ROZDZIAŁ DRUGI
Jane
Luty
Kawiarnia Jane, o czym sama by ci powiedziała, jest typową gwarną kawiarnią położoną na głównej ulicy niegdyś zaniedbanego przedmieścia południowego Londynu, które stało się elegancką dzielnicą. Odkąd przeprowadziła się tutaj z Frankiem sześć albo siedem lat temu, na własne oczy widziała zachodzące dookoła zmiany: coraz więcej koszy na śmieci, nowy oddział M&S Simply Food w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się całodobowy Wimbham Store. Paradygmat, elegancki salon fryzjerski dla mężczyzn, zajął miejsce starego salonu Cedrica z biało-czerwonym słupkiem oraz żółknącymi czarno-białymi zdjęciami wiszącymi w oknach. Gentryfikacja: miasto rozciągało się coraz bardziej, niczym plama po kawie wylanej na papierową serwetkę. Gdyby razem z Frankiem nie zamieszkali tu wcześniej, nie byłoby ich stać na przeprowadzkę w tę okolicę. Ale wie, że ona jest częścią tej zmiany. Często śmieje się, że ceny domów co jakiś czas wzrastają o wartość jednej sojowej latte. Jej kawiarnia jest kolejną rzeczą, na którą nie byłoby jej stać. Nazwa, Palone Ziarna, była ukłonem w stronę starych nazw małych biznesów, które tak uwielbiała. Flądra z Frytkami, Ogrody Asa Pik, Cięcie ponad Stylistów... tego już nie było.
Po kawę do Jane przychodzi nowy rodzaj mieszkańców. Lubią wspierać, a raczej uchodzić za wspierających małe firmy, a przynajmniej wtedy, gdy czekają na przesyłki z Amazona. Chude matki po trzydziestce w zawrotnie drogich ubraniach do ćwiczeń, manewrujące dookoła stolików trzykołowymi wózkami przystosowanymi do ćwiczeń (nie można marnować nawet chwili!) w drodze na cotygodniowe ploteczki z innymi mamami. Pozostający w domu metroseksualni ojcowie, popijający espresso macchiato, wpatrujący się w swoje wymuskane laptopy. Pod stołami czekają maty do jogi, a panowie, których garnitury świecą tak, jak powinny - nie dlatego, że są tanie - rozmawiają głośno o sprawach biznesowych, z wciśniętymi w uszy białymi bezprzewodowymi słuchawkami. Oni wszyscy przychodzą do Jane. Mleko migdałowe. Cappuccino na mleku owsianym. Kawa w kubkach wielokrotnego użytku dla osób, które dbają o środowisko. Wegańskie bułeczki dla milionerów. To naprawdę totalne przeciwieństwo położonego na północy miasta przemysłowego, w którym dorastała. Znajdowała się daleko od domu pod każdym możliwym względem.
Ale właśnie o to chodziło.
Zresztą banały zdarzają się w życiu wszędzie, niezależnie od tego, kim się jest i gdzie się żyje. Tak przynajmniej uważa Jane. Każda społeczność wygląda z zewnątrz jednolicie. Ludzie to ludzie, w większości są dobrzy. Jane stara się nigdy o tym nie zapominać. A kiedy miało się taką matkę jak ona, stało się to wręcz filozofią. Nawet więcej, sztuką przetrwania.
Ludzie w większości są dobrzy, ludzie w większości są dobrzy, ludzie w większości są dobrzy.
To ludzie mówią Jane, że jest szczęściarą, bo ma swój tak dobrze prosperujący biznes, że klienci na przestrzeni lat stali się stałymi bywalcami lokalu, a nawet przyjaciółmi. Ma to znaczenie, zwłaszcza odkąd po drugiej stronie ulicy otworzył się Starbucks. To ludzie mówią jej, że ma spokojną pracę. Pracę, którą łatwo godzi się z życiem. A do tego cała ta kawa. Jane zawsze odpowiada: Dziękuję, tak, jest świetnie. Tak, tak, poszczęściło mi się. Hasztag szczesciara. Hasztag kochajswojezycie. Przygotowuje zamówienia i podaje je z uśmiechem, który nigdy nie znika z jej twarzy.
Tylko ci, którzy znają ją naprawdę, wiedzą, jaka to była harówka, jak ciężko musieli pracować z Frankiem, żeby spłacać raty za dom, kredyt na firmę, opłacać rachunki. Kath, Hils i Sophie, koleżanki, z którymi ćwiczy we wtorkowe wieczory z grupą Runner Beans, wiedzą niemal o wszystkim. Znają się, odkąd rzuciła pracę biurową, wzięła kredyt i kupiła podupadający biznes przejęty przez bank. Wcześniej w lokalu sprzedawano kurczaki z rożna, firma była nieubezpieczona - jeśli wierzyć plotkom, poprzedni właściciele wynieśli się w środku nocy. Przykrywka dla dziupli narkotykowej, która należała do miejscowego gangu - kolejna z plotek. Trudno było znaleźć przymiotnik na opisanie tego, jak wyglądało wnętrze, ale do przesadnie szykownych nie należało. Potrzebowali całego roku, żeby pozbyć się zapachu spalenizny wżartego w deski i wiszącego w powietrzu smrodu starego tłuszczu zwierzęcego. Wiele podstawowych prac wykonała sama, z czego była bardzo zadowolona.
Chodzi o to, że ludzie nie wiedzą, dlaczego. Po co rezygnować z bezpieczeństwa na rzecz ryzyka? Ludzie nie mają pojęcia, że kredyt, stres i harówka były formą terapii. Nie tylko dla niej, ale też dla Frankiego. To stało się ich tratwą, jedyną rzeczą, która powstrzymała ich przed pójściem na dno. Frankie wykonał wszystkie prace hydrauliczne, zrobił większość elektryki, sam wymierzył kuchnię. Powiedział, że potem Jane "wkroczyła ze swoimi artystycznymi akcentami". Kocha, gdy ją tak drażni, zwłaszcza że miała przecież obawy, by to, co się stało - a raczej nie stało - nie zabrało im tego, co zbliżyło ich do siebie - zdolności do śmiania się z życia. Ale nie, kawiarnia pomogła im poradzić sobie z ostatnią nieudaną próbą in vitro oraz pogodzić się z bolesną decyzją, że trzeba zaprzestać prób.
Drzwi do kawiarni otwierają się, a do środka wpada podmuch zimnego powietrza, podążając za jej przyjaciółką, Sophie. Zatrzymała się tu w drodze do domu, jak zawsze we wtorki. Przychodzi po szybki zastrzyk kofeiny przed ich treningiem z Runner Beans, klubem dla biegaczy, do którego obie należą. Klub dla biegaczy w jej słowniku można znaleźć pod hasłem Regeneracja: powolne odzwyczajanie się od citalopramu, który tłumił ból, ale sprawiał, że była senna. Drugim hasłem jest Utrata wagi, bo musi pozbyć się tej dodatkowej oponki, będącej kolejną gorzką pigułką do przełknięcia. Kiedyś wciągała całą paczkę chipsów w mgnieniu oka, teraz tyje od samego patrzenia na słone przekąski.
Dzisiaj Sophie zamawia herbatę miętową, co jest nadzwyczajne.
- Trochę za bardzo w stylu generacji Z, nie sądzisz? - Jane ledwie unosi przy tym brew, po czym wskazuje na krzesło, sugerując przyjaciółce, żeby ta usiadła. Zalewa wrzątkiem torebkę wypełnioną liśćmi zebranymi na zboczu góry w Dordogne - chyba - a sobie nalewa wody z kranu.
- Dajesz radę? - pyta swoją popołudniową asystentkę. Córka Kath, Scarlett, pracuje u niej codziennie po szkole, a zapracowała sobie na tę fuchę, gdy kilka miesięcy temu przyniosła domowej roboty biscotti i oznajmiła, że chce zacząć piec, dlatego szuka pracy, żeby mieć na to pieniądze. Zapytała, czy Jane chce w to zainwestować. Stłumiła wtedy chichot, ale Scarlett była tak niesamowicie poważna, a ciastka tak przepyszne, że nie tylko pozwoliła jej pracować dwie godzinny dziennie, ale też zgodziła się sprzedawać w kawiarni jej wypieki. Tego nie można robić w Starbucksie, co nie? Teraz Scarlett raz w tygodniu realizuje zamówienie na sześćdziesiąt biscotti - zawsze pamięta o osobach z alergią na orzechy - co musi jej przynosić niezłe zyski. Przynajmniej tak uważa Jane, bo podejrzewa, że mąka, cukier, jajka i morele pochodzą z zakupów robionych przez Kath.
Zamiast odpowiedzieć, Scarlett nasuwa okulary wyżej na nos, po czym schyla się, żeby opróżnić zmywarkę. Jane zastanawia się, czy ktokolwiek inny był tak sumienny w wieku czternastu lat - sama jako nastolatka upijała się cydrem ukradzionym matce, ale to kolejna historia, której miejsce znajduje się w pudełku podpisanym Nie otwierać.
- Powinnam dać Scarlett podwyżkę - mówi i dołącza do Sophie, zajmując miejsce przy stoliku. - Dałaby radę prowadzić kawiarnię bez mojej pomocy.
Sophie uśmiecha się tak, że Jane nie ma pewności, czy przyjaciółka cokolwiek usłyszała. Dmucha na zaparzoną miętę, ale jej nie pije.
- Zmieniasz nawyki? - zagaduje Jane, wskazując brodą na kubek Sophie. Jej przyjaciółka wygląda dzisiaj wyjątkowo ładnie - nie chodzi o to, że zwykle nie jest ładna, a o to, że Jane już przywykła do jej urody i nie czuje się nią onieśmielona. Tak, dzisiaj jej oczy są wyjątkowo pełne blasku, brązowe włosy niezwykle połyskują i są ściągnięte w kucyk. - Co z podwójnym espresso z dwiema łyżeczkami cukru? - dodaje z odrobiną podejrzliwości w głosie. - Normalnie drwiłabyś z każdego, kto pije cokolwiek herbacianego.
Sophie, podobnie jak Jane, dorastała w czasach, gdy puby nie były zaliczane do gastronomii, a w małych sklepach spożywczych na półkach stało mnóstwo zakurzonych puszek z malinami w syropie, i tak samo nieobca jest jej przyjemność płynąca ze zjedzenia całej pizzy wypiekanej na kamieniu albo znakomitych meze, gdy tylko nachodzi ją na to ochota. Jej późne popołudniowe wtorkowe espresso to coś, co robią biegacze. Kofeina zaczyna działać tuż przed treningiem, około osiemnastej trzydzieści, ale pozbywa się jej z organizmu, zanim idzie spać. Dlatego Jane zastanawia się: dlaczego mięta?
Sophie nie myśli o herbacie. Albo o bieganiu. Czy kawie. Oczy ma błyszczące, a uśmiech tak rozmarzony, że wygląda, jakby się zjarała. Policzki pokrywa rumieniec. Rowek między piersiami wygląda na głębszy niż normalnie.
- Na razie nie będę pić kawy - mówi, ostrożnie odstawiając kubek na stolik i skupiając wzrok na Jane.
Właśnie w tej chwili Jane dodaje dwa do dwóch, a wynik równania uderza ją prosto w brzuch.
- Jesteś... Czy ty... Jesteś w ciąży? - Czuje uderzenie gorąca, nagłą i przytłaczającą potrzebę, by się rozpłakać. Ale udaje jej się - ledwo - zebrać do kupy i odwzajemnić pełen ekscytacji uśmiech przyjaciółki. Jest nawet w stanie przez chwilę popatrzeć jej w oczy, ale szybko spuszcza głowę pod pretekstem sięgnięcia po jej rękę. Jej oczy żyją swoim życiem. Nie jest w stanie powstrzymać napływających do nich łez. Ale to nic. Przyjaciółki wzruszają się, słysząc o dobrych wieściach od tej drugiej, prawda? A ona naprawdę jest szczęśliwa. To cudowna wiadomość. Podnieś wzrok, Jane. Podnieś wzrok.
Mruga szybko, zmusza się do uśmiechu. I w końcu patrzy na Sophie.
- O mój Boże!
- Tak. - Sophie emanuje radością, rumieni się uroczo. Po czym odwraca wzrok, jakby była zawstydzona.
Jane wie, że powinna jej pogratulować - że musi zachować się lepiej, że powinna pogratulować już pięć sekund temu, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia. I nie chodzi o to, że nie chce, bo bardzo pragnie złożyć jej gratulacje. Chodzi o to, że ma zaciśnięte gardło i jeśli otworzy teraz usta, boi się - nie, ona to wie - że wybuchnie płaczem tak jak ostatnim razem. To się nie może zdarzyć. Po prostu nie może. Tu nie chodzi o nią. A jednak chodzi, nic nie może na to poradzić. Tylko tyle jest w stanie zdziałać bieganiem, żartami i pracą. Życiowa tratwa nie jest całkowicie wodoszczelna.
Zęby ma zaciśnięte i modli się, żeby łzy nie popłynęły i pozostały lśniącą powłoką, która równie dobrze może oznaczać radość, nic poza tym. Tylko że z Sophie jest to bardziej skomplikowane, bo ona wie. Właśnie dlatego przyszła tu dzisiaj, żeby poinformować Jane na osobności, a to z jakiegoś powodu wszystko pogarsza.
Mijają kolejne sekundy. Sophie przechyla nieznacznie głowę, a gardło Jane pozostaje zaciśnięte, dlatego nie jest w stanie złożyć gratulacji. W ogóle nic nie może powiedzieć, w dodatku nie może powstrzymać przyjaciółki od zadania pytania, które padnie za jedną, dwie...
- Wszystko w porządku? - Sophie ściska jej dłoń, uśmiechając się przy tym ze współczuciem. W tym właśnie tkwi problem z prawdziwymi przyjaciółmi; widzą wszystko, czy tego chcesz, czy nie. Jesteś dla nich otwartą księgą. W dodatku Sophie jest nie tylko bardzo zabawna i wspaniałomyślna, ale też empatyczna. - Chciałam ci powiedzieć o tym twarzą w twarz, bez innych. Jeszcze przez jakiś czas nie będziemy nic mówić o ciąży. Chciałam się tylko upewnić, że nie usłyszysz od kogoś innego.
W tej chwili - bardziej niż kiedykolwiek - Jane żałuje, że powiedziała o tym Sophie. Zrobiła to, zanim naprawdę ją poznała, zanim Sophie była w ciąży z Kyle'em. Nie miała wtedy pojęcia, jak cholernie okropne będzie czyjeś współczucie, jak każda jej reakcja na jakąkolwiek informację na temat dziecka będzie analizowana pod kątem cierpienia lub, co gorsza, zazdrości. Cieszy się, że nie powiedziała nikomu innemu. Kath i Hils zawsze były cudowne, ale wolałaby, żeby te przyjaźnie pozostały takie, jakie są. Wie, że ma przez to na myśli równe.
Wyciąga z kieszeni fartucha chustkę z haftem Palone Ziarna w kącie i wydmuchuje nos.
- To chyba katar sienny - mówi. Genialne, Jane, mamy luty. - Gratuluję, kochana. Tak się cieszę. - Ściska mocno rękę przyjaciółki i dla dodatkowego efektu lekko nią potrząsa.
- Dziękuję!
Puszcza rękę Sophie i sięga po szklankę. Pije. Opróżnia naczynie.
- Chciało mi się pić bardziej, niż myślałam - mówi, choć nie ma pojęcia po co. - Aj, poważnie. Gratuluję, stara. To świetne wieści. - Bierze głęboki oddech.
- Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
- Tak! Oczywiście, że tak! Dlaczego miałoby nie być? Jestem zachwycona! Kompletnie! Niesamowicie zachwycona! No! Kyle będzie miał młodsze rodzeństwo, to cudownie! - Unosi lekko rękę w powietrze. - Masz już jakieś zachcianki? - Jest lepiej. Czuje, że bierze się w garść.
- Jeszcze nie. - Niebieskie oczy Sophie otwierają się nieco szerzej. Robi śmieszną minę. - Pewnie truskawka albo wanilia.
- Czy w dzisiejszych czasach da się zgadnąć? W sensie, może tym razem padnie na pistację. Ale się cieszę. Masz już listę imion?
- Jeszcze nie. Dopiero miałam pierwsze USG. Chcesz zobaczyć?
Boże, nie.
Przez jedną przerażającą chwilę Jane myśli, że wypowiedziała te słowa na głos. Ale Sophie już grzebie w swojej nowej torebce. Jest ogromna - ciemna skóra ugina się pod złotym zapięciem z inicjałami CD. Sophie jest bogata. Ma męża, Carla, który w zeszłym roku sprzedał swoją firmę za trzy miliony funtów i zostało mu jeszcze tylko półtora roku okresu przejściowego. Ona pracuje dwa razy w tygodniu u radcy prawnego w Norbiton, "żeby wyjść z domu".
- Oczywiście, że chcę! - Na linii włosów zbiera jej się pot. - To rodzeństwo mojego chrześniaka, na Boga. Należy do arystokracji.
Myślała, że z czasem będzie jej łatwiej, ale wcale tak nie jest, mimo że od diagnozy minęło sześć lat. O ironio, myślała wtedy, że jest w ciąży. To dlatego poszła do lekarza. Zawsze miała nieregularne miesiączki, ale gdy okres nie pojawił się trzy miesiące z rzędu, a z jakiegoś powodu dżinsy stały się za ciasne, zebrała to wszystko do kupy. Miała wtedy nudności, dlatego uznała, że to ciąża. Była szczęśliwa, tak samo jak Frankie. Starali się przez rok, na zasadzie odstawmy antykoncepcję i zobaczmy, jak to się potoczy.
Ale ku ich zaskoczeniu, trzy testy wykonane w domu wyszły negatywne.
- Czy wie pani, czym jest FSH? - zapytał lekarz pierwszego kontaktu po wielu badaniach. Rozmawiali przez telefon.
Kto by pomyślał, że w dwie minuty można komuś zrujnować życie?
- FSH? Nie, nie mam pojęcia.
- To folitropina, taki hormon. Pani jajniki szwankują, bo zaczyna pani wczesną menopauzę.
Jane zjeżył się włos na głowie, zmroziło ją do kości. Informacja przekazana tak zwyczajnie brzmiała po prostu wrednie.
- Słucham?
- Okrucieństwem przedwczesnej menopauzy - powiedział lekarz, tym razem łagodniej - jest to, że daje objawy podobne do ciąży. Może pani próbować zapłodnienia pozaustrojowego, ale przy niedoborze jajeczek obawiam się, że będzie to tylko strata czasu.
Jane miała dwadzieścia siedem lat. Była młodą kobietą. Wciąż jest młoda.
Sophie postawiła największą torbę na świecie na stole.
- Ładna torebka - mówi Jane.
- Dzięki, to od... To prezent. Ale nie jest prawdziwa.
- Wow. A wygląda, jakby naprawdę była torebką.
Sophie chichocze.
- Chodzi mi o to, że to podróbka Diora, głupku. CD?
- Płyta CD?
- Boże, Christian Dior? Co z tobą?
Jane śmieje się.
- Wybacz. Mimo wszystko jest ładna.
Sophie już zapomniała o torbie. Z jej przestrzennego wnętrza wyciąga papier i wręcza go z szerokim uśmiechem Jane, która wpatruje się w niego jak zahipnotyzowana. Patrzy na tę szarą plamkę na ciemnym tle w kształcie wachlarza. Wygląda trochę jak sękaty kamyk, jak te, które czasami widuje się na plażach, poobijane przez inne, twardsze kamienie.
Oczywiście wie, że to nie kamyk. Nie może tego schrzanić. Nie może sprawić, żeby zrobiło się tak dziwnie, jak za pierwszym razem.
- Ooo - mówi. Dodaje: - Wygląda jak Carl.
Sophie chichocze i przekrzywia głowę, jakby doszukiwała się tego podobieństwa.
- Wiem. Wielkie czarne oczy i małe rączki. Zdjęcia z USG są dziwne, nie? Chyba urodzę krewetkę.
Jane robi śmieszną minę.
- Sądząc po ustach, stawiałabym na karpia. Co myślisz?
Sophie jęczy. Obie wybuchają śmiechem i na szczęście mija panujące między nimi napięcie.
- Lepiej wrócę do pracy - mówi Jane i wstaje. - Nie chcę, żeby Kath pozwała mnie za wykorzystywanie dzieci w pracy - wiesz, jaka potrafi być. Widzimy się później? Nadal możesz biegać, prawda?
- Oczywiście! Nie jestem chora. - Sophie wstaje, prawie nie tknąwszy herbaty, i zarzuca nową torebkę na ramię. - Możliwe, że poznasz dzisiaj Lexie. Spotkałam ją na dniu otwartym na siłowni, kilka tygodni temu. - Marszczy brwi i patrzy na Jane. - Pracowałaś wtedy.
- Przecież możemy widywać się z innymi ludźmi. - Jane robi dziwną minę. - Nie wsadzę chomika Kyle'a do mikrofali ani nic takiego.
Sophie wybucha śmiechem. Ten przyjemny dla ucha dźwięk to jeden z powodów, dla których się zaprzyjaźniły. Chodziło o to, jak obie potrafiły się rozśmieszać.
- Lexie podarowała mi tę torbę. Ta dziewczyna wydaje się naprawdę miła. Jest tu nowa i wspomniała, że nikogo nie zna, więc powiedziałam jej, że Runner Beans to superekipa i powinna wpaść.
- Świetnie - odpowiada Jane, myśląc, że to typowa Sophie, która bierze kogoś pod swoje skrzydła, tak jak kiedyś zrobiła z Jane. - Jak się nazywa?
- Lexie Lane.
- Trochę w stylu Supermana.
- Myli ci się z Lois.
- Może i tak.
Przytulają się na pożegnanie - to mocny i długi uścisk, którym Jane chce przekazać przyjaciółce, że życzy jej wszystkiego, co najlepsze, że nic jej nie jest i że przy tej ciąży będzie lepiej.
Odsuwają się od siebie.
Sophie wychodzi, pasek od płaszcza zwisa luźno po jej bokach, a kucyk kołysze przy każdym kroku. Jane macha jej na pożegnanie, po czym chwyta kubek oraz szklankę i patrzy, jakby z oddali, jak te wyślizgują się z jej dłoni i rozbijają o podłogę.