Rozdział 1. Kulinaria i polityka
Rozdział 1
Kulinaria i polityka
Byt kształtuje świadomość - ogłosił kiedyś Karol Marks i mimo że jego
doktryna całkowicie się zdezaktualizowała, to w tym wypadku trudno się z nim nie zgodzić. Nie bez powodu większość kryzysów
społeczno-politycznych w PRL-u miała źródło w fatalnym zaopatrzeniu
sklepów. Także najważniejszy z nich - strajki z 1980 roku, które
ostatecznie doprowadziły do upadku komunizmu nad Wisłą - miały
ekonomiczną przyczynę. Buntujący się robotnicy chcieli nie tylko lepiej
zarabiać, lecz także mieć możliwość zakupu podstawowych towarów
konsumpcyjnych, a szczególnie żywności. Dopiero potem pojawiły się
postulaty o charakterze politycznym.
Kartki i kontyngenty
Polska wyszła z drugiej wojny światowej potwornie okaleczona. Naród
poniósł ogromne straty demograficzne (największe ze wszystkich
walczących stron w stosunku do liczby ludności), kraj został zniszczony.
Co nie padło ofiarą Niemców i działań wojennych, to zrabowali Sowieci.
Do tego doszły jeszcze drastyczna zmiana granic i masowe przesiedlenia
ludności. Nic zatem dziwnego, że komuniści, którzy zdobyli władzę nad
Wisłą, stanęli przed trudnym zadaniem. Chodziło o odbudowę kraju,
przemiany społeczno-polityczne, likwidację analfabetyzmu oraz o zapewnienie społeczeństwu podstaw egzystencji. Kluczową kwestią było
zagwarantowanie regularnych dostaw produktów żywnościowych, co miało
uchronić władze przed społecznym niezadowoleniem i wykazać, że komuniści
potrafią zadbać o potrzeby ludności.
Gospodarska wizyta pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w Izbicku w województwie opolskim, sierpień 1978 roku.
Trudno określić, czy ówcześni decydenci faktycznie wierzyli w sukces,
tym bardziej że w Związku Sowieckim nie potrafiono się uporać z tym
problemem przez ponad trzydzieści lat. Komuniści jednak zawsze słynęli z kreatywności w wyszukiwaniu odpowiedzialnych za ich porażki. Na początek
winą obarczano zniszczenia wojenne, potem doszli wewnętrzni wrogowie
nowego ustroju oraz zachodni imperialiści. Gdy temat uznawano za ograny,
szukano kolejnych winnych, by na nich zrzucić odpowiedzialność. Metodę
tę stosowano aż do końca socjalizmu nad Wisłą.
Początkowo działania władz spotkały się ze społeczną aprobatą. Wszyscy
zdawali sobie sprawę, że kraj jest zniszczony i trzeba go odbudować oraz
unowocześnić. Dlatego nie protestowano, gdy rządzący przedłużyli
okupacyjny system dystrybucji deficytowych towarów. Objął nie tylko
artykuły spożywcze, lecz także wyroby przemysłowe, takie jak buty,
zapałki, nafta czy mydło.
Wprowadzono kartki na chleb, mąkę, kaszę, ziemniaki, warzywa, mięso,
tłuszcze, cukier, słodycze, mleko, kawę, herbatę, sól i ocet. System
reglamentacyjny istniał wówczas nie tylko w krajach bratniego obozu,
lecz także w państwach zachodnich należących do zwycięskiej koalicji. W Polsce zastosowano jednak istotną poprawkę mającą obrzydzić życie
wszelkim wrogom przemian nad Wisłą: kartki otrzymywały wyłącznie osoby
zatrudnione i ich rodziny, natomiast z systemu wyłączono element uznany
za podejrzany. Zaliczono do niego uchylających się od obowiązku pracy,
przedwojennych urzędników, ziemian i osoby uznane za wrogów nowego
ustroju. Zresztą ludzie ci mieli także duże problemy ze znalezieniem
zatrudnienia, a zgodnie ze stalinowską zasadą, kto nie pracował, ten nie
jadł. Inna sprawa, że większość z nich wcale nie marzyła o etacie w gospodarce uspołecznionej.
Mimo reglamentacji sytuacja zbytnio się nie poprawiła, zatem władze
znalazły winnych. Ogłoszono, że przyczyną złej sytuacji na rynku
żywnościowym jest postawa chłopów. Jeszcze w 1944 roku dekretem PKWN-u wprowadzono obowiązkowe dostawy, czyli przymusowy skup produkcji rolnej,
co spotkało się z oporem rolników. Kontyngenty były bowiem wysokie, a do
tego ustalane według nie do końca sprecyzowanych zasad. Najczęściej
określali je urzędnicy zza biurka niemający wiedzy o specyfice
podległego im terenu. Oczywiście był to też powód do korupcji, a czasami
do wyrównywania prywatnych porachunków.
Narzucane normy mogą budzić zdziwienie. Właściciel gospodarstwa o powierzchni czterech hektarów został zobligowany do oddawania państwu
120 kilogramów zboża, ale rolnik posiadający dziesięć hektarów ziemi
ornej musiał przeznaczyć na kontyngenty aż 1600 kilogramów.
Opornych chłopów piętnowano jako kułaków i wrogów ustroju
sprawiedliwości społecznej. Niebawem też na wsi pojawiły się brygady
miejskich aktywistów siłą odbierających płody rolne i zwierzęta. Czasami
przybierało to drastyczne formy, zdarzały się przypadki bicia oraz
bezwzględnej grabieży.
Kontyngenty oficjalnie zniesiono w czerwcu 1946 roku, ale była to
decyzja typowo polityczna niemająca uzasadnienia ekonomicznego. Zbliżało
się bowiem referendum, w którym społeczeństwo miało wyrazić aprobatę dla
przemian w Polsce. Chociaż komuniści przygotowywali się do fałszerstwa
na ogromną skalę, zadbano, by na wsi poprawiły się nastroje i jak
najwięcej rolników rzeczywiście zagłosowało "3 x tak" (motyw ten
uwzględnił reżyser Sylwester Chęciński w swojej komedii o perypetiach
Kargula i Pawlaka Sami swoi).
Jednocześnie łagodzono system reglamentacji towarów. W 1946 roku
zniesiono kartki na zapałki, warzywa, kawę i herbatę, a w kolejnych
miesiącach w wolnej sprzedaży pojawiły się sól, nafta i ziemniaki.
Całkowita likwidacja systemu nastąpiła z początkiem 1949 roku, co
wiązało się z przejęciem przez państwo całkowitej kontroli nad rynkiem
wewnętrznym w efekcie bitwy o handel. Władze zdawały sobie jednak
sprawę, że jest to działanie przedwczesne, i od razu wprowadziły bony
tłuszczowe, czyli kartki na słoninę, smalec, masło i margarynę1.
Decyzja o zniesieniu reglamentacji także miała podłoże polityczne -
wiązała się z powstaniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej
(grudzień 1948 roku). Chodziło o poprawę nastrojów społecznych i czytelny dowód, że zjednoczenie ruchu robotniczego będzie skutkowało
sukcesami gospodarczymi. Przy okazji miało być potwierdzeniem słuszności
likwidacji sektora prywatnego. Nie zwrócono jednak uwagi na nieco
humorystyczną okoliczność. Koniec reglamentacji ogłoszono zaledwie dwa
tygodnie po kongresie zjednoczeniowym, co spowodowało, że polepszenie
sytuacji rynkowej można było zaliczyć do kategorii cudu. I to nie tylko
gospodarczego.
Bitwa o handel, spółdzielczość i stonka
W kwietniu 1947 roku minister przemysłu i handlu Hilary Minc na plenum
Polskiej Partii Robotniczej ostro zaatakował sektory prywatny i spółdzielczy, ogłaszając, że dochody państwa w dużym stopniu zasilają
własność nieuspołecznioną. Miało to grozić powrotem kapitalizmu, na co
partia nie mogła pozwolić. W tej sytuacji przyjęto rozwiązania mające
wyeliminować własność prywatną z życia gospodarczego kraju i umożliwić
przejęcie kontroli nad handlem i usługami przez państwo. W przyszłości
działania te nazwano bitwą o handel. Stała się ona jednym z głównych
powodów późniejszych problemów gospodarczych PRL-u.
Wprawdzie oficjalnie nie zamierzano likwidować sektora prywatnego, lecz
wyłącznie poddać go kontroli państwa, jednak w praktyce oznaczało to
uspołecznienie rynku. Odgórnie narzucano ceny poszczególnych towarów,
uniemożliwiając w ten sposób inicjatywę prywatną i działalność opartą na
zysku. Na właścicieli sklepów i punktów usługowych nakładano wysokie
kary finansowe. Trafiali nawet do obozów pracy za rzekomą spekulację,
czyli osiąganie zbyt dużych dochodów2.
Przy okazji warto zwrócić uwagę na stosunkowo mało znaną sprawę ruchu
spółdzielczego. W czasach PRL-u działalność tego rodzaju została
skompromitowana (podobnie jak wiele innych inicjatyw społecznych),
natomiast przed pierwszą wojną światową stanowiła ważny element walki z zaborcą, a zarazem przejaw polskiej tożsamości i operatywności. Jednym z jej pomysłodawców był Stefan Żeromski. Prężnie działali w szeregach
spółdzielczych późniejszy prezydent Drugiej Rzeczypospolitej Stanisław
Wojciechowski, Maria Dąbrowska czy filozof Edward Abramowski (pierwowzór
Szymona Gajowca z Przedwiośnia Żeromskiego).
Ruch spółdzielczy miał stanowić antidotum na polskie wady narodowe. Jego
aktywiści udowadniali, że nasi rodacy są zdolni do ciężkiej,
systematycznej i wytrwałej pracy tak odległej od polskiej natury. Nie
bez powodu pisarz Aleksander Świętochowski mawiał, że przeciętny Polak
dla zbawienia kraju gotów jest rzucić się do Wisły i ją wypić, ale nie
sposób nakłonić go do codziennego wypijania szklanki wody. Wtórował mu
Bolesław Prus, uważając, że wielu naszych rodaków da sobie uciąć głowę
dla ojczyzny, ale nie będą regularnie chodzili do fryzjera.
Nazwa "Społem" pojawiła się z inicjatywy Wojciechowskiego, który za radą
Żeromskiego powołał miesięcznik o tej nazwie. Periodyk osiągnął
natychmiastowy sukces i wkrótce został przekształcony w dwutygodnik.
Okazało się, że ruch spółdzielczy w Polsce ma przed sobą wielką
przyszłość, co potwierdziły jego losy w okresie międzywojennym. Doszło
wówczas do zjednoczenia organizacji z terenów trzech zaborów pod szyldem
"Społem" Związek Spółdzielni Spożywców RP.
Ciekawostką natomiast pozostaje fakt, że przed pierwszą wojną światową z ruchem spółdzielczym związał się pewien młody działacz PPS-Lewicy, który
wszedł nawet do zarządu Lubelskiej Spółdzielni Spożywców: Bolesław
Bierut. Nie przeszkodziło mu to po latach patronować zniszczeniu ruchu,
chociaż zachował sympatię do Marii Dąbrowskiej. Przyszła pisarka
prowadziła wówczas miejscową gazetę spółdzielczą i Bierut już w czasach
PRL-u zadbał, by Dąbrowska - mimo swoich poglądów - doszła do
porozumienia z komunistami.
Bitwa o handel całkowicie zmieniła polski system gospodarczy. Została
praktycznie zlikwidowana trójsektorowość handlu (sklepy państwowe,
spółdzielcze i prywatne) - ruch spółdzielczy nadal miał istnieć, ale w formie okaleczonej i karykaturalnej. Decyzją władz zlikwidowano sensowną
działalność gospodarczą i handel hurtowy, upaństwowiono należące do
Społem przedsiębiorstwa i fabryki. Przejęto ponad pięć tysięcy sklepów i placówek, a pozostałe pomijano przy dystrybucji towarów. Zmiany miały
nadejść dopiero wraz z epoką Edwarda Gierka3.
Jeszcze gorzej potoczyły się losy handlu prywatnego. Do 1949 roku liczba
sklepów spadła o połowę, a sektor państwowy przejął całość obrotów
hurtowych i ponad osiemdziesiąt procent handlu detalicznego. Spowodowało
to poważne problemy w zaopatrzeniu, a w najgorszej sytuacji znalazły się
małe ośrodki miejskie, gdzie stosukowo łatwo likwidowano placówki
prywatne, natomiast uspołecznione powstawały z dużymi oporami. Poza tym
państwowe sklepy funkcjonowały znacznie gorzej niż prywatne, a ich
personel z reguły nie dbał o zadowolenie klientów i dostępny asortyment.
W efekcie, aby zdobyć podstawowe towary, należało się wybrać do
większego miasta. Gorzej, że przy okazji zlikwidowano też prywatne i spółdzielcze punkty skupu, co fatalnie wpływało na zbyt płodów rolnych.
Wystąpiły też ogromne kłopoty z zakupem odpowiednich narzędzi, odzieży
czy środków chemicznych koniecznych do ochrony upraw4.
W konsekwencji przyniosło to katastrofalną plagę stonki ziemniaczanej.
Władze oskarżały amerykańskich imperialistów o zrzucanie chrząszczy z samolotów (początkowo na terenie Niemieckiej Republiki Demokratycznej, a potem Polski), co - oczywiście - nie było prawdą. W połowie 1950 roku
prasa oficjalnie oskarżyła Stany Zjednoczone o prowadzenie wojny
biologicznej. Ogłoszono, że przy polskim wybrzeżu Amerykanie zrzucili do
Bałtyku pojemniki ze stonką, skąd owady rozpoczęły inwazję na uprawy w naszym kraju. Nikt jednak nie wyjaśnił, jak stonka wydostała się z pojemników i dotarła do brzegu.
W rzeczywistości owad zwany żukiem z Kolorado pojawił się we Francji w 1922 roku wraz z transportem ziemniaków zza oceanu i do wybuchu wojny
opanował znaczną część kontynentu. W najbardziej zorganizowany sposób
zwalczano go na terenie Trzeciej Rzeszy, gdzie członkowie Hitlerjugend
masowo zbierali stonkę na polach, podobnie jak kilka lat później
aktywiści polskich organizacji młodzieżowych. Nikt jednak w Niemczech
nie oskarżał wroga o wojnę biologiczną, gdyż tego rodzaju zarzuty byłyby
zbyt absurdalne nawet jak na możliwości hitlerowskiej propagandy.
Plaga stonki stanowiła naturalną klęskę, której kolejno doświadczały
kraje europejskie. W Polsce przybrała katastrofalne rozmiary z powodu
ostrego deficytu środków owadobójczych - jednego z efektów bitwy o handel. Co więcej, ogromne monokulturowe pola tworzonych właśnie PGR-ów
były idealnym siedliskiem dla żerowania i rozwoju stonki. Pasiaste owady
przystosowały się również do konsumpcji bakłażanów, papryki i pomidorów,
co być może wyjaśnia nieobecność na polskich stołach w późniejszych
latach dwóch pierwszych z tych warzyw.
Dla komunistów stonka była jednak prawdziwym darem niebios. Mieli bowiem
kolejny powód, by wyjaśnić niedobory na rynku żywnościowym, a przy
okazji zjednoczyć naród wokół wspólnego zagrożenia. Oczywiście dostało
się kułakom i amerykańskim imperialistom, a nawet księżom, którzy ponoć
odradzali prace społeczne w niedziele. PRL-owscy propagandziści w odpowiedzi ułożyli następującą rymowankę:
"Nie lekceważ sobie stonki,
nie mów: "Trzy czy cztery dzionki".
Nie zaważy przecież wiele,
będę tępić ją w niedzielę".
Hałas medialny wokół zwalczania stonki przybrał rozmiary wcześniej
niespotykane, a większość społeczeństwa bezkrytycznie wierzyła w forsowaną narrację5.
PGR-y, spółdzielnie produkcyjne i świniobicie
Centralnie sterowana gospodarka nie była jednak w stanie zapewnić
odpowiedniej podaży żywności, zatem przed sklepami regularnie tworzyły
się ogromne kolejki. Dostawy nie zaspokajały potrzeb klientów i w punktach sprzedaży dochodziło do dantejskich scen.
"Starsi kłócili się i klęli - skarżył się pewien mieszkaniec Lubartowa -
dzieci płakały strasznie, kości trzeszczały i obrywały się guziki. Ja po
2 godzinach stania dostałem litr octu - ba, w chwili dociśnięcia mnie do
skrzyni z gwoździami podarłem odświętne spodnie. Nie wszyscy kupili
wtedy nawet ocet"6.
W tej sytuacji w sierpniu 1951 roku ponownie wprowadzono kartki na
żywność. Początkowo na mięso i jego przetwory (nadal obowiązywała
reglamentacja tłuszczów), potem poszło już lawinowo: masło, olej, mydło,
środki piorące, cukier, słodycze. System utrzymał się przez trzy lata, a jego zniesieniu towarzyszyła gwałtowna podwyżka cen. Był to kolejny cios
w społeczeństwo ze strony państwa, bowiem w październiku 1950 roku
dokonano już drastycznej reformy walutowej. Wprowadzono nowego złotego
po bardzo niekorzystnym kursie dla ludności, a wymiana uderzyła w zasoby
gotówki przetrzymywanej w domach. W ten sposób unieważniono około
sześćdziesięciu procent pieniędzy znajdujących się w obiegu.
System kartkowy jednak się nie sprawdzał. Główną przyczyną niepowodzenia
był fakt, że w Polsce nie powiodła się kolektywizacja rolnictwa, a co za
tym idzie - regularny odbiór stałych kontyngentów narzuconych na ludność
wiejską. Nie przyjęły się spółdzielnie produkcyjne zrzeszające
indywidualnych rolników, którzy gospodarowali wspólnie, by podnieść
wydajność. Wprawdzie ich liczba sięgnęła prawie dziesięciu tysięcy, ale
obejmowały zaledwie dziewięć procent użytków rolnych. Chłopi nie chcieli
przystępować do spółdzielni, widząc w tym zamach na ich własność i próbę
organizacji kołchozów na wzór sowiecki. Nie pomagały naciski władz -
kolektywizacja była w Polsce skazana na porażkę, do czego milcząco
przyznano się podczas odwilży po śmierci Stalina, gdy większość
spółdzielni rozwiązano.
Jeszcze gorzej przedstawiała się rentowność Państwowych Gospodarstw
Rolnych powstających głównie na Ziemiach Odzyskanych. Łącznie PGR-y
objęły dwanaście procent gruntów ornych, a zyski z ich działalności były
bardzo dyskusyjne. Pochłaniały bowiem aż połowę wydatków na inwestycje
rolne, a tylko jedna trzecia gospodarstw nie przynosiła strat. Większość
z nich balansowała w okolicy zera, zaś wyniki ekonomiczne zależały od
urodzaju i pogody. W tej sytuacji największą rolę odgrywały kontyngenty
ściągane z gospodarstw indywidualnych. I właśnie tam napotykano
największy opór. Aby zmniejszyć obciążenie, chłopi stosowali różne
metody, z których najważniejsze było rozpisanie posiadanej ziemi na
poszczególnych członków rodziny. Kontyngenty zabierały ze wsi aż 85
procent zapasów zbóż oraz połowę produkcji ziemniaków i zwierząt
rzeźnych7.
Chłopi zwlekali z realizacją kontyngentów, obawiając się, że ich szybka
dostawa spowoduje podniesienie norm na kolejny rok. Przy okazji
krytykowali fatalną organizację punktów skupu, których było niewiele,
pracowały zbyt krótko, a ich personel sprawiał wrażenie kompletnie
niezainteresowanego swoimi obowiązkami. Brakowało też odpowiednich
miejsc do przechowywania plonów, które podczas deszczowej pogody gniły
pod gołym niebem. Do tego terminy skupu wyznaczano bez uwzględniania
specyfiki pracy na roli i zdarzało się, że chłopi musieli przerywać
żniwa lub wykopki, by wypełnić zobowiązania. Dodatkowo ceny wyznaczane
przez państwo były zbyt niskie i nie uwzględniały rzeczywistych kosztów.
Władze nie przejmowały się jednak sprzeciwem rolników, a metody przymusu
stawały się coraz bardziej surowe. Gdy nie pomagały próby ośmieszania
czy kompromitacji, do akcji wkraczały bojówki młodzieżowe i funkcjonariusze milicji. Dochodziło do samowolnych rekwizycji i przemocy
fizycznej. Nakładano grzywny, a najbardziej oporni trafiali do aresztu
lub nawet otrzymywali wyroki więzienia.
Filmową ilustracją tych działań są sceny z piątego odcinka serialu Dom
(Ponad 200 czwartków), kiedy to na podwarszawską wieś dotarła bojówka
studencka, rekwirując gospodarzowi całość posiadanego ziarna. Nie
pozostawiono nawet zapasu na siew, tłumacząc, że nie wywiązał się z obowiązkowych dostaw, a przez takich jak on w Warszawie poprzedniego
dnia nie było chleba. Rozwścieczony rolnik w akcie desperacji zaczął
zarzynać siekierą swoje kury, krzycząc, żeby zabrali mu wszystko. Scena
mocno zapada w pamięć. Szczególne dylematy przeżywał główny bohater
Andrzej Talar, który - sam pochodząc ze wsi - nie do końca był
przekonany o słuszności takiego postępowania.
Do najgłośniejszych przypadków nadużyć związanych z rekwizycjami doszło
w powiecie gryfickim na Pomorzu Zachodnim. Brygada Związku Młodzieży
Polskiej potraktowała partyjne zalecenia dosłownie i zabrała opornym
chłopom wszystko, co posiadali.
"W stodołach i na strychach rozbijano ściany, zrywano pułapy -
relacjonował jeden z prokuratorów badających sprawę. - W mieszkaniach
wyrzucano ubrania i bieliznę z szaf na ziemię, często uszkadzając szafy,
z łóżek zwalano pościel, zrywano ze ścian obrazy, zrywano tapety,
rozbijano piece, uszkadzano meble, przewracano i tłuczono naczynia z sokiem i inną zawartością, wylewając na podłogę, zjadano znalezione
artykuły żywnościowe, jak jajka, słoninę, kiełbasę"8.
Jednego z chłopów zmuszono do siedzenia przez wiele godzin okrakiem na
beczce, czemu przyglądała się reszta spędzonych mieszkańców. Ze wsi
wywieziono praktycznie wszystko, nie zostawiając chłopom nawet ziarna na
siew czy wyżywienie rodzin. Sprawą zajęło się Biuro Polityczne KC PZPR,
potępiając działania bojówki jako "łamanie linii partyjnej" i "jaskrawe
pogwałcenie praworządności"9. Rozwiązano komitet
powiatowy partii w Gryficach, a niektórzy winni otrzymali nawet wyroki
skazujące.
Sytuacja na wsi nie poprawiła się znacząco nawet po odwilży 1956 roku.
Zniesiono co prawda obowiązkowe dostawy mleka, o trzydzieści procent
zmalały normy dostarczania zboża oraz podniesiono ceny obowiązkowego
skupu, jednak podstawowe zobowiązania nie uległy zmianie10.
Mimo wszelkiego rodzaju szykan obowiązkowe kontyngenty nie spełniały
swojej funkcji, tym bardziej że chłopi prowadzili nielegalny handel i ubój zwierząt. Pomagał im w tym... lokalny aparat partyjny powiązany z nimi rodzinnie i towarzysko. Ludzie ci doskonale zdawali sobie sprawę,
że gdyby rolnicy "nie bili na lewo, toby wyzdychali". Przyjęto zasadę,
że z trzech świń hodowanych w chlewie jedna jest przeznaczona dla
państwa, druga na sprzedaż, a trzecia do nielegalnego uboju. Z tego też
powodu omijano przepisy nakazujące rejestrację zwierząt, zmieniano ich
płeć w dokumentach, by umożliwić reprodukcję, a przede wszystkim
korumpowano kontrolerów. Wśród chłopów rosło przekonanie o braku
opłacalności uprawy i hodowli, gdyż im więcej odnosili sukcesów, tym
więcej musieli oddać państwu. Utrwalały się przyzwolenie na oszustwo i wszelkiego rodzaju kombinacje. Warto jednak pamiętać, że gdyby nie
podziemie gospodarcze na wsi, sytuacja z zaopatrzeniem kraju byłaby
jeszcze trudniejsza11.
Normalną praktyką stosowaną niemal przez wszystkie polskie rodziny był
udział w nielegalnym świniobiciu. Jeden z autorów (S.K.) doskonale
pamięta, jak jego rodzice raz do roku jeździli do wuja mieszkającego w podwarszawskich Markach, który przed świętami Bożego Narodzenia kupował
dorodnego prosiaka. Zwierzę zabijano w garażu, a udziałowcy dzielili się
łupem. Z reguły w procederze brały udział cztery osoby, a prosiaka
dzielono tak, by każdy dostał choć kawałek szynki oraz inne atrakcyjne
rodzaje mięsa. W sprawę obowiązkowo wtajemniczony był znajomy
weterynarz, który - w zamian za swoją część łupu - badał mięso. Wszystko
działo się po zmroku, chociaż sąsiedzi wuja i tak doskonale wiedzieli,
co właśnie dzieje się na jego posesji. Sami zresztą postępowali
podobnie.
Mięso konserwowano w saletrze, a smaku tamtej szynki autor nigdy nie
zapomni. Oczywiście znaczną część prosiaka od razu przerabiano na
wędliny i wędzono, a potem zamrażano. Dzięki temu część doczekała nawet
Wielkanocy.
O takich praktykach - oczywiście - powszechnie wiedziano, ale władze z reguły przymykały oczy, znając sytuację na rynku żywnościowym. Z tego
też powodu tolerowano działalność tak zwanych bab z cielęciną
handlujących mięsem z uboju jałówek. Cielęcina była praktycznie
nieobecna w sklepach, ale nielegalnie jej zakup był jak najbardziej
możliwy. W karykaturalny sposób ukazał to Stanisław Bareja w Misiu,
gdzie miejscem dystrybucji mięsa był kiosk Ruchu, a jego sprzedaż
głównym zajęciem ekspedientki.
Stałym widokiem na osiedlach miast PRL-u były też handlarki jaj prosto
od chłopa. Z reguły miały stałych odbiorców. Informacje o ich
działalności szybko się rozchodziły i na brak klientów nigdy nie
narzekały. Niektóre z nich przywoziły ze wsi także swojską śmietanę, z którą ta nabywana w sklepach nie mogła się równać.
Innym efektem ubocznym niedoborów żywnościowych był rozwój łowiectwa.
Zarówno tego jak najbardziej legalnego, jak i kłusownictwa. Odstrzelona
zwierzyna po zbadaniu przez weterynarza trafiała bowiem w ręce
myśliwych, co znacznie wzbogacało jadłospis ich rodzin. Pewną część
nabywały ekskluzywne lokale gastronomiczne, sprzedawano też mięso
znajomym czy sąsiadom. Czasami przybierało to anegdotyczny charakter,
jak w przypadku znajomych współautora (S.K.) mieszkających w Ostrowcu
Świętokrzyskim. Byli dość zamożnymi ludźmi i przed Bożym Narodzeniem
nabyli zająca. Powiesili zwierzaka na balkonie, by odpowiednio skruszał
(mieszkali na pierwszym piętrze) - i pewnej nocy trofeum zniknęło.
Najwyraźniej jeden z sąsiadów nie mógł znieść epatowania zamożnością i zadbał, by właśnie on w to Boże Narodzenie raczył się combrem i pasztetem z zająca.
Na terenach podmiejskich i na wsi dość popularna była w PRL-u hodowla
gołębi. Stado rasowych brajtszwanców miał również bohater serialu w reżyserii Stanisława Barei Alternatywy 4, Józef Balcerek (Witold
Pyrkosz), z którymi nie rozstał się mimo przenosin z warszawskiego
Targówka do wieżowca na Ursynowie. Niektóre egzemplarze trafiały czasami
do garnka. Ten, kto nigdy nie jadł delikatnego rosołu z gołębia i jego
odpowiednio przyprawionego mięsa, wiele stracił.
Obowiązkowe dostawy zniesiono dopiero pod koniec 1971 roku.
Afera mięsna
Władze nadal nie potrafiły się uporać z zaopatrzeniem sklepów w żywność.
Problem ten urastał do rangi sprawy politycznej. Jednak rządzący nie
mogli przecież przyznać, że jest on spowodowany niewydolnością systemu
gospodarczego. Wciąż szukano zatem winnych zaistniałej sytuacji.
Wyeksploatowano już temat stonki (całkiem niezłe efekty przyniosły
opryski pestycydami), a amerykańscy imperialiści i zachodnioniemieccy
rewizjoniści także przestali już robić na kimkolwiek wrażenie. W tej
sytuacji uznano, że winę należy zrzucić na spekulantów i oszustów
gospodarczych.
Największe znaczenie dla nastrojów społecznych miały dostawy mięsa i jego przetworów - w tym sektorze popyt zawsze przewyższał podaż. Nie
jest jednak prawdą, że przez całą epokę PRL-u jatki straszyły pustymi
hakami, bowiem w czasach Władysława Gomułki zaopatrzenie można było
uznać za względnie przyzwoite. Dotyczyło to jednak wyłącznie tanich
gatunków wędlin - salcesonu, kaszanki czy podrzędnej kiełbasy. Zdobycie
szynki, baleronu i polędwicy stanowiło już poważny kłopot, a w społeczeństwie dało się zauważyć coraz bardziej wyrafinowany gust. Z konieczności tolerowano więc działalność prywatnych masarni, zdając
sobie sprawę, że bez ich produkcji rynek handlu mięsem uległby
całkowitej destabilizacji. Przy okazji władze stosowały różne metody
ograniczające popyt, z których najbardziej widoczny był obowiązujący od
1959 roku zakaz handlu mięsem w poniedziałki. W ten dzień sklepy i stoiska były zamknięte, a na stołówkach i w restauracjach serwowano
potrawy jarskie. W efekcie komentowano złośliwie, że katolicy poszczą w piątki, a marksiści w poniedziałki.
Ograniczenie podaży lepszych gatunków mięsa i wędlin było zgodne z przekonaniami Władysława Gomułki. Towarzysz Wiesław uważał bowiem, że
społeczeństwo powinno kontentować się kaszanką i pasztetową, a nie
marzyć o szynce. Na podobne luksusy czas miał nadejść dopiero w przyszłości. Jednak naród najwyraźniej nie zamierzał czekać. W tej
sytuacji konieczne było znalezienie winnych i wymierzenie im
najostrzejszych kar.
18 kwietnia 1964 roku na warszawskim Okęciu aresztowano 44-letniego
Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora państwowego przedsiębiorstwa Miejski
Handel Mięsem Warszawa-Praga. Od dłuższego czasu pozostawał pod
obserwacją milicji i doskonale nadawał się do roli kozła ofiarnego.
Zajmował wysokie stanowisko, decydował o dostawach do poszczególnych
sklepów, a co najważniejsze - chętnie przyjmował łapówki.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem milicja wkroczyła do jego mieszkania.
Rewizja trwała całą noc, funkcjonariusze szukali śladów przestępczej
działalności dyrektora. Łup był obfity - zabezpieczono ponad dwa
kilogramy złota i 34 tysiące dolarów. Niebawem ruszyły kolejne
aresztowania. Łącznie zatrzymano dwudziestu siedmiu kierowników sklepów
mięsnych, jedenastu właścicieli prywatnych masarni oraz również
jedenastu pracowników dyrekcji MHM. Za kraty trafiło ponad trzysta osób
(w tym członkowie Państwowej Inspekcji Handlowej), zaś w lakonicznym
komunikacie prasowym poinformowano, że ludzie ci podejrzewani są o "kradzież znacznych ilości mięsa i jego przetworów".
"Nastąpiły aresztowania pracowników i kierownictwa - wspominał były
pracownik zakładów mięsnych na Służewcu, Sławomir Rostkowski - (...)
łącznie ze wszystkimi dyrektorami. Aresztowania trwały przez okres kilku
miesięcy. Przyjeżdżali panowie na portiernię, wzywali telefonicznie
pojedyncze osoby po nazwiskach i odwozili do komendy
stołecznej"12.
Prowadzący śledztwo za wszelką cenę chcieli potwierdzić istnienie i działalność mafii mięsnej. Aresztowanych brutalnie przesłuchiwano, by
wymusić odpowiednie zeznania.
"Spałem rano, kiedy przyszli - opowiadał inny z pracowników tych samych
zakładów, Jan Słoniewski. - Zwinęli mnie i wywieźli na Rakowiecką. Ja
się do niczego nie przyznawałem, to dlatego mnie torturowali. Zarzucali
mi, że sprzedawałem [kradzione] salcesony i kaszankę"13.
Produkty te należały do najtańszych wyrobów na rynku, ale śledczy nie
zwracali uwagi na podobne drobiazgi. W areszcie znalazł się też inny z pracowników masarni, który przyznał, że czasami, wychodząc z pracy do
domu, zabierał ze sobą dwa, trzy serdelki...
Nie była to pierwsza afera gospodarcza epoki związana ze sprzedażą mięsa
i jego przetworów. Cztery lata wcześniej aresztowano dyrektora zakładów
mięsnych w Szczecinie wraz ze współpracownikami. Śledztwo ujawniło, że
na wielką skalę fałszowali faktury i zawyżali straty powstałe przy
uboju, a uzyskane nadwyżki nielegalnie trafiały do obrotu handlowego.
Sprawę szybko jednak wyciszono, okazało się bowiem, że w aferę
zamieszani są także miejscowi notable partyjni, a do transportu
skradzionego mięsa używano samochodów należących do Najwyższej Izby
Kontroli. Dyrektor bez rozgłosu powędrował do więzienia, a kilku
funkcjonariuszy straciło pracę.
Jednak w warszawskim przypadku zalecenia z KC były jasne: Wawrzeckiego i resztę oskarżonych należy uznać za winnych, a wyroki mają odstraszyć
pozostałych aferzystów. Zrezygnowano z obowiązującego jeszcze wówczas
Kodeksu postępowania karnego z marca 1928 roku, który za podobne
przestępstwa przewidywał karę do pięciu lat pozbawienia wolności. Proces
miał się odbyć według dekretu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z 1945 roku, który pozwalał na orzeczenie kary śmierci i uniemożliwiał
apelację od wyroku.
Obrońcy oskarżonych złożyli protest, uznając tryb doraźny za
bezpodstawny, został on jednak odrzucony. Zignorowano również krytyczne
uwagi adwokatów dotyczące składu sędziowskiego. Chociaż bowiem proces
toczył się przed Sądem Wojewódzkim, wśród orzekających nie znalazł się
żaden sędzia z właściwego wydziału. Rozprawie miał przewodniczyć Roman
Kryże z Sądu Najwyższego znany ze skrajnego serwilizmu wobec władz. W czasach stalinowskich bez oporów skazywał na karę śmierci żołnierzy
Armii Krajowej. Mówiono o nim nawet, że ma własny, prywatny cmentarz.
Zbrodnia w majestacie prawa
Prasa każdego dnia przynosiła mrożące krew w żyłach szczegóły.
Twierdzono, że system okradania społeczeństwa funkcjonował od dziesięciu
lat, mięso lepszych gatunków mieszano z gorszym, sprzedawano po wyższej
cenie, a kradzione nadwyżki nielegalnie upłynniano. Na jaw wyszedł także
proceder moczenia mięsa, by przybierało na wadze. Po kraju krążyły
najdziwniejsze plotki - opowiadano, że aferzyści faszerowali pasztetową
mokrym papierem toaletowym. To absurd, gdyż środki higieny należały w tym czasie do towarów deficytowych.
Oszustw faktycznie dokonywano na wielką skalę, ale głównie poprzez
fałszowanie gatunków sprzedawanych wędlin, gdy bez problemu
wykorzystywano naiwność klientów. Ceny i wagę zaokrąglano w górę,
pracownicy bez żadnych skrupułów korzystali też z dostaw dla własnego
użytku. Część towaru w ogóle nie trafiała na sklepowe półki -
sprzedawano go spod lady za wyższą cenę, ewentualnie wymieniano na inne
deficytowe towary.
Media umiejętnie podgrzewały atmosferę, kolejne relacje z procesu
wzmagały społeczne oburzenie. Sugerowano, że to właśnie z powodu
działalności Wawrzeckiego i jego kompanów stolica nigdy nie była
odpowiednio zaopatrywana. Tytuły prasowe nawoływały do egzekucji
spekulantów. Sprawa karna przekształciła się w aferę polityczną. Władze
postanowiły maksymalnie wykorzystać tę okazję, by wskazać społeczeństwu
przyczynę kłopotów gospodarczych. Winą obarczono nie system, lecz
aferzystów żerujących na współobywatelach.
"Okradali na miliony państwo i nas, zwykłych klientów - emocjonował się
lektor Polskiej Kroniki Filmowej. - Doprowadzeni z aresztu świadkowie
opowiadają, jak działał ten przestępczy gang. Jak z ubytków, odpadów,
niedoważeń i superat czerpano tak zwane uboczne zyski. Jedni dawali
łapówki, inni je brali"14.
Od samego początku uwaga wszystkich była skierowana na Stanisława
Wawrzeckiego. Media nazywały go "dyktatorem mięsnym Śródmieścia",
powszechnie uważano, że to właśnie on kierował przestępczą machiną.
"Główni oskarżeni, szczególnie pierwszy oskarżony, Wawrzecki - tłumaczył
adwokat Jacek Wasilewski - w ogóle nie może być nazywany złodziejem. On
nic nie kradł, on przyjmował łapówki. Wyglądało to czasem w sposób
prawie humorystyczny, że wpadał do jakiegoś kierownika sklepu i mówił
tak: "Kochany, idę na przyjęcie do takiego i takiego i muszę mu coś
zanieść, kopsnij tu 2 tys. Na tym polegała jego działalność, a nie na
tym, że on kradł mienie pochodzące z zakładów"15.
Wawrzecki przyznał się do przyjęcia łapówek w astronomicznej wysokości
3,5 miliona złotych (średnia krajowa wynosiła wówczas około 1,8 tysiąca
złotych miesięcznie). Nie wiadomo, ile było w tym prawdy, jest jednak
pewne, że nie afiszował się ze swoim majątkiem. Doskonale wiedział, że w komunizmie nie można się chwalić bogactwem. Bardziej zależało mu na
zabezpieczeniu bytu rodziny. Zresztą jako dyrektor ważnej instytucji
miał zapewnionych wiele dodatkowych świadczeń, ponoć też utrzymywał
znakomite kontakty z prominentami z władz partyjnych.
Podczas rozprawy przyznał się do łapownictwa, gdyż otrzymał gwarancje
łagodnego wymiaru kary. Sugerowano, że - podobnie jak w Szczecinie - w przestępczy proceder zamieszani byli wyżsi funkcjonariusze ze
stołecznego KW PZPR i w zamian za nieujawnianie ich nazwisk miał
otrzymać niewielki wyrok, a potem zostać ułaskawiony.
Prokurator domagał się najwyższego wymiaru kary dla trzech głównych
oskarżonych, ostatecznie na karę śmierci przez powieszenie skazano
wyłącznie Wawrzeckiego. Natomiast wobec Henryka Gradowskiego (dyrektor
MHM Warszawa Praga-Północ) i Kazimierza Witowskiego (dyrektor MWM
Warszawa Praga-Południe) orzeczono kary dożywotniego więzienia.
Pozostałym oskarżonym wymierzono mniejsze (chociaż również surowe)
wyroki, a nieszczęsny wielbiciel serdelków z zakładów mięsnych na
Służewcu dostał dziewięć lat.
Podobno jeden z sędziów orzekających w procesie, Faustyn Wołek, nie
chciał się zgodzić na podpisanie kary śmierci. Nie zgłosił jednak votum
separatum od wyroku - uważano, że wycofał się w zamian za obietnicę
ułaskawienia Wawrzeckiego przez Radę Państwa. Niestety, sędziego Wołka
oszukano.
Większość dziennikarzy uznała wyrok za sprawiedliwy, w prasie pojawiały
się informacje o społecznej akceptacji dla drakońskich kar. Nie wszyscy
jednak się z tym zgadzali - Daniel Passent z "Polityki" wysłał do
przewodniczącego Rady Państwa, Edwarda Ochaba, list, prosząc o uchylenie
kary śmierci. Nigdy jednak nie dostał odpowiedzi, bez echa przeszły
również apele środowiska prawniczego uważającego wyrok za skandal
niegodny cywilizowanego świata.
Stanisław Wawrzecki został powieszony 19 marca 1965 roku w warszawskim
więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Był jedynym skazańcem straconym w Polsce po 1956 roku za przestępstwa gospodarcze. Później także orzekano
surowe wyroki (np. w aferze cukrowniczej), ale nigdy więcej nie zdarzył
się już mord sądowy. Rodzina o egzekucji dowiedziała się z prasy, a Gomułka i jego kompani mieli swojego kozła ofiarnego.
W lipcu 2004 roku Sąd Najwyższy uchylił wyroki w aferze mięsnej,
stwierdzając, że "zapadły one z rażącym naruszeniem prawa". Nie
oznaczało to rehabilitacji oskarżonych, skład sędziowski nie wdawał się
w ocenę ich winy. Była to "bardziej rehabilitacja wymiaru
sprawiedliwości, który przed 40 laty nie zapewnił im rzetelnego i sprawiedliwego procesu". Gorzkim podsumowaniem tej tragedii jest opinia
jednego z prawników, że "zamiast powiesić szynkę w sklepie, powiesili w więzieniu Wawrzeckiego".
Od propagandy sukcesu do sklepów komercyjnych
Chociaż władze starały się utrzymać względnie niskie ceny żywności, to
jednak ekonomia rządziła się swoimi prawami. W listopadzie 1967 roku
dokonano kilkunastoprocentowych podwyżek. Wprawdzie nie doszło do
społecznych buntów, ale konsumentów zirytowało przemówienie Władysława
Gomułki, który - przytaczając dane statystyczne - ogłosił, że Polacy
jedzą zbyt dużo mięsa. W zamian obniżono jednak ceny masła, smalcu i margaryny.
Trzy lata później towarzysz Wiesław upojony sukcesem, jakim było
podpisanie traktatu z Republiką Federalną Niemiec uznającego polskie
granice zachodnie, stracił instynkt samozachowawczy. Ufał, że
społeczeństwo zadowolone z akceptacji granicy na Odrze i Nysie bez słowa
przyjmie kolejne drastyczne podwyżki. Co gorsza, fatalnie wybrano
termin, gdyż informacje o ich wprowadzeniu ogłoszono na niespełna dwa
tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Tego było za wiele - na Wybrzeżu
doszło do strajków i demonstracji, które przerodziły się w walki uliczne
z milicją i wojskiem. Byli zabici i ranni. W ten sposób skończyła się
epoka towarzysza Wiesława.
Jego następcą został Edward Gierek, którego ekipa zadbała o sprawy
bytowe społeczeństwa. Cofnięto podwyżki, zamrażając ceny na dwa lata, co
przyniosło zdecydowaną poprawę nastrojów społecznych. Sympatię wzbudzał
również nowy pierwszy sekretarz - postawny mężczyzna w świetnie
skrojonych garniturach i "pachnący pierwszorzędnymi kosmetykami".
Kreml wydał zgodę na zaciągnięcie kredytów i do kraju popłynęły
pieniądze z Zachodu. Znalazło to przełożenie na inwestycje. Licencja na
małego fiata, Centralna Magistrala Kolejowa, Huta Katowice, trasa
szybkiego ruchu z Warszawy do Katowic (tzw. gierkówka), rozwój
budownictwa mieszkaniowego. Do tego coca-cola, papierosy Marlboro,
magnetofony kasetowe. Umożliwiono też legalne wyjazdy za żelazną
kurtynę, a nastroje Polaków dodatkowo poprawiały sukcesy kadry
piłkarskiej Kazimierza Górskiego oraz siatkarzy Huberta Wagnera.
Stałym elementem przemówień towarzysza Edwarda była deklaracja, że wraz
z partią uczyni wszystko, by "Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się
dostatniej". Początkowo faktycznie tak było, chociaż trzeba przyznać, że
- mimo zauważalnego wzrostu płac - najlepsze wyroby mięsne nie należały
do tanich. Kilogram kiełbasy myśliwskiej kosztował 100 złotych,
polędwicy sopockiej 110, szynki 90, a baleronu 82 złote. Natomiast
miesięczna średnia krajowa w 1972 roku wynosiła 2500 złotych. Oznaczało
to, że przeciętnego Kowalskiego rzadko było stać na droższe wędliny i na
co dzień musiał się kontentować salcesonem czy serdelową. Inna sprawa,
że salceson ozorkowy miał swoich wielbicieli, a serdelową zmieloną w maszynce do mięsa z masłem i przyprawami uważano za wyjątkowo smaczną
pastę do pieczywa. Problem stanowiło jednak oddzielenie skóry od mięsa i niektórzy mielili kiełbasę razem z resztkami osłonek.
W epoce propagandy sukcesu na rynku pojawiło się wiele nowych gatunków
wędlin, znacznie wzbogacając ofertę kulinarną. Podobnie było w innych
dziedzinach produkcji spożywczej, co generowało pozytywne nastroje
społeczne. Nikt wówczas nie zdawał sobie jednak sprawy, że jest to życie
na kredyt, a sytuację kraju poprawiają wyłącznie pożyczki z Zachodu.
Krach finansowy nastąpił w połowie dekady i wówczas zdecydowano się na
drastyczne podwyżki cen. Ogłoszono je w czerwcu 1976 roku, a Polaków
najbardziej wzburzyła nowa cena cukru - 26 złotych (wcześniej 10,50
złotego). Władze ponownie fatalnie wybrały termin podwyżek: okres
wakacyjny, gdy wiele rodzin planowało urlopy. Do tego latem większość
pań domu robiła przetwory owocowe, do czego konieczny był właśnie
cukier.
W Radomiu i Ursusie doszło do zaburzeń i władze wycofały się z podwyżek.
Nie zmieniło to sytuacji na rynku - braki mięsa i cukru były coraz
większe. Konsumenci zaczęli też dostrzegać znaczące obniżenie jakości
wędlin, gdyż ze względów ekonomicznych stosowano coraz więcej
wypełniaczy. Wśród społeczeństwa krążyły najdziwniejsze teorie, a jedna
z nich głosiła, że do wędlin dodawany jest antarktyczny kryl. Polska
rzeczywiście rozpoczęła wówczas próbne połowy tego skorupiaka, o czym
informowano w mediach - właśnie dlatego powszechnie uważano, że zapasy
kryla stosuje się do wyrobu wędlin.
W tej sytuacji władze powołały sieć sklepów komercyjnych. Były lepiej
zaopatrzone niż przeciętne placówki handlowe, jednak za produkty
należało zapłacić minimum dwa razy więcej. Tamtejszy asortyment był też
znacznie lepszej jakości niż dostarczany do zwykłych punktów sprzedaży.
Początkowo na terenie całego kraju działało zaledwie siedemnaście
sklepów komercyjnych, ale ich liczba rosła mimo negatywnych opinii
społeczeństwa.
"To jest draństwo najwyższej klasy - pisał w 1978 roku do KC PZPR
rencista z Tarnowa - żeby w Polsce Ludowej oszukiwać naród. W sklepie
komercyjnym bajońskie ceny, wyroby smaczne, mięso pierwszej jakości -
nie brakuje niczego. W normalnych sklepach mięsnych wędliny psu szkoda
rzucić, bo nie jadłby"16.
Negatywne nastroje potwierdzały też raporty MSW, w których podkreślano,
że funkcjonowanie sklepów komercyjnych jest uważane za ewidentny
przykład podziału społeczeństwa "na kategorie, kasty, posiadających i biednych" oraz że są to punkty handlowe przeznaczone "dla prywaciarzy,
złodziei i paserów", a cała sytuacja stanowi "zaprzeczenie
socjalistycznych zasad". Sklepy komercyjne istniały jednak aż do upadku
socjalizmu nad Wisłą, a dostawy do nich stanowiły około 10 procent
całości zaopatrzenia sklepów w wyroby mięsne.
Dolary i szynka konserwowa w puszce
Zdecydowanie mniej sprzeciwu wzbudzały sklepy Przedsiębiorstwa Exportu
Wewnętrznego, które do historii przeszły pod nazwą pewexów. Być może
dlatego, że zdążyły się już zadomowić w polskim krajobrazie, gdyż
funkcjonowały na rynku handlowym od kilku lat jako kontynuacja sklepów
dewizowych PeKaO. Były to placówki znakomicie zaopatrzone zarówno w produkty zagraniczne, jak i krajowe, ale zakupów można było tam
dokonywać wyłącznie za waluty wymienialne (głównie dolary). Oczywiście
obywatele nie mogli legalnie kupować dewiz, ale w sklepach Pewexu nikt
nie sprawdzał ich pochodzenia. Władzom zależało na jak największym
pozyskaniu dolarów z rynku i w tym celu emitowano ich substytut: bony
towarowe PeKaO o nominalnej wartości identycznej z amerykańską walutą
(ich czarnorynkowa cena była nieco niższa niż dolarów). Zresztą w sklepach walutowych początkowo nawet nie można było bezpośrednio płacić
dewizami, należało je wymienić na bony w specjalnej kasie i dopiero
potem uregulować rachunek. Z czasem władze zrezygnowały jednak z tego
zabiegu, wychodząc z założenia, że dolary i tak ostatecznie trafiają do
państwa.
W bonach wypłacano również należności dla pracowników zatrudnionych na
kontraktach za żelazną kurtyną oraz przekazy od krewnych z Zachodu.
Pracodawcy i rodziny przysyłali - oczywiście - prawdziwe dolary, jednak
państwo je zatrzymywało, by rozliczać się z obywatelami za pomocą
substytutu dewiz, które realną wartość zyskiwały tylko w pewexach. Jak
powszechnie wiadomo, rynek nie znosi próżni, i przeciętny obywatel mógł
bez problemu nabyć dewizy w pobliżu pewexów. Nielegalnym handlem
zajmowali się cinkciarze, których działalność była doskonale znana
władzom i z reguły przez nie tolerowana. Bez nich pewexy tak naprawdę
nie mogłyby funkcjonować, a poza tym często sprawdzali się jako
informatorzy peerelowskich służb.
W całym kraju liczba sklepów sieci Pewex sięgnęła ośmiuset, ale część z nich - niewielkie placówki - nastawiały się na obsługę dewizowych gości
hotelowych. Oferowały też inny asortyment: zachodnie towary spożywcze,
alkohol i papierosy. Inaczej było w dużych sklepach funkcjonujących w większości polskich miast. Można tam było nabyć dosłownie wszystko,
łącznie z odzieżą zachodnich producentów, a nawet sprzętem AGD i samochodami. Szczególnie młodzi ludzie chętnie odwiedzali pewexy, gdy
ich rodzice zebrali już odpowiednie środki finansowe na zakup
wymarzonych spodni dżinsowych czy kurtki. Odzież miała tam bowiem
gwarancję oryginalności w odróżnieniu od podróbek z bazaru Różyckiego
czy słynnych Ciuchów w Rembertowie. Istniało bowiem duże
prawdopodobieństwo, że zakupione pokątnie wranglery czy lewisy powstały
w nieodległej suterenie. Miejscowi krawcy wyspecjalizowali się bowiem w produkcji odzieży dżinsowej zaopatrzonej w metki sprowadzane z Zachodu.
W sklepach Pewexu oferowano też polskie produkty żywnościowe
przeznaczone na eksport. Największym powodzeniem cieszył się alkohol
(wódka Wyborowa lub Żytnia), wielu kupowało też słynną szynkę konserwową
produkowaną przez Pabianickie Zakłady Mięsne, która od schyłku lat
pięćdziesiątych podbijała rynki Stanów Zjednoczonych (w szczytowym
okresie eksportowano sto tysięcy ton rocznie!). W pewexach szynkę
oferowano jednak w znacznie mniejszych, niespełna kilogramowych puszkach
(tzw. serduszko), podczas gdy za ocean wędrowała w 5,5-kilogramowych
opakowaniach.
Eleganckie puszki zaopatrzone w kluczyk do otwierania były prawdziwym
luksusem. Wystarczyło bez wysiłku odwinąć pasek blachy według
zaznaczonej perforacji, a ukazywała się pyszna zawartość. Polska nie
znała jeszcze takiego wynalazku - aby dostać się do zawartości krajowych
konserw, należało użyć specjalnego otwieracza przystosowanego
jednocześnie do zdejmowania kapsli z butelek, a czasami wyposażonego
również w korkociąg. Nie było to łatwe, gdyż blachy polskich puszek były
wyjątkowo oporne - złośliwi twierdzili, że nawet zdecydowanie grubsze
niż elementy karoserii fiata 126p.
Współautor (S.K.) doskonale pamięta, jak w połowie lat osiemdziesiątych
rozsierdził swoją rodzicielkę właśnie z powodu eksportowej szynki
konserwowej. Matka kupiła kilogramową puszkę i kategorycznie zastrzegła,
że jest przeznaczona na Boże Narodzenie. Niestety, pod nieobecność
rodziców autor urządził domówkę (był wówczas studentem Uniwersytetu
Warszawskiego) i ofiarą biesiadników padła również nieszczęsna konserwa.
Niektórzy koledzy zresztą narzekali, że była zbyt słona (inni uznali to
wrażenie za efekt nadmiaru spożycia bułgarskich i węgierskich win). Gdy
pani domu zorientowała się, że straciła szynkę, wpadła w furię.
Zażądała, by syn natychmiast odkupił identyczną puszkę. Autor udał się
zatem pod sklep Pewexu, nabył od cinkciarza dewizy i wrócił do domu z kolejną szynką. Zresztą na pewien czas stracił ochotę na ten przysmak,
tym bardziej że szynka rzeczywiście była słona...
Cukier i mundial 1978
Bezpośrednio po wydarzeniach w Ursusie i Radomiu wprowadzono
reglamentację cukru. Na osobę przeznaczono dwa kilogramy miesięcznie, a władze unikały nazwy "kartki", zastępując ją "bonami towarowymi". Od
razu podchwyciło to społeczeństwo i nielubianą żonę Edwarda Gierka,
Stanisławę, zaczęto nazywać Boną Cukrową. Było to czytelne nawiązanie do
sytuacji gospodarczej i zachowania pierwszej damy PRL-u, która drażniła
społeczeństwo swoim sposobem bycia. Poza tym mąż zawsze zabierał ją w oficjalne podróże zagraniczne, co stanowiło nowość w bloku wschodnim i nie wszystkim się podobało.
Jeden z autorów (S.K.) doskonale pamięta, jak po wprowadzeniu
reglamentacji jego ojciec postanowił sprawdzić, czy władze właściwie
wyliczyły normę przypadającą na obywatela. Rodzina była czteroosobowa,
zatem przesypał dwa kilogramy do większego naczynia, polecając
domownikom, by używali tylko tego cukru. Wszyscy osłupieli, gdy porcja
wyczerpała się dokładnie po tygodniu. Ale zaraz padło pytanie: co z brakującymi dniami? Miesiąc liczy bowiem trzydzieści lub trzydzieści
jeden dni i wyglądało na to, że w jego końcówce konieczne będzie
spożywanie gorzkiej kawy i herbaty. Sytuacja mogła się zmienić tylko w lutym i to w roku nieprzestępnym.
Kolejne lata po wypadkach czerwcowych to czas agonii polskiej
gospodarki. Sklepy świeciły pustkami, po jakikolwiek towar ustawiały się
coraz dłuższe kolejki. Temat stał się obiektem zainteresowania Służby
Bezpieczeństwa, gdyż w ogonkach dominowały postawy krytyczne wobec
państwa i rządzących.
"Próbę ustalenia nastrojów kolejkowych spotkałem rok temu we Wrocławiu -
notował jesienią 1978 roku wicepremier Józef Tejchma - gdzie władze
zainstalowały przed sklepem mięsnym specjalne nasłuchy, aby wiedzieć, co
się mówi. Ludzie nie narzekali, tylko jęczeli zrezygnowani. W Warszawie
Bębenek nie stał długo w kolejce, posłuchał i uciekł: tych ludzi za
Stalina posadzono by na kilka lat do więzienia za to, co mówili w kolejce przeciwko rządowi. (...) Niedawno był w Łodzi Janczak i dokonał
podziału kolejek na dwie grupy: mięsne są stosunkowo łagodne i wyrozumiałe, maślane są gwałtowne i wybuchowe. Nie dotykam tu kolejek po
damskie obuwie z importu i odrzuty eksportowe"17.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki