Prolog
Pojmanie bohatera
Strzała z sykiem przecięła noc i z głuchym odgłosem uderzyła w ziemię
obok węgielków osłoniętego paleniska. Młody giermek, który zawsze miał
lekki sen, poderwał się gwałtownie. To cud, że w ogóle zdrzemnął się,
będąc tak blisko Felrook. Przykucnął, wstrzymał oddech i spojrzał w ciemność, przypatrując się cieniom poza osłoną ich skromnego obozowiska.
Wszędzie panował mrok i bezruch. Niektórzy mężczyźni wokół niego zaczęli
szeptać i się wiercić.
Książę Galloran wyznaczył dwóch wartowników, którzy czuwali wysoko na
drzewach. Kąt, pod jakim strzała wbiła się w ziemię, wskazywał, że
nadleciała od Malaka. Nedwin pożałował, że zerknął wprost na drzewce,
ponieważ blask węgielków z ogniska osłabił jego widzenie w ciemnościach.
Natężając słuch wśród ciszy, próbował siłą woli zmusić oczy, żeby wzrok
przebił głębiej mrok.
Malak nie wystrzeliłby strzały w kierunku obozowiska, dopóki wrogowie
nie znaleźliby się dosłownie o krok od nich. Taki sygnał oznaczał
najpilniejsze ostrzeżenie, a Malak nie był nerwowym nowicjuszem. Wręcz
przeciwnie. Dwudziestu ludzi, których Galloran starannie dobrał do tej
ostatniej misji, wywodziło się spośród najbardziej zaprawionych w boju i budzących największy postrach wojowników w całym Lyrianie. Wszyscy byli
weteranami śmiałych kampanii, wszyscy wykazali się umiejętnością
radzenia sobie nawet z największymi przeciwnościami i wszystkimi cesarz
pogardzał.
Nedwin pomyślał ponuro, że stanowi jedyny wyjątek. Jako giermek
Gallorana był podekscytowany i czuł się zaszczycony, gdy usłyszał, że ma
dołączyć do tej szlachetnej drużyny jako jedyny członek, który nie
osiągnął jeszcze wieku męskiego. Nie był wielkim wojownikiem ani
mistrzem zwiadu, jego jedynym prawdziwym talentem była umiejętność
skradania się.
Chociaż Nedwin był zaledwie trzynastolatkiem, Galloran już od lat
posługiwał się nim w roli szpiega. Nedwin miał dryg do dyskretnego
zbierania informacji. Wiedział, gdzie stanąć w tłumie, jak się ustawić,
kiedy ledwie da się podsłuchać rozmowę, jaką minę i postawę przybrać,
żeby sprawiać wrażenie gapy. Wyczuwał, kiedy się schować, kiedy uciekać,
kiedy robić wrażenie niczego nieświadomego i pogrążonego w jakiejś
przyziemnej czynności. Początkowo nieproszony przychodził do Gallorana z informacjami, podejrzanymi szeptami podsłuchanymi na dworze. Kiedy
książę dostrzegł jego talent, zaczął wyznaczać mu tajne misje, a Nedwin
wiernie je wypełniał.
Chociaż nieraz się wykazał, Nedwin nie spodziewał się, że zostanie
włączony do takiej kampanii ani że zostaną mu powierzone sekrety, jakie
wyjawił mu na osobności Galloran. Kiedy nagle stanął wobec faktu, że
nadchodzą wrogowie, ulżyło mu, że niespecjalnie boi się o własne życie.
Przede wszystkim nie chciał rozczarować swojego księcia.
Zduszony okrzyk przerwał ciszę. Możliwe, że ktoś próbował krzyknąć
"uciekajcie!" lub "ucinajcie!". Nedwin nasłuchiwał, kiedy ciało Malaka
spadło z trzaskiem przez gałęzie na poszycie leśne.
Podczas gdy mężczyźni wokół niego wstawali chwiejnie, wyciągając miecze
i chwytając za łuki, Nedwin czmychnął z dala od obozowiska. Mknął na
czworakach, bardziej skacząc niż się czołgając. Pośpiech był tak ważny,
że Nedwin pozwolił sobie na trochę hałasu. Wreszcie zatrzymał się za
guzowatym pniem starego drzewa, wciskając się między dwa grube sękate
korzenie.
Półksiężyc wyszedł zza chmury, zalewając delikatnym srebrnym blaskiem
okolicę. Przed zachodem słońca Galloran postanowił rozbić obóz wśród
ruin dworu starodawnego wodza. Ściany zawaliły się dawno temu i kilka
wyszczerbionych resztek wystawało z ziemi niczym przypadkowo rozrzucone
nagrobki. Lawson rozpalił skromny ogień w starodawnym kominku,
osłaniając płomienie i ufając ciemności, że ukryje wątły dym. Chociaż
zniszczone przez upływ czasu ruiny były całkiem zapomniane i znajdowały
się daleko od ścieżki, nadal stanowiły charakterystyczny punkt
orientacyjny. Nedwin wolałby bardziej anonimowe obozowisko.
W upiornym księżycowym świetle patrzył, jak grad strzał szepcze wśród
nocy, uderzając głucho w tarcze, podzwaniając o zbroje, odnajdując też
odkryte ciało. Po trzech salwach uzbrojeni w miecze i odziani w zbroje
ludzie rzucili się na obóz. Drużyna Gallorana wybiegła im naprzeciw.
Nedwin rozdziawił usta, widząc przeprowadzony po mistrzowsku atak.
Chmury zasłaniały księżyc przez całą noc. W jaki sposób wrogowie tak
doskonale zsynchronizowali atak? Ciemność ukrywała ich nadejście aż do
chwili, kiedy Malak przesłał spóźnione ostrzeżenie. Księżyc wyłonił się
w samą porę, żeby pomóc wrogim łucznikom trafić w cel i utrudnić ludziom
Gallorana ucieczkę do mrocznego lasu. Czy tak idealne zgranie w czasie
można przypisać szczęściu?
Nedwin dostrzegł dwóch osobistych strażników Gallorana, którzy go
ponaglali, by uciekał przed naciągającym wrogiem. Książę się opierał i Nedwin musiał zasłonić usta dłonią, żeby samemu nie wrzasnąć, by
uciekał. Jeśli Galloran padnie, wszystko będzie stracone. Pozostali to
rozumieli i byli gotowi za niego umrzeć.
Tursock z Meridonu, potężny jak niedźwiedź mężczyzna, który dzierżył
ogromne młoty bojowe w obu rękach, rzucił się na nadbiegających
napastników. Słabsi wojownicy musieliby nieźle się wysilić, by posłużyć
się jednym z jego młotów, i to trzymanym w obu rękach, ale siła Tursocka
była legendarna i teraz ciosami wyrzucał wrogów w powietrze,
roztrzaskiwał tarcze, hełmy i kości. Pozostali towarzysze Gallorana
rzucili się za Tursockiem do walki, a każdy z nich był rycerzem zdolnym
w pojedynkę odmienić losy bitwy. W obliczu przewagi przeciwnika
napastnicy szybko ulegli klindze, toporowi i włóczni.
W krótkiej chwili wytchnienia, jaka potem nastąpiła, świeża salwa strzał
syknęła z różnych kierunków. Nagle Nedwin pojął, że celowo poświęcono
żołnierzy piechoty - to był podstęp mający na celu wywabienie ludzi
Gallorana na bardziej odsłonięty teren! Wielu łuczników wycelowało w Tursocka, który zatoczył się, a potem padł na kolana, ciemny kształt
jego potężnej sylwetki nagle zaczął przypominać poduszeczkę na igły.
Kiedy tarcze się uniosły, a ludzie Gallorana zaczęli szukać kryjówki, z ciemności wynurzyły się haratacze, ogromne stworzenia w nastroszonych
kolcami zbrojach, wyposażone w śmiercionośną różnorodność wirujących
ostrzy. Dołączyli do nich żołnierze z elitarnych oddziałów, werbownicy i rozsadnicy. Strzały nadal nadlatywały ze śmiercionośną precyzją.
Galloran i jego osobiści strażnicy wycofali się do lasu, znikając z widoku. Nedwin wiedział, jak trudna musiała być ucieczka dla księcia,
kiedy inni walczyli w jego obronie.
Tursock z trudem podniósł się, widząc zbliżające się haratacze. Z potężnym brzęknięciem obalił najbliższego, zostawiając wgniecenie w jego
żelaznej skorupie. Rozległ się łomot i szczękanie, kiedy jego młoty
uderzyły w następnego, chociaż w tej samej chwili mnogość bezlitosnych
ostrzy przebiła się przez futrzane szaty Tursocka. Kiedy haratacze szły
przez szeregi obrońców, stało się jasne, że wielu z nich nie ma pełnych
zbroi. Nedwin wytrzeszczył z przerażenia oczy, ujrzawszy, jak mężczyźni,
których podziwiał przez całe życie, padają.
Oderwał wzrok od makabrycznej walki. Musiał się ukryć! Galloran
powierzył mu kluczową informację. Jego kryjówka za drzewem nie
wystarczy. Rozejrzał się po najbliższej okolicy i dostrzegł pustą kłodę.
Był dostatecznie mały, żeby wpełznąć do środka. Jednak najlepsze
kryjówki to miejsca nieprzewidywalne. Zerknął w górę. W najgorszym
wypadku może wspiąć się na drzewo. Wiedział, jak robić to bezszelestnie,
wpełzać po konarach, które większości wydają się nieosiągalne. Nie,
chciał czegoś lepszego.
Kawałek dalej Nedwin zauważył niewielką plątaninę martwych gałęzi na
ziemi. Idealne miejsce. Z pozoru gałęzie nie oferowały wielkiej osłony,
ale jeśli wsunie się pod nie dostatecznie głęboko, wykorzysta cienie i zamaskuje się za pomocą listowia, to stanie się bez mała niewidzialny.
Mimo rwetesu towarzyszącego walce Nedwin nadal kulił się i poruszał
cicho. Nie wiedział, kto jeszcze czai się w lesie. Obserwując lot
strzał, uznał, że w pobliżu jego obecnej pozycji nie ma łuczników, ale
nie miał gwarancji.
Nie spowalniała go żadna zbroja. Kiedy dyskrecja to twój największy
atut, zbroja i nieporęczna broń stają się bardziej zawadą niż ochroną.
Nosił tylko nóż, małą kuszę i jedną z cennych kul wybuchających, jaką
powierzył jego opiece Galloran.
Nedwin dotarł do sterty gałęzi i wpełzł pod nią. Suche patyki pękały z trzaskiem. Sprawnymi ruchami zgarnął na siebie liście i wilgotną ziemię.
Z tej pozycji nadał miał częściowy widok na potyczkę. Oddychając cicho,
obserwował, jak łucznicy zbliżają się do walczących z napiętymi łukami
prowadzeni przez bardzo wysokiego werbownika, który trzymał ciężki
żelazny pręt.
- Stać! - ryknął werbownik.
Posłuchali go. Tylko pięciu ludzi Gallorana nadal stało, chociaż byli
zadyszani i ranni. Kilka harataczy padło, tak samo jak wielu żołnierzy
przeciwnika. Jednakże pozostało ich jeszcze mnóstwo.
- Jesteście otoczeni! - powiedział wysoki werbownik, opierając się na
metalowym pręcie. - To koniec! Rzućcie broń!
Nedwin zagryzł usta. Werbownik miał rację. Łucznicy znajdowali się teraz
dostatecznie blisko, żeby z łatwością wyeliminować pozostałych przy
życiu obrońców.
- Poddajemy się, chłopcy - warknął Lawson, rzucając miecz.
Nedwin zmarszczył czoło. A potem zdał sobie sprawę, że wzięcie pięciu
więźniów do niewoli zajmie napastnikom więcej czasu niż pięć
pośpiesznych egzekucji. A teraz najważniejsze było zdobycie czasu dla
Gallorana.
Pozostali obrońcy oddali broń.
- Gdzie jest Galloran? - zapytał werbownik.
- Masz złe informacje - odpowiedział Lawson. - W ogóle go z nami nie
było, Groddic. Będziesz musiał zadowolić się nami.
Nedwin rozdziawił usta. Wysoki werbownik to Groddic? Był prawą ręką
cesarza, dowódcą werbowników. Nic dziwnego, że atak poprowadzono tak
bezbłędnie!
Groddic odwrócił się w stronę lasu.
- Mogę się założyć, że Galloran nadal mnie słyszy! Co więcej, spodziewam
się, że nie będzie chciał kryć się w lesie, kiedy ja będę zabijał jego
ludzi jednego po drugim.
Nedwina przeszył strach. Najwyraźniej ten werbownik dobrze znał
Gallorana. Nedwin żałował, że nie ma tu Jashera. On i dwóch innych
nasienników wyruszyli przodem, żeby zbadać resztę drogi do Felrook.
Jasher może zdołałby powstrzymać Gallorana, a gdyby to się nie udało, to
może stawiłby czoło samemu Groddicowi. Czy Groddic wiedział, że Jashera
teraz tu nie ma? Wiedział, kiedy wynurzy się księżyc...
- Poddaj się, Galloranie! - zawołał Groddic. - Wyjdź teraz, a przysięgam, że twoi ludzie przeżyją. Nie zmuszaj ich, żeby zapłacili za
twoje nieudolne dowodzenie!
Nedwin złapał się na tym, że jego ręka zabłąkała się do kryształowej
kuli, którą dał mu Galloran. A gdyby tak wyskoczył z ukrycia i rzucił
kulą w Groddica? Nie. Nie zdoła w pojedynkę pokonać pozostałych wrogów,
a jeśli go złapią, to tym łatwiej wywabią Gallorana z ukrycia.
- Nie słuchaj go! - krzyknął Lawson. - Uczcij naszą pamięć swoim
zwycięstwem! Z dumą umieramy za twoją sprawę!
Groddic wykonał drobny gest i chmura strzał przeszyła Lawsona. Padł bez
słowa.
- Zgodnie ze swoim życzeniem, twój towarzysz zginął honorową śmiercią! -
krzyknął Groddic. - Nadal możesz ocalić pozostałą czwórkę. Nie kryj się
za trupami swoich przyjaciół! I tak cię wytropimy i odszukamy. Pomagają
nam torivorowie. Żaden człowiek im nie ucieknie.
Groddic czekał. Więźniowie milczeli. Nedwin miał nadzieję, że jego pan
pośpiesznie się oddala.
- Nie jestem cierpliwym człowiekiem! - ryknął Groddic. - Czas, żeby
zginął kolejny z twoich towarzyszy.
Oślepiająco biały rozbłysk rozświetlił nagle noc, a po nim rozległ się
ogłuszający huk. Nedwin zamknął oczy i słuchał następnych wybuchów.
Galloran złapał przynętę i ciskał wybuchającymi kulami we wrogów.
Kiedy eksplozje ustały, Nedwin otworzył oczy, mrugając, żeby pozbyć się
powidoku po pierwszym rozbłysku. Wybuchy musiały zniszczyć kilka
harataczy i paru żołnierzy, a ci, którzy przeżyli, z pewnością byli
chwilowo oślepieni.
Gdy odzyskał wzrok, zobaczył, że jego książę starł się z wrogiem. On i jego osobiści strażnicy osłonili oczy, kiedy rzucali kulami. Dobrze
widzieli, podczas gdy przeciwnicy byli na wpół oślepieni.
Jeden ze strażników, Alek, zajął pozycję na szczycie stosu kamieni z ruin i teraz ze śmiercionośną precyzją wypuszczał strzałę za strzałą.
Drugi strażnik osłaniał toporem bojowym Gallorana, który nieustępliwie
wybijał wrogów jednego po drugim.
Nedwin nie widział Groddica. Czy pierwsze wybuchy mogły go zabić? Mogli
mieć aż tyle szczęścia?
Pojmani ludzie Gallorana stawiali opór, ale kiedy napastnicy otrząsnęli
się z początkowego zaskoczenia, zbuntowani jeńcy zaczęli ginąć. Alek
padł raniony bełtem. Wrogów było zbyt wielu! Galloran i jego drugi
strażnik stali teraz plecami do siebie i walczyli o życie.
Kiedy jego osobisty strażnik padł, Galloran rzucił się do ataku,
wirując, uskakując i tnąc, jakimś cudem wyrąbując sobie ścieżkę wśród
przeciwników. Nedwin nigdy nie widział człowieka, który zabijałby z taką
skutecznością. Wbrew wszystkiemu, nie uratowawszy ani jednego
towarzysza, Galloran nadal miał szansę się wyrwać. Gdyby tylko wyrąbał
sobie drogę ucieczki do lasu, zostawiłby za sobą nie więcej jak
piętnastu niezorganizowanych przeciwników. Galloran parł przed siebie, a jego niezrównany miecz rozcinał hełmy i przecinał zbroje. Ucieknie! Jak
to się działo wiele razy, mimo nierozważnej brawury, Galloran miał
szansę przeżyć i podjąć walkę następnego dnia.
- Stań do walki ze mną, tchórzu! - rozległ się basowy ryk.
Kuśtykając w kierunku Gallorana, Groddic odpychał na bok własnych ludzi.
Nie miał hełmu i było widać, że część twarzy ma zwęgloną.
- Nie - szepnął Nedwin. - Uciekaj.
Groddic szedł dalej, zamierzając przeciąć drogę Galloranowi. Gdyby
książę odwrócił się od nadzwyczaj wysokiego werbownika, musiałby tylko
pokonać garstkę ludzi i mógłby uciec do lasu.
- Z drogi! - rozkazał Groddic i ci, którzy stali między nim i Galloranem, natychmiast się podporządkowali.
- Uciekaj - prosił bezgłośnie Nedwin, próbując zmusić na odległość
swojego pana do ucieczki.
Galloran rzucił w Groddica nożem, który odbił się od pręta.
- Przekonajmy się, czy zdołasz stawić mi większy opór niż twoi ludzie -
ryknął werbownik.
Galloran zaatakował.
Jego miecz błysnął w blasku księżyca, gdy Galloran zmuszał Groddica do
cofania się. Wysoki werbownik ledwie nadążał z obroną, podczas gdy miecz
dźwięczał, uderzając o pręt. Nedwin zaczął się trochę rozluźniać.
Galloran ciął Groddica na wysokości pasa. Werbownik potknął się i padł.
Kiedy Galloran rzucił się do przodu, żeby zadać ostatni cios, Groddic
cisnął mu w twarz czymś, co wyglądało jak garść piasku. Galloran
zatoczył się do tyłu, miecz wypadł mu z rąk, gdy uniósł dłonie do oczu.
Nedwin zacisnął rękę na gałęzi, widząc, jak Galloran pada na ziemię.
Czym Groddic mógł rzucić w księcia? Galloran zareagował tak, jakby
płonęła mu twarz. Opierając się na pręcie jak na kuli, Groddic podniósł
się z ziemi. Jego ludzie otoczyli Gallorana, gotowi zaatakować. Wysoki
werbownik dał znać gestem, że mają zaczekać.
- Jesteś skończony - powiedział do leżącego księcia, trzymając rękę w rękawiczce na zakrwawionym brzuchu. - Poddaj się, a ugaszę palenie.
Galloran przeturlał się na bok, złapał miecz i przykucnął, po chwili
skoczył do przodu, na oślep dźgając Groddica. Wysoki werbownik zrobił
unik, a potem prętem wytrącił mu miecz z ręki. Wrogowie rzucili się i przycisnęli Gallorana do ziemi.
Nedwin odwrócił wzrok. Nie mógł patrzeć na tę wstydliwą chwilę
upokorzenia. Galloran, jedyna nadzieja Lyrianu, w końcu został pokonany.
Nedwin zastanawiał się nad użyciem kuli, którą trzymał. Znowu spojrzał
na Groddica i jego żołnierzy. Zostało zaledwie piętnastu, a więcej niż
kilku wyglądało na rannych.
Nedwin zamknął oczy. Galloran wydał mu ścisłe instrukcje. Pamiętał
powagę na twarzy księcia, kiedy wypowiadał te słowa.
- Poznałem bezcenne słowo mocy. Niewielu wie, że go szukałem. Jeszcze
mniej wie, że je posiadłem. To słowo jest kluczowe dla naszej walki
przeciwko cesarzowi. Trzy sylaby zostały zapisane w miejscach znanych
moim sojusznikom. Podam ci pozostałe trzy, które musisz przekazać
Nicholasowi z Rosbury. Nie wolno ci nigdy ujawnić tych trzech sylab ani
zdradzić innym, że ci je wyjawiłem. Od tego zależy nasze życie i los
Lyrianu. Jeśli padnę, musisz porzucić naszą drużynę i z tą wiedzą
samotnie wrócić do domu, do Trensicourt. Dlatego zabrałem cię z nami,
Nedwinie. Żałuję, że muszę obarczyć takim brzemieniem kogoś równie
młodego, ale ty masz największą szansę na sukces. Gdybym zginął, nie
możesz zawieść mnie w tym ostatnim zadaniu. Musisz mi to przysiąc.
Nedwin przysiągł. Zapamiętał sylaby i obiecał nie wypowiedzieć ich na
głos, dopóki nie znajdzie się na osobności z Nicholasem. Galloran
wiedział, że Nedwin dotrzyma tajemnicy. Wiedział, że chłopak się
wymknie, gdyby coś źle poszło. I wiedział, że innym nie przyjdzie do
głowy, że powierzył tak kluczowe informacje komuś tak młodemu.
Nedwin otworzył oczy. Gallorana pojmano, ale nie zabito. Żył. Jeszcze
nie poległ.
Groddic klęczał obok Gallorana i nakładał mu balsam na twarz. Dwaj
mężczyźni przytrzymywali księcia, ale ten nie stawiał już oporu. Inni
kręcili się w pobliżu, najwyraźniej będąc pod wrażeniem, że ich
niepokonany przeciwnik leży przed nimi bezradny.
Groddic wstał, był zwrócony plecami do Nedwina. Rozległo się pohukiwanie
sowy. Nedwin zważył w ręku kulę. Gdyby trafił werbownika wysoko w plecy,
większość otaczających go ludzi odczułaby skutki wybuchu, a ciało
Groddica osłoniłoby w znaczniej mierze Gallorana. Poza kulą Nedwin miał
tylko małą kuszę i nóż. Jednakże przeciwko świeżo oślepionym i poranionym wybuchem ludziom nóż i kusza mogłyby wystarczyć.
Nedwin próbował zebrać się na odwagę, żeby wyskoczyć z ukrycia, ale
powstrzymywały go wątpliwości. A jeśli zawiedzie i da się złapać? Cenne
sylaby zostaną stracone. Złapawszy Gallorana, Groddic i jego ludzie
zgarnęli najcenniejszą zdobycz. Nedwin był przekonany, że jeśli teraz
nie poruszy się i zachowa ciszę, to w końcu zdoła wrócić do Trensicourt
i przekazać kluczową wiadomość.
Zawahał się. Słowo mocy mogło być ważne, ale co pozostanie z opozycji
bez Gallorana? Nedwin próbował wyobrazić sobie, jak zdoła żyć ze
świadomością, że nie zrobił nic, by ratować księcia.
Galloran rozumiał, ile znaczy zarówno jako przywódca oporu, jak i symbol
nadziei dla całego Lyrianu. Mimo to, kiedy jego ludziom groziła
egzekucja, zaryzykował własne życie. Czy nie zasługiwał na to, by jego
giermek okazał podobną odwagę?
Nedwin bezszelestnie wysunął się z kryjówki. Jeśli zawiedzie, Galloran
pożałuje, że obdarzył go zaufaniem, a sprawa, o którą książę walczył
całe życie, zostanie nieodwracalnie osłabiona. Jeśli Nedwinowi się uda,
Galloran będzie mógł doprowadzić misję do końca i obalić cesarza. Nedwin
nie miał wyboru. Musiało mu się udać.
Pobiegł, szybko i cicho. Kiedy wynurzył się spomiędzy drzew, kilka głów
obróciło się w jego stronę. Groddic nadal stał nad Galloranem, plecami
do Nedwina. Chłopak nie był tak blisko, jak by chciał - Groddic zaraz
się odwróci, a jego ludzie byli gotowi rzucić się do walki.
Cisnął kulą z całej siły. Poleciała prosto do Groddica. Jednakże
werbownik zareagował, gdy dostrzegł spojrzenia swoich ludzi. Odwrócił
się i złapał kulę prawą ręką niemalże mimochodem.
Nedwin zatrzymał się gwałtownie.
Żeby kula wybuchła, kryształ musiał się roztrzaskać, a Groddic złapał ją
delikatnie.
Unosząc przymałą kuszę, Nedwin wycelował w kulę, ale wtedy trafiła go w ramię strzała. Kiedy padał, świsnęły nad nim kolejne strzały. Gdy leżał
na plecach z pierzastym drzewcem sterczącym groteskowo, ogarnęła go
rozpacz. Jego książę pozostał rannym jeńcem, nie pomszczono go, a bezcenny sekret, którym podzielił się z Nedwinem nigdy nie dotrze do
Nicholasa! Wrogowie zebrali się wokół niego. Płonąc z frustracji i wstydu Nedwin zamknął oczy i czekał na śmierć.
Rozdział 1
Akolitka
Rachel... pomocy... Rachel, błagam!
Rachel obudziła się, zaciskając palce na przykryciu. Usiadła na miękkim
materacu. Cienie spowijały jej sypialnię. Nie poznawała telepatycznego
głosu, który rozległ się w jej głowie. Nie należał ani do Corinne, ani
do Ulani, która niedawno nauczyła się przekazywać proste myśli na małą
odległość.
Kim jesteś? - Rachel przesłała pytanie, wkładając w to całą wolę.
Rachel! Nie wytrzymam już zbyt długo... Przyjdź... Pośpiesz się,
proszę!
Mimo naglącego tonu mentalny krzyk słabł. Rachel pracowała z kilkoma
akolitkami nad rozmową w milczeniu, ale jak na razie udało się to tylko
Ulani. Czy to możliwe, że w przypływie desperacji jedna z dziewcząt
odblokowała tę zdolność? Rachel spała w części świątyni wydzielonej dla
akolitek. Wszystkie znajdowały się względnie blisko. Kto jeszcze w Mianamon potrafił skontaktować się z nią w taki sposób?
Nie licząc słów w jej umyśle, noc była cicha. Do pokoju nie dobiegał
żaden dźwięk. Nie zaatakowano Mianamon. Na czym więc polegał problem?
Kto to? Co się stało?
Słowa nadeszły słabe, mentalny odpowiednik szeptu.
Kalia. Jestem w pokoju ćwiczeń. Spróbowałam silnego rozkazu. Zawiodłam.
Wszystko mnie boli... Nie mów innym... Pomóż mi, proszę.
Kalia. Rachel trenowała z akolitkami od wielu miesięcy. Większość
posiadała zaledwie krztynę talentu w stosowaniu języka edomickiego.
Żadna nie miała naturalnych zdolności takich jak Rachel, ale Kalia wśród
nich była najbardziej obiecująca. Rachel nie raz próbowała nauczyć ją
mówić w milczeniu.
Trzymaj się. Już idę.
Wypowiadając edomickie słowo, Rachel zapaliła świecę koło łóżka, a potem
wstała i narzuciła szatę akolitki. Kalia musiała zakraść się do pokoju
ćwiczeń nocą z myślą o dodatkowym treningu. Pewnie spróbowała czegoś
zbyt ambitnego i straciła panowanie nad rozkazem. Rachel wiedziała z własnego doświadczenia, jak osłabiające bywają konsekwencje edomickiego
polecenia, które zawiodło.
Jeżeli Kalia nadal miała dość sił, żeby wezwać ją mentalnie, to pewnie
nie była śmiertelnie ranna. Co nie znaczyło, że nie czuła się tak, jakby
umierała.
Rachel wypowiedziała kolejny rozkaz i zapaliła glinianą lampkę.
Podniosła ją, otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.
Ciemność czekała po obu stronach poza światełkiem jej lampki. Rachel nie
przywykła do wędrowania po Świątyni Mianamon o tak późnej porze. Ona i jej przyjaciele spędzili tu całą zimę, ale nigdy nie przemierzała
kamiennych korytarzy w ciemności i samotnie. Znajome przejścia wydawały
się złowieszcze.
Kalia, jesteś tam jeszcze?
Nie otrzymała odpowiedzi. Akolitka mogła stracić przytomność. Albo
zwyczajnie nie miała dość energii, by wysłać kolejną wiadomość.
Rachel minęła kilkoro drzwi. Nie było za nimi słychać żadnego ruchu.
Żadne światło nie sączyło się przez szpary. Wyszła zza zakrętu i dotarła
do schodów, które prowadziły na dół do pokoju ćwiczeń. Poza kręgiem
światła z jej lampki rozciągał się tylko mrok. Rachel wiedziała, że poza
częścią świątyni zarezerwowaną dla akolitek znalazłaby ludzkich
strażników, którzy strzegli ich prywatności o każdej porze dnia i nocy.
Wiedziała także, gdzie szukać Jasona, Drake'a i innych towarzyszy. Mogła
też wezwać myślami Gallorana lub Corinne.
Jednakże bolesne doświadczenia związane z nieudanym rozkazem najlepiej
zachować w sekrecie. Kalia nie ucieszyłaby się, gdyby inni zobaczyli ją
ranną, osłabioną. Rachel wyprostowała się i zaczęła schodzić po
stopniach. Doszła do końca schodów i ruszyła szerokim korytarzem.
Ciemność cofała się przed nią, aż Rachel dotarła do drzwi prowadzących
do głównej sali ćwiczeń. Były lekko uchylone. Rachel szturchnęła je i weszła do środka.
- Kalia?
W odpowiedzi usłyszała edomicki rozkaz. Nakazano jej znieruchomieć.
Wykonała polecenie.
Rachel znała ten rozkaz! Akolitki Mianamon ćwiczyły dziedzinę języka
edomickiego, która pozwalała im wydawać polecenia ludziom. Kiedy Rachel
zjawiła się w Mianamon, wiedziała, jak posługiwać się edomickim, by
skłonić niektóre zwierzęta do spełniania pewnych poleceń, ale nigdy nie
podejrzewała, że mogłaby posłużyć się podobną metodą wobec ludzi.
Rozkazywanie materii nieożywionej w języku edomickim było proste - cała
materia i energia rozumiały ten język. Wystarczyło zwyczajnie poprzeć
odpowiednie słowa stosowną ilością skupionej woli, żeby narzucić
posłuszeństwo. Jeśli adept spróbuje uzyskać zbyt wiele, może mu się nie
powieść i wtedy musi stawić czoło skutkom niepowodzenia - obrażeniom
fizycznym i urazom psychicznym.
Ze zwierzętami było trudniej. Edomicki nie najlepiej działał na żywe
istoty. Zamiast zmuszać zwierzęta, trzeba było sugerować, a one mogły
wziąć pod uwagę sugestię lub ją zlekceważyć. Poproś zbyt delikatnie, a zwierzę zignoruje polecenie. Naciskaj za mocno, a zaryzykujesz, że
przyjdzie ci ponieść konsekwencje nieudanego rozkazu.
Z ludźmi sprawa komplikowała się jeszcze bardziej. Nie można było
naprawdę wykorzystać edomickiego przeciw umysłowi. Nie można było
podsunąć mu złożonej idei. To było bardziej jak przemawianie do
kręgosłupa, sugerowanie odruchowej reakcji, której umysł przeciwstawi
się już po fakcie. Rachel znała z grubsza pięćdziesiąt sugestii, które
mogły zadziałać na człowieka, a większość z nich była na poziomie komend
wydawanych psom: "zostań, padnij, odwróć się, skacz". Wiedziała, że w trudnej chwili zdolność, która sprawi, że wróg na chwilę znieruchomieje
albo padnie na ziemię, może się okazać bardzo użyteczna.
Ćwiczyła te umiejętności od miesięcy. Inne akolitki nie dorównywały jej
pod względem biegłości. Na przykład, większość dziewcząt nie potrafiła
wymusić na Ulani żadnej formy posłuszeństwa, ale Rachel mogła ją
zamrozić jednym słowem. I na odwrót - nawet najbardziej uzdolnione
akolitki nie mogły sprawić, żeby Rachel choćby drgnęła.
Tyle że teraz nie mogła się ruszyć!
Rozkaz wypowiedziano z mocą i biegłością. Zamroził ją jak żadna komenda
od pierwszego dnia ćwiczeń. Czyżby z powodu strachu przestała się
pilnować? Pewnie, że była przestraszona, ale przeciwstawiła się nakazowi
w sposób, jaki wiele razy ćwiczyła. To po prostu nie zadziałało.
Rachel usłyszała, że wypowiedziano kolejny rozkaz. Szpikulec z czarnego
metalu pomknął ku jej piersi, połyskując w świetle jej lampki.
Rachel nadal nie mogła się ruszyć. Zamiast tego przemówiła w myślach.
Bardzo intensywnie ćwiczyła przesuwanie przedmiotów. Na jej telepatyczny
rozkaz szpikulec zamarł. Zatrzymał się w odległości zaledwie stopy od
jej piersi, drżąc w powietrzu.
Kolejne słowa rozległy się w cieniach poza kręgiem światła lampy. Silna
wola walczyła z wolą Rachel, przesuwając cal po calu szpikulec ku niej.
Rachel odzyskała panowanie nad ciałem, ale nie chciała chwalić się tym
faktem przed wrogiem. Zamiast tego zepchnęła szpikulec w dół i odsunęła
go od siebie. Kiedy przełamała wolę przeciwnika, szpikulec poleciał ku
ścianie.
Rachel znała położenie rozlicznych pochodni, kaganków i lamp w pokoju.
Jednym słowem, rozpaliła kilka naraz. Światło zdemaskowało Kalię, która
rzuciła się do niej z nożem w jednej ręce i długą igłą w drugiej.
Rachel rozkazała jej paść na podłogę. Akolitka posłuchała, gubiąc nóż.
Próbowała znowu zmusić Rachel, żeby zamarła w bezruchu. Doskonale
wypowiedziany rozkaz działał tylko ułamek sekundy, bo tym razem Rachel
była przygotowana i natychmiast odzyskała panowanie nad sobą.
Odpowiedziała, unieruchamiając rozkazem Kalię.
- Co ty wyprawiasz? - warknęła Rachel.
Kalia pozostała nieruchoma zaledwie sekundę. Przeturlała się w bok i uniosła twarz; z kącika ust płynęła jej czerwona ślina. Rachel zdała
sobie sprawę, że kiedy Kalia straciła panowanie nad szpikulcem, porażka
ją poraniła.
Kalia warknęła, wykrzykując rozkaz, i nóż śmignął ku Rachel. Uskakując w bok, Rachel przejęła panowanie nad ostrzem i przyłożyła je do gardła
akolitki. Utrzymanie go tam wymagało ogromnej kontroli, ale Rachel
ćwiczyła manipulowanie przedmiotami bardziej sumiennie niż jakiekolwiek
inne edomickie frazy.
- Dlaczego? - spytała zadyszana.
Kalia splunęła krwią. Pot zlał jej twarz. W dzikich oczach malowały się
panika i gniew. Należała do młodszych akolitek. Chociaż wyglądała, jakby
miała dwadzieścia lat, tak naprawdę dobiegała pięćdziesiątki. Akolitki
rutynowo ćwiczyły edomicką medytację, żeby spowolnić proces starzenia.
- Dlaczego? - powtórzyła Rachel.
Kalia wypowiedziała rozkaz, próbując przejąć kontrolę nad nożem, ale
Rachel przeciwstawiła się z wielką mocą i wysiłki Kalii poszły na nic,
zmiażdżone większą wolą. Rachel odsunęła nieco nóż, kiedy akolitka
zgięła się wpół, wijąc się z bólu. Za nieudane rozkazy płaciło się słoną
cenę.
- Kiedy tak wiele się nauczyłaś? - dopytywała się Rachel. - Nigdy nie
poruszałaś przedmiotami.
I nigdy też nie mówiłam w milczeniu. Wściekłe słowa zapłonęły w umyśle
Rachel. Powinien był wydać rozkaz wcześniej, zanim przeszłaś tak długi
trening. Mogłam cię załatwić, kiedy tylko się zjawiłaś. Wiem, że
mogłam!
Kto wydał rozkaz?
Rusz głową, odpowiedziała Kalia, a jej gniew osłabł. Moją jedyną
pociechą jest fakt, że on cię dorwie. Wybrałam stronę, która wygra.
Zażądał ode mnie zbyt wiele w niewłaściwym czasie. Mój pech. Jednak to
cię nie uratuje. Zapamiętaj sobie moje słowa. Wszystkich was dorwie.
Pracujesz dla Maldora?
Zabije was wszystkich co do jednego!
Galloran wpadł do pokoju bez przepaski na oczach, z wyciągniętym
torivorańskim mieczem, a za nim kilkoro drzewnych ludzi i zwykłych
ludzkich strażników. Spoglądał to na Rachel, to na Kalię.
Wyczułem, że posłużono się wielką ilością edomickiego.
Kalia wbiła sobie długą igłę w udo.
Coś ty zrobiła? - zapytała Rachel.
Kolejne niedorzeczne pytanie! Jakim cudem taka kretynka ma dostęp do
takiej mocy? To mnie doprowadza do szału! To obrzydliwe! Kalia zaczęła
rzucać się w konwulsjach. Czerwona piana wypłynęła jej z ust.
- Próbowała mnie zabić - wyjaśniła Rachel, odwracając się z przerażeniem
i obrzydzeniem.
Galloran wziął jej lampkę, odstawił na bok i objął Rachel. Dziewczyna
zawstydziła się, bo musiał poczuć, że cała drży. Nie wstydziła się
jednak na tyle, żeby odrzucić ten gest.
Przykro mi, Rachel. Nigdy bym nie pomyślał, że Maldor zdołał umieścić
zabójcę w Mianamon.
A gdzie nie jest w stanie nas dosięgnąć? To jedynie miejsce w Lyrianie,
w którym czułam się bezpiecznie!
Przykra prawda jest taka, że nie ma już w Lyrianie bezpiecznego
miejsca, niezależnie od tego, jak bardzo jest odległe. Problem będzie
się tylko powiększał. Planowaliśmy wkrótce wyjechać. Wyjedźmy jutro.
Zbyt długo pozostawaliśmy w bezruchu.
Rachel przywarła do Gallorana, żałując, że nie może po prostu zniknąć.
Kalia zastawiła pułapkę i próbowała ją zabić!
Mężczyzna pokryty od stóp do głów mchem przyniósł Galloranowi żelazny
szpikulec i nóż.
- Oba zatrute. Zguba olbrzymów.
- Później - zbył go Galloran. Machnął ręką. - Zostawcie nas samych.
Strażnicy i drzewni ludzie wyszli z pokoju ćwiczeń.
- Ogromnie mi przykro, Rachel - powiedział Galloran, nadal ją obejmując.
Rachel źle się czuła, słysząc ból w jego głosie.
- To nie pana wina. Dziękuję, że zjawił się pan tak szybko.
- Byłem głupcem, pozwalając, żebyś zajęła kwaterę tak daleko od nas.
Powinienem był przewidzieć taką możliwość. Na szczęście, sama się
uratowałaś. Czułem siłę za jej rozkazami. Ta zdrajczyni nie była
nowicjuszką. Nie wiedziałem, że uchowali się jeszcze adepci edomickiego
z takim zdolnościami jak jej. Musiała ukrywać się od bardzo dawna.
- Ponad trzydzieści lat - wtrąciła Ulani, wchodząc do pokoju. Zerknęła z goryczą na martwą akolitkę, a potem skupiła się na Rachel. - Nic ci nie
jest?
- Jestem cała - zdołała wykrztusić Rachel. - Wszystko w porządku.
Galloran nadal ją tulił.
- Maldor musiał wiedzieć, że szykujemy się do odejścia. Chciał uderzyć
przed naszym wyjazdem.
Rachel skrzywiła się lekko, wysuwając się z objęć.
- Dlaczego wyrocznia nic o niej nie wiedziała? Dlaczego Esmira tego nie
przewidziała?
- Żałuję, że nas nie uprzedziła - przyznał Galloran.
- Nigdy nie wyczułam żadnego zła w Kalii - powiedziała Ulani. - Ani nie
spostrzegłam jej niezwykłej mocy. Potencjał, owszem, ale
niewykorzystany. Być może Kalia wiedziała, jak osłaniać umysł przed
obserwacją. Może Maldor przekabacił ją niedawno. Nigdy się nie dowiemy.
Esmira sporo widziała, ale nie sądzę, żeby poświęciła wiele czasu na
szukanie wśród nas zdrajców. Jesteśmy zbyt odizolowane, zbyt zjednoczone
przeciwko cesarzowi i wszystkiemu, co reprezentuje.
- Próbował mnie zabić - wykrztusiła Rachel.
Po ostatnim zimnym spojrzeniu na ciało leżące na posadzce Galloran
zawiązał przepaskę.
- Maldor ucieszyłby się z twojej śmierci, ma jednak pewne pojęcie o twoich możliwościach. Powinien się orientować, że Kalii, mimo jej
talentu, raczej się nie powiedzie. Ten atak mógł być jedynie próbą.
Rachel się naburmuszyła.
- Brutalna ta próba.
- Maldor nie bawi się delikatnie. - Galloran objął ją za ramiona. - Nie
pozwól, żeby to tobą wstrząsnęło. Pociesz się tym, że sobie poradziłaś.
Na szczęście, ukryliśmy szczegóły proroctwa przed wszystkimi w Mianamon
oprócz Ulani. Mimo to, Maldor dobrze wie, gdzie się znajdujemy, i może
odgadnąć nasze zamiary. Kiedy wyruszymy w misję, wszystkich nas będzie
czekać wiele prób w nadchodzących dniach. Obawiam się, że to dopiero
początek.
Rozdział 2
Mianamon
Ze swojej półki, umiejscowionej setki stóp nad posadzką świątyni, Jason
obserwował dwie małpy, które krążyły wokół siebie z kosturami w gotowości. Podchodziły do siebie ostrożnie - ich smukłe torsy były
przygarbione, a długie kończyny podkurczone. Wyższy z białych gibonów
miał mniej więcej tyle wzrostu co Jason. Wrzeszcząc i porykując, rzuciły
się na siebie jednocześnie - wydłużone sylwetki wymachiwały kosturami z płynną gracją. Wiele innych małp obserwowało pojedynek; blisko osadzone
oczy nie odrywały się od klekoczących o siebie z wściekłością kijów.
Białe gibony zostały stworzone przez Certiusa, niefortunnego
czarnoksiężnika, który znalazł sobie dom w południowych dżunglach
Lyrianu. Chociaż gibony nie potrafiły mówić, były zadziwiająco
inteligentne i porozumiewały się z ludźmi za pomocą gestów.
Żelazne kratownice pokrywały wiele wyższych murów i sufitów w Świątyni
Mianamon. Gibony potrafiły poruszać się po nich z niezwykłą gracją,
przeskakując, kołysząc się, zwieszając się na kończynach, nie zważając
na możliwość upadku. Mieszkały przeważnie na wysokich półkach w pobliżu
wierzchołka świątyni. Jason dotarł na górę systemem ciasnych tuneli,
schodów i drabin.
Obserwowanie małp było jedną z jego ulubionych rozrywek w Mianamon.
Nauczył je ćwiczyć odbijanie piłek za pomocą kijów i cytrusów. Rzadko
się zdarzało, by któraś wypadła z gry po popełnieniu trzech błędów.
Najlepiej sprawdzały się zmyłki, gdy narzucał wolniej, niż się to
wydawało.
Dzisiaj walczące małpy nie oderwały myśli Jasona od innych spraw. Kije
uderzały z trzaskiem, gibony pohukiwały, ale on patrzył na to z dystansu, samotny, będąc myślami daleko od tej pozorowanej walki. Po
kilku miesiącach nadszedł ostatni dzień w Mianamon. W ciągu paru godzin
pożegna się z Rachel, Galloranem i wieloma innymi przyjaciółmi. Czas
odpoczynku i przygotowań zakończył się brutalnie, kiedy ostatniej nocy
Rachel wpadła w zasadzkę. Nagle, bez ostrzeżenia, zostali zmuszeni do
wyruszenia w drogę.
Jason patrzył na zręczne małpy bez najmniejszej przyjemności. Dlaczego
więc tu siedział? Czyżby myślał, że małpy znają sposób na jego kłopoty?
Oczywiście, że nie. Zatem, co tu robił? Dąsał się? Chował?
Jason spędził więcej dni w tej tropikalnej świątyni niż we wszystkich
pozostałych miejscach w Lyrianie razem wziętych. W jakimś momencie
skończył czternaście lat, chociaż nie był pewien, kiedy dokładnie,
ponieważ w jego świecie i w Lyrianie czas płynął inaczej. Żeby jeszcze
bardziej skomplikować sprawę, kalendarz lyriański miał dziesięć
miesięcy, każdy po trzydzieści osiem dni.
Zimą w dżungli nigdy nie robiło się chłodno. Dni nieco się skracały,
powietrze bywało mniej ciepłe, deszcze przybierały na sile, ale Jason
ani razu nie potrzebował grubego płaszcza. Większość zimy spędził,
trenując z bronią. Ferrin, Drake, Aram, Corinne i Jasher pracowali z Galloranem, a potem uczyli Jasona, Tarka, Nię, Io i Farfalee.
Jason o wiele lepiej walczył na miecze. Już całkiem przyzwoicie radził
sobie w czasie treningów z Ferrinem albo Drakiem. Farfalee szkoliła go w łucznictwie, Nedwin zaproponował lekcje walki z nożem, a Io pokazał mu
trochę, jak się siłować. Po raz pierwszy Jason czuł, że jest w stanie
pomóc w walce, zamiast tylko mieć rozpaczliwą nadzieję, że wytrwa,
dopóki pozostali nie zakończą sprawy. Teoretycznie był bardziej
użyteczny niż do tej pory. Czy umiejętności Jasona w walce mogły
stanowić powód, dla którego wyrocznia tak podkreślała wagę jego
uczestnictwa w nadchodzącej misji?
- Oglądasz ostatnią małpią walkę? - usłyszał i drgnął.
To była Rachel. Wyglądała tajemniczo i mistycznie w szatach akolitki.
Nie widział jej od nocnego incydentu i chociaż Galloran go zapewnił, że
nic jej nie jest, Jason z ulgą przekonał się na własne oczy, że
rzeczywiście jest cała i zdrowa.
- Niektórzy budują modele statków, inni strzelają z folii bąbelkowej,
mnie wciągają pojedynki gibonów.
- Ferrin cię szukał.
- Zamierzałem zejść. Jakoś niedługo. - Zastanawiał się, jak zręcznie
przejść do kwestii zamachu na jej życie. - Ej, a u ciebie wszystko
dobrze?
- Nie dźgnęła mnie. Miewam się tak, jak można się spodziewać.
- Przykro mi, że do tego doszło.
- Rozmawiałam z Galloranem. Pomógł mi. Naprawdę wolę do tego nie wracać.
- Rachel westchnęła, patrząc na małpy. - Uwierzysz, że odchodzimy?
- Nie bardzo. Wiedziałem, że ten dzień nadejdzie, ale mimo wszystko...
Chciałbym czuć się bardziej gotowy.
- Jak można przygotować się do ratowania świata albo zginięcia w jego
obronie?
- Tak, chyba na tym polega problem.
Jason wstał, rozciągając ręce i nogi. To było przyjemne. Musiał siedzieć
w jednej pozycji dłużej, niż mu się wydawało.
- Będziesz nosić te szaty poza świątynią? Zamierzasz zbierać cukierki w Halloween?
Rachel zachichotała, spoglądając na swój strój.
- W drodze będę nosić ubranie od Amar Kabal, ale to wezmę ze sobą.
Galloran uważa, że w tym wyglądam bardziej czarnoksięsko.
- Nie ubieraj się zgodnie z pracą, którą masz, tylko do pracy, której
pragniesz.
- Chyba w tym rzecz. Może powinnam się ubrać jak niewinny przechodzień.
- Na to już za późno.
Jason spojrzał pod nogi. Będzie za nią tęsknił. Rachel wzięła go za
rękę. Spojrzał jej w twarz. Jej oczy trochę się zamgliły. Skrzywił się.
- Tylko się nie roztkliwiaj.
- Nie mogę znieść myśli, że musimy się rozdzielić.
- Jeżeli nie zaufasz starszej pani zanurzonej w glinie i perfumach, to
komu?
W ostatnich słowach przed śmiercią wyrocznia powiedziała, że Rachel,
Galloran, Io, Ferrin, Nedwin, Nollin i Tark muszą wyruszyć w jedną
misję, podczas gdy Jason, Farfalee, Jasher, Drake, Aram, Corinne i Nia w drugą. Kiedy Rachel będzie gromadziła armię, która zaatakuje Felrook,
Jason będziesz szukał kluczowej informacji od starodawnego jasnowidza.
Według wyroczni obie misje muszą się powieść, jeśli Maldor ma zostać
pokonany.
- To właśnie tak naprawdę robimy. - Rachel westchnęła. - Składamy życie
w ręce starszej pani zanurzonej w glinie.
- Nie chciałem jej obrażać - poprawił się Jason. - Wszyscy mówią, że
była prawdziwą wyrocznią. I robiła takie wrażenie.
- To ta sama kobieta, która wysłała Gallorana w misję w poszukiwaniu
Słowa. I patrz, jak to się skończyło! Tyle wycierpiał, trzymając się
fałszywej nadziei!
Jason wzruszył ramionami.
- Masz lepszy pomysł?
- Nie bardzo, ale tylko dlatego, że plan zaproponowała wyrocznia, nie
znaczy, że to jest idealny plan. Jedna osoba z jej otoczenia próbowała
mnie zabić! Jak mogła to przegapić? Pracowałam z najlepszymi akolitkami.
Nauczyły mnie edomickich słów, a ja posługuję się już nimi lepiej niż
one. Nie zaufałabym żadnej nawet w kwestii przewidzenia, co zjem jutro
na śniadanie. A jeśli wyrocznia nie była wcale tak mądra i magiczna, jak
wszyscy myślą? A jeśli po prostu zwariowała? Farfalee powiedziała nam,
że Darian Piromanta żył wieki temu. Powinien był umrzeć już dawno temu.
A jeśli rzeczywiście nie żyje? A Felrook robi wrażenie niezdobytej
fortecy. Co, jeśli zamierzamy pomaszerować ku własnej zgubie z powodu
rozpaczliwej gadaniny umierającej wariatki?
Myśl, że mogła mieć rację, sprawiła, że Jason poczuł dyskomfort.
- Pewnie nakręciłaś się z powodu ostatniej nocy.
- Nie chodzi tylko o to - odparła Rachel. - Denerwuję się od dnia, w którym wyrocznia przemówiła. Chciałam jej wierzyć. Sprawiała wrażenie
pewnej siebie i szczerej. Dała nam nadzieję. Starałam się myśleć
pozytywnie i skupić na ćwiczeniach. Jednak teraz, kiedy mamy naprawdę
wyruszyć, nachodzi mnie więcej wątpliwości niż dotąd. Musiałam komuś o tym powiedzieć.
- I wybrałaś mnie? Jestem zaszczycony.
- Myślałam, że może powinniśmy porozmawiać z Galloranem.
- My? A kiedy to ja dopisałem się do listy wątpiących?
Rachel skrzywiła się sceptycznie.
- Nie denerwujesz się?
- Pewnie, że się denerwuję, ale to nie to samo, co uznanie, że
popełniamy błąd. - Jason zamilkł. Nie był gotowy skakać z radości na
myśl o opuszczeniu Mianamon, ale mimo niepewności naprawdę czuł, że
postępują właściwie. To już było coś. - Naprawdę chcesz męczyć tym
Gallorana w dniu, w którym mamy wyruszyć?
- Może - odpowiedziała niepewnie Rachel. - Nie chcę przyczynić się do
katastrofy tylko dlatego, że bałam się odezwać.
- Atak w środku nocy każdego by wystraszył. Rozumiem, że przez to mogłaś
zacząć kwestionować racje wyroczni.
- To tylko część prawdy. Martwię się, że stawiamy wszystko na jedną
kartę. Czy mamy pewność, że nic jej się nie pokręciło?
Jason zerknął na pohukującego triumfalnie gibona, który uniósł kostur.
- Powiedz mi to, co byś powiedziała Galloranowi.
- Nie, o ile zamierzasz oglądać gibony.
- Przepraszam. Podoba mi się, jak świętują. Mów śmiało. W gruncie rzeczy
to doskonałe miejsce na rozmowę na osobności. Już uważam.
Nie patrząc mu w oczy, skrępowana Rachel skubała rękaw. Odchrząknęła.
- Dobrze, Galloranie, martwię się, że wyrocznia mogła pomylić się w proroctwie. W końcu wysłała cię na poszukiwanie Słowa, a to nie
najlepiej się skończyło. Nie wiedziała, że jedna z jej uczennic jest
zabójczynią. Umierała, kiedy z nami rozmawiała. Może coś jej się wtedy
pomieszało w głowie? Co, jeżeli przemawiała przez nią tylko desperacja?
- Martwisz się, że Felrook nie da się zdobyć? - upewnił się Jason.
Rachel wzruszyła ramionami.
- Wiem, że mamy okazję. Większość sił Maldora znajduje się na wschodzie,
walczy z Kadarą. Odkąd Maldor nie martwi się tym, że ktokolwiek go
zaatakuje, Felrook ma osłabioną obronę. A jeżeli ma rację, nie martwiąc
się atakiem? Nikt nie pomyślał, że Felrook da się zdobyć, dopóki
wyrocznia tak nam nie powiedziała. Jeśli się pomyliła, ostatnia armia
stawiająca opór Maldorowi zostanie zmiażdżona! A druga grupa wcale nie
ma łatwiejszego zadania.
- Nasze zadanie też jest niewykonalne - zgodził się Jason.
- A jeśli to będzie jak ze Słowem? Jeżeli podążamy fałszywym tropem?
- Wtedy wszyscy umrzemy - odparł uczciwie Jason.
- I to ci nie przeszkadza?
- Nie chcę umierać - przyznał Jason.
Najwyraźniej potrzebowała zapewnienia. Nie bardzo wiedział, co jej
pomoże. Miał mnóstwo własnych zmartwień, ale przynajmniej był
przekonany, że ich misje są niezbędne.
- Normalnie nie ryzykowałbym życia z jakiegokolwiek powodu. Jednak to
nie są normalne okoliczności. Rozumiem, że naprawdę możemy umrzeć; już
straciliśmy parę osób, które poznaliśmy. Wyrocznia nigdy nie obiecywała,
że przeżyjemy. Nie obiecywała też, że nam się uda. Powiedziała jednak,
że nasza jedyna szansa na zwycięstwo to wypełnić jej polecenia. Jej
słowa wystarczyły Galloranowi. I wystarczyły drinlingom. Wystarczyły
nawet Amar Kabal, a wiesz, jacy nasiennicy są ostrożni.
- Tylko skąd ja mam wiedzieć, że wyrocznia wszystko dobrze zrozumiała? -
zapytała niemal błagalnie Rachel.
Jason zastanowił się nad jej pytaniem.
- Wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, że Galloran potrafi zaglądać do
umysłów.
- Ciągle rozmawiamy bez mówienia - przyznała Rachel. - Czasem udaje mu
się nawet odczytać myśli, których nie przesyłałam mu celowo.
- Nie uważasz, że upewnił się, że wyrocznia jest z nami szczera? Nie
sądzisz, że przez cały czas obserwował jej umysł? Wiesz, jaki jest
sprytny, jaki ostrożny. Już raz się sparzył. A mimo to jest przekonany.
- Racja.
- Rozmawiałaś z wyrocznią, jak my wszyscy. Wiedziała na nasz temat
rzeczy, których nie poznałaby, gdyby nie była prawdziwą prorokinią. Była
wyrocznią od bardzo dawna. Wszyscy uznali jej autentyczność. Nie
obiecała nam zwycięstwa, ale jestem przekonany, że powiedziała nam
prawdę. Zasadniczo, jeżeli chcemy ocalić Lyrian, musimy to zrobić, nawet
jeśli to będzie ciężka próba.
- Ostrzegła nas, że nawet jeśli wygramy, wielu z nas tego nie przeżyje -
przypomniała mu Rachel. - I powiedziała, że pewnie nam się nie uda.
- Prawda, ale na pewno się nam nie uda, jeśli nie spróbujemy.
Rachel pokiwała w zamyśleniu głową. Spojrzała Jasonowi w oczy.
- Jesteś pewien?
Jason zamyślił się, poważnie rozważając jej pytanie. Pewnie, że szukał
argumentów, żeby ją przekonać, ale chodziło o coś więcej. Zdał sobie
sprawę, że naprawdę wierzy w to, co mówi. Misje trzeba było wypełnić.
Czuł, że to słuszne, w głębi serca, w kościach, czuł to całą duszą.
- Tak, jestem.
- Czyli nie powinnam zawracać głowy Galloranowi?
- To zależy, dlaczego chcesz z nim porozmawiać. Jeśli potrzebujesz od
niego zapewnienia, idź. Ale nie zasiejesz w nim wątpliwości, których nie
miał do tej pory. Wie, jaka jest stawka, i podjął decyzję.
Rachel westchnęła.
- Może masz rację. W końcu wcale nie dostrzegłam żadnego konkretnego
niebezpieczeństwa, które wszyscy inni przegapili. Chyba przede wszystkim
martwię się tym, że musimy odejść, i to obudziło we mnie paranoję.
- Nie jesteś w tym odosobniona. Ja też się martwię. Ty przynajmniej
stałaś się ninja-czarodziejką. Pewnie odegrasz niemałą rolę w tej
rozgrywce.
- A ty nie?
Jason wzruszył ramionami.
- Mam nadzieję, że też. Nie jestem tylko pewien, w jaki sposób.
- Wiele dokonałeś. Nie wyobrażam sobie, żebyś się bardzo denerwował.
Jason się uśmiechnął.
- Cieszę się, że tak mnie widzisz, ale ja też jestem spięty. Jak
myślisz, dlaczego chowam się tutaj, zamiast się pakować? Tylko dlatego,
że nasze misje są słuszne, nie znaczy, że nie będą trudne.
- A może nawet niewykonalne.
- Nie możemy myśleć w ten sposób. Odbierzemy sobie całą odwagę.
Rachel pokiwała głową.
- W porządku. Chyba mnie przekonałeś, że nie tędy droga.
Jason zerknął na ogromny spadek dzielący ich od posadzki świątyni.
- A co, zamierzałaś skoczyć?
- Nie dosłownie. Pragnienie śmierci to nie jest mój problem.
- To dobrze. Powolne zejście ma więcej sensu. Na pewno dobrze się
czujesz?
Jej uśmiech wyglądał na trochę wymuszony.
- To zależy, co masz na myśli, mówiąc "dobrze". Czy palę się do wyjazdu?
Nie. Czy mam ochotę schować się pod kamieniem? Tak. Czy wypełnię
obowiązek? Tak naprawdę to nie mam wyboru. Nie mogę wszystkich porzucić
i nie mogę zaprzeczyć, że tak należy postąpić.
Jason pokiwał głową.
- Do tego wszystko się sprowadza. Czy to trudne, czy nie, tak właśnie
należy postąpić. Przyjaciele nas potrzebują. Lyrian nas potrzebuje.
Musimy podjąć walkę.
Jej uśmiech stał się nieco naturalniejszy.
- Dzięki, Jasonie. Potrzebowałam tego. Czasem naprawdę mi imponujesz.
Teraz nie narobię sobie wstydu, zawracając głowę Galloranowi. Znajdę
sposób, żeby wziąć się w garść. Skończyłeś już oglądać? Zejdziemy?
- Chyba tak.
Poszedł za nią do drabiny. Obejrzał się za siebie.
- To tyle, jeśli idzie o pożegnanie z walkami małp.
***
Schodząc ze szczytu świątyni, Jason i Rachel napotkali Ferrina, który
czekał na nich u podnóża długiej drabiny. Ubrany do podróży opierał się
o ścianę, balansując sztyletem opartym na czubku palca.
- Jasonie - powitał chłopca, chowając nóż do pochwy. - Już zaczynałem
się martwić, że zostałeś uznany za honorowego członka stada gibonów.
- Słyszałem, że mnie szukałeś.
- Możemy się przejść?
Jason zerknął na Rachel.
- Śmiało - odpowiedziała. - Muszę zebrać parę rzeczy. Zobaczymy się,
kiedy spotkamy się przed wyjazdem.
Ruszyła w dół sąsiednimi schodami.
Ferrin poprowadził Jasona na wysoki taras, który otaczał całą świątynię
od zewnątrz. Szli wzdłuż sięgającej pasa balustrady, a pod nimi
rozpościerała się dżungla. W bezpośrednim słońcu temperatura wzrosła z nieprzyjemnie ciepłej do gorąca. Wilgotny zapach roślinności wypełnił
nozdrza Jasona.
- Odnoszę wrażenie, że z dnia na dzień jest coraz cieplej.
- To wiosna - odpowiedział Ferrin.
- A co u ciebie?
Ferrin się skrzywił.
- Niedługo się rozstaniemy.
- Wiem. Jakaś część mnie wolała, żeby ten dzień nigdy nie nadszedł. Miło
było spędzić trochę czasu bez śmierci i zniszczenia na każdym kroku.
- One tam cały czas czekały, ale wiem, co masz na myśli. Mianamon
podarowało nam wyczekiwaną chwilę wytchnienia. Z radością obserwowałem
twoją naturę, kiedy nie działałeś pod przymusem.
- Czuję się jak przedmiot eksperymentu.
Ferrin wzruszył ramionami.
- Jeśli tak, to eksperyment się powiódł. Jesteś dobrym człowiekiem,
Jasonie. Prawdziwym przyjacielem.
Jason nie bardzo wiedział, jak zareagować. Nigdy nie słyszał, żeby
Ferrin chwalił kogokolwiek pochopnie.
- Dzięki. Ty też. Będziesz miał oko na Rachel?
- To jedyne, które mi zostało - powiedział, pukając się w przepaskę na
oczodole. - Zdajesz sobie sprawę, co się czeka w Celestynowej
Bibliotece?
- Słyszałem co nieco. Zokar umieścił tam strażnika.
- Właśnie. Rozmawiałem o tym z Galloranem i Farfalee i wiem, że mówili
już z tobą, ale chcę mieć pewność, że w pełni rozumiesz problem. Zokar
miał obsesję na punkcie torivorów. I słusznie, to pewnie najpotężniejsze
stworzenia w Lyrianie. Poświęcił lata, starając się stworzyć równie
waleczną rasę. Efekt jego wysiłków jest znany jako Potworności.
- Jedna z nich strzeże biblioteki.
- Zokar nigdy nie uznał, że doprowadził Potworności do stanu idealnego.
Istniały trzy, każda jedyna w swoim rodzaju i nad każdą było trudniej
zapanować, niżby sobie tego życzył. Nigdy nie zamienił ich w rasy, bo
bał się, że odebrałyby mu władzę. Jedna była złowrogim stworzeniem z nadzwyczajnym darem ingerowania w myśli i sny. Nazwano ją Gościem, a Zokar w końcu ją zniszczył. Niektórzy historycy przedstawiają dowody,
według których Zokar nigdy nie był już taki sam po pokonaniu Gościa, i utrzymują, że walka trwale nadwyrężyła jego zdrowie psychiczne.
- Żałuję, że nie jestem złym czarnoksiężnikiem - poskarżył się Jason. -
Mają niezły ubaw.
- Drugie stworzenie było zmiennokształtne. Nazwano je Wędrowcem. Zokar
próbował je zniszczyć, ale zmiennokształtny uciekł i zniknął. Nikt nie
zna jego losów.
- A trzecie?
- Trzecie było znane jako Kukła. Z wyglądu przypominało torivora, ale
było znacznie większe. Kukła może zamienić się w dowolną materię, której
dotyka. Zokarowi udało się uwięzić ją na wyspie Wiatrochron.
- Na tej samej, na której znajduje się Celestynowa Biblioteka.
- Zgadza się. Od tego czasu nikt nie wszedł do biblioteki. Wielu
próbowało. Jednak nie Eldrin.
Jason ściągnął brwi.
- Przecież po tym, jak Eldrin pokonał Zokara, zaczął niszczyć wszystkie
księgi, prawda?
- Dobra pamięć - pochwalił Ferrin. - Eldrin zdecydował się oczyścić
Lyrian z czarnoksięstwa i próbował zniszczyć wszystkie księgi, które
uczyły edomickiego. Z wielkich skarbnic wiedzy tylko Celestynowa
Biblioteka pozostała nietknięta. Nawet legendarny Eldrin zdecydował się
uniknąć konfrontacji z Kukłą. Co ci to mówi?
- Że Kukła to twardziel.
- Przeraziła najpotężniejszego czarnoksiężnika, jakiego znał Lyrian.
Stwór stanął między nim a jego misją, i Eldrin pozwolił mu tam zostać.
- Mógł dojść do wniosku, że Kukła będzie wiecznie strzegła zgromadzonych
tam informacji - powiedział Jason.
- Wszystko wskazuje na to, że się nie mylił. Maldor wysłał kilka drużyn,
żeby wydobyły informacje z Celestynowej Biblioteki. Żadnej się nie
udało. Słyszałem, że jedynym sposobem na to, żeby skrzywdzić Kukłę, jest
odrąbanie jej kawałka ciała. W pewnym sensie odwrotnie niż ze mną.
Jakby nigdy nic oderwał dłoń w nadgarstku, rzucił ją w powietrze i złapał na kikut. Dłoń połączyła się z resztą ręki bez śladu.
- Czyli, jak obetniemy stworowi rękę, to już będzie po nim.
- Podobno Kukła nie regeneruje utraconej materii. Ale to tylko
przypuszczenia. Nikt nigdy nie odciął jej kończyny. O ile mi wiadomo,
nikt nigdy nie zranił jej poważnie.
Jason spojrzał na parującą dżunglę.
- A my musimy znaleźć sposób.
- Przepowiednia obarczyła Gallorana zadaniem odzyskania władzy w Trensicourt, zebrania wojska i przeprowadzenia bezpośredniego ataku na
niezwyciężoną fortecę cesarza. Moim zdaniem Galloran ma prostą robotę.
- Rachel sprawia wrażenie dość zdenerwowanej - powiedział Jason. -
Martwi się, że wyrocznia mogła się mylić.
- Nie sądzę, żeby się myliła.
- Nie?
- Nie. Była prawdziwą wyrocznią. Spodziewam się, że jej przewidywania są
słuszne. Pamiętaj, nie obiecywała zwycięstwa. Szukała jakiejkolwiek
szansy zwycięstwa, choćby nie wiadomo jak wątłej. Jestem pewien, że
jeśli jakimś cudem dotrzesz do biblioteki, istnieje możliwość, że
skontaktujesz się z Darianem Jasnowidzem, nawet jeśli rzekomo nie żyje.
Ci dostatecznie potężni w edomickim odkryli sposoby przedłużania życia
do wręcz niewiarygodnych granic. I nie jest wykluczone, że słynny
piromanta może dostarczyć tajemniczej informacji, dzięki której
powiedzie się atak na Felrook. Nie potrafię nawet wymyślić, jaka to może
być informacja. Wątpię jednak, by jakakolwiek wiedza sprawiła, że
zwycięstwo stanie się prawdopodobne.
- To nie brzmi dobrze - powiedział Jason i poczuł, jak ściska mu się
żołądek.
- Zapytaliśmy, czy wśród wszystkich możliwych przyszłości istnieje jedna
szansa na miliard, że odwrócimy bieg historii i obalimy Maldora. Jestem
pewien, że wyrocznia znalazła to, czego Galloran szukał: teoretycznie
możliwą, ale wysoce nieprawdopodobną ścieżkę do zwycięstwa.
Jason nerwowo potarł nadgarstek.
- Innymi słowy, nasza klęska jest nie tyle prawdopodobna, ile niemal
pewna. Nadal jesteś gotów spróbować?
- Jeśli Maldor mnie aresztuje, mój los jest przesądzony. Tak jak ty,
Galloran i Amar Kabal, wolę minimalną szansę zwycięstwa od pewnej
klęski. Jeśli zawiedziemy, nadal mogę spróbować zwiać i ukrywać się w dziczy przez resztę życia. To obecnie jedyna możliwość, jaka mi zostaje.
Jason niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
- Przestrzegasz mnie, że moja misja zakończy się pewnie na spotkaniu z Kukłą.
- Chcę, żebyś miał świadomość, przeciwko czemu stajesz. Będziesz musiał
zwyciężyć tam, gdzie wielu innych zawiodło. Będziesz musiał dokonać
czegoś, czego nie ważył się zrobić najpotężniejszy czarnoksiężnik w historii Lyrianu. Dokonałeś w przeszłości niesamowitych rzeczy, ale tym
razem tylko głupiec stawiałby na ciebie. Dlatego ja to zrobię. - Ferrin
odłączył od głowy ucho i podał je Jasonowi.
- Stawiasz ucho?
- Stawiam na to, że nie tylko znajdziesz sposób, żeby przemknąć się obok
Kukły, ale i odnajdziesz Dariana Piromantę, a wtedy będziesz musiał
przekazać nam kluczową informację na wielką odległość. Jeśli zginiesz,
będę musiał po prostu przywyknąć do życia z jednym okiem i jednym uchem.
- Farfalee zabiera szkolone orły - przypomniał mu Jason.
- Wiem i będą stanowiły ważne zabezpieczenie, ale nic nie przebije
pewnej i natychmiastowej komunikacji.
Jason przyjął ucho. Świadczyło o wielkim zaufaniu rozsadnika. Może zbyt
wielkim? Czy Ferrin miał jakieś inne motywy? Kiedyś całkiem szczerze
porozmawiali sobie o jego problemach z lojalnością.
- A jeśli nas zdradzisz?
Ferrin posłał mu krzywy uśmiech.
- Wyrocznia martwiła się o to samo.
- Naprawdę?
- W czasie naszej prywatnej rozmowy. Powiedziała mi, że mogę okazać się
albo kluczowym atutem, albo niszczącym zdrajcą. Zapewniła mnie, że
Maldor nigdy mnie nie przyjmie z powrotem, że wszelka zdrada zakończy
się moją klęską. Powiedziała mi to, co i bez niej wiedziałem. To, w co
potrzebowała, bym uwierzył.
Jason uniósł ucho.
- Czy to twoja próba pomocy?
- Jej część. Jeśli ruszymy zaatakować Felrook, mam mnóstwo informacji,
które mogą okazać się użyteczne. Zakładając, że Galloran zdoła zebrać
wojsko i ty wypełnisz swoje zadanie, pomogę doprowadzić sprawę do końca.
- Na pewno? Naprawdę jesteś po naszej stronie? Całkowicie?
Ferrin uniósł brwi.
- Istnieje możliwość, że poznasz ważny sekret, wypowiesz go do mojego
ucha, a ja przekażę tę informację Maldorowi, z nadzieją, że uzyskam
przebaczenie. Taka zdrada pozwoliłaby cesarzowi przeciwstawić się
wszelkiej taktyce, jaką może zaproponować Darian, nawet jeśli orły
dostarczą w końcu wiadomość Galloranowi.
Jason oparł się pokusie, żeby wyrzucić ucho do dżungli.
- Wiem, że rozumujesz w ten sposób, ale czy musisz mówić o tym tak
otwarcie?
- Wolałbyś, żebym nie dzielił się takimi przemyśleniami?
- Wolałbym, żeby takie myśli przestały ci przychodzić do głowy. To
przerażający rodzaj szczerości, kiedy otwarcie przyznajesz, że możesz
nas zdradzić.
Ferrin uniósł przepraszająco ręce.
- Knułem całe życie. Lubię cię na tyle, żeby starać się być szczerym.
- Nie chodzi tylko o to, że masz takie pomysły. Wiem, że jesteś zdolny
je zrealizować.
Ferrin zaśmiał się ponuro.
- Co czyni mnie kiepskim członkiem drużyny. Wyrocznia jednak
podkreśliła, że musimy trzymać się razem albo nic z tego nie wyjdzie.
Czy to nie znaczy, że musisz na mnie polegać?
- Chcę móc na ciebie liczyć. Już raz wybrałeś nas zamiast Maldora.
Ferrin uniósł palec.
- Zanim jeszcze poznałem stawkę, wybrałem was, ryzykując, że rozgniewam
Maldora, jeśli mnie przyłapie. Potem sytuacja wymknęła się spod
kontroli. Jednak rozumiem, co masz na myśli. Gdybym chciał zniszczyć
waszą sprawę, już bym to uczynił.
- Racja, ale to nie daje nam gwarancji, że nie zrobisz tego jutro.
Lepiej bym się czuł, gdybyś mi obiecał, że nas nie zdradzisz.
- Nie słyszałeś tego? Słowo rozsadnika nie ma wartości. Istnieje mnóstwo
żartów na ten temat.
- Nie mogę oceniać innych rozsadników, prawie ich nie znam. Jesteś
jedynym, którego naprawdę poznałem. Od czasu Białego Jeziora byłeś ze
mną naprawdę szczery. Nawet kiedy wydałeś mnie i Rachel, załatwiłeś to
otwarcie. Nadstawiłeś dla mnie karku. Twoje słowo ma dla mnie wartość.
Patrząc w dal, Ferrin skinął lekko głową.
- Dobrze więc, Jasonie. Przysięgam, że nie przestanę popierać rebelii.
Oddałem część mojej tętnicy szyjnej Galloranowi jako dowód uczciwości i część tętnicy ramiennej tobie. Po oddaniu ucha zaczyna mi brakować
części ciała do rozdania.
Jason schował ucho do kieszeni.
- Dobrze będzie mieć to ucho. Wyobraź sobie, co by było, gdyby coś stało
się orłom!
- Ta możliwość przeszła mi przez myśl.
- To będzie jednokierunkowa komunikacja - zdał sobie sprawę Jason. - Nie
będę w stanie usłyszeć ciebie. Skąd będę wiedział, że słuchasz?
- Będę słuchał - zapewnił go Ferrin. - O ile nie umrę, bo wtedy
połączenie między wymiarami zostanie przerwane, z ucha pocieknie krew i zrobi się zimne. Trudno to będzie przegapić.
- Jasne. Hej, a skoro mowa o przerwanych połączeniach, mam pytanie do
rozsadnika.
- W takim razie pewnie znam odpowiedź.
- Dwaj rozsadnicy dali Galloranowi oczy.
- Tak.
- A jeśli umrą? Czy jego oczy się zepsują?
- Dobre pytanie. Czy Galloran widzi przez te oczy?
- Pewnie.
- I rozsadnicy także, co oznacza, że to wspólny przeszczep. Wspólny
przeszczep znaczy, że dana część ciała jest jednocześnie podtrzymywana
przez oba organizmy. Jeśli Galloran umrze, oczy będą mogły czerpać z rozsadników i nadal funkcjonować. Jeśli rozsadnicy umrą, oczy stracą
połączenia między wymiarami i staną się całkowicie własnością Gallorana.
Powinny pozostać zdrowe i sprawne. Wiele razy polowano na rozsadników i zabijano ich, żeby dana osoba stała się jedynym właścicielem
przeszczepu. Dlatego przedstawiciele naszej rasy dwa razy się
zastanowią, nim podzielą się z kimś częścią ciała.
- Dobrze to wiedzieć - powiedział Jason. - Trochę się o niego martwiłem.
- Istnieje wiele powodów do zmartwienia, jeśli idzie o Gallorana -
odpowiedział Ferrin - ale gnijące gałki oczne do nich nie należą.
- Dzięki za informację. - Jason zdał sobie sprawę, że to może być
ostatnia okazja, by porozmawiać z Ferrinem na osobności. - Dbaj o siebie.
- Zawsze dbam. - Ferrin położył rękę na ramieniu Jasona i spojrzał mu w oczy. - Jasonie, nie żartowałem, mówiąc, że stawiam na ciebie. Stawiam
na ciebie wszystko. Będzie naprawdę ciężko. Znajdź sposób, żeby wykonać
swoje zadanie. Wierzę w ciebie.
Jason przełknął ślinę. Nie chciał zadawać tego pytania, ale nie był w stanie się oprzeć.
- Dlaczego?
- Słucham?
Jason odwrócił wzrok w stronę rzeźbionej ściany budynku.
- Nic. Po prostu denerwowałem się ostatnio. Nie rozumiem, dlaczego
wyrocznia tak na mnie liczyła.
Ferrin pokiwał w zadumie głową.
- Cieszę się, że tak to odbierasz.
- Co masz na myśli?
- Masz małe szanse. Byłbyś głupcem, gdybyś ruszał ze zbytnią pewnością
siebie.
- Dlaczego więc stawiasz na mnie?
Ferrin spojrzał na Jasona przenikliwie.
- Żebym ja wykonał swoje zadanie, ty musisz wykonać swoje. Mamy małe
szanse, ale nawet jeśli prawdopodobieństwo sukcesu jest maleńkie, to
nadal istnieje. Dokonałeś niesamowitych rzeczy. Dobrze sobie radziłeś w trudnych sytuacjach. Udowodniłeś swoje przekonanie i prawość. Może to
mało realistyczne, ale śmiałe i konieczne, więc postanowiłeś uwierzyć,
że możesz tego dokonać.
- W porządku - wykrztusił Jason mimo zaciskającego się od emocji gardła.
- Ja też wierzę w ciebie.
Rozdział 3
W drogę
Rachel stała przed wysokim lustrem w swoim pokoju. Obróciwszy się w lewo
i w prawo, uznała, że strój akolitki rzeczywiście wygląda trochę jak
przebranie na Halloween, ale nie jest tandetny. Szatę uszyto z doskonałego materiału, dzięki czemu była jedwabista w dotyku i wygodna,
delikatnie połyskiwała, jakby w ciemnoszary materiał wpleciono srebrne
nitki. Lekka i obszerna zapewniała zadziwiająco dużo chłodu, zważywszy
ile ciała zakrywała.
Rachel zrzuciła szatę, złożyła ją i zaczęła wkładać strój do podróży.
Chociaż strój od Amar Kabal nie był tak jedwabisty, był równie wygodny.
Szata akolitki doskonale nadawała się do wędrówek po zamkniętych
korytarzach, ale ograniczała swobodę ruchów przy bieganiu czy jeździe
konnej. Surowszy strój Amar Kabal bardziej nadawał się do podróży.
Usłyszawszy ciche pukanie do drzwi, Rachel się odwróciła.
- Proszę.
Drzwi do sypialni otworzyły się i weszła Ulani w szarym stroju akolitki,
ze srebrną opończą przeznaczoną dla przyszłej wyroczni. Przy niewielu
ludziach Rachel czuła się wysoka, a Ulani należała do tych nielicznych
wyjątków. Niska i szczupła wyglądała na kobietę około czterdziestki,
chociaż Rachel wiedziała, że tak naprawdę była bliżej setki. Jej głowę
okalał diadem z fioletowych kwiatów.
Ulani wypowiedziała krótką edomicką frazę. W pierwszym odruchu Rachel
się wzdrygnęła, ale słowa wyrażały prośbę, żeby Rachel została, i niosły
ze sobą wiele subtelnych niuansów. Tu było miejsce Rachel, tu czekała ją
obiecująca przyszłość. Jej odejście zrani wiele serc i narazi ją na
niebezpieczeństwo. Czasem Rachel wolałaby, żeby edomicki nie był tak
bogaty w znaczenia.
- Nie chcę odchodzić - odparła po angielsku. - Z radością studiowałam tu
i ćwiczyłam. Ze wszystkich ludzi ty powinnaś najlepiej rozumieć,
dlaczego muszę odejść.
Ulani pokiwała głową.
- O twoim odejściu zadecydowała wyrocznia. W głębi ducha pragnęła też,
żebyś tu wróciła.
Rachel się zawahała.
- Może wrócę.
Ulani zmrużyła oczy.
- Nie widzę tego w przyszłości.
- Ty... Patrzyłaś w przyszłość?
- Nie w sensie proroczym. Nigdy nie będę w stanie sięgnąć wzrokiem poza
nadchodzący konflikt z Maldorem. Po prostu zdaję sobie sprawę, że
bardziej tęsknisz za domem niż pragniesz służyć tu z nami.
- Nie należę tak naprawdę do tego świata. Wiem, że rodzice martwią się o mnie. Mogli już stracić nadzieję.
- Przez wiele dekad trudziłam się, żeby rozwinąć swoje talenty -
powiedziała Ulani. - Byłam zdyscyplinowana. Wyrocznia osobiście mnie
uczyła. A w kilka krótkich miesięcy ty przewyższyłaś mnie we wszystkich
moich osiągnięciach. Masz wrodzony talent. Mogłabyś zostać prawdziwą
prorokinią, może nawet większą niż Esmira.
- Za bardzo mnie wychwalasz - odpowiedziała Rachel. - Nigdy nie
sprawdzono, czy mogę spojrzeć poza teraźniejszość.
- Tylko dlatego, że Galloran tego zabronił. Nie bez powodu. Próba może
być śmiertelna. Jednakże wszystko wskazuje na to, że poradziłabyś sobie
doskonale. Sama wyrocznia wyczuła w tobie potencjał. Już po mistrzowsku
opanowałaś wszystko, czego mogłyśmy cię nauczyć.
- Nie jestem mistrzynią.
- O wiele lepiej opanowałaś nasze sztuki niż te z nas, które studiowały
je przez całe życie - upierała się Ulani. - Myślę, że już radzisz sobie
lepiej niż kiedyś wyrocznia.
Ta pochwała sprawiła, że Rachel się zarumieniła.
- Jestem wam wdzięczna za wszystko, czego się tu nauczyłam.
- To był dla nas zaszczyt gościć cię tutaj. - Ulani spuściła wzrok. -
Bardzo mi przykro z powodu Kalii. Przyniosła nam wstyd. To miał być dla
ciebie raj.
- To nie wasza wina - powiedziała Rachel. - Maldor znajduje sposoby,
żeby zranić każdego, kogo zechce, niezależnie od tego gdzie się
znajduje.
- Naszym obowiązkiem było cię chronić. A ty musiałaś bronić się sama
przeciwko jednej z nas. To niewybaczalne.
- Nie winię cię. - Rachel wzięła Ulani za rękę. - Wszystko poza tym było
cudowne. To były najpiękniejsze tygodnie, jakie spędziłam w Lyrianie.
Ulani skinęła głową i uśmiechnęła się przepraszająco.
- Będzie tu bez ciebie pusto.
Rachel wiedziała, że Ulani czuje się schwytana w pułapkę. Daleko jej
było do naturalnych zdolności, jakie posiadała poprzednia wyrocznia, a jednak wszyscy oczekiwali, że stanie się następną wielką prorokinią, że
przeprowadzi dzieci Certiusa przez nadchodzące trudne lata i utrzyma
pokój między różnymi frakcjami drzewnego ludu.
- Czekają cię tu wielkie zadania - powiedziała Rachel. - Nie lekceważ
swoich możliwości. Świetnie sobie poradzisz.
Do oczu Ulani napłynęły łzy. Główna akolitka odpowiedziała delikatnym
skinieniem głowy, które zdradzało niewielką pewność siebie.
- Każda z nas ma swoje obowiązki.
Rachel oparła palec na skroni.
- Widzę mnóstwo chodzenia w swojej przyszłości.
Ulani się uśmiechnęła.
- Ledwie cię poznaję w tym barbarzyńskim stroju.
- Użyteczność jest ważniejsza od elegancji. Będzie mi ciebie brakować.
Usta Ulani drgnęły. Nie padły żadne słowa. Znowu pokiwała głową i wyszła.
Rachel odwróciła się, by spojrzeć w lustro. Ulani wypowiedziała wreszcie
to, co od tygodni sugerowało w półsłówkach wiele akolitek. Po miesiącach
wspólnych ćwiczeń widziały, jak szybko Rachel się uczy, i patrzyły na
nią z podziwem. Nawet najbardziej zazdrosne dostrzegały, że Rachel je
wszystkie przerasta. Nadchodziły niepewne czasy. Akolitki nie chciały
jej stracić. Nigdy w życiu nie czuła się tak potrzebna.
Czy ktokolwiek w takim stopniu polegał na niej w domu? Rodzice ją
kochali i z pewnością za nią tęsknili, ale czy jej potrzebowali? Nie tak
jak potrzebowali jej ludzie z Lyrianu. W miarę jak jej zdolności będą
rosły, jej rola w Lyrianie będzie stawać się coraz znaczniejsza.
Jesteś zajęta? - Słowa dotarły do jej umysłu tak wyraźnie, jakby je
wypowiedziano na głos.
Wejdź.
Drzwi otworzyły się i weszła Corinne. Jasne jak miód włosy miała
związane na karku, jej ubrania leżały tak idealnie, jakby szykowała się
do sesji zdjęciowej.
Widziałam, jak wychodziła Ulani.
Pokój Corinne znajdował się kilka kroków dalej w tym samym korytarzu.
Przyszła się pożegnać. Co porabiałaś dzisiaj?
Pomagałam ojcu - przekazała Corinne. Wysyłaliśmy wiadomości do
naszych sojuszników. Nie będziemy mieli tak swobodnego dostępu do orłów
kurierskich, dopóki nie dotrzemy do Trensicourt. Będzie mi ich brakować.
To takie inteligentne, imponujące ptaki. Jak się czujesz?
Byłam spięta - przyznała Rachel. Pogadałam sobie z Jasonem. Pomogło.
Żyjemy w trudnych czasach. Nikt nam nie pozazdrości.
Nie palę się do dzisiejszych pożegnań - przyznała Rachel.
Corinne zamknęła oczy. Napełnione bólem serca słowa dotarły do Rachel
wyraźnie.
Rozumiem cię, Rachel. Mnie też będzie cię brakować. I innych.
Przyzwyczaiłam się do życia tutaj. Odpoczynku. Treningów. Rozmów.
Możliwe, że po dzisiejszym dniu nigdy więcej nie zobaczę ojca.
Nie mogę myśleć o rozstaniu - odpowiedziała współczująco Rachel. To
zbyt wiele. Bałam się tej chwili. Nie czuję się gotowa.
Nie dość, że będzie tęskniła za przyjaciółmi, to jeszcze wiele
fragmentów przepowiedni napełniało ją niepokojącymi wątpliwościami i pytaniami.
Corinne otworzyła oczy.
Właśnie, też tak mam! Dlaczego wyrocznie muszą być takie tajemnicze?
Nie dzieliłam się tymi myślami celowo - odpowiedziała Rachel. Tak samo
jak jej ojciec Corinne coraz lepiej dostrzegała myśli, które nie były do
niej kierowane.
Przepraszam. Nie mogłam nie dostrzec twojego nastawienia. Wiem, że
ojciec roztrząsał każde słowo. Na przykład, który sługa którego pana
zdradzi? To może dotyczyć niemal każdego.
Rachel pokiwała głową.
Nie mogę się oprzeć pokusie, żeby nie szukać wskazówek w jej ostatnich
słowach. Powiedziała, że nasza nadzieja będzie szkarłatna jak krew
bohaterów, czarna jak wnętrzności ziemi, biała jak rozbłysk orantium.
Czy kryje się w tym jakaś ukryta wiadomość, którą powinniśmy
rozszyfrować? Czy też po prostu potwierdzała, że niektórzy z nas umrą, a orantium pomoże nam w walce?
Mogło być gorzej - powiedziała Corinne. Niektóre proroctwa są
beznadziejnie mgliste. Przynajmniej kilka rzeczy wiemy na pewno. Wiemy,
że musimy się rozdzielić. Wiemy, kto dokąd idzie, i ogólnie rzecz
biorąc, co trzeba zrobić. A co do reszty? Powodzenia w odgadywaniu,
który sekret z przeszłości wykupi przyszłość.
Może się zorientujemy, kiedy na niego natrafimy.
Miejmy nadzieję. Potrzebujesz jeszcze chwili dla siebie?
Rachel rozejrzała się po pokoju i zdała sobie sprawę, że naprawdę
myślała o nim jak o swoim pokoju. To jedyne miejsce w Lyrianie, o którym
mogła pomyśleć, że rzeczywiście do niej należy. Westchnęła. Plan nigdy
nie przewidywał, że tu zostanie. Jej rzeczy były spakowane.
- Jestem gotowa.
***
Rachel i Corinne odnalazły pozostałych na głównym poziomie świątyni. Z ich towarzyszami rozmawiali najróżniejsi przedstawiciele ludu
drzewnego. Certius stworzył lud drzewny, humanoidalne rasy pokryte
zielenią, najczęściej mchem lub bluszczem, czasem winoroślami lub
cierniami. Drzewni przewodnicy przeprowadzą obie grupy przez dżunglę.
Galloran rozmawiał z Nollinem, Kerickiem i Halco. Trzej nasiennicy mieli
towarzyszyć grupie Gallorana. Halco oddzieli się i wróci do swoich
ludzi, podczas gdy Kerick i Nollin podążą do Trensicourt. Amary należące
do Kericka i Halco posadzono w żyznej ziemi wkrótce po przybyciu do
Mianamon. Odrodzili się zaledwie dziesięć tygodni później. Sprawiali
wrażenie pogodnych, kiedy gawędzili z Galloranem, podczas gdy Nollin
stał ponury.
Ze wszystkich członków delegacji, którzy wyruszyli z Siedmiu Dolin,
Nollinowi najmniej spodobała się przepowiednia. Chociaż utrzymywał
kontakt z wpływowymi nasiennikami, wysyłając za pomocą orłów wiele
wiadomości, w których oznajmiał swoje wątpliwości i złe przeczucia,
trzeba przyznać, że posępny nasiennik potwierdził, że wyrocznia
przewidziała maleńką szansę zwycięstwa, jeśli Galloran i jego pozostali
sprzymierzeńcy przypuszczą atak. Ponieważ proroctwo było niezgodne z osobistymi przewidywaniami Nollina i prowadzoną przez niego polityką,
jego potwierdzenie wzmocniło wiarygodność raportu.
Galloran zgolił brodę i przyciął krótko włosy. Jego twarz wyglądała
młodziej, niż sugerowały to siwe włosy i zarost - wskazywała na
mężczyznę w średnim wieku o wyrazistych rysach i mocnym podbródku.
Jason pomachał do Rachel, która podbiegła do niego. Dobrze wyglądał w swoim czystym podróżnym stroju. Na podłodze obok niego stały dwa zakryte
wiadra.
- Co tam jest? - spytała Rachel.
- Galloran wysyła nas z większością nadmiarowego orantium - wyjaśnił
Jason. - Dwanaście kul. On zabierze tylko trzy, ponieważ Amar Kabal ma w zapasie setki do użycia podczas ataku na Felrook. Nasiennicy obiecali,
że szybko uzupełnią jego zapasy, przesyłając pięćdziesiąt sztuk do
Trensicourt.
- Zabierzecie kule w wiadrach?
- Sama zobacz - powiedział Jason, uchylając jedną z pokrywek.
W środku sześć kryształowych kul z orantium zanurzało się w przezroczystym żelu.
- Co to za maź?
- Też się nad tym zastanawiałem - powiedział Jason. - Czarnoksiężnik
Certius wymyślił ją specjalnie do przewożenia kul orantium.
Najwidoczniej nadal mają tu tego spory zapas.
- Myślałam, że nie zachowały się prawie żadne kule poza tym, co
znaleźliśmy na bagnie.
- Racja, ale Mianamon to stare miejsce. Zostało im tutaj więcej kul, niż
gdziekolwiek indziej poza Ziemiami Zatopionymi. Jakieś dwadzieścia
sztuk.
Rachel zanurzyła palec w mazi. Kiedy go wyjęła, lśnił jak umoczony w błyszczącym syropie.
- Czyli maź zabezpiecza kule przed uderzaniem o siebie i pęknięciem?
- Po części. Poza tym, jeśli kula pęknie, minerał podobno nie wybucha.
Rachel potarła kciukiem o mokry palec.
- Jasne. Orantium wybucha tylko w zetknięciu z powietrzem lub wodą,
jednak nie w zetknięciu z tym czymś.
- To umożliwi nam transport orantium, zmniejszając ryzyko, że sami się
wysadzimy.
Rachel wytarła rękę o ubranie.
- Ciekawe, czy posługiwano się czymś podobnym przy wydobywaniu orantium.
- Możliwe. Ludzie, którzy by to wiedzieli, dawno odeszli razem z kopalniami.
- Zawsze możesz sprawdzić w Celestynowej Bibliotece - zasugerowała
Rachel.
- Koniecznie się tym zajmiemy w bibliotece. Szukaniem starożytnych
kopalni. A jak nie tym, to szukaniem miejsca pobytu Dariana Jasnowidza i ratowaniem świata.
Galloran podniósł zachrypnięty głos:
- Domyślam się, że zebraliśmy się już wszyscy.
Rozmowy ucichły. Wiele akolitek i przedstawicieli drzewnego ludu zebrało
się, żeby zobaczyć ich odejście.
- Chciałbym podziękować mieszkańcom Mianamon za ich szczodrą gościnność
w minionych miesiącach. Okazaliście się przyjaciółmi i sojusznikami w tych trudnych czasach.
Za komplement podziękowano oklaskami.
- Teraz wyruszamy w misje zalecone przez waszą niedawną wyrocznię -
mówił dalej Galloran. - Dziękuję drzewnemu ludowi za zapewnienie nam
bezpiecznego przejścia przez dżunglę. Kłopoty czekają na nas wszystkich.
Będziemy kontaktować się za pomocą orłów przy każdej możliwej okazji.
Nigdy dotąd przyszłość Lyrianu nie była równie niepewna. Pozostańcie
czujni. Miejcie nadzieję na najlepsze, ale przygotujcie się na
najgorsze. Pozdrawiam Jasona i moich przyjaciół, którzy wyruszą teraz w niebezpieczną misję do miejsca, którego nie ujawnię. Razem stanowią
najwspanialszą drużynę, jaka kiedykolwiek zebrała się w historii
Lyrianu. Jeśli będą wspomagać się mądrą radą i współpracować, spodziewam
się, że niewiele jest rzeczy, których nie dokonają.
Nollin zaśmiał się szyderczo.
- Coś cię rozbawiło? - zapytała Farfalee.
- Po prostu bawi mnie ta odważna mowa o zwycięstwie - powiedział Nollin.
- Możemy być odrobinę bardziej realistami?
- Oświeć nas - powiedział Galloran.
Rachel widziała, że nie jest zachwycony faktem, że mu przerwano.
- Niczego nie dokonamy - oznajmił zwyczajnie Nollin. - Zrobię, co w mojej mocy, wspierając was, ale podążamy za ułudą zwycięstwa. Mirażem.
Wyrocznia jasno powiedziała, że zwycięstwo jest niemal niemożliwe.
- A co chciałbyś, żebyśmy zrobili? - zapytał wyzywająco Drake.
- Powiedziałbym dobrym ludziom z Mianamon, żeby spodziewali się wieści o klęsce - odpowiedział Nollin. - Zachęciłbym ich, żeby wycofali się w głąb puszczy, żeby rozmnażali dzikie bestie, przygotowali wszelkie formy
obrony. Jeśli nasze narody padną, to będzie ostatnia pozostałość wolnej
cywilizacji na kontynencie. Powinni bronić jej ze wszystkich sił.
- Nie możesz tak po prostu spisać nas na straty - sprzeciwił się Jason.
- Nie mogę? - zapytał niewinnie Nollin. - Wyrocznia to zrobiła. Wyraziła
się aż nadto jasno, oznajmiając, że to przedsięwzięcie w zasadzie nie ma
szans na powodzenie. Zakończy się naszą klęską.
- Dlaczego więc bierzesz w tym udział? - zapytała Farfalee.
Nollin spojrzał jej w twarz.
- Już jesteśmy skazani na klęskę, dlaczego więc nie gonić za ostatnią
przyjemną iluzją? To decyzja mojego ludu i będę jej wierny. Jednak
reszta Lyrianu powinna przygotować się na katastrofę.
Rachel zauważyła, że drzewni ludzie mamroczą między sobą i kręcą się
niespokojnie.
- Jeśli będziemy myśleć w ten sposób, to pewnie zawiedziemy - oznajmił
stanowczo Jason. - Wyrocznia powiedziała nam, że nadal mamy szansę
pokonać Maldora. Na tym musimy się skoncentrować.
- Możesz marzyć o czym tylko zechcesz - droczył się z nim Nollin. - Nie
oczekuj jednak, że pozostali będą podzielali twoje nierealistyczne...
- A ty nie proś, żeby podzielali twoją słabość! - wszedł mu w słowo
Jason.
To zaskoczyło nasiennika.
Jason brnął dalej.
- To nie jest tak naprawdę moja walka. To nie mój świat. Nie pomagam, bo
zobowiązali mnie do tego moi ludzie. Pomagam, bo Lyrian potrzebuje
ratunku. To dobre miejsce z dobrymi ludźmi. Istnieje tu tyle potencjału,
który przepadnie, jeśli Maldor wygra! Poznałem go. On pragnie kontroli
nad całym Lyrianem. Chce władać nim niepodzielnie, tak długo jak zdoła,
a ponieważ może żyć setki lat, jego rządy mogą potrwać naprawdę bardzo
długo. Jeśli wygra, Lyrian stanie się strasznym miejscem. On właściwie
nawet nie próbuje tego ukrywać. Trzeba go powstrzymać.
- Nikt nie sprzeciwia się temu, że należy zająć się Maldorem - uspokajał
go Nollin.
- Upierasz się, że powstrzymanie go jest nierealistyczne - odpowiedział
Jason. - Nie rozumiesz jednak, co mówi Galloran? Jesteś z ludźmi, którzy
dokonują nierealnych rzeczy. Pokonał trzech torivorów! Ja wypowiedziałem
Słowo przed Maldorem i uciekłem z Felrook. Rachel zabiła Orrucka i zabraliśmy jego orantium. Przeszliśmy Eberę. Dokonaliśmy mnóstwa
niemożliwych rzeczy. Dlaczego nie spróbować jeszcze kilku?
Zebrani urządzili Jasonowi owację. Rachel chciała go objąć. Nastrój w sali z ponurego zamienił się w radosny w ciągu kilku chwil. Nollin
popatrzył po zebranych z protekcjonalnym uśmiechem. Pokręcił głową i uniósł ręce na znak, że się poddaje. Tym gestem dawał wbrew sobie
pozwolenie, żeby inni zachowali swoje złudzenia. Zostało ono skwapliwie
przyjęte.
- Dobrze powiedziane, lordzie Jasonie - pochwalił Galloran, dając znać
tłumowi, żeby się uciszył. - To nie jest godzina na zwątpienie czy
strach. - Król z przepaską na oczach wyciągnął miecz. Smukła klinga
błysnęła jak lustro. - Mam w swojej pieczy cztery miecze torivorańskiej
roboty zdobyte w walce z czatownikami. Miałem jeszcze dwa inne, ale
przepadły, kiedy pojmał mnie Maldor. Zatrzymam jeden z tych mieczy. Moja
córka Corinne weźmie drugi. Trzeci wyruszy w niebezpieczną misję z lordem Jasonem z Caberton.
- Ze mną? - zdziwił się Jason.
Rachel zerknęła na jego zaszokowaną twarz.
- Chciałbym dać ci coś więcej - powiedział przepraszającym tonem
Galloran.
- Przecież nie jestem najlepszym szermierzem w mojej grupie -
zaprotestował Jason. - Daleko mi do tego. A Jasher? Albo Drake?
- Według wyroczni musisz przeżyć, żeby dotrzeć do Dariana Piromanty -
powiedział Galloran. - Musisz przeżyć, żeby otrzymać kluczową
informację. Dlatego powinieneś zostać najlepiej wyekwipowany z całej
drużyny.
Jasher szturchnął Jasona.
- Idź po miecz - szepnął.
Rachel skinęła głową.
- Dobrze - powiedział Jason, podchodząc do Gallorana. - Dziękuję, choć
nie mogę w to uwierzyć. Zrobię co w mojej mocy.
Przypasał miecz do boku. Mimo wzrostu wyglądał młodo.
Tark zaczął wiwatować. Inni się przyłączyli i wiwaty stały się tak
gorące i głośne, że Rachel aż się zdziwiła. Złapała się na tym, że dała
się porwać chwili i sama gwiżdże i klaszcze.
Jason uśmiechnął się nieśmiało. Wiwaty ucichły. Jason odsunął się od
Gallorana, który wyjął kolejny miecz torivorów.
- Czwarty miecz uda się razem ze mną do Trensicourt, a nieść go będzie
Ferrin, syn Baldora.
W tłumie rozległy się pomruki, nie wszystkie zadowolone. Rachel zerknęła
na rozsadnika. Jego twarz wyrażała najczystsze zdumienie i niedowierzanie. Podszedł do Gallorana i uklęknął przed nim.
- To zbyt królewski dar.
- To ostrze ma swoją cenę - powiedział Galloran. - Musisz dzierżyć je w obronie naszej sprawy. Jeśli tak uczynisz, zrobisz więcej niż trzeba, by
na nie zasłużyć.
Ferrin pochylił głowę.
- To dla mnie ogromny zaszczyt, Wasza Królewska Mość.
- Więcej zaszczytów cię czeka, jeśli przejdziesz tę próbę - wyszeptał
Galloran.
Io wręczył Ferrinowi miecz. Rozsadnik przypasał broń.
Rachel uznała, że Galloran mądrze postąpił, powierzając Ferrinowi broń
torivorów. Wiedziała, że Ferrin patrzy na te miecze niemal z nabożną
czcią. Każdy gest, który pomoże umocnić jego lojalność, zwiększy ich
szansę na sukces.
Galloran znowu podniósł głos.
- Nedwin wyruszył wiele tygodni temu, żeby przygotować nam drogę do
Trensicourt. Nia zrobiła podobnie z myślą o drużynie Jasona. Dzień
ucieka. Godzina pożegnań niemal upłynęła. Przygotujmy się do drogi.
Pamiętajcie, że każdą chwilę życia, jaka mi jeszcze pozostała, każdą
okazję, jaka mi się nadarzy, i każdy środek, jaki zdobędę, poświęcę,
żeby obalić cesarza!
To wywołało ostatni wybuch aplauzu wśród zebranych. Rachel złapała się
na tym, że znowu klaszcze i pokrzykuje razem z pozostałymi. Jednocześnie
czuła się trochę oderwana od rzeczywistości. Niedługo ta chwila stanie
się wspomnieniem, tak samo jak obronne mury Mianamon. Wkrótce rozstanie
się z dwójką najlepszych przyjaciół w Lyrianie i może nigdy więcej ich
nie zobaczy. Koniec z wiwatami. Koniec z wypoczynkiem. Koniec z żartami.
Zostanie tylko parada nieprzewidywalnych trudności i niebezpieczeństw.
Corinne wzięła ją za rękę. Rachel spojrzała na nią.
Jesteś w moim umyśle?
Spotkamy się jeszcze.
Naprawdę tak myślisz?
W takich chwilach to jedyna rzecz, w jaką możemy pozwolić sobie
wierzyć.
Cyniczna cząstka Rachel zastanawiała się, ile Corinne może wiedzieć o takich czasach.
Kiedy przebywałam poza drzewem na bagnie - przekazała delikatnie
Corinne - trzymałam się kurczowo nadziei, że ojciec wróci po mnie.
Długo po tym, kiedy mogłam już przestać wierzyć, on wreszcie się zjawił.
I oto jestem.
Rachel ją objęła.
Uważaj na siebie. Pilnuj Jasona.
Będę go bronić własnym życiem.
Rachel spojrzała na nią, zdumiona powagą, z jaką Corinne przekazała to
zdanie.
I zrobię też co w mojej mocy, żeby samej przeżyć - zapewniła ją
Corinne.
- Do widzenia, Corinne.
- Szerokiej drogi.
Wszyscy sprawdzali sprzęt i zakładali pakunki. Naprawdę wyruszali!
Rachel podbiegła do Jasona i go objęła.
- Uważaj na siebie.
- Ty też.
Odwróciła się do półolbrzyma, Arama, który był mały i niepozorny do
zachodu słońca, a potem zamieniał się w wysokiego, potężnie umięśnionego
wojownika.
- Dbaj o siebie.
- O mnie się nie martw - powiedział Aram. - Zrobię co w mojej mocy, żeby
pilnować pozostałych.
Drake odchodził za drzewnym człowiekiem spowitym w winorośle. Rachel
podbiegła i położyła dłoń na jego łokciu. Nasiennik przystanął, odwrócił
się, ale nie spojrzał jej w twarz. Z profilu rysy jego twarzy wydawały
się jeszcze bardziej płaskie.
- Cóż, wiedziałem, że nie da się przed tobą uciec.
- Co? Chciałeś odejść bez słowa?
- Tak byłoby łatwiej.
- Nie wygłupiaj się. Wrócisz. Przeżyjesz. Chcę, żebyś o to zadbał. Chcę,
żebyś mi pokazał swoją prywatną dolinę w górach.
- Wtedy nie będzie już taka prywatna.
Drobny uśmieszek wykrzywił mu usta, kiedy Drake pomasował kark, miejsce,
w którym jego amar nie wykształcił się prawidłowo po ostatnim
odrodzeniu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki