III
Wiśniewski był bardzo zły i szczególnie się z tym nie krył. Młody Kałuża przyprowadził do biura matkę zmarłej dziewczyny.
- Halina Domagałowa - dokonał prezentacji, patrząc Robertowi prosto w oczy, dając tym samym do zrozumienia, że złość pana komisarza nie robi na nim wrażenia. - Mama Patrycji. Zadzwoniłem do niej i okazało się, że jest w mieście.
- Kałuża... - wycedził przez zęby Wiśniewski, ale zanim wylała się z niego tyrada gniewnych wyrzutów, Meyer złapał go za ramię i wtrącił:
- Świetnie! Ania zaprowadzi was do pokoju spotkań, skoro będzie nas czworo.
- Ale ja nie chciałam zatrudniać detektywa - zwróciła się Domagałowa do Kałuży z wyraźną pretensją w głosie.
- Spokojnie. - Łukasz uniósł dłoń, drugą wciąż trzymając na ramieniu kolegi. - Nikogo pani nie zatrudnia. Ja udostępniam tylko biuro i z zawodowej ciekawości, jeśli pani pozwoli, dowiem się więcej o sprawie pani córki, okej?
- No... dobrze - zgodziła się niechętnie.
- Coś do picia?
- Nie - odparła, zdecydowanie kręcąc głową. - Nie chcę nic jeść ani pić, dopóki nie dowiem się, czy ktoś mi pomoże.
- Jasne. Ania, możesz?
Stojąca do tej pory bez słowa dziewczyna pokiwała głową i wskazała gościowi pokój w dalszej części korytarza.
- Zaprowadzę panią. W razie czego przyniosę wodę, bo to mały pokój, może być za ciepło...
Kiedy kobiety zniknęły im z pola widzenia, Wiśniewski wyswobodził ramię z uścisku Łukasza i wymierzył palec wskazujący w stronę młodego policjanta.
- Co ty odpierdalasz?!
- Wiśnia... - próbował go uspokoić Łukasz.
- Nic nie odpierdalam - odparł hardo Kałuża. - Wykorzystuję dogodną okazję, żeby postawić na swoim. Nic poza tym.
- No! - Łukasz spojrzał znacząco na Wiśniewskiego. - To naprawdę dobra okazja. Chodźmy, dowiedzmy się czegoś.
Kiedy mijali w drzwiach Anię, Meyer szepnął jej na ucho, by przekazała Mirkowi, że będzie przez dłuższą chwilę zajęty.
- Gdyby ktoś do mnie przyszedł, poproś, żeby go przejął na ten czas, okej?
- Jasne, szefie.
Domagałowa siedziała przy niedużym okrągłym stole przykrytym beżowym obrusem. Dłonie miała splecione przed sobą, a palce prawie białe od ich ciągłego ściskania. Była całkiem siwa, ale rysy jej zmęczonej twarzy mówiły, że nie była stara - mogła mieć najwyżej pięćdziesiąt pięć lat. Szczupła, niewysoka, niczym się niewyróżniająca kobieta z prowincji, a jednak na tyle zdeterminowana, że doprowadziła do spotkania z policjantem, funkcjonariuszem CBŚP i prywatnym detektywem.
Łukasz wskazał kolegom miejsca za stołem i sam zajął wolne krzesło z oparciem.
- Co prawda jesteśmy w moim biurze - zaczął - ale nie będę się odzywać. Oddam chłopakom scenę i w razie czego służę radą albo dobrym słowem.
- Dobrze. - Kobieta uśmiechnęła się blado, lecz Robert dostrzegł w jej oczach ufność, którą Meyer budził u wielu osób.
- Cholera! - syknął Wiśniewski, widząc, jak Kałuża wyjmuje notatnik zza pazuchy. - Nie mam swojego kajetu. Został w aucie.
- Jesteśmy na to przygotowani. - Łukasz odwrócił się i sięgnął do stojącego pod ścianą niewysokiego regału. - Mamy tutaj kącik dla nieprzygotowanych. - Podał Robertowi czysty notatnik i długopis.
- Dzięki, stary. - Wiśniewski chrząknął nerwowo, spuścił wzrok na pustą kartkę i zapisał na niej imię i nazwisko kobiety oraz imię jej córki. - Gwoli wyjaśnienia, pani Halino. Może posterunkowy Kałuża już mówił, ale ja pracuję dla Centralnego Biura Śledczego, które niekoniecznie zajmuje się... podobnymi przypadkami. Przełożeni zdecydowali jednak, żebym przyjrzał się tej sprawie, dlatego poproszę panią o odpowiedź na pytania, które mogą sprawiać wrażenie, jakby nie miały z nią związku, dobrze?
Domagałowa skinęła głową.
- Czasami w wyniku dokładnego zeznania wychodzą na jaw rzeczy mogące mieć potem kluczowe znaczenie.
- Rozumiem - przyznała cicho. - Od czego zaczniemy?
- Pełne imię i nazwisko pani córki.
- Patrycja Domagała.
- Wiek.
- Trzydzieści dwa lata.
- Czyli to będzie osiemdziesiąty dziewiąty, tak? Rok urodzenia, znaczy się.
- Tak. Piętnastego maja miała urodziny.
- Zmarła?
Kobieta otworzyła usta, ale przez chwilę nie była w stanie wydusić słowa.
- Pierwszego października tego roku - wyszeptała z wyraźną trudnością. - Piątek.
Wiśniewski spojrzał na wiszący na ścianie kalendarz.
- Jedenaście dni temu - powiedział do siebie i zanotował. - Gdzie zmarła?
- W swoim mieszkaniu w Warszawie, przy Płockiej.
- A nie w szpitalu? - Zmarszczył brwi i spojrzał na nią.
- Nie. W czwartek, trzydziestego, była w szpitalu na Kasprzaka, ale... wypisała się z izby przyjęć.
- Nie rozumiem. Na własne życzenie?
- Tak.
- Może po kolei - wtrącił Kałuża. - Niech pani Halina wyjaśni od początku.
- Od początku? - Robert posłał mu gniewne spojrzenie. - Od dnia narodzin?
- O, właśnie! - Łukasz poczuł, że należy interweniować. - Niech pani powie coś więcej o córce. Jaka była?
- Ona... Och! - Domagałowa wyglądała na nieco zbitą z tropu. - Przede wszystkim Patrycja nie była naszą rodzoną córką.
- Nie? - zdziwił się Robert.
- Adoptowaliśmy ją z domu dziecka w Lublinie. Bo my spod Janowa jesteśmy. Mała wieś, dużo biedy... Pięć lat po ślubie, a dzidziusia ani widu, ani słychu, więc się zdecydowaliśmy z mężem. Bogdan, mój mąż, już nie żyje. Zmarł sześć lat temu na raka krtani.
- Przykro mi.
- Patrycja miała prawie cztery lata, jak ją braliśmy. Śliczna była. Blondyneczka z niebieskimi oczami, ale nikt jej nie chciał, bo strasznie chorowita. Cośmy się po lekarzach najeździli... - Pokręciła głową i odwróciła na chwilę wzrok.
- Na co chorowała?
- Tak ogólnie... Przeziębienia, zapalenia płuc, potem astma... Jako nastolatka przez całe dwa lata miała zapalenie oskrzeli. Bez przerwy! Potem, po latach, okazało się, że to było zachłystowe zapalenie, bo ona miała masę nietolerancji pokarmowych. A my... - Po jej twarzy przebiegł skurcz bólu. - Myśmy nie wiedzieli, więc jadła to, co my, i przez to chorowała. Lekarze pakowali w nią antybiotyki i tak osłabili jej odporność na dobre. Boże! - głośny szloch wydobył się z piersi Domagałowej. - Skąd mogliśmy wiedzieć?!
Robert nic nie powiedział. Łukasz z niepokojem obserwował jego coraz bledszą twarz, po raz pierwszy widząc, że jego kolega słabo ogarnia to, co słyszy. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że przecież nigdy nie pracowali razem i że nie miał pojęcia, jak Wiśnia radzi sobie w podobnych sytuacjach. Czuł, że wtrącanie się byłoby nie na miejscu, więc wstał i uchylił okno.
- Gdyby było za zimno, proszę mówić - szepnął, nachylając się nad kobietą, która tylko skinęła głową. - Tu są chusteczki.
- Czy te choroby spowodowały jakiś trwały uszczerbek na zdrowiu? - Wiśniewski jakby znów był sobą.
- Nie. Nie na tyle, by... Nie wiem... Nie była inwalidką, jeśli pan o to pyta. Ale zawsze cierpiała. Na studiach w Lublinie ciągle walczyła z depresją. Myśmy za wiele o tym nie wiedzieli. W sensie nie o chorobie. Ale Bogdan przejął się i sam do lekarza zawoził. Tam dali leki i zasugerowali przenosiny do Warszawy.
- Dlaczego?
- Przez ten Lublin. Domyślaliśmy się, że źle znosiła pobyt w mieście, gdzie mieszkała jej biologiczna... matka, no i gdzie była w bidulu. Zmiana wydawała się lepszym rozwiązaniem.
- Pomogło?
- Trochę tak, chociaż rzadziej bywała w domu. Ale tu znalazła pracę i poznała nowe osoby, także takie, które były kiedyś w domu dziecka. Potem zmarła ciotka Bogdana i zostawiła mu trochę grosza, to kupiliśmy jej tę kawalerkę na poddaszu. Ciasna i niewygodna, ale przynajmniej nie musiała się prosić o kawałek kąta u nikogo. Miała nawet chłopaka, chociaż zerwała z nim na początku pandemii. W ogóle wtedy to się zaczęło...
- Co ma pani na myśli?
- Z chorobami. - Spojrzała na niego ze smutkiem. - To był jakiś koszmar. Jeden niekończący się koszmar! Tuż przed pandemią, w lutym, dostała półpaśca. Szczęście w nieszczęściu, że trafiła na lekarza, który to od razu rozpoznał, dał leki i wysłał do domu. Ale uszkodziło jej plecy.
- W jaki sposób?
- Wirus poraził mięśnie przy kręgosłupie i od tamtego czasu cierpiała na bezustanne boleści. Nie mogła na przykład skręcać szyją za mocno, bo mięśnie na to nie pozwalały. Ten jej pożal się Boże chłopak nie rozumiał tego i odszedł. Pokłócili się i po prostu ją zostawił, taką chorą i obolałą. A pierwszego kwietnia zmarła ta jej... matka. Bardzo kiepski żart jej się udał.
- Słucham?
- No ta z Lublina... Ewa Zając. - Kobieta się skrzywiła. - Na kowida.
- Naprawdę? Zaraz na początku pandemii?
- Tak. Narkomanka. Uszkodziła prochami nerki i wątrobę. Podobno miała tocznia, czy jak to się nazywa... Jak zaraziła się wirusem, to zabił ją w parę dni. Chociaż nie wiem, czy sama sobie nie pomogła.
- Pomogła? - Wiśniewski spojrzał na nią pytająco.
- Mhm. Lekami.
- Pani córka miała z nią kontakt?
- Nie! Ale wiedziała, co się działo w jej rodzinie, bo miała kontakt z niektórymi dalszymi krewnymi przez media społecznościowe. I ta śmierć ją dobiła... tak psychicznie. Dosłownie zaczęła mi się rozsypywać na oczach. A ja nie mogłam nic poradzić na to, bo był ten cholerny lockdown i nawet nie mogłam do dziecka pojechać, żeby się nim zająć... - urwała. Uniosła na chwilę oczy, jakby walcząc ze łzami. - W pracy miała kontakt z kimś zarażonym i całe jej piętro w biurowcu zamknęli w domach na dwa tygodnie. Siedziała sama na poddaszu, w ciasnym mieszkaniu bez balkonu, i nie mogła wyściubić nosa, bo sąsiedzi zaraz dzwonili na policję z donosem.
Kałuża zacisnął usta i spuścił wzrok.
- Kiedyś przez telefon powiedziała do mnie: "Mamuś, to zamknięcie mnie zabije, mówię ci. Nie wytrzymuję już". A ja... - Znów zaczęła szlochać, łapiąc się za klatkę piersiową. - A do mnie jeszcze nie docierało, jak jest źle. Choroba, śmierć matki, zerwanie z chłopakiem i jeszcze to uwięzienie... Kto by to wytrzymał? Kto?! Wiedziałam, że jest ciężko, ale do głowy mi nie przyszło, że tak to się skończy!
Łukasz dyskretnie podsunął pudełko z chusteczkami bliżej Domagałowej i znów zerknął na Roberta, który teraz nie odrywał od niej wzroku.
- Ona... Patrycja nas kochała, a my ją - powiedziała, wycierając nos w chusteczkę. - Bardzo się kochaliśmy, ale mieć adoptowane dziecko oznacza mieć jego problemy sprzed adopcji. I tego żeśmy nie rozumieli. Teraz rodziców przygotowuje się na kursach, rozmawia z nimi psycholog albo jakiś jeszcze inny specjalista... A myśmy ją dostali golutką, bez słowa wyjaśnień, i musieliśmy się nauczyć wszystkiego sami. Patrynia była łatwa, w odróżnieniu od innych dzieci z bidula, ale i tak miała swoje demony z przeszłości, któreśmy przeoczyli. Jej największym demonem była ta tak zwana matka, ciągłe oczekiwanie, że ona ją wreszcie pokocha. Więc, teraz sobie myślę, kiedy zmarła, to do Patryni dotarło, że to koniec, nie pokocha, nie zmieni się... Wtedy też w niej coś umarło, ale mi tego nie powiedziała, bo nie chciała mi sprawiać przykrości. - Domagałowa wytarła powieki i policzki, po czym potrząsnęła lekko głową. - Przepraszam za to - szepnęła, ściskając w dłoniach chusteczkę. - Nie mam za bardzo z kim o tym porozmawiać, dlatego tak się rozkleiłam. Mieliśmy mówić o śmierci Patrycji.
- Spokojnie - odparł Wiśniewski. - Dotrzemy do tego. Wspominała pani o pracy córki... Czym zajmowała się zawodowo?
- Ostatnio była... hmm... Analitykiem w takiej firmie... - Zmarszczyła brwi, szukając w pamięci nazwy. - Boże! Nie mogę sobie przypomnieć.
- Poradzimy sobie. - Robert zanotował coś w zeszycie. - Patrycja Domagała, analityk, Warszawa... Tyle powinno nam wystarczyć. Jeszcze poprosimy o zdjęcie i będziemy w domu.
- Ja mam! - Kałuża uniósł dłoń. - Udostępnię.
- Coś w tej jej pracy było nie tak, o czym powinniśmy wiedzieć?
- Ojej, było! Coś się działo niedobrego, od kiedy przeszli na pracę z domu. Nie znam szczegółów, ale Patrycja pracowała z Duńczykami i do tych swoich szefów z Danii miała sporo pretensji o coś związanego z jej stanowiskiem, ale nie poznałam nigdy szczegółów.
- Czy to było bezpośrednio przed jej chorobą? To znaczy teraz, przed śmiercią?
- Tak! Ostatnie dwa tygodnie września dały jej w kość. Obiecała opowiedzieć, jak przyjedzie do mnie na Wszystkich Świętych...
- Rozumiem. Postaramy się czegoś dowiedzieć.
- Myśli pan, że to może mieć znaczenie?
- Nie mam pojęcia - przyznał szczerze Robert. - Póki co staram się mieć rozrysowaną linię czasową. No dobrze. To teraz przejdźmy do choroby Patrycji... Kiedy to się zaczęło?
Domagałowa nabrała powietrza w płuca i wypuściła je z wyraźnym drżeniem ramion.
- Dwudziestego czwartego września, w piątek - zaczęła po chwili. - Jeszcze pracowała, było może po czternastej. Z tego, co mi pisała, była na jakimś spotkaniu z tymi szefami właśnie, o których mówiłam, kiedy zaczęła się czuć bardzo źle. Zrobiło się jej niedobrze, potem bardzo wymiotowała. Wieczorem miała już wysoką gorączkę, prawie czterdzieści stopni. I nie mogła zrobić siku.
- Czyli coś z pęcherzem? - upewnił się Robert.
- Tak. Mówiła, że bolało nie do wytrzymania, że... - Kobieta przez chwilę próbowała się uspokoić. - Cierpienie było niewyobrażalne. Przez dwie doby nie wypiła ani kropli wody, bo wszystko i tak wymiotowała. Niczego też nie jadła. Zamówiła przez internet jakieś leki na ten pęcherz, to jej w niedzielę wieczorem przywieźli, ale nic nie pomogły. Jeszcze w piątek w nocy zadzwoniła na pogotowie... - urwała, widząc, że Robert intensywnie notuje. - Tak, wykręciła sto dwanaście, pogadali z nią, wyśmiali trochę i nie przyjechali.
- Czym to argumentowali? - Robert podniósł wzrok. - Mówiła?
- Niczym. Z tego, co wiem, to niczym... Po prostu dyspozytor nie wysłał karetki. Kazał jej iść do lekarza i zażyć antybiotyk na ZUM-a.
- Na co?
- Zapalenie układu moczowego - wyjaśnił Łukasz. - Czyli postawił diagnozę przez telefon?
- Tak. - Domagałowa pokiwała głową, po czym sięgnęła do swojej torebki, wiszącej na oparciu krzesła. - Zanotowałam kolejność zdarzeń na podstawie jej SMS-ów do mnie i tego, co na świeżo zapamiętałam. - Wyjęła stary notatnik w oprawie ze sztucznej skóry i zaczęła go kartkować.
- We wtorek rano, po tym nocnym telefonie, poszła do przychodni zrobić badania.
- Której przychodni? - zapytał Robert.
- Jakiejś najbliższej jej domu. Tam poprosiła o badanie krwi i moczu, sama za nie płaciła, bo były bez skierowania. Wróciła do domu, a po południu zadzwoniła lekarka z laboratorium i powiedziała, że wyniki są tak złe, że powinna od razu znaleźć się w szpitalu. Patrycja wyjaśniła, że pogotowie nie przyjechało do niej i nie sądzi, że ją przyjmą, więc lekarka kazała jej iść rano do przychodni z tymi wynikami do zwykłego lekarza. Aha! Wystawiła jej receptę, taką na telefon, i wysłała do apteki, żeby od razu zaczęła brać antybiotyk. Tak zrobiła.
- Czyli we wtorek rano? Do tej samej przychodni, gdzie robiła badania?
- Tak. To znaczy wizytę miała w środę, bo nie było miejsc na wtorek. Brała antybiotyk, a stan się pogarszał. Gorączka ciągle była wysoka, miała problemy z robieniem siku i wymiotowała. Internista był bardzo przejęty jej wynikami i tym, że antybiotyk nie działa. Wystawił skierowanie do szpitala i powiedział, że ma jechać na Kasprzaka... Nie pojechała od razu.
- Dlaczego?
- Źle się czuła. Coraz gorzej... Ciężko jej było się poruszać po mieszkaniu, a co dopiero zejść cztery piętra i wsiąść do taksówki... Dzwoniłam do niej i słyszałam, jak jest słaba i rozkojarzona. Błagałam, żeby jechała na Kasprzaka... Boże, to ja ją na to wszystko namówiłam! - Schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać.
Wiśniewski w ostatniej chwili ugryzł się w język i nie zapytał, dlaczego pobyt w szpitalu miał jej córkę zabić. Uznał, że trzeba jej dać chwilę na uspokojenie się i że pewnie zaraz sama zacznie opowiadać. Tak też się stało.
- W czwartek po południu gorączka nieco zelżała - ciągnęła Domagałowa, ocierając policzki z łez - więc zamówiła taksówkę i pojechała. Nie było daleko z Płockiej, miała nadzieję, że szybko ją przyjmą i się nią zajmą... Ale kiedy zadzwoniłam do niej o dziesiątej wieczorem, powiedziała, że nadal siedzi na SOR-ze i czeka na badanie...
- Jakie badanie? - wtrącił się Łukasz.
- Przez lekarza z dyżuru. Tak mi wyjaśniła. Mówiła, że siedzi na krzesełku bez wody i jedzenia, że jest dużo ludzi i nikt nic nie wie. Nie chciałam dzwonić co pięć minut, więc poprosiłam, żeby dała mi znać, jak już wezmą ją na oddział. Zadzwoniła po pierwszej w nocy i oznajmiła, że wraca do domu. Na piechotę... Strasznie płakała, ale ja w ogóle nie rozumiałam, o czym mówi.
- Bełkotała? - zapytał Robert.
- Nie. Nic z tych rzeczy! Powiedziała, że lekarka była strasznie niemiła, że zarzuciła jej hipochondrię i że zawraca głowę służbie zdrowia byle czym...
Łukasz z Robertem spojrzeli na siebie, jakby nie do końca dowierzali jej słowom.
- Ta lekarka krzyczała na nią, że nie jest zaszczepiona na kowida, że to nieodpowiedzialne i samolubne. Potem zleciła test na obecność wirusa i stwierdziła, że Patrycja będzie siedzieć w poczekalni, dopóki nie przyjdzie wynik. Wtedy się wypisała.
- Ale dlaczego?
- Bo miała czekać dobę na ten wynik. Co najmniej dobę.
Wiśniewski wyprostował się i potrząsnął głową.
- Zaraz, zaraz! Jest pani pewna?
- Tak. - Łzy na twarzy kobiety wyschły, a w oczach pojawił się błysk gniewu. - Jestem pewna na sto procent. Sprawdziłam to potem po różnych izbach przyjęć i rzeczywiście tak to wygląda.
- W całej Warszawie?
- W całej Polsce.
Robert poprosił o chwilę przerwy. Wyjaśnił, że musi iść do łazienki, ale Łukasz wiedział, że chodzi o coś innego. Wstał i poszedł za kolegą, który rzeczywiście zniknął w toalecie.
- Widziałem już kiedyś tę twarz - powiedział bez zbędnych wstępów.
Robert stał, trzymając się o umywalkę, i patrzył na Meyera w odbiciu w lustrze.
- Jaką twarz?
- Szarą. Jakby wykutą z kamienia. - Łukasz oparł się plecami o ścianę i spojrzał w sufit. - Sisior miał taką, kiedy powiedziałem, że Justyna nie żyje... kiedy myślałem, że nie żyje.
- Słabe porównanie - mruknął Robert, po czym odkręcił kran. Zmoczył twarz zimną wodą i sięgnął po ręcznik papierowy.
- Dużo widzimy i dużo po nas spływa, ale są takie sytuacje, które walą w nas niczym obuch.
- I niby ta sytuacja tak na mnie działa, co?
- Najwyraźniej. Nie chciałeś się nią zająć i myślę, że jest ku temu jakiś powód.
- Taki, że zajmuję się przestępczością zorganizowaną, a nie błędami lekarskimi.
Łukasz przyjrzał się mu uważnie, ale się nie odezwał.
- Co? - Robert odwrócił się w jego stronę. - Masz mi do zakomunikowania coś z zakresu psychologii stosowanej?
- Nie. Nic z tych rzeczy. Zastanów się nad tym, co właśnie powiedziałeś, bo może się okazać, że to dokładnie sprawa dla ciebie. - Po tych słowach Łukasz wyszedł z łazienki.
Robert dał sobie jeszcze chwilę na bezowocne stanie przed lustrem i po chwili podążył za Meyerem.
Domagałowa rozmawiała o czymś z Kałużą, a na widok Roberta uśmiechnęła się kątem ust, jakby się ucieszyła jego ponowną obecnością, ale nie miała dość sił, żeby to w pełni okazać.
- Na czym skończyliśmy? - odezwał się Robert, zajmując miejsce za stołem. - Patrycja wróciła do domu, tak?
- Tak. I do rana nie żyła.
- Kiedy dokładnie zmarła? - Wiśniewski starał się zachować maksymalnie neutralny ton.
- Prawdopodobnie między trzecią a czwartą nad ranem.
- Przyczyna zgonu?
- Nie... wiem. - Domagałowa rozłożyła dłonie.
- Jak to? - Robert podniósł wzrok, ale zaraz zrozumiał, że nie ma sensu ciągnąć tego wątku. - Kto panią poinformował?
- Ja sama... To znaczy ja sama dzwoniłam do niej, a kiedy nie mogłam się dodzwonić, skontaktowałam się z jej sąsiadem z dołu, u którego zostawiała klucze, kiedy wyjeżdżała na dłużej. Pan Stasiak, bardzo miły człowiek. Poprosiłam, żeby zapukał do niej, a kiedy nie było odpowiedzi, wezwał pogotowie...
- Przyjechało? - zapytał Łukasz z lekkim przekąsem.
- Och! To był cały cyrk. - Kobieta pokręciła głową i westchnęła głośno. - W końcu przyjechali, ale zeszło się im do południa. Rozmawiałam tam z jakimś człowiekiem, którego interesowało tylko, czy córka była zaszczepiona i czy miała robiony test. Nie mogli się dostać do mieszkania, więc zadzwoniłam na policję i poprosiłam o interwencję. Też nie chcieli się zjawić. W końcu zapewniłam, że pokryję koszty włamania do mieszkania i nie będę się o nic czepiać. Więc weszli...
W pokoju zapanowała cisza, przerywana stłumionymi odgłosami dochodzącymi zza okna.
- Oni... W ogóle do mnie nie zadzwonili po tym, jak otworzyli drzwi. Musiałam znów sama się dobijać, aż ktoś w końcu raczył mnie poinformować, że znaleźli córkę nieresponsywną. Takiego słowa użyli, dokładnie takiego. Zapytałam, co to oznacza, więc paniusia po drugiej stronie linii zawołała: "Pani córka nie żyje! No nie rozumie pani?".
Łukasz zacisnął szczęki i przewrócił oczami.
- Nie wiem, jak ja to wszystko wytrzymałam. Nie wiem... Wisiałam na telefonie, aż się rozładował, więc potem trzymałam go ciągle na ładowarce. Klęczałam przy tym gniazdku kilka dobrych godzin. Byłam w pracy, więc koleżanki próbowały mnie uspokajać, ale ja po prostu... - Domagałowa patrzyła w przestrzeń, kręcąc głową, jakby z niedowierzaniem. - Sąsiad zawiózł mnie wieczorem do Warszawy, bo ja nie mam prawa jazdy, a auto sprzedałam po śmierci męża. Patrynia nie jeździła przez tę depresję i leki, które jej czasem dawali.
- Była pani u niej w mieszkaniu? - zapytał Robert.
- Nie. Ani razu.
- Ani razu od jej śmierci? - upewnił się, patrząc wymownie na Kałużę. - I nikogo tam nie było?
- Nie, raczej nie. Stasiak zamknął drzwi jej kluczami i dał mi je na dole, bo nawet do budynku nie weszłam.
- A w razie czego pozwoli nam pani się rozejrzeć?
Domagałowa znów sięgnęła do torebki i wyjęła z niej pęk kluczy, który położyła na stole.
- Proszę. Róbcie, co chcecie. Ja nie mam siły...
- Dobrze - odparł cicho Kałuża i zabrał klucze, po czym uniósł je i spojrzał na Roberta. Ten tylko pokiwał głową.
- Gdzie zabrali ciało? - Wiśniewski wrócił do spisywania relacji.
- Na Banacha. Pojechaliśmy tam, ale nie pozwolili mi wejść jej zobaczyć.
- Dlaczego?
- Przez reżim sanitarny - prychnęła, wyraźnie poirytowana. - Tam też był jeden wielki cyrk. Nie weszłam nawet do budynku szpitala ani nie rozmawiałam z nikim z personelu bezpośrednio tylko przez jakiegoś ciecia, którego do nas wysłali. Nie mogłam więc nawet stwierdzić, że mają tam ciało Patryni. Sąsiad zabrał mnie do znajomych zakonnic na Woli, to nas przenocowały, a rano zadzwonili ze szpitala, że mam ją zabrać i najlepiej skremować.
- Naprawdę tak pani powiedzieli?
- Nie wiem, kto trzymał słuchawkę, ale wydaje mi się, że nie lekarz, tylko znów jakiś pomagier. Zapytałam, czy nie mogliby zrobić sekcji zwłok, bo córka była młoda, a ja nawet nie wiem, na co zmarła. Ten facet zaczął się śmiać do telefonu, że chyba mnie pogięło... Powiedział, że lekarz już wystawił akt zgonu i że mogę jego zapytać, a oni i tak wpiszą to jako zgon na kowida.
- Bez potwierdzenia? - zdziwił się Robert.
- Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Może to jakoś potwierdzali, ale ja nie widziałam wyników żadnych testów ani innych badań. Wtedy zaczęłam się naprawdę złościć. Byłam w żałobie, to prawda, ale poczułam taki gniew, że przyćmił żal i rozpacz. Czułam... Czułam, że dzieje się jakaś niesprawiedliwość i że muszę coś z tym zrobić, inaczej komuś ujdzie na sucho wielkie zło. Znów zadzwoniłam na Banacha do kostnicy, ale nawet nie chcieli ze mną rozmawiać. Miotałam się i krzyczałam, aż przyszły zakonnice, u których nocowaliśmy, i pytały, co się dzieje. Obiecałam sobie, że nie odpuszczę i choćbym miała wydać na to ostatni grosz, dopnę swego. - Kobieta wyprostowała się i poprawiła kołnierzyk przy bluzce. - Siostry powiedziały mi o jakimś zakładzie pogrzebowym, którego właściciel to porządny człowiek i że może on przechowa ciało Patryni, dopóki się pewne sprawy nie wyjaśnią. Za opłatą, oczywiście, bo nikt za darmo tego nie zrobi, ale obiecały poprosić go o upust dla mnie. Myślę, że doszły do wniosku, że da mi to czas na uspokojenie się i że ją w końcu pochowam, ale nie mam takiego zamiaru, zapewniam was.
- I jest w tym zakładzie cały czas?
- Tak. Za Bemowem, ale to chyba jeszcze Warszawa jest.
- Pani Halino... - Robert wypuścił powietrze z płuc i przeczesał palcami swoje bujne włosy. - Zdaje pani sobie sprawę z tego, że prokuratura może nie...
- To zapłacę za sekcję - przerwała mu ostro. - Ale dopiero wtedy, gdy wyczerpię wszystkie inne środki.
- Jasne. - Pokiwał głową. - Zobaczymy, co da się zrobić.
Robert znów musiał wyjść z pokoju. Tym razem żeby w końcu odebrać telefon od Anety. Czuł wibrowanie komórki od jakiegoś czasu, ale wcześniej nie było dobrego momentu na rozmowę z kimkolwiek.
- Dlaczego nie odbierasz?! - krzyknęła mu do ucha na powitanie. - Dzwonię od godziny.
- Od dziesięciu minut maksymalnie. Jestem w pracy.
- Ta, jasne! - prychnęła. - A co ty robisz w tej pracy, co?
- Aneta - warknął. - Mów, czego chcesz, i kończmy.
- Idę do fryzjera - poinformowała.
- Do fry... - Zamknął oczy i westchnął. - To idź. Nie musisz mnie informować o takich rzeczach.
- Ale muszę zwolnić opiekunkę i ktoś musi zająć się Bartkiem.
- Nie! Nie wyjdę z pracy w środku dnia, bo ty robisz włosy.
- Ale są kolejki, umówiłam się dużo wcześniej...
- Oj, zamknij się! Robisz to specjalnie, prawda?
- Mam chodzić rozczochrana?
- Ja nie zauważę różnicy - wycedził ze złością i się rozłączył. - Co za... tępa...
- Cipa? - domyślił się Łukasz, który niespodziewanie znalazł się obok niego w korytarzu.
- To nie jest zabawne.
- A kto mówi, że jest? - Łukasz położył mu dłoń na ramieniu. - Chodźmy na chwilę do mnie. Uspokoisz się.
- Teraz nie będę myślał o niczym innym - gorączkował się Robert. - Ostatnio zrobiła się jeszcze gorsza niż kiedyś. Jak się uprze, to pojedzie do tego fryzjera i zostawi Bartka w domu samego.
- E, niemożliwe! - Łukasz roześmiał się i podał mu butelkę wody mineralnej. - Masz, nawodnij się nieco.
- Niestety możliwe. Już tak zrobiła parę razy.
- Serio? - Meyer usiadł za biurkiem i zmarszczył brwi. - Z sześciolatkiem? Za to jest paragraf.
- Więc ją uświadomiłem - odparł Robert, odkręcając butelkę. - Ale przecież żony nie aresztuję.
- Może właśnie to trzeba zrobić? - mruknął Łukasz, jakby do siebie.
- Co?
- Nic. Słuchaj, jeśli chcesz, mogę wysłać kogoś z tobą do mieszkania tej dziewczyny.
- A po co? Pójdę z Kałużą. O ile, rzecz jasna, Kot się zgodzi to ciągnąć.
- Mmm... - Łukasz potarł dłońmi brodę. - Gdyby się zgodził, mogę dać ci Sebastiana do pomocy.
- Tego mięśniaka? - skrzywił się Robert.
- Ma więcej przymiotów niż duże mięśnie. A może wolisz dziewczynę, co? Byłaby lepsza na przeszukanie mieszkania młodej kobiety. Ania jest bystra...
- Łukasz! O co ci, kurwa, chodzi?
- O nic. Jestem ciekaw, jak się sprawa potoczy, to wszystko. - Meyer oparł się plecami o fotel i uśmiechnął tajemniczo.
- Nie ściemniaj. Co ci chodzi po głowie?
- Cóż... Jeśli Kot nie pozwoli ci ciągnąć tego tematu albo jeśli będziesz musiał robić coś innego, ja chętnie go wezmę.
- Ale... jako biuro?
- No.
- Chcesz naciągnąć tę kobietę na kasę?
- Nic podobnego. Mamy budżet na sprawy pro bono, ta może być jedną z nich. Nadaje się.
- Dobra... - Robert wydął usta. - Niech ci będzie. Daj mi kogoś na to przeszukanie.
- Wiedziałem, że się dogadamy. - Meyer wyszczerzył się w uśmiechu. - Wracamy? Masz jeszcze jakieś pytania?
- Chyba nie... - zamyślił się Robert. - Ale może coś mi się jeszcze przypomni.
Domagałowa i posterunkowy Kałuża stali w korytarzu, wyraźnie gotowi do wyjścia.
- Muszę iść na busa - powiedziała kobieta, zakładając torebkę na ramię. - Następny jest dopiero wieczorem, a pociągami nie lubię jeździć.
- Jest pani pewna? - zapytał Robert. Sięgnął do kieszeni spodni po wizytownik. - Gdyby coś się pani przypomniało, proszę zadzwonić bezpośrednio do mnie.
- Dziękuję. W sumie... - Dotknęła wizytówką czoła. - Wydaje mi się, że w mieszkaniu powinien być pamiętnik córki.
- Pamiętnik? - Łukasz cofnął się o pół kroku, jakby uderzony niewidzialną siłą.
- Tak. Lubiła notować różne przeżycia. Poradził jej to psycholog na terapii. Mówiła, że rzeczywiście pomaga. Może zapisała tam coś w czasie choroby. Chociaż... - Skrzywiła się. - Nie wiem. Była taka słaba... Mogła nie mieć siły utrzymać długopisu w dłoni.
- Sprawdzimy - zapewnił Wiśniewski, po czym spojrzał zdziwiony na bladego Łukasza. - Wszystko okej? Ja też będę się zbierał.
- Wszystko git... - Łukasz potarł brwi palcami. - Jasne, leć. Będziemy w kontakcie.
Zeszli na dół we troje. Kałuża zaproponował Domagałowej podwózkę do tramwaju, ale odmówiła.
- To blisko, przejdę się.
- Zawiozę panią na postój dla autobusów - oświadczył Wiśniewski tonem nieznoszącym sprzeciwu. - I tak mam po drodze.
- Aha... No dobrze. Dziękuję.
- Kałuża, zadzwoń do mnie jutro rano po dziewiątej. Będę wiedział, jak działamy dalej.
- Jasne! - Młody policjant dotknął palcami do czoła. - Odmeldowuję się.
- Zapraszam. - Robert wskazał Domagałowej swój samochód zaparkowany pod kamienicą.
- Pan zawsze pracuje sam? Myślałam, że macie partnerów.
- Mamy. Ale mój partner jest chory, a nie było nikogo innego, kogo można by mi dać, dlatego działam solo.
Ciągle było przed godzinami największego ruchu, więc pod Pałac Kultury dojechali w miarę szybko. Po drodze Domagałowa opowiedziała Wiśniewskiemu o jeszcze jednym zdarzeniu.
- Kiedy rozmawiałam z tą policjantką, co mi wykrzyczała, że córka nie żyje, usłyszałam jeszcze jedno od niej: "Dlaczego pani u niej nie było, skoro pani wiedziała, że jest chora?". Strasznie mnie to zabolało, jakby ta dziewczyna wiedziała, gdzie mam czuły punkt.
- Co jej pani odpowiedziała?
- Nic. Chciałam się w pierwszej chwili tłumaczyć, ale potem przypomniała mi się sąsiadka z naszej wsi, która zgłosiła gwałt, i właśnie taka policjantka ją przesłuchiwała... Ten ton... To... poczucie wyższości, jakby mundur dawał jej prawo do oceniania ludzi bez wiedzy na ich temat. Rozłączyłam się, ale ból pozostał. Pracuję w domu opieki w sąsiedniej wsi. Od początku pandemii praktycznie nie wychodzę z pracy... Pacjenci padają jak muchy, personel też. Koleżanka zmarła na zmianie na atak serca, a lekarz potem powiedział, że była przemęczona. Ciężko było być jednocześnie w dwóch miejscach. Teraz... Teraz myślę sobie, że córka była ważniejsza, ale to teraz mam takie wnioski. Wcześniej sprawa nie była taka oczywista.
Robert milczał. Zaciskał palce na kierownicy, aż zbielały mu kłykcie.
- Wie pan, początkowo myślałam, że w tym szpitalu stało się coś takiego... Że lekarze byli zbyt obciążeni pracą, że nie dało się inaczej. Ale ja dobrze pamiętam, co Patrycja mi mówiła przez telefon, i to wcale tak nie brzmiało, że oni byli przepracowani, tylko raczej jak ta policjantka, z którą rozmawiałam. Dlatego nie chcę, by zajmował się tym jakiś prywatny detektyw. To wy musicie to naprawić, coście spieprzyli. Wy! Policja i służba zdrowia. Bo jeśli nie znajdzie się choćby jeden sprawiedliwy wśród was, to mam nadzieję, że was wszystkich piekło pochłonie, i to szybko.