Preludium do Diuny (#1). Diuna. Ród Atrydów - Kevin J. Anderson, Brian Herbert

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (27,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Melanż to finan­sowe sedno aktyw­no­ści KHOAM. Bez przy­prawy matki wie­lebne Bene Ges­se­rit nie mia­łyby swej umie­jęt­no­ści obser­wa­cji i kon­troli nad ludźmi, nawi­ga­to­rzy Gil­dii nie umie­liby dostrze­gać bez­piecz­nych szla­ków w prze­strzeni kosmicz­nej, a miliardy oby­wa­teli Impe­rium pomar­łyby wsku­tek jej odsta­wie­nia. Byle pro­stak zro­zu­mie, że takie uza­leż­nie­nie od jed­nego dobra pro­wa­dzi do nad­użyć. Wszy­scy jeste­śmy zagro­żeni.

- KHOAM, Ana­liza eko­no­miczna pra­wi­dło­wo­ści w obiegu mate­ria­łów

Siedzący obok pilota orni­top­tera szczu­pły i musku­larny baron Vla­di­mir Har­kon­nen pochy­lił się w fotelu. Ciem­nymi jak u pająka oczami wpa­try­wał się w pla­zowe okno, czu­jąc wszech­obecną woń pyłu i pia­sku. Widok fali­stych wydm skwier­czą­cych w upale spra­wiał, że pie­kły go spo­jówki. Kra­jo­braz i niebo były wybla­kłe, bez­barwne. Nic nie koiło oczu.

"Pie­kielne miej­sce".

Baron naj­chęt­niej zna­la­złby się znów w uprze­my­sło­wio­nym cie­ple i cywi­li­za­cyj­nej zło­żo­no­ści Giedi Prime, głów­nej pla­nety Har­kon­ne­nów. Nawet tutaj miałby wiele cie­kaw­szych zajęć w lokal­nej sie­dzi­bie rodu w Kar­ta­gin, gdzie mógłby zado­wa­lać swe wyma­ga­jące gusta.

Zbiór przy­prawy miał jed­nak pierw­szeń­stwo. Zawsze. Szcze­gól­nie gdy cho­dziło o złoże tak wiel­kie jak to, o któ­rym dono­sili szpe­ra­cze.

W cia­snym kok­pi­cie baron zacho­wy­wał się z pew­no­ścią sie­bie czło­wieka sil­nego, igno­ru­ją­cego dziury i prądy powietrzne. Skrzy­dła orni­top­tera ude­rzały ryt­micz­nie jak skrzy­dła osy. Ciemna skóra napier­śnika barona opi­nała dobrze wykształ­cone mię­śnie. W poło­wie drogi mię­dzy czter­dzie­stym a pięć­dzie­sią­tym rokiem życia wyglą­dał dosko­nale. Jego ruda­wo­złote włosy przy­cięto i uło­żono z pod­kre­śle­niem trój­kąt­nej kępki u szczytu czoła. Skórę miał gładką, a kości policz­kowe wyso­kie i dobrze ufor­mo­wane. Na jego szyi i szczę­kach uwi­docz­niały się mię­śnie gotowe w każ­dej chwili nadać twa­rzy groźny wyraz albo wywo­łać twardy uśmiech, zależ­nie od oko­licz­no­ści.

- Daleko jesz­cze? - Spoj­rzał z ukosa na pilota, który zdra­dzał oznaki ner­wo­wo­ści.

- To miej­sce w głębi pustyni, baro­nie. Wszystko wska­zuje, że to jedno z naj­bo­gat­szych kie­dy­kol­wiek odkry­tych złóż.

Maszyna zatrzę­sła się w prą­dach wstę­pu­ją­cych nad czarną bazal­tową skałą. Pilot gło­śno prze­łknął ślinę, sku­pia­jąc się na instru­men­tach.

Baron usiadł wygod­niej, tłu­miąc nie­cier­pli­wość. Rad był, że ten nowy skarb leży z dala od cie­kaw­skich oczu urzęd­ni­ków Impe­ra­tora i KHOAM, któ­rzy mogliby spo­rzą­dzić kło­po­tliwe raporty. Trzę­sący się ze sta­ro­ści Elrood IX nie musi wie­dzieć wszyst­kiego o roz­mia­rach pro­duk­cji przy­prawy na Arra­kis. Dzięki sta­ran­nemu przy­go­to­wy­wa­niu rapor­tów i fał­szo­wa­niu ksiąg rachun­ko­wych, nie wspo­mi­na­jąc o łapów­kach, baron mówił obco­świa­to­wym nad­zor­com tylko to, co chciał.

Silną dło­nią otarł pot z gór­nej wargi i prze­sta­wił kon­tro­lki, by ochło­dzić i nawil­żyć kok­pit.

Pilot nie czuł się pew­nie z tak waż­nym i tak wybu­cho­wym pasa­że­rem na pokła­dzie. Zmu­sił sil­nik do więk­szego wysiłku, spraw­dził raz jesz­cze pro­jek­cję mapy, a potem prze­niósł wzrok na zarysy cią­gną­cej się aż po hory­zont pustyni.

Baron także obej­rzał pro­jek­cję kar­to­gra­ficzną, ale roz­cza­ro­wał go brak szcze­gó­łów. Jak można zna­leźć drogę przez ten pustynny świat? Jak to moż­liwe, że pla­neta tak ważna dla eko­no­micz­nej sta­bil­no­ści Impe­rium pozo­staje w zasa­dzie nie­opi­sana na mapach? Jesz­cze jeden błąd jego przy­rod­niego brata Abu­lurda.

Abu­lurda jed­nak już tu nie było, a wła­dza nale­żała do barona. "Teraz, gdy Arra­kis jest moja, zapro­wa­dzę tu porzą­dek!" Zaraz po powro­cie do Kar­ta­gin zapę­dzi ludzi do pracy nad nowymi pomia­rami i mapami, jeżeli tylko ci prze­klęci Fre­meni nie znisz­czyli punk­tów kar­to­gra­ficz­nych i nie poza­bi­jali bada­czy.

Od czter­dzie­stu lat ten pustynny świat był pseu­do­len­nem Har­kon­ne­nów z poli­tycz­nego nada­nia Impe­ra­tora z bło­go­sła­wień­stwem KHOAM - Kon­sor­cjum Hon­nete Ober Advan­cer Mer­can­ti­les. Cho­ciaż ponura i nie­go­ścinna, Arra­kis była jed­nym z naj­cen­niej­szych klej­no­tów w impe­rial­nej koro­nie ze względu na sub­stan­cję, któ­rej dostar­czała.

Nie­stety po śmierci ojca, Dymi­tra Har­kon­nena, osła­biony umy­słowo stary Impe­ra­tor prze­ka­zał wła­dzę mięk­kiemu Abu­lur­dowi, który w ciągu zale­d­wie sied­miu lat zdo­łał zdzie­siąt­ko­wać pro­duk­cję przy­prawy. Zyski spa­dły, on zaś stra­cił kon­trolę nad prze­my­tem i sabo­ta­żem. W rezul­ta­cie głu­piec został usu­nięty i wysłany bez ofi­cjal­nego tytułu na Lan­ki­ve­ila, gdzie nie­wiele mógł zaszko­dzić samo­czyn­nej pro­duk­cji wie­lo­ry­bich futer.

Natych­miast po otrzy­ma­niu namiest­nic­twa baron Vla­di­mir Har­kon­nen wyru­szył na Arra­kis, by prze­wró­cić ją do góry nogami. Pozo­stawi na niej wła­sny ślad, zetrze dzie­dzic­two błę­dów i nie­udol­nych rzą­dów.

W całym Impe­rium Arra­kis - pie­kielna dziura, którą można by uznać raczej za karę niż nagrodę - była jedy­nym źró­dłem przy­prawy, sub­stan­cji droż­szej od wszyst­kich cen­nych metali. Tu, na tym wyschnię­tym świe­cie, była cen­niej­sza od wody.

Bez przy­prawy nie byłyby moż­liwe efek­tywne podróże kosmiczne... a bez podróży kosmicz­nych upa­dłoby samo Impe­rium. Przy­prawa prze­dłu­żała życie, chro­niła zdro­wie i doda­wała wigoru. Sam baron korzy­stał z niej z umiar­ko­wa­niem, ale bar­dzo sobie cenił dobre samo­po­czu­cie, jakie mu dawała. Oczy­wi­ście przy­prawa uza­leż­niała, co miało wpływ na jej wysoką cenę...

Opan­ce­rzony orni­top­ter prze­le­ciał nad osma­lo­nym pasmem gór­skim, które wyglą­dało jak zła­mana szczęka pełna prze­gni­łych zębów. Baron dostrzegł przed sobą chmurę pyłu roz­cią­ga­jącą się na kształt kowa­dła.

- Tam się odbywa eks­plo­ata­cja, baro­nie.

Czarne kropki na mono­chro­ma­tycz­nym nie­bie uro­sły w podobne do jastrzębi piku­jące w ich kie­runku orni­top­tery bojowe. Komu­ni­ka­tor zaświ­stał, a pilot wysłał sygnał iden­ty­fi­ka­cyjny. Płatni obrońcy - najem­nicy mający ode­przeć wszel­kich intru­zów - zawró­cili i zajęli znów pozy­cje obser­wa­cyjne.

Jak długo ród Har­kon­ne­nów utrzy­my­wał ilu­zję wzro­stu wydo­by­cia i zysków, Gil­dia Kosmiczna nie musiała wie­dzieć o każ­dym nowym zna­le­zi­sku. Podob­nie jak Impe­ra­tor i KHOAM. Baron zatrzyma tę zdo­bycz dla sie­bie i doda do swo­ich ogrom­nych zapa­sów.

Gdyby po latach próż­no­wa­nia Abu­lurda baron osią­gnął choćby połowę tego, co było moż­liwe, KHOAM i Impe­rium dostrze­głyby znaczną poprawę. Zado­wo­lone, nie zauwa­ży­łyby jego prze­krę­tów i nie podej­rze­wa­łyby go o tajne schowki przy­prawy. Nie­bez­pieczna stra­te­gia, gdyby została ujaw­niona... ale baron miał swoje spo­soby na szpie­gów.

Gdy zbli­żyli się do pió­ro­pu­sza pyłu, baron się­gnął po lor­netkę i dostroił ole­jowe soczewki. Roz­po­znał kom­bajn gąsie­ni­kowy przy pracy. To mecha­niczne mon­strum o wiel­kich gąsie­ni­cach i ogrom­nej ładow­no­ści było nie­wia­ry­god­nie kosz­towne... ale warte każ­dego sola­risa wyda­nego na jego utrzy­ma­nie. Jego czer­paki pod­rzu­cały cyna­mo­nowy pył, szary pia­sek i odłamki krze­mie­nia, wgry­za­jąc się w powierzch­nię pustyni w poszu­ki­wa­niu aro­ma­tycz­nego melanżu.

Mobilne zespoły naziemne prze­mie­rzały otwartą prze­strzeń pia­sków w pobliżu kom­bajnu, wpro­wa­dza­jąc sondy pod powierzch­nię, zbie­ra­jąc próbki i ozna­cza­jąc na mapie zasięg ukry­tej w głębi żyły przy­prawy. W górze krą­żyły, cze­ka­jąc, cięż­sze maszyny uno­szone przez olbrzy­mie orni­top­tery. Na hory­zon­cie wzno­siły się i opa­dały szpe­ra­cze, a w nich obser­wa­to­rzy wypa­tru­jący zmarsz­czek zdra­dza­ją­cych zbli­ża­nie się czer­wia. Jeden z tych wiel­kich arra­kij­skich czerwi pustyni mógł pochło­nąć cały zespół ope­ra­cyjny.

- Baro­nie - ode­zwał się pilot, prze­ka­zu­jąc mu komu­ni­ka­tor - dowódca zespołu wydo­byw­czego chce z panem mówić.

- Tu twój baron. - Vla­di­mir dotknął ucha, spraw­dza­jąc odbiór. - Podaj mi naj­now­sze dane. Jakie wydo­by­cie?

Dowódca załogi odpo­wie­dział bur­kli­wie, iry­tu­jąco obo­jętny na rangę swego roz­mówcy:

- Dzie­sięć lat pra­cuję przy wydo­by­ciu przy­prawy, ale takiego złoża jesz­cze nie widzia­łem. Kło­pot w tym, że leży głę­boko. Nor­mal­nie, jak pan wie, znaj­du­jemy przy­prawę na powierzchni. Tym razem jest sil­nie skon­cen­tro­wana, ale...

Baron cze­kał tylko chwilę.

- Ale co?

- Tam się dzieje coś dziw­nego, baro­nie. Dziw­nego che­micz­nie. Spod powierzchni wydo­bywa się dwu­tle­nek węgla, jest tam jakiś jego bąbel. Kom­bajn prze­bi­ja­jący się przez zewnętrzne war­stwy do przy­prawy natknął się na parę wodną.

- Para wodna!

To była rzecz nie­sły­chana na Arra­kis, na któ­rej nawet przy sprzy­ja­ją­cej pogo­dzie nie­mal nie wykry­wało się w powie­trzu wil­goci.

- Może natra­fi­li­śmy na jakąś war­stwę wodo­no­śną nakrytą ska­łami?

Baron nie wyobra­żał sobie aż dotąd, że pod powierzch­nią Arra­kis znaj­dzie wodę. Szybko roz­wa­żył moż­li­wość sprze­da­nia tych zaso­bów lud­no­ści. To by dało do myśle­nia han­dla­rzom wody, któ­rzy stali się zbyt zaro­zu­miali.

- Myślisz, że to popsuje przy­prawę? - zagrzmiał baso­wym gło­sem.

- Trudno powie­dzieć, baro­nie. Przy­prawa to dziwna sub­stan­cja, a ja ni­gdy nie zetkną­łem się z taką kie­sze­nią. Coś tu jest nie w porządku...

Baron spoj­rzał na pilota orni­top­tera.

- Skon­tak­tuj się ze szpe­ra­czami. Spy­taj, czy zauwa­żono jakiś znak czer­wia.

- Żad­nego, wasza wiel­moż­ność - odpo­wie­dział pilot, spraw­dziw­szy mel­dunki.

Vla­di­mir Har­kon­nen dostrzegł kro­ple potu na jego czole.

- Jak długo gąsie­nik tam jest? - spy­tał.

- Nie­mal dwie godziny, panie.

Baron skrzy­wił się. Jakiś czerw powi­nien się już poja­wić.

Przez nie­uwagę pilot zosta­wił włą­czoną kom­li­nię, a dowódca załogi rzekł:

- Ni­gdy dotąd nie mie­li­śmy aż tyle czasu, baro­nie. Czer­wie zawsze się poja­wiały. Zawsze. A tam w dole coś się dzieje. Gazu jest coraz wię­cej. Można to wyczuć w powie­trzu.

Ode­tchnąw­szy kli­ma­ty­zo­wa­nym powie­trzem kabiny, baron wyczuł piż­mowy zapach suro­wej przy­prawy zagar­nięty z pustyni. Orni­top­ter krą­żył teraz kil­ka­set metrów od głów­nego kom­bajnu.

- Wykry­wamy wibra­cje pod powierzch­nią, jakby jakiś rezo­nans. Nie podoba mi się to, baro­nie.

- Nie płacę ci za to, żeby ci się podo­bało. Czy to jakiś sunący głę­boko czerw?

- Raczej nie, baro­nie.

Baron spraw­dził wstępne dane prze­ka­zane z kom­bajnu. Liczby wpra­wiały w osłu­pie­nie.

- Z tego jed­nego sta­no­wi­ska zbie­rzemy wię­cej niż ze wszyst­kich innych przez mie­siąc. - Jego palce wystu­ki­wały na udzie regu­larny rytm.

- Suge­ro­wał­bym jed­nak, baro­nie, żeby­śmy się spa­ko­wali i opu­ścili to miej­sce. Możemy stra­cić...

- Nie ma mowy - prze­rwał mu Har­kon­nen. - Nie ma znaku czer­wia, a wy macie już pra­wie pełen kom­bajn. Możemy zaraz wysłać zgar­niarkę i dostar­czyć wam pustą maszynę. Nie porzucę for­tuny w przypra­wie tylko dla­tego, że pan się dener­wuje... że ma pan jakieś nie­ja­sne prze­czu­cia. To śmieszne!

Kiedy szef zespołu pró­bo­wał bro­nić swego zda­nia, baron prze­rwał mu ostro:

- Jeśli jest pan ner­wo­wym tchó­rzem, źle pan wybrał zawód i pra­co­dawcę. Do roboty!

Wyłą­czył komu­ni­ka­tor i zano­to­wał w pamięci, by jak naj­szyb­ciej zwol­nić tego czło­wieka.

Zgar­niarki uno­siły się w górze gotowe do rato­wa­nia kom­bajnu z załogą, gdyby poja­wił się czerw. Dla­czego jed­nak jesz­cze go nie było? Czer­wie zawsze bro­niły przy­prawy.

Przy­prawa. Sma­ko­wał to słowo w myślach i war­gami. Ta spo­wita w zabo­bony sub­stan­cja była wiel­ko­ścią nie­znaną, współ­cze­snym rogiem jed­no­rożca, Arra­kis zaś była wystar­cza­jąco nie­go­ścinna, by nikomu nie udało się odkryć pocho­dze­nia melanżu.

W całym roz­le­głym Impe­rium żaden poszu­ki­wacz ani badacz nie zna­lazł melanżu na jakiej­kol­wiek innej pla­ne­cie ani też nie zdo­łał otrzy­mać jej sub­sty­tutu mimo stu­leci prób. Odkąd Har­kon­ne­no­wie byli namiest­ni­kami Arra­kis, kon­tro­lu­jąc pro­duk­cję przy­prawy, baron nie życzył sobie odkry­cia jej sub­sty­tutu ani zna­le­zie­nia innego jej źró­dła. Zespoły znaw­ców pustyni loka­li­zo­wały przy­prawę, a Impe­rium z niej korzy­stało - tylko to go inte­re­so­wało. Robot­nicy zawsze byli zagro­żeni. Czerw mógł zaata­ko­wać zbyt wcze­śnie, zgar­niarka mogła mieć awa­rię, a kom­bajn mógł nie zostać w porę unie­siony. Nie­spo­dzie­wane burze pia­skowe nad­cią­gały z zaska­ku­jącą szyb­ko­ścią. Straty Har­kon­ne­nów w ludziach i sprzę­cie były ogromne... ale melanż wyna­gra­dzał pra­wie wszyst­kie koszta.

Orni­top­ter krą­żył w sta­łym, brzę­czą­cym ryt­mie, a baron przy­glą­dał się toczą­cej się w dole pracy. Pie­kące słońce odbi­jało się od zaku­rzo­nego kadłuba kom­bajnu. Szpe­ra­cze kon­tro­lo­wały z powie­trza oko­licę, a pojazdy naziemne krą­żyły pod nimi, zbie­ra­jąc próbki.

Wciąż nie było ani śladu czer­wia, a każda chwila pozwa­lała zało­dze zebrać wię­cej przy­prawy. Robot­nicy dostaną pre­mie - z wyjąt­kiem szefa - ród Har­kon­ne­nów zaś sta­nie się bogat­szy. Raporty można spre­pa­ro­wać póź­niej.

- Wywo­łaj naj­bliż­szą bazę - pole­cił baron pilo­towi. - Wezwij zgar­niarkę z nowym kom­baj­nem. Ta żyła wydaje się nie­wy­czer­pana. Jeśli czerw nie poka­zał się aż do teraz, mamy może czas...

Szef zespołu naziem­nego ode­zwał się, korzy­sta­jąc ze wspól­nego kanału, skoro baron wyłą­czył swój odbior­nik:

- Panie, próbki wyka­zują, że tem­pe­ra­tura pod powierzch­nią rośnie... i to gwał­tow­nie! Coś tam się dzieje, jakaś reak­cja che­miczna. A jedna z dru­żyn wpa­dła wła­śnie w rojo­wi­sko troci pia­sko­wych.

Baron wark­nął, wście­kły, że tam­ten użył nie­szy­fro­wa­nego kanału. A jeśli słu­chają ich szpie­dzy KHOAM? Ale kto by się przej­mo­wał tro­ciami pia­sko­wymi? Te żyjątka ukryte głę­boko pod pia­skiem obcho­dziły go tyle samo, ile muchy rojące się wokół padliny.

Zano­to­wał w pamięci, żeby zgo­to­wać sze­fowi ekipy coś gor­szego niż utrata sta­no­wi­ska i pre­mii.

"Tego mię­czaka z pew­no­ścią wyszu­kał Abu­lurd".

Zoba­czył nagle, że zwia­dowcy zaczęli poru­szać się szybko, niczym mrówki osza­lałe od wyzie­wów kwasu. Pędzili do kom­bajnu. Któ­ryś zesko­czył z zaku­rzo­nego łazika i wspi­nał się ku otwar­tym drzwiom potęż­nej maszyny.

- Co oni robią? Porzu­cają sta­no­wi­ska pracy? Zejdź tro­chę niżej, żebym lepiej widział.

Pilot zawró­cił orni­top­ter i zni­żył się ku pia­skowi niczym zło­wrogi chrząszcz. W dole ludzie sła­niali się, kasz­ląc i wymio­tu­jąc, i pró­bo­wali zało­żyć maski. Dwóch prze­wró­ciło się na poru­sza­ją­cym się pia­sku. Inni pędzili do kom­bajnu.

- Dawać zgar­niarkę! Dawać zgar­niarkę! - krzy­czał któ­ryś.

Wszyst­kie szpe­ra­cze mel­do­wały.

- Brak znaku czer­wia.

- Na­dal nic.

- Wszystko w porządku.

- Dla­czego oni ucie­kają? - spy­tał obu­rzony baron, jakby pilot mógł wie­dzieć.

- Coś się dzieje! - wrzesz­czał szef zespołu. - Gdzie ta zgar­niarka?

Pia­sek napęcz­niał. Czte­rech robot­ni­ków potknęło się i upa­dło na twarz, zanim dotarli do rampy kom­bajnu.

- Spójrz, panie! - rzekł z prze­stra­chem pilot, wska­zu­jąc w dół.

Baron ode­rwał wzrok od prze­ra­żo­nych ludzi i zoba­czył, że cały teren wokół miej­sca wydo­by­cia drży jak skóra opi­na­jąca bęben.

Kom­bajn zachwiał się i prze­chy­lił na bok. W pia­sku poja­wiła się szcze­lina i całe sta­no­wi­sko zaczęło nagle pęcz­nieć pod powierzch­nią, uno­sząc się niczym bąbel błotny we wrzą­cych bagnach Salusy.

- Zabie­rajmy się stąd! - krzyk­nął baron. Pilot zawa­hał się, a wtedy Har­kon­nen mach­nął lewą dło­nią jak biczem i zdzie­lił go w poli­czek. - Jazda!

Pilot chwy­cił stery i pode­rwał ostro orni­top­ter. Sztuczne skrzy­dła ude­rzały gwał­tow­nie.

Tym­cza­sem w dole pod­ziemny bąbel napęcz­niał do szczytu moż­li­wo­ści, a potem wybuchł, wyrzu­ca­jąc w powie­trze kom­bajn, pojazdy naziemne i wszystko inne. Gigan­tyczna eks­plo­zja pia­sku wystrze­liła w niebo, uno­sząc odłamki skał i poma­rań­czową przy­prawę. Olbrzy­mia maszyna roz­pa­dła się na czę­ści roz­rzu­cane niczym szmaty w kurza­wie Corio­lisa.

- Co się tam, do dia­bła, stało?! - Czarne oczy barona roz­sze­rzyły się z nie­do­wie­rza­nia na widok ogromu znisz­czeń. W jed­nej chwili cała dro­go­cenna przy­prawa została pochło­nięta, cały sprzęt znisz­czony. Strat w ludziach pra­wie nie zauwa­żał, oprócz może kosz­tów ich wyszko­le­nia.

- Uwaga, panie! - krzyk­nął pilot. Palce pobie­lały mu na ste­rach.

Ude­rzył w nich nagły podmuch. Zakrę­cił w powie­trzu opan­ce­rzo­nym orni­top­te­rem z biją­cymi niczym cepy skrzy­dłami. Sil­niki zawyły, usi­łu­jąc zacho­wać rów­no­wagę. Dro­biny wystrze­lo­nego z wielką pręd­ko­ścią pia­sku ude­rzyły w pla­zowe okna. Zatkane pia­skiem sil­niki zaczęły się krztu­sić. Maszyna tra­ciła wyso­kość, opa­da­jąc ku kipią­cej prze­pa­ści.

Pilot krzy­czał coś nie­zro­zu­miale. Baron ści­skał pasy bez­pie­czeń­stwa, widząc, jak zie­mia zbliża się ku nim niczym odwró­cony obcas gotowy zgnieść owada.

Vla­di­mir wie­dział, że jako głowa rodu Har­kon­ne­nów może zgi­nąć ze zdra­dziec­kiej ręki asa­syna, ale żeby paść ofiarą nie­prze­wi­dy­wal­nej kata­strofy natu­ral­nej... to było po pro­stu śmieszne.

Gdy tak nur­ko­wali, zoba­czył pia­sek otwie­ra­jący się niby pęk­nięty wrzód. Pył i surowy melanż były wsy­sane i mie­szane przez prądy kon­wek­cyjne i reak­cje che­miczne. Bogata żyła przy­prawy prze­mie­niała się w jakąś gotową ich pożreć trę­do­watą pasz­czę. Pilot jed­nak, który przed­tem wyda­wał się mało sta­now­czy i roz­tar­gniony, teraz był sku­piony i zde­ter­mi­no­wany. Jego palce bie­gały po drążku i kon­tro­l­kach mocy sil­ni­ków, wyko­rzy­stu­jąc prądy powietrzne i prze­rzu­ca­jąc siłę ciągu z jed­nego sil­nika na drugi, by zneu­tra­li­zo­wać dła­wie­nie ich pyłem. W końcu orni­top­ter wyrów­nał lot tuż nad wydmami. Pilot wes­tchnął z ulgą.

Kiedy w pia­sku otwo­rzył się wielki otwór, baron dostrzegł migo­tliwe przej­rzy­ste kształty niczym robaki na padli­nie. Tro­cie pia­skowe mknęły ku miej­scu eks­plo­zji. Wkrótce poja­wią się także wiel­kie czer­wie pchane nie­od­par­tym naka­zem.

Mimo wszel­kich sta­rań baron nie mógł nijak zro­zu­mieć przy­prawy.

Orni­top­ter nabrał wyso­ko­ści, kie­ru­jąc się w stronę szpe­ra­czy i zgar­nia­rek zasko­czo­nych tym, co się stało. Nie zdo­łały unieść kom­bajnu i jego cen­nego ładunku przed eks­plo­zją, a baron mógł za to winić tylko sie­bie. Wydał im wyraźne roz­kazy, żeby trzy­mały się z daleka.

- Oca­li­łeś mi życie, pilo­cie. Jak się nazy­wasz?

- Kry­ubi, panie.

- Dobrze więc, Kry­ubi... czy widzia­łeś kie­dyś coś takiego? Co tam się stało? Co spo­wo­do­wało ten wybuch?

Pilot nabrał tchu.

- Sły­sza­łem, jak Fre­meni mówili o czymś, co nazy­wają wybu­chem przy­prawy. - Wyda­wał się nie­wzru­szony niczym posąg, jakby zagro­że­nie prze­mie­niło go w coś znacz­nie sil­niej­szego. - To się zda­rza w głębi pustyni, gdzie mało kto może to oglą­dać.

- Kogo obcho­dzi, co mówią Fre­meni? - Baron wydął usta na samą myśl o tych brud­nych nędza­rzach koczu­ją­cych na pia­skach. - Wszy­scy sły­szeli, że przy­prawa wybu­cha, ale nikt tego nie widział. Głu­pie zabo­bony.

- Tak, ale zabo­bony mają zwy­kle jakąś pod­stawę. Oni widzą wiele rze­czy na pustyni.

Teraz baron podzi­wiał pilota, że nie boi się mówić, cho­ciaż zna jego poryw­czość i mści­wość. Może warto by go awan­so­wać?

- Mówią, że wybuch przy­prawy to reak­cja che­miczna - cią­gnął Kry­ubi. - Zapewne sku­tek nagro­ma­dze­nia masy pre­przy­pra­wo­wej pod pia­skami.

Baron roz­wa­żał to. Nie mógł zaprze­czyć świa­dec­twu wła­snych oczu. Kie­dyś poznają być może praw­dziwą naturę melanżu i będą mogli zapo­bie­gać takim kata­stro­fom. Dotych­czas wyda­wało się, że przy­prawy wystar­czy dla wszyst­kich, któ­rzy chcą jej szu­kać, więc nikt nie łamał sobie głowy ana­li­zami. Po co mar­no­wać czas na bada­nia, kiedy for­tuny cze­kają, by je zbić? Baron miał mono­pol na Arra­kis, ale ten mono­pol opie­rał się na igno­ran­cji.

Zaci­snął zęby i pomy­ślał, że po powro­cie do Kar­ta­gin musi dać upust napię­ciu w jakiejś bar­dziej oży­wio­nej zaba­wie, niż pla­no­wał. Tym razem to musi być ktoś szcze­gólny - żaden z jego sta­łych kochan­ków, ale ktoś, kogo ni­gdy jesz­cze nie wyko­rzy­stał. To go uwolni od zaha­mo­wań.

Patrząc w dół, stwier­dził, że już nie musi ukry­wać tego miej­sca przed Impe­ra­to­rem. Trzeba je zare­je­stro­wać jako odkrywkę i udo­ku­men­to­wać straty w ludziach i sprzę­cie. Nie ma potrzeby fał­szo­wa­nia reje­strów. Stary Elrood nie będzie zado­wo­lony, ale ród Har­kon­ne­nów pogo­dzi się z tym finan­so­wym uszczerb­kiem.

Gdy pilot zata­czał krąg, nie­do­bitki załogi mel­do­wały o stra­tach w ludziach, sprzę­cie i przy­pra­wie. Baron poczuł, że kipi z wście­kło­ści.

"Do dia­bła z Arra­kis - pomy­ślał. - Do dia­bła z przy­prawą i naszym uza­leż­nie­niem od niej".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki