PRL Po godzinach. Celebryci, luksusy, obyczaje - Sławomir Koper

Kup ebooka

34.99 zł
29.03 zł (29,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Od autora

Czy tego chcemy, czy nie, Pol­ska Ludowa sta­nowi istotną część histo­rii naszego kraju. Dla wielu osób był to zresztą naj­pięk­niej­szy okres życia. Oczy­wi­ście nie dla­tego, że demo­kra­cja pozo­sta­wała wów­czas w sfe­rze marzeń, a skle­powe półki świe­ciły pust­kami, ale dla­tego, że wła­śnie na tamte lata przy­pa­dły ich bez­tro­ska, spraw­ność, zdro­wie, a przede wszyst­kim miłość. Po latach naj­le­piej wspo­mina się bowiem wła­sną mło­dość - pamięć o niej zawsze obda­rzona jest dużą dozą sen­ty­mentu.

Książka, którą Pań­stwo mają przed sobą, to roz­bu­do­wany i uak­tu­al­niony zbiór arty­ku­łów mojego autor­stwa, które przed laty uka­zy­wały się w pra­sie kolo­ro­wej. To nostal­giczna podróż w czasy PRL-u - mało tu poli­tyki, gdyż naj­więk­szy akcent poło­ży­łem na ówcze­sne oby­czaje i kul­turę.

Na Czy­tel­ni­ków cze­kają więc wspo­mnie­nia o cele­bry­tach tam­tych lat, cie­ka­wostki o ulu­bio­nych seria­lach dla mło­dzieży i doro­słych, kre­sków­kach, a także o wiel­kich pro­duk­cjach fil­mo­wych. Nie zabrak­nie też rela­cji z róż­nego rodzaju festi­wali czy opo­wie­ści o naj­więk­szych prze­bo­jach muzycz­nych lat PRL-u. Nie mogłem, oczy­wi­ście, pomi­nąć peere­low­skich sym­boli, bez któ­rych ten obraz nie byłby pełen: pralki Frani, cukro­wej waty czy czar­nej wołgi. Jak zwy­kle niczego nie oce­niam, tylko przy­po­mi­nam. Nie narzu­cam swo­jej opi­nii, tylko opi­suję. A wnio­ski pozo­sta­wiam Czy­tel­ni­kom, gdyż to Pań­stwa zda­nie jest naj­waż­niej­sze.

Bez wąt­pie­nia Pol­ska Ludowa była kra­jem ponu­rym i sza­rym, ale warto pamię­tać, że sza­rość także ma wiele odcieni i nie wszystko jest brud­no­czarne. Nie bez powodu mówiono wów­czas o Pol­sce i Pola­kach, że jeste­śmy naj­we­sel­szym bara­kiem obozu komu­ni­stycz­nego. Fak­tycz­nie tak było.

Trudno prze­kre­ślać kil­ka­dzie­siąt lat roz­woju pol­skiej kul­tury - wszak PRL to epoka, gdy eks­plo­do­wało wiele talen­tów arty­stycz­nych, które na zawsze zapi­sały się w naszych dzie­jach. Przy oka­zji warto też dodać, że nie bez powodu sta­cje tele­wi­zyjne do znu­dze­nia przy­po­mi­nają ówcze­sne seriale dla mło­dzieży i pro­duk­cje kostiu­mowe. Było to bowiem dosko­nałe rze­mio­sło, a nikt nie liczył się wtedy z rachun­kiem eko­no­micz­nym (być może dla­tego filmy są tak udane). Nawet jeżeli spo­sób ich pro­duk­cji wydaje się już mocno prze­sta­rzały - czę­sto krę­cono je bowiem w wer­sji czarno-bia­łej - to jed­nak na­dal chęt­nie je oglą­damy, i to nie tylko z powo­dów sen­ty­men­tal­nych.

Mam nadzieję, że niniej­sza książka wzbo­gaci wie­dzę nie­któ­rych Czy­tel­ni­ków o tam­tych latach, a dla innych będzie miłym wspo­mnie­niem cza­sów, które bez­pow­rot­nie już prze­mi­nęły.

Sła­wo­mir Koper

Luksusowe dobra tamtych lat

Tele­wi­zor, meble, mały fiat - oto marzeń szczyt, śpie­wała nie­gdyś grupa Per­fect. I tak wła­śnie było w cza­sach PRL-u, co doku­men­tują filmy i seriale z tam­tych lat...

W kolejce po samochód

Socja­li­styczna gospo­darka była kom­plet­nie nie­wy­dolna, zatem pod­sta­wo­wego pro­blemu nie sta­no­wił brak pie­nię­dzy, ale nie­do­bór towa­rów na rynku. W efek­cie roz­wi­nął się sys­tem przed­płat, talo­nów czy wręcz loso­wań, który miał umoż­li­wić zakup defi­cy­to­wych pro­duk­tów. Przy oka­zji pro­pa­go­wano też eko­lo­gię - w latach 80. można było nabyć radziec­kie golarki marki Char­ków (fatal­nej zresztą jako­ści) wyłącz­nie po przed­sta­wie­niu zaświad­cze­nia o odda­niu okre­ślo­nej ilo­ści maku­la­tury w punk­cie skupu.

Jesz­cze cie­ka­wiej było z samo­cho­dami oso­bo­wymi rodzi­mej pro­duk­cji, któ­rych zakup gra­ni­czył z cudem. Aby stać się dum­nym posia­da­czem małego fiata czy znacz­nie bar­dziej pre­sti­żo­wego fiata 125p lub polo­neza, nale­żało nie tylko oszczę­dzać pie­nią­dze na ksią­żeczce samo­cho­do­wej, ale też ocze­ki­wać na wyniki loso­wań. Szczę­śliwcy, któ­rych ksią­żeczki zostały wylo­so­wane, musieli pil­nie uzu­peł­nić wkład na samo­chód (z reguły kom­plet­nie zapo­ży­cza­jąc się u rodziny i zna­jo­mych), po czym mogli opu­ścić fabrykę wyma­rzo­nym pojaz­dem.

Innym spo­so­bem na zdo­by­cie upra­gnio­nego auta był sys­tem talo­nów. Przy­dzie­lały je poszcze­gólne mini­ster­stwa, co upraw­niało do zakupu samo­chodu poza kolej­no­ścią po jego deta­licz­nej cenie. Oczy­wi­ście w pierw­szej kolej­no­ści otrzy­my­wali je krewni, zna­jomi i ulu­bieńcy poszcze­gól­nych pro­mi­nen­tów, ale także znani akto­rzy, pił­ka­rze czy też wyróż­nia­jący się pra­cow­nicy.

Zapewne tą wła­śnie drogą w posia­da­nie swo­jego czer­wo­nego malu­cha weszła rodzina Kar­wow­skich z serialu Czter­dzie­sto­la­tek, o czym jed­nak w fil­mie się nie wspo­mi­nało. Nato­miast ogromny popyt spo­wo­do­wał absur­dalną sytu­ację, że trzy-, czte­ro­letni maluch był na gieł­dzie samo­cho­do­wej znacz­nie droż­szy niż cał­kiem nowy z fabryki, któ­rego jed­nak nie można było nor­mal­nie nabyć. W efek­cie, gdy ktoś dostał talon na nowe auto, to sprze­da­wał stare i czę­sto zosta­wały mu jesz­cze pie­nią­dze na kolo­rowy tele­wi­zor. Oczy­wi­ście radziec­kiej pro­duk­cji.

Powracającemu z zagranicy...

W kra­jo­wych skle­pach naj­czę­ściej nie­wiele można było dostać, ale był pod tym wzglę­dem jeden wyją­tek - sieć Pewex zawsze była zna­ko­mi­cie zaopa­trzona, zaku­pów można było tam jed­nak doko­ny­wać, pła­cąc wyłącz­nie w dewi­zach, czyli w walu­cie wymie­nial­nej. Doty­czyło to nie tylko pro­duk­tów zachod­nich, ale także kra­jo­wych wysy­ła­nych na eks­port. Jed­no­cze­śnie zakup dola­rów czy marek na czar­nym rynku był zaka­zany.

Ale oby­wa­tele PRL-u nie przej­mo­wali się podob­nymi dro­bia­zgami. Poja­wiały się nawet ogło­sze­nia pra­sowe o sprze­daży czy zaku­pie dewiz. Oczy­wi­ście nie mogło paść jed­no­znaczne sfor­mu­ło­wa­nie, zatem wyko­rzy­sty­wano fakt, że pań­stwo emi­to­wało bony dola­rowe. Był to rodzaj waluty o nomi­nal­nej war­to­ści iden­tycz­nej jak ame­ry­kań­skie dolary, ale uży­wa­nej tylko do trans­ak­cji w pewek­sach. Na czar­nym rynku bony miały cenę nieco niż­szą niż auten­tyczne pie­nią­dze zza oce­anu, ale han­del nimi był dozwo­lony. Dla­tego w pra­sie poja­wiały się ogło­sze­nia typu: "bony kupię" lub "bony sprze­dam", co naj­czę­ściej ozna­czało chęć sprze­daży lub zakupu dola­rów.

Jesz­cze cie­ka­wiej było w przy­padku miesz­kań. Ogło­sze­nia: "sprze­dam M-2 powra­ca­ją­cemu z zagra­nicy" lub "powra­ca­jący z zagra­nicy kupi", sygna­li­zo­wały, że trans­ak­cja odbę­dzie się w twar­dej walu­cie.

Dolar stał się w PRL-u sym­bo­lem wyra­fi­no­wa­nego luk­susu, dla­tego jedna z boha­te­rek serialu Zmien­nicy usi­ło­wała nakło­nić swo­jego roz­ka­pry­szo­nego syna do kon­sump­cji miodu, obie­cu­jąc, że za każdą zje­dzoną łyżkę chło­pak dosta­nie dolara...

W pogoni za własnym M

Do pracy na Zacho­dzie wyjeż­dżał jed­nak tylko nie­wielki odse­tek spo­łe­czeń­stwa, zatem reszta oby­wa­teli sta­rała się zdo­być upra­gnione miesz­ka­nie naj­roz­ma­it­szymi spo­so­bami. Czas ocze­ki­wa­nia w spół­dziel­niach miesz­ka­nio­wych był zbyt długi jak na wyma­ga­nia mło­dych mał­żeństw na dorobku (śred­nio ponad 10 lat), nie­wiele osób chciało też miesz­kać z rodzi­cami czy teściami, nato­miast ceny wynajmu lokali były absur­dal­nie wyso­kie.

Dla­tego sta­łym moty­wem pol­skich seriali z lat 60. i 70. jest poszu­ki­wa­nie wła­snego miesz­ka­nia i dłu­gie roz­mowy ze sko­rum­po­wa­nymi pre­ze­sami spół­dzielni miesz­ka­nio­wych. Z reguły koń­czyły się one nie­po­wo­dze­niem, cho­ciaż pró­bo­wano roz­ma­itych spo­so­bów. Jed­nym z nich było zna­le­zie­nie pusto­stanu i uzy­ska­nie na niego przy­działu.

Takie rze­czy fak­tycz­nie się wów­czas zda­rzały, biu­ro­kra­tyczny bała­gan powo­do­wał bowiem wręcz nie­praw­do­po­dobne sytu­acje. Stąd też w seria­lach Barei dwu­krot­nie poja­wia się motyw zamu­ro­wa­nego miesz­ka­nia w bloku (Alter­na­tywy 4, Zmien­nicy), o któ­rym ofi­cjal­nie nikt nie wie­dział. Reży­ser oparł zresztą te wątki na praw­dzi­wym przy­padku z kamie­nicy przy war­szaw­skim placu Kon­sty­tu­cji.

Bała­gan był tak wielki, że przy oka­zji przy­dzia­łów miesz­kań spół­dziel­czych rze­czy­wi­ście docho­dziło do róż­nego rodzaju pomy­łek, a zakwa­te­ro­wa­nie dwóch rodzin w jed­nym miesz­ka­niu nie było tylko kome­dio­wym pomy­słem z serialu Alter­na­tywy 4. Tam nie­wy­raźna czcionka zade­cy­do­wała, że nie wia­domo było, kto osta­tecz­nie dostał miesz­ka­nie: Zdzi­sław Kołek czy Zyg­munt Kotek.

Nato­miast per­ma­nentne pro­blemy loka­lowe powo­do­wały, że ogromną popu­lar­no­ścią cie­szyły się zawody gwa­ran­tu­jące miesz­ka­nie służ­bowe. Z tego też powodu (o czym obec­nie gło­śno się nie mówi) mili­cja czy woj­sko ni­gdy nie narze­kały na brak kan­dy­da­tów. Dla­tego też zde­spe­ro­wany Leszek Górecki w ostat­nim odcinku serialu Daleko od szosy cał­kiem poważ­nie roz­waża cał­ko­witą zmianę dotych­cza­so­wego życia i wyjazd do pracy w kopalni Beł­cha­tów. Jako gór­nik miałby zapew­nione miesz­ka­nie dla sie­bie i rodziny...

Działka za miastem

Ci, któ­rzy mieli już wła­sne miesz­ka­nie, marzyli o czymś wię­cej. Jed­nym z takich marzeń była działka za mia­stem - rekre­acyjna lub ogrod­ni­cza. Sta­no­wiła sym­bol pew­nego sta­tusu mate­rial­nego oraz gwa­ran­to­wane miej­sce wypo­czynku. Wej­ście w jej posia­da­nie nie było jed­nak łatwą sprawą, gdyż w tym przy­padku nie wystar­czały tylko pie­nią­dze. Działkę można było bowiem otrzy­mać w dzier­żawę z zakładu pracy lub od osoby, która już ją posiada w ramach Rodzin­nych Ogro­dów Dział­ko­wych.

Wła­śnie tę drugą drogę wybrał inży­nier Kar­wow­ski, zawie­ra­jąc trans­ak­cję z pewną wdową. Spo­tkało się to ze zde­cy­do­wa­nym opo­rem żony inży­niera, która od samego początku nie była zachwy­cona tym pomy­słem. A już zupeł­nie stra­ciła ochotę na naby­cie działki, gdy na jej tere­nie poja­wiła się jej nomi­nalna wła­ści­cielka w głę­bo­kiej żało­bie i chciała usta­wić tam pomnik zmar­łego męża. Na szczę­ście dla pani Madzi oka­zało się, że działki i tak będą zli­kwi­do­wane, gdyż teren został oddany pod budowę wiel­kiego ośrodka rekre­acyj­nego...

Paczka z zagranicy

Nie wszy­scy mieli jed­nak dolary czy bony do peweksu, zatem powie­wem wiel­kiego świata bywała paczka żyw­no­ściowa z zagra­nicy. Szcze­gól­nie gdy przy­cho­dziła w okre­sie przed­świą­tecz­nym, a cała rodzina była już zmę­czona sta­niem w kolej­kach. Taka paczka umoż­li­wiała spró­bo­wa­nie - czę­sto po raz pierw­szy w życiu - praw­dzi­wych rary­ta­sów na czele z łoso­siem w puszce lub pol­ską szynką kon­ser­wową (ale przy­słaną z Zachodu!). Dodat­kowo wszystko było tak pięk­nie opa­ko­wane, że puste pudełka usta­wiano póź­niej na kuchen­nych pół­kach jako ozdobę.

Per­spek­tywa otrzy­ma­nia takiej paczki na pewien czas pogo­dziła nawet skłó­cone rodziny Kot­ków i Koł­ków z Alter­na­tywy 4. Pano­wie po raz pierw­szy zako­pali topór wojenny, kon­cen­tru­jąc się na odzy­ska­niu paczki od demo­nicz­nego dozorcy Anioła, który - korzy­sta­jąc z nie­wy­raź­nie napi­sa­nego nazwi­ska adre­sata - zatrzy­mał prze­syłkę.

Nato­miast dla tych, któ­rzy nie mieli dola­rów czy rodziny za gra­nicą, pozo­sta­wało tylko żmudne oszczę­dza­nie i na koniec wizyta na baza­rze Różyc­kiego (czy w innym tego rodzaju miej­scu) w celu naby­cia luk­susu nie­do­stęp­nego na co dzień w peere­low­skich skle­pach...

Polska działkowa

Wła­sna działka była marze­niem nie­mal każ­dego oby­wa­tela PRL-u, jed­nak nie cho­dziło o par­celę budo­walną, tylko o działkę rekre­acyjną lub ogro­dową.

Uprawiać własne pomidory

Starsi wybie­rali działki ogro­dowe powsta­jące w ramach Pra­cow­ni­czych Ogro­dów Dział­ko­wych. Zlo­ka­li­zo­wane naj­czę­ściej w gra­ni­cach miast, poło­żone dość bli­sko domów użyt­kow­ni­ków, umoż­li­wiały spę­dza­nie wol­nych chwil na upra­wie warzyw. Budo­wano tam altany nazy­wane szum­nie "dom­kami", pro­wa­dzono oży­wione życie towa­rzy­skie, sadzono kwiaty i krzewy.

Nato­miast młodsi oby­wa­tele Pol­ski Ludo­wej pre­fe­ro­wali działki rekre­acyjne o znacz­nie więk­szej powierzchni, poło­żone w pew­nej odle­gło­ści od miast. Miały zapew­niać zasłu­żony odpo­czy­nek wraz z noc­le­giem w przy­zwo­itych warun­kach, jed­nak ze względu na krót­szy niż obec­nie week­end (wolne soboty wpro­wa­dzono dopiero w latach 70.) podróż na działkę nie mogła zabie­rać zbyt wiele czasu. Oczy­wi­ście nie trzeba doda­wać, że ich wła­ści­ciele byli z reguły posia­da­czami samo­cho­dów.

Wła­sna działka rekre­acyjna bywała czę­sto reali­za­cją wie­lo­let­nich marzeń, cho­ciaż cza­sami koń­czyło się to roz­cza­ro­wa­niem. Oso­bi­ście pamię­tam przy­pa­dek moich sąsia­dów, wła­ści­cieli działki z dom­kiem nad Utratą. Nie­stety, z upły­wem czasu rzeka zamie­niła się w cuch­nący ściek, a gdy w pobliżu zało­żono jesz­cze farmę lisów hodow­la­nych, wyjazdy na działkę stały się praw­dzi­wym utra­pie­niem. Nikt też nie chciał jej odku­pić, wobec czego zroz­pa­czeni wła­ści­ciele musieli ją porzu­cić.

Relaks na łonie natury

Działki rekre­acyjne były także miej­scem uroz­ma­ico­nego życia towa­rzy­skiego. Wpraw­dzie o gril­lo­wa­niu nikt jesz­cze nie sły­szał, ale powszech­nym zja­wi­skiem było wów­czas pie­cze­nie kieł­ba­sek na ogni­sku połą­czone ze spo­ży­wa­niem dużych ilo­ści piwa. Nie­rzadko też wyjazd na działkę sta­no­wił pre­tekst do hucz­nych imprez, na które zjeż­dżali się bliżsi i dalsi zna­jomi.

Działki rekre­acyjne leżały na tere­nach wiej­skich, zatem kon­takty z miej­scową lud­no­ścią były nie­unik­nione. Naj­czę­ściej docho­dziło do nich w pobliżu jedy­nego w oko­licy sklepu spo­żyw­czego czę­sto oku­po­wa­nego przez grupę miej­sco­wych bywal­ców komen­tu­ją­cych na gorąco zacho­wa­nie mia­sto­wych.

Gdy kie­dyś wraz z rodzi­cami tra­fi­łem na działkę zna­jo­mych nad Liw­cem, byłem świad­kiem sceny przy­po­mi­na­ją­cej wprost uję­cia z filmu Gali­ma­tias, czyli kogel-mogel II. Podob­nie jak w fil­mie przy­czyną zamie­sza­nia stał się pudel (w tym przy­padku nale­żący do moich rodzi­ców), który - według miej­sco­wych - był krzy­żówką psa z owcą. I rów­nież nie dowie­rzano, że ten pies czę­sto jada lepiej niż jego wła­ści­ciele, do tego posiada wła­sny talerz i nie nadaje się na łań­cuch do budy.

Wiejscy i miastowi

Kon­takty spod sklepu cza­sami kon­ty­nu­owano na grun­cie towa­rzy­skim, cho­ciaż miesz­kań­com wsi raczej trudno było zro­zu­mieć men­tal­ność mia­sto­wych. Nie potra­fili pojąć ich ambi­cji do zdo­by­wa­nia pre­sti­żo­wych zawo­dów, które nie zapew­niały więk­szych zarob­ków. Tak jak w nie­za­po­mnia­nym serialu Daleko od szosy, gdy główny boha­ter, Leszek Górecki, chlu­bił się, że jego żona, Ania, dostała asy­sten­turę na uczelni. Rodzina Leszka nie mogła wyjść ze zdu­mie­nia, że Ania ma zara­biać 1800 zło­tych mie­sięcz­nie, pod­czas gdy pomoc­nik rol­nika na wsi dosta­wał 2,5 tysięca plus utrzy­ma­nie. Ale Leszek prze­niósł się do mia­sta wiele lat wcze­śniej i zdą­żył już zaak­cep­to­wać tam­tej­sze oby­czaje, nato­miast jego rodzina i przy­ja­ciele patrzyli na ota­cza­jący ich świat z innej per­spek­tywy.

Dobre sto­sunki z miej­sco­wymi były potrzebne rów­nież ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Domy na dział­kach czę­sto bowiem okra­dano, a czujne oko miesz­kań­ców wsi mogło uchro­nić przed nie­szczę­ściem. Mia­stowi chęt­nie też kupo­wali od swo­ich wiej­skich sąsia­dów pro­dukty pocho­dzące z ich gospo­darstw, co w cza­sach socja­li­stycz­nej gospo­darki nie­do­boru było wysoko cenione.

We wspól­nym bie­sia­do­wa­niu nie prze­szka­dzały także odmienne gusty alko­ho­lowe. Miej­scowi pre­fe­ro­wali raczej czy­stą wódkę, nato­miast goście z mia­sta (szcze­gól­nie ci lepiej sytu­owani) pijali koniaki lub wino. I to zupeł­nie innego rodzaju niż paty­kiem pisane, dostępne wła­ści­wie w każ­dym wiej­skim skle­pie.

Zderzenie dwóch światów

Miesz­czu­chy mogły uwa­żać się za coś lep­szego, jed­nak więk­szość z nich w głębi duszy zazdro­ściła miesz­kań­com wsi ich trybu życia. Wpraw­dzie codzienne obo­wiązki rol­ni­ków wzbu­dzały mie­szane uczu­cia, cza­sami narze­kano też na poziom higieny (brak łazie­nek, sła­wojki zamiast toa­let), ale godzono się z wie­loma utrud­nie­niami, by spę­dzać czas bli­żej natury. Ludzie, któ­rych nie było stać na wła­sną działkę, czę­sto wynaj­mo­wali na urlop pokoje u wiej­skich gospo­da­rzy, czego kon­ty­nu­acją jest obec­nie agro­tu­ry­styka.

Typowe działki rekre­acyjne z altan­kami powoli już zani­kają, ich miej­sce zaj­mują cało­roczne wiej­skie domy dla bar­dziej zamoż­nych. Zabez­pie­czone alar­mami i foto­ko­mór­kami, oto­czone szczel­nym ogro­dze­niem i strze­żone przez agen­cje ochrony. Zresztą dzi­siej­sza wieś też jest już zupeł­nie inna, a jej miesz­kańcy mają zupeł­nie inne prio­ry­tety niż w cza­sach Pol­ski Ludo­wej...

Smaki PRL-u

Lata PRL-u to także smak i zapach nie­za­po­mnia­nych sło­dy­czy. I nie mam tu na myśli wyro­bów cze­ko­la­do­po­dob­nych, które nie­kiedy poja­wiały się na zazwy­czaj pustych skle­po­wych pół­kach. Ówcze­sne sma­ko­łyki do dzi­siaj bywają wspo­mi­nane z dużą nostal­gią. Nie­które z nich znik­nęły już na zawsze, ale dla wielu Pola­ków zawsze będą koja­rzyły się z dzie­ciń­stwem i mło­do­ścią.

Oranżada w proszku, wata cukrowa i pańska skórka

Kto pamięta smak oran­żady w proszku, sma­ko­łyku obec­nie już cał­ko­wi­cie zapo­mnia­nego? Sprze­da­wano ją w nie­wiel­kich saszet­kach, ale tylko nie­liczni - zgod­nie z zale­ce­niem na opa­ko­wa­niu - roz­pusz­czali pro­szek w wodzie, aby uzy­skać mało kla­rowny napój. Na ogół zli­zy­wało się go po wysy­pa­niu na rękę (lub wprost do ust) i nikt zbyt­nio nie przej­mo­wał się zaka­zami i higieną. Kwa­skowy przy­smak był za to praw­dzi­wym postra­chem naszych rodzi­cie­lek i opie­ku­nek, które oczami wyobraźni widziały swoje pocie­chy z poważ­nymi kło­po­tami gastrycz­nymi (ręce dzieci na podwórku ni­gdy nie były prze­cież spe­cjal­nie czy­ste).

Pod­czas róż­nych festy­nów, wyjaz­dów waka­cyj­nych czy wizyt w weso­łym mia­steczku mało kto potra­fił sobie odmó­wić waty cukro­wej. Stra­gany, gdzie ją sprze­da­wano, zawsze były oble­gane, gdyż wytwa­rza­nie jej na oczach klien­tów cie­szyło się dużym zain­te­re­so­wa­niem. Pro­ces wyda­wał się cał­kiem skom­pli­ko­wany: wysy­py­wano cukier na roz­grzaną maszynę, a potem nitki waty owi­jano wokół patyczka. Nie­stety, wraz z poja­wie­niem się kar­tek na cukier sprze­daż waty zaczęła zani­kać, podob­nie jak nie­zwy­kle popu­larna w tam­tych cza­sach pań­ska skórka.

Były to cha­łup­ni­czo wytwa­rzane cukierki z ubi­tych na sztywno bia­łek, cukru, wody oraz soku z cytryny i malin. Koja­rzyły się głów­nie z dniem Wszyst­kich Świę­tych, gdyż sprze­da­wano je naj­czę­ściej na przy­cmen­tar­nych sto­iskach na początku listo­pada. Pań­skiej skórki nie bra­ko­wało jed­nak także w cza­sie ple­ne­ro­wych festy­nów oraz na stra­ga­nach koło cyr­ków czy weso­łych mia­ste­czek.

Lody i guma balonowa

W gorące dni ogromną popu­lar­no­ścią cie­szyły się lody Bam­bino. Sta­łym ele­men­tem pol­skich plaż byli wów­czas ubrani na biało dżen­tel­meni, któ­rzy nosząc przed sobą skrzy­neczki zawie­szone na ramio­nach, cho­dzili pomię­dzy pla­żo­wi­czami i wykrzy­ki­wali hasła typu: "Perła Bał­tyku, lody na patyku!". Lody miały tylko dwa smaki: śmie­tan­kowy i kaka­owy. Dopiero póź­niej poja­wiły się wani­liowe i śmie­tan­kowe w cze­ko­la­dzie.

W latach 70. Polacy zasma­ko­wali w lodach wło­skich. Maszyny do ich pro­duk­cji spro­wa­dzano z Ita­lii. Lody ofe­ro­wano w trzech sma­kach: śmie­tan­kowe, cze­ko­la­dowe oraz mie­szane - i ser­wo­wano w waflo­wych kubecz­kach. Nato­miast przez cały rok w zie­le­nia­kach, skle­pach i nie­któ­rych cukier­niach chęt­nie kupo­wano cie­płe lody. Był to pro­dukt z zapa­rzo­nej syro­pem sma­ko­wym pianki z ubi­tych bia­łek, poda­wany w waflu, który bar­dzo przy­po­mi­nał z wyglądu lody wło­skie, cho­ciaż smak miał zupeł­nie inny.

Gospo­darka PRL-u nie potra­fiła się upo­rać z pro­duk­cją praw­dzi­wej gumy balo­no­wej, dla­tego róż­nymi kana­łami (głów­nie dzięki pry­wat­nemu impor­towi) spro­wa­dzano do kraju gumę Donald wytwa­rzaną w Holan­dii przez firmę Maple Leaf B.V. Pomimo sto­sun­kowo wyso­kiej ceny cie­szyła się wśród naj­młod­szych ogrom­nym powo­dze­niem, gdyż oprócz tego, że miała zna­ko­mity smak i kon­sy­sten­cję umoż­li­wia­jącą robie­nie balo­nów, do każ­dego egzem­pla­rza dołą­czano histo­ryjki obraz­kowe ze zna­nymi posta­ciami z kre­skó­wek wytwórni The Walt Disney Com­pany.

Naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cym momen­tem po zaku­pie gumy było spraw­dze­nie, czy załą­czona histo­ryjka (z Psem Pluto, Myszką Miki czy Kaczo­rem Donal­dem) jest już w naszym posia­da­niu. Jeżeli mini­ko­miks się powtó­rzył, egzem­plarz prze­zna­czało się na wymianę z innymi wiel­bi­cie­lami gumy balo­no­wej. Do dobrego tonu nale­żało też żucie gumy przez dwa, trzy dni (na noc odkła­da­nie jej do szklanki lub wprost na zaku­rzoną półkę) oraz bar­wie­nie jej za pomocą wkła­dów z kre­dek. Im dziw­niej­szy uzy­ska­li­śmy kolor, tym więk­szy był zachwyt oto­cze­nia.

Zapiekanki i bułki z pieczarkami

W cza­sach PRL-u funk­cjo­no­wały także fast foody, cho­ciaż wybór potraw był raczej ogra­ni­czony. Jako pierw­sze poja­wiły się hot dogi - bułki z parówką z dodat­kiem ket­chupu lub musz­tardy (innych sosów nie pro­po­no­wano). Od razu powstało na ten temat wiele dow­ci­pów - suge­ro­wano, że angiel­ska nazwa, czyli "gorący pies", infor­muje, którą część jego ciała można zjeść w bułce... Pro­blem znik­nął, gdy w Pol­sce wpro­wa­dzono kartki na mięso. Wów­czas parówki zostały zastą­pione mie­sza­niną duszo­nych pie­cza­rek i cebuli, zresztą nawet cał­kiem smaczną.

Z kolei cał­ko­wi­cie pol­skim wyna­laz­kiem jest zapie­kanka, czyli połowa prze­kro­jo­nej w poprzek bułki pary­skiej opie­ka­nej z dodat­kiem żół­tego sera, cebuli oraz pie­cza­rek i poda­wana z ket­chu­pem. Nie­po­wo­dze­niem zakoń­czyła się nato­miast próba wpro­wa­dze­nia nad Wisłą ham­bur­ge­rów. Ini­cja­tywę utrą­ciły ogra­ni­cze­nia w dys­try­bu­cji mięsa, cho­ciaż usi­ło­wano je zastą­pić file­tem ryb­nym. Wiel­bi­ciele zapie­ka­nek tłu­ma­czyli zresztą, że ich ulu­biona prze­ką­ska ma zde­cy­do­waną prze­wagę nad ham­bur­ge­rem, gdyż do jej spo­ży­cia potrzebna jest tylko jedna ręka.

Fast foody epoki PRL-u funk­cjo­no­wały naj­czę­ściej w zapar­ko­wa­nych na stałe przy­cze­pach kem­pin­go­wych rodzi­mej pro­duk­cji, a sprze­daż odby­wała się przez spe­cjal­nie przy­sto­so­wane okno. Można było tam rów­nież nabyć popu­larne wów­czas napoje: oran­żadę z cha­rak­te­ry­stycz­nym cera­micz­nym kor­kiem, wodę sodową czy - w póź­niej­szym okre­sie - licen­cyjną coca-colę (tylko w butel­kach, puszki były dostępne jedy­nie w pewek­sach).

Swo­ich wiel­bi­cieli miały też satu­ra­tory - w ten spo­sób każdy spra­gniony prze­cho­dzień mógł kupić czy­stą wodę gazo­waną lub trzy razy droż­szą wodę z sokiem. Satu­ra­tor obsłu­gi­wały z reguły panie, które usta­wiały swoje urzą­dze­nia (był to sprzęt mobilny na kołach rowe­ro­wych) w czę­sto uczęsz­cza­nych miej­scach. Do wypo­sa­że­nia satu­ra­tora nale­żały szklanki, które po uży­ciu przez klienta prze­płu­ki­wano wodą pod ciśnie­niem w spe­cjal­nym kra­niku zamon­to­wa­nym na satu­ra­to­rze. I jakoś nikt się wtedy nie przej­mo­wał cho­ro­bami, które mógł nabyć od innych wiel­bi­cieli tego napoju...

Nieco póź­niej poja­wiły się satu­ra­tory samo­ob­słu­gowe ze szklan­kami na łań­cu­chu. Szybko się jed­nak oka­zało, że aby wypić wodę sodową lub z sokiem, wcale nie jest potrzebna moneta. Znawcy tematu wie­dzieli bowiem, w któ­rym miej­scu należy ude­rzyć w satu­ra­tor, aby popły­nął ocze­ki­wany napój... Zapewne z tej przy­czyny nie zdo­były one naszego rynku i wyco­fano się z ich pro­duk­cji.

Satu­ra­tor, nie­od­łączny ele­ment kra­jo­brazu peere­low­skich miast, stał się jed­nym z sym­boli minio­nej epoki. Nic więc dziw­nego, że w 1985 roku zespół Wały Jagiel­loń­skie nagrał słynny prze­bój Złote żniwa, w któ­rym Rudi Schu­berth śpiewa:

Tato, kupmy sobie satu­ra­tor. Co ty na to? Skwarne lato nad­cho­dzi, sodowa sku­tecz­nie chło­dzi. A jeśliby soku ciut dodać, to mówię ci, tato, pój­dzie ta woda jak woda. Każdy pią­taka z kie­szeni wywali, pić będą i duzi, i mali1.

Sma­ko­łyki PRL-u są obecne także w daw­nych pro­duk­cjach fil­mo­wych. Jagoda Kar­wow­ska kon­te­stuje pole­ce­nia rodzi­ców, żując demon­stra­cyj­nie gumę i robiąc balony, co bar­dzo iry­to­wało Ste­fana i Magdę. Wiel­bi­cie­lami gumy byli rów­nież boha­te­ro­wie serialu Sta­wiam na Tolka Banana. Z kolei Poldek i Duduś z Podróży za jeden uśmiech, gdy już dotarli nad Bał­tyk, chęt­nie schła­dzali się perłą Bał­tyku, kupu­jąc lody na patyku.

Mobilne satu­ra­tory wystę­pują w wielu fil­mach. Warto jed­nak pod­kre­ślić, że sceny te nie były pre­zen­to­wane w for­mie prze­śmiew­czej. Nawet Sta­ni­sław Bareja nie widział w satu­ra­to­rach nic dziw­nego...

Dziesięć kultowych hitów epoki PRL-u

Cho­ciaż PRL czę­sto był ponury i szary, to jed­nak wiele ówcze­snych rze­czy wciąż wspo­mi­namy z sen­ty­men­tem.

Mały fiat zmo­to­ry­zo­wał Pol­skę, cho­ciaż jego cena nie nale­żała do naj­niż­szych. Na zakup nowego pojazdu ocze­ki­wało się z reguły kilka lat, skrzęt­nie wpła­ca­jąc kolejne raty na spe­cjalne ksią­żeczki oszczęd­no­ściowe. Aby uatrak­cyj­nić czas ocze­ki­wa­nia, wła­dze wpro­wa­dziły cykliczne loso­wa­nia i szczę­śliwcy mogli ode­brać klu­czyki do auta. Z tego powodu egzem­pla­rze uży­wane (nawet trzy-, czte­ro­let­nie) sprze­da­wano na gieł­dzie samo­cho­do­wej znacz­nie dro­żej, niż pła­cono za nowe samo­chody pro­sto z fabryki.

Miarą popu­lar­no­ści malu­cha był fakt, że wydano nawet spe­cjalną książkę zawie­ra­jącą wyłącz­nie dow­cipy na jego temat. Więk­szość z nich doty­czyła nie­wiel­kich roz­mia­rów auta, co wcale nie prze­szka­dzało pol­skim rodzi­nom docie­rać tym pojaz­dem na waka­cje nawet do Tur­cji. Poza tym był to jedyny samo­chód, który kie­rowca mógł sam odpa­lić na pych, a w przy­padku awa­rii roz­rusz­nika - uru­cho­mić pojazd za pomocą paska od spodni...

Poczciwa pralka Fra­nia, czyli połą­cze­nie sil­nika elek­trycz­nego z meta­lową beczką, pro­du­ko­wana od 1958 roku, była marze­niem każ­dej gospo­dyni domo­wej. Wpraw­dzie wcią­gała haftki, guziki i koń­cówki suwa­ków, ale ogól­nie znacz­nie uła­twiała życie. Napeł­niało się ją gorącą wodą z kranu lub wia­dra (póź­niej­sze modele miały sys­tem pod­grze­wa­nia, poja­wiły się też egzem­pla­rze z elek­tryczną pompką do opróż­nia­nia wody), a pra­nie wycią­gało się drew­nia­nymi szczyp­cami. Waż­nym ele­men­tem tej pralki była sto­so­wana w nie­któ­rych egzem­pla­rzach ręczna wyży­maczka - bar­dzo sku­teczna, choć użyt­kow­nik musiał uwa­żać na palce.

Fra­nia była sprzę­tem wie­lo­za­da­nio­wym, uży­wano jej także do ubi­ja­nia masła i śmie­tany czy far­bo­wa­nia tka­nin. Nie­któ­rzy wyko­rzy­sty­wali ją też do pro­duk­cji bim­bru...

Pro­szek Ixi - pro­du­ko­wany od 1965 roku - ide­al­nie paso­wał do Frani. To pierw­szy pol­ski pro­szek deter­gen­towy, który dosko­nale zwal­czał plamy. Był tak dobrym pro­duk­tem, że kar­to­nami wywo­zili go nawet dyplo­maci z państw socja­li­stycz­nych prze­by­wa­jący w naszym kraju.

Pro­blem sta­no­wiły nato­miast opa­ko­wa­nia - pro­szek wysy­py­wał się od razu po zaku­pie, a w wil­got­nej łazience łatwo ule­gał zbry­le­niu.

Dżinsy Odra pro­du­ko­wane od połowy lat 60. z pol­skiego tek­sasu o nazwie Ari­zona szybko stały się hitem han­dlo­wym. Cza­sami nazy­wano je jed­nak "pan­cer­nymi" (fak­tycz­nie były też dość sztywne) - okre­śle­nie wzięło się od modelu spodni nazwa­nego "Sza­rik" mają­cego na tyl­nej kie­szeni pla­kietkę z wize­run­kiem czte­rech pan­cer­nych.

Po dżinsy usta­wiały się dłu­gie kolejki (zakła­dano nawet listy spo­łeczne), a w sąsied­nich kra­jach dosłow­nie wyry­wano sobie je z rąk. Pod­czas wycieczki do ZSRS można było zamie­nić parę takich dżin­sów na złoty pier­ścio­nek lub nie­zły apa­rat foto­gra­ficzny.

Do dzi­siaj można spo­tkać w pol­skich miesz­ka­niach prze­no­śny radio­od­bior­nik Jowita. O jego suk­ce­sie zade­cy­do­wały nie­zła jakość, moż­li­wość zasi­la­nia z sieci i bate­rii oraz zakres fal UKF, dzięki czemu dało się odbie­rać radiową Trójkę oraz Stu­dio Ste­reo. Do tego docho­dziło jesz­cze wbu­do­wane gniazdo umoż­li­wia­jące nagry­wa­nie muzyki nie­złej jako­ści, cho­ciaż tylko w wer­sji mono­fo­nicz­nej.

Dla wielu osób zna­cze­nie miały też dwa zakresy fal krót­kich, dzięki któ­rym można było (pomimo zagłu­sza­nia) słu­chać Wol­nej Europy.

Tele­wi­zyjny Kon­cert Życzeń poja­wił się na ante­nie w latach 70., emi­to­wano go w week­endy, a pro­wa­dzili go naj­po­pu­lar­niejsi pol­scy pre­zen­te­rzy. Choć cena za zamó­wie­nie pio­senki była wysoka, chęt­nych nie bra­ko­wało. W reper­tu­arze domi­no­wali pol­scy wyko­nawcy, z reguły w każ­dym pro­gra­mie nada­wano też pio­senkę arty­sty zachod­niego. Uni­kano jed­nak coraz popu­lar­niej­szych w latach 80. tele­dy­sków. Twórcy pro­gramu nie chcieli bowiem, aby jego for­muła zbli­żyła się do Wide­oteki skie­ro­wa­nej do młod­szego widza.

Praw­dzi­wym sym­bo­lem luk­susu epoki PRL-u były sklepy sieci Pewex, w któ­rych za waluty wymie­nialne - głów­nie dolary - można było nabyć towary zachod­nie (cza­sami też kra­jowe, ale trudno dostępne). Peweksy (w 1989 roku na tere­nie całego kraju było ich ponad 800) ofe­ro­wały sze­roki asor­ty­ment: od alko­holu przez tele­wi­zory i sma­ko­łyki w kolo­ro­wych opa­ko­wa­niach po samo­chody. Naj­więk­szą popu­lar­no­ścią cie­szyły się jed­nak odzież dżin­sowa (głów­nie spodnie marki Wran­gler) i kosme­tyki, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem dam­skich per­fum Soir de Paris czy Masumi.

Dolary naby­wano - oczy­wi­ście - nie­le­gal­nie od cink­cia­rzy, można też było pła­cić bonami dola­ro­wymi upraw­nia­ją­cymi do zaku­pów wyłącz­nie w pewek­sach. Ich czar­no­ryn­kowa cena była z reguły niż­sza o 10-20 pro­cent niż cena praw­dzi­wych dola­rów.

Nie­wielu jed­nak mogło sobie pozwo­lić na zakup tele­wi­zora w pewek­sie, zatem obiek­tem marzeń był kra­jowy odbior­nik kolo­rowy Jowisz. Sku­tecz­nie zastą­pił on radziec­kie rubiny, któ­rych kine­skopy miały skłon­ność do eks­plo­zji, a do tego emi­to­wały pro­mie­nio­wa­nie porów­ny­walne z apa­ra­tem rent­ge­now­skim.

Jowisz był bar­dzo uda­nym pro­duk­tem, cho­ciaż nie spraw­dziła się wer­sja z sen­so­rami do zmiany kana­łów. W desz­czowe dni pro­gramy (wszyst­kie dwa) ule­gały samo­czyn­nej zmia­nie i sen­sory wysu­szano za pomocą pło­ną­cych zapa­łek.

Nie­wiele osób też pamięta, że pier­wot­nie tele­wi­zor nazwano PAW (Pierw­szy Apa­rat Wie­lo­barwny). Nazwa ta jed­nak nie tra­fiła do han­dlu, gdyż wcale nie koja­rzyła się z kolo­ro­wym pta­kiem...

Praw­dzi­wym prze­bo­jem tam­tych lat była oran­żada w butel­kach zwrot­nych o pojem­no­ści 0,33 litra, które - dzięki cha­rak­te­ry­stycz­nemu cera­micz­nemu kap­slowi na dru­cie - można było w dowol­nej chwili otwie­rać i zamy­kać. Do dobrego tonu wśród mło­dzieży nale­żało otwie­ra­nie butelki kan­tem dłoni, tak aby nic się wylało.

Dla tych, któ­rzy żało­wali pie­nię­dzy na kau­cję za butelkę (kosz­to­wała wię­cej niż sam napój), pozo­sta­wała oran­żada w folio­wych toreb­kach - napój piło się przez pla­sti­kową słomkę. Pro­blemy zaczy­nały się, gdy słomka przy­pad­kowo prze­biła torebkę i powstał drugi, nie­pla­no­wany otwór. Napój był bar­dzo słodki (napis na naklejce gło­sił: "Na praw­dzi­wym cukrze"), więc nie­szczę­sny wiel­bi­ciel oran­żady dosłow­nie cały się kleił...

Jed­nym z rze­miosł, które zani­kły po upadku PRL-u, była repa­sa­cja poń­czoch. W nie­mal każ­dym zakła­dzie kra­wiec­kim i w więk­szo­ści dużych skle­pów znaj­do­wały się punkty świad­czące usługę pod­no­sze­nia oczek - i zawsze usta­wiały się tam kolejki. W PRL-u raj­stopy były nie­zwy­kle defi­cy­to­wym towa­rem, poza tym łatwo ule­gały uszko­dze­niom na nie­zbyt kom­for­to­wych krze­słach w biu­rach i zakła­do­wych sto­łów­kach. Zatem panie zaj­mu­jące się repa­sa­cją ni­gdy nie narze­kały na brak klien­tek, a przy oka­zji zaj­mo­wały się także cero­wa­niem męskich skar­pet. Gdy po latach przyj­rzymy się seria­lom i fil­mom z tam­tego okresu, zawsze mignie nam w kadrze sku­piona nad swą pracą pani repa­saczka...

Z więk­szo­ścią tych kul­to­wych rze­czy poże­gna­li­śmy się w latach 90., ode­szły na zawsze wraz z epoką PRL-u. Ni­gdy już nie wrócą. I bar­dzo dobrze, cho­ciaż cza­sami wspo­mi­namy je z dużym roz­rzew­nie­niem.

Czarna wołga i inne upiory

Czarna wołga, Paskuda, stonka ziem­nia­czana. Ile w tych histo­riach było prawdy, a ile zwy­kłych plo­tek?

Porywacze dzieci

Naj­wię­cej emo­cji i panicz­nego stra­chu wzbu­dzała czarna wołga, któ­rej pasa­że­ro­wie ponoć pory­wali i mor­do­wali małe dzieci.

Histo­ria miała swój począ­tek w kwiet­niu 1965 roku, gdy w War­sza­wie fak­tycz­nie zagi­nęła 3-let­nia Lilianna Hen­cel. Dziew­czynka została upro­wa­dzona z miesz­ka­nia swo­ich rodzi­ców przy ulicy Gro­chow­skiej, a pory­wacz­kami były dwie kobiety.

Sprawa miała bar­dzo dziwny prze­bieg, gdyż pory­waczki wpu­ściła do domu matka dziew­czynki - poda­wały się bowiem za dale­kie kuzynki jej męża. Wycho­dząc do pracy, popro­siła nawet o opiekę nad dziec­kiem, ale gdy po powro­cie nie zastała córki w domu, natych­miast zawia­do­miła mili­cję.

Infor­ma­cja o porwa­niu podana w pra­sie i radiu szybko przy­nio­sła ocze­ki­wany efekt. Przy­pad­kowi prze­chod­nie widzieli obie kid­na­perki, jak wsia­dały wraz z dziec­kiem do czar­nej tak­sówki marki Wołga, którą odje­chały w nie­zna­nym kie­runku. Osta­tecz­nie pory­waczki wraz z Lilianną odna­le­ziono kilka dni póź­niej w oko­li­cach Łodzi. Kobiety oka­zały się sio­strami - jedna z nich marzyła, aby wycho­wy­wać zdrowe dziecko, gdyż jej wła­sna córka była nie­wi­doma od uro­dze­nia.

Ten pierw­szy nagło­śniony w mediach przy­pa­dek porwa­nia dziecka wywo­łał całą masę róż­nego rodzaju plo­tek. Przy oka­zji nie­mal każ­dego podob­nego zda­rze­nia wyro­ko­wano, że dziecko zapewne porwała czarna wołga. Wśród Pola­ków krą­żyły nie­stwo­rzone histo­rie - twier­dzono, że samo­cho­dem podró­żują dwie kobiety prze­brane za zakon­nice, które po porwa­niu spusz­czały z dziecka krew, aby sprze­da­wać ją cho­rym na bia­łaczkę boga­tym Niem­com z RFN-u lub zamoż­nym Żydom z Izra­ela.

Okna samo­chodu prze­mie­rza­ją­cego po zmroku ulice pol­skich miast miały być zasło­nięte firan­kami, co unie­moż­li­wia­łoby obser­wa­cję wnę­trza pojazdu. Oczy­wi­ście nie mogło się obejść bez maka­brycz­nych szcze­gó­łów - dzieci, z któ­rych rze­komo spusz­czano całą krew, odnaj­dy­wano ponoć mar­twe w lasach i par­kach, a mili­cja mil­czała, nie mogąc pora­dzić sobie z pory­wacz­kami.

Nie poma­gały zaprze­cze­nia przed­sta­wi­cieli władz ani fakt, że rze­komo zamor­do­wane dzieci w więk­szo­ści odnaj­dy­wały się po pew­nym cza­sie całe i zdrowe, a powo­dami ich zagi­nię­cia bywały nie­uwaga rodzi­ców lub nie­po­ro­zu­mie­nia rodzinne - psy­choza opa­no­wała cały kraj.

Legenda czar­nej wołgi odżyła nie­spo­dzie­wa­nie w ostat­nich latach. Tym razem pory­wano by dzieci w celu uzy­ska­nia orga­nów do prze­szcze­pów, a miej­sce radziec­kiego samo­chodu zajęło czarne bmw, które nocami prze­mie­rzało ulice pol­skich miast i mia­ste­czek...

Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego

Kolejna "wstrzą­sa­jąca" legenda epoki PRL-u miała już znacz­nie lżej­szy cha­rak­ter. W latach 80. w cie­szą­cym się ogromną popu­lar­no­ścią pro­gra­mie Lato z Radiem podano infor­ma­cję o potwo­rze gra­su­ją­cym w pod­war­szaw­skim Zale­wie Zegrzyń­skim. Nazwano go Paskudą, gdyż nie był spe­cjal­nej urody, a na domiar złego miał się żywić ście­kami i odpad­kami z zalewu.

W tam­tych cza­sach akwen ten rze­czy­wi­ście był bar­dzo zanie­czysz­czony (nie dzia­łała tam żadna oczysz­czal­nia ście­ków), nikogo nie dzi­wiło więc, że zaczęli się poja­wiać liczni świad­ko­wie, któ­rzy w męt­nej wodzie widzieli zwie­rzę nie­znane naukow­com. Snuto ana­lo­gie do sław­nego potwora ze szkoc­kiego jeziora Loch Ness.

Nie­któ­rzy twier­dzili nawet, że Paskudę widy­wano też w war­szaw­skim Jeziorku Czer­nia­kow­skim, a nawet w sto­łecz­nych Łazien­kach. Znu­dzona mono­tonną dietą w brud­nym zale­wie miała w Łazien­kach polo­wać na hodo­wane tam kar­pie. I nikomu nie prze­szka­dzał fakt, że oba zbior­niki nie miały połą­cze­nia z Zale­wem Zegrzyń­skim ani że ni­gdy nie opu­bli­ko­wano żad­nego wyraź­nego zdję­cia potwora.

W pra­sie poja­wiały się nato­miast rysunki Paskudy - przy­po­mi­nała ogrom­nego węża w cało­ści pokry­tego pustymi butel­kami, opo­nami samo­cho­do­wymi i śmie­ciami z oko­lic Zegrza. Osta­tecz­nie temat znik­nął, gdy zalew został oczysz­czony. Tłu­ma­czono wów­czas, że Paskuda nie lubi czy­stej wody...

Pozo­sta­ło­ścią potwora z Zalewu Zegrzyń­skiego była waka­cyjna histo­ria sprzed kilku lat, gdy "Fakt" ogło­sił, że w górę Wisły pły­nie potężny wie­lo­ryb o imie­niu Lolek. Ssak - zmie­rza­jąc do sto­licy - miał nawet poko­nać tamę we Wło­cławku, a jego przy­gody rela­cjo­no­wali naoczni świad­ko­wie. Kilka dni wcze­śniej fak­tycz­nie zaob­ser­wo­wano pra­wie 30-metro­wego wie­lo­ryba w Zatoce Gdań­skiej, który następ­nie odpły­nął, co jed­nak nie prze­szko­dziło dzien­ni­ka­rzom "Faktu" rela­cjo­no­wać jego zmy­śloną podróż rzeką do War­szawy...

Amerykańska stonka

Kolejna legenda epoki PRL-u miała pod­łoże poli­tyczne. W czerwcu 1950 roku ogło­szono, że impe­ria­li­ści ame­ry­kań­scy zrzu­cili na Pol­skę ogromne ilo­ści stonki ziem­nia­cza­nej, co miało znisz­czyć uprawy i wywo­łać głód w naszym kraju. Do walki z zagro­że­niem zmo­bi­li­zo­wano tysiące ochot­ni­ków, któ­rzy ze sło­ikami w rękach ruszyli na pola, aby nisz­czyć chrząsz­cza szkod­nika. Prasa, radio i Pol­ska Kro­nika Fil­mowa na bie­żąco rela­cjo­no­wały wyda­rze­nia, wła­dze wyda­wały odpo­wied­nie komu­ni­katy, oskar­ża­jąc "ame­ry­kań­skich impe­ria­li­stów" o zbrod­ni­cze zamiary wobec spo­łe­czeń­stwa.

Inna sprawa, że stonka fak­tycz­nie pocho­dziła z USA, dokład­nie z Kolo­rado, a do Europy została zawle­czona już kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej wraz z żywo­ścią ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Szybko się roz­mno­żyła, gdyż na Sta­rym Kon­ty­nen­cie nie miała natu­ral­nych wro­gów, a pesty­cy­dów uży­wano wów­czas znacz­nie rza­dziej niż obec­nie. Pro­blem z usu­nię­ciem stonki był fak­tycz­nie bar­dzo poważny, więc wła­dze wyko­rzy­stały to w spra­wach pro­pa­gan­do­wych.

Nie­mal z dnia na dzień żuk z Kolo­rado stał się tema­tem numer jeden w mediach i praw­dzi­wym postra­chem pol­skiego spo­łe­czeń­stwa. Dziś już nie­mal zupeł­nie wygi­nął, a jego miej­sce zaj­muje stonka kuku­ry­dziana zawle­czona do Europy pod­czas wojen na Bał­ka­nach w latach 90. ubie­głego wieku. Tylko że nikt już nikogo nie oskarża, iż było to celowe dzia­ła­nie.

Czar­nych legend w epoce PRL-u było znacz­nie wię­cej - w więk­szo­ści miały pod­tekst poli­tyczny lub były zwią­zane z bra­kami w zaopa­trze­niu skle­pów.

Aby wytłu­ma­czyć nagłe pogor­sze­nie się jako­ści wędlin pod koniec lat 70., plot­ko­wano, że na pole­ce­nie władz dodaje się do nich w zakła­dach mię­snych ark­tycz­nego kryla - sko­ru­piaka, któ­rego wów­czas zaczęto masowo odła­wiać, aby prze­ra­biać go na pasze dla zwie­rząt. Z kolei kosz­marna jakość pasz­te­to­wej miała być spo­wo­do­wana doda­wa­niem do niej mie­lo­nego papieru toa­le­to­wego (!), co z kolei wyja­śniało brak tego towaru na rynku.

Ale to już histo­ria na inne opo­wia­da­nie...

Plotki, plotki...

Plotki o zna­nych ludziach zawsze eks­cy­to­wały spo­łe­czeń­stwo. Nie ina­czej było w cza­sach PRL-u.

Do Paryża do fryzjera

W dru­giej poło­wie lat 70. nie­mal cała Pol­ska opo­wia­dała o eks­tra­wa­gan­cjach Sta­ni­sławy Gie­rek. Pierw­sza dama epoki pro­pa­gandy suk­cesu miała raz na tydzień latać do Paryża na zakupy, a pod­czas tych wizyt odwie­dzać jesz­cze eks­klu­zyw­nego fry­zjera. Plotkę pod­sy­cał fakt, że Sta­ni­sława jako pierw­sza żona przy­wódcy par­tii wyszła z jego cie­nia i czę­sto towa­rzy­szyła mu pod­czas wizyt zagra­nicz­nych. Przy takich oka­zjach komen­to­wano też nowe fry­zury pani Gie­rek, które nie wszyst­kim się podo­bały. Uwa­żano bowiem, że jej ucze­sa­nie czę­sto nie jest naj­le­piej dobrane, a poza tym nie licuje z jej pozy­cją ani wie­kiem. Plotka o regu­lar­nych wizy­tach nad Sekwaną - oczy­wi­ście - nie była praw­dziwa, ale u jej źró­dła leżał fakt, że pani Gie­rek fak­tycz­nie miała sła­bość do zagra­nicz­nych zaku­pów.

"Spo­tka­łem się (...) z Kar­skim, naszym amba­sa­do­rem w Wied­niu - wspo­mi­nał Mie­czy­sław Rakow­ski. - Opo­wia­dał mi różne histo­ryjki o naszych bon­zach (na przy­kład że co naj­mniej raz na kwar­tał przy­jeż­dża tu pani Sta­sia Gier­kowa z całą nie­mal rodziną i doko­nuje zaku­pów)"2.

Działacz i piosenkarka

Zresztą wspo­mniany Mie­czy­sław Rakow­ski wkrótce też padł ofiarą plotki. Na początku lat 80. kraj obie­gła wia­do­mość, że ówcze­sny wice­pre­mier nawią­zał gorący romans z pio­sen­karką Hanną Bana­szak. Nie pomo­gły zaprze­cze­nia woka­listki, która nie­mal w każ­dym wywia­dzie z uśmie­chem mówiła: "Nie, naprawdę nie znam tego pana". Inna sprawa, że pogło­ski na ten temat pod­sy­cał jed­nak sam Rakow­ski, któ­remu naj­wy­raź­niej impo­no­wał fakt łącze­nia jego nazwi­ska z uro­dziwą, o ponad 30 lat młod­szą artystką.

Podobno plotka doszła nawet do gene­rała Jaru­zel­skiego, który wprost zapy­tał Rakow­skiego o całą sprawę. Ten zaprze­czył, jed­nak pogło­ska na­dal żyła wła­snym życiem i uci­chła dopiero w stycz­niu 1986 roku pod­czas wie­czoru pio­se­nek Jerzego Wasow­skiego w sto­łecz­nym Teatrze Współ­cze­snym. Bana­szak, wyko­nu­jąc Ja dla pana czasu nie mam, "kie­ro­wała spoj­rze­nie gdzieś w bok od miej­sca", w któ­rym na widowni sie­dział Rakow­ski. Na efekty nie trzeba było długo cze­kać, "połowa sali wybuch­nęła śmie­chem i tak już było do końca pio­senki". Do śmie­chu nie było tylko Rakow­skiemu...

Aktorka i premier

Mał­żeń­stwo Niny Andrycz z pre­mie­rem Cyran­kie­wi­czem także sta­no­wiło obiekt róż­nego rodzaju aneg­dot opo­wia­da­nych w biu­rach i kawiar­niach. Plotki potę­go­wał fakt, że mał­żon­ko­wie nie mieli dzieci, a pre­mier ucho­dził za wyjąt­ko­wego kobie­cia­rza.

Gdy w 1960 roku Cyran­kie­wi­czo­wie mieli odwie­dzić Indie, o przy­go­to­wa­niach do wizyty sze­roko roz­pi­sy­wała się pol­ska prasa, infor­mo­wano rów­nież, że kre­acje dla pani pre­mie­ro­wej szyte są przez naj­lep­szych pary­skich kraw­ców. Wzbu­dziło to obu­rze­nie pol­skiego spo­łe­czeń­stwa egzy­stu­ją­cego w skrom­nych warun­kach. Na spo­tka­niach w zakła­dach pracy ostro ata­ko­wano tę roz­rzut­ność, a do histo­rii prze­szła ripo­sta Wła­dy­sława Bień­kow­skiego (byłego mini­stra i posła). Ten znany z cię­tego języka publi­cy­sta miał uspo­ka­jać robot­ni­ków, że pary­skie toa­lety pani Niny były tań­szym wyj­ściem z sytu­acji. Albo­wiem "gdyby Cyran­kie­wicz poje­chał sam, to kosz­to­wa­łoby nie mniej, bo kon­takty z paniami na świe­cie drogo kosz­tują".

Nie trzeba doda­wać, że pani pre­mie­rowa wcale nie nosiła w Indiach sukni ze szcze­ro­zło­tymi nit­kami ani kape­lu­szy ozdo­bio­nych dro­gimi klej­no­tami, jak to opo­wia­dano w kraju...

Popielniczką w telewizor

W tym samym roku na sce­nie Kaba­retu Star­szych Panów zade­biu­to­wała Kalina Jędru­sik. Naj­więk­sza seks­bomba PRL-u zawsze dbała o dostar­cza­nie plo­tek, a nie­chęć, jaką do niej odczu­wali Wła­dy­sław i Zofia Gomuł­ko­wie, była wystar­cza­ją­cym powo­dem do zabaw­nych aneg­dot.

Podobno towa­rzyszka Zofia wymo­gła na wła­dzach tele­wi­zji, aby Kalina poka­zy­wała się na wizji bar­dziej sto­sow­nie ubrana, a już na pewno nie w suk­niach z ogrom­nym dekol­tem i z krzy­ży­kiem na łań­cuszku opa­da­ją­cym na jej obfity biust. Jędru­sik - oczy­wi­ście - igno­ro­wała te żąda­nia. W efek­cie plot­ko­wano, że ile­kroć Gomuł­ko­wie widzą ją w Kaba­re­cie Star­szych Panów, towa­rzyszka Zofia dostaje histe­rii, a pierw­szy sekre­tarz rzuca w tele­wi­zor kap­ciem lub (w ostrzej­szej wer­sji) popiel­niczką.

Nie było to prawdą, wpraw­dzie Gomuł­ko­wie szcze­rze nie cier­pieli Jędru­sik, jed­nak towa­rzysz Wie­sław nie mógł rzu­cać w nią kap­ciem, gdyż ze względu na swoje kalec­two uży­wał w domu wyłącz­nie spe­cjal­nego obu­wia orto­pe­dycz­nego. Jesz­cze gorzej sprawa przed­sta­wiała się z popiel­niczką. Wpraw­dzie palił papie­rosy, ale był czło­wie­kiem tak oszczęd­nym, że ni­gdy w życiu nie rzu­ciłby cięż­kim przed­mio­tem w tak kosz­towną rzecz jak tele­wi­zor. Poza tym Kaba­ret Star­szych Panów nada­wano o godzi­nie 22.30, a Gomułka lubił wcze­śnie cho­dzić spać - wyją­tek robił tylko w czwartki, gdy po Dzien­niku emi­to­wano Kobrę, a Starsi Pano­wie poja­wiali się w soboty...

Maryla, Daniel i "Czerwony Książę"

Pod koniec lat 70. ogromne emo­cje wzbu­dziła rywa­li­za­cja pomię­dzy Danie­lem Olbrych­skim a Andrze­jem Jaro­sze­wi­czem - cho­dziło o względy Maryli Rodo­wicz. Popu­larna pio­sen­karka była zwią­zana z Olbrych­skim przez trzy lata, plot­ko­wano nawet o ich ślu­bie (aktor nie miał jesz­cze wtedy roz­wodu).

Wresz­cie na dro­dze tej pary sta­nął kie­rowca raj­dowy, syn pre­miera Jaro­sze­wi­cza nazy­wany "Czer­wo­nym Księ­ciem". Pol­skie spo­łe­czeń­stwo wyjąt­kowo go nie lubiło za zaba­wowy tryb życia. Powszech­nie uwa­żano, że prze­pija pań­stwowe pie­nią­dze, prze­pusz­cza ogromne sumy na kobiety, a do tego w Monte Carlo po zakoń­cze­niu rajdu miał publicz­nie przy­pa­lać sobie papie­rosy 500-zło­to­wymi bank­no­tami. Ale na Maryli robił ogromne wra­że­nie - trudno się zresztą dzi­wić, skoro potra­fił wyna­jąć samo­lot, aby pod­czas poznań­skiego kon­certu woka­listki zrzu­cać z niego goź­dziki.

Osta­tecz­nie Rodo­wicz ode­szła od Olbrych­skiego i na krótko zwią­zała się z Jaro­sze­wi­czem, czego spo­łe­czeń­stwo nie potra­fiło jej wyba­czyć. I gdy dwa lata póź­niej buch­nęła kolejna plotka, że pan Daniel pobił rywala w war­szaw­skim SPA­TiF-ie, wiele osób nie ukry­wało satys­fak­cji. Wpraw­dzie bez­po­śred­nią przy­czyną bójki miała być obraź­liwa wypo­wiedź Jaro­sze­wi­cza o zbli­ża­ją­cej się pierw­szej piel­grzymce Jana Pawła II do kraju, ale wszy­scy podej­rze­wali, że tak naprawdę pano­wie zała­twiali pora­chunki za Rodo­wicz. Cho­ciaż obaj zaprze­czali awan­tu­rze, plotka żyła wła­snym życiem. Zresztą Olbrych­ski zaprze­czał w taki spo­sób, jakby wła­śnie chciał ją potwier­dzić...

Patrząc na tamte czasy, trudno nie zauwa­żyć, że plotki o obec­nych gwiaz­dach czy poli­ty­kach nie mają już takiego zasięgu oddzia­ły­wa­nia. Nowa kre­acja pani pre­zy­den­to­wej nie sta­nowi tematu powszech­nych roz­mów w biu­rach i urzę­dach, a do czę­stej zmiany part­ne­rów przez dzi­siej­szych cele­bry­tów wszy­scy się już przy­zwy­cza­ili. Zresztą - jaka epoka, takie gwiazdy...

Początki klubu Hybrydy

Koniec epoki sta­li­ni­zmu przy­spie­szył prze­miany oby­cza­jowe, a mło­dzież nie chciała już śpie­wać pie­śni o przo­dow­ni­kach pracy i pla­nie sze­ścio­let­nim. Ofi­cjal­nie poja­wił się wyklęty do nie­dawna jazz, powsta­wały modne kluby i kawiar­nie. Mło­dzi ludzie pra­gnęli się bawić i uży­wać życia.

Złota młodzież i komunizm

Cho­ciaż w cza­sach Pol­ski Ludo­wej ist­niał obli­ga­to­ryjny obo­wią­zek pracy, to nawet wów­czas nie bra­ko­wało ludzi ofi­cjal­nie nie­osią­ga­ją­cych żad­nych docho­dów, a żyją­cych na dość przy­zwo­itym pozio­mie. I nie były to wyłącz­nie osoby z typo­wego mar­gi­nesu spo­łecz­nego, w pew­nych krę­gach funk­cjo­no­wały bowiem grupy zło­tej mło­dzieży, któ­rej tryb życia wzbu­dzał pro­te­sty ówcze­snych mora­li­stów.

"W War­sza­wie była tak zwana grupa - wspo­mi­nał jeden z naj­bar­dziej zna­nych ówcze­snych impre­zo­wi­czów, Andrzej "Koń" Boh­da­no­wicz. - (...) Złota mło­dzież, ale nie taka złota mło­dzież, która miała boga­tych rodzi­ców, tylko wszy­scy stu­dio­wali, wszy­scy mieli jakieś pie­nią­dze i umieli tymi pie­niędzmi bawić się. Skrom­nymi pie­niędzmi. Razem wyjeż­dżało się na Mazury, nad morze, razem w góry. A jak pry­watka, to było sto osób i był huk. Naj­lep­sze dziew­czyny, modelki - nie modelki"3.

Nie wszy­scy mieli jed­nak podob­nie ogra­ni­czone środki finan­sowe. Za naj­więk­szego bon vivanta tam­tych lat ucho­dził Andrzej Rze­szo­tar­ski dys­po­nu­jący ogrom­nymi pie­niędzmi nie­wia­do­mego pocho­dze­nia. Nazy­wano go "Rot­mi­strzem" lub "Wujem", był czło­wie­kiem w wieku śred­nim, co nie prze­szka­dzało mu jed­nak bry­lo­wać w znacz­nie młod­szym towa­rzy­stwie.

"Krą­żyły o nim plotki - opo­wia­dała Osiecka - od któ­rych włosy jeżyły się na gło­wie: że han­dluje nar­ko­ty­kami, że jest madonną sied­miu wywia­dów (wuj! madonną!), że oszu­kuje w pokera, że jest zwy­czaj­nym gang­ste­rem i tak dalej, i tak dalej. Dla naszej jed­nak opo­wiastki jest ważne tylko to, że "Wuj" był czło­wie­kiem prze­po­twor­nie majęt­nym. Poru­szał się po War­sza­wie wście­kle czer­wo­nym mer­ce­de­sem (...)"4.

Inni zapa­mię­tali, że Rze­szo­tar­ski jeź­dził czer­wo­nym lin­col­nem czy też for­dem, marka samo­chodu nie miała zresztą więk­szego zna­cze­nia. Zachodni pojazd dobrej klasy był bowiem wtedy sym­bo­lem wręcz nie­wy­obra­żal­nego luk­susu, czymś, na co mogli sobie pozwo­lić tylko naj­bar­dziej zamożni.

Nikt wła­ści­wie nie wie­dział, czym pan "Rot­mistrz" się zaj­muje, z per­spek­tywy czasu można jed­nak podej­rze­wać, że był agen­tem SB. Na pewno nie mógł się pochwa­lić żadną kom­ba­tancką prze­szło­ścią i ni­gdy nie nosił stop­nia ofi­cer­skiego. Praw­do­po­dob­nie wyko­rzy­stał przy­pad­kową zbież­ność nazwisk z przed­wo­jen­nym kawa­le­rzy­stą i uczest­ni­kiem Powsta­nia War­szaw­skiego Ada­mem Rze­szo­tar­skim - i w ten spo­sób dostą­pił nobi­li­ta­cji.

"Za Rot­mi­strzem snuł się jak cień ese­ista i aktor Adam Paw­li­kow­ski - wspo­mi­nał Janusz Gło­wacki - nazy­wany Dudu­siem, któ­rego szla­chetny pro­fil, znany z filmu Popiół i dia­ment, przy­cią­gał dziew­czyny i uświet­niał zabawy Rze­szo­tar­skiego w jego wyta­pe­to­wa­nym pięć­set­kami miesz­ka­niu"5.

Pan "Rot­mistrz" nie zada­wał sobie trudu, aby oso­bi­ście pro­wa­dzić swój pojazd, miał od tego kie­rowcę, olbrzyma o prze­zwi­sku "Cegła". Razem ze swo­imi wybran­kami zaj­mo­wał tylne sie­dze­nie, zwy­kle też obda­rzał part­nerki ele­ganc­kim obu­wiem. Aby jed­nak być pew­nym efek­tów spo­tka­nia, jeden bucik wrę­czał dziew­czy­nie wie­czo­rem, a drugi dopiero rano...

Zarówno Rze­szo­tar­ski, jak i Paw­li­kow­ski zakoń­czyli życie w tra­giczny spo­sób. Aktor zaplą­tany w "afery ze służ­bami spe­cjal­nymi" popadł w obłęd, nato­miast po zmia­nie "ukła­dów mili­cyjno-poli­tycz­nych" "Rot­mistrz" prze­stał być potrzebny i stra­cił swoje legen­darne moż­li­wo­ści finan­sowe. W efek­cie obaj popeł­nili samo­bój­stwo, wyska­ku­jąc przez okno.

Na Mokotowskiej

W swo­ich naj­lep­szych latach Rze­szo­tar­ski był sta­łym klien­tem war­szaw­skiego klubu Hybrydy przy ulicy Moko­tow­skiej, któ­rego dzia­łal­ność ofi­cjal­nie zain­au­gu­ro­wano kon­cer­tem jaz­zo­wym 1 lutego 1957 roku. Jed­nak nie­mal od samego początku klub bar­dziej koja­rzył się z naj­lep­szymi w War­sza­wie impre­zami tanecz­nymi, które odby­wały się trzy razy w tygo­dniu.

"W czwartki, soboty i nie­dziele - pisał ze zgor­sze­niem dzien­ni­karz "Walki Mło­dych" - cią­gnie na Moko­tow­ską 48 nie tylko sznur samo­cho­dów, ale rów­nież i tłum pie­szych złak­nio­nych tańca. Napie­rają na drzwi, zaglą­dają przez zakra­to­wane okna, uży­wają zmyśl­nych for­teli, aby dostać się do wyma­rzo­nego raju - nic z tego. Bram­ka­rze są bez­li­to­śni, pra­cują spraw­nie i meto­dycz­nie"6.

Klub był obli­czony na 150-200 osób i fak­tycz­nie tyle sprze­da­wano bile­tów. Wielu zna­jo­mych wcho­dziło jed­nak za darmo, a pozo­stali pła­cili wprost do kie­szeni bram­ka­rzy. Ci zresztą dosko­nale wie­dzieli, kogo mają wpu­ścić do lokalu.

"(...) uczen­nice, bady­la­rzy, cink­cia­rzy, aktorki, pio­sen­ka­rzy, taj­nia­ków - wspo­mi­nał Janusz Gło­wacki - i 14-let­nią Ewu­nię, która na pyta­nie ojca: "Czy ty aby, córeczko, za wcze­śnie nie zaczy­nasz?", odpo­wia­dała: "Tatu­siu, ja już zaczy­nam wycho­dzić z obiegu". A kiedy ojciec posta­no­wił zamy­kać ją na klucz, żeby odra­biała lek­cje, po jego zawią­za­nych w linę kra­wa­tach spusz­czała się przez okno na ulicę"7.

Inna sprawa, że już sama loka­li­za­cja klubu powinna dać jego bywal­com wiele do myśle­nia. Naprze­ciwko dzia­łał bowiem bar Prze­chodni, gdzie można było napić się wódki (w Hybry­dach poda­wano tylko piwo i wino), a w pobliżu mie­ściła się przy­chod­nia wene­ro­lo­giczna, gdzie czę­sto tra­fiali bywalcy lokalu.

Za naj­lep­szego tan­ce­rza Hybryd ucho­dził Hen­ryk Kurek nazy­wany Heniem "Melo­ma­nem". To wła­śnie jego poka­zy­wały kamery tele­wi­zyjne pod­czas repor­taży z klubu, poja­wiał się rów­nież w fil­mach z tego okresu (w epi­zo­dach, bez poda­wa­nia jego nazwi­ska w czo­łówce). Był tan­ce­rzem nie­zwy­kle zdol­nym, a do tego miał wręcz nie­praw­do­po­dobną kon­dy­cję.

"Nie pamię­tam już, co Henio "Melo­man" tań­czył - wspo­mi­nał Tade­usz Ross - (...) ale pamię­tam, jak tań­czył. Wokół niego two­rzył się wia­nu­szek gapiów, a gdy koń­czył, roz­brzmie­wały grom­kie brawa. Henio był sta­łym bywal­cem "Hybryd", nie pamię­tam chyba wie­czoru, żeby go nie było. On był po pro­stu zna­kiem fir­mo­wym tego klubu"8.

Muzyka, hazard i alkohol

Oczy­wi­ście oby­czaje panu­jące w lokalu nie mogły zachwy­cać przed­sta­wi­cieli władz - ich spo­kój burzyły alko­hol, seks i jazz, potem rock and roll, a do tego miej­scowi bon vivanci, któ­rzy pro­wa­dzili życie nie­zgodne z zasa­dami socja­li­stycz­nej moral­no­ści... Tacy jak wspo­mniany "Koń", który na swo­jej wizy­tówce zamie­ścił adno­ta­cję "czło­wiek wolny" i jako pan wła­snego czasu stale prze­sia­dy­wał w Hybry­dach.

"["Koń"] nie miał ni­gdy pie­czątki z miej­sca pracy w dowo­dzie oso­bi­stym - tłu­ma­czyła Agata Bleja - no, może raz, parę lat po woj­nie, gdy ucie­ka­jąc przed woj­skiem, zaszył się na wsi jako nauczy­ciel. Dość szybko zresztą skrzyk­nął tam dobo­rowe towa­rzy­stwo: kowala, przed­wo­jen­nego kaprala, kie­row­nika pege­eru oraz soł­tysa i zało­żyli kółko kar­ciane. Koń, jak go przez całe doro­słe życie nazy­wają wszy­scy, w karty gra od dziecka. Karty to jego naj­więk­sza przy­jem­ność (...)"9.

Karty nie były wyłącz­nie roz­rywką, w Hybry­dach grano bowiem hazar­dowo (oczy­wi­ście nie­le­gal­nie), co wyja­śnia źró­dło docho­dów nie­któ­rych sta­łych bywal­ców klubu. Hazard bywał jed­nak cza­sami dość nie­bez­piecz­nym zaję­ciem.

"W Hybry­dach - kon­ty­nu­ował Gło­wacki - roz­po­czy­nał długą noc opę­tany jak gracz Dosto­jew­skiego manią hazardu kapi­tan Służby Bez­pie­czeń­stwa, postrach poke­rzy­stów, bo kiedy prze­gry­wał, wycią­gał rewol­wer i zabie­rał się cał­kiem kon­kret­nie do popeł­nia­nia samo­bój­stwa. Natych­miast pocie­szano go i wrę­czano prze­graną kwotę. Nie trzeba było wiele wyobraźni, żeby prze­wi­dzieć, czym by się skoń­czyło dla gra­ją­cych zna­le­zie­nie (...) ciała ofi­cera służb spe­cjal­nych. Jed­nym sło­wem, w Hybry­dach było inte­re­su­jąco"10.

Tym nie­mniej lokal przy Moko­tow­skiej to nie tylko imprezy taneczne, seks i hazard. Przez dłuż­szy czas dzia­łały tam: dys­ku­syjny klub fil­mowy, Stu­dencki Teatr Hybrydy (Jan Pie­trzak, Woj­ciech Mły­nar­ski, Jonasz Kofta) oraz grupa poetycka Poko­le­nie 1960 (Edward Sta­chura, Zbi­gniew Jerzyna, Bar­bara Sadow­ska), a także Hot-Club Hybrydy, gdzie gry­wał Krzysz­tof Komeda, a karierę zaczy­nali Wło­dzi­mierz Nahorny, Michał Urba­niak i Tomasz Stańko. To wła­śnie ten klub był głów­nym orga­ni­za­to­rem pierw­szego mię­dzy­na­ro­do­wego festi­walu jaz­zo­wego Jazz 58, prze­mia­no­wa­nego póź­niej na Jazz Jam­bo­ree.

Koniec daw­nych Hybryd nastą­pił w 1973 roku. Dzia­łal­ność klubu wzno­wiono po czte­rech latach, ale już w lokalu przy ulicy Kniew­skiego (obec­nie Złota). Do nowej sie­dziby przy­cho­dzili jed­nak zupeł­nie inni ludzie i nikt nie bawił się przy jaz­zie czy rock and rollu...