Rozdział 1
Widziałam Jerzego jak żywego. Jego malachitowe oczy i hebanowe, włosy. Pamiętałam każde jego słowo, każdy gest, każdy dotyk.
Przed tygodniem wypisano mnie ze szpitala, ponieważ okazało się, że nowotwór zupełnie mnie wykończył. Przerzuty sięgały już mózgu. Leżałam w swojej sypialni, nie mogłam opuścić łóżka. Było mi dobrze. Z samego rana zjawiała się pielęgniarka, zmieniała pieluchę, zajmowała się moją toaletą. Następnie przychodził lekarz i aplikował mi zastrzyk morfiny, abym nie odczuwała bólu. Co dzień odwiedzała mnie też bratowa, przynosiła jakąś moją ulubioną potrawę, którą zjadałam łapczywie, poiła mnie sokiem pomarańczowym, zadawała mi te same zdawkowe pytania, na które nie chciało mi się odpowiadać, po czym kładła na nocnej szafce buteleczkę szampana. Lekarz pozwolił mi na jedzenie i picie wszystkiego, na co mam ochotę. Obok łóżka, na stoliku, w zasięgu ręki bez potrzeby podnoszenia się z pościeli, leżało pokaźnych rozmiarów powiększające lusterko i torebka z kosmetykami. Po wyjściu bratowej wyjmowałam z niej ogromny pędzel i róż. Po ożywieniu delikatnymi rumieńcami woskowej cery przyglądałam się sobie w lusterku. Jak na osiemdziesięcioletnią konającą kobietę nieźle wyglądałam.
Była to ostatnia, wyczerpująca czynność w danym dniu. Teraz mogłam zamknąć oczy i pogrążyć się w rozmyślaniach. Zdarzało się, że odrywał mnie od nich natarczywy dzwonek komórki leżącej na nocnej szafce. Nie podnosiłam jej, ale nie wyłączałam. Nie miałam wprawdzie ochoty na rozmowy, lecz chciałam wiedzieć, czy ktoś o mnie myśli. Od czasu do czasu łykałam nieco szampana z buteleczki.
Nigdy dotąd w ciągu długiego życia nie byłam w tak dobrym nastroju. Myślałby ktoś, że to zasługa morfiny. Z pewnością. Jednak istniała jeszcze inna przyczyna - wizja, którą przeżyłam przed wielu laty, po śmierci matki:
Pewnej nocy nie mogłam usnąć. Wstałam, przeszłam do kuchni, żeby się czegoś napić, zapaliłam światło i osłupiałam. Na krześle przy stole siedziała... mama! W pierwszej chwili ledwo ją rozpoznałam. Była młoda i piękna. Jej twarz promieniała szczęściem. Wyglądała tak samo, jak na pożółkłym ze starości zdjęciu z Klubu "Strzelców". Miała na sobie tę samą elegancką białą suknię.
- Przecież ty nie żyjesz! - wykrzyknęłam zszokowana.
- Cha, cha, cha - roześmiał się duch. - To ty nie żyjesz!
Wprawdzie ugięły się pode mną nogi, jednak nie zlękłam się tej zjawy, która zresztą natychmiast znikła, wręcz przeciwnie ogarnęła mnie radość, że przynajmniej po śmierci moja matka jest szczęśliwa.
Usiadłam na krześle, na którym ona przed chwilą siedziała i zaczęłam zastanawiać się nad znaczeniem jej absurdalnego stwierdzenia. Serce biło mi w piersi mocno, w żyłach nieprzerwanie krążyła krew, zachłystywałam się pełnią życia. A ona powiedziała, że nie żyję!
Dopiero teraz, czekając na śmierć, zrozumiałam, że matka chciała mi zza grobu przekazać, iż prawdziwe życie zaczyna się dopiero po śmierci. Przekonana byłam, że będzie ono stanowić rekompensatę za nieszczęścia doznane w życiu doczesnym, które jawiło mi się obecnie jako zły sen.
- To będzie... prawdziwe życie - wyszeptałam w rozmarzeniu.
Czekałam na nie cierpliwie, dniami i nocami rozpamiętując całą przeszłość. Mieszały mi się wspomnienia, w głowie pojawiały się bohaterki napisanych przeze mnie powieści, na przemian z autentycznymi zdarzeniami. Moja świadomość przepełniona była obrazami i emocjami, lecz traktowałam je ze spokojem. Obserwowałam to wszystko jakby z boku. Przeżywałam stan głębokiego odprężenia. Czułam się jak na statku płynącym po spokojnych falach oceanu. Nawet tajemnicę zdradzoną mi przez matkę na łożu śmierci, która mnie wówczas niesamowicie wzburzyła, teraz traktowałam z dystansem.
Przysypiałam nieraz i wtedy śniły mi się alternatywne scenariusze pośmiertnego życia. Sądziłam, że jeden z nich urzeczywistni się po śmierci. Wiara ta opierała się na teorii kwantowej dotyczącej mikroświata i zachowania cząstek elementarnych, według której świat złożony jest z nakładających się na siebie rzeczywistości. Każda cząsteczka może poruszyć się kilkoma drogami i wtedy powstaje tyle nowych wszechświatów, ile możliwych jest dróg - a w każdym z nich cząsteczka porusza się po innej. Wykoncypowałam, że tak samo jest z ludzkim życiem. Istnieje nieskończenie wiele wersji tej samej osoby w różnych odnogach rzeczywistości. Przypomina to wielkie drzewo. Jak ptak siadamy na gałęzi, nie zdając sobie sprawy, że istnieje wiele identycznych z nami ptaków, siedzących na gałęziach innych drzew w innym miejscu świata.
Pomyślałam, że po śmierci będę mogła poznawać odmienne wersje siebie samej, w innych rodzinach, z zupełnie inną historią życia. Byłam niemal pewna, że ludzka świadomość istnieje poza ograniczeniami narzucanymi przez czas i przestrzeń.
Wieczorem znowu przychodziła pielęgniarka i przygotowywała mnie do snu. Po jej wyjściu, przed zaśnięciem rozpamiętywałam krótki przebieg miłości swego życia. Widziałam Jerzego jak żywego. Jego malachitowe oczy i hebanowe włosy. Pamiętałam każde jego słowo, każdy gest, każdy dotyk. Marząc o nim, usypiałam w błogim nastroju.
W tym dniu wyraźnie czułam, że nadchodzi śmierć. Słyszałam wręcz, jak pobrzękuje kosą. Nagle...
Znalazłam się w windzie ze wzrokiem wlepionym w porażająco pięknego, wytwornego mężczyznę uderzająco podobnego do Jerzego, rozmawiającego z dystyngowanym starszym panem trzymającym w ręku niezapalone cygaro, u którego zauważyłam jedynie przez moment dłoń z sygnetem. Ledwie rzuciłam okiem na stojącego obok nich młodzieńca. Winda zatrzymała się, a ów przystojny brunet zbliżył się do mnie, gdyż zamierzali wysiąść.
- Pardon, madame - powiedział, spojrzawszy mi w oczy.
- Oh la la - wyszeptałam, po czym wyzionęłam ducha.
Rozdział 3
Ciocia cierpiała na "manię wyższości ". Tak mówił o niej ojciec. W jego oczach było to coś złego. Mnie jednak ta mania imponowała.
Ciocia Brońcia leżała w trumnie na katafalku. Bez makijażu, bez fryzury, z siwym odrostem. Nie, nie mogłam się z tym pogodzić. Zawsze była taka piękna, żywotna, elokwentna, energiczna, wprost pełna życia... W pełni życia. Miała dopiero czterdzieści lat. Wyobraziłam sobie, jak bardzo musi się wstydzić, że wszyscy oglądają ją w takim stanie. Płakałam rzewnymi łzami, podczas gdy jej córka Henia nie uroniła ni łezki. W ogóle nikt poza mną nie płakał! Jak to możliwe? Nie byłam w stanie tego zrozumieć. Przecież to było takie straszne, ta śmierć. Często spotykana, bliska osoba, piękna kobieta z płomiennie rudymi włosami, lubująca się w jaskrawych kolorach, czym ściągała powszechną uwagę, zamieniła się w poczerniałe zwłoki w czarnej sukni. W powietrzu unosiła się jakaś złowroga woń przemieszana z zapachem kwiatów.
Nigdy już cioci nie zobaczę, nigdy już nie będę mogła z nią porozmawiać, rozpaczałam. Puste miejsce przy stole... Zostanie po niej pustka. Nic. Po prostu nic. To tak jakby powstała dziura w niebie.
- Przestań wreszcie ryczeć! - zezłościła się w końcu mama, gdyż przez cały dzień pochlipywałam po kątach. - Ciekawa jestem, czy po mojej śmierci też będziesz tak płakała?
- Wtedy chyba umrę z rozpaczy, mamciu - zapewniłam ją. - Dlaczego ludzie muszą umierać? - pytałam rozpaczliwie. - To takie straszne!
Przez długi czas modliłam się za ciocię Brońcię, a ona wiecznie mi się ukazywała. Nie mogłam się nadziwić, jak to możliwe, że ona żyje, skoro widziałam ją w trumnie. Czasami bałam się jej, ale na ogół godziłam się z tym, że ona dalej żyje mimo swej śmierci.
- Kompletna bzdura - powiedziałam. - Nigdy nie wierzyłam w duchy i nigdy mi się nie ukazywały.
- A jednak tak było, tylko wymazałaś to z pamięci - odezwała się piękna dama.
Ciocia cierpiała na "manię wyższości ". Tak mówił o niej ojciec. W jego oczach było to coś złego. Mnie jednak ta mania imponowała. Na czym polegała? Przede wszystkim na ukrywaniu ubóstwa i braku wykształcenia. Ciocia Brońcia wyrażała się zawsze "wyższym stylem", którego ojciec używał tylko w rozmowach z "lepszymi ludźmi". Zastępował wówczas "całkiem" słowem "zupełnie", a zamiast "albo" mówił "ewentualnie". Z cioci śmiał się, że wyraża się "per ę, ą". Poza tym ona stroiła się i perfumowała na co dzień. Farbowała włosy. Zawsze była umalowana i miała czerwone paznokcie. Najbardziej denerwował ojca fakt, że nigdy nie przychodziła z pustymi rękami.
- No i po co ona to przynosi? - złościł się po jej wyjściu. Końca z końcem nie może związać, z głodu srać nie może, a udaje hrabinę.
Istotnie, ciocia przychodziła do nas, by zjeść coś dobrego, bo matka nie żałowała pieniędzy na jedzenie i świetnie gotowała. Ojciec był szewcem, a w tamtych czasach tak zwana "prywatna inicjatywa" kwitła.
Oczywiście nigdy cioci nie odwiedzał.
- Tam do nich, jeszcze na Wschodzie, człowiek nie śmiał wejść w butach - opowiadał z dezaprobatą - podłoga była tak napastowana, że można było się poślizgnąć, bałem się gdzieś usiąść, bo wszędzie były poduszki, poduszeczki, serweteczki. Ciocia lizała mieszkanie, a Brońcia piłowała paznokcie, pudrowała się, szminkowała, po całych dniach siedziała przed lustrem i czekała na księcia z bajki. Wykończyły z ciotką i wujka i tego męża Brońci. Nie dziw, że tak wcześnie obaj umarli. Człowiek musi się w domu czuć swobodnie. A tam u nich to trzeba było oddech wstrzymywać.
Dlaczego ta Henia nie ufarbowała cioci przynajmniej włosów, gdy wiadomo było, że już dogorywa, zżerana przez raka? Kiedy umarła, jej jedyna, ukochana córka zostawiła ją samą w mieszkaniu i przybiegła do nas.
- Niemożliwe - zaprotestowałam. Nic takiego nie pamiętam
- Okazuje się, że teraz sobie przypomniałaś. Przypomnisz sobie jeszcze wiele zdarzeń, których za życia nie pamiętałaś.
- No dobrze. Jedźmy dalej, żebym jak najszybciej skończyła z tym wspominaniem. Nie mogę się już doczekać innego życia w twojej postaci.
Przed śmiercią cioci Henia nawet nie wezwała księdza. Cóż, chyba nie kochała matki. Nie, żeby miała jej za złe tę manię wyższości. Sama też ją miała. Ale wiecznie się kłóciły. Na Wschodzie nie było sadzy w powietrzu, myło się okna od czasu do czasu, a w Bytomiu trzeba je było myć co tydzień, żeby były czyste. Kto miał to robić? Kto miał zająć się sprawunkami, ugotować obiad? Ciocia wracała późno z pracy i usiłowała ogarnąć to wszystko. Robiła Heni wymówki, że w niczym jej nie pomaga. Miała do niej żal, że wiecznie wagaruje, siedzi w domu, czyta romanse i nie uczy się. A przecież chciała zostać aktorką, musiała więc najpierw zdać maturę. Wyobrażałam sobie, ile zdrowia kosztowało to ciocię. Pewnie z tego wiecznego stresu dostała raka. Byłam o tym przekonana. Nowotwór wykończył też siostrę ojca - ciocię Lońcię i jego kuzynkę Gizę. Wszystkie trzy żyły w nieustannym stresie i wiecznie miały mnóstwo zmartwień. Chyba najgorszy był ten brud i smog, nieznany na Wschodzie, tak samo jak życie w obcym, nieprzyjaznym środowisku.
Darmowy fragment