Rozdział 1. Zamiast wstępu
Rozdział 1
Zamiast wstępu
W pałacu w Oborach
W pałacu w Oborach
Wprawdzie epoka PRL nigdy nie dorównała elegancją czasom II
Rzeczypospolitej, to jednak na towarzyskiej mapie Polski również
istniały snobistyczne miejsca, w których wypadało się pokazywać. W gronie artystów za takie uchodziły domy pracy twórczej, a szczególnie
placówki przeznaczone dla literatów. Powstawały one najczęściej w atrakcyjnych turystycznie miejscowościach: Sopocie, Kazimierzu Dolnym,
Zakopanem czy Jeleniej Górze, największą jednak sławą cieszył się Dom
Pracy Twórczej w Oborach pod Warszawą. Mieścił się on w dawnym pałacu
Potulickich, a rozpoczął swoją działalność we wrześniu 1948 roku.
Podobnie jak inne tego rodzaju placówki był dotowany przez władze, ceny
noclegów ustalono na niskim poziomie, a miejscowa kuchnia uchodziła za
dość przyzwoitą. Pewne problemy stwarzali natomiast miejscowi
kierownicy, którzy zanim poznali stałych bywalców, popełniali pewne
gafy. Nie znając towarzyskich i rodzinnych realiów życia gości,
potrafili wyznaczyć rozwiedzionym małżonkom sąsiednie miejsca w jadalni
albo też posadzić przy jednym stole reżimowego autora i opozycjonistę. W efekcie w sali jadalnej panowała czasem grobowa cisza albo zdarzały się
ostentacyjne zamiany miejsc.
Środowisko literackie Polski Ludowej było zresztą wyjątkowo
zróżnicowane, należeli bowiem do niego ludzie o różnych poglądach i pochodzeniu. Wywoływało to czasami humorystyczne sytuacje, jak ta mająca
miejsce w krakowskiej stołówce Związku Literatów tuż po zakończeniu
wojny. Przy jednym stole jedli tam wówczas obiad niedawny więzień
Auschwitz, pisarz Tadeusz Hołuj, i tłumacz Goethego, hrabia Feliks
Konopka. Arystokrata, jak przystało na dobrze wychowanego człowieka,
zagaił konwersację, pytając Hołuja: "A długo to, jeśli wolno zapytać,
bawił pan w Oświęcimiu?".
W Oborach bywała śmietanka stołecznych literatów, a unikali tego miejsca
tylko Melchior Wańkowicz i Paweł Jasienica. Pamiętając bowiem, że pałac
odebrano Potulickim, twierdzili, iż nie mają zwyczaju odwiedzać cudzego
"domu pod nieobecność gospodarzy".
Inni nie odczuwali podobnych skrupułów i placówka niemal zawsze była
pełna gości, tym bardziej że Obory chętnie odwiedzali również filmowcy,
którzy pisali tam scenariusze i adaptowali utwory literackie na potrzeby
kinematografii. A chociaż średnia wieku bywalców Obór była z reguły dość
wysoka, trafiali tam również ludzie młodzi, dopiero zaczynający karierę.
I czasami potrafili wywołać pewne zamieszanie.
"(...) Jerzy Andrzejewski mieszkał zawsze w apartamencie na parterze -
wspominał Janusz Głowacki - z widokiem na klomb, koło którego miał
zwyczaj joggingować w samych kąpielówkach Jerzy Skolimowski - wówczas
młodziutki poeta. I raz po pokoju wielkiego pisarza jakby wicher
przeszedł, firanki zafalowały i następnego dnia zaczęli pisać razem
piękny, liryczny scenariusz Niewinnych czarodziei, filmu, który
wyreżyserował potem Andrzej Wajda"2.
Atmosfera podwarszawskiej miejscowości pozytywnie wpływała na autorów -
kiedy w ciągu dnia chodziło się po korytarzach pałacu, można było
usłyszeć ciągły stukot maszyn do pisania. Działało to mobilizująco na
pisarzy przeżywających akurat niemoc twórczą, stali bywalcy wiedzieli
zresztą dobrze, w jakich miesiącach najlepiej im się w Oborach pracuje.
"Dużo tu jest powtórkowiczów, czyli tych ludzi, którzy byli ze mną w zeszłym roku - notował Miron Białoszewski. - Jadwiga powiedziała, że to
widocznie październikowcy. Jest przecież pani Julia
Hartwig-Międzyrzecka, jest małżeństwo, które lubi muzykę, jest pani,
która nie cierpi muzyki i pisze ciągle na maszynie (...). Jest małżeństwo,
on, stary pan, zdaje się historyk, (...) i jego żona o wiele lat młodsza
od niego, wciąż obliczam o ile i wychodzi mi, że o trzydzieści lat,
rozmawiają przez ścianę, słyszę i potem trochę mnie to krępuje, że mnie
słychać w moich różnych czynnościach. Ale w końcu macham ręką i się nie
przejmuję niczym, chodzi mi o to tylko, żeby ich nie budzić, po to, żeby
oni mnie nie budzili, z początku za głośno nastawiali radio, przypiąłem
im anonimową kartkę z prośbą o przyciszenie, na drugi dzień było ciszej,
teraz od dwóch dni jest dość bezradiowo. (...) Jest jedna pani starsza,
która chętnie rozmawia o każdej sprawie w każdym miejscu, chyba jest z mężem, chociaż wygląda na samotną. Ukazała się para młodych, która tak
samo w zeszłym roku ukazała się o tej samej porze, on mi się ulotnił.
Wyliczyłem, że razem ze mną jest dwanaście tych samych osób. A wszystkich nas jest w tej chwili dwadzieścia osób"3.
Jedną z ulubionych rozrywek gości był brydż, dobierały się stałe pary
spędzające długie wieczory przy stolikach. Inni preferowali spacery,
pogawędki na ganku, ewentualnie wizyty w kawiarni w pobliskim
Konstancinie. Natomiast młodzi artyści najczęściej gustowali w alkoholu,
co czasami wywoływało skandale. Prawdziwą grozę wzbudzały wizyty
Ireneusza Iredyńskiego, któremu zdarzało się tłuc pałacowe lustra.
Podobnie potrafił zachowywać się również Marek Hłasko.
"Obory były mocno zhierarchizowane - tłumaczył Głowacki. - (...) Ja, zanim
zacząłem być zapraszany do brydża, tłukłem się po obrzeżach w towarzystwie, owszem, utalentowanym, ale obdartym, przeklinającym i ostro pijącym. Jako debiutant nosiłem za Staszkiem Grochowiakiem walizkę
z nabywanymi w sklepie alkoholowym w Jeziornie równiutko ułożonymi
butelkami czystej, soplicy, jarzębiaku i winiaku, które, zamiast tworzyć
arcydzieła, opróżniałem potem najczęściej ze Staszkiem, Krzysiem
Mętrakiem, Jurkiem Górzańskim i reżyserem Januszem
Kondratiukiem"4.
Wprawdzie nie wszyscy młodzi artyści byli równie hałaśliwi, jak
Iredyński, ale co pewien czas w Oborach dochodziło do nocnych ekscesów
zakłócających spokój tego miejsca. Świadkiem jednego z nich był stały
bywalec pałacu, Marian Brandys:
"Wczoraj w nocy nowy skandaliczny występ młodych. Kończono właśnie
brydża (ja byłem wychodzący, więc nie było mnie przy tym), gdy zajechała
przed pałac taksówka. Wysiadło czterech pijanych. Trzej obcy ciągnęli
naszego młodego poetę, [Zbigniewa] Jerzynę. Jerzyna padł na kolana i błagał, żeby go ratować. Wreszcie udało się tamtych zmusić do odjazdu, a Jerzynę zamelinowano na noc w którymś z pokojów. W nocy wlazł do
kierowniczki: "Chciałbym się tylko dowiedzieć, gdzie jestem". "W Oborach". Odetchnął z głęboką ulgą: "O, jak to dobrze!". Zniknął skoro
świt, więc sprawa pozostała nie wyjaśniona. I podobno ten Jerzyna dobrze
się zapowiadał. I wygląda przyjemnie. Ale nic z niego nie będzie. Ofiara
Putramenta z jednej strony, Grochowiaka - z drugiej. Ile jest takich
zmarnowanych jeżynek!"5.
Popłoch wzbudzały również odwiedziny artystów nieuchodzących już
wprawdzie za "młodych", ale znanych ze swoich alkoholowych upodobań. Po
premierze Rejsu twórców filmu odwiedzili w Oborach jego główni
bohaterowie - Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach.
"I kiedy cała arystokracja Obór poszła spać - relacjonował Głowacki -
wydaliśmy na cześć naszych gości w pięknej sali pałacowej bankiet, w którym zgodziły się uczestniczyć pokojowe i kucharki. Przerażających
szczegółów przyjęcia wolę nie wspominać"6.
Nic zatem dziwnego, że gdy Głowacki z Piwowskim szukali miejsca w parku,
aby popracować na świeżym powietrzu, to z krzaków obserwował ich
"redaktor naczelny moczarowskiego pisma "Barwy"", pragnący donieść
stosownym czynnikom, że młodzi artyści znów "gorzałkują".
"Młodzi bywali niesforni - przyznawała Julia Hartwig - ale w Oborach to
rozumiano i wybryki puszczano im płazem. Pisarze mojego pokolenia
przyjeżdżali do pałacu, by przez dwa, trzy miesiące, przez nikogo nie
niepokojeni, popracować nad książką. Na ogół udawało się to nam
nieźle"7.
Problemy stwarzali jednak nie tylko młodzi. Także artyści starszej daty
zmagali się z różnego rodzaju słabościami, które czasami objawiały się w ostrej formie.
"Przyjechała Irena Tuwimówna z mężem Julianem Stawińskim - notował
Brandys. - Dobry niegdyś tłumacz i publicysta. Obecnie lekoman w ostatnim stadium. Wieczorem odwiozło go pogotowie"8.
Jednakże pomimo tych rozmaitych atrakcji towarzyskich stali bywalcy
wysoko cenili sobie pobyt w Oborach. Dużym plusem była bliskość Warszawy
- goście pałacu mogli w każdej chwili udać się do stolicy, aby
pozałatwiać pilne sprawy, i wrócić na noc. Marian Brandys każdego roku
spędzał w pałacu długie tygodnie i nie wyobrażał sobie pracy literackiej
bez regularnych pobytów w Oborach. Były one dla niego azylem i miejscem,
w którym czuł się jak rezydent "starego, zbankrutowanego dworu".
"Tak, polubiłem te Obory - przyznawał. - Tak bardzo chciałbym spędzić tu
w przyszłym sezonie całe pół roku. (...) Tu, w Oborach, doszedłem do
wniosku, że bardzo jednak lubię towarzystwo i że bardzo ono jest mi
potrzebne"9.
W dawnym pałacu Potulickich powstała znaczna część polskiej literatury
powojennej - Brandys pisał tu Koniec świata szwoleżerów, Andrzejewski
Miazgę, a Magdalena Samozwaniec Zalotnicę niebieską. Urok Obór
doceniał nawet pułkownik Janusz Przymanowski, który natychmiast po
przyjeździe przestawał pić i zapowiadał, że nie wyjdzie z pokoju, dopóki
nie dokończy kolejnego fragmentu epopei o dzielnych czołgistach i walecznym psie...
Księstwo warszawskie
Księstwo warszawskie
Niezależnie od tego, jak bardzo ciekawe rzeczy działy się w Trójmieście
albo w Krakowie, to właśnie stołeczne elity nadawały ton życiu
towarzyskiemu kraju. Artyści pochodzący z innych rejonów Polski ściągali
do Warszawy, stolica oferowała im bowiem największe możliwości zrobienia
kariery.
Literaci, reżyserzy i plastycy tworzyli jedno środowisko towarzyskie,
dość hermetyczne i trudno dostępne dla osób z zewnątrz. Nie wystarczał
tutaj sam talent, a przyjezdnym nieznającym miejscowych układów trudno
było się przebić.
Czasami wystarczała jednak zwykła, prywatna niechęć. Boleśnie przekonał
się o tym Zbyszek Cybulski, którego talentu nigdy do końca nie
wykorzystano. To właśnie on jako pierwszy nazwał stołeczne elity
księstwem warszawskim.
"On nie rozumiał, co takiego zrobił, że się od niego odwrócono -
opowiadał Władysław Kowalski. - Miał żal do paru reżyserów, ale nie
nadawał na nich. Był po prostu dobry, nie lubił mówić źle o ludziach.
Używał terminu "księstwo warszawskie". Że księstwu się coś nie
podobało"10.
Była to grupa 30-40 osób połączona więzami towarzyskimi. Ludzie ci mogli
zadecydować o czyjejś karierze albo upadku, o dobrych recenzjach lub
kompletnej klapie. Siła tej grupy była wręcz nieprawdopodobna.
"W SPATiF-ie niektórzy mieli swoje stałe stoliki - relacjonował Kutz. -
Na przykład Dygat. Kelnerzy pilnowali, by o stałej porze stolik był
wolny. Dygat zasiadał i się zaczynało. Przysiadywali się znajomi,
zaczynała się rozmowa. Zawsze ciekawa, zawsze dowcipna. Tym ciekawsza,
że to była rozmowa ludzi wolnych. My wiedzieliśmy, że jesteśmy
szpiegowani, podsłuchiwani, więc niczego się nie baliśmy. To był ten
sznyt. Wielu chciało się przysiąść, ale to nie było proste. Śmieszył
mnie ten ceremoniał. Zawsze gdy ktoś chciał się przysiąść, musiał
zapytać - grzecznie, jakby wchodził do salonu. Dygat przyjmował albo
odrzucał. Potrafił odrzucić bardzo brutalnie. (...) Wieczorami to już cały
SPATiF był nasz. Przy każdym stoliku siedział ktoś z księstwa, ktoś
znakomity. Zaczynały się wędrówki od stolika do stolika. Luźne
pogawędki, zabawa"11.
Aby uzyskać aprobatę księstwa, trzeba było "być dopuszczonym". Uznanie
mogły zapewnić tylko rzeczywiste osiągnięcia, "inaczej nie było mowy o zaproszeniu".
Pomimo wszelkiego rodzaju opozycyjnych ciągot udziałowcami księstwa
warszawskiego byli ludzie "skupieni wokół władzy, pieniędzy, wpływów,
wszelakiego rozdawnictwa". Była to oczywiście "struktura nieformalna",
rodzaj "koterii podejmującej przeróżne nieujawnione szerzej decyzje, w tym personalne". I łatwo można było z jej łask wypaść.
"[Całe to] towarzystwo brało czynny udział w życiu kulturalnym -
kontynuował Kutz - czytało wszystko, oglądało wszystko i miało na ten
temat określone zdanie. Jeśli ktoś się zeszmacił, wypuścił knota, był
odstawiany"12.
I chociaż w rzeczywistości księstwo warszawskie tworzyła niewielka grupa
ludzi, to jednak odegrali oni ogromną rolę w artystyczno-intelektualnych
dziejach PRL. Były to osoby, które "poiły się w tym samym miejscu, jadły
w tym samym miejscu, spacerowały po tych samych ulicach". Ludzie ci
mieli ogromne, chociaż ukryte wpływy.
"[Rozmawiano] dużo i chętnie - tłumaczył Andrzej Żuławski - bo
księstwo warszawskie to głównie czas i obszar rozmów. Myśmy z tych
rozmów wszyscy wiedzieli, co w danym momencie pisze Tadzio Konwicki, co
powiedział Słonimski, a co Wilhelm Mach. I ta grupka gadających
intelektualistów, zwijających się w różnych meandrach komunistycznej
rzeczywistości, rozpychających łokciami granice tego, co możliwe -
dlaczego na to pozwolono, to inna rozmowa - okazała się miejscem
niezmiernie ważnym. Księstwo warszawskie okazało się jednym z powodów,
dla których polskość intelektualna się nie zgubiła. Powstała literatura,
poezja, powstały Nagrody Nobla..., istniały kontakty pomiędzy księciem
Giedroyciem, czyli Maisons-Laffitte, a księstwem
warszawskim"13.
Nigdy w pełni nie wykorzystano ogromnego talentu Zbyszka Cybulskiego i Bogumiła Kobieli, natomiast Andrzej Żuławski na długie lata popadł w niełaskę. Również wielu innych przypadków nie można tłumaczyć wyłącznie
względami politycznymi czy też losowymi. Nie bez powodu przecież
mówiono, że gdy księstwo warszawskie zechce kogoś zniszczyć, to zrobi to
bez większych problemów. Wystarczyło wygłosić parę negatywnych opinii w kawiarni Czytelnika czy w SPATiF-ie albo przeprowadzić kilka rozmów
telefonicznych ze znajomymi. Informacja "szła w miasto" i prowokowała
odpowiednie skutki...
Salon Ireny Krzywickiej
Salon Ireny Krzywickiej
Przed II wojną światową w Warszawie funkcjonowało kilka salonów
literackich, w których cyklicznie spotykali się luminarze polskiej
kultury. Zasłużoną sławą cieszyły się wizyty u Zofii Nałkowskiej w jej
mieszkaniu przy Marszałkowskiej 4, do którego pisarka zapraszała
literatów, aktorów i muzyków. A chociaż Witold Gombrowicz uważał, że
wieczory u Nałkowskiej przypominały fajfy u jego matki albo herbatki u zakonnic, to jednak udział w tych spotkaniach oznaczał nobilitację
towarzyską i zawodową.
W każdą sobotę dobrane grono znajomych odwiedzało zaś mieszkanie
Żeleńskich przy ulicy Smolnej. Wprawdzie spotkania u Boyów odbywały się
pod pretekstem modnych wówczas herbatek de 5 á 7, to jednak kilkanaście
wybranych osób zostawało na kolacji, a ich rozmowa schodziła na tematy
kultury. Brylowali oczywiście gospodarze, a pozostająca zwykle w cieniu
męża Zofia Żeleńska udowadniała, że wcale nie ustępuje mu pod względem
atrakcyjności towarzyskiej.
W salonie Anieli Zagórskiej nie podawano podczas spotkań nic do
jedzenia, co wcale nie przeszkadzało, by na stojąco tłoczyła się tam
"cała Warszawa". Artystyczne ciągoty miewał nawet prezydent Stanisław
Wojciechowski, który raz w tygodniu zapraszał do siebie do Belwederu na
herbatę i ciasteczka, po czym zanudzał gości lekturą dzieł Mickiewicza...
Razem z II Rzecząpospolitą zniknęły salony literackie, a jedyną próbę
reaktywacji tego zjawiska podjęła w połowie lat 50. Irena Krzywicka.
Dawna skandalistka i wojująca feministka narzekała, że po wojnie zanikły
zupełnie umiejętności przyjmowania gości i prowadzenia rozmowy, a spotkania towarzyskie sprowadzają się głównie do spożywania alkoholu.
Prowadzenie salonu literackiego w czasach PRL było jednak pomysłem
wyjątkowo trudnym do realizacji. Komunistyczna gospodarka permanentnego
niedoboru powodowała, że nie można było nabyć nawet dobrej kawy czy
herbaty, nie wchodziło również w rachubę przygotowanie bardziej
wyrafinowanych wypieków domowej produkcji. W efekcie u Krzywickiej
oferowano wyłącznie kanapki i parówki z fasolą w sosie pomidorowym, a podłej jakości wino z plasterkami cytryny imitowało kruszon.
Pani Irena była jednak uparta i konsekwentna. Dostrzegła, że w stołecznym środowisku istniała "niezrealizowana potrzeba wzajemnych
kontaktów", i postanowiła tę lukę wypełnić. W każdy czwartek miesiąca
zapraszała do swojego mieszkania przy ulicy Langiewicza.
"Z góry przygotowywała dyżurne tematy - opisuje Agata Tuszyńska - by w razie potrzeby podsunąć je gościom. Staranną kompozycję towarzyskiego
spotkania traktowała jak sztukę i z upodobaniem ją uprawiała. Ważne, by
goście byli siebie ciekawi. Najcenniejszy był nastrój"14.
Mimo że zaproszone osoby przynosiły z sobą wódkę, gospodyni uważała, iż
jej spożycie jest rozrywką dla ludzi bez polotu, gdyż zabija
inteligentną rozmowę. Alkohol mógł dla niej w ogóle nie istnieć,
twierdziła bowiem, że mocne trunki są odpowiednie na spotkania osób,
które na trzeźwo nie mają nic do powiedzenia. A u niej ozdobą wieczorów
miała być błyskotliwa rozmowa.
"Z warszawskiej elity intelektualnej znała wszystkich - wspominał
Andrzej Krzywicki, syn Ireny - przychodzili więc do nas najciekawsi
ludzie stolicy. Atrakcję stanowiła rozmowa, którą matka dyskretnie
kierowała, nie pozwalając jej nigdy przygasnąć. To śmieszne, ale bywanie
na tych cotygodniowych spotkaniach stało się pewnego rodzaju snobizmem.
Ludzie się zabijali, żeby uzyskać zaproszenie, a matka zapraszała
selektywnie"15.
W gronie stałych bywalców byli: Słonimscy, Parandowscy, Szyfmanowie,
Henryk Bereza, Marian i Kazimierz Brandysowie, Maria Dąbrowska z Anną
Kowalską. Pojawiali się również Karol Estreicher oraz fizycy: Wojciech
Królikowski, Józef Werle, Jerzy Plebański. Nie mogło tam też zabraknąć:
Julii Hartwig, Ireny Szymańskiej, Miry Michałowskiej czy Stefanii
Grodzieńskiej.
"Byliśmy tak zapaleni - przyznawała Michałowska - że pojawialiśmy się
tam w każdy czwartek, doczekać się nie mogliśmy kolejnego. Dlaczego było
to tak atrakcyjne miejsce? Bo jedyne! Nikt nie robił wówczas w Warszawie
takich spędów. (...) Zbierała się sama warszawska śmietanka. Zawsze się
kogoś spotkało - przyjaciół, znajomych albo kogoś zupełnie nowego.
Czasami było tak ciasno, że nie można było stać (...). Rozmawiało się o bieżących sprawach - o książkach, premierach, o czym mówią inteligenci,
plotkowało się też oczywiście, załatwiało interesy"16.
Choć Krzywicka czuwała nad całością i wręcz reżyserowała przebieg
spotkań, to zdarzało się jej popełniać niezamierzone gafy towarzyskie, o których opowiadano potem w stolicy. Najgłośniejszą z nich była sprawa
Zygmunta Kałużyńskiego porzuconego właśnie przez żonę, Eleonorę
Griswold. Amerykanka wybrała reżysera Aleksandra Forda - gorliwie
plotkowała o tym cała Warszawa. Coś na ten temat dotarło do pani Ireny,
która jednak uznała, że cały hałas spowodowany jest przyznaniem
Kałużyńskiemu stypendium Fundacji Forda na wyjazd na Zachód. I kiedy
krytyk pojawił się w jej salonie, to pogratulowała mu "otrzymania
Forda"...
"Doskonale pamiętam jedną anegdotę związaną z Andrzejem Szczepkowskim,
której byłem świadkiem - wspominał Erwin Axer. - Szczepkowski nie
wymyślał dowcipów, ale miał wielki dar ogromnej gotowości do żartu -
zwłaszcza gdy był młody. Jedna z tych historyjek zdarzyła się u Krzywickiej, gdzie właśnie go przedstawiono jako narzeczonego panny
Parandowskiej. Miał wówczas długie włosy, był młodzieńcem o szlachetnie
brzmiącym głosie, wyglądał romantycznie i grywał również w tym okresie
takie role. Był trochę onieśmielony tym towarzystwem. Panie natychmiast
go obstąpiły i zarzuciły pytaniami. "Panie Andrzeju, takie piękne włosy,
czym je pan myje? Jajkami?". "Nie, ręcami" - odpowiedział
Szczepkowski"17.
Opinie na temat salonu Krzywickiej były bardzo podzielone. Niektórzy
uznawali go za "targowisko próżności", inni za jedyny prawdziwy salon
literacki w dziejach powojennej Warszawy. Natomiast w wyjątkowo złośliwy
sposób przedstawił spotkania na Langiewicza Leopold Tyrmand w powieści
Życie towarzyskie i uczuciowe. Krzywicka została tam opisana jako pani
Stoll.
"Duży pokój wypchany był meblami i ludźmi, ciasno jak zawsze, gdy
kilkanaście osób zbierze się w zbudowanym po wojnie warszawskim
mieszkaniu. W powietrzu unosił się zapach parówek w sosie pomidorowym i niezłej wody kolońskiej. Na ścianach wisiał zbity tłum obrazów: od
symbolistycznych, ostrych w konturach szarad, poprzez portrety różnych
szkół i zielono-fioletowy gulasz polskiego postimpresjonizmu (...). Parę
lat temu zauważało się tu jeszcze krzepkie postacie hutników o nabrzmiałych mięśniach i dumnym spojrzeniu, wrzucających coś do pieca, z którego buchał żar, teraz znikły, a na ich miejscu pojawiły się
taszystowskie i abstrakcyjne kompozycje, wyrażające dramatyzm zmagań
kolorów między sobą: należało przypuszczać, że kompozycje i hutnicy były
owocem natchnień tych samych artystów, albowiem współczesna kolekcja
pani Stoll składała się z aktów wdzięczności za wyrządzone przysługi,
zaś jej ulubieńcy i dłużnicy nie zmieniali się nigdy: zmieniały się
tylko ich przekonania, poglądy i wiary"18.
Irena Krzywicka nigdy nie zaprosiła do siebie Leopolda Tyrmanda i zapewne stąd właśnie wzięły się jego złośliwości. Salon i zachowanie
bywających w nim gości znał jedynie z opisów, dlatego też dialogi w swojej książce zbudował ze słów, które raczej na Langiewicza nie padały.
Krzywicka bowiem dbała o to, by podczas spotkań nie dyskutowano o polityce.
"Rozmawiający zbici byli wokoło w bezkształtną, zawiesistą pulpę. W ciasnym pomieszczeniu słowa odbijały się od obwieszonych obrazami ścian
i więzły w kretonowych, wzorzystych zasłonach okien. Słychać było:
Socjalizm!... Wolność słowa!... Prawdziwa sztuka!... Demokracja!... Kłamstwo!...
Paryż!... Fałszywa poezja!... Włoskie obuwie!... Polski film!..."19.
Dostało się również samej Krzywickiej, wówczas już pani 60-letniej.
Dawna ukochana Boya-Żeleńskiego po ciężkich doświadczeniach wojennych
nie miała już nic z wampa epoki II Rzeczypospolitej. Wprawdzie Tyrmand
nie mógł jej odmówić inteligencji, ale w zamian złośliwie odmalował
charakter i aparycję pani Ireny.
"(...) Stała (...) we właściwej sobie postawie, zrośniętej z nią jak to, co
różni wygląd odchylonego od pionu drzewa od innych drzew: dolna połowa
jej całości, mniej więcej do pasa, utrzymywała się prostopadle do
podłogi, górna, wraz z pojemnym biustem i złożonymi pod nim rękoma,
odgięta była do tyłu i jakby zdawkowo uśmiechnięta. Nosiła binokle,
dawały jej aparycję sufrażystki, zgodnie z cenionymi ostatnio
akcesoriami secesji i lat dwudziestych. Nie była zresztą wcale ciekawa,
jak tam było, gdyż wiedziała wszystko i zawsze lepiej"20.
Salon Ireny Krzywickiej przestał istnieć wraz z jej wyjazdem z kraju pod
koniec 1962 roku. Andrzej, utalentowany fizyk, dostał stypendium Forda
(tym razem autentyczne!), w efekcie Irena razem z synem wyjechała do
Francji, by więcej już do kraju nie powrócić. Intelektualne dyskusje
przeniosły się do kawiarń, w których już od pewnego czasu funkcjonowały
stoliki stałych bywalców.
"Jaka była Krzywicka? - zastanawiała się Mira Michałowska. - Czy miła? I tak, i nie. Nie budziła ciepłych uczuć, choć była szanowana.
Niesłychanie bezpośrednia, narzucająca się wręcz, jakby o głowę wyżej od
wszystkich. Do salonu przychodziło się ze względu na salon, czyli na
innych - na gości, nie na gospodynię. Przychodziłoby się wtedy i do
kogokolwiek innego, gdyby wpadł na pomysł przyjmowania. Ale do tego
trzeba było mieć, prócz chęci, także lokal i parę groszy na poczęstunek.
Udawało mi się, zawsze miałam jakiś salon, jakichś ludzi wokół. W Londynie również. Ale takiego ładunku intelektualnego nigdzie nie było.
Zresztą jestem pewna, że to było możliwe tylko w prowincjonalnym
kraju"21.
Jazz na Kalatówkach
Jazz na Kalatówkach
Krzywicka próbowała reaktywować tradycję salonów literackich, natomiast
młodzież w tych latach poszukiwała innych sposobów integracji.
Powstawały pierwsze studenckie kabarety, był to również czas gwałtownego
wzrostu popularności jazzu, który po wyjściu z podziemia znajdował
rzesze fanów.
Jazzowe jam session stanowiły okazję do wspólnego muzykowania, ale
odwiedzali je również ludzie niezwiązani zawodowo z muzyką. Były to
imprezy dla osób chcących się bawić w inny sposób niż ten proponowany
przez partię i organizacje młodzieżowe.
W 1959 roku perkusista zespołu Krzysztofa Komedy, Jan Zylber, rzucił
pomysł organizacji cyklicznej imprezy jazzowej w Zakopanem. Dość szybko
doszedł do porozumienia z władzami miasta i w schronisku na Kalatówkach
pojawili się muzycy z całego kraju.
"(...) zjeżdżało się tam mnóstwo ludzi - wspominała Zofia Komedowa -
niekoniecznie związanych z muzyką. Całość miała charakter raczej
spotkania towarzyskiego, niekończącego się happeningu, trwającego
bodajże przez dwa tygodnie. Byli tam muzycy z żonami, narzeczonymi,
jazzfani i sympatycy jazzu.
Byli ludzie kultury i filmu, przyjeżdżali: Marian Eile, Skarżyńscy i Tyrmand, pamiętam, jak wspaniale bawił się Andrzej Munk. Był tam też
Romek Polański z Basią Kwiatkowską, Maja Wachowiak, późniejsza żona
Gustawa Holoubka i wiele, wiele innych postaci, których nie jestem w stanie wyliczyć"22.
Większość uczestników Jazz Campingu na Kalatówkach miała niewiele ponad
20 lat, królowały tam młodość i radość życia. Uczestnicy imprezy
prześcigali się w zwariowanych pomysłach. Panowała piękna, zimowa
pogoda, a humory dopisywały.
"W dzień jakieś szalone zabawy, konkursy - opowiadała Komedowa - jazda
we dwójkę na jednej parze nart - pan z panią, konkurs dla pań w zjeżdżaniu w miednicy, gdzie zdecydowanie najlepsza była Basia
Kwiatkowska, budowanie olbrzymich twierdz ze śniegu, a potem wojna.
Przez trzy dni wcześniej lepiliśmy kule śnieżne i fortyfikację obronną,
w której potem dowódcą oblężonych był Duduś Matuszkiewicz. A Sławek
Szaybo (...) znany i uznany na całym świecie plastyk i ilustrator (...) z deską sedesową na głowie, jako przywódca atakujących, podnoszący tę
klapę i ryczący: "Do ataku!""23.
To właśnie wówczas Wojciech Plewiński (fotograf "Przekroju") wykonał
serię zdjęć Zofii i Krzysztofa Komedów. Siedzący na łóżku muzyk z saksofonem w rękach i naga Zofia leżąca obok niego pod kołdrą. Muzyka,
młodość i miłość, chwile osobistego szczęścia na zawsze utrwalone na
kliszy fotograficznej.
Wprawdzie impreza na Kalatówkach była świętem muzyki, to jednak ogromną
rolę odgrywał tam Roman Polański. Stojący dopiero u progu kariery
reżyser znakomicie czuł się w środowisku jazzmanów, był to także
najlepszy okres jego małżeństwa z Basią Kwiatkowską. Pod Giewontem
Polański zasłynął jako pomysłodawca dziwacznych konkursów towarzyskich,
czasami też zamieniał się w dyrygenta, prowadząc improwizowane koncerty
na stołówce. I nikomu nie przeszkadzało, że zamiast batuty używał
sztućców...
"Były huczne imieniny Romka Polańskiego - kontynuowała pani Zofia -
którego o 6 rano obudziliśmy straszliwą kocią muzyką. Tu zresztą Romek
nas zaskoczył, bo otworzył drzwi, trzymając w rękach dwie półlitrówki i wmuszając w każdego z nas pięćdziesiątkę, co powszechnie wiadomo, jak
się kończy... Za to na przyjęciu śniadaniowym była owsianka z mlekiem,
którą ze smakiem pałaszował solenizant, nie musząc przedtem wytrąbić tej
wódki"24.
Królowała jednak głównie muzyka, trwało nieustanne jam session w różnych
składach. A gdy w Dolinie Strążyskiej pojawiła się cygańska kapela, to
natychmiast dołączyli do niej jazzmani. I dzień zamknął się muzycznym
kuligiem przy blaskach pochodni.
"W atmosferze znakomitej zabawy trwały niekończące się dyskusje nad
sposobami improwizacji, pozostaniem czy odejściem od znanych stylów,
poszukiwaniem własnych dróg. Kształtowały się zręby polskiego ruchu i środowiska jazzowego, co w niedalekiej przyszłości zaowocowało jego
wielkimi, w skali europejskiej, sukcesami. Czuliśmy, że jesteśmy razem,
silną i zwartą grupą dążącą do wspólnego celu"25.
Niestety, impreza na Kalatówkach okazała się zbyt udana, aby władze
mogły ją tolerować. Beztroska zabawa muzyków i ich wielbicieli przy
dźwiękach podejrzanej muzyki rodem z USA okazała się niewygodna dla
partyjnych decydentów. Camping odbył się jeszcze tylko raz (w 1960
roku), po czym zniknął z kalendarza imprez jazzowych. A jego eliminacja
została przeprowadzona w typowy dla komunistów sposób - stworzono wokół
imprezy podejrzaną atmosferę, prasa sugerowała, że na Kalatówkach
odbywają się orgie alkoholowo-seksualne. A następnie metodami
administracyjnymi uniemożliwiono organizację kolejnej edycji.
W sprawę zdyskredytowania imprezy zaangażował się jeden z jej
uczestników, dziennikarz Wojciech Giełżyński. Nie znał się specjalnie na
jazzie, ale to nie było konieczne, by napisać negatywną relację. Na
łamach "Dookoła Świata" pojawił się artykuł Dziesięć dób w stylu
jazzowym, w którym Giełżyński dał do zrozumienia, że tatrzańska impreza
to spotkanie alkoholików i degeneratów. Natomiast jej głównym celem nie
jest wspólne muzykowanie, lecz deprawacja dziewcząt przez jazzmanów.
Artykuł był utrzymany w kpiąco-ironicznym tonie, a sam autor nie mógł
się ostatecznie zdecydować, czy to muzyka jazzowa zagraża
socjalistycznemu społeczeństwu, czy tylko jej wielbiciele.
"Jazzmanów nacja i ich nieodstępna damsko-męska asysta wielce wesoła
jest i krotochwilna. Petardy, świece dymne owadobójcze i różne takie
często gęsto puszczali; śmierdziało. Na fotelach wyściełanych po
schodach gonili się w uciesznych wyścigach, co słabsze sztuki leciały w drzazgi z tych igraszek. Służba - która najpierw - o Jezu, co się tu
dzieje - rwała włosy, później - niechżesz to wszystko cholera bierze -
machnęła ręką"26.
Giełżyński nie mógł oczywiście przepuścić okazji, aby nie wyśmiać
zachowania improwizujących muzyków. Chwile natchnienia podczas wspólnego
jamu były dla niego kompletnie niezrozumiałe.
"Jazz, owszem, grano niekiedy, i to na różnych poziomach. Raz wszyscy
leżeli na brzuchach, z pianistą włącznie, który klapę fortepianu
obłożył. Innym razem wzniesiono się na same szczyty: konkretnie na
szczyt Kasprowego. Jest to zapewne specyficzna polska droga na wyżyny
światowego jazzu"27.
W podobnym artykule nie mogło oczywiście zabraknąć opisów upadku
moralnego uczestników imprezy. Jazzmani interesowali się głównie
dziewczętami, które - według Giełżyńskiego - pojawiły się w Tatrach
wyłącznie w celu obdarzania muzyków swoimi wdziękami.
"Panienki szczycą się natomiast intymnościami z jakimś "Zbyszkiem",
pewnym "Bobkiem" i niejakim "Dudusiem", aż dziw bierze, skąd u tych
chłopaków krzepa. (...) Te wielkie synkopowanej muzyki miłośnice
najczęściej z jedną w kieszeni stypendialną stuzłotówką na Kalatówki
ściągnęły, na Fart licząc, z braku Mamony. Bóg Fart kapryśny jednak,
czasem bryzol jakiś postawił, czasem tylko zsiadłe mleczko z ziemniaczkami, czasem i tego nie, a już najgorzej ze spaniem. Więc
plątały się po schodach i korytarzach, chłopaczki bardzo uprzejme - z kim dzisiaj śpisz, mała? - pytali i pół łóżka oferowali: korzystały z tych szans skwapliwie.
Wielkie siłą rzeczy wynikały stąd miłości.
- Wiesz - zwierzała się jedna - mam narzeczonego.
- Co ty mówisz, a który to?
- Ten Zbyszek, co gra na klarnecie od wpół do szóstej, zapomniałam, jak
się nazywa"28.
Giełżyński, pisząc ten paszkwil, nie mógł nie zwrócić uwagi na wpływy
zachodniej "zgnilizny" moralnej na środowisko jazzowe. Muzycy używali
angielskich określeń, czytywali Faulknera i "siadywali na podłodze ze
skrzyżowanymi nogami" (!). Ubierali się w zachodnie stroje, a ich
światopogląd nie miał nic wspólnego z normami etycznymi społeczeństwa
socjalistycznego.
"Jazz w ciągu kilku ostatnich lat wytworzył psychozę niesamowitą.
Jazzmani nie tylko urabiali gusty muzyczne, to byłoby najmniej groźne,
ale dyktowali swój typ ubiorów (dżinsy!), wyrażania się (cizia!),
zachowania (spleen!), ba! narzucali swym wyznawcom nieskomplikowany
pogląd na świat (tu mi wisi!). Słowo daję, takiego jazzobłędu nie
notowały kroniki żadnego z krajów cywilizowanych. We Francji, we
Włoszech, w Austrii, w Egipcie nawet jazz to jest jazz, gatunek
muzyczny, bardzo lubiany, chętnie słuchany i tańczony. To u nas dopiero
postawiono znak równości między saksofonem a kulturą, między perkusją a intelektem"29.
Do nagonki na imprezę przyłączyli się inni, w efekcie Camping zniknął z kalendarza muzycznego. Pozostały tylko wspomnienia uczestników i zdjęcia, które potwierdzają, że faktycznie było to wydarzenie bez
precedensu w towarzyskich dziejach tych lat. Jam session na śniegu na
tle gór, Polański dyrygujący jazzmanami na zatłoczonej stołówce,
Krzysztof Komeda, Zbigniew Namysłowski, "Duduś" Matuszkiewicz, Andrzej
Trzaskowski, Witold Sobociński, Andrzej Kurylewicz, Wojciech Karolak.
Wszyscy młodzi, pełni energii i radości, szczęśliwi, że mogą ze sobą
przebywać, wspólnie grać, cieszyć się życiem i muzyką...
Basen Legii
Basen Legii
Podczas gdy stateczni członkowie stołecznych elit kulturalnych
koncentrowali się na dyskusjach w kawiarniach, ich młodsi koledzy
preferowali miejsca, w których mogli uwodzić dziewczęta i popisywać się
swoją sprawnością fizyczną. Takim letnim salonem Warszawy był basen
Legii (oddany do użytku po remoncie w 1956 roku), który szybko stał się
obiektem kultowym.
"Basen Legii otwierano 1 maja, zaraz po pochodzie - wspominał Jerzy
Gruza. - Uroczystość zaczynała się skokiem z wieży basenu "Grubego
Kazia", basenowego, który ważył sto pięćdziesiąt kilo, a może więcej.
Woda występowała wtedy z brzegów i orkiestra siedząca na szczycie wieży
zaczynała grać dixieland. Kazio był typem nierozerwalnie związanym z życiem basenu na Łazienkowskiej. Można go też było oglądać w wielu
polskich filmach fabularnych tego okresu. Ze względu na olbrzymi brzuch
i wagę był uosobieniem krwiopijcy, kapitalisty, imperialisty i wroga
ludu.
W rzeczywistości był przemiłym, sympatycznym i jowialnym facetem,
oddanym porządkowi i sprawnemu funkcjonowaniu basenu od rana do nocy.
Nie wiadomo było, jak i z czego żyje po sezonie"30.
Bywali tu literaci, filmowcy, studenci i przedstawiciele prywatnej
inicjatywy. Przychodziły warszawskie prostytutki i poszukujące wrażeń
dorastające uczennice. Były tu "łączka" z ugniecioną trawą, kilka rzędów
leżaków i płynąca z megafonów muzyka.
"Najmniej chodziło się tam po to, żeby popływać w basenie czy opalić się
na słońcu - tłumaczył dziennikarz Jerzy Bekker. - Raczej po to, żeby
zobaczyć panienki w kostiumach kąpielowych. Kierownik dla niektórych
trzymał leżaki, reszta ich nie miała. Zdobycie leżaka oznaczało wyższy
status"31.
To właśnie tutaj Roman Polański wypatrzył Jolantę Umecką, która później
zagrała w Nożu w wodzie. Wprawdzie reżyser nie miał z nią romansu, to
jednak inni filmowcy wykorzystywali swój zawód, aby zrobić odpowiednie
wrażenie na dziewczynach. Ludzie spoza branży filmowej ich naśladowali,
w efekcie czego Janusz Kondratiuk wolał ukrywać swoją prawdziwą
profesję:
"Nigdy nie przyznawałem się, że jestem reżyserem. Nie opłacało się. Tak
mówił każdy, więc pani mogła cię wziąć za hochsztaplera. Udawałem
inżyniera drzewiarza, ale najlepiej podrywało się na ginekologa. Trzeba
było udawać przesyt kobiecością i zniechęcenie: "Przepraszam cię, jestem
po dyżurze". Na taką gadkę same się pchały"32.
Większość przedstawicielek płci pięknej traktowała basen Legii jak okno
wystawowe. Było to właściwe miejsce do poznania kogoś znaczącego, kogoś,
z kim można było się związać. Obowiązywała tam jednak specyficzna
hierarchia i nie każda dziewczyna mogła opalać się w najważniejszych
miejscach tego obiektu.
"W najtajniejszym zakątku trawy - wspominała Agnieszka Osiecka - w cieniu pod siatką (to znaczy - pod parkanem) rozłożyły się najważniejsze
dziewczyny całego zgromadzenia: półboginki, piękności i samotnice. Były
wśród nich te, które chcą być same, te, które chcą przeczytać ciekawą
książkę, a także te, które wiedzą, że i tak będą poderwane, chociaż
skryły się w cieniu. (...) Trafiały się rzeźbiarki z dobrych rodzin, bez
żadnego makijażu, otulone w starą sukmanę stangreta, malarki
uszminkowane od rana na Kleopatrę (...) i studentki szkoły teatralnej,
śliczne i zdrowe, prosto z malutkiego miasteczka"33.
Były to czasy rewolucji obyczajowej, seks uprawiano często i chętnie. Z reguły nie zabezpieczano się przed chorobami wenerycznymi, gdyż
"prezerwatywy kosztowały, a leczenie było bezpłatne". Panowała moda na
przygody bez żadnych zobowiązań, co czasami miało fatalne następstwa.
"Na basenie Legii każdy z chłopaków chciał, i mógł, mieć Krysię M. -
opowiadał Gruza. - Podniecała, ulegała z łatwością i była tą swoją
łatwością szalenie ekscytująca. Zgrabna, opalona na brąz, wesoła, z dobrej rodziny, zachłanna na seks... a może było jej wszystko jedno.
Zaraziła syfem pewnie dwa tysiące chłopaków, mężczyzn w wieku od
siedemnastu do siedemdziesięciu lat. W przychodni "W" w Śródmieściu
miała swoje akta w kilku szafach"34.
Stali bywalcy na ogół nie mieli wysokiego mniemania o inteligencji
miejscowych dziewcząt. Jerzy Cukrowski ("Cukier") twierdził nawet, że
wystarczy "podać tylko okolicznik czasu i miejsce spotkania", albowiem
nie zrozumieją bardziej skomplikowanych określeń. Nie przeszkadzało mu
to jednak w pokazywaniu się z 13-letnią lolitką i tłumaczeniu znajomym,
że przecież "nie jest przesądny".
"Ja nie pływałam, więc chodziłam tylko do solarium - wspominała Ewa
Frykowska. - Na betonie leżałyśmy nago na ręcznikach: wysportowana Ula
Gałecka o urodzie Szwedki, Iza Drabina, Ania Golde, Monika
Dzienisiewicz, pani Waschkowa (...). To chyba nagość powodowała, że żadna
z nas w głośnej rozmowie nic nie ukrywała: jaki dany pan ma rozmiar, kto
kogo zdradza, kto kogo na tym przyłapał itd."35.
Na Legii następowało całkowite wymieszanie różnych środowisk - obok
zamożnych prywaciarzy bywali tutaj literaci i filmowcy. Panowała
absolutna symbioza towarzyska, a obecność artystów nobilitowała ludzi z większą gotówką. Czasami trudno się było domyślić, czym w rzeczywistości
zajmują się niektórzy bywalcy, gdyż ich oficjalne zarobki raczej nie
pozwalałyby na podobny tryb życia.
""Naleśnik" - przystojny, umięśniony, ale nie napakowany, typ
skandynawskiego żeglarza, marzenie wszystkich kobiet basenu Legia -
opowiadał Gruza. - (...) Chłopak z Czerniakowa. Od najmłodszych lat nad
Wisłą. Pływał, wiosłował na skifach (takich niesłychanie wąskich
łódkach, z ruchomym siodełkiem). Piękny chłopak. Nie wiadomo, czy
skończył podstawówkę, ale pracował jako zecer (!). W nocy był w pracy, a w dzień odsypiał na basenie. Nie wiadomo, kiedy zaczął pić. Najpierw mu
stawiano, później pił za własne pieniądze. Miał ich sporo - handlował
ruskim kawiorem i austriackim złotem. Wpadka, wyrok. Zanim go wsadzili,
już bez pieniędzy, pożyczał od kolegów na wódkę, marniał, zdziadział
(...)"36.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki