11 listopada 2021 roku. Spalenie statutu kaliskiego
Ta-ta-ta-ta-tam - bębny wybijają miarowy rytm maszerującym
Doon-doon-doon - biciem wtóruje im dzwon Zygmunt
Wojciech O. vel Aleksander J.: Polacy, jesteśmy na rynku w Kaliszu. W tym mieście, najstarszym w Polsce, za chwilę dokonamy czegoś, czego nikt z Polaków nie zrobił, ale mamy do tego prawo. Bo całe pokolenia, które zaznały krzywd, nędzy, oszustwa, tragedii, patrzą na nas w ten listopadowy dzień i chcą zaznać spokoju, że ich potomkowie dokonają zemsty. Tak jest, dobrze słyszycie, zemsty i aktu prawości. Takich świadectw naszej niewoli mamy mnóstwo. My zaczynamy od statutu kaliskiego.
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Śpiewa Tomasz Derach:
Kto Polakom dał ten pierścień wronio-kruczy,
co sprawia, że się Polak z doświadczeń nie uczy.
Mówił Kochanowski, a z wiedzy to kupił,
że Polak przed szkodą i po szkodzie głupi.
Dziś dać mamy powód, jeszcze lepszy, grubszy,
że Polak po szkodach jest jeszcze głupszy.
Może to nie Polak, a ten, co kręci.
Gdy się Polak ocknie, łeb mu może skręcić.
Jesteśmy jak dzieci, bajkami karmione,
nie widzimy żmii w gniazdo nam wsadzonej.
Co to leży niby w sojuszniczych skrętach,
a gdy czas nadejdzie, pożre nam pisklęta [...].
Po co, na co wam te śmieszne swary głupie, wszak i tak zginiemy w nuklearnej zupie.
Kucharz już się cieszy, już nożem wywija, nad tym polskim kotłem kręci mu się szyja.
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Komentarze w sieci (zapis oryginalny):
20.33, Spryt
Najlepszy utwór, jaki słyszałem ostatnio. Cały czas ciarki!
20.34, EwelaJadczak
Auuuuuu! Kamraci, jest moc!!! Gratuluję!
20.35, Lidia Joanna Wielecińska
A wspomnijcie, Kamraci, choć słowem o autorce wiersza, św. p. Agnieszce Fatydze, bez której nie byłoby treści ani tego teledysku. Amen!
20.36, Bartosz Suchta
Kto nam dał ten pierścień ktoś wie Panowie czy my musimy być zawsze w środku wszystkiego co się dzieje na Świecie
20.37, obs
Świetne, Brawo Kamraci, Pancerni, Pan Tomasz. Ten tekst powinni wysłuchać wszyscy Polacy, ale czy zrozumieją?
20.38, Dorota
Mocne, monumentalne, ponadczasowe!!! Doskonała muzyka i tekst! Tomku, tworzysz hymny naszych czasów, trudnych, mrocznych, niedorzecznych... Ale przecież wszyscy wierzymy, że Światło zwycięży!!! Damy radę Kamraci! Bóg i prawda są z nami...
20.39, Jarosław Marczewski
Nasi wielcy patrioci współcześni + wyśmienity utwór! Czego potrzeba więcej aby podniósł się ten naród z kolan?!!!!
20.40, ka22
Auuuuuuuu...POLSKA MOC RODACY KAMRACI !!!!!!4
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Marcin O.: Czołem wielkiej, niepodległej Polsce!
Tu jest Polska, a nie Polin! Tu jest Polska, a nie Polin!
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Wojciech O. vel Aleksander J.: My to unieważniamy, my to likwidujemy, my to palimy, my z tym rozwód bierzemy, my prawa żydowskieeee na tej ziemi likwidujemy, na wieki wieków amen! To jest wolna Polska wolnych Polaków, żadnych statutów, żadnych aktów! Śmieeerć wrooogom Pooolski!!!
Tłum: Śmierć! Śmierć! Śmierć!
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Fakty TVN: Manifestanci z pochodniami przemaszerowali ulicami Kalisza, wznosząc antysemickie hasła. Przed ratuszem spalili tekst statutu kaliskiego, średniowiecznego dokumentu dającego przywileje społeczności żydowskiej. Na manifestacji był też Piotr R., skazany kilka lat temu za spalenie kukły Żyda na wrocławskim rynku.
Piotr R.: I tę hołotę [...] jak w 1968 roku pogonimy do Izraela.
Wojciech O. vel Aleksander J.: Elgiebety5, pederaści, syjoniści - to są wrogowie Polski.
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Marcin O.: Polewaj! Polewaj!
Wojciech O. vel Aleksander J.: To jest statut kaliski, który nabiję na włócznię wieduna i spalony na waszych oczach będzie. Ogień go pochłonie. Wrócimy do domu wolni i szczęśliwi. To tylko symbol, ale ten proces ma się odbyć w naszych głowach, w głowach naszych dzieci, w głowach naszych wnuków. Już nigdy Polak Żydowi nie będzie niewolnikiem.
Tłum: Tu jest Polska, a nie Polin!
Tu jest Polska, a nie Polin!
Tu jest Polska, a nie Polin!
Tu jest Polska, a nie...
Śmierć Żydom!
Wojciech O. vel Aleksander J.: Do hymnu!6
Maria Konopnicka, autorka odśpiewanych słów, przez wiele lat związana z Kaliszem, "rozwydrzona bezbożnica", życiowa partnerka Marii Dulębianki, malarki i emancypantki, po fali antysemityzmu pisze Mendla Gdańskiego. Trudno uwierzyć, że jej Rota mogła stać się hymnem kamractwa.
Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród.
Nie damy pogrześć mowy,
Polski my naród, polski lud,
Królewski szczep piastowy.
Nie damy, by nas gnębił wróg.
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Nie damy miana Polski zgnieść,
Nie pójdziem żywo w trumnę,
W Ojczyzny imię i w jej cześć
Podnosim czoła dumne.
Odzyska ziemię dziadów wnuk.
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Luty 1939 roku. Zdjęcie Frani i Sabiny
- Franiu! Fleido! - zawołała zniecierpliwiona Sabina odziana w paletko i chustkę, przestępując z nogi na nogę. Jest luty, a na dworze trzaskający mróz. Za każdym razem, gdy Sabina stawia nogę na śniegu, pod wpływem jej dziewczęcego ciężaru miękki puch staje się twardy i zachęcająco trzeszczy pod podeszwą. Przez chwilę dziewczyna bawi się, przeskakując z nogi na nogę, przez co wokół niej robi się spore wgłębienie. Stara się nie myśleć, że jest jej zimno, stare botki zaczynają nasiąkać wodą, a stopy są chronione już tylko przez grube, wełniane skarpety. Co ta Frania znowu wymyśliła? - zastanawia się Sabina, stojąc przed jej kamienicą. Ale choć zmarzła na kość, cierpliwie czeka. Wie, że przyjaciółka jest bardzo zajęta i każdą wolną chwilę musi po prostu wydrzeć życiu. Z okien mieszkania Frani słyszy monotonne "trrrrrrrrrr, trrrrrrr, trrrrr". Domyśla się zatem, że koleżanka w pośpiechu kończy zlecone szycie. Dziewczynki mają dopiero po kilkanaście lat, ale już doskonale wiedzą, jak trudne potrafi być życie. Mieszkają przy ulicy Parkowej, która biegnie wzdłuż kanału Babinka dzielącego Kalisz, jedno z najstarszych polskich miast. Od nauczyciela dowiedziały się, że to za czasów ostatniego piastowskiego władcy, około roku 1361, miasto otoczone zostało kamiennym murem. To właśnie Kazimierz Wielki przyczynił się do rozkwitu i rozwoju Kalisza. "Zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną" - uczyły się podczas lekcji historii, każda w swojej szkole. Wielki król! Dziewczynki mieszkają w czynszówce właśnie przy tych historycznych, królewskich murach miejskich, tuż przy Baszcie Dorotka. Sabina lubi patrzeć na półokrągłą budowlę i wyobrażać sobie piękną dziewczynę, od której wzięła imię. Dorotka była córką kaliskiego starosty, wielkiego pana i bogacza, który króla Kazimierza pewno i znał, i gościł. Dziewczyna wyobraża ją sobie czasem jako ognistą pannę o kruczoczarnych włosach, a czasem jako melancholijną blondynkę z lokami wijącymi się przy twarzy, podobną do aniołka z obrazka, który trzyma w książeczce do nabożeństwa. By nie myśleć o dziurawych butach i powoli marznących i sztywniejących palcach, wyobraża sobie starościankę Dorotkę. Tym razem postanawia jednak, że będzie miała włosy kasztanowe, ale ciemne, a nie rude jak jej przyjaciółka Frania, i zieloną sukienkę oraz takie buciki, których Frania też nigdy nie miała. Wszyscy mówili, że Dorotka bardzo lubiła się stroić, a najbardziej w piękne buciki. Miała ich całe mnóstwo. Rozkochany w niej ojciec chciał oczywiście zapewnić jedynaczce wszystko, co najlepsze, więc przywołał z miasta szewca Marcinka i kazał mu trzewiki dla swojej córki sprawiać. Po cichu bardzo liczył, że Dorotka dobrze wyjdzie za mąż. Ale dziewczynie nie w głowie był ślub. Kolejnych kandydatów odrzucała i ojciec ze smutkiem obserwował, że bardziej cieszyło ją nowe obuwie niż zainteresowanie kawalerów. Dlatego szewc kaliski Marcin był nierzadkim gościem w ich domu, także gdy starosta wyjeżdżał. W końcu, jak to w legendzie, młodzi zakochali się w sobie i wizyty chłopaka stawały się coraz częstsze. By nie rzucać się w oczy i nie znaleźć się na językach, Marcin odwiedzał swoją Dorotkę głównie wieczorami. Niestety, wypatrzyły to straże i kiedyś pod nieobecność starosty urządziły na zalotnika zasadzkę. Efekt był tragiczny, bo Marcin spadł z murów i zginął. Gdy starosta dowiedział się, co robiła Dorotka, nieprzejednany zamknął ją w baszcie, którą kazał zamurować. Piękna starościanka umarła w niej z głodu. Sabinka ledwo powstrzymała dreszcz na samą myśl o tym, jak okrutnie ojciec postąpił z córką. Dziewczynki bardzo lubiły tę historię i czasem odgrywały właśnie tę scenę i zastanawiały się, jak straszna musi być taka śmierć z głodu.
- W ogóle śmierć musi być straszna - mówiły. - Wyobrażasz sobie, że nagle cię nie ma? Znikasz.
- Myślisz, że to musi boleć? - pytała Frania.
- Ja bym chciała tak usnąć najpierw, a potem umrzeć.
- Franka! - złościła się Sabina. - Przestań wymyślać! Jaka śmierć? Całe życie przed nami.
I już co innego zajmowało nastoletnie głowy kaliskich dziewcząt. Bo gdzieś tam po cichu zazdrościły tej rozpieszczonej Dorotce szewca Marcinka, który pokochał ją tak gorącą miłością. I jeszcze robił jej piękne trzewiki! Sabinka spojrzała na swoje buty i westchnęła. Były już do połowy przemoczone. Tymczasem charakterystyczne terkotanie maszyny do szycia w suterenie ustało i był to sygnał, że Fleida skończyła pracę. Sabina wiedziała więc, że przyjaciółka za chwilę pojawi się na dole, w pośpiechu zakładając chustkę na głowę i zapinając pasek na swoim cieniutkim paletku. Dziś się spieszyły, bo musiały wpaść jeszcze po Aneczkę. Koleżanka wyjeżdżała i jej tatko zamówił fotografa, który miał zrobić przyjaciółkom pamiątkowe zdjęcie.
- Sabcień, lecimy! - krzyknęła Fleida i nim się zorientowała, zobaczyła tylko jej rude loki, które niesfornie wypadły spod chustki. Z wysiłkiem zrobiła pierwsze kroki skostniałymi nogami.
Jesień 1939 roku. Maszyna do szycia
- Sabcień! Sabcień! - Sabina usłyszała za drzwiami cichy głos Frani. - Sabcień! Otwórz!
Rodzice już spali, więc dziewczyna cicho wymknęła się na korytarz. Jesienny chłód już dawał o sobie znać, więc zarzuciła na koszulę ciepłą, wełnianą chustę. Szybko otworzyła zasuwę i nawet nie zauważyła, jak Frania wemknęła się do środka. Z wysiłkiem postawiła na ziemi coś dużego i ciężkiego. Wszystko odbywało się w kompletnej ciszy. Od kilku tygodni przyzwyczajali się do takiego życia. Sabinę zaciekawiło, co przyjaciółka miała ze sobą, więc schyliła się i w ciemności próbowała rozpoznać nietypowy kształt. W końcu zaskoczona bardziej spytała, niż stwierdziła:
- Singerka?7
- Singerka - potwierdziła Frania niemal bezgłośnie.
- Twoja? - zapytała i właściwie nie czekała na potwierdzenie. - Jak? Dlaczego? - chciała wiedzieć zaskoczona Sabina.
- Tak trzeba - powiedziała cichutko Fleida. I dopiero teraz Sabina zdała sobie sprawę, że przyjaciółka wygląda jak cień.
Odkąd Niemcy weszli do Kalisza we wrześniu 1939 roku, życie Polaków stało się trudne. Dla polskich Żydów zaczęło się jednak prawdziwe piekło. "Po wkroczeniu do Kalisza wojsk hitlerowskich aresztowano grupę Żydów i wywieziono ich do Niemiec, gdzie przez okres pięciu tygodni obwożono ich w celach propagandowych po miastach Rzeszy w autach z napisem: "To są żydowskie świnie, które wywołały wojnę i strzelały do niemieckich żołnierzy"" - pisze Mieczysław A. Woźniak8.
Żydzi stali się ofiarami przemocy psychicznej, fizycznej i ekonomicznej. Ojciec Fleidy także stracił swój zakład krawiecki, który do tej pory dawał im skromne, ale stabilne utrzymanie. Frania też nie mogła już oficjalnie szyć. W domu zaczęło brakować jedzenia. Na dodatek w październiku kaliscy Żydzi zostali objęci przymusem darmowej pracy. "Żydzi na każdym kroku byli maltretowani, szykanowani i bici, byli on bowiem wyjęci spod ochrony prawnej i uznani jako "Staatenloser", czyli osoby nieposiadające żadnego obywatelstwa" - podaje Woźniak. "Wprowadzono wysokie kary, do kary śmierci włącznie, nawet za najdrobniejsze przewinienia"9.
Jednym z nich było opuszczanie mieszkania między godziną 17.00 a 8.00. Frania więc wiele ryzykowała, przychodząc do koleżanki. Sabina zdała sobie sprawę, że musiało się wydarzyć coś bardzo ważnego.
- Franiu, chodź - powiedziała i otoczyła koleżankę ramieniem. Ale dziewczyna pokręciła tylko głową i pokazała na singera.
- Przechowaj, proszę - powiedziała słabym głosem.
- Franiu, a ty dokąd się wybierasz? - zapytała Sabina i nagle przypomniała sobie to, co rano słyszała w kolejce po chleb. Kobiety opowiadały tam sobie, że wszyscy Żydzi zostaną przeniesieni do jakichś gett. Boże, więc Frania też. Jej przyjaciółka. Towarzyszka dzieciństwa. Powierniczka jej dziecięco-dziewczęcych tajemnic...
Nogi się pod nią ugięły. Nie mogła zrozumieć, co się dzieje. Dlaczego nagle ludzi, którzy żyli obok i jak jej rodzina walczyli z trudną rzeczywistością i próbowali przeżyć, traktuje się tak, jakby zrobili światu coś złego? Dlaczego nie mogą siadać w parkach, spacerować chodnikami czy wychodzić wieczorami z domów? Jej młode serce zaczęło się buntować.
Popatrzyła na Franię, jakby czekając, że razem coś wymyślą, ale Frani już nie było. Była Fleida, jak wołali na koleżankę rodzice, krawcy Kubiakowie z ulicy Parkowej w Kaliszu. Dziewczyna bardzo się zmieniła: wychudła i spoważniała. Stała się nagle tak dorosła. Sabina poczuła w sercu ukłucie tęsknoty za tym, co już nie powróci, za czasem, którego już nie ma. Nagle pomyślała, że przyjaciółka na pewno jest głodna.
- Chodź, porozmawiamy w kuchni - powiedziała.
Ale Fleida się wahała.
- Weź na dwa, może trzy miesiące - powiedziała tylko. - Mają nas gdzieś przenieść. Wrócę po nią, gdy to wszystko się skończy. U ciebie będzie bezpieczna.
Kilka dni później Kubiaków na Parkowej już nie było. Trafili do utworzonego w mieście obozu przejściowego. Singer czekał na Fleidę od końca października po grudzień. W 1940 roku stało się jasne, że to wszystko szybko się nie skończy.
Styczeń 2022 roku. Rzeczy osobiste
Hotel Europa mieści się tuż przy kaliskim rynku, nad samą rzeką Prosną, niedaleko dawnej dzielnicy żydowskiej. Z balkonu mam piękny widok na miejsca, których przyjechałam tu szukać. Wnętrze jest ciężkie i trochę przytłaczające, ale korytarze mają jeden niewątpliwy atut. Powieszono na nich zdjęcia, na których widać przedwojennych mieszkańców, także żydowskich. Nim do miasta wkroczyli Niemcy i ich Einsatzgruppen, nim założyli tu Gestapo i rozpoczęli planową eksterminację, Żydzi stanowili jedną trzecią mieszkańców. Jak podają źródła, około 30 tysięcy osób. Przeżyło niewielu. Patrzę na czarno-białe fotografie i próbuję zrozumieć, ale i zapamiętać. Na jednym ze zdjęć widać plac Dekerta, nazwany tak na cześć byłego prezydenta Warszawy, kupca i działacza mieszczańskiego, który wyrugował Żydów ze swojego miasta. Gdy po miesiącu wrócili, stali się ofiarami zamieszek. Był maj 1790 roku. Tak, to właśnie na ten kaliski plac, do budynku Hali Targowej zapędzono Kubiaków. Mogli wziąć ze sobą tylko bagaż osobisty. Co zabrała Fleida? Swój skarb - maszynę do szycia - oddała Sabci. Ale co zrobiła z igłami, nićmi i materiałami? Pewno zostały na Parkowej, bo Żydom nie wolno było zabierać własnych towarów z firm i sklepów. Co ja bym wzięła z dotychczasowego życia, udając się w nieznane? Nie wiem. Nie byłabym tak praktyczna, by brać poduszki i kołdry. Zapakowałabym pewno wygodne ubrania, buty, rzeczy osobiste i kilka zdjęć. Na pewno wzięłabym zeszyt i długopis, by opisać to, co się dzieje, bo tylko tak umiem rozumieć świat. Chyba nic więcej. Nie, jeszcze jakąś ważną i mądrą książkę, wielokrotnie czytaną, z której mogłabym czerpać pewność, że tamten świat istnieje, że nie był ułudą czy snem. Ale ja wiem, co się stało później, więc byłabym minimalistką, a Fleida tego nie wiedziała. Myślała, że wróci. Pewno więc brała w pośpiechu to, co wydawało jej się konieczne na dwa, trzy miesiące. Garnek? Bo przecież gotować w czymś trzeba. Nóż? Bo przecież kroić czymś trzeba. Koszulę nocną? I tę chustkę, którą włożyła do zdjęcia w lutym z Sabcią i Aneczką. Nie miała świadomości, że cokolwiek weźmie, i tak zostanie jej odebrane, a zwykły grzebyk czy zdjęcie będzie musiała ukrywać. Zanim Żydów wypędzono, otoczono ich domy. Dostali kilka minut na opuszczenie mieszkań. Pod eskortą żandarmów policjanci z Schupo10 zaprowadzili ich razem z resztkami ich dawnego życia do budynku Hali Targowej. Jak ogromne musiały być strach i przerażenie. Komuś musiał upaść bagaż w tym ścisku i rozsypać się bezwstydnie na ulicy, pokazując każdy kłopotliwy sekret. Przystaje więc taki ktoś zrozpaczony i kucając, próbuje pozbierać swoje skarby, bo to jedyne, co ma. Ale już podbiega żandarm i popycha go brutalnie kolbą karabinu. "Wstawaj!", "Zostaw to, ty brudny Żydzie!". A więc są też zagubienie i bezradność. Człowiek próbuje tłumaczyć, że przecież miał prawo wziąć swoje rzeczy. Dostaje za to tą samą kolbą w głowę. Pojawiają się krew i ból. Nie, ból musi być najpierw. I te pytania do Boga też się muszą pojawić: "Dlaczego?". "Dlaczego, dobry Boże, znowu tak nas doświadczasz". A Jahwe milczy. Zaczyna padać deszcz, bo polska jesień w listopadzie bywa już wilgotna. Jest mokro, zimno, ciasno i tak brzydko, że nawet nadzieja ucieka w pośpiechu. Kobiety płaczą, mężczyźni zresztą też. I dzieci. Płaczą, bo kto nad nimi zapłacze? Kto im pomoże? Jedyna nadzieja w Niemcach. Przecież to też ludzie. Może jeśli Żydzi nie będą sprawiali problemów, to nic złego im się nie stanie. Ten człowiek, który upuścił bagaż, powinien uważać. W końcu takie wysiedlenie musi przebiegać sprawnie. Po co stwarzać kłopoty, po co wszystko komplikować?
Maszerują więc grzecznie i nawet płacz w końcu ustaje.
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk - po bruku przemieszczają się setki stóp
Bo to chyba musi być słychać, jak tysiącom ludzi odbiera się bezprawnie domy i dawne życie. Cisza tego nie udźwignie. Ten stukot powinien długo rozbrzmiewać po świecie, by każdy zapamiętał, jaki jest straszny.
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk
Ta, ta, ta-ta-tam, ta-tatata-tam, ta-ta...
Listopad 1939 roku. Hala braci Szrajerów
Jest już plac Dekerta. Nie wszyscy mieszczą się w Hali Targowej, więc żandarmi na szybko otaczają potrójnym drutem kolczastym część targowiska i tam wpędzają pozostałych Żydów.
Na zdjęciach w hotelu Europa, które mam przed oczami, tego nie widać. Tam utrwalono świat, którego już nie ma i który nie powróci. Rynek Dekerta od wieków żył rytmem jarmarków i dni targowych. Można zamknąć oczy i wyobrazić sobie, jak mieszkańcy kupują tutaj bajgle, chleb sitkowy, pszenny, z koprem albo z kminkiem. O chałach nie wspominając. I jeszcze cebulaki, ale nie takie jak teraz, inne, lepsze, za grosze. Musiały być sodówki, sklepiki żydowskie, w których można było kupić wodę sodową. Ale też słodycze.
A tu już sklep bławatny. Wchodzi do niego klientka, bo chce kupić materiał na sukienkę. Sprzedawca kłania się uniżenie i pyta, czego potrzeba. Gdy okazuje się, że poszukiwanego materiału nie ma, klientka chce wychodzić, zmartwiona, bo u Żyda tanio. "Co jest, nie ma! Nie ma, ale będzie. Już pani siada. Tu krzesełko. Pani dobrodziejka siada, siada, siada, chwilę zaczeka i już"11. I sprzedawca wybiega za sklepu. Za chwilę wraca z całą belą potrzebnego materiału. Kupił ją u konkurenta, by zadowolić klientkę. Odcina potrzebne dwa metry i sprzedaje. Przy tym kłania się w pas i zaprasza kolejny raz. Takich sklepików jest tu mnóstwo. Żydzi skupują też butelki, stare kołdry i poduszki oraz ubrania. Wszędzie widać długobrodych mężczyzn ubranych w długie chałaty i w wielkie futrzane czapki, słychać przeciągłe "Nuuuu". Na rogu swój zakład ma dobry szewc, do którego chodzi całe miasto. Nie nosi brody, za to na głowie ma czapkę, taką jak w rosyjskim wojsku. Bo on jeszcze w carskim służył.
Wprawne oko wypatrzy ortodoksyjnego Żyda, który ma na czole tefilin, czyli małe skórzane pudełeczko, i oderwany od chaosu wokół modli się. Tu ktoś sprzedaje kobiałki i kosze z gałęzi. Tam jakaś kobieta przędzie wełnę. Co chwilę wybuchają kłótnie, ale nikt nie zwraca na to specjalnej uwagi. "A gzejre! A core!"12 - rozbrzmiewa czasami w tłumie. Z małych, niskich kramików umieszczonych dookoła co chwilę wychodzą ludzie, a gdy drzwi się otwierają, czuć z nich nieświeży zapach.
W 1920 roku atrakcyjny plac między rynkiem Dekerta a ulicą 3 Maja kupują bracia Abram i Henoch Szrajerowie. Od lat prowadzą tuż obok swój skład maszyn i narzędzi rolniczych, a zarobione pieniądze postanawiają zainwestować. Miasto chce, by na placu powstały mieszkania. Ale właśnie te zapachy dochodzące ze sklepików i kramów w całym mieście powodują, że trzeba zaostrzyć przepisy sanitarne dla bezpieczeństwa ludzi. Władze nie mają wyjścia i postanawiają oddać inicjatywę w ręce Szrajerów. "Archiwum Państwowe przechowuje kilka wersji przygotowywanej umowy. Wynika z niej, że przedsiębiorcom udzielono koncesji na budowę i eksploatację hal targowych (jeden budynek, ale kilka rzędów kramów) na 10 lat. Po tym czasie plac, na którym postawiono obiekt, miał przejść w ręce magistratu. Umowa obejmowała także opłaty roczne za udzieloną koncesję. Wcześniej Rada Miejska przegłosowała zmianę zagospodarowania terenu, tj. placu Szrajerów"13. Powstaje modernistyczna Hala Targowa, która zostaje oddana do użytku w listopadzie 1933 roku. Mieści się w niej 136 stoisk - z nabiałem, wędlinami, pieczywem, słodyczami, rzemieślniczych i przemysłowych. Dodatkowo sześć sklepów umieszczono od frontu, a pięć z tyłu, przed toaletami14. Kaliszanie cieszą się obiektem przez sześć lat. Gdy na miasto napadają Niemcy, najpierw umieszczają w nim wziętych do niewoli żołnierzy kampanii wrześniowej, później Żydów przed deportacją do gett i obozów, a ostatecznie ludność wysyłaną na roboty przymusowe do III Rzeszy. Przez chwilę trzymano tu konie wojskowych. Ludzie leżą więc w pozostawionych odchodach, rozkładają się na resztkach półek i budek targowych. Jest bardzo źle - śmierdzi bardziej niż kiedyś z kramów, panują brud i zaduch. Niemcy stłoczyli tutaj 15 tysięcy Żydów z Kalisza i okolic. Miasto huczy, bo jak w ogóle można zrobić coś takiego? "Losem swych żydowskich sąsiadów zainteresowali się Polacy, którzy 21 listopada 1939 roku przysłali do hali 3 tysiące kilogramów chleba. Potajemnie przekazywano leki, tłuszcze i ciepłe okrycia. Aby nie dopuścić do udzielania przez Polaków pomocy, wydano zarządzenie, na mocy którego "surowo zakazano Żydom przystępować do płotu ogrodzonego drutem kolczastym, otaczającego obóz, nie bliżej niż na 5 kroków". Zabroniono również podawania przez płot żywności i paczek, grożąc natychmiastowym aresztowaniem za nieprzestrzeganie zakazu. Ponadto zakazano właścicielom sklepów tytoniowych i restauracji sprzedawania Żydom papierosów i tytoniu, a dla Polaków ograniczono sprzedaż do 6 sztuk papierosów lub 2 cygar. W dniu 22 listopada na kaliskich murach zawisło obwieszczenie informujące, iż "każdy Polak, który do swego mieszkania przyjmie Żyda bądź udzieli mu schronienia, zostanie natychmiast usunięty z mieszkania""15.
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Pod drutami na placu Dekerta rozgrywają się koszmarne sceny.
Jakub Flinker, potomek bogatej żydowskiej rodziny z Kalisza: "Mój ojciec został zamordowany w drugim miesiącu wojny, w październiku 1939 roku obok Hali Targowej. Byłem tam wtedy, ale nie stałem koło ojca, tylko trochę dalej. Ojciec dostał ataku serca czy się potknął i upadł, a żandarmi go zastrzelili"16.
Podczas I Dni Kultury Żydowskiej w Kaliszu swoją historię opowiedziała Rut Aszur. Dziewczynka miała wtedy siedem lat i pod tymi trzema rzędami drutów z obozu wyciągnęła ją jej polska niańka. Uratowała jej w ten sposób życie.
Sabcia też idzie, jak wielu Polaków, pod druty i zanosi Fleidzie jedzenie.
- Byłam jeszcze u niej dwa razy, przemyciłam trochę jedzenia. Kiedy poszłam po raz trzeci, już ich nie było. Ludzie mówili, że prawdopodobnie pojechali do Koźmina - opowie po latach swojemu synowi. - A ja za kilka miesięcy zostałam zabrana do pracy przymusowej w fabryce Zollern-Werke17. Pracowałam tam codziennie po 12 godzin, na dwie zmiany - nocną i dzienną, oprócz niedziel, do pracy udawałyśmy się pieszo kilka kilometrów. Wstawałam o czwartej rano, żeby zdążyć na szóstą.
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk
Ta-ta-ta-ta-tam
Doon-doon-doon
Styczeń 1940 roku. Wspomnienie Sabiny
Żydzi zgromadzeni w hali braci Szrajerów są systematycznie wywożeni. 2 grudnia obóz zostaje otoczony przez żandarmerię i policję, a zniewoleni ludzie są prowadzeni na dworzec. Nie mają już czego gubić po drodze. Zabrano im wszystko, co materialne.
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk - po bruku przemieszczają się setki nóg
Transporty trwają od 14 grudnia 1939 roku. W sumie z miasta wyjeżdża 10 pociągów. Wszystkie jadą do Generalnego Gubernatorstwa. Ostatni, z 23 stycznia 1940 roku, trafia do obozu pracy w Koźminku. Wśród tych osób znajduje się najprawdopodobniej Fleida. Jest młoda i stosunkowo silna. Może więc pracować, a "praca czyni wolnym". Być może nie ma już przy niej rodziców. Pierwszy transport z Koźminka z osobami starszymi pojechał do Chełmna nad Nerem, do obozu zagłady. Wszystko wskazuje na to, że dziewczyna w marcu 1942 roku zostaje deportowana do Litzmannstadt Ghetto, a stamtąd pomiędzy rokiem 1942 a rokiem 1944, gdy łódzkie getto zostaje zlikwidowane, ostatecznie trafia do KL Auschwitz-Birkenau. To jej ostatni przystanek.
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk
O tym, co spotkało przyjaciółkę, Sabina dowie się po wojnie. Synowi - Mirosławowi Przędzikowi - opowie o tym wiele, wiele lat później.
- Na pewno byłem jeszcze kawalerem i pamiętam, że to była ciepła jesień - opowiada. - Byłem z mamą, Sabiną, w parku i siedzieliśmy obok szkoły muzycznej. Wtedy zaczęły się te wspomnienia.
- Całe dzieciństwo spędziłam na tej ulicy, której już nie ma - mówiła dwudziestokilkuletniemu Mirkowi mama. - Mieszkaliśmy tu w osiem osób, ja z rodzicami, dwiema siostrami i trzema młodszymi braćmi, na pierwszym piętrze. Mieszkanie miało dwie izby. Sąsiedzi mówili, że tu kiedyś mieszkali muzycy, nazywali się Wiłkomirscy. W 1930 roku mój tata, Władysław Chmielewski, niemogący utrzymać się z hektara ziemi w Goliszewie, sprzedał mały domek razem z ziemią i krowiną i przyjechał do miasta, szukając lepszego życia. Był legionistą w czasie wojny bolszewickiej. Znalazł mieszkanie przy ulicy Parkowej 5. Gospodarz poprosił o uregulowanie czynszu z góry za dwa lata, bo, jak mówił, "są małe dzieci i może się pan nie wywiązywać". Ale tato dostał pracę w pończoszarni przy ulicy Chopina 5 u pana Markusa Holtza. Miałam wówczas sześć lat. Na tym samym podwórzu mieszkało żydowskie małżeństwo z gromadką dzieci, ojcem ich był krawiec, nazywał się Kubiak. Ja zwróciłam uwagę na bardzo grzeczną dziewczynkę o kręconych rudych włosach. Wołali na nią Fleida, a polskie dzieci nazywały ją Franką. Poznałyśmy się wtedy, kiedy krótko po przyjeździe ze wsi któregoś dnia powiedziałam na podwórzu, że jestem głodna. Ona przyniosła mi połowę słodkiej chałki. Od razu wiedziałam, że będzie moją koleżanką. Wychowałyśmy się w tym parku, nie było za dużo wolnego czasu. Obie zajmowałyśmy się młodszym rodzeństwem i pomagałyśmy w gospodarstwie domowym. Ale kiedy było trochę wolnego czasu, nie odstępowałyśmy od siebie, opowiadając i zawierzając sobie dziewczęce sekrety. Ja zwracałam się do niej "Franiu", a ona wołała na mnie "Sabcień". Ona chodziła do żydowskiej szkoły na placu Kilińskiego, ja do polskiej przy ulicy 3 Maja. Kiedy dorastałyśmy, przybywało nam więcej obowiązków. Frania uczyła się szycia u swojego ojca i jeszcze dodatkowo prowadziła małe przedszkole z kilkorgiem żydowskich dzieci. Zbliżała się wojna, ale nikt nie przypuszczał, że będzie tak strasznie.
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk
Sabina też swoje przeszła. Pracowała po 12 godzin na dobę w fabryce Zollern-Werke. Pewnego dnia po prostu nie wróciła do domu. Wywieźli całą zmianę do zakładu amunicji Kruppa do Langenbielau na Dolnym Śląsku. Wtedy to była III Rzesza. Dziś to polska Bielawa, urocze miasteczko leżące u podnóża Gór Sowich. Razem z Sabiną zabrali też jej koleżankę, z którą znały się ze szkoły, a która znała też Fleidę. Jej imię i nazwisko umknęły gdzieś w sferze niepamięci i dziś są nie do ustalenia. Dziewczyna również pracowała w Langenbielau jako robotnica przymusowa u Kruppa, potentata przemysłu stalowego, działającego dziś pod marką ThyssenKrupp AG, który jest notowany na Frankfurckiej Giełdzie Papierów Wartościowych, ale uciekła. Gestapo znalazło ją w rodzinnym Kaliszu. Takie sytuacje były przez Niemców bezwzględnie karane. Dziewczynę zabrano do KL Auschwitz, a konkretnie do Birkenau. To tam zobaczyła Fleidę.
Stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk-stuk
Styczeń 2022 roku. Poemat muzyczny pana Mirosława
W Kaliszu spotykam się z panem Mirosławem Przędzikiem, synem Sabiny Chmielewskiej - Sabci. Opowie mi historię tragicznej znajomości z dzieciństwa jego mamy. Bardzo czekam na to spotkanie i nie jestem zawiedziona. Spotykam mądrego, dobrego i wrażliwego człowieka, który rozumie, co w życiu jest najważniejsze, a co mniej ważne.
- Byłem kiedyś w Auschwitz, obok w Brzezince - zaczyna swoją opowieść. - I tam sobie przypomniałem, co mama mówiła wtedy jesienią w parku. Wziąłem kamień stamtąd, położyłem o tutaj i gdy pisałem ten utwór o Fleidzie, był tu.
Pan Mirosław całe dorosłe życie pracował w Filharmonii Kaliskiej. Kiedyś jednak nieszczęśliwie przewrócił się na rowerze i ręka od tego czasu nie nadaje się już do gry na instrumencie.
- Piętnaście lat już nie gram - mówi. - Skrzypce tam jeszcze stoją. Nieraz sięgam, ale jak się nie ćwiczy, to przykro słuchać. Dlatego poświęciłem się pisaniu. Ja już się nagrałem.
W 2008 roku odbyło się prawykonanie poematu muzycznego Fleida, który napisał na cześć żydowskiej przyjaciółki mamy Sabiny. Orkiestra symfoniczna zagrała go w sali koncertowej Państwowej Szkoły Muzycznej im. Henryka Melcera w Kaliszu. Nieprzypadkowo. Właśnie tutaj mieściła się siedziba Kaliskiego Towarzystwa Muzycznego. Sabina i Frania uwielbiały słuchać muzyki, która rozbrzmiewała w tych murach i wydostawała się na zewnątrz. Później Sabina zapisała do szkoły muzycznej syna.
Pan Mirosław siada przed komputerem i wybiera odpowiedni plik.
- Gdy pisałem solówkę o Fleidzie, płakałem - mówi. - Ale jak słowami nie można, to da się muzyką.
I już z głośników słychać delikatne dźwięki. Już jestem w świecie sprzed II wojny.
- Szycie maszyny, tak się zaczyna - pan Mirosław prowadzi mnie słowami przez swoje dzieło, którego wspólnie słuchamy w zimny styczniowy wieczór. - A tu dołącza elektronika. Robi się mrocznie. Jesteśmy w parku kaliskim. Ta maszyna szyje co chwilę. Słyszy pani? Taralira. Taralira. Ona mieszkała obok tej szkoły muzycznej, tam są też odgłosy szkoły. Jeszcze monotonnie, ale pomruki przyszłego nieszczęścia już słychać.
I nagle słyszę znajome dźwięki.
- Chopin, słyszy pani? Szkoła muzyczna, dzieci ćwiczą, grają Chopina. Maszyna... taralira. Dzieci się bawią na podwórku. Koncert Vivaldiego. Kiedyś jako dziecko grałem go w szkole muzycznej. Tu się pomylił chłopczyk i wraca. Poprawił dźwięki, ptaki pomogły i jedziemy dalej. Znowu maszyna. Fleida dalej szyje. Taralira.
Dzwony w Świętym Józefie. Boże Narodzenie. Nowy Rok. Zabawa Żydów. Pan Mirosław podgłaśnia muzykę i dalej opowiada:
- Przekomarzają się. Teraz Polacy. Tu już sobie popili. Bieganina. Panika. I to uporczywe pytanie: "Dlaczego?". Tam słychać Żyda grającego na ksylofonie, chciałem cymbały dać, ale o cymbalistów trudno, a to postać symboliczna. Jest Hymn Noaha Zaludkowskiego18 i Mazurek Dąbrowskiego. I znowu dzwony w Józefie: don, don, don...
Muzyczna opowieść pana Mirosława trafia w końcu do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. To tutaj Niemcy ostatecznie przywieźli Fleidę. Słychać bieganinę, czuć strach. Jak na ironię na przywitanie skazańców gra orkiestra obozowa. I cały czas to pytanie kaliskiej Żydówki: "Dlaczego?". I bicie jej serca.
- Tak, serce Fleidy jeszcze bije - mówi cicho pan Mirosław. - Ale już kazali jej oddawać krew. Ona nie może pojąć, dlaczego się to dzieje. "Gdzie jesteś, Panie?!" Modli się, słyszymy przestraszone serduszko jeszcze bijące. To skrzypce. Serduszko bije coraz słabiej. Ale ona chce żyć! Pod koniec modlitwy w ostatnim tchnieniu przypomina sobie pieśń, którą wspólnie Polacy i Żydzi śpiewali, bo nie występuje w niej postać Jezusa.
Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki
Otaczał blaskiem potęgi i chwały,
Coś ją osłaniał tarczą swej opieki
Od nieszczęść, które przygnębić ją miały.
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:
Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!19
- Pojawia się Abraham, wiolonczela solo, i strofuje Fleidę: "Nie można wątpić w istnienie Pana!" - opowiada dalej pan Mirosław. - I głupi jest ten Abraham w tej Brzezince, gdy tak stoi na polu przed drutami i złorzeczy tej młodziutkiej konającej dziewczynie. I wydaje się, że ona wie więcej o życiu niż on. Jeszcze się postawił. I co? I sam zwątpił. Na samym końcu z zaświatów słyszymy jeszcze Fleidę. "Dlaczego?" I jeszcze taki ostatni takt, akcent narodu żydowskiego.
Milczymy. Fleida odbiera mi słowa. Próbuję opanować emocje. Na szczęście pan Mirosław zaczyna mówić dalej:
- Pikolo, dwa flety, dwa oboje, dwa klarnety, dwie waltornie, jedna trąbka, puzonów trzy dałem: raz, dwa, trzy. Tak, trzy kotły, ksylofon, dzwoneczki, dzwony i tam te różne pukawki. Altówka, kontrabas. Tak to wygląda.
Zaczynam oddychać.
- Ten fragment, gdy Fleida umiera, można zrobić oktawę niżej i spokojnie zaśpiewa wokalistka. Fleida miała przecież 17 lat. Płakałem, jak pisałem tę solówkę. Mocno, aż się krztusiłem. Sam proces to potworna praca. Nieraz w nocy wstawałem trzy razy. To cały czas w głowie było. A ile razy poprawiałem, wracałem.
Chcę ze ściśniętego gardła wydusić pytanie, dlaczego to napisał, ale na szczęście pan Mirosław mówi sam:
- Ona jest symbolem tych młodych dziewczyn, które oddawały krew dla niemieckich żołnierzy na front. Krew żydowska była be, ale na front można. Przewodnik o tym opowiadał wtedy w Auschwitz i mi się Frania przypomniała. Przyszedłem do domu, musiałem przetrawić, przeżyć. Ale myśl już zaświtała. - I dodaje: - Fleida staje się symbolem tego Kalisza żydowskiego. Chciałem się pokłonić wszystkim Żydom kaliskim, wszystkim Żydówkom. Ale wszystkim nie dam rady. Więc choć jednej.
Lato 1943 roku. Eksperymenty w Auschwitz
Próbuję znaleźć więcej informacji o Fleidzie Kubiak. Piszę do Muzeum Auschwitz, czy taka dziewczyna została zarejestrowana jako więźniarka. Odpowiedź jest negatywna. Zaskoczona nie jestem, bo podobne odpowiedzi dostawałam, gdy pisałam Dziewczyny z Gross-Rosen, moją ostatnią książkę. Nie wszystkie kobiety, które przebywały w KL Auschwitz-Birkenau, były wciągane do ewidencji. Więźniarkami stawały się dopiero wtedy, gdy trafiały do różnych filii KL Gross-Rosen. Więc z Fleidą może być podobnie. Tylko że ona do Gross-Rosen nie trafia... ani do żadnego innego obozu.
To, że Fleida miała pobierane duże ilości krwi i to ją zabiło, powiedziała już po wojnie Sabinie koleżanka, z którą trafiła do Langenbielau. Kobieta przywieziona po ucieczce za karę do Birkenau widziała Franię jeden raz. Potem mówiła, że przymusowo oddawała krew na niemiecki front i że umarła. Tylko tyle.
Ale dr Wojciech Płosa, szef archiwum w Muzeum Auschwitz, który odpisuje na mojego e-maila, podsuwa mi jeszcze jeden trop: "Opis przyczyny śmierci tej dziewczynki w pewnym stopniu można odnieść do wzmianek w relacjach i wspomnieniach dzieci, które były ofiarami pseudomedycznych eksperymentów doktora Mengelego, które podkreślają, że Mengele wielokrotnie kazał pobierać tym dzieciom duże ilości krwi" - pisze. "Mogło to się przyczynić do znacznego osłabienia i tak już wycieńczonych organizmów niektórych z tych dzieci, a w efekcie do ich śmierci".
Zaczynam więc szukać w zeznaniach więźniów Auschwitz, którzy już po wojnie wspominali Mengelego. Jedna z pierwszych historii, na którą trafiam, stała się udziałem Lidii Maksymowicz. W 1943 roku, gdy trafiła razem z mamą Anną i dziadkami do KL Auschwitz, miała zaledwie trzy latka, nazywała się Luda Boczarowa i pochodziła z Mińska. Matka tłukła jej to do głowy nieustannie. Zwłaszcza wtedy, gdy obóz miał być ewakuowany. I słusznie, bo właśnie dzięki temu kobiety po 17 latach od tych wydarzeń ponownie się połączyły - jak ludzie, którym zerwano więzy. W styczniu 1945 roku Anna ruszyła w marsz śmierci, a mała Luda została w Auschwitz. Nie miała rodziców, więc zaopiekowała się nią polska katolicka rodzina. Była pewna, że jej biologiczna mama nie żyje, więc nawet jej nie szukała. Tymczasem matka, która przeżyła marsz śmierci i Bergen-Belsen, dowiedziała się, że dzieci z Auschwitz zabrano do sierocińców w ZSRR. Tam więc szukała córki. Zjeździła całą Rosję. Bez skutku. Po latach, gdy już zaczynała tracić nadzieję, połączył je Czerwony Krzyż. W 2021 roku o Lidii Maksymowicz świat usłyszał powtórnie, gdy podczas audiencji u papieża Franciszka ten niespodziewanie pocałował jej wytatuowany na ręce obozowy numer. Mała Luba przeżyła dokładnie to, co Fleida. Trafiła w ręce Mengelego, który wytoczył z niej krew dla niemieckich żołnierzy. Gdy matka zobaczyła dziecko po tym akcie bestialstwa, było przeźroczyste. Ale silny organizm wytrzymał, a dziewczynka od tej pory ukrywała się w obozie przed lekarzami.
W aktach dotyczących Anioła Śmierci z Auschwitz znajduję też historię Elżbiety Piekut, Żydówki urodzonej w 1920 roku w Kaliszu. Po wojnie kobieta pracowała jako sekretarka Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej i złożyła zeznania przed członkami komisji badającej zbrodnie drugowojenne. Trafiła do Auschwitz oskarżona o wspomaganie ruchu oporu. Była pielęgniarką i świadomie zgłosiła się w konzentrationslager do obozu cygańskiego, w którym więziono romskie dzieci. To właśnie na nich Mengele przeprowadzał swoje okrutne, nikczemne i niczemu niesłużące eksperymenty.
"Zadawałyśmy sobie pytanie, jaki był cel zorganizowania takiego bloku - mówiła kobieta w 1966 roku. - Po upływie około trzech tygodni powiadomiono nas, że na blok nasz przyjdzie komisja. Istotnie, około połowy sierpnia przyszedł doktor Mengele w asyście dwóch niemieckich podoficerów oraz Lagerälteste Soni Starostka20, która bardzo ujemnie zapisała się w historii obozu. Po zlustrowaniu bloku otrzymałam zarządzenie, abym według wykazu numerów (wszystkie dzieci miały tatuaże na rączkach) przyprowadzała je do ambulatorium, znajdującego się na terenie obozu męskiego, grupami i według wieku. Wszystkie dzieci miały być "przebadane". Odprowadzałam stosownie do zarządzenia dzieci do ambulatorium i byłam obecna zawsze przy tych "badaniach". Przy mnie przeprowadzono badania antropometryczne, rentgenologiczne i morfologiczne. [...] Najbardziej jednak traumatyczne były badania morfologiczne. Dzieciom pobierano krew z palca, a następnie z żyły. One strasznie bały się ukłuć, nie pozwalały się dotknąć, krzyczały, broniły się. Robiły to kobiety w białych kitlach, niestrzyżone, bez chustek na głowach. [...] Kobiety te, aby zwalczyć opór dzieci, często uciekały się do przemocy: szarpały dzieci, ściskały im rączki, popychały... Było to okropne widowisko [...]. Po upływie pewnego czasu u "przebadanych" już dzieci pobierano krew z żyły. Każde z wybranych dzieci w ciągu sześciu tygodni oddawało przeciętnie od 20 do 50 gramów krwi. U nas mówiono, że krew ta jest przeznaczona dla żołnierzy frontowych. Zlewano ją do butelek specjalnych. Co z tymi butelkami działo się później, nie wiem"21.
Sprawdzam na stronie Narodowego Centrum Krwi. Jednorazowo pobiera się bez szkody dla organizmu do 450 ml krwi. Ale donacji nie może dokonywać osoba ważąca mniej niż 50 kilogramów, "ponieważ u osób ważących mniej mogłaby spowodować wystąpienie niepożądanych skutków. Osoba mająca niższą wagę ma w swoim organizmie również mniejszą objętość krwi. 450 ml w takim wypadku stanowi więcej niż 8-10% krążącej krwi w organizmie"22. Dlatego dzieci i osoby poniżej 18 roku życia nie mogą oddawać krwi. Szczegółowo ustalona jest też częstotliwość pobrań. Narodowe Centrum Krwi podaje, że krew można oddawać z przerwą ośmiu tygodni między donacjami. Od mężczyzn można dokonać pobrań sześć razy w roku, a od kobiet - cztery. "We wtorki, czwartki i soboty chodziłyśmy do laboratorium analitycznego"23 - opowiadała po wojnie Eva Mozes Kor, ofiara eksperymentów Mengelego, która w Auschwitz przebywała razem ze swoją siostrą Miriam. "Siedziałyśmy z Miriam na ławce z parą innych bliźniaczek. Ktoś przewiązywał nam górną część lewego i prawego ramienia cienkimi gumowymi rurkami. Zajmowały się mną równocześnie dwie osoby. Jedna wbijała igłę w moje lewe ramię, żeby pobrać krew. Po napełnieniu jednej próbówki dokonywała kolejnego wkłucia. Widziałam dłonie odbierające jaskrawoczerwone fiolki z moją krwią. Pamiętam, że się zastanawiałam, ile krwi mogę stracić i dalej żyć".
Eva i jej siostra przeżyły. Gdy robiono im pobrania, miały 10-11 lat. Fleida Kubiak miała 17 lat. Dlaczego została wybrana? Może kluczem były jej rude włosy, które zainspirowały jakiegoś szaleńca w mundurze SS?
Po Fleidzie został dostojny singer. Maszyna stała w domu przy ulicy Parczewskiego w Kaliszu, bo Parkową Niemcy zburzyli.
- Mama szyła na niej od czasu do czasu i zamyślała się: "A może Fleida gdzieś tam żyje i jeszcze po nią przyjedzie" - mówi Mirosław Przędzik. - A potem maszyna stała już z boczku. Kładliśmy na niej korespondencję. W końcu poszedłem do pani Hili i opowiedziałem jej tę historię. Wyrzuciłem ją z siebie. Jestem stary, zwijam się pomału, nie da rady z tym żyć.
Styczeń 2022 roku. Hila - Żydówka
Singera pan Mirosław przekazał Hili Marcinkowskiej. To przewodnicząca Rady Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP i naczelna Forum Żydów Polskich oraz jedyna oficjalna przedstawicielka Gminy Żydowskiej w Kaliszu. Dzięki niej maszyna do szycia Fleidy stała się jednym z eksponatów wystawy o kaliskich Żydach, którą można oglądać w Taharze - domu przedpogrzebowym na nowym cmentarzu żydowskim, który mieści się przy ulicy Podmiejskiej 21.
- Nie jestem stąd - mówi Hila, gdy w końcu spotykamy się w klimatycznej knajpce na kaliskim rynku.
Hila to imię hebrajskie, ale na wizytówce, którą mi wręcza, jest też imię polskie, Halina. Wyobrażałam ją sobie zupełnie inaczej, tymczasem siedzi przede mną piękna, dojrzała kobieta, która z pasją mówi o tym, co robi:
- Jestem osobą napływową. Przyjechałam tu z Warszawy 22 lata temu, ale urodziłam się w Sieradzu, gdzie mieszkałam do 18 roku życia. Gdy się tu pojawiłam, jako że jestem członkiem gminy żydowskiej, z automatu dostałam klucze, by opiekować się cmentarzem.
To nie oznacza, że w Kaliszu innych Żydów nie ma. Są, ale albo czują się Polakami, albo nie przyznają się do pochodzenia.
- Ja znam jakieś 15 osób, które przyznają się do pochodzenia - opowiada kobieta. - Ale na pewno w przygranicznym niegdyś mieście takim jak to jest ich więcej, tylko się do tego nie przyznają. Dlaczego? Bo ludzie nadal się boją. Mamy tu dwie panie, które korzystają z pomocy społecznej naszej gminy, są Żydówkami, ale nie chcą, by na przesyłce znalazła się choćby pieczątka gminy. Panie po prostu nadal się boją. Jedna przyjechała tu z małego miasteczka na starość, bo tam w ogóle nie mogła funkcjonować.
Hila jest inna.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
4 Wszystkie komentarze pochodzą ze strony https://www.youtube.com/watch?v=sN5sWT0XM34, dostęp: styczeń 2022. Zapis oryginalny.
5 Chodzi o osoby LGBT (przyp. red.).
6 Jako "hymn" odśpiewano Rotę Marii Konopnickiej.
7 Według Słownika języka polskiego maszyna do szycia firmy Singer to singer (rodzaj męski), nie singerka i nie singierka, jak mówi, opowiadając o niej, pan Mirosław Przędzik. Autorka jednak pozostawiła w książce jego wersję z uwagi na olbrzymi ładunek emocjonalny, jaki ta opowieść niesie. Zmiana nazwy na poprawną pozbawiłaby ją czegoś ważnego.
8 Mieczysław A. Woźniak, Eksterminacja ludności żydowskiej miasta Kalisza w okresie II wojny światowej, w: Kalisz - miasto otwarte, pod red. Krzysztofa Walczaka i Ewy Andrysiak, Kalisz 2006, s. 38.
9 Tamże, s. 38.
10 Niemiecka policja porządkowa w krajach okupowanych przez III Rzeszę.
11 Wspomnienia Teresy Szmigielskiej umieszczone na stronie teatrnn.pl, dostęp: czerwiec 2022.
12 Nieszczęście! Strapienie! Zob. Eliza Orzeszkowa, Meir Ezofowicz, t. I, Warszawa 1988, s. 16.
13 Anna Tabaka, Maciej Błachowicz, Tęcza przed Tęczą, "Życie Kalisza.pl", 28 listopada 2011 r., https://zyciekalisza.pl/artykul/tecza-przed-tecza/619838, dostęp: kwiecień 2022.
14 Tamże.
15 Kaliszanie pamiętają. Mijają 83 lata od pierwszych deportacji kaliskich Żydów, "Calisia.pl", 5 grudnia 2022 r., https://calisia.pl/kaliszanie-pamietaja-mijaja-83-lata-od-pierwszych-deportacji-kaliskich-zydow-zdjecia,60229, dostęp: grudzień 2023.
16 Daria Nowak, Żydzi w Kaliszu podczas okupacji hitlerowskiej, https://www.archiwum.kalisz.pl/zdjecia/wystawyonline/044/21.pdf, dostęp: maj 2022.
17 Prawdopodobnie chodzi o Zollern-Werke GmbH, niemieckie zakłady związane z przemysłem lotniczym, z główną siedzibą w Bremie i oddziałem w okupowanym przez Niemców Kaliszu.
18 Kantor i kompozytor kaliski. Skomponował hymn, który stał się rodzajem symbolu i jest wykonywany na światowych uroczystościach żydowskich
19 Polska pieśń religijna autorstwa Alojzego Felińskiego i Antoniego Goreckiego.
20 Najprawdopodobniej chodzi o Stenię Starostek lub Starostka.
21 Zeznania Elżbiety Piekut pochodzą ze zbiorów autorki. Zeznania złożone w październiku 1966 roku przed członkiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie.
22 Krwiodawcy.org.pl, dostęp: czerwiec 2022.
23 Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri, Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele, Warszawa 2014, s. 36.