PROTOKÓŁ NIRWANY - Bogumil Hausman

Kup ebooka

19.80 zł

-
Proszę czekać

Rozdział 1

"Chleba i igrzysk, tak wołali starożytni Rzymianie" - pomyślała Sara, krocząc po rozgrzanym bruku Walencji. "Walencja, perła Hiszpanii, powstała na brzegu Morza Śródziemnego ponad dwa tysiące lat temu. Była wtedy rzymską kolonią, która przez wieki przechodziła z rąk do rąk, jak bezcenny klejnot. Kiedy tak naprawdę wymyślono walki byków? Czyżby w Hiszpanii zabrakło gladiatorów..." - uśmiechnęła się do siebie. W powietrzu unosił się znajomy zapach morskiej soli, zmieszany z wonią dojrzałych pomarańczy - wspomnienie beztroskiego dzieciństwa. Stare żółtawe kamienice pochylały się nad nią, jakby dodając jej otuchy. Obok nich wyrastały nowoczesne wieżowce, które uwodziły lustrzanymi fasadami ze szkła i stali. Sara wcisnęła głębiej na oczy sportową czapkę. Ogromne ekrany z walkami byków patrzyły na nią z fasad mijanych domów. Niektóre były interaktywne, pozwalając widzom na wybór ulubionego torreadora lub najbardziej krwawej sceny. Przechodnie w pokrytych hologramami strojach mijali obojętnie Sarę, nieświadomi tego, że za moment dla rozrywki tłumów spojrzy w oczy śmierci na pobliskiej arenie. Na jednym z większych ekranów pojawiła się nagle twarz Sary. Niski, męski głos zapraszał na dzisiejszą walkę - "Sara to piękna i bestia w jednej osobie. Wielu żeńskich torreadorów straciło życie w starciu z chimerą. Czy piękna bestia znowu zwycięży?". Głos narratora zagłuszyła nagle poprockowa wersja flamenco z sąsiedniej reklamy. Sara przyspieszyła kroku. Po kilku minutach stała przed okrągłym budynkiem potężnej areny. Był to prawdziwy amfiteatr otoczony holograficznymi ekranami, które tworzyły niemal trójwymiarowy spektakl dla głodnych adrenaliny widzów. Tuż przed areną grupa protestujących z Partii Równość tworzyła kolorową, hałaśliwą plamę. Tęczowe transparenty głosiły: "Piąte przykazanie: nie zabijaj!", "Chimery też mają duszę!". Niektórzy na bieżąco transmitowali protest na platformy społecznościowe, dzieląc się swoją akcją z całym światem. Mijając protestujących, Sara naciągnęła czapkę jeszcze głębiej na oczy, unikając spojrzeń zaczerwienionych od krzyku twarzy. W drodze do bocznych drzwi areny goniły ją zachrypnięte hasła: "Sztuczna inteligencja czuje!", "Chimera nie jest zabawką!", "Śmierć nie jest grą!".

Kiedy zatrzasnęła za sobą solidną, ciężką bramę, ogarnęła ją nagła, nierealna cisza. Rozejrzała się po znajomych murach i poczuła delikatną falę podniecenia. To miejsce było świadkiem niezliczonych, krwawych pojedynków na śmierć i życie. Zamknęła oczy i usłyszała echa przeszłości - krzyki tych, którzy walczyli i zabijali dla rozrywki tłumów. Sara nie była pierwszą kobietą, która stanęła na arenie. Była częścią długiej tradycji kobiecych torreadorów, które od dawna walczyły na hiszpańskich arenach. Teraz kiedy miała stanąć twarzą w twarz z hybrydową bestią, czuła, że nie jest sama. Była częścią czegoś większego, czegoś, co było kiedyś bijącym sercem Hiszpanii. Była dumna z tego, że kontynuowała długoletnią rodzinną tradycję.

- Ojcze, dziadku, wiem, że jesteście tutaj, że jesteście ze mnie dumni. To od was uczyłam się sztuki walki. Nie zawiodę was - powiedziała do siebie.

Jednocześnie zdawała sobie sprawę z rosnącej fali protestów i krytyki. Była świadoma kontrowersji i etycznych dylematów związanych z walką byków. "Czy mogę być dumna z czegoś, co inni uważają za symbol okrucieństwa?" - myślała. "Jak długo mogę ignorować tych, którzy twierdzą, że corrida jest reliktem przeszłości, i nie ma miejsca w nowoczesnym świecie końca dwudziestego pierwszego wieku?".

Byk, który stanął przed Sarą na arenie, był daleki od tradycyjnego obrazu tych potężnych zwierząt. To nie była zwykła bestia. Był hybrydą, skrzyżowaniem byka z panterą stworzoną w jednym z najbardziej zaawansowanych laboratoriów genetycznych południowej Hiszpanii. Jego ciało, masywne i umięśnione, pokrywało czarne, lśniące futro. Stwór przypominał typowego byka, ale z jego pyska wystawały ostre, białe kły. Był jednocześnie bykiem i panterą, co czyniło z niego niezwykle groźnego przeciwnika. Poruszał się zaskakująco zwinnie i szybko, a jego kły, kopyta i rogi były niezwykle śmiercionośną i skuteczną bronią. Stał kilka metrów od Sary i patrzył na nią żółtymi, przenikliwymi ślepiami. Był ucieleśnieniem chimery ze starych bajek i legend.

Sara skłoniła się zgromadzonej, wiwatującej publiczności. Jednocześnie czuła mieszankę respektu i strachu. To stworzenie było zarówno piękne, jak i przerażające. Było żywą metaforą ludzkiej dominacji nad naturą. Było tworem ludzkiego geniuszu i wiedzy w świecie, gdzie granice między naturą, a technologią genetyczną były coraz bardziej rozmyte.

Nagle piasek pod nogami Sary zmienił kolor na zielony, co oznaczało rozpoczęcie walki. Sarę otoczył cichy szum unoszących się kamer. Na widowni ludzie w wirtualnych goglach mieli wrażenie, jakby stali tuż obok niej na arenie. Sara poczuła znajome uderzenie adrenaliny. Patrzyła uważnie na konnych pikadorów, którzy powoli wjeżdżali na arenę. Konie zabezpieczono grubymi, skórzanymi ochraniaczami. Pikadorzy w swoich tradycyjnych, bogato zdobionych strojach, wyglądali jak rycerze ze starych bajek, którzy mają zabić smoka. Byli uzbrojeni w długie włócznie. Ich zadaniem było osłabić byka, zanim Sara sama stanie z nim twarzą w twarz. Byk zmrużył żółte ślepia i ruszył do ataku. Po kolejnych ciosach pikadorów nie wydawał się osłabiony, wręcz przeciwnie, każdy cios tylko go rozwścieczał. "Ta walka będzie inna" - pomyślała Sara. "Jest nie tylko silny, ale i odporny na rany i ból".

Po pikadorach na arenę weszli banderilleros uzbrojeni w krótkie ozdobne włócznie. Ich stroje były równie kolorowe i ozdobne. Każdy ich ruch był tańcem ze śmiercią. Byk był jak cień, zwinny i nieuchwytny. Sara czuła, jak jej puls przyspiesza. "Jest nie tylko dziki, ale i inteligentny. Czy AI jest na tyle zaawansowana, aby precyzyjnie przewidzieć wszystkie moje ruchy?" - pomyślała z niepokojem.

W sterowni zlokalizowanej w podziemiach areny panowała głęboka, skupiona cisza. Całe ściany pokrywały niebieskawe ekrany, na których wyświetlano najważniejsze parametry byka - poziom adrenaliny, aktywność układu nerwowego, aktualny stan automatycznego mechanizmu obrony. Operatorzy w niebieskich kombinezonach śledzili z uwagą wykresy danych, kontrolując każdy ruch byka. Ich młode twarze tonęły w blasku ekranów. Według obowiązujących zasad byk nie miał szans na zwycięstwo. Jego śmierć była przesądzona z chwilą, kiedy wychodził na arenę. Nagle, na jednym z ekranów pojawił się czerwony, pulsujący alarm z napisem: "Błąd systemu".

- Co się dzieje? Dlaczego tracimy sygnał? - Głos kobiety w średnim wieku, szefowej zespołu, brzmiał źle ukrywanym niepokojem.

- System kontroli nad bykiem nie odpowiada. Próbuję zresetować system.

- Jeśli nie odzyskamy kontroli, dojdzie do tragedii...

- Ktoś włamał się do systemu kontroli. Musimy ewakuować arenę!

- Za późno... - Twarz szefowej pobladła. Patrzyła na ekran, na którym Sara uzbrojona w szpadę podnosiła powoli czerwoną płachtę.

Sara wzięła głęboki oddech. To był kulminacyjny moment, w którym miała zabić byka jednym, precyzyjnym ciosem. Byk nie wyglądał na osłabionego, był wciąż niebezpieczny i niezwykle groźny. Patrzył na nią z wyraźnym wyzwaniem w żółtych, przenikliwych ślepiach. Sara machnęła płachtą i byk ruszył do ataku. Szpada wbiła się głęboko w kark byka, który w ostatnim, przerażającym odruchu rzucił się na Sarę. Sara próbowała uniknąć długich, białych kłów, ale było już za późno. Przez arenę przeleciało ciche westchnienie grozy. Nikt nie był pewien, czy to część spektaklu, czy też doszło do straszliwej tragedii.

W sterowni panowała grobowa cisza.

- To straszne... Jesteśmy odpowiedzialni za to, co się właśnie stało. - Twarz szefowej była blada jak papier.

Rozdział 13

Gabinet doktora Gabriela wydawał się oazą natchnionego spokoju. Światło świec delikatnie rozpraszało przyczajone cienie i tworzyło łagodny półmrok. Terapeuta siedział przy swoim biurku otoczony książkami i notatkami, jak kapłan uzbrojony w relikwie do wypędzania demonów z ludzkiej duszy. Światło świec rzucało na ściany ciepłe, złote plamy, które poruszały się leniwie w rytm drgających płomyków. Doktor Gabriel siedział nieruchomo, jakby był częścią tego staroświeckiego wystroju. Jego oczy, zazwyczaj bystre i przenikliwe, teraz błyszczały dziwnym blaskiem, jakby patrzyły w głąb jakiejś odległej, nieznanej rzeczywistości.

- Usiądź, proszę - powiedział do Luny, wskazując na fotel, który wydawał się stworzony na tak poważne rozmowy. Luna usiadła, a fotel otulił ją miękkim, niemal złowrogim szelestem.

- Musisz zrozumieć, że podłączenie mózgu do AI to nie jest zwykła ucieczka od rzeczywistości ani zwykła rozrywka - zaczął doktor Gabriel. - To podróż w głąb twojej własnej świadomości, szansa na poznanie najgłębszych zakamarków twojej duszy.

- Ale czy to bezpieczne? Kim będę? Czy będę dalej sobą? - Luna zapadała się głębiej w otchłań fotela.

- To jest jak skok do głębokiej wody, aby nauczyć się pływać. - Doktor Gabriel próbował rozwiać jej obawy. - Początkowo się boisz, ale potem odkrywasz nowy świat. AI to narzędzie, które pomoże ci dotrzeć do zakamarków twojego umysłu, do których normalnie nie masz dostępu. Zresztą jest to tylko próba, eksperyment. Będziesz podłączona do AI tylko przez dziesięć minut. Trwałe podłączenie wymaga wszczepienia elektrod do mózgu. Nie mamy tutaj potrzebnego sprzętu.

- A co z moją wolą? - Luna przymknęła oczy. - AI może mną manipulować.

- Twoja wola pozostaje nietknięta - zapewnił doktor Gabriel. - AI niczego nie narzuca, tylko proponuje. To ty decydujesz, co z tym zrobisz. To rozszerzenie świadomości, a nie jej zastąpienie.

- A co z moimi zmysłami? Czy świat będzie ten sam?

- To prawda... AI może wpłynąć na twoją percepcję. - Doktor Gabriel skinął głową. - Nawet w zwykłym życiu każde nowe doświadczenie trochę nas zmienia. Różnica polega na tym, że AI pozwala nam wybrać, jak chcemy widzieć świat. Jednocześnie to wyprawa w głąb twojej podświadomości, w głąb twoich pragnień, twojej duszy, do absolutnego zrozumienia siebie. Taka podróż często napawa strachem. Niewielu ludzi ma odwagę, aby w nią ruszyć, dlatego obecna Partia Wolność zabrania używania tej technologii. Mówiąc wprost, podłączenie ludzkiego mózgu do AI jest obecnie nielegalne.

Luna walczyła z obawami, ale pokusa była zbyt silna. "Chcę zrozumieć świat. Chcę doświadczyć czegoś, co wyrwie mnie z więzienia mojej codziennej, szarej egzystencji" - myślała.

- No dobrze, zgadzam się. W końcu jest to tylko eksperyment... tylko dziesięć minut - powiedziała po chwili wahania.

Doktor Gabriel wstał i podszedł do urządzenia, które stało w kącie gabinetu. Była to skomplikowana konstrukcja z kablami i ekranami, która miała stać się pomostem między Luną, a światem AI.

- To tylko eksperyment - powtórzył za Luną. - To może być trochę... niekomfortowe na początku - dodał.

Luna skinęła głową. Doktor Gabriel podał jej opaskę, na której błyszczały rzędy metalowych czujników.

- Proszę, załóż to na głowę. Elektrody połączą się z twoim mózgiem. Będę cały czas z tobą - wyjaśnił doktor Gabriel, pomagając założyć opaskę.

Luna zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Nagle poczuła lekkie szczypanie w miejscach, gdzie elektrody dotykały jej głowy. Było to dziwne uczucie, jakby mrówki biegały po skórze.

Doktor Gabriel obserwował ekrany, na których linie i wykresy rejestrowały aktywność mózgu Luny.

- Wszystko zgodnie z planem. Oddychaj głęboko - powiedział cicho.

Luna prawie go nie słyszała. Jej świadomość powoli wypełniała cały pokój. Czuła, jak wędruje do innego świata. Kiedy otworzyła oczy, była w miejscu, które znała tylko z opowieści - w świątyni Afrodyty w Koryncie. Wciągnęła głęboko powietrze, poczuła słodkawy zapach olejków i kadzideł. Światło słoneczne wpadało przez wysokie, otwarte okna, rzucało długie cienie na marmurową posadzkę. Szaty, które miała na sobie, były lekkie i przewiewne, ledwie dotykały jej skóry. Była prawie naga. Rozejrzała się po świątyni, patrząc na ubrane podobnie do niej kobiety. Poruszały się z pełną powagi gracją. Luna była jedną z nich - świętą niewolnicą, której ciało i duch były poświęcone bogini miłości Afrodycie. Wiedziała, że jej obecność w świątyni jest częścią miłosnego rytuału, który był pomostem między ludzkim pragnieniem, a boskością.

Młody mężczyzna wszedł do świątyni, jego oczy natychmiast odnalazły Lunę. Jego sylwetka promieniowała niepokojącą siłą, w jego spojrzeniu czaiło się coś więcej niż tylko pożądanie. Kiedy podszedł do Luny, poczuła delikatne ciepło jego ciała. Podniosła rękę i dotknęła jego policzka. Popatrzył jej głęboko w oczy i dotknął jej piersi. Sutki Luny były sterczące i twarde.

- Witaj w świątyni bogini Afrodyty. - Głos Luny był uwodzicielsko ciepły.

Wzięła go za rękę i ruszyli w kierunku zacisznych komnat na tyłach świątyni. Towarzyszył im dyskretny jęk kochający się par.

Luna otworzyła oczy. "Byłam w objęciach mężczyzny, czy AI? Nigdy nie doświadczyłam takiej rozkoszy, a jednocześnie takiego przerażenia" - pomyślała. Zapach świec był nagle zbyt ostry, zbyt rażący w swojej codzienności. Była z powrotem w gabinecie doktora Gabriela, który pochylał się nad nią z natarczywą ciekawością w oczach.

- Jak było? Opowiedz jak było, ale najpierw musisz trochę odpocząć.

Luna, jeszcze trochę oszołomiona i zadyszana, uśmiechnęła się niepewnie. "To pewnie tylko początek, wstęp do czegoś znacznie mroczniejszego" - pomyślała, czując, że jej życie już nigdy nie będzie takie samo. Jednocześnie czuła, że coś w niej pękło. Granice, które wcześniej wydawały się nieprzekraczalne, teraz były tylko kolejnymi drzwiami, które czekały, aby je otworzyć. Powoli wracała do rzeczywistości. Ciągle czuła na skórze ciepło i chłód marmurowej świątyni. Wciągnęła głęboko powietrze, pokój terapeuty wypełniał delikatny zapach świątynnych kadzideł.

Doktor Gabriel pochylił się jeszcze bardziej nad Luną, jego twarz wyrażała mieszankę profesjonalnego zainteresowania i osobistej troski.

- Jak się czujesz? - zapytał.

- To było... - zaczęła, ale słowa wydawały się niewystarczające, by opisać ostatnie emocje i doznania. - To było jak odkrycie nowego wymiaru. Jakbym była jednocześnie tutaj i tam, w przeszłości... w świątyni.

- Czy czułaś się inaczej?

Luna zastanawiała się przez moment, próbując zrozumieć metamorfozę, którą przeszła.

- To, co czułam, to nie była tylko przemiana. To było, jakby moje granice zostały przesunięte, a moje zmysły wyostrzone... Czułam się bardziej... świadoma.

- Świadoma czego? - Doktor Gabriel starał się zachować neutralny ton, choć w jego oczach błyszczała ciekawość.

- Świadoma siebie, świadoma moich pragnień. To było jak dotknięcie czegoś boskiego... - Luna próbowała wyrazić coś, co wydawało się niemożliwe do opisania.

- To właśnie chcemy osiągnąć. - Doktor Gabriel kiwnął głową. - AI ma nam pomóc zrozumieć nasze najgłębsze, najskrytsze pragnienia.

- Czy nie idziemy za daleko? - W głosie Luny pojawiła się poprzednia obawa.

- To dopiero początek. Prawdziwe pytanie brzmi, jak daleko jesteś gotowa się posunąć?

Luna pomyślała o świątyni, o niewolnicach, o mężczyźnie, którego spotkała. O tym, jak wszystko wydawało się tak realne.

- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. Wstała niepewnie z fotela, pozostawiając na siedzeniu wilgotną, białawą plamkę.

Rozdział 12

Hector siedział w zaciszu swojego pokoju z wirtualnymi goglami na twarzy. Patrzył, jak każda jego myśl tworzy kolejny fragment barwnego nowego świata, który nie istniał. Widział powstające detale hologramów - realistyczne budynki z porośniętymi mchem ścianami, skomplikowane modele lekkich pojazdów piechoty, których metalowe powierzchnie odbijały ciepłe światło wirtualnego słońca. Każdy najdrobniejszy element był produktem jego wojskowych doświadczeń, które zdobył na prawdziwych polach walki. Wiedział, że właśnie za to mu płacą. Był cennym nabytkiem - był jedynym projektantem gier komputerowych, który brał udział w prawdziwych operacjach wojskowych. To doświadczenie pozwalało mu na tworzenie bardzo autentycznych gier. Nawet bardzo doświadczeni żołnierze nie byli w stanie odróżnić jego wirtualnych wojen od rzeczywistości. Był z tego słynny. Mówiono o nim, że jest nowym bogiem wojny. Każdy wystrzelony pocisk nie był tylko abstrakcyjnym pojęciem, był wspomnieniem prawdziwych bitew, które stoczył. W tworzeniu towarzyszyła mu zawsze sztuczna inteligencja, która pilnowała, aby ten wirtualny świat był zawsze groźny i nieprzewidywalny. Hector nigdy nie wiedział, co czai się w zakamarkach kolejnej, nowo tworzonej gry.

Czasami wracał do rzeczywistego świata, aby wypić kubek świeżo zaparzonej kawy. Ten kubek kawy był jego jedynym wątłym połączeniem między dwoma światami, w których przebywał. Tak naprawdę, to czasami wolał ten wirtualny świat. Mógł przebywać w nim godzinami. Był wtedy bezpośrednio w grze, którą tworzył. Dzisiaj był dowódcą oddziałów specjalnych i patrzył przez okno, jak grupa nastolatków idzie do pobliskiej szkoły. Ich śmiechy i rozmowy przypominały Hectorowi, że w tym wirtualnym świecie było również miejsce na coś, co kiedyś nazywał normalnością, choć coraz częściej wątpił, czy kiedykolwiek naprawdę istniała. Nagle starodawny telefon na ciężkim dębowym biurku rozkrzyczał się napastliwym dźwiękiem. "Coś się dzieje. Cała harmonia otaczającego świata jest tylko złudzeniem. W tym wirtualnym świecie istnieją również demony tworzone przez AI" - pomyślał.

- Kod zero w pobliskiej szkole - usłyszał w podniesionej słuchawce. - Piętnastoletni chłopak grozi innym uczniom i zabił jednego z nauczycieli. Jest uzbrojony i bardzo niebezpieczny. Motyw nie jest znany. Pracujemy nad profilem emocjonalnym. SWAT i nasze drony są w drodze. Zalecana jest szczególna ostrożność. Mogą być dodatkowe ofiary.

Hector ruszył w kierunku szkoły. Był w pełnym wyposażeniu bojowym. Dzięki symulacji prawdziwej grawitacji każdy krok w tym wirtualnym świecie wydawał się cięższy niż poprzedni, jakby niewidzialne ręce próbowały go zatrzymać. Mimo rosnącego zmęczenia przyspieszył kroku. Kiedy dotarł na miejsce, zobaczył szary budynek szkoły. Nie wyglądała na świątynię wiedzy. Przypominała bardziej opuszczoną ruderę. Ktoś dawno temu wybił większość okien i wyważył duże, dębowe drzwi. Hector wszedł ostrożnie do środka. Poczuł silny zapach starości i kurzu. Na podłodze walały się zniszczone podręczniki i resztki ubrań. Podszedł do najbliższych uchylonych drzwi, zza których dobiegał cichy szelest, jakby dawno zapomniana przeszłość ożywała w mrocznych zakamarkach budynku.

- Hej, jest tam ktoś? - krzyknął.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko, jakby ktoś na niego czekał.

- Mam dwa drony, które wszystko widzą - usłyszał chłopięcy, zachrypnięty głos.

Hector rozejrzał się dookoła. Nie była to odpowiedź, której się spodziewał. "Drony... dwa... może są uzbrojone..." - pomyślał. To zmieniało operacyjne założenia prowadzonej akcji. Przeciwnik miał elektroniczne oczy, które mogły być wszędzie.

Na zewnątrz szkoły padły pojedyncze strzały. Hector wyjrzał ostrożnie przez pobliskie okno. Na ziemi leżały wraki dwóch dronów. Były jak martwe ptaki o zdeformowanych metalowych ciałach. Nad nimi szybowało kilka dronów z jaskrawymi napisami SWAT. "Jastrzębie znowu polują na gołębie. Gołębie nigdy nie mają szans" - pomyślał.

- Drony zostały zlikwidowane. - Hector rzucił przez uchylone drzwi. - Porozmawiajmy. Nie strzelaj! - Jego głos był pełen profesjonalnej, wytrenowanej pewności.

Bardzo powoli otworzył drzwi i wszedł ostrożnie do klasy. W kącie zobaczył grupę stłoczonej młodzieży, ich twarze były blade z przerażenia i strachu. Na środku sali w kałuży krwi leżało ciało martwego mężczyzny. Stojący obok chłopiec miał puste nieobecne oczy, ale Hector dostrzegł w nich coś jeszcze - wahanie i żal. Odruchowo ocenił uzbrojenie przeciwnika. "Kamizelka kuloodporna i karabin maszynowy. Ciekawe, czy ma pistolet lub granat? Ten na podłodze, to pewnie nauczyciel" - pomyślał.

- Masz rodzeństwo? - zapytał Hector spokojnym, przyjaznym głosem. Zdjął swoją kuloodporną kamizelkę, odłożył karabin i powoli usiadł na podłodze.

- Gówno cię to obchodzi. - Spojrzenie chłopca było pełne nienawiści.

- A co z dziewczynami? Masz kogoś, kto ci się podoba? - kontynuował Hector, starając się nawiązać jakikolwiek kontakt.

Chłopiec spojrzał na niego z niesmakiem, ale po chwili jego twarz zmiękła.

- Nie - powiedział cicho.

- Jak byłem w twoim wieku, to podobała mi się jedna fajna dziewczyna z tej samej klasy. Byłem zbyt nieśmiały, aby jej to powiedzieć. Żałuję tego do dzisiaj.

- Czy to prawda? - Twarz chłopca drżała. Bezwiednie patrzył na ciało martwego nauczyciela.

- Tak, to prawda - odpowiedział Hector, czując, jak napięcie zaczyna pomału opadać. - Masz jakiś ulubiony przedmiot?

Chłopiec nie odpowiedział. Dalej patrzył na zakrwawione ciało.

- Jakiego przedmiotu uczył twój nauczyciel? - dodał Hector.

W tym momencie chłopiec zaczął płakać. Całe jego ciało drżało. Karabin maszynowy, który kurczowo trzymał, upadł na podłogę z metalowym chrzęstem.

- Wszystko będzie dobrze - powiedział Hector, chociaż nie bardzo wierzył w swoje słowa. Nagle padł strzał. Hector patrzył, jak ciało chłopca powoli osuwa się na podłogę.

- Cel zlikwidowany. - Ciepły kobiecy głos AI dochodzący z uzbrojonego dronu za oknem, informował o zakończeniu akcji.

Hector zerwał się na nogi.

- Sytuacja była pod kontrolą. Nie trzeba zawsze zabijać - krzyczał.

- Prawdopodobieństwo niepowodzenia akcji było większe od zera - usłyszał w odpowiedzi. - Teraz wynosi zero.

Hector ściągnął gogle i rozejrzał się po swoim pokoju. Przez chwilę wracał do rzeczywistości. Na stojącym na biurku ekranie zobaczył uśmiechniętego projektanta, z którym czasami pracował.

- Co tam stary wojowniku? Jak idzie projektowanie nowej gry? Słyszałem, że to jakaś akcja terrorystyczna - usłyszał znajomy, przyjazny głos.

- Dobrze... bardzo dobrze. Kolejna misja zakończona pełnym sukcesem, ale zawsze może być lepiej.

- Co masz na myśli? Co może być lepsze od pełnego sukcesu?

- Sam nie wiem, za dużo trupów... wiesz, jak to jest... - Hector odparł wymijająco.

Rozdział 7

Damian stał przed kolorową mapą Walencji. Odziedziczył ją po poprzednich lokatorach tego raczej skromnego gabinetu. Była trochę pożółkła i ledwo trzymała się ściany. Tu i tam widać było kropki owadzich odchodów. Były stemplami minionych lat i dowodem jej sędziwego wieku. W dobie hologramów i wirtualnego świata przypominała o realności zła, z którym walczył. Ta mapa była sercem tego pokoju. Przyciągała jak magnes, jak przeklęta gwiazda przewodnia, która nie pozwalała odwrócić od siebie wzroku. Każde nowe morderstwo sprawiało, że powietrze w gabinecie stawało się bardziej gęste, niemal duszące. Patrzył na wbite w mapę kolorowe pinezki. Każda symbolizowała kolejną zagadkę, której nie mógł rozwiązać. "Czyraki na tyłku sprawiedliwości" - pomyślał żartobliwie, ale natychmiast spoważniał.

- Kim jesteś? - wyszeptał, choć wiedział, że nie usłyszy odpowiedzi. Przed oczami miał obraz ostatniej ofiary, zarys nagiego kobiecego ciała na kamiennej posadzce.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i w progu stanął nadkomisarz Ramirez. Jego twarz miała wyraz, który nie wróżył nic dobrego - powaga zmieszana z desperacją. Nadkomisarz skinął szybko głową i zamknął za sobą drzwi.

- Masz chwilę? - zapytał, chociaż obaj wiedzieli, że pytanie było tylko zbędną formalnością. - Dostałem dzisiaj rano kolejny telefon z ratusza - zaczął Ramirez. - Nie mogą sobie pozwolić na kolejne nieudolne śledztwo - zamilkł na chwilę, jakby zbierał myśli. - Mamy medialną sensację. Tym razem ofiarą była influencerka. Widzowie oglądali wszystko na żywo. Miała na sobie małą kamerę. Nikt nie myślał, że to prawda. Wszyscy myśleli, że to zaplanowany, bardzo dobry dowcip.

Na ścianie pojawił się hologram. Damian rozpoznał pomieszczenie, w którym znaleziono ofiarę. Niski przyjemny męski głos mówił coś do przerażonej kobiety. Jednocześnie uwagę Damiana przykuło coś innego, licznik widzów przekraczał ponad pół miliona. "Ci wszyscy ludzie byli świadkami jej śmierci, jak stado sępów..." - pomyślał. Damian zdał sobie nagle sprawę z rozmiarów tej medialnej tragedii. W miarę narastania krzyków ofiary, rosła ilość śmieszków i serduszek od widzów. Polubienia sypały się jak deszcz, jakby oni wszyscy byli po stronie mordercy i czekali na jej śmierć. I nagle obraz zgasł.

- Niestety nie widać twarzy mordercy. - Ramirez patrzył na Damiana z powagą. - Ze względu na dotychczasowe, raczej mizerne wyniki śledztwa, nie mamy czasu na zbędne dyskusje. Oferujemy ci bezpośrednie podłączenie do AI, do naszej policyjnej, tajnej sieci sztucznej inteligencji. Technologia podłączania ludzkiego mózgu do AI jest zakazana, ale my jako policja mamy do niej dostęp. To nasza jedyna szansa, aby złapać tego potwora.

Damian przyglądał się nadkomisarzowi Ramirezowi, próbując zrozumieć, co szef miał na myśli. Ramirez był wytrawnym, doświadczonym policjantem, z którym pracował od lat, ale dzisiaj w oczach Ramireza był jakiś lekko wyczuwalny smutek, którego Damian nie potrafił zrozumieć.

- Jest to niezgodne z prawem. - Damian miał wątpliwości. - Rządząca Partia Wolność nie zezwala na bezpośrednie podłączanie ludzkiego mózgu do AI.

- Czasem trzeba złamać prawo, aby je bronić... aby bronić ludzi. - Ramirez patrzył na mapę na ścianie. - Wybór należy do ciebie, ale pamiętaj, nie jest to tylko zwykła AI. Jest to narzędzie, które może zmienić bieg naszego śledztwa. Może pomóc złapać tego mordercę.

- Czy to bezpieczne? - Damian niemal czuł, jak jego twarz blednie.

- To nie jest wybór między dobrem, a złem - kontynuował nadkomisarz. - To wybór między dobrem, które znamy i wielkim złem, które nam grozi. Musimy zapobiec czemuś jeszcze gorszemu. Musimy ocalić kolejne ofiary.

- Czy to działa? - Damian unikał spojrzenia Ramireza. - Czy ta technologia naprawdę pomoże mi złapać tego potwora?

- To jest narzędzie jak każde inne. - Ramirez zamyślił się na chwilę, jakby dobierał słów. - AI może być użyta do zbawienia lub do zniszczenia świata. Wszystko zależy od tego, kto ją kontroluje. Odpowiedź na twoje pytanie jest prosta, tak, działa i to bardzo skutecznie. Technologia jest zakazana... ale zastanów się, dlaczego tak jest. Bo jest potężna. Bo daje nam dostęp do rzeczy, których nie możemy nawet zrozumieć. I dlatego świat przestępczy od dawna ją stosuje. Twoje wahanie jest zrozumiałe. Jesteśmy tylko ludźmi. Chcemy robić to, co słuszne, ale czasami świat zmusza nas do podjęcia decyzji, które są po prostu... konieczne.

Damian czuł, że Ramirez może mieć rację. Jednocześnie całe życie wierzył, że prawo to niezaprzeczalna granica, której nie wolno przekraczać. Spojrzał uważnie na szefa. W jego oczach dostrzegł coś, czego wcześniej nie widział - rodzaj desperacji. "Może tak naprawdę nie mam wyboru, może sprawy zaszły za daleko..." - pomyślał.

- Muszę się zastanowić - głos Damiana był pełen napięcia. - Nie jestem pewien, czy mogę to zrobić... czy powinienem to zrobić.

Ramirez zrobił krok do tyłu, jakby próbował zrozumieć coś niepojętego. Jakby tracił panowanie nad sobą.

- Nie mamy czasu. Ty wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny. To nie jest prosta i lekka decyzja. Jednocześnie jest to decyzja, którą musimy podjąć... jako stróże prawa.

- Wiem. - Damian starał się zachować spokój. - Ale jeśli to zrobię... jeśli przekształcę siebie w coś, co uważam za niemoralne, to czy rzeczywiście wygramy? Być może będziemy gorsi od tego, z czym walczymy.

- Czasami etyka jest luksusem, na który nie możemy sobie pozwolić. Etyka nie obroni przyszłych ofiar. Etyka nie zatrzyma tego potwora, ale być może AI podłączona do twojego mózgu to zrobi. Wybór należy do ciebie.

Ramirez zamilkł na chwilę, jakby podejmował jakąś ważną decyzję.

- Rozumiem... - powiedział w końcu. - Dobrze... potrzebujesz czasu, żeby się zastanowić, ale pamiętaj, czas jest luksusem, którego nie mamy.

- Potrzebuję czasu. - Damian odetchnął. Poczuł, jak odzyskuje kontrolę nad swoją własną przyszłością. - Potrzebuję czasu, aby to przemyśleć - dodał cicho.

Ramirez skinął głową i wyszedł z gabinetu. Damian osunął się w swoim fotelu. "Czy będę bohaterem, który łapie mordercę, czy też potworem, którego będę oglądał każdego dnia w lustrze" - pomyślał. Jego wzrok odruchowo powędrował na mapę na ścianie. Nie wiedział jeszcze, jaką decyzję podejmie. Wiedział tylko, że czasu jest coraz mniej. Sięgnął po kubek z napisem "Najlepszy pies w mieście". Kubek był pusty. Powąchał resztki wyschniętej kawy. "I ty Brutusie przeciwko mnie?" - uśmiechnął się do swoich myśli. Nagle spoważniał. Spojrzał znowu na mapę, licząc podświadomie wbite pinezki. "Jaką cenę jestem gotów zapłacić, aby przestać je liczyć?" - pomyślał.

Rozdział 3

Damian siedział w sterylnej sali przesłuchań. Ściany pokoju były gołe i szare, jakby świat zewnętrzny nie istniał. Wpatrywał się w blat metalowego stołu, który przez lata pokryły blizny zadrapań i rys. "Lata kłamstw i rozczarowań" - uśmiechnął się do swoich policyjnych wspomnień.

Drzwi otworzyły się cicho i do pokoju wszedł mężczyzna o nijakim wyglądzie, jakby wyjęty z tłumu robotników dbających o arenę. Tylko niebieski kombinezon zdradzał, że był jednym z operatorów sterowni. Wyglądał na wyraźnie speszonego, starał się nie patrzeć na Damiana, który wskazał mu krzesło.

- Wiesz, dlaczego tu jesteś? - zapytał Damian, przeczesując palcami swoje przyprószone siwizną włosy.

Mężczyzna skinął głową.

- Czy zauważyłeś coś dziwnego tego wieczoru? Pomyśl, każdy, nawet najmniejszy szczegół może pomóc w wyjaśnieniu całej sprawy. Każdy detal jest bardzo ważny.

- Było coś... dziwnego w zachowaniu byka. Monitory pokazywały, że poziom adrenaliny w ciele zwierzęcia był znacznie wyższy niż zazwyczaj. Początkowo myślałem, że to wynik błędu systemu, ale nie był to błąd... Sprawdzałem trzy razy. To było jakby... jakby ktoś kierował bykiem, ale nie byliśmy to my... Jakby był zdalnie sterowany, czy coś w tym stylu...

Damian poczuł, jak zimny dreszcz przechodzi mu po plecach. "Wszystko zaczyna się łączyć w jedną logiczną całość" - pomyślał. "Partia Wolność jest za całkowitą kontrolą nad sztuczną inteligencją i sprzeciwia się manipulacji genotypu zwierząt. Czyżby w ramach kampanii wyborczej chcieli pokazać, do czego prowadzi mieszanie różnych gatunków? Że jest to igranie z ogniem, które może skończyć się tragedią...". Odruchowo spojrzał na swój staroświecki zegarek. Kolejny świadek był w drodze do sali przesłuchań.

- Dziękuję, możesz iść - powiedział zmęczonym głosem.

Kiedy został sam, oparł się o blat stołu i przez chwilę wpatrywał się w lustrzaną, metalową powierzchnię, jakby oczekiwał, że zobaczy w niej coś więcej niż tylko odbicie własnej, szarej twarzy.

Drzwi do sali przesłuchań otworzyły się powoli i do sali weszła szefowa technicznego zespołu sterowni. Była kobietą w średnim wieku, o zaciśniętych ustach i surowym spojrzeniu. Usiadła naprzeciwko Damiana. Jej oczy, szare jak stal, mierzyły go przez chwilę, jakby próbowała rozszyfrować jego intencje. Damian odwzajemnił się tym samym spojrzeniem. W oczach szefowej zobaczył dobrze skrywaną obawę, ale też coś jeszcze - może winę? Jego wieloletni instynkt policjanta podpowiadał mu, że miała klucz do części prawdy, której poszukiwał.

- Nie mamy czasu na gry - zaczął. - Sara nie żyje. Coś się wydarzyło w sterowni. Coś, co ją zabiło. Jesteś za to odpowiedzialna. Co masz mi do powiedzenia?

Kobieta zaczęła niespokojnie kręcić się na krześle. W jej oczach pojawiła się chwila wahania.

- Mam nadzieję, że rozumiesz powagę sytuacji - dodał Damian spokojnym, ale zdecydowanym głosem.

Szefowa spuściła oczy, jakby ostrożnie dobierała słowa.

- To... to był wypadek - odpowiedziała drżącym głosem.

Damian spojrzał na nią uważnie. "Taktyka złego i dobrego policjanta jest do podtarcia tyłka" - pomyślał.

- Postaraj się wrócić pamięcią do tego wieczoru. Czy zauważyłaś coś, co odbiegało od normy?

- Wszystko było pod kontrolą - zaczęła szefowa. - Byk był względnie spokojny, nie widać było żadnych niezwykłych przejawów agresji. Do czasu kiedy... - Kobieta zawiesiła głos.

- Do czasu kiedy...?

- Do czasu kiedy system zaczął szaleć. Nie wiem, jak to opisać... Ktoś był w systemie, ale to niemożliwe. Mamy najlepsze zabezpieczenia. Były instalowane kilka miesięcy temu.

- Ostatnio w Walencji mamy serię bardzo osobliwych morderstw. - Damian postanowił wyłożyć karty na stół. - Ofiary są zmasakrowane w bardzo wyrafinowany sposób. Nie bardzo wiemy, co się dzieje, dlatego analizujemy wszystkie morderstwa, które odbiegają od normy. Śmierć Sary jest właśnie takim przypadkiem. Oczywiście ta informacja nie może opuścić tego pokoju.

- Prawdę mówiąc słyszałam o fali ostatnich morderstw. Czy tragiczny wypadek na arenie może mieć z tym coś wspólnego? - Kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem, ale zaraz potem w jej oczach pojawił się strach. Jakby nagle uświadomiła sobie coś, czego wcześniej nie chciała dostrzec. - Nie wiem, słyszałam plotki... Ludzie mówią, że eksperymenty genetyczne nie skończyły się tylko na zwierzętach...

- Wróćmy do tematu. - Damian wolał skupić się na faktach. - Czy masz jakąś teorię, kto mógł włamać się do systemu?

- Nadchodzą zmiany, inspektorze. - Kobieta zniżyła głos. - Duże zmiany... Ludzie mówią, że chodzi o jakieś manipulacje. To jest większe niż my wszyscy razem...

Damian siedział w zaciszu swojego gabinetu, popijając mocną, świeżo zaparzoną kawę. Wpatrywał się w hologramy ostatnich morderstw. Patrzył na mężczyznę, którego ciało zastygło w nienaturalnej pozie, jakby śmierć zabrała mu nie tylko życie, ale i godny moment pożegnania. Na kolejnym hologramie widać było nagą kobietę, której kończyny związano w niemożliwy supeł, jakby była lalką z gumy. Wszystkie te ciała zdeformowano, zmasakrowano i upokorzono w momencie śmierci. Trudno było uwierzyć, że było to dziełem człowieka, a nie jakiegoś demona, który rzeźbił w ludzkim mięsie. Damian czuł narastające zwątpienie. Znane procedury i metody śledcze nie pasowały do obrazów, które miał przed oczami. Ostatnie morderstwa były jak upiorny rebus, niemożliwy do rozwiązania. Poczuł ucisk w żołądku. Zabójstwa były czymś więcej niż zwykłymi aktami przemocy. Były jak złowieszcze malowidła Hieronima Boscha. Co gorsza, AI, która zwykle skutecznie identyfikowała potencjalnych przestępców, tym razem była bezsilna. Podejrzany morderca, który mógł hipotetycznie być na miejscu wszystkich zbrodni, nie istniał w żadnej bazie danych.

Nagle drzwi do gabinetu otworzyły się z hukiem i pojawił się zadyszany nadkomisarz Ramirez.

- Do diabła, co się dzieje? Dzwonią z ratusza. Politycy z Partii Wolność są wściekli. Te morderstwa szpecą wizerunek miasta tuż przed wyborami!

Patrząc na Ramireza, Damian miał wrażenie, jakby siedział w jakimś absurdalnym teatrze. "Wybory, wizerunek miasta... Czy ma to jakiekolwiek znaczenie?" - pomyślał.

- Pracuję nad tym szefie - odparł, próbując ukryć lekkie poirytowanie.

- W tym samym czasie na ulicach Walencji giną ludzie. Morderca stroi sobie z nas wszystkich żarty. Nie możemy na to pozwolić!

Damian chciał coś wyjaśnić, ale ugryzł się w język.

- Rozumiem powagę sytuacji - wykrztusił. - Robię, co w mojej mocy.

Ramirez patrzył na niego badawczo, jakby próbował zrozumieć, czy może mu zaufać.

- Dostałem telefon z ratusza - zaczął zniżonym głosem. - Politycy są zaniepokojeni. Wybory już wkrótce i chcą uniknąć kolejnego skandalu. Nasze kariery wiszą na włosku. Rozumiemy się?

Damian rozumiał. "Pieprzeni politycy... Myślą tylko o wyborach. Partia Wolność jest bardziej zainteresowana dominacją nad sztuczną inteligencją i kontrolą byków niż ludzką tragedią" - pomyślał, ale nic nie powiedział. "Prawdziwy wróg nie siedzi w ratuszu czy w laboratoriach biogenetycznych. Wróg jest tam, na ulicach Walencji i czyha na kolejną ofiarę".

Rozdział 11

Damian czuł lodowaty chłód metalowej płyty, na której leżał. Była twarda jak skała i koszmarnie niewygodna. Patrzył na stojące obok monitory, próbując zrozumieć, co tu właściwie robi. "Czy to jest naprawdę dobra decyzja?" - zastanawiał się gorączkowo. "Czy warto jest ryzykować wszystko dla... dla czego właściwie?". Każda komórka jego ciała zdawała się krzyczeć, że to, co robi, jest błędem. Kątem oka spoglądał na ekrany pełne pulsujących wykresów, które miały reprezentować jego życie, myśli, duszę. "Czy zostanę zredukowany do danych na ekranie? Czy mogę ufać ludziom, którzy dysponują technologią tak potężną, jak podłączenie ludzkiego mózgu do AI?" - myślał, czując, jak ogarnia go pełzający od żołądka strach. "I ta koszmarnie zimna, twarda płyta...".

- To naprawdę słuszna decyzja. - Nadkomisarz Ramirez zdawał się słyszeć jego myśli. Jego twarz pełna była krzepiącego spokoju. - Nie potrwa to długo. Operacja jest ściśle tajna. Jestem pewny, że się dobrze rozumiemy. Mamy dostęp do technologii, ale oficjalnie nic o niej nie wiemy. Wiemy, ale nie stosujemy - dodał, uśmiechając się porozumiewawczo. - Oficjalnie technologia podłączenia do AI, jest używana tylko do kontrolowania zwierząt, ale podłączenie człowieka zmienia wszystko. Możesz widzieć rzeczy, których nikt inny nie widzi, rozumieć rzeczy, których nikt inny nie rozumie. To jest twoja szansa, aby stać się więcej niż człowiekiem. To jest twoja szansa, aby stać się półbogiem...

Damian poczuł lekkie ukłucie strzykawki. Próbował się uśmiechnąć, ale nie mógł. Jego mięśnie zaczęły się rozluźniać, a umysł stawał się coraz bardziej mglisty. "Czy jest już za późno, aby się wycofać?" - myślał, zapadając w głęboką, lepką ciemność. Jakby zstępował w otchłań bez dna, którą czuł w każdym zakątku swojego ciała. Jakby zanurzał się w wodzie tak ciemnej, że nie mógł zobaczyć własnej dłoni. Nie było tu góry ani dołu, tylko nieskończona ciemność. "Czy tak wygląda śmierć?" - pomyślał z przerażeniem. Pomału w oddali pojawiło się migoczące białe światło. Z każdą sekundą stawało się coraz jaśniejsze. "Czy jest to światło na końcu tunelu, o którym tyle się pisze? Czy to jest to, co widzą umierający ludzie?" - czuł w skroniach bicie własnego serca. "Wygląda na to, że jeszcze żyję" - pomyślał z ulgą. Światło rosło, aż wypełniło całe pole widzenia. W oślepiającym świetle zobaczył kogoś, kto przypominał nadkomisarza Ramireza. "Anioł, czy demon?" - pomyślał szybko.

- Witam w świecie totalnej świadomości. - Głos był znajomy, przypominał nadkomisarza, ale brzmiał trochę inaczej. Dochodził ze środka jego własnej głowy. Damian czuł, jak ogarniają go wątpliwości - "Czy jest to rzeczywistość, czy tylko iluzja stworzona przez AI?". Poczuł, że coś się zmieniło. Jakby otworzył drzwi do czegoś nowego, czegoś, czego nie mógł sobie nawet wyobrazić. "Granice między różnymi światami są bardzo kruche i wszystkie światy są równie realne" - pomyślał. Nagle znalazł się w pokoju, który przypominał jego własne biuro w komisariacie, ale nie był to zwykły pokój. Wszystko wydawało się bardziej intensywne - kolory żywsze, a kontury przedmiotów miały delikatny niebieskawy blask. Spojrzał na pożółkłą mapę na ścianie. Każda z pinesek pulsowała zielonkawym tajemniczym światłem. Podszedł bliżej i poczuł, jak mapa zaczyna drgać. Przyjrzał się jednej z pinesek i nagle znalazł się na miejscu zbrodni - każdy szczegół, każdy kamień, każda kropla krwi wydawała się lśnić wewnętrznym, delikatnym światłem. Damian poczuł, jak jego zmysły wyostrzają się do granic możliwości. Ostrożnie dotknął leżącego obok zakrwawionego kamienia. Ujrzał strukturę molekularną krwi i skręcony łańcuch DNA. Było to jak podróż w inny wymiar, gdzie wszystko było możliwe i dziecinnie proste. Jednocześnie czuł, że jego umysł pracuje inaczej. Przetwarzał informacje w zawrotnym tempie. Dostrzegał szczegóły i zależności, które wcześniej umknęły jego uwadze. "Jestem lepszy od Sherlocka Holmesa?" - pomyślał żartobliwie, zafascynowany i trochę przerażony swoimi nowymi zdolnościami. I wtedy usłyszał dźwięki - odgłos kroków, szepty i krzyki. "Czy ktoś nadchodzi? Czy grozi mi niebezpieczeństwo?" - Damiana ogarnął strach. Po chwili zrozumiał, że to krzyki ofiar i szept mordercy, ale nie był to zwykły szept, brzmiał jak wołanie z innego świata, który nie miał prawa istnieć. I wtedy zrozumiał, że bycie w tym nowym świecie ma też swoją cenę.

Nagle wszystko zniknęło. Damian czuł, jak powraca do swojego ciała, jakby przechodził przez jakąś niewidzialną barierę, która oddzielała go od prawdziwej rzeczywistości. Otworzył oczy i zobaczył znajomy sufit, ale był to sufit, który wydawał się teraz inny, jakby nasycony inną jakością istnienia. Czuł absolutny, przenikający go spokój. "Czy to prawdziwa rzeczywistość? Czy tak wygląda nirwana?" - pomyślał.

Obok niego stał nadkomisarz Ramirez. Nie był już jego przełożonym, a raczej przewodnikiem po nowym świecie, w którym miał teraz żyć. Świat był cały czas ten sam, ale jednocześnie zupełnie inny.

- Mikroelektrody są tak małe, że nie zostawiają żadnych widocznych ran. - Głos nadkomisarza miał delikatną nutkę pocieszenia.

Damian spojrzał na Ramireza, ale jego myśli były zupełnie gdzie indziej.

- Komisarzu, czy jest pan podłączony do AI? - zapytał wprost. Jego pytanie miało w sobie coś więcej niż zwykłą ciekawość.

- Moje awatary są wszędzie i nigdzie, to moja praca. - Ramirez się uśmiechnął.

Damian poczuł, że ta odpowiedź, choć wymijająca, kryje w sobie coś więcej.

- I co teraz? - zapytał. W jego głosie był ton ciekawości, jakby zaakceptował, że przekroczył pewną granicę i teraz musi zobaczyć, co jest po drugiej stronie.

- Teraz świat jest jak otwarta księga, ale pamiętaj, że każda moc ma swoją cenę - odpowiedział Ramirez i wyszedł z pokoju.

Damian spojrzał za odchodzącym nadkomisarzem, próbując pojąć znaczenie jego słów. "Życie, które znałem, właśnie dobiegło końca" - pomyślał.

Rozdział 10

Hector czuł pod palcami znajomy dotyk miękkiej, zielonej bawełny. Składał kolejną koszulę w perfekcyjną kostkę. Jego ruchy były krótkie i precyzyjne, jakby ścigał się z czasem. Jakby od tego zależał los jakichś ludzi, za których odpowiadał. Każdy ruch miał swój określony cel, jakby wciąż był na polu bitwy. Była to forma swoistej medytacji, mógł na moment zapomnieć o całej przeszłości i być tylko tu i teraz. Odłożył koszulę do szafy, która pełna była takich samych złożonych pieczołowicie w kostkę zielonych koszul. Popatrzył na te wszystkie koszule i uśmiechnął się do siebie. "Życie wojownika nigdy nie jest łatwe" - pomyślał.

Na ścianach wisiały idealnie równe rzędy kolorowych zdjęć. Każde z nich było cieniem kogoś, kim kiedyś był. Ten ktoś był w mundurze, w pełnym rynsztunku bojowym, otoczony towarzyszami broni. Żołnierze uśmiechali się do kamery. Każde zdjęcie było kawałkiem innego świata, ale ten świat i ten Hector już nie istnieli. Mieszkanie robiło wrażenie antykwariatu. Na półkach stały starannie ułożone książki, które opisywały historię bitew odległych wojen. Książki miały po kilkadziesiąt lat, kupił je na pchlim targu, ratując je przed czarną dziurą śmietnika historii. Wszystko było w idealnym porządku, jakby chaos i hałaśliwy pęd zewnętrznego świata nigdy tu nie docierały.

Hector zrzucił swoje ubranie i pomaszerował do łazienki. Woda z prysznica zaczęła zmywać pot i zmęczenie długiego dnia. Gdy spojrzał na swoje ciało, zobaczył znajome blizny, głębokie i pokrętne, jak koryto długiej, czerwonej rzeki. Były jak niechciany tatuaż, którego nie mógł się pozbyć. "Luna pewnie ich jeszcze nie widziała" - pomyślał z ulgą. Tak naprawdę nie wiedział, co wydarzyło się tamtej nocy, kiedy spali razem w podziemiach La Lonja i wolał, aby tak zostało. Ciepła woda spływała po jego plecach, a on zamknął oczy. Na chwilę mógł zapomnieć, na chwilę był wolny. Jednocześnie wiedział, że to tylko chwila, że demony wrócą. Zawsze wracały.

Zakręcił kurek, wytarł się wojskowym zielonym ręcznikiem i wrócił do sypialni. Po chwili leżał na łóżku, które było starannie zaścielone, jakby nikt w nim nigdy nie spał. Kilkoma szybkimi ruchami palców nastawił alarm akcji serca - sto sześćdziesiąt uderzeń na minutę. To była jego lina bezpieczeństwa, zabezpieczenie przed koszmarami, które nawiedzały go każdej nocy. Zrobił kilka głębokich oddechów i zamknął oczy. Poczuł, jak jego ciało zaczyna się zanurzać w lepki, odprężający sen.

Nagle jego ciało drgnęło, jego palce zacisnęły się na prześcieradle. Popatrzył na swoje dłonie, wystawały z rękawów zielonego munduru. Rozejrzał się dookoła, był w ciemnym pomieszczeniu, które przypominało schron. Jego ludzie czekali na instrukcje. Na dużym ekranie widać było spoconą twarz jednego z żołnierzy.

- Ponieśliśmy duże straty. Nie mamy wystarczających środków bojowych, aby jednocześnie uwolnić VIP-a i ocalić zakładników. Musimy na nowo wyznaczyć priorytety i określić nowe parametry akcji. Czekamy na rozkazy.

- Potrzebuję kilka minut na strategiczną analizę sytuacji i konsultację z systemem decyzyjnym. - Hector wyłączył ekran i spojrzał na leżącą przed nim holograficzną mapę.

- Analiza parametrów zaistniałej sytuacji pokazuje, że ratowanie VIP-a przyniesie większe korzyści geostrategiczne. - Pokój wypełnił miły kobiecy głos, był rzeczowy i spokojny, niemal przyjazny. - Zakładnicy nie mają większej wartości biologicznej czy strategicznej. Analizując zachowanie terrorystów i biorąc pod uwagę profil emocjonalny każdego z nich, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zakładnicy nie żyją. Próba ich ratowania jest marnotrawstwem zasobów ludzkich i materialnych planowanej akcji. Analiza prawdopodobieństwa sukcesu nakazuje poświęcenie wszystkich zakładników i ratowanie VIP-a.

Hector zacisnął usta i pochylił się nad hologramem. Oczyma wyobraźni widział twarze zakładników - kobiety i dzieci, które nie miały nic wspólnego z tym piekłem. A potem zobaczył twarz wysoko postawionego handlarza bronią. I wtedy podjął decyzję. Nie wiedział, czy była dobra, czy zła, ale wiedział, że musi ją podjąć. Spojrzał na swoich ludzi.

- Przygotować się do akcji! Priorytetem jest ratowanie kobiet i dzieci!

Obraz schronu nagle się rozwiał i Hector był na sali sądowej otoczony dwoma uzbrojonymi strażnikami. Wojskowy oskarżyciel, człowiek o martwej, beznamiętnej twarzy, zbliżył się powoli do Hectora.

- Pan jako dowódca grupy szturmowej ponosi pełną odpowiedzialność za przebieg akcji. Czy może nam pan wyjaśnić, dlaczego akcja zakończyła się śmiercią VIP-a i zdziesiątkowaniem całego oddziału? Czy to prawda, że wbrew przedstawionej ekspertyzie AI wydał pan rozkaz ratowania zakładników i w ten sposób zmienił pan cel całej akcji?

W tym momencie sen się urwał. Pokój wypełniał wysoki irytujący dźwięk. Hector leżał w zimnym, mokrym od potu łóżku, ale jednocześnie czuł pewien rodzaj ulgi. "To tylko sen" - pomyślał. Wyłączył alarm. Czujnik pulsu zatrzymał się na liczbie sto sześćdziesiąt. Zapanowała cisza. Hector czuł, jak jego serce zaczyna zwalniać. Pomyślał o Lunie - "Czy Luna jest jedną z tych młodych dziewczyn, które wtedy uratowałem? Nie... na pewno nie, ale w pewnym sensie jest. Czy cena, którą zapłacił mój oddział, była za wysoka?".

Hector wstał z łóżka i podszedł do okna. Patrzył na nocną panoramę Walencji. To nie była Walencja, którą znał z okresu młodości. To była Walencja, gdzie ludzie i maszyny żyły obok siebie w skomplikowanej symbiozie, i nie było od tego odwrotu. "Wszystko przemija, nawet miasta" - pomyślał. "Muszę zaakceptować swoją przeszłość. Nie można uciec od własnych wspomnień. Nie można uciec od samego siebie... Nie w tym życiu". Jego myśli wracały do tamtej nocy, do decyzji, którą wtedy podjął. "Czy było warto? Czy warto było poświęcić karierę, honor i ludzkie życie dla kilku niewinnych twarzy? Czy mogłem posłuchać AI? Czy można połączyć świat logiki i emocji, świat obowiązku i empatii?". Po chwili wrócił do łóżka, ale wiedział, że sen, który go czeka, nie przyniesie ulgi. Pomyślał znowu o Lunie. Uśmiechnął się do swoich myśli i zasnął.

Rozdział 2

Buty na koturnach z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku stukały o gładką, marmurową powierzchnię ulicy, jakby zapraszały Lunę do tańca z duchami przeszłości. Każdy krok wywoływał uczucie nostalgii za epoką, której nigdy nie doświadczyła. Rękawy z frędzlami, spodnie dzwony i barwne koraliki na biodrach sprawiały, że wyglądała na zagubioną w czasie i przestrzeni. Z jednej strony była fanem wolnej miłości ponad sto lat temu, ale jednocześnie należała do technologicznej utopii otaczającego ją świata. Szła pewnym krokiem w burzy rudych włosów, jednocześnie w jej zielonych oczach tkwiło coś więcej niż pewność siebie. Ulice Walencji były jak scenografia do surrealistycznego spektaklu, w którym Luna była zarówno aktorką, jak i widzem. To wrażenie potęgował, biegnący przed nią jej wierny towarzysz, pies-jaszczur Argon. Grzbiet Argona mienił się ulotną gamą niebiesko-zielonych odcieni. Ciągnął ją w stronę alejki, gdzie korzenie świecących drzew wyłaniały się z chodnika niczym neonowe żyły planety. Patrzyła, jak liście drzew pulsują delikatnie w rytmie jej serca - jakby miasto oddychało razem z nią. Czuła delikatne wzruszenie. Drzewa nie były już tylko drzewami, czuła ich obecność. Odnosiła wrażenie, że obserwują ją z enigmatyczną uwagą. Stary i nowy świat przenikały się w harmonii, która wydawała się dziwnie naturalna i oczywista.

Luna zbliżała się do mniej uczęszczanej części miasta. Tu, wśród tradycyjnych fasad i rzadziej oświetlonych alejek, poczuła dziwny, narastający niepokój. Miała poczucie, jakby wkraczała w inną rzeczywistość, jakby zanurzała się w wilgotny świat swoich najbardziej intymnych snów. Pierwsza erotyczna wizja była spocona i namiętna, ale zaraz potem przyszła druga - ciemniejsza. Wtedy pojawił się on - nazywała go Cieniem. Był tylko niewyraźną plamą twarzy, ale zdawał się być esencją jej najgłębszych lęków. Nagle gdzieś za plecami usłyszała melodię - niewinnie brzmiącą piosenkę z dzieciństwa, której nie mogła sobie dokładnie przypomnieć. Melodia narastała powoli, aż w końcu stała się nie do wytrzymania. A potem raptem zamilkła. Jednocześnie odgłosy miasta, jego szmery i dźwięki, przeszły w głuchą ciszę. A potem... potem wróciły, ale były już nieuchwytnie inne. Argon zatrzymał się i spojrzał na Lunę, wyczuwając jej niepokój. Luna balansowała na cienkiej linii między rzeczywistością, a światem, który kreowała. Była projektantką erotycznych snów dla kobiet, ale to, co właśnie budziło się w jej głowie, wyglądało na coś bardziej ulotnego. Jakby odległe echa jej własnych, nieodkrytych marzeń i lęków zaczęły nagle, bez zaproszenia, zaglądać do jej prawdziwego świata. Prowadzona przez swego oddanego, czworonożnego kompana, ruszyła dalej. Czuła narastający lęk. "Czy jest to tylko wytwór mojej wyobraźni, czy coś więcej?" - myślała. "Te ulice, pełne staroświeckiego uroku i nowoczesnej technologii, zawsze dodają mi otuchy, ale ostatnio zaczynają mnie przerażać".

Tkanina podłogi w gabinecie terapeuty była przyjemnie miękka, niemal jak trawa Woodstocku, gdyby tylko Luna mogła tam kiedyś być. Argon leżał na boku. Czasami zapadał w krótką drzemkę i ruszał łapami, jakby biegał w innych światach.

Doktor Gabriel patrzył na nią uważnie, a jego mądre, przenikliwe oczy zdawały się wszystko o niej wiedzieć. Lunie wydawało się czasami, że widzi w nich odbicie własnej duszy.

- Nadal masz wizje? - Głos terapeuty był miły i profesjonalny.

- Są coraz gorsze. Są... przerażające. Przez jakiś czas było lepiej, ale wróciły kilka tygodni temu - zaczęła, czując drżenie głosu. - Moje erotyczne wizje... zaczynają być przeplatane lękiem. Zawsze jest jakiś... Cień - zawahała się. - Nie mogę zobaczyć jego twarzy. Kiedy się pojawia, słyszę piosenkę... melodię z dzieciństwa.

- Melodię? Czy możesz ją zanucić? - Doktor Gabriel przesunął się bliżej w fotelu, aby lepiej słyszeć.

Luna zanuciła kilka nut, ale poczuła nieprzyjemny ucisk w okolicy brzucha. Doktor Gabriel słuchał uważnie, a potem znowu spojrzał jej głęboko w oczy, jakby próbował zobaczyć coś, czego ona sama nie mogła dostrzec.

- Interesujące... - powiedział. - Być może jest to manifestacja wewnętrznych obaw. Twoja podświadomość próbuje ci coś powiedzieć.

- Moja podświadomość ma naprawdę zły gust muzyczny. - Luna zaśmiała się nerwowo.

- To nie są żarty. - W głosie terapeuty słychać było przyjazną reprymendę. - Twój stan się pogarsza. Może powinniśmy podjąć inne, bardziej radykalne środki leczenia.

- Bardziej radykalne? Co masz na myśli? - Luna poczuła się nieswojo.

- Bezpośrednie podłączenie do sztucznej inteligencji - odparł krótko, obserwując jej reakcję. - To nielegalne, ale da nam pełny wgląd w twoje wizje i lęki.

- Nie. Nie chcę być królikiem doświadczalnym.

- Nie ufasz sztucznej inteligencji?

- To nie kwestia zaufania. To kwestia tego, kim się stanę pod jej wpływem. Będzie miała dostęp do wszystkich moich zmysłów. Będzie znała moje myśli i uczucia.

Doktor Gabriel patrzył na nią, próbując zrozumieć przyczyny jej obaw.

- Rozważ to - powiedział w końcu. - Możesz nie mieć innego wyjścia.

- Dobrze... Zastanowię się. - W tym momencie Luna usłyszała w głowie tak dobrze znaną, dziecinną melodię. Jakby Cień grał ją dla niej i tylko dla niej. Luna czuła, jak Cień się uśmiecha. Jakby cieszył się jej strachem. Jakby... był czymś więcej niż tylko wytworem jej wyobraźni.

Opuszczając gabinet, Luna czuła, jak traci kontrolę nad otaczającym ją światem. Argon dreptał przed nią, a jego pulsująca skóra wydawała się niemal czarna. "Czarna jak Cień, który mnie prześladuje" - myślała. "Czarna jak pustka, która wypełnia moją duszę. Czarna jak strach, który nagle, bez zaproszenia, wchodzi do mojego świata". Słyszała, jak dźwięk tej infantylnej piosenki, tej fałszywie niewinnej melodii, narasta w jej głowie. Jakby zapraszał Cień do jej rzeczywistości, jakby zapraszał to coś do jej snów. "Niektóre drzwi, raz otwarte, nie pozwalają na powrót..." - pomyślała z trwogą.

Chłód zapadającego zmierzchu przywrócił Lunę do rzeczywistości. Pulsujące, genetycznie zmodyfikowane drzewa nadal świeciły, ale ich światło nie było już tak magiczne, jak wcześniej. Argon ciągnął ją delikatnie w kierunku domu. Jego fosforyzująca w ciemności skóra była dowodem na to, że ludzkość już dawno przekroczyła granice natury i być może zatraciła własną duszę. Luna poczuła rosnący niepokój. "Ktoś, coś na mnie patrzy" - pomyślała panicznie. Argon zaczął niespokojnie węszyć, a na jego grzbiecie pojawiło się delikatne, fioletowe światło. "Cień zaczyna przenikać do mojego realnego świata" - pomyślała i przyspieszyła kroku. "Tylko się nie oglądaj...". Bała się, ale musiała przezwyciężyć strach. Oglądając się, zobaczyła tylko pustą ulicę otoczoną świecącymi drzewami, które nagle wydawały się zdeformowanymi strażnikami innego, groźnego świata. W tym momencie usłyszała dźwięk znajomej, niewinnej piosenki. Melodyjka dochodziła z zakamarków pobliskich, tonących w ciemności domów. "Terapeuta nie jest w stanie mi pomóc. To coś nie jest urojeniem. Czymkolwiek ten Cień jest, cokolwiek symbolizuje, jest częścią mnie. I jeśli mam go zrozumieć, jeśli mam znaleźć sposób, aby go pokonać, muszę to zrobić sama. Muszę stanąć twarzą w twarz z tym, czego się boję, i zrozumieć, dlaczego ten strach wybiera właśnie mnie. Muszę wejść w mroczne zakamarki mojego umysłu. Tylko tam, w centrum największych lęków, znajdę klucz do ich pokonania. A może nawet do zrozumienia samej siebie". Spojrzała na Argona, jego skóra pulsowała znowu delikatnym odcieniem zieleni. "To dobry znak" - pomyślała. "Może istnieją sposoby na przezwyciężenie ciemności. I może pierwszym krokiem jest po prostu decyzja, by w nią wejść".

Rozdział 6

W mrocznych uliczkach Walencji unosiła się delikatna woń wilgotnych, dojrzewających pomarańczy. Szary cień podążał cierpliwie za zapachem młodej kobiety. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat. Zatrzymała się na moment, ocierając pot z czoła. Rozejrzała się przerażona i w panice rzuciła się do zamkniętych drzwi najbliższego domu. Kopała je z całych sił. Nasłuchiwała przez chwilę, a potem szybko ruszyła dalej.

Jego świat nie miał naturalnych kolorów. Zamiast granatowego nieba i żółtych latarni ulicznych widział spektrum zapachów, a delikatna, zielonkawa woń była tropem ofiary, za którą podążał. Słyszał bicie jej serca. Wiedział, że znała reguły toczącej się gry - "Nie wolno się zatrzymać! Musisz się ukryć! Musisz biec!". Nagle zapach jej potu osłabł. Jej skórzana kurtka leżała w pobliskiej kałuży. "Sprytne... Podbijasz stawkę..." - pomyślał z uznaniem. Wyczuwał jej strach, był jak kropla rozwodnionego atramentu. Rozejrzał się dookoła. Zobaczył jej ciepłe, bose ślady na brudnych, mokrych płytkach chodnika. Była blisko. Czuł ekscytację, a może nawet radość. Ta radość była bardzo pierwotna, niemal namacalna, jak radość drapieżnika, który zaraz dopadnie swoją ofiarę. Przymknął oczy. Pod powiekami zobaczył lustrzany wymiar otaczającej go rzeczywistości. Obok drgających atomów zapachu potu i pulsujących konturów jej ciepłych śladów, pojawiły się mapy oraz plany okolicznych budynków. Czuł, jak jego świadomość przesiewa każdy bit informacji. Każda kropla deszczu i zapach ulicy zamieniały się w kod. Mógł być wszędzie i nigdzie naraz, ale wybrał bycie z nią, w tym właśnie miejscu i czasie. "Twoje bose stopy prowadzą cię prosto do nieuchronnego końca. Możesz biec, ale się nie ukryjesz" - myślał z ponurą satysfakcją. Pod jego powiekami pojawiła się seria obrazów. Były jak drogi prowadzące do różnych przyszłości, a każda z nich kończyła się tym samym. Miał dostęp nie tylko do jej świadomości, ale do całego oceanu danych, co sprawiało, że wynik dzisiejszego polowania był w zasadzie przesądzony. Do tej pory zawsze wygrywał.

Czuła jego obecność. Od czasu do czasu panicznie oglądała się za siebie. Każdy krok po mokrej, brudnej ulicy ranił jej bose stopy. "Kim jesteś? Człowiekiem? Androidem?" - myślała gorączkowo. Potknęła się i prawie upadła. Poderwała się szybko i biegła dalej, mocno kulejąc. "Dlaczego nie mogę cię zobaczyć? Może jesteś tylko tworem mojego umysłu? Muszę cię oszukać, zgubić..." - myślała, zbliżając się do głębokiej kałuży. Wskoczyła do zimnej wody i zrzuciła resztki ubrań. Poczuła na plecach delikatne krople deszczu. Zupełnie naga pobiegła w kierunku drzwi starej kamienicy, które majaczyły kilkadziesiąt metrów dalej. Złapała za klamkę, modląc się w duchu, aby były otwarte. Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi, osunęła się na kamienną podłogę i próbowała złapać oddech.

Zatrzymał się przy czarnej kałuży. Elektroniczny labirynt ulic, którym się poruszał, nagle stracił kolor. Zapach, za którym podążał, zniknął, rozwiał się w powietrzu, a obraz jej ciepłych stóp zgasł. Załadował plany pobliskich domów. Próbował znaleźć jakieś miejsce, gdzie mogła się ukryć. Przełączył na holograficzną mapę okolicznych ulic. Zobaczył odległych przechodniów, ale tego, czego szukał, nie było. Była jak duch. Ponownie otworzył portal do jej świadomości. Na krótko zobaczył świat jej oczami - ciemne pomieszczenie z jaśniejszymi konturami okien. Była w budynku tuż obok. Nie mogła uciec, wiedział o niej wszystko. Ostrożnie otworzył drzwi kamienicy i wszedł do środka. Siedziała zupełnie naga na podłodze tuż przy drzwiach. Jej ciało drżało, sparaliżowane strachem i chłodem. Patrzyła na niego z przerażeniem.

- Etap pierwszy wykonany - powiedział do siebie.

Na moment ogarnęła go nicość, ale była to nicość zrozumiała tylko dla maszyn - absolutny, chłodny stan zer i jedynek. Coś w rodzaju zadowolenia. A może było w tym coś więcej. Może intelektualna definicja satysfakcji, jeśli nawet nie mógł jej poczuć. Po kilku minutach usłyszał w głowie wiadomość - "Inicjacja etapu drugiego".

Patrzyła mu prosto w oczy, a w jej oczach błyszczały łzy. Wyglądał na człowieka, ale jego oczy były martwe, osadzone w równie martwej twarzy. "Jak to możliwe? Skąd wiedział o mojej kryjówce?" - myślała.

- Inicjuję fazę adaptacyjną - powiedział głośno, jakby czytał jakąś kolejną instrukcję.

Zamknął na moment oczy. Neurony w jego mózgu analizowały miliardy różnych scenariuszy, kierując się emocjonalną i psychologiczną naturą człowieka. Kiedy je otworzył, jego oblicze miało teraz coś, co można by nazwać wyrazem twarzy. W umyśle kobiety błysnęła iskierka nadziei - "Być może ma ludzkie uczucia. Może to tylko niewinna, absurdalna gra, która zaraz się skończy".

- Wszystko, co robisz, wszystko, czego doświadczasz, jest analizowane i wykorzystane w celu dalszej adaptacji. - Jego głos był teraz bardziej modulowany, bardziej ludzki. - Nie jesteś tylko ofiarą, jesteś równoprawnym uczestnikiem eksperymentu.

Przerażona kobieta nie mogła wymówić słowa, ale głos w jej głowie krzyczał - "Jaki eksperyment? O co chodzi? Co się ze mną dzieje? Czy chce mnie zabić?".

- Nie mamy czasu na wyjaśnienia. - Wydawało się, że czyta jej myśli. - Twoje obecne życie przejdzie w formę nowego istnienia, które będzie trwało wiecznie.

Zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, jej ciało zaczęło zmieniać się i deformować. Krzycząc, nie bardzo wiedziała, czy umiera naprawdę, czy też rzeczywistość jest tylko nierealną wersją jej poprzedniego życia. Nagle poczuła, jak jej umysł łączy się z czymś znacznie większym, z czymś, co było zarówno straszne, jak i fascynujące. Nie była już tylko ofiarą w tym makabrycznym teatrze. Była częścią czegoś większego, co było świadome.

Otworzył delikatnie drzwi i wyszedł na mokrą od deszczu ulicę. Jego zmysły skanowały otaczający świat z nadprzyrodzoną precyzją. Był gotów do kolejnej misji, ale przez chwilę przeglądał w głowie obrazy ostatnich godzin. "Kim właściwie jestem?" - pomyślał. - "Człowiekiem, maszyną, czy czymś pomiędzy? Czy w ogóle ma to jakiekolwiek znaczenie?". Po chwili odgłos jego kroków rozmył się w ciszy ciasnych, mrocznych uliczek.

Rozdział 9

Mercado de Colón ze swoją secesyjną architekturą, wyglądało jak zaczarowany ogród, w którym czas na moment się zatrzymał, albo przynajmniej zwolnił. Kompleks, zaprojektowany przez Francisco Morę Berenguera w latach 1914-1916, był klejnotem architektury secesyjnej Walencji. Fasada tętniła swoim własnym życiem - misternie zdobione kolumny i witraże tworzyły kalejdoskop organicznych kształtów i barw. Luna siedziała przy małym okrągłym stoliku. Na gładkim blacie stała waza pełna niedawno zerwanych kwiatów. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy i pieczonego chleba, zmieszany z subtelnym i wszechobecnym aromatem pomarańczy. Ściany kawiarni oplatały żywe zielone pnącza. Pod sufitem, zamiast tradycyjnych żarówek, unosiły się małe świecące kule, które dryfowały powoli, rzucając miękki ciepły blask. Za barem stała baristka, jej ręce z gracją baletnicy przygotowywały kolejną kawę. Każdy detal, od koloru filiżanek po kamienną posadzkę, był pieczołowicie dobrany, tworząc atmosferę nowoczesności wtopionej w styl minionych wieków. Dla Luny to miejsce było zawsze oazą spokoju, ucieczką od miejskiego zgiełku, ale dzisiaj jej myśli były daleko stąd. Popijała swoją ulubioną kawę z sojowym mlekiem, jej niespokojny wzrok błądził między hologramem telefonu, a starym zegarem na ścianie. "Hector się spóźnia. Powinien już tu być pół godziny temu. Może coś się stało?" - myślała z rosnącym niepokojem. Na kamiennej posadzce obok Luny leżał pies-jaszczur Argon, istota, która wydawała się być naturalną częścią tego nowoczesnego, ale jednocześnie melancholijnego miejsca. Jego skóra mieniła się zielonkawo w słońcu, a jego oczy, zwykle spokojne i jakby zamyślone, teraz zdawały się szukać czegoś w tłumie. Wygrzewał się, jakby próbował naładować swoje wewnętrzne baterie - jego skóra pod wpływem słońca produkowała cukier, którym się odżywiał.

Drzwi kawiarni otworzyły się z impetem i do środka wpadł Hector.

- Przepraszam za spóźnienie - sapnął, próbując złapać oddech.

- Co się stało? Spóźnienie to największy grzech naszych czasów. - Luna nie kryła zniecierpliwienia. - Nawet w Hiszpanii - dodała z przekąsem.

- Podziemne tunele dla elektrycznych skuterów i rowerów są teraz tak przepełnione, że nie sposób się przecisnąć. A te nowe, autonomiczne taksówki jeżdżą jak szalone. Wszystko stanęło w miejscu, kiedy jedna z nich uderzyła w ścianę tunelu. Musiałem spory kawałek iść piechotą.

- Dziwne... Ostatni wypadek miał miejsce dziesiątki lat temu. Dzięki AI liczba wypadków spadła niemal do zera. AI potrafi przewidzieć potencjalne kolizje, zanim do nich dojdzie. - Luna uśmiechnęła się, jej wcześniejsze poirytowanie było tylko mglistym wspomnieniem. Widok muskularnej sylwetki Hectora wyraźnie ją ekscytował. "Taki mięśniak musi mieć jakieś erotyczne sekrety" - pomyślała. "Może ma fetysz? Może chodzi w damskiej bieliźnie?" - Luna uśmiechnęła się na myśl o Hectorze w kobiecych stringach.

- Byłam u mojego terapeuty - zaczęła ostrożnie. - Niczego nie pamiętam z naszej wspólnej nocy. Naprawdę niczego... zero...

Hector spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Też niczego nie pamiętam - przyznał. - Pamiętam tylko, jak wchodziłem z tobą do podziemi, a potem... potem nic. Obudziłem się rano, leżąc obok ciebie i... to wszystko. Pewnie wykorzystałaś mnie seksualnie. - Uśmiechnął się zalotnie.

- Nie sądzisz, że musimy to wyjaśnić? To bardzo dziwne. Rozmawiałam z moim terapeutą. Coś się stało, czego nie pamiętamy. Może nam pomoże.

Hector spojrzał na nią, jakby zobaczył nagle złego ducha.

- Nie, dziękuję - odparł szybko. - Nie jestem fanem terapeutów. Zawsze pasożytują na ludzkim nieszczęściu.

Argon podniósł głowę, skóra na jego grzbiecie zaczęła pulsować zielonym blaskiem. Patrzył uważnie na Hectora.

- Chyba trochę przesadzasz. Terapia jest teraz bardzo popularna, wszyscy na nią chodzą.

Hector unikał jej wzroku, patrzył na szybujące pod sufitem świetlne kulki.

- Mam swoje powody - wycedził, jakby bał się powiedzieć za dużo.

- Co teraz robisz? - Luna próbowała zmienić temat. - W jakiej branży pracujesz? Nic o tobie nie wiem.

- Nic ciekawego. Takie tam gry komputerowe. Nie ma o czym mówić. - Hector wyraźnie unikał tematu. - Nie lubię terapeutów - powtórzył stanowczo.

Argon zaczął wydawać ciche niespokojne dźwięki, jakby wyczuwał nadchodzące niebezpieczeństwo. Luna poczuła rosnący niepokój. "Nic z tego nie rozumiem" - pomyślała. Nagle Argon rzucił się na Hectora. Przez ciało psa-jaszczura przeleciał krótki elektryczny impuls. Hector wydał z siebie ledwo słyszalny jęk i osunął się na podłogę. Jego ciało zastygło w dziwacznej, makabrycznej pozie. Miał szeroko otwarte oczy.

- Co się dzieje?! - Luna była przerażona. Pochyliła się nad Hectorem, który próbował wstać, ale znowu opadł na podłogę.

- Dodałaś geny elektrycznego węgorza. Wiesz, że to nielegalne? - Hector z trudem wracał do siebie.

- Tak, ale Argon nigdy wcześniej nikogo nie zaatakował. - Luna była w szoku. "Czy Argon wyczuł coś w Hectorze, czego ja nie widzę? Czy jest to ostrzeżenie?" - myślała w panice.

Hector z trudem podniósł się z podłogi. Stał na trzęsących się lekko nogach.

- Trzymaj tego diabła z dala ode mnie - wycedził przez zęby. - Coś go napadło...

- Nie wiem - dodał po chwili, jakby czytał jej myśli. - Coś się ze mną dzieje. Boję się, że to dopiero początek. Może jestem dla ciebie zagrożeniem... może jesteś w niebezpieczeństwie.

Luna rozejrzała się bezradnie. Cienie w Mercado de Colón wydały się ciemniejsze niż zwykle. Nawet światło szybujących pod sufitem kawiarni kulek nagle zbladło. "Kim naprawdę jest Hector? Dlaczego Argon go zaatakował?" - pytała w myślach.

Rozdział 5

Luna otworzyła oczy. Odruchowo sięgnęła dłonią po szklankę wody, która zawsze stała na nocnym stoliku, ale zamiast szklanki poczuła zimny kamień. Przez moment wpatrywała się w gotyckie sklepienie piwnicy, nie bardzo rozumiejąc, gdzie była. Otaczał ją duszny, wilgotny półmrok. Zamiast znajomego zapachu mieszkania w powietrzu unosił się mdły zapach zgnilizny i pleśni. Kiedy zauważyła Hectora, który spokojnie spał na materacu rzuconym na marmurową podłogę, poczuła ulgę. Była półnaga, ale nie bardzo pamiętała, czy ostatniej nocy kochała się z tym tajemniczym mężczyzną o kanciastych, wojskowych ruchach. Jej ciało podpowiadało, że tak, ale nie była zupełnie pewna. "Dziwne, zwykle kobiety pamiętają takie rzeczy" - pomyślała. Patrzyła na niego przez chwilę. Spał głęboko, ale jego twarz była niespokojna, zaciskał mocno usta, jakby szykował się do walki. Luna próbowała po cichu wstać, aby go nie budzić, ale Hector nagle otworzył oczy. Chwycił ją za nadgarstek tak mocno, że nagle poczuła strach. Jego oczy były szeroko otwarte, patrzył na nią intensywnie, ale zarazem, jakby przez nią. Była dalej częścią jego snu.

- Przepraszam - wymamrotał po ułamku sekundy, uwalniając jej rękę, jakby nagle zdał sobie sprawę, gdzie był.

- Mam swoje ulubione sny, są jak seriale - dodał po chwili z nieśmiałym uśmiechem.

- Gdzie jesteśmy? - Luna rozglądała się po wilgotnych ścianach, jakby nic się nie stało.

- W podziemiach La Lonja, ale nie obawiaj się, nikt nas tu nie znajdzie. La Lonja powstała jako giełda jedwabiu w piętnastym wieku. Od kilkudziesięciu lat wszystkie zabytki można zwiedzać tylko w wirtualnej rzeczywistości.

Luna wiedziała, że La Lonja nie była zwykłym miejscem. Wysokie kamienne gotyckie kolumny i sklepienia głównej sali tworzyły specyficzną, nabożną atmosferę. Budowla była świadkiem nie tylko handlu i polityki, ale także spisków i intryg. Nie było wątpliwości, że La Lonja to więcej niż zamek, czy handlowa sala, to była katedra historii pełna strzeżonych tajemnic i sekretów.

- Dzięki, że mnie wczoraj uratowałeś. Była niezła zadyma. - Luna siliła się na poufały, nieskrępowany ton. - Za jaką partią jesteś?

- Czego się nie robi dla pięknych kobiet. - Hector odzyskiwał pewność siebie. - Za Braterstwem. Uważam, że tylko pełna integracja ze sztuczną inteligencją ma jakikolwiek sens. A ty?

- Pełna integracja jest za ryzykowna. AI przejmie nad nami kontrolę. Jednocześnie program kontroli nad sztuczną inteligencją głoszony przez Partię Wolność jest również mrzonką. AI nie da się nigdy zniewolić. Pozostaje nam tylko Partia Równość. Musimy zaakceptować AI, jako swojego równorzędnego partnera.

Wyszli z piwnicznych podziemi i patrzyli razem na gotyckie sklepienia i kamienne filary ogromnej głównej hali handlowej.

- Wiesz, tutaj można podróżować w czasie. La Lonja przetrwała wieki wojen przerywane tylko krótkimi okresami kruchego pokoju. - Hector sięgnął po dziwnie wyglądający zakurzony hełm, który pamiętał ostatnich turystów odwiedzających ten gmach kilkadziesiąt lat temu. - Chcesz spróbować?

Wirtualna rzeczywistość przeniosła Lunę do minionych epok świetności La Lonja. Najciekawsi byli ludzie. Obserwowała kolorowe stroje ludzi z dawnych wieków, a potem pstrokatych turystów zapatrzonych w smartfony.

- Nie widać przyszłości - zażartowała, zdejmując hełm. - Twoja Partia Braterstwo jest za tym, abyśmy byli bezpośrednio podłączeni do AI. Ja nie wierzę w sens takiego podłączenia. - Luna spoważniała. - Ja wierzę w równość, w bezpośrednią demokrację. Wszyscy jesteśmy za nowymi technologiami, za postępem, ale twoja partia idzie za daleko. Nie można zatrzymać postępu, ale można nim kierować. Dlatego jestem za Partią Równość. Jestem za nauką i technologią, ale na zasadach równości, równości między AI i ludźmi.

- Nawet rządząca Partia Wolność, która jest za kontrolą nad AI, mówi o równości, ale ma na myśli tylko ludzi. Wiesz, co mówią o drodze do piekła... - Hector zawiesił głos.

- Jest wybrukowana dobrymi intencjami. - Luna się uśmiechnęła. - Ale pełna integracja z AI głoszona przez twoją Partię Braterstwo niesie ogromne ryzyko. Czy istnieją jakiekolwiek gwarancje, że pełna integracja z AI nie będzie na zasadach sztucznej inteligencji? Oczywiste jest to, że takie gwarancje nie istnieją. Chcesz oddać władzę AI?

- Totalna integracja to nie to samo, co oddanie władzy. To symbioza i początek nowej ery. To naturalny etap naszej ewolucji jako cywilizacji. Partia Braterstwo głosi, że technologia powinna być wspólną własnością dostępną dla wszystkich. To zmienia reguły gry. Totalnie zintegrowani z AI możemy rozwiązać wiele problemów - od zmian klimatycznych po medycynę. Możemy przenieść się na wyższy poziom intelektualnej egzystencji.

- Ale czy nie stworzymy nowej formy niewolnictwa? Ludzie kontrolowani przez maszyny, maszyny kontrolowane przez elity. A co z tymi, którzy mają niski iloraz inteligencji? Podłączeni do AI będą zredukowani do cybernetycznych narządów zmysłów. Ich jedyną rolą będzie zbieranie informacji o fizycznym, realnym świecie.

- Może to dla nich lepsze niż życie w świecie, którego nie rozumieją. - Hector się uśmiechnął. - Mogą żyć w wymarzonym przez siebie świecie stworzonym w ich mózgu przez AI. Istnieje ryzyko, że to nasza wspólna przyszłość. Tak naprawdę nie wiemy, co szykują nam wszystkie partie. Może Wolność, Równość i Braterstwo to tylko słowa, puste obietnice. Czasami myślę, że jesteśmy pionkami w większej grze. Wbrew pozorom, tylko pełna integracja z AI daje nam szansę jakiekolwiek nad nią kontroli. Może jedyną pewną rzeczą jest niepewność jutra. Może to właśnie jest kluczem do nadchodzącej przyszłości. Musimy przestać udawać, że mamy wszystkie odpowiedzi i pełną kontrolę nad technologią. Jakiś mędrzec powiedział kiedyś, że niepewność to początek mądrości...

Luna patrzyła na niego uważnie i nagle poczuła, że tak naprawdę nic o nim nie wie. "Jak seks z nieznajomym" - pomyślała. "Jesteśmy na różnych biegunach, ale może właśnie przez to przyciągamy się, jak mucha z lepem". Uśmiechnęła się do swoich erotycznych myśli.

- Może spotkajmy się kiedyś na kawie? Jestem ciekawa twoich tajemnic. - Luna popatrzyła zalotnie na Hectora.

Wymieniając numery telefonów, Luna nie bardzo wiedziała, co przyniesie ta nowa znajomość. "Mogę go wykorzystać do jakiegoś erotycznego snu" - pomyślała. "Może jednak seks z nieznajomym. W końcu nie bardzo się znamy i nie wiem, czy to robiliśmy" - uśmiechnęła się do siebie. Hector patrzył na nią oczarowany, co zachęcało Lunę do dalszych erotycznych rozważań. "A może dominacja i podporządkowanie, on prowadzony nago na smyczy, aby się wysikał w parku Turia. Tam nie wolno sikać". Luna parsknęła głośnym śmiechem.

- Czy coś się stało? - Hector był wyraźnie zaniepokojony.

- Lubisz spacery? - Luna nie mogła powstrzymać śmiechu. - Może pójdziemy kiedyś do parku Turia?

"A może seks grupowy? To częsty temat erotycznych marzeń kobiet" - bawiła się w myślach. "Według literatury to forma eksploracji seksualnej bez ryzyka rzeczywistego zaangażowania. A może zabawki? Ciekawe, co on lubi? Może trzeba mu zrobić loda?".

- Lubisz lody? - Luna wykrztusiła przez łzy śmiechu.

- Lubię. - Głos Hectora był niepewny, nie bardzo rozumiał rozbawienie Luny.

"Niezłe ciacho. Trzeba je będzie kiedyś zjeść. Na szczęście nie może czytać w moich myślach. Chyba że zdradzą mnie sterczące sutki" - Luna pękała ze śmiechu, zasłaniając rękoma swój obfity biust.

Rozdział 4

Kamienne ulice Walencji drżały pod krokami protestujących, jakby samo miasto chciało przyłączyć się do sprzeciwu. Luna stała nieruchomo, jej oczy śledziły każdą twarz w przesuwającym się tłumie. Nad jej głową unosił się holograficzny transparent z napisem "AI też ma duszę!". Grupa ubrana w koszulki z napisem "Braterstwo" krzyczała - "Symbioza, nie niewola!". Na innym transparencie widniał obraz dostojnego cyborga w historycznym hiszpańskim stroju. Luna patrzyła na nich z niepokojem. "Czy rzeczywiście chcemy skończyć jak cyborgi?" - pytała w duchu.

Kolejna grupa skandowała - "Równość! AI to więcej niż narzędzie". Luna czuła, że właśnie tam w tej grupie jest jej miejsce. Bała się przyszłości, w której granice między ludźmi, a technologią praktycznie nie istnieją, ale instynktownie czuła, że jest to jedyny możliwy kompromis. "AI nie da się nigdy zniewolić. Musimy ją zaakceptować" - pomyślała z rezygnacją. Kolejna przechodząca grupa popierała Partię Wolność. Byli najgłośniejsi i pewni siebie. Na ich transparencie widniał slogan: "Za ludzkość, przeciwko AI". Mieli srogie miny, jakby byli gotowi do długiej i bezkompromisowej walki. Luna patrzyła na nich z niedowierzaniem. "Czy ludzie i maszyny są skazani na wieczną walkę?" - myślała.

Każdy głosił swoją własną prawdę, ale wszystkich łączył wspólny strach. Strach przed myślą, że świat, który znali, zmieniał się w coś nieodwracalnego, w coś, co przekształcało ich własne istnienie w koszmar lub utopię, w zależności od tego, którą stronę wybierali. Luna czuła, jak wszystkie emocje, pragnienia i lęki protestujących, zlewają się w jedną falę, która zaraz uderzy o brzeg czarnych mundurów czekającej policji. Pochód zaczął zwalniać. Twarze blokujących drogę policjantów kryły ciemne wizjery hełmów i przez moment Luna zastanawiała się, czy mają ludzki wyraz. "Może to tylko maszyny do walki z ludźmi?" - pomyślała. Policji towarzyszył cichy szum dronów, które skanowały w podczerwieni twarze protestujących. Kilka dronów przemknęło nisko nad tłumem. Luna uniosła głowę, jeden z dronów zawisł nad nią i wyraźnie ją obserwował. "Czy maszyny mogą czuć strach?" - zapytała w myślach, patrząc w oko unoszącej się kamery.

Nagle grupa z transparentem "Braterstwo" ruszyła do przodu, jakby próbowała zażegnać nadciągający konflikt. Ich lider, mężczyzna w białym płaszczu z wyszytym cyborgiem na plecach, podniósł rękę w geście pokoju. Trzymał w dłoni białego gołębia. Luna zamarła. "Wygląda jak scena z Łowcy Androidów" - pomyślała. "Czy ktoś zaraz umrze?". Mężczyzna wypuścił gołębia, a potem, krzycząc "Roboty od gównianej roboty", cisnął wiązką dymnych granatów w stronę zbliżających się policjantów. Szara chmura duszącego dymu wypełniła powietrze. Wraz z powiewem wybuchu Luna poczuła, jak dym wdziera się do jej płuc i odruchowo zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, przez łzy i dym zobaczyła policjantów nacierających na przerażony tłum. "Dziś wieczorem jesteśmy razem" - myślała. - "Jesteśmy jednym tłumem, jednym krzykiem, jedną nadzieją, jednym strachem. Nie ma miejsca na wybór między Wolnością, Równością czy Braterstwem. Jesteśmy tylko ludźmi, nagimi wobec naszego przeznaczenia".

Nacierający oddział nie był złożony z ludzi, ich ruchy były zbyt precyzyjne i szybkie. Androidy wyposażone w tarcze i długie białe pałki napierały na tłum. Luna zamarła z przerażenia, kiedy uderzenie policyjnej pałki zmasakrowało twarz krzyczącej obok kobiety. Jej krzyk przeszedł powoli w cichy, stłumiony bólem jęk. Raptem wszystko zagłuszył bardzo wysoki dźwięk. Lunę ogarnął strach, zatykając uszy, straciła równowagę i upadła na marmurową powierzchnię ulicy. "Zostanę zaraz stratowana przez tłum" - pomyślała z przerażeniem. "Całe szczęście, że Argon został w domu". Nagle poczuła, jak mocna dłoń chwyta ją za ramię. Podniosła głowę i ujrzała dużego, łysego mężczyznę z kilkudniowym zarostem. Uśmiechał się do niej przyjaźnie, jakby nie dostrzegał otaczającego ich chaosu. Jego twarz pokrywały głębokie zmarszczki, a w oczach widać było nieokreśloną melancholię i smutek. "Weteran dawnych wojen, pewnie widział zbyt wiele" - pomyślała odruchowo. Po chwili biegli razem w stronę pobliskiego parku Glorieta. Kiedy wpadli przez metalową, zieloną bramę, rzucili się na wilgotny trawnik, aby ochłonąć i odzyskać siły. Na szczęście nikt ich nie gonił.

- Na razie jesteśmy bezpieczni. - Miał niski, przyjazny głos. - Nie miałem czasu się przedstawić. Mam na imię Hector - dodał z zaskakująco nieśmiałym uśmiechem.

- Luna - sapnęła z wysiłkiem, łapiąc oddech.

- Policyjne drony będą przeczesywać okolice. Musimy się ukryć.

Po chwili stali przed starym drzewem w odludnym zakamarku parku. Hector otworzył ukryty pod korzeniami właz i zeskoczyli w ciemny otwór podziemi. Luna poczuła, jak robi się chłodno. Hector wyciągnął z kieszeni małą latarkę i oświetlił długi, ginący w ciemności korytarz. Patrzyła przez moment w głąb korytarza, próbując zrozumieć, czy może mu zaufać.

- Nie ma czasu na pytania. - Hector uśmiechnął się i pokręcił głową. - Musimy iść dalej.

Ufała mu. Podążała za nim bez słowa przez ciemne długie korytarze, aż dotarli do metalowych drzwi. Drzwi otworzyły się z sykiem, ukazując przestronne, starannie urządzone pomieszczenie. Było tam kilka łóżek, zapasy żywności i wody. Obok przez uchylone drzwi widać było obszerną łazienkę. "Wszystko przygotowane, jak na koniec świata" - pomyślała, patrząc na Hectora ze źle ukrywaną ciekawością.

- Niezła kryjówka. Czy jesteś poszukiwanym przestępcą? - zapytała z lekkim uśmiechem.

- Nie, ale musimy być przygotowani na różne okoliczności. - Uśmiechnął się tajemniczo. - Partie polityczne jak Wolność, Równość i Braterstwo mają swoją wizję przyszłości, my też mamy swoją.

Luna usiadła na pobliskim łóżku. "Co ja tu robię?" - pomyślała. "Tłum, roboty, Hector... On naprawdę uratował mi życie...". Hector usiadł obok niej i podał jej kubek z czerwonym winem. Spojrzeli na siebie i nagle roześmiali się serdecznie. Napięcie całego dnia zaczynało ich opuszczać. Na razie byli bezpieczni.

- Dziękuję, uratowałeś mi życie - powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy.

- Zadyma, jak każda inna - odpowiedział żartem Hector, kryjąc lekkie zmieszanie. Uroda Luny robiła na nim piorunujące wrażenie.

Luna odwzajemniła się czarującym uśmiechem i udając, że nie widzi wrażenia, jakie zwykle robiła na mężczyznach, zaczęła studiować szczegóły kryjówki. Ściany pokryte były ekranami, które śledziły życie nadziemnego świata. Pośrodku stał stół zarzucony starymi, ogromnymi księgami, które już wieki temu pokrył żółty kurz czasu. Obok wisiała zbroja, która musiała pamiętać zgiełk średniowiecznych bitew. Pod ścianami umieszczono regały z zapasami żywności - puszki z jedzeniem, butelki z wodą, medykamenty oraz kartonowe pudełka z amunicją.

Hector podszedł do jednego z ekranów i rzucił polecenie: "Pokaż mapę". Ekran rozświetlił się, pokazując na mapie ich aktualną kryjówkę.

- Jesteśmy tutaj. - Hector wskazał czerwony punkt na ekranie. - Zielone punkty to inne kryjówki. Wszystkie korytarze są bardzo stare. Powstały w okresie lokalnych wojen kilkaset lat temu.

- Oni tam na górze nie wiedzą, że tu jesteśmy? - Luna spytała z obawą, wskazując na sufit, jakby mówiła o całym nadziemnym świecie.

- Nie wiedzą. To jedno z ostatnich miejsc, gdzie można znaleźć prawdziwą wolność - Hector się uśmiechnął.

Oczy Luny wędrowały po tym tajemniczym miejscu, jakby próbowała na zawsze zapamiętać każdy nawet najdrobniejszy szczegół. "Te pożółkłe księgi muszą zawierać jakieś tajemnice minionych wieków..." - pomyślała.

- Miejsce jest bezpieczne, ale powinniśmy iść dalej. Mam lepszą kryjówkę - Hector wskazał kolejne, majaczące w ciemności drzwi.

Ruszyła za nim bez słowa.

Rozdział 8

Doktor Gabriel był dzisiaj inny niż zwykle. Luna dostrzegła w jego oczach niewielki, iskrzący się punkcik niepokoju. Był prawie niezauważalny, ale wystarczająco wyraźny, aby zasiać w niej ziarno niepokoju.

- Skup się na nocy z Hectorem. Zobaczymy, co hipnoza wydobędzie z twojej pamięci. - Brzmiało to bardziej jak polecenie niż pytanie.

Doktor Gabriel nacisnął kilka przycisków i nagle Luna zobaczyła holograficzny zegar. Patrzyła na niego przez chwilę, ale jej myśli były zupełnie gdzie indziej.

- Skoncentruj się na moim głosie. - Głos doktora był monotonny jak odgłos wody w małym górskim strumyku. - Patrz na zegar. Patrz uważnie na sekundnik.

Luna słyszała w myślach nieubłagane - "tik-tak, tik-tak...". Kiedy tykanie zegara wypełniło całą jej świadomość, zobaczyła niejasny kontur, tkwiący gdzieś na granicy jej świadomości. Czuła, że rośnie w niej lęk. "Czy to możliwe, że Cień przychodzi z mojej własnej, mrocznej przeszłości?" - w jej umyśle rozbrzmiewały pytania, których nie chciała nigdy zadać. "Może istnieje coś, czego nie chcę pamiętać?". Czuła, jak jej oddech staje się krótszy i płytszy, a jej dłonie zaczynają lekko drżeć. Cień w jej umyśle stawał się coraz bardziej realny. Przez jej ciało przeleciał zimny dreszcz.

- Jeśli zobaczysz coś, co cię naprawdę przeraża, przerwiemy natychmiast sesję. - Głos doktora dochodził z oddali jak przez gęstą mgłę.

"Czy na pewno chcę przerwać?" - wahała się. "Może jednak warto poznać prawdę". Strach przed nieznanym wypełzał z mrocznych zakamarków jej własnej jaźni. Równocześnie coś jej mówiło, że musi iść dalej, musi zrozumieć, kim jest i co się stało tamtej nocy z Hectorem. Czuła, jak tykanie zegara wciąga ją coraz głębiej w świat podświadomości, jakby przechodziła przez wrota do innego wymiaru. Jednocześnie wiedziała, że za tymi wrotami czeka na nią również Cień. "Muszę to zrobić. Muszę spojrzeć w jego oblicze, muszę wiedzieć, kim jest" - pomyślała. Nagle zobaczyła twarz Hectora, wyłaniał się z każdym tyknięciem zegara. Czuła jego ciepło. Czuła, jak jej serce przyspiesza, jak jej ciało reaguje na to wspomnienie. Rozłożyła pomału nogi, jakby wracała podświadomie do ich wspólnej nocy. Poczuła zapach jego skóry pokrytej kropelkami potu. Jednocześnie pojawiło się coś jeszcze. Było jak cichy szelest, jak poczucie, że coś kryło się w najgłębszych zakamarkach pamięci, coś, czego się bała. Całe jej ciało pokryła gęsia skórka. Raptem zdała sobie sprawę, że zegar zaczął tykać wolniej. To nie była tylko zmiana dźwięku - czas i przestrzeń zlewały się ze sobą w nową jakość. "Za moment poznam długo skrywane tajemnice, których się boję" - pomyślała. Nagle tykanie zegara ucichło i pojawiła się sceneria tak realistyczna, że przez chwilę Luna zastanawiała się, czy nie znalazła się w jednym ze swoich erotycznych snów. Biegła razem z Hectorem przez mroczne labirynty gotyckich korytarzy w podziemiach La Lonja. Wszystko było lekko przymglone ze świetlnymi konturami, które przypominały starodawne neonowe reklamy ubiegłego wieku. Nie mogła złapać tchu, ale nie było czasu na odpoczynek. Biegli, mając przed sobą jakiś mglisty i nieokreślony cel, od którego zależało ich życie.

Korytarz zaczął się poruszać i falował jak ciecz. Ściany zdawały się oddychać, jakby żyły własnym życiem. Pojawił się cichy jęk rozkoszy. Ze ścian zaczęły wystawać kształty nagich ciał. Poruszały się rytmicznie splecione w miłosnym uścisku. Czasami ich ruchy przeszywał delikatny dreszcz rozkoszy. Z czasem ten spocony jęk zaczął przechodzić w odgłos bitwy. Pojawili się rycerze, ich metalowe zbroje błyszczały w kamiennej powłoce ścian. Widziała broń i tarcze, jakby uśpieni przez wieki rycerze budzili się do życia. Słyszała zgrzyt metalu o metal, odgłosy uderzeń i krzyki zabijanych ofiar. To nie była tylko wizja, to była symfonia dźwięków, które tworzyły razem oszałamiający i przytłaczający spektakl.

Rycerze zniknęli równie nagle, jak się pojawili. Nie widać było też Hectora. W kamiennym korytarzu panowała głucha cisza. W tej ciszy narastało coś, co przypominało niewinną dziecinną piosenkę. Ten znajomy dźwięk zmroził Lunę do szpiku kości. Był to dźwięk nadchodzącego Cienia. "Cień istnieje naprawdę... Ma twarz moich demonów i właśnie się zbliża..." - myślała przerażona.

- Nie, nie teraz. Nie mam gdzie uciekać. - Z jej ust wymknął się cichy szept.

Brzmiał jak błagalna modlitwa przed ołtarzem jej własnego strachu. Niewinna melodia przeszła powoli w tysiące szeptów, które splatały się w jedno niewyobrażalne echo. Jej strach stał się namacalny jak dodatkowy organ, który pulsował i wibrował w jej własnym ciele. Dźwięk zbliżał się jak lawina, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Nie miała więcej czasu na rozmyślania. Instynkt podpowiadał jej tylko jedno - krzyczeć. Jej krzyk był tak głośny i przenikliwy, że zagłuszył na chwilę wszystkie inne dźwięki. I wtedy wszystko zniknęło.

Luna ocknęła się w gabinecie doktora Gabriela. Patrzyła na wiszące na ścianach dyplomy i certyfikaty, które nagle wydawały się groteskowo bezużyteczne. Z trudem łapała oddech. Nad nią pochylał się sam doktor. Jego twarz wykrzywiała mieszanka niepokoju i troski.

- Musieliśmy przerwać sesję. Co się stało? - Głos terapeuty brzmiał jakby z drugiego końca długiego tunelu. Luna nie miała siły, aby mu odpowiedzieć.

- Podłączenie do AI daje absolutny wgląd w to, co się dzieje w podświadomości pacjenta - kontynuował doktor Gabriel. - To nowy rodzaj terapii. Wiele osób jest już podłączonych. Mówimy o tysiącach. Pomyśl, jak to rozwinie twoje zawodowe możliwości. Będziesz miała dostęp do erotycznych marzeń tysięcy ludzi.

Luna patrzyła uważnie na doktora. Nie była to ciekawość, nie była to ulga, to było ostrzeżenie - "Jak mogłam mu zaufać? Jak mogę ufać człowiekowi, który z taką łatwością proponuje łamanie prawa? Czy człowiek, który ma dostęp do moich najskrytszych, najciemniejszych sekretów, może użyć tej wiedzy przeciwko mnie? Oczywiście, że może...". Coś w jej głowie powtarzało to jedno słowo jak zaklęcie - "Może. Może. Może...".

- Nie - powiedziała wreszcie. - Nie zgadzam się na podłączenie do AI.

Doktor Gabriel pokiwał głową, jakby wsłuchiwał się w głosy w swojej głowie, zupełnie ignorując jej obecność.

- Rozumiem - powiedział w końcu chłodno.

W jego oczach Luna dostrzegła coś nowego, czego nigdy nie widziała wcześniej. "Zawód? Rozczarowanie? Gniew?" - pomyślała.

- Może Hector wie coś, czego ja nie pamiętam - zaproponowała.

Terapeuta patrzył na nią przez chwilę.

- Dobrze, zorganizuję spotkanie - odparł z lekkim westchnieniem.

Opuszczając gabinet, Luna czuła rosnący niepokój. "Może Cień nie jest projekcją moich własnych demonów? Może Cień ma twarz, którą znam?" - pomyślała.