Pozwolenie - T.M. Frazier

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Po­nury

Śmierć ma w so­bie coś pięk­nego - piękno ży­cia ucie­ka­ją­cego z ciała. Koń­czy się je­den cykl, a za­czyna ko­lejny. Umie­ra­jący kwiat gubi ostatni pła­tek. Gni­jące ciało zwie­rzę­cia daje po­karm drze­wom, które wy­ro­sną na jego ko­ściach. Nie mam po­ję­cia, co się dzieje po śmierci. Może wraz z ostat­nim od­de­chem każde stwo­rze­nie po pro­stu prze­staje ist­nieć?

Uśmier­ca­nie za­wsze było dla mnie ła­twe, a na­wet eks­cy­tu­jące. Pa­trząc, jak ktoś umiera (oczy­wi­ście ktoś spoza mo­jej ro­dziny i Be­dlam), ni­gdy nie po­my­śla­łem: "Nie, po­wi­nien żyć".

Krwa­wiąca dziew­czyna w mo­ich ra­mio­nach to zu­peł­nie co in­nego. Bar­dzo chcę, by prze­żyła. Żą­dam tego z ca­łych sił i woli. Chcę, by otwo­rzyła oczy, za­czerp­nęła od­de­chu. Żeby się, kurwa, ode­zwała! Nie żeby ob­cho­dziła mnie oso­bi­ście, ale jest nie­zbędna do szczę­ścia Sztuczce, a to ważne.

To bar­dzo dziwne uczu­cie - tro­ska przez po­wią­za­nie. Na­wet tej dziew­czyny, kurwa, nie znam. Ni­gdy nie za-mie­ni­łem z nią słowa. A jed­nak ca­łym sobą pra­gnę, by Gabby prze­żyła.

Oprócz ży­wej przy­ja­ciółki jest też wiele in­nych rze­czy, które pra­gnę dać Em­mie Jean Pa­rish. Chcę jej dać ży­cie. Praw­dziwe ży­cie. Nasz wła­sny dom z dużą kuch­nią, wiel­kim warsz­ta­tem w ga­rażu i jej pra­cow­nią do pi­sa­nia.

Od kiedy wy­znała mi, że wy­my­śla opo­wie­ści, by uciec od okrop­no­ści, które spo­ty­kają ją w ży­ciu, czę­sto wy­obra­ża­łem ją so­bie po­chy­loną nad lap­to­pem, późno w nocy, stu­ka­jącą za­wzię­cie w kla­wia­turę, jak zdmu­chuje przy tym złote loki sprzed oczu. Mo­głaby pi­sać bajki dla dzieci albo na­wet hi­sto­rie oparte na wła­snym ży­ciu. Ma wy­obraź­nię nie z tej ziemi. Po­winna się nią dzie­lić z in­nymi, za­miast uży­wać jej wy­łącz­nie do ich kan­to­wa­nia. Choć fakt, że do tego też ma wro­dzony ta­lent. Jej książki ba­wi­łyby lu­dzi, ale mo­głyby im też po­ma­gać. Zrobi, co bę­dzie chciała, ale wiem, że jest stwo­rzona do cze­goś wię­cej. Chcę, żeby kwi­tła i od­no­siła suk­cesy, i była czymś wię­cej niż... ja.

Do głowy przy­cho­dzi mi ko­lejna myśl. Cie­szę się nią tak samo mocno, jak pra­gnę od niej uciec.

Sztuczka z wiel­kim, okrą­głym brzu­chem, w któ­rym ro­śnie nasz dia­bel­ski po­to­mek. Czy mo­gli­by­śmy wy­cho­wać dziecko w Lac­king? W mie­ście, w któ­rym dzieci ba­wią się na ze­wnątrz je­dy­nie w szkole, ukryte za wy­so­kimi be­to­no­wymi ogro­dze­niami, z dala od la­ta­ją­cych kul?

Mógł­bym ją stąd za­brać, opu­ścić Lac­king. I zro­bił­bym to, choć ozna­cza­łoby to opusz­cze­nie mo­ich braci. Bio­rąc pod uwagę wszel­kie oko­licz­no­ści, jest to naj­lep­sze moż­liwe wyj­ście, wcale nie ozna­cza­łoby ono jed­nak za­koń­cze­nia wszyst­kich wen­det prze­ciw mnie. Na­dal był­bym po­szu­ki­wany, z ta­kich lub in­nych przy­czyn, i znów ży­cie Sztuczki by­łoby za­gro­żone, tak jak i ży­cie mo­jego wy­ima­gi­no­wa­nego po­tomka, o któ­rym fan­ta­zjuję, gdy po no­gawce spływa mi krew, pla­miąc białe trampki.

Chcę dać Sztuczce to dziecko i to ży­cie. Chcę spra­wić, by mo­gły się zi­ścić wszyst­kie jej ma­rze­nia. Jak do­tąd da­łem jej tylko ból i strach. Nie zdo­ła­łem ochro­nić jej przed ludźmi, któ­rzy chcą z jej ży­cia uczy­nić pie­kło. A ja ni­gdy nie po­zna­łem ni­kogo, kto za­słu­gi­wałby na niebo bar­dziej niż ona.

Na­wet je­śli Marco dłu­żej by nam nie za­gra­żał, ja­kie mógł­bym jej dać ży­cie? Je­stem człon­kiem Be­dlam, na za­wsze. Ja­sne, mam pie­nią­dze, i to dużo, po­cho­wane w róż­nych miej­scach, za pie­nią­dze jed­nak nie ku­pię nam bez­pie­czeń­stwa, wol­no­ści ani spo­koju du­cha.

Myśl o ży­ciu bez Sztuczki boli jak nóż wbity pod że­bro, na­wet bar­dziej niż kula, którą mam w no­dze. Każdy krok boli, jakby ktoś kłuł mi nogę dłu­tem.

Nie mogę po­zwo­lić, by ból, fi­zyczny ani psy­chiczny, za­trzy­mał mnie w dro­dze do re­zer­wa­to­wego szpi­tala. Za­wio­dłem już Sztuczkę wy­star­cza­jąco wiele razy.

Nie po­zwolę, by Gabby umarła.

Nie mam wol­nej ręki, więc otwie­ram drzwi szpi­tala kop­nia­kiem. Ude­rzają z hu­kiem w ścianę. Niosę Gabby do nie­wiel­kiej po­cze­kalni. Sandy i Haze już tam są. Od­daję Gabby w ręce le­ka­rza i pie­lę­gnia­rek. Kładą ją na no­szach, krzy­cząc do sie­bie. Ru­szają pę­dem ku drzwiom, nad któ­rymi wid­nieje na­pis NIE­UPO­WAŻ­NIO­NYM WSTĘP WZBRO­NIONY.

Zdej­muję z głowy kap­tur. Na­po­ty­kam pełne dez­apro­baty spoj­rze­nia mo­ich braci.

- To było su­per-kurwa-głu­pie, stary - od­zywa się Haze. - Za­czą­łeś walkę z Mar­kiem, ani tro­chę nie wta­jem­ni­cza­jąc nas w swój plan.

- Nie mia­łem wy­boru - od­po­wia­dam, wy­koń­czony po wielu ki­lo­me­trach mar­szu bocz­nymi dro­gami i prze-praw przez krzaki.

- Po­wi­nie­neś był dać nam cynę. Po­mo­gli­by­śmy ci - wtrąca Sandy. Zdaję so­bie sprawę, że obaj są ra­czej zmar­twieni niż źli. Boli mnie to bar­dziej niż rana w no­dze. Ni­gdy w ży­ciu ce­lowo nie skrzyw­dził­bym mo­ich braci. Wo­lał­bym umrzeć.

- Mo­gli­ście też obaj zgi­nąć, a kto wtedy za­jąłby się Marci? - Roz­glą­dam się po po­cze­kalni. - Jak ona się miewa?

Na dźwięk jej imie­nia wy­raz twa­rzy Sandy'ego ła­god­nieje.

- Jest na­dal nie­przy­tomna, ale w sta­bil­nym sta­nie. Nie­źle obe­rwała w głowę. Le­ka­rze utrzy­mują ją pod nar­kozą, do­póki nie zmniej­szy się obrzęk mó­zgu, ale wszyst­kie ba­da­nia wy­szły po­zy­tyw­nie, pro­gnozy są do­bre.

- Dzięki, kurwa, Bogu. - Wy­pusz­czam wstrzy­my­wany do­tąd od­dech.

- A gdzie E.J.? - pyta Haze, pa­trząc mi przez ra­mię, jakby za­raz miała wejść do po­cze­kalni.

Kręcę głową.

- Lem­ming. Prze­rwał walkę i ją aresz­to­wał, a po­tem za­częła się strze­la­nina. Gabby tra­fiła w sam śro­dek i do­stała kulkę w pierś. Marco nie­stety na­dal żyje.

- Ty wła­ści­wie też nie wy­glą­dasz naj­le­piej - ko­men­tuje Haze. Wę­druje wzro­kiem od roz­cię­tego łuku brwio­wego po­przez dziurę po kuli w mo­ich spodniach aż po ka­łużę krwi, w któ­rej stoję.

- Do­sta­łem kulkę w udo. - Ma­cham lek­ce­wa­żąco ręką. Mam więk­sze zmar­twie­nia. Mu­szę do­rwać Lem­minga i do­wie­dzieć się, dla­czego, do kurwy nę­dzy, aresz­to­wał Sztuczkę.

Sandy roz­gląda się po po­cze­kalni. Do­my­ślam się, że szuka ko­goś, kto za­jąłby się moją nogą.

- Nie ma na to czasu - chry­pię.

- Nie dasz rady ni­komu po­móc z krwa­wiącą nogą. Usiądź. - Sandy po­py­cha mnie na pla­sti­kowe krze­sło.

Pod­cho­dzi do nas pie­lę­gniarka i spo­gląda na moje za­krwa­wione dżinsy.

- Przy­go­tuję po­kój za­bie­gowy - rzuca i od­cho­dzi, po­pi­sku­jąc gu­mo­wymi po­de­szwami bu­tów na li­no­leum po­kry­wa­ją­cym pod­łogę.

- Jak masz za­miar wy­do­stać Sztuczkę? - pyta Haze, dra­piąc się po bro­dzie. - Jak tylko po­ka­żesz się na po­ste­runku, za­mkną cię na resztę ży­cia. Może za­po­mnia­łeś, ale je­steś po­szu­ki­wany, a my wy­szli­śmy za po­rę­cze­niem.

Krzy­wię się z bólu pro­mie­niu­ją­cego na cały krę­go­słup.

- My­ślisz, że mnie to po­wstrzyma? Mu­szę ją stam­tąd wy­cią­gnąć.

- A co z Moną? - pyta Sandy. - Wi­dzia­łeś ją?

Kręcę głową.

- Dziwka się gdzieś za­szyła. Nie że­bym się za nią spe­cjal­nie roz­glą­dał, mia­łem inne sprawy.

- Na przy­kład? - pyta Haze, sia­da­jąc obok mnie.

- Na przy­kład ślub, w który wdep­ną­łem.

- Nie... - Sandy sze­roko otwiera oczy z nie­do­wie­rza­nia.

Po­twier­dzam ski­nie­niem głowy.

- Tak. Ten skur­wy­syn Marco wziął ślub z moją dziew­czyną, na oczach wszyst­kich Los Mu­er­tos.

Opo­wia­dam bra­ciom, co się wy­da­rzyło. Kiedy tylko koń­czę, roz­brzmiewa dzwo­nek nad drzwiami. Wszy­scy spo­glą­damy na bru­netkę sto­jącą w lobby. Jest roz­trzę­siona, po po­licz­kach spły­wają jej łzy.

Wstaję z za­ci­śnię­tymi pię­ściami. Suka ma tu­pet.

Mona.

***

- Czy... - Czy Gabby prze­żyje? - pyta Mona ze szlo­chem.

- Za­osz­czędźmy so­bie tro­chę czasu - za­czy­nam. Haze ją prze­szu­kuje i po­py­cha na krze­sło. Rzuca mi jej te­le­fon, a ja spraw­dzam, czy nie ma włą­czo­nej lo­ka­li­za­cji albo na­gry­wa­nia. Na­stęp­nie wyj­muję kartę SIM i rzu­cam ją na zie­mię, a Sandy miaż­dży ją bu­tem.

- Daj so­bie spo­kój z tym uda­wa­nym pła­czem - mó­wię. - Za­cho­waj łzy dla ko­goś, kto nie ma ochoty cię za­bić. W co ty po­gry­wasz, Mona? Co tu, kurwa, ro­bisz?

Mona po­trząsa głową i ciężko prze­łyka ślinę.

- Zro­bi­łam straszne, nie­wy­ba­czalne rze­czy. Wiem o tym. Nie je­stem w sta­nie wy­ra­zić, jak bar­dzo ża­łuję. Wiem, że mi nie uwie­rzysz, ale tak jest.

Prze­wra­cam oczami w re­ak­cji na jej przed­sta­wie­nie.

- Ow­szem, nie wie­rzę. Po­wiedz mi le­piej, czemu nie miał­bym cię za­bić tu i te­raz.

- Za­bił­byś... ko­bietę? - jąka się.

Za­śmiał­bym się, ale w ob­li­czu tej ma­ni­pu­lu­ją­cej, do cna złej psy­cho­patki nie je­stem w sta­nie zdo­być się na­wet na uśmiech. Przy tej suce ja mógł­bym ucho­dzić za zu­peł­nie nor­mal­nego. Po­woli kręcę głową i po­pra­wiam ją:

- Nie za­bił­bym nie­win­nej ko­biety.

Mona wciąga drżący od­dech i za­czyna na­wi­jać jak opę­tana.

- Ja tylko chcia­łam być ko­chana. Ak­cep­to­wana. Kiedy Marco za­brał E.J. i Gabby z domu opieki, ja zo­sta­łam ode­słana jak śmieć. Ni­kogo nie ob­cho­dzi­łam. Po kilku la­tach za­czę­łam my­śleć, że zu­peł­nie o mnie za­po­mnieli. Kiedy ode­zwa­łam się w końcu do Gabby, po­wie­działa, że­bym do niej nie przy­jeż­dżała. My­śla­łam już, że nie mam ro­dziny. A po­tem na­gle Marco za­dzwo­nił do mnie do szkoły. Po­wie­dział, że Gabby jest w ta­ra­pa­tach i że to wina E.J.

Po­ciąga no­sem, pa­trząc na swoje buty.

- Marco po­wie­dział, że mnie po­trze­buje. Że tylko ja mogę oca­lić Gabby, a E.J. jest zdraj­czy­nią. Miał plan, jak się jej po­zbyć, przy oka­zji po­ma­ga­jąc Los Mu­er­tos. My­śla­łam, że ro­bię do­brze, że po­ma­gam Gabby i mo­jej ro­dzi­nie. - Ści­ska dłońmi uda i unosi wzrok, na­po­ty­ka­jąc moje wście­kłe spoj­rze­nie. - Wiem, że to było złe. Przez po­nad rok Gabby na­wet nie wie­działa, że prze­by­wam na osie­dlu. Wma­wia-łam so­bie, że naj­pierw mu­szę zre­ali­zo­wać plan, nie roz­pra­sza­jąc się nią, ale tak na­prawdę po pro­stu nie umia­łam jej spoj­rzeć w oczy. - Za­ci­ska mocno po­wieki. - Mo­żesz mi zro­bić, co­kol­wiek ze­chcesz, nie będę się opie­rać, tylko naj­pierw mu­szę wie­dzieć, że Ga­brielli nic nie jest.

- Za­raz, mo­men­cik - wtrąca się Sandy. - Jak niby ślub Marca i Emmy Jean miał się przy­słu­żyć Los Mu­er­tos?

Spo­glą­dam na zdję­cie Wo­dza Da­vida wi­szące nad biur­kiem re­cep­cji. Przy­po­mina mi się Ca­mila i jego nie-na­ro­dzone dziecko. Na­gle wszystko staje się ja­sne.

- Ze względu na ko­rzy­ści dla ple­mie­nia - od­po­wia­dam za Monę. - Marco jest z ja­kie­goś po­wodu prze­ko­nany, że Emma Jean jest dziec­kiem Wo­dza Da­vida.

Mona po­twier­dza ski­nie­niem głowy.

- Bez jaj - rzuca Sandy i gwiż­dże prze­cią­gle. - My­śla­łem, że jego żona zgi­nęła, bę­dąc w ciąży?

- Też tak my­śla­łem - od­po­wia­dam. - Ale może jed­nak uro­dziła dziecko i może tym dziec­kiem była E.J.A może to tylko bred­nie.

- Wci­skane nam przez tę so­cjo­patkę - do­daje Haze. - Ob­sta­wiam, że kła­mie, ale to ła­two spraw­dzić.

Mona kiwa głową.

- To dla­tego was wro­bił, wplą­tał w aferę z Ir­land­czy­kami. Wy­my­ślił so­bie, że oni zajmą się Be­dlam, a on zdo­bę­dzie do­stęp do re­zer­watu i wa­szego biz­nesu z bro­nią. - Mona ner­wowo sku­bie skórki przy pa­znok­ciach. - Ale to nie wszystko. On jest za­ko­chany w E.J. My­śli tylko o niej. Cią­gle o niej mówi, a cza­sem na­wet krzy­czy. - Mona po­ciera pal­cami skro­nie. Na­gle za­uwa­żam świeże bli­zny na jej nad­garst­kach. Kiedy do­strzega moje spoj­rze­nie, szybko ob­ciąga rę­kawy i składa dło­nie mię­dzy udami.

- Więc oka­zał jej swoją mi­łość, wy­rzu­ca­jąc ją na ulicę na pewny gwałt i śmierć, ob­ra­ca­jąc prze­ciw niej przy­ja­ciółki z dzie­ciń­stwa? - Sandy wy­po­wiada moje my­śli.

Oczy Mony są za­czer­wie­nione i pod­krą­żone.

- Mówi się, że za­wsze naj­bar­dziej krzyw­dzimy naj­bliż­szych... - Mona wy­ciąga do mnie dłoń, na któ­rej spo­czywa wi­sio­rek Emmy Jean. Chwy­tam go i z le­d­wo­ścią opa­no­wuję chęć, by udu­sić ją łań­cusz­kiem.

- Gdzie jest Marco? - py­tam.

- Nie mam po­ję­cia, na­prawdę. Kiedy wy­buchł ten cały chaos, usły­sza­łam, jak mówi Ma­lowi, że go za­wio­dłam. Że bez sensu mnie do sie­bie spro­wa­dził. Wtedy zda­łam so­bie sprawę, że on mar­twi się wy­łącz­nie o sie­bie.

- Od­ku­pie­nie grze­chów nie jest kwe­stią jed­nej chwili - wy­po­mi­nam jej.

- Jest, kiedy sły­szysz, jak wła­sny brat mówi, że go nie ob­cho­dzisz. Że ni­gdy nic nie zna­czy­łeś i mo­żesz rów­nie do­brze nie żyć.

- No jak mi cię, kurwa, te­raz strasz­nie żal - ko­men­tuje Sandy, prze­wra­ca­jąc oczami. - Sztuczka pra­wie przez cie­bie zgi­nęła, Gabby może przez cie­bie umrzeć, a moja mama przez cie­bie leży nie­przy­tomna w szpi­talu!

Haze przy­klęka przy niej.

- Ro­zu­miem, że czu­jesz się w tej chwili na­prawdę gów­nia­nie. - Unosi jej pal­cem pod­bró­dek. - Ale mu­sisz zro­zu­mieć, że po tym wszyst­kim, co zro­bi­łaś... nas to chuja ob­cho­dzi. - Pusz­cza ją i wstaje. Do po­cze­kalni wkra­cza pie­lę­gniarka i daje mi znak, bym za nią po­szedł.

Pa­trzę pro­sto w wiel­kie, kłam­liwe oczy Mony i wy­daję bra­ciom in­struk­cję.

- Za­bierz­cie ją do sali na­rad. Przy­wiąż­cie ją do krze­sła i nie spusz­czaj­cie z oka. Je­śli cho­ciażby mru­gnie bez po­zwo­le­nia, za­bij­cie ją.

Roz­dział 2

Po­nury

Pie­lę­gniarka wpro­wa­dza mnie do ga­bi­netu i każe usiąść na stole. Roz­cina no­gawkę mo­ich dżin­sów i ogląda ranę po­strza­łową.

- Pójdę po chi­rurga. Kulę trzeba wy­jąć. - Ob­raca się, by wyjść, ale po­wstrzy­muję ją, chwy­ta­jąc za ra­mię.

- Niech pani to zrobi - ce­dzę przez za­ci­śnięte zęby.

Kręci głową.

- Mu­simy panu po­dać nar­kozę.

- O nie, nie dam się uśpić.

- Ja nie mam upraw­nień do pro­ce­dur chi­rur­gicz­nych. - Pie­lę­gniarka pro­te­stuje, kła­dąc wolną dłoń na bio­drze.

- Moja matka była pie­lę­gniarką, nim za­mknięto szpi­tal i mu­siała iść do pracy w ka­sy­nie - od­po­wia­dam. - Wiem, że pie­lę­gniarki mu­szą słu­chać za­le­ceń le­ka­rzy, ale wiem też, że nie­raz same wie­dzą, co naj­lep­sze dla pa­cjenta. Twier­dzi pani, że nie da pani rady usu­nąć tej kuli?

Od­po­wiada bez wa­ha­nia:

- Nie, ale mó­wię panu, że nie mam do tego upraw­nień.

- Je­ste­śmy w re­zer­wa­cie, nikt pani nie po­wie w związku z tym złego słowa. Pro­szę po­słu­chać, je­śli pani tego nie zrobi, wyjdę stąd i zro­bię to sam. Pro­szę mi za­osz­czę­dzić in­fek­cji i usu­nąć tego skur­wiela.

Ko­bieta uwal­nia się z mo­jego chwytu i po­now­nie ogląda ranę. Wy­gląda, jakby znów miała się ze mną kłó­cić, ale prze­ry­wam jej, za­nim na­wet za­cznie.

- Pro­szę pani, moja dziew­czyna jest w ta­ra­pa­tach. Mu­szę ją ra­to­wać... Pro­szę.

Pie­lę­gniarka mięk­nie. Wzdy­cha ciężko, po czym wyj­muje z pu­dełka gu­mowe rę­ka­wiczki i na­ciąga je na dło­nie.

- Ostrze­gam, bę­dzie bo­leć jak dia­bli.

Kładę się na stole, a pie­lę­gniarka za­czyna szy­ko­wać na­rzę­dzia.

- Li­czę na to. - Prawda jest taka, że nic mnie nie ob­cho­dzi ból fi­zyczny. To i tak nic w po­rów­na­niu z bó­lem tra­wią­cym moje serce.

Ko­bieta wbija skal­pel w ranę, a ja wy­ko­rzy­stuję ból, by sku­pić się na swoim pla­nie. Moje my­śli krążą wo­kół trzech słów. Po­wta­rzam je so­bie jak man­trę, pod­czas gdy skal­pel wbija się w moje ciało.

Fu­ria.

Ze­msta.

Od­ku­pie­nie.

- Tu cię mam. - Wódz Da­vid wcho­dzi do ga­bi­netu i za­myka za sobą drzwi. - Co tu się, kurwa, dzieje i czemu Marci, ty i sio­stra Marca wy­lą­do­wa­li­ście w moim szpi­talu?

- Jak wiesz, ja pre­fe­ruję wi­zyty do­mowe, ale Marci i Gabby były w po­trze­bie, a ja już i tak by­łem w po­bliżu. Po­my­śla­łem, że nie chcesz wię­cej mo­jej krwi na swo­jej pod­ło­dze.

Wódz staje w no­gach stołu ope­ra­cyj­nego.

- Jak miło z two­jej strony, Po­nury. Do­ce­niam twoją tro­skę o ple­mię.

Pie­lę­gniarka wstaje i po­dzi­wia swoje dzieło, po czym za­kłada opa­tru­nek. Zdej­muje rę­ka­wiczki i wrzuca je do czer­wo­nego ko­sza na od­pady me­dyczne. Wita się z Wo­dzem, kła­dąc dłoń na sercu, po czym od­wraca się z po­wro­tem do mnie.

- Już po wszyst­kim. Za­pro­po­no­wa­ła­bym ci środki prze­ciw­bó­lowe, ale...

- Nie chcę. - Ma­cham ręką. - Dzię­kuję. - Wy­cią­gam port­fel, wy­do­by­wam z niego kilka stu­do­la­ro­wych bank­no­tów i wkła­dam jej w dłoń.

- Nie, nie trzeba... - Pie­lę­gniarka pró­buje mi od­dać pie­nią­dze.

- Weź je - na­ka­zuje jej Wódz. - Dzię­ku­jemy.

Ko­bieta składa bank­noty i chowa do kie­szeni ki­tla.

- Pro­szę dbać o to, żeby rana była czy­sta. Ban­daże trzeba zmie­niać co sześć go­dzin. Może się panu krę­cić w gło­wie, to z po­wodu utraty krwi. Warto się na­pić cze­goś słod­kiego. - Kiwa mi krótko głową i że­gna Wo­dza, znów kła­dąc dłoń na piersi, po czym wy­cho­dzi.

Sia­dam, krzy­wiąc się. Rana boli, ale ból jest do znie­sie­nia. Wódz po­daje mi buty. Opo­wia­dam mu o wszyst­kim, co spro­wa­dziło mnie osta­tecz­nie do szpi­tala, wią­żąc przy tym sznu­rówki.

- To chyba nie­naj­lep­szy mo­ment, żeby ci po­wie­dzieć, że w mie­ście wi­dziano Alby'ego. A może to do­bre wie­ści? Jak po­szło spo­tka­nie? Na­pro­sto­wa­li­ście sprawy z Ir­land­czy­kami?

Kręcę głową.

- Nie po­ja­wili się.

- To na do­brą sprawę ozna­cza to samo co kulka w łeb. Ob­rzu­cam go chłod­nym spoj­rze­niem.

- Wiem. Skoro nie sta­wili się na spo­tka­nie i nie dali mi szansy na wy­ja­śnie­nia, naj­wy­raź­niej pod­jęli de­cy­zję. - Biorę z krze­sła swoją kurtkę i wkła­dam ją. - Mu­szę ci po­wie­dzieć coś jesz­cze. Marco jest prze­ko­nany, że Emma Jean jest człon­ki­nią ple­mie­nia. A do­kład­niej rzecz bio­rąc, twoją córką.

- Co, do chuja...? - wy­rzuca z sie­bie Wódz, od­stępu-jąc na krok, jak­bym go pchnął.

- Po­myśl chwilę. Czy jest ja­ka­kol­wiek szansa, że Ca­mila jed­nak uro­dziła dziecko? Na­wet je­śli bar­dzo ni­kła?

Wódz za­myka oczy i za­my­śla się.

- Znik­nęła bez śladu. Może i jest moż­liwe, że uro­dziła dziecko i prze­trwała ja­kiś czas, ale osta­tecz­nie Fer­nando na pewno ją do­rwał. Gdyby na­dal żyła, ode­zwa­łaby się do mnie. Je­stem tego pe­wien tak samo jak tego, że tu stoję i z tobą roz­ma­wiam.

- A więc Emma Jean może być twoją córką. Je­śli Ca­mila uro­dziła dziecko i ukryła je gdzieś, nim Fer­nando ją do­rwał...

- Hmm... Jest taka moż­li­wość - od­po­wiada wódz. - Czyli co, po­dej­rze­wasz, że Marco chciał prze­jąć jej ple­mienne przy­wi­leje?

- I zdo­być doj­ście do ple­mie­nia, żeby prze­jąć in­te­resy Be­dlam w re­zer­wa­cie. To by wy­ja­śniało, dla­czego jest na nas taki cięty. Oczy­wi­ście po­mi­ja­jąc jego ob­se­sję na punk­cie E.J.

- No cóż, naj­pierw mu­sie­liby się po­brać. - Da­vid wy­bu­cha śmie­chem, szybko jed­nak milk­nie, gdy wi­dzi mój wy­raz twa­rzy. Szczęki mam za­ci­śnięte tak mocno, że za­raz po­ła­mię so­bie zęby. Na twa­rzy wo­dza po­ja­wia się zmar­twie­nie. - Ona chyba nie...

- Nie z wła­snej woli - prze­ry­wam mu. - Ale Marco ze­brał świad­ków. Ce­re­mo­nia się od­była. Wy­daje mi się, że Sztuczka nie zdą­żyła się pod­pi­sać, ale nie zdzi­wił­bym się, gdyby Marco pod­ro­bił jej pod­pis, by do­rwać się do dóbr ple­mie­nia.

- Kurwa. Zde­spe­ro­wany typ, co? Ona na pewno pod­waży waż­ność mał­żeń­stwa, prze­cież nie za­warła go z wła­snej woli. W moim ple­mie­niu mał­żeń­stwo jest nie­ro­ze­rwalne, ale musi być praw­dziwe. Jego plan nie może się po­wieść.

- Może, je­śli ona nie prze­żyje na tyle długo, by móc wnieść sprze­ciw. - Gdy tylko wy­po­wia­dam te słowa, robi mi się nie­do­brze.

- Nie, jest jesz­cze je­den po­wód, dla któ­rego to by nie wy­pa­liło, ale w tej chwili jest on nie­istotny. Po­wiedzmy, że jed­nak by wy­pa­liło. Je­śli Marco chciałby zgar­nąć be­ne­fity na­leżne Em­mie Jean, mu­siałby do­star­czyć akt mał­żeń­stwa wraz z wy­ni­kiem ba­da­nia krwi. Je­śli by go nie do­star­czył albo do­star­czył póź­niej, wtedy nie do­stałby nic po jej śmierci. - Wódz dra­pie się po szczęce. - Za­dzwo­nię do biura i po­pro­szę, żeby mieli oko na wszyst­kie naj­śwież­sze zgło­sze­nia. Je­śli już wy­słał pa­piery albo gdy je wy­śle, bę­dziesz wie­dział, że twoja teo­ria jest słuszna. Co wię­cej, bę­dziemy mieli jej ba­da­nia krwi i bę­dzie je można po­rów­nać z mo­imi, choć mo­żesz też od razu dać mi coś, co do niej na­leży, że­by­śmy nie mar­no­wali czasu i spraw­dzili, czy twoja dziew­czyna jest moją córką.

- Na przy­kład co?

- Włos, ob­cięty pa­zno­kieć. Na­wet szczo­teczka do zę­bów się nada. Mamy w re­zer­wa­cie la­bo­ra­to­rium naj­wyż­szej klasy. Ple­mię wło­żyło w nie kupę kasy, by nie do­pu­ścić do roz­gra­bia­nia na­szych dóbr przez chci­wych lu­dzi z ze­wnątrz. Za każ­dym ra­zem spraw­dzamy za­sad­ność wszel­kich rosz­czeń.

- Lu­dzi ta­kich jak ja? - py­tam z unie­sioną brwią.

- Nie, cie­bie spraw­dzi­łem już dawno temu. W su­mie mia­łem na­dzieję, że pły­nie w to­bie krew ple­mie­nia. Czę­sto czuję, jak­byś był moim wła­snym sy­nem: bę­kar­tem, któ­rego ni­gdy nie chcia­łem mieć.

Wy­bu­cham śmie­chem.

- To kom­ple­ment?

- Je­śli chcesz. - Wódz wzru­sza ra­mio­nami.

- Za­py­tam z cie­ka­wo­ści: jak czę­sto ci, któ­rzy się zgła­szają, oka­zują się fak­tycz­nymi człon­kami ple­mie­nia? - py­tam, po­pra­wia­jąc spodnie. Dzięki temu, że pie­lę­gniarka je roz­cięła, ma­te­riał nie ociera się o ranę.

- Znacz­nie rza­dziej, niż my­ślisz. Ostatni był Rollo, a to było parę mie­sięcy temu.

- Rollo? W sen­sie je­den z mo­ich lu­dzi? - Nie mam po­ję­cia, ja­kim cu­dem o tym nie wie­dzia­łem.

- Tak, on. Prze­szedł te­sty, ale nie zło­żył wnio­sku o pie­nią­dze. Spy­ta­łem go kie­dyś czemu, ale tylko wzru­szył ra­mio­nami.

Co za dziwna sy­tu­acja. Cie­kawe, czemu Rollo ni­gdy mi nie wspo­mniał o tym, że jest człon­kiem ple­mie­nia. Mu­szę go o to kie­dyś za­py­tać, póki co jed­nak mam bar­dziej pa­lące sprawy na gło­wie.

- Przejdź się ze mną do bur­delu, to ci dam coś, co na­leży do E.J. - mó­wię.

- A co po­tem? - pyta Wódz, do­łą­cza­jąc do mnie.

- Po­tem mu­szę do­rwać Lem­minga i zo­ba­czyć, co da się zro­bić w kwe­stii uwol­nie­nia Emmy Jean.

- Pod ja­kimi za­rzu­tami ją prze­trzy­muje?

- Nie wiem, nie sły­sza­łem go, bo za­częła się strze­la­nina. Nie­ważne, i tak mu­szę ją wy­do­stać. Je­śli wy­lą­duje w wię­zie­niu sta­no­wym, Marco może ją tam do­rwać. Nie bę­dzie bez­pieczna.

Da­vid marsz­czy brwi.

- Zwol­nij tro­chę, synu. Żon­glu­jesz zbyt wie­loma pi­łecz­kami na­raz. Jak tylko opu­ścisz re­zer­wat, od­dział spe­cjalny na­tych­miast cię zgar­nie. Chyba że Marco albo Cal­lum zro­bią to pierwsi. Nie wiem, czy sły­sza­łeś, ale w ciągu ostat­niej doby w ca­łym Lac­king prze­lało się wiele krwi. Mar­ga­ret jest pod ostrza­łem. Wojna się za­częła, a ty, mój przy­ja­cielu, je­steś w jej cen­trum. Po­trze­bu­jesz planu, i to do­brego, za­nim wy­ru­szysz na dziki za­chód ulic na­szego mia­steczka.

Za­sta­na­wiam się przez chwilę, po­cie­ra­jąc skro­nie.

- Po­trze­buję na ja­kiś czas stać się nie­wi­dzialny, by nikt mnie nie szu­kał.

Wódz szcze­rzy się w uśmie­chu i kle­pie mnie w ra­mię. W oczach ma błysk.

- Co? - py­tam.

- Moje ple­mię ma ta­kie stare po­wie­dze­nie. - Wy­pro­wa­dza mnie tyl­nymi drzwiami szpi­tala i pro­wa­dzi przez pole do bu­dynku, w któ­rym mie­ści się sala na­rad Be­dlam. Kiedy je­ste­śmy już nie­mal przy wej­ściu, za­trzy­muje mnie i pa­trzy mi w oczy. - Żywi nie szu­kają mar­twych.

Roz­dział 3

Emma Jean

KAP. KAP, KAP. KAP.

Je­dyny dźwięk w po­miesz­cze­niu to od­głos ciek­ną­cego kranu. Spo­dzie­wa­łam się, że Lem­ming za­bie­rze mnie na po­ste­ru­nek, ale ku swo­jemu zdzi­wie­niu zo­sta­łam umiesz­czona w sy­pialni ja­kie­goś domu. Funk­cjo­na­riu­sze od­działu spe­cjal­nego pil­nują za­równo drzwi, jak i okien pro­wa­dzą­cych na ze­wnątrz.

Cho­dzę po po­koju, za­mar­twia­jąc się o Po­nu­rego i Gabby. Cho­dze­nie nie zdaje eg­za­minu, za­bie­ram się więc do eks­plo­ra­cji. Po­kój jest duży, z od­dzielną ła­zienką. To za-pewne główna sy­pial­nia. Jest wy­sprzą­tany i nie­malże luk­su­sowy w po­rów­na­niu ze stan­dar­dami, do któ­rych przy­wy­kłam. Pod jedną z dłuż­szych ścian stoi re­gał pe­łen ksią­żek, a nad to­a­letką na ścia­nie wisi pła­sko­ekra­nowy te­le­wi­zor. Ła­zienka jest wy­po­sa­żona w prysz­nic i od­dzielną wannę. Na półce nad umy­walką stoją świeże ko­sme­tyki po­dróżne: my­dła, pro­dukty do wło­sów, a na­wet prze­zro­czy­sta ko­sme­tyczka pełna po brzegi cieni, ma­skar i in­nych ko­sme­ty­ków, o któ­rych prze­zna­cze­niu nie mam bla­dego po­ję­cia. Z ha­czyka w ścia­nie zwisa su­szarka do wło­sów, a pod nią stoją rzędy róż­nych bal­sa­mów. Na rogu wanny uło­żono sto­sik pu­cha­tych ręcz­ni­ków.

Ol­brzy­mie łóżko w sy­pialni jest po­kryte nie­do­rzeczną wręcz liczbą po­du­szek. Na koł­drze po­roz­kła­dano dam­skie ciuszki w kilku roz­mia­rach, z nie­oder­wa­nymi met­kami. Su­kienki let­nie, dżinsy, szorty i na­wet kilka vin­tage'owych ko­szu­lek z logo róż­nych ze­spo­łów. Obok łóżka stoją rzę­dem buty: trzy pary tram­pek, trzy pary san­da­łów, trzy pary kla­pek i trzy pary wy­so­kich bu­tów. Każda trójka jest iden­tyczna, tylko w róż­nych roz­mia­rach.

Mi­nęła już co naj­mniej go­dzina, a Lem­minga na­dal ani śladu. Nikt nie wy­ja­śnił mi, co tu ro­bię. Je­stem brudna i obo­lała. Wy­koń­czona.

Sia­dam i wstaję, po czym znów sia­dam. Z każdą mi­ja­jącą mi­nutą je­stem co­raz bar­dziej sfru­stro­wana. Wstaję i idę do ła­zienki. Rów­nie do­brze mogę sko­rzy­stać z luk­su­sów, cze­ka­jąc na ja­kie­kol­wiek wy­ja­śnie­nia. Luk­sus przed tor­tu­rami? Re­laks przed wię­zie­niem? Jak zwał tak zwał - po­sta­na­wiam wziąć długą, go­rącą ką­piel. De­pi­luję się i myję włosy. Wy­cie­ram ciało ręcz­ni­kiem i sma­ruję bal­sa­mem o woni ogórka.

Owi­jam głowę i ciało dwoma ręcz­ni­kami i wra­cam do sy­pialni. Ubie­ram się w spodnie do jogi i ko­szulkę z logo ze­społu. Kładę się na łóżku.

Do snu utu­lają mnie wi­zje sil­nych, wy­ta­tu­owa­nych ra­mion i czar­nych róż.

Nie wiem, jak długo spa­łam, ale kiedy się bu­dzę, wi­dzę agenta Lem­minga cho­dzą­cego w tę i we w tę po po­koju.

- Wresz­cie się pan po­ja­wił - mam­ro­czę za­spana, po czym sia­dam i trę oczy. Już mam go za­py­tać o Po­nu­rego i Gabby, ale nie daje mi na to szans.

Prze­staje się prze­cha­dzać. Pa­trzy na mnie sze­roko otwar­tymi oczami, w któ­rych wi­dzę szok.

- On nie żyje. Wszy­scy nie żyją - szep­cze, jakby sam nie mógł uwie­rzyć we wła­sne słowa.

- Kto? - py­tam, czu­jąc, jak strach chwyta mnie za gar­dło. Prze­ły­kam z tru­dem ślinę. Na­tych­miast się wy­bu­dzam i ska­czę na równe nogi.

Lem­ming pa­trzy mi w oczy.

- Wszy­scy. Po­nury, Sandy, Haze. Wszy­scy, kurwa, nie żyją.

Roz­dział 4

Emma Jean

- Czemu mnie pan tu przy­pro­wa­dził? - py­tam Lem­minga.

- Kwe­stia pro­to­kołu - od­po­wiada, spo­glą­da­jąc na ka­merę umiesz­czoną nad drzwiami, nad któ­rymi wid­nieje na­pis KOST­NICA. - Ktoś musi zi­den­ty­fi­ko­wać ciała. Marci leży w szpi­talu w re­zer­wa­cie. Wy­liże się, ale jest na­dal nie­przy­tomna.

Marci. Za­lewa mnie fala współ­czu­cia. Stra­ciła wszyst­kich. Męża, a te­raz sy­nów.

- Nie­do­brze mi. - Chwy­tam się za brzuch. Czuję, jak­bym po­łknęła wła­sne serce, które te­raz tam gnije.

- Za­ła­twimy to szybko - za­pew­nia mnie.

- Nie chcę tam wcho­dzić - pro­te­stuję, ro­biąc krok w tył. Po­trzą­sam głową. - To nie może się dziać na­prawdę.

Agent wzdy­cha.

- Tego się nie do­wiemy, póki tam nie wej­dziemy. - Otwiera drzwi i pro­wa­dzi mnie, po­py­cha­jąc de­li­kat­nie dło­nią opartą na mo­ich ple­cach.

Na sta­lo­wych sto­łach leżą trzy ciała w pla­sti­ko­wych wor­kach. Worki są roz­pięte na tyle, by uka­zać wy­łącz­nie za­mro­żone twa­rze. W kost­nicy nie czuć za­pa­chu śmierci, je­dy­nie che­mi­ka­liów, któ­rymi za­po­biega się roz­kła­dowi. W noz­drza ude­rza mnie za­pach octu i płynu do od­ka­ża­nia.

Lem­ming po­now­nie pa­trzy w su­fit, po czym od­chrzą­kuje i pro­stuje się.

- Znasz tych męż­czyzn? - Staje za ich gło­wami, ty­łem do ma­syw­nej me­ta­lo­wej szafy na zwłoki.

Głu­pie py­ta­nie. Do­sko­nale wie, że ich znam. To musi być ele­ment pro­to­kołu.

Wpa­truję się w trzy ciała. Od­su­wam się o krok. Oczy­wi­ście, że ich znam. Czuję, jakby ich bli­skość pa­rzyła mnie i spa­lała od środka.

- Nie bój się, nie zro­bią ci krzywdy. Już nie. - Lem­ming nie zdaje so­bie sprawy z wła­snej po­myłki. A ja nie mam za­miaru go po­pra­wiać. Kiwa dło­nią, bym się zbli­żyła. Zbie­ram siły i ro­bię je­den krok, a po­tem ko­lejny. Na­pę­dza mnie je­dy­nie chęć za­koń­cze­nia tego kosz­maru. Lada chwila się obu­dzę. Je­stem tego pewna.

Pod­cho­dzę do pierw­szego stołu. Ugi­nają się pode mną ko­lana. Agent Lem­ming pod­cho­dzi do mnie i chwyta mnie za ło­kieć, da­jąc opar­cie.

- Znasz tych męż­czyzn?

- Tak. To... to oni - od­po­wia­dam, dła­wiąc się szlo­chem.

- Przy­kro mi, ale mu­sisz wska­zać ich toż­sa­mość na po­trzeby do­ku­men­ta­cji. - Choć zwy­kle jest dup­kiem, agent Lem­ming brzmi, jakby fak­tycz­nie było mu przy­kro.

Przy­glą­dam się za­mro­żo­nym twa­rzom chło­pa­ków, siłą woli pró­bu­jąc ich zmu­sić, by się obu­dzili.

- No już, imiona, pro­szę - po­ga­nia Lem­ming.

Uno­szę drżącą dłoń i wska­zuję pal­cem pierw­sze ciało.

- To Sandy - szep­czę. Pła­ka­ła­bym, gdy­bym jesz­cze miała łzy. Wska­zuję ciało na dru­gim końcu. - Tego wo­łają Haze. - Serce mi wali. Strzą­sam z sie­bie dłoń Lem­minga i staję nad cia­łem po­środku. Wy­gląda, jakby spał. Cały gniew i ból zwy­kle prze­ci­na­jące li­niami jego czoło znik­nęły. Jego zwy­kle opa­lona skóra ma te­raz od­cień wam­pi­rycz­nej bieli. Czuję, jak żo­łą­dek mi się ści­ska.

- A on? - pyta agent, sta­jąc koło mnie.

Serce opada mi do żo­łądka, Lem­ming znów musi mnie pod­trzy­mać. Nie mogę się po­ha­mo­wać. Wy­cią­gam dłoń i gła­dzę ja­sno­brą­zowe włosy, które we flu­ore­scen­cyj­nym świe­tle wy­glą­dają jak po­ma­rań­czowe. To po­łą­cze­nie na­dal jest mię­dzy nami, na­wet po śmierci. Za­kry­wam dło­nią usta w oba­wie, że je­śli po­zwolę so­bie na je­den szloch, pęk­nie tama i nie prze­stanę pła­kać już ni­gdy.

- Jak? - Udaje mi się wy­ją­kać.

- Jesz­cze nie wiem. Pa­to­log są­dowy nie skoń­czył ra­portu. - Lem­ming po­ka­zuje na ciało, któ­rego jesz­cze nie na­zwa­łam. - A on?

Naga skóra na udach przy­ci­ska się do zim­nego stołu.

Czuję wi­bra­cję. To nie stół się trzę­sie, to ja.

- To... To zna­czy... - za­czy­nam. - To Po­nury. Tri­stan Pa­ine - wy­krztu­szam. Po­chy­lam się i przy­kła­dam usta do jego ucha.

- Mój ho­nor. Moja lo­jal­ność. Moja mi­łość. Moje ży­cie. Dla cie­bie. Dla nas - szep­czę. Po pod­bródku ścieka mi łza i lą­duje na jego po­wiece. Wy­gląda, jakby to on pła­kał. Wy­cie­ram ją kciu­kiem i ca­łuję jego zimne usta. - Na za­wsze.

Gdzieś w głębi ko­ry­ta­rza roz­lega się śpiew. Me­lo­dia jest mi znana aż za do­brze. Pro­stuję się i na­słu­chuję.

- Tra­lala, tra­lala, tra­lali, nie płacz, ci­cho śpij. Tra­lala, tra­lala, tra­lali.

Śpiew się zbliża i robi gło­śniej­szy.

Po no­gach prze­bie­gają mi ciarki, jak setki ma­łych pa­ją­ków. Prze­nika mnie zimno i to nie dla­tego, że stoję koło lo­dówki na zwłoki.

Oboje od­wra­camy się w kie­runku dźwięku.

W okienku umiesz­czo­nym wy­soko w drzwiach uka­zuje się czu­bek głowy ja­kie­goś męż­czy­zny. Agent Lem­ming nie wy­daje się tym fak­tem tak za­alar­mo­wany jak ja. Ale też nie sły­szy zna­nej mu od dziecka me­lo­dyjki, po raz pierw­szy śpie­wa­nej ob­cym gło­sem.

Drzwi się otwie­rają i do środka wkra­cza męż­czy­zna w od­pra­so­wa­nym czar­nym gar­ni­tu­rze i bia­łej ko­szuli. Nie ma kra­wata. Zdej­muje z głowy kasz­kiet. Wo­kół oczu ma zmarszczki, a szczękę po­ra­sta kil­ku­dniowa szcze­cina. Przed­nie zęby ma nieco krzywe, co jed­nak nie prze­szka­dza mu się wy­szcze­rzyć w uśmie­chu na wi­dok Lem­minga. Nie mam po­ję­cia, kim jest, ale agent naj­wy­raź­niej go zna.

- Ka­mery są wy­łą­czone - in­for­muje przy­bysz Lem­minga.

- To do­brze. - Agent ota­cza męż­czy­znę ra­mie­niem i przy­ciąga w uści­sku. - Do­brze cię wi­dzieć, Alby. W końcu żeś do­tarł. - Agent Lem­ming gdzieś zgu­bił swój po­łu­dniowy za­śpiew. Brzmi zu­peł­nie obco.

- Znowu mam we łbie tę pie­przoną piosnkę. - Alby stęka i uśmie­cha się sze­roko. Jego ak­cent jest po­dobny do wy­mowy Lem­minga

- Ja sły­szę ją cią­gle, Alby. Może się przy­zwy­cza­isz.

Na­gle roz­po­znaję ten ak­cent. Jest... ir­landzki.

Kurwa. Roz­glą­dam się za naj­bliż­szym wyj­ściem, je­dyne drzwi to jed­nak te, w któ­rych stoją męż­czyźni. Za­sta­na­wiam się, czy nie rzu­cić się do ucieczki tak czy ina­czej. To może być moja je­dyna szansa.

- Je­zu­sicku, ale się Be­dlam nie po­wio­dło, co? - Alby ci­cho gwiż­dże, spo­glą­da­jąc na ciała Sandy'ego, Haze'a i Po­nu­rego.

- No, im nie. Ale za to nam się po­far­ciło. - Lem­ming od­suwa się na bok.

Alby spo­gląda na mnie.

- Zna­la­złeś ją... - szep­cze.

- Tak. - Lem­ming z dumą kiwa głową. - W samą porę.

Na mo­ment za­po­mi­nam o ucieczce i ule­gam cie­ka­wo­ści.

- Ale kogo? - py­tam, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi. - A przy oka­zji, fajny ak­cent, Lem­ming.

Agent uśmie­cha się szel­mow­sko. Alby wy­bu­cha śmie­chem, chwyta się za brzuch.

- Ma tem­pe­ra­ment. Nie­mal jej dymi z uszu.

- A ow­szem - zga­dza się Lem­ming, szcze­rząc się jak Kot z Che­shire.

- Je­stem tu z wami! - krzy­czę, czu­jąc, że się czer­wie­nię. - Nie wi­dzi­cie mnie?

Alby kle­pie agenta żar­to­bli­wie po ple­cach. Lem­ming kiwa głową.

- Wi­dzę cię wy­raź­nie jak słońce na nie­bie. - Od­wraca się do Alby'ego. - Sa­mo­lot go­towy?

Alby spo­gląda znów na ciała i kiwa głową.

- Ja­sne, Cal­lum, jak ka­za­łeś.

Z ust wy­rywa mi się ci­chy okrzyk.

- Ca-Cal­lum?

- Tak jest, Cal­lum Egan, do usług - od­po­wiada Lem­ming, pa­trząc mi w oczy.

Roz­dział 5

Emma Jean

- Jak...? - udaje mi się wy­du­kać. Sie­dzimy w luk­su­sowo wy­po­sa­żo­nej li­mu­zy­nie z mięk­kimi skó­rza­nymi sie­dze­niami. Lem­ming sie­dzi obok mnie na tyl­nej ka­na­pie a Alby pro­wa­dzi. - Ja­kim cu­dem Po­nury ni­czego się nie do­my­ślił?

- To pro­ste. Ni­gdy nie wi­dzia­łem go na oczy. Po­zna­łem Brzu­cha i Marci, ale ni­gdy Po­nu­rego. Mo­imi in­te­re­sami z nim zaj­mo­wał się Alby.

- Ale aresz­to­wa­łeś prze­cież Marci. Nie roz­po­znała cię?

- Nie wi­działa mnie, nie po­ja­wia­łem się w aresz­cie. Roz­ma­wia­łem tylko z jej sy­nami, któ­rzy nie wie­dzieli, że je­stem Cal­lu­mem Ega­nem.

- Po co te wszyst­kie kom­pli­ka­cje? - na­ci­skam

Egan jest wy­raź­nie roz­ba­wiony. Uśmie­cha się sze­roko.

- Wkrótce się do­wiesz.

Przez resztę drogi mil­czymy. Czuję, jak­bym na­gle zna­la­zła się w ja­kiejś al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści. Cal­lum obie­cał, że wszystko mi wy­tłu­ma­czy w sa­mo­lo­cie, ale gdzie ten sa­mo­lot ma le­cieć i po co, po­zo­staje ta­jem­nicą. Cal­lum wście­kle stuka w ekran te­le­fonu przez całe trzy­dzie­ści mi­nut, ja­kie zaj­muje nam do­jazd do lot­ni­ska. Czeka tam na nas sa­mo­lot z pod­sta­wio­nymi schod­kami. Cal­lum wy­siada i wita się z pi­lo­tem, pod­czas gdy Alby wy­ciąga torby z ba­gaż­nika i ru­sza ku sa­mo­lo­towi.

Przy­staję na mo­ment. Roz­pacz za­ćmie­wa­jąca mi my­śli chwi­lowo się od­dala. Ci męż­czyźni są Ir­land­czy­kami z klanu Egan. To ci sami lu­dzie, któ­rzy są prze­ko­nani, że Be­dlam prze­chwy­ciło ich trans­port he­ro­iny. To pew­nie oni za­bili Po­nu­rego i jego braci. Lem­ming wy­da­wał się zszo­ko­wany ich śmier­cią, ale to pew­nie był ko­lejny ele­ment przed­sta­wie­nia. Agent Lem­ming ni­gdy nie ist­niał.

A co, je­śli ja mia­łam być na­stępna?

Nie mogę zgi­nąć i zo­sta­wić Marci i Gabby sa­mych na świe­cie. Chyba że je też już do­rwali...

Od­su­wam od sie­bie te my­śli i sku­piam się na ob­my­śla­niu planu.

Gdy Cal­lum za­uważa, że za nim nie po­dą­żam, przy­staje, od­wraca się i po­pę­dza mnie ru­chem dłoni. Pod­cho­dzę kilka kro­ków na­przód i znów się za­trzy­muję.

- Mo­men­cik - mó­wię. - Za­po­mnia­łam... - Ury­wam i wra­cam na tylne sie­dze­nie sa­mo­chodu.

- Czego za­po­mnia­łaś? Nic ze sobą nie masz! - Cal­lum prze­krzy­kuje ryk sil­ni­ków od­rzu­to­wych. Nie za­wra­cam so­bie głowy za­my­ka­niem tyl­nych drzwi.

Prze­peł­zam po­nad opar­ciami na sie­dze­nie kie­rowcy. Dzięki Bogu klu­czyki na­dal są w sta­cyjce. Uru­cha­miam sil­nik, ką­tem oka do­strze­ga­jąc Cal­luma i Alby'ego pę­dzą­cych w kie­runku sa­mo­chodu. Wrzu­cam wsteczny i wci­skam gaz do de­chy. Nie pa­trzę we wsteczne lu­sterko, po pro­stu pę­dzę po wy­bo­istym polu. Tylne drzwi za­my­kają się same pod wpły­wem pod­sko­ków wozu.

Nie mogę so­bie po­zwo­lić na nie­do­ce­nia­nie Cal­luma. Je­śli ma wo­bec mnie ja­kieś nie­cne plany, to oczy­wi­ście w końcu mnie do­pad­nie. Li­czę tylko, że nie na­stąpi to, nim od­najdę Marci i Gabby.

Wy­jeż­dżam na dwu­pa­smową drogę. Opony śli­zgają się na pyle, prędko kontr­uję kie­row­nicą. Umiem pro­wa­dzić, bo na­uczył mnie tego je­den z żoł­nie­rzy Marca. Chciał, że­bym pro­wa­dziła sa­mo­chód pod­czas ucieczki - pla­no­wał na­paść na pry­watne spo­tka­nie po­ke­rowe. Plan ni­gdy nie zo­stał wcie­lony w ży­cie, bo gość zgi­nął, ale je­stem mu te­raz wdzięczna za to, że na­uczył mnie pod­staw jazdy.

Mija cała wiecz­ność, ale w końcu do­strze­gam na po­bo­czu znak skrętu do re­zer­watu. Jest to bil­l­bo­ard z uśmiech­niętą twa­rzą Wo­dza Da­vida sto­ją­cego na tle ka­syna. Skrę­cam kie­row­nicę, gdy na­gle szyba po mo­jej stro­nie po­krywa się siatką pęk­nięć.

Kule.

Strze­lają do mnie.

Na szczę­ście sa­mo­chód ma ku­lo­od­porne szyby - kule się przez nie nie prze­biły. Ale na­wet ku­lo­od­porne szkło nie wy­trzyma za długo cią­głej ka­no­nady.

Na ko­lana spada mi ka­wa­łek szyby.

Wci­skam gaz do de­chy. Skrę­cam ostro, gdy na przed­niej szy­bie rów­nież wy­kwi­tają pa­ję­czynki. Nic nie wi­dzę, za­lewa mnie fala ad­re­na­liny.

,,Trzy­mać się drogi. Re­zer­wat jest już bli­sko. Dam radę. Tylko się nie za­trzy­my­wać".

Pęka opona, a przy­naj­mniej tak mi się wy­daje, bo droga na­gle staje się nie­równa, jakby po­kryta ka­mie­niami. Kie­row­nica wy­rywa mi się z rąk. Nie je­stem w sta­nie utrzy­mać jej pro­sto. Tracę kon­trolę, sa­mo­chód cały wi­bruje i trzę­sie się. Me­tal chrzę­ści i ję­czy, dźwięki od­bi­jają mi się echem w uszach. Wpa­dam do głę­bo­kiego przy­droż­nego rowu.

Po­duszki po­wietrzne wy­bu­chają mi w twarz jak bomba, nie mam jed­nak czasu oce­nić, czy je­stem ranna - kule biją w ka­ro­se­rię jak grad. Prze­su­wam się na sie­dze­nie pa­sa­żera i mo­cuję z drzwiami. Okno od strony kie­rowcy eks­plo­duje i za­sy­puje mnie desz­czem odłam­ków. Kulę się pod de­ską roz­dziel­czą, po­ci­ski świsz­czą mi tuż koło głowy. Pęka okno po stro­nie pa­sa­żera.

Ko­niec. Po mnie.

Na­gle do­strze­gam w wy­bi­tym oknie pa­sa­żera ło­kieć odziany w skó­rzany rę­kaw. Za­stę­puje go wy­ta­tu­owana dłoń, która otwiera klamkę.

Moim oczom uka­zuje się Po­nury.

Naj­wy­raź­niej już nie żyję.

- Mam cię, Sztuczko. Głowa ni­sko. - Sięga po mnie i wy­ciąga mnie z sa­mo­chodu, po czym za­rzuca so­bie na ra­mię. Po le­wej i pra­wej stro­nie sa­mo­chodu wi­dzę Sandy'ego i Haze'a, ostrze­li­wują na­past­ni­ków. Po­nury wolną ręką wy­do­bywa zza pasa broń i do­łą­cza do ognia. Bra­cia osła­niają go ka­no­nadą, wy­co­fu­jąc się w las. Po­nury zsuwa mnie z ra­mie­nia i bie­rze w ob­ję­cia. Bie­gniemy da­lej przy akom­pa­nia­men­cie strza­łów. Do­ty­kam jego twa­rzy, po czym wtu­lam się w niego.

- Je­steś taki piękny, na­wet gdy nie ży­jesz, wiesz?

Roz­dział 6

Emma Jean

Bu­dzę się w szpi­tal­nej sali. Leżę na nie­wiel­kiej so­fie. Uno­szę wzrok i do­strze­gam Marci na łóżku szpi­tal­nym w cen­trum po­miesz­cze­nia.

Udało się.

Ale jak?

Na­gle so­bie przy­po­mi­nam. Po­nury. Ale to nie­moż­liwe. Prze­cież wi­dzia­łam go w kost­nicy...

To moja wy­obraź­nia i de­spe­ra­cja wy­wo­łały ha­lu­cy­na­cje.

Zsu­wam się z ka­napy, pod­cho­dzę do Marci i chwy­tam ją za dłoń.

- Tak mi przy­kro, Marci... Z po­wodu tego wszyst­kiego, co cię spo­tkało, i z po­wodu two­ich... - dła­wię się szlo­chem - two­ich chło­pa­ków.

- Na­szych chło­pa­ków - po­pra­wia mnie.

Uno­szę wzrok. Marci pa­trzy na mnie spod pół­przy­mknię­tych po­wiek. Ści­ska moją dłoń, uśmie­cha­jąc się słabo.

- Obu­dzi­łaś się. - Udaje mi się wy­skrze­czeć.

- Se­rio? - Śmieje się ci­cho, co wy­wo­łuje na­pad kaszlu.

- Po­win­naś od­po­czy­wać.

- Od­pocznę w gro­bie.

Jej do­bór słów po­wo­duje, że się wzdry­gam.

- E.J., nie smuć się. Może i je­steś przy­czyną, ale to wszystko to nie twoja wina. Nie wpro­si­łaś się na siłę do na­szego ży­cia i ro­dziny, je­steś w niej mile wi­dziana. - Śmieje się ci­cho. - Brzu­cho miał ta­kie po­wie­dzonko. - Po­now­nie ści­ska mnie za rękę. - "Za­miast ce­lo­wać w sie­bie pal­cem, ce­luj w in­nych lufą".

Uno­szę brew.

- Nie do końca ro­zu­miem...

- Ja też nie ro­zu­mia­łam, aż do te­raz. Brzu­cho był jed­nak nie­złym fi­lo­zo­fem.

- Marci, co do chło­pa­ków... - za­czy­nam, oba­wia­jąc się, że jej na­sta­wie­nie do mnie zmieni się ra­dy­kal­nie, gdy się do­wie o śmierci sy­nów.

- Nimi też się nie smuć. Ko­chają cię, zro­bi­liby dla cie­bie wszystko, tak samo jak ja.

- Wiem. Tylko że...

- Je­śli mi nie wie­rzysz, sama ich za­py­taj. Do­piero co był tu Sandy i ma­ru­dził, że nie chcę jesz­cze nic zjeść. Na pewno za­raz tu wróci i da­lej bę­dzie mi wier­cił dziurę w brzu­chu... - Marci od­pływa w sen w pół zda­nia. Jej prze­ko­na­nie, że wi­działa Sandy'ego ży­wego i zdro­wego, ła­mie mi serce. Naj­wy­raź­niej nie ja jedna pa­dłam ofiarą ha­lu­cy­na­cji.

De­li­kat­nie wy­su­wam dłoń z jej uści­sku. Roz­glą­dam się po sali i do­strze­gam drzwi do ła­zienki. Wcho­dzę i za­my­kam za sobą drzwi. Od­głos prze­krę­ca­nego zamka jest jak ude­rze­nie młot­kiem w akwa­rium - wszystko na­raz się ze mnie wy­lewa. Opa­dam na pod­łogę. Płytki prze­cina sze­ro­kie pęk­nię­cie. Za­czyna się mię­dzy mo­imi sto­pami, przy to­a­le­cie i po­dąża przez całą pod­łogę, aż do ściany przede mną. Wpa­truję się w nie w na­dziei, że roz­stąpi się i po­chło­nie mnie całą. Nie­ważne, gdzie bym wy­lą­do­wała, byle jak naj­da­lej stąd.

Przy­cią­gam ko­lana do piersi i wy­pusz­czam drżący od­dech. Czuję nie­sa­mo­wity cię­żar. Mimo to wstaję i po­chy­lam się nad umy­walką. No­sem nie­mal do­ty­kam brud­nego lu­stra. Przy­glą­dam się oso­bie, któ­rej nie wi­dzia­łam od dłuż­szego czasu. So­bie. Moje na­tu­ral­nie krę­cone włosy bun­tują się w naj­lep­sze, ota­cza­jąc twarz splą­ta­nymi pu­klami. Prze­su­wam pa­znok­ciami po po­licz­kach, chcę zdra­pać swoje ob­li­cze i prze­stać być.

,,Co ty, kurwa, wy­pra­wiasz, Emmo Jean?" - pyta głę­boki mę­ski głos w mo­jej gło­wie. Prze­staję dra­pać, za­nim po­leci krew, i opie­ram dło­nie z po­wro­tem na umy­walce. Smu­tek na­gle prze­mie­nia się w złość.

- Spier­da­laj - od­po­wia­dam, po­trzą­sam głową i za­my­kam oczy. - Nie masz już prawa mó­wić. Nie masz prawa mnie wy­py­ty­wać. - Czuję w oczach łzy. Po­cią­gam mocno no­sem i pro­stuję się, zde­ter­mi­no­wana uci­szyć jego głos. Jego już nie ma. I ni­gdy nie bę­dzie.

,,Nie po­zbę­dziesz się mnie, E.J. Je­stem czę­ścią cie­bie" - przy­po­mina mi głos wście­kłym to­nem.

- Nie! - krzy­czę, ude­rza­jąc pię­ścią w lu­stro. Głos ma ra­cję, choć tego nie chcę. Chcę tylko, żeby on ŻYŁ. - BY­ŁEŚ czę­ścią mnie. Te­raz już gówno zna­czysz. Obie­ca­łeś, że mnie ni­gdy nie zo­sta­wisz, a te­raz, kurwa, nie ży­jesz! Nie­na­wi­dzę cię za to. Za zo­sta­wie­nie mnie sa­mej. Sły­szysz? Nie­na­wi­dzę cię, kurwa! - Ko­pię szafkę pod umy­walką, aż od­pa­dają drzwiczki. Moje krzyki za­mie­niają się w szloch. Opa­dam na pod­łogę. Pod­cią­gam ko­lana do piersi i opie­ram głowę na przed­ra­mio­nach. - Tak bar­dzo cię nie­na­wi­dzę... - szep­czę.

Mo­gła­bym tak po­wta­rzać ty­siąc razy, ale i tak po­zo­sta­łoby to kłam­stwem, w które sama nie wie­rzę. Biorę kilka głę­bo­kich wde­chów i wstaję. Otwie­ram drzwi i już mam wkro­czyć do sali, gdy ktoś wpy­cha mnie z po­wro­tem do ła­zienki i za­trza­skuje drzwi. Wy­soka, mocno zbu­do­wana po­stać przy­ci­ska mnie do umy­walki. Uno­szę wzrok i za­mie­ram. Mam ha­lu­cy­na­cje, to pewne. Ko­lana ugi­nają się pode mną, ale nie upa­dam.

Po­nury mnie pod­trzy­muje.

Po­nury

- Prze­cież wi­dzia­łam cię w kost­nicy! Po­ca­ło­wa­łam cię. Nie ży­łeś, nie czu­łam od­de­chu - mówi Sztuczka. Trzyma mnie za ra­miona, wbi­ja­jąc mi drżące palce w ciało, jakby się oba­wiała, że się ulot­nię jak mgła.

- Ależ od­dy­cha­łem - za­pew­niam ją. - Tyle że le­dwo. I po­czu­łem ten po­ca­łu­nek. My­śla­łem, że to sen. - Od­su­wam jej włosy z twa­rzy i uj­muję dło­nią za po­li­czek. Wtula twarz w mój do­tyk. - Żyję, tak samo jak Sandy i Haze. Marci też, jak wi­dzisz. I Gabby, choć jesz­cze się nie obu­dziła z nar­kozy.

Sztuczka wzdy­cha głę­boko, wy­pusz­cza­jąc żal, który w so­bie no­siła. Opiera się o mnie ca­łym cia­łem. Uno­szę ją w ra­mio­nach i za­bie­ram do sali Marci, która na­dal śpi. Sa­dzam E.J. na ka­na­pie i uj­muję jej dło­nie w swoje.

- Chciało nas do­rwać tylu lu­dzi, że nie mia­łem jak się do cie­bie do­stać. Mu­sie­li­śmy sfin­go­wać swoją śmierć, żeby od­zy­skać swo­bodę ru­chu, przy­naj­mniej na ja­kiś czas. Sza­manka ple­mie­nia po­dała nam ja­kiś ko­rzeń, który głę­boko nas uśpił. Na­stęp­nie pa­to­log są­dowy wło­żył nas do lo­dówki, żeby ob­ni­żyć na­szą tem­pe­ra­turę ciała. Gdy tylko Lem­ming wy­szedł, po­dano nam za­strzyki z ad­re­na­liny, by nas wy­bu­dzić. Wła­śnie zmie­rza­li­śmy do re­zer­watu, by spraw­dzić, czy Wódz Da­vid się do­wie­dział, gdzie cię trzy­mają, kiedy wpa­dli­śmy na wy­wró­cony sa­mo­chód. Z po­czątku my­śla­łem, że...

- Nie­fajne uczu­cie, co? - pyta E.J., ocie­ra­jąc dło­nią łzy.

- No nie.

Sztuczka marsz­czy brwi.

- Kur­czę, my­ślisz, że ci go­ście, któ­rzy do mnie strze­lali, roz­po­znali cię? To mo­głoby spie­przyć cały twój plan.

- Roz­po­zna­liby, gdyby na­dal żyli.

E.J. wzdy­cha z ulgą.

- A, to do­brze.

- Tak mi przy­kro, ko­cha­nie. Nie spo­dzie­wa­łem się, że Lem­ming za­cią­gnie cię do kost­nicy.

- To nie twoja wina. A twój plan jest bar­dzo sprytny... Jest tylko jedno "ale". Lem­ming nie jest tym, za kogo się po­daje.

- Co masz na my­śli?

- Tak na­prawdę to Cal­lum Egan.