Prosty sposób na bezpamięć - Karolina Barbrich

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (25,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp. Co zobaczył Oliver Taylor?

Zacznijmy od tego, że Oliver Taylor w sposób niepojęty fascynował się rzeczami niezwyczajnymi.

Chociaż nie, może to nie jest jednak najlepszy początek. Aby opowiedzieć tę historię prawidłowo, należałoby zacząć od tego, że Oliver Taylor, zgięty wpół, szedł schodami prowadzącymi na peron. Dochodziła północ i dworzec spowijała ciemność. Jedynie kilka rozmieszczonych wzdłuż chodnika latarni rzucało na otoczenie bladą poświatę. Pogoda nie dopisywała, jak przystało na styczeń. Było przeraźliwe zimno i właśnie dlatego Oliver zaciskał poły cienkiego płaszcza, pochylając się w stronę ziemi. Dworzec w Newbridge nie był miejscem, w którym bywał o tej porze, choć jego rówieśnicy lądowali tam czasem nad ranem, gdy wreszcie znudziło im się szwendanie po lokalnych barach.

Oliver Taylor znajdował się więc w sytuacji nietypowej dla siebie. Zwykle nie szlajał się po mieście, jeśli nie było ku temu dobrego powodu. Miał tylko nadzieję, że prawidłowo odczytał rozkład jazdy i że złapie ostatni pociąg.

Kilka dni wcześniej Newbridge obiegła informacja, że do Walii zawita jeden z najbardziej znanych iluzjonistów w całej Wielkiej Brytanii. Człowiek ten zasłynął swoją sztuczką z pomarańczami, które pod wpływem skrzętnie przygotowanego zaklęcia miały zamieniać się w czereśnie. To wystarczyło Oliverowi. Kupił bilety na pokaz, zanim zdążył porządnie się zastanowić, czy ta historia była naprawdę aż tak imponująca. Nieraz czytywał o magach, którzy zdeterminowani, by zarobić jakiekolwiek pieniądze, decydowali się na życie pod przykrywką iluzjonistów. Te historie nie były oczywiście prawdziwe - Oliver nie należał do naiwnych. Potrafił doskonale rozróżnić rzeczywistość od fikcji, zachowując przy tym nadzieję, że w otaczającym go świecie również skrywa się coś nietypowego. Coś, co niektórzy nazwaliby cudem, a inni po prostu czarodziejstwem. Tego Oliver szukał, odkąd tylko pamiętał, przez to znalazł się dzisiaj na tym przeklętym dworcu.

Oczywiście wielki mag okazał się jedynie zwykłym iluzjonistą, a sztuczka z pomarańczami była jedną z najprostszych, jakie Oliver widział. Postał jeszcze chwilę pod garderobą maga, tam gdzie zebrali się wszyscy jego wielbiciele, ale sposób, w jaki wypowiadał się ten człowiek, tylko utwierdził go w przekonaniu, że nie ma przed sobą nikogo magicznego. Nie pozostało mu nic innego jak powrót do domu.

Rozejrzał się po stacji. Peron był niewielki, jak wszystko w Newbridge. Miejscowość nie należała do bardzo małych, ale nie słyszało się o niej w wieczornych wiadomościach. Stacja o tej godzinie wyglądała wyjątkowo ponuro. Tuż obok Olivera znajdowała się niewielka budka, w której w ciągu dnia sprzedawano kawę i ciastka. Na zadaszonym peronie Oliver dostrzegł kołyszącą się sylwetkę. Zapewne był to ktoś pijany, tak pijany, że nie byłby w stanie wsiąść do pociągu. Oliver nie zaprzątał sobie nim myśli, a jego wzrok natychmiast zwrócił się na przeciwległą stronę peronu. W odległości kilku metrów od niego stała tajemnicza osoba w długiej czarnej pelerynie z kapturem częściowo zasłaniającym twarz. Chłopak poczuł się nieswojo, bo pomyślał, że ten człowiek musiał tam tak stać już od dłuższego czasu i wpatrywać się w niego. Westchnął ciężko, ponownie zaciskając poły płaszcza. W Newbridge pełno było dziwaków, którzy lubili straszyć licealistów. Przesunął się odrobinę w prawo, by nie znajdować się już naprzeciwko nieznajomego. Tamten nie zareagował i przez głowę Olivera przebiegła myśl, że osoba kryjąca się pod kapturem zamarła. Zmrużył powieki i dopiero wtedy dostrzegł, że ramiona nieznajomego poruszają się lekko.

Rozległ się świst zwiastujący nadjeżdżający pociąg. Oliver pogrzebał w kieszeniach i z jednej z nich wydobył telefon. Ekran pokazywał dwudziestą trzecią czterdzieści dwa. Na swój pociąg musiał jeszcze poczekać. Po chwili reflektory lokomotywy rozświetliły peron. Oliver wykorzystał ten moment, by przyjrzeć się obcemu. Dostrzegł zarys twarzy, kosmyki ciemnych włosów i błysk czarnych oczu. Potem pędzący pojazd zasłonił mu widok przeciwległego peronu.

Pośpieszny przemknął, nie zatrzymując się na stacji, i po paru sekundach Oliver znowu mógł zobaczyć przeciwległy peron. Pusty peron. Tajemnicza postać rozpłynęła się w powietrzu. Oliver rozejrzał się zdezorientowany, bo wyjście ze stacji było oddalone o około minutę drogi od miejsca, gdzie stał peleryniarz. Na stacji nie było też gdzie się schować. Wspięcie się na wysoki kamienny mur nawet atlecie zajęłoby więcej niż pięć sekund.

Oliver Taylor przewrócił oczami. Nie był w nastroju do żartów. Takie zniknięcie było przecież klasyczną magią. Tajemnicza postać znikająca za pociągiem... Czytał o tym w co najmniej czterech książkach. Przeszło mu przez myśl, by przeskoczyć przez tory i spróbować poszukać nieznajomego. Otrząsnął się jednak szybko. Prawdopodobnie przegapiłby ostatni pociąg. Nie, czuł się zbyt zziębnięty i zmęczony. To prawie na pewno był słaby żart lokalnego pijaka.

"Prawie na pewno". W głowie Olivera odezwał się dobrze znany głos, który mówił: "Może to jest właśnie twoja szansa na odkrycie magii. Nie skorzystasz z niej ze względu na zmęczenie?". Z rozmyślań wyrwał go świst lokomotywy wjeżdżającej na stację. To był jego pociąg. Oliver mógł poczekać, aż odjedzie, i poszukać nieznajomego lub wrócić do domu. Westchnął. Nie będzie ganiał za jakimś nieznajomym w pelerynie.

Gdy wsiadał do wagonu, poczuł dziwną satysfakcję. Trudno było opisać, ile razy zrezygnował z czegoś ważnego, by rzucić się w pogoń za podejrzanym zjawiskiem. Robił to za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, że istniał chociaż cień szansy na to, że mogłoby to doprowadzić go do czegoś niezwykłego. W jego głowie zawsze migotało w takich sytuacjach wspomnienie: obraz bohatera, którego widział w tak wielu książkach. Bohatera, który podążając za czymś niezwykłym, odnalazł magiczny świat. Nie miało znaczenia, czy chodziło akurat o Alicję wpadającą do króliczej nory, czy o Łucję Pevensie wkraczającą do starej szafy. On też chciał coś odnaleźć i zwykle nie potrafił tej potrzeby opanować. Przysparzało mu to oczywiście całego mnóstwa problemów. Jego matka każdego dnia z przekąsem opowiadała sąsiadom o nietypowych zainteresowaniach syna. Oliver zdecydowanie zawalał też przez to szkołę. Dlatego teraz był z siebie dumny. Gdy pociąg już odjeżdżał, a on zasiadł na jednym z wolnych miejsc, czuł się całkiem pewnie z przekonaniem, że peleryniarz był tylko jakimś złośliwym żartownisiem. W tym, co się właśnie stało, nie było niczego nietypowego.

*

Dwa dni po opuszczeniu dworca Oliver przyłapał się na tym, że nie wyczytał nic z podręcznika od fizyki, nad którym siedział od przeszło pół godziny. Wszystkie jego myśli biegły w kierunku postaci, którą zostawił za sobą na stacji.

W środę, trzy dni później, wyszukał w internecie frazę "mężczyzna w pelerynie, Newbridge", nie spodziewając się tak naprawdę niczego szczególnego, i przeżył spore zaskoczenie. Jego oczom ukazały się dziesiątki wyników: kilka artykułów z lokalnych gazet, rozmowy na forach prowadzone przez mieszkańców miasteczka, którzy również napotkali tajemniczą postać, a nawet zapis materiału wyprodukowanego kilka lat wcześniej przez Sky News. Z tego wszystkiego dowiedział się, że peleryniarz co jakiś czas ukazywał się zarówno na dworcu, jak i w innych miejscach w całym mieście. Zawsze zachowywał się tak samo - stał bez ruchu i wpatrywał się w osobę, która akurat go zaobserwowała. Pomimo wielkogodzinnych poszukiwań Oliverowi nie udało się znaleźć żadnego zdjęcia, zagłębił się za to w bezmiar teorii spiskowych, napisanych zapewne przez ludzi, którzy również mieli nieprzyjemność z tym nieznajomym. Wielu uważało, że objawia się on jako duch kogoś, kogo wiele lat wcześniej zamordowano. Inni sugerowali, że to po prostu jakiś obłąkany mieszkaniec miasta, którego pasjonuje straszenie przechodniów.

Następnego dnia Oliver już wiedział, że musi wrócić na dworzec, a kolejne dwa dni później przechadzał się znowu po peronie, przezornie rozglądając się we wszystkie strony. Na wszelki wypadek uzbroił się też w podstawową wiedzę na temat tego, jak radzić sobie z duchami, ale nadzieja na to, że znów natrafi na nieznajomego, z każdą chwilą coraz bardziej go opuszczała. Aby tu dotrzeć, musiał urwać się ze szkoły i choć było już zupełnie ciemno, wiedział, że nie będzie mógł zostać tu tak długo jak ostatnio.

Szczerze powiedziawszy, od dłuższego czasu zastanawiał się, czy nie wrócić do domu. Mógł poświęcić więcej pracy na dowiedzenie się czegoś o nieznajomym. Być może osobnik pojawiał się na dworcu tylko w wyznaczonych godzinach albo przywoływały go konkretne zachowania?

Oliver westchnął zrezygnowany i już naprawdę zamierzał odwrócić się w stronę wyjścia, gdy poczuł, jak atmosfera wokół niego wyraźnie oziębła. Już wiedział, co będzie na niego czekało, gdy podniesie wzrok. Nieznajomy wpatrywał się w niego z drugiej strony peronu. Wyglądał dokładnie tak samo jak tydzień wcześniej, dalej nie dało się dostrzec jego twarzy.

Z lewej strony rozległ się świst lokomotywy, a Olivera uderzyło, że wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak parę dni wcześniej. Od nieznajomego oddzielały go ciemność i tory, zaraz zasłonić go miał pędzący pociąg, za którym peleryniarz mógł zniknąć tym razem na stałe. Umysł Olivera pośpiesznie powrócił do wszystkich artykułów, które przeczytał o tym człowieku przez ostatnie dni. W żadnym z nich nie znalazł oczywiście potwierdzenia, że był on w jakikolwiek sposób nadnaturalny, ale z pewnością działo się tu coś dziwnego, a to właśnie dziwność była dla niego najważniejsza. Nie potrafił się oprzeć podążaniu za nią.

Większość osób uznałaby następny krok Olivera za nieracjonalny. Nie zdążył nawet utwierdzić się w swojej decyzji, gdy fala adrenaliny popchnęła go w stronę torów. Rzucił się więc przez dwa rzędy szyn i wylądował po drugiej stronie stacji. Kilka sekund później za jego plecami rozległo się przeraźliwe skrzypienie hamującego pociągu. Uniósł głowę, by spojrzeć na postać w pelerynie, która teraz znajdowała się praktycznie na wyciągnięcie ręki. Nie widział twarzy nieznajomego. Gdy Oliver zaczął w pośpiechu zbierać się z ziemi, otrzepując ubrania, peleryniarz ruszył żwawo w kierunku wyjścia. Gdyby znał się na magii, nie musiałby uciekać jak zwykły człowiek, pomyślał Oliver. Nie zamierzał jednak dawać za wygraną tak łatwo - puścił się więc biegiem za nieznajomym.

Było bardzo ciemno i Oliver musiał uważać, by swojej porywczości nie przypłacić wybitymi zębami. Nieznajomy poruszał się bardzo szybko mimo długiej peleryny, spod której nie można było dostrzec nawet butów. Może on nie ma nóg, pomyślał chłopak, wbiegając po kamiennych schodkach prowadzących na ulicę. Wdychane do płuc lodowate powietrze powodowało kłucie w jego klatce piersiowej. Zdał sobie sprawę, że zbliża się do części miasta zamieszkanej przez najbogatszych rezydentów Newbridge.

Nigdy wcześniej nie było mu dane tam zawitać. Wiedział tylko, że niektóre z tych wielkich willi należały do rodziców jego kolegów z klasy. Zamyślony, nie zauważył, że z naprzeciwka zbliża się do niego niska staruszka, i potrącił ją ramieniem. Kobieta obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.

- Bardzo panią przepraszam - wykrztusił, łapiąc oddech, i odsunął się szybko, gdy nagle poczuł silny ból w okolicy kolan. Zorientował się, że staruszka wymierzyła mu szokująco mocny cios laską.

- Nikt cię nie nauczył patrzeć przed siebie? - zapytała. - Mówiłam Ralstonowi, że tutaj roi się od złodziei - mruknęła pod nosem.

Oliver, który nadal nie był w stanie wydusić z siebie słowa, potrząsnął energicznie głową. Nie miał pojęcia, kim był Ralston, wiedział tylko, że on sam nie wyglądał jak typowy mieszkaniec tej dzielnicy. W porównaniu ze stojącą naprzeciwko niego kobietą wydawał się nie na miejscu. Staruszka była ubrana bardzo wytwornie jak na nocny spacer, a laska, którą przed chwilą się posłużyła jako narzędziem zbrodni przeciwko Oliverowi, wysadzana była jakimiś połyskującymi kamieniami. Poczuł, że powinien się wytłumaczyć.

- Nie, ja po prostu próbuję dogonić jego - wydukał i wskazał na postać widoczną w oddali.

Kobieta wzdrygnęła się, a sekundę później Oliver poczuł kolejne trzepnięcie laską.

- Co ty wygadujesz, chłopcze? Nie dość, że chuligan, to jeszcze wariat! Tam nikogo nie ma!

Wiedziałem, pomyślał, i ignorując kobietę, puścił się biegiem. Zaczęła wykrzykiwać coś o wzywaniu policji, ale Olivera już to nie obchodziło. Ona go nie dostrzegała, powtarzał w myślach gorączkowo. A przecież pomimo ciemności jego ogromną pelerynę dało się zauważyć z łatwością. Chyba że jego przemiła rozmówczyni była ślepa.

Nieznajomy znajdował się już bardzo daleko i w końcu zniknął Oliverowi z oczu za bramką prowadzącą do ogrodu jednej z wielkich willi. Czarna krata porośnięta gęstym bluszczem wyglądała dość tajemniczo. Na szczęście zostawił bramkę otwartą. Może to nie będzie do końca włamanie, oszukiwał sam siebie Taylor. Stanął na palcach, by sprawdzić, czy ścigany nie znajduje się gdzieś na podwórzu. Gdy nikogo tam nie spostrzegł, westchnął głęboko i podejmując kolejną ryzykowną decyzję tego dnia, wkroczył do wnętrza ogrodu.

Po obu stronach ścieżki znajdowały się idealnie przycięte krzaki. Po prawej stronie dostrzegł kolejną furtkę, tym razem zamkniętą. W półmroku udało mu się odczytać widniejący na niej napis: "Ogrody wewnętrzne". Obrócił się i zauważył kwiaty posadzone z rozmysłem w niewielkich altanach. Wyobrażał sobie, że tak właśnie musi wyglądać dom Kaspra Flanagana - największego snoba w całym liceum, który całe dnie przechwalał się rzeczami, które kupili mu rodzice. Kasper mieszkał w tej dzielnicy i Oliver zamarł na myśl o tym, że być może właśnie włamuje się do jego domu. Ten perfekcyjny ogród idealnie pasowałby do kogoś takiego jak on. Zaraz jednak otrząsnął się i zaczął ponownie brnąć przed siebie. Tajemniczej postaci nie było nigdzie widać i wcześniej odtrącony projekt powrotu do domu stawał się coraz bardziej zachęcający. Panowała taka ciemność, że trudno było dojrzeć cokolwiek. Co prawda w ogromnej willi paliły się światła, ale nie uśmiechało mu się podchodzenie do zamieszkanego z pewnością budynku.

- Nie ruszaj się! - odezwał się nagle ostry męski głos.

Oliver zastygł, czując, jak zalewa go przerażenie. Ktoś, zapewne właściciel domu, stał za nim. W ciągu sekundy przez głowę przeleciało mu mnóstwo myśli: stojący za nim człowiek przyłapał go w swoim ogrodzie, stojący za nim człowiek w każdej chwili może zadzwonić po policję, stojący za nim człowiek może spowodować, że Oliver Taylor zostanie wyrzucony z liceum i - co gorsza - zamknięty w więzieniu, bo przecież nikt nie uwierzy mu, że do czyjegoś ogródka zaprowadziła go tajemnicza postać w pelerynie. Oliver Taylor puścił się biegiem w stronę czarnego ogrodzenia. Za nim rozległ się krzyk mężczyzny, ale Oliverowi nie dane było zrozumieć słów. Upadł na kamienną ścieżkę, mimo że o nic się nie potknął. Przemknęło mu przez myśl, że właśnie spełnia się jego marzenie, bo nie upadł ani przez nieuwagę, ani przez niezdarność. Oliver Taylor poczuł, jak wokół jego ciała owija się jakaś siła, która zatrzymuje go w miejscu. Magia. To musiała być magia. Inaczej nie dało się tego wyjaśnić.

Zimna dłoń mężczyzny pochwyciła kark Olivera w mocnym uścisku. Pomimo swojej ograniczonej wolności chłopak był całkowicie świadomy, gdy jego bezwładne ciało wleczono przez ścieżkę, a potem po kamiennych schodach prowadzących do wielkiego domu. Po chwili zrobiło mu się ciepło, bo mężczyzna wciągnął go do środka i zatrzasnął za sobą drzwi. Udało mu się dostrzec, że wnętrze domu tonie w przepychu. Znajdowali się teraz w ekstrawaganckim przedsionku. Pomalowane na czarno ściany ozdobione były jedynie pustymi złotymi ramami. Cóż za dziwactwo, pomyślał Oliver. Już po chwili wciągany był dalej do środka. Spodziewał się, że może wreszcie pozna wyjaśnienie wszystkich tych dziwności, które go dzisiaj spotkały.

Gdy Olivera wepchnięto do kolejnego, tym razem dużo większego pomieszczenia, nie było tam nikogo, kto przypominałby zakapturzonego nieznajomego. Ze wszystkich stron otaczali go bogato wystrojeni ludzie, którzy porozsiadali się na krzesłach i fotelach, wpatrując się w niego ze zdumieniem. Kilka osób pośpiesznie odstawiało filiżanki z herbatą. Oliverowi przyszło na myśl, że cofnął się w czasie, bo staromodnie urządzony pokój, pozbawiony nowoczesnych urządzeń - radia, zegarów, a nawet telewizora - rozświetlały jedynie podwieszone pod sufitem świece.

- Złapałem go w ogrodzie - odezwał się trzymający Olivera mężczyzna.

Licealista nie widział twarzy swojego oprawcy, ale zrozumiał, że mówi on do kobiety siedzącej naprzeciwko. Nieznajoma zmierzyła go spojrzeniem i chłopak od razu zauważył, że jej oczy różniły się od oczu innych obecnych w pokoju osób. Większość z nich patrzyła na niego z ciekawością, może nawet odrobiną strachu, kobieta jako jedyna zdawała się zirytowana. Miała na sobie ogromną suknię zakrywającą fotel, ale uwagę przyciągały zwłaszcza jej blade dłonie i opuszki jej długich palców, całe czarne, jakby zamoczyła je w smole.

- Co tam robił? - zapytała, a głos miała tak nieprzyjemny, że Oliver zobaczył, jak kilkoro z jej towarzyszy się wzdryga.

- Nie mam pojęcia, gdy przyszedłem, po prostu tam stał.

- I co, nie zapytałeś go? - naciskała.

- No nie, gdy mnie usłyszał, rzucił się do ucieczki.

Na te słowa dama podniosła się gwałtownie i wtedy Oliver natychmiast zwrócił uwagę, jak bardzo jest wysoka. Ruszyła z miejsca tak gwałtownie, że kilka osób musiało podnieść nogi, by zrobić miejsce dla ciągnącego się trenu jej sukni, gdy zbliżała się do stojącej przy ścianie komody. Dało się słyszeć szelest, a potem trzask. Nieznajoma odwróciła się w jego stronę i wymamrotała coś pod nosem, podnosząc dłoń i pstrykając palcami. Nagle siła utrzymująca ciało Olivera ustąpiła i chłopak opadł na dywan, od razu unosząc głowę, by spojrzeć na górującą nad nim postać.

- Niewymagające - powiedziała, wbijając wzrok w stojącego naprzeciwko mężczyznę.

- Nie chciałem zrobić mu krzywdy - zabrzmiała odpowiedź.

- Dlaczego? Przecież to intruz - westchnęła, po czym zwróciła się do chłopaka: - Kim jesteś?

- Nazywam się Oliver Taylor - wymamrotał. Od razu skarcił się w duchu, bo ta odpowiedź zabrzmiała w jego ustach niepewnie i bardzo głupio.

- Fantastycznie. - Kobieta przewróciła oczami i lekko trąciła jego dłoń końcówką swojego buta. - Kto cię przysłał, Oliverze Taylor, i co robiłeś w moim ogrodzie?

Oliver zastanowił się chwilę, bo nie miał absolutnie żadnego pomysłu, jak odpowiedzieć na to pytanie. Kto go przysłał? Rozejrzał się po pokoju, by upewnić się, że nie było w nim mężczyzny w czarnej pelerynie. Miał ochotę odpowiedzieć tej mrożącej krew w żyłach kobiecie, że do jej ogrodu doprowadziła go niezidentyfikowana postać w pelerynie albo że zawędrował tu przez przypadek, ale nieznajoma nie wyglądała na kogoś, kto by to kupił.

- Wszystko zaczęło się tydzień temu, na peronie pociągowym, na pewno pani wie, gdzie to jest, to jedyny peron w okolicy - przerwał, ale ona zamiast mu przytaknąć, tylko uniosła brew, więc mówił dalej: - Zauważyłem coś nietypowego i...

- Matko, on jest boleśnie zwyczajny - przerwał mu zimny głos dochodzący z rogu pokoju.

Oliver odwrócił się i spojrzał na postać, której z pewnością jeszcze przed chwilą tam nie było. O ścianę opierała się dziewczyna będąca praktycznie idealną kopią kobiety w sukni, bez wątpienia była więc jej córką. Miała podobnie ostre rysy twarzy, szare oczy i bardzo jasne, prawie białe włosy opadające jej na ramiona. Ręce złożyła na piersi. Wpatrywała się w Olivera świdrującym spojrzeniem, a po chwili odepchnęła się od ściany i zbliżyła do matki. Z tej perspektywy Oliver widział, że jej dłonie lekko dygoczą.

- Jego aura jest zbyt słaba, no i nie ma też znaku kowenu.

- Nie możesz być tego pewna - odpowiedziała starsza kobieta. - Są setki zaklęć maskujących, ukrycie swojej aury nie jest żadnym wyzwaniem, a brak znaku kowenu o niczym nie świadczy.

- Gdyby był magiem i chciał pozostać niezauważony, z łatwością złamałby niewymagające zaklęcie Victora - kontynuowała dziewczyna, ignorując prychnięcie mężczyzny, o którym właśnie mówiła. - Ręczę ci za to i że wezmę na siebie odpowiedzialność, jeśli okaże się inaczej.

Oliver był tak zdezorientowany, że z trudem nadążał za rozmową. Miał już co prawda potwierdzenie, że cała ta sytuacja jest bez wątpienia magiczna, ale nie miał pojęcia, dlaczego kobieta o bladych dłoniach podejrzewała go o bycie czarodziejem. Jednocześnie poczuł ukłucie żalu, gdy dziewczyna tak łatwo obaliła przypuszczenia matki co do niego.

- Chcecie mi powiedzieć, że zmarnowałem dobre zaklęcie na zwyczajnego? - Victor westchnął, pocierając kark.

Oliverowi udało się wychwycić ledwie słyszalne mamrotanie białowłosej dziewczyny:

- Jakie dobre zaklęcie? - zapytała, ale jej głos został szybko zagłuszony przez słowa matki.

- To nie jest teraz największy problem - odpowiedziała dama w długiej sukni, zajmując swoje miejsce w fotelu. - Co niby mamy z nim zrobić? Skoro jest zwyczajny, nie można go wypuścić.

Po sali przetoczył się pomruk zrozumienia. Jedna z kobiet zajmujących krzesła po prawej stronie odezwała się:

- Zaklęcie bezpamięci załatwi sprawę.

- Marnowanie magii na zwyczajnych jest zupełnie niepraktyczne, zwłaszcza w naszej obecnej sytuacji. Nie będziemy tego tolerować - przerwała jej kobieta o bladych dłoniach. - Do choćby najprostszego zaklęcia bezpamięci potrzeba długich przygotowań i sporych pokładów mocy.

- Co w takim razie proponujesz? - zapytał ktoś inny z sali.

- Może ja mogłabym to zrobić? - odezwała się jasnowłosa dziewczyna, wbijając wzrok w swoją matkę. - Mam dużo sił, a skoro zaklęcie nie jest łatwe, mogłabym je wykonać w ramach mojego projektu. Założę się, że spełnia wszystkie wymagania Wielkiej Rady. A do tego - powiedziała, zwracając się do Olivera - będziemy mieć go z głowy.

Przez chwilę w sali panowała cisza, a chłopak poczuł nadciągającą panikę. Zaklęcie bezpamięci? Po latach poszukiwania magii miał o niej zapomnieć na zawsze? Akurat gdy ją odnalazł?

- Niech tak będzie - zgodziła się kobieta. - Masz czas do końca tygodnia na dokonanie inkantacji. Pamiętaj, że Wielka Rada zażąda dowodu wykonania próby. Możesz pozwolić sobie na imponujący czar, w końcu taka okazja nie nadarza się codziennie.

- Dobrze, matko - odpowiedziała dziewczyna i schyliła się, by z zaskakującą siłą podciągnąć ciało Olivera.

Chłopak był prawie tak samo bezwładny jak wtedy, gdy Victor unieruchomił go na ścieżce. Nawet nie pisnął, bo zorientował się, że sprzeciwianie się tym ludziom nie miało sensu - cały czas rozmawiali, jakby w ogóle go tam nie było. Wolał też nie przekonywać się, jak wyglądają inne zaklęcia, skoro to, którym został potraktowany chwilę temu, było niewymagające.

- Możesz odejść - przemówiła kobieta, sięgając po swoją filiżankę. - Ale nie myśl, że zapomnę, że pojawiłaś się tu nieproszona, Auroro. Nie wolno ci przebywać na spotkaniach.

- Oczywiście - odparła dziewczyna, a Oliver zauważył, że zacisnęła szczękę. Jej paznokcie wbiły się w materiał jego płaszcza, gdy wyciągnęła go z pomieszczenia i bez słowa ruszyła z nim po schodach prowadzących na piętro domu.

Półksiężyc

Gniew. Inaczej nie dało się nazwać uczucia, które towarzyszyło teraz Aurorze. Może w innej sytuacji byłaby w stanie pomylić go z dobrze znaną irytacją, ale tym razem nie miała żadnych wątpliwości. Ciągnęła za sobą "zwyczajnego chłopaka", czyli Olivera Taylora, jak szmacianą lalkę. Nie zamierzała się odwracać, by się upewnić, czy wszystko z nim w porządku. Nie było na to czasu.

Jeszcze chwilę temu siedziała w swoim pokoju, wsłuchując się w pojękiwanie samogrających skrzypiec, które dostała na ostatnie - szesnaste - urodziny. Gdyby nie to, że jej ulubione miejsce znajdowało się właśnie przy oknie, nie zauważyłaby buszującego po ogrodzie chłopaka. Od razu zorientowała się, że jest zwyczajny. Rozglądał się dookoła, niepewnie stawiając kroki. W końcu zatrzymał się, jakby nie wiedząc, co ze sobą zrobić, a chwilę później runął na ziemię pod wpływem zaklęcia pętającego, nieudolnie wykonanego przez Victora. Pozostało jej zbiec na dół i wkraść się do salonu, by podpatrzeć, co matka zrobi z intruzem. Wtedy nie miała jeszcze pojęcia, jak wybrnie z tej sytuacji. Postawiła sobie dwa cele - wyciągnięcie chłopaka ze spotkania kowenu i zamordowanie Ezry Zoewe'a.

- Poczekaj tu - mruknęła, wprowadzając nieznajomego do swojego pokoju. Kątem oka dostrzegła, że chłopak rozgląda się dookoła. Wyglądał na bardzo zaintrygowanego pomieszczeniem. Dla zwyczajnego to miejsce musiało być niesamowite. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na unoszącym się nad biurkiem modelem Układu Słonecznego i przez sekundę Aurora pomyślała, że zbliży się, by zobaczyć, czy obracające się wokół własnej osi planety nie są zawieszone na cienkiej żyłce.

Trzeba przyznać, że ten zwyczajny robił niezwyczajne wrażenie. Aurora przez lata obserwowała reakcję zwykłych ludzi na magię i w zdecydowanej większości przypadków wywoływała ona u nich absolutne przerażenie. I ten chłopak oczywiście też się bał. Grzebiąc w szafie w poszukiwaniu ulubionego płaszcza, widziała kątem oka, jak dygocą mu dłonie, a wcześniej, podczas rozmowy z jej matką, słyszała, jak się jąkał. Jednocześnie wydawał się też tym wszystkim zafascynowany.

Odwróciła się i spostrzegła, że mierzył ją teraz nieprzyjemnie znajomym spojrzeniem. Gdyby nie zadziałał jej instynkt, Aurora z pewnością wzdrygnęłaby się na myśl, że budzi w nieznajomym podobne odczucia co jej matka, której jeszcze chwilę temu przyglądał się dokładnie w ten sam sposób. Wystarczyło jej, że patrzyli też na nią prawie wszyscy członkowie kowenu. Zirytowało ją to. Nie, nie potrzebowała, by zwyczajni chłopcy przypominali jej, do jakiej rodziny należała. Gwałtownie ruszyła z miejsca, a obcy w tym samym momencie cofnął się o parę kroków i przywarł do ściany. Może wcale nie jest taki niezwykły, może po prostu dobrze maskuje strach, pomyślała, sięgając po klamkę okiennicy.

- Wyłaź - rozkazała, otwierając mu okno. - Ty pierwszy, ja za tobą.

Chłopak nie poruszył się. Stał przyparty do ściany, wpatrując się w nią w osłupieniu.

- Mam stamtąd wyskoczyć? - zapytał z niedowierzaniem i Aurora prawie pozwoliła sobie na uśmiech.

- Nie spadniesz - oznajmiła, wystawiając jedną nogę poza krawędź okna. - Tam jest dach, obiecuję.

Odwróciła się i zniknęła na zewnątrz, zostawiając go za sobą. Nawet gdyby bardzo chciał uciec, nie spróbowałby zrobić tego teraz, gdy na dole przesiadywało mnóstwo magów. Chwilę później z ramy okna wychyliła się jedna noga, a po sekundzie zwyczajny stał już koło niej, rozglądając się badawczo.

Aurora przeszła tę drogę już tyle razy, że nie zawahała się, gdy ruszyła w stronę jednej z krawędzi. Zwykle używała tego wyjścia po ciemku, więc nie przeszkadzało jej, że prawie nic nie widzi. Czuła, że jej towarzysz cały się trzęsie, i gdy zatrzymali się przy samej krawędzi, musiał złapać ją za ramię, by nie stracić równowagi.

- Co to jest? - zapytał, spoglądając w dół.

- Pierwszy raz widzisz drabinę? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, dając wreszcie upust złości. - Przecież zwyczajni też ich używają.

Wiedziała, że to głupie tak przekomarzać się z chłopakiem. Zdecydowanie nie potrafiła wyobrazić sobie, co zrobiłaby na jego miejscu, ale pewnie też nie popisałaby się sprytem. Miał prawo być przerażony, a ona powinna okazać mu wyrozumiałość. Cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego, pomyślała, jeszcze mocniej spychając go ku krawędzi.

- Zaczarowana drabina? - zapytał.

Brwi Aurory poszybowały w górę.

- Przysięgam, że nie ma w niej niczego niezwykłego - odpowiedziała, strącając jego rękę ze swojego ramienia. - Rusz się, proszę, tutaj bardzo wieje.

Oliver Taylor pochylił się i postawił nogę na pierwszym szczeblu. Aurora odetchnęła z ulgą i przez chwilę obserwowała, jak z ogromną ostrożnością schodzi w dół.

Miała tydzień na rzucenie na niego zaklęcia bezpamięci. Przychodziło jej do głowy kilka najbardziej popularnych inkantacji, których mogłaby użyć, ale wszystkie wymagały gigantycznej ilości magii. Powinna zatem raczej skorzystać z czegoś prostszego, nie sięgać po magię staroangielską ani łacińską. Może znajdzie coś w jednej z ksiąg w biblioteczce rodziców. Rzucenie zaklęcia bezpamięci było co prawda jej projektem, więc w zasadzie nie mogła tego robić - w teorii czarownicy powinni pracować nad nimi sami, nie wspomagając się żadnymi księgami. Nikt z domowników nie powinien jej jednak przeszkadzać. Na powodzeniu projektu zależało im bardziej niż na czymkolwiek innym. Powoli szła po szczeblach drabiny. W końcu mogło być znacznie gorzej - jej projekt, choć trudny, nie wydawał się niebezpieczny.

- Chodź - powiedziała, gdy się z nim zrównała, po czym bezceremonialnie chwyciła go za ramię i pociągnęła w głąb ogrodu. Gniew, który przed sekundą trochę przygasł, teraz powrócił. Szła prędko, nie zwracając uwagi na to, że Oliver truchtał, żeby za nią nadążyć.

Wyciągnęła przed siebie dłoń i w odpowiednim momencie ją zacisnęła. Usłyszała okrzyk zdumienia Olivera, gdy tuż przed nimi zupełnie znikąd pojawił się Ezra Zoewe, wpatrując się w nią z typowym dla niego uśmieszkiem. Jej dłoń zacisnęła się teraz na kawałku jego peleryny, tak wielkiej, że materiał zakrywał również część altanki.

- Co ty sobie myślałeś? - zapytała, z całej siły powstrzymując się przed krzykiem. - Przyprowadzasz mi do domu zwyczajnego i to jeszcze w trakcie spotkania kowenu? Kto ci podpowiada takie durne pomysły?

- Nie wiedziałem, że wejdzie tu za mną - odpowiedział, zakładając kosmyk czarnych włosów za ucho i szeroko się uśmiechając. Aurora musiała dać sobie chwilę na uspokojenie. Ostatnimi czasy głupie pomysły Ezry naprawdę jej nie śmieszyły.

- To ty - odezwał się zza jej pleców Oliver Taylor. - To ty jesteś gościem w pelerynie.

- Sprytne spostrzeżenie, zwyczajny - zaśmiał się Ezra. - Widzisz, Aurora, nasz nowy przyjaciel jest inteligentny, na pewno nie piśnie nikomu słówka o tym, co dzisiaj zobaczył.

Aurora odsunęła się, puszczając jego pelerynę i jednocześnie kręcąc głową z niedowierzaniem. Większość członków kowenu na miejscu Ezry zaczęłaby ją przepraszać, ale on tylko uniósł lekko brew, przyglądając się z ciekawością jej reakcji. Miała ochotę wytknąć mu nierozważność, ale to byłoby absolutnie daremne. Z Ezrą przeprowadzano już setki rozmów na temat jego lekkomyślności i po żadnej z nich nie okazał choćby najmniejszej chęci, żeby się zmienić.

Posłała mu więc szybkie spojrzenie, które bardzo dobrze znał. Mówiło: "Ciesz się, że jesteś dla mnie ważny". Ponownie odwróciła się, by chwycić ramię Olivera Taylora i przyciągnąć go do siebie.

- Victor zaprowadził go do mojej matki.

Przez bardzo krótką chwilę można było zaobserwować, jak twarz Ezry się zmienia. Przemknął po niej strach, a może i skrucha. Po chwili emocje te zniknęły.

- Przepraszam - powiedział już bez uśmiechu, patrząc Aurorze w oczy, by wiedziała, że mówi poważnie. - Powinienem się domyślić, że Victor tak po prostu go nie wypuści. Ten idiota rzuca klątwy na prawo i lewo.

Ręka Aurory musiała mocniej zacisnąć się na ramieniu Olivera Taylora, bo chłopak wzdrygnął się lekko. Złoszczenie się nic nie da, powiedziała sobie w myślach, powinni już być w drodze i szukać zaklęcia bezpamięci.

- Cóż, na pewno nie udało mu się zaimponować mojej matce - westchnęła, a na twarzy Ezry pojawiła się ulga. - Nazwała jego zaklęcie miernym i złamała je strasznie łatwo, choć nie wiem, czego użyła.

- Pozwoliła mu odejść? - zapytał Ezra, wykonując lekki ruch głowy w kierunku Olivera. - Jak on właściwie się nazywa?

- Oliver Taylor - powiedzieli jednocześnie Aurora i Oliver.

- Pytam, bo nie rozumiem, dlaczego twoja matka wypuściła z domu zwyczajnego, którego Victor potraktował zaklęciem. To trochę nie w jej stylu.

- Nie wypuściła go tak po prostu. - Aurora uznała, że stanie tutaj, pośrodku ciemnego ogrodu, nie ma sensu, i ruszyła, nadal zwracając się do Ezry: - Mam rzucić na niego zaklęcie bezpamięci, matka zrobiła z tego mój projekt.

Zapanowało milczenie, Ezra ruszył za nimi, a Aurora podziękowała wszechświatu, że Oliver nie sprostował jej słów. W końcu to ona podsunęła matce ten pomysł.

- Kurczę, to poważna sprawa - odezwał się w końcu Ezra. Rozmawiali teraz, idąc przed siebie. - Przykro mi, że to na ciebie sprowadziłem.

- Mogło być gorzej - odpowiedziała czarodziejka. - Zaklęcia bezpamięci nie są niebezpieczne, chyba powinnam cieszyć się, że rodzice w końcu zgodzili się na jakiś projekt. Zresztą tych czarów jest mnóstwo, Azel na pewno znajdzie coś, co można przeprowadzić w tydzień.

Nie wiedziała, czy bardziej stara się zapewnić jego, czy siebie. Gdy usłyszała, że chłopak wprowadzany jest do środka, od razu domyśliła się, że to właśnie Ezra się do tego przyczynił. Nie zamierzała dać matce szansy na dojście do tego samego wniosku. Wyobraziła ją sobie przechadzającą się po salonie i mamroczącą pod nosem: "Kto by pomyślał, mag z dobrego domu sprowadza nam na głowę zwyczajnych, i to w trakcie posiedzenia kowenu". Naprawdę nie miała ochoty wysłuchiwać tych narzekań, które zdecydowanie mogłyby sprowadzić coś znacznie gorszego. Odkąd Ezra złożył swój projekt, musiał być szczególnie uważny. Szukano pretekstu, by go wyrzucić albo przynajmniej zawiesić w prawach członka. Gdyby nie to, że jego rodzice również należeli do kowenu, zapewne wyleciałby już dawno.

Szczególnie jej matka uwzięła się na niego, na tyle że oczywistą niechęć dało się wyczuć za każdym razem, gdy rozmawiali. Zadawała Ezrze prowokacyjne pytania, niekiedy wypominając mu jego wcześniejsze występki, jakby tylko czekała na kolejny zły ruch. Dziś też musiała zauważyć jego nieobecność na spotkaniu, które tak bezceremonialnie przerwał Oliver.

- Przepraszam bardzo - odezwał się w końcu Oliver Taylor, wyrywając ramię z jej uścisku i zatrzymując się nagle. - Ale dokąd my właściwie idziemy?

- Musimy zabrać cię gdzieś indziej - odpowiedziała i też stanęła w miejscu, a za nią Ezra. Chłopak ponownie zaimponował jej swoją odwagą, choć może tym razem był to po prostu nierozsądek. Nie każdy zwyczajny zwróciłby się do niej w ten sposób. - Mój dom to zdecydowanie nie jest miejsce dla zwyczajnych, poza tym przyda nam się pomoc przy rzucaniu zaklęcia.

Pojmany zacisnął usta i przez chwilę zdawało jej się, że zamierza powiedzieć coś jeszcze bardziej wyzywającego. Domyślała się, iż obawia się kolejnego zaklęcia.

- Nie mogę już dzisiaj nigdzie iść - zaprotestował żywo. - Moja mama czeka na mnie w domu. Jest już bardzo późno, pewnie się martwi. Mogę wrócić jutro z samego rana.

- Chyba nie myślisz, że możesz sobie teraz tak po prostu wrócić do domu. - Ezra zabrał głos, zanim Aurora zdążyła otworzyć usta. - Stary, właśnie włamałeś się do siedziby największego kowenu w tej części kraju. Kiedy odwalisz coś takiego, nie ma już odwrotu. - Posłał spojrzenie Aurorze. - A na pewno dopóki o tym wszystkim pamiętasz.

- Przecież to ty mnie tam przyprowadziłeś - oburzył się Oliver. - Czekałeś na mnie na stacji już tydzień temu.

- Na miłość wszechświata, Ez. - Aurorze zrobiło się słabo. - Możesz mi podać jeden dobry powód, dla którego chodzisz za jakimś zwyczajnym dzieciakiem od tygodnia?

- Za nikim nie chodziłem - usprawiedliwił się szybko. - Chciałem go nastraszyć na dworcu tydzień temu, a dzisiaj pojawił się znowu.

- Pojawiłem się znowu, bo gapiłeś się na mnie jak jakiś demon - spróbował Oliver.

- Nikt ci nie kazał za mną łazić - zaśmiał się Ezra, unosząc dłonie w obronnym geście. - Po prostu zadzwoń do matki i powiedz, że zostajesz na noc u dziewczyny.

- Nie mam dziewczyny i moja matka dobrze o tym wie.

- W takim razie powiedz jej, że poznałeś ją niedawno. - Uśmiech na twarzy Ezry rósł coraz bardziej. - Aura na pewno zgodzi się poudawać twoją dziewczynę przez telefon.

- Nie ma opcji - odpowiedziała szybko, starając się ukryć rozbawienie, jakie wywoływała w niej teraz mina Olivera. - Po prostu zadzwoń, powiedz, że tory kolejowe zamarzły i nie możesz wrócić do domu. I na miłość boską, ruszmy się wreszcie.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła. Była pewna, że Ezra i Oliver za nią podążą, i nie przeliczyła się, bo kilka sekund później się z nią zrównali. Zwyczajny wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer do matki. Po chwili zaczął mówić i Aurora od razu zauważyła, jak okropnym jest kłamcą. Jego głos brzmiał niepewnie, dygocząc i zawieszając się na co drugim słowie. Mimo odległości dziewczyna potrafiła stwierdzić, że rozmówczyni Olivera nie jest zadowolona z nagłej wiadomości o tym, że jej syn nie wróci na noc do domu. Podnosiła głos, co automatycznie sprawiło, że Aurora zacisnęła pięści. Rzuciła szybkie spojrzenie na Ezrę, który teraz najspokojniej na świecie nucił coś pod nosem. Uświadomiła sobie, że on zawsze wywoływał w niej odrobinę zazdrości. Znali się od dziecka i odkąd pamięta, szli ramię w ramię. Jej rodzice zadbali o to, by Aurora uzyskała dostęp do najlepszej magicznej edukacji w kraju i szybko to właśnie ona stała się bardziej wprawiona w czarowaniu. Ezra jednakże był wolnym duchem i poświęcał się "alternatywnym" rodzajom magii, które ją też trochę fascynowały. Były to sztuczki, w które trudno było uwierzyć najbardziej niezwykłym magom, których nie uznawała większość kowenów i mentorów i których z pewnością nie poważali członkowie Półksiężyca.

Każdy, kto był świadkiem czarów Ezry, powiedziałby, że jego magia jest piękna. Sprawiał, że atmosfera stawała się lżejsza. Tylko nieliczni wiedzieli, z jak wielkim trudem przychodziło mu każde, nawet najprostsze zaklęcie. Magia Aurory może i nie sprawiała jej problemów, ale była absolutnie bezlitosna. W całej Walii mówiło się, jak niebezpieczną czarownicę wychował sobie największy kowen w regionie. Do domu zawsze zjeżdżało wielu gości, którym wystarczyła krótka demonstracja, by ocenić, że mają przed sobą niezwykle potężną młodą wiedźmę. Niektórzy wysoko postawieni magowie, rozmawiając z jej matką, twierdzili, że moc Aurory jest nieposkromiona. Ezra sprawiał, że czuła się dziwnie zagrożona - jakby ktoś rzucał jej wyzwanie. Czasami, gdy przyglądała się, jak ze skupieniem analizuje karty tarota lub porządkuje kolekcję winyli, odnosiła wrażenie, że przegrywa z nim już od dawna. Przy nim nie miało znaczenia, ile zaklęć opanowała albo do jakiej magii była zdolna. Bo to Ezra był wulkanem energii. Nie chodziło tylko o takie numery jak przyprowadzenie do domu Olivera Taylora. U Ezry pełno było cudów ze świata zwyczajnych, które od dawna ją pociągały. Jego matce nie przeszkadzały walające się na ziemi komiksy i płyty CD, porozwieszane na ścianach plakaty z zespołami muzycznymi ani zwyczajne tatuaże, o których mówił, że doskonale uzupełniają te magiczne. Był nierozważny, lekkomyślny, irytujący, a jednocześnie miał w sobie spokój, którego brakowało Aurorze. Nie stawiano mu niebotycznych wymagań, żył tak, jak chciał. I dlatego właśnie z nim przegrywała.

Oliver skończył rozmawiać przez telefon. Wyglądał na roztrzęsionego. Policzki zarumieniły mu się od zimna i od czegoś, co Aurora z szokiem zidentyfikowała jako ekscytację. Coś zdecydowanie było nie tak z tym chłopakiem.

- Mogę na chwilę? - zagadnęła wyjątkowo uprzejmym tonem. Oliver po chwili wyraźnego zawahania najpierw omiótł spojrzeniem jej twarz, a potem podał jej telefon.

Nawet nie musiała próbować. W sekundzie, w której urządzenie zetknęło się z jej lewą dłonią, ekran zamrugał parokrotnie, po czym wygasł.

- Przepraszam - mruknęła, gdy oddawała mu zepsute urządzenie. Na szczęście nie musiała wysłuchiwać żadnych wyrzutów z jego strony, bo wyglądał na tak zszokowanego, że nic z siebie nie wykrztusił. Trudno, nie zamierzała pozwolić, by po całym zamieszaniu z usuwaniem wspomnień opuścił społeczność magów, zabierając ze sobą jakąkolwiek pamiątkę w postaci zdjęcia, nagrania albo tak naprawdę czegokolwiek, co pomogłoby mu ponownie wpaść na ich trop.

- Widzę, że stare metody twoich rodziców wciąż w formie - mruknął Ezra, również zerkając na ekran. Był zdecydowanie rozbawiony obrazem przerażenia wymalowanym na twarzy Olivera. Rozbawiony i pewny siebie, jak zawsze, bez względu na to, co się działo.

Aurora już dawno obiecała sobie, że zrobi wszystko, by pozostał dokładnie taki, jaki był, bo to dzięki niemu w bardzo młodym wieku zbuntowała się przeciwko rodzicom i ich niechęci do niemagicznego świata. Czuła się kiedyś głupio, znając tylko dźwięki wydawane przez samogrające instrumenty, podczas gdy on długie godziny rozprawiał o sztuce i muzyce. Teraz pod deską w podłodze w jej pokoju znajdowały się mała kolekcja kaset i odtwarzacz, który zmodyfikowała tak, by nie zakłócał magii chroniącej siedzibę Półksiężyca. Był to jeden z nielicznych zwyczajnych gadżetów, których mogła dotknąć. Praca nad nim zajęła jej parę dobrych miesięcy. Dzięki temu wiedziała o zwyczajnych dużo więcej niż kiedyś i żyła, ukrywając tę wiedzę, jak tylko się dało. Ezra był nierozsądny, nierozważny, lekkomyślny, irytujący i z oczywistych względów szkodliwy. Jednocześnie żył ze spokojem, którego Aurora do tej pory jeszcze nigdy nie zasmakowała. Nie musiał przejmować się tym, jak jego własna, niekontrolowana magia buzuje mu pod skórą. Nie był wolny, nikt tutaj nie był wolny, ale nauczył się kształtować rzeczywistość tak, by przypominała mu wolność, niekiedy naprawdę do złudzenia.

Oczywiście długo zajęło jej zaakceptowanie tego, że nigdy nie zobaczy świata w taki sposób, w jaki widział go Ezra. Jej magia momentami mieszała jej w głowie, znieczulała zmysły lub podchodziła jej do gardła tak, że miała ochotę zwymiotować. To wszystko jednak wydawało się bez znaczenia, bo stawała się coraz lepsza, coraz bardziej bezlitosna. Nie zaspokoiła może wymagań wiecznie niezadowolonej matki, ale od innych słyszała, że jest wyjątkowo utalentowaną czarownicą. Przez długi czas nie był w stanie dorównać jej żaden z młodych magów. Aż pewnego dnia pojawił się Azel Halfaway.