Prolog
Prolog
Polowanie na czarownice
Wioska i miasto Salem, kolonia Massachusetts Bay, czerwiec 1692 roku
Była inna, była wyrzutkiem. Chociaż żyła w ich społeczności, nigdy nie
stała się do końca jedną z nich. Stanowiła idealną kandydatkę na kogoś,
kogo należy się bać.
Zawsze nosiła czarne, dziwne ubrania, nieprzystające do purytańskiego
stylu życia. Kiedy więc sir William Phips, nowo powołany gubernator
królewskiej kolonii Massachusetts Bay, ustanowił Sąd Oyer i Terminer -
komisję sądową wywodzącą się z brytyjskiej tradycji prawnej, której
angielsko-francuska nazwa oznacza dosłownie "wysłuchać i osądzić" -
prawdopodobnie nikogo nie zdziwiło, że sześćdziesięcioletnia Bridget
Bishop jako pierwsza została postawiona przed nim jako oskarżona.
Minęło ponad pięć miesięcy, odkąd 20 stycznia Betty, dziewięcioletnia
córka pastora Samuela Parrisa, oraz jego jedenastoletnia siostrzenica
Abigail Williams zapadły na dziwną chorobę. Cierpiały na spontaniczne
napady bólu przypominające uszczypnięcia lub nakłuwanie igłami i wyrywanie języka. Krzyczały głośno, skarżąc się przy tym na dolegliwości
w okolicach szyi i pleców.
Dolegliwości szybko dopadły także Ann Putnam, dwunastoletnią
przyjaciółkę obu dziewczynek, po czym przeniosły się na Mary Walcott,
siedemnastoletnią przyjaciółkę Ann, i Mercy Lewis, siedemnastoletnią
służącą Putnamów. Niedługo po tym w sumie dziesięć dziewcząt i młodych
kobiet w wieku poniżej dwudziestu lat zaczęło zachowywać się w identyczny sposób.
Wykształcony na Harvardzie pastor Parris wraz z innymi prominentnymi
przedstawicielami władz wioski Salem wyciągnął na tej podstawie
najbardziej logiczny wniosek: "diabeł zamieszkał pośród nas" - a czary
wdarły się przemocą w dobrze funkcjonującą społeczność. Cotton Mather,
najlepiej wykształcony i najbardziej wpływowy teolog kolonii, syn
pastora Increse'a Mathera - rektora Harvardu, przestrzegał przed
podobnym zagrożeniem w swoim programowym traktacie Memorable
Providences, sam bowiem zmuszony był badać w Bostonie przypadek dzieci,
na które zostały rzucone czary.
Aby potwierdzić diagnozę doktora oraz przekonanie wielebnego,
zastosowano różnorakie metody naukowe. Sąsiadka pastora Parrisa - Mary
Sibley, której siostrzenica Mary Walcott była jedną z chorych dziewcząt,
poleciła Titubie, niewolnicy Parrisa, oraz jej mężowi Johnowi Indianowi,
aby upiekli ciasto czarownic. Była to dobrze znana metoda, opracowana i po raz pierwszy zastosowana w Anglii. Otóż zamiast mleka, zgodnie z przepisem, należało zmieszać mączkę żytnią z moczem chorych dziewcząt.
Gdy ciasto wyrosło w piecu i ostygło, dawano je do spróbowania psu.
Jeśli wykazał on podobne objawy, co dotknięci cierpieniem ludzie, od
których pobrany został mocz, znaczyło to, że chorzy byli ofiarami
czarów. Po zidentyfikowaniu osoby, która mogła dopuścić się takich
praktyk, można było przystąpić do próby dotyku opierającej się na
kartezjańskiej "doktrynie przepływu". Jeśli podejrzany dotknąłby ofiary
w czasie ataku choroby, a objawy by ustąpiły, stanowiłoby to niezbity
dowód na to, że owa osoba była przyczyną wszystkich dolegliwości.
Pod koniec lutego niektóre z chorych dziewcząt zaczęły wymieniać imiona
trzech kobiet, które rzekomo torturowały je przy pomocy czarów. Pierwszą
była Tituba: miała zabawiać dziewczynki swoimi rodzimymi opowieściami,
zaklęciami oraz zamawianiami. Druga - Sarah Good - to stara bezdomna
żebraczka, która chodziła od domu do domu i mamrotała pod nosem
przekleństwa na tych, którzy odmówili jej jałmużny. Trzecia kobieta to
Sarah Osborne, wdowa, która ku dezaprobacie lepiej urodzonych
mieszkańców miasteczka zdecydowała się na powtórne wyjście za mąż za
zwykłego służącego i która w dodatku rzadko uczęszczała do kościoła.
Nikogo nie dziwiło, że to właśnie te trzy funkcjonujące na marginesie
miejscowej społeczności kobiety miały wejść w konszachty z diabłem.
Władze wystawiły nakaz ich aresztowania i wszystkie szybko trafiły do
więzienia, oskarżone o uprawianie czarów. Sędziowie mieli teraz w swoich
rękach solidne dowody, które umożliwiły wytoczenie kobietom procesu.
Pierwszego marca radni John Hathorne oraz Johnathan Corwin otworzyli
proces w domu spotkań wioski Salem, tymczasowo zaadaptowanym na potrzeby
sali sądowej. Chore dziewczęta zgodnie zeznały, że wszystkie zostały
zaatakowane przez duchowe widmo Sarah Good.
Poddane ostremu przesłuchaniu, Good i Osborne zaprzeczyły, jakoby miały
być czarownicami. Tituba jednak, starając się uniknąć w ten sposób kary,
wyznała, że kiedyś rzeczywiście została uwiedziona przez diabła, od
dawna jednak mu już nie służy. Good szybko przyjęła podobną strategię,
twierdząc, że to tak naprawdę Osborne męczyła biedne dzieci. Uwadze
sędziów nie umknął jednak fakt, że skoro Good wiedziała takie rzeczy, to
sama także musiała być czarownicą.
W kolejnym tygodniu trzy podejrzane zostały odesłane do oddalonego o 20
mil od Salem więzienia w Bostonie, a sąd kontynuował przesłuchania.
Każda osoba wymieniona przez dziewczynki była doprowadzana na
przesłuchanie, z czego większość odsyłano następnie do więzienia.
Oskarżonymi szybko przestały być osoby z marginesu społecznego. Nim
upłynął marzec, przed sąd zaczęto wzywać osoby regularnie uczęszczające
do kościoła, takie jak Rebecca Nurse.
Mimo to dziewczęta cierpiały nadal. Znaczyło to, że diabeł trzymał mocno
w swoich rękach zarówno Salem, jak i okolice. Sytuacja urosła do
rozmiarów prawdziwego kryzysu. Mogło się wydawać, że panuje tam jakaś
niemal zabójcza choroba, rozchodząca się błyskawicznie po całej
społeczności, na którą każdy może być potencjalnie narażony. Nikt nie
pozostawał wolny od podejrzeń.
Martha Corey publicznie wyraziła swój sceptycyzm co do wiarygodności
zeznań chorych dziewcząt. Te wkrótce ujrzały jednak jej widmo w kościele, które siedziało tam w promieniu słońca, wysysając krew
trzymanego w dłoni żółtego ptaszka.
Jedna z dziewcząt - Mary Warren - oskarżyła swoją panią Elizabeth
Proctor. John, mąż kobiety, był rolnikiem i miał dobrze prosperujące
gospodarstwo. Podobnie jak Martha Corey, nie wierzył w czary. W czasie
przesłuchania Elizabeth dziewczęta wymieniły także jego imię; podczas
kilkukrotnie powtarzanych pytań Mary stwierdziła, że musi on być
czarownikiem.
Poza salą sądową Mary wyznała jednak, że John Proctor nie był tak
naprawdę czarownikiem, a zachowanie oskarżających to jedynie forma
"rozrywki". Gdy usłyszały to pozostałe dziewczęta, część z nich obwiniła
o bycie czarownicą także Mary. Aresztowano ją i kilkukrotnie poddano
przesłuchaniu przed sądem. Zeznając, oznajmiła, że John i Elizabeth
Proctorowie to w istocie czarownik i czarownica.
W tym czasie liczba przesłuchiwanych osiągnęła już tak ogromne rozmiary,
że sąd zmuszony był przenieść obrady do położonego o osiem mil dalej
większego domu spotkań w miasteczku Salem.
W międzyczasie Sarah Osborne umarła w więzieniu, a Sarah Good wydała na
świat dziecko, które niedługo później zmarło w areszcie, a to tylko
utwierdziło podejrzenia co do jej złej duszy.
Trzydziestego pierwszego maja swoje zeznania przed sądem złożył John
Alden, sześćdziesięciojednoletni szanowany kapitan statku morskiego,
zasłużony w walce z Indianami, syn powszechnie cenionej pary - Priscilli
i Johna Aldenów. Należał on do grona osób, które nie wierzyły w czary i miały odwagę zasugerować, że solidne lanie wyleczyłoby dziewczęta z ich
dziwnych przypadłości. Wkrótce potem wskazały go one jako głównego
czarnoksiężnika.
Sąd Oyer i Terminer, powołany do wszystkich rodzajów spraw, składał się
z siedmiu sędziów - wykształconych i powszechnie szanowanych mężczyzn.
Gubernator Phips oddelegował swojego zastępcę Williama Stoughtona, aby
ten przewodniczył składowi sędziowskiemu. Naradziwszy się, sędziowie
ustalili kilka kluczowych zasad, których postanowili się trzymać. Przede
wszystkim każda czarownica, która przyzna się do winy, nie zostanie
ukarana. Miało to z jednej strony pokazać miłosierdzie sądu, z drugiej
zaś zachęcić oskarżonych do wymienienia innych osób praktykujących
czarną magię. Stoughton ponadto zasięgnął opinii najbardziej
prominentnych przedstawicieli kleru w Massachusetts Bay, nim uznał, że
sąd może dopuścić dowody w postaci widm.
Sąd był gotowy na przesłuchanie pierwszej oskarżonej - Bridget Bishop.
Bishop liczyła sobie sześćdziesiąt lat i zdążyła już pochować dwóch
mężów, z czego na drugiego rzucić miała czary, jeszcze zanim wybuchła
obecna panika. Sąd oddalił jednak od niej ten konkretny zarzut. Była
wówczas żoną Edwarda Bishopa, właściciela dobrze prosperującego tartaku.
Pięcioro dziewcząt wymieniło ją jako osobę, która je dręczy. Samuel
Shattuck, właściciel farbiarni, zeznał, że Bishop przynosiła do niego
"różne koronki", które były jednak za małe, aby nadawały się na
cokolwiek innego niż kukiełki, podobne do tych, jakie dziś wyobrażamy
sobie, myśląc o laleczkach voodoo. Ponadto John i William Blyowie
widzieli identyczne kukiełki w jej domu w trakcie pracy w spiżarni;
twierdzili, że czarami Bridget doprowadziła do śmierci świń. Parę osób
zeznało, że widmo pod postacią Bishop pojawiało się w ich sypialniach i atakowało we śnie.
W trakcie przesłuchania Bishop uparcie twierdziła, że nie jest
czarownicą, że nie doprowadziła do choroby dziewcząt ani że nie
nakłaniała ich do wpisania się do diabelskiej księgi. Fakt, że odmówiła
przyznania się do winy, okazał się dla niej zgubny.
Pod koniec dnia, po zastosowaniu wszystkich procedur sądowych, skład
sędziowski orzekł o winie Bridget Bishop, uznając ją za winną wszystkich
stawianych jej zarzutów.
Osiem dni później, 10 czerwca, została zabrana na wzgórze Gallows, gdzie
wykonano wyrok śmierci przez powieszenie.
Pięć dni później dwunastu uznanych teologów zebranych z całego
Massachusetts Bay zawiadomiło listownie sąd, że zmienili oni zdanie co
do zasadności uznawania dowodów w postaci widm. Cottona Mathera trapiło
ryzyko niewłaściwej identyfikacji takich świadectw. Teolodzy uznali
ostatecznie, że widma osób podejrzewanych o uprawianie czarów, które
ukazywały się wielu świadkom, nie są wystarczająco wiarygodne - istniało
bowiem ryzyko, że diabeł mógł przybierać wygląd tych osób bez ich
wiedzy.
Nie zatrzymało to jednak procesu. William Beale zeznał przed wielką radą
przysięgłych hrabstwa Essex, że pewnego razu ukazało mu się widmo
Philipa Englisha, a następnego dnia zmarł jego syn James, który
wcześniej wydawał się już wychodzić z ospy, na którą zachorował.
Englishowi udało się zbiec z więzienia i przeczekać całą sprawę w Nowym
Jorku.
Inni nie mieli tyle szczęścia. Pięć kobiet, w tym Rebecca Nurse, stanęło
przed sądem 29 czerwca. Nurse, mająca już wówczas ponad siedemdziesiąt
lat, matka i babka wywodząca się z powszechnie szanowanej rodziny
rolników, w obliczu braku dowodów została uznana przez sąd za niewinną.
Gdy odczytano jednak wyrok, przebywające na sali dziewczęta dostały
niespodziewanego nawrotu swoich objawów. Dla Stoughtona był to niezbity
dowód jej winy i zaczął on naciskać na pozostałych sędziów, aby zmienili
werdykt.
Dziewiętnastego lipca wszystkie pięć kobiet zostało powieszonych na
wzgórzu Gallows.
Do końca września uznano za winnych zbrodni uprawiania czarów i stracono
w sumie dziewiętnaścioro oskarżonych - trzynaście kobiet i sześciu
mężczyzn. Sprawie George'a Burroughsa nie przysłużył się też fakt, że
nie ochrzcił on jednego ze swoich dzieci, co stanowiło wówczas oczywisty
dowód na to, że był w zmowie z Szatanem. Powieszono go 19 sierpnia,
razem z Johnem Proctorem i trzema innymi osobami. Jako winnym bycia
czarownicami i czarownikami nałożono na nich ekskomunikę i odmówiono im
godziwego pochówku.
Dwunasty oskarżony - Giles, mąż Marthy Corey - był od ośmiu lat
rolnikiem. Nie chciał się stawić przed sądem, najwyraźniej kwestionując
w ten sposób legalność całej procedury. Sędziowie orzekli, że ma on
zostać zabrany na pole, a na jego piersi rozkazano układać głazy tak
długo, aż Giles nie zdecyduje się oddać w ręce wymiaru sprawiedliwości.
Za każdym razem, gdy pytano go o decyzję, odpowiadał: "Dokładajcie
więcej!". Zmarł w wyniku uduszenia, do końca odmawiając stawienia się
przed sądem.
W międzyczasie procesy w Salem zaczęły wywoływać coraz więcej
zaniepokojonych głosów dochodzących od bardziej postępowo nastawionych
krytyków. Duńscy i francuscy teolodzy kalwińscy martwili się o jakość
prezentowanych dowodów, a nowojorski sędzia główny wyrażał wątpliwości
co do wartości prawnej wydanych wyroków. Thomas Brattle, szanowany
bostoński matematyk i astronom, członek Londyńskiego Królewskiego
Towarzystwa Rozwoju Wiedzy Naturalnej, opublikował list krytykujący
procesy, w którym stwierdzał: "Obawiam się, że nawet całe wieki nie
wystarczą, aby zmyć plamy, które sprawa ta zostawiła na naszej ziemi".
Gubernator Phips robił się coraz bardziej nerwowy. Nakazał Cottonowi
Matherowi opublikować traktat Wonders of the Invisible World. Being an
Account of the Tryals of Several Witches, Lately Executed in New
England (Dziwy niewidzialnego świata. Rzecz o procesie kilku czarownic,
skazanych niedawno w Nowej Anglii). Zgodnie z intencją autora tekst ten
miał "pomóc ukoić gniew, który kierujemy dziś wzajemnie przeciwko
sobie".
Mimo egzekucji zło, które zalęgło się w wiosce Salem i okolicy, dalej
nękało miejscową społeczność. Tak naprawdę było coraz gorzej. Dziewczęta
oskarżały kogo tylko się dało, w tym Mary Phips, żonę gubernatora. Jedna
z nich obwiniła nawet samego Cottona Mathera.
Gdy Increase Mather pojawił się w październiku w więzieniu Salem,
odkrył, że część z przetrzymywanych tam osób chciałaby odwołać swoje
zeznania. W czasie, gdy odbywała się większość procesów, przebywał on w Anglii. Gdy tylko powrócił do kolonii, od razu zaniepokoiły go
zasłyszane wieści. Swoje wątpliwości opublikował w traktacie Cases of
Conscience Concerning Evil Spirits Personating Men, Witchcraft,
Infallible Proofs of Guilt in Such as are Accused with that Crime
(Sprawy sumienia dotyczące złych duchów przywdziewających ludzką postać,
czarów oraz niezaprzeczalnych dowodów winy osób oskarżonych o tę
zbrodnię).
W traktacie tym Mather zawarł swoją słynną formułę: "Lepiej, aby
dziesięć tysięcy czarownic uniknęło kary, niż aby skazana została choćby
jedna niewinna osoba". Przekonanie to wyewoluowało z czasem w podporę
moralną, na której wspiera się zachodni system prawny.
Należy w tym miejscu podkreślić, że wszystkie dążenia do zatrzymania
procesów pochodziły spoza społeczności Salem.
Przed końcem miesiąca sąd generalny kolonii Massachusetts Bay zarządził
posiedzenie teologów w celu ocenienia bieżącej sytuacji. Trzy dni
później gubernator Phips rozwiązał Sąd Oyer i Terminer, zwalniając
warunkowo wszystkich osadzonych w więzieniu.
Pod koniec listopada powołano nowy sąd (Court of Judicature), który miał
się zająć wszystkimi pozostałymi sprawami, nie złożono jednak żadnych
nowych oskarżeń ani nie doszło do egzekucji. Ludzie przestali przejmować
się dziwnym zachowaniem dziewcząt, które po prostu nagle ustąpiło.
Procesy o czary w Salem dobiegły końca. W maju 1693 roku gubernator
Phips ułaskawił wszystkich oskarżonych. Od tamtej pory nikt już nie
został skazany za czary w żadnej amerykańskiej kolonii ani w kraju,
który z nich z czasem wyrósł.
Przyczyna - lub przyczyny - dziwnego zachowania dziewcząt do dziś
pozostaje przedmiotem dyskusji. Niektórzy twierdzą, że mogła to być źle
zinterpretowana choroba, przypuszczalnie infekcja grzybicza wywołana
ziarnami zbóż, znana dziś jako zatrucie sporyszem. Nie tłumaczy to
jednak, dlaczego symptomy ograniczyły się jedynie do dziewcząt i młodych
kobiet w wieku od dziewięciu do dwudziestu lat. Inni sugerują, że cała
sprawa zaczęła się po prostu od dwóch dziewczynek domagających się uwagi
otoczenia, które z czasem zaczęły szukać sposobu na uniknięcie kary za
przekroczenie jasno wytyczonych ram społecznych. Możliwe wreszcie, że
był to przypadek masowych zaburzeń, kiedy istniejące wcześniej problemy
nerwowe znalazły ujście w postaci objawów fizycznych, które dostrzeżono
jednocześnie u kilku różnych osób - to zjawisko występujące w rzeczywistości znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać.
Bez względu na to, co było tego pierwotną przyczyną, sprawa zmieniła się
w masową histerię, która utrzymywała się tak długo, jak długo poświęcano
jej stosowną uwagę.
Pastor Samuel Parris, w którego domu cała sprawa miała swój początek,
został zwolniony z funkcji proboszcza i w niesławie opuścił wioskę
Salem.
Zastępca gubernatora kolonii Massachusetts Bay - William Stoughton,
który przewodniczył procesom, był święcie przekonany o istnieniu czarów
i nakłaniał pozostałych sędziów do skazania Rebekki Nurse, doczekał się
nazwania swoim imieniem zarówno miasteczka w dzisiejszym stanie
Massachusetts, jak i jednego z budynków na Uniwersytecie Harvarda.
Prawnuk sędziego Johna Hathorne'a zmienił zapis swojego nazwiska, aby
odciąć się od niesławnego przodka. Swoimi książkami Nathaniel Hawthorne
przywrócił cześć i dobre imię rodziny.
W styczniu 1697 roku sąd generalny przegłosował budżet, z którego
wypłacono zadośćuczynienie i reparacje finansowe osobom oskarżonym o czary w Salem oraz rodzinom straconych.
Wreszcie 25 sierpnia 1706 roku dwudziestosześcioletnia wówczas Ann
Putnam, która w wieku dwunastu lat jako pierwsza dziewczynka w Salem
rzuciła oskarżenie o uprawianie czarów, zgłosiła się do wiernych
tamtejszego kościoła, publicznie opisując funkcję, jaką pełniła w wydarzeniach z 1692 roku. Poprosiła jednocześnie o wybaczenie Boga oraz
wszystkich tych, którym swoim działaniem wyrządziła krzywdę. Wspólnota
jednogłośnie przyjęła jej błagania.
Dziś wioska ta nosi nazwę Danvers, a Muzeum Czarownic w mieście Salem
jest popularną atrakcją turystyczną, łączącą w sobie lekcję historii z nieco upiornym, halloweenowym klimatem. Ale jak napisano o tym powyżej,
dla tych, którzy wpadli w wir ówczesnych wydarzeń, gniew wymierzony
przeciwko czarownicom z Salem był sprawą śmiertelnie poważną, która na
zawsze pozostanie skazą na obrazie wczesnoamerykańskiego systemu
sądowniczego. Jak długo histeria dziewcząt i ich zwolenników dominowała
życie publiczne, tak długo nikt nie był bezpieczny.
Powodem, dla którego przytaczamy szczegóły tej dawno minionej sprawy,
jest fakt, że nadużycia do których doszło w czasie procesu, niestety,
ale do dziś rezonują w wymiarze sprawiedliwości, objawiając się, gdy
ktokolwiek - prokurator, adwokat, sędziowie, media, opinia publiczna -
zaczyna przedkładać swoje idee lub wierzenia ponad fakty, dowody lub po
prostu zdrowy rozsądek. I nie ma znaczenia, czy mówimy tu o ludziach
niesłusznie skazanych czy o winnych, którzy uniknęli kary.
Niesprawiedliwość może mieć różne oblicza.
W przypadku Salem obecność i wpływ Szatana na świat materialny były
uznawane za realne, a więc to założenie - ów przed-osąd - było elementem
codzienności ówczesnych ludzi. Elementem tym mogło - może - być jednak
wszystko. Założenia i przed-założenia, fałszywe zeznania i odwołane
świadectwa, brak zaufania do obcych, strach przed Innym, nieodparta
potrzeba uzyskania pewności, autorytetu i bliskości... To wszystko
elementy historii Salem. Ale ta historia nie kończy się na tamtych
wydarzeniach. Podobne motywy znajdziemy w najróżniejszych sprawach
opisywanych na kolejnych stronach tej książki.
Trzysta lat po wydarzeniach z Salem nadal nie zdołaliśmy odrobić tamtej
lekcji.
Rozdział 1. Złapcie mnie, nim znowu kogoś zabiję
Rozdział 1
Złapcie mnie, nim znowu kogoś zabiję
Było to jedno z najbardziej odrażających i okrutnych morderstw w historii Chicago, miasta, które i bez tego słynęło z brutalności
popełnianych w nim przestępstw.
Siódmego stycznia 1946 roku we wczesnych godzinach porannych urocza,
blondwłosa sześciolatka Suzanne Degnan została porwana ze swojej
sypialni na pierwszym piętrze z domu rodzinnego przy North Kenmore
Avenue 5943 w Edgewater, które od południa sąsiaduje z Chicago. Kiepsko
radzący sobie ze słowem pisanym porywacz żądał 20 tysięcy dolarów okupu,
ostrzegając rodziców, aby ci nie wzywali FBI ani policji ("NoTify FBI oR
Police") i każąc im czekać na dalsze wiadomości ("wAITe foR WoRd"). Pod
oknem sypialni Suzanne znaleziono drabinę.
W anonimowym telefonie nieznana osoba poinstruowała policję, aby ta
sprawdziła kanały w pobliżu domu dziewczynki. Przed zmrokiem
funkcjonariusze znaleźli poćwiartowane kawałki jej ciała w kilku
kanałach w okolicy, jak również w zakrwawionej pralni w położonym
niedaleko apartamentowcu przy Winthrop Street, gdzie ciało zostało
rozczłonkowane. Przyczyną śmierci było uduszenie, do którego doszło w nieznanym miejscu, gdzieś pomiędzy domem, z którego została porwana, a pralnią.
Doszło do tego rok przed moim przyjściem na świat. Zanim miałem okazję
zająć się tą sprawą, przesłuchany i skazany za tę zbrodnię człowiek
siedział w więzieniu już od trzydziestu trzech lat.
Po odsłużeniu pewnego czasu jako agent w Detroit i Milwaukee zostałem w 1977 roku przydzielony do Jednostki Nauk Behawioralnych w Akademii FBI w Quantico w stanie Virginia, gdzie nauczałem psychologii stosowanej
nowych agentów, detektywów oraz policjantów przechodzących przez
programy doszkalające. Problem w tym, że większość z tych facetów -
mieliśmy wówczas bardzo mało uczennic - wiedziało o analizowanych
sprawach więcej ode mnie; od czasu do czasu trafiał nam się nawet
funkcjonariusz lub detektyw, który osobiście prowadził omawiane przez
nas na zajęciach śledztwo.
Aby nie wyglądać przy tych policyjnych weteranach jak ktoś
niedoinformowany lub zwyczajnie głupi, zdecydowałem się poznać osobiście
omawianych na zajęciach drapieżców i przeprowadzić z nimi wywiady.
Chciałem się dowiedzieć, co siedziało w ich głowach, gdy popełniali
zbrodnie, a także co myśleli o tym później. Wraz z kolegą, który także
był instruktorem w Akademii, Robertem Resslerem, wybieraliśmy się
regularnie na "szkolne wycieczki" po kraju. Okazały się idealną okazją
do tego, by odwiedzić przestępców osadzonych w różnych więzieniach.
Właśnie od tego typu nieformalnych i nieoficjalnych spotkań początek
wzięło nasze studium poświęcone seryjnym mordercom, które ostatecznie
zaowocowało znacznie bardziej rozbudowaną pracą sfinansowaną przez
Narodowy Instytut Sprawiedliwości (National Institute of Justice).
Zostałem współautorem dwóch pionierskich prac, które napisałem wspólnie
z Resslerem i doktor Ann Burgess z Uniwersytetu Pensylwanii,
zatytułowanych odpowiednio Sexual Homicide. Patterns and Motives
(Morderstwa na tle seksualnym. Schematy i motywy) oraz Crime
Classification Manual (Podręcznik klasyfikacji przestępstw), które
scementowały moją karierę w FBI jako pierwszego profilera w historii
Biura.
Co zaskakujące - a przynajmniej wtedy nam się to takie wydawało - niemal
każdy morderca z naszej "listy życzeń" zgodził się z nami rozmawiać.
Jednym z pierwszych osadzonych, z którym przeprowadziliśmy wywiad, był
William George Heirens, przebywający w więzieniu w Joliet w stanie
Illinois. Jako siedemnastolatek Heirens przyznał się do zbrodni i został
uznany za winnego zamordowania maleńkiej Suzanne Degnan, a także - do
czego doszło w kolejnych miesiącach - dwóch kobiet:
czterdziestotrzyletniej pomocy domowej Josephine Ross i trzydziestojednoletniej Frances Brown, byłej marynarz służącej we flocie
podczas drugiej wojny światowej.
Nagie, zakrwawione ciało Brown rankiem 11 grudnia 1945 roku znalazła
Martha Engels, pomoc domowa, która przyszła posprzątać w jej mieszkaniu
znajdującym się niedaleko domu Josephine Ross. Brown leżała w wannie - w jej czaszce była widoczna rana po kuli, a w karku tkwił nóż rzeźniczy.
Na ścianie salonu czerwoną szminką należącą do Brown wypisano tekst,
który był albo prośbą o pomoc, albo drwiną z organów ścigania:
For heAVens
Sake cAtch Me
BeFore I Kill More
I cannot control myself
("Na miłość Boską, złapcie mnie,
nim znowu kogoś zabiję, nie panuję nad sobą").
Kolejnego dnia chicagowskie gazety nazwały nieznanego sprawcę tej
odrażającej i przerażającej zbrodni "mordercą ze szminką".
Nim przeprowadziliśmy wywiad w Joliet, przejrzałem wraz z Resslerem akta
sprawy oraz informacje z więzienia na temat Williama Heirensa. Przez
cały okres odbywania kary zachowywał się wzorowo i jako pierwszy
osadzony w historii stanu Illinois uzyskał tytuł naukowy - gdy z nim
rozmawialiśmy, był doktorem.
W odróżnieniu od wielu innych przestępców, z którymi już się spotkaliśmy
lub dopiero mieliśmy rozmawiać, w zachowaniu Heirensa nie było nic
złowróżbnego, egoistycznego ani przytłaczającego. Nic nas w nim nie
przerażało - w przeciwieństwie do kilku innych naszych rozmówców nie
sprawiał wrażenia, jakby chciał nam za chwilę pourywać głowy. Był
uprzejmy i ładnie się wysławiał, ale przez wiele godzin rozmowy
nieustannie podkreślał, że jest niewinny. Twierdził, że najpierw został
zastraszony przez chicagowską policję, a następnie zmanipulowany przez
swoich adwokatów, przez co przyznał się przed sądem do winy - była to
brawurowa próba wyratowania go od egzekucji na krześle elektrycznym.
Bez względu na to, w jaki sposób próbowalibyśmy podejść do sprawy i jakich pytań byśmy nie stawiali, Heirens zawsze miał na nie gotową
odpowiedź. Chociaż otwarcie opowiadał o swojej długiej karierze
włamywacza, to zarzekał się, że dysponuje alibi potwierdzającym, iż
żadnej z trzech nocy, podczas których doszło do morderstw, nie przebywał
w okolicy. Do tego stopnia perorował o swojej niewinności i był
przekonujący w swoich twierdzeniach, iż miałem pewność, że gdyby tylko
podłączono go w tej chwili do wykrywacza kłamstw, nic by nie wykryto.
Gdy wychodziliśmy z więzienia, po głowie kołatała mi się myśl: "Kurczę,
może ten gość faktycznie jest niewinny?!".
Jedną z największych zagadek ludzkiej natury stanowi pytanie o to, co
zachodzi w dowolnej sytuacji pomiędzy dwoma osobami. Gdy sprawa dotyczy
relacji z mordercą, zagadka ta urasta do ekstremum. Zadajemy sobie wtedy
pytania: "Czy możliwe, że ta konkretna osoba zdolna jest do popełnienia
najgorszego aktu, jaki jeden człowiek może wyrządzić drugiemu? A jeśli
nie, to w takim razie kto jest do tego zdolny?".
Na najbardziej podstawowym poziomie prowadzenie sprawy kryminalnej
polega na zebraniu dowodów, wskazówek i poszlak, a następnie ułożeniu z nich logicznej, spójnej i przekonującej historii. Historię taką musi
przygotować sobie zarówno detektyw, jak i adwokat oraz prokurator.
Wersja, którą ostatecznie przyjmie sąd, decyduje o werdykcie. Na tym
właśnie polegała moja praca i tym nadal zajmują się inni profilerzy w Quantico: wykorzystując naszą wiedzę, doświadczenie i instynkt, tworzymy
wiarygodną historię o znanej nam ofierze i nieznanym sprawcy. Jak zawsze
w przypadku spraw kryminalnych, również resztę sprawy Williama Heirensa
można było opowiedzieć na kilka sposobów.
Jego na pozór racjonalne twierdzenia co do rzekomej niewinności wywarły
na mnie tak wielkie wrażenie, że gdy tylko wróciłem do Quantico,
odkopałem akta sprawy i przejrzałem jej najważniejsze punkty.
Zabrałem te dokumenty ze sobą i poszedłem z nimi do biblioteki.
Chodziłem tam często, gdy potrzebowałem się skupić. Przy moim biurku
było to niemożliwe, bo co chwila albo dzwonił telefon, albo koledzy z pracy wpadali, aby o coś zapytać i poplotkować. Zajmując się zresztą
sprawami, w których dominował mrok, lubiłem cieszyć się światłem
słonecznym. W tym czasie Jednostka Nauk Behawioralnych znajdowała się w pomieszczeniach zbudowanych osiemnaście metrów pod ziemią, w miejscu,
które oryginalnie zaprojektowane zostało jako bunkier dowodzenia na
wypadek zagrożenia wojennego, co owocowało naszymi częstymi skargami, że
zakopali nas dziesięć razy głębiej, niż grzebie się nieboszczyków.
Jak można było się tego spodziewać, wszystkie obciążające fakty z życia
Heirensa okazały się łatwo uchwytne w aktach jego sprawy. Przeszłość
miał dokładnie taką, jakiej oczekiwałbym od seryjnego mordercy:
samotnik-ryzykant, który prawie spalił dom rodzinny, przeprowadzając
eksperyment chemiczny, a przy innej okazji skoczył z garażu, próbując
przetestować skrzydła własnoręcznie wycięte z kartonu; rodzice, którzy
urządzali potworne awantury i mieli okresowe problemy z pieniędzmi;
długa seria udowodnionych mu włamań, ciągnąca się co najmniej od
trzynastego roku życia; zarzuty o używanie broni palnej; zbiór
informacji na temat przyjęć i wydaleń z kolejnych poprawczaków. Analiza
skradzionych książek, które posiadał (w tym Psychopathia Sexualis
autorstwa Richarda von Krafft-Ebinga), oraz zbiór wycinków prasowych na
temat nazistów mogły sugerować trwałe zainteresowanie perwersją
seksualną. Znaleziono u niego nawet przenośny zestaw chirurgiczny.
Narzędzia były zbyt małe i delikatne, aby dało się nimi pociąć ludzkie
ciało, ale zainteresowanie, jakim je obdarzał, raczej nie przemawiało na
korzyść kogoś, kto przyznał się do poćwiartowania zwłok dziecka.
Zeznanie Heirensa było dość proste, nie licząc fragmentu o współsprawcy
nazwiskiem George Murman, który miał "go do tego nakłonić", a którego
sąd uznał za alter ego oskarżonego, za którym próbował się on ukryć.
"George" figurował w dokumentach jako jego drugie imię, a nazwisko
Murman, jak stwierdzono, stanowiło skrót od "murder man" - "morderca".
Był to, co wkrótce wykazało i nasze badanie, klasyczny przypadek
eskalacji prowadzącej do morderstwa, w której sprawca skorzystał z nadarzającej się okazji: w domach, do których się włamał, przebywały ich
mieszkanki. Po tym nastąpiła jeszcze jedna eskalacja przemocy w postaci
brutalnego zamordowania małej dziewczynki. Heirens podpisał swoje
zeznanie nie raz, ale dwukrotnie, w obu przypadkach w obecności
adwokatów.
Zgadzały się także inne elementy. Okolica, w której doszło do morderstw,
pokrywała się z obszarem, gdzie Heirens dopuszczał się w przeszłości
włamań - nazwalibyśmy to jego "strefą komfortu". W trakcie wtargnięcia
do jednego z domów został przypadkowo nakryty, a rzuciwszy się do
ucieczki, próbował strzelać do ścigających go policjantów, dopóki całego
zajścia nie zauważył przebywający w okolicy funkcjonariusz po służbie,
który znokautował Heirensa uderzeniem ceramiczną doniczką w głowę - w efekcie ten drugi trafił do Bridewell, aresztu medycznego podlegającego
pod więzienie stanowe Cooka. Choć do szkoły chodził w kratkę, był
wystarczająco inteligentny, aby w wieku szesnastu lat przyjęto go na
powszechnie szanowany Uniwersytet Chicagowski. Osiągnięcie to zrównało
go z dwoma innymi notorycznymi mordercami z Chicago - Nathanem Leopoldem
i Richardem Loebem, którzy zostali skazani za morderstwo
czternastoletniej sąsiadki Loeba i zarazem jego odległej kuzynki Bobby
Franks. Od celi śmierci wyratowała ich jedynie żarliwa obrona
poprowadzona przez adwokata Clarence'a Darrowa. Lokalna prasa
dopilnowała, aby żaden szczegół sprawy nie umknął przerażonej i głodnej
wszelkich informacji opinii publicznej. "Chicago Tribune" określiło
śmierć Suzanne Degnan mianem "najbardziej odrażającego morderstwa w historii Ameryki od czasów sprawy Loeba i Leopolda".
Dostawszy się na prestiżowy uniwersytet, Heirens postanowił
specjalizować się w elektryce, kontynuując karierę włamywacza - rabował
domy, sklepy i pokoje hotelowe. Niewielkie ilości gotówki, drobna
biżuteria i dziwne przedmioty, które padały jego łupem, świadczyły chyba
bardziej o tym, że próbował nie wyjść z wprawy, niż że usiłował się w ten sposób czegoś dorobić. Jeśli ten dzieciak był w stanie do tego
stopnia podzielić na części swoje życie, to może prośba o to, aby
złapano go, nim zabije kolejną osobę, miała pewien sens. Niedojrzały
napis zostawiony na miejscu zbrodni mógł być nawet próbą psychicznego
rozdzielenia od siebie niezwykle inteligentnego "Billa Heirensa" od
złowrogiego "George'a Murmana".
Najbardziej przekonujący okazał się jednak dowód fizyczny: odciski
palców Heirensa pozostawione zarówno na notatce informującej o wysokości
okupu, jak również odciśnięte w krwi na framudze drzwi od mieszkania
Frances Brown. Odcisk na notatce został zakwestionowany, nie posiadał
bowiem wystarczającej liczby punktów wspólnych - tych naliczono
dziewięć, FBI natomiast wymaga co najmniej dwunastu. Ale odcisk z miejsca zbrodni był nie do podważenia.
Wobec tego realia sprawy stały się oczywiste. Siedząc przez te wszystkie
lata w więzieniu i mając czas na rozmyślania, inteligentny i skłonny do
analizowania swoich uczuć Heirens zdołał psychicznie odkleić się od
całej sprawy i przekonać samego siebie, że chociaż był niereformowalnym
seryjnym włamywaczem, to pozostawał jednocześnie niewinny popełnienia
trzech morderstw, do których się przyznał.
Przez lata, odkąd tylko umieściliśmy ją w naszym projekcie badawczym
poświęconym osobowości przestępców, nauczaliśmy sprawy Williama Heirensa
jako pierwszego zorganizowanego studium, które zestawiało kolejne kroki
brutalnego przestępstwa z tym, co sprawca myślał i robił w danym
momencie. Ta analiza położyła podwaliny pod naukę, która przez ponad
czterdzieści lat, jak się okazało, w trakcie wielu tysięcy przesłuchań i postępowań sądowych sprawdzała się idealnie przy próbie odnajdywania i przesłuchiwania seryjnych morderców, gwałcicieli i innych brutalnych
przestępców.
W 1987 roku, niemal dziesięć lat po moim wywiadzie z Billem Heirensem,
zadzwonił do mnie do Quantico Joe Horgas, detektyw z pobliskiego
hrabstwa Arlington w Wirginii. Przez lata ciężkiej detektywistycznej
roboty, której nie potrafię określić inaczej niż jako błyskotliwą i inspirującą, Horgas uznał, że jest w stanie powiązać ze sobą włamania,
brutalne gwałty oraz gwałty połączone z morderstwami, które na
przestrzeni lat miały miejsce w Arlington, sąsiadującej z nim Alexandrii
oraz w okolicach Richmond. W żadnym wydziale policji nikt nie chciał
kupić jego wersji wydarzeń. Horgas był jednak przekonany o prawdziwości
swojej teorii. Zgodnie z nią seria zbrodni zaczynała się od zamordowania
w Arlington w 1984 roku trzydziestodwuletniej prokuratorki Carolyn Hamm.
Po wysłuchaniu prezentacji detektywa i przeanalizowaniu wszelkich
aspektów sprawy (czasu i wykorzystanych metod, dowodów fizycznych i behawioralnych, doboru ofiar) oraz po zapoznaniu się z raportami
laboratoryjnymi zgodziliśmy się co do tego, że wszystkie sprawy były
niemal na pewno ze sobą powiązane. W naszej pracy jest bardzo mało
pewników, a w przypadku profilowania nie ma ich w ogóle, ale ta teoria
była naprawdę cholernie dobra.
I wtedy Horgas rzucił nam prawdziwą bombę: - Sprawa Hamm jest zamknięta
- wyjaśnił - ponieważ ktoś został już w tej sprawie aresztowany,
osądzony i skazany.
Nieźle!
Opowiedział nam wówczas historię Davida Vasqueza, Hiszpana, który w wieku trzydziestu siedmiu lat został aresztowany przez policję w Arlington jakieś dwa tygodnie po zamordowaniu Hamm. Mieszkał ze znajomym
w tej samej okolicy co ofiara, był ponadto widziany przez dwóch świadków
w pobliżu jej domu. Gdy detektywi przeszukali jego pokój, znaleźli
pornografię z udziałem związanych i zakneblowanych kobiet, a także
zdjęcia erotyczne przedstawiające w różnym stopniu roznegliżowane
kobiety. Nie udało się połączyć Vasqueza z próbkami nasienia pobranymi z ciała i ubrania Hamm, ale niektóre próbki włosów mogły wskazywać na jego
winę. Mimo to głównym dowodem winy był fakt, że Vasquez przyznał się do
popełnienia przestępstwa!
- Myślicie, że w sprawę była zaangażowana więcej niż jedna osoba? -
zapytał nas Horgas.
Trudne pytanie. Jako że Vasquez przejawiał bardzo niski iloraz
inteligencji, a popełnione przestępstwo było dobrze zaplanowane, mogło
istnieć podejrzenie, że za zamordowaniem Hamm stały dwie osoby -
nieznany sprawca, który wszystko zaplanował, oraz Vasquez, który był
jedynie jego wspólnikiem. Na przestrzeni lat mieliśmy do czynienia z innymi podobnymi przypadkami. Tak więc, choć szansa była niewielka, nie
można było tego wykluczyć z całkowitą pewnością. Normalnie w takich
przypadkach ma się do czynienia z dość silnymi poszlakami na samym
miejscu zbrodni, gdzie znaleźć można ślady działań zarówno
zorganizowanych, jak i chaotycznych.
Ale Vasquez ani razu nie wspomniał o kimś innym, w jego zeznaniu nie
było niczego, co mogłoby to sugerować, wreszcie: ani w sprawie Hamm, ani
w żadnej innej nic nie wskazywało na udział dwóch osób. W rzeczywistości
jednak z tego, co Horgas opowiedział nam o Vasquezie, nie dało się
wywnioskować, że był on wystarczająco inteligentny, aby zaplanować
równie skomplikowaną zbrodnię.
Przestępstwa w Karolinie Północnej w pewnym momencie się skończyły, a nowe, podobne zbrodnie pojawiły się w okolicach Richmond trzy lata
później - tworzyło to bardzo sugestywny wzór. Jako że tego typu historie
rzadko kiedy kończą się same z siebie, przypuszczaliśmy, że sprawca
trafił być może do więzienia z innego powodu (na przykład za włamania),
po czym został zwolniony warunkowo i podjął pracę w Richmond.
Horgas uchwycił się tej myśli i przejrzał akta wszystkich, którzy
pasowali do schematu. Wrócił w okolice Arlington, gdzie popełniono
pierwsze zbrodnie. Wkrótce natknął się na kłopotliwego nastoletniego
Afroamerykanina - Timothy'ego Wilsona Spencera, który został skazany za
włamania. Sprawdzenie kilku rzeczy w komputerze potwierdziło
przypuszczenia detektywa: Spencer miał dwadzieścia dwa lata, gdy w 1984
roku aresztowano go w Alexandrii, po czym w 1987 roku przeniesiono do
Richmond, do półotwartej placówki. Gdy tylko podejrzenie padło na
Spencera, wszystkie elementy układanki nagle zaczęły wskakiwać na swoje
miejsca. Przede wszystkim jednak jego DNA pasowało do DNA znalezionego
tam, gdzie dokonano trzech morderstw oraz kilku gwałtów.
Choć nigdy się do nich nie przyznał, Spencer został oskarżony o trzy
niezależne morderstwa pierwszego stopnia - za każde z nich skazano go na
karę śmierci. Jego sprawa stanowiła pierwszy skuteczny przypadek
wykorzystania DNA jako materiału dowodowego przed amerykańskim sądem. Po
przegraniu wszystkich trzech apelacji 27 kwietnia 1994 roku Timothy
Wilson Spencer został stracony na krześle elektrycznym w więzieniu
stanowym w Jarratt.
Dla ludzi takich jak ja, którzy całe zawodowe życie spędzili na
pomaganiu policji w chwytaniu najgorszych z najgorszych przestępców oraz
na szukaniu sprawiedliwości w imieniu tych, którzy sami nie byli już w stanie jej dochodzić, werdykt w tej sprawie był niezwykle
satysfakcjonujący. Wciąż pozostawał jednak jeszcze jeden nierozwiązany
problem. David Vasquez nadal przebywał w więzieniu, skazany za
przestępstwo, które - jak dowiedziono - było tylko jednym z ogniw
długiego łańcucha zbrodni popełnionych przez kogoś innego. Dwóch
świadków w sprawie Vasqueza nie chciało zmienić swoich zeznań, a próbki
pobrane z miejsca zbrodni rozłożyły się w stopniu uniemożliwiającym ich
ponowną analizę. Najlepszym sposobem na wyciągnięcie go z więzienia (i udowodnienie, że Hamm została zamordowana przez tę samą osobę, co
pozostałe ofiary) było podejście behawioralne. To właśnie na nie się
zdecydowaliśmy, gdy podjęliśmy trop.
Grupa profilerska FBI nosi dziś nazwę Jednostki Analizy Behawioralnej
(Behavioral Analysis Unit - BAU). Gdy zaczynałem pracę jako pełnoetatowy
profiler, zostałem przydzielony jeszcze do Jednostki Nauk Behawioralnych
(Behavioral Science Unit - BSU), która pełniła jednak funkcje czysto
akademickie. Starając się, aby nasza jednostka była traktowana poważnie
przez policję i starając się "pozbyć z nazwy BS1", określiłem nową
grupę profilową Jednostką Wsparcia Dochodzeń (Investigative Support Unit
- ISU). W jej skład wchodziło dwunastu profilerów, których żartobliwie
przezwałem "parszywą dwunastką". Niedługo potem analizowaliśmy już ponad
tysiąc spraw rocznie, byliśmy więc zmuszeni wypracować sobie system, w którym konkretny agent zostawał przypisany do ściśle określonego obszaru
kraju.
W czasie gdy zajmowaliśmy się sprawą Vasqueza-Spencera, agentem, któremu
podlegał stan Wirginia, był Steve Mardigian - natychmiast przystąpił on
do zbierania materiałów i analizowania wszystkich aspektów zbrodni. Po
miesiącach pracy, na spotkaniu wewnętrznym, zaprezentował całej naszej
jednostce swoje ustalenia. Wszyscy zgodziliśmy się co do tego, że
sprawcą morderstwa był zaradny, doświadczony, nerwowy i skłonny do
manipulacji sadysta seksualny. David Vasquez nie byłby w stanie
zamordować Carolyn Hamm i nie zrobił tego.
Po zakończeniu analizy wraz z Joe Hargasem i wydziałem policji z Arlington wystąpiliśmy do prokurator okręgowej hrabstwa Arlington
nazwiskiem Helen Fahey, aby wystosowała wniosek do gubernatora Geralda
Balilesa z prośbą o pełne ułaskawienie Vasqueza. Do pisma dołączono
raport podpisany przez Mardigiana oraz przeze mnie. Niecałe trzy
miesiące później David Vasquez ponownie był wolnym człowiekiem,
spędziwszy w więzieniu cztery lata za przestępstwo, do którego się
przyznał, ale którego nie popełnił.
Gdyby ze sprawą tą zgłosił się do nas adwokat, prosząc o pomoc,
bylibyśmy zmuszeni odmówić. Nie obowiązywała tam jurysdykcja federalna,
więc jedyną opcję, aby nas zaangażować, stanowiło wystąpienie do nas z prośbą o pomoc przez lokalnych stróżów prawa. Było nas zresztą tak
niewielu, że oferowaliśmy swoje usługi jedynie policji, szeryfom oraz
agencjom detektywistycznym, nie zaś oskarżonym. Nawet gdybyśmy mieli do
tego odpowiednie zasoby ludzkie, trudno mi sobie wyobrazić, aby odznaka
FBI mogła pomóc w pracy z drugą stroną.
W trakcie działań nad tą sprawą jasne stały się jednak także
okoliczności, w których oskarżony składał zeznania. Przerażony i osamotniony w trakcie policyjnego śledztwa Vasquez uznał, że jedyną
możliwością "ocalenia" będzie zadowolenie śledczych, współpraca z nimi i danie im tego, czego oczekują. Świadomie lub nie podał im jednak zbyt
dużo informacji, które następnie ułożył w coś w rodzaju "snu", w którym
dopuścił się mordu na Carolyn Hamm. Vasquez sądził naiwnie, że
współpracując z władzami, doczeka się uwolnienia.
Czy skazanie Davida Vasqueza było błędem wymiaru sprawiedliwości?
Oczywiście, że tak. Ale pozwólcie, że podkreślę tu jeden, moim zdaniem
kluczowy, fakt. Tak, to policja doprowadziła do wsadzenia Vasqueza za
kratki. Ale to także ona wyciągnęła go stamtąd, gdy tylko zauważono, że
popełniono błąd - nie zrobili tego ani reporterzy, ani prawnicy, ani
żadna oddolna inicjatywa społeczna.
To właśnie zaprezentowane powyżej otwartość umysłu, wytrwałość i niezłomność - lub ich brak - cechujące osoby związane z wymiarem
sprawiedliwości stanowią serce niniejszej książki.
Ujmując rzecz najprościej, jak się da - amerykański wymiar
sprawiedliwości stara się sięgnąć niemożliwego: uporządkować świat
najlepiej, jak to tylko możliwe, po tym jak ktoś dopuścił się czegoś, co
ten porządek zburzyło. System ten zna i rozumie własne ograniczenia
zarówno jeśli chodzi o możliwości przywrócenia pierwotnego stanu
naruszonego przez zbrodnię, jak i w kwestii doszukania się prawdy na
temat tego, do czego tak naprawdę doszło. Pamiętajcie: "Nikt nigdy nie
jest uznawany za niewinnego". Nigdy. System potrafi rozróżniać jedynie
dwie skrajności: "dopuścił się" lub "nie dopuścił się" zarzucanych mu
czynów. System stara się określić, czy przedstawione dowody wykraczają
poza uzasadnione wątpliwości. Zdajemy sobie sprawę, że jedyne, co możemy
zrobić, to starać się wykonywać naszą pracę najlepiej, jak to możliwe.
Sprawa Vasqueza męczyła mnie jeszcze długo po jej zamknięciu, podobnie
jak powinna męczyć każdego stróża prawa, który poważnie traktuje swoją
misję. Do tej pory zawsze uważałem przyznanie się oskarżonego do winy za
złoty standard postępowania sądowego - jeśli to z niego wydobędziesz,
sprawa jest zamknięta. David Vasquez w nieprzyjemny sposób podważył to
przekonanie.
A to prowadzi nas z powrotem do Williama Heirensa.
Rozdział 2. Po uważniejszym przyjrzeniu się sprawie...
Rozdział 2
Po uważniejszym przyjrzeniu się sprawie...
Gdy zaczyna się pracę jako agent specjalny FBI i otrzymuje pierwsze
zadanie "w terenie", do niektórych kwestii podchodzi się dość naiwnie.
Szczególnie, gdy - tak jak ja - nie ma się żadnego doświadczenia w takiej pracy. Pierwsze, co człowiek sobie przyswaja, to fakt, że nie
wszyscy cieszą się na jego widok (i nie mówię tu wyłącznie o przestępcach). Niektóre wydziały policji chętnie korzystają z pomocy
Biura, inne zaś traktują nas jak dwustukilogramowego goryla, który
rozbija się po ich terenie.
Gdy człowiek jest nowy, wydaje mu się, że wszystkie wydziały policyjne i biura szeryfów przeprowadzają szczegółowe śledztwa - właśnie tak jak
uczy się tego w Akademii FBI - a tym samym zakłada on, że otrzymane
informacje są solidne i wiarygodne. No cóż, to też nie zawsze okazuje
się prawdą.
Pracując dla Biura, zajmowałem się jednocześnie prowadzeniem tak wielu
spraw - nie mówiąc już o kierowaniu Jednostką Wsparcia Dochodzeń - że
rzadko kiedy mogłem pozwolić sobie na luksus wracania do spraw już
zamkniętych. Dopiero po przejściu na emeryturę miałem możliwość
ponownego przyjrzenia się śledztwom, z którymi zetknąłem się na początku
swojej kariery, takimi jak proces mordercy ze szminką z Chicago.
Przyjrzyjmy się tej sprawie raz jeszcze i sprawdźmy, czy ową historię
można opowiedzieć w inny sposób. Zwrócimy przy tym uwagę na niektóre
fakty i zdarzenia, o których nie wiedziałem w chwili, gdy
przeprowadzałem wywiad, oraz zestawimy je z doświadczeniem, wynikami
badań i wiedzą ogólną, którą moja jednostka nabywała w miarę rozwoju
programu analizy dochodzeń kryminalnych. Zacznijmy tak, jakbyśmy
sporządzali profil nieznanego sprawcy dla policjantów, którzy zgłosili
się z prośbą o pomoc.
Na początek upewnijmy się, że wszyscy rozumiemy, jaką rolę w śledztwie
odgrywa profilowanie.
Po pierwsze: my nie łapiemy przestępców. Tym zajmuje się policja.
Jedynie pomagamy miejscowym funkcjonariuszom, tak aby w swoim śledztwie
skupili się oni na pewnym określonym typie podejrzanych. W zależności od
rodzaju dowodów i wskazówek możemy podać policji bardzo szczegółowe
informacje na temat motywu zbrodni, płci, rasy, wieku, miejsca
zamieszkania, zawodu, otoczenia, relacji osobistych i wielu innych
aspektów osobowości danej osoby. Sugerujemy także zastosowanie
konkretnych proaktywnych technik zmuszenia przestępcy do wykonania ruchu
w pożądanym przez nas kierunku. Gdy podejrzany zostaje ujęty, możemy
pomóc w prowadzeniu przesłuchania i zasugerować strategię, którą powinna
przyjąć prokuratura. Podczas procesu zapewniamy analizę ekspercką
sygnatury, modus operandi, motywu, powiązań, klasyfikacji zbrodni oraz
miejsca, gdzie do niej doszło.
Wszystko to opiera się na naszych badaniach i doświadczeniu wynikającym
z analizy dziesiątek tysięcy spraw - to znacznie więcej niż jakikolwiek
lokalny śledczy mógłby przerobić przez całą swoją karierę.
Wykorzystujemy tak naprawdę te same metody, co nasz literacki
protoplasta Sherlock Holmes. Wszystko opiera się na rozumowaniu
logicznym, dedukcji i indukcji, a nasze podstawowe równanie wygląda
następująco:
DLACZEGO? + JAK? = KTO
Może się to wydawać banalne, ale analiza winna uwzględniać niezliczoną
liczbę zmiennych, a żeby nasza praca na coś się przydała, musimy być tak
skrupulatni, jak to tylko możliwe. Wszyscy potrafimy rozpoznać kliszę w postaci białego samotnego chłopaka w wieku dwudziestu kilku lat. Ale
nawet w tych przypadkach, gdzie opis może wydawać się odpowiednio
dokładny, nie przyda się on na nic, jeśli nie będziemy w stanie
powiedzieć czegoś także na temat tego, gdzie dana osoba mieszka, co się
dzieje w jej życiu, z jakiej rodziny pochodzi, kim są jej przyjaciele i koledzy, kiedy i gdzie może uderzyć ponownie, czy będzie reagowała na
śledztwo (oraz jak) i tak dalej.
Nowych agentów w mojej jednostce uczę zawsze, że profil sprawcy to za
mało - należy także sporządzić profil ofiary. Profiler musi ustalić, czy
ta osoba lubiła ryzyko, czy w obliczu zagrożenia zachowywała się
pasywnie czy agresywnie, czy miała w przeszłości wrogów lub doświadczyła
złych związków i tym podobne. Odkryłem jednak, że to także za mało.
Należy bowiem wykonać również profil sytuacji. Chodzi mi o to, że
trzeba sprawdzić, co dzieje się w ramach i wokół śledztwa.
Jak prezentuje się środowisko społeczne, w którym prowadzone jest
śledztwo? Jak ludzie postrzegają dane przestępstwo? Jak rolę w sprawie
odgrywają media? Jak wygląda kultura policyjna w danym rejonie? To wiele
ważnych pytań, które należy sobie zadać, aby zarysować tło, na którym
rozgrywa się cała sprawa.
Większość ludzi zdaje sobie sprawę z tego, jaką reputację miało Chicago
w czasie szalonych lat dwudziestych, gdy w wyniku prohibicji ogromne
zyski zaczęła przynosić zakrojona na szeroką skalę działalność
przestępcza. Ale w późniejszych latach historia miasta również nie była
usłana różami. Po względnie spokojnym okresie drugiej wojny światowej
władze zaczęły wyrażać poważne zaniepokojenie powrotem do miasta
zdemobilizowanych żołnierzy i nieuchronnym wzrostem bezrobocia, które
musiało pociągnąć za sobą także wzrost przestępczości. Policja działała
w dużym stresie. Gdy w czerwcu 1945 roku, tuż przed końcem wojny,
zamordowana została Josephine Ross, a w grudniu tego samego roku,
zaledwie cztery miesiące po zwycięstwie nad Japonią, Frances Brown,
presja wywierana na służby była niewyobrażalna.
W mojej pracy zawsze trzeba brać pod uwagę rolę mediów, a Chicago ma
najbardziej zuchwałą i niezależną prasę w całym kraju. Gdy tylko trafił
im się temat mordercy ze szminką, pisali o nim tak długo, aż opinia
publiczna wpadła w panikę. Nie sposób nie zauważyć przy tym, że przez
całą pierwszą połowę XX wieku Chicago miało nieustający problem z korupcją. Zaowocowało to w dwojaki sposób: z jednej strony opinia
publiczna stała się cyniczna i sceptyczna co do możliwości władz, aby
mogły one rozwiązać jakiekolwiek problemy, z drugiej zaś władze
odczuwały potrzebę wypracowywania konkretnych rozwiązań bez względu na
to, czy miały ku temu potrzebne środki, czy też nie.
Gdyby policjanci z Chicago poprosili mnie o pomoc, po przestudiowaniu
spraw Ross i Brown doradziłbym, aby szukali białego mężczyzny tuż przed
trzydziestką, względnie w wieku trzydziestu paru lat, który miał już
doświadczenia z włamaniami i stosowaniem przemocy wobec kobiet. Opisany
przeze mnie mężczyzna byłby ukierunkowany na kontrolowanie innych ludzi
i nosiłby w sobie wiele gniewu, co można było wywnioskować po
gwałtowności i brutalności ataku - ofiary wielokrotne dźgnięto nożem.
Żadna z zamordowanych kobiet nie była agresywna ani nie prowadziła
ryzykownego życia. Zostały zabite wyłącznie ze względu na nadarzającą
się okazję - przebywały w swoich domach w chwili, gdy dochodziło do
włamania. Sprawca potrafił uprzedmiotowić swoje ofiary i nie odczuwał
żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, co zrobił. Podobnie jak Timothy
Spencer w Wirginii, morderca Ross i Brown cechował się wysokimi
umiejętnościami przewidywania - potrafił zaplanować skomplikowaną
zbrodnię i stopniowo się rozwijał, jeśli chodzi zarówno o stosowane
techniki, jak i o eskalację swojej nienawiści wobec kobiet. Na podstawie
wszystkich powyższych cech uznałbym ostatecznie, że podejrzanym jest
mężczyzna w starszym wieku.
Wiadomość wypisaną szminką na miejscu śmierci Brown zakwalifikowałbym
niewątpliwie jako interesującą, ale jednocześnie podszedłbym do niej
sceptycznie. Mogła być ona zwykłą kpiną wobec organów ścigania, napisaną
przez osobę narcystyczną, która chciała zapewnić sobie poczesne miejsce
w prasie. Mogło to być jednak także zwyczajne oszustwo - rzecz
sfingowana przez nadgorliwego dziennikarza, który chciał jeszcze
bardziej podkręcić sensacyjność całej sprawy. Gdy wraz z Markiem
Olshakerem przyglądaliśmy się na potrzeby książki The Cases That Haunt
Us (Sprawy, które nadal nas dręczą) morderstwom popełnionym przez Kubę
Rozpruwacza w Whitechapel, doszliśmy do przekonania, że osławiony list
rozpoczynający się od słów "Drogi szefie" (z tego listu wziął się
przydomek mordercy - "Rozpruwacz"2) był fałszywką. Napisał
go prawdopodobnie jeden z dziennikarzy z czasów wiktoriańskich, który
miał nadzieję zwiększyć w ten sposób zainteresowanie ludzi całą sprawą.
Ujmując to prosto: poddanie listu analizie psycholingwistycznej dało
wynik niezgodny z ogólnym profilem osobowości przestępcy stworzonym na
podstawie zebranych dowodów, podczas gdy napisanego później "Listu z piekła" - wynik pozytywny . Myślę, że podobnie mogło być z wiadomością
"złapcie mnie".
Wróćmy na moment do profilu sytuacji. Należy stwierdzić, że gdy w mniej
niż trzy tygodnie po Frances Brown zamordowana została również Suzanne
Degnan, zmieniło się wszystko. W zbiorowej świadomości nie ma niczego
bardziej przerażającego niż zamordowanie dziecka, a szczegóły tej
konkretnej zbrodni były tak potworne, że opinia publiczna i media
zaczęły domagać się szybkiego rozwiązania sprawy i osądzenia winnego.
To, że kolejna dziewczynka mogłaby podzielić los Suzanne, było nie do
pomyślenia. Od tego momentu policja pracowała pod olbrzymią presją, aby
znaleźć podejrzanego. W odpowiedzi na naciski ze strony społeczeństwa
służby wszczęły największe śledztwo w historii miasta; przeanalizowano
wówczas tysiące śladów, przeprowadzono ponad tysiąc przesłuchań,
wykonano kilkaset badań przy użyciu wariografów oraz porównano
niezliczoną ilość próbek pisma.
Pierwszy poważny podejrzany pojawił się już po dwóch dniach. Był nim
Hector Verburgh, sześćdziesięciopięcioletni woźny pracujący w budynku, w którym znajdowała się pralnia, gdzie rozkawałkowano ciało Suzanne. Na
notce o okupie znajdowały się ciemne smugi, które pasowały do wiecznie
brudnych rąk Verburgha. Rzecznik policji oznajmił wtedy: "Mamy
mordercę".
Obnosili się z nim niczym z trofeum.
Policja przetrzymywała Verburgha przez 48 godzin, kiedy to bito go i traktowano tak okrutnie, że po wszystkim musiał spędzić dziesięć dni w szpitalu. Uwolniono go tylko dzięki żądaniu adwokata związku zawodowego
woźnych, który powołał się na zasadę habeas corpus. Ta łacińska
zasada, znacząca dosłownie "masz ciało", wywodzi się jeszcze z angielskiego prawa zwyczajowego i daje aresztowanemu prawo do stawienia
się przed sądem i zgłoszenia zażalenia albo sprzeciwu wobec uwięzienia
lub podstawy skazania.
Wymieniając przerażające techniki, które wykorzystano w trakcie
przesłuchiwania go, Verburgh stwierdził: "Jeszcze trochę, a przyznałbym
się do czegokolwiek". Okazało się przy tym, że aresztowany nie potrafił
pisać na tyle, aby sporządzić choćby prostą informację o okupie.
To, w jaki sposób potraktowano pana Verburgha, mówi samo za siebie.
Działania zastosowane przez wydział policji w Chicago były tak
karygodne, że woźny pozwał tamtejszych stróżów prawa o odszkodowanie w wysokości 15 tysięcy dolarów - kwotę wówczas bardzo wysoką. Sąd
przychylił się do jego żądania, a do wnioskowanej sumy doliczył
dodatkowe 5 tysięcy dolarów zadośćuczynienia dla jego żony, którą
policja starała się zmusić do zeznawania przeciwko niemu.
Gdy lokalne służby zwracają się z prośbą o pomoc do profilera, jego
zadaniem jest zmienić punkt zainteresowania śledczych lub kierunek
prowadzonego przez nich śledztwa. Gdybym to ja został oddelegowany do
tej sprawy, aresztowanie Hectora Verburgha zdecydowanie skłoniłoby mnie
do przekierowania śledztwa w inną stronę. Przede wszystkim aresztowany
był za stary i nie miał żadnej przeszłości kryminalnej. Ludzie nie stają
się brutalnymi mordercami seksualnymi "znikąd". Na podstawie szerokiego
doświadczenia zdobytego przez naszą jednostkę mogę otwarcie powiedzieć,
że takie sytuacje po prostu nie mają miejsca. Aby ktoś w wieku Verburgha
dopuścił się tego typu zbrodni, musiałby być znany w przeszłości z brutalności, szczególnie wobec dzieci i bezbronnych. Ze zbrodnią nie
łączyło go nic poza miejscem pracy.
Po zwolnieniu pierwszego aresztowanego pojawiło się kilku kolejnych
wątpliwych podejrzanych. Jednym z nich był weteran piechoty morskiej,
który mieszkał w okolicy, gdzie dokonano mordów, i którego inicjały były
zgodne z inicjałami doczepionymi przez pralnię do chusteczki, którą
znaleziono w pobliżu miejsca zbrodni. Miał on jednak solidne alibi i z łatwością przeszedł pozytywnie dla siebie badanie wariografem.
Podejrzewano także miejscowego łobuza, który przebywał w poprawczaku za
napad z bronią w ręku i który powiedział innemu dzieciakowi, że
zamordował Suzanne. Po negatywnym badaniu wariografem (to znaczy: po
zaliczeniu badania) przyznał jednak, że wymyślił całą historię, aby
nakłonić tego drugiego do próby wyłudzenia okupu.
W międzyczasie natomiast, ponad tysiąc mil od Chicago, policja znalazła
podejrzanego, który osobiście bardzo by mnie zainteresował.
Czterdziestoczteroletni Richard Russell Thomas, okazjonalny włóczęga,
przebywał wówczas w hrabstwie Maricopa w stanie Arizona, skazany pod
zarzutem molestowania swojej trzynastoletniej córki. Charles B. Arnold,
dowódca jednostki dochodzeniowej w pobliskim Phoenix, rodzinnym mieście
Thomasa, był jednak przekonany, że dostrzega podobieństwa pomiędzy
wiadomością o okupie a odręcznym pismem praworęcznego Thomasa, gdy ten
pisał akurat lewą ręką. W czasie gdy doszło do zamordowania Suzanne,
mieszkał w Chicago, pracując jako pielęgniarz w szpitalu Woodlawn i widziano go wielokrotnie, jak kręcił się po salonie samochodowym
zaledwie kilka ulic od domu Degnanów.
Poddany przesłuchaniu, Thomas przyznał się do winy. Policja zachowała
jednak daleko idącą powściągliwość co do jego zeznań, nie znał bowiem
wszystkich szczegółów sprawy i wydawało się, że próbuje uzyskać w ten
sposób ekstradycję do innego stanu, aby uniknąć dalszej odsiadki za
molestowanie. Uznał najwyraźniej, że sprawa, o której nie miał pojęcia,
nie może być gorsza od tej, za którą siedział. Po zastanowieniu Thomas
jednak szybko wycofał się ze swoich wcześniejszych twierdzeń.
Pomijając wątpliwej jakości zeznania - fakty z życia Thomasa świadczyły
mimo wszystko przeciwko niemu.
Był włamywaczem, posługującym się niezwykle ryzykownym modus operandi.
W przeszłości notowany za wymuszenie, próbował uzyskać okup, grożąc, że
w przypadku odmowy porwie małą dziewczynkę.
Miał długą historię stosowania przemocy domowej oraz wykorzystywania
seksualnego.
Pracował jako pielęgniarz, kilkukrotnie próbował podawać się za lekarza,
miał u siebie skradzione narzędzia i materiały chirurgiczne.
Jeśli dodać do tego fakt, że w czasie, gdy dokonano morderstwa, widziany
był w okolicy domu Degnanów, a charakter jego pisma sporządzanego lewą
ręką potencjalnie pasował do charakteru pisma na notatce w sprawie
okupu, to zasugerowałbym chicagowskiej policji, żeby umieścić go na
samym szczycie listy podejrzanych. Aby osiągnąć taki poziom brutalności
i zdeprawowania, jakim wykazał się morderca Suzanne Degnan, musiał
przejść on wcześniej proces powolnych zmian. Często zaczyna się od
podglądactwa czy drobnych włamań, które z czasem eskalują. Nie było
wątpliwości, że Thomas taką ewolucję przeszedł.
Była wreszcie jeszcze notatka w sprawie okupu, którą potraktowałbym jako
poważny dowód w śledztwie, jednak nie jako żądanie pieniędzy. Każdy, kto
na poważnie myślałby o porwaniu dla okupu, "zbadałby" wcześniej
potencjalną ofiarę (w 1940 roku była to znacznie poważniejsza gałąź
działalności przestępczej niż dziś), po czym wybrał rodzinę, która
dysponowała środkami, aby zapłacić żądaną sumę. Dwadzieścia tysięcy
dolarów stanowiło wówczas ogromną kwotę, znacznie wykraczającą poza
średnie roczne wynagrodzenie pracownika budżetówki takiego jak James
Degnan.
Gdyby głównym motywem przestępstwa było porwanie dla okupu, przestępca
wybrałby na cel ofiarę, której rodzina mogłaby szybko zebrać żądaną
sumę. Im dłużej przetrzymywana jest porwana osoba, tym większe staje się
zagrożenie zarówno dla niej, jak i dla porywacza. Jeśli dodać do tego
fakt, że części ciała Suzanne odkryto przed upływem dwudziestu czterech
godzin i że nie przesłano żadnej instrukcji, w jaki sposób pieniądze
miałyby zostać przekazane, staje się oczywiste, że porwanie dla okupu
nie było pierwotną motywacją do popełnienia przestępstwa. Zbrodni
dokonał psychopata, dla którego pozostawienie wiadomości o okupie było
sprawą drugorzędną albo czymś, co przyszło mu do głowy dopiero po
fakcie.
Na podstawie powyższych danych nie jestem w stanie stwierdzić, że
Richard Thomas na pewno był mordercą Suzanne. Zmarł w więzieniu w 1974
roku, jeszcze zanim zacząłem przeprowadzać swoje wywiady z osadzonymi,
więc możliwe, że nigdy nie dowiemy się prawdy. Ale jestem w stanie
stwierdzić, iż mordercą Suzanne był prawdopodobnie człowiek właśnie
taki jak Thomas albo posiadający podobne do niego cechy.
Właśnie gdy Thomas przyznał się do winy, 26 czerwca 1946 roku,
siedemnastoletni William Heirens został aresztowany za włamanie do
mieszkania - osaczony z dwóch stron przez policję, spanikował, wyciągnął
broń i oddał strzały w stronę funkcjonariuszy. Patrząc na całą sprawę z perspektywy czasu, można uznać, że zachowanie to zmieniło jego życie -
udowodnił bowiem w ten sposób, że jest zdolny do stosowania przemocy. W tym też momencie policja straciła całe zainteresowanie Richardem
Thomasem. Byli pewni, że tym razem naprawdę przymknęli "mordercę ze
szminką".
Chociaż policja zwraca się niekiedy do agentów federalnych z prośbą o pomoc w rozwikłaniu sprawy, to w rzeczywistości bardzo często nie cieszy
się zbytnio, gdy sugeruje się jej odejście od konkretnego podejrzanego.
Niekiedy policjanci są wręcz wkurzeni, gdy ktoś podsuwa im taką myśl.
Gdybym pracował nad sprawą Degnan, zapewne byłoby podobnie.
Analizując osobę Heirensa, powiedziałbym, że był zbyt młody, aby
dopuścić się tak złożonej i skomplikowanej zbrodni, że nie zdążyłby
przejść od drobnych włamań do brutalnych gwałtów i mordów, a także że
był zbyt cichy i pasywny, aby czegoś takiego dokonać. Okazałoby się to
szczególnie prawdziwe w kontekście jego życia osobistego, w którym brak
było czynników, które popchnęłyby go do zmiany lub eskalacji schematu
zachowań przestępczych i antyspołecznych. Innymi słowy: w jego życiu nie
zaszło nic, co wywołałoby emocjonalną traumę lub stymulowało rozwój
bardziej agresywnych i brutalnych zachowań.
Nie mógł przejść nagle od zwyczajnych - choć powtarzających się - włamań
do morderstwa i okaleczenia zwłok sześcioletniej dziewczynki, w ryzykowny sposób porwanej z sypialni w domu rodzinnym.
To po prostu niemożliwe!
Pamiętajcie o tym, gdy będziemy wchodzić głębiej w analizę podejrzanych
oraz motywów ich działań.
Podejrzewałbym tego człowieka o to, że mógł być podglądaczem lub
włamywaczem z fetyszem seksualnym, kradnącym bieliznę lub przedmioty
osobiste. Ale - pomijając okoliczności złapania i fakt, że posiadał broń
- jego zachowanie nie świadczyło o żadnych cechach konfrontacyjnych.
Trudno byłoby mi sobie wyobrazić, aby ktoś o takiej osobowości mógł się
dopuścić porwania czy nawet jego próby; wiązałoby się to bowiem ze zbyt
intensywną interakcją z ofiarą i potencjalnie z policją.
Kolejna równie istotna kwestia: bez względu na to, czy ostatecznym celem
w sprawie Degnan było jej porwanie, czy też zamordowanie, człowiek tak
cichy jak Heirens nie potrafiłby kontrolować ofiary do takiego stopnia,
na jaki wskazywały dowody. Sześcioletnie dziecko nie pójdzie dobrowolnie
i cicho z obcym, który włamał się do jego pokoju, aby je zabrać.
Wymagałoby to znacznie więcej doświadczenia i finezji, niż mógłby mieć
siedemnastoletni Heirens. Sam pomysł, że ktoś o jego usposobieniu mógłby
przetransportować żywe lub martwe dziecko w inne miejsce, jest niemal
nie do pomyślenia. Zaskoczyłoby mnie także wykorzystanie do tego celu
drabiny, która nigdy wcześniej nie wchodziła w skład modus operandi
Heirensa.
A teraz czynnik najważniejszy z punktu widzenia profilera, który niemal
zawsze okazuje się prawdziwy. Po zamordowaniu i okaleczeniu zwłok
Suzanne Degnan w zachowaniu i osobowości sprawcy doszłoby do głębokiej
zmiany. Stałoby się tak bez względu na to, kim okazałby się sprawca,
szczególnie widoczne byłoby to jednak w przypadku młodego mordercy.
Zrobiłby się niezwykle nerwowy. Ludzie wokół zauważyliby negatywne
zmiany w jego wyglądzie. Mógłby stracić na wadze albo zacząć się upijać.
Wydawałby się nieobecny i pogrążony w myślach. Śledziłby z uwagą
działania policji i prawdopodobnie je komentował. Zmiana w jego
zachowaniu nie uszłaby uwagi osobom mieszkającym w sąsiedztwie czy
stykającym się z nim w szkole.
Na podstawie licznych świadectw, które złożył on w późniejszym czasie,
można zrekonstruować, co działo się z Williamem Heirensem po jego
aresztowaniu.
Jak już wspomnieliśmy wcześniej, zabrano go do szpitala Bridewell,
podległego pod więzienie hrabstwa Cook, gdzie leczył się z obrażeń,
które odniósł w wyniku ogłuszenia go przez policjanta przy pomocy
doniczki. Przez sześć dni zmuszano go do długich przesłuchań o różnej
porze dnia i nocy, odmawiano mu jedzenia i picia oraz wielokrotnie bito.
Twierdził, że uderzano go w krocze i przypalano eterem. Odmówiono mu
kontaktu z adwokatami i niemal do samego końca nie pozwolono na
spotkanie z rodzicami.
Dwaj psychiatrzy, doktorzy Roy Grinker i William H. Haines, zaaplikowali
mu pentotal sodu - wówczas uznawany za tak zwane serum prawdy - i przesłuchiwali go przez trzy godziny, w trakcie których ujawniła się
jego druga, alternatywna osobowość - George'a Murmana. Z sesji tej nie
zachowały się żadne nagrania ani szczegółowe zapisy prowadzonych rozmów,
nie sposób więc powiedzieć, czy "George" powstał w głowie samego
Heirensa, czy też któryś z lekarzy - lub ktoś inny przebywający w pomieszczeniu - zasugerował mu jego istnienie. Pewne jest jednak, że
kilka lat później jeden z psychiatrów potwierdził, iż Heirens nigdy nie
przypisał sobie żadnego z trzech zarzucanych mu morderstw.
Później, w obecności kapitana policji Michaela Aherna, prokuratora
stanowego hrabstwa Cook Williama Tuohy'ego oraz stenografisty, Heirens
podał dodatkowe szczegóły dotyczące George'a Murmana, który miał mu
zlecać włamania i za którego Heirens zawsze miał brać winę na siebie. I znów: jako że do naszych czasów nie zachowały się transkrypcje rozmów,
nie wiem, ile z tego odpowiada faktycznym zeznaniom, ale byłbym wobec
nich bardzo sceptyczny. Gdy tylko informacja ta ujrzała światło dzienne,
gazety oszalały. Któż nie ekscytowałby się mordercą rodem z Doktora
Jekylla i pana Hyde'a? Dodajmy do tego jeszcze skradziony zestaw
chirurgiczny znaleziony w jego pokoju i książkę poświęconą dewiacjom
seksualnym i otrzymamy idealny portret zdolnego, młodego studenta,
będącego w rzeczywistości zboczeńcem, gwałcicielem i mordercą.
Zrzucanie winy na wymyślone postacie nie jest wcale rzadką praktyką
wśród oskarżonych. David Berkowitz, znany jako "Syn Sama" i "Morderca
kaliber .44", terroryzujący miasto Nowy Jork w latach 1976 i 1977,
twierdził, że zabijać kazał mu liczący sobie trzy tysiące lat czarny
pies. Psychiatrzy, którzy zjechali się, aby go przebadać, orzekli
schizofrenię paranoidalną. Brzmiało mi to dziwnie podejrzanie, więc gdy
rozmawiałem z nim lata później w więzieniu stanowym Attica i zaczął
opowiadać o psie, przerwałem mu, mówiąc: "Przestań pierdolić, David. Nie
było żadnego psa". Uśmiechnął się i przytaknął, że miałem rację. Facet
był po prostu zwykłym sukinsynem, który wymyślił sobie psa, aby trochę
się wybielić i może przy okazji zdjąć z siebie odrobinę poczucia winy.
Skazany za morderstwo Sedley Alley w pewnym momencie zaczął twierdzić,
że do popełnienia przerażającej zbrodni na starszej szeregowej piechoty
morskiej Suzanne Collins zmusiła go jego druga osobowość. Zetknąłem się
co prawda z faktycznymi przypadkami osobowości mnogiej u małych dzieci
(wykorzystywanych fizycznie czy seksualnie), nigdy jednak nie spotkałem
się z tym, aby zaburzenie to było właściwie zdiagnozowane u aresztowanego, dorosłego mordercy.
Gdybym był obecny przy pojawieniu się kwestii George'a Murmana,
założyłbym jedną z dwóch możliwości: albo podejrzany wymyślił sobie tę
osobę, aby udać szalonego lub częściowo niepoczytalnego, albo śledczy
zasugerowali mu jego istnienie, starając się zamknąć sprawę.
Wkrótce potem Heirens został poddany punkcji lędźwiowej, mającej na celu
ustalenie, czy w wyniku uderzenia doniczką nie doznał on uszkodzenia
mózgu. Z jakiegoś powodu ten bolesny zabieg przeprowadzono w jego
przypadku bez znieczulenia, po czym natychmiast przewieziono go do biura
detektywów, aby poddać badaniu wariografem. Był tak obolały, że badanie
przesunięto o cztery dni, ale nawet wtedy otrzymany wynik okazał się
niejednoznaczny.
Nigdy nie byłem fanem wariografu. Niewinne osoby w trakcie badania
często są tak skrajnie przerażone, że wywołany przez to stres
emocjonalny fałszuje ich prawdziwe odpowiedzi, podczas gdy socjopaci
rzadko kiedy mają problem z okłamywaniem pudełka, tak jak na co dzień
nie mają problemu z okłamywaniem ludzi. Jest to narzędzie, które śledczy
stosują, aby przejść szybko do etapu przesłuchania. W tym przypadku, bez
względu na uzyskany wynik, test uznałbym za całkowicie bezwartościowy.
W sprawę zaangażowano wielu grafologów, którzy porównywali przykłady
dawnych odręcznych zapisków Heirensa z napisem sporządzonym szminką na
ścianie oraz informacją o okupie. Osiągnięte przez nich rezultaty były w najlepszym razie niejednoznaczne. Kilku z nich nie znalazło żadnego
podobieństwa, nie byli oni także przekonani, czy napis "złapcie mnie" i notatka w sprawie okupu zostały sporządzone przez tę samą osobę. Wiele
lat później, w 1996 roku, David Grimes, ekspert FBI w dziedzinie
grafologii, stwierdził, że charakter pisma Heirensa w jego notatkach ze
studiów nie pasuje ani do napisu wymalowanego szminką, ani do wiadomości
o okupie, które z kolei w żaden sposób nie pasują też do siebie
wzajemnie.
Po zakwestionowaniu opowieści o Murmanie, wyników badań wariografem i oceny grafologicznej skłoniłbym się ku najważniejszemu aspektowi
profilowania: przeszłych działaniach mogących sugerować działania
przyszłe. W przeszłości Billa Heirensa nie było niczego, co mogłoby
sugerować, że w czasie włamania czułby się on niekomfortowo w obecności
kobiety czy że byłby w stanie zamordować ją w brutalny sposób. Nawet
jeśli podczas wdzierania się do czyjegoś domu zostałby zaskoczony i by
spanikował, ktoś o jego osobowości raczej po prostu zastrzeliłby ofiarę,
aby udaremnić jej pościg i uniemożliwić zeznawanie przeciwko niemu. Nie
zadawałby jej wielokrotnych ciosów nożem. W ten sposób postępuje ktoś,
kto przejawia długotrwałą agresję wobec kobiet. Gdy doszło do trzeciego
morderstwa w założonym ciągu zbrodni, ktoś taki nie byłby w stanie
poradzić sobie z dzieckiem w sposób, na jaki wskazywały dowody
znalezione w domu Degnanów i w kanałach.
Jak zapewne się już domyślacie, nie wydaje mi się, aby Degnan została
zamordowana przez tę samą osobę, która zabiła Ross i Brown. Morderstwo
dwóch ostatnich miało charakter bardziej przypadkowy, musiało zostać
popełnione przez skłonnego do ryzyka, motywowanego seksualnie
włamywacza, który gotów był zgwałcić kobietę, jeśli nadarzyłaby się ku
temu okazja. Moje przypuszczenie jest poparte faktem, że w obu
przypadkach nie zginęły żadne kosztowności. Żadne z nich nie pasowało
także do schematu działań Heirensa, który ustanowił on w trakcie
poprzednich włamań, ani też w jego zachowaniu i pozostawionych na
miejscach zbrodni dowodach nie było niczego, co wskazywałoby na rozwój
lub ewolucję jego skłonności przestępczych.
Z tego samego powodu nie możemy zignorować także wcześniejszych działań
chicagowskiej policji w incydencie z Hectorem Verburghiem. Jeśli
tamtejsi policjanci byli do tego stopnia zdeterminowani, aby wydobyć z tego starszego, biednego woźnego przyznanie się do winy, tak że ten w wyniku przesłuchania trafił na dziesięć dni do szpitala i miał później
długotrwałe problemy ze zdrowiem, to skąd pewność, że nie byliby w stanie postąpić tak raz jeszcze? Wszelkie wydobyte przez nich od
Heirensa zeznania należy uznać za z gruntu wątpliwe. Nawet jeśli
zignorujemy wszystkie inne skargi na brutalność chicagowskiej policji w owym czasie, to w obliczu tego, co spotkało Verburgha, twierdzenia
Heirensa uznać należy za bardzo prawdopodobne i wiarygodne.
Ze zjawiskiem tym spotykałem się wielokrotnie. Na szczęście nigdy mi ono
nie spowszedniało i za każdym razem było równie szokujące: podejrzany
przesłuchiwany nieustannie przez wiele godzin w wysoce stresującym
otoczeniu nie tylko powie śledczym wszystko, co wydaje mu się, że ci
chcą usłyszeć, ale stopniowo zacznie także tracić kontakt z rzeczywistością, niekiedy zaczynając wierzyć, że rzeczywiście zrobił to,
o co jest oskarżany. I nie dzieje się tak jedynie w przypadku osób o wyjątkowo niskim ilorazie inteligencji takich jak David Vasquez, ale
również dotyka to osób bardzo inteligentnych i dobrze wykształconych.
Jeśli chodzi o najbardziej obciążający dowód rzeczowy - zakrwawiony
odcisk palca pozostawiony na framudze drzwi w miejscu zamordowania
Frances Brown - to tu również musimy zachować ostrożność. Było już
powiedziane, że odcisk pasował do notatki w sprawie okupu, ale mógł
powstać w czasie zaprezentowania Heirensowi dokumentu. Jeszcze bardziej
alarmujące jest, że wielu ekspertów twierdziło później, że odcisk z mieszkania Brown wydawał się "zrolowany", tak jakby powstał w wyniku
zastosowania techniki nanoszenia odcisków do kartoteki. Innymi słowy,
mógł zostać naniesiony sztucznie. A żaden inny fizyczny dowód nie łączył
Heirensa z żadnym z trzech miejsc zbrodni.
Jest jeszcze coś. Tak jak wszyscy inni w Chicago, tak i adwokaci
Heirensa, bracia Malachy i John Coghlanowie, wraz z Alvinem Hansem i Rolandem Towlem byli przekonani o jego winie i ich podstawowym celem
było uratowanie klienta przed krzesłem elektrycznym. Jak się później
okazało, choć prokurator stanowy Tuohy także wierzył w jego winę, nie
był do końca przekonany o możliwości skazania go na podstawie jednego,
skąpego dowodu rzeczowego w postaci częściowego odcisku palca oraz
potencjalnego odcisku pozostawionego na dziwnej notatce w sprawie okupu.
Tak więc prokuratura i obrona usiadły razem do stołu, aby ustalić ugodę.
Postanowiono, że w zamian za przyznanie się do winy Heirens otrzyma
pojedyncze dożywocie za wszystkie trzy morderstwa, co uratuje go od
egzekucji i umożliwi mu staranie się o zwolnienie warunkowe w jakiejś
odległej przyszłości.
Cztery dni później "Chicago Tribune" opisało rzekome "drugie zeznanie"
Heirensa, mimo faktu, że wszyscy zaangażowani w sprawę zaprzeczyli,
jakoby takie zeznanie zostało kiedykolwiek złożone. Prestiż "Tribune"
był jednak tak wielki, że inne chicagowskie gazety szybko przekopiowały
podaną tam informację.
Jak się okazało, zaprezentowana w "Tribune" wersja dotycząca morderstw
pomogła adwokatom Heirensa w przygotowaniu zeznania, które mieli oni
przedstawić w jego imieniu przed sądem - dzięki niej byli w stanie
uzupełnić wiele szczegółów, co do których ich klient twierdził, że nie
miał o nich pojęcia. Heirens początkowo zgodził się podpisać zeznanie,
ale potem odwołał je, twierdząc, że Tuohy straszył go dodaniem do listy
jeszcze jednej, nierozwikłanej sprawy morderstwa. W czasie gdy do niego
doszło, Heirens przebywał w poprawczaku, o czym Tuohy albo nie wiedział,
albo nie przywiązywał do tego specjalnej wagi. Prawnicy Heirensa
naciskali na niego i jego rodziców, aby przyznał się do winy, i na tyle,
na ile jestem w stanie dziś to ocenić, szczerze wierzyli, że działają w najlepszym interesie swojego klienta.
Trzydziestego lipca William Tuohy zwołał w swoim gabinecie zebranie
różnych urzędników oraz przedstawicieli prasy w celu wysłuchania
oficjalnego przyznania się do winy Heirensa. W ostatniej chwili jednak
William Heirens się wycofał. Zaszokowało to obrońców, prokurator stanowy
wpadł w osłupienie. Gdy tylko publiczne przedstawienie dobiegło końca,
Tuohy zmienił swoją propozycję z jednego dożywocia na trzy. Prawnicy
Heirensa ostrzegli go, że jeśli nie zacznie współpracować, grozi mu
krzesło elektryczne.
Tydzień później, 7 sierpnia 1946 roku, Heirens opowiedział o szczegółach
zbrodni przed rozgorączkowanym tłumem dziennikarzy. Piątego września
złożył zeznania, przyznając się do popełnienia trzech morderstw przed
sędzią głównym sądu kryminalnego hrabstwa Cook, Haroldem G. Wardem. Po
czasie stwierdził: "Przyznałem się, aby ocalić życie". Było to
niepokojące nawiązanie do słów Hectora Verburgha, który przetrzymywany i torturowany "przyznałby się do czegokolwiek", gdyby tylko śledztwo
potrwało dłużej.
Z wszystkich osób obecnych na sali tylko jedna wydawała się mieć
wątpliwości co do winy Heirensa: córka Josephine Ross - Mary Jane
Blanchard.
- Nie wierzę, że młody Heirens zamordował moją matkę - powiedziała
reporterowi "Chicago Herald American". - Po prostu nie pasuje on do
obrazu śmierci mojej matki. Przejrzałam wszystkie skradzione przez
Heirensa rzeczy i nie ma tam nic, co by do niej należało.
Tego samego wieczoru Heirens próbował powiesić się w celi w więzieniu
hrabstwa Cook, nakryto go jednak, nim zdążył się udusić. Powiedział, że
dopuścił się tego w akcie desperacji, nie mogąc pogodzić się z tym, że
uznano go za winnego, i że gdyby umarł, to być może spojrzano by na
niego inaczej. Moim zdaniem próbował w ten sposób przekazać, że nie był
w stanie poradzić sobie z niemożliwym do udźwignięcia bagażem
emocjonalnym, którym go obciążono.
Piątego września po mowach końcowych prokuratury i obrony sędzia Ward
skazał Heirensa na potrójne dożywocie, wykluczając w ten sposób
możliwość ubiegania się przez niego o zwolnienie warunkowe. Gdy
przenoszono go z więzienia Cook do więzienia Statesville, gdzie
spotkałem się z nim trzydzieści lat później, szeryf Michael Mulcahy,
jeden z nielicznych przedstawicieli władz, który traktował go życzliwie
i z rozwagą, zwierzył mu się:
- Pewnie tego nie wiesz, Bill, ale jestem przyjacielem Jima Degnana.
Chciałby wiedzieć tylko jedno: czy jego córka cierpiała przed śmiercią?
- Nie wiem, czy cierpiała, szeryfie Mulcahy - odparł Heirens. - Bo ja
jej nie zabiłem. Proszę przekazać panu Degnanowi, aby uważał na swoją
drugą córkę, bo ktokolwiek zabił Suzanne, nadal pozostaje na wolności.
Gdy William Heirens - słaby, chory i przykuty do wózka inwalidzkiego -
zmarł 5 marca 2012 roku w wieku osiemdziesięciu trzech lat w więzieniu
Dixon, był najdłużej osadzonym więźniem w historii Stanów Zjednoczonych.
Jak wspomniano wcześniej, miał osiągnięcia naukowe, a jego kartoteka na
przestrzeni lat była po prostu wzorowa, czym zasłużył sobie na szacunek
wielu pracowników placówki.
Wielokrotnie podejmowano próby wystarania się o ułaskawienie dla
Heirensa, a przynajmniej uzyskanie zwolnienia warunkowego i możliwość
wyjścia z więzienia, z czego najgłośniejsza była próba podjęta przez
Dolores Kennedy, radczynię prawną pracującą w Northwestern University
Center on Wrongful Convictions (Centrum do spraw niesłusznie zasądzonych
wyroków Uniwersytetu Northwestern), autorkę książki William Heirens.
His Day in Court. Did an Innocent Teenager Confess to Three Grisly
Murders? (William Heirens. Dni przed sądem. Czy do popełnienia trzech
odrażających zbrodni przyznał się niewinny nastolatek?). Zwolnienia
warunkowego odmówiono mu co najmniej trzydziestokrotnie.
Dziś jest już zapewne za późno, aby z całkowitą pewnością orzec, czy
William George Heirens popełnił trzy brutalne mordy, do których przyznał
się przed sądem. Ale po przeanalizowaniu wszystkich dostępnych faktów i dowodów, po latach doświadczeń w profilowaniu i przeprowadzaniu analiz
na potrzeby spraw kryminalnych, nie wierzę już, że był mordercą, i sądzę, iż spędził większość swojego życia za kratkami, będąc niewinnym.
Choć dziś jest już on poza zasięgiem amerykańskiego wymiaru
sprawiedliwości, byłbym szczęśliwy, gdybym mógł pod przysięgą
przedstawić swoje twierdzenia przed sądem.
Żałuję, że gdy po raz pierwszy spotkałem się z Billem Heirensem, nie
wiedziałem wystarczająco dużo, aby dojść do tego wniosku i spróbować
przekonać do niego innych. Zarówno w czasie mojej pracy w FBI, jak i po
niej mnóstwo energii zużyłem, aby wyzbyć się swojej początkowej
naiwności.
Spędziłem karierę na pomaganiu stróżom prawa w łapaniu przestępców:
porywaczy, morderców, osób podkładających bomby i zwyrodnialców
seksualnych, ludzi najgorszego sortu. Czerpałem z tego zajęcia wiele
satysfakcji. Ale aby praca ta miała jakikolwiek sens, na pierwszym
miejscu stawiać musimy zawsze sprawiedliwość. A żeby postępować
sprawiedliwie, w pierwszej kolejności musimy poszukiwać prawdy - bez
względu na to, dokąd nas ona doprowadzi.
Amerykański proces karny jest systemem podziwianym i często kopiowanym
na świecie. Ale tak jak już wspomniałem, nie jest idealny. Zdarza się,
że skazywani są niewinni albo że winni unikają sprawiedliwości i są
uniewinniani. Współczuję wszystkim ofiarom. Trzeba mieć w sobie dużo
pokory, aby przyznać, że możemy i musimy starać się działać jeszcze
lepiej niż dotychczas.
Często zdarza się, że wymiar sprawiedliwości działa w zły sposób, nie
znaczy to jednak, że mamy się od niego odwracać. Idealny wymiar
sprawiedliwości jest celem nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników. Ale
mimo to powinniśmy nieustannie do niego dążyć. Analiza kolejnych spraw
opisanych w tej książce ukaże kilka moich kroków podjętych w tym
kierunku.
Rozdział 3. "Dziś w nocy zamordowany zostanie niewinny człowiek"
Rozdział 3
"Dziś w nocy zamordowany zostanie niewinny człowiek"
Co takiego jest w procesach o morderstwo, że pobudzają one ludzką
wyobraźnię? Dla mnie stanowią one kulminację wielu miesięcy (a niekiedy
lat) śledztwa, analiz, stosowania różnorodnych metod prosektoryjnych i przygotowywania świadków. Dla "zwykłych" ludzi, moim zdaniem,
interesujące jest jednak coś innego.
Sprawa o morderstwo to największa zagadka i zarazem swoisty moralitet -
nie tylko kryminalny, stanowi ona bowiem również pytanie o to, do czego
może posunąć się człowiek. Uwypukla kontrast pomiędzy jednostką a społeczeństwem, w którym ona funkcjonuje, a także między emocjami,
których wszyscy doświadczamy w prawdziwym życiu, w tym przypadku
nietłumionych jednak przez normy społeczne. Interesujące moim zdaniem
jest to, że trzy największe dzieła kultury Zachodu - dramat, msza oraz
sąd - są znarratywizowanymi przedstawieniami o jasno nakreślonych trzech
aktach - mają wstęp, rozwinięcie, zakończenie - skupiającymi się na
relacji jednostki ze społeczeństwem, walce między tym, co słuszne, a tym, co niesprawiedliwe, oraz na ostatecznym rozwiązaniu tego konfliktu.
Nie dziwi więc, że procesy o morderstwa zawsze nas fascynowały. W niemal
każdym miejscu i czasie media skupiają się na konkretnej sprawie, aby
przedstawić trwający nieustannie konflikt między prawdą i fałszem,
między dobrem i złem, między sprawiedliwością i bezprawiem. W żadnym
innym przypadku kontrast nie zarysowuje się tak ostro jak w sprawie o to, czy oskarżony zabił - czy też nie - drugiego człowieka.
W 1976 roku, rozstrzygając w pięciu sprawach nazwanych zbiorczo "Gregg
kontra Georgia" (nazywanych także niekiedy, od daty ogłoszenia wyroku,
"sprawami 2 lipca"), Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zmienił wydane
cztery lata wcześniej moratorium dotyczące kary śmierci i uchwalił nowe
standardy, które musiałyby zostać spełnione, aby ją zasądzić.
Niemal natychmiast przeciwnicy tego rodzaju kary zaczęli szukać sprawy,
która w możliwie najbardziej jaskrawy sposób pokazałaby ryzyko wiążące
się ze zgodą na to, aby państwo mogło przeprowadzać egzekucje obywateli.
Musiała to być sprawa, w której ponad uzasadnioną wątpliwość dałoby się
udowodnić, że karę śmierci orzeczono za zbrodnię, której oskarżony nie
popełnił.
Szukano jej bez powodzenia przez kilka lat. Aż wreszcie pojawił się
przypadek Rogera Keitha Colemana.
Grundy to miasteczko w południowo-zachodnim rogu stanu Wirginia.
Położone jest około trzynastu mil od granicy z Wirginią Zachodnią,
piętnaście mil od Kentucky i zaledwie pięćdziesiąt zarówno od granicy z Karoliną Północną, jak i Tennessee. Jest stolicą hrabstwa Buchanan i leży w samym sercu Appalachów. Jak w przypadku wielu innych miasteczek
położonych wzdłuż tego łańcucha górskiego, główne źródło utrzymania jego
mieszkańców stanowi wydobycie węgla.
We wtorek 10 marca 1981 roku około godziny czternastej piętnaście
dwudziestojednoletni Bradley D. McCoy wyszedł ze swojego małego,
murowanego, pobielanego domku w pobliżu Slate Creek na przedmieściach
Grundy i udał się do pracy w United Coal Company. Zmianę zaczynał o piętnastej. Zarząd kopalni uważał Brada za bystrego i gorliwego
pracownika, więc zamiast wysłać go na dół, aby wydobywał węgiel,
zaoferowano mu pracę w biurze. W czasie przerwy o dwudziestej pierwszej
mężczyzna zadzwonił do swojej żony - Wandy Faye. Wanda miała
dziewiętnaście lat, nie pracowała zawodowo i nie czuła się komfortowo,
przebywając samotnie w domu, gdy Brad był w kopalni, dzwonił więc do
niej w wolnych chwilach, by sprawdzić, jak jego żona się czuje.
Rozmawiali o zwyczajnych sprawach, między innymi o tym, na co przeznaczą
zwrot podatku, na który właśnie czekali.
Gdy Brad wrócił do domu około dwudziestej trzeciej piętnaście,
zaskoczyło go, że przed domem było ciemno - Wanda zwykle zostawiała dla
niego włączone światło na ganku. W dodatku zewnętrzne drzwiczki były
otwarte - a jego żonę cechowała ostrożność i pilnowała takich rzeczy.
Podszedł do drzwi wejściowych, otworzył je swoim kluczem i wszedł do
salonu. Światło i telewizor były włączone; stolik kawowy nie stał na
swoim miejscu, a na podłodze dostrzegł coś, co wyglądało jak krople
krwi. Zawołał Wandę, ale nie usłyszał odpowiedzi.
Pobiegł do sypialni, gdzie ujrzał żonę na podłodze, leżącą na plecach.
Ramiona miała wyciągnięte nad głową, włosy zasłaniały jej twarz, a nogi
były szeroko rozłożone. Sweter i stanik miała podciągnięte pod samą
szyję. Niebieskie majtki były opuszczone do kostek, dżinsy leżały na
łóżku. Jedyną częścią jej stroju, która pozostała na miejscu, były
niebieskie skarpetki w paski. Na piersi, szyi i z boku głowy znajdowała
się duża ilość krwi.
Chociaż przerażony, Brad zachował na tyle przytomny umysł, aby nie
dotykać ciała. Zadzwonił do swojego ojca Maxa, emerytowanego pracownika
kopalni znanego jako Hezzie, który mieszkał w pobliżu. Hezzie zadzwonił
do biura szeryfa hrabstwa Buchanan, po czym udał się do domu Brada i Wandy, aby zaczekać tam na policję.
Jako pierwszy funkcjonariusz na miejscu zbrodni pojawił się sierżant
Steven D. Coleman, który przyjechał około dwudziestej trzeciej
dwadzieścia pięć w towarzystwie jeszcze jednego policjanta. Próbował
sprawdzić puls Wandy, dotykając jej szyi, ale rana cięta była tak duża,
że nie zdołał znaleźć nawet jednego nietkniętego naczynia krwionośnego.
Kilka minut później przyjechał Randall S. Jackson, szef policji z Grundy. Dotknął nadgarstka Wandy i stwierdził, iż nadal jest ciepły, ale
nie da się wyczuć pulsu. Nakazał zabezpieczenie miejsca zbrodni i wezwanie koronera - doktora Thomasa D. McDonalda. Doktor McDonald
mieszkał niedaleko, przyjechał więc bardzo szybko. Orzekł zgon ofiary,
stwierdzając, że przyczyną śmierci była "rana cięta szyi". Na podstawie
temperatury ciała i braku śladów stężenia pośmiertnego ocenił, że śmierć
nastąpiła między dwudziestą drugą a dwudziestą trzecią. Zdecydował się
nie ruszać ciała do przyjazdu jednostki specjalnej policji stanowej,
która miała zbadać miejsce zbrodni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki