Melanż to finansowe sedno aktywności KHOAM. Bez przyprawy matki wielebne
Bene Gesserit nie miałyby swej umiejętności obserwacji i kontroli nad
ludźmi, nawigatorzy Gildii nie umieliby dostrzegać bezpiecznych szlaków
w przestrzeni kosmicznej, a miliardy obywateli Imperium pomarłyby
wskutek jej odstawienia. Byle prostak zrozumie, że takie uzależnienie od
jednego dobra prowadzi do nadużyć. Wszyscy jesteśmy zagrożeni.
- KHOAM, Analiza ekonomiczna prawidłowości w obiegu materiałów
Siedzący obok pilota ornitoptera szczupły i muskularny baron Vladimir Harkonnen pochylił się w fotelu. Ciemnymi jak
u pająka oczami wpatrywał się w plazowe okno, czując wszechobecną woń
pyłu i piasku. Widok falistych wydm skwierczących w upale sprawiał, że
piekły go spojówki. Krajobraz i niebo były wyblakłe, bezbarwne. Nic nie
koiło oczu.
"Piekielne miejsce".
Baron najchętniej znalazłby się znów w uprzemysłowionym cieple i cywilizacyjnej złożoności Giedi Prime, głównej planety Harkonnenów.
Nawet tutaj miałby wiele ciekawszych zajęć w lokalnej siedzibie rodu w Kartagin, gdzie mógłby zadowalać swe wymagające gusta.
Zbiór przyprawy miał jednak pierwszeństwo. Zawsze. Szczególnie gdy
chodziło o złoże tak wielkie jak to, o którym donosili szperacze.
W ciasnym kokpicie baron zachowywał się z pewnością siebie człowieka
silnego, ignorującego dziury i prądy powietrzne. Skrzydła ornitoptera
uderzały rytmicznie jak skrzydła osy. Ciemna skóra napierśnika barona
opinała dobrze wykształcone mięśnie. W połowie drogi między
czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia wyglądał doskonale. Jego
rudawozłote włosy przycięto i ułożono z podkreśleniem trójkątnej kępki u szczytu czoła. Skórę miał gładką, a kości policzkowe wysokie i dobrze
uformowane. Na jego szyi i szczękach uwidoczniały się mięśnie gotowe w każdej chwili nadać twarzy groźny wyraz albo wywołać twardy uśmiech,
zależnie od okoliczności.
- Daleko jeszcze? - Spojrzał z ukosa na pilota, który zdradzał oznaki
nerwowości.
- To miejsce w głębi pustyni, baronie. Wszystko wskazuje, że to jedno z najbogatszych kiedykolwiek odkrytych złóż.
Maszyna zatrzęsła się w prądach wstępujących nad czarną bazaltową skałą.
Pilot głośno przełknął ślinę, skupiając się na instrumentach.
Baron usiadł wygodniej, tłumiąc niecierpliwość. Rad był, że ten nowy
skarb leży z dala od ciekawskich oczu urzędników Imperatora i KHOAM,
którzy mogliby sporządzić kłopotliwe raporty. Trzęsący się ze starości
Elrood IX nie musi wiedzieć wszystkiego o rozmiarach produkcji przyprawy
na Arrakis. Dzięki starannemu przygotowywaniu raportów i fałszowaniu
ksiąg rachunkowych, nie wspominając o łapówkach, baron mówił
obcoświatowym nadzorcom tylko to, co chciał.
Silną dłonią otarł pot z górnej wargi i przestawił kontrolki, by
ochłodzić i nawilżyć kokpit.
Pilot nie czuł się pewnie z tak ważnym i tak wybuchowym pasażerem na
pokładzie. Zmusił silnik do większego wysiłku, sprawdził raz jeszcze
projekcję mapy, a potem przeniósł wzrok na zarysy ciągnącej się aż po
horyzont pustyni.
Baron także obejrzał projekcję kartograficzną, ale rozczarował go brak
szczegółów. Jak można znaleźć drogę przez ten pustynny świat? Jak to
możliwe, że planeta tak ważna dla ekonomicznej stabilności Imperium
pozostaje w zasadzie nieopisana na mapach? Jeszcze jeden błąd jego
przyrodniego brata Abulurda.
Abulurda jednak już tu nie było, a władza należała do barona. "Teraz,
gdy Arrakis jest moja, zaprowadzę tu porządek!" Zaraz po powrocie do
Kartagin zapędzi ludzi do pracy nad nowymi pomiarami i mapami, jeżeli
tylko ci przeklęci Fremeni nie zniszczyli punktów kartograficznych i nie
pozabijali badaczy.
Od czterdziestu lat ten pustynny świat był pseudolennem Harkonnenów z politycznego nadania Imperatora z błogosławieństwem KHOAM - Konsorcjum
Honnete Ober Advancer Mercantiles. Chociaż ponura i niegościnna, Arrakis
była jednym z najcenniejszych klejnotów w imperialnej koronie ze względu
na substancję, której dostarczała.
Niestety po śmierci ojca, Dymitra Harkonnena, osłabiony umysłowo stary
Imperator przekazał władzę miękkiemu Abulurdowi, który w ciągu zaledwie
siedmiu lat zdołał zdziesiątkować produkcję przyprawy. Zyski spadły, on
zaś stracił kontrolę nad przemytem i sabotażem. W rezultacie głupiec
został usunięty i wysłany bez oficjalnego tytułu na Lankiveila, gdzie
niewiele mógł zaszkodzić samoczynnej produkcji wielorybich futer.
Natychmiast po otrzymaniu namiestnictwa baron Vladimir Harkonnen
wyruszył na Arrakis, by przewrócić ją do góry nogami. Pozostawi na niej
własny ślad, zetrze dziedzictwo błędów i nieudolnych rządów.
W całym Imperium Arrakis - piekielna dziura, którą można by uznać raczej
za karę niż nagrodę - była jedynym źródłem przyprawy, substancji
droższej od wszystkich cennych metali. Tu, na tym wyschniętym świecie,
była cenniejsza od wody.
Bez przyprawy nie byłyby możliwe efektywne podróże kosmiczne... a bez
podróży kosmicznych upadłoby samo Imperium. Przyprawa przedłużała życie,
chroniła zdrowie i dodawała wigoru. Sam baron korzystał z niej z umiarkowaniem, ale bardzo sobie cenił dobre samopoczucie, jakie mu
dawała. Oczywiście przyprawa uzależniała, co miało wpływ na jej wysoką
cenę...
Opancerzony ornitopter przeleciał nad osmalonym pasmem górskim, które
wyglądało jak złamana szczęka pełna przegniłych zębów. Baron dostrzegł
przed sobą chmurę pyłu rozciągającą się na kształt kowadła.
- Tam się odbywa eksploatacja, baronie.
Czarne kropki na monochromatycznym niebie urosły w podobne do jastrzębi
pikujące w ich kierunku ornitoptery bojowe. Komunikator zaświstał, a pilot wysłał sygnał identyfikacyjny. Płatni obrońcy - najemnicy mający
odeprzeć wszelkich intruzów - zawrócili i zajęli znów pozycje
obserwacyjne.
Jak długo ród Harkonnenów utrzymywał iluzję wzrostu wydobycia i zysków,
Gildia Kosmiczna nie musiała wiedzieć o każdym nowym znalezisku.
Podobnie jak Imperator i KHOAM. Baron zatrzyma tę zdobycz dla siebie i doda do swoich ogromnych zapasów.
Gdyby po latach próżnowania Abulurda baron osiągnął choćby połowę
tego, co było możliwe, KHOAM i Imperium dostrzegłyby znaczną poprawę.
Zadowolone, nie zauważyłyby jego przekrętów i nie podejrzewałyby go o tajne schowki przyprawy. Niebezpieczna strategia, gdyby została
ujawniona... ale baron miał swoje sposoby na szpiegów.
Gdy zbliżyli się do pióropusza pyłu, baron sięgnął po lornetkę i dostroił olejowe soczewki. Rozpoznał kombajn gąsienikowy przy pracy. To
mechaniczne monstrum o wielkich gąsienicach i ogromnej ładowności było
niewiarygodnie kosztowne... ale warte każdego solarisa wydanego na jego
utrzymanie. Jego czerpaki podrzucały cynamonowy pył, szary piasek i odłamki krzemienia, wgryzając się w powierzchnię pustyni w poszukiwaniu
aromatycznego melanżu.
Mobilne zespoły naziemne przemierzały otwartą przestrzeń piasków w pobliżu kombajnu, wprowadzając sondy pod powierzchnię, zbierając próbki
i oznaczając na mapie zasięg ukrytej w głębi żyły przyprawy. W górze
krążyły, czekając, cięższe maszyny unoszone przez olbrzymie ornitoptery.
Na horyzoncie wznosiły się i opadały szperacze, a w nich obserwatorzy
wypatrujący zmarszczek zdradzających zbliżanie się czerwia. Jeden z tych
wielkich arrakijskich czerwi pustyni mógł pochłonąć cały zespół
operacyjny.
- Baronie - odezwał się pilot, przekazując mu komunikator - dowódca
zespołu wydobywczego chce z panem mówić.
- Tu twój baron. - Vladimir dotknął ucha, sprawdzając odbiór. - Podaj mi
najnowsze dane. Jakie wydobycie?
Dowódca załogi odpowiedział burkliwie, irytująco obojętny na rangę swego
rozmówcy:
- Dziesięć lat pracuję przy wydobyciu przyprawy, ale takiego złoża
jeszcze nie widziałem. Kłopot w tym, że leży głęboko. Normalnie, jak pan
wie, znajdujemy przyprawę na powierzchni. Tym razem jest silnie
skoncentrowana, ale...
Baron czekał tylko chwilę.
- Ale co?
- Tam się dzieje coś dziwnego, baronie. Dziwnego chemicznie. Spod
powierzchni wydobywa się dwutlenek węgla, jest tam jakiś jego bąbel.
Kombajn przebijający się przez zewnętrzne warstwy do przyprawy natknął
się na parę wodną.
- Para wodna!
To była rzecz niesłychana na Arrakis, na której nawet przy sprzyjającej
pogodzie niemal nie wykrywało się w powietrzu wilgoci.
- Może natrafiliśmy na jakąś warstwę wodonośną nakrytą skałami?
Baron nie wyobrażał sobie aż dotąd, że pod powierzchnią Arrakis znajdzie
wodę. Szybko rozważył możliwość sprzedania tych zasobów ludności. To by
dało do myślenia handlarzom wody, którzy stali się zbyt zarozumiali.
- Myślisz, że to popsuje przyprawę? - zagrzmiał basowym głosem.
- Trudno powiedzieć, baronie. Przyprawa to dziwna substancja, a ja nigdy
nie zetknąłem się z taką kieszenią. Coś tu jest nie w porządku...
Baron spojrzał na pilota ornitoptera.
- Skontaktuj się ze szperaczami. Spytaj, czy zauważono jakiś znak
czerwia.
- Żadnego, wasza wielmożność - odpowiedział pilot, sprawdziwszy
meldunki.
Vladimir Harkonnen dostrzegł krople potu na jego czole.
- Jak długo gąsienik tam jest? - spytał.
- Niemal dwie godziny, panie.
Baron skrzywił się. Jakiś czerw powinien się już pojawić.
Przez nieuwagę pilot zostawił włączoną komlinię, a dowódca załogi rzekł:
- Nigdy dotąd nie mieliśmy aż tyle czasu, baronie. Czerwie zawsze się
pojawiały. Zawsze. A tam w dole coś się dzieje. Gazu jest coraz więcej.
Można to wyczuć w powietrzu.
Odetchnąwszy klimatyzowanym powietrzem kabiny, baron wyczuł piżmowy
zapach surowej przyprawy zagarnięty z pustyni. Ornitopter krążył teraz
kilkaset metrów od głównego kombajnu.
- Wykrywamy wibracje pod powierzchnią, jakby jakiś rezonans. Nie podoba
mi się to, baronie.
- Nie płacę ci za to, żeby ci się podobało. Czy to jakiś sunący głęboko
czerw?
- Raczej nie, baronie.
Baron sprawdził wstępne dane przekazane z kombajnu. Liczby wprawiały w osłupienie.
- Z tego jednego stanowiska zbierzemy więcej niż ze wszystkich innych
przez miesiąc. - Jego palce wystukiwały na udzie regularny rytm.
- Sugerowałbym jednak, baronie, żebyśmy się spakowali i opuścili to
miejsce. Możemy stracić...
- Nie ma mowy - przerwał mu Harkonnen. - Nie ma znaku czerwia, a wy
macie już prawie pełen kombajn. Możemy zaraz wysłać zgarniarkę i dostarczyć wam pustą maszynę. Nie porzucę fortuny w przyprawie tylko
dlatego, że pan się denerwuje... że ma pan jakieś niejasne przeczucia.
To śmieszne!
Kiedy szef zespołu próbował bronić swego zdania, baron przerwał mu
ostro:
- Jeśli jest pan nerwowym tchórzem, źle pan wybrał zawód i pracodawcę.
Do roboty!
Wyłączył komunikator i zanotował w pamięci, by jak najszybciej zwolnić
tego człowieka.
Zgarniarki unosiły się w górze gotowe do ratowania kombajnu z załogą,
gdyby pojawił się czerw. Dlaczego jednak jeszcze go nie było? Czerwie
zawsze broniły przyprawy.
Przyprawa. Smakował to słowo w myślach i wargami. Ta spowita w zabobony substancja była wielkością nieznaną, współczesnym rogiem
jednorożca, Arrakis zaś była wystarczająco niegościnna, by nikomu nie
udało się odkryć pochodzenia melanżu.
W całym rozległym Imperium żaden poszukiwacz ani badacz nie znalazł
melanżu na jakiejkolwiek innej planecie ani też nie zdołał otrzymać jej
substytutu mimo stuleci prób. Odkąd Harkonnenowie byli namiestnikami
Arrakis, kontrolując produkcję przyprawy, baron nie życzył sobie
odkrycia jej substytutu ani znalezienia innego jej źródła. Zespoły
znawców pustyni lokalizowały przyprawę, a Imperium z niej korzystało -
tylko to go interesowało. Robotnicy zawsze byli zagrożeni. Czerw mógł
zaatakować zbyt wcześnie, zgarniarka mogła mieć awarię, a kombajn mógł
nie zostać w porę uniesiony. Niespodziewane burze piaskowe nadciągały z zaskakującą szybkością. Straty Harkonnenów w ludziach i sprzęcie były
ogromne... ale melanż wynagradzał prawie wszystkie koszta.
Ornitopter krążył w stałym, brzęczącym rytmie, a baron przyglądał się
toczącej się w dole pracy. Piekące słońce odbijało się od zakurzonego
kadłuba kombajnu. Szperacze kontrolowały z powietrza okolicę, a pojazdy
naziemne krążyły pod nimi, zbierając próbki.
Wciąż nie było ani śladu czerwia, a każda chwila pozwalała załodze
zebrać więcej przyprawy. Robotnicy dostaną premie - z wyjątkiem szefa -
ród Harkonnenów zaś stanie się bogatszy. Raporty można spreparować
później.
- Wywołaj najbliższą bazę - polecił baron pilotowi. - Wezwij zgarniarkę
z nowym kombajnem. Ta żyła wydaje się niewyczerpana. Jeśli czerw nie
pokazał się aż do teraz, mamy może czas...
Szef zespołu naziemnego odezwał się, korzystając ze wspólnego kanału,
skoro baron wyłączył swój odbiornik:
- Panie, próbki wykazują, że temperatura pod powierzchnią rośnie... i to
gwałtownie! Coś tam się dzieje, jakaś reakcja chemiczna. A jedna z drużyn wpadła właśnie w rojowisko troci piaskowych.
Baron warknął, wściekły, że tamten użył nieszyfrowanego kanału. A jeśli
słuchają ich szpiedzy KHOAM? Ale kto by się przejmował trociami
piaskowymi? Te żyjątka ukryte głęboko pod piaskiem obchodziły go tyle
samo, ile muchy rojące się wokół padliny.
Zanotował w pamięci, żeby zgotować szefowi ekipy coś gorszego niż utrata
stanowiska i premii.
"Tego mięczaka z pewnością wyszukał Abulurd".
Zobaczył nagle, że zwiadowcy zaczęli poruszać się szybko, niczym mrówki
oszalałe od wyziewów kwasu. Pędzili do kombajnu. Któryś zeskoczył z zakurzonego łazika i wspinał się ku otwartym drzwiom potężnej maszyny.
- Co oni robią? Porzucają stanowiska pracy? Zejdź trochę niżej, żebym
lepiej widział.
Pilot zawrócił ornitopter i zniżył się ku piaskowi niczym złowrogi
chrząszcz. W dole ludzie słaniali się, kaszląc i wymiotując, i próbowali
założyć maski. Dwóch przewróciło się na poruszającym się piasku. Inni
pędzili do kombajnu.
- Dawać zgarniarkę! Dawać zgarniarkę! - krzyczał któryś.
Wszystkie szperacze meldowały.
- Brak znaku czerwia.
- Nadal nic.
- Wszystko w porządku.
- Dlaczego oni uciekają? - spytał oburzony baron, jakby pilot mógł
wiedzieć.
- Coś się dzieje! - wrzeszczał szef zespołu. - Gdzie ta zgarniarka?
Piasek napęczniał. Czterech robotników potknęło się i upadło na twarz,
zanim dotarli do rampy kombajnu.
- Spójrz, panie! - rzekł z przestrachem pilot, wskazując w dół.
Baron oderwał wzrok od przerażonych ludzi i zobaczył, że cały teren
wokół miejsca wydobycia drży jak skóra opinająca bęben.
Kombajn zachwiał się i przechylił na bok. W piasku pojawiła się
szczelina i całe stanowisko zaczęło nagle pęcznieć pod powierzchnią,
unosząc się niczym bąbel błotny we wrzących bagnach Salusy.
- Zabierajmy się stąd! - krzyknął baron. Pilot zawahał się, a wtedy
Harkonnen machnął lewą dłonią jak biczem i zdzielił go w policzek. -
Jazda!
Pilot chwycił stery i poderwał ostro ornitopter. Sztuczne skrzydła
uderzały gwałtownie.
Tymczasem w dole podziemny bąbel napęczniał do szczytu możliwości, a potem wybuchł, wyrzucając w powietrze kombajn, pojazdy naziemne i wszystko inne. Gigantyczna eksplozja piasku wystrzeliła w niebo, unosząc
odłamki skał i pomarańczową przyprawę. Olbrzymia maszyna rozpadła się na
części rozrzucane niczym szmaty w kurzawie Coriolisa.
- Co się tam, do diabła, stało?! - Czarne oczy barona rozszerzyły się z niedowierzania na widok ogromu zniszczeń. W jednej chwili cała
drogocenna przyprawa została pochłonięta, cały sprzęt zniszczony. Strat
w ludziach prawie nie zauważał, oprócz może kosztów ich wyszkolenia.
- Uwaga, panie! - krzyknął pilot. Palce pobielały mu na sterach.
Uderzył w nich nagły podmuch. Zakręcił w powietrzu opancerzonym
ornitopterem z bijącymi niczym cepy skrzydłami. Silniki zawyły, usiłując
zachować równowagę. Drobiny wystrzelonego z wielką prędkością piasku
uderzyły w plazowe okna. Zatkane piaskiem silniki zaczęły się krztusić.
Maszyna traciła wysokość, opadając ku kipiącej przepaści.
Pilot krzyczał coś niezrozumiale. Baron ściskał pasy bezpieczeństwa,
widząc, jak ziemia zbliża się ku nim niczym odwrócony obcas gotowy
zgnieść owada.
Vladimir wiedział, że jako głowa rodu Harkonnenów może zginąć ze
zdradzieckiej ręki asasyna, ale żeby paść ofiarą nieprzewidywalnej
katastrofy naturalnej... to było po prostu śmieszne.
Gdy tak nurkowali, zobaczył piasek otwierający się niby pęknięty wrzód.
Pył i surowy melanż były wsysane i mieszane przez prądy konwekcyjne i reakcje chemiczne. Bogata żyła przyprawy przemieniała się w jakąś gotową
ich pożreć trędowatą paszczę. Pilot jednak, który przedtem wydawał się
mało stanowczy i roztargniony, teraz był skupiony i zdeterminowany. Jego
palce biegały po drążku i kontrolkach mocy silników, wykorzystując prądy
powietrzne i przerzucając siłę ciągu z jednego silnika na drugi, by
zneutralizować dławienie ich pyłem. W końcu ornitopter wyrównał lot tuż
nad wydmami. Pilot westchnął z ulgą.
Kiedy w piasku otworzył się wielki otwór, baron dostrzegł migotliwe
przejrzyste kształty niczym robaki na padlinie. Trocie piaskowe mknęły
ku miejscu eksplozji. Wkrótce pojawią się także wielkie czerwie pchane
nieodpartym nakazem.
Mimo wszelkich starań baron nie mógł nijak zrozumieć przyprawy.
Ornitopter nabrał wysokości, kierując się w stronę szperaczy i zgarniarek zaskoczonych tym, co się stało. Nie zdołały unieść kombajnu i jego cennego ładunku przed eksplozją, a baron mógł za to winić tylko
siebie. Wydał im wyraźne rozkazy, żeby trzymały się z daleka.
- Ocaliłeś mi życie, pilocie. Jak się nazywasz?
- Kryubi, panie.
- Dobrze więc, Kryubi... czy widziałeś kiedyś coś takiego? Co tam się
stało? Co spowodowało ten wybuch?
Pilot nabrał tchu.
- Słyszałem, jak Fremeni mówili o czymś, co nazywają wybuchem przyprawy.
- Wydawał się niewzruszony niczym posąg, jakby zagrożenie przemieniło go
w coś znacznie silniejszego. - To się zdarza w głębi pustyni, gdzie mało
kto może to oglądać.
- Kogo obchodzi, co mówią Fremeni? - Baron wydął usta na samą myśl o tych brudnych nędzarzach koczujących na piaskach. - Wszyscy słyszeli, że
przyprawa wybucha, ale nikt tego nie widział. Głupie zabobony.
- Tak, ale zabobony mają zwykle jakąś podstawę. Oni widzą wiele rzeczy
na pustyni.
Teraz baron podziwiał pilota, że nie boi się mówić, chociaż zna jego
porywczość i mściwość. Może warto by go awansować?
- Mówią, że wybuch przyprawy to reakcja chemiczna - ciągnął Kryubi. -
Zapewne skutek nagromadzenia masy preprzyprawowej pod piaskami.
Baron rozważał to. Nie mógł zaprzeczyć świadectwu własnych oczu. Kiedyś
poznają być może prawdziwą naturę melanżu i będą mogli zapobiegać takim
katastrofom. Dotychczas wydawało się, że przyprawy wystarczy dla
wszystkich, którzy chcą jej szukać, więc nikt nie łamał sobie głowy
analizami. Po co marnować czas na badania, kiedy fortuny czekają, by je
zbić? Baron miał monopol na Arrakis, ale ten monopol opierał się na
ignorancji.
Zacisnął zęby i pomyślał, że po powrocie do Kartagin musi dać upust
napięciu w jakiejś bardziej ożywionej zabawie, niż planował. Tym razem
to musi być ktoś szczególny - żaden z jego stałych kochanków, ale ktoś,
kogo nigdy jeszcze nie wykorzystał. To go uwolni od zahamowań.
Patrząc w dół, stwierdził, że już nie musi ukrywać tego miejsca przed
Imperatorem. Trzeba je zarejestrować jako odkrywkę i udokumentować
straty w ludziach i sprzęcie. Nie ma potrzeby fałszowania rejestrów.
Stary Elrood nie będzie zadowolony, ale ród Harkonnenów pogodzi się z tym finansowym uszczerbkiem.
Gdy pilot zataczał krąg, niedobitki załogi meldowały o stratach w ludziach, sprzęcie i przyprawie. Baron poczuł, że kipi z wściekłości.
"Do diabła z Arrakis - pomyślał. - Do diabła z przyprawą i naszym
uzależnieniem od niej".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki