To się skończyło nie dlatego, że ludzie kradli, tylko dlatego, że przyszła decyzja z góry.
W PGR-ach woziło się paszę dla zwierząt, orało się, siało. Dobrze było, jak człowiek umiał robić na wszystkim. Jak poszedł na siódmą rano, to wracał o siódmej wieczorem. Robota była ciężka, ale kto robił, ten zarobił. Dwudziestu pięciu ludzi robiło to, co dziś jeden obrobi maszyną.
Jak rozeszły się wieści o decyzji, to teściowa przyjechała i uspokajała: "Wy się nie bójcie, was tak szybko nie zwolnią. Wy umiecie robić wszystko". Ale jak przyszło co do czego, to do zwolnienia najpierw poszli najlepiej wykwalifikowani. Kombajny i ciągniki posprzedawano w pierwszej kolejności. Nikt się nie martwił, co dalej z ludźmi. Jak można było zamknąć coś, co istniało od lat, gdzie ludzie pracowali, mieli mieszkania, żyli normalnie? Wszyscy byli wściekli.
Kolonie dla dzieci, przedszkole za darmo, gaz. Różne rzeczy się dostawało. Człowiek był trochę pod kloszem. A kiedy PGR-y zaczęły się kończyć, każdy został sam. Na przykład my zrobiliśmy sobie centralne ogrzewanie. Mówię do sąsiada z góry: "Sąsiad, to może ty też sobie zrób?". A on: "Jak zrobią, to będzie, a jak nie zrobią, to nie". Ludzie byli przyzwyczajeni, że sami niczego nie organizują.
Teraz wszyscy pozamykani. Prawie każdy w końcu poszedł gdzieś do pracy, często na czarno. Ludzie nie chcieli za dużo o sobie mówić. Bo jak pracujesz na czarno, to lepiej, żeby nikt nie wiedział - jeszcze ktoś doniesie. Jeden nie miał nic, a drugi coś miał, więc ludzie zaczęli bardziej patrzeć na siebie. Mąż też tak pracował. Oprócz normalnej roboty jeździł jeszcze kombajnem do kolegi. I pytali: "Edek, a ty gdzie jedziesz do pracy?". A on: "A różnie, chwytam się wszystkiego". Nie zawsze człowiek chciał powiedzieć wprost, gdzie i za ile robi.
Jak zamknęli PGR, było ciężko. Szczególnie ludziom po pięćdziesiątce. Dlatego były te kuroniówki i wcześniejsze świadczenia. Kto się załapał, ten miał chociaż trochę na przeżycie. My zawsze kombinowaliśmy, żeby coś jeszcze dorobić. Miałam świetną kucharkę w pracy, po szkole gastronomicznej, bardzo dobrze gotowała. Po godzinach skrzykiwałyśmy się: ona, ja i jeszcze jedna dziewczyna, brałyśmy dwie kelnerki do pomocy i robiłyśmy wesela. Jakoś dawaliśmy radę.
Ale jak oboje stracili pracę, to był dramat. Były takie sytuacje, że ludzie sobie nie radzili. Były takie, że się wieszali.
Opowieść pani Ireny pokazuje coś jeszcze ważniejszego niż tylko społeczną cenę transformacji. Pokazuje moment, w którym kończy się świat osadzony w zbiorowych ramach bezpieczeństwa, a zaczyna rzeczywistość oparta na indywidualnej sprawczości. Problem polegał na tym, że nie wszyscy wchodzili w ten nowy świat z tego samego miejsca. Bo długie lata dziewięćdziesiąte to wcale nie czas przesłodzony i na haju, oświetlony oślepiającymi stroboskopami. A przynajmniej nie tylko. To czas momentami do bólu trzeźwy i szarawy jak strona "Gazety Wyborczej", na której rozmazała się farba drukarska. To czas, który zasługuje na swoją historię.
Jak na razie tej historii właściwie nie ma. Jednym z najbardziej wpływowych obrazów polskiej prowincji po 1989 roku pozostaje Arizona Ewy Borzęckiej z 1997. Film dokumentalny, przez wielu odebrany jako obraz "prawdy" o transformacyjnej wsi. Tymczasem Marcel Łoziński trafnie zauważał, że pokazuje on jedynie fragment rzeczywistości - ludzi sprowadzonych do roli społecznego dziwadła1. W ten sposób pionierzy patostreamerskiej estetyki bardzo skutecznie wskazali na wewnętrznego obcego: mieszkańca popegeerowskiej wsi, blokowiska, ubogiej prowincji.
Takiemu spojrzeniu towarzyszył ton wiecznego niezadowolenia. Ale nie takiego konstruktywnego, pchającego do działania, lecz raczej takiego, które deprecjonuje nawet realne osiągnięcia. "Europa pod ziemią, na wierzchu Trzeci Świat - to stacja Centrum. Widok z ulicy jest przykry. Lejowate zagłębienie w ziemi jak po uderzeniu dużej bomby. [...] W części centralnej tkwi honorowo szklane pudło przywalone dachem z betonu zdobne w naczółek i napis "antresola handlowa". [...] Każdy ma takie city, na jakie sobie zasłużył i na jakie go stać"2 - pisała w maju 1998 roku stołeczna "Gazeta Wyborcza".
Likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych była decyzją podjętą gwałtownie, bez szerszych debat i przeprowadzenia dogłębnego rachunku ekonomicznego. Przedstawiana jako krok technokratyczny, była raczej wyborem estetycznym, symbolicznie pokazującym przede wszystkim koniec dbałości państwa o zatrudnionych tam robotników (strajk głodowy pracowników PGR, Zegartowice 4.12.1993).fot. ? Polska Agencja Prasowa / Wojciech Szabelski
A przecież historia długich lat dziewięćdziesiątych jest znacznie ciekawsza. I o wiele trudniejsza.
Nasz kraj przestaje być zatęchłym Wschodem i rosyjską kolonią. To prawie Zachód. Miejsce już niekomunistyczne, choć jeszcze nie w pełni "normalne" ("Normalnie, czyli tak jak w Europie Zachodniej"3). To przestrzeń uczenia się nowych kodów, smaków i gestów. Pizza z oliwkami, Dynastia, lalka Barbie. Canal+, papierosy LM, pierwsze samorządy. A zarazem to czas rewolucyjny. Zmiany biegną w różnym tempie, ale są wszechogarniające. W oficjalnym dyskursie kolektywizm odchodzi do lamusa, triumfuje indywidualizm. Media działają bez cenzury i rozkwitają, nie mając świadomości nadchodzącej apokalipsy, którą przyniosą tak zwane media społecznościowe. Maluch przestaje dominować na krajowych szosach, a koń znika z krajobrazu polskiej wsi. To świat niedokończony, improwizowany i aspirujący. Trochę prowizoryczny, ale jednocześnie pełen energii i poczucia, że zaraz coś się wydarzy. I to coś się rzeczywiście wydarza.
Długie lata dziewięćdziesiąte to wbrew pozorom poręczna kategoria, wykorzystywana już w literaturze4. Ten czas jest głęboko zanurzony w ostatnich miesiącach lat osiemdziesiątych. Choć czasem mam wrażenie, że zaczyna się jak cięcie nożycami. 1 stycznia 1990 roku, tak magicznie, jak deus ex machina wszedł w życie plan Balcerowicza5. Była ciemność - jest światło. Kończą się za to dobrze w połowie kolejnej dekady. Gdzieś pomiędzy wejściem Polski do Unii Europejskiej (1 maja 2004) a powołaniem Centralnego Biura Antykorupcyjnego (24 lipca 2006). To przejrzyście wyznaczone granice. Od wylania fundamentów III RP po koniec akcesyjnego maratonu dostosowania i stworzenie jedynej trwałej instytucji IV RP.
Każda historyczna opowieść ma swoje założenia. Z tą, którą przedstawiam w tej książce, nie jest inaczej.
Uważam, że historia polityczna wyznacza wyraźne ramy i warto z tego skorzystać. Długie lata dziewięćdziesiąte są dla historyka epoką niebezpiecznie pojemną. Niemal każdy ich fragment wydaje się jednocześnie ważny i reprezentatywny. Tak wiele jest tematów pasjonujących i istotnych, a czekających na to, by wybrzmieć. Ramy chronologiczne chronią przed wszystkoizmem, opowieścią niekończącą się i zupełnie chaotyczną. Zarazem jednak warto być elastycznym. Dlatego to nie jest książka o historii politycznej. Owszem, to opowieść również o polityce, ale w większej mierze o codzienności, obyczaju, mentalności. To również książka o pamiętaniu długich lat dziewięćdziesiątych. O tym, co wspomina się z rozrzewnieniem, i o tym, co intensywnie próbowano wyrzucić poza nawias oficjalnej pamięci.
Ostatnie trzydzieści siedem lat to nie jest okres pauzy od dominacji Moskwy w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska jest demokratycznym i suwerennym państwem - i jest to pożądany stan naturalny. Niczego nie zmienia tu fakt, że odchodzenie do tego stanu było procesem nieoczywistym. Popularna opinia Roberta Krasowskiego, że "transformacja powiodła się dlatego, że była procesem wspomaganym z zewnątrz"6, wskazuje na to, że Polacy w tym procesie nie mieli właściwie nic do powiedzenia. Ta książka pokazuje, że było inaczej - Polacy niejedno osiągnęli, niejedno zaprzepaścili, ale w długich latach dziewięćdziesiątych z pewnością nie odegraliśmy roli statystów.
Wreszcie, nie mamy jeszcze w Polsce szerokiej zgody na to, jak pisać o tych szesnastu latach. Nie ma kanonu źródeł, niewiele jest pomnikowych książek. Czy to czas zasłużonego i wspólnego sukcesu? A może pyrrusowe zwycięstwo? Zanim niewidzialna ręka dominującej narracji pokaże kciuk w górę lub w dół - proponuję swoje spojrzenie. Poruszanie się wśród źródeł historycznych z tej epoki jest nieustanną selekcją, okrawaniem i podsumowywaniem. Jest ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Wspomnienia, gazety, telewizja, internet, popkultura, dokumenty, literatura piękna, fotografie - tworzą korpusy danych, których nie sposób przeanalizować według sposobów wypracowanych przez poprzednie generacje historyków. A jednak - to już historia. Nie ma takiej siły, która zwolniłaby historyka od obowiązku obiektywizacji, namysłu, krytycznej refleksji.
Kasper Bajon, scenarzysta między innymi seriali Wielka woda i Heweliusz, świetnie oddał problem, jaki twórca ma z widzeniem rzeczywistości, o której chce opowiedzieć. "Wbrew temu, co się myśli, życie w sumie, w całości, nie ma dramaturgii. Dramaturgię może mieć moment w życiu, może mieć pewien element życia [...]. Nie da się opowiedzieć świata holistycznie, trzeba wybrać, z którego okna na ten świat spoglądamy. Wybór okna jest elementem najtrudniejszym, ale też najbardziej fascynującym"7 - mówił.
Wyglądając z jednego okna, rzeczywistość widzimy spójnie, lecz jednowymiarowo. W tej książce jest trochę inaczej. Pokazuje ona długie lata dziewięćdziesiąte widziane oczyma różnych aktorów wydarzeń. Młodszych i starszych, kobiet i mężczyzn, ludzi znanych i nieznanych. Zarazem to nieprzypadkowa grupa ludzi. Ich opowieści są fragmentami tej samej historii. Bez którejkolwiek z nich obraz tego czasu byłby niepełny.
W długich latach dziewięćdziesiątych nie ma niczego łatwego. To nie okres prostego przejścia od komunizmu do Zachodu. To wielka, bezkrwawa rewolucja codzienności. Jedni zobaczyli w niej awans, sprawczość i kolorowy kapitalizm, inni - utratę bezpieczeństwa i rozpad dawnych więzi. Najczęściej jednak oba te doświadczenia współistniały - czasem nawet w życiu tego samego człowieka.
To był czas improwizowany, nierówny, pełen energii i niepewności.
Czas wytrawny. Żadne "najntisy".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki