ROZDZIAŁ 4
Preppy
- CHOLERA! - krzyknęła Dre i wyskoczyła z łóżka.
Momentalnie spadłem na podłogę, by do tej pory spałem na Dre jak na najwygodniejszej poduszce, na jakiej kiedykolwiek położyłem głowę.
- Jeśli chcesz na ostro, to możemy to załatwić, skarbie - wymamrotałem, wciąż zaspany.
- Co? - zapytała Dre.
Otworzyłem powieki i spojrzałem w piękne ciemne oczy, które wyglądały na bardzo zdezorientowane.
- Co właściwie się dzieje? Próbowałaś pobić mnie we śnie? Bo to wydaje mi się lekko nie fair - odparłem zaspanym głosem, pocierając oczy.
Rozkoszowałem się widokiem nagiej Dre, która klęczała na podłodze, wypinając mały sterczący tyłek. Wciąż była pokryta smugami krwi, która teraz już zaschła. To było piękne przypomnienie tego, jak spędziliśmy czas, zanim padliśmy z wyczerpania.
- Myślę, że ktoś tam strzela - wyszeptała Dre i kucnęła obok mnie przy łóżku. Za oknem rozległ się znajomy huk. - Słyszysz? Znowu ten dźwięk.
- Nikt do nas nie strzela - powiedziałem, przyciągając do siebie swoją kobietę i sadzając ją na kolanach. Ustawiłem ją tak, by mogła wyjrzeć przez okno na podjazd i zobaczyć bardzo stary brązowy rzęch, który jak sądziłem, zaraz pojawi się na podjeździe. Znowu rozległ się huk i tym razem towarzyszyły mu delikatne obłoki dymu wydostającego się z rury wydechowej.
Dre natychmiast się rozluźniła.
- Kto to? - zapytała i stanęła na łóżku na palcach, by lepiej widzieć.
Stanąłem za nią, by móc podziwiać jej tyłek i ładnie wyrzeźbione nogi. Kiedy dotarło do niej, że jej nie odpowiedziałem, już chciała się odwrócić w moją stronę, jednak postanowiłem jej w tym przeszkodzić i otoczyłem ją ramionami w talii, opierając podbródek na jej ramieniu. Wskazałem na drzwi od strony kierowcy, które właśnie się otworzyły.
- To - powiedziałem - jest prawdziwy złom. - Kevin wysiadł i zapalił papierosa. - A to, jak już za pewne wiesz, jest mój braciszek.
- A co on tutaj robi?
- Zadzwoniłem do niego. Ostatnio wspominał coś o tym, że chciałby dla mnie pracować - oświadczyłem. - Więc kazałem mu tu przyjechać.
Dre obróciła się w moich ramionach i uniosła brew.
- Nie ma dobrego momentu na to, by dowiedzieć się, czy twoja rodzina chce zabić twoją żonę - wyjaśniłem. - Więc równie dobrze możemy mieć to z głowy już teraz.
Zanim za bardzo się do siebie zbliżymy.
- Co dokładnie zamierzasz zrobić? - zapytała Dre, jakby wiedziała, że w tej historii musi chodzić o coś więcej.
I miała rację. Chodziło o coś więcej. Otoczyła mnie ramieniem za szyję i wtuliła twarz w moją klatkę piersiową. Mój fiut, wyczuwszy muskające go nagie ciało Dre, drgnął jak na zawołanie. Dre spojrzała w dół na mój twardy członek. Oblizała wargi i posłała mi pytające spojrzenie.
- Nie wiń mnie. Jeśli podejdziesz do psa i poklepiesz go za uszami, uniesie głowę zainteresowany.
Dre zaśmiała się, a potem pisnęła, bo pochyliłem się i złapałem ją w talii, a następnie rzuciłem na łóżko. Jej cycki podskoczyły, kiedy umościła się na poduszkach. Podszedłem do niej na czworakach i jednym ruchem obróciłem ją na brzuch. Przesunąłem dłonią po jej plecach aż do pośladków i z powrotem.
- A więc... - zaczęła, a jej policzki się zaczerwieniły, kiedy wsunąłem palec między jej pośladki. - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
- Jakie pytanie? - Skupiłem się na jej błyszczącej cipce, która już była dla mnie mokra.
- Co do Kevina. Chcesz się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Zaprosiłeś go tutaj. A ja pytałam o to, co dokładnie zamierzasz z nim zrobić - dokończyła. Klepnąłem ją w pośladek, a ona spuściła głowę i jęknęła w poduszkę.
- Kevin chce się wkręcić w rodzinny biznes - powiedziałem, przesuwając palcem po czerwonym śladzie, który właśnie zostawiłem na jej idealnym tyłku. Obejrzała się na mnie ponad ramieniem, a ja posłałem jej przebiegły uśmiech. - Więc zamierzam mu ten rodzinny biznes pokazać.
Rozsunąłem jej nogi kolanem i złapałem fiuta w garść, po czym wszedłem w jej mokrą, ciasną cipkę.
- Ale Kevin może poczekać. - Jęknąłem, przymykając powieki, bo tak mi było dobrze, gdy jej cipka zaciskała się wokół mnie. - Najpierw muszę zająć się czymś innym.
- Och, naprawdę? - zapytała, wypinając biodra w moją stronę. Niemal słyszałem uśmiech w jej głosie. - A czym?
Wszedłem w nią znowu mocno, aż znalazłem się tak głęboko w jej magicznej cipce, jak tylko jej ciało mi na to pozwalało.
- Tobą.
***
Pół godziny później wyszedłem z domu i biegnąc, przybiłem piątki ze stojącymi przy wejściu motocyklistami z klubu Lawless. Zeskoczyłem z ganku po trzy stopnie naraz i stanąłem przed Kevinem.
- Masz krew na szyi - zauważył.
Zmarszczyłem brwi i postanowiłem jej nie ścierać. Dzieciak we mnie chciał się przechwalać przed bratem każdym szczegółem tego, co ja i Dre robiliśmy rano w łóżku. Z drugiej strony dorosły we mnie - dopiero niedawno dowiedziałem się, że taki istnieje - szybko przypomniał mi, że Dre jest moją żoną. Ogarnęło mnie uczucie zaborczości, którego do tej pory nie znałem. MOJA. MOJA. MOJA - przelatywało mi przez głowę.
Zgromiłem Kevina wzrokiem, jakby wcześniej obserwował, jak się z Dre pieprzymy, albo jakby jakimś cudem zajrzał mi do głowy i zobaczył ją tam nagą.
- Eee, jesteś pewien, że chcesz się tym zająć dzisiaj? - zapytał Kevin, wkładając dłonie do kieszeni plażowych spodenek. - To znaczy po tym wszystkim, co wydarzyło się ostatniej nocy...
Okręciłem kluczyki na palcu.
- Posłuchaj, stary, życie jest krótkie. Kto jak kto, ale ja dobrze to wiem. Trzeba czerpać z niego garściami. Carpe diem, póki się da, i tak dalej. - Machnąłem ręką w powietrzu. - Poza tym motocykliści pilnują mojej rodziny, więc na razie jest okej. Nie zejdzie nam zbyt długo.
Spojrzałem w okno na piętrze i zauważyłem kurtynę błyszczących czarnych włosów, które szybko zniknęły.
- Ona jest cholernie seksowna, bracie - powiedział Kevin, również patrząc w to okno.
- To prawda - zgodziłem się i poklepałem go po plecach, a potem mocno wbiłem mu palce w ramię i poprowadziłem go w stronę vana Beara. - Tknij ją, a odetnę ci obie dłonie. Jasne?
***
- Leave the pieces when you goooooo - zaśpiewałem, podrygując nogą w rytm piosenki The Wreckers, którą słyszałem w głowie. Kevin i ja właśnie staliśmy przed vanem na pustym polu za miastem.
- Co my właściwie tutaj robimy? - zapytał Kevin. - Myślałem, że zabierzesz mnie do Zielarni. Pokażesz mi system. No wiesz, jak hodować i jak zbierać. Tego typu rzeczy.
Cmoknąłem.
- Och, nie, mój drogi bracie. Zanim zostaniesz szefem kuchni, musisz zmyć w chuj dużo naczyń. - I właśnie w tej chwili zza rogu wyłoniła się furgonetka ciągnąca przyczepę i przemierzyła pole przez środek, kołysząc się na boki, bo jechała przez wyboistą ziemię. - Jesteś pewien, że tego chcesz?
- Tak - odparł Kevin. - Co to ma być?
- To są naczynia.
Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak każda inna furgonetka z przyczepą, której towarzyszył irytujący, piszczący dźwięk przy parkowaniu. W końcu się zatrzymała i silnik zgasł.
Jake Dunn, pieprzony blond diabeł we własnej osobie, zeskoczył z fotela kierowcy i obszedł pojazd od tyłu. Otworzył drzwiczki, ignorując naszą obecność. Odsunąłem na bok Kevina, żeby nie uderzyły go drzwi, które wypadły na ziemię, wznosząc w powietrze chmurę pyłu.
- Chwila, co to ma wszystko znaczyć? - zapytał Kevin, patrząc na przyczepę.
W środku zobaczyłem w całości wykonane z metalu sterylne wnętrze. Na hakach na ścianie wisiały ostre narzędzia - noże, coś, co przypominało maczety, a także kilka węży i szpikulców do lodu. Pośrodku przyczepy znajdował się pasujący metalowy stół z odpływem po jednej stronie. Dokładnie za siedzeniem kierowcy na ściance wisiał mały zlew.
Wyciągnąłem rękę niczym modelka z teleturnieju Dobra cena.
- To się nazywa przenośna mordownia, przyjacielu - poinformowałem Kevina i zapaliłem papierosa. - A ten przystojny blond dżentelmen to Jake. A skoro jesteśmy tu, by się uczyć, to lekcja numer jeden brzmi: nie mów Jake'owi, że wygląda jak były członek boysbandu albo jakby wyszedł z magazynu "Bravo". Właściwie nie mów nic, co określiłoby go inaczej niż jako podłego skurwiela, którym zresztą jest.
Jake rzucił mi mordercze spojrzenie, ale jego niebieskie oczy błysnęły.
Ten facet był chodzącą sprzecznością.
Otoczyłem Kevina ramieniem.
- Nie, inaczej. Lekcja numer jeden: nie odzywaj się do Jake'a. Nigdy - powiedziałem. Skinąłem głową na Jake'a. - Dzień dobry, słoneczko! - krzyknąłem, ignorując własną zasadę.
Jake stęknął.
- Kto to ma, kurwa, być?
- Nie wiedziałeś? To jeden z tych dni, gdy przyprowadzamy do pracy braci, o których istnieniu do niedawna nie mieliśmy pojęcia.
Jake spojrzał na Kevina, jakby już go nienawidził. I pewnie tak było. Bo to Jake. Nie trzeba tego wyjaśniać.
- Lekcja numer dwa - kontynuowałem, podając Kevinowi zapalniczkę, którą podpalił swojego szluga. Spojrzałem na jego spodenki. - Dopasuj strój do pracy.
- A co to ma dokładnie znaczyć? - zapytał Kevin, patrząc na swój poplamiony i pognieciony Tshirt z napisem CORAL PINES i klapki, jakby nie było w tym nic dziwnego.
- To znaczy, że masz więcej nie wkładać kąpielówek, chyba że zamierzasz podrywać laski na plaży. Ubierasz się jak student, który zapomniał zrobić pranie. Miej trochę godności, dzieciaku.
Kevin prychnął.
- Jak mam się odpowiednio ubrać do pracy, skoro nawet nie wiem, jakie zadania będę wykonywać? Nie mam pojęcia, czym ty się właściwie zajmujesz - stwierdził Kevin. Brzmiał na sfrustrowanego.
- Mówiłem ci - powiedziałem i w tej chwili Bear i King przyjechali starą furgonetką Kinga. - Będziesz mył naczynia.
King i Bear okrążyli pojazd i obniżyli tylną klapę. Razem wyciągnęli coś, co miało mniej więcej metr osiemdziesiąt długości, było owinięte w folię i zawiązane liną. Przynieśli go... to znaczy, przynieśli TO do przyczepy i położyli na stole z głośnym hukiem.
- Mamy zostać i pomóc? - zapytał King i skinął na powitanie Jake'owi, który opierał się właśnie o stół, nogi miał skrzyżowane w kostkach, a ramiona założone na piersi.
- Dzięki, damy sobie radę, szefie - odparłem.
King i Bear spojrzeli na nas sceptycznie - tak samo patrzyli na mnie, gdy powiedziałem im, jakie mam plany wobec Kevina na dzisiaj.
- To dobrze, bo i tak musimy pomóc pewnemu dupkowi się przeprowadzić - powiedział Bear.
- Tak, a ten dupek unika własnej przeprowadzki, dacie wiarę? - zapytał King. Bear pokręcił głową, a ja zasalutowałem mu środkowym palcem. Odjechali.
- Eee... Co to ma, do cholery, być? - zapytał Kevin, patrząc na stół w przyczepie.
- Nawóz - odparłem.
- Poważnie?
- Nie. - Westchnąłem. - To plastikowa torba o kształcie człowieka, Kevin. Co to według ciebie może, kurwa, być? - Pstryknąłem mu palcami przed twarzą, by skoncentrował się na moich słowach. - A teraz słuchaj, mój uczniu.
- Kto to jest? - zapytał Kevin, zbyt skupiony na tym, co się działo w przyczepie, by na mnie patrzeć. Śledził wzrokiem każdy ruch Jake'a, który właśnie ostrzył swoje noże.
- Martwi nie mają imion - powiedziałem
- To z Gry o tron - zauważył Kevin.
- Ale to nie znaczy, że to nieprawda.
Jake wskazał na drzwi, więc Kevin i ja razem je podnieśliśmy. Trzymaliśmy, dopóki nie usłyszeliśmy kliknięcia ze środka, co oznaczało, że znalazły się na miejscu.
- I co teraz? - zapytał Kevin.
Zapaliłem papierosa i podałem mu go, a potem zapaliłem jednego dla siebie.
- Teraz będziemy czekać. - Oparłem się o ścianę przyczepy.
- A tak w ogóle po co to coś? - zapytał Kevin, patrząc przez ramię na zamknięte drzwi przyczepy.
- Cóż, jeśli Jake nie używa jej właśnie do żadnych niecnych celów, jest wykorzystywana przez farmerów do uboju bydła, żeby nie płacić kroci za transport zwierząt do ubojni i z powrotem.
- Uboju? - zapytał Kevin i podrapał się po gładkim podbródku.
- Tak, słyszałem o tym na kanale podróżniczym - powiedziałem. - Jeśli prowadzący program nie chce mówić "brutalnie podcinają ich gardła, by spuścić z nich całą krew", to mówi "ubój". Dzięki temu mordowanie naszego pożywienia brzmi o wiele przyjemniej, nie sądzisz?
- A co on tam robi? - dopytywał Kevin.
Nie wiedziałem o nim zbyt wiele, rozmawialiśmy ze sobą tylko kilka razy, i to krótko. Ale wiedziałem, że ten dzieciak nie jest głupi. Fakt, zapytał, co Jake zamierza zrobić, ale coś mi mówiło, że już znał odpowiedź.
Z przyczepy dobiegł mnie odgłos piły mechanicznej, a potem coś chlupnęło na drzwi. Oparłem się o nie i zwróciłem do Kevina.
- To geniusz, nie sądzisz? - zapytałem i puściłem do niego oko.
Kevin obserwował przyczepę, jakby to, co znajdowało się w środku, miało zaraz przenieść się na zewnątrz i on właśnie to sobie wyobrażał. Wtedy zrozumiałem, że oczy miał szeroko otwarte, ale nie ze strachu.
Tylko z zafascynowania.
Punkt pierwszy dla braciszka.
- Wygląda na to, że zdałeś pierwszy test. Przez chwilę obawiałem się, że zaraz niewłaściwie zareagujesz - przyznałem. Właśnie w tej chwili Jake trzykrotnie uderzył w drzwi od wewnątrz.
Odeszliśmy na bok i pozwoliliśmy drzwiom znowu opaść na ziemię. Kevin znajdował się po jednej ich stronie, ja po drugiej.
Kiedy Jake wyszedł, nie miał na sobie koszulki. Wokół szyi i talii miał zawiązany czarny gumowy fartuch. Był tak długi, że zakrywał górną część jego butów. Nikt nie poznałby błyszczącej substancji na czubkach jego butów, dopóki nie spojrzałby za Jake'a na scenę w przyczepie. Z każdej powierzchni kapała czerwień w przeróżnych odcieniach, znajdowała się wszędzie - na każdej ścianie i narzędziu.
- Widzisz, cywilom śmierć przeszkadza. Myślę, że to przez całą tę krew, flaki i okropieństwa. To ich najbardziej rusza. - Machnąłem papierosem w powietrzu. - Ale nienawiść i zemsta po jakimś czasie przyzwyczajają nas do takich rzeczy. Wymywają z nas poczucie dobra i zła. Poczucie winy. I to wszystko.
Kevin wyprostował ramiona.
- Ja nie jestem cywilem - oponował.
- Naprawdę? - Przekrzywiłem głowę na bok. - To kim jesteś?
Wzruszył ramionami. Wyglądał tak, jakby przez chwilę się nad tym zastanawiał, a potem spojrzał mi w oczy.
- Jestem Clearwaterem.
Nie odpowiedziałem, bo z jakiegoś powodu przez jego słowa poczułem się głupi. Na szczęście Jake nam przerwał, bo przeszedł po leżących na ziemi drzwiach. Zapalił szluga, rozluźnił ramiona. Strzyknęło mu w szyi. Wskazał na chłodziarkę stojącą niedaleko.
- To dla was - powiedział z lekkim uśmiechem.
- Chcesz się z nami zabrać, stary? - zapytałem.
Kevin podniósł chłodziarkę z jednej strony i szybko ją odstawił, gdy dotarło do niego, jaka jest ciężka.
W oczach Jake'a błysnęło rozbawienie. Pokręcił głową.
- Nie mogę. O czwartej moje dzieci występują w balecie.
- Jasne. Mój chce się zapisać na MMA - odparłem. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, gdy przypomniałem sobie, jak Bo jakieś tysiąc razy wskazywał na walkę w telewizji, a potem na siebie, cały czas podskakując. Jake spojrzał na mnie, jakby na środku czoła wyrósł mi kutas. - To długa historia. Opowiem ci kiedyś przy ciele.
Dawniej nie rozumiałem, jak to jest, że za dnia Jake jest niemal jak seryjny morderca, a wieczorem bawi się w tatusia. Tak było, dopóki sam nie założyłem rodziny. Teraz go za to szanowałem.
Kiedy byłem młodszy, Grace powiedziała mi, że można być niegrzecznym chłopcem, a jednocześnie dobrym człowiekiem. Chyba w końcu zrozumiałem, o co jej chodziło.
Jake odkręcił kurek przy wężu i zaczął polewać wnętrze przyczepy. Zabarwiona czerwienią woda przedostawała się do odpływu, a potem na zewnątrz za pojazdem, tworząc krwawy miniwodospad. A on pogwizdywał, pracując, jak jebany ósmy krasnoludek.
Policzki Kevina przybrały różowy kolor, potem czerwony, gdy mocował się z ciężką chłodziarką. W końcu pomogłem mu zanieść ją do vana i ustawić w środku między workami ze śmieciami, które wcześniej specjalnie ułożyłem.
Zasunąłem drzwi.
- I co teraz? - zapytał Kevin. Uśmiechnąłem się.
- Teraz? Teraz się, kurwa, zabawimy.
Dwadzieścia minut później znaleźliśmy się na starym ślizgaczu Billy'ego i płynęliśmy przez bagno. Zmieniłem piosenkę, którą nuciłem, z Leave the Pieces na Piece of Me Britney Spears.
Tego dnia te "kawałki" rzeczywiście były moim motywem przewodnim.
Zatrzymaliśmy się w moim ulubionym miejscu. Cóż, a przynajmniej ulubionym miejscu przeznaczonym do tego, czym się właśnie zajmowaliśmy. To była polana tuż obok piaszczystej mierzei, znajdująca się za ścianą drzew w miejscu, gdzie bagno spotykało się z rzeką. Tuż za wyspą Kinga. Gdy byliśmy dziećmi, nazwałem to Wyspą Skurwiela.
Kevin pomagał mi wrzucić kawałki tego, który znajdował się w workach - to sprawa klubu, nie moja - do wody dla aligatorów, które już otaczały łódź.
- Cóż, młody. Chciałeś zostać wtajemniczony - oświadczyłem - więc zostałeś.
Kevin wrzucił zawartość kolejnego worka, chyba kolano, do wody. Rozległo się chlupotanie, gdy aligatory zaczęły walczyć o kolację składającą się z ludzkiego ciała. Kevin zaśmiał się i oparł stopy na brzegu łodzi. Słońce zaczęło zachodzić.
- Dzięki, Preppy - powiedział i wytarł dłonie w shorty.
Pokiwałem głową i przechyliłem chłodziarkę, by resztki krwi spłynęły do wody. Odłożyłem ją na bok i poklepałem Kevina po ramieniu, uśmiechając się promiennie.
- Witaj w jebanym rodzinnym interesie, młody. A skoro już mowa o rodzinie - ciągnąłem - to tak naprawdę nie mieliśmy jeszcze okazji o tym porozmawiać. Zamierzasz mi kiedykolwiek powiedzieć, skąd wiesz, że jestem twoim bratem?
- Nie ma zbyt wiele do opowiadania na ten temat - stwierdził Kevin, opierając się o brzeg łodzi. Za jego plecami w wodzie roiły się aligatory. - Urodziłem się na północy Florydy, w małym miasteczku niedaleko Daltony. Moją matką jest ta sama kobieta, która wypchnęła na świat ciebie.
- Opowiadała ci o mnie? - zapytałem. - Bo jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że kobieta, która zostawiła mnie jak starą, niepotrzebną kanapę, w ogóle wypowiedziała moje imię. Po tym, jak spierdoliła.
Kevin pokręcił głową.
- Nie, nigdy nie wspomniała o tobie nawet słowem. Chyba w ogóle się do mnie nie odzywała, jak pamiętam. Jakiś gliniarz znalazł mnie błąkającego się po autostradzie w pieluchach, gdy byłem mały. Oddali mnie do opieki społecznej. Dorastałem w systemie.
- Wierz mi lub nie, ale z nas dwóch to ty miałeś więcej szczęścia - przyznałem.
Kevin westchnął i przewrócił oczami.
- Jasne, jeśli bycie bitym przez rodziców zastępczych można nazwać szczęściem. Albo to, że nie dostawałem jedzenia, bo nie byłem jednym z ich "prawdziwych" dzieci. Albo to, że pozwoliłem kierowcy ciężarówki obmacać się za knajpą w zamian za ciepły posiłek.
Współczułem dzieciakowi. Poważnie. Jednak nic nie mogłem poradzić na to, jak działa mój umysł - więc wybuchnąłem śmiechem.
- Sądzisz, że to zabawne? - zapytał Kevin i wstał, a łódź zakołysała się.
- Tak, właściwie to tak.
- Dlaczego? - zapytał Kevin. Wyglądał na przerażonego i cholernie wkurzonego. Zacisnął pięści po bokach.
- Siadaj - nakazałem.
Prychnął, ale zajął miejsce i defensywnie skrzyżował ręce na piersi.
Nachyliłem się, opierając łokcie na kolanach.
- Chcesz wiedzieć, dlaczego uważam, że to takie śmieszne? - zapytałem. Teraz w moim głosie nie było cienia humoru.
- Oświeć mnie - warknął Kevin.
- Bo zabiłbym, żeby zamienić się z tobą miejscami. Według ciebie to, że jakiś kierowca ciężarówki cię obmacał, jest straszne? Proszę cię, gdybym mógł, pozwoliłbym tuzinowi kierowców walić mi konia, byle tylko nie przeżyć tego, co przeżyłem. - Pochyliłem się w jego stronę. - Wszystko byłoby lepsze niż bycie zgwałconym przez ojczyma i zostawionym przez matkę jak niechciany mebel. Zostawiła mnie i kazała mi żyć z jebanym pedofilem.
Kevin otworzył usta, a potem je zamknął. Podrapał się po swoich zmierzwionych włosach.
- Co stało się z tym ojczymem?
- Zmarł w wyniku tragicznego planowanego wypadku.
- Zabiłeś go?
- King go zabił - odparłem. Wstałem i wskazałem na aligatory otaczające łódkę. - To było jego pierwsze zabójstwo. I dzięki temu znaleźliśmy to miejsce.
- Cholera, stary - rzucił Kevin, pocierając oczy. - Przepraszam, nie wiedziałem, że...
- Więc moje prawo do dzieciństwa zostało trochę bardziej pogwałcone niż twoje. Już mi przeszło, żyjemy dalej. - Machnąłem ręką. - Okej, to powiedz, jak, do cholery, skończyłeś w Logan's Beach? - zapytałem, sięgając do chłodziarki, tej, która nie była przeznaczona na części ciała. Wyciągnąłem dwa piwa i rzuciłem mu jedno.
- Przyjechałem tu, by znaleźć ciebie - odparł Kevin.
- No i?
- Okazało się, że nie żyjesz. - Patrzył wszędzie, byle nie w moje oczy, kiedy upijał długi łyk z puszki. Zrobiłem to samo. Skończyliśmy jednocześnie, razem zgnietliśmy puszki o udo i wytarliśmy usta wierzchem dłoni.
Zaśmialiśmy się, gdy dotarło do nas, że robiliśmy dokładnie to samo. Wtedy zacząłem zauważać między nami podobieństwa. Najbardziej różniły się nasze włosy - jego były gęste, zmierzwione, dawno powinny zostać przycięte. Miał jednak taki sam kształt twarzy jak ja, tylko że ja miałem na swojej wyjątkowo dobrze wystylizowaną brodę. Nasze oczy miały ten sam piwny odcień, chociaż może jego wydawały się szerzej rozstawione. Byliśmy chyba tego samego wzrostu, jednak ja wyglądałem na trochę bardziej umięśnionego, bo kilka miesięcy temu zacząłem ćwiczyć z Kingiem.
King nazwał to "treningiem przywracającym mnie do stanu doskonałości". I teraz ćwiczyliśmy codziennie.
Kevin otworzył kolejne piwo i mi je rzucił.
- Dowiedziałem się o tobie, bo kiedy skończyłem osiemnaście lat, rodzina zastępcza wykopała mnie z domu. Nie miałem dokąd się udać. Pracowniczka pomocy społecznej trochę poszperała i powiedziała mi, że mam brata. Dostałem twoje nazwisko i prawdopodobne miejsce pobytu. Nic więcej. - Uniósł głowę i spojrzał na mnie. - Wiedziałeś, że jesteś tu poniekąd sławny?
- Chyba raczej niesławny - podsunąłem.
- Nazwij to, jak chcesz. Rzecz w tym, że z kim bym nie gadał, wszyscy cię znali lub o tobie słyszeli. Nawet sprawdziłem twoją policyjną fotografię, żeby wiedzieć, jak wyglądasz. Kilka razy przejeżdżałem obok twojego domu, żeby zobaczyć, gdzie mieszkasz, a potem usłyszałem, że kopnąłeś w kalendarz. Raz odwiedziłem twój grób. Przyniosłem ci piwo. - Zagryzł wargę. - Chociaż wypiłem je za ciebie.
Uśmiechnąłem się.
- Ale to w chuj wspaniałomyślne z twojej strony.
- Poznałem Meryla i Freda, gdy sprzedawałem trawkę przy dworcu autobusowym. To mili ludzie. Pozwolili mi u siebie przekimać kilka razy, ale często ich nie ma. Powiem ci, że gdy tamtego dnia pojawiłeś się w ich domu, bo uciekałeś przed gliniarzem, niemal się poszczałem, kiedy dotarło do mnie, że to ty.
Uniosłem palec wskazujący i kciuk i spojrzałem na niego przez szparkę między nimi.
- Dla mnie to też było odrobinkę szokujące. Nigdy nie spodziewałem się, że ktoś nazwie mnie swoim bratem - stwierdziłem. - Na nazwisko naprawdę masz Clearwater? - zapytałem, przypominając sobie, co powiedział wcześniej.
Kevin potrząsnął głową.
- Nie - odparł. - Schmooter. - Brzmiał tak, jakby nie wierzył, że naprawdę to mówi.
Zaśmiałem się i stuknąłem się z nim puszką w toaście, bo jego nazwisko było śmieszne.
- Potrzebujesz jakiejś ksywy czy coś - rzuciłem.
- Tak, chyba masz rację - zgodził się.
- Coś dla ciebie wymyślę... Schmooty? - podsunąłem.
Kevin pokręcił głową.
Uruchomiłem silnik łódki.
- Kev-ster? Bardzo w stylu Kevina samego w domu. Bardzo w stylu lat dziewięćdziesiątych.
Przewrócił oczami.
Rzuciłem mu przepustnicę.
- Kevin Rąsia? - zapytałem, przekrzykując wiatr.
Kevin pokazał mi środkowy palec.
- Co? Za wcześnie na takie żarty? - zapytałem.
- Odpierdol się - oznajmił Kevin, jednak próbował zakryć uśmiech ręką.
- Nie chcę poruszać tego tematu, gdy tak dobrze się razem bawimy i w ogóle... - zacząłem podniesionym głosem. Musiałem przekrzyczeć wiatr i dźwięk pracującego silnika, bo płynęliśmy coraz szybciej i szybciej. Kevin złapał się metalowej rury przytwierdzonej do siedzenia pod jego nogami. - Ale zdajesz sobie sprawę, że jeśli dowiem się, że miałeś coś wspólnego z tym, co przytrafiło się wczoraj Dre, albo jeśli zrobisz jej lub mojemu dzieciakowi coś, co mnie zaniepokoi, to w następnej kolejności te jebane aligatory zjedzą ciebie.
Nie wiem, jakiej reakcji się spodziewałem po tej groźbie, ale na pewno nie uśmiechu.
- Nie wątpiłem w to ani przez sekundę, Prep - odkrzyknął.
- Cieszę się, że się rozumiemy.
Docisnąłem przepustnicę, kierując się w stronę płytkiej wody i wysokich traw. Po drodze dla jaj wykonałem kilka ostrych skrętów i kilka obrotów o sto osiemdziesiąt stopni. Kevin nawet śpiewał ze mną - dość wysokim głosem - Piece by Piece Kelly Clarkson. Cóż, to bardziej były krzyki na wietrze niż prawdziwy śpiew.
Czułem, że Kevin nie miał nic wspólnego z próbą porwania Dre, ale nie byłem w stu procentach pewien. Jeszcze nie. Rodzina była dla mnie wszystkim, a powiedzenie, że krew jest gęstsza niż woda, gówno dla mnie znaczyło, bo wiedziałem, kto jest mi najbliższy. Krew nie tyle nas wiązała, co ją za siebie przelewaliśmy.
- Może następnym razem wrócimy tu i pobiegamy z aligatorami. Zobaczymy, jak wielkie masz jaja - powiedziałem.
- A co to, do cholery, znaczy: pobiegamy z aligatorami? - zapytał Kevin.
- Pokażę ci następnym razem - powtórzyłem.
Po kilku minutach ciszy spojrzałem na Kevina i wybuchnąłem śmiechem. Usta miał szeroko otwarte, wiatr wydymał jego policzki, a dziąsła i zęby były doskonale widoczne. Pokazał mi uniesione kciuki.
Głupek.
W sumie polubiłem mojego brata.
Jeśli będę musiał go zabić, to będzie naprawdę do kitu.