Wieczór na Miodowej
Kiedy Klara wracała wieczorem do domu, latarnicy właśnie zapalali gazowe lampy wzdłuż Miodowej, z kościoła Wizytek dobiegał głos dzwonów na Anioł Pański, a przed sklepem Fuksa stary Żyd zamykał okiennice, mamrocząc coś pod nosem. W powietrzu unosił się zapach pieczonego kasztana - przekupka na rogu sprzedawała ostatnie tego dnia porcje, otulając się chustą przed wilgotnym chłodem.
Klara spojrzała w stronę Krakowskiego Przedmieścia, gdzie w oknach ich dawnego mieszkania świeciły się teraz witryny sklepu Korzyńskich. Jeszcze trzy lata temu o tej porze przed tamtym domem zatrzymywały się powozy. Za życia ojca bywali tam profesorowie ze Szkoły Głównej, młodzi lekarze, którzy przychodzili po radę, czasem nawet sam doktor Chałubiński. Teraz pozostały tylko wspomnienia.
Wyjęła z torebki klucz do ich obecnego mieszkania w oficynie przy Miodowej, zanim jednak wsunęła go w zamek, zatrzymała się na moment. Z okien drugiego piętra frontowej kamienicy dobiegały dźwięki fortepianu. Ktoś grał nokturn Chopina - ten sam, który jej matka wykonywała kiedyś na przyjęciach w ich dawnym salonie. Teraz ich własny fortepian, wiedeński Bösendorfer, stał w małym saloniku oficyny, przykryty serwetą. Matka nie dotknęła jego klawiszy od lat. Przez długie miesiące fortepian stał zamknięty, zbierając kurz i służąc jedynie za podstawkę, dopiero tej jesieni, gdy oszczędności zaczęły topnieć w zastraszającym tempie, Helena Zawadzka po raz pierwszy od śmierci męża pozwoliła go otworzyć. Rozalia zarabiała na lekcjach gry, których udzielała córkom pobliskich rzemieślników.
Klara usłyszała za sobą ochrypły głos:
- Panienka Klara! - To stara Maryśka, dozorczyni, wracała z miasta z koszykiem pełnym włoszczyzny i dużym słojem. - A to właśnie mówię do pani Zawadzkiej, że zupkę ugotowałam, taki chłodny wieczór...
Klara uśmiechnęła się do staruszki. Maryśka służyła u nich kiedyś, w czasach świetności, jako kucharka. Teraz, choć sama ledwo wiązała koniec z końcem, wciąż podrzucała im zupy i pierogi, udając, że "i tak za dużo ugotowała".
- Dziękuję, pani Mario, ale...
- Żadnego ale, panienka wybaczy śmiałość, ale jak nieboszczyk pan doktór mnie z tyfusu wyciągnął, to do śmierci będę pamiętać. A zupka rosołowa, z kury. Sam konsyliarz Bernhardt mawiał, że na wzmocnienie najlepsza!
Klara wzięła słój. Wiedziała, że odmowa sprawi staruszce przykrość. Poza tym matka ostatnio prawie nie jadła...
W sieni było ciemno. Przez okno na półpiętrze wpadało blade światło latarni, rysując na ścianie cień rosnącego za oknem kasztanowca. Ten sam kasztanowiec szumiał jej nad głową, gdy jako dziecko biegała tu z innymi dziećmi z podwórka. Wtedy nie było różnicy między córką doktora a synem stróża. Teraz... teraz każdy żył w swoim świecie, odgrodzony od innych niewidzialnym murem pozycji, konwenansów i - przede wszystkim - pieniędzy.
Wchodząc po schodach, Klara mimowolnie przypomniała sobie spojrzenie Korzyńskiego z dzisiejszego poranka. Było w nim coś... coś, co sprawiło, że przez moment wydało jej się, jakby naprawdę na nią patrzył. Nie jak na element wyposażenia pensji, nie jak na jedną z wielu nauczycielek, ale jak na... No właśnie, na kogo?
Potrząsnęła głową. To śmieszne. Dla Juliana Korzyńskiego istniały tylko damy z towarzystwa w eleganckich sukniach od paryskich krawców, nie zaś nauczycielki w przerabianych trzeciosezonowych strojach.
Na podeście drugiego piętra przystanęła. Z mieszkania dobiegał kaszel matki - ten sam suchy, niepokojący kaszel, który od kilku dni nie dawał jej spokoju. Klara zacisnęła palce na słoju od Maryśki. Będzie musiała jutro wstąpić do apteki Spitznagla. Pan Henryk, młody prowizor, czasem sprzedawał jej lekarstwa na kredyt, pamiętając jeszcze ojca...
Drzwi otworzyła Rozalia. W jednej ręce trzymała książkę, w drugiej niedojedzoną kromkę chleba.
- Klarciu! - szepnęła. - Mama znowu nie chciała jeść obiadu. A Stenia... Stenia pokłóciła się w szkole z córką rejenta i...
Klara westchnęła. Kolejny trudny wieczór w długim szeregu trudnych wieczorów. Zdjęła kapelusz i rękawiczki. W lustrze w przedpokoju dostrzegła swoją twarz - trochę bledszą niż zwykle, ale wciąż dumną. Tego przynajmniej nie stracili po śmierci ojca - dumy. Chociaż czasem... czasem duma była najcięższym brzemieniem ze wszystkich.
Mieszkanie w oficynie składało się z trzech pokoi, salonu i kuchni - skromna przestrzeń, tak różna od sześciopokojowego apartamentu przy Krakowskim Przedmieściu, który zajmowali za życia ojca. Tu każdy mebel, każdy drobiazg miał swoją historię, był niemym świadkiem lepszych czasów. Pod oknem stał fotel obity zielonym pluszem, ulubiony fotel doktora Kazimierza Zawadzkiego - teraz wyblakły, z przetartymi podłokietnikami, ale wciąż zajmujący honorowe miejsce. Na ścianie wisiało weneckie lustro w złoconej ramie, jedna z niewielu rzeczy, których matka nie pozwoliła sprzedać, gdy przyszło płacić za lekarstwa dla ojca. Odbijało teraz skromne wnętrze, jakby zawstydzone swoją elegancją.
Największy pokój pełnił rolę saloniku. Pod ścianą stał fortepian przykryty szydełkową serwetą roboty matki. Na jego zamkniętej klapie piętrzyły się nuty i książki Steni, jakby instrument pogodził się już ze swoją nową rolą regału. Tylko czasem, gdy ktoś zbyt gwałtownie odłożył na wieko ciężki tom lub oparł się o instrument, stare drewno pracowało z wysiłkiem, a struny wydawały głuchy, stłumiony dźwięk przypominający dawne koncerty domowe, podczas których salon wypełniał się gośćmi, a matka grała Chopina.
Pokój Klary i Rozalii był znacznie skromniejszy. Dwa wąskie łóżka, komoda z mahoniowego forniru (jeszcze z wyprawy matki) i sekretarzyk, przy którym Klara sprawdzała wypracowania uczennic. Na ścianie wisiała akwarela przedstawiająca ich dawny dom - prezent od jednego z pacjentów ojca, malarza, który nie miał czym zapłacić za leczenie. Tuż pod nią, na wąskiej mahoniowej konsoli przykrytej szydełkowaną serwetką, stała fotografia ojca w złotej ramce - jedyna, jaką miały, zrobiona rok przed jego śmiercią. Obok, w smukłym wazoniku, zasuszone polne kwiaty zdawały się pilnować tego skrawka przeszłości przed kurzem teraźniejszości.
Piętnastoletnia Stefania sypiała w najmniejszym pomieszczeniu - ciasnej, pozbawionej pieca garderobie, do której wchodziło się bezpośrednio przez sypialnię starszych sióstr. Dziewczyna urządziła ją po swojemu. Na ścianach porozwieszała ilustracje wycięte z "Tygodnika Ilustrowanego", a na parapecie hodowała pelargonie w puszkach po pomadzie. Choć dawniej pomieszczenie to służyło jedynie do przechowywania krynolin i kufrów, teraz było jej królestwem, do którego uciekała, gdy rzeczywistość stawała się zbyt przytłaczająca.
Kuchnia, choć ciasna, pachniała jak dawniej ziołami - matka nie pozbyła się swojego zwyczaju suszenia rumianku i mięty. Na półkach stały słoiki z konfiturami - już nie tak liczne jak kiedyś, ale wciąż przypominające czasy, gdy spiżarnia w dawnym mieszkaniu pękała w szwach. W szufladzie kredensu leżał stary notes ojca z przepisami na domowe lekarstwa - matka czasem zerkała do niego ukradkiem, gdy któraś z córek zachorowała.
Meble w oficynie stały zbyt ciasno, jakby się kuliły pod naporem wspomnień o przestronnych salonach przy Krakowskim Przedmieściu. Biedermeierowski sekretarzyk, przy którym ojciec pisał swoje artykuły do "Gazety Lekarskiej", teraz ledwo mieścił się między piecem a drzwiami. Kanapa, kiedyś stojąca swobodnie na środku gabinetu, dziś przytulona do ściany, służyła za dodatkowe łóżko, gdy matka była zbyt słaba, by dojść do swojej sypialni.
Mimo ciasnoty i skromności było w tym mieszkaniu coś, co zdradzało dawną pozycję jego mieszkańców. Może to była ta wenecka serweta na fortepianie, a może sposób, w jaki książki stały na półkach - zawsze według autorów, zawsze w równych rzędach. Nawet w skromności pewnych nawyków nie można się wyzbyć. Jak mawiała matka: "Człowiek może stracić majątek, ale nie może stracić godności".
Gdy Rozalia i Stefania już spały, a z pokoju matki przestał dobiegać kaszel, Klara wyjęła z szuflady sekretarzyka oprawiony w safian zeszyt. Był to prezent od ojca na jej szesnaste urodziny - "dla przyszłej pisarki", jak żartobliwie powiedział wtedy, nie przeczuwając, jak prorocze okażą się te słowa. Otworzyła go przy świetle lampy naftowej - na gaz już nie było ich stać - i zaczęła pisać:
14 października 1878 roku
Warszawa coraz bardziej się zmienia. Dziś, wracając z pensji, zauważyłam, że sklep Fuksa przejął jakiś żydowski kupiec z Pragi. To już trzeci w tym roku - stare warszawskie firmy upadają jedna po drugiej. Ojciec mawiał zawsze, że handel jest jak barometr społeczny - pokazuje, skąd wieje wiatr. A wieje ze wschodu, coraz silniej i zimniej.
Na pensji znów była kontrola z kuratorium. Pan inspektor, mimo że sam ledwo mówi po polsku, kazał sprawdzać postępy dziewcząt w języku rosyjskim. Biedna mała Zosia Wilczyńska tak się zająknęła przy deklinacji, że aż się popłakała. A przecież to córka rejenta, z dobrego domu... Ale cóż znaczą dawne nazwiska, gdy nowa rzeczywistość puka do drzwi?
Dziś też obserwowałam scenę w sklepie Korzyńskich. Julian prowadził interesantów z taką nonszalancją, jakby handel był poniżej jego godności. A przecież to właśnie sklep jego ojca daje mu możliwość prowadzenia wykładów, utrzymywania się na pewnym poziomie. Czy on naprawdę nie widzi, że świat się zmienia? Że dawne fortuny topnieją, a nowe powstają z pracy, nie z samego nazwiska?
Baronowa Dobrzyńska znów była na pensji. Patrzyłam na jej koronki z Brukseli i przypomniałam sobie, że jeszcze sześć lat temu my też mieliśmy takie w domu. Teraz matka ceruje stare suknie przy świetle lampy, a ja... ja uczę obce dzieci języka, którym kiedyś rozmawialiśmy przy rodzinnym stole.
A jednak jest w tym wszystkim jakaś przewrotna sprawiedliwość. Dawniej kobieta z dobrego domu mogła tylko czekać na męża lub groziło jej powolne staropanieństwo. Dziś... dziś muszę pracować, to prawda, ale przynajmniej mogę pisać. Mogę myśleć. Nawet jeśli moje artykuły ukazują się pod pseudonimem, to przecież są moje - moje myśli, moje obserwacje, moje małe zwycięstwo nad światem, który chciałby widzieć we mnie tylko nauczycielkę, tylko kobietę.
Ciekawe, co by powiedział Julian, gdyby wiedział, że jego ulubiony recenzent to właśnie ja? On, który tak pewnie wygłasza swoje sądy o kobiecej literaturze. A może właśnie dlatego piszę lepiej - bo wiem, jak to jest być przezroczystą? Widzieć wszystko, rozumieć wszystko, a samej pozostawać niezauważoną?
Stefania znów się buntuje. Nie chce chodzić na lekcje rosyjskiego, mówi, że woli uczyć się francuskiego. Nie rozumie, że teraz trzeba być jak trzcina na wietrze - giąć się, ale nie łamać. Ojciec zawsze powtarzał, że naród bez języka jest jak człowiek bez głosu - niemy, ale nie głuchy. Może właśnie dlatego tak ważne jest, żeby nasze uczennice znały obce języki? Żeby mogły mówić, nawet gdy ich własny język jest zakazany?
Matka coraz gorzej znosi te wszystkie zmiany. Dziś znalazłam ją przy fortepianie - nie grała, tylko gładziła klawisze, jakby były relikwią z lepszych czasów. A może dla niej właśnie tym są? Pamiątką czasów, gdy była panną Wielopolską, córką profesora literatury, a nie wdową po lekarzu, która musi przyjmować stancję...
Czasem zastanawiam się, czy ojciec przewidział to wszystko? Te wieczory przy małej lampie naftowej, te przerabiane suknie, te spojrzenia dawnych znajomych, którzy teraz przechodzą na drugą stronę ulicy, udając, że nas nie widzą. A może właśnie dlatego tak bardzo nalegał, żebym się uczyła? "Kobieta wykształcona jest jak forteca - mówił - nikt jej nie zdobędzie, bo ma w sobie siłę". Wtedy nie rozumiałam tych słów. Dziś...
Klara przerwała pisanie. Z pokoju matki dobiegł głośniejszy kaszel. Odłożyła pióro i wstała, by przygotować napar - ten sam skład, który ojciec przepisywał swoim pacjentom na przeziębienie. Przepis wciąż leżał w jego starym notesie, napisany tym charakterystycznym, pochyłym lekarskim pismem.
Gdy wróciła do swojego stolika, atrament zdążył wyschnąć. Spojrzała na ostatnie słowa i dopisała:
Dziś wiem, że prawdziwa siła nie polega na tym, by nie upaść, lecz na tym, by powstać. I może właśnie dlatego Julian Korzyński, ze swoją pozą światowca i literata, wydaje mi się czasem taki... kruchy? Bo nigdy nie musiał się podnosić. Nigdy nie musiał walczyć. A człowiek bez walki jest jak książka bez treści - piękna oprawa, ale w środku pustka.
Rozalia znów zasnęła z książką poezji pod poduszką. Stefania pewnie ukradkiem szyje sobie nową bluzkę ze starej sukni matki. A ja... ja piszę w pamiętniku, zamiast przygotowywać się do jutrzejszych lekcji. Ale może właśnie to jest nasza siła? To, że każda z nas na swój sposób próbuje ocalić coś z dawnego świata? Rozalia - marzenia, Stefania - dumę, ja - wspomnienia.
I może ojciec miał rację jeszcze w jednym. "Pamiętnik - mówił, wręczając mi ten zeszyt - to nie jest księga żalów. To świadectwo czasu. A kto daje świadectwo, ten bierze odpowiedzialność". Więc piszę. Bo ktoś musi zaświadczyć, jak zmienia się ten świat, jak odchodzi w przeszłość stara Warszawa, jak rodzą się nowe fortuny, jak gasną dawne nazwiska. I jak czasem w jesienne wieczory matka gładzi klawisze fortepianu, na którym już nikt nie gra...
Klara zamknęła pamiętnik. Za oknem latarnik gasił ostatnie lampy. Z pobliskiego kościoła dobiegło bicie zegara - północ. Jutro czekał ją kolejny dzień na pensji, kolejne lekcje francuskiego, kolejne spotkanie z Julianem na korytarzu, który pewnie znów minie ją, nie zauważając jej obecności. Ale teraz, w ciszy nocnej, gdy cały dom już spał, pozwoliła sobie na chwilę słabości. Podeszła do fortepianu i delikatnie uniosła klapę. Nie zagrała - tylko musnęła palcami klawisze jak wcześniej matka. W ciemności zabrzmiał cichy akord - jakby westchnienie minionego życia.
I może właśnie w tej chwili, w tym jednym dźwięku, zawierała się cała prawda o ich obecnym życiu - ni to muzyka, ni to cisza. Coś pomiędzy dawną świetnością a dzisiejszą szarością. Jak prześwitująca tkanina w sklepie Korzyńskich - niby widoczna, a jednak przezroczysta.