Przedmowa
Licencja na świeckie wychowanie
W ?lmie Rona Howarda z 1989 roku "Spokojnie, tatuśku" (Parenthood)
bohater, Tod Higgins - grany przez Keanu Reevesa młody człowiek o spojrzeniu szaleńca, wychowany przez samotną matkę i próbujący odnaleźć
w życiu własną drogę - skarży się przyszłej teściowej, że choć trzeba
mieć prawo jazdy, zgodę na posiadanie niebezpiecznego psa, a nawet kartę
wędkarską, to żeby zostać ojcem, nie potrzeba żadnego zezwolenia.
Rząd, wtykający nos niemal we wszystkie prywatne sprawy obywateli, nie
ingeruje, dzięki Bogu, w kwestię wychowania dzieci. Mimo to uwaga
Higginsa wydaje się uzasadniona. Od kandydatów na rodziców nie wymaga
się bowiem ukończenia żadnego kursu na temat wychowania. Zostałem ojcem
tak jak wszyscy - bez wcześniejszego planu. Dopóki nie miałem dzieci,
nie przywiązywałem większej wagi do spraw wychowania. A kiedy moje
dzieci przyszły na świat, nauczyłem się roli rodzica podobnie jak inni -
pełniąc ją w czasie rzeczywistym. Od tej pory minęło piętnaście lat, a ja nadal się uczę.
Żałuję, że nie miałem pod ręką Poza wiarą, kiedy rozpoczynałem tę
niekończącą się (i nieskończenie wypełniającą) podróż. Książka ta jest
pełna rad i wskazówek, sugestii i zaleceń, anegdot i poruszających (a często także zabawnych) opowieści będących dziełem zróżnicowanego kręgu
autorów. Sprawiają one, że czytelnik jednocześnie śmieje się i płacze.
Jest też jedyną znaną mi książką na temat wychowania dzieci bez religii.
W naszej kulturze uznaje się niemal za pewnik, że dzieci należy
wychowywać w jakiejś religii, w przeciwnym razie wyrosną na przestępców.
To nieprawda. Przypuszczenie owo jest tak bigoteryjne i zuchwałe, że nie
zasługuje na poważną krytykę. Mimo to niewierzący autorzy tej książki
poświęcili mu uwagę. Wykazali, że wychowanie dzieci bez religii nie
tylko jest etycznym i pełnym wrażliwości sposobem podejścia do roli
rodzica, lecz także zasługuje na pochwałę i szacunek.
Wspólnie z żoną wychowuję naszą córkę, Devon, w środowisku wolnym od
religii. To nie świadoma decyzja czy wcześniej obmyślony plan. Nie
wierzymy w istnienie Boga, więc temat ten zwyczajnie nie pojawił się w naszych rozmowach. Ponieważ jestem socjologiem, zdaję sobie sprawę z potężnego wpływu, który rodzice wywierają na relig?ne, polityczne i społeczne postawy dzieci. Gdybym więc podjął w tej kwestii jakieś kroki,
starałbym się nie zachęcać zbyt silnie mojej córki do pójścia w jakimkolwiek kierunku. Oto fragment listu, który do niej napisałem, gdy
szła do liceum:
Nasze poglądy na temat ludzi, społeczeństwa, polityki, gospodarki,
religii i wszystkich innych rzeczy są kształtowane przez rodziców i rodzinę, przyjaciół i rówieśników, nauczycieli i opiekunów, książki i gazety, telewizję i internet, czyli kulturę jako taką. Nie mamy
poglądów, które nie pozostawałyby pod silnym wpływem wszystkich
wymienionych źródeł. Do tej pory - czyli do wczesnego okresu dojrzewania
- twoje poglądy były kształtowane przede wszystkim przeze mnie i przez
mamę. Ponieważ zajmuję się prowadzeniem badań, pisaniem o różnych
poglądach oraz publicznym wyrażaniem własnych poglądów, lękam się, by
moje silne przekonania nie wywarły na ciebie nadmiernego wpływu. Mam
nadzieję, że niezależnie od tego, w co zdecydujesz się wierzyć,
dokładnie to przemyślisz i upewnisz się, że są to twoje własne
przekonania, a nie przekonania twoich rodziców. Twoje poglądy w jakiejś
konkretnej sprawie są dla mnie mniej ważne niż to, czy starannie je
przemyślałaś, badając argumenty i dowody oraz dokonując głębokiej
re?eksji.
Wszyscy staramy się być dobrymi rodzicami. Te starania to główny temat
wspomnianego przeze mnie ?lmu. Pamiętam scenę, w której Gil Buckman
(grany przez Steve'a Martina) ma nocny koszmar, że jego syn wyrósł na
osobę nieprzystosowaną i jest przetrzymywany na dzwonnicy college'u,
ponieważ ojciec pomieszał mu w głowie, każąc grać na drugiej bazie.
Żałosne usprawiedliwienia Gila - że starał się robić, co mógł - można
przypisać każdemu rodzicowi. Przypominam sobie także ri? Robina
Williamsa na temat rodzicielstwa. Opisuje on w nim dwa sny. W pierwszym
jego syn oznajmia: "Chciałbym podziękować członkom Komitetu Noblowskiego
za to wysokie wyróżnienie", w drugim pyta: "Chcesz do tego frytki?".
Nagroda Nobla lub powiększone frytki! Niezależnie od tego, jak potoczą
się losy mojej córki, zawsze będę ją kochał i będę próbował jej wpoić
fundamentalne zasady moralne. Zasady te zachowują ważność niezależnie od
tego, czy Bóg istnieje, lecz nabierają szczególnego znaczenia wówczas,
gdy Boga nie ma. Jeśli Bóg nie istnieje i jeśli nikt nie prowadzi
rachunków, zadanie rodziców urasta do rangi transcendentnego wyzwania.
Michael Shermer
Michael Shermer jest wydawcą magazynu "Skeptic" (www.skeptic.com),
publicystą pisującym na łamach miesięcznika "Scienti?c American" oraz
autorem książek Why People Believe Weird Things (Czemu ludzie dają
wiarę dziwactwom), How We Believe (Jak wierzymy), The Science of Good
and Evil (Nauka o dobru i złu) oraz Why Darwin Matters (Czemu Darwin
się liczy).
Wstęp
Dobre życie to życie natchnione miłością i kierowane przez wiedzę.
Bertrand Russell
Doskonale pamiętam pierwszą osobę niejedzącą mięsa, którą poznałem -
moją przyjaciółkę z college'u imieniem Kari. Kari wyrzekła się tego, co
uważałem za jedną z największych rozkoszy życia. Do końca życia miała
nie skosztować obsmażanej kaczki z pomarańczami, ?let mignon w sosie
musztardowo-kaparowym ani kurczaka pieczonego na sposób południowy. Nie
potra?łem tego pojąć. W końcu te potrawy są naprawdę przepyszne.
Tłumaczyłem sobie, że może Kari nigdy nie miała okazji zjeść dobrego
steku. Cóż, mogło być i tak.
Pewnego dnia przerwałem Kari chrupanie lunchu złożonego z marchewki i spytałem, dlaczego jest wegetarianką.
Przyznała, że miała niejedną okazję, żeby spróbować dobrego steku. Od
dzieciństwa przepadała za kotletem schabowym z kością. Chociaż
uwielbiała smak mięsa, gdy zastanowiła się - znacznie poważniej niż ja -
nad kwestiami związanymi z jego spożyciem, zdecydowała, że negatywne
skutki przeważają nad pozytywnymi. "Jedzenie mięsa jest bardzo niezdrowe
- oznajmiła - na dodatek łączy się z zadawaniem niewypowiedzianych
cierpień innym stworzeniom".
Kiedy ukończyliśmy college, nasz kontakt się urwał, lecz idę o zakład,
że jeśli Kari ma dzieci, wychowuje je w oparciu o te same wartości, bo
pragnie dla nich tego, co najlepsze. Ponieważ ją znam, wiem również, że
będzie chciała, aby dzieci samodzielnie przemyślały sprawę i dokonały
wyboru, aby nikt ich do tego nie zmuszał. Jej dzieci wiedziałyby, że
mama ma zdecydowane przekonania, i znały uzasadnienie tych przekonań.
Ale zdecydowałyby same, czy zgadzają się z mamą, kiedy byłyby
wystarczająco dojrzałe.
Bardzo cenię ten sposób wychowania.
Tak się składa, że wychowuję własne dzieci, próbując przekazać im swoje
najlepsze doświadczenia i swoje wartości. Nie jestem wegetarianinem,
chociaż od czasu poznania Kari uważam to za wadę. Istnieje jednak inna
dziedzina, w której mam zdecydowane przekonania - to dziedzina wiary i praktyk relig?nych.
Kari zjadła wiele pysznych steków. Ja miałem mnóstwo pozytywnych
doświadczeń z ludźmi relig?nymi oraz instytucjami kościelnymi. Poznałem
wiele wspaniałych osób wierzących, miałem okazję zetknąć się z fascynującymi i niosącymi pocieszenie elementami nauczania relig?nego.
Zainteresowałem się "wielkimi pytaniami życia" w wieku trzynastu lat,
gdy zmarł mój ojciec. Smutek i ból łagodziła ogromna ciekawość śmierci,
która stała się źródłem tysięcy wątpliwości. Zacząłem poważnie rozmyślać
nad zagadnieniami z dziedziny religii, chodzić do kościołów dziewięciu
wyznań, czytać pisma święte religii, w której wyrosłem, zadawać pytania
duchownym i kapłanom, teologom i ludziom świeckim oraz uważnie
analizować argumenty przemawiające za wiarą i przeciw niej. W końcu
doszedłem do przekonania, że religia jest ludzkim wymysłem.
Moi relig?ni przyjaciele są zdumieni. Powiadają, że religia jest
"pyszna". Nagroda po śmierci, bezwarunkowa miłość, ostateczny sens
życia... Zgoda, same pyszności. Doszedłem jednak do przekonania, że wiara
religijna, choć dostarcza pociechy i daje wiele innych korzyści,
wyrządza również ogromną szkodę jednostce i zbiorowości. Uznałem, że
wady religii znacznie przewyższają jej zalety, dlatego odsunąłem ją na
bok.
Nie jestem obojętny na kwestie teologiczne, podobnie jak wegetarianka
Kari nie jest obojętna na sprawy związane z dietą i sposobem traktowania
zwierząt. Pytania dotyczące religii nie przestają mnie fascynować, mam
do nich bardzo poważny stosunek. Postawa Kari wyrosła z jej głębokiego
zainteresowania pewnym zagadnieniem. Dziewczyna doszła do przekonania,
że wegetarianizm stanowi słuszny wybór, uważała nawet, że i ja mogę
przejść na tę dietę, chociaż nie zamierzała zmuszać do tego ani mnie,
ani nikogo innego. Właśnie dlatego jestem przekonany, że jej dzieci
samodzielnie dokonają wyboru.
To samo można powiedzieć o moim poglądzie na temat wychowania
relig?nego. Jestem przekonany, że dokonałem najlepszego moralnego i intelektualnego wyboru, odsuwając na bok religię. Uważam, że negatywne
skutki wiary religijnej znacznie przeważają nad skutkami pozytywnymi,
nie chcę jednak zmuszać nikogo do tego, by myślał tak samo. Dotyczy to
również moich dzieci. One zasługują na to, aby samodzielnie rozstrzygnąć
tę kwestię. Liczy się proces, a nie ostateczny rezultat, do którego ten
proces prowadzi.
W ten sposób przechodzimy do ostatniej sprawy.
Poza wiarą to książka dla kochających i troskliwych rodziców, którzy
pragną wychować swoje dzieci bez religii. Nie uważam, że jest to jedyna
dobra metoda wychowania. Byłbym głupcem, gdybym twierdził, że nie można
wychować inteligentnych, moralnych i kochających dzieci w relig?nym
domu. Istnieje jednak wiele chrześc?ańskich książek poświęconych
tematyce wychowania. Ludzie niewierzący nie mają żadnej.
Religia ma wiele do zaoferowania rodzicom: stabilną wspólnotę, wyraźnie
określony system wartości, terminologię i symbole, obrzędy przejścia i środki pozwalające wzbudzić zadziwienie, pocieszające odpowiedzi na
wielkie pytania życia i otuchę pomagającą znieść przeciwności losu oraz
bolesne straty. Ludzie niewierzący zwykle uważają, że korzyści te
wymagają zapłacenia zbyt wysokiej ceny. Wielu z nich ma poczucie, że
musiałoby pójść na kompromis w dziedzinie intelektualnej uczciwości, a pojęcie "wartości" staje się narzędziem walki "my kontra oni". Chociaż
relig?ne odpowiedzi są często uznawane za nieprzekonujące, przedstawia
się je jako bezdyskusyjne. Szukając tego, co najlepsze dla naszych
dzieci, staramy się wytyczyć ścieżkę omijającą Kościół i często okazuje
się, że czynimy to bez żadnego kompasu.
Książka Poza wiarą pokazuje, że często można się cieszyć
niezaprzeczalnymi korzyściami wynikającymi z religii, a pominąć jej
strony ujemne. Wegetarianin musi znaleźć źródła witamin, minerałów i białka pochodzenia roślinnego. Niewierzący rodzice muszą poszukać innych
niż relig?ne sposobów de?niowania wartości, obrzędów przejścia,
znajdowania pocieszenia w obliczu śmierci i nadawania życiu sensu. Na
szczęście wegetarianie mają fasolę, wzbogaconą mąkę, mleko sojowe. A niewierzący rodzice - Poza wiarą.
Oto książka o wychowaniu dzieci dla teologicznych wegetarian.
Sposób podejścia i akcenty
Nie jest to wyczerpujący, kompletny podręcznik wychowania dzieci. Nie
zajmujemy się niemowlęcą wysypką, agresywnym zachowaniem ani skarżeniem
na kolegów. Książka ta ma pełnić funkcję źródła różnorodnych opinii,
przemyśleń i doświadczeń związanych z jednym zagadnieniem - wychowaniem
dzieci w środowisku wolnym od religii - oraz innymi sprawami, które są z nim bezpośrednio związane.
Wyraźny jest tu brak narzuconych z góry rozwiązań. Chociaż autorami
esejów zawartych w tym tomie są lekarze medycyny, doktorzy, a nawet
dwóch doktorów teologii, naszym zamiarem nie było wskazywanie
autorytatywnych odpowiedzi. Autorzy sugerują, informują, rzucają
wyzwanie i zachęcają, ale nie twierdzą, że prezentują jedyne słuszne
rozwiązania. (Poradniki, które stoją przede mną na półce, mają ambitne
tytuły w rodzaju Kompletny, pełny i miarodajny podręcznik. Święty
Boże!) Dodam, że ludzie niewierzący są zwykle wolnomyślicielami.
Charakteryzuje ich silne pragnienie samodzielnego rozważenia wszystkich
aspektów danej sprawy i podjęcia niezależnej decyzji.
Nie jest to książka poświęcona argumentom obalającym wiarę relig?ną, nie
podejmujemy też próby przekonania czytelnika, aby laicko wychowywał
dzieci. Książka ta ma na celu wspieranie i zachęcanie tych, którzy już
postanowili, że będą wychowywali swoje dzieci bez religii, i szukają
zachęty oraz wsparcia.
Istnieje wiele znakomitych książek dla dorosłych, którzy chcą rozważyć
argumenty za wiarą i przeciw wierze. Jest to bardzo ważne zadanie: miarą
intelektualnej i etycznej dojrzałości jest gotowość do ciągłej re?eksji
nad tym, co uważamy za dobre i prawdziwe. Rodzice powinni umieć w każdej
chwili wyjaśnić dzieciom podstawy swoich wartości i przekonań.
Pozbawione uzasadnienia, niepoddane badaniu przekonania religijne lub
świeckie są najbardziej sztywne, najmniej podatne na ponowne
rozpatrzenie i rewizję. Aby wychować dzieci opierające własne
przekonania na osobistej re?eksji i otwarte na zmiany, trzeba dawać im
przykład takiej postawy.
Być może znajdziesz w tej książce nowe słowa, między innymi określenia
różnych rodzajów niewiary oraz koncepcji zaczerpniętych z ?lozo?i. Każdy
z tych terminów został zde?niowany w słowniku terminów umieszczonym na
końcu.
* * *
Wychowanie dzieci to jedno z najtrudniejszych wyzwań, przed którymi
stajemy. Prowadzenie świeckiego stylu życia w relig?nym świecie należy
do najtrudniejszych społecznych wyborów. Kiedy wyzwania te połączą się z innymi i rodzice zapragną wychować dziecko w środowisku wolnym od
religii, trudności jeszcze się pogłębią. Mimo to rośnie liczba rodziców
podejmujących się tego zadania. W 1990 roku osiem procent uczestników
badania przeprowadzonego przez "USA Today" określiło się mianem ludzi
arelig?nych. W 2001 roku liczba ta wzrosła do 14,1 procent1.
Spis powszechny przeprowadzony w 2000 roku wykazał, że w Stanach
Zjednoczonych jest 37,3 miliona rodzin z dziećmi w wieku szkolnym.
Zestawienie tych liczb pozwala na ostrożny szacunek, że w dzisiejszej
Ameryce żyje siedem milionów niewierzących rodziców. Jednym z celów tej
książki jest wyraźne podkreślenie tego prostego faktu. Łatwo przyjąć, że
każdy rodzic w okolicy, kibicujący swoim pociechom podczas meczu piłki
nożnej lub wędrujący między regałami w supermarkecie, jest człowiekiem
relig?nym, regularnie uczęszczającym do kościoła. W naszej kulturze
uważa się to za pewnik. Nie jest to jednak prawdą. Warto to sobie
uświadomić. A zatem nie jesteś sam.
Dobrym przykładem zjawiska skrywanej niewiary są spotkania organizowane
w dyskusyjnym klubie książki, w których uczestniczę po ukazaniu się
moich nowych powieści. Ich główny bohater jest niewierzącym humanistą, a intryga łączy się z zagadnieniem wiary i niewiary, zatem dyskusja zawsze
obraca się wokół przekonań członków klubu. W pewnej chwili ktoś wstaje i mówi: "Wie pan co? Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy odpowiednie
słowo, lecz wydaje mi się, że ja również jestem niewierzącym humanistą".
Pozostali nie kryją zaskoczenia: nie potępiają ani nie osądzają, lecz
wyrażają szczere zdumienie z powodu tego, jak często przyjmujemy błędne
założenia na temat ludzi, którzy wydają się nam dobrze znani. "Ja
również nim jestem" - zgłasza się druga osoba, a po niej trzecia i czwarta. Zwykle okazuje się, że trzydzieści, a nawet pięćdziesiąt
procent obecnych to ludzie niewierzący, choć wszyscy uważali się za
osamotnionych w swoich poglądach. Obalenie fałszywych sądów i ujawnienie
różnorodności przekonań dostarcza prawdziwej pociechy, a towarzyszy temu
wzbogacenie związków międzyludzkich.
Podobnie się dzieje z niewierzącymi rodzicami. Jesteśmy obecni, lecz
rzadko komunikujemy swoje poglądy. Mnożenie się forów dyskusyjnych dla
niewierzących rodziców i organizacji zrzeszających wolnomyślicielskie
rodziny potwierdza rosnące zainteresowanie tym tematem. Potrzebna jest
książka, która poruszałaby zagadnienia leżące na sercu świeckim
rodzicom. Książka taka może również pomóc w inny sposób: pokazując, że
wokół nas ludzie wychowują zdrowe, szczęśliwe, etyczne dzieci w środowisku wolnym od ideologii relig?nej.
Kiedy pracowałem jako redaktor kolumny "Family Issues" (Sprawy rodzinne)
na stronie internetowej Atheist Alliance (Towarzystwa Ateistycznego),
uświadomiłem sobie, jak mało materiałów pomocniczych mają niewierzący
rodzice. Przez krótki czas myślałem o samodzielnym napisaniu tej
książki, lecz na szczęście porzuciłem ten pomysł i tak narodził się jej
obecny kształt - zbiór esejów rozmaitych ludzi o różnorodnych poglądach
i doświadczeniach. Przeczytasz tu esej doktor Jean Mercer o rozwoju
moralnym dziecka, esej aktorki komediowej, Julii Sweeney, opowiadającej
o swoich wątpliwościach i często komicznych zmaganiach z wpływem religii
na życie jej adoptowanej córki, otwarty list Richarda Dawkinsa do jego
córki, esej iluzjonisty i satyryka, Penna Jillette'a, o tym, jak został
niewierzącym ojcem, esej doktora Garetha Matthewsa o sposobie
rozmawiania z dziećmi o złu, esej Donalda B. Ardellego o świeckim celu i sensie istnienia, esej słynnego muzyka bluegrassowego, Pete'a Wernicka,
o "związkach mieszanych", esej Toma Flynna i mój o pytaniach związanych
z postacią Świętego Mikołaja, fragmenty książek Marka Twaina, Bertranda
Russella i Margaret Knight oraz eseje ponad dwudziestu lekarzy,
pedagogów, pisarzy, psychologów i zwyczajnych niewierzących rodziców.
Znajdziesz także informacje o źródłach pomocnych w dalszym badaniu tego
rozległego tematu.
Przez całą książkę przew?a się jeden wątek: oto powinniśmy zachęcać
dziecko do racjonalnego myślenia, a następnie zaufać, że to uczyni.
Usunięcie religii nie gwarantuje, że dziecko zacznie samodzielnie i poprawnie myśleć. Dzieci dorastające w świeckim domu są narażone na
takie samo ryzyko podejmowania nierozważnych decyzji jak dzieci z rodzin
głęboko religijnych. Aby mogły formułować samodzielne wnioski, muszą się
dowiedzieć jak najwięcej o religii jako kulturowym wytworze człowieka, a jednocześnie nie popaść w chore przekonanie, że otrzymają nagrodę w niebie (lub zostaną ukarane w piekle) z powodu dokonanego wyboru - nigdy
nie powinniśmy stosować tego rodzaju intelektualnego terroru wobec
dzieci i samych siebie. Dzieci muszą się również dowiedzieć o zarzutach
pod adresem religii. A jeśli moje dzieci, nauczone racjonalnego i samodzielnego myślenia, dojdą do innych wniosków niż ja? Cóż, będę
musiał dopuścić możliwość, że byłem w błędzie. Tak czy owak, aby
zachęcić dzieci do formułowania i podtrzymywania samodzielnych wniosków,
trzeba im pozwolić dojść do nich w sposób niezależny. Cudowne, a jednocześnie skomplikowane zadanie rodzica polega między innymi na
ułatwieniu tego procesu, bez wywierania presji.
Jako redaktor zachęcałem wyjątkowych autorów tej książki do zachowania
indywidualnego stylu i sposobu podejścia do tematu, a nawet wyrażania
odmiennych opinii w różnych sprawach. Jestem bowiem pewny, że
niewierzący rodzice zdołają sobie poradzić z tą różnorodnością i nie
będą pragnęli niczego innego. Na tym właśnie polega rola "wielkiego
namiotu świeckiej myśli", który gromadzi pod kopułą różnorodne, często
sprzeczne wizje życia bez religii. Czy w innej książce znalazłyby się
eseje autorstwa dwóch duchownych i Penna Jillette'a? Jedni autorzy
przyjmują podejście akademickie, drudzy spontaniczne i zaprawione
komizmem, jeszcze inni inspirujące, odkrywcze, zuchwałe, pełne gniewu i radości, pewności siebie i zagubienia. Istnieje nieskończenie wiele
sposobów bycia człowiekiem nierelig?nym, nie ma więc potrzeby narzucania
wszystkim jednego schematu.
Chciałbym również zwrócić uwagę na fakt, że cały materiał redakcyjny -
wprowadzenie do każdego z rozdziałów, streszczenie książki, wstęp i moje
eseje - wyraża jedynie mój własny punkt widzenia na poruszane kwestie.
Nie ukrywam, że jest to najbardziej błyskotliwy i interesujący punkt
widzenia, lecz stanowi zaledwie jeden z wielu i nie należy zakładać, że
inni autorzy całkowicie się z nim zgadzają.
Mam nadzieję, że uznacie tę książkę za wartościową, podejmując się
cudownego, a jednocześnie uczącego pokory zadania wychowania kolejnego
pokolenia, natchnieni miłością i kierowani wiedzą.
dr Dale McGowan
Moim rodzynkom - Becce, Erinowi, Delaney i Connorowi
Rozdział 1
Re?eksje osobiste
Wprowadzenie
Pierwszym i najważniejszym celem, który stawia sobie książka Poza
wiarą, jest zakomunikowanie niewierzącym rodzicom, że nie są
osamotnieni, że miliony rodzin stają wobec podobnych wyzwań i zadają
sobie podobne pytania. W rozdziale tym zawarte są osobiste przemyślenia
niezależnie myślących rodziców i dzieci oraz dorosłych, wspominających
czasy swojego dzieciństwa. Wszyscy oni szukają odpowiedzi na podobne
pytania. Z trudem je znaleźli i teraz dzielą się doświadczeniem z rodzicami, którzy wychowują swoje potomstwo w świecki sposób.
Drugie zadanie, o którym wspomniałem już we wstępie, polega na
rozstawieniu wielkiego namiotu niewiary. Nie ma jednego "właściwego"
sposobu wychowywania dzieci, nie istnieje także jeden rodzaj braku
wiary. Ramy tego rozdziału tworzą dwa świetne przykłady ilustrujące
zróżnicowane podejście do świeckiego wychowania. Penna Jillette'a można
porównać do słonia w składzie porcelany. Za to Julia Sweeney krąży
wokół, sprząta talerze i powtarza "Jezu". Sposób podejścia obojga
autorów jest odmienny, lecz głębia mądrości i zrozumienia zawarta w ich
esejach mogłaby oświetlić główną ulicę Las Vegas. Norm Allen opowiada,
jak dorastał w domu wierzących baptystów, wspominając matkę, która
nieustannie zachęcała dzieci do niezależnego, samodzielnego sposobu
myślenia, a nawet kwestionowania istnienia Boga.
Biolog z Oksfordu, Richard Dawkins, dzieli się wzruszającym listem
adresowanym do dziesięcioletniej córki, Juliet, w którym opisuje swoje
wartości intelektualne. Jednych czytelników mogą denerwować częste
wzmianki o duchownych, inni mogą uznać podejście Dawkinsa za pozbawione
szacunku dla wiary relig?nej. Ale Dawkins ma uzasadnienie: nie szanuje
przekonań relig?nych. Wcale a wcale.
Rodzi się wobec tego ważne pytanie, nadające się świetnie na temat
rozmowy przy stole: czy można nie okazywać szacunku wierzeniom innych
ludzi? Proszę zwrócić uwagę na fakt, że chodzi tu o wierzenia, a nie o wierzących. Wszyscy się chyba zgodzą, że ludzie jako tacy zasługują na
szacunek. Czy można sobie jednak pozwolić na brak poszanowania dla
cudzych opinii? Podkreślam: nie na niezgadzanie się z cudzymi opiniami,
ale właśnie na brak poszanowania dla nich?
Jeśli słowo "szacunek" ma zachować jakikolwiek sens, nie można obdarzać
nim automatycznie wszystkich opinii. Mogę nie zgadzać się z jakimś
poglądem, a mimo to go szanować, uznając, że jest uzasadniony. Mam kilku
przyjaciół, zwolenników libertalizmu, którzy uważają, że wszystkie
podatki mają charakter represyjny i powinny zostać zniesione. Ja z kolei
uważam, że rozsądne podatki są doskonałym sposobem realizowania ważnych
celów społecznych. Chociaż zdecydowanie nie zgadzam się z moimi
przyjaciółmi, szanuję ich zdanie, ponieważ jest poparte rozsądnymi
argumentami.
Inni moi przyjaciele sądzą, że ich życiem rządzą gwiazdy. Kiedy pytam o powody takiego przekonania, przytaczają różne anegdoty, wybiórcze
przypadkowe obserwacje i argumenty emocjonalne. Kocham ich i szanuję,
lecz byłoby głupie powiedzenie, że szanuję także ich wiarę w astrologię,
nie akceptuję bowiem sposobu myślenia, który się za tym kryje. Zwykle
nie napadam na nich z tego powodu, bo ich poglądy wywierają niewielki
wpływ na świat, choć odmawiam szacunku ich poglądom.
Ponieważ Robert Dawkins uważa, że religia wywiera silny negatywny wpływ
na świat, brak szacunku dla światopoglądu religijnego skłania go do
gwałtownego i ostrego sprzeciwu wobec tego, co uważa za realne, stale
obecne zagrożenie. Po atakach terrorystycznych z 11 września napisał:
"Resztki mojego szacunku dla religii rozwiały się wśród dymu i duszącego
pyłu 11 września 2001 roku, po którym nastąpił "Narodowy dzień
modlitwy""2. Chociaż czytelnicy mają pełne prawo nie zgadzać
się z tą opinią lub ze sposobem, w jaki ją wyrażono, chłodny i dobrze
poinformowany głos Dawkinsa nie powinien być wykluczony z rozmowy w naszym wielkim namiocie, podobnie jak głos zatroskanych ateistów.
Emily Rosa jest dobrą przedstawicielką niewierzących dzieci, opisującą,
jak wychowywano ją w duchu poszukiwania prawdy. Eksperyment, który
przeprowadziła na lekcji przyrody w czwartej klasie, na krótko skierował
na nią wszystkie reflektory. Rosa dostarcza trzeźwych rad niewierzącym
rodzicom, zachęcając ich do tego, żeby wyluzowali się, bawili,
śmiali i zachowywali pogodę ducha - po to, by nie wychować ponurego
pokolenia obsesyjnych kontestatorów.
Anne Nicol Gaylor, podobnie jak Emily Rosa, wychowała się w świeckiej
rodzinie. Opisuje kontakty swojej rodziny z religijnymi sąsiadami w kategoriach postawy "wolę pobawić się na dworze". Poznamy również
środowisko, w którym dorastał dwudziestowieczny ?lozof i orędownik
pokoju Bertrand Russell, mimo wyraźnej woli zmarłego ojca oddany pod
opiekę ludzi wierzących. Próba zakorzenienia w chłopcu religii zawiodła,
przyczyniając się do narodzin jednego z najbardziej wymownych i przekonujących rzeczników współczesnego agnostycyzmu. Rozdział kończy
prezentacja fascynującej dualistycznej postawy Dana Barkera. Jako
ewangeliczny duchowny Dan stworzył czwórce swoich dzieci chrześc?ański
dom, a później stracił wiarę, rozwiódł się i ponownie ożenił, by
wychowywać córkę w domu pozbawionym wartości relig?nych.
Czytelnicy mogą się zastanawiać, dlaczego eseje zebrane w tej książce -
a przynajmniej większość z nich - mówiąc o "religii", odwołują się
niemal wyłącznie do chrześc?aństwa. Fakt ten stanowi odzwierciedlenie
kulturowego kontekstu życia autorów książki i jej odbiorców. Ponieważ
większość czytelników wychowała się w kulturze pozostającej pod wpływem
religii chrześcijańskiej, jest rzeczą naturalną, że dyskusja o religii
nawiązuje do lokalnego przejawu wiary religijnej. Autorzy częściej
odnoszą się też do religii katolickiej niż do poglądów innych wyznań.
Wynika to z dwóch faktów. Po pierwsze, katolicyzm to najstarsze i najbardziej dogmatyczne wyznanie chrześc?ańskie. Po drugie, większość
niewierzących była kiedyś katolikami. I tym razem kontekst życia autora
w naturalny sposób przesądza o treści jego pracy.
Chociaż każda z opowieści zawartych w tym rozdziale jest wyjątkowa,
łączą je odwaga, uczciwość i pogoda ducha. Istnieje wiele dobrych metod
wychowania dzieci z elementami religii i bez nich. Przykłady, które
podajemy, nie są wzorem do naśladowania, lecz zaproszeniem do
poszukiwania własnej drogi i zapewnieniem, że ją odnajdziecie.
Lawirowanie wokół stołu
Julia Sweeney
ZWYKLE BYŁAM SZCZĘŚLIWA, ŻE JESTEM KATOLICZKĄ. Z jednej strony nie
lubiłam, gdy ludzie nie odpowiadali na moje pytania lub lekceważąco
traktowali naturalne przejawy mojego sceptycyzmu. Z drugiej strony
czułam się szczęściarą. Uważałam, że bycie katoliczką jest spoko. Było
mi żal ludzi, którzy nie należeli do Kościoła. Nawiasem mówiąc, znałam
takich niewielu. Wszyscy moi przyjaciele byli katolikami. Należeli -
podobnie jak ja. Nie tylko do katolickich para?i i szkół, lecz również
do wielkiego katolickiego klubu. Wszyscy uczestniczyliśmy w tych samych
obrzędach i nosiliśmy te same stroje: szkolne mundurki. Wszyscy księża
nosili czarne ubrania, chyba że odprawiali mszę i wkładali ornat! Bardzo
mi się to podobało. Na dodatek wiele w tym było elementów
średniowiecznych. Klękałam, wyrażając w ten sposób posłuszeństwo i poddanie, lecz nie było w tym dla mnie niczego upokarzającego. Czułam
się tak, jakbym żyła na zamku! Czasami w kościele palono kadzidło, lecz
i to wydawało mi się osobliwie mistyczne, nieziemskie. Prócz tego
wszyscy od dawna dobrze się znali, chodzili do tych samych szkół, do
których chodzili ich rodzice... Stwarzało to atmosferę bliskiej
zażyłości i bezpieczeństwa.
Kiedy dorosłam, przejrzałam na oczy i zdałam sobie sprawę z tego, że nie
wierzę w nadprzyrodzone powody robienia tego wszystkiego. Doszłam do
wniosku, że nie istnieją przekonujące dowody na istnienie Boga, a już z pewnością na to, że troszczy się on o swój Kościół i opiekuje nim.
Przeniosłam się ze Spokane do Los Angeles, miasta, w którym Kościół
katolicki nie ukształtował społeczności lokalnej w sposób, który był mi
znany. Gdy chodziłam do kościoła w Los Angeles, mój umysł nabrał
nieznośnego nawyku autentycznego słuchania słów wypowiadanych podczas
mszy. Jako antropolog zwykle wychodziłam z kościoła rozgniewana,
speszona i z poczuciem obcości, a już z pewnością pozbawiona poczucia
więzi. W końcu zaprzestałam chodzenia na nabożeństwa i zaczęłam się
określać mianem ateistki. Później stałam się dumna z tego powodu. W tym okresie adoptowałam dziewczynkę pochodzącą z Chin.
Początkowo nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nie wychowuję jej w duchu jakiejś religii. "Religia" to były obrzędy, w których
uczestniczyłam, odwiedzając rodzinne miasteczko. Nabożeństwa nadal
trochę mnie bawiły - tata i brat trzymali moją córeczkę, która wierciła
się jak inne dwu- i trzylatki. Później wydarzyło się kilka rzeczy, które
wszystko zmieniły.
Pierwszym wydarzeniem była śmierć ojca.
Dopiero wówczas stwierdziłam, jak bardzo się zmieniłam. Nie powiedziałam
córce, że mój ojciec "odszedł". Wiedziałam, że to nieprawda. On
zwyczajnie umarł. Córka miała wówczas cztery i pół roku, czuła się
bardzo blisko związana z moim tatą. Wysyłała do niego kartki z życzeniami na Dzień Ojca i lubiła, gdy ją przytulał. Tata często drzemał
obok niej. Zapamiętałam taki niezwykle ciepły, uroczy i kojący obrazek:
on z aparatem tlenowym i ona zwinięta tuż obok niego. Jego śmierć była
dla niej wielkim ciosem. Oczywiście nie obyło się bez pytań.
Kiedy córka spytała: "Co się dzieje po śmierci?", odrzekłam: "Mówiąc
szczerze, kochanie, rozkładamy się". Koniecznie chciała się dowiedzieć,
co to znaczy. Kiedy w naszym ogrodzie zdechł ptaszek, obserwowałyśmy,
jak znika po trochu każdego dnia. Gdy opowiadałam ludziom tę historię,
spoglądali na mnie z przerażeniem, jakbym wmuszała okropną prawdę
dziecku, które jest zbyt małe, by ją pojąć. Myślę, że córka zrozumiała,
o co chodzi, ponieważ nie ograniczyłam się do tego. Powiedziałam jej
także inne rzeczy: "Kiedy umieramy, nasze ciało ulega rozkładowi.
Rozpada się na maleńkie cząsteczki, takie jak pył czy powietrze, których
nie można dostrzec. Później te cząstki stają się czymś innym". Moja
córeczka spytała: "Czym?". Odpowiedziałam: "Kwiatem, powietrzem, trawą,
pyłem, a nawet inną osobą". Rezolutnie stwierdziła: "Chcę się zamienić w inną osobę!". "Rozumiem, jednak nawet jeśli niektóre z twoich cząstek
staną się częścią innej osoby, to nie będziesz ty. Jesteś sobą, a gdy
umrzesz, nie będzie takiej drugiej osoby na świecie. Jesteś tak
wyjątkowa i szczególna, że nie może być takich osób więcej. Wraz z tobą
bezpowrotnie zniknie twoja postać! Jesteś jedyna. Tutaj i teraz".
Odniosłam wrażenie, że zrozumiała, o co mi chodzi. Poczuła się kimś
szczególnym.
Później powiedziałam jeszcze, że jej dziadek żyje po śmierci w pamięci
ludzi, którzy go wspominają. Żyje dzięki wpływowi, który na nich wywarł,
nawet jeśli akurat o nim nie myślą. Na przykład dziadek uwielbiał sorbet
pomarańczowy, dlatego wspominamy go zawsze, gdy jemy ten deser. Czasami
wspominamy go nieświadomie, na przykład oglądając w telewizji mecz
baseballowy. Dziadek uwielbiał transmisje meczów baseballowych. Jesteśmy
inni z jego powodu. Przypuszczalnie na tysiące, a nawet miliony
sposobów. Ta inność powoduje, że dziadek żyje w nas po śmierci.
Zrozumiała.
Pojawił się jednak pewien problem: koledzy ze szkoły pytali ją, czy
dziadek jest w niebie. Córka czuła się wewnętrznie rozdarta, ponieważ
zaprzeczenie wypadłoby źle, a przytaknięcie nie byłoby zgodne z tym, co
jej powiedziałam. Pewnego dnia wracałyśmy z parku do domu w towarzystwie
jednej z jej przyjaciółek. "Czy widziałaś, jak po śmierci duch twojego
dziadka uniósł się do nieba?" - spytała koleżanka. Córka popatrzyła na
mnie i odpowiedziała: "Czy tak było?". "Nie, nie wierzymy w takie
rzeczy" - odpowiedziałam. Córka spojrzała na mnie i powtórzyła jak
papuga: "Tak, nie wierzymy w takie rzeczy". Przez chwilę wydawała się
pewna siebie, lecz po chwili wykrzywiła się, spojrzała gniewnie i odwróciła głowę.
Nagle zrobiło mi się żal mojej małej dziewczynki. Jak poradzi sobie w świecie, w którym będzie się czuła inna? Ja nie musiałam dźwigać takiego
ciężaru. Mówiono mi to samo co pozostałym dzieciom. Dziadkowie umierają
i idą do nieba. Spotkamy się z nimi, gdy umrzemy. Było mi łatwiej niż
jej.
Kiedy nad tym rozmyślałam, córka i jej przyjaciółka zaczęły prowadzić
beztroską rozmowę o lalkach. Nic wielkiego. Po chwili przyszło mi do
głowy, że właśnie w tym okresie rozpoczynają się wszystkie rozmowy o "wierze". Poczułam się nieswojo. Córka często zaczynała zdania słowami:
"My wierzymy... ". Szczerze mówiąc, znienawidziłam te słowa.
Znienawidziłam również to, że córka uważa moje wypowiedzi za prawdę
absolutną, w moim idealnym świecie nie było bowiem miejsca na
jakąkolwiek indoktrynację. Powinna przychodzić do mnie z własnymi
odpowiedziami, zamiast powtarzać "my wierzymy" lub "my nie wierzymy".
Później stałam się bardziej dojrzałą matką. Zrozumiałam, że nasze
zadanie polega na utrzymywaniu stałego kontaktu z dzieckiem, a ono
rozw?a się i poszukuje u nas odpowiedzi. Nieudzielanie ich jest błędem.
Zrobiło mi się żal mojej małej dziewczynki. Jak poradzi sobie w świecie,
w którym będzie się czuła inna?
Z większym przekonaniem zaczęłam mówić o tym, w co "wierzymy". Na
przykład wierzymy, że wynoszenie śmieci na śmietnik jest właściwe.
Szczerze mówiąc, gdy piszę te słowa, wydają mi się głupie, jednak
właśnie w ten sposób nabrałam większego przekonania do używania tego
słowa. Wierzymy, że ludzi należy traktować uprzejmie. Wierzymy, że nie
wolno ich okłamywać. Wierzymy, że trzeba odrabiać pracę domową. W takie rzeczy wierzymy.
Na koniec poczułam się tak swobodnie, że mogłam powiedzieć: "Bardzo
wielu ludzi wierzy, że ci, którzy umarli, nadal żyją. Myślą tak, bo to
łagodzi smutek po śmierci ukochanej osoby. Uważam, że ludzie, którzy
umarli, przestali żyć. Powinniśmy odczuwać prawdziwy żal, a jednocześnie
być wdzięczni, że piękny kwiat, do którego byli podobni, zakwitł".
Chociaż wielu moich przyjaciół uważa, że to zbyt trudne do pojęcia dla
cztero- czy pięcioletniej dziewczynki, myślę, że po kilka razy
powtórzonym wyjaśnieniu moja córka zrozumiała.
Nie oznacza to, że inni ludzie, na przykład moja matka, nie opowiadali
jej o tym, w co sami wierzą. Kiedy odwiedzam mamę, robi ciasteczka razem
z moją córką. Słyszę, jak opowiada jej, że dziadek jest w niebie i że
zobaczymy go ponownie. Że jest teraz z Mikiem, moim bratem, który też
odszedł. Kiedy córka spytała mnie później o te rozbieżności,
odpowiedziałam zwyczajnie: "Babcia i ja wierzymy inaczej". O dziwo,
Mulan przyjęła tę odpowiedź, chociaż mnie ona rozdrażniła. Która
odpowiedź wyda się jej lepsza? Ta, że po śmierci człowiek ulega
rozkładowi, czy ta, że wraz z innymi, którzy odeszli, zasiada przy
wielkim stole zastawionym w niebie? Obraz rozkładu nie ma szans w porównaniu z obrazem ucztowania przy zastawionym stole. Na szczęście
okazało się, że dla mnie i dla Mulan rozbieżności te okazały się mniej
bolesne, niż się spodziewałam.
Kilka miesięcy później Mulan zaczęła chodzić do przedszkola przy szkole
publicznej. Podczas zajęć musiała wyrecytować "Przysięgę wierności". Z dumą powtórzyła mi przysięgę, a ja wzdrygnęłam się na słowa "poddany
woli Boga". Kiedy spytałam: "Czy wiesz, że nie musisz powtarzać "poddany
woli Boga"?", wybałuszyła oczy. "O co ci chodzi?" - zapytała. "Możesz
zamknąć usta i nic nie mówić - powiedziałam. - Ja nie wierzę w Boga.
Rząd wstawił tam te słowa znacznie później. Na twoim miejscu bym ich nie
powtarzała".
Kiedy któregoś dnia Mulan wróciła do domu, stwierdziła: "Muszę je
powtarzać. Chcę być uprzejma. Jeśli chcesz być uprzejma, musisz to
powiedzieć". Nie sądziłam, że kiedykolwiek usłyszę bardziej bolesne
słowa z ust własnego dziecka. Jestem na to bardzo uczulona z wielu
innych powodów, nie tylko relig?nych. Od lat staram się zaprzestać
robienia pewnych rzeczy tylko dlatego, że uważa się je za "uprzejme",
przytłoczona milionem gestów, które wykonujemy z czystej "uprzejmości".
Z drugiej strony dziecko powinno umieć się dostosować. Takie
postępowanie ma głęboki sens - sprzyja budowaniu wspólnoty.
Na szczęście przyjaciółka podsunęła mi rozwiązanie. "Powiedz jej, aby
powtarzała "poddany prawu" zamiast "poddany woli Boga"". Wspaniały
pomysł! Natychmiast wspomniałam o tym córce. Spojrzała na mnie tak,
jakbym przyleciała z Marsa. Po raz pierwszy dostrzegłam w jej oczach
myśl: "Moja matka oszalała". Teraz jednak, gdy wraca ze szkoły, mówi mi
prawdę. "Dzisiaj powiedziałam "poddany woli Boga", wczoraj "poddany
prawu"". Myślę, że kiedyś odnajdzie własny rytm.
Ostatnio pojechałam z Mulan do Spokane na Memorial Day, dzień pamięci
poległych na polu chwały. Całą rodziną wybraliśmy się na cmentarz Holy
Cross, tam pochowano wielu naszych bliskich. Uwielbiam ten cmentarz,
chociaż jest katolicki, a na trawnikach widać mnóstwo świętych symboli.
Chcę być tam pochowana razem z moją rodziną. Dodaje mi to otuchy.
Czasami wybieram się tam na piknik, gdy nie ma święta. Wszyscy w mojej
rodzinie to robią. Pewnego dnia każdy z nas tam się znajdzie.
Tego dnia moja córka była w mrocznym, kłótliwym nastroju. Nie chciała z nami jechać. Mama, która prowadziła samochód, nieopatrznie powiedziała:
"Bóg chce, abyśmy tam pojechali". Chciała ją rozweselić, lecz córka
krzyknęła: "Nie wierzę w Boga! Wierzę tylko w to, czego można dowieść, a nie można dowieść istnienia Boga!". Zrobiła to w sposób nadąsany i bezczelny. Byłam na nią wściekła. Dotarło do mnie jednak, chociaż
musiałam ją zganić za ton i buntowniczą postawę, że powiedziała prawdę.
Miała dość odwagi i przytomności umysłu, aby ośmielić się powiedzieć coś
niepopularnego (przynajmniej w tamtej chwili). Była to najlepsza rzecz,
jakiej ją mogłam nauczyć - oprócz niewiary w Boga.
Jak dzięki samodzielnemu myśleniu stałem się dorosłym człowiekiem
Norm R. Allen Jr.
DZIECI SĄ CIEKAWE WSZYSTKIEGO, co ma związek z religią. Nie byłem pod
tym względem wyjątkiem. Moi rodzice byli praktykującymi baptystami
wtedy, gdy teizm był powszechnie obowiązującą normą. Ludzie
uczęszczający do kościoła cieszyli się wielkim szacunkiem w lokalnej
społeczności, a na tych, którzy tego nie robili, patrzono podejrzliwie.
Podobna sytuacja panuje nadal w wielu częściach świata.
Miałem pewną przewagę nad innymi dziećmi religijnych rodziców: w naszym
domu nie było tematów tabu. Zachęcano nas, abyśmy zadawali pytania i domagali się sensownych odpowiedzi. Jeśli odpowiedzi wydawały się nam
nielogiczne, rodzice sugerowali, abyśmy podchodzili do nich sceptycznie.
Sprawy religii traktowano tak samo jak wszystkie inne. Pozwalano nam na
kwestionowanie istnienia Boga, a nawet zachęcano nas do tego.
Pewnego dnia zapytałem mamę, skąd mogę być pewny, czy oddajemy cześć
jedynemu prawdziwemu Bogu. Odparła, że nigdy nie będziemy tego pewni i że możemy jedynie zadawać pytania, starając się wzrastać w wiedzy i mądrości. Później spytałem ją, co by się stało, gdybym pewnego dnia
postanowił zmienić wyznawaną religię. Powiedziała, że nie miałaby nic
przeciwko temu i że nadal by mnie kochała. Spytałem wówczas, co by się
stało, gdybym w ogóle przestał wierzyć w Boga. Odparła, że
zaakceptowałaby to, pod warunkiem że byłaby to uczciwa decyzja.
Udzielając tego prostego zapewnienia, mama obdarzyła mnie wspaniałym
darem - zachęciła mnie do samodzielnego myślenia i obiecała mi
bezwarunkową miłość.
Spytałem wówczas, co by się stało, gdybym w ogóle przestał wierzyć w Boga. Odparła, że zaakceptowałaby to, pod warunkiem że byłaby to uczciwa
decyzja. Udzielając tego prostego zapewnienia, mama obdarzyła mnie
wspaniałym darem.
Rodzice nie przestali obsypywać mnie darami. Nigdy nie próbowali
wybierać za mnie bohaterów i bohaterek, których chciałem naśladować.
Wybierałem ich sam, a rodzice zawsze aprobowali moją decyzję. Kupowali
mi nawet książki, abym mógł się dowiedzieć czegoś więcej na ich temat.
Ufali, że sam się o nich czegoś nauczę.
Chociaż wychowywałem się w domu wierzących baptystów, rodzice traktowali
mnie inaczej, niż traktuje się dzieci w wielu fundamentalistycznych
rodzinach. Fundamentaliści bardziej szanują tych, którzy się z nimi
zgadzają, a mniej tych, którzy są odmiennego zdania, co prowadzi do
bigoterii. Co więcej, cenią okazywanie absolutnego posłuszeństwa Bogu
bardziej niż otwartość na nowe idee. Szanują własne wierzenia, uznając
je za prawdę objawioną. Przedkładając wiarę ponad trudne dociekanie
wielu prawd.
Miałem również szczęście z powodu szkółki niedzielnej, do której
uczęszczałem jako nastolatek. Nasz nauczyciel bardziej przypominał
wykładowcę ?lozo?i religii, zadawał trudne pytania i pozwalał nam na to
samo. Pozwalał nam nawet wątpić w istnienie Boga. Nie wszyscy wierzący
mają zamknięty umysł, podobnie jak nie wszyscy wolnomyśliciele są
otwarci w każdej sprawie. Najważniejsze jest nauczenie dzieci
krytycznego myślenia stanowiącego przeciwieństwo bezmyślnej
indoktrynacji. Większość dzieci nie ma tyle szczęścia we wczesnych
spotkaniach z Kościołem. Większość uczy się bezkrytycznie wierzyć we
wszystko, co słyszy na temat Boga. Podawanie w wątpliwość istnienia Boga
jest uważane nie tylko za niewłaściwe, lecz za jawnie grzeszne, a nawet
bluźniercze. Często kiedy dzieci wchodzą w wiek dojrzewania, ich
relig?ne wychowanie jest już zakończone, a w wielu wypadkach ich postawa
relig?na nieodwracalnie ukształtowana.
Jeśli rodzice postanowili posłać dzieci do kościoła, powinni znaleźć
taki, w którym ceni się wartość krytycznego myślenia. Takim kościołem
może być Kościół unitariańsko-uniwersalistyczny, czasem, choć bardzo
rzadko, Kościół katolicki - z otwartości na badanie nowych idei znani są
jezuici.
Rodzice powinni również znać naukę, którą przekazuje się tam dzieciom.
Niektóre kościoły są znane z homofobii i seksizmu, inne sprzeciwiają się
małżeństwom osób należących do różnych ras. W niektórych wspólnotach
naucza się, że tylko wyznawcy ich religii pójdą do nieba, a wszyscy
pozostali skończą w piekle. Rodzice powinni zdawać sobie sprawę z tego,
że żaden tekst relig?ny nie jest doskonały i że nauka religii może
wyrządzić ich dzieciom - a także społeczeństwu - ogromną krzywdę.
Ważne jest kształtowanie u dzieci zdolności krytycznego myślenia. Równie
ważne jest niepozwolenie na to, aby padły o?arą niehumanitarnych nauk.
Chociaż dorastałem w stosunkowo tolerancyjnym środowisku, stale się
bałem, że tra?ę do piekła. Dla dziecka to ogromne - całkowicie zbędne -
obciążenie psychiczne. Uważam, że głoszenie takiej nauki jest
równoznaczne ze znęcaniem się nad dziećmi. Żaden kochający rodzic nie
powinien zachęcać dzieci do wiary w tak okrutną naukę.
Nie wszyscy wierzący mają zamknięty umysł, podobnie jak nie wszyscy
wolnomyśliciele są otwarci w każdej sprawie.
Ludzie, którzy mają odwagę wątpić w istnienie Boga, mają skłonność do
krytycznego myślenia także w innych dziedzinach. Dorastałem w latach
sześćdziesiątych XX wieku, kiedy poglądy na wiele spraw były sprzeczne.
Czarnoskórzy intelektualiści opowiadali się za integracją i biernym
oporem. Inni zachęcali do samoobrony, gwałtownej rewolucji i separatyzmu. Po obu stronach stali bardzo inteligentni ludzie. Nie
chodziło jedynie o ustalenie, które ze stanowisk ma najmądrzejszych
orędowników, lecz o zdecydowanie, którzy są najbliżsi prawdy. Właśnie
wtedy zacząłem intensywnie rozw?ać swoją zdolność krytycznego myślenia.
W późniejszym wieku odkryłem, jak wielki wpływ na nauczanie historii
wywiera polityka. Odkryłem również, że zwykle pom?a się i lekceważy rolę
czarnych, kobiet i mniejszości seksualnych. Stwierdziłem, że to, czego
uczymy się poza szkołą, jest często ważniejsze od tego, co przekazują
nam w jej murach. Gdybyśmy nie mieli decydującego głosu w kwestii
własnego wykształcenia, ponieślibyśmy w życiu sromotną klęskę. Jest to
jedna z najważniejszych rzeczy dotyczących krytycznego myślenia, które
należy wpoić dzieciom.
Ludzie, którzy mają odwagę wątpić w istnienie Boga, mają skłonność do krytycznego myślenia także w innych dziedzinach.
Przez znaczną część życia byłem samotny i nie szukałem u rówieśników
potwierdzenia własnych wierzeń i ideałów. W wypadku większości dzieci
jest inaczej. Potrzebują zachęty i wsparcia. Bardzo trudno jest im trwać
samotnie w swoich przekonaniach. Kiedy większość dzieci wokół nich
wyznaje inną religię, czują się wyobcowane. Pytają rodziców, czemu ich
poglądy różnią się od poglądów większości.
W takiej sytuacji najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest stworzenie
dzieciom okazji do przebywania z rówieśnikami podzielającymi ich
zapatrywania. Nie oznacza to, że powinny przyjąć jakąś formę lojalności
plemiennej wobec własnej grupy. Zwyczajnie potrzebują poczucia
wspólnoty. W czasach internetu łatwiej znaleźć podobnie myślące
jednostki i grupy, które mogą pomóc naszym dzieciom, dlatego nie należy
lekceważyć tego cennego źródła.
W życiu wszystkich dzieci zdarzają się bolesne doświadczenia. Przeżycia
takie dostarczają wspaniałej okazji do rozw?ania zdolności krytycznego
myślenia. Najbardziej bolesnym doświadczeniem mojego dzieciństwa była
śmierć ukochanego psa. Mama powiedziała, że nasz pupil jest teraz w niebie. Było to pocieszające, choć nie zgadzało się do końca z tym, co
słyszałem w kościele. Nauczyciele ze szkółki niedzielnej stale
powtarzali, że tylko ludzie mogą tra?ć do nieba lub do piekła. Nie
potra?łem tego wówczas wyrazić, ale miałem świadomość, że niebo było
pojęciem wypływającym z życzeniowego myślenia i pragnienia
nieśmiertelności.
O niebie wspominają zwykle rodzice pragnący ochronić dzieci przed
nieprzyjemnymi prawdami. Pamiętajmy, że dzieci są silniejsze, niż sądzi
wielu dorosłych. Zamiast je chronić za pomocą popularnych, głęboko
zakorzenionych iluzji, rodzice powinni pomóc im znaleźć odpowiedź na
trudne pytania, które nieuchronnie się pojawią.
Krytyczne myślenie spowoduje, że dzieci chętniej wystąpią w obronie
własnych praw i praw innych osób. Wiele doniosłych zmian w dziejach
zapoczątkowali ludzie kwestionujący istniejącą władzę. Abolicjoniści
pytali, czemu powinniśmy uważać niewolnictwo za element naturalnego
porządku. Przywódcy ruchu na rzecz obrony praw człowieka zadawali
pytanie, dlaczego ma obowiązywać segregacja rasowa. (Nawiasem mówiąc, w ruchu tym uczestniczyło wiele dzieci). Kobiety i homoseksualiści
wystąpili w obronie swoich praw, podobnie jak wiele innych grup. Tam,
gdzie nie ma krytycznego myślenia, nie ma też postępu. Jeśli dzieci mają
być naszą przyszłością, muszą się kierować krytycznym myśleniem.
Na koniec dodam, że krytycznemu myśleniu powinno towarzyszyć myślenie
pozytywne. Krytyczne myślenie powinno zostać wykorzystane dla naszego
szczęścia. Większość z nas wolałaby, aby dzieci były zadowolonymi,
niezależnie myślącymi osobami, a nie bystrymi nihilistami. Uczmy je
zatem, jak zachowywać pozytywną postawę i cieszyć się życiem, a kiedy
staną się dorosłe, pozwólmy im wybrać własną drogę.
Dorastanie bez Boga: Jak zdołałam przeżyć metody świeckiego wychowania mamusi
Emily Rosa
PRZYSZŁAM NA ŚWIAT W 1987 ROKU jako ważąca trzy kilogramy, nieznająca
boga poganka, radująca się poznawaniem otaczającego świata. Mama była
uradowana moim naturalnym stanem.
Uznała, że na tyle, na ile to możliwe, będę dorastała bez poddawania
wpływom jakiejś religii czy ateizmu. Ona, a później mój ojczym wierzyli,
że gdy osiągnę pewien poziom dojrzałości i doświadczenia, podejmę
samodzielną decyzję w tej sprawie.
Mama bardzo wcześnie zaczęła mnie uczyć rzeczy, które uważała za ważne:
uczciwości, sprawiedliwości, wolności i odczuwania frajdy, jakiej
dostarcza badanie i poszukiwanie dowodów. Wpajała mi przekonanie, że
ciężka praca przynosi zysk.
Wszystko szło dobrze, gdy byłam małym dzieckiem i mama mogła mnie
kontrolować. Dawała mi dużo czasu, stwarzała okazje do poznawania
otoczenia. Kiedy postanowiłam włamać się do samochodów sąsiadów za
pomocą starego kluczyka, szła za mną ulicą i z zadowoleniem obserwowała,
jak próbuję otworzyć zamek. Stała obok, gdy pytałam każdego sprzedawcę w sklepie spożywczym, czy ma penis, czy pochwę.
Religia dała o sobie znać w przedszkolu. Moja mama nie kłamała, więc gdy
pojawiła się bajeczka o Świętym Mikołaju, z miejsca oznajmiła, że to
zmyślona postać i że ona może być jego pomocnikiem (porozumiewawcze
mrugnięcie okiem), jeśli tego zechcę. Pewnego razu chciałam naprawdę
cieszyć się tą iluzją, więc nakazałam mamie: "Nie mów mi, że Święty
Mikołaj nie istnieje". Mimo to znałam prawdę i później nie przeżyłam
takiego rozczarowania jak moi przyjaciele.
Najtrudniejszą rzeczą, o której się dowiedziałam, była śmierć.
Obejrzałam ?lm animowany Spielberga "Pradawny ląd" (Land Before Time),
w którym umiera cudowna mama dinozaur, choć później jej duch ukazuje się
czasem, aby udzielić synowi rad. Myśl o utracie matki była dla mnie tak
przerażająca, że zaczęłam rozmyślać o własnej śmierci. Nauczycielki z przedszkola zauważyły moje przygnębienie. Delikatnie doradziły mamie,
aby pocieszyła mnie nadzieją życia po śmierci. Ponieważ nie mogła zrobić
tego szczerze, nie wiedziała, jak mnie podnieść na duchu - mogła jedynie
spędzać ze mną jak najwięcej czasu w tym trudnym okresie. Od tej pory
rozmyślałam o śmierci częściej od innych dzieci i być może właśnie to
tłumaczy moje późniejsze zainteresowanie medycyną sądową i wielki
szacunek dla życia.
W czwartej klasie na kiermaszu nauki zainteresował mnie eksperyment
polegający na wykonaniu wyciągu barwnego z papierka od m&m'sów.
Straciłam zainteresowanie badawcze, gdy się okazało, że mimo udziału w eksperymencie nie dostanę ani jednego cukiereczka. Później moją uwagę
zwrócił ?lm wideo. Pokazano w nim pielęgniarki, które utrzymywały, że
potra?ą uzdrawiać ludzi, przesuwając nad nimi dłońmi. Stosowały one coś,
co nazywały "terapeutycznym dotykiem". Ich zdaniem to metoda nawiązująca
do nakładania rąk - starożytnego obrzędu religijnego. Pielęgniarki
wzbogaciły zaplecze teoretyczne metody wieloma wschodnimi ideami
mistycznymi. Znalazła się wśród nich koncepcja pola energetycznego,
rzekomo otaczającego każdego człowieka. Na to pole miały wpływać za
pomocą ruchów dłoni osoby praktykujące "terapeutyczny dotyk".
Utrzymywały, że pole energetyczne człowieka jest w dotyku elastyczne jak
ciepła galaretka owocowa, a nawet "przyjemne jak ciągutka".
Z powodu treści mistycznych niektórzy dorośli od razu stracili
zainteresowanie "terapeutycznym dotykiem", lecz ja bardzo chciałam
poznać prawdę. Czy pielęgniarki naprawdę wyczuwały coś dłońmi?
Kiedy spytałam mamę, czy mogę zbadać "terapeutyczny dotyk", odrzekła:
"Jasne, jeśli wymyślisz przekonujący sposób". Po krótkim namyśle
stworzyłam możliwą do zwery?kowania hipotezę: jeśli pielęgniarki
naprawdę wyczuwają pole energetyczne człowieka, powinny je wyczuwać
także wtedy, kiedy mają zasłonięte oczy.
Na moją prośbę pielęgniarki wsuwały dłonie w otwory wycięte przeze mnie
w tekturowych tablicach, używanych w czasie kiermaszu. Umieszczałam
swoją rękę pod jedną z ich dłoni i pytałam, pod którą wyczuwają pole
energetyczne.
Przebadałam w ten sposób kilka bardzo miłych adeptek "terapeutycznego
dotyku". Jak się później okazało, odpowiadały na moje pytanie, zgadując
(udzieliły czterdziestu ośmiu procent poprawnych odpowiedzi).
Każda osoba biorąca udział w kiermaszu nauki dostała niebieską wstążkę.
Ja dodatkowo dostałam odpowiedź na swoje pytanie.
Mój eksperyment powtórzono w programie telewizyjnym "Scienti?c American
Frontiers" (Naukowe rubieże Ameryki), a wyniki końcowe (czterdzieści
cztery procent poprawnych odpowiedzi) uznano za statystycznie znaczące i opublikowano w piśmie medycznym "Journal of the American Medical
Association" (Czasopismo Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego).
Wydarzeniem tym zainteresowały się media. Stało się ono czymś na miarę
znanego z baśni odkrycia, że król jest nagi. James Randi nagrodził mnie
swoją "Skeptic of the Year Award" (Nagroda Sceptyka Roku), a pismo
"Skeptic" (Sceptyk), zdając sobie sprawę z potencjału kryjącego się w eksperymentach przeprowadzanych przez dzieci, zaczęło wydawać gazetkę
"Jr. Skeptic" (Mały Sceptyk). Zostałam również wyróżniona nagrodą Ig
Nobel Awards3 jako prezenterka roku.
Osoby praktykujące "terapeutyczny dotyk" podawały głupie powody,
tłumacząc, dlaczego nie przeszły pomyślnie mojego sprawdzianu. Mówiły na
przykład, że klimatyzacja rozwiewała pole energii. I w dalszym ciągu
stosowały swoją metodę. Do dziś nikt nie obalił wyników mojego
eksperymentu, przeprowadzając inne doświadczenie.
W moim rodzinnym mieście nie zwrócono większej uwagi na ten eksperyment,
więc stałam się ponownie zwyczajnym dzieckiem. Większość dzieci chce się
po prostu bawić z przyjaciółmi, religia nie jest dla nich sprawą tak
ważną jak dla ich rodziców. Mogłam spytać przyjaciółkę: "Wierzysz, że
Bóg istnieje?" i w odpowiedzi uzyskać jedynie wzruszenie ramion. Szybko
się jednak nauczyłam, że gdy zadam takie pytanie w obecności rodzica
przyjaciółki, mogę zostać wyproszona z domu, a nawet nazwana dziwadłem.
Pamiętam, że niektórzy chłopcy z sąsiedztwa rzucali we mnie kamieniami i przezywali mnie "satanistką". Później pytałam mamę, dlaczego wymyślali
mi od "Titanica" (ang. gra słów: satanic - Titanic; przyp. tłum.).
Większość dzieci chce się po prostu bawić z przyjaciółmi, religia nie
jest dla nich sprawą tak ważną jak dla ich rodziców. Mogłam spytać
przyjaciółkę: "Wierzysz, że Bóg istnieje?" i w odpowiedzi uzyskać
jedynie wzruszenie ramion. Szybko się jednak nauczyłam, że gdy zadam
takie pytanie w obecności rodzica przyjaciółki, mogę zostać wyproszona z domu, a nawet nazwana dziwadłem.
Po jakimś czasie nauczyłam się, jak być akceptowaną towarzyszką zabaw.
Jeśli ktoś pytał mnie, do jakiego kościoła chodzę, odpowiadałam zgodnie
z prawdą: "Moja mama i ojczym nie chodzą do kościoła, a mój tata i macocha są katolikami. Jeszcze nie podjęłam decyzji". Umieszczało mnie
to w grupie grzeszników nadających się do zbawienia. Chociaż stałam się
z tego powodu celem wysiłków misyjnych, uznałam, że to znośna cena za
posiadanie towarzyszy do zabaw.
Moje życie towarzyskie komplikował również fakt, że rodzice nie
akceptowali kreacjonizmu ani "Przysięgi wierności". Chociaż koleżanki
zawsze pytały rodziców, czy mogą się ze mną bawić, nigdy nie wiedziałam,
co mnie czeka. Niektóre dzieci powtarzały reakcje swoich rodziców i odrzucały mnie. Na szczęście miałam kilka naprawdę dobrych przyjaciółek,
z którymi zawsze mogłam pójść na lunch.
Rodzice mieli wątpliwości, gdy zaczęłam chodzić na spotkania kościelnej
grupy młodzieżowej. Zostałam zaproszona przez przyjaciół, aby słuchać
chrześc?ańskiego rocka, jeść wspólne posiłki i studiować Biblię. Rodzice
ustąpili, kiedy się dowiedzieli, że mogę tam spotykać innych
niewierzących nastolatków, wysłanych tam przez rodziców, którzy mieli
nadzieję, że w ten sposób zbłąkane dzieci wrócą do owczarni.
Łatwiej mi było zaakceptować ?lozo?ę ateistyczną, niż szanować jej
zwolenników. Powiedzmy szczerze, odkryłam, że wielu ateistów to
nieprzyjemni ludzie. Chociaż poznałam kilka wyjątkowych osób,
działających aktywnie na rzecz poprawy świata, byłam często rozczarowana
ludźmi, przychodzącymi na spotkania jedynie po to, by opowiadać
prymitywne dowcipy i urządzać nagonki na religię. Czasami wręcz
brakowało mi towarzystwa radosnych wierzących.
Wpajajcie dzieciom typowe świeckie wartości (tolerancję, moralność,
umiejętność krytycznego myślenia i doceniania roli rozumu oraz nauki),
ale nie zapomnijcie nauczyć ich dobrych manier, zaszczepić im radości i poczucia humoru. Są one bardzo ważne w naszym krótkim życiu.
Najlepszą radą, jakiej mogę udzielić niewierzącym rodzicom, jest ta, by
nie wychowali ponurych, cynicznych ludzi, mających obsesję na punkcie
Boga. Wpajajcie dzieciom typowe świeckie wartości (tolerancję,
moralność, umiejętność krytycznego myślenia i doceniania roli rozumu
oraz nauki), ale nie zapomn?cie nauczyć ich dobrych manier, zaszczepić
im radości i poczucia humoru. Są one bardzo ważne w naszym krótkim
życiu.
Naiwny plan moich rodziców, aby chronić mnie przed wpływem religii
dopóty, dopóki nie stanę się dorosła, zakończył się całkowitym ?askiem.
Proponuję, aby zamiast tego dostarczać dzieciom wiele informacji na
temat różnych religii. Spróbujcie zaspokoić ich naturalną ciekawość,
ufając, że zdołają oddzielić prawdę od fałszu.
Fragment Autobiogra?i Bertranda Russella:
Mój ojciec był wolnomyślicielem, lecz umarł, gdy miałem zaledwie trzy
lata. Pragnąc, abym wychował się w środowisku wolnym od przesądów,
wyznaczył na moich opiekunów dwie osoby mające podobne zapatrywania.
Niestety, sąd uchylił rozporządzenie testamentu i nakazał wychowanie
mnie w duchu wiary chrześcijańskiej... Gdyby ojciec nakazał, abym tra?ł do
chrystadel?an, muggletonian lub do szkoły prowadzonej przez Adwentystów
Dnia Siódmego, sędzia zapewne nie miałby żadnych zastrzeżeń. Rodzic ma
prawo nakazać w testamencie wpojenie dzieciom dowolnych przesądów, nie
może jednak wyrazić woli, aby uchronić je przed nimi...
W niedzielę zabierano mnie na zmianę do kościoła episkopalnego w Petersham i do kościoła prezbiteriańskiego w Richmond. W domu
przekazywano mi naukę Kościoła unitariańskiego... Mając piętnaście lat,
rozpocząłem systematyczne badania rzekomych racjonalnych argumentów
potwierdzających prawdziwość głównych dogmatów chrześcijańskich.
Spędziłem niezliczone godziny, rozmyślając nad tymi zagadnieniami.
Sądziłem, że jeśli przestanę wierzyć w Boga, wolną wolę i nieśmiertelność, będę bardzo szczęśliwy. Odkryłem, że argumenty podawane
na poparcie tych dogmatów były bardzo nieprzekonujące...
Chociaż długi okres zwątpienia religijnego sprawił, że stałem się bardzo
przygnębiony stopniową utratą wiary, kiedy proces ten dobiegł końca, ku
swojemu zaskoczeniu poczułem radość, że z tym wszystkim skończyłem.
(przekład własny)