Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera 1 - T.M. Frazier

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 8

P r e p p y

GDY DRE BYŁA POGRĄŻONA W ŚPIĄCZCE, zatraciłem się w pracy. Koniecznie chciałem stworzyć kolejne dwie Babcine Zielarnie i otworzyć je przed końcem lata, co wydawało się trudne, biorąc pod uwagę to, ile pracy kosztowała mnie jedna. Nie miałem nikogo do pomocy. Pracowałem bez ustanku.

Cóż, i oglądałem porno.

A potem wciągałem malutką kreseczkę.

Jednocześnie oglądając porno.

Następnie paliłem tyciego skręta.

Z tą kelnerką z Presto's, która brała w dupę, jakby to była jej praca.

Cholera, odbiegłem od tematu.

Kiedy Dre przechodziła odstawienie w stanie wegetatywnym, ja jak zwykle sprawdzałem, jak się ma Mirna. Zdarzyło jej się kilka przebłysków, ale przez większość czasu myślała, że ma około dwudziestu lat i czeka, aż mąż wróci do domu z wojny.

Podczas jednego przebłysku mówiła o Dre i widać było, że uwielbia swoją wnuczkę. Uśmiechała się i śmiała, opowiadając mi historie o szalonym dzieciństwie dziewczyny - najwyraźniej Dre ciągle coś psuła. W jej głosie słyszałem miłość nawet wtedy, gdy mówiła, że otrzymała pocztą z banku anulowane czeki na sumę tysiąca siedmiuset dolarów. Wszystkie spieniężone. Wszystkie podrobione. Zamknęła konto i domyśliła się, kto za tym stał dopiero, gdy Dre pojawiła się w jej domu.

Tak naprawdę nie miałem prawa udzielać nikomu reprymendy za to, jakich dokonywał w życiu wyborów, ale cholernie wkurzyło mnie to, że Dre okradła babcię. Aż dziwne, że gdy się obudziła, nie złapałem jej od razu za gardło i nie wyrzuciłem za drzwi.

Cholera, gdyby nie to, że Mirna się z tym pogodziła, to pewnie bym to zrobił.

Musiałem zapamiętać, żeby zainteresować się znalezieniem powiernika finansów Mirny, żeby nikt nie mógł jej okraść, gdy jest w takim stanie i zaczyna być z nią gorzej. Kurwa, ona nie powinna mieszkać sama.

Dlaczego nie wsiadłam do autobusu? - odezwała się za mną Dre. Odwróciłem się i zobaczyłem, że stoi przy stole, bawiąc się paskiem białego bawełnianego szlafroka, w którym tonęła jej drobna sylwetka. Jej długie czarne włosy były zmierzwione. Ciemnobrązowe oczy patrzyły na mnie intensywnie, gdy czekała na moją odpowiedź.

Skupiłem swoją uwagę na kuchence i okazało się, że przypaliłem kolejnego naleśnika.

- Ja pierdolę. - Wrzuciłem go do kosza i zacząłem od początku, nalewając chochlę ciasta na rozgrzaną patelnię. - Serio, czy zrobienie naleśników wymaga jakichś magicznych umiejętności? Czy potrzebna mi różdżka i zaklęcie jak z Harry'ego Pottera? - mruknąłem. - Może coś jest nie tak z tą kuchenką. - Zmniejszyłem ogień i znowu przeczytałem opis na opakowaniu mieszanki ciasta, by sprawdzić, czy nie zrobiłem czegoś źle, co powodowałoby, że te magiczne naleśniki tak szybko się paliły. - Gdzie jest Mirna? - zapytałem, ignorując jej pytanie. Przewróciłem nowego naleśnika, który wylądował na brzegu patelni, a ciasto prysnęło na palnik i syknęło.

- Położyła się na chwilę.

- Świetnie! - krzyknąłem, celując w nią szpatułką. - Dzięki temu będziemy mieć okazję zjeść razem śniadanie, porozmawiać i pogrozić sobie trochę. Czyż to nie wspaniały pomysł? - Odsunąłem krzesło od niewielkiego stołu jadalnego i machnąłem uroczyście szpatułką, zapraszając ją do zajęcia miejsca.

Spojrzała na krzesło, ale się nie ruszyła.

- Siadaj - powtórzyłem. - To nie jest sugestia - ostrzegłem. Zbliżyła się z wahaniem. Popchnąłem krzesło trochę mocniej, niż to było konieczne, przez co Dre opadła gwałtownie na siedzenie. Pochyliłem się nad jej ramieniem. - Czy to było takie trudne? - wyszeptałem tuż przy jej szyi. Zadrżała, a ja odczułem ogromną satysfakcję aż w palcach u stóp.

Wróciłem do kuchenki i spojrzałem na stos sześciu płaskich, w połowie spalonych naleśników, które raczej przypominały smutnych weteranów apokalipsy niż śniadanie.

Zdjąłem fartuch Mirny, na którym widniał napis "Lubię ruchać", który kiedyś brzmiał "Lubię ruch" - wystarczyło kilka kresek niezmywalnym markerem i teraz fartuch był bardziej w moim stylu. Postawiłem stos sflaczałych naleśników na środku stołu i zająłem miejsce obok Dre. Nałożyłem jej kilka placków na talerz, a większą część wziąłem dla siebie i polałem obie porcję syropem.

- Okej, teraz możemy porozmawiać - oznajmiłem, biorąc kęs czegoś, co smakowało bardziej jak proszek do pieczenia i stopa niż pyszne puchate naleśniki.

- Chcesz wiedzieć, dlaczego tu jesteś? Tak? Jesteś tutaj dlatego, że jeden z twoich kumpli postanowił podać ci sporą dawkę heroiny na dworcu, a potem zaciągnął cię do obskurnego motelu. Następnie bawił się swoim salami, gdy ty śliniłaś się na podłodze. - Odwróciłem głowę i otworzyłem usta, naśladując jej minę.

Skrzywiła się.

- Prawda boli, doktorku. - Wepchnąłem do buzi więcej obrzydliwych naleśników. Doskonale wiedziałem, jak smakowały. Jak porażka.

- Doktorku? - Zmarszczyła nos.

- Tak, bo mówiłem na ciebie Dr. Dre, pamiętasz? A może chcesz zacząć od początku? Dobra, niech będzie. Nazywam się Samuel Clearwater, ale przyjaciele mówią do mnie Preppy.

- Pamiętam - powiedziała. Wciąż nie tknęła naleśników.

- W każdym razie zobaczyłem, co się działo i... poszedłem cię odbić. Przyprowadziłem cię do domu Mirny, bo jest pielęgniarką. Nawet gdy jej pamięć szwankuje, i tak pamięta wszystko z tej dziedziny. Nie wiedziałem, że jesteś jej wnuczką - powiedziałem z pełnymi ustami. Gdybym nie miał nic przeciwko marnowaniu jedzenia, to wyplułbym te naleśniki, ale zamiast tego przełknąłem z trudem i popiłem sokiem pomarańczowym.

- Mogłeś mnie tam po prostu zostawić - wytknęła.

- Tak, mogłem.

- Więc dlaczego tego nie zrobiłeś?

Nadziałem na widelec kolejny kawałek. Uniosłem go i przyjrzałem się jedzeniu. Spojrzałem w oczy Dre, duże jak u lalki i czarne jak jej włosy.

- Nie mam pieprzonego pojęcia.

- Dlaczego nie zabrałeś mnie do szpitala?

- Bo w szpitalu zadają za dużo pytań osobie, która przynosi dziewczynę z objawami przedawkowania heroiny.

- Dlaczego pytania byłyby złe, skoro tylko byś mnie tam przyniósł?

- Ponieważ, doktorku, pytania prowadzą do odpowiedzi, a odpowiedzi, w tym przypadku, prowadzą do ciał.

Sapnęła.

- Cholera. - Jej twarz pobladła.

- W końcu. Czekałem, aż się skapniesz. Zastanawiałem się, kiedy to się stanie. Długo ci to zajęło. Ale uznajmy, że twoja spowolniona reakcja wynika z tego, że właśnie wybudziłaś się ze śpiączki. Przypomnij mi, żebym w najbliższym czasie nie rozwiązywał z tobą sudoku.

- Ciała? - zapytała powoli, wstając z krzesła. Złapałem ją za ramię i posadziłem na miejscu.

- Cóż, jedno ciało - poprawiłem. - Ale wiesz, gdy mówi się o "ciałach", ma to mocniejszy, bardziej dramatyczny efekt. - Upiłem kolejny łyk soku. - Więc uznajmy, że jeden z nich już nie będzie mógł dawać sobie w żyłę w ciemnej alejce, tłuc cię na miazgę, kraść moich roślin ani chodzić na długie spacery po plaży. - Odstawiłem szklankę. - Innymi słowy - pochyliłem się - nigdy, nigdy, przenigdy.

- Zabiłeś Erica? - zapytała i wiedziałem, że w ten sposób chce potwierdzić to, że Conner żyje. Nie wiem, dlaczego czuła wobec niego taką dziwną lojalność, ale zaczynało mnie to wkurzać. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że to jego zabiłem.

Ups.

- Tak, to zdecydowanie był Eric - potwierdziłem, wepchnąłem do ust więcej naleśników, starając się nie udławić.

- A więc on...

- Nie żyje? Och, tak. Jest bardzo nieżywy.

Nie potrafiłem odczytać miny Dre, co mnie trochę rozczarowało. Chciałem zobaczyć na jej twarzy strach. Bo przecież właśnie przyznałem się do tego, że spełniłem swoją groźbę i zabiłem kogoś, kogo ona znała. Chociaż umarła osoba, którą ona chciała zostawić przy życiu, ale nie musiała tego wiedzieć.

Co za różnica, ten ćpun czy inny?

Była bardziej oszołomiona, niż mi się wydawało.

- Zabiłeś go - powiedziała powoli. To nie było pytanie, raczej stwierdzenie.

Uniosłem palec wskazujący i kciuk i powoli zmniejszyłem między nimi odległość, patrząc na Dre przez małą szparkę, która między nimi pozostała.

- Tylko tak troszeczkę.

- Chyba nie można zabić kogoś "tylko troszeczkę".

- Och, no cóż, to zabiłem go bardziej niż troszeczkę.

ROZDZIAŁ 9

D r e

- A WIĘC POWIESZ MI W KOŃCU, dlaczego nalegałaś, by zostawić tego Connera przy życiu? - zapytał Preppy, gdy podążałam za nim do sypialni gościnnej. Wyglądało na to, że posprzątał już połowę pokoju. Druga cześć jednak wciąż pozostawała zdemolowana. Kiedy podniósł plastikową rurę z jednej strony, ja złapałam ją na drugim końcu, chociaż wcale mnie o to nie poprosił, i razem powiesiliśmy ją na hakach. W trakcie rozwiązał mi się szlafrok, więc szybko go zawiązałam, jednak Preppy'emu udało się zajrzeć pod spód.

Co za pech.

- No co? Przecież i tak już widziałem cię w stroju Ewy - stwierdził. - Gdy cię poznałem, nic na sobie nie miałaś, pamiętasz?

- To chyba nie ma znaczenia - przyznałam. - I tak wyglądam okropnie. - Tak naprawdę wcale nie uważałam, że jestem brzydka. Nigdy nie byłam dziewczyną, której brakowałoby pewności siebie. Po prostu stwierdzałam fakt. Heroina nie jest narkotykiem, który biorą modelki i dziewczyny wygrywające w konkursach piękności. Nie bez powodu.

- Tak, wyglądasz koszmarnie - zgodził się Preppy, uśmiechając się tajemniczo, jakby znał jakiś sekret.

- To dlaczego ciągle się gapisz? - wypaliłam, przypominając sobie jego twardość tuż przy mnie na wieży ciśnień.

- Bo może to mi się podoba? - stwierdził Preppy, jak gdyby nigdy nic.

- Podobają ci się dziewczyny, które kiepsko wyglądają? - zapytałam, w ogóle mu nie wierząc.

- Hej, niektórzy lubią laski z kutasami, inni lubią się pieprzyć przebrani za smerfy i pomalowani na niebiesko. Patrzę, bo mnie intrygujesz, ale nie mam pojęcia dlaczego. Ale jak się dowiem, to dam ci znać.

- Zawsze jesteś tak brutalnie szczery? - zapytałam. Uważałam, że jego stwierdzenia są zarówno obraźliwe, jak i dziwnie odświeżające.

- Tak i nie. Czasami nie da się uniknąć kłamstwa. Ale szczerość to kapryśna suka. Sądzę jednak, że nie można filtrować myśli. Jeśli musisz obchodzić się z kimś jak z jajkiem, to znak, że szkoda czasu na znajomość z takimi ludźmi. Życie jest za krótkie, by udawać kogoś, kim się nie jest. Jestem po prostu sobą. Mówię to, co chcę powiedzieć, robię to, na co mam ochotę, i nie mam zamiaru za to przepraszać.

- Chyba musiałabym się przyzwyczaić do takiej szczerości - przyznałam. - Ale na razie muszę się skupić na przeprosinach.

- Możesz zacząć swoją podróż w kierunku szczerości od odpowiedzi na moje wcześniejsze pytanie. Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym facecie?

Westchnęłam.

- Po prostu go skrzywdziłam. - Oscar wbiegł do pokoju i otarł się o nogę Preppy'ego. - Wyrządziłam mu krzywdę, której nie da się naprawić. Nie da się tego naprawić słowem "przepraszam" czy kwiatkami.

- To musiało być coś naprawdę strasznego - zauważył, pochylając się, by poklepać Oscara po głowie.

Wbiłam spojrzenie w podłogę, a po chwili skupiłam wzrok na Preppym.

- To prawda - przyznałam. I za każdym razem, gdy myślałam o tamtym wydarzeniu, które doprowadziło mnie do podejmowania złych decyzji, jedna za drugą, czułam się tak, jakbym wskrzeszała złe wspomnienia i pozwalała im raz po raz dźgać się w brzuch.

Moje myśli szybko skupiły się na narkotykach. Na tej natychmiastowej euforii. Na uwolnieniu mnie od poczucia winy. Preppy odchrząknął.

Otworzyłam oczy, chociaż nawet nie pamiętam, bym je zamykała. Zobaczyłam, że Preppy stoi blisko okna i podpala skręta, opierając się o półkę.

- Dokąd odpłynęłaś, doktorku? - Zaciągnął się głęboko. - Myślisz o powrocie do swojej kochanki? To powiem ci, że to raczej nie jest dobry pomysł. Ta suka heroina wraca, a potem następuje niby brutalne zerwanie, choć ona tak naprawdę nigdy nie odchodzi, więc albo możesz zostawić ją na poboczu jak dziwkę czekającą na podwózkę i odjechać, albo zostać i pozwolić, by cię zabiła.

- Wiem - powiedziałam, rozpaczliwie chcąc zmienić te-mat. Na myślenie o braniu było dla mnie jeszcze za wcześnie. - Powiedział facet, który pali trawkę.

Uniósł skręta.

- To mnie nie zabije. Widziałaś kogoś, kto zapalił trawę, a potem wpadł w morderczy szał, czy kogoś jarającego z bonga, kto potem zaczyna bójkę w barze? Poza tym zioło to nie narkotyk. To roślina. - Podniósł jedną ze szklanych misek i potrząsnął liśćmi.

- Czy właśnie to sobie wmawiasz, żebyś mógł powiedzieć ludziom, że nie bierzesz dragów? I naprawdę w to wierzysz?

- Kurwa, nie, to tak nie działa. Zawsze wciągam dużo, gdy mam ochotę - powiedział Preppy, znowu głęboko się zaciągając. Wydmuchał dym przez okno. - Ale jest różnica między braniem dla przyjemności a nałogiem, szczególnie takim, który kończy się skokiem z wieży ciśnień.

- Trafna uwaga. - Jeszcze nigdy w życiu nie chciałam tak bardzo zmienić tematu rozmowy.

- Kto zajmuje się Mirną? - zapytałam. Było mi głupio, że zadaję tak ważne pytanie jakiemuś obcemu.

- Ja jej doglądam, podobnie jak kilkoro jej przyjaciół i znajomi z kościoła. Jest na liście oczekujących domu spokojnej starości w Sarasocie. Mogą mieć dla niej miejsce jutro albo za pół roku. Nie wiedzą. - Wyglądał, jakby nad czymś się zastanawiał, a potem dodał: - Jest z nią coraz gorzej, wiesz? Zazwyczaj nie pamięta nic przez kilka dni z rzędu, a potem przez wiele tygodni jest dobrze. Ale w ciągu ostatniego tygodnia co chwilę jej się zmieniało, przez większość czasu miała zaniki pamięci. Jeszcze nie widziałem jej w tak złym stanie - wyznał Preppy, potwierdzając to, czego się domyślałam, choć miałam nadzieję, że to nieprawda.

Ścisnęło mnie w sercu.

- Czy mogę z nią zostać sam na sam? Nie zasługuję na to, ale jeśli jej powiesz, że byłam zamieszana w kradzież, nie będzie chciała mieć ze mną nic wspólnego. A ja chcę tylko trochę czasu. - Zamilkłam. - Zanim będzie za późno.

- Możesz spędzić z nią trochę czasu - powiedział, przyglądając mi się podejrzliwie. - Ale chcę coś w zamian.

- Co... co chcesz? Zrobię wszystko - powiedziałam, natychmiast żałując doboru słów. Jego bursztynowe oczy przypominały mi gęsty, ciemny miód. Przemierzył pokój i zatrzymał się przy mnie. Zdziwiłam się, gdy rozwiązał pasek mojego szlafroka i zdjął go ze mnie. Materiał spadł na podłogę. Poczułam jego rozpalone spojrzenie, gdy przesuwał nim po moim nagim ciele, aż zatrzymał się w miejscu pomiędzy moimi nogami. Zacisnęłam uda, a on się zaśmiał i zagryzł wargę.

Zadrżałam, niepewna, czy to z powodu tego, jak uważnie przyglądał się mojemu ciału, czy z powodu klimatyzatora nade mną, a może po prostu ze strachu.

- Po prostu powiedz mi, czego chcesz - oznajmiłam, bo chciałam, by ta sytuacja już dobiegła końca.

Preppy zachichotał.

- Zajmij się Mirną. I pomóż mi naprawić to, co jest w sypialni. - W jego oczach błysnęło coś złowróżbnego, ta sama iskra, którą widziałam na wieży ciśnień, i tym razem znowu zadrżałam, ale nie ze strachu. - I doprowadź się do ładu. Wolałbym, żebyś nie wyglądała jak ten dzieciak z Księgi dżungli, bo jeszcze do czegoś mi się przydasz. Bądź mniej jak Courtney Love, a bardziej jak Jennifer Love.

- Ha, ha, zabawne. Czy to już wszystko? - zapytałam ostrożnie, bo niepokoiło mnie to, że odpuścił mi tak łatwo.

I jednocześnie starałam oprzeć się pokusie, by kopnąć go w jaja.

- Och, do końca jeszcze daleko, doktorku. - Cofnął się, a ja się pochyliłam, by szybko zakryć się szlafrokiem. - Bardzo, bardzo daleko.

Preppy wrócił do pracy, a ja poszłam poszukać jakichś normalnych ubrań. Przejrzałam zawartość szuflad w mojej dawnej sypialni, mając nadzieję, że znajdę tam T-shirt lub spodnie dresowe, gdy nagle Preppy zjawił się w przejściu.

- Zapomniałem ci o czymś powiedzieć - oznajmił, pisząc coś w telefonie, który zaraz potem włożył z powrotem do kieszeni.

- O czym? - zapytałam, wyciągając z dolnej szuflady starą koszulkę z jakimś boysbandem.

- Pamiętasz, co mówiłem o ponownym braniu hery, prawda?

- Chodzi ci o to, gdy powiedziałeś, że albo ja z nią zerwę, albo ona mnie zabije?

- Tak, cóż, zapomniałem o jednej rzeczy. Taki drobiazg - powiedział.

- Czyli?

Wszedł do pokoju i oparł się o komodę, górując nade mną. Jego ramię musnęło moje i powiedział niskim głosem:

- Kiedy jednak postanowisz znowu wziąć, lepiej zadbaj o to, żebyś była bardzo daleko od Logan's Beach i Mirny, bo jeśli znowu zrobisz ją w chuja, zabiję cię szybciej niż zrobi to heroina. - Uśmiechnął się radośnie, jakby przed chwilą wcale mi nie groził.

- Eee... okej.

ROZDZIAŁ 10

D r e

PREPPY POLECIŁ MI ZAJĄĆ SIĘ MIRNĄ, ale i tak wpadał do nas każdego popołudnia, by sprawdzić, co u niej, a potem zamykał się w swojej zielarni przynajmniej na godzinę. Albo po prostu nie miał ochoty rozmawiać, albo celowo mnie unikał. Albo jeszcze nie wymyślił, czego mógłby ode mnie żądać w zamian za to, że pozwolił mi tu zostać z Mirną. Ale potem dotarło do mnie, że wcale nie o to chodziło. Nie unikał mnie.

On się mną bawił.

Za każdym razem, gdy był blisko, starał się mnie dotknąć lub przestraszyć. Puszczał do mnie oko, gdy Mirna nie patrzyła. Rozbierał mnie wzrokiem za każdym razem, gdy miał okazję, i śmiał się, kiedy robiło mi się z tego powodu niezręcznie.

Ale rozmowa?

Nie. Nie ze mną, w każdym razie. Chociaż z Mirną rozmawiał radośnie, zupełnie jakby wcale nie przebywał tutaj tylko po to, by zadręczać mnie swoją obecnością i poczuciem, że jestem mu coś winna.

Powinnam się cieszyć, że nie chce ze mną rozmawiać, ale jednak strasznie mnie to wkurzało.

Za długo przebywałam z dala od ludzi. To chyba był prawdziwy problem. To pewnie przez moją potrzebę społecznych interakcji myślałam, że ten szalony zabójca uprawiający zioło w sypialni gościnnej mojej babci, jest dla mnie partnerem do konwersacji, chociaż tak naprawdę powinnam wziąć przykład z Preppy'ego i zacząć rozmawiać z tą przeklętą świnią.

Mirna i ja mądrze wykorzystałyśmy dany nam czas i w ciągu kilku dni udało nam się odciążyć nasze dusze i powiedzieć sobie wszystko, co miałyśmy do powiedzenia. Cóż, a przynajmniej wyznałam jej to, przez co nie wyrzuciłaby mnie natychmiast z domu.

Mirna jeszcze nie straciła pamięci i zaczynałam myśleć, że zareagowałam przesadnie lub wszystko to sobie zmyśliłam. Teraz wiedziała już o wszystkich wydarzeniach, które przyczyniły się do mojego powrotu do Logan's Beach, a ona wyznała mi, że rok temu zdiagnozowano u niej Alzheimera.

Długo płakałyśmy. Dużo się śmiałyśmy. Przeglądałyśmy stare zdjęcia i opłakiwałyśmy moją mamę, chociaż umarła, gdy byłam dzieckiem.

Mirna przyznała również, że żałuje utraty kontaktu z moim ojcem, ale śmierć mojej matki okazała się dla nich zbyt bolesna, a bycie rodziną stało się za trudne.

Fizycznie czułam się lepiej, chociaż wciąż byłam nerwowa. Wciąż pragnęłam heroiny, ale teraz nie kontrolowała już ona mojego życia. Głównie dzięki Mirnie i temu, że dbała o mnie, kiedy nieprzytomna przechodziłam zjazd po heroinie. Do teraz podawała mi zastrzyki witaminowe dwa razy dziennie.

- Tutaj jesteś! - krzyknęła Mirna, gdy wyszła na ganek przed domem, gdzie naprawiałam trzeci stopień. Górna część była zniszczona i wygięta z powodu wysokich temperatur na Florydzie, a gwóźdź zardzewiał od spodu, przez co stopień się uniósł i można było się o niego potknąć. Kilka wkręconych śrubek i Mirna nie potknie się już tak jak wczoraj. (Na szczęście byłam przy niej i zdążyłam ją złapać). Naprawiłam również szafkę w kuchni, której drzwiczki wyskoczyły z zawiasów. Przymocowałam rynnę, która się obluzowała z boku domu. A potem naprawiłam ten cholerny stopień. Mirna powiedziała, że jakieś zajęcie jest dobre dla zdrowiejącej duszy i myślę, że miała rację, bo czułam się znacznie lepiej. Jakbym była dawną sobą. Klasnęła w dłonie.

- Właśnie cię szukałam.

- Co jest? - zapytałam. Podążyła za mną do garażu, dokąd niosłam staroświecką skrzynię na narzędzia należącą niegdyś do dziadka. Odłożyłam ją bezpiecznie na starą półkę, zupełnie jakby dziadek mógł się tu zjawić w każdej chwili i zobaczyć, że ją ruszałam. Może i nie żył od dawna, jednak doskonale pamiętałam, jak się wkurzał z powodu poprze-stawianych narzędzi.

- Zawsze lubiłaś naprawiać różne rzeczy - zauważyła Mirna. - A skoro mowa o naprawianiu, mam wrażenie, że czujesz się znacznie lepiej.

- Minął dopiero tydzień, odkąd się obudziłam - zwróciłam jej uwagę. - Ale dziękuję. Tata nauczył mnie, jak to robić. - Uniosłam wkrętarkę.

- Wiem - odparła Mirna, rozglądając się po garażu i patrząc na niedokończone projekty dziadka. Nigdy nawet nie próbowała się ich pozbyć. - Czy mówiłam ci, że gdy twój tata ożenił się z twoją mamą, to dziadek nauczył go naprawiać różne rzeczy?

- Naprawdę? - zapytałam. To brzmiało nieprawdopodobnie. Tata potrafił naprawić wszystko.

- Tak, twój dziadek Rick chciał mieć pewność, że twój tata będzie potrafił zająć się twoją mamą, więc nauczył go wszystkiego, co wiedział. - Uśmiechnęła się, przypominając sobie to wspomnienie, której najwyraźniej było przyjemne. - Kiedy Becky przyprowadziła go do domu, twój biedny ojciec nie potrafił nawet powiesić obrazka na ścianie. - Oczywiście jej uwierzyłam, chociaż wydawało mi się to nieprawdopodobne, bo warsztat taty wyglądał jak marzenie każdej złotej rączki. Ścisnęło mnie w sercu na wspomnienie taty naprawiającego dach mojego domku dla lalek. Wtedy nauczył mnie używać wkrętarki. Zawsze był moim bohaterem. Potrafił naprawić niemal wszystko.

Ale nie mnie.

- Napisałam do niego list, wiesz? - odezwała się Mirna, przerywając ciszę.

- Doceniam to, Mirno, naprawdę. Ale wiesz, że gdy tata wbije sobie coś do głowy, to nic tego nie zmieni. Może kiedyś się z nim skontaktuję i spróbuję znowu, ale teraz pewnie będzie lepiej, jeśli na jakiś czas odpuszczę. Postaram się naprawić sytuację, gdy będę mogła poprzeć moje obietnice niezbitym dowodem.

Zastanawiałam się, co mój tata sobie pomyśli, gdy prze-czyta jej list. O ile w ogóle to zrobi. Mogłam się założyć, że przeczyta kilka zdań, zda sobie sprawę, czego list dotyczy, a potem podrze go na milion kawałków. Na pewno nie włoży go do mojego starego niebieskiego pudełka na buty znajdującego się w domu, gdzie trzymałam wszystkie listy od Mirny.

Ale ty już nie masz swojego pokoju w tamtym domu.

Przypomniałam sobie wszystko po kolei.

Cóż, przynajmniej po przeczytaniu mojego listu będzie wiedział, że jesteś bezpieczna.

Jeśli nie będzie cię w tym autobusie, to już nie należysz do mojej rodziny, znowu usłyszałam głos taty.

- Chodź! - zawołała Mirna podekscytowana i ruszyła sprężystym krokiem, łapiąc mnie za rękę. - Chcę ci coś pokazać. - Niemal podskakiwała, ciągnąc mnie na górę po naprawionych schodach.

Mirna nie była delikatną osobą. Mimo że jej stan zdrowia się pogarszał, wciąż odznaczała się siłą i odwagą. Była atrakcyjną starszą kobietą, a jej białe włosy opadały na ramiona grubymi lokami. Gęsta grzywka z przedziałkiem kończyła się tuż nad idealnie symetrycznymi brwiami. Oczy zawsze miała podkreślone, ale tylko kreską na górnej powiece z ogonkiem nadającym jej oku kociego wyglądu. Dzięki temu jej duże szare oczy wydawały się jeszcze większe, jak u lalki. Zawsze miała na ustach czerwoną szminkę, nawet gdy zostawała w domu, by zająć się ogrodem.

Kiedy byłam nastolatką, niejednokrotnie próbowałam naśladować styl Mirny. I wielokrotnie wyglądałam potem jak karykatura narysowana przez dziecko kredkami, podczas gdy Mirna zawsze kojarzyła się z chodzącym arcydziełem.

Pociągnęła mnie korytarzem w stronę swojej sypialni. Ku mojemu zdziwieniu zaprowadziła mnie do swojej garderoby i otworzyła dwuskrzydłowe drzwi dramatycznym gestem.

- Tadam! - krzyknęła, cofając się o krok i gestem zapraszając mnie do środka.

Garderoba Mirny sama w sobie nie była jakaś wyjątkowa - ot, zwykła garderoba z kilkoma półkami. Jednak to, co znajdowało się w środku, sprawiło, że sapnęłam i przyłożyłam dłoń do szybko bijącego serca. Suknie. I to nie byle jakie suknie, ale takie z innej epoki. Wiązane na szyi i z rozkloszowanymi spódnicami. I kapelusze z szerokim rondem. Buty na platformie, na widok których niemal padłam na kolana pośrodku tego pokoju.

- Skąd ty to wszystko masz? - zapytałam, po czym wzięłam do ręki najpiękniejsze czarne szpilki na platformie i przytuliłam je do piersi. Dopełniała je duża biała kokarda doczepiona do zaokrąglonego noska i obcasa. Jasna cholera, już sam obcas był niesamowity - sznurowany jak gorset. - Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek nosiła coś takiego.

- Niektóre rzeczy miałam na sobie tylko raz. Niektórych wcale nie założyłam.

- Dlaczego? - Gdybym miała szafę pełną takich sukni, z każdej okazji zrobiłabym wyjątkową. Jak wyście do pralni. Po gaz. Podlewanie marihuany.

- Twój dziadek uwielbiał, gdy się przebierałam, więc każdego dnia nosiłam dla niego coś ładnego. Kiedy był po drugiej stronie oceanu, wysyłał mi europejskie stroje, które wtedy były modne. Czasami dostawałam suknię nawet co tydzień. Kiedy wrócił, niemal od razu zaszłam w ciążę. - Uśmiechnę-łam się do niej znacząco, a ona stwierdziła: - Wtedy nie było telewizorów w sypialniach, moja droga. - A potem kontynuowała: - Wciąż chciałam je nosić nawet po urodzeniu trójki dzieci, nawet po tym, jak ty się urodziłaś, ale gdy Rick zmarł, nie mogłam znieść myśli, że znowu miałabym je na siebie włożyć. Mimo to nie mogłam też zmusić się do tego, by je wyrzucić. - Mirna się zaśmiała. - Oczywiście teraz za nic w świecie by na mnie nie pasowały. - Westchnęła i sięgnęła po jakiś wieszak, a potem wcisnęła mi suknię w ramiona, pomimo że tuliłam już buty do piersi.

- Jestem pewna, że możesz je poprawić u krawcowej. Albo... Zawsze chciałam nauczyć się szyć, więc może mogłabym to dla ciebie zrobić - zasugerowałam.

Mirna pokręciła głową.

- Nie, moja kochana.

- Nie? Dlaczego?

- Twój dziadek ryzykował życie, by kupić te suknie i mi je wysłać. Nie mogłabym ich teraz poprawić. Poza tym sądzę, że na ciebie będą pasować doskonale.

Wskazałam na siebie palcem.

- Na mnie? Mirno, nie mogę. - Wyciągnęłam w jej stronę wieszak i buty, by je oddać. - Nie, nie zasługuję na to.

Odsunęła się od moich wyciągniętych ramion.

- Andreo, nie wiem, ile czasu mi jeszcze pozostało ani jak długo będę jeszcze świadoma, zanim zupełnie stracę pamięć, więc powiem ci to teraz, póki jeszcze mam szansę. - Położyła dłoń na moim ramieniu i uścisnęła je. - Masz dobrą duszę. Jesteś dobrą osobą. Wszyscy popełniamy błę-dy, Bóg mi świadkiem, sama popełniłam ich całkiem sporo. Ale musisz sobie wybaczyć. Musisz siebie pokochać. I na litość boską, dziewczyno, musisz wyhodować jaja. Mężczyźni pragną silnych kobiet, które potrafią zarówno dawać, jak i brać. - Puściła do mnie oko.

Jęknęłam.

- Już nie rozmawiamy o sukniach, prawda?

- Nie. Ale pamiętaj. Dama na ulicy, a szatan w łożnicy.

- Mirna, poważnie. Chyba uszy zaczynają mi krwawić - powiedziałam ze śmiechem. - Poza tym faceci to ostatnie, o czym teraz myślę.

- A co z Samuelem?

- Mirna! - krzyknęłam. - Chcesz, żebym była z facetem, który hoduje zioło w twojej gościnnej sypialni?

Mirna pokręciła głową.

- Nie, moja droga. Ale nie miałabym nic przeciwko, gdy-byś rozważyła bycie z mężczyzną, który jest inny, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.

- Powiedz mi, na co wy się tak naprawdę umówiliście? - zapytałam.

- Nie ja powinnam ci to wyjaśniać, moja droga. To część naszej umowy. Ale powiem ci, że nie powinnaś do nikogo się z góry uprzedzać. Naprawdę poznasz czyjeś serce dopiero wtedy, gdy zechce ci je pokazać. - Uścisnęła moje ramię. - On przypomina mi twojego dziadka, wiesz? Mam tylko na-dzieję, że pewnego dnia znajdziesz kogoś, kto zajmie się tobą tak dobrze, jak on mną. - Zdjęła kolejną suknię z wieszaka i pokazała mi ją.

Złapałam za wieszak, by Mirna mogła zrobić krok w tył i przyjrzeć się sukni, którą wybrała.

- Przepraszam - powiedziałam, ale ona tylko machnęła ręką. - Po prostu chcę się upewnić, że wiesz, w co się z nim pakujesz, i...

- Tym nie musisz się martwić. Samuel to dobry mężczyzna.

Który zabił Erica.

- Jesteś tego pewna?

- Tak, otworzył przede mną swoje serce. - Mirna westchnęła. - Dobrzy ludzie mogą robić złe rzeczy, Andreo. Sama mi powiedziałaś, że zrobiłaś w życiu coś złego. Ale to nie czyni cię złą osobą, prawda?

- Nie jestem co do tego taka pewna - przyznałam.

- Och, co za brednie, wcale nie jesteś zła. Masz wielkie serce i oczy po babci. - Rozłożyła szeroko ramiona. - A z tym możesz podbić świat. - Podała mi suknię, jakieś spodenki z wysokim stanem i krótkie bluzki odsłaniające brzuch.

Moje ręce zaczęły się trząść. Skutki uboczne, jak twierdziła Mirna. Upuściłam ubrania, a gdy pochyliłam się, by je pozbierać, posłała mi zmartwione spojrzenie.

- Polepsza mi się - zapewniłam. - Naprawdę.

- Musisz się udać do ośrodka leczenia uzależnień, żebyś do tego nie wróciła. Profesjonaliści znają się na tym lepiej niż ja. Jestem tylko pielęgniarką, a nie terapeutką. Wiem, że w tym nałogu chodzi o coś więcej niż tylko o fizyczne uzależnienie.

- Takie ośrodki kosztują sporo kasy, a rząd woli fundować raczej więzienia i szpitale psychiatryczne - oznajmiłam, próbując pozbierać ubrania. - A poza tym nie mogę tam iść, bo ciebie tam nie będzie.

- A więc zrobimy tak - powiedziała Mirna i klasnęła w dłonie. Wzięła ode mnie ubrania i wyszła z garderoby. Odłożyła rzeczy na swoje łóżko, a potem dokończyła: - Doprowadzimy cię do ładu, a potem wyjdziemy na dwór i będziemy medytować na świeżym powietrzu.

- Co będziemy robić?

Oparła ręce na biodrach.

- Nie mów mi, że nigdy nie medytowałaś?

- Jakoś... nie było okazji? - pisnęłam. - Medytacja nie jest czymś, co można wcisnąć między dawanie sobie w żyłę a rozczarowywanie ludzi, a tym właśnie byłam zajęta.

Przewróciła oczami i skupiła wzrok na stosie ubrań.

- Twoje poczucie humoru jest tak samo dziwne jak Samuela. Mam książkę, którą możesz przeczytać, a poza tym ja cię tego nauczę. Świat to podstępne miejsce. Medytacja jest pojazdem, dzięki któremu będziesz się w nim lepiej po-ruszać. No wiesz, unikniesz wybojów na drodze.

- W moim przypadku tym pojazdem powinien być czołg - stwierdziłam, próbując dotknąć ją biodrem, przez co upuściłam cenny but.

- Tylko bez takich zarozumiałych żartów, młoda damo. Może i tracę pamięć, ale nadal jestem twoją babcią.

-Tak jest - odparłam i zasalutowałam butem.

- Medytacja jest jak... ćwiczenia rozciągające po biegu, ale zamiast mięśni rozciągasz duszę - powiedziała, szczypiąc mnie w policzki, jakbym była dzieckiem. Krzyknęłam. - A te-raz przyjmiesz ten prezent w postaci moich ubrań i będziesz je nosić. Dla mnie. Tak długo, jak będą ci się podobać. A teraz pobawimy się w przebieranki - nakazała. - Czy wyraziłam się jasno?

- Tak. Jeśli właśnie tego chcesz. Ale... po co?

- Ponieważ, moja droga, czekałam chyba stulecie, by zobaczyć te suknie na prawdziwej osobie, i chyba nawet dłużej, by zobaczyć je na tobie. Teraz należą do ciebie.

Ścisnęło mnie w sercu. Po tym, co powiedziała, nie mogłam się z nią kłócić, nawet gdybym chciała. A nie chciałam. Nawet odrobinę.

Godzinę później Mirna okręciła mnie przed lustrem, a ja sapnęłam, widząc swoje odbicie.

Biało-zielona letnia sukienka, którą dla mnie wybrała, była wiązana na szyi i miała kwadratowy dekolt, który podnosił i uwydatniał moje piersi. W talii opinała się ciasno jak gorset i podkreślała wcięcie, a spódnica była lekko rozkloszowana i kończyła się tuż nad moimi kolanami.

Oczywiście miałam na sobie buty na platformie, te czarne z kokardkami.

- I kto powiedział, że miłość od pierwszego spojrzenia nie istnieje? - wyszeptałam, obracając stopą z boku na bok i podziwiając moje nowe cudeńka.

Mirna zrobiła z moich długich włosów taką skomplikowaną fryzurę, że sama chyba nigdy jej nie odtworzę. Po jednej stronie włosy zostały założone za ucho, a z drugiej opadały falami na ramię. Czerwona pomadka podkreślała moje usta, a całości dopełniał czarny eyeliner na powiekach. Na co dzień wolałabym wygląd mniej w stylu pin-up girl, jednak w tej chwili nie mogłam uwierzyć, że ta dziewczyna w lustrze to ja.

Poza bliznami na ramionach w niczym nie przypominałam ćpunki.

- Wyglądam... wyglądam jak... - jąkałam się. "Człowiek", pomyślałam.

Mirna stanęła za mną. Oczy miała zaszklone. Jej mina wyrażała dumę, gdy przyglądała mi się z uznaniem. Oparła podbródek na moim ramieniu i się uśmiechnęła.

- Jak kobieta - powiedziała. - Wyglądasz jak piękna młoda kobieta. I nią jesteś.

Przychyliłam głowę, by oprzeć ją o policzek babci.

- Zamierzałam powiedzieć, że wyglądam jak ty. - Odwróciłam się i uniosłam ramiona. Minęły zaledwie dwa tygodnie, odkąd Preppy sprowadził mnie do domu babci, ale mimo że większość strupów zniknęła, blizny, te stare i te nowe, wciąż znaczyły moją skórę. - Poza tym...

Mirna ujęła mój policzek.

- Wszyscy mamy blizny, kochanie. - Złapała mnie za nadgarstki i uniosła je do swoich ust, całując po kolei moje przedramiona, a gdy skończyła, poklepała je, jakby wszystko miało się polepszyć po babcinym pocałunku. I poniekąd tak było. - Niektórzy mają blizny na rękach. - Przyłożyła dłoń do mojej piersi. - Inni mają je w sercu.

A jeszcze inni na twarzy. Bez zastanowienia przesunęłam dłonią po wypukłej szarpanej bliźnie z boku twarzy.

Mirna podeszła do komody, na której stało wiele zdjęć w ramkach, i podniosła jedno z nich. Spojrzała na fotografię, a potem na mnie.

- Cóż, może i masz rację. - Podała mi srebrną ramkę.

Zdjęcie przedstawiało Mirnę w bardzo podobnej sukience, miała na sobie jeszcze rękawiczki i kapelusz. Stała ramię w ramię z moim dziadkiem, uśmiechali się do aparatu. Mała dziewczynka, czyli moja mama, stała przed Mirną i trzymała w dłoniach pudełko śniadaniowe. Miała blond włosy i delikatne rysy twarzy po dziadku, jednak ja byłam jak skóra zdjęta z babci. Uniosłam zdjęcie w ramce, ponownie doszukując się podobieństwa młodszej wersji mojej babci i siebie. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam.

- Naprawdę wyglądasz jak ja.

- Jesteśmy jak bliźniaczki, które dzielą... dekady - zauważyłam, a Mirna pokiwała głową i zachichotała, po czym zabrała mi zdjęcie i odstawiła je na miejsce, dokładnie tam, gdzie się znajdowało wcześniej. Kilkukrotnie obróciła je lekko w prawo i w lewo, aż w końcu wyglądała na usatysfakcjonowaną. - Mirna, ile ty masz lat? - zapytałam, próbując to obliczyć.

Mirna westchnęła.

- Czterysta siedemdziesiąt siedem - odparła z poważną miną. Po chwili wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Myślałam, że sukienka pęknie mi w szwach. Kiedy się uspokoiłyśmy, Mirna znowu mi się przyjrzała. Jej usta ułożyły się w piękny uśmiech, a na twarzy zobaczyłam wyraz satysfakcji. - Wyglądasz zachwycająco, kochanie. Twój dziadek ucieszyłby się, gdyby zobaczył cię w tej sukni. To była pierwsza, którą mi wysłał - wyznała, próbując opanować emocje, bo na chwilę pozbawiły ją głosu. Jej oczy zaszkliły się i zaczerwieniły, ale starała się być silna. Pociągnęła nosem i wyprostowała plecy, jakby w ten sposób chciała zakazać łzom powrotu.

- Mirna... - zaczęłam, wyciągnąwszy w jej stronę rękę, by ją pocieszyć, ale ona odsunęła się i machnęła dłonią.

- Och, nie wygłupiaj się. Jestem po prostu stara i przez to mam takie wahania nastroju, jakbym była w ciąży - oznajmiła, chcąc rozładować napięcie i pociągnęła nosem. - Samuelowi spodoba się to, jak wyglądasz - stwierdziła.

- A co on ma z tym wspólnego?

Mirna uniosła białą brew.

- Nie mówiłam ci, kochanie? To dzięki niemu przypomniałam sobie, że mam ci dać ubrania, które dla ciebie zachowałam. Przydadzą ci się w nowej pracy.

- Nowej pracy?

- Tak. Będziesz pracować z Samuelem. - Mirna po raz ostatni spojrzała na moje odbicie w lustrze i westchnęła usatysfakcjonowana. - Praca dobrze ci zrobi. Dzięki niej będziesz miała okazję oczyścić swoją duszę, zacząć od początku.

- To w ogóle możliwe? - zapytałam, nie wiedząc, czy skierowałam to pytanie do niej, czy do siebie samej. - A co, jeśli rany są zbyt głębokie?

- Nie są. Sama się przekonasz. To dzięki nim jesteśmy ludźmi - powiedziała i po tych słowach jeszcze bardziej pokochałam moją babcię. - Zróbmy tak: ty pójdziesz podlać kwiaty, a ja znajdę dla ciebie tę książkę o medytacji. Kiedy skończysz, spotkamy się na podwórku. Odbędziemy naszą pierwszą sesję, a ty skupisz się na przyszłości i tym, czego chcesz od życia. Oczyścisz swoją duszę, która nieco się zabrudziła.

Mirna starała się jak tylko mogła, ale ja byłam pewna, że dusza tak brudna jak moja potrzebowała czegoś więcej niż nowych ubrań i medytacji, by się oczyścić. Wycelowałam palcem w obcą postać w lustrze, w dziewczynę, która wyglądała na niemal pozbieraną, i wymamrotałam:

- Mnie bardziej by się przydał wybielacz niż książka o medytacji.

Może zapytam Preppy'ego o to, jak oczyścić brudną duszę, bo chociaż Mirna powiedziałam mi, jak wiele zrobił dla niej dobrego, to jednak nie widziała jego oczu na wieży ciśnień.

Nic nie miało sensu. Facet, który pomaga starszym paniom, gdy są w potrzebie, nie mógł być takim potworem, za jakiego go miałam. Może on jednak wcale nie miał brudnej duszy.

Może wszystko sobie ubzdurałam.

***

Później Mirna przeprowadziła ze mną pierwszą lekcję medytacji. Siedziałam boso na trawie, jednak co jakiś czas otwierałam oko i patrzyłam w stronę butów leżących na tarasie, gdzie zostawiłam je w cieniu.

Siedziałyśmy po turecku naprzeciwko siebie, tuż obok rabatki. Dłonie położyłyśmy na kolanach, wnętrzem do góry. Oskar kwiknął w tle. Zauważyłam, że i Mirna, i Preppy dbali o zwierzęta, ale wciąż musiałam zapytać, dlaczego, u diabła, zwierzątkiem domowym mojej babci jest świnia. Gdy Oscar szturchnął mnie swoim brudnym, mokrym ryjkiem, próbowałam go od siebie odsunąć, udając, że irytuje mnie jego obecność. Przyłożyłam palec do ust, a on zrozumiał przekaz i zaczął węszyć pod ogrodzeniem niczym pies pilnujący te-renu. Czy wszystkie świnie są takie mądre?

Odetchnęłam głęboko, próbowałam zapanować nad myślami i skupić się na medytacji. Mirna odchyliła głowę w stronę słońca, jej kocie oczy wyglądały cudownie w słońcu, od którego mrużyła powieki, a dzięki nieskazitelnej skórze wydawało się, że cała promienieje.

Nie byłam w stanie się powstrzymać i po raz setny zerknęłam w stronę tarasu na buty, jednak w tej chwili moje serce przestało bić. Jednego brakowało. Już miałam rzucić się w stronę sąsiadów, by zadzwonić na policję albo po straż, albo pogotowie, albo samego prezydenta, gdy nagle padł na mnie cień. Krzyknęłam i próbowałam odskoczyć, ale on złapał mnie za ramię i przytrzymał. Opadłam na bok na kolana intruza. Mirna nawet nie drgnęła i wciąż siedziała w pozycji medytującej.

Intruz się zaśmiał. Uniosłam głowę i wtedy zobaczyłam, że Preppy trzyma brakujący but.

- Niezłe buty. Chcesz się bzykać?

ROZDZIAŁ 1

P r e p p y

Trzy lata wcześniej

KURWA, NIEZŁY TOWAR. Wytarłem nadmiar proszku spod nosa i wmasowałem go w dziąsła.

- Naprawdę niezła krecha. Dzięki, stary. Teraz ten pieprzony dzień jest trochę bardziej znośny - powiedziałem. Właśnie podjechaliśmy pod dom Grace po tym, jak zawieźliśmy Kinga do aresztu, by odsiedział swój wyrok. Zobaczymy go znowu, ale dopiero za jakieś dwa-cztery lata.

- Kurwa - rzucił Bear, powtarzając to, co sam myślałem o towarze, gdy wciągał kreskę z deski rozdzielczej mojego samochodu. Złapał palcami za grzbiet nosa i potrząsnął głową z boku na bok, a długie blond włosy zafalowały wokół jego twarzy, jakby był otrząsającym się przemoczonym psem pasterskim. Czekał, aż narkotyk dotrze do jego mózgu i zacznie działać.

Znałem to uczucie.

Znałem je aż za dobrze.

I kochałem.

Bear wytarł z deski rozdzielczej pozostałe ślady naszej żałosnej rozrywki. Wysiadł z samochodu, ale ja się zawahałem, wciąż trzymając dłonie na kierownicy. Spojrzałem na mały domek Grace i westchnąłem.

- Idziesz? - zapytał Bear, pochylając się nad otwartym oknem. Zapalił dwa papierosy i oparł się o samochód, zasłaniając mi widok swoją dupą w dżinsowych spodniach.

Niechętnie wysiadłem, a gdy obchodziłem samochód, wygładziłem spodnie khaki, wyprostowałem muszkę i wziąłem głęboki oddech. Dołączyłem do Beara i też oparłem się o samochód. Staliśmy w milczeniu, patrząc na ganek domu Grace. Przyjaciel podał mi zapalonego papierosa, a ja go wziąłem i zaciągnąłem się głęboko.

- Jesteś wkurzony, że zabronił nam się odwiedzać? - zapytałem. Bear zahaczył kciukiem o kieszeń, kopiąc czubkiem buta samotną muszlę leżącą na piasku.

Zaciągnąłem się znowu i powoli wypuściłem dym. Bear wzruszył ramionami.

- Niektórzy z moich braci mówili to samo, gdy trafiali za kraty. Żadnych telefonów, żadnych odwiedzin. Kiedy są zamknięci, muszą się skupić na przeżyciu w zamknięciu. Chyba nie wyobrażam sobie mieć gości, którzy ciągle przypominają ci o wolności, której nie masz.

- Nie mówiłem o twoich Beach Bitches, misiaczku. Mówiłem o Kingu - powiedziałem, gasząc papierosa butem.

Bear przewrócił oczami i rzucił papierosa na drogę, wypuszczając dym nosem.

- Chodź, miejmy to już z głowy.

- Bear? - zapytałem, zahaczając palcami o przednią część spodni i nagle czując się nieswojo, gdy szliśmy ścieżką prowadzącą do domu. Po chwili znowu wyprostowałem muszkę.

- Tak, Prep?

Podążyłem za nim w stronę ganku i wyszeptałem:

- Myślę, że trawa będzie o wiele lepszym pomysłem niż koka.

Bear odwrócił się w moją stronę. Jego źrenice rozmiarem przypominały naleśniki. Wskazał na moje oczy.

- Tak, stary - zgodził się i obaj wybuchnęliśmy śmiechem. - Myślę, że masz, kurwa, rację.

***

- Według mnie jest tylko jedno rozwiązanie tego problemu - oznajmiłem, patrząc na Grace i Beara i ich cholernie przygnębione miny. Oboje patrzyli na stół, jakby w magiczny sposób miały się na nim pojawić odpowiedzi, których szukaliśmy. Grace mocno ściągnęła brwi, przez co na jej pomarszczonej twarzy pojawiło się jeszcze więcej zmarszczek. Nieustannie mieszała łyżeczką w szklance. Dobijało mnie to, że nie mogłem naprawić sytuacji. Zrobiłbym to dla niej. Dla nas.

- Samuelu - odezwała się Grace, nakrywając moją dłoń swoją i uśmiechając się pocieszająco, choć jej uśmiech ani trochę nie sprostał temu zadaniu. - Nie musisz teraz tego naprawiać. Nie musisz niczego polepszać. Coś wymyślimy. - Jej ton brzmiał tak, jakby próbowała przekonać samą siebie tak bardzo, jak starała się przekonać mnie.

Rozmawialiśmy o Max, córce Kinga, którą zabrała opieka społeczna, gdy tylko zakuto go w kajdanki. We troje próbowaliśmy wymyślić jakikolwiek sposób, by ją odzyskać i zabrać do domu, ale prawo stanowe jest porąbane. Najwyraźniej nie dadzą dziecka motocykliście, degeneratowi ani chorej kobiecie w podeszłym wieku.

Szlag by to.

Knykcie Beara pobielały, gdy z warknięciem przerzucił obręcz na serwetkę z jednej dłoni do drugiej i plastik pękł. Rzucił go na stół, posyłając Grace przepraszające spojrzenie, a potem ukrył twarz w dłoniach.

Uderzyłem pięściami o blat, aż dzban, w którym Grace przygotowuje swoje słynne mojito, zadrżał i w końcu przyciągnąłem ich uwagę.

- Dobra. Postanowione. - Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem dłoń Beara, tak jak wcześniej Grace moją, a on zareagował tak, jakbym miał jakąś zarazę. - Będziemy musieli wziąć gejowski ślub.

- Zamknij się, do cholery, Prep - wymamrotał Bear, strzepując popiół z papierosa do popielniczki i próbując uderzyć mnie ręką w głowę, ale byłem szybki i uchyliłem się, zanim udało mu się mnie dotknąć.

- Chłopcy - ostrzegła Grace, chociaż moje słowa chyba odniosły zamierzony efekt, bo zobaczyłem, że kąciki jej ust lekko się uniosły, mimo że jeszcze przed chwilą wyglądała na zmartwioną. W jej oczach ujrzałem lekki błysk, bo znów odnalazła swoje miejsce w naszym popapranym życiu.

Była naszą matką, to jej rola.

- Bear, przynajmniej udawaj, że ci na tym gównie zależy - powiedziałem, obserwując Grace kątem oka. Zobaczyłem, że jej ramiona się rozluźniają i znowu siada na krześle z drinkiem. - Spójrz tylko na siebie, skurwielu! Na litość boską, przecież oni nie dadzą nam dziecka Kinga, jeśli mój mąż nie chce włożyć pieprzonej koszuli! - Wskazałem na Beara, który nie miał pod swoją kamizelką żadnej koszulki, odkąd awansował w klubie Beach Bastards. Poważnie, można by pomyśleć, że ten facet ma jakąś alergię na ubrania.

- O czym ty mówisz? Przecież jestem całkowicie zakryty - oznajmił Bear, patrząc po sobie. Poprawił kamizelkę, by zakryła jego lewy sutek, przez co prawy został odsłonięty.

Przewróciłem oczami.

- Tatuaże się nie liczą - powiedziałem i wtedy usłyszałem cichy śmiech Grace i sam się nieco rozluźniłem.

- Jasne, że się liczą - odparł Bear, klepiąc tusz pokrywający jego mięśnie brzucha, jakby to miało coś udowodnić.

- Samuelu - odezwała się Grace, brzmiąc na lekko zmęczoną - doceniam twój entuzjazm, ale mieszkamy na południu kraju, a tutaj jeszcze nie doszli do ładu z małżeństwami homoseksualnymi.

Wstałem od stołu i zacząłem krążyć, pokonując trzy kroki na tarasie w stronę podwórka i z powrotem. Oczywiście wiedziałem, że na południu homoseksualiści nie mogą zawrzeć związku małżeńskiego, i wiedziałem też, że to żałosny pomysł, ale byłem w stanie sypać pomysłami jak z rękawa, byle tylko znaleźć rozwiązanie. Nie wspominając już o tym, że ktoś musiał przegonić gęstą chmurę obaw wiszącą nad głowami naszej małej rodziny.

- Samuelu, coś wymyślimy. Po prostu zajmie nam to chwilę - zapewniła mnie Grace. Spojrzałem na nią i ująłem jej wyciągniętą dłoń, pochylając się, by ją przytulić. Otoczyła mnie w talii swoimi drobnymi ramionami. Pachniała jak mięta i potpourri, które zawsze trzymała w słoiku na stole w salonie. Raz czy dwa pomyliłem ją z mieszanką studencką.

A może sześć razy.

- Poradzimy sobie, Grace - oznajmił Bear, jakby czytał mi w myślach. Chociaż nie brzmiał na tak przekonanego jak ja.

Przykucnąłem obok Grace.

- Po prostu będziemy musieli być nieco bardziej... kreatywni.

Grace poklepała mnie po policzku.

- Jesteś dobrym chłopcem, Samuelu - powiedziała. Gdybym był psem, machałbym z radości ogonem tak mocno, że pewnie by mi odpadł. - Och, i zanim zapomnę, sprawdź, co u Mirny, tak jak cię prosiłam. Ostatnio chyba z nią gorzej, a ja chcę mieć pewność, że ktoś ma ją na oku, gdy mnie nie będzie.

- Jasne - powiedziałem, całując ją po raz ostatni w czoło, a potem wstałem i wyprostowałem zagniecenia na spodniach. Dom Mirny był pierwszym, który wykorzystaliśmy w naszym projekcie Babcina Zielarnia. Poza tym Mirna robiła niesamowite ciasteczka z kawałkami czekolady. Tak dobre, że kiedyś poważnie myślałem o tym, by wetrzeć je sobie w jaja. - Dzisiaj tam pojadę - zapewniłem ją.

- A kiedy wrócisz? - zapytał Grace Bear.

- Za kilka tygodni. Nie zostanę tam zbyt długo - odparła bez entuzjazmu. Bear i ja wymieniliśmy znaczące spojrzenia nad głową Grace. Musiała wyjechać z miasta do jakiegoś ośrodka, o którym mówiła, jakby był jakimś spa czy sanatorium, ale ja i Bear mieliśmy swoje podejrzenia, więc zadzwoniliśmy tam zaraz po tym, jak nam o nim powiedziała, i okazało się, że to ośrodek leczenia raka w zaawansowanych stadiach. Grace rzadko przy nas mówiła o słowie na "r" i twierdziła, że będzie żyć wiecznie.

- Mam cię zawieźć? - zapytałem.

Grace machnęła ręką.

- Chłopcy, przestańcie się o mnie martwić. Rano kogoś po mnie wyślą. A teraz idźcie już! Idźcie! Zobaczymy się za kilka tygodni.

Zawsze nosiłem przy sobie broń, ale nie byłem na tyle głupi, by kłócić się z Grace, gdy się na coś uparła. Jeśli twierdziła, że będzie żyć wiecznie, to lepiej było jej uwierzyć i dać spokój.

Bear okrążył stół i się z nią pożegnał, a potem wyszedł. Podążyłem za nim, gdy obchodził taras.

- Masz gdzieś numer do tej placówki?

- Tak, dzwoniłem, by upewnić się, że dostanie prywatny pokój - powiedziałem.

- To dobrze. Przyrodnia siostra jednego z braci tam pracuje. Będzie nad nią czuwać - oznajmił Bear.

Bear i ja rzadko się ze sobą zgadzaliśmy, ale zajmowanie się Grace - nawet jeśli za jej plecami - było jedną z tych rzeczy, do których nie potrzebowaliśmy kłótni czy pokazywania środkowego palca.

- Wysadź mnie w klubie - powiedział Bear. - Dopiero rano odzyskam od Dunna swój motocykl, tuż przed wyjazdem.

Pokiwałem głową. Gdy Grace trafi do ośrodka, Bear wyjedzie w trasę z Bastardami, nie miałem pojęcia dokąd i w jakim celu, bo tak naprawdę nigdy go nie słuchałem, lecz w tej chwili dręczyła mnie jedna kwestia związana z wcześniejszą rozmową.

- Ale poważnie nie hajtnąłbyś się ze mną, żeby pomóc dzieciakowi Kinga? Przecież to chore. - Wiedziałem, że obrażanie się o to, że mój bardzo heteroseksualny przyjaciel nie chce poślubić swojego bardzo heteroseksualnego przyjaciela, by uratować dziecko innego heteroseksualnego przyjaciela, było dziwne, ale ja zrobiłbym wszystko, byle tylko naprostować sytuację. Nie chodziło o kwestię małżeństwa, tak naprawdę przeszkadzało mi to, że Bear nie jest w to wszystko tak bardzo zaangażowany jak ja.

Wszyscy ludzie są, kurwa, tacy sami.

Bear zatrzymał się, kładąc rękę na furtce, i odwrócił.

- Chcesz usłyszeć prawdę? Zrobiłbym wszystko, by odzyskać córkę Kinga. A ty doskonale o tym wiesz, Preppy, więc przestań zachowywać się jak kutas. Wierz lub nie, ale w tej sytuacji wcale nie chodzi jak zwykle o ciebie.

Poczułem się lepiej, wiedząc, że byliśmy po tej same stronie.

- To prawda, ale prawdą jest również to, że wszystko jest do dupy.

- Zgadza się, mój przyjacielu - przyznał mi rację, otwierając furtkę.

- Hej, Bear, chcesz wiedzieć, jak nazywa się gejowskie małżeństwo w stanach, gdzie jest ono legalne? - zapytałem, gdy dotarliśmy do samochodu.

- Nie, ale coś czuję, że i tak mi powiesz - odparł ze śmiechem, z trudem zachowując wkurzoną minę, którą miał prawie zawsze.

- Małżeństwo, ty pieprzony idioto - powiedziałem, trzepnąłem go w tył głowy i potruchtałem do samochodu. Pokazał mi wytatuowany środkowy palec.

***

- I came in like a wrecking baaaallll - zaśpiewałem na całe gardło przy otwartym oknie. Wybrukowaną ścieżką właśnie szła grupa nastolatków składająca się głównie z dziewczyn, które zmarszczyły nosy zniesmaczone, jakby nigdy wcześniej nie były ofiarą mijanego przez nie śpiewaka.

- Pieprzone nastolatki - wymamrotałem, opierając się łokciem o drzwi i machając ręką przez okno w rytm bitu muzyki, dalej śpiewając głośno, czego większość ludzi nie potrafiła docenić, a szczególnie nie doceniała tego osoba siedząca obok mnie, która psuła całą zabawę. Mina Beara wyrażała ból, jakby od mojego śpiewania jego fiut skręcał się w supełek.

- Wszyscy czujemy się okropnie z powodu Kinga i Max, Bear, ale czy musisz wyglądać tak, jakbyś miał zaparcie? - zapytałem, szturchając go w ramię.

Milczał przez chwilę. Odetchnął i podrapał się po karku.

- Nie chodzi tylko o Kinga. Ale też o mojego ojca. Ostatnio ciągle się mnie czepia, bardziej niż zwykle. - Zaparkowałem przed bramą. Bear spojrzał na mroczny klub. Gapił się, jakby to było coś więcej niż tylko ściany i okna.

- Pieprzyć twojego ojca - powiedziałem. - Lepiej, żeby ten skurwiel nigdy nie wszedł mi w drogę albo pokażę mu specjalność Preppy'ego.

- A czym jest specjalność Preppy'ego? - zapytał Bear, uniósłszy krzaczastą blond brew.

Wycelowałem w klub palcami imitującymi broń.

- Kula z muszką na boku. - Udałem, że strzelam z palca.

Starałem się jak najlepiej imitować dźwięk wystrzału.

Bear się zaśmiał, nie sztucznie, jak robił w ciągu ostatnich kilku dni, ale prawdziwie, szczerze. Poczułem ulgę, gdy to usłyszałem, bo Bear nieustannie chodził jakiś struty. Ten sukinkot czasami był tak ponury, że aż fiut mnie bolał.

Zasalutował mi na pożegnanie i zniknął za bramą.

Pojechałem do Mirny, czując jeszcze większą determinację, by odzyskać Max dla Kinga i chronić ludzi, których nazywałem rodziną.

Nie ma takiej rzeczy, której bym dla nich nie zrobił.

Zabiłbym każdego.

Gdyby to było tylko takie cholernie proste.

ROZDZIAŁ 2

D r e

MIAŁAM SPERMĘ WE WŁOSACH.

I skrzepy zaschniętej krwi pod paznokciami.

A także siniaki między nogami.

Miałam już tak dość siebie, że przechodziło to ludzkie pojęcie. Potrzebowałam nowego życia, do cholery. Poklepałam stanik pod koszulką, by po raz setny sprawdzić, czy mam bilet autobusowy. Kiedy papier zaszeleścił przy mojej skórze, odetchnęłam z ulgą - to mi przypominało, że od nowego startu dzieli mnie tylko jedna podróż autobusem.

Poprawiłam bluzkę i rozejrzałam się. Ten mały dom kiedyś - w innym życiu - był mi bardzo znajomy. W rzeczywistości minęło tylko kilka lat. Kiedyś czułam się tu jak w domu.

Och, jak wszystko się zmieniło.

Nerwowo krzyżowałam i prostowałam nogi, gdy Mirna krzątała się po kuchni. W ogóle nie czułam się tu jak u siebie. I to nie miało nic wspólnego z Mirną (zawsze nazywałam ją po imieniu), chodziło o mnie.

Obciągnęłam nogawki spodenek, jakbym w ten sposób mogła sprawić, że się wydłużą, bo nagle zaczęła mi przeszkadzać dziura w kieszeni, przez którą było widać moje udo. Szarpanie znoszonego dżinsu nic nie dało, więc skupiłam się na rękawach bluzki, rozciągając materiał aż do dłoni, na palce, by przytrzymać go w miejscu. Światło słoneczne przeciskało się do salonu przez ogromne okno. Zachodzące słonce sprawiało, że materiał bluzki stał się całkowicie prześwitujący. Miałam nadzieję, że Mirna nie zobaczy moich ramion.

Ścisnęło mnie w żołądku. Hera, którą brałam w zeszłym tygodniu, nie wystarczyła mi, by się naćpać, ale przynajmniej nie popadłam w ogromny głód narkotyczny. Głowa mi pulsowała, a całe ciało bolało, jakbym miała grypę. To był okropny kac, który nigdy tak naprawdę się nie kończył.

Mogło mnie ściskać w żołądku również dlatego, że od chwili gdy weszłam do domu mojej babci, oficjalnie stałam się najgorszym człowiekiem na tej pieprzonej planecie.

Nieoficjalnie zyskałam ten tytuł już jakiś czas temu.

Pochyliłam się do przodu, by zdusić mdłości, ale tak naprawdę mogło mi pomóc tylko coś ze strzykawki lub zmiana ciała na mniej wykorzystane i zaniedbane.

Zastanawiałam się, co Mirna robi tyle czasu, bo nie wiedziałam, jak długo jeszcze uda mi się tu siedzieć i nie zwymiotować do donicy stojącej przy drzwiach. Znowu zalała mnie fala mdłości i zagryzłam wargę mocno, by utrzymać zawartość żołądka w środku. Zlizałam krew z ust, metaliczny posmak nie pomagał, bo i tak czułam na języku okropny smak kwasu.

Mirna wróciła do salonu z szerokim uśmiechem na twarzy. Postawiła na stoliku srebrną tacę, tę, której używała zawsze, gdy przychodzili goście.

Moja babcia, najwyraźniej nieświadoma mojego dyskomfortu, nalała herbaty do dwóch różnych filiżanek. Jedna była jasnoniebieska z wyszczerbionym brzegiem - od razu ją poznałam. To wyszczerbienie powstało, gdy jako dziecko wjechałam w stolik swoim rowerkiem. Cały serwis, prezent ślubny od mojego dziadka, rozbił się z hukiem. Później Mirna siedziała na podłodze w kuchni, trzymając mnie na kolanach, i głaskała mnie po włosach, pocieszając godzinami, chociaż zniszczyłam jej serwis, którego już się nie dało uratować. Ocalała tylko ta jedna filiżanka.

Filiżanka, którą teraz chwyciłam, gdy postawiła ją na stoliku.

Ręce mi drżały, przez co filiżanka dzwoniła na talerzyku. Uśmiechnęłam się tak uprzejmie, jak tylko mogłam, i odstawiłam ją ostrożnie na stół, nie wziąwszy nawet łyka. Babcia odwzajemniła uśmiech i obserwowała mnie z zaciekawieniem znad swojej filiżanki, tak samo jak wtedy, gdy kilkanaście minut temu zapukałam do jej drzwi.

Czekałam. I nic.

Gdy ostatnim razem ją odwiedziłam, Mirna miała problem, by cokolwiek sobie przypomnieć. Na przykład to, gdzie odłożyła klucze. Albo o której jej przyjaciółka Hilda przyjedzie po nią, by zabrać ją na bingo.

Wyglądało na to, że nie tylko u mnie coś się zmieniło - u Mirny również, bo nie spodziewałam się, że kobieta, z którą jako dziecko spędzałam każde lato, odkąd ukończyłam czwarty rok życia, nie rozpozna mnie, swojej jedynej wnuczki.

Kiedy jej stan tak się pogorszył?

- Czy wiesz, kim jestem? - zapytałam cicho, ponownie próbując zachęcić ją do sięgnięcia w głąb pamięci. Patrzyłam na nią, nawet nie mrugając i modląc się o to, by w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania. W oczach, które były takie same jak moje. Oczach, w których kiedyś było tyle życia, a teraz wyglądały na przyćmione, jakby pokryte szronem.

Może wszystko było w porządku. Może po prostu mnie nie rozpoznawała. W końcu ostatnim razem, gdy mnie widziała, miałam lśniące czarne włosy i opaloną skórę, a teraz nie byłam nawet cieniem samej siebie - wychudzona, o wystających obojczykach i kościstych łokciach. Pod oczami miałam głębokie, żółtawe sińce, a moja skóra przybrała jasnoszary odcień.

Nie musiałam patrzeć w lustro, by wiedzieć, że sama bym siebie nie poznała.

- Jestem Andrea - powiedziałam. Wciąż nic. - Dre? - zapytałam, podsuwając jej moje zdrobnienie. Może chociaż to zabrzmi dla niej znajomo?

- Och! - wykrzyknęła Mirna, unosząc palec wskazujący. Siedziałam na brzegu kanapy, pochylając się nad stołem, czekając, aż wytknie mi, jak się zaniedbałam. - Jesteś z kościoła, prawda? Ciągle kogoś do mnie wysyłają, by dotrzymał mi towarzystwa, gdy Rick jest po drugiej stronie oceanu. Ale nic mi nie jest. Dzięki szkoleniu dla pielęgniarek mam co robić, a w wolnym czasie uczę się, jak być lepszą kucharką, chociaż jeszcze dopracowuję przepis mamy na pieczeń rzymską, bo inaczej nigdy nie przyjdzie na niedzielny obiad.

Ścisnęło mnie w sercu, bo Mirna odniosła się do mojego dziadka, jakby wciąż żył i walczył na wojnie.

Zalało mnie przyprawiające o mdłości, bolesne poczucie winy i przywarło do moich zgniłych wnętrzności. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, może to i lepiej, że nie wie, kim jestem.

Albo dlaczego tu jestem.

Przypomniałam sobie, co mnie tu przywiodło, gdy z tyłu domu rozległ się jakiś hałas. Skrzywiłam się, ale Mirna wydawała się nieporuszona tym zamieszaniem. Sączyła herbatę, trzymając filiżankę z uniesionym małym palcem, jak kobieta, która dopiero uczyła się południowych zachowań.

Gdy już wmówiłam sobie, że pewnie nie słyszała hałasu, Mirna przekrzywiła głowę i wskazała na korytarz.

Jak myślisz, moja droga, długo będą tam jeszcze siedzieć? - zapytała, jakbym zastanawiała się nad tym samym.

Mój puls przyspieszył.

- Eee, nie wiem, o czym ty... Eee... Ale kto? - Znowu obciągnęłam rękawy bluzki.

Uśmiechnęła się i pochyliła w moją stronę, przywołując mnie kiwnięciem palca wskazującego, więc zbliżyłam się ku niej.

- W tamtym pokoju jest dwóch mężczyzn - wyszeptała. - Wybili okno i mnie okradają. - Klepnęła ręką w kolano i wybuchnęła śmiechem, jakby właśnie skończyła opowiadać żart. - Dasz wiarę? Czyż to nie jest ekscytujące?

- Może... pójdę im powiedzieć, żeby wyszli, jeśli chcesz - oznajmiłam, siląc się na spokojny głos i ignorując zawroty głowy, które poczułam, gdy gwałtownie wstałam z kanapy. A potem tak spokojnie, jak tylko mogłam, ruszyłam w stronę korytarza.

- Dziękuję, moja droga - zawołała Mirna. - Ale nie musisz tego robić. Ktoś już jest w drodze. Niedługo tu będzie.

- Kto? - zapytałam, odwracając się.

- Samuel - odparła, jakbym powinna znać to imię. Wzięła filiżankę, założyła nogę na nogę i rozparła się na sofie, wyglądając przez okno na podwórko.

Znów uniosła ten mały palec.

Odwróciłam się i popędziłam korytarzem. Szybko otworzyłam drzwi do sypialni. Niemal się przewróciłam, gdy zobaczyłam, co jest w środku. Kiedyś pokój służył za sypialnię gościnną, a Mirna tworzyła tutaj albumy z wycinkami, jednak teraz wszędzie rosły zielone rośliny. I to nie byle jakie.

Marihuana. Mirna hoduje trawę w gościnnej sypialni.

Zielone liście rosły we wszystkie strony nad skomplikowaną siecią przezroczystych rur i szklanych donic zwisających w rzędach z sufitu i ścian.

Po pokoju krążyło dwóch mężczyzn, którzy wpychali rośliny do worków na śmieci i kopali rury i szklane donice, rozsypując odłamki wszędzie dookoła. Ten bilet autobusowy miał mnie zabrać jak najdalej właśnie od nich.

- Co to, do cholery, ma być? - zapytałam, gapiąc się na scenę z szeroko otwartymi oczami. - I dlaczego to tutaj jest? - Eric i Conner wyglądali, jakby wygrali na loterii. Uśmiechali się tak, że na ich wychudzonych twarzach było widać tylko żółte zęby. Podarta koszulka wisiała na chudym ciele Erica jak stary worek po kartoflach. Policzki miał zapadnięte, buty nie do pary pod względem koloru: jeden biały, drugi czarny, i stanu: jeden miał dziurę, z której wystawały palce stóp, a z drugiego po boku odłaziła podeszwa. Conner wcale nie wyglądał lepiej, ale przynajmniej buty miał w jednakowym kolorze. - Mówcie, co tu się, do diabła, wyprawia? - zażądałam, żałując, że bycie trzeźwą jest takie okropne.

- Ale z ciebie głupia suka, wiesz o tym? - warknął Eric. - To... - powiedział, unosząc jedną roślinę i potrząsając nią - jest powód, dla którego tu jesteśmy. Czy naprawdę sądziłaś, że przejechaliśmy taki szmat drogi do tego chujowego miasta, by okraść twoją babcię z taniej biżuterii? - Pokręcił głową w niedowierzaniu i dalej napełniał worek. - Głupia, pieprzona suka - wymamrotał.

Conner dodał:

- Kiedy usłyszeliśmy, co się tu znajduje, uznaliśmy, że to tylko plotka, ale rozbiliśmy bank. Czy ty wiesz, ile to jest warte na ulicy? - Przemierzył pokój i wetknął mi worek w rękę. Samo przebywanie w jego obecności sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej niż po jakimkolwiek zjeździe narkotykowym. - Pomóż nam pakować. Wiesz, to, co lubisz sobie wstrzykiwać, nie jest tanie.

Wiem, bo już zapłaciłam tę cenę.

Ale dość tego.

- Wiedzieliście, że to się tu znajduje? - zapytałam, opuszczając worek i robiąc krok w tył.

- Jasne, kurwa - odparł Eric, po czym uniósł dłoń, by przybić z Connerem piątkę. Jednak Conner pokazał mu tylko środkowy palec i dalej niszczył pokój, przewracając sprzęt i zrywając ze ścian rury, z których trysnęła woda ni-czym ze zraszacza, mocząc wszystko wokół, łącznie z Connerem i Erikiem, którzy albo tego nie zauważyli, albo mieli to gdzieś. - Czekaliśmy, aż twoja babcia otworzy drzwi. Ta suka nie wie, kim ty w ogóle jesteś, co? - zapytał Eric. - Może powinienem sprawdzić, czy wytrzyma takie ostre rżnięcie jak jej wnuczka - powiedział, łapiąc się za krocze przez swoje obwisłe dresy.

Conner, który kiedyś pierwszy mnie bronił, teraz śmiał się z mojego upokorzenia. Z chorego żartu Erica, który w ogóle nie był zabawny.

- Kto by pomyślał, że taka starucha może stworzyć coś takiego? - zauważył Conner, kopiąc jakąś maszynę stojącą przy oknie, która się otworzyła, ukazując czerwone i niebieskie kabelki.

I wtedy coś do mnie dotarło.

Conner miał rację. Mirna nie stworzyłaby czegoś takiego. Nawet wtedy, gdy czuła się lepiej. Była osobą, która nie brała nawet aspiryny, gdy bolała ją głowa, więc nie interesowały jej żadne rzeczy tego typu. I żeby prowadzić takie uprawy, trzeba się na tym znać, a ona potrafiła co najwyżej wyhodować kwiatki w małej donicy pod oknem.

- Rozejrzyjcie się, idioci! - Słowa wypowiadałam wolniej, niż mogły się poruszać moje usta, a głowa pulsowała tak bardzo, jakby ktoś mi przyłożył maczugą, więc dziwiłam się, że w ogóle jestem w stanie mówić. - To jakaś zaawansowana technologia. Na pewno nie okradacie mojej babci, tylko kogoś innego. A ja widziałam wystarczająco dużo filmów, by wiedzieć, że kradzież narkotyków od tego, kto nimi diluje, nigdy dobrze się nie kończy, więc istnieje możliwość, że oni o tym nie zapomną. I was znajdą.

Conner zaśmiał się i wskazał naszą trójkę.

- Tak, jak już się dowie, co zrobiliśmy. We trójkę. Nie jesteś lepsza od nas, chociaż pewnie chcesz tak myśleć. Będziesz tak samo winna jak my.

- On? A więc wiecie, do kogo to należy?

Conner przewrócił oczami. Oczy, w których kiedyś widziałam współczucie i dobro, teraz nie wyrażały niczego poza nienawiścią i pogardą.

- Przestań zadawać tyle cholernych pytań i pomóż nam to wynieść. - Uśmiechnął się obleśnie, wymownie. - Albo nie pomagaj. Ale wtedy nie mogę obiecać, że będziemy z tobą tak delikatni, jak zeszłej nocy.

Nigdy nie lubiłam broni. Czułam się niekomfortowo choćby na widok strzelby, której mój ojciec kiedyś używał do polowań i którą trzymał na widoku w swoim gabinecie. Ale coś, co powiedział Conner, przypomniało mi, że nawet gdybym w tej chwili miała broń, to nie potrafiłabym pociągnąć za spust.

- A może zadzwonię do Mellie, żeby ona poujeżdżała mojego fiuta - odezwał się Conner, stając przede mną, patrząc na mnie z całą nienawiścią, jaką miał w swojej duszy. - Och, racja. Nie mogę. Bo ona nie żyje.

Znajome poczucie winy zawrzało w moim wnętrzu i eksplodowało w sercu. To była ciężka, niekończąca się wina, zbyt przytłaczająca, by mogła ją znieść jedna dusza. Z tej winy składały się wyimaginowane kraty mojej celi, którą budował we mnie Conner swoimi słowami, celi, do której znowu mnie wtrącił i zatrzasnął drzwi.

- Nie chcę wam przeszkadzać - odezwała się śpiewnym głosem Mirna, stając w przejściu obok mnie. Położyła mi rękę na ramieniu. Conner się odsunął i wrócił do wypychania worka. - Ale czy macie ochotę na ciasteczka? - zapytała, unosząc talerz z jej słynnymi kruchymi ciasteczkami z podwójną ilością kawałków czekolady. Eric i Conner ją zignorowali i dalej grabili pokój, zabierając rośliny i niszcząc wszystko inne.

- Tak bardzo mi przykro - powiedziałam, odwracając się do Mirny. Nie dbając już o to, czy mnie pamięta czy nie, otoczyłam ją ramionami, bo sama potrzebowałam pocieszenia ze strony babci. Tak samo jak potrzebowałam go, gdy zniszczyłam jej serwis do herbaty.

Mirna delikatnie poklepała mnie po plecach.

- Wszystko w porządku, moja droga - odparła, odsunęła się i znowu uniosła talerzyk. - Nie martw się. Cokolwiek cię dręczy, wiedz, że dasz sobie radę. Jutro będzie nowy dzień, a potem kolejny. - Ugryzła ciasteczko i dokończyła z pełną buzią: - Mój Rick zawsze powtarzał to, gdy miałam zły nastrój. Proszę, weź ciasteczko. Właśnie je upiekłam. To ulubione ciasteczka Samuela.

No i znowu to imię.

- A kim jest Samuel? - zapytałam, oczekując, że opowie mi o kimś z jej przeszłości, o kimś, kto już dawno nie żyje, ale potem kątem oka zauważyłam, że Conner i Eric zamarli. Zgadywałam, że też znają Samuela i ta trawa w pokoju na-leży do niego. Gdybym miała jakieś pieniądze, mogłabym się nawet o to założyć.

- On tu teraz jest? - zapytał Eric i już nie uśmiechał się zarozumiale.

Mirna ugryzła kolejny kawałek ciasteczka i przeżuła go powoli. Usłyszeliśmy dźwięk zatrzaskiwanych drzwi samochodowych. Poczekała, aż połknie jedzenie, a potem odparła:

- Tak, jest tutaj.

Conner i Eric rzucili się w stronę tylnych drzwi. Jeszcze nigdy nie widziałam, by poruszali się tak szybko. W pierwszym odruchu nie zamierzałam uciekać. Nie chciałam zostawiać Mirny w jej stanie, a w dodatku nie zrobiłam nic złego. Możliwe jednak, że Samuel będzie miał inne zdanie. Wahałam się jeszcze chwilę, a potem znowu przytuliłam Mirnę.

- Jeszcze raz bardzo przepraszam - powiedziałam, pocałowałam ją w czoło, a potem przebiegłam przez salon, by uciec tylnym wyjściem.

- Dalej! - krzyknął Conner, machając do mnie z pola za domem, które prowadziło w stronę torów kolejowych. Ale ja się zatrzymałam.

To może być moja jedyna szansa. Jeśli chciałam wsiąść do tego autobusu jutro rano, to nie miałam wyboru. Musiałam wykorzystać okazję.

Zerknęłam na Connera po raz ostatni i stłumiłam w sobie poczucie winy, które mówiło mi, że byłam mu coś dłużna za to, co zrobiłam wcześniej. Rzuciłam się w przeciwną stronę, przez podwórko, aż do lasu. Słyszałam, jak mnie woła, gdy coraz bardziej zagłębiałam się w lesie, biegnąc zarośniętą drogą.

Nagle pień pobliskiego drzewa eksplodował, ostre odłamki wbiły się w moje udo i po łydce spłynęła mi krew. Moje serce biło coraz szybciej. Moje ciało, które chciało się już poddać, walczyło z umysłem napędzanym adrenaliną, dzięki której wciąż poruszałam nogami.

Usłyszałam świst koło ucha. Potem kolejne drzewo eksplodowało. Tym razem przede mną. Zatrzymałam się i odwróciłam. Dostrzegłam mężczyznę stojącego na podwórku Mirny, ale szybko rzuciłam się w przeciwną stronę. Nie przyjrzałam mu się dobrze, ale już wiedziałam, że to, co zobaczyłam, wypaliło się w moim mózgu i będzie mnie nawiedzać już zawsze.

Szalony uśmiech, muszka pod szyją... i broń.

ROZDZIAŁ 3

D r e

CO JA, DO CHOLERY, ZROBIŁAM? Ta myśl krążyła w mojej głowie nieustannie, gdy patrzyłam, jak świat kręci się dalej beze mnie. Siedziałam wysoko, na wieży ciśnień. Za koronami uginających się drzew, tuż za ich liśćmi, znajdowało się małe miasteczko, które kiedyś kochałam - Logan's Beach.

Mimo że moje życie wisiało na włosku, ku mojemu zaskoczeniu wszędzie zauważałam oznaki życia. Pode mną samochody jeździły dwupasmówką. Światła migotały. W powietrzu unosił się słaby zapach grilla. W oddali słyszałam basy grającej muzyki, od których w rytm melodii drżała zimna metalowa platforma. Ziemia pode mną wyglądała na spłaszczoną. W sumie tak wyobrażałam sobie ziemię z takiej odległości.

A znajdowałam się bardzo wysoko.

Gdzieś tam na dole byli ludzie, jedli i tańczyli. Szczęśliwi ludzie. Przypomniałam sobie ostatni raz, gdy byłam szczęśliwa. To było jak niemy film puszczony w zwolnionym tempie, tylko że w żywych barwach. Potrafiłam sobie przypomnieć każdy uśmiech, każdy chichot, każdy wymowny ruch ręki podczas wymiany opowieści i żartów.

Nawiedzało mnie jednak zakończenie. Scena, która nigdy nie chciała zniknąć, leciała na ekranie zapętlona, ciągle widziałam ją w swoich koszmarach.

Wierzchem drżącej dłoni otarłam łzy z policzków, rozcierając na twarzy ciemny makijaż oczu.

Nagle skręciło mnie w żołądku. Niestety żadne egzorcyzmy nie oczyściłyby mnie z tych gnijących brudów, więżących mnie w życiu, którego nienawidziłam. Oddychałam powoli, by pozbierać myśli i stłumić mdłości, ale pomimo moich prób wzięcia się w garść cały świat wirował. Czułam ostry ból za oczami, jakby ktoś próbował wydostać się z mojej głowy.

Mimo wszystko wciąż tego chciałam. Pragnęłam odlecieć, ale wspięcie się na wysoką wieżę ciśnień to za mało.

Heroina.

Nie pamiętam, kto ją zdobył ani kiedy pierwszy raz jej próbowaliśmy. Pamiętam tylko falę euforii, która mnie wtedy zalała.

Byłam zagubiona i gdzieś po drodze heroina wybiła się i zajęła moje miejsce. To ona decydowała o każdym moim ruchu. To ona była powodem wszystkich moich kiepskich wyborów. Nie tylko przejęła moje życie - ona była moim życiem. Im częściej heroina myślała za mnie, tym rzadziej sama musiałam to robić. Heroina pozwoliła mi na ucieczkę, której trzeźwość nie zapewniała.

W zapomnienie.

Wolałam zapomnienie niż przyjaciół, rodzinę, studia.

Zbliżyłam się bardziej do brzegu platformy. Jeden z moich butów - tani klapek kupiony na stacji benzynowej - ześlizgnął się z mojej stopy. Wychyliłam się za barierkę i patrzyłam, jak spada. Rozpędził się na tyle, by przy zderzeniu z ziemią wzniecić niewielki tuman pyłu.

Szaleńczy śmiech, zupełnie nie w moim stylu, wyrwał mi się z gardła, odbił echem od koron drzew rosnących wzdłuż piaszczystej ścieżki, ciągnącej się tuż obok wieży ciśnień. Pozbyłam się drugiego buta i patrzyłam w zachwycie, jak dzieje się z nim dokładnie to, co z pierwszym. Wylądował tuż obok niego, również wzbijając w powietrze chmurę pyłu.

Zastanawiałam się, jakie to musi być uczucie: lecieć. Być jak ptak lecący nad tym wszystkim. Może skończyłoby się to tak, jak w przypadku moich butów. Upadek i puf!

Podniosłam się zbyt szybko i upadłam na kościsty tyłek. Kolana mi drżały, poddały się, nie mogłam wstać. Spróbowałam jeszcze raz, tym razem wolniej. Trzymając się barierki, skupiłam wzrok na moich butach na dole i uniosłam jedną bosą stopę, by oprzeć ją na dolnym szczeblu barierki. Ostry metal wbił się w zagłębienia między moimi palcami. Całe moje ciało zadrżało silniej niż kiedykolwiek, zupełnie jakbym dostała jakiegoś ataku. Nie chodziło tylko o to, że potrzebowałam kolejnej działki. Po prostu całą sobą zaczynałam rozumieć, co zamierzam zrobić.

To był koniec.

Pochyliłam się i uniosłam drugą stopę, którą też postawiłam na metalowym szczeblu. Oparłam ręce na barierce i powoli się wyprostowałam. Jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie przed upadkiem, była cienka siatka przyciskająca się do mojego uda, która uginała się pod naporem mojego ciała.

Opuściłam ramiona, złapałam za brzeg koszulki, uniosłam ją powoli i ściągnęłam przez głowę. Potem wyprostowałam łokieć i otworzyłam zaciśniętą pięść. Patrzyłam, jak wiatr porywa materiał i niesie go w stronę drzew. Cieszyłam się, że zniknął. Szybko pocałowałam srebrny krzyżyk, który Mirna podarowała mi na pierwszą komunię, i pozwoliłam mu ponownie opaść między moje piersi. Ostrożnie pozbywałam się spodenek i majtek, unosząc po jednej nodze na raz, aż stanęłam naga przed światem.

Czysta.

To był początek końca.

Chrzest przed śmiercią.

Rozpostarłam szeroko ramiona, chłonąc nocny krajobraz. Byłam gotowa polecieć.

Na trzy.

Raz.

Dwa.

Trzy.

***

Nie chcę tego robić!

Ale już było za późno. Przecież już nie mogłam zmienić zdania i się cofnąć.

Już leciałam.

A potem przestałam.

Zostałam ściągnięta z urwiska śmierci przez czyjeś silne ramiona i przez sekundę naiwnie myślałam, że to sam Bóg usłyszał, że w ostatniej chwili zmieniłam zdanie i jednak uratował mi życie. Życie, które głupio postanowiłam zakończyć w chwili słabości i szaleństwa.

Co jest ze mną, do cholery, nie tak? Co ja tutaj robię? - zastanawiałam się, gdy odzyskałam rozsądek, a moje ciało zostało odrzucone na bok. Łokcie, ramiona i kolana zderzyły się z metalem, z barierką, ścianą, aż w końcu z czyimś ciałem. Plecy wygięły się jak u spadającego kota, kiedy moja kość ogonowa bezceremonialnie wylądowała na platformie z przyprawiającym o mdłości trzaskiem, od którego oczy zaszły mi łzami.

Przewrócono mnie na plecy. Otoczyły mnie silne uda i znowu jak idiotka pomyślałam, że może ktoś w ten sposób chciał mnie ochronić. Jednak ta myśl szybko poszła w zapomnienie, kiedy ściągnięto mi nadgarstki ponad głową pod takim kątem, że całe ramiona mnie rozbolały. Po kilku nieprzyjemnych chwilach ból u podstawy kręgosłupa zelżał i w końcu byłam w stanie otworzyć oczy i przyjrzeć się otoczeniu rozmazanym wzrokiem.

Zamrugałam szybko. Kiedy wzrok mi się wyostrzył, zauważyłam wpatrujące się we mnie ciemnobursztynowe oczy mężczyzny, który na pewno nie był Bogiem.

Był ode mnie starszy, ale na pewno tylko o kilka lat. Nigdy nie widziałam kogoś takiego jak on. Jedną stronę jego szyi pokrywały kolorowe, zawiłe tatuaże, które znikały pod kołnierzykiem żółtej koszuli. Kiedy poprawił chwyt na moich nadgarstkach, rękawy koszuli podjechały wyżej i zobaczyłam, że skórę na przedramionach również pokrywał tusz. Jego włosy w kolorze piaskowego blondu zostały krótko przystrzyżone po bokach, a dłuższe kosmyki na czubku zaczesał do tyłu. Miał niedługą, schludną brodę, o kilka odcieni ciemniejszą niż włosy na głowie.

Przez chwilę czułam ulgę, bo chociaż nie wiedziałam, co to za facet, to przynajmniej nie był Connerem czy Erikiem.

Mimo to ta ulga szybko zmieniła się w niczym nieskażoną panikę.

Nie rozpoznałam go. A przynajmniej nie na początku. Wydał mi się znajomy dopiero, gdy się uśmiechnął. Skupiłam wtedy wzrok na jego pełnych ustach, prostych białych zębach, a następnie na muszce w żółte i różowe groszki. I wtedy już wiedziałam, kim jest.

O kurwa.

Ten facet był moim wybawicielem.

A jednocześnie moim końcem.

- Widzę, że mnie pamiętasz. Cóż, teraz przynajmniej to wszystko nabiera pieprzonego sensu - powiedział głębokim, dudniącym głosem, który poczułam aż w piersi, a potem pochylił się nade mną. Jego usta znalazły się tuż przy moich. Próbowałam się wyrwać, uwolnić z jego uścisku, ale on tylko się zaśmiał i zacieśnił uścisk. Nic dziwnego, że się śmiał, w końcu moje próby wyrwania się były śmieszne. Nie miałam siły.

Byłam za słaba.

- Co dokładnie ma teraz sens? - udało mi się wydusić i sapnęłam sfrustrowana tym, że nie mogłam z nim walczyć.

- Wszyscy w tych stronach wiedzą, że ten, kto chce okraść mnie i mojego wspólnika, musi być albo głupi jak but, albo mieć zapędy samobójcze - oznajmił i przyklęknął. Wciąż trzymając moje nadgarstki jedną ręką, drugą wskazał na skraj platformy, na którym przed chwilą stałam. - Właściwie gdy za tobą szedłem, mógłbym się założyć o gruby hajs, że jesteś głupia jak but, ale i tak zaskoczyłaś mnie tym, że próbowałaś skoczyć. Tego się nie spodziewałem. Złapałem cię w ostatniej chwili. - A potem pochylił się nade mną i miał czelność uszczypnąć mnie w policzek niczym szalona ciotka.

- No i co teraz? Powstrzymałeś mnie przed samobójstwem tylko po to, by samemu mnie zabić?

- Może - przyznał i dodał: - Powinnaś być z siebie dumna, młoda, bo ostatnio już nic mnie nie zaskakuje. Poniekąd... - Zamilkł i spojrzał w nocne niebo, oddychając głęboko przez nos i głośno wypuścił powietrze ustami, jakby siedział na polu, relaksował się i wdychał zapach kwiatów. - ...jest to odświeżające. Mam nadzieję, że tamci dwaj idioci też mnie zaskoczą tak jak ty, chociaż szczerze mówiąc, trochę w to powątpiewam. - Spojrzał na mnie i puścił oko. - Idę o za-kład, że oni okażą się po prostu głupi.

- Co zrobiłeś z Mirną? - zapytałam drżącym głosem. Całe moje ciało też drżało.

- Czy to jakaś nowa moda? Czy właśnie to dzieciaki robią w tych czasach? Okradają starszych, udając, że obchodzi ich, co się z tymi ludźmi potem stanie?

- Proszę, powiedz mi, czy wszystko z nią w porządku? Zachichotał, jakby panika w moim głosie go bawiła. Pochylił się i przycisnął policzek do mojego.

- Gówno ci powiem - oznajmił, mocno ściskając mnie udami, jakby chciał mi dać znać, że w każdej chwili może mnie zmiażdżyć.

A potem to zobaczyłam.

Coś, czego nigdy nie zapomnę, a przez co włoski na ramionach stanęły mi dęba i szczęka opadła, kiedy sapnęłam.

Za każdym razem, gdy myślałam o kimś "strasznym", przypominali mi się mężczyźni z książek lub filmów. Te przesadnie napakowane karki w czarnych ubraniach i z niezadowoloną miną. Ktoś w stylu ochroniarza, wykidajły lub motocyklisty, kto odstrasza ludzi swoją potężną sylwetką i groźnym milczeniem. Ktoś, na kogo nie chciałbyś się na-tknąć na ulicy za dnia, a tym bardziej w ciemnej alejce.

Jednak mężczyzny, który nade mną wisiał, nie można było tak opisać. Jego smukła budowa ciała nie kojarzyła się z brutalnością. Nosił ubrania w pastelowych kolorach i miał szelki, więc nie do końca odstraszał. Ogólnie mówiąc, wyglądał tak, jakby wyszedł ze stron Pamiętnika Nicholasa Sparksa.

Na pierwszy rzut oka ten facet był tak przerażający jak króliczek wielkanocny.

Ale potem to dostrzegłam.

Ten błysk. Zwykły błysk zepsucia czający się w tych bursztynowych oczach. Widziałam to, jak się uśmiechał, gdy mnie trzymał. Słyszałam to w jego głosie, gdy mówił mi, że jestem głupia jak but, a jednocześnie miał mnie chyba za uroczą. A kiedy mówił o swoich planach na zemstę, czułam to aż w duszy.

Właśnie w tej chwili zrozumiałam, że ten mężczyzna jest zdolny do rzeczy, których nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić.

Conner i Eric byli źli w oczywisty sposób, ale nie potrafili zasiać we mnie takiego strachu, jak ten facet.

Myślałam, że zaznałam prawdziwego strachu, gdy stałam na skraju tej platformy i bezmyślnie postanowiłam zakończyć swoje życie, ale okazuje się, że się myliłam. Nie zaznałam strachu nawet wtedy, gdy Conner i Eric mnie bili, znęcali się nade mną, a potem wzięli mnie siłą.

Zgwałcili.

Nie.

Nie znałam prawdziwego strachu, dopóki nie poznałam wcielenia zła.

A wcielenie zła uśmiechało się i nosiło muszkę.

ROZDZIAŁ 4

P r e p p y

SPRAWY PRZYBRAŁY NIE NAJLEPSZY OBRÓT, gdy pojawiłem się w domu Mirny i okazało się, że ktoś kradnie moje pieprzone rośliny.

Teraz jednak siedziałem okrakiem na nagiej lasce na wieży ciśnień, w moim ulubionym miejscu w całym Logan's Beach.

Zaczynało się polepszać.

Kiedy podążyłem za nią w stronę wieży, nie wiedziałem, że zamierza skalać moje święte miejsce, rzucając się z niego.

Było w niej coś takiego... coś niemal znajomego, chociaż byłem pewny, że nie spotkałem jej wcześniej. Patrzyłem, jak stoi zupełnie naga z twarzą skierowaną ku niebu, rozkłada ręce, jakby była królową świata na dziobie pieprzonego Titanica. Była fascynująca.

Ta suka wyglądała kiepsko. Siniaki i zaschnięta krew znaczyły jej skórę i wyglądała przez to niemal jak puzzle z brakującymi fragmentami. Stałem tam, ukryty w cieniu, podziwiając rozciągające się przede mną widoki przez długą chwilę, i niemal nie zauważyłem, jak jej ciało pochyla się w stronę ziemi. Gdybym spóźnił się o milisekundę, dzwoniłbym teraz po kogoś do sprzątania, ale zamiast tego siedziałem teraz na niej, więżąc ją między udami. Kurwa, gdyby nie była taka drobna, pewno pociągnęłaby mnie za sobą na sam dół.

- Dlaczego mnie uratowałeś? - zapytała nagle, przestając się tak uroczo wyrywać. I tak nic by jej to nie dało.

- Ooo, to słodkie - powiedziałem, patrząc w jej oczy jak u lalki, które były tak ciemne, że niemal czarne.

Sapnęła obruszona, a jej małe sterczące cycki unosiły się i opadały, gdy próbowała złapać oddech. Tak samo jak żebra, które wystawały spod fioletowo-żółtej skóry. Łokcie i obojczyki również były kościste i wystające. Wyglądała jak ze spotu o zagłodzonych psach, ze smutną muzyką w tle.

- Co jest słodkie? - zapytała, z trudem łapiąc oddech.

- To, że według ciebie cię uratowałem.

- Cóż, nie jestem martwa - zauważyła.

- Jeszcze. - Wzruszyłem ramionami. - Nie jest łatwo wyciągnąć odpowiedzi ze spłaszczonego trupa. Wierz mi. Próbowałem.

Warknęła i próbowała wyrwać ręce z mojego uścisku. Właśnie wtedy lepiej przyjrzałem się jej przedramionom od wewnętrznej strony. Nagle dotarło do mnie, że ciało dziewczyny nie było oszpecone wyłącznie siniakami - zauważyłem też ślady po igłach. To nie była zwykła wychudzona laska.

Tylko ćpunka.

Posiniaczona. Złamana.

Podatna na zranienie.

Trzęsła się jak pieprzona osika, a mój fiut z każdą sekundą stawał się twardszy i błagał, bym uwolnił go ze spodni khaki.

Dziewczyna sapnęła, kiedy poczuła, że twardnieję przy jej nodze:

- Co... Dlaczego?

Uniosłem brwi.

- Poważnie? Pytasz dlaczego? Mój fiut wie tylko tyle, że siedzę na nagiej lasce. To biologia. Niech ci to nie schlebia. Kiedyś mi stanął, gdy właścicielka knajpy próbowała zetrzeć plamę po musztardzie z moich spodni. - Gdyby usłyszała, co tak naprawdę myślałem o jej siniakach i zaschniętej krwi, które w świetle księżyca wyglądały jak sztuka, i o tym, że sam miałem ochotę narysować linię lub dwie na jej skórze, to pewnie zaczęłaby krzyczeć.

Głośno.

Jeszcze bardziej mi stanął.

- Jak masz na imię? - zapytałem, lekko poluźniając uchwyt.

- Po co ci ta wiedza? - odparła ostrożnie. Jej głos był teraz ledwie szeptem.

Przewróciłem oczami.

- Żebym wiedział, czyje imię mam bazgrać na okładce pamiętnika - odparłem sarkastycznie. - Okej, powiem ci, co się teraz stanie. Puszczę cię i pozwolę ci usiąść. Wtedy ci się przedstawię. A potem ty przedstawisz się mnie. Łapiesz?

Skinęła głową na zgodę, nie odrywając ode mnie wzroku ani na chwilę, gdy ją puszczałem. Próbowała usiąść, ale miała z tym problem; jej mięśnie wyraźnie drżały od wysiłku. Szło jej tak wolno, że jeszcze chwila, a sam rzuciłbym się z tej wieży tylko dlatego, że zacząłem się nudzić. Uderzyła mnie w pierś, gdy złapałem ją za biodra i posadziłem na ziemi tak, że plecami opierała się o ścianę. Chwyciłem ją za ręce.

- Przestań mnie bić - powiedziałem, grożąc jej palcem wskazującym, jakbym karcił dziecko.

Znowu ją puściłem i usiadłem obok. Ta laska zaczynała mnie męczyć, ale, cholera, z drugiej strony w sumie nieźle się bawiłem.

Ćpunki - kto by pomyślał, że są takie ciekawe?

- Nazywam się Samuel Clearwater - powiedziałem, wyciągając rękę. Nie czekałem, aż ją ujmie, po prostu podniosłem dłoń z jej uda i mocno nią potrząsnąłem, jakbym w ten sposób chciał jej pokazać, jak należy się komuś przedstawiać. Skupiłem wzrok na małym trójkącie jasnych kręconych włosów między jej nogami. Na ten widok zacząłem się ślinić.

Hmm.

Ciemne włosy na głowie.

Jasne na ciele.

Co za interesująca mała ćpunka.

- Ale wszyscy mówią na mnie Preppy. - Uścisnąłem mocno jej delikatną dłoń. - A ty jesteś...?

- Andrea, ale większość ludzi mówi na mnie po prostu Dre.

- Jak Dr. Dre, ten raper? - zapytałem podekscytowany jej wyjątkowym imieniem. - To zajebiście. Proszę cię, powiedz, że masz rodzeństwo o imieniu Snoop. Rany, powiedz, że tak jest. Cholera, nieważne, nie mów mi tego, po prostu będę udawać, że to powiedziałaś. - Zmarszczyła brwi, jakby próbowała mnie rozgryźć.

Życzę powodzenia.

Nie ona pierwsza.

- A więc Dr. Dre, masz zjazd? - zapytałem, już znając odpowiedź.

- Odpierdol się! - warknęła, odwracając głowę. Ująłem jej podbródek i zmusiłem, by na mnie spojrzała.

- Mogę to dla ciebie zmieeeenić - zaśpiewałem. Rozchyliła wargi. - Mogę dać ci to, czego potrzebujesz, żebyś znów się uśmiechnęła. - Puściłem jej podbródek.

- Właśnie wytknąłeś mi, że mam zjazd, ale oferujesz mi prochy? - Jej źrenice się rozszerzyły, jakby jej uzależniona część już znała odpowiedź na moją propozycję.

- Posłuchaj mnie, mógłbym cię zabrać na spotkanie dwu-nastu kroków albo zaoferować ci pobyt w ekskluzywnym ośrodku odwykowym, ale jeśli jeszcze nie zauważyłaś, nie jestem twoim rodzicem ani pieprzonym doktorem House'em, więc to się nie wydarzy. Nie zaproponuję ci rozwiązania, które zmieni twoje życie. Ale herę? Herę mogę ci dać, wystarczy, że wykonam jeden telefon. - Odwróciła głowę. - A więc jak będzie, doktorku?

- Czego chcesz? - zapytała i właśnie wtedy pojąłem, że poważnie zastanawiała się nad moją propozycją. Chociaż chodziło w niej o coś o wiele więcej. O wiele więcej.

- Twoich kumpli.

- Co... co zamierzasz z nimi zrobić?

- A czy to ma, kurwa, jakieś znaczenie? - zapytałem. - Powiedzmy tylko, że im również nie zafunduję wycieczki do ekskluzywnego ośrodka odwykowego.

- Powiedz mi - błagała, siadając prościej. Złapała mnie za rękę i ścisnęła. - Proszę, po prostu powiedz mi prawdę.

Zawsze byłem szczery do bólu, więc z prawdą nie miałem problemu. Z łatwością wylała się z moich ust, a Dre słuchała uważnie:

- Zamierzam podciąć im gardła, zabrać moje pieprzone rośliny, zadzwonić po kogoś, kto pozbędzie się ciał, tak żebym nie ubrudził swoich spodni khaki, pewnie zadzwonię też po wsparcie, a po wszystkim spalę skręta. Może nawet wciągnę krechę, jeśli będę miał ochotę na imprezę. Jeszcze nie zdecydowałem, zależy od mojego humoru.

Dre nie odpowiedziała od razu. Wyglądała na pogrążoną w myślach, patrzyła za barierkę i jakby mechanicznie sięgnęła do swojej szyi, by odgarnąć na bok włosy i odsłonić siniaka i opuchliznę w kształcie ludzkiej dłoni. Przesunęła po niej ręką, a jej oczy wypełniły się łzami.

Gdy zobaczyłem ją po przyjeździe do domu Mirny, podążyłem za nią najpierw tylko dlatego, że była wolniejsza niż tamte dwie pizdy i stwierdziłem, że koniec końców mnie do nich doprowadzi.

Ale wtedy nie wiedziałem, że ona nie uciekała tylko przede mną.

Przed nimi również.

- Nie chcę hery - powiedziała, cholernie mnie tym stwierdzeniem szokując.

- Niedobra z ciebie ćpunka - wytknąłem.

- Nie jestem ćpunką. Jestem ćpunką, którą heroina trzyma na smyczy. Do tej pory nie wiedziałam, że to dwie różne rzeczy, ale teraz dotarło do mnie, że bardzo się różnią.

- Tak, zauważyłem to, gdy balansowałaś na krawędzi - powiedziałem, wskazując na skraj platformy. Dre nie spojrzała w tamtą stronę, zamiast tego mocno zacisnęła powieki i objęła się ramionami w talii, jakby nie mogła znieść myśli, że niemal się zabiła.

- I to nie tak, że ja nie chcę. Chcę wziąć herę. Pragnę jej tak bardzo, że czuję ją na języku, bo gdy dajesz sobie w żyłę, narkotyk zostawia taki posmak w twoich ustach i... - tłumaczyła, dotykając swoich ust. - Ale...

- Ale?

- To szalone, ale bardziej nie chcę jej brać, niż chcę. - Odetchnęła z trudem. - Poradzę sobie ze swoimi problemami, ale mówiłam szczerze, kiedy wspomniałam, że chcę czegoś od ciebie. Właściwie chcę dwóch rzeczy.

- Nie masz prawa niczego ode mnie żądać - przypomniałem jej, chociaż zarówno ja, jak i mój ciekawski fiut byliśmy zaintrygowani, czego ta mała osóbka mogłaby ode mnie chcieć.

- Nie mam, to prawda - odparła głosem, który brzmiał tak, jakby odnalazła w sobie determinację. Uniosła głowę i kiedy jej wzrok napotkał mój, przysięgam, miałem wrażenie, że jej jaja rosną z każdym słowem, które opuszcza jej usta. - Ale zaryzykuję, bo życie to nie słoneczna kraina whiskey płynąca.

- Nie, życie to kraina ciemnych burz zalewana światłem księżyca - podsunąłem, śmiejąc się z naszego żartu. - Ale jeśli masz zamiar mnie poprosić, bym zrzucił cię z wieży ciśnień, to moja odpowiedź brzmi nie, i to nie dlatego, że moralnie jestem temu przeciwny. Właściwie nie jestem temu przeciwny, ale po prostu nie chcę, żebyś nawiedzała jedno z moich ulubionych miejsc. Ale słyszałem, że grobla jest świetna. Na Yelpie ma niemal pięć gwiazdek w kategorii "miejsce, gdzie najlepiej zakończyć życie". Powiedz mi, czego chcesz, mała ćpunko.

Spojrzała na mnie, widocznie nierozbawiona moimi żartami.

- Po prostu chcę, żebyś mi powiedziała, gdzie udali się Flip i Flap, i możesz prosić o wszystko w granicach rozsądku - upierałem się.

- A ty ich zabijesz. - To nie było pytanie.

- Tak. Będą martwymi Flipem i Flapem.

***

Dre

- Tato? - zapytałam szeptem. O dziwo, gdy powiedziałam Preppy'emu, że chcę skorzystać z jego telefonu, dał mi go bez wahania. Zastrzegł tylko, bym rozmawiała na głośniku, żeby miał pewność, że nie zadzwonię do Connera i Erica, by ich ostrzec. To by było niemożliwe, nawet gdybym tego chciała, bo żaden z nich nie miał telefonu.

- Andrea? To ty? Która godzina? - zapytał tata i odchrząknął. Nie odpowiedziałam, nie tylko dlatego, że to nie miało znaczenia, ale też dlatego, że nie wiedziałam. Byłam pewna tylko co do tego, że jest bardzo późno.

Miałam jednak nadzieję, że nie za późno.

- Tato, wracam do domu.

- Andrea - odezwał się i westchnął sfrustrowany. - Masz bilet, który ci wysłałem?

- Cholera - powiedziałam i zalała mnie panika. Bilet ukryłam w staniku, który teraz leżał gdzieś pod wieżą ciśnień. - Nie... - zaczęłam, ale tata mi przerwał.

- Nie wyślę ci kolejnego, Andreo. To twoja ostatnia szansa. Kocham cię, potrzebujesz pomocy. Mogę ci ją załatwić, ale ty musisz wsiąść do tego autobusu.

Znajdę ten bilet, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobię w tym życiu.

- Będę na miejscu. Obiecuję. Wracam do domu. Tym razem naprawdę.

- Koniec z kłamstwami.

- Koniec z kłamstwami - wydusiłam.

- Andreo, jeszcze jedno - ostrzegł. - Jeśli pójdę na dworzec, by cię odebrać, a ciebie tam nie będzie, to koniec. Nie przyjmę żadnych wymówek. Jestem już zbyt zmęczony, by ich wysłuchiwać. Żadnych więcej telefonów. Żadnych kolejnych szans. Jeśli nie będzie cię w tym autobusie, to ten dom już nie jest twój, a ja nie jestem twoją rodziną. - Zasłużyłam sobie na tę groźbę. Była wynikiem tego, że o jeden raz za dużo wybrałam heroinę.

- Obiecuję, będę na miejscu - zapewniłam ojca. Spojrzałam na Preppy'ego, który wyciągnął rękę po telefon z trudną do odczytania miną. - Muszę kończyć. Kocham cię. Zobaczymy się niedługo.

A więc to była jedna prośba. A jaka jest kolejna? - zapytał Preppy, biorąc telefon i wkładając go do kieszeni spodni. Jego uśmiech, który mi posłał, świadczył o tym, że on coś kombinował. Poszło mi zbyt łatwo. W jednej chwili chciał mnie zabić, a w następnej próbował mi pomóc? Może w ogóle nie zamierzał puścić mnie wolno.

To nie miało jednak znaczenia. To, co powiedziałam tacie, było na poważnie. Zamierzam wsiąść do tego autobusu. Za wszelką cenę.

Nawet jeśli będę musiała zabić mężczyznę, który urato-wał mi życie.

ROZDZIAŁ 5

P r e p p y

ŻĄDANIA DRE okazały się zupełnie inne, niż się spodziewałem. Nie poprosiła nawet o pieniądze, a byłem tak pewny, że to zrobi, że mógłbym się założyć o moje lewe jądro. Najpierw chciała, żebym pozwolił jej skorzystać z mojego telefonu, by zadzwoniła do ojca - bez wahania podałem jej aparat na znak zaufania.

- Jednego z nich musisz zostawić przy życiu. Connera - powiedziała, patrząc na swoje dłonie i wykręcając palce.

- Dlaczego? - zapytałem zirytowany jej prośbą. - To twój chłopak czy coś?

- Nie - rzuciła. I to była cała jej odpowiedź.

- Musiał coś zrobić, by zyskać sobie taką lojalność.

- Nie zyskał. Ale ja tak. Jestem mu coś winna -przyznała.

Nie naciskałem bardziej, bo to nie miało znaczenia. Pomogłem jej zejść z wieży, znaleźć ubrania, buty i ściągnąć bilet autobusowy z drzewa. Co więcej, zawiozłem ją na dworzec, takim byłem rycerskim skurwielem.

Nawet jeśli to wszystko gówno prawda.

Zamierzałem ją zostawić w miejscu, które zaprowadzi mnie do tych dwóch gnojków. Gdy poprosiła mnie o oszczędzenie życia Connerowi, zrozumiałem, że w jakiś sposób jest wobec niego lojalna, więc gdy powiedziała, że pewnie udadzą się do Coral Pines, by spotkać się z dilerem, nie zamierzałem uwierzyć jej na słowo. Równie dobrze mogła mnie wysłać prosto w zasadzkę.

Gdy tylko podjechaliśmy na dworzec, Dre otworzyła drzwi samochodu, zanim w ogóle zaparkowałem.

- Hej! - krzyknąłem, myśląc, że wyskoczy i ucieknie, ale ona zgięła się w pół i zwymiotowała na chodnik.

Zjazd po heroinie to nie żarty.

Kiedy skończyła rzygać, powoli się wyprostowała i otarła usta wierzchem dłoni. Wysiadła z samochodu, a ja pochyliłem się, by zamknąć za nią drzwi. Odwróciła się w moją stronę i posłała mi smutny uśmiech, stojąc tam i ściskając jedyną rzecz, którą przy sobie miała - bilet autobusowy. Tuliła go do piersi, jakby był noworodkiem.

Czy twój ojciec to dobry człowiek? - zapytałem nagle, zaskakując nawet siebie. - Czy jest dobrym ojcem? To znaczy, czy lubi spędzać z tobą czas i gdzieś cię zabierać? Czy dawał ci jeść i posyłał do szkoły?

Pokiwała głową.

- Tak.

- Na świecie jest wielu ludzi, którzy tego nie robią albo mieliby gdzieś to, by sprowadzić do domu córkę ćpunkę, więc gdy już tam dotrzesz, postaraj się być miła i uprzejma dla tego gościa - powiedziałem, jakbym wierzył, że ona naprawdę wróci do domu, a nie do zaćpanej męskiej wersji bliźniaczek Olsen.

Może bądź co bądź w to wierzyłem. Był tylko jeden sposób, by się przekonać.

Odgarnęła włosy z oczu.

- Może jednak jesteś doktorem House'em - powiedziała i zniknęła w cieniu pod markizą, udając się w stronę pustych ławek na przystanku autobusowym.

Jeśli czuła się tak źle, jak wyglądała, i naprawdę zamierzała wsiąść do tego autobusu, to podróż do miejsca, które jest jej celem, będzie naprawdę długa i męcząca.

- I tak tam, kurwa, nie dotrze - wymamrotałem i zawróciłem, a gdy znalazłem się na kolejnej przecznicy, skręciłem w nieutwardzoną drogę, która robiła za podjazd przed starym motelem. Zaparkowałem na tyłach dworca, który właściwie wcale nie był dworcem, tylko małym budynkiem z cegły z płaskim dachem, okienkiem kasowym wychodzącym na ulicę i kilkoma zniszczonymi ławkami. Światło nad głową Dre migotało, przez co to brudne miejsce co chwilę spowijało się cieniem.

Cholera, może ona naprawdę wsiądzie jednak do tego autobusu? Przez chwilę cieszyłem się, że ten dzieciak wróci do ojca. Nie żartowałem, gdy mówiłem, że większość ludzi nie ma ojca, któremu zależy na tyle, by dać dziecku takie ultimatum, jakie on podstawił córce. Już miałem wrócić do siebie, kiedy zobaczyłem światła nadjeżdżającego autobusu. Właśnie postanowiłem, że zaczekam, aż do niego wsiądzie, i dopiero potem udam się do Coral Pines, kiedy nagle jej stopy przestały podrygiwać i zniknęły w ciemności.

Nie tak, jakby wstała, nie tak, jakby podciągnęła je do góry.

Tylko tak, jakby ktoś ją gdzieś ciągnął.

Wyjąłem broń z buta i wysiadłem z samochodu. Podbiegłem ukradkiem do ściany budynku, czekając, aż mój wzrok przyzwyczai się do mroku. Wtedy zobaczyłam Dre po drugiej stronie parkingu.

Tak, bez wątpienia ktoś ją ciągnął. Za włosy, przez parking, w stronę starego motelu w mrugającym znakiem "BRAK MIEJSC". Mężczyzna, który ją trzymał, był niemal tak chudy, jak ona, ale nie trzeba być wielkim, by poradzić sobie z kimś tak drobnym jak Dre. Światło przy motelu się zapaliło i dzięki temu lepiej przyjrzałem się Dre, która patrzyła nieobecnym wzrokiem. Jej czarne oczy wyglądały na zaszklone, a z kącika jej ust leciała strużka śliny.

- Nie trzeba było wyjeżdżać - wymamrotał mężczyzna, przyciągając Dre i stawiając ją na krawężniku. Jej nogi zaszurały o ziemię, gdy on sapnął i jęknął z wysiłku. - Myślisz, że możesz mnie tak zostawić? Jesteś mi coś winna, Dre. Pamiętaj o tym. Nie możesz tak po prostu wrócić do domu - powiedział do niemal nieprzytomnej dziewczyny, która wyglądała, jakby odpłynęła kilometry stąd. - Jeśli ja nie mogę wrócić do domu, to ty też tego nie zrobisz. Przykro mi... Przepraszam, że ci to zrobiłem - powiedział ciszej. - Ale właśnie dałem ci trochę ze swojego zapasu, więc powinnaś mi wybaczyć. To dobry towar, najlepszy. Zostawiłem go właśnie dla ciebie.

Przyklęknąłem i ukryty w cieniu przebiegłem z dworca w stronę zadaszenia przy motelu. Mimo że bardzo chciałem zastrzelić tego skurwiela za to, że ją zabrał, musiałem zaczekać. Każda sekunda była jak dekada, gdy stałem, trzymając w dłoni broń, a palec chciał pociągnąć za spust.

- Jestem przy tobie, Dre. Od teraz zajmie się tobą Conner. Obiecuję. Sama zobaczysz. Nie możesz znowu wyjechać. Tak dobrze nam razem idzie, a ty wszystko musisz zawsze zniszczyć! - krzyknął. - To właśnie robisz! Wszystko niszczysz.

Czy to był Conner? Ten, którego ona chciała ocalić?

Odetchnął głęboko i znowu uśmiechnął się dziwnie. Otarł czoło wierzchem zniszczonego rękawa i przesunął ręce spod jej pach na piersi, by przeciągnąć ją z wysiłkiem przez krawężnik. Potem zaciągnął ją w stronę jednego z pokoi.

- Tak bardzo mi przykro, Dre. - Conner pociągnął nosem. - To znaczy... Mimo że jesteś na nas zła, tak naprawdę podobało ci się to, co z tobą robiliśmy. Myślę, że to były dobre krzyki. Kiedy Eric wróci... - Głos Connera ucichł, gdy kopnięciem zatrzasnął drzwi. Dziewiątka na drzwiach spadła z jednego gwoździa i przekręciła się, przez co teraz wyglądała na szóstkę, a po chwili kołysania spadła na chodnik.

Może to przez jego słowa. Może przez to, jak jej groził - jakby do niego należała. Może dlatego że chciała, bym ją przed nim ochronił, ale już wiedziałem, co zamierzam zrobić.

Niech szlag trafi fałszywe obietnice.

To, co wydarzyło się później, było jak akcja z brutalnej gry wideo. Gdy zbliżyłem się do motelu, wzrok rozmazywał mi się na krańcach. Kopnięciem otworzyłem drzwi, trzymając broń w wyciągniętej ręce. Conner klęczał nad Dre, która leżała na podłodze z twarzą wciśniętą w wyblaknięty niebieski dywan. Miała ściągnięte spodenki i świeciła tyłkiem, a ten gnojek sobie trzepał. Na dźwięk drzwi uderzających o ścianę uniósł głowę zaskoczony - jego reakcję spowalniało to, co aktualnie płynęło w jego żyłach.

- Kim ty, do cholery jesteś? Wypierdalaj... - zaczął, a potem skupił wzrok na mojej broni. - Co zamierzasz...? - urwał, a jego twarz zbladła i wytrzeszczył przekrwione oczy. - Chwila, wiem, kim jesteś...

- Dobrze, bo przedstawianie się jest takie nudne - stwierdziłem. - Wiesz - podrapałem się po głowie lufą broni - przez takich ćpunów jak ty narkotyki mają złą sławę. To przez ciebie niektóre z moich ulubionych dragów rozkręcających imprezy nigdy nie będą dostępne i wystawione na półkach w promocji w moim lokalnym supermarkecie po starych dobrych amerykańskich cenach, jak za towar made in China. - Wycelowałem bronią w jego klatkę piersiową. - Odsuń się od niej albo cię, kurwa, zabiję na miejscu. - Conner stał ze skulonymi ramionami, a jego mięknący mały kutas wisiał z rozporka. Uniósł ręce, jak nakazałem, i odsunął się od Dre. Zauważyłem otwarte drzwi do łazienki.

- Wycofaj się w tamtą stronę. Stań pod prysznicem.

- Proszę, nie zabijaj mnie - błagał, cofając się. Zerknąłem na Dre i przyklęknąłem, by sprawdzić, czy oddycha. Tak było. Przewróciłem ją na plecy i obróciłem głowę na bok, żeby nie zadławiła się własnymi rzygami, gdy znowu zbierze jej się na mdłości. Podążyłem za Connerem do małej łazienki, gdzie potknął się o brzeg wanny i wylądował dupą pod prysznicem, pociągając za sobą plastikową beżową zasłonę. - Zrobię wszystko. Wszystko - powiedział, gapiąc się na moje krocze.

- Koleś, okaż trochę pieprzonego szacunku - powiedziałem. - No chyba że to cię kręci. Jesteś gejem, Conner?

Pokręcił głową, a jego dolna warga zadrżała.

- Posłuchaj, szanuję ludzi, którzy pieprzą się z kim chcą i jak chcą, ale skoro mi mówisz, że jesteś hetero, to właśnie spadłeś na samo dno, bo zaoferowałeś innemu facetowi, że zrobisz mu laskę.

- Ja po prostu... Mam problem - powiedział, kołysząc nogami nad brzegiem wanny.

- Tak, masz, kurwa, problem. - Zauważyłem na mojej broni odcisk palca, więc chuchnąłem i wytarłem powierzchnię podwiniętym rękawem koszuli.

- Po prostu potrzebuję pomocy. Proszę, naprawdę nie jestem złym facetem... - Jąkał się.

Przewróciłem oczami.

- Conner, przestań bełkotać. Wierzę ci, kolego - powiedziałem, używając mojego najbardziej pocieszającego tonu. Przyklęknąłem przed nim tak, żeby nasz wzrok znalazł się na tym samym poziomie. Oczy Connera natychmiast wypełniły się ulgą.

- Ty... naprawdę mi wierzysz? Poważnie? - Jego nadzieja na to, że wyjdzie z tej łazienki żywy, była wręcz namacalna.

Pokiwałem głową.

- Oczywiście, że ci wierzę. - Pochyliłem się i mocno uszczypnąłem go w policzek. Skrzywił się, ale uśmiechnął niezręcznie. - Sądzę, że jesteś tylko zagubionym dzieciakiem, który popełnił ogromne błędy. - Odwróciłem broń tak, by już nią w niego nie celować. Oczy Connera nerwowo śledziły moje ruchy. Wstałem i oparłem się biodrem o zlew, krzyżując nogi w kostkach. Odkręciłem kran i pozwoliłem wodzie płynąć przez sekundę lub dwie, a potem go zakręciłem. Pięścią zmyłem brud z lustra, przejrzałem się w nim i poprawiłem muszkę.

- Dziękuję! Dziękuję! - wyjąkał Conner, próbując usiąść w wannie. - Naprawdę jestem dobrą osobą. Przez to uzależnienie mnie popierdoliło. Przez to popełniłem głupie błędy. Stary, ale się cieszę, że nie dasz mi kulki w łeb!

- Nie bądź głupi, Conner. Ja nie strzelam ludziom w głowę. Wiesz, ile krwi i innej mazi rozbryzguje się, gdy postanawiasz udawać gangstera i strzelasz ludziom w głowę? Pozwól, że zadam ci pytanie, Connerze. Czy kiedykolwiek widziałeś eksplodującego arbuza?

- Eee... Ale ja tylko... Chciałem ci podziękować za to, że mnie nie zabijesz.

- A kiedy tak powiedziałem? - Wyprostowałem się, odwróciłem do Connera, uniosłem broń i wycelowałem w jego klatkę piersiową. Patrzyłem, jak w jego oczach pojawia się zdezorientowanie, potem zrozumienie i na końcu strach.

- Z-zaczekaj! - wyjąkał Conner. Dźwięk wody kapiącej na plastik zwrócił moją uwagę. Dotarło do mnie, że Conner zlał się na zasłonę.

- Naprawdę nie znoszę, gdy to się dzieje - wymamrotałem, a zapach moczu nagle stał się w tym małym pokoju tak silny, że oczy zaczęły mi łzawić.

- Nie, proszę, nie! - krzyczał, osłaniając twarz dłońmi, nawet po tym, jak mu powiedziałem, że nie będę celować w głowę. Zupełnie jakby ten dupek mi nie ufał. - Powiedziałeś... powiedziałeś, że mi wierzysz. Wierzysz, że... nie jestem złym facetem!

Odetchnąłem przeciągle, co zmieniło się w ziewnięcie. Nie dlatego że byłem zmęczony, ale dlatego że ta cała sytuacja zaczynała mnie cholernie nudzić.

- Nie uważam, że jesteś złym facetem. Wcale tak nie myślę. - Przekrzywiłem głowę na bok. - Ale na twoje nieszczęście... - Pociągnąłem za spust trzykrotnie, a czerwone krople prysnęły na nudne beżowe płytki pod prysznicem. - Ja nim jestem.

ROZDZIAŁ 6

P r e p p y

CZASAMI LUDZIE postanawiają zrobić coś celowo i świadomie. Innym razem nagle niosą nieprzytomną, uzależnioną od heroiny złodziejkę do tego samego domu, który pomogła okraść innym ćpunom, bo kobieta, która tam mieszka, jest pielęgniarką.

Ludzie. Co za cholernie dziwne zwierzęta.

Wniosłem Dre do domu przez tylne wejście tak cicho, jak tylko mogłem. Niedługo obudzę Mirnę, ale Dre nie miała żadnych objawów przedawkowania, więc nie było pośpiechu. Ostrożnie przeniosłem dziewczynę w ramionach przez drzwi prowadzące do gościnnej sypialni i wtedy zauważyłem bliznę na jej twarzy, tuż koło ucha. Miała jasnoróżowy kolor, więc nie była bardzo stara. Zastanawiałem się, co takiego mogło się przydarzyć Dre, że została jej po tym blizna.

Wniosłem ją do łazienki i położyłem na podłodze. Odkręciłem wodę i oparłem dziewczynę o bok wanny.

Znowu dręczyło mnie déja vu, wydawało mi się, że ją znam. Może była gwiazdą porno?

Nie, bo wtedy pewnie znałbym jej imię. I rozmiar stanika. I jej specjalizację.

Uniosłem jej koszulkę. Siniaki, które zauważyłem na wieży ciśnień, w jasnym świetle łazienki wyglądały dziesięć razy gorzej. Z doświadczenia wiedziałem, że uzależnieni mają tendencję do siniaków - niezależnie od tego, czy to po igłach, bójkach czy po prostu z powodu jakiegoś potknięcia i zderzenia z czymś. Ale to nie były tego rodzaju siniaki. Te nie powstały w walce.

Tylko w wyniku pobicia. Mój wzrok skupił się na siniakach i krwiakach między jej nogami, które jednocześnie mnie zachwycały i przyprawiały o mdłości.

To były obrażenia po gwałcie.

Z trudem przełknąłem ślinę i zmusiłem fiuta, by się nie podnosił. Włożyłem jej majtki do kieszeni swoich spodni, by się nie zgubiły, i umieściłem dziewczynę w wannie, odkręcając natrysk, bym mógł zmyć krew i brud z jej ciała.

Nigdy wcześniej nie obchodziło mnie to, że podniecały mnie chore rzeczy. Niektórych podniecała krzywda innych, wiedziałem o tym, bo to wygooglowałem. Ale do tej pory, do chwili gdy znalazłem się w tej łazience, nie marzyłem o tym, by te dziwactwa zniknęły z mojego głowy.

I nie miałem pojęcia dlaczego.

Próbowałem skoncentrować się na myciu dziewczyny, co jakiś czas zatrzymując się, by otrzeć pot z czoła lub złapać swojego fiuta przez spodnie. W końcu udało mi się zanieść ją czystą do łóżka, nie spuszczając się w gacie.

Przykryłem ją kocem, a ona poruszyła się niespokojnie. Rozłożyła nogi, pokazując mi wszystko, a ja jęknąłem na ten widok.

Mój fiut zapulsował. Oblizałem dolną wargę, zastanawiając się, jak ona smakuje.

Musiałem wiedzieć.

Tylko jedno liźnięcie i sobie pójdę.

Wszedłem na czworakach na materac, w pełni ubrany, ale nieco przemoczony. Zawisłem nad nią i pochyliłem się pomiędzy jej nogami. Zaciągnąłem się głęboko. Miała cipkę o najsłodszym zapachu na świecie. Mój fiut zapulsował, jaja zabolały. Miałem ochotę zamknąć ten zapach w butelce i się nim psikać.

Cipkowe perfumy.

Przycisnąłem usta do jej małej okrągłej łechtaczki, a potem płaskim językiem przesunąłem po wejściu jej cipki. To miało być tylko jedno szybkie liźnięcie, ale zmieniło się w głęboki pocałunek. Mój język zatrzymał się tuż za jej fałdkami. Powoli głębiej i głębiej wciskałem język w jej ciasną cipkę, powstrzymując się od jęku, gdy w pełni posmakowałem jej na języku. Jasna cholera. "Dobra" to zbyt słabe słowo, by opisać to, jak smakowała. Bajecznie. Jej cipka była bajeczna.

Bezwstydnie ocierałem się kroczem o łóżko, zapewniając fiutowi namiastkę tarcia, którego potrzebowałem.

Odsunąłem się lekko, czując gniew wymierzony w tych, którzy zranili jej magiczną cipkę, i miałem nadzieję, że zrobił to ten, który już nie oddychał i dzięki Smoke'owi i jego ekipie sprzątającej trafił na bagna.

Jeszcze raz pocałowałem ją długo i z języczkiem, jakbym w ten sposób mógł ją uleczyć swoimi ustami. Przykucnąłem na łóżku i uwolniłem fiuta ze spodni, jęcząc z zachwytu, gdy poczułem, jaki był ciężki i gorący w mojej dłoni. Patrzyłem na jej rozłożone uda, jej połyskującą cipkę w miejscu, gdzie przed chwilą znajdowały się moje usta. Jej smak wciąż był świeży na moim języku.

Wyobraziłem sobie, że wbijam się w nią całym fiutem. Przesuwając po nim dłonią od góry do dołu, zastanawiałem się, czy wzięłaby mnie całego czy musiałbym ją rozgrzać i popieścić.

Potem wyobraziłem sobie, jak by wyglądała z moimi dłońmi zaciśniętymi na jej gardle. Jak by brzmiała, gdy krztusiłaby się moim fiutem.

Robiłem sobie dobrze coraz mocniej i szybciej. Muskałem główkę penisa i już miałem eksplodować, gdy nagle uderzyła mnie kolejna myśl. Właśnie z tego powodu znalazłem się na szczycie, moje jaja ścisnęły się bardziej niż kiedykolwiek, a kręgosłup niemal mi pękł, gdy doszedłem tak kurewsko mocno, że prawie spadłem z łóżka.

Wyobraziłem sobie, jak wyglądała na wieży ciśnień, tuż przed tym, jak próbowała się z niej rzucić. Sponiewierana i złamana, a jednak wolna. W tym, jak zaakceptowała śmierć, było coś tak erotycznego, że cholernie się podnieciłem.

Chciałem ją zobaczyć smutną. Posmakować jej łez. Chciałem wiedzieć, jak brzmi, gdy płacze. Z bólu, z przyjemności, z tych dwóch rzeczy naraz. Myśl o tym, że doprowadziłbym ją do płaczu, zaprowadziła mnie na szczyt.

Spuściłem się mocno na jej brzuch i uda, a ostatni gorący wytrysk wylądował na jej cipce. Próbowałem złapać oddech, ale gdy otworzyłem oczy, natychmiast znowu zrobiłem się twardy, bo zobaczyłem najpiękniejszy obraz, jaki namalowałem spermą na jej ciele.

Zeskoczyłem z łóżka szybciej, niż się na nim znalazłem. I znowu szybko, chociaż niechętnie, wytarłem moją spermę z jej brzucha ręcznikiem, a potem wyszedłem z pokoju w takim pośpiechu, że na korytarzu potknąłem się o świnię Mirny. Oscar kwiknął i chrumknął. Nawet w ciemności widziałem pełne dezaprobaty spojrzenie jego świńskich oczek.

- Pieprz się, Oscar, nie masz prawa mnie osądzać - wyszeptałem. Znowu kwiknął. - Jeszcze jedno takie kwiknięcie, a powiem Mirnie, jak bardzo lubisz ocierać się przyrodzeniem o jej kolekcję pluszowych misiów, gdy ona ucina sobie popołudniową drzemkę. - Kwiki ustały i zwierzak wrócił do łazienki, gdzie kiedyś ustawiłem ogromne psie legowisko, by mógł na nim spać. Posłałem mu zadowolony, triumfalny uśmiech i pokazałem środkowy palec.

Wyszedłem na podwórko, gdzie mogłem zapalić zioło i zastanowić się nad najdziwniejszą nocą mojego życia. Uratowałem tę dziewczynę dwukrotnie w ciągu jednej nocy. Byłem wykończony.

Ale hej, trzeba przecież myśleć pozytywnie - przynajmniej kogoś dzisiaj zabiłem.

Gdy tak siedziałem na schodach za domem i paliłem skręta, nagle naszła mnie pewna myśl i zacząłem zastanawiać się nad minionymi wydarzeniami. Nie wiedziałem, skąd ta myśl się wzięła, bo mówiła mi coś, co już wiedziałem. Odpowiadała na pytanie, którego nawet nie zadałem.

Nie mogę cię zatrzymać.

ROZDZIAŁ 7

D r e

KOSZMARY - a przynajmniej wydawało mi się, że to koszmary - dręczyły moje ciało i umysł noc za nocą, dzień za dniem, wpędzały mnie w agonię, której do tej pory nie znałam. Byłam pewna, że umarłam, bo miejsce, w którym się znajdowałam, było pieprzonym piekłem, w kółko przeżywałam najgorsze chwile mojego życia i nigdy nie zaznawałam ulgi w bólu.

Najpierw nawiedzały mnie dźwięki. Dźwięk zgniatanego metalu. Pękającego szkła.

Krzyki.

Potem zapachy - drzewa cedrowego i palonego plastiku.

A potem czułam się tak, jakbym oglądała w zwolnionym tempie film o sobie. Znajdowałam się poza swoim ciałem, patrzyłam, jak stoję w deszczu. Woda zabarwiona czerwienią spływała po mojej twarzy, ramionach, palcach i spadała na chodnik. Patrzyłam na coś, ale gdy się odwróciłam, by sprawdzić, na czym skupiałam spojrzenie, scena się zmieniała.

Dźwięki zastąpił złowieszczy śmiech. Pomruki. Uderzanie skóry o skórę. Rozdzierający ból.

Teraz czułam stęchły zapach pleśni, potu i nieświeżego powietrza. Widziałam stojących nade mną Erica i Connera, krew, zagrzybiony pokój motelowy. Znowu słyszałam pomruki, gdy brali mnie na zmianę. Śmiali się, gdy płakałam. Dźwięk był coraz głośniejszy, aż dotarło do mnie, że nie umarłam.

Ten dźwięk był prawdziwy.

Ktoś stęknął nade mną.

Głęboki nosowy pomruk robił się coraz głośniejszy, a po chwili usłyszałam go tuż przy uchu i poczułam jakieś wibracje przy policzku. Coś mokrego i zimnego.

Mokrego?

Co jest, kurwa?

Usiadłam zaskoczona i rozejrzałam się, ale nikogo nie zobaczyłam. Automatycznie się skrzywiłam i przygotowałam na oznaki zjazdu, ale nic takiego się nie wydarzyło. Lekko pulsowało mi za oczami, ale nie przypominało to skręcającego żołądek doświadczenia kojarzącego się ze śmiercią, którego spodziewałam się po przebudzeniu.

Coś poruszyło się na łóżku obok mnie, a gdy się odwróciłam, znalazłam się twarzą w twarz ze źródłem dźwięku.

Cóż, twarzą w ryj.

W małej przestrzeni między łóżkiem a ścianą leżała świnka. Nieco większa niż przeciętny pies. Przez biało-czarne umaszczenie przypominała krowę. Opierała głowę na materacu tuż przy mojej nodze i mogłabym przysiąc, że ten sukinkot się do mnie uśmiechał. Świnka miała mokry, połyskujący ryj, wąchała łóżko, pewnie próbując odgadnąć, kim jestem. Przykryłam nagie udo kocem, żeby przestała moczyć mnie tym obleśnym nosem.

- Nie myśl, że jesteś jakaś wyjątkowa. Oscar to flirciarz. Robi tak ze wszystkimi kobietami - odezwał się znajomy głos. Gwałtownie uniosłam wzrok i spojrzałam na mężczyznę opierającego się o futrynę. Swobodnie krzyżował ramiona na piersi, a nogi w kostkach. Na widok jego zarozumiałego uśmiechu dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie, a serce przyspieszyło.

- Skąd się tu wzięłam? I dlaczego? - zapytałam, wysilając umysł, by odnaleźć przyczynę. Ostatnie, co pamiętam, to czekanie na autobus, a potem... Nie wiedziałam, co wydarzyło się dalej.

- To proste. Ja cię tu przywiozłem. - Preppy miał na sobie białą koszulę bez jednego zagniecenia, rękawy podwinął nad łokciami. Pod jego szyją zauważyłam różową muszkę w jakiś wzorek, którego z tej odległości nie widziałam zbyt dobrze, ale cokolwiek to było, pasowało do wzoru na szelkach. Tatuaże i klasyczny wygląd idealnie ze sobą kontrastowały. Połączenie hipstera i nauczyciela. Ta kombinacja mu pasowała, ale zaczynałam się zastanawiać, kim on, do cholery, jest i czego ode mnie chce.

Okryłam się kołdrą, by zasłonić nagą klatkę piersiową, i zauważyłam, że pościel miała motyw kreskówki Strawberry Shortcake.

Szybko rozejrzałam się po pomieszczaniu i już wiedziałam, gdzie się znajduję.

W moim dawnym pokoju, w domu Mirny.

- Mirna! - krzyknęłam, zapominając o okryciu i siadając na podwiniętych nogach na łóżku. - Gdzie ona jest? - domagałam się odpowiedzi. - Skrzywdziłeś ją? To nie była jej wina. Ona nic nie zrobiła!

Uśmiechnął się i przesunął kciukiem po dolnej wardze. Podążyłam za jego wzrokiem i zauważyłam swoją nagą klatkę piersiową. Potrzebowałam odpowiedzi, a nie okrycia. Otwarcie mi się przyglądał, jakby myślał, że stchórzę lub poczuję się niekomfortowo, ale się mylił. Zamiast znowu złapać za kołdrę lub zakryć się ramionami, oparłam ręce na biodrach.

- Nie musisz mi dziękować, że uratowałem cię dwa razy w ciągu jednej nocy.

- Nie mam zamiaru ci dziękować - warknęłam. - I co masz na myśli, mówiąc, że dwa razy?

Wtedy zobaczyłam w przejściu białe włosy Mirny. Położyła dłoń na ramieniu Preppy'ego, a on odsunął się na bok. Zalała mnie ulga. Najwyraźniej żyła i wyglądała na całą. W pierwszym odruchu chciałam do niej podbiec i rzucić jej się w objęcia, ale potem przypomniałam sobie, jaka była, gdy widziałam ją po raz ostatni - nie chciałam jej przestraszyć, rzucając się jej naga w ramiona, jeśli ona nie wie, kim jestem.

Już nie musiałam udowadniać niczego Preppy'emu, więc sięgnęłam po kołdrę i się nią okryłam.

- Dzień dobry - powiedziałam, lekko machając ręką, a drugą tuląc kołdrę do piersi. Mirna przemierzyła pokój i powoli podeszła do łóżka z otwartymi ustami. Wydawała się inna niż dzień wcześniej. Bardziej skupiona. Ostrożnie się jej przedstawiłam. - Nie wiem, czy mnie pamiętasz z wczoraj, ale mam na imię...

- Andrea - dokończyła Mirna, przerywając mi. Podniosła mnie z łóżka, jakbym była niemowlęciem, tuląc w ramionach i ukrywając twarz w mojej szyi. - Wiem, kim jesteś, moja kochana. Och, dzięki Bogu. Moja Andrea wróciła do domu - szlochała. Jej łzy były równie ciepłe, co jej policzek.

Rozpoznała mnie.

I wtedy ja też zaczęłam płakać. W tej chwili Conner, Eric ani nawet ten mężczyzna stojący w przejściu nie mieli znaczenia. Kołdra opadła na łóżko i znów byłam naga. Ale Mirna tuliła mnie jak noworodka i jej ramiona chroniły mnie, jakby była jakąś superbohaterką. Chroniła mnie przed życiem, do którego już nie chciałam wracać.

Nie będzie oczyszczenia przed śmiercią. Chciałam żyć. I w tej chwili, w ramionach mojej babci, odrodziłam się.

Preppy odchrząknął i czar prysł.

- Samuelu, proszę, przynieś mój szlafrok. Wisi na drzwiach mojej sypialni. - Mirna posadziła mnie na łóżku i usiadła obok, mocno trzymając moją dłoń w swojej. Oczy miała wilgotne i opuchnięte, tak jak zapewne moje. Preppy wyszedł i wrócił kilka sekund później. Rzucił szlafrok w moją stronę. Zakryłam się nim szybko, zawiązując pasek w talii. Mirna niepewnie przesunęła palcami po moim policzku, jakby nie mogła uwierzyć w to, że jestem prawdziwa. - Samuelu - powiedziała, odwracając się do Preppy'ego. - To jest moja wnuczka. Moja Andrea. W końcu wróciła do domu.

Pochyliłam się w jej stronę i obie westchnęłyśmy.

Nigdy nie lubiłam być blisko ludzi. Nigdy nie chciałam być dotykana czy trzymać kogoś za rękę. Ale z moją babcią zawsze było inaczej. Może dlatego że była starsza. Może dlatego że lubiłam czuć jej pomarszczoną skórę, bo kojarzyła mi się z mądrością i bezpieczeństwem.

- Czyż to nie jest szczęśliwy zbieg okoliczności? - warknął Preppy, przeczesując ręką włosy i wchodząc głębiej do pokoju, aż znalazł się zaledwie kilka centymetrów od nas, pochylił się nad nami i wykrzywił usta, jakby zdezorientowany.

- Tak - przyznała Mirna. - Co się dzieje, Samuelu?

- Co się dzieje? - powtórzył Preppy, patrząc mi w oczy. Nagle dotarło do mnie, że to radosne pojednanie z babcią nie będzie trwało długo, bo Preppy powie jej o tym, jaką rolę odegrałam w zniszczeniu tej zielarni, i wszelkie nadzieje na to, że odnowię relację z moją babcią, zostaną w tym pokoju, a mnie stąd wyrzucą. Preppy zamilkł i przyjrzał się nam. - Nie, nic - oznajmił, a jego humor się poprawił. - Wiedziałem, że wyglądasz znajomo. Powinienem był cię rozpoznać, bo przecież widziałem miliony twoich zdjęć, które wiszą na ścianach w tym domu. - Odwrócił się do Mirny. - Ale teraz wygląda nieco inaczej, prawda? - zapytał Mirnę, jakby opowiadał żart i zaraz miał dopowiedzieć puentę.

- Tak, to prawda - zgodziła się Mirna, przyglądając się mi.- Czy ja to zrobiłam? - zapytała Preppy'ego, wskazując na kroplówkę stojącą obok łóżka, której wcześniej nie zauważyłam. Uniosłam rękę i zobaczyłam na niej plaster i siniak po igle.

- Właśnie dlatego teraz nie cierpisz - powiedział do mnie Preppy, a potem zwrócił się do Mirny. - Tak, ty to zrobiłaś, pomogłaś jej, jak zawsze pomagasz wszystkim - oznajmił Preppy, a troskliwy sposób, w jaki traktował Mirnę, zbił mnie z pantałyku. Nie wiedziałam, co o nim sądzić. Każde jego słowo, każdy ruch przeczył ubraniom i tatuażom. - Kiedy znalazłem ją w kiepskim stanie tydzień temu, przyprowadziłem ją tutaj. Ale nie sądziłem, że jest twoją wnuczką. To po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności.

- Tydzień temu? - krzyknęłam. Mirna sapnęła, równie zaskoczona, co ja. - Byłam tu cały tydzień?

- Tak, Mirna podała ci jakiś syrop na noc i wtłoczyła w ciebie witaminową miksturę, po której chrapałaś głośniej niż Oscar - powiedział Preppy, pochylając się, by poklepać świnkę, o której całkowicie zapomniałam. - Dzięki niej nie czujesz się tak źle.

- Byłaś tu cały tydzień, a ja widzę cię dopiero teraz - odezwała się Mirna. Odwróciła się do Preppy'ego. - Jeszcze nigdy tak długo nie... - zaczęła, a potem się powstrzymała i przybrała odważną minę. Wyprostowała się i otarła oczy. - Już dobrze. Jesteś tutaj i tylko to się liczy.

- Tak - zgodziłam się, bo tak bardzo pragnęłam, by to była prawda.

- Idę do kuchni, zostawię was na chwilę same - oznajmił Preppy. Pochylił się i pocałował Mirnę w czubek głowy, a ja instynktownie się skrzywiłam. Preppy zachichotał i wyszedł z pokoju.

Naprawdę chciałam zapytać Mirnę, co ją z nim łączyło, zapytać o te rośliny, o wszystko, ale nie znałam sytuacji, więc nie chciałam przez przypadek powiedzieć czegoś, co by ją zdenerwowało.

- Powiedz, że zostaniesz tu na stałe - odezwała się Mirna, ze zniecierpliwieniem czekając na moją odpowiedź.

Wtedy zrozumiałam, że nie mam wyboru. Nie miałam dokąd się udać.

- Mój tata... myślał, że przyjadę. Pewnie czekał na mnie na dworcu. - Serce mnie bolało i znowu było mi niedobrze, gdy wyobrażałam sobie jego minę po tym, jak zauważył, że nie wysiadłam z tego autobusu.

- Zadzwonimy do niego, skarbie. Jestem pewna, że jeśli z nim porozmawiamy i powiemy mu, że...

- Nie - odparłam, kręcąc głową. - Nie możemy. To była moja ostatnia szansa. Jeśli nie było mnie w tym autobusie, to... - Nie potrafiłam dokończyć. Nie chciałam mówić na głos tego, że już nie należałam do rodziny taty.

- Najpierw cię wyleczmy, a będziemy się martwić później - oznajmiła Mirna, pocieszając mnie, chociaż to ja powinnam była pocieszać ją. Ale taka już była Mirna. - Tylko powiedz, że zostaniesz.

Preppy zajrzał do pokoju i ściągnął ze ściany różową smycz. Odpowiedział za mnie:

- Jeśli jest tak mądra, jak ty, Mirno, to zostanie tu na jakiś czas. - Puścił do nas oko i zniknął, a świnka w kolorze krowy i rozmiarem przypominająca psa pobiegła za nim korytarzem.

Jego słowa brzmiały jak uprzejme zaproszenie, ale wiedziałam, czym były tak naprawdę.

Ostrzeżeniem.

Kiedy Mirna i ja w końcu zostałyśmy same, odwróciłam się w jej stronę, przygotowując się do zadania miliona pytań, ale ona ziewnęła, a jej powieki wydały się ciężkie.

- Ty i ja musimy porozmawiać, moja droga - powiedziała, rozcierając palcami skronie. - Twoim jedynym czynszem będzie szczerość. Oczekuję, że opowiesz mi o wszystkim. - Odwróciła moją rękę i przesunęła palcami po bliznach, przyglądając się temu, czego się wstydziłam. - I mam tu na myśli dosłownie wszystko.

- Tak jest.

Mirna poklepała mnie po dłoni.

- Wygląda na to, że wszystko się zmieniło u nas obu, prawda?

Spojrzałam na ścianę oddzielającą nas od Preppy'ego, jakbym mogła go przez nią zobaczyć, i zaczęłam się zastanawiać, w co on pogrywał.

- Najwyraźniej tak.