Nabożeństwo majowe
Atrament rozlewał się po papierze jak krew z rany. Klara zaklęła cicho - niedelikatnie jak na młodą pannę - i sięgnęła po bibułę. Trzeci zepsuty arkusz tego poranka. Odkąd jej rodzina wyjechała, nie mogła się na niczym skupić.
Artykuł do redakcji "Kuriera" leżał przed nią niedokończony. Miała napisać recenzję najnowszej powieści Orzeszkowej, ale słowa nie chciały się układać w sensowne zdania. Zamiast tego myślała o wczorajszym pożegnaniu. Matka płakała, Rozalia udawała dzielną, a Stefania - najmłodsza, ale najbystrzejsza - szepnęła jej na ucho: "Uważaj na siebie. I na niego też uważaj".
Wolski nosił bagaże razem z tragarzami, zachowując tę swoją nieznośną, metodyczną uprzejmość. Gdy podawał rękę Rozalii, by pomóc jej wsiąść do powozu, Klara dostrzegła w oczach siostry błysk szczęścia. Może to i lepiej, że to ona, a nie Klara, zostanie panią Wolską?
Z ulicy dobiegł dźwięk dzwonów. Kościół Świętego Krzyża wzywał na nabożeństwo majowe. Klara spojrzała na zegar - za chwilę wpół do szóstej. Matka zawsze nalegała, by uczestniczyła w majówkach. "Najświętsza Panna czuwa nad pannami" - mawiała z tym swoim znaczącym uśmiechem.
Mieszkanie przy Miodowej wydawało się teraz zbyt duże, zbyt puste. Echo jej kroków odbijało się od ścian, gdy szła do sypialni po kapelusz. Przystanęła przed lustrem. Szara suknia podkreślała bladość jej cery, a cienie pod oczami świadczyły o nieprzespanej nocy. Wczoraj długo leżała bez snu, myśląc o tym, co ją czeka. Jeszcze tydzień, może dwa w Warszawie, potem Kraków. Nowe życie. Bez Juliana, bez jego matki, bez panny Pietrowej...
Włożyła skromny kapelusz z czarną wstążką - czuła, że żałoby po ojcu nigdy dość, nawet w takich drobnych szczegółach - i wyszła. Miodowa wciąż jeszcze żyła pośpiechem kończącego się dnia. Przekupki zwijały swoje kramy, a dorożkarze szukali ostatnich klientów przed wieczorem. Klara szła szybko, nie rozglądając się. Samotna młoda kobieta na ulicy o tej porze wzbudzała zainteresowanie, którego wolała uniknąć.
Świątynia była już prawie pełna, gdy dotarła na miejsce. Zapach kadzidła mieszał się z wonią świeżych bzów, którymi przystrojono ołtarz Matki Boskiej. W maju cały kościół tonął w kwiatach - bzach, konwaliach, pierwszych różach. Klara przecisnęła się między modlącymi się kobietami. Były to głównie służące z okolicznych kamienic, sklepowe, czasem jakaś uboższa szlachcianka. Znalazła miejsce w bocznej nawie, przy filarze, skąd miała dobry widok na ołtarz, ale sama pozostawała w półcieniu. Wyciągnęła różaniec - pamiątkę po babce - i klękła na zimnej posadzce. Ksiądz Brzozowski właśnie rozpoczynał litanię loretańską. Jego głos, nieco ochrypły z racji wieku, niósł się po kościele:
- Kyrie elejson...
- Chryste elejson - odpowiedział chór kobiecych głosów.
Klara odzywała się mechanicznie. Myślami była daleko. Jeszcze przed wyjazdem rodziny zaniosła do redakcji "Kuriera" swój list podpisany pełnym nazwiskiem. Żadnych inicjałów, żadnego ukrywania się. Święcicki, redaktor naczelny, przyjął ją w swoim gabinecie z mieszaniną podziwu i przerażenia. "Pani zdaje sobie sprawę, co to oznacza? - zapytał, trzymając jej rękopis. - Gdy Warszawa dowie się, że K.Z. to kobieta..." "Wiem - odpowiedziała spokojnie. - Ale wyjeżdżam. To mój pożegnalny tekst".
- Królowo Aniołów...
- Módl się za nami.
Nagle poczuła, że ktoś staje obok. Najpierw zapach - woda kolońska, tytoń, coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać. Potem cień padający na jej złożone do modlitwy dłonie. Nie musiała podnosić wzroku, by wiedzieć kto to.
Julian Korzyński, w nienagannie skrojonym surducie, trzymał w dłoniach stary modlitewnik. Skórzana oprawa była wytarta, złocenia na brzegach kart prawie niewidoczne.
- Mogę? - szepnął, wskazując wolne miejsce obok niej.
Skinęła głową, zbyt zaskoczona, by zaprotestować. Co on tu robił? Julian Korzyński na majówce? Ten sam Julian, który w swoich felietonach drwił z "dewocyjnych praktyk warszawskich matron"?
Ukląkł obok niej z niezgrabnością kogoś, kto dawno nie klęczał w kościele. Modlitewnik otworzył na chybił trafił, potem przekartkował, szukając odpowiedniej strony.
- Królowo Patriarchów...
- Módl się za nami.
Klara obserwowała go kątem oka. Jego profil w półmroku kościoła wydawał się ostrzejszy, bardziej ascetyczny. Usta poruszały się bezgłośnie, powtarzając słowa litanii. Na czole pojawiła się zmarszczka koncentracji, jakby każde słowo wymagało od niego wysiłku.
- Królowo Proroków...
- Módl się za nami.
Gdzieś z tyłu ktoś zakaszlał. Potem szept - dwie kobiety rozpoznały Juliana. Klara poczuła, jak pali ją twarz. Samotna panna i kawaler klęczący obok siebie... Plotki rozniosą się po Warszawie szybciej niż zapach kadzidła po kościele.
- Królowo Apostołów...
- Módl się za nami.
Julian jakby nie słyszał szeptów. Patrzył przed siebie, na ołtarz, gdzie w blasku świec lśniła złocona sukienka Matki Boskiej Częstochowskiej. Klara zauważyła, że jego dłonie, złożone na modlitewniku, lekko drżą.
Litania ciągnęła się, wezwanie za wezwaniem. Klara próbowała się skupić na modlitwie, ale obecność Juliana była jak kamyk w bucie - niemożliwa do zignorowania. Czuła ciepło bijące od jego ramienia, słyszała jego oddech, gdy przyłączał się do odpowiedzi.
Wreszcie ksiądz Brzozowski zakończył litanię i przeszedł do kazania. Mówił o cnotach Najświętszej Panny - pokorze, czystości, posłuszeństwie. Klara słuchała półuchem.
Julian wstał z klęczek i usiadł na ławce, gestem zapraszając ją, by zrobiła to samo. Zachowali stosowny dystans, ale nawet ta odległość wydawała się zbyt mała.
- Pokora - mówił ksiądz - jest największą z cnót niewieścich. Kobieta pokorna nie szuka rozgłosu, nie pragnie błyszczeć...
Klara mimowolnie się wyprostowała. Jej artykuł podpisany pełnym nazwiskiem ukaże się pojutrze. Cała Warszawa będzie wiedziała, że "K.Z.", ostry krytyk, bezlitosny recenzent, to ona.
Julian jakby wyczuł jej napięcie, pochylił się lekko i szepnął:
- Nie wszystko, co mówi ksiądz Brzozowski, jest ewangelią.
Spojrzała na niego zaskoczona. Uśmiechał się kącikiem ust - ten jego ironiczny uśmiech, który tak dobrze znała z salonów.
Kazanie dobiegło końca. Ksiądz zaintonował Pod Twoją obronę, a wierni podchwycili słowa. Klara wstała, szykując się do wyjścia. Kościół zaczynał się opróżniać - służące spieszyły do domów swoich państwa, sklepikarze na kolację.
Julian wstał razem z nią.
- Pozwoli pani, że ją odprowadzę?
- To niekoniecznie dobry pomysł - mruknęła, rozglądając się.
Kilka pań już im się przyglądało z nieskrywaną ciekawością.
- Proszę. - W jego głosie zabrzmiała nuta, której nie potrafiła zignorować. - Muszę z panią porozmawiać.
Wyszli razem z kościoła na Krakowskie Przedmieście. Majowe słońce wciąż świeciło, choć już było nisko, rzucając długie cienie. Na ulicy panował ożywiony ruch - eleganckie powozy mijały się z dorożkami, panowie w cylindrach kłaniali się damom w wiosennych sukniach. Odeszli nieco dalej, byle tylko zgubić się w tłumie i uniknąć wzroku wychodzących z nabożeństwa parafian. Klara wciąż miała w pamięci szepty za swoimi plecami i przestrogi baronowej. Zdawała sobie sprawę, że widok samotnej panny u boku kawalera o znanej w mieście reputacji to gotowa recepta na skandal, a plotki mogą roznieść się po Warszawie szybciej niż poranny nakład "Kuriera".
- Śledzi mnie pan? - zapytała, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości od kościoła, poza zasięgiem oceniających spojrzeń.
Julian uśmiechnął się nieśmiało - zupełnie nie jak zwykle pewny siebie literat.
- Po prostu doszły mnie słuchy, że pani tu bywa - przyznał. - Chciałem... musiałem z panią porozmawiać. Poza sklepem, poza tymi wszystkimi... - Machnął ręką w stronę eleganckich kamienic.
- O czym?
Zatrzymał się i spojrzał jej prosto w oczy.
- O wekslu.
Klara poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg.
- Nie wiem, o czym pan mówi.
- Pani krakowski prawnik, Wolski, uświadomił mi wczoraj brutalną prawdę - kontynuował szybko. - Chodzi o dług na pięć tysięcy rubli. Dług wobec doktora Zawadzkiego. Wiem, że po śmierci mojego ojca to pani zdecydowała, by nie dochodzić tej należności. Pani to zrobiła, prawda?
Klara milczała. Szli powoli wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia, mijając wystawy eleganckich sklepów. W witrynie jubilera błyszczały brylanty w świetle zachodzącego słońca.
- Myślę, że to wola mojego ojca - powiedziała wreszcie - żeby nie dochodzić długów od przyjaciół. A pana ojciec był jego przyjacielem.
- Ale pani mogła nie posłuchać. Ta suma... zmieniłaby wszystko dla pani rodziny. Nie musielibyście wyjeżdżać...
- I zniszczyłaby was - przerwała mu. - Sklep ledwo się trzyma. Dodatkowy dług by go dobił.
Julian patrzył na nią w milczeniu. Mijali właśnie cukiernię Lourse'a. W witrynie piętrzyły się torty i ciastka, a przez otwarte drzwi dobiegał zapach kawy i czekolady.
- Pozwoli pani? - Wskazał na wejście. - W ramach... podziękowania?
- Nie wiem czy to... właściwe - zaprotestowała. - Jestem sama. Jeśli ktoś nas zobaczy...
- Tylko herbata - prosił. - Pół godziny. Muszę... chcę zrozumieć, dlaczego pani to zrobiła.
Zgodziła się wbrew rozsądkowi.
Cukiernia była prawie pusta o tej porze. Jedynie w rogu siedziało starsze małżeństwo nad kawą i szarlotką. Julian poprowadził ją do stolika stojącego we wnęce - częściowo ukrytej przestrzeni w kącie lokalu oddzielonej od reszty sali gęstą palmą w donicy.
- Dwie herbaty - zamówił u kelnera. - I może...? - Spojrzał pytająco na Klarę.
- Tylko herbata - powiedziała stanowczo.
Gdy kelner odszedł, Julian pochylił się nad stolikiem.
- Nikt tego nie robi - powiedział cicho. - Nikt nie anuluje długu takiej wysokości. Nie w dzisiejszych czasach. Nie w Warszawie.
- Mój ojciec był idealistą - odpowiedziała, bawiąc się serwetką. - Wierzył w przyjaźń, honor, uczciwość. Wychował mnie w tym duchu.
- I pani też w to wierzy?
- A pan nie? - odparowała.
Julian milczał chwilę. Kelner przyniósł herbatę w delikatnych, porcelanowych filiżankach. Mocny zapach wypełnił przestrzeń między nimi.
- Czemu pan naprawdę przyszedł do kościoła? - zapytała, gdy zostali sami.
Julian zawahał się, mieszając srebrną łyżeczką w filiżance.
- Bo zrozumiałem, że byłem w błędzie. Ten pani artykuł o maskach... - Urwał.
Klara drgnęła, rozlewając herbatę na spodek.
- Tylko pani mogła to napisać. Tylko pani tak mnie... widzi.
- Tak pan myśli?
- Tak. Tylko pani widzi mnie bez maski, bez pozy. - Wziął głęboki oddech. - Ma pani rację. Ciągle gram jakąś rolę: światowca, literata, syna mojego ojca. A dziś pomyślałem: "Może w kościele będę mógł po prostu być sobą?".
- I był pan?
- Nie wiem - przyznał. - Ale przy pani... przy pani czuję, że mogę przestać udawać. Że mogę być tym zagubionym, niepewnym człowiekiem, którym naprawdę jestem.
Klara poczuła, jak coś w niej mięknie. Ten Julian - wrażliwy, szczery - był zupełnie inny niż mężczyzna, którego znała z salonów. Przypominał jej kogoś, kogo czasem dostrzegała w jego tekstach, między wierszami - kogoś prawdziwego, ukrytego pod warstwami ironii i błyskotliwości.
- Moja matka naciska z Pietrowami - powiedział nagle. - Chce ogłosić zaręczyny w przyszłym miesiącu.
Klara poczuła, jak coś w niej zamiera.
- To... to dobrze - wymusiła. - Pietrowowie są bogaci. Uratują sklep.
- A ja? Kto mnie uratuje? - Zamilkł na chwilę. - W każdym razie ja... - Urwał, patrząc w swoją filiżankę. - Staram się to opóźniać. Wymyślam wymówki, udaję chorobę... To nie jest takie proste, jak wszyscy myślą.
- Nie musi mi się pan tłumaczyć.
- Ale chcę! - Pochylił się nad stolikiem. Jego dłoń przesunęła się po blacie i zatrzymała centymetr od jej palców. - Klaro... Panno Klaro, czy moglibyśmy... Czy mogę panią czasem odwiedzić? Zanim pani wyjedzie?
- Baron Dobrzyński nie byłby zachwycony. Obiecał mojej matce opiekę nade mną, a samotne wizyty kawalera...
- Więc nie będziemy go o to pytać i znajdziemy inny sposób. - Julian uśmiechnął się. Pierwszy raz tego dnia wyglądał jak dawny on: pewny siebie, czarujący, niemożliwy do zignorowania. - Baron i tak patrzy na mnie ostatnio chłodno. Wizyty w jego salonie byłyby męczarnią. Będziemy musieli polegać na... szczęśliwych trafach. Przecież nikt nam nie zabroni wpaść na siebie w cukierni, księgarni Gebethnera czy w Saskim Ogrodzie. A wtedy będę mógł z panią porozmawiać o literaturze, o pani artykułach... o wszystkim.
- To nie wypada...
- Co w takim razie w naszej znajomości wypada? - przerwał jej. - Pani, kobieta, pisze krytyki literackie pod męskim pseudonimem. Ja, mężczyzna, płaczę nad poezją Słowackiego, gdy nikt nie widzi. Pani anuluje długi, ja chodzę na majówki. Może... może właśnie dlatego możemy zostać przyjaciółmi? Bo oboje nie pasujemy do tego świata?
Klara zawahała się. W jego oczach było coś, czego nie potrafiła nazwać. Nadzieja? Samotność? A może po prostu szczerość, tak rzadka w ich kręgach?
- Dobrze - powiedziała cicho. - Zostańmy zatem znajomymi.
- Przyjaciółmi - poprawił ją szybko. - To więcej, o co śmiałbym prosić.
Dopili herbatę w milczeniu. Przez okno cukierni widzieli, jak Krakowskie Przedmieście powoli pustoszeje. Zapalano już latarnie gazowe, a ich blask odbijał się w szybach wystaw.
- Odprowadzę panią - zaproponował, gdy wyszli na ulicę.
- Ale przecież mieszkam niedaleko.
- Ale przecież wiem - przyznał z błyskiem w oku.
Szli wolno, jakby oboje chcieli przedłużyć tę chwilę. Mijali Pałac Krasińskich, potem Kościół Kapucynów. Warszawa o tej porze była spokojna, prawie senna.
- Kiedy ukaże się pani artykuł? - zapytał nagle. - Ten podpisany nazwiskiem?
- Pojutrze.
- Warszawa oszaleje - stwierdził z podziwem. - "K.Z." kobietą! Skandal stulecia.
Klara zatrzymała się i spojrzała na niego z ukosa.
- A pan? Czy pan też oszaleje? Wszak jeszcze niedawno pisał pan w swoim felietonie, że umysł niewieści, z natury swej delikatny i podatny na wzruszenia, nie jest stworzony do chłodnej analizy dzieł literackich.
Julian zarumienił się gwałtownie. W świetle gazowej latarni jego twarz przybrała odcień starej cegły.
- Pamięta pani...
- Pamiętam wszystko, co pan pisał na ten temat. "Krytyka literacka wymaga męskiego rozumu wolnego od sentymentalnych uniesień". To też pańskie słowa, prawda?
- Byłem głupcem - powiedział cicho, spuszczając wzrok. - Powtarzałem to, co słyszałem od dziecka, co mówił mój ojciec, profesorowie, koledzy... Nie zastanawiałem się nad tym. To było jak... jak noszenie surduta. Coś, co się robi, bo tak wypada.
- A teraz?
- Teraz wiem, że najlepszy krytyk w Warszawie nosi sukienki. - Uśmiechnął się krzywo. - I że ja, mężczyzna, z tym całym swoim "męskim rozumem", przez miesiące nie domyśliłem się prawdy, choć wszystkie znaki były przed moim nosem.
Ruszyli dalej. Klara milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć na to wyznanie.
- Wyjeżdżam za tydzień. Może dwa. Mam nadzieję, że żaden skandal mnie już nie dosięgnie.
- Szkoda - westchnął. - Chciałbym zobaczyć ich miny. Wszystkich tych, którzy mówili, że kobiety nie mają dość rozumu, by zajmować się krytyką literacką. Łącznie z moją własną sprzed kilku miesięcy. Zasłużyłem na tę lekcję pokory.
- Każdy może się mylić - odpowiedziała ostrożnie.
- Ale nie każdy ma odwagę to przyznać - dodał. - Pani artykuł o maskach... on był także o mnie, prawda? O ludziach takich jak ja, którzy powtarzają cudze myśli, bo tak bezpieczniej?
Klara skinęła głową. Dotarli już pod jej kamienicę. W oknach na trzecim piętrze nie paliło się światło - mieszkanie było puste i ciemne.
- Dziękuję - powiedziała, stając w bramie. - Za herbatę i za... rozmowę.
- To ja dziękuję. Za weksel... na szczęście. Za wszystko.
Stali tak chwilę w milczeniu, potem Julian ukłonił się z szacunkiem, ale nie odszedł. Zrobił jedynie krok w tył, w cień ulicy.
- Poczekam, aż wejdzie pani bezpiecznie na górę - powiedział cicho.
Klara weszła po schodach do mieszkania. Było w nim zimno i cicho. Zapaliła lampę naftową i usiadła przy biurku. List do matki czekał niedokończony.
Droga Mamo - przeczytała. - Wszystko w porządku. Sprawy stancji prawie załatwione...
Wzięła pióro, ale zamiast pisać, spojrzała w okno. Na ulicy wciąż stała znajoma sylwetka. Julian czekał pod latarnią, patrząc w górę, na jej okna. Gdy zobaczył zapalone światło, podniósł rękę w ledwo dostrzegalnym geście pożegnania i dopiero wtedy odwrócił się, znikając w ciemnościach Miodowej.
Klara wróciła do listu.
Dziś byłam na majówce - napisała. - Spotkałam pana Korzyńskiego. Był bardzo uprzejmy. - Zawahała się, po czym dodała: Obiecał złożyć wizytę u Dobrzyńskich. Chyba rzeczywiście się zmienił.
Nie wspomniała o herbacie u Lourse'a. Ani o wekslu. Ani o tym, jak drżały jego ręce, gdy trzymał modlitewnik. Ani o tym, że sama drży teraz, pisząc te słowa.
Niektóre sekrety były zbyt kruche, by się nimi dzielić, nawet na papierze. Zwłaszcza na papierze, który przeczyta matka. Ta sama matka, która przed wyjazdem powiedziała: "Trzymaj się z dala od Juliana Korzyńskiego. To nie jest mężczyzna dla ciebie".
Może miała rację? A może nie. Za tydzień, dwa, Klara wyjedzie do Krakowa i to wszystko nie będzie miało znaczenia. Ale dziś, tej majowej nocy, pozwoliła sobie marzyć, że może być inaczej.
Odłożyła pióro i wstała od biurka. Pokój wypełniała cisza zakłócana jedynie tykaniem zegara. Podeszła do okna i oparła czoło o chłodną szybę.
Jeszcze niedawno - zaledwie kilka miesięcy temu - Julian Korzyński był uosobieniem wszystkiego, co w warszawskim świecie najbardziej ją drażniło. Pamiętała jego felieton z lutego, w którym z błyskotliwą, acz powierzchowną ironią rozprawiał się z "niewieścimi próbami wtargnięcia do świątyni literatury". Pisał wtedy, że umysł kobiecy, z natury swej delikatny i skłonny do uczuciowości, nie jest stworzony do chłodnej analizy i krytycznego osądu. Że kobiety mogą co najwyżej pisać romanse dla pensjonarek lub wierszyki do sztambuchów.
A przecież ten sam Julian czytywał recenzje "K.Z.", cytował je z uznaniem w swoich tekstach, powoływał się na nie w dyskusjach. Gdy tylko dowiedział się, że za tymi inicjałami kryje się kobieta - ona, Klara - jego świat musiał zadrżeć w posadach. Bo oto kobieta, ta istota, którą uważał za intelektualnie niższą, okazała się jego najostrzejszym, ale i najwnikliwszym oponentem.
Warszawa za oknem pogrążała się w wieczornym półmroku. Latarnie gazowe rzucały żółtawe kręgi światła na bruk, po którym turkotały ostatnie dorożki. Gdzieś w oddali, może w Ogrodzie Saskim, grała orkiestra - dźwięki walca docierały do niej stłumione odległością.
To jest epoka paradoksów - pomyślała. Z jednej strony kolej żelazna i telegraf, fotografia i gaz oświetlający ulice, z drugiej - gorset ściskający nie tylko talię, ale i umysł, konwenanse duszące każdy przejaw indywidualności. W Zurychu czy Paryżu kobiety mogły już studiować, ale w Warszawie wciąż oczekiwano od nich jedynie wdzięku i posłuszeństwa.
Julian zdawał się rozumieć tę sprzeczność. Jego słowa przy herbacie - "oboje nie pasujemy do tego świata" - brzmiały jak wyznanie kogoś, kto zaczyna dostrzegać pęknięcia w pozornie solidnym gmachu społecznych konwencji. Jak niewielka deklaracja buntu przeciwko ograniczeniom, które sam jeszcze niedawno bezmyślnie akceptował, a nawet umacniał swoimi tekstami.
Ale czy to była prawdziwa przemiana czy tylko chwilowe olśnienie? Klara znała ten typ mężczyzn - oświeconych przez chwilę, zahipnotyzowanych nowością, gotowych na wielkie deklaracje. Potem wracali do swoich salonów, swoich matek, swoich Natalii Pietrowych. Maska światowca okazywała się wygodniejsza niż prawdziwe oblicze.
Wróciła do biurka i spojrzała na niedokończony list. Chyba rzeczywiście się zmienił - przeczytała ostatnie zdanie. Wzięła pióro, żeby je skreślić, ale jej dłoń znieruchomiała nad papierem.
W tej chwili wahania było wszystko - nadzieja i zwątpienie, pragnienie i rozsądek. Była jak bohaterka tych powieści, które krytykowała za nadmierny sentymentalizm. A jednak rozumiała je teraz lepiej. Bo życie, prawdziwe życie, było pełne takich momentów zawieszenia między tym, co możliwe, a tym, co prawdopodobne.
Zostawiła zdanie nieskreślone. Niech matka myśli, że Julian się zmienił. Może to nawet prawda? A jeśli nie - za tydzień, góra dwa, ona będzie już w Krakowie, daleko od warszawskich iluzji i rozczarowań.
Zgasiła lampę i poszła spać. We śnie widziała Juliana klęczącego w kościele, z drżącymi rękami na modlitewniku, szukającego czegoś, czego sam nie potrafił nazwać.