Prawdziwie, do szaleństwa. Dzienniki - Alan Rickman

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

13 czerwca

Spo­kojna ra­dość z szy­ko­wa­nia je­dze­nia dla przy­ja­ciół.

13.00 - Mi­chael G., Chri­sto­pher i Laura Hamp­ton, Danny i Le­ila Webb, Jane i Mark oraz Rima[1] i Lily. Wy­szło słońce, więc prze­nie­śli­śmy się do ogrodu.

20 czerwca

Pa­trick Caul­field [bry­tyj­ski ar­ty­sta ma­larz] mówi, że nie znosi ma­lo­wać, choć w ten spo­sób za­ra­bia na ży­cie. "To straszne uczu­cie, kiedy wcho­dzę do tego ma­łego po­ko­iku. I ważne, że­bym coś zro­bił. Nie­ważne co. Co­kol­wiek".

21 czerwca

Wró­ci­łem do domu, włą­czy­łem BBC2 - Pina Bausch[2]. To jest ar­tyzm. (Wcze­śniej czy­ta­łem ko­lejny ar­ty­kuł w "The Face" o sek­sow­nych pod­lot­kach). Ta ko­bieta ma w so­bie tyle wdzięku i wy­ra­zi­stej au­ten­tycz­no­ści. Ro­bert Le­page[3] zło­żył wy­razy uzna­nia. Jak­żeby ina­czej.

23 czerwca

Koło 12.00 - Mi­dland Bank, po­roz­ma­wiać o kup­nie domu.

Koło 13.00 - Da­vid Cop­pard [księ­gowy A. R.] - filmy, po­datki, roz­li­cze­nia, koszty. Ja­kim cu­dem ten czło­wiek za­cho­wuje swój urok?

Koło 16.00 - Be­linda Lang[4] & [jej mąż] Hugh Fra­ser[5] - uro­dziny Lily. Ale ona jest chora. Wy­cho­dzi na to, że ura­zi­łem Ela­ine Pa­ige w dniu wy­bo­rów. Znów po­pi­sa­łem się non­sza­lanc­kim okru­cień­stwem.

24 czerwca

Koń­czę sce­na­riusz No­stromo Chri­sto­phera Hamp­tona. Jak można wci­snąć tę książkę w ramy filmu? Może jemu się udało... Sam nie wiem.

Rano wi­sia­łem na te­le­fo­nie - mało pro­wa­dzimy praw­dzi­wych roz­mów. Zwy­kle cho­dzi tylko o przed­sta­wie­nie ja­kiejś ulot­nej opi­nii.

12.00 - Si­łow­nia. Ja­koś nie mam do tego prze­ko­na­nia.

16.00 - Za­bie­ram mamę do Golds­bo­ro­ugh Apart­ments. Dzielna z niej ko­bieta. Mam wra­że­nie, że to ja ją prze­ko­nuję. Ale prawda jest pew­nie inna.

25 czerwca

Si­łow­nia. To na­prawdę ciężka praca.

Po po­łu­dniu - Roz­ma­wia­łem z Chri­sto­phe­rem o No­stromo, Bul­wa­rze Za­cho­dzą­cego Słońca - An­drew Lloyd Web­ber parę dni temu był cały we łzach. "Prze­łożę to o 6 mie­sięcy i spro­wa­dzę Hala Prince'a"[6]. Tre­vor Nunn[7] mówi, że w tej sce­nie ma być 30 se­kund dia­logu. "O czym?" "Nie­ważne".

26 czerwca

18.00 - Co­li­seum. Mak­bet... Cie­kawe po­łą­cze­nie ar­gen­tyń­skiego fa­szy­zmu z se­ria­lem Dok­tor Fin­lay.

Pe­ter Jo­nas[8], Da­vid Po­unt­ney [dy­rek­tor opery] i Mark El­der [dy­ry­gent] że­gnają się [z En­glish Na­tio­nal Opera]. Nie znam zbyt do­brze tego świata. Sie­dzę wśród grom­kich braw ota­cza­ją­cych mnie to­ry­sów. Jo­nas wy­gło­sił mowę o sztuce i służ­bie zdro­wia. Chcia­łem wtedy kla­skać, ale pu­blicz­ność aku­rat wy­brała mil­cze­nie. Pełną nie­zgody ci­szę.

28 czerwca

Wy­ścig z cza­sem. Czy­tam sce­na­riu­sze przed lun­chem z Be­lindą i Hugh - jest nieco ner­wowa at­mos­fera, bo aku­rat dzi­siaj ich opie­kunka do dziecka zło­żyła wy­po­wie­dze­nie, ale Be­linda jak za­wsze sta­nęła na wy­so­ko­ści za­da­nia i przy­go­to­wała wy­śmie­nity po­si­łek. O dziwo zdą­żyła na czas, choć do­piero o 11.30 do­wie­działa się, że lunch jest pla­no­wany na 12.30, a nie na 13.00. Wy­gląda bo­sko, mimo że jest chora, a jesz­cze była dzi­siaj w stu­dio.

22.30 - Bez­sen­ność w Se­at­tle. W po­ło­wie filmu my­ślę so­bie: "Prze­cież ja w tym gra­łem"[9].

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przed­mowa

Dni, które na­stą­piły za­raz po śmierci Alana, były nie­zwy­kłe przede wszyst­kim dla­tego, że na­gle mnó­stwo ak­to­rów, po­etów, mu­zy­ków, dra­ma­to­pi­sa­rzy i re­ży­se­rów po­sta­no­wiło wy­ra­zić wdzięcz­ność za po­moc, jaką od niego otrzy­mali.

Nie znam chyba ni­kogo in­nego z show-biz­nesu, kto wspie­rałby tylu uta­len­to­wa­nych ar­ty­stów, a na­wet bez­błęd­nie do­strze­gał ta­lent u lu­dzi na długo przed tym, gdy stali się sławni. Wiele osób mó­wiło póź­niej, że za­bra­kło im od­wagi, by po­dzię­ko­wać mu oso­bi­ście. Bali się do niego ode­zwać.

I ze wszyst­kich sprzecz­no­ści, ja­kie łą­czył w so­bie mój cu­downy przy­ja­ciel, ta oka­zała się chyba naj­więk­sza: był nie­sa­mo­wi­cie po­mocny i wspie­ra­jący, a za­ra­zem pe­łen re­zerwy.

Z tym że, oczy­wi­ście, wcale nie trzy­mał się na dy­stans. Przez cały czas był aż do bólu obecny. Wy­da­wał się nie­prze­nik­niony, ale była to tylko część pan­ce­rza ochron­nego, jaki zde­cy­do­wał się przy­wdziać. Każdy, kto jed­nak od­wa­żył się do niego po­dejść, by mu po­dzię­ko­wać lub po pro­stu o coś za­py­tać, spo­ty­kał się z nie­zwy­kle życz­li­wym po­wi­ta­niem, o które nie po­są­dziłby go nikt, kto go nie znał. Nie był też nie­po­ru­szony. Ani tro­chę. Ja sama po­tra­fi­łam go wy­pro­wa­dzić z rów­no­wagi jak nikt inny, a kiedy już po­zwa­lał dojść do głosu emo­cjom, nie oszczę­dzał mnie i za każ­dym ra­zem wy­cho­dziło mi to na do­bre.

Był życz­liwy, ale też trudny. Nie­bez­pieczny i ko­miczny. Sek­sowny i an­dro­gi­niczny. Mę­ski, choć w oso­bliwy spo­sób. Pe­łen tem­pe­ra­mentu, ale i ospały. Wy­bredny i pro­sty. Tę li­stę mo­gła­bym cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. I je­stem pewna, że nie tylko ja.

Miał w so­bie coś z wie­ko­wego mę­drca - a gdyby miał wię­cej pew­no­ści sie­bie i był w ja­kim­kol­wiek stop­niu po­datny na ze­psu­cie, praw­do­po­dob­nie za­ło­żyłby nową re­li­gię. Za­wsze po­dzi­wia­łam też jego ge­nialny gust, po­cząw­szy od pa­ró­wek, a koń­cząc na me­blach i wy­stroju wnętrz.

Nie miał so­bie rów­nych, je­śli cho­dzi o wiel­ko­dusz­ność - znaj­do­wał czas dla każ­dego. Nie­jed­no­krot­nie za­sta­na­wia­łam się, czy kie­dy­kol­wiek śpi albo ma chwilę dla sie­bie.

Mało kto po­dej­rze­wałby Alana o zdol­ność do fi­glar­no­ści, ale kiedy coś go na­prawdę roz­ba­wiło, był jak cho­chlik. Po­wstrzy­my­wał się przez ja­kiś czas, po­zwa­la­jąc, by roz­ba­wie­nie w nim na­ra­stało, a po­tem po­chy­lał się, od­wra­cał gwał­tow­nie, a jego usta roz­cią­gały się w fi­glar­nym gry­ma­sie, po któ­rym cza­sem na­stę­po­wała salwa sza­leń­czego śmie­chu. Mia­łam wtedy wra­że­nie, że za­ska­kuje sam sie­bie. A moją ży­ciową mi­sją stało się pro­wo­ko­wa­nie ta­kich sy­tu­acji.

Pa­mię­tam, że Imelda Staun­ton omal go nie za­biła opo­wie­ścią o mo­jej matce i nie­for­tun­nym in­cy­den­cie z ha­szy­szem w roli głów­nej. Ni­gdy przed­tem ani po­tem nie wi­dzia­łam, by tak się śmiał. Wy­glą­dał wtedy tro­chę jak Sfinks, który ma ła­skotki.

Któ­re­goś razu pod­czas Wi­gi­lii po­wie­si­łam w domu ga­łązkę je­mioły. Sta­łam so­bie pod nią, aż tu na­gle od­wra­cam się i wi­dzę, że w moją stronę idzie Alan. Za­do­wo­lona i pełna na­dziei unio­słam twarz w jego kie­runku. Uśmiech­nął się i pod­szedł bli­żej. Wy­dę­łam usta. Po­chy­lił się nade mną i w tej sa­mej chwili za­uwa­ży­łam w nim gwał­towną zmianę. W oczach po­ja­wił się błysk, a noz­drza za­częły mu drgać. Uniósł rękę i wy­rwał mi z brody po­je­dyn­czy długi wło­sek. "Au", jęk­nę­łam. "To po­czątki cał­kiem przy­zwo­icie za­po­wia­da­ją­cej się brody", od­parł, wrę­cza­jąc mi wy­rwany włos, po czym od­szedł.

I taki wła­śnie był Alan. Ni­gdy nie wia­domo było, czy szy­ko­wać się na po­ca­łu­nek, czy na wstrząs, ale na jedno i dru­gie cze­kało się z nie­cier­pli­wo­ścią.

Pro­blem ze śmier­cią po­lega na tym, że po­tem nie ma już na co cze­kać. Zo­staje tylko to, co już było - ale i za to je­stem do głębi wdzięczna, choć te­raz jest to głę­bia roz­pa­czy.

Ostat­nią rze­czą, jaką zro­bi­li­śmy ra­zem, była wy­miana wtyczki w lam­pie w szpi­talu. Wy­glą­dało to do­kład­nie tak samo jak wszyst­kie inne wspólne przed­się­wzię­cia. Naj­pierw ja spró­bo­wa­łam - Alan po­wie­dział, że­bym to zro­biła ina­czej - po­słu­cha­łam, ale jego spo­sób też nie dzia­łał, więc sam się tym za­jął. Znie­cier­pli­wi­łam się i za­bra­łam mu wtyczkę, żeby spró­bo­wać jesz­cze raz, ale wciąż coś nie grało. Oboje się zde­ner­wo­wa­li­śmy, a po­tem Alan cier­pli­wie roz­ło­żył wtyczkę na czę­ści pierw­sze, a na­stęp­nie umie­ścił prze­wód we wła­ści­wym otwo­rze. A ja przy­krę­ci­łam śrubkę. Na­rze­ka­li­śmy przy tym, że to taka ko­ron­kowa ro­bota. A na ko­niec na­pi­li­śmy się her­baty. Za­jęło nam to co naj­mniej pół go­dziny. Po wszyst­kim po­wie­dział: "Jak to do­brze, że nie zo­sta­łem elek­try­kiem".

Wciąż je­stem zroz­pa­czona, że już go z nami nie ma, ale w tych dzien­ni­kach za­cho­wało się bar­dzo wiele z tego, co za­pa­mię­ta­łam - jego cu­downy cha­rak­ter, o któ­rym pi­sa­łam wcze­śniej, życz­li­wość, chęć i umie­jęt­ność wspie­ra­nia in­nych, kry­tyczne i by­stre oko, in­te­li­gen­cja i hu­mor.

Do­brze było mieć go w swo­jej dru­ży­nie - w ży­ciu, w sztuce i w po­li­tyce. Ufa­łam mu bez­gra­nicz­nie.

A przede wszyst­kim był nie­zwy­kłym, wy­jąt­ko­wym czło­wie­kiem i dru­giego ta­kiego nie bę­dzie.

Emma Thomp­son

Ty­tuł ory­gi­nału: Ma­dly, De­eply: The Alan Rick­man Dia­ries
Co­py­ri­ght ? The Es­tate of Alan Rick­man, 2022 In­tro­duc­tion and se­lec­tion co­py­ri­ght ? Alan Tay­lor, 2022 Fo­re­word co­py­ri­ght ? Emma Thomp­son, 2022 Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ca­non­gate Bo­oks Ltd, 14 High Street, Edin­burgh EH1 1TE. Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2023 Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Ma­ria Jasz­czu­row­ska, 2023
Re­dak­torka ini­cju­jącaPau­lina Sur­niak
Re­dak­tor pro­wa­dzącyAn­drzej Szew­czyk
Mar­ke­ting i pro­mo­cjaKa­ta­rzyna Schin­kel-Bar­ba­rzak
Kon­sul­ta­cja me­ry­to­ryczna i opra­co­wa­nie przy­pi­sów do wy­da­nia pol­skiegoKa­ta­rzyna Czajka-Ko­mi­niar­czuk
Re­dak­cjaIda Świer­kocka
Ko­rektaMi­chał Tru­se­wicz, Be­ata Wój­cik
In­deksyAnna Dwo­rak
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny wnę­trza i ła­ma­nieMa­te­usz Cze­kała ? cze­kala.net.pl
Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­stana na okładce? Greg Gor­man / Con­tri­bu­tor
Pro­jekt okładkiRa­fa­ela Ro­maya
Ad­ap­ta­cja okładki i stron ty­tu­ło­wychMagda Bloch
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-67815-75-8
Wy­daw­nic­two Po­znań­skie Sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10 re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl www.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Wstęp

Mi­ło­śnicy du­żego ekranu po raz pierw­szy mieli oka­zję oglą­dać Alana Rick­mana w 1988 roku, w fil­mie ak­cji pod ty­tu­łem Szklana pu­łapka. W wieku czter­dzie­stu dwóch lat jak na hol­ly­wo­odz­kie stan­dardy był już di­no­zau­rem, a w tym fil­mie ob­sa­dzono go w roli Hansa Gru­bera, nie­miec­kiego ter­ro­ry­sty, który opa­no­wał je­den z biu­row­ców w Los An­ge­les, a obec­nych w nim lu­dzi wziął jako za­kład­ni­ków. Wy­da­wa­łoby się, że to nic szcze­gól­nego. Nikt nie spo­dzie­wał się wiele po tym fil­mie, a zda­nia kry­ty­ków były - przy­naj­mniej na po­czątku - po­dzie­lone. Ni­jak nie za­szko­dziło to jed­nak sa­mej pro­duk­cji, która z dnia na dzień zy­ski­wała co­raz więk­sze grono fa­nów. Bruce Wil­lis grał po­li­cjanta, który miał sta­wić czoła Gru­be­rowi. Wkrótce na ca­łym świe­cie mó­wiono już, że uta­len­to­wany pan Rick­man wy­bija się na pierw­szy plan ze swoją non­sza­lancką in­ter­pre­ta­cją czar­nego cha­rak­teru. Po­chwa­łom nie było końca.

Je­den z no­wo­jor­skich kry­ty­ków na­pi­sał póź­niej, że Gru­ber "lubi ele­ganc­kie gar­ni­tury, czy­tuje cza­so­pi­sma i prze­kręca cy­taty z Plu­tar­cha. Nikt do­tąd nie strze­lał z ka­ra­binu ma­szy­no­wego ani nie do­ko­ny­wał eg­ze­ku­cji na cy­wi­lach z tak zbla­zo­waną miną. Gru­ber w wy­ko­na­niu Rick­mana roz­ta­cza wo­kół sie­bie aurę prze­dziw­nego fa­ta­li­zmu, jak gdyby od po­czątku spo­dzie­wał się, że po­nie­sie klę­skę i zgi­nie".

Lord By­ron po pu­bli­ka­cji po­ematu o wę­drów­kach Childe Ha­rolda za­żar­to­wał, że któ­re­goś ranka po pro­stu obu­dził się sławny. To samo można po­wie­dzieć o Ala­nie Rick­ma­nie i jego roli w Szkla­nej pu­łapce. Do tam­tej pory gry­wał głów­nie w Wiel­kiej Bry­ta­nii, przede wszyst­kim w Royal Sha­ke­spe­are, gdzie w 1985 roku wsła­wił się na przy­kład rolą w sztuce Nie­bez­pieczne związki. Jesz­cze wcze­śniej, w 1982 roku, wy­stą­pił w te­le­wi­zji BBC w se­rialu bę­dą­cym ad­ap­ta­cją jed­nej z po­wie­ści An­thony'ego Trol­lope'a za­ty­tu­ło­wa­nej Z kro­nik Bar­che­steru. Ide­al­nie do­brany do roli wie­leb­nego Oba­diaha Slope'a, ośli­złego hi­po­kryty o od­ra­ża­ją­cym uśmie­chu, Alan wy­ka­zał, że na ma­łym ekra­nie czuje się tak samo do­brze jak na de­skach te­atru. Być może nie od razu stał się gwiazdą świa­to­wego for­matu, ale ani przez mo­ment nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że prę­dzej czy póź­niej do­łą­czy do pan­te­onu sław. Miał nie­zwy­kły dar w po­staci głosu, który spra­wiał, że na­wet re­la­cje z giełdy brzmiały uwo­dzi­ciel­sko, a do tego cha­rak­te­ry­styczną, nie­spieszną ma­nierę. Było oczy­wi­ste, że ma wro­dzony ta­lent ak­tor­ski. Pro­fe­sję tę trak­to­wał zresztą bar­dziej jak po­wo­ła­nie niż za­wód. Nic dziw­nego, że iry­to­wali go wszy­scy, któ­rzy usi­ło­wali zde­pre­cjo­no­wać to za­ję­cie, głę­boki sza­cu­nek zaś ży­wił do tych, któ­rzy ak­tor­stwu pod­po­rząd­ko­wali całe ży­cie. Jak wy­nika z jego dzien­ni­ków, gra ak­tor­ska była dla niego nie tylko ucieczką - choć samo to by­łoby już czymś cu­dow­nym - lecz także drogą do lep­szego zro­zu­mie­nia istoty czło­wie­czeń­stwa.

Na po­czątku jed­nak w zu­peł­nie inny spo­sób za­ra­biał na ży­cie. Przy­szedł na świat w 1946 roku, w Ac­ton, ro­bot­ni­czej dziel­nicy Lon­dynu. Alan Sid­ney Pa­trick Rick­man był dru­gim z czworga dzieci: trzech chłop­ców i jed­nej dziew­czynki. Jego oj­ciec Ber­nard był pra­cow­ni­kiem fa­bryki, lecz zmarł, gdy Alan miał za­le­d­wie osiem lat. Od tam­tej pory trud utrzy­ma­nia ro­dziny spo­czął na bar­kach jego matki Mar­ga­ret, za­trud­nio­nej jako te­le­fo­nistka. Alan uczęsz­czał do po­bli­skiej szkoły pod­sta­wo­wej, a na­stęp­nie kon­ty­nu­ował edu­ka­cję w gim­na­zjum La­ty­mer Up­per, które wśród swo­ich ab­sol­wen­tów ma także ta­kie sławy jak Hugh Grant czy Mel Smith.

Rimę Hor­ton po­znał, kiedy miała pięt­na­ście lat, on sam zaś był od niej o rok star­szy. Oboje uczest­ni­czyli w ama­tor­skich warsz­ta­tach te­atral­nych. Przy­jaź­nili się przez kilka lat, a koło 1970 roku byli już parą. Po­brali się w 2012 roku. Roz­łą­czyła ich do­piero śmierć Alana.

Po ukoń­cze­niu szkoły Rick­man do 1968 roku po­bie­rał na­uki w Chel­sea Col­lege of Art and De­sign. Na­stęp­nie prze­pra­co­wał kilka lat jako gra­fik, a póź­niej zdo­był sty­pen­dium i roz­po­czął stu­dia na Royal Aca­demy of Dra­ma­tic Art. Wkrótce zy­skał opi­nię jed­nego z naj­lep­szych stu­den­tów i od tam­tej pory miał już ja­sno wy­ty­czoną ścieżkę. Jak sam na­pi­sał w 1974 roku: "Do­bra gra ak­tor­ska za­wsze tra­fia do pu­blicz­no­ści z siłą i in­te­gral­no­ścią sku­tecz­nie wy­ce­lo­wa­nego po­ci­sku - widz ma tylko świa­do­mość po­tęż­nego ciosu lub se­rii ude­rzeń - po­tem można już je­dy­nie oce­nić znisz­cze­nia lub za­sta­no­wić się, jak kon­stru­uje się po­ci­ski".

Alan od­by­wał staż w te­atrach re­per­tu­aro­wych w mia­stach ta­kich jak Shef­field, Bir­ming­ham, Not­tin­gham i Glas­gow. Wy­ko­rzy­stał tę oka­zję, by do­sko­na­lić warsz­tat i na­brać do­świad­cze­nia. Tam­ten czas po­trak­to­wał jak szwaj­car­ską szkołę z in­ter­na­tem, która po­zwo­liła mu zbu­do­wać so­lidny fun­da­ment na przy­szłość. Dzięki temu, kiedy jego gwiazda za­bły­snęła już ja­snym bla­skiem, ni­gdy nie za­po­mniał o swo­ich ko­rze­niach i za­wsze umiał za­cho­wać wła­ściwe pro­por­cje. Po Szkla­nej pu­łapce był wręcz za­sy­py­wany pro­po­zy­cjami. Za­częło się od Ro­bin Ho­oda: Księ­cia zło­dziei. Ala­nowi przy­pa­dła w udziale nie­za­po­mniana rola Sze­ryfa z Not­tin­gham: "Ko­niec roz­da­wa­nia ja­dła trę­do­wa­tym i sie­ro­tom! Ko­niec z pu­blicz­nymi eg­ze­ku­cjami! Od­wo­łać święta Bo­żego Na­ro­dze­nia!".

Po­nie­waż Alan nie chciał dać się za­szu­flad­ko­wać, szcze­gól­nie jako czarny cha­rak­ter, ko­lejną rolę za­grał u boku Ju­liet Ste­ven­son w ko­me­dii ro­man­tycz­nej Głę­boko, praw­dzi­wie, do sza­leń­stwa. Ju­liet była jedną z kilku ak­to­rek, które za­li­czał do grona przy­ja­ciół. W 1995 roku grał w Nie­praw­do­po­dob­nej hi­sto­rii, ad­ap­ta­cji po­wie­ści au­tor­stwa Be­ryl Ba­in­bridge pod tym sa­mym ty­tu­łem, oraz w Roz­waż­nej i ro­man­tycz­nej na pod­sta­wie kla­sycz­nej po­wie­ści Jane Au­sten. Póź­niej była Ko­smiczna za­łoga - w tej pa­ro­dii se­rialu Star Trek, która szybko zy­skała sta­tus kul­to­wej pro­duk­cji, Alan za­grał ko­smitę. Za­raz po­tem, w fil­mie pod ty­tu­łem Do­gma, był anio­łem, który prze­ma­wia gło­sem Boga. Trzeba przy­znać, że był nie­zwy­kle wszech­stronny.

Wśród po­zo­sta­łych ról warto wy­mie­nić Ra­spu­tina, Franza An­tona Me­smera, Éa­mona de Va­lerę i Hilly'ego Kri­stala, wła­ści­ciela le­gen­dar­nego pun­ko­wego klubu CBGB w No­wym Jorku. Pierw­sza de­kada dwu­dzie­stego pierw­szego wieku upły­nęła pod zna­kiem ośmiu czę­ści se­rii o Har­rym Pot­te­rze. Alan grał tam Se­ve­rusa Snape'a, osła­wio­nego zrzę­dli­wego, choć bły­sko­tli­wego pro­fe­sora. Wkrótce po­wszech­nie utoż­sa­miano go z tą rolą, dzięki czemu znacz­nie od­mło­dziło się grono jego fa­nów. Kiedy moja ośmio­let­nia wnuczka do­wie­działa się, że re­da­guję dzien­niki Alana, była pod ogrom­nym wra­że­niem - a o to nie­ła­two.

W sa­mym dzien­niku wi­dać, że Alan za­wsze lu­bił się spraw­dzać i rzadko kiedy wy­bie­rał naj­ła­twiej­sze roz­wią­za­nia. Wy­soko sta­wiał so­bie po­przeczkę i z tru­dem zno­sił to­wa­rzy­stwo głup­ców. Wy­ma­gał dużo nie tylko od sie­bie, ale też od in­nych. Naj­le­piej było to wi­dać w 1998 roku, pod­czas pracy nad sztuką An­to­niusz i Kle­opa­tra, wy­sta­wianą w Na­tio­nal The­atre. He­len Mir­ren grała wów­czas zmy­słową kró­lową Nilu, a Alan owład­nię­tego jej cza­rem za­lot­nika. W in­nych oko­licz­no­ściach mógłby się rów­nież po­świę­cić pracy re­ży­sera. Był nie­zmier­nie dumny z wy­re­ży­se­ro­wa­nej przez sie­bie sztuki Shar­man Mac­do­nald pod ty­tu­łem Zi­mowy gość, wy­sta­wio­nej w te­atrze oraz ze­kra­ni­zo­wa­nej jako film. Ko­lejną sztuką, którą re­ży­se­ro­wał, była My Name Is Ra­chel Cor­rie, oparta na li­stach i dzien­ni­kach zna­nej ak­ty­wistki, zmiaż­dżo­nej przez izra­el­ski bul­do­żer pod­czas pro­te­stu prze­ciwko wy­bu­rza­niu pa­le­styń­skich do­mów w Stre­fie Gazy. Sce­na­riusz na­pi­sał wspól­nie z dzien­ni­karką Ka­tha­rine Vi­ner. Nie­stety w przed­dzień wy­jazdu na to­ur­née do No­wego Jorku spek­takl od­wo­łano, twier­dząc, że jest on wy­ra­zem uprze­dzeń wo­bec Izra­ela. Alan za­wzię­cie za­prze­czał ta­kim za­rzu­tom.

Ko­lejny film, Odro­bina cha­osu, był nieco mniej kon­tro­wer­syjny. Opo­wia­dał hi­sto­rię ogrod­niczki (Kate Win­slet), za­trud­nio­nej przez króla Fran­cji Lu­dwika XIV (Alan). Po dłu­gim cza­sie ocze­ki­wa­nia film wresz­cie tra­fił do kin w 2014 roku.

Zwa­żyw­szy na tak długą li­stę osią­gnięć, można by po­my­śleć, że Alan całe ży­cie po­świę­cił wy­łącz­nie pracy. Nic bar­dziej myl­nego. Był od­dany ro­dzi­nie i przy­ja­cio­łom - to­wa­rzy­ski, życz­liwy, szczery i hojny. Je­śli ktoś ze zna­jo­mych wy­su­nął choć pro­po­zy­cję, że za­płaci za po­si­łek w re­stau­ra­cji, od razu sły­szał na­ganę w po­staci dwóch słów: "Harry" i "Pot­ter". A trzeba przy­znać, że Alan czę­sto ja­dał w lo­ka­lach - czy to w Lon­dy­nie, czy w No­wym Jorku, gdzie ra­zem z Rimą mieli miesz­ka­nie. Lu­bili też spę­dzać czas w to­skań­skiej miej­sco­wo­ści Cam­pa­gna­tico, gdzie ku­pili dom, który na­stęp­nie wy­re­mon­to­wali. Na wa­ka­cje jeź­dzili na Ka­ra­iby i do RPA.

Gdy Alan sam nie po­ja­wiał się na sce­nie, chęt­nie cho­dził na sztuki, w któ­rych grali jego ko­le­dzy. Ro­bił no­tatki i udzie­lał rad, które naj­czę­ściej przyj­mo­wano z taką samą życz­li­wo­ścią, z jaką były prze­ka­zy­wane. Brian Cox wspo­mi­nał, że kiedy w 1980 roku grał w te­le­wi­zyj­nej ad­ap­ta­cji Te­resy Ra­quin au­tor­stwa Zoli, Alan zwró­cił mu uwagę, że za wolno mówi. "Alan - od­parł wtedy Cox - czy wiesz, jak długo się zbie­ra­łeś, żeby mi to po­wie­dzieć? I to mnie na­zy­wasz po­wol­nym? Sam je­steś w tym mi­strzem".

Ta­kie przy­kłady można by mno­żyć. Alan bu­dził mi­łość i cie­płe uczu­cia wszę­dzie, gdzie tylko się po­ja­wił. Warto pa­mię­tać, że kiedy w swo­ich dzien­ni­kach wy­raża się kry­tycz­nie o zna­jo­mych, to rów­nież prze­ma­wia przez niego mi­łość. Mo­żemy też spo­koj­nie przy­jąć, że to, co na­pi­sał, rów­nie do­brze mógłby im po­wtó­rzyć w twarz.

Nie do końca wia­domo, dla­czego pro­wa­dził dzien­nik. Au­to­rzy dzien­ni­ków są różni i z roz­ma­itych po­wo­dów de­cy­dują się two­rzyć kro­nikę wła­snego ży­cia. Jedni chcą być świad­kami wstrzą­sa­ją­cych wy­da­rzeń, a in­nym wy­star­czy opi­sy­wa­nie szcze­gó­łów, które w da­nej chwili wy­dają się drobne, ale z cza­sem zy­skują na zna­cze­niu. Nie wiemy, czy Alan chciałby, żeby jego dzien­niki wy­dano, ale zda­rzało się, że pro­po­no­wano mu na­pi­sa­nie ksią­żek, w któ­rych mógłby wy­ko­rzy­stać część za­miesz­czo­nego tu­taj ma­te­riału. Wiemy na pewno, że gdy już za­czął pro­wa­dzić dzien­nik, ni­gdy nie prze­stał. Od 1972 roku miał kie­szon­kowy ka­len­darz, w któ­rym za­pi­sy­wał ter­miny spo­tkań, rocz­nice, daty pre­mier i ad­resy. Ta­kich ka­len­da­rzy za­cho­wało się aż dwa­dzie­ścia sie­dem. W 1992 roku za­czął nieco bar­dziej szcze­gó­łowo re­la­cjo­no­wać wy­da­rze­nia zwią­zane z ży­ciem pry­wat­nym i pracą. Dzien­niki ku­po­wał w miej­sco­wym skle­pie pa­pier­ni­czym - na każdy dzień miał prze­zna­czoną jedną stronę. Jest ich dwa­dzie­ścia sześć: nie­które mają piękne, ko­lo­rowe ilu­stra­cje. Jest też no­tes, w któ­rym Alan ro­bił za­pi­ski od środka lat sie­dem­dzie­sią­tych do po­łowy ko­lej­nej de­kady. Wra­cał do niego, gdy tylko przy­szła mu ochota. Ostatni wpis po­cho­dzi z 12 grud­nia 2015 roku. Wtedy wie­dział już, że nie zo­stało mu wiele czasu.

Praw­dzi­wie, do sza­leń­stwa to po­nad sześć­set stron. To opo­wieść o tym, jak wy­glą­dało ży­cie jed­nego z naj­bar­dziej po­dzi­wia­nych i sza­no­wa­nych ak­to­rów w ciągu kilku de­kad na prze­ło­mie dwóch ty­siąc­leci. To prze­gląd do­brych i złych chwil, po­chwał i kry­tyki, spek­ta­kli, które da­wały dużo ra­do­ści, i ta­kich, kiedy ab­so­lut­nie wszystko szło nie tak. A gdy bisy do­bie­gły końca, a okla­ski ci­chły, Alan uda­wał się w jedno ze swo­ich ulu­bio­nych miejsc, gdzie w to­wa­rzy­stwie życz­li­wych fa­nów i ko­le­gów po fa­chu snuł re­flek­sje na te­mat za­gra­nej sztuki i tych, które jesz­cze przed nim. Czy­ta­jąc tę książkę, mo­żemy po­czuć się, jak­by­śmy też tam byli, na spo­tka­niu z praw­dzi­wym Ala­nem Rick­ma­nem. To za­szczyt zna­leźć się w jego to­wa­rzy­stwie.

Alan Tay­lor