedzieć o piłsudczykach: dobrze, że byli!