Pozwolenie - T.M. Frazier

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Ponury
Śmierć ma w sobie coś pięknego - piękno życia uciekającego z ciała. Kończy się jeden cykl, a zaczyna kolejny. Umierający kwiat gubi ostatni płatek. Gnijące ciało zwierzęcia daje pokarm drzewom, które wyrosną na jego kościach. Nie mam pojęcia, co się dzieje po śmierci. Może wraz z ostatnim oddechem każde stworzenie po prostu przestaje istnieć?
Uśmiercanie zawsze było dla mnie łatwe, a nawet ekscytujące. Patrząc, jak ktoś umiera (oczywiście ktoś spoza mojej rodziny i Bedlam), nigdy nie pomyślałem: "Nie, powinien żyć".
Krwawiąca dziewczyna w moich ramionach to zupełnie co innego. Bardzo chcę, by przeżyła. Żądam tego z całych sił i woli. Chcę, by otworzyła oczy, zaczerpnęła oddechu. Żeby się, kurwa, odezwała! Nie żeby obchodziła mnie osobiście, ale jest niezbędna do szczęścia Sztuczce, a to ważne.
To bardzo dziwne uczucie - troska przez powiązanie. Nawet tej dziewczyny, kurwa, nie znam. Nigdy nie za-mieniłem z nią słowa. A jednak całym sobą pragnę, by Gabby przeżyła.
Oprócz żywej przyjaciółki jest też wiele innych rzeczy, które pragnę dać Emmie Jean Parish. Chcę jej dać życie. Prawdziwe życie. Nasz własny dom z dużą kuchnią, wielkim warsztatem w garażu i jej pracownią do pisania.
Od kiedy wyznała mi, że wymyśla opowieści, by uciec od okropności, które spotykają ją w życiu, często wyobrażałem ją sobie pochyloną nad laptopem, późno w nocy, stukającą zawzięcie w klawiaturę, jak zdmuchuje przy tym złote loki sprzed oczu. Mogłaby pisać bajki dla dzieci albo nawet historie oparte na własnym życiu. Ma wyobraźnię nie z tej ziemi. Powinna się nią dzielić z innymi, zamiast używać jej wyłącznie do ich kantowania. Choć fakt, że do tego też ma wrodzony talent. Jej książki bawiłyby ludzi, ale mogłyby im też pomagać. Zrobi, co będzie chciała, ale wiem, że jest stworzona do czegoś więcej. Chcę, żeby kwitła i odnosiła sukcesy, i była czymś więcej niż... ja.
Do głowy przychodzi mi kolejna myśl. Cieszę się nią tak samo mocno, jak pragnę od niej uciec.
Sztuczka z wielkim, okrągłym brzuchem, w którym rośnie nasz diabelski potomek. Czy moglibyśmy wychować dziecko w Lacking? W mieście, w którym dzieci bawią się na zewnątrz jedynie w szkole, ukryte za wysokimi betonowymi ogrodzeniami, z dala od latających kul?
Mógłbym ją stąd zabrać, opuścić Lacking. I zrobiłbym to, choć oznaczałoby to opuszczenie moich braci. Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, jest to najlepsze możliwe wyjście, wcale nie oznaczałoby ono jednak zakończenia wszystkich wendet przeciw mnie. Nadal byłbym poszukiwany, z takich lub innych przyczyn, i znów życie Sztuczki byłoby zagrożone, tak jak i życie mojego wyimaginowanego potomka, o którym fantazjuję, gdy po nogawce spływa mi krew, plamiąc białe trampki.
Chcę dać Sztuczce to dziecko i to życie. Chcę sprawić, by mogły się ziścić wszystkie jej marzenia. Jak dotąd dałem jej tylko ból i strach. Nie zdołałem ochronić jej przed ludźmi, którzy chcą z jej życia uczynić piekło. A ja nigdy nie poznałem nikogo, kto zasługiwałby na niebo bardziej niż ona.
Nawet jeśli Marco dłużej by nam nie zagrażał, jakie mógłbym jej dać życie? Jestem członkiem Bedlam, na zawsze. Jasne, mam pieniądze, i to dużo, pochowane w różnych miejscach, za pieniądze jednak nie kupię nam bezpieczeństwa, wolności ani spokoju ducha.
Myśl o życiu bez Sztuczki boli jak nóż wbity pod żebro, nawet bardziej niż kula, którą mam w nodze. Każdy krok boli, jakby ktoś kłuł mi nogę dłutem.
Nie mogę pozwolić, by ból, fizyczny ani psychiczny, zatrzymał mnie w drodze do rezerwatowego szpitala. Zawiodłem już Sztuczkę wystarczająco wiele razy.
Nie pozwolę, by Gabby umarła.
Nie mam wolnej ręki, więc otwieram drzwi szpitala kopniakiem. Uderzają z hukiem w ścianę. Niosę Gabby do niewielkiej poczekalni. Sandy i Haze już tam są. Oddaję Gabby w ręce lekarza i pielęgniarek. Kładą ją na noszach, krzycząc do siebie. Ruszają pędem ku drzwiom, nad którymi widnieje napis NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY.
Zdejmuję z głowy kaptur. Napotykam pełne dezaprobaty spojrzenia moich braci.
- To było super-kurwa-głupie, stary - odzywa się Haze. - Zacząłeś walkę z Markiem, ani trochę nie wtajemniczając nas w swój plan.
- Nie miałem wyboru - odpowiadam, wykończony po wielu kilometrach marszu bocznymi drogami i prze-praw przez krzaki.
- Powinieneś był dać nam cynę. Pomoglibyśmy ci - wtrąca Sandy. Zdaję sobie sprawę, że obaj są raczej zmartwieni niż źli. Boli mnie to bardziej niż rana w nodze. Nigdy w życiu celowo nie skrzywdziłbym moich braci. Wolałbym umrzeć.
- Mogliście też obaj zginąć, a kto wtedy zająłby się Marci? - Rozglądam się po poczekalni. - Jak ona się miewa?
Na dźwięk jej imienia wyraz twarzy Sandy'ego łagodnieje.
- Jest nadal nieprzytomna, ale w stabilnym stanie. Nieźle oberwała w głowę. Lekarze utrzymują ją pod narkozą, dopóki nie zmniejszy się obrzęk mózgu, ale wszystkie badania wyszły pozytywnie, prognozy są dobre.
- Dzięki, kurwa, Bogu. - Wypuszczam wstrzymywany dotąd oddech.
- A gdzie E.J.? - pyta Haze, patrząc mi przez ramię, jakby zaraz miała wejść do poczekalni.
Kręcę głową.
- Lemming. Przerwał walkę i ją aresztował, a potem zaczęła się strzelanina. Gabby trafiła w sam środek i dostała kulkę w pierś. Marco niestety nadal żyje.
- Ty właściwie też nie wyglądasz najlepiej - komentuje Haze. Wędruje wzrokiem od rozciętego łuku brwiowego poprzez dziurę po kuli w moich spodniach aż po kałużę krwi, w której stoję.
- Dostałem kulkę w udo. - Macham lekceważąco ręką. Mam większe zmartwienia. Muszę dorwać Lemminga i dowiedzieć się, dlaczego, do kurwy nędzy, aresztował Sztuczkę.
Sandy rozgląda się po poczekalni. Domyślam się, że szuka kogoś, kto zająłby się moją nogą.
- Nie ma na to czasu - chrypię.
- Nie dasz rady nikomu pomóc z krwawiącą nogą. Usiądź. - Sandy popycha mnie na plastikowe krzesło.
Podchodzi do nas pielęgniarka i spogląda na moje zakrwawione dżinsy.
- Przygotuję pokój zabiegowy - rzuca i odchodzi, popiskując gumowymi podeszwami butów na linoleum pokrywającym podłogę.
- Jak masz zamiar wydostać Sztuczkę? - pyta Haze, drapiąc się po brodzie. - Jak tylko pokażesz się na posterunku, zamkną cię na resztę życia. Może zapomniałeś, ale jesteś poszukiwany, a my wyszliśmy za poręczeniem.
Krzywię się z bólu promieniującego na cały kręgosłup.
- Myślisz, że mnie to powstrzyma? Muszę ją stamtąd wyciągnąć.
- A co z Moną? - pyta Sandy. - Widziałeś ją?
Kręcę głową.
- Dziwka się gdzieś zaszyła. Nie żebym się za nią specjalnie rozglądał, miałem inne sprawy.
- Na przykład? - pyta Haze, siadając obok mnie.
- Na przykład ślub, w który wdepnąłem.
- Nie... - Sandy szeroko otwiera oczy z niedowierzania.
Potwierdzam skinieniem głowy.
- Tak. Ten skurwysyn Marco wziął ślub z moją dziewczyną, na oczach wszystkich Los Muertos.
Opowiadam braciom, co się wydarzyło. Kiedy tylko kończę, rozbrzmiewa dzwonek nad drzwiami. Wszyscy spoglądamy na brunetkę stojącą w lobby. Jest roztrzęsiona, po policzkach spływają jej łzy.
Wstaję z zaciśniętymi pięściami. Suka ma tupet.
Mona.
***
- Czy... - Czy Gabby przeżyje? - pyta Mona ze szlochem.
- Zaoszczędźmy sobie trochę czasu - zaczynam. Haze ją przeszukuje i popycha na krzesło. Rzuca mi jej telefon, a ja sprawdzam, czy nie ma włączonej lokalizacji albo nagrywania. Następnie wyjmuję kartę SIM i rzucam ją na ziemię, a Sandy miażdży ją butem.
- Daj sobie spokój z tym udawanym płaczem - mówię. - Zachowaj łzy dla kogoś, kto nie ma ochoty cię zabić. W co ty pogrywasz, Mona? Co tu, kurwa, robisz?
Mona potrząsa głową i ciężko przełyka ślinę.
- Zrobiłam straszne, niewybaczalne rzeczy. Wiem o tym. Nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo żałuję. Wiem, że mi nie uwierzysz, ale tak jest.
Przewracam oczami w reakcji na jej przedstawienie.
- Owszem, nie wierzę. Powiedz mi lepiej, czemu nie miałbym cię zabić tu i teraz.
- Zabiłbyś... kobietę? - jąka się.
Zaśmiałbym się, ale w obliczu tej manipulującej, do cna złej psychopatki nie jestem w stanie zdobyć się nawet na uśmiech. Przy tej suce ja mógłbym uchodzić za zupełnie normalnego. Powoli kręcę głową i poprawiam ją:
- Nie zabiłbym niewinnej kobiety.
Mona wciąga drżący oddech i zaczyna nawijać jak opętana.
- Ja tylko chciałam być kochana. Akceptowana. Kiedy Marco zabrał E.J. i Gabby z domu opieki, ja zostałam odesłana jak śmieć. Nikogo nie obchodziłam. Po kilku latach zaczęłam myśleć, że zupełnie o mnie zapomnieli. Kiedy odezwałam się w końcu do Gabby, powiedziała, żebym do niej nie przyjeżdżała. Myślałam już, że nie mam rodziny. A potem nagle Marco zadzwonił do mnie do szkoły. Powiedział, że Gabby jest w tarapatach i że to wina E.J.
Pociąga nosem, patrząc na swoje buty.
- Marco powiedział, że mnie potrzebuje. Że tylko ja mogę ocalić Gabby, a E.J. jest zdrajczynią. Miał plan, jak się jej pozbyć, przy okazji pomagając Los Muertos. Myślałam, że robię dobrze, że pomagam Gabby i mojej rodzinie. - Ściska dłońmi uda i unosi wzrok, napotykając moje wściekłe spojrzenie. - Wiem, że to było złe. Przez ponad rok Gabby nawet nie wiedziała, że przebywam na osiedlu. Wmawia-łam sobie, że najpierw muszę zrealizować plan, nie rozpraszając się nią, ale tak naprawdę po prostu nie umiałam jej spojrzeć w oczy. - Zaciska mocno powieki. - Możesz mi zrobić, cokolwiek zechcesz, nie będę się opierać, tylko najpierw muszę wiedzieć, że Gabrielli nic nie jest.
- Zaraz, momencik - wtrąca się Sandy. - Jak niby ślub Marca i Emmy Jean miał się przysłużyć Los Muertos?
Spoglądam na zdjęcie Wodza Davida wiszące nad biurkiem recepcji. Przypomina mi się Camila i jego nie-narodzone dziecko. Nagle wszystko staje się jasne.
- Ze względu na korzyści dla plemienia - odpowiadam za Monę. - Marco jest z jakiegoś powodu przekonany, że Emma Jean jest dzieckiem Wodza Davida.
Mona potwierdza skinieniem głowy.
- Bez jaj - rzuca Sandy i gwiżdże przeciągle. - Myślałem, że jego żona zginęła, będąc w ciąży?
- Też tak myślałem - odpowiadam. - Ale może jednak urodziła dziecko i może tym dzieckiem była E.J.A może to tylko brednie.
- Wciskane nam przez tę socjopatkę - dodaje Haze. - Obstawiam, że kłamie, ale to łatwo sprawdzić.
Mona kiwa głową.
- To dlatego was wrobił, wplątał w aferę z Irlandczykami. Wymyślił sobie, że oni zajmą się Bedlam, a on zdobędzie dostęp do rezerwatu i waszego biznesu z bronią. - Mona nerwowo skubie skórki przy paznokciach. - Ale to nie wszystko. On jest zakochany w E.J. Myśli tylko o niej. Ciągle o niej mówi, a czasem nawet krzyczy. - Mona pociera palcami skronie. Nagle zauważam świeże blizny na jej nadgarstkach. Kiedy dostrzega moje spojrzenie, szybko obciąga rękawy i składa dłonie między udami.
- Więc okazał jej swoją miłość, wyrzucając ją na ulicę na pewny gwałt i śmierć, obracając przeciw niej przyjaciółki z dzieciństwa? - Sandy wypowiada moje myśli.
Oczy Mony są zaczerwienione i podkrążone.
- Mówi się, że zawsze najbardziej krzywdzimy najbliższych... - Mona wyciąga do mnie dłoń, na której spoczywa wisiorek Emmy Jean. Chwytam go i z ledwością opanowuję chęć, by udusić ją łańcuszkiem.
- Gdzie jest Marco? - pytam.
- Nie mam pojęcia, naprawdę. Kiedy wybuchł ten cały chaos, usłyszałam, jak mówi Malowi, że go zawiodłam. Że bez sensu mnie do siebie sprowadził. Wtedy zdałam sobie sprawę, że on martwi się wyłącznie o siebie.
- Odkupienie grzechów nie jest kwestią jednej chwili - wypominam jej.
- Jest, kiedy słyszysz, jak własny brat mówi, że go nie obchodzisz. Że nigdy nic nie znaczyłeś i możesz równie dobrze nie żyć.
- No jak mi cię, kurwa, teraz strasznie żal - komentuje Sandy, przewracając oczami. - Sztuczka prawie przez ciebie zginęła, Gabby może przez ciebie umrzeć, a moja mama przez ciebie leży nieprzytomna w szpitalu!
Haze przyklęka przy niej.
- Rozumiem, że czujesz się w tej chwili naprawdę gównianie. - Unosi jej palcem podbródek. - Ale musisz zrozumieć, że po tym wszystkim, co zrobiłaś... nas to chuja obchodzi. - Puszcza ją i wstaje. Do poczekalni wkracza pielęgniarka i daje mi znak, bym za nią poszedł.
Patrzę prosto w wielkie, kłamliwe oczy Mony i wydaję braciom instrukcję.
- Zabierzcie ją do sali narad. Przywiążcie ją do krzesła i nie spuszczajcie z oka. Jeśli chociażby mrugnie bez pozwolenia, zabijcie ją.
Rozdział 2
Ponury
Pielęgniarka wprowadza mnie do gabinetu i każe usiąść na stole. Rozcina nogawkę moich dżinsów i ogląda ranę postrzałową.
- Pójdę po chirurga. Kulę trzeba wyjąć. - Obraca się, by wyjść, ale powstrzymuję ją, chwytając za ramię.
- Niech pani to zrobi - cedzę przez zaciśnięte zęby.
Kręci głową.
- Musimy panu podać narkozę.
- O nie, nie dam się uśpić.
- Ja nie mam uprawnień do procedur chirurgicznych. - Pielęgniarka protestuje, kładąc wolną dłoń na biodrze.
- Moja matka była pielęgniarką, nim zamknięto szpital i musiała iść do pracy w kasynie - odpowiadam. - Wiem, że pielęgniarki muszą słuchać zaleceń lekarzy, ale wiem też, że nieraz same wiedzą, co najlepsze dla pacjenta. Twierdzi pani, że nie da pani rady usunąć tej kuli?
Odpowiada bez wahania:
- Nie, ale mówię panu, że nie mam do tego uprawnień.
- Jesteśmy w rezerwacie, nikt pani nie powie w związku z tym złego słowa. Proszę posłuchać, jeśli pani tego nie zrobi, wyjdę stąd i zrobię to sam. Proszę mi zaoszczędzić infekcji i usunąć tego skurwiela.
Kobieta uwalnia się z mojego chwytu i ponownie ogląda ranę. Wygląda, jakby znów miała się ze mną kłócić, ale przerywam jej, zanim nawet zacznie.
- Proszę pani, moja dziewczyna jest w tarapatach. Muszę ją ratować... Proszę.
Pielęgniarka mięknie. Wzdycha ciężko, po czym wyjmuje z pudełka gumowe rękawiczki i naciąga je na dłonie.
- Ostrzegam, będzie boleć jak diabli.
Kładę się na stole, a pielęgniarka zaczyna szykować narzędzia.
- Liczę na to. - Prawda jest taka, że nic mnie nie obchodzi ból fizyczny. To i tak nic w porównaniu z bólem trawiącym moje serce.
Kobieta wbija skalpel w ranę, a ja wykorzystuję ból, by skupić się na swoim planie. Moje myśli krążą wokół trzech słów. Powtarzam je sobie jak mantrę, podczas gdy skalpel wbija się w moje ciało.
Furia.
Zemsta.
Odkupienie.
- Tu cię mam. - Wódz David wchodzi do gabinetu i zamyka za sobą drzwi. - Co tu się, kurwa, dzieje i czemu Marci, ty i siostra Marca wylądowaliście w moim szpitalu?
- Jak wiesz, ja preferuję wizyty domowe, ale Marci i Gabby były w potrzebie, a ja już i tak byłem w pobliżu. Pomyślałem, że nie chcesz więcej mojej krwi na swojej podłodze.
Wódz staje w nogach stołu operacyjnego.
- Jak miło z twojej strony, Ponury. Doceniam twoją troskę o plemię.
Pielęgniarka wstaje i podziwia swoje dzieło, po czym zakłada opatrunek. Zdejmuje rękawiczki i wrzuca je do czerwonego kosza na odpady medyczne. Wita się z Wodzem, kładąc dłoń na sercu, po czym odwraca się z powrotem do mnie.
- Już po wszystkim. Zaproponowałabym ci środki przeciwbólowe, ale...
- Nie chcę. - Macham ręką. - Dziękuję. - Wyciągam portfel, wydobywam z niego kilka studolarowych banknotów i wkładam jej w dłoń.
- Nie, nie trzeba... - Pielęgniarka próbuje mi oddać pieniądze.
- Weź je - nakazuje jej Wódz. - Dziękujemy.
Kobieta składa banknoty i chowa do kieszeni kitla.
- Proszę dbać o to, żeby rana była czysta. Bandaże trzeba zmieniać co sześć godzin. Może się panu kręcić w głowie, to z powodu utraty krwi. Warto się napić czegoś słodkiego. - Kiwa mi krótko głową i żegna Wodza, znów kładąc dłoń na piersi, po czym wychodzi.
Siadam, krzywiąc się. Rana boli, ale ból jest do zniesienia. Wódz podaje mi buty. Opowiadam mu o wszystkim, co sprowadziło mnie ostatecznie do szpitala, wiążąc przy tym sznurówki.
- To chyba nienajlepszy moment, żeby ci powiedzieć, że w mieście widziano Alby'ego. A może to dobre wieści? Jak poszło spotkanie? Naprostowaliście sprawy z Irlandczykami?
Kręcę głową.
- Nie pojawili się.
- To na dobrą sprawę oznacza to samo co kulka w łeb. Obrzucam go chłodnym spojrzeniem.
- Wiem. Skoro nie stawili się na spotkanie i nie dali mi szansy na wyjaśnienia, najwyraźniej podjęli decyzję. - Biorę z krzesła swoją kurtkę i wkładam ją. - Muszę ci powiedzieć coś jeszcze. Marco jest przekonany, że Emma Jean jest członkinią plemienia. A dokładniej rzecz biorąc, twoją córką.
- Co, do chuja...? - wyrzuca z siebie Wódz, odstępu-jąc na krok, jakbym go pchnął.
- Pomyśl chwilę. Czy jest jakakolwiek szansa, że Camila jednak urodziła dziecko? Nawet jeśli bardzo nikła?
Wódz zamyka oczy i zamyśla się.
- Zniknęła bez śladu. Może i jest możliwe, że urodziła dziecko i przetrwała jakiś czas, ale ostatecznie Fernando na pewno ją dorwał. Gdyby nadal żyła, odezwałaby się do mnie. Jestem tego pewien tak samo jak tego, że tu stoję i z tobą rozmawiam.
- A więc Emma Jean może być twoją córką. Jeśli Camila urodziła dziecko i ukryła je gdzieś, nim Fernando ją dorwał...
- Hmm... Jest taka możliwość - odpowiada wódz. - Czyli co, podejrzewasz, że Marco chciał przejąć jej plemienne przywileje?
- I zdobyć dojście do plemienia, żeby przejąć interesy Bedlam w rezerwacie. To by wyjaśniało, dlaczego jest na nas taki cięty. Oczywiście pomijając jego obsesję na punkcie E.J.
- No cóż, najpierw musieliby się pobrać. - David wybucha śmiechem, szybko jednak milknie, gdy widzi mój wyraz twarzy. Szczęki mam zaciśnięte tak mocno, że zaraz połamię sobie zęby. Na twarzy wodza pojawia się zmartwienie. - Ona chyba nie...
- Nie z własnej woli - przerywam mu. - Ale Marco zebrał świadków. Ceremonia się odbyła. Wydaje mi się, że Sztuczka nie zdążyła się podpisać, ale nie zdziwiłbym się, gdyby Marco podrobił jej podpis, by dorwać się do dóbr plemienia.
- Kurwa. Zdesperowany typ, co? Ona na pewno podważy ważność małżeństwa, przecież nie zawarła go z własnej woli. W moim plemieniu małżeństwo jest nierozerwalne, ale musi być prawdziwe. Jego plan nie może się powieść.
- Może, jeśli ona nie przeżyje na tyle długo, by móc wnieść sprzeciw. - Gdy tylko wypowiadam te słowa, robi mi się niedobrze.
- Nie, jest jeszcze jeden powód, dla którego to by nie wypaliło, ale w tej chwili jest on nieistotny. Powiedzmy, że jednak by wypaliło. Jeśli Marco chciałby zgarnąć benefity należne Emmie Jean, musiałby dostarczyć akt małżeństwa wraz z wynikiem badania krwi. Jeśli by go nie dostarczył albo dostarczył później, wtedy nie dostałby nic po jej śmierci. - Wódz drapie się po szczęce. - Zadzwonię do biura i poproszę, żeby mieli oko na wszystkie najświeższe zgłoszenia. Jeśli już wysłał papiery albo gdy je wyśle, będziesz wiedział, że twoja teoria jest słuszna. Co więcej, będziemy mieli jej badania krwi i będzie je można porównać z moimi, choć możesz też od razu dać mi coś, co do niej należy, żebyśmy nie marnowali czasu i sprawdzili, czy twoja dziewczyna jest moją córką.
- Na przykład co?
- Włos, obcięty paznokieć. Nawet szczoteczka do zębów się nada. Mamy w rezerwacie laboratorium najwyższej klasy. Plemię włożyło w nie kupę kasy, by nie dopuścić do rozgrabiania naszych dóbr przez chciwych ludzi z zewnątrz. Za każdym razem sprawdzamy zasadność wszelkich roszczeń.
- Ludzi takich jak ja? - pytam z uniesioną brwią.
- Nie, ciebie sprawdziłem już dawno temu. W sumie miałem nadzieję, że płynie w tobie krew plemienia. Często czuję, jakbyś był moim własnym synem: bękartem, którego nigdy nie chciałem mieć.
Wybucham śmiechem.
- To komplement?
- Jeśli chcesz. - Wódz wzrusza ramionami.
- Zapytam z ciekawości: jak często ci, którzy się zgłaszają, okazują się faktycznymi członkami plemienia? - pytam, poprawiając spodnie. Dzięki temu, że pielęgniarka je rozcięła, materiał nie ociera się o ranę.
- Znacznie rzadziej, niż myślisz. Ostatni był Rollo, a to było parę miesięcy temu.
- Rollo? W sensie jeden z moich ludzi? - Nie mam pojęcia, jakim cudem o tym nie wiedziałem.
- Tak, on. Przeszedł testy, ale nie złożył wniosku o pieniądze. Spytałem go kiedyś czemu, ale tylko wzruszył ramionami.
Co za dziwna sytuacja. Ciekawe, czemu Rollo nigdy mi nie wspomniał o tym, że jest członkiem plemienia. Muszę go o to kiedyś zapytać, póki co jednak mam bardziej palące sprawy na głowie.
- Przejdź się ze mną do burdelu, to ci dam coś, co należy do E.J. - mówię.
- A co potem? - pyta Wódz, dołączając do mnie.
- Potem muszę dorwać Lemminga i zobaczyć, co da się zrobić w kwestii uwolnienia Emmy Jean.
- Pod jakimi zarzutami ją przetrzymuje?
- Nie wiem, nie słyszałem go, bo zaczęła się strzelanina. Nieważne, i tak muszę ją wydostać. Jeśli wyląduje w więzieniu stanowym, Marco może ją tam dorwać. Nie będzie bezpieczna.
David marszczy brwi.
- Zwolnij trochę, synu. Żonglujesz zbyt wieloma piłeczkami naraz. Jak tylko opuścisz rezerwat, oddział specjalny natychmiast cię zgarnie. Chyba że Marco albo Callum zrobią to pierwsi. Nie wiem, czy słyszałeś, ale w ciągu ostatniej doby w całym Lacking przelało się wiele krwi. Margaret jest pod ostrzałem. Wojna się zaczęła, a ty, mój przyjacielu, jesteś w jej centrum. Potrzebujesz planu, i to dobrego, zanim wyruszysz na dziki zachód ulic naszego miasteczka.
Zastanawiam się przez chwilę, pocierając skronie.
- Potrzebuję na jakiś czas stać się niewidzialny, by nikt mnie nie szukał.
Wódz szczerzy się w uśmiechu i klepie mnie w ramię. W oczach ma błysk.
- Co? - pytam.
- Moje plemię ma takie stare powiedzenie. - Wyprowadza mnie tylnymi drzwiami szpitala i prowadzi przez pole do budynku, w którym mieści się sala narad Bedlam. Kiedy jesteśmy już niemal przy wejściu, zatrzymuje mnie i patrzy mi w oczy. - Żywi nie szukają martwych.
Rozdział 3
Emma Jean
KAP. KAP, KAP. KAP.
Jedyny dźwięk w pomieszczeniu to odgłos cieknącego kranu. Spodziewałam się, że Lemming zabierze mnie na posterunek, ale ku swojemu zdziwieniu zostałam umieszczona w sypialni jakiegoś domu. Funkcjonariusze oddziału specjalnego pilnują zarówno drzwi, jak i okien prowadzących na zewnątrz.
Chodzę po pokoju, zamartwiając się o Ponurego i Gabby. Chodzenie nie zdaje egzaminu, zabieram się więc do eksploracji. Pokój jest duży, z oddzielną łazienką. To za-pewne główna sypialnia. Jest wysprzątany i niemalże luksusowy w porównaniu ze standardami, do których przywykłam. Pod jedną z dłuższych ścian stoi regał pełen książek, a nad toaletką na ścianie wisi płaskoekranowy telewizor. Łazienka jest wyposażona w prysznic i oddzielną wannę. Na półce nad umywalką stoją świeże kosmetyki podróżne: mydła, produkty do włosów, a nawet przezroczysta kosmetyczka pełna po brzegi cieni, maskar i innych kosmetyków, o których przeznaczeniu nie mam bladego pojęcia. Z haczyka w ścianie zwisa suszarka do włosów, a pod nią stoją rzędy różnych balsamów. Na rogu wanny ułożono stosik puchatych ręczników.
Olbrzymie łóżko w sypialni jest pokryte niedorzeczną wręcz liczbą poduszek. Na kołdrze porozkładano damskie ciuszki w kilku rozmiarach, z nieoderwanymi metkami. Sukienki letnie, dżinsy, szorty i nawet kilka vintage'owych koszulek z logo różnych zespołów. Obok łóżka stoją rzędem buty: trzy pary trampek, trzy pary sandałów, trzy pary klapek i trzy pary wysokich butów. Każda trójka jest identyczna, tylko w różnych rozmiarach.
Minęła już co najmniej godzina, a Lemminga nadal ani śladu. Nikt nie wyjaśnił mi, co tu robię. Jestem brudna i obolała. Wykończona.
Siadam i wstaję, po czym znów siadam. Z każdą mijającą minutą jestem coraz bardziej sfrustrowana. Wstaję i idę do łazienki. Równie dobrze mogę skorzystać z luksusów, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia. Luksus przed torturami? Relaks przed więzieniem? Jak zwał tak zwał - postanawiam wziąć długą, gorącą kąpiel. Depiluję się i myję włosy. Wycieram ciało ręcznikiem i smaruję balsamem o woni ogórka.
Owijam głowę i ciało dwoma ręcznikami i wracam do sypialni. Ubieram się w spodnie do jogi i koszulkę z logo zespołu. Kładę się na łóżku.
Do snu utulają mnie wizje silnych, wytatuowanych ramion i czarnych róż.
Nie wiem, jak długo spałam, ale kiedy się budzę, widzę agenta Lemminga chodzącego w tę i we w tę po pokoju.
- Wreszcie się pan pojawił - mamroczę zaspana, po czym siadam i trę oczy. Już mam go zapytać o Ponurego i Gabby, ale nie daje mi na to szans.
Przestaje się przechadzać. Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, w których widzę szok.
- On nie żyje. Wszyscy nie żyją - szepcze, jakby sam nie mógł uwierzyć we własne słowa.
- Kto? - pytam, czując, jak strach chwyta mnie za gardło. Przełykam z trudem ślinę. Natychmiast się wybudzam i skaczę na równe nogi.
Lemming patrzy mi w oczy.
- Wszyscy. Ponury, Sandy, Haze. Wszyscy, kurwa, nie żyją.
Rozdział 4
Emma Jean
- Czemu mnie pan tu przyprowadził? - pytam Lemminga.
- Kwestia protokołu - odpowiada, spoglądając na kamerę umieszczoną nad drzwiami, nad którymi widnieje napis KOSTNICA. - Ktoś musi zidentyfikować ciała. Marci leży w szpitalu w rezerwacie. Wyliże się, ale jest nadal nieprzytomna.
Marci. Zalewa mnie fala współczucia. Straciła wszystkich. Męża, a teraz synów.
- Niedobrze mi. - Chwytam się za brzuch. Czuję, jakbym połknęła własne serce, które teraz tam gnije.
- Załatwimy to szybko - zapewnia mnie.
- Nie chcę tam wchodzić - protestuję, robiąc krok w tył. Potrząsam głową. - To nie może się dziać naprawdę.
Agent wzdycha.
- Tego się nie dowiemy, póki tam nie wejdziemy. - Otwiera drzwi i prowadzi mnie, popychając delikatnie dłonią opartą na moich plecach.
Na stalowych stołach leżą trzy ciała w plastikowych workach. Worki są rozpięte na tyle, by ukazać wyłącznie zamrożone twarze. W kostnicy nie czuć zapachu śmierci, jedynie chemikaliów, którymi zapobiega się rozkładowi. W nozdrza uderza mnie zapach octu i płynu do odkażania.
Lemming ponownie patrzy w sufit, po czym odchrząkuje i prostuje się.
- Znasz tych mężczyzn? - Staje za ich głowami, tyłem do masywnej metalowej szafy na zwłoki.
Głupie pytanie. Doskonale wie, że ich znam. To musi być element protokołu.
Wpatruję się w trzy ciała. Odsuwam się o krok. Oczywiście, że ich znam. Czuję, jakby ich bliskość parzyła mnie i spalała od środka.
- Nie bój się, nie zrobią ci krzywdy. Już nie. - Lemming nie zdaje sobie sprawy z własnej pomyłki. A ja nie mam zamiaru go poprawiać. Kiwa dłonią, bym się zbliżyła. Zbieram siły i robię jeden krok, a potem kolejny. Napędza mnie jedynie chęć zakończenia tego koszmaru. Lada chwila się obudzę. Jestem tego pewna.
Podchodzę do pierwszego stołu. Uginają się pode mną kolana. Agent Lemming podchodzi do mnie i chwyta mnie za łokieć, dając oparcie.
- Znasz tych mężczyzn?
- Tak. To... to oni - odpowiadam, dławiąc się szlochem.
- Przykro mi, ale musisz wskazać ich tożsamość na potrzeby dokumentacji. - Choć zwykle jest dupkiem, agent Lemming brzmi, jakby faktycznie było mu przykro.
Przyglądam się zamrożonym twarzom chłopaków, siłą woli próbując ich zmusić, by się obudzili.
- No już, imiona, proszę - pogania Lemming.
Unoszę drżącą dłoń i wskazuję palcem pierwsze ciało.
- To Sandy - szepczę. Płakałabym, gdybym jeszcze miała łzy. Wskazuję ciało na drugim końcu. - Tego wołają Haze. - Serce mi wali. Strząsam z siebie dłoń Lemminga i staję nad ciałem pośrodku. Wygląda, jakby spał. Cały gniew i ból zwykle przecinające liniami jego czoło zniknęły. Jego zwykle opalona skóra ma teraz odcień wampirycznej bieli. Czuję, jak żołądek mi się ściska.
- A on? - pyta agent, stając koło mnie.
Serce opada mi do żołądka, Lemming znów musi mnie podtrzymać. Nie mogę się pohamować. Wyciągam dłoń i gładzę jasnobrązowe włosy, które we fluorescencyjnym świetle wyglądają jak pomarańczowe. To połączenie nadal jest między nami, nawet po śmierci. Zakrywam dłonią usta w obawie, że jeśli pozwolę sobie na jeden szloch, pęknie tama i nie przestanę płakać już nigdy.
- Jak? - Udaje mi się wyjąkać.
- Jeszcze nie wiem. Patolog sądowy nie skończył raportu. - Lemming pokazuje na ciało, którego jeszcze nie nazwałam. - A on?
Naga skóra na udach przyciska się do zimnego stołu.
Czuję wibrację. To nie stół się trzęsie, to ja.
- To... To znaczy... - zaczynam. - To Ponury. Tristan Paine - wykrztuszam. Pochylam się i przykładam usta do jego ucha.
- Mój honor. Moja lojalność. Moja miłość. Moje życie. Dla ciebie. Dla nas - szepczę. Po podbródku ścieka mi łza i ląduje na jego powiece. Wygląda, jakby to on płakał. Wycieram ją kciukiem i całuję jego zimne usta. - Na zawsze.
Gdzieś w głębi korytarza rozlega się śpiew. Melodia jest mi znana aż za dobrze. Prostuję się i nasłuchuję.
- Tralala, tralala, tralali, nie płacz, cicho śpij. Tralala, tralala, tralali.
Śpiew się zbliża i robi głośniejszy.
Po nogach przebiegają mi ciarki, jak setki małych pająków. Przenika mnie zimno i to nie dlatego, że stoję koło lodówki na zwłoki.
Oboje odwracamy się w kierunku dźwięku.
W okienku umieszczonym wysoko w drzwiach ukazuje się czubek głowy jakiegoś mężczyzny. Agent Lemming nie wydaje się tym faktem tak zaalarmowany jak ja. Ale też nie słyszy znanej mu od dziecka melodyjki, po raz pierwszy śpiewanej obcym głosem.
Drzwi się otwierają i do środka wkracza mężczyzna w odprasowanym czarnym garniturze i białej koszuli. Nie ma krawata. Zdejmuje z głowy kaszkiet. Wokół oczu ma zmarszczki, a szczękę porasta kilkudniowa szczecina. Przednie zęby ma nieco krzywe, co jednak nie przeszkadza mu się wyszczerzyć w uśmiechu na widok Lemminga. Nie mam pojęcia, kim jest, ale agent najwyraźniej go zna.
- Kamery są wyłączone - informuje przybysz Lemminga.
- To dobrze. - Agent otacza mężczyznę ramieniem i przyciąga w uścisku. - Dobrze cię widzieć, Alby. W końcu żeś dotarł. - Agent Lemming gdzieś zgubił swój południowy zaśpiew. Brzmi zupełnie obco.
- Znowu mam we łbie tę pieprzoną piosnkę. - Alby stęka i uśmiecha się szeroko. Jego akcent jest podobny do wymowy Lemminga
- Ja słyszę ją ciągle, Alby. Może się przyzwyczaisz.
Nagle rozpoznaję ten akcent. Jest... irlandzki.
Kurwa. Rozglądam się za najbliższym wyjściem, jedyne drzwi to jednak te, w których stoją mężczyźni. Zastanawiam się, czy nie rzucić się do ucieczki tak czy inaczej. To może być moja jedyna szansa.
- Jezusicku, ale się Bedlam nie powiodło, co? - Alby cicho gwiżdże, spoglądając na ciała Sandy'ego, Haze'a i Ponurego.
- No, im nie. Ale za to nam się pofarciło. - Lemming odsuwa się na bok.
Alby spogląda na mnie.
- Znalazłeś ją... - szepcze.
- Tak. - Lemming z dumą kiwa głową. - W samą porę.
Na moment zapominam o ucieczce i ulegam ciekawości.
- Ale kogo? - pytam, krzyżując ramiona na piersi. - A przy okazji, fajny akcent, Lemming.
Agent uśmiecha się szelmowsko. Alby wybucha śmiechem, chwyta się za brzuch.
- Ma temperament. Niemal jej dymi z uszu.
- A owszem - zgadza się Lemming, szczerząc się jak Kot z Cheshire.
- Jestem tu z wami! - krzyczę, czując, że się czerwienię. - Nie widzicie mnie?
Alby klepie agenta żartobliwie po plecach. Lemming kiwa głową.
- Widzę cię wyraźnie jak słońce na niebie. - Odwraca się do Alby'ego. - Samolot gotowy?
Alby spogląda znów na ciała i kiwa głową.
- Jasne, Callum, jak kazałeś.
Z ust wyrywa mi się cichy okrzyk.
- Ca-Callum?
- Tak jest, Callum Egan, do usług - odpowiada Lemming, patrząc mi w oczy.
Rozdział 5
Emma Jean
- Jak...? - udaje mi się wydukać. Siedzimy w luksusowo wyposażonej limuzynie z miękkimi skórzanymi siedzeniami. Lemming siedzi obok mnie na tylnej kanapie a Alby prowadzi. - Jakim cudem Ponury niczego się nie domyślił?
- To proste. Nigdy nie widziałem go na oczy. Poznałem Brzucha i Marci, ale nigdy Ponurego. Moimi interesami z nim zajmował się Alby.
- Ale aresztowałeś przecież Marci. Nie rozpoznała cię?
- Nie widziała mnie, nie pojawiałem się w areszcie. Rozmawiałem tylko z jej synami, którzy nie wiedzieli, że jestem Callumem Eganem.
- Po co te wszystkie komplikacje? - naciskam
Egan jest wyraźnie rozbawiony. Uśmiecha się szeroko.
- Wkrótce się dowiesz.
Przez resztę drogi milczymy. Czuję, jakbym nagle znalazła się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Callum obiecał, że wszystko mi wytłumaczy w samolocie, ale gdzie ten samolot ma lecieć i po co, pozostaje tajemnicą. Callum wściekle stuka w ekran telefonu przez całe trzydzieści minut, jakie zajmuje nam dojazd do lotniska. Czeka tam na nas samolot z podstawionymi schodkami. Callum wysiada i wita się z pilotem, podczas gdy Alby wyciąga torby z bagażnika i rusza ku samolotowi.
Przystaję na moment. Rozpacz zaćmiewająca mi myśli chwilowo się oddala. Ci mężczyźni są Irlandczykami z klanu Egan. To ci sami ludzie, którzy są przekonani, że Bedlam przechwyciło ich transport heroiny. To pewnie oni zabili Ponurego i jego braci. Lemming wydawał się zszokowany ich śmiercią, ale to pewnie był kolejny element przedstawienia. Agent Lemming nigdy nie istniał.
A co, jeśli ja miałam być następna?
Nie mogę zginąć i zostawić Marci i Gabby samych na świecie. Chyba że je też już dorwali...
Odsuwam od siebie te myśli i skupiam się na obmyślaniu planu.
Gdy Callum zauważa, że za nim nie podążam, przystaje, odwraca się i popędza mnie ruchem dłoni. Podchodzę kilka kroków naprzód i znów się zatrzymuję.
- Momencik - mówię. - Zapomniałam... - Urywam i wracam na tylne siedzenie samochodu.
- Czego zapomniałaś? Nic ze sobą nie masz! - Callum przekrzykuje ryk silników odrzutowych. Nie zawracam sobie głowy zamykaniem tylnych drzwi.
Przepełzam ponad oparciami na siedzenie kierowcy. Dzięki Bogu kluczyki nadal są w stacyjce. Uruchamiam silnik, kątem oka dostrzegając Calluma i Alby'ego pędzących w kierunku samochodu. Wrzucam wsteczny i wciskam gaz do dechy. Nie patrzę we wsteczne lusterko, po prostu pędzę po wyboistym polu. Tylne drzwi zamykają się same pod wpływem podskoków wozu.
Nie mogę sobie pozwolić na niedocenianie Calluma. Jeśli ma wobec mnie jakieś niecne plany, to oczywiście w końcu mnie dopadnie. Liczę tylko, że nie nastąpi to, nim odnajdę Marci i Gabby.
Wyjeżdżam na dwupasmową drogę. Opony ślizgają się na pyle, prędko kontruję kierownicą. Umiem prowadzić, bo nauczył mnie tego jeden z żołnierzy Marca. Chciał, żebym prowadziła samochód podczas ucieczki - planował napaść na prywatne spotkanie pokerowe. Plan nigdy nie został wcielony w życie, bo gość zginął, ale jestem mu teraz wdzięczna za to, że nauczył mnie podstaw jazdy.
Mija cała wieczność, ale w końcu dostrzegam na poboczu znak skrętu do rezerwatu. Jest to billboard z uśmiechniętą twarzą Wodza Davida stojącego na tle kasyna. Skręcam kierownicę, gdy nagle szyba po mojej stronie pokrywa się siatką pęknięć.
Kule.
Strzelają do mnie.
Na szczęście samochód ma kuloodporne szyby - kule się przez nie nie przebiły. Ale nawet kuloodporne szkło nie wytrzyma za długo ciągłej kanonady.
Na kolana spada mi kawałek szyby.
Wciskam gaz do dechy. Skręcam ostro, gdy na przedniej szybie również wykwitają pajęczynki. Nic nie widzę, zalewa mnie fala adrenaliny.
,,Trzymać się drogi. Rezerwat jest już blisko. Dam radę. Tylko się nie zatrzymywać".
Pęka opona, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo droga nagle staje się nierówna, jakby pokryta kamieniami. Kierownica wyrywa mi się z rąk. Nie jestem w stanie utrzymać jej prosto. Tracę kontrolę, samochód cały wibruje i trzęsie się. Metal chrzęści i jęczy, dźwięki odbijają mi się echem w uszach. Wpadam do głębokiego przydrożnego rowu.
Poduszki powietrzne wybuchają mi w twarz jak bomba, nie mam jednak czasu ocenić, czy jestem ranna - kule biją w karoserię jak grad. Przesuwam się na siedzenie pasażera i mocuję z drzwiami. Okno od strony kierowcy eksploduje i zasypuje mnie deszczem odłamków. Kulę się pod deską rozdzielczą, pociski świszczą mi tuż koło głowy. Pęka okno po stronie pasażera.
Koniec. Po mnie.
Nagle dostrzegam w wybitym oknie pasażera łokieć odziany w skórzany rękaw. Zastępuje go wytatuowana dłoń, która otwiera klamkę.
Moim oczom ukazuje się Ponury.
Najwyraźniej już nie żyję.
- Mam cię, Sztuczko. Głowa nisko. - Sięga po mnie i wyciąga mnie z samochodu, po czym zarzuca sobie na ramię. Po lewej i prawej stronie samochodu widzę Sandy'ego i Haze'a, ostrzeliwują napastników. Ponury wolną ręką wydobywa zza pasa broń i dołącza do ognia. Bracia osłaniają go kanonadą, wycofując się w las. Ponury zsuwa mnie z ramienia i bierze w objęcia. Biegniemy dalej przy akompaniamencie strzałów. Dotykam jego twarzy, po czym wtulam się w niego.
- Jesteś taki piękny, nawet gdy nie żyjesz, wiesz?
Rozdział 6
Emma Jean
Budzę się w szpitalnej sali. Leżę na niewielkiej sofie. Unoszę wzrok i dostrzegam Marci na łóżku szpitalnym w centrum pomieszczenia.
Udało się.
Ale jak?
Nagle sobie przypominam. Ponury. Ale to niemożliwe. Przecież widziałam go w kostnicy...
To moja wyobraźnia i desperacja wywołały halucynacje.
Zsuwam się z kanapy, podchodzę do Marci i chwytam ją za dłoń.
- Tak mi przykro, Marci... Z powodu tego wszystkiego, co cię spotkało, i z powodu twoich... - dławię się szlochem - twoich chłopaków.
- Naszych chłopaków - poprawia mnie.
Unoszę wzrok. Marci patrzy na mnie spod półprzymkniętych powiek. Ściska moją dłoń, uśmiechając się słabo.
- Obudziłaś się. - Udaje mi się wyskrzeczeć.
- Serio? - Śmieje się cicho, co wywołuje napad kaszlu.
- Powinnaś odpoczywać.
- Odpocznę w grobie.
Jej dobór słów powoduje, że się wzdrygam.
- E.J., nie smuć się. Może i jesteś przyczyną, ale to wszystko to nie twoja wina. Nie wprosiłaś się na siłę do naszego życia i rodziny, jesteś w niej mile widziana. - Śmieje się cicho. - Brzucho miał takie powiedzonko. - Ponownie ściska mnie za rękę. - "Zamiast celować w siebie palcem, celuj w innych lufą".
Unoszę brew.
- Nie do końca rozumiem...
- Ja też nie rozumiałam, aż do teraz. Brzucho był jednak niezłym filozofem.
- Marci, co do chłopaków... - zaczynam, obawiając się, że jej nastawienie do mnie zmieni się radykalnie, gdy się dowie o śmierci synów.
- Nimi też się nie smuć. Kochają cię, zrobiliby dla ciebie wszystko, tak samo jak ja.
- Wiem. Tylko że...
- Jeśli mi nie wierzysz, sama ich zapytaj. Dopiero co był tu Sandy i marudził, że nie chcę jeszcze nic zjeść. Na pewno zaraz tu wróci i dalej będzie mi wiercił dziurę w brzuchu... - Marci odpływa w sen w pół zdania. Jej przekonanie, że widziała Sandy'ego żywego i zdrowego, łamie mi serce. Najwyraźniej nie ja jedna padłam ofiarą halucynacji.
Delikatnie wysuwam dłoń z jej uścisku. Rozglądam się po sali i dostrzegam drzwi do łazienki. Wchodzę i zamykam za sobą drzwi. Odgłos przekręcanego zamka jest jak uderzenie młotkiem w akwarium - wszystko naraz się ze mnie wylewa. Opadam na podłogę. Płytki przecina szerokie pęknięcie. Zaczyna się między moimi stopami, przy toalecie i podąża przez całą podłogę, aż do ściany przede mną. Wpatruję się w nie w nadziei, że rozstąpi się i pochłonie mnie całą. Nieważne, gdzie bym wylądowała, byle jak najdalej stąd.
Przyciągam kolana do piersi i wypuszczam drżący oddech. Czuję niesamowity ciężar. Mimo to wstaję i pochylam się nad umywalką. Nosem niemal dotykam brudnego lustra. Przyglądam się osobie, której nie widziałam od dłuższego czasu. Sobie. Moje naturalnie kręcone włosy buntują się w najlepsze, otaczając twarz splątanymi puklami. Przesuwam paznokciami po policzkach, chcę zdrapać swoje oblicze i przestać być.
,,Co ty, kurwa, wyprawiasz, Emmo Jean?" - pyta głęboki męski głos w mojej głowie. Przestaję drapać, zanim poleci krew, i opieram dłonie z powrotem na umywalce. Smutek nagle przemienia się w złość.
- Spierdalaj - odpowiadam, potrząsam głową i zamykam oczy. - Nie masz już prawa mówić. Nie masz prawa mnie wypytywać. - Czuję w oczach łzy. Pociągam mocno nosem i prostuję się, zdeterminowana uciszyć jego głos. Jego już nie ma. I nigdy nie będzie.
,,Nie pozbędziesz się mnie, E.J. Jestem częścią ciebie" - przypomina mi głos wściekłym tonem.
- Nie! - krzyczę, uderzając pięścią w lustro. Głos ma rację, choć tego nie chcę. Chcę tylko, żeby on ŻYŁ. - BYŁEŚ częścią mnie. Teraz już gówno znaczysz. Obiecałeś, że mnie nigdy nie zostawisz, a teraz, kurwa, nie żyjesz! Nienawidzę cię za to. Za zostawienie mnie samej. Słyszysz? Nienawidzę cię, kurwa! - Kopię szafkę pod umywalką, aż odpadają drzwiczki. Moje krzyki zamieniają się w szloch. Opadam na podłogę. Podciągam kolana do piersi i opieram głowę na przedramionach. - Tak bardzo cię nienawidzę... - szepczę.
Mogłabym tak powtarzać tysiąc razy, ale i tak pozostałoby to kłamstwem, w które sama nie wierzę. Biorę kilka głębokich wdechów i wstaję. Otwieram drzwi i już mam wkroczyć do sali, gdy ktoś wpycha mnie z powrotem do łazienki i zatrzaskuje drzwi. Wysoka, mocno zbudowana postać przyciska mnie do umywalki. Unoszę wzrok i zamieram. Mam halucynacje, to pewne. Kolana uginają się pode mną, ale nie upadam.
Ponury mnie podtrzymuje.
Ponury
- Przecież widziałam cię w kostnicy! Pocałowałam cię. Nie żyłeś, nie czułam oddechu - mówi Sztuczka. Trzyma mnie za ramiona, wbijając mi drżące palce w ciało, jakby się obawiała, że się ulotnię jak mgła.
- Ależ oddychałem - zapewniam ją. - Tyle że ledwo. I poczułem ten pocałunek. Myślałem, że to sen. - Odsuwam jej włosy z twarzy i ujmuję dłonią za policzek. Wtula twarz w mój dotyk. - Żyję, tak samo jak Sandy i Haze. Marci też, jak widzisz. I Gabby, choć jeszcze się nie obudziła z narkozy.
Sztuczka wzdycha głęboko, wypuszczając żal, który w sobie nosiła. Opiera się o mnie całym ciałem. Unoszę ją w ramionach i zabieram do sali Marci, która nadal śpi. Sadzam E.J. na kanapie i ujmuję jej dłonie w swoje.
- Chciało nas dorwać tylu ludzi, że nie miałem jak się do ciebie dostać. Musieliśmy sfingować swoją śmierć, żeby odzyskać swobodę ruchu, przynajmniej na jakiś czas. Szamanka plemienia podała nam jakiś korzeń, który głęboko nas uśpił. Następnie patolog sądowy włożył nas do lodówki, żeby obniżyć naszą temperaturę ciała. Gdy tylko Lemming wyszedł, podano nam zastrzyki z adrenaliny, by nas wybudzić. Właśnie zmierzaliśmy do rezerwatu, by sprawdzić, czy Wódz David się dowiedział, gdzie cię trzymają, kiedy wpadliśmy na wywrócony samochód. Z początku myślałem, że...
- Niefajne uczucie, co? - pyta E.J., ocierając dłonią łzy.
- No nie.
Sztuczka marszczy brwi.
- Kurczę, myślisz, że ci goście, którzy do mnie strzelali, rozpoznali cię? To mogłoby spieprzyć cały twój plan.
- Rozpoznaliby, gdyby nadal żyli.
E.J. wzdycha z ulgą.
- A, to dobrze.
- Tak mi przykro, kochanie. Nie spodziewałem się, że Lemming zaciągnie cię do kostnicy.
- To nie twoja wina. A twój plan jest bardzo sprytny... Jest tylko jedno "ale". Lemming nie jest tym, za kogo się podaje.
- Co masz na myśli?
- Tak naprawdę to Callum Egan.