1. rebel
1
Rebel
Nie wiedziała, że umarła.
Tak naprawdę umarła nawet dwa razy - pierwszy był wypadkiem, ale drugi
to samobójstwo. Teraz korporacja, która była jej właścicielem,
zdecydowała, że powinna umrzeć raz jeszcze, by w ciągu kilku
najbliższych miesięcy zasilić milion zmarnowanych żywotów.
Ale Rebel Elizabeth Mudlark nie miała o tym pojęcia. Wiedziała tylko, że
coś się nie zgadza i że nikt nie chce z nią o tym porozmawiać.
- Dlaczego tu jestem? - spytała.
W polu widzenia pojawiła się twarz lekarza. Była chyba pokryta
demoniczną maską czerwonego i zielonego wetware'owego malowania, które
niemal potrafiła odczytać. I nosiła ten okropny zaprogramowany uśmiech,
który podobno miał dodawać otuchy - kąciki ust ściskały jego policzki w białe okrągłe wzgórki.
I tę stężałą trupią twarz skierował ku niej.
- Och, tym bym się nie przejmował.
Rząd zakonnic przepłynął w górze; ich piersi kołysały się niewinnie,
welony były wykrochmalone i białe. Z gracją małych stateczków sunęły
wzdłuż magnetycznej liny w osi miejskiego kanistra. Taki widok był
powszechny, nawet swojski. Ale wtedy percepcja Rebel fiknęła kozła i zakonnice stały się niewypowiedzianie obce, dryfujące głowami w dół na
tle ogromnych ściennych okien, zimnych od nieskończonych smug jaskrawo
migotliwych gwiazd, osadzonych w nocy. Takie rzeczy musiała widywać już
tysiące razy, ale teraz, bez żadnego ostrzeżenia, jej umysł wrzasnął
dziwne dziwne dziwne i w żaden sposób nie mogła zrozumieć, co widzi.
- Niczego nie pamiętam - oznajmiła. - Czasami nawet nie mam pewności,
kim jestem.
- To całkiem normalne - zapewnił ją doktor. - W danych okolicznościach.
Zniknął za jej głową.
- Siostro, proszę na to spojrzeć.
Dołączył do niego ktoś, kogo nie widziała. Rozmawiali cicho przez
chwilę. Rebel na moment zagryzła zęby.
- Przypuszczam, że cały czas zdarzają się panu takie sytuacje.
Nie zwrócili na nią uwagi. Aromat róż z żywopłotowych parawanów był
ciężki, słodki, tak mocny, że aż duszący.
Ruch wzdłuż osi nie ustawał.
Gdyby mogła chociaż ruszyć ręką, Rebel zaczekałaby, aż doktor pochyli
się nad nią za mocno, a wtedy spróbowałaby wydusić z niego prawdę. Ale
była unieruchomiona, niezdolna nawet do przekręcenia głowy. Mogła tylko
patrzeć w górę na przepływających ludzi i wirujące monotonnie gwiazdy.
Pasy habitatu po obu stronach stropu zabudowane były platformami i sztucznymi wzgórkami, wynurzającymi się niczym wyspy z gwiezdnego morza.
Przy ich brzegach grupy wycieczkowiczów przesuwały się niekiedy na
płaszczyznę okna - czarne punkty, widoczne tylko wtedy, gdy przesłaniały
gwiazdy albo inne miejskie kanistry. Dziwna planeta przesunęła się
znowu.
- Chcemy zaczekać jeszcze dzień przed operacją - oświadczył w końcu
doktor. - Ale persona ustabilizowała się całkiem ładnie. Jeśli jej stan
nie zmieni się poważnie, jutro możemy ciąć.
Skierował się do drzwi.
- Chwila! - krzyknęła Rebel. Lekarz zatrzymał się i obejrzał: martwe
oczy otoczone farbą pod kępą rudych włosów. - Czy wyraziłam zgodę na tę
operację?
Znowu skierował na nią ten swój wściekle uspokajający uśmiech.
- Och, nie sądzę, by to było istotne - stwierdził. - Prawda?
I zniknął, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Kiedy pielęgniarka poprawiała dyski adhezyjne na czole i za uszami
Rebel, na chwilę wpłynęła w jej pole widzenia. Była zakonnicą: tęga
kobieta z podwójnym podbródkiem i płonącymi w oczach wizjami Boga.
Wcześniej, kiedy Rebel wciąż była senna i nie do końca świadoma,
zakonnica przedstawiła się jako siostra Mary Radha. Teraz Rebel
widziała, że tamta majstrowała przy swoim wetwarze - obwody mistyczne
podkręciła tak mocno, że ledwie mogła normalnie funkcjonować.
Rebel odwróciła wzrok, by ukryć swe myśli.
- Proszę, włącz - wymruczała.
Płaski ekran przy dolnej części posłania rozjaśnił się i otworzył
encyklopedię kodów medycznych. Szybko przełączyła go na coś
nieszkodliwego... Prymitywne struktury ekologii atmosfer metanowych.
Udała, że tekst ją zaciekawił.
- Siostro... - odezwała się od niechcenia, gdy pielęgniarka już
wychodziła. - Ekran jest pod dość niewygodnym kątem. Może siostra
przechylić go trochę do przodu? - Pielęgniarka spełniła prośbę. - Tak, w ten sposób. Nie, odrobinę... O, idealnie.
Rebel uśmiechnęła się i przez chwilę siostra Mary Radha rozkoszowała się
tym przejawem uniwersalnej miłości. Po czym odpłynęła.
- Pieprzona świętoszka - mruknęła Rebel. - Dziękuję - rzuciła do ekranu.
Wyłączył się.
Jego powierzchnia była gładka i lśniąca. Po wyłączeniu w ciemnej
płaszczyźnie odbijała się dolna część łóżka i wisząca tam karta
informacyjna.
Rebel szybko odczytała odwrócone symbole. Były tam dwa uproszczone
pierścienie person, jeden oznaczony jako Oryginalny, drugi jako
Aktualny. W ogóle nie były do siebie podobne. Dalej był symbol
przygotowania do psychooperacji i trzy kolejne, które w największym
skrócie oznaczały, że nie ma żadnych szczególnych wskazań medycznych.
Niżej, gdzie powinno być jej nazwisko, wydrukowano jedną linijkę tekstu.
Rebel odczytała ją dwukrotnie, litera po literze, żeby mieć pewność:
"Własność Deutsche Nakasone GmbH".
Gniew uniósł się w Rebel niczym dzikie białe zwierzę. Zacisnęła zęby,
ściągnęła wargi i nie próbowała z nim walczyć. Chciała tej złości. Była
sprzymierzeńcem, jej jedyną przyjaciółką. Ogarniała jej sparaliżowane
ciało jak szalejąca burza kłów, szponów i przemocy.
A potem ta wściekłość przesłoniła jej świadomość siebie, wepchnęła ją w głębinę. Tonąc, spłynęła w mroczny chaos, w mętną beznadzieję, która nie
miała nazwy ani sensu, gdzie utraciła swoją twarz, swoje ciało, swoją
istotę. Była demonem, tępo obserwującym płynących w powietrzu ludzi i przesuwające się w bok gwiazdy, i nienawidziła ich wszystkich. Chciała
zgnieść w dłoniach wszystkich razem, miasta, gwiazdy i ludzi, bez
różnicy, ulepić miękką kulkę, gdy będzie się śmiała, a czarne łzy
popłyną jej z oczu...
***
Wynurzyła się ze swej fugi osłabiona i załamana.
- Proszę, podaj czas - poleciła i ekran posłuchał.
Minęły cztery godziny.
Jakaś kobieta weszła do wnęki, chuda z zielonym malowaniem twarzy i w skórzanej uprzęży - jakaś biotechniczka niskiego poziomu. Nucąc pod
nosem, zaczęła przycinać ściany żywopłotu. Pracowała metodycznie,
obsesyjnie wręcz, zatrzymując się co jakiś czas, by umieścić różę na
właściwym miejscu.
- Hej, kumpelo - odezwała się Rebel. - Zrób mi przysługę.
Jej ociężałość zniknęła bez śladu, kiedy w żyłach popłynęła adrenalina.
Błysnęła uśmiechem.
- Hmm? Ach! No... o co chodzi? - Kobieta z wyraźnym wysiłkiem oderwała się
od pracy.
- Wychodzę stąd za parę godzin, a nikt nie pomyślał, żeby mi dać jakieś
ciuchy. Jak skończysz, mogłabyś może zajrzeć do gdzie-tam-trzeba i przekazać, żeby coś mi przynieśli?
Kobieta zamrugała.
- No... jasne, chyba mogę. Czy twoja pielęgniarka nie powinna tego
przypilnować?
Rebel przewróciła oczami.
- Ona widzi uniwersalne przeznaczenie w gwiazdach i sens istnienia w kwitnieniu róży. Ale w takich drobiazgach marnie sobie radzi. Sama
wiesz, jak to z nimi jest.
Każdy, kto pracował w szpitalu z zakonem opiekuńczym, na pewno łatwo
mógł w to uwierzyć.
- No tak... Pewnie, czemu nie?
Kobieta wróciła do pracy, wyraźnie zadowolona, że rozmowa się
zakończyła. Zanim wyszła, Rebel nabrała już pewności, że zapomniała o obietnicy.
Jednak godzinę później ktoś z obsługi zbliżył się i na stoliku przy
łóżku bez słowa położył okrycie.
- A to suka... - mruknęła cicho Rebel.
Chyba naprawdę uda jej się wyrwać z tego miejsca.
***
Rebel zasnęła. Kiedy się zbudziła, przez nieznośną godzinę gapiła się na
płynących przez wieczny półmrok ludzi; potem wróciła siostra Mary Radha.
Brzuch zakonnicy przelewał się przez cingulum i była jak zawsze ciężko
mistycznie zakręcona.
- Siostro - odezwała się Rebel. - Przewody dysków adhezyjnych się
rozregulowały. Czy zechce siostra im się przyjrzeć?
A potem, kiedy kobieta wsunęła ręce w plątaninę przewodów, mówiła dalej:
- Wie siostra, wciąż myślę o wersach jednego z waszych proroków. Ale nie
wszystko pamiętam. To się zaczyna: "Pragnieniem ducha i tęsknotą
dręczyłem się w pustyni srogiej, i sześcioskrzydły seraf oto ukazał mi
się pośród drogi". Zna to siostra? Dalej idzie: "Palcami lekko, jako
snem, musnął źrenice me - i wtem przeźrzały wieszczo chwili onej jak u orlicy przelęknionej. A potem uszu moich tknął...". I resztę zapomniałam.
Dłonie siostry Mary Radhy znieruchomiały. Przez długą chwilę milczała. A potem spojrzała w nieskończone głębie nocy.
- Święty Puszkin - szepnęła. I mówiła dalej, już głośniej: - "A potem
uszu moich tknął, i gwar i dźwięk w nich szumieć jął: i zrozumiałem
nieba gromy, i lot aniołów przez wyżyny, i w głębi morskiej chód
gadziny, i ziół padolnych wzrost widomy. I usta do ust przywarł mych, i grzeszny język wyrwał z nich..."1.
Wyprostowała się gwałtownie, dygocząc w religijnej ekstazie. Poruszyła
dłońmi. Szarpnęła za jeden z adhezyjnych dysków i głowa Rebel opadła
gwałtownie na bok. Jednak paraliż nie minął.
- Siostro - powiedziała cicho Rebel. - Siostro...
- Mmm? - odpowiedziała sennie zakonnica.
- Doktor mówił, że ma teraz siostra zdjąć mi paraliż. Pamięta siostra?
Prosił, żebym siostrze przypomniała.
Rebel wstrzymała oddech. To był moment, kiedy albo odzyska wolność, albo
straci wszystko. Wszystko zależy od tego, ile czasu trzeba zakonnicy, by
powrócić do rzeczywistości.
- Och... - wymruczała siostra Mary Radha.
Pomajstrowała przy przełączniku, niepewnie zmieniła dwa ustawienia. Z lunatyczną powolnością zdjęła dyski. A potem potrząsnęła głową,
uśmiechnęła się niewyraźnie i wyszła.
Rebel wciąż nie oddychała. Mogła się ruszać! Ale przez długą minutę nie
robiła tego. Patrzyła tylko w górę niewidzącym wzrokiem.
Wspomnienie odbicia w ekranie, choć skrócone i zniekształcone,
przyciskało ją do posłania ciężarem strachu. W końcu zebrała się na
odwagę i ostrożnie, z wahaniem, podniosła rękę do oczu.
Przekręciła ją powoli.
Ręka była cała, a mięśnie pracowały gładko.
Skóra była gładka, smagła jak u Włoszki, pokryta leciutkim puszkiem
ciemnych włosów. Palce krótkie, paznokcie perłoworóżowe. Przerażona
Rebel usiadła sztywno i spojrzała na swoje ciało.
Piersi miała krągłe i pełne, uda trochę ciężkie, ale wciąż muskularne.
Szpital dla przyzwoitości pozostawił jej przepaskę łonową, ale ponad nią
niczym kolumna mrówek maszerowała w stronę pępka cienka linia czarnych
włosów. Nogi krótkie, sprawne, mocne. To było dobre, zdrowe ciało.
Ale nie jej ciało. Ciało Rebel Elizabeth Mudlark było długie, chude,
gruzłowate na łokciach i kolanach. Skórę miała białą jak porcelana, a włosy koloru mysiego blondu. Dłonie i stopy były smukłe i szczupłe, z palcami artysty, pianisty.
Praktycznie zupełne przeciwieństwo ciała, które miała teraz.
Zaraz zwariuję, pomyślała. Zacznę krzyczeć.
Ale nie zrobiła ani jednego, ani drugiego. Wstała i w obsydianowej
powierzchni ekranu obejrzała swoje malowanie, ignorując obcą okrągłą
twarz z perkatym nosem i ciemnymi oczami - oczami, w których lśniła
zwierzęca trwoga. Linia czerwonej farby biegła po twarzy od ucha do
ucha, jak maska, z sięgającymi czoła bocznymi zygzakami skrzydełek.
- Proszę, włącz - poleciła i sprawdziła listę wetware'owych kodów.
Zgodnie z logiką malowanie identyfikowało ją jako Pacjenta Szpitalnego,
Blok Przygotowania Psychooperacyjnego.
Farba rozmazywała się. Rebel bez trudu zmieniła oznaczenia na Pacjenta
Ambulatoryjnego, Psychochirurgia Postoperacyjna. Dwie krótkie linie
sięgały teraz od oczu w dół, a na czole pojawiły się dodatkowe
skrzydełka. Rebel otuliła się płaszczem, naciągnęła kaptur i wyszła ze
swojej wnęki na brukowany chodnik.
Prowadził między wysokimi różanymi żywopłotami i skręcał w inny.
Włączyła się w strumień pracowników medycznych w płaszczach
odpowiadających ich malowaniu: chirurgiczne zielenie, diagnostyczne
błękity i wetware'owe czerwienie - oraz garstkę cywilów we własnych
okryciach. Sunęli chodnikiem równo, bezmyślnie, pochłonięci sobą - jak
roboty. Rebel poruszała się między nimi niewidoczna, płynąc na palcach,
jako że był to rejon niskociążeniowy.
Z początku szła pewnie, a płaszcz powiewał jej na ramionach. Potem
chodnik się rozwidlał, i jeszcze raz, aż w końcu beznadziejnie się
zgubiła w różanym labiryncie, pośród setek wnęk, gdzie czekali pacjenci
upakowani ciasno jak larwy w ulu. Bez żadnego ostrzeżenia, nagle poczuła
się naga i odsłonięta... Zapomniała, jak się chodzi. Wszystkie te
skomplikowane ruchy... W panice ciasno otuliła się płaszczem i potknęła.
Zombie sunęły dookoła, zręcznie ją omijając, kiedy starała się odzyskać
równowagę. Oczy na obojętnych twarzach zerkały na nią pośpiesznie i odwracały się.
I kiedy już się przewracała, czyjaś ręka wyciągnęła się, chwyciła ją za
łokieć i brutalnie postawiła na nogi. Odwróciła się i spojrzała prosto w chudą, lisią twarz, przeciętą pojedynczą pomarańczową linią wetware'u.
Obcy uśmiechnął się: wąska szczęka, drobne, ostre zęby. Boleśnie ściskał
jej ramię tuż powyżej łokcia.
- Tędy - powiedział.
- Wszystko w porządku, człowieku - odparła szybko. - Zahaczyłam o coś
nogą, to wszystko. Pokaż, którędy do wyjścia, a będę wdzięczna.
- Bzdury - burknął mężczyzna. - Już by cię złapali, gdyby ktokolwiek się
zorientował, że zniknęłaś.
Rebel wyrwała rękę i odkryła, że jej nowe, nieznajome ciało drży od
adrenalinowej reakcji. Mężczyzna uśmiechnął się z wyższością.
- Posłuchaj. Znam kogoś, kto mógłby ci pomóc wyrwać się z tego bałaganu.
Chcesz się z nią spotkać czy nie?
***
Na grzbiecie wyspy habitatu rosły wielkie stare dęby. Jeden z nich
rozciągał swe gałęzie nad komercyjnym labiryntem otaczających szpital
sklepów i tawern. Jego pień sięgał połowy dystansu do osi. Kiedy idąc,
patrzyła w górę, Rebel widziała gwiazdy migoczące w jego górnych
rejonach, znikające i pojawiające się znowu w przerwach między liśćmi.
- Niezły numer, wyrwać się z pełnego paraliżu terapeutycznego -
stwierdził mężczyzna. - Chciałbym wiedzieć, jak to zrobiłaś.
I po chwili, gdy nie odpowiedziała:
- Hej... Nazywam się Jerzy Heisen.
Pomiędzy gałęziami liście opadały powoli, ledwie się przesuwając przez
zawieszone cząstki pyłu, jak gdyby powietrze zagęściło się, by je
podtrzymać. Widoczne w rozproszonym świetle, liście i pył dzieliły ten
bezruch, który w rzeczywistości był powolnym, nieustającym ruchem,
nieskończonym falowaniem tak potężnym i niepowstrzymanym jak obroty
spiralnych galaktyk.
- Doprawdy? - Rebel żałowała, że nie może wspiąć się na to drzewo,
zanurzyć między dryfujące gałązki i strzępki, tak podobne do ogromnych
fal pływów w domu. - Z twoich znaczących uwag wnioskuję, że nie muszę
się przedstawiać.
- Och, wiem o tobie wszystko...
Przeszli pomiędzy wystawami biżuterii: posrebrzane naramienne
bransolety, lśniące delikatnie pod błękitnymi lampami, niektóre
migoczące od księżycowych diamentów, impaktowych szmaragdów, a nawet
kolumbijskich turmalinów.
- Jesteś personatorką, aktualnie cierpiącą po poważnej kasacji
osobowości - własnoręcznej, nawiasem mówiąc - i podtrzymywaną przez
prototypową nakładkę tożsamości, formalnie rzecz ujmując, będącą
własnością Deutsche Nakasone Gesellschaft. Nazywasz się Eucrasia Walsh.
- Nie, wcale...
Urwała zaskoczona. Rzeczywiście, imię i nazwisko brzmiały znajomo, choć
dziwacznie, jak gdyby Heisen zdołał nazwać wszystko, co było w niej
wstrętne, całą jej litość nad sobą, tę poranioną nienawiść, w jaką się
zapadała, kiedy ogarniał ją ponury nastrój. Wezbrał w niej stęchły,
zastarzały odór porażki i znużonego sumienia, i spuściła głowę.
Heisen wziął ją pod rękę i pchnął naprzód.
- Pogubiona, co? To całkiem normalne.
Przyjrzała mu się uważnie i uderzyło ją coś w jego twarzy: zaciśnięte
rysy, długi, wąski nos, miotła rudych włosów... Znała tę twarz. Nie
musiała wysilać wyobraźni, by zobaczyć ją pokrytą demoniczną maską
czerwonych i zielonych linii.
- Jesteś moim lekarzem!
- Twoim psychochirurgiem, zgadza się. - Chodnik przeszedł nad stawem,
gęstym od wodnych lilii. Grupa pierrotów obsługiwała stoliki przy
brzegu. - Ale nie martw się, jestem poza programem. Z własnej woli nawet
najgorszego wroga nie oddałbym tym draniom z Deutsche Nakasone. Chociaż
nie mam wyboru, kiedy jestem zaprogramowany... - Tłum przechodniów
zgęstniał, zwolnił... - No, jesteśmy. Zjedziemy teraz do centrum.
Rząd wind ustawiono przy pniu wielkiego dębu; próżniowy rękaw przebijał
się prosto przez sieć korzeni. Kabiny były brudne, jasno oświetlone;
unosił się z nich leciutki zapach moczu i starego potu. Gdy fala ludzi
ruszyła naprzód, Rebel z żalem spojrzała w górę, natchniona fantastyczną
wizją: wyrywa się z tłumu i wspina na pień drzewa, zwinna jak wiewiórka,
coraz szybciej i szybciej, gdy wyżej słabła grawitacja, jak przeskakuje
z gałęzi na gałąź. Aż na samym czubku przyciąga kolana do piersi, opiera
stopy o korę i skacze... Wzlatuje wysoko w powietrze, z ciałem
wyciągniętym i wyprężonym, i zwalnia stopniowo, aż w ostatniej możliwej
chwili dotyka osi i magnetyczna lina porywa ją, by pociągnąć daleko,
daleko stąd w czasie jednego oddechu. (Tylko że nie miała bransolet ani
pierścieni nożnych, żeby pole magnetyczne miało o co zaczepić. Dlatego
spadłaby w dół jak kamień, z początku z nieznośną powolnością, potem
szybciej: bezskrzydły Ikar, pędzący łukiem w dół, by rozbić się krwawo o mury miasta. To głupia fantazja).
- Deutsche Nakasone będzie cię szukać. Wiesz o tym? - Z setką innych
weszli do kabiny. Drzwi zasunęły się z westchnieniem i podłoga zapadła
się im pod nogami. - Chcą dostać czysty zapis tej twojej osobowości. A potem chcą cię przywrócić do Eucrasii Walsh. Z dobroci korporacyjnego
serca, zapytasz? W życiu, martwią się tylko, żeby zachować prawa
autorskie.
Twarz Heisena była tak blisko jej twarzy, że kaptury się pocałowały.
Czuła jego kwaśny oddech, gdy szepnął:
- Nie obchodzi ich, że dla ciebie - obecnej ciebie, tej, którą myślisz,
że jesteś - to będzie to samo co śmierć.
Części windy zostały z tyłu, by wysadzić pasażerów; reszta jechała w dół. Niegrzeczny chłopak w biało-czarnym malowaniu, z zawieszoną na szyi
metalową gwiazdą, wyraźnie starał się zwrócić na siebie uwagę Rebel:
oparł dłoń na biodrze i odrzucił płaszcz, odsłaniając pas nagiej skóry
wzdłuż ciała. Odwróciła wzrok i otuliła się ciaśniej, a on parsknął
śmiechem.
- Ale dlaczego? Dlaczego mi to robią?
Heisen westchnął.
- Historia jest całkiem prosta - stwierdził. - Chociaż nieprzyjemna.
Pamiętasz, jak byłaś Eucrasią? Pracowałaś jako personatorka?
Wspomnienie tkwiło w umyśle, ale było bolesne, więc Rebel cofała się
przed nim. Łączyło się z tym samobójczym szaleństwem, w jakie wcześniej
popadła, i wolała trzymać się od niego z daleka. Chociaż - jak język co
chwila przyciskający bolący ząb - jej myśli okazywały własną wolę.
- Moje wspomnienia są całkiem poplątane.
Kolejna część windy pozostała z tyłu, potem jeszcze jedna.
Odstąpili od siebie. Heisen rozejrzał się po obojętnych twarzach.
- Wiesz, wolałbym tutaj w to nie wchodzić. Ktoś może usłyszeć. Opowiem
ci wszystko u Snow.
Kabina otworzyła się i gorące, wilgotne powietrze dmuchnęło Rebel w twarz. Tak nisko ciążenie było powyżej normy Greenwich, więc czuła się
niezgrabna i ociężała. Tłum popchnął ich do ogromnej groty wypełnionej
gęsto połączonymi kelpowymi barami i salonami chirurgii, lokalami
hazardu i straganami. Zmienny holograficzny transparent zaatakował jej
wzrok i skrzywiła się niechętnie. Trzy pasma muzyki zderzały się ze
sobą; od subinfów czuła się niespokojna i trochę wystraszona. Pot
zwilżył całe jej ciało. Byłam już tutaj, pomyślała. Nie, nie byłam.
- Na Bakuninstrasse - rzucił Heisen.
Dalej od wind z górnego miasta sklepów było coraz mniej i przedzielały
je czarne fundamenty budynków i wsporniki habitatu. Światło zapaliło
się, kiedy mijali galerię wetware'u; Heisen zatrzymał się i wskazał
wnętrze. Rebel spojrzała. Klienci przeciskali się w przejściach,
przesuwając dłonie nad nieskończonymi liniami stojaków. Od czasu do
czasu ktoś wyjmował opłatek i znikał w którejś z budek programowania,
stojących rzędem przy tylnej ścianie. Nad głowami rozbłyskiwały
reklamowe hologramy: suzy vacuum, głosił jeden.
Dziewczyna wyglądała jak ktoś w rodzaju Amazonki. Najpiękniejszy
chłopak, jakiego Rebel w życiu widziała, unosił się nad jednym słowem:
angelus. A potem dostrzegła transparent Rebel
Elizabeth Mudlark: na tle gwiaździstego nieba kobieta, która nie była
nią, robiła coś, czego ona nigdy by nie zrobiła. Rebel patrzyła
zaszokowana.
- Zauważyłaś te małe komety w tle? Wy, nadrzewcy, jesteście w tym
sezonie bardzo modni.
Rebel spojrzała na niego oszołomiona.
- Prereklama. Wpakowali w ciebie masę forsy. Chciałem ci tylko pokazać,
jakim jesteś kosztownym kawałkiem rozwojowego wetware'u. Chodźmy.
Wzdłuż ześlizgu, potem korytarzem dostępowym z długimi odcinkami
sprasowanego żużlu... W dolnych częściach wymalowano permasprejem
prymitywne litery w jaskrawych kolorach, w splątanym i ledwie
zrozumiałym bełkocie, zostań sobą bóg
nienawidzi znikało pod wolneumysływolneumysływolneumysły, które jarzyło się
ponad migocz mocą mózgu, nim zderzyło się z niech piekło porwie zmiennokształtnych tancerzy
oblicza wilkołacze wampiry. Ktoś podjął poważny wysiłek usunięcia
symbolu koła z tekstem przyjaciel ziemi wokół.
Pod graffiti na skrzynce siedział robotnik, odwrócony twarzą do ściany.
Zdjął klapę włazu i cyborgował w plątaninie kolorowych przewodów.
Za rogiem minęli przelotowe miasto. Wypaleńcy kuśtykali dookoła,
wypatrując darmowych okazji. Paplali monotonnie i bez końca, ich umysły
spróchniały od Boga, seksu i informacji, ich odruchy rozpadły się, oczy
mieli puste, rozedrgane. Heisen syknął niechętnie i przyśpieszył kroku.
- Szumowiny - mruknął, kiedy byli już w bezpiecznej odległości. -
Powinno się...
Skręcili w jeszcze węższy zaułek, gdzie na ulicy cienką warstwą leżały
śmieci, które zaczynały już fermentować. Smród gnijących kalmarów i starego smaru wisiał w powietrzu, a podeszwy stóp Rebel poczerniały.
Spojrzała na Heisena i ze zdumieniem odkryła, że tamten drży. Pot
ściekał mu po twarzy, pobladłej teraz jak brzuch ryby.
- Do licha, chłopie - powiedziała. - Co się z tobą dzieje?
- To tylko wetware. - Heisen machnął dłonią przed twarzą. - Zawsze mam
podkręcone procesy imaginacyjne, żebym szybko dostrzegał największe
szanse. Rozumiesz? I w efekcie robię się lekko... paranoiczny.
Zeszli po ukośnym podeście, gdzie większość stropowych lamp dawno
została rozbita albo ukradziona. W cieniach stękały wentylatory, z sufitu zwisała plątanina czarnych kabli. Musieli pochylać się, by
przejść pod niskimi pętlami.
- Niech ją szlag trafi... - Heisen się otrząsnął. - Przecież nie musi mieć
biura akurat tutaj, po prostu chce tej przestrzeni... Żałuję, że... - Raz
jeszcze skręcili za róg i wskazał drzwi, szare od miejskiego brudu. - To
tutaj.
Nad wejściem migotał neonowy nóż sprężynowy, okaz antycznej techniki,
którego odtworzenie musiało kosztować majątek. Brzęczał i trzeszczał,
zabarwiając cienie czerwienią. Ostrze noża zapalało się i gasło, jakby
wyrzucane i chowane w rękojeści. Na drzwiach, na samym środku, wisiał
przyklejony taśmą mały biały prostokąt, wizytówka.
snow
innowacje
ostend kropotkinkorridor bei bermangallerie
neues-hoch-kamden, e.k.
- Snow? - zawołał niepewnie Heisen.
Drzwi otworzyły się i weszli.
***
Czegokolwiek Rebel mogłaby się spodziewać, to nie było to: pomieszczenie
tak wielkie i puste, że nie potrafiła ocenić jego rozmiarów. Matowe
ściany, białe i gładkie. Żadnych mebli. Jedynym przedmiotem w tej
wielkiej przestrzeni był dywanik modlitewny na środku. Klęczała na nim
samotna postać; odrzucony kaptur odsłaniał łysą, pochyloną głowę. Pokój
był ochłodzony do temperatury, która po chwilowej uldze wydawała się
równie uciążliwa jak upał na zewnątrz.
Ruszyli naprzód. To była ostateczna forma ostentacji wśród maniaków
techniki - system tak kompletny i wyrafinowany, że niczego nie było
widać, żadnych maszyn, przewodów, układów sterowania... Pomieszczenie
zostało pewnie oplecione niewidoczną ornamentacją promieni
wyzwalających, mikrofonów kierunkowych i czujników subwokalnych. Była tu
władza, widoczna dla kogoś, kto znał jej geografię.
Kobieta uniosła głowę i zmierzyła Rebel spojrzeniem zimnych wężowych
oczu. Czaszkę miała białą jak marmur, a twarz malowaną w sześciokątny
deseń, przywodzący na myśl rozbłyski gwiazd i lodowe kryształki.
- Co tym razem dla mnie ukradłeś, Jerzy?
Na twarz Heisena wrócił kolor. Znowu odsłonił zęby i szerokim gestem
odrzucił płaszcz, by wykonać szyderczy głęboki ukłon.
- Pozwolisz sobie przedstawić - rzekł - jedyną istniejącą czystą kopię
przyszłomiesięcznej głównej premiery Deutsche Nakasone.
Kobieta nie drgnęła nawet.
- Jak to się stało?
- Jak miło cię widzieć, Jerzy, może usiądziesz wygodnie? - Mężczyzna
uśmiechnął się zaczepnie. - Czy nie to chciałaś powiedzieć, Snow? A może
powinniśmy klapnąć na podłogę?
Snow lekko poruszyła głową - ruch, jaki mogłaby wykonać jaszczurka w chłodny poranek po dłuższej hibernacji.
- Za wami.
Rebel odwróciła się i niemal upadła na fotel w stylu królowej Anny. Obok
stał drugi, identyczny.
Cofnęła się odruchowo. Heisen także chyba dał się wytrącić z równowagi.
W jakikolwiek sposób fotele zostały magicznie przywołane do istnienia,
efekt był tak przejmujący i nieskażony jak dowolny średniowieczny cud.
Usiedli jednak. Dziwny błysk pojawił się w oczach Snow, gdy znów na nią
spojrzeli. Czyżby rozbawienie? - zastanowiła się Rebel. Jeśli tak,
było ukryte głęboko.
Heisen odchrząknął.
- To jest Rebel Elizabeth Mudlark - powiedział. - Dwa dni temu była
personatorką, niejaką Eucrasią Walsh. Eucrasia robiła wstępną selekcję
na serii zaopcjowanych psychozestawów, kiedy wypaliła opłatek Mudlark i rozwaliła podstawę. Trafiła do Naszej Pani Różanej...
- Skończ ten bełkot - przerwała mu gniewnie Rebel. - Przewiń do początku
i daj jeszcze raz, tylko bez żargonu.
Heisen zerknął na Snow, która lekko skinęła głową. Zaczął mówić, tym
razem kierując się do Rebel.
- Deutsche Nakasone codziennie testuje masę wetware'u. Większość nigdy
nie trafia do użytku, ale wszystko trzeba ocenić. Więc wynajmują
personatorów, żeby zajęli się pierwszym odsiewem. Prosta sprawa.
Podłączają cię, wytłumiają bazową osobowość... tę Eucrasię... programują
nową personę, testują, deprogramują, a potem programują z powrotem twoją
podstawową jaźń. Brzmi znajomo?
- No... Chyba sobie przypominam - przyznała Rebel. - Ale to w ogóle nie
brzmi jak coś, co sama robiłam - dodała szybko. - Raczej jakby się to
zdarzyło komuś innemu.
- Już do tego dochodzę - uspokoił ją Heisen. - Chodzi o to, że
personatorzy są zwykle mocno niestabilni. To typy samobójczo
nieszczęśliwe. Dlatego trafiają do takiej roboty, rozumiesz. Starają się
zmienić w Tego Właściwego. Ale dowcip polega na tym, że mają marne
struktury doświadczeń i nigdy nie będą tak szczęśliwi jak inni.
Doświadczenie zawsze dominuje, jak mawiamy. - Przerwał na moment i spojrzał tryumfalnie na Snow. - Ale tym razem jednak nie.
Snow milczała. Po niezręcznej chwili ciszy Heisen zaczął mówić dalej.
- Tak jest. Trafiliśmy na wyjątek potwierdzający regułę. Nasza Eucrasia
podłączyła się, wypróbowała nową personę... i polubiła ją. Polubiła tak
bardzo, że wylała na programator szklankę wody i zrobiła zwarcie. W ten
sposób zniszczyła jedyną bezpieczną kopię własnej persony, ale też
jedyny istniejący egzemplarz programu Mudlark.
Znów ten lekki ruch jaszczurki...
- A potem... - rzuciła Snow. - Tak. Tak, rozumiem. Interesujące...
Z lekkim, elektryzującym dreszczykiem świadomości, że przypomina sobie
coś, o czym nie mogła wiedzieć, Rebel zrozumiała, że Snow łączy się ze
swoim systemem, że wąskokierunkowy mikrofon albo implant podkorowy
podaje jej dane.
- Jak ci się udało ją ściągnąć? - spytała Snow.
Heisen wzruszył ramionami.
- Szczęśliwy traf. Wyrwała się stamtąd i przypadkiem wpadła na mnie.
Opowiedział, co wiedział o ucieczce.
- To bardzo ciekawe...
Kobieta wstała. Była wysoka i niemożliwie, eterycznie szczupła: widmo w bieli... Ciasno otulała się płaszczem. Dwa długie, bezcielesne palce
wysunęły się spod jego fałd, by dotknąć czoła Rebel. Były twarde i suche
jak pergamin, a Rebel zadrżała od ich dotyku.
- Z jakiego rodzaju umysłem mamy tu do czynienia?
I Snow umilkła.
- Rzuć okiem na jej specyfikację... - Heisen wyjął z kieszeni płaszcza
tablet i wywołał holograficzny, wielokrotnie rozgałęziony diagram
wetware'u. W powietrzu zawisła poskręcana zielona sfera, podobna trochę
do burzanu albo do dalekiego kulistego drzewa... Właściwie to wyglądała
dokładnie tak jak rodzinny dysonowski świat Rebel, i ten obraz nią
wstrząsnął.
- Zgoda, to tylko zgrubne odwzorowanie - mówił rozgorączkowany nagle
Heisen. - Ale spójrz... Widzisz, gdzie roztraja się n-gałąź? Mamy bardzo
silne...
Zielona sfera jaśniała w powietrzu niczym wizja Graala, i w umyśle Rebel
błysnął ten rozświetlony moment, kiedy jej persona wypełniła czaszkę, a ona sama sięgnęła po szklankę i wylała ją na programator. Strumień wody
roziskrzył się w powietrzu, nadzorująca techniczka odwróciła się ze
zgrozą, z paniką w oczach i otwartymi ustami, a Rebel odchyliła głowę,
czując, jak w krtani rodzi się serdeczny, głośny śmiech. Przyjemnie było
poczuć się żywą, poczuć myśli rozgrzewające umysł jak promienie słońca,
wiedzieć, co ma do zrobienia. Wtedy jednak, gdy woda chlusnęła do
obudowy opłatka, a techniczka wrzasnęła: "Co ty...?!", Rebel uświadomiła
sobie, że przewody programatora wciąż są podpięte do jej kory mózgowej.
Opłatek zaskwierczał, rozszedł się smród palonego plastiku. Przypadkowe
impulsy przebiegły po kablach, odpychając w bok jej rękę, kiedy
wyszarpnęła przewody o ułamek sekundy za późno, a wszechświat pobielał i zapadł w nicość...
Wspomnienie zostało przerwane i Rebel zadrżała. Gdzie była? W szpitalu?
Znów ją schwytali? Heisen i Snow ciągle rozmawiali: wysoka, szczupła
kobieta obojętnie patrzyła z góry na niskiego, rozgorączkowanego
mężczyznę... i w końcu Rebel przypomniała sobie, kim są. Żadne nie
zauważyło nawet, że przez chwilę się wyłączyła - epizod musiał być
bardzo krótki.
- I biorę za nią punkty - powiedział Heisen. - Słyszysz, Snow? Żądam
punktów.
- Może to za duża sprawa jak na nas? - Snow przez chwilę naradzała się
sama ze sobą. - No dobrze, spróbujemy. - Zwróciła się do Rebel. -
Pozwól, że przedstawię ci pewną hipotetyczną sytuację. Wyobraź sobie, że
kontaktuje się z tobą niewielka firma, która robi podróbki komercyjnych
person. Przypuśćmy, że oferuje ci... - lekko przechyliła głowę - ...trzy
punkty za pomoc w wykonaniu czystej rejestracji. W efekcie stracisz
wartość dla Deutsche Nakasone. Nie ma wartości, nie ma zainteresowania...
Zostawią cię w spokoju. Pamiętając przy tym, że bez tego dealu wytropią
cię i wykasują z twojego własnego mózgu... Co byś na to powiedziała?
Wspomnieniowy epizod pozostawił nieprzyjemny posmak w umyśle Rebel. A może to wydarzenia całego dnia zaczynały na nią działać? Trudno było się
skupić.
- Nie rozumiem. - Pokręciła głową. - Podróbki?
- No więc powiedzmy, że obecnym bestsellerem jest... - Snow słuchała przez
moment - ...młody człowiek o nieprawdopodobnym imieniu Angelus. Jest...
wrażliwy, romantyczny, nieśmiały... Tryby reklamy się kręcą i nagle każdy
czternastolatek w Klastrze chce być wrażliwy, romantyczny i nieśmiały.
Pojawia się ogromny popyt na taką personę. Bierzemy więc wczesną kopię,
wprowadzamy dość zmian, żeby uniknąć procesu, i zrzucamy sto tysięcy
opłatków na szary rynek. Te persony nie są ściśle Angelusem, ale są
wrażliwe, romantyczne i nieśmiałe. I tanie. Wielcy gracze zbierają
wielkie zyski, a my wleczemy się obok i zbieramy okruchy.
- Tylko że tym razem - wtrącił Heisen - będziemy na rynku pierwsi i skorzystamy z ich reklamy za darmo. Będą musieli ścigać się z naszymi
opłatkami, a nie reagują tak szybko jak my. Możemy ściągać topowe zyski
przez dobry tydzień, zanim...
Rebel poczuła ciarki na samą myśl o stu tysiącach obcych dzielących z nią myśli, twarz, duszę... doświadczających jej najbardziej skrywanych
uczuć, najgłębszych emocji. Wyobraziła ich sobie jako białawe larwy
wijące się w ślepych rojach, biologiczne maszyny bez woli ani
indywidualności.
- Nie - oświadczyła. - Zapomnijcie. Nie będę handlować swoim umysłem.
- Niech to szlag, przecież nie masz żadnej... - Heisen przyskoczył i wyciągnął rękę.
Rebel poderwała się, złapała równowagę, zacisnęła pięść. Nigdy nie
ćwiczyła techniki walk w wysokiej grawitacji, ale mięśnie nowego ciała
dobrze się zintegrowały ze sobą i nie wątpiła, że potrafi powalić
Heisena na miejscu. Najpierw rozwali mu nos, potem...
- Dość!
Ramię Snow wystrzeliło spod płaszcza (błysk trupiobladej skóry
naciągniętej ciasno na kości, małe czarne sutki na płaskich piersiach) i stworzyła zaporę między nimi. Ręka była długa, anorektyczna, pokryta
srebrzystym filigranem egzoszkieletowych wzmacniaczy mięśni. Gdyby je
uruchomiła, mogłaby przebić pięścią żużlową ścianę albo bez wysiłku
połamać kości.
- Jak dotąd - rzekła - mówiłam hipotetycznie. Żadne oferty nie padły.
Niemrugające oczy wpatrywały się w Rebel, jakby była tajemnicą, którą
mogą przeniknąć samą siłą woli.
- Ona może być pułapką, Jerzy - dodała, nie odwracając głowy. -
Pomyślałeś o tym?
Heisen skrzywił się.
- Nie, przecież... Ale to niemożliwe, prawda? - Podbiegł i wbił palec w pływający diagram wetware'u. - Popatrz tylko! To rozszczepienie w r-odnodze! - Uspokoił się trochę. - Nie, czegoś takiego nie da się
podrobić. Musi być w porządku.
Jednak na czoło wystąpiły mu świeże krople potu, a spojrzenie stało się
czujne.
Snow wsunęła rękę pod płaszcz. Wzruszeniem ramion usunęła diagram.
- Co bardziej istotne, jakoś trudno mi uwierzyć, że personatorka nagle
odkrywa szczęście i sens w nowej osobowości. To bajka. - Odpłynęła na
swój dywanik modlitewny, pełna gracji jak gejsza. - Obawiam się,
dziecko, że w tej chwili nie jesteś jeszcze gotowa, by dobić targu. Choć
naprawdę bardzo bym chciała się dowiedzieć, co się dzieje w tym twoim
intrygującym umyśle. - U jej boku Heisen trząsł się cały jak pies
myśliwski na smyczy. Snow pokręciła głową. - Dowiedzieliśmy się
wszystkiego, co możliwe, nie parząc sobie przy tym palców.
W ciszy, jaka zapadła, jeden z ukrytych głośników Snow zaczął szeptać
Rebel do ucha, głosem równocześnie podobnym i niepodobnym do głosu Snow.
- Zbiry z Deutsche Nakasone będą tu za minutę. - Laser błysnął
hologramami na jedną z jej siatkówek: zawiła mapa najbliższych ulic i galerii. Dwa migoczące punkty sunęły w stronę gabinetu Snow. - Jerzego
trzeba będzie poświęcić, ale jeśli zaraz po wyjściu skręcisz w lewo i pobiegniesz jak szalona, powinnaś wyjść z tego cało. - Mapa zgasła. -
Ruszaj, dokądkolwiek zechcesz. Będziemy wiedzieć, czy udało ci się
uciec. A kiedy będziesz gotowa do interesów, ktoś z nas się z tobą
skontaktuje.
Sama Snow milczała. Stała smukła i samotna niczym madonna.
W końcu odezwała się głośno:
- Drzwi są za tobą.
Rebel odwróciła się i wybiegła.
Na zewnątrz pędziła ślepo po gorących i dusznych korytarzach centrum.
Skręcała przypadkowo w zatłoczone galerie i puste zaułki, aż z trudem
łapała oddech, pot pokrył jej skórę, a strach wezbrał i ją pochłonął.
2. dwór króla jonamona
2
Dwór króla Jonamona
Nieokreślony czas później Rebel trafiła na grupkę portów danych pośrodku
wykafelkowanego dziedzińca. Nie miała pojęcia, gdzie jest - sądząc po
ciążeniu, gdzieś w środkowym mieście.
Tropikalne ptaki śmigały między zatłoczonymi butikami. Tafla wodospadu
spływała do płytkiej sadzawki. Na jej brzegu handlarz sprzedawał
miedziane monety, żeby wrzucać je do wody.
Bez świadomego polecenia ciało samo przedryfowało do portu. Brzęczało
jej w głowie, która wydawała się lekka, jakby należała do kogoś innego.
Z ogromnego dystansu patrzyła, jak jej palce dwa razy dotykają ekranu,
wskazując łączność w czasie rzeczywistym. Potem wybrały kod dostępu i zastanowiła się, do kogo może należeć.
Na monitorze pojawiła się męska twarz. Unosiła się w czerni, bez żadnego
wizualnego tła. Pod wymalowaną konstelacją pięciu złotych gwiazd brwi
uniosły się w zdumieniu.
- Sporo czasu minęło...
Rebel słuchała z jakąś bezosobową fascynacją, jak ostry, gorączkowy głos
z jej własnych ust zaczyna mówić:
- Muszę się ukryć. Muszę się wczołgać pod swoją twarz i wciągnąć ją za
sobą, muszę uciec. - Jej twarz zaczęła płakać. - Nie mam pieniędzy i nikomu nie mogę zaufać. Pomóż mi.
Twarz obcego zmieniła się, zaskoczona i zdumiona.
- Wielkie nieba, w co ty się wplątałaś, Eucra...
- Nie używaj mojego imienia!
Osłupienie... A potem znów szybka zmiana wyrazu i uśmiech.
- Jasne, Słonko. Wiesz, moja zmiana właśnie się zaczęła, ale może i tak
powinnaś do mnie dołączyć. Robię teraz w próżni, zeskrobuję kwiaty, nikt
nie będzie cię szukał na skale. Trafisz do Giełdy Pracy, używając
publicznego transportu?
Rebel nie śledziła tej rozmowy. Jej głowa przytaknęła.
- Dobrze. Jak będziesz na miejscu, idź do bramy Składu i Konserwacji.
Powiedz, że chcesz pracować jako drapacz. Zawsze brakuje im ludzi, więc
cię wezmą. Powołaj się na mnie, to przydzielą cię do właściwej ekipy.
Robota jest na akord, więc nie będą marudzić, czy odrobiłaś pełną
zmianę. Uprzedzę, żeby dali sprzęt próżniowy i obciążyli moje konto.
Wszystko jasne? Poradzisz sobie?
Jej ciało odetchnęło głęboko.
- Tak - zapewnił jej głos.
***
Kiedy Rebel wynurzyła się na powierzchnię, skrobała próżniowe kwiaty z powierzchni Erosa.
Była to praca nudna i nieprzyjemna. Jaśniejące niebieskie płatki były
zaskakująco nieuchwytne. Szyba hełmu depolaryzowała błyski, zmieniając
jaskrawe kwiaty w pole czarnych gwiazd. Rebel musiała sięgać w ciemność,
by je znaleźć. Ich łodygi były cienkie jak druty, ale mocniejsze. Co
gorsza, grawitacja była tak niska, że nieostrożny ruch mógł ją odepchnąć
na kilka metrów. Unosiła się więc nad powierzchnią, utrzymując się w górze dotknięciami palców i stóp, i wsuwała nożyce pod kolejne kwiaty.
Mięśnie bolały ją od napięcia i zmęczenia.
Wnętrze próżniowego skafandra śmierdziało, a wypełniony ledwie w połowie
worek wlókł się za nią niczym odwłok królowej pszczół. Hełm brzęczał od
głosów, kiedy ludzie z zespołu paplali przez interkom.
- ...słowo daję, że nie bujam. - Męski głos zaciągał lekko. - Byłem
najbardziej eleganckim stworzeniem na dwóch nogach. Do persony dorzucają
pakiet etykiety, łapiecie? No i wiem, jakim widelcem mam dłubać w nosie
i w ogóle. Nie tylko byłem taki elegancki publicznie, ale elegancki
nawet po seksie.
- Tak? To może powinnam cię wypróbować - odezwał się rozbawiony żeński
głos.
- Tamara, skarbie, najjedyniejszą rzeczą mniej prawdopodobną od seksu z tobą jest to, że się do niego przyznam. - Wybuchy śmiechu. - Ale namów
któregoś z twoich męskich kumpli, żeby spróbował tego programu.
Poważnie.
- Pieprzysz - wtrącił inny kobiecy głos. - Któryś z męskich kumpli
Tamary zrobi się elegancki, to od razu...
Wyłączyła interkom. Coś przemieniało się wewnątrz niej i nie wiedziała,
kim właściwie jest, Eucrasią czy Rebel, Rebel czy Eucrasią.
- Puszczaj - syknęła wściekle i znowu stała się sobą: Rebel.
Ale poczucie tej drugiej jaźni pozostało jeszcze, unosząc się nad nią.
Przygarbiona, ignorowała je, jak najlepiej potrafiła, zeskrobując kwiaty
ze skały.
Praca uspokajała. Palce poruszały się jakby kierowane własną wolą:
regularnym, wydajnym rytmem ścinały kwiaty i wpychały je do siatkowej
torby. Przed nią po horyzont rozpościerały się ich nieskończone maty,
każdy kwiat wielkości ludzkiej głowy, ale tak delikatny, że rozsypywał
się w nicość od dotknięcia palca rękawicy.
Świadomość Innej pozostała jednak, aż całe plecy świerzbiały ją od
wzroku wyobrażonych oczu; co chwilę oglądała się przez ramię. Ale nikogo
nie było - tylko pas nagiej skały, a w oddali parę niskich budynków i kilka działek frachtowych. Działki były po prostu kawałkami terenu,
gdzie skałę wyrównano na płasko, by wykorzystywać ją dla składowania
towarów. Niektóre były puste, na innych pomarańczowe, zielone i żółte
skrzynie stały w stosach wysokich jak wieżowce. Maszyny z delikatnymi
chwytakami niczym komary wspinały się na nie, dodając jedne i zdejmując
drugie. Poniżej próżniowcy ściągali kolejne skrzynie z poduszek
magnetycznych albo ładowali do wind, a potem odstępowali, kiedy ładunek
wylatywał w górę i dalej.
Po co w ogóle się tu kręcisz? - pomyślała gniewnie Rebel. Miała ochotę
się rozpłakać, ale stanowczo powstrzymała ten odruch - w skafandrze
próżniowym łzy mogły doprowadzić człowieka do szału. Nie ustąpię ci
miejsca. Teraz to jest mój umysł.
Jakiś śmieć delikatnie uderzył o powierzchnię niedaleko niej, odbił się
i spłynął w dół. Pomarańczowy, czerwony i migoczący - zmięty fragment
opakowania czegoś skonsumowanego na bliskiej orbicie. Rebel wyciągnęła
rękę, spróbowała zebrać zbyt wiele kwiatów równocześnie i poczuła przez
rękawicę lekki wstrząs, kiedy się zwarły.
- Szlag...
Odrzuciła je i usiadła. Miejski kanister wynurzał się ponad jasnym od
kwiatów horyzontem. Chaotyczne grupki świateł habitatów jaśniały na
okiennej ścianie, malutkie i jaskrawe niczym wewnętrzne gwiazdy. I do
Rebel dotarło nagle, że znajduje się na tej obcej planecie, którą
widziała ze szpitala. Na Erosie.
Była na asteroidzie Eros, w centrum Klastra Erosa.
I nagle duch Eucrasii rozpłynął się bez śladu, zniknął jak bańka w próżni.
Rebel przywiązała swoją torbę do skalnego występu, zaciągnęła mocno i przewróciła się na plecy. Pozwoliła, by światło oblewało ją i przepływało.
Wpatrywała się w Klaster i na nowo ogarnęło ją poczucie jednocześnie
znajomości i zachwytu. Na tle gwiazd rozpościerała się sztuczna
galaktyka wirujących pierścieni, fabryk o zmiennej grawitacji,
geodezyjnych miast, sieci magazynowych, żużlowych cylindrów, sfer
rolniczych... nieskończona liczba struktur, pomalowanych w kilometrowe
supergrafiki i jaśniejących jak małe słońca. W kierunku
przeciwobrotowym, za tylną granicą Klastra, szum świetlny zalewał
macierze rafineryjnych zwierciadeł.
Od strony gwiazd autonomiczne żaglowce świetlne halsowały i dryfowały,
dostarczając na wpół przerobione rudy. Bliżej pomiędzy liniami
sterujących hologramów przemykały stada pojazdów wewnętrznych i próżniowców w skafandrach. Całe to piękno, cała złożoność na moment
odebrały jej oddech. Miała ochotę wybuchnąć śmiechem albo się rozpłakać.
I nagle...
- Pilnuj się, Słonko!
Dłoń w rękawicy klepnęła jej hełm i włączyła interkom. Rebel poderwała
się na nogi i przekoziołkowała, ale mężczyzna w kwiecistym skafandrze
ściągnął ją z powrotem.
Na skafandrze powtarzał się też motyw pięcioramiennych żółtych gwiazd
ułożonych w układ Krzyża Północy. W złotej szybie hełmu widziała własne
odbicie razem ze zniekształconym obrazem twarzy mężczyzny, odbitym w jej
własnej szybie.
Tamten wystawił kciuk w górę.
- Koniec zmiany. Pora skakać do domu.
***
Mężczyzna oddalił się powolnymi, śmiesznymi niskograwitacyjnymi skokami,
a Rebel popłynęła za nim. Był wysoki, tyczkowaty, miał wąskie biodra i małe pośladki.
Ze wszystkich stron skakali członkowie grupy roboczej, zmierzając do
podniszczonej windy. Jeden po drugim wsuwali torby urobku w pole,
patrzyli, jak odpływają w górę, a potem podążali za nimi. Ich skafandry
robocze były ozdobione opalizującymi planetarnymi pejzażami, chmurami i tęczami, imitacjami Mondrianów, Pollocków czy van Goghów. Rebel
spojrzała na własny: srebrzysty i gładki.
- Teraz ty, Słonko. Wsuń to na linkę.
Mężczyzna podał jej kawał żelaza z otworem pośrodku. Rebel przewlekła
linkę i pchnęła torbę przed siebie. Ta zniknęła.
- Słuchaj - powiedziała. - Musimy porozmawiać.
- Tak, ale nie tutaj.
Dotknął jej karku i przesunął ją do windy.
Pole szarpnęło. Asteroida w szokującym tempie zmalała w dole. Znów
widziała ją całą, tak jak z New High Kamden: dziwacznie przekrzywiona
wrzecionowata planeta z kontynentami płonącymi metalicznym błękitem i atramentowymi morzami. Te morza były obszarami oczyszczonymi z kwiatów.
Porwał ją system przekierowujący i asteroida odpłynęła gwałtownie, a geodezyjna Giełda Pracy eksplodowała jej w twarz. Rebel wryła się w poduszkę magnetyczną, zwolniła, zatrzymała się i została delikatnie
przepchnięta do śluzy.
***
W hali roiło się od robotników. Rebel przepłynęła obok ludzi z następnych zmian, którzy dopinali skafandry i wychodzili.
Ci z kończących się zmian śmiali się i plotkowali, odkładając hełmy i chowając skafandry. Rebel podążyła za tęczowym skafandrem, który należał
do jej zespołu, i przejechała liną magnetyczną do bramy Składu i Konserwacji. Płatniczka z dużym biustem siedziała tam w nożnych
pierścieniach, z maszyną wypłat na kolanach.
- No dalej - burknęła.
Rebel pośpiesznie zdjęła rękawicę i wsunęła dłoń do maszyny. Ta
odczytała jej odciski, wyliczyła masę zeskrobanych kwiatów i wysunęła
wąską srebrną bransoletkę. Rebel dziwnie się czuła, mając ją na ręku.
Odpłynęła stamtąd, ale straciła z oczu tęczowy skafander. Nie miała
pojęcia, dokąd powinna teraz pójść.
Nagle ktoś zderzył się z nią lekko i szturchnął w stronę liny
magnetycznej.
- Spotkamy się po tamtej stronie, Słonko! - zawołał, kiedy wystrzeliła
przez wrota.
Ten sam mężczyzna... Na końcu liny o mało nie przepuściła drążka, bo
wyciągała szyję, na próżno próbując zobaczyć jego twarz.
Za tęgą kobietą trafiła do szatni. Naśladując jej ruchy, zwinęła
skafander, razem z przepaską łonową wcisnęła do wnętrza hełmu, dołożyła
tani zestaw opasek ręcznych i nożnych, jaki dostała, wychodząc do pracy,
a potem wszystko to wrzuciła do luku pralni. Sama przeskoczyła pod
prysznice.
Umyła się namydlonym ręcznikiem, spłukała wilgotnym i wróciła do szatni.
Szatnia była pięciokątną rurą z szafkami na wszystkich ścianach. Rebel
płynęła między roześmianymi, paplającymi kobietami i nie mogła sobie
przypomnieć, która szafka jest jej.
Ale wspomnienie było tam, choć niedostępne. Jej ciało wiedziało, co
robić. Pozwoliła mu więc podążyć tam, gdzie miało ochotę, i trafiła do
szafki, która otworzyła się na jej dotyk. Wewnątrz znalazła swoje
ubranie i odzież roboczą, świeżo oczyszczone.
Zaczepiła nogę o pierścień stopowy, wciągnęła przepaskę łonową i opaski
transportowe. Potem wsunęła się w pierścienie kolanowe i rozłożyła
lusterko. Z odbicia spojrzała na nią ta sama niepokojąco obca twarz z perkatym nosem. Dookoła kobiety przebierały się i przeprogramowywały,
malując twarze, by odpowiadały nowym personom. Pomieszczenie było pełne
marilyn i pollyann, z kilkoma tylko zeldami, a nawet suzy vacuum. Jakaś
xaviera, widząc jej niezdecydowanie, oderwała się od malowania warg na
sromowy róż i podała jej opłatek.
- Trzymaj, kochana. Otwórz się i spróbuj.
Rebel zaczerwieniła się, a kobieta wybuchnęła śmiechem. Rebel porwała
swoje rzeczy i uciekła, z twarzą tak nagą jak w dniu, kiedy się
narodziła.
***
Na zewnątrz jakiś mężczyzna chwycił ją za łokieć, a ona bez namysłu
wymierzyła mu cios w żołądek. Złożył się wpół pod płaszczem i odpłynął
tyłem, z wyrazem absolutnego zdumienia na twarzy.
Rebel zobaczyła wtedy gwiazdy wymalowane na jego czole i pojęła, że to
był ten obcy, do którego dzwoniła.
Zakłopotana wyciągnęła rękę, by mu pomóc, ale on zdążył już chwycić
drążek i przyglądał jej się czujnie i niechętnie.
- Bardzo przepraszam - powiedziała Rebel. - Nie chciałam cię uderzyć. W ogóle niepotrzebnie do ciebie dzwoniłam. Może po prostu uściśniemy sobie
ręce i pójdziemy każde swoją drogą?
Obcy przyglądał jej się nieruchomo.
- Nie jesteś już Eucrasią, prawda?
Spojrzała mu w oczy - były zielone.
- Nie.
Na moment jego twarz przybrała chmurny wyraz, jakby w tym czasie sam ze
sobą dyskutował. Potem znów się rozjaśniła.
- Wiesz co? - powiedział. - Mieszkam na dworze króla Jonamona, Zbiornik
Czternasty. To chyba najlepsze miejsce, gdzie możesz trafić, jeśli się
przed kimś ukrywasz. Parę szałasów jest pustych. Chodź ze mną, a jakoś
cię tam ułożę do pierwszego tygodniowego czynszu.
- Dlaczego miałbyś robić dla mnie coś takiego? - zdziwiła się Rebel. - A w ogóle to kim ty jesteś?
- Jestem... dawnym znajomym. Kolegą z pracy. - Stuknął się palcem za uchem
i Rebel dostrzegła tam niewielki krążek obtartej skóry. - My,
personatorzy, musimy trzymać się razem, nie?
- Ja... - Rebel wycofała się między fałdy swojego płaszcza. - Wiesz,
przepraszam. Tylko że ostatnio różni ludzie bardzo się interesują moją
sprawą. Nie prosiłam o to. Nie chcę tego.
- W porządku... - Wzruszył ramionami i odwrócił się.
Jakaś desperacja wezbrała gwałtownie z wnętrza Rebel.
- Czekaj! - krzyknęła.
Mężczyzna obejrzał się.
Ostrożna mina... Zaczerwieniła się, bo nie miała pojęcia, dlaczego
zawołała.
- Może byłam zbyt pochopna - powiedziała, by ukryć zakłopotanie.
Kolejna natychmiastowa zmiana wyrazu twarzy i mężczyzna roześmiał się
serdecznie.
- Załamujesz mnie, Słonko.
- Nie nazywaj mnie tak.
- No dobrze. W takim razie Eucrasio.
Własna twarz wydała się jej nagle twarda i zimna.
- Mam na imię Rebel - oznajmiła. - Rebel Elizabeth Mudlark.
- Wyeth.
Krzywy uśmieszek i wzruszenie ramion wyraźnie mówiły, że to całe jego
imię.
***
Polecieli busikiem promu w stronę zbiornikowych miasteczek, ściśnięci
kolanami i udami z dwudziestką innych, niemal zbyt ciasno, by oddychać.
Pojazd zawiózł ich w cień kanistra Londongradu, gdzie unosiła się kiść
pięćdziesięcioletnich zbiorników powietrza. Były to ogromne konstrukcje,
każda dość duża, by zmieścić pod ciśnieniem atmosferę całego miejskiego
kanistra, z dobudowaną później śluzą i systemem dokowania. Delikatne
ślady rdzy otaczały zamki w miejscach, gdzie metal muskał szept wycieku
tlenu.
- Rany, ależ tu gorąco - burczała Rebel. - Powinnam raczej polecieć solo
w skafandrze.
- Co takiego? - spytał Wyeth. I wyjaśnił, kiedy powtórzyła: - Zbiorniki
nie mają poduszek magnetycznych. Mówimy raczej o solidnych slumsach.
Pilot busika uderzył o dok.
- Zbiornik Czternasty! - zawołał.
Wysypali się jakoś na zewnątrz.
Światło było słabe przy śluzie i mętne poza nią. Popłynęli zatłoczonym
korytarzem, przez rozpadające się szałasy, będące zaledwie rurowymi
szkieletami ze ścianami z blachy falistej. W powietrzu unosił się odór
gnijących odpadków, zwietrzałego wina i ludzkiego potu, ze słodką nutą
kapryfolium. Dzieci biegały z krzykiem, słychać było nieustający gwar
głosów. Pszczoły brzęczały, latając po splątanych ścieżkach między
porastającymi wszystko ukwieconymi pnączami. Zielony sznur prowadził
wzdłuż korytarza i pociągnęli się po nim; od czasu do czasu szarpali
mocniej, by wyminąć nadchodzącego z przeciwka. Po chwili przeciął go
sznur pomarańczowy, więc podążyli za nim w głąb zbiornika.
Raverka zjechała po linie i ludzie ustępowali przed nią. Wyeth złapał
Rebel i odciągnął ją z drogi, aż głośno zderzyli się z blaszaną ścianą...
Po chwili kobieta zniknęła i znowu ruszyli wzdłuż liny.
Od czasu do czasu zza jakichś drzwi wylewało się światło, niekiedy sznur
lamp otaczał grono nieoficjalnych sklepików i barów, miejsc, gdzie
ludzie oferowali alkohol albo inne rzeczy ze swoich domów. Pnącza
wszędzie były grube i zielone, z gęstymi kępami biofluorescencyjnych
kwiatów. Zdarzały się sektory, gdzie te kwiaty były jedynym
oświetleniem.
- To okropne - stwierdziła Rebel.
Wyeth rozejrzał się, jakby próbował wykryć tę skazę, jaką dostrzegła w jego świecie.
- W jakim sensie?
- To jakby parodia mojego rodzinnego świata. Znaczy widzę, że
opanowaliście techniki biologiczne, więc nie ma żadnego
usprawiedliwienia dla takiej nędzy. U nas miasta są...
- Są jakie? - zapytał Wyeth.
Jednak brutalna prawda był taka, że nie pamiętała. Niczego. Usiłowała
przypomnieć sobie nazwę swojego miasta, twarze przyjaciół, dzieciństwo,
życie, jakie prowadziła, ale nic nie powracało. Cała jej przeszłość
przypominała impresjonistyczne plamy, jasne kolory i emocje, ale żadnych
szczegółów.
- Nie wiem - przyznała.
- Prawdę mówiąc, Słonko, twoje odpowiedzi mówią mniej więcej tyle co
twoje milczenie. - Wyeth dotknął jej ramienia. - Jesteśmy na miejscu.
Chwycił linę, by zahamować, przekręcił się i odepchnął w szczelinę
między szałasami. Rebel podążyła za nim.
Przez okno jakiejś rudery wyjrzał na wąskie przejście chudy jak szkielet
starzec.
- Cześć, Jonamon. Jak twoje nerki? - zapytał Wyeth. Wciągnął roześmianą
twarz. - Mam dla ciebie nową lokatorkę.
- No cześć. - Skóra starca była biała jak brzuch ryby, na łysej czaszce
miał czerwone plamy. - Czynsz do jutra... - Zauważył Rebel i podejrzliwie
ściągnął wargi. - Jesteś z tych religijnych typów, dziewczyno?
Rebel pokręciła głową.
- Więc gdzie twoje malowanie? - Dźgnął kościstym palcem w obtarte kółko
za uchem Rebel. - Naznaczyłeś ją swoim piętnem. Nie wpuszczam takich
szumowin na swój dwór. Prowadzę go na czysto: żadnych pijaków, dziwek,
zaćpanych i żadnego reprogramowania. Nie obchodzi mnie, jak to
usprawiedliwiasz, Bóg nie toleruje...
- Moment, zaraz! Nikt tu nikogo nie reprogramuje! - przerwał mu Wyeth. -
I czego się mnie czepiasz? Pani stoi przed tobą, sam możesz jej zapytać.
- Niech mnie diabli, jeśli nie zapytam!
Starzec wypłynął przez okno, przeganiając ich na dziedziniec. Potem
złapał za krawędź swojej rudery.
- Niech to! Zapomniałem książki!
I rzucił się przez okno z powrotem.
Dziedziniec był tylko sporą otwartą przestrzenią, otoczoną przez
kilkanaście szałasów. Trzy liny przecinały plac, przywiązane do
sterczących kawałków rur. Tu i tam ludzie trzymali się ich i rozmawiali
albo zajmowali jakimiś pracami. Młody człowiek siedział wklinowany w otwór drzwiowy i grał na gitarze.
- Przepraszam za to - powiedział Wyeth. - Stary Jonamon jest potwornie
wścibski, bardziej nawet niż większość gospodarzy. Siedemdziesiąt lat
temu był poszukiwaczem minerałów, jednym z ostatnich. I według niego
daje mu to prawo, żeby zamęczać cię przesłuchaniami. Jeśli nie masz
ochoty z nim gadać, mogę go spławić na dzień czy dwa. Będzie dość czasu,
żeby znaleźć ci jakieś miejsce w pobliżu.
- Właściwie... - Rebel w zamyśleniu gryzła paznokieć kciuka; teraz wypluła
to, co oderwała zębami. - Chyba chcę o tym porozmawiać. O tych
wszystkich dziwnych rzeczach, które mi się przytrafiły. Nie miałam
okazji, żeby to sobie uporządkować. I sądzę, że jestem ci winna jakieś
wyjaśnienie. - Zmarszczyła czoło. - Tylko może lepiej nie. Bo wiesz,
szukają mnie pewni ludzie. Jeśli wiadomość się rozejdzie...
Wyeth błysnął zębami w szerokim jak u żaby uśmiechu.
- W zbiornikowym mieście nie ma tajemnic. Ale nie ma też faktów.
Opowiesz Jonamonowi swoją historię i po dziesięciu minutach cały dwór
będzie ją znał. W ciągu godziny będzie ją znał każdy w promieniu pięciu
dworów, ale zapamiętają ją nie całkiem poprawnie. Połowa ludzi w zbiornikach przed czymś ucieka. Twoja opowieść zleje się z ich
opowieściami: tu jakiś szczegół, tam nazwisko, zwrot akcji jeszcze
skądinąd. Do jutra twoją historię poznają wszystkie zbiorniki, ale
zmutowaną tak, że sama byś jej nie poznała. Nikomu się nie uda
prześledzić tych historii do źródła, czyli ciebie. Będzie ich zbyt wiele
i wszystkie nic niewarte.
- No więc...
Jonamon spłynął na dziedziniec - chude stare ptaszysko w wystrzępionym
płaszczu. Pchał przed sobą księgę. Była szeroka na trzy dłonie i gruba
na pięść, z jedną okładką czerwoną, a drugą czarną.
Otworzył ją od czarnej strony.
- Pan nasz Jezus wzgardził programowaniem. "I naraz cała trzoda ruszyła
pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach". To z Mateusza.
Wyeth wyglądał, jakby z trudem hamował śmiech.
- Jonamonie, już trzeci raz w tym tygodniu cytujesz mi fragment o gadareńskich świniach.
- Krishna też nie lubi demonów - burknął starzec.
Odwrócił księgę czerwoną okładką do góry i podsunął ją Rebel.
- Przysięgnij na Gitę, że nie byłaś reprogramowana. To mi wystarczy.
- Może najpierw opowiem ci swoją historię - zaproponowała. - A potem
przysięgnę, że jest prawdziwa. W ten sposób będziesz wiedział, co
przysięgam.
Przesunęła się bardziej w stronę centrum i ze skrzyżowanymi nogami
usiadła w powietrzu, trzymając linę jedną stopą. Potem ułożyła płaszcz w fałdy bajarza (dziwiąc się w duchu własnej zręczności), tak że jedna
pierś i ramię były okryte, druga pierś i ramię wolne. Widząc ją w tej
pozie, ludzie wychodzili ze swoich ruder albo przesuwali się po linach,
by lepiej słyszeć.
Zaczęła.
- Byłam martwa, ale nie powiedzieli mi tego. Leżałam w szpitalnym łóżku,
sparaliżowana, nie mogąc niczego sobie przypomnieć. A oni nie chcieli
powiedzieć dlaczego. Wiedziałam tylko, że coś jest nie tak, ale nikt nie
odpowiadał na moje pytania...
***
Kiedy skończyła, Jonamon odebrał od niej przysięgę na swoją książkę. I pokręcił głową.
- Niech mnie diabli, jeśli to nie bije wszystkiego, co dotąd słyszałem.
- Mmmm...
Twarz zatopionego w myślach Wyetha wydawała się ponura i nieruchoma,
całkiem pozbawiona humoru, niemal brutalna. Nagle uniósł głowę i zmierzył słuchających gniewnym spojrzeniem.
- Na co się tak gapicie? Przedstawienie skończone. Idźcie sobie!
Rozeszli się.
Rebel zadrżała. Sprawiał teraz wrażenie całkiem innego człowieka - zbira
pełnego podejrzeń, z potencjałem przemocy.
Jonamon położył dłoń na jej kolanie.
- Uważaj na siebie, panienko. Deutsche Nakasone to paskudna banda i zrobią z tobą, co zechcą. Nic ich nie obchodzi.
Odsunęła się od niego.
- Jak każdy gesellschaft, staruszku - stwierdził Wyeth. - To nieodłączny
element struktury korporacji.
- Tak myślisz? Pozwól, że coś wam pokażę.
Odpłynął do swojego szałasu i po chwili wrócił z owiniętym w płótno
pakietem.
- Może teraz jestem tylko zwykłym staruszkiem z niedostatkiem wapnia. -
Zaczął powoli odwijać płótno. - Teraz utknąłem w tym miejscu i kości
połamią mi się jak patyczki, jeśli znów trafię na pełną grawitację. Ale
nie zawsze tak było. Kiedyś miałem swoją własną korporację. Do diabła,
kiedyś wręcz byłem swoją własną korporacją.
Czepiający się lin zbliżyli się znowu, by posłuchać. Jeden z nich,
szczupły młody człowiek z malowaniem niegrzecznego chłopca, pochwycił
spojrzenie Rebel i uśmiechnął się do niej. Słodki młodziak... Zaśmiał się,
a Jonamon popatrzył na niego surowo.
- Śmiej się, ile chcesz, w tamtych czasach pojedyncze osoby mogły
tworzyć korporacje. Nie wyobrażasz sobie nawet, jakie to było uczucie,
kiedy człowiek miał dla siebie całą prawną korporacyjną ochronę. To
jakby być taką niewielką grubą szychą... - Westchnął. - Byłem jedną z ostatnich skasowanych przez Ustawę o Reformie Korporacji. Byłem
górnikiem, może ten tutaj Wyeth wspominał ci o tym. Poszukiwaczem. Kiedy
pojawiła się Ustawa, miałem prawa do kilkuset naprawdę cennych skał,
wtedy wartych fortunę, a teraz nawet więcej. Ale przyszły reformy i musiałem wszystko sprzedać. Prowadziłem negocjacje z kilkoma koncernami,
aż w końcu podpisałem wstępny list intencyjny z Deutsche Nakasone.
Pokazał im odwinięty pakiet. Było to oficjalne holograficzne zdjęcie
szeregu korporacyjnych funkcjonariuszy z powagą patrzących w obiektyw.
Jonamon stał pośrodku - młody człowiek z ostrym podbródkiem i wyrazem
chciwości na twarzy.
- Zrobili tę fotografię na dzień przed wejściem Ustawy w życie. Zaraz
potem pani prezes i ja przeszliśmy do jej prywatnego gabinetu, by
ustalić kilka ostatnich szczegółów i podpisać umowę. W życiu nie
widzieliście kogoś tak miłego i uprzejmego. Mam ochotę na drinka?
Owszem, nie odmówię. Mam ochotę ją zerżnąć? Do diabła, milutka była.
Potem spytała, czy chciałbym wypróbować nowy program, jaki opracowali.
Przedstawiła to zachęcająco, więc powiedziałem: "Jasne". Oni wtedy
wchodzili w wetware, całkiem niedawno kupili serię patentów, kiedy
wywalił się Blaupunkt. W każdym razie pani prezes zakłada mi na głowę
opaskę induktora i włącza draństwo. Juaaa... To była jazda, mówię wam.
Jeszcze dzisiaj się rumienię, kiedy sobie przypomnę. Wyobraź sobie, że
cały seks, cała rozkosz wali w ciebie raz za razem, tak intensywna, że
ledwie możesz wytrzymać, i chcesz to przerwać, tylko że... jeszcze nie
całkiem. Jeszcze trochę dłużej, zanim stanie się nie do zniesienia.
Możesz to sobie wyobrazić? Gówno, wcale nie możesz.
- I co się stało? - spytała Rebel.
- Stało się tyle, że ktoś to wyłączył. O rany, ależ się czułem okropnie,
tak jakby głodny, obolały i spragniony równocześnie. W głowie mi dudniło
i musiałem stracić połowę wody w organizmie. Pani prezes już dawno się
ubrała i wyszła. Zostało tylko paru korporacyjnych ochroniarzy, którzy
patrzyli na mnie ponuro. "Co się dzieje?" - zapytałem. A oni
powiedzieli, że Ustawa o Reformie właśnie zaczęła obowiązywać, więc już
mnie nie potrzebują... Potem wywalili mnie stamtąd i już nigdy w życiu nie
wróciłem do tego gabinetu, to pewne.
Westchnął.
- Rozumiesz, co zrobili, prawda? Trzymali mnie przeprogramowanego,
dopóki nie weszła Ustawa, i wtedy formalnie nie miałem już praw do tych
skał. A że podpisałem ten list intencyjny, wszystko teraz przeszło na
własność Deutsche Nakasone. Nic mi nie zapłacili. Poszedłem do
prawników, ale powiedzieli, że wszystko jest legalne. A raczej że aby
wykazać, że jest nielegalne, sam musiałbym być korporacją, a już nią nie
byłem.
Milczał przez dłuższą chwilę.
- No cóż, wydaje mi się teraz, że tak chyba było lepiej. Młody człowiek
myśli gonadami. Starzec widzi sprawy bardziej duchowo. Pojednałem się z Bogiem i teraz czerpię pociechę z Biblii Gita.
Rebel ziewnęła.
- Chyba pora się położyć - uznał Wyeth.
Wskazał jej pusty szałas. Było tam dość miejsca, żeby dwoje ludzi mogło
usiąść i rozmawiać albo żeby jedna osoba mogła się wyciągnąć i przespać.
Przy drzwiach sterczał kawał drutu, żeby mogła zawiesić hełm, i cztery
pętle sznurów hamaka, żeby w nich spać. Nic więcej.
- Lepiej otwórz swój rebreather - poradził Wyeth. Spojrzała, nie
rozumiejąc. - No, z twojego hełmu. W tym kącie dworu wentylacja jest
słaba i gazy wydechowe mogę się gromadzić, kiedy zaśniesz. Trzymaj w zębach ustnik, to nie zbudzisz się z ciężkim bólem głowy.
- Jasne - rzuciła i odepchnęła się.
W szałasie nie było okna, więc kiedy zasłoniła wejście płaszczem, we
wnętrzu zapanowała ciemność. Wcisnęła rzeczy do hełmu i wsunęła się do
sznurów hamaka. Zawieszona, wsunęła rebreather między zęby. Oddech
rozbrzmiewał w czaszce, głośny i powolny.
Zewnętrzne odgłosy docierały do niej przytłumione, ale bezustanne.
Muzyka i jakaś daleka kłótnia mieszały się ze sobą. Tkwiąc głęboko w tym
ludzkim ulu, Rebel czuła się boleśnie samotna i odizolowana. Gdzieś z oddali dobiegało głuche klang-klang, klang-klang - ktoś stukał w rurę, by przekazać coś sąsiadowi. Słyszała (choć nie pamiętała kiedy i gdzie), że konstelacje dworów wewnątrz zbiorników zestawiono bez ładu i składu, dopasowując rury do tych już istniejących i tworząc plątaninę
bez żadnego planu ani ogólnej struktury. Tylko dzięki brakowi ciążenia
wszystko się nie zapadało. Niekiedy jednak naprężenia codziennego życia
- ludzie uderzający o swoje szałasy, odpychający się od nich, ciągnący
liny przywiązane do ram - mogły spowodować przesunięcia całej grupy
konstrukcji dworów. Moment obrotowy powoli zbijał szałasy razem i zgniatał je we wrzasku giętego metalu. Potem ocaleni przeszukiwali
szczątki, by na nowo zabudować otwartą w ten sposób przestrzeń.
Rebel była tak zmęczona, że nie mogła zasnąć. Zawieszona w powietrzu,
niespokojna i nerwowa, czuła się tak samotnie, tak okropnie, że miała
ochotę umrzeć. Obracała się i kręciła w linkach hamaka, ale w żadnej
pozycji nie było jej wygodnie. Czuła się zagubiona jak dziecko pierwszy
raz oddalające się od domu, odcięta od wszelkich zabezpieczeń i otoczona
przez wrogie siły, przed którymi nie miała żadnej obrony.
W końcu nie mogła już dłużej wytrzymać. Wciągnęła ubranie i przemknęła
przez dziedziniec do chaty Wyetha. Porozmawia z nią - tego była pewna.
Po zręcznym przechwycie jednej z lin przekoziołkowała i zatrzymała się
przed jego drzwiami. Były przesłonięte płaszczem. Już miała zapukać w ścianę, kiedy z wnętrza usłyszała głos.
Ktoś u niego był? Trochę zakłopotana podpłynęła bliżej i zaczęła
słuchać.
- To kłopoty - mamrotał Wyeth. - Deutsche Nakasone bardzo chce ją dostać
i oberwie każdy, kto im stanie na drodze... Więc istnieje ryzyko. Ona może
być dla nas bardzo pomocna... O której "onej" właściwie mówisz, Eucrasii
czy Rebel? Trzymajmy się aktualnego lokatora, to najprostsza metoda.
Ktokolwiek będzie na wierzchu... Nie miałbym nic przeciw temu, żeby być u niej na wierzchu... Bądź poważny! Chodzi o to, że jeśli się jakoś z nią
dogadamy, ryzykujemy wszystko, co dotąd udało nam się zbudować. To
hazard. Wszystko albo nic.
Przez chwilę trwała cisza, po czym Wyeth podjął znowu.
- Ryzykujemy wszystko? No świetnie po prostu. Ryzykujemy tę nędzną budę
w slumsach, jakieś niedorobione plany i naszą perfekcyjną
niewidzialność. Tyle. Jaki jest sens powtarzania, że stajemy przeciwko
Ziemi, skoro siedzimy bezczynnie, kiedy trafia się dobra okazja? Uważam,
że albo powinniśmy wystąpić, albo od razu zostawić całą tę sprawę, bo
nic z tego nie wyjdzie. Jakieś argumenty?
Głos ucichł i Rebel odsunęła się od drzwi.
Mówi o mnie, pomyślała. I zwariował. Albo zwariował, albo jest czymś,
o czym nie mam pojęcia, a to pewnie jeszcze gorzej.
Słowo wypłynęło w jej umyśle - słowo z przeszłości Eucrasii.
Tetrad. To taki jakby nowy umysł... Ale nic więcej nie pamiętała.
Zadrżała. Miała wielką ochotę odwrócić się i odpłynąć do swojego
szałasu.
Nie, uznała. Nie będę tchórzem.
Zagrzechotała boczną ścianą szałasu Wyetha, a w sekundę później on sam
wystawił głowę.
- Słyszałam, jak o mnie mówisz - oznajmiła.
Wyeth zdjął płaszcz i narzucił na siebie. Rebel przez moment widziała
jego nagie ciało i zaczerwieniła się.
- Jak wiele zrozumiałaś z tego, co mówiłem? - zapytał.
Bezradnie potrząsnęła głową.
- Znowu robisz tę minę...
Wyeth wydawał się zdziwiony. Potem się uśmiechnął i szorstki wyraz
twarzy zniknął natychmiast i bez śladu.
- Próbowaliśmy podjąć decyzję. Jesteś dla mnie swego rodzaju dylematem,
Słonko.
- Tak zrozumiałam.
- Wiesz, tylko częściowo doszedłem do zgody, co teraz należy robić. Może
oboje się z tym prześpimy. Omówimy tę sprawę, kiedy odpoczniemy. Zgoda?
- Zgoda - odparła Rebel po chwili namysłu.
Z powrotem u siebie bardzo długo leżała na granicy snu i jawy, snując
myśli rozległe i puste. W sąsiednim dworze wybuchła walka na noże -
dwóch młodych ludzi z programami niegrzecznego chłopca przeklinało,
wrzeszczało na siebie i pokrzykiwało, walcząc o lepszą pozycję.
Niedaleko młoda para zabierała się do siebie ciężko i gorąco, oddzielona
od niej tylko ścianą nocnych kwiatów grubości wyciągniętego ramienia.
Dziecko zapłakało i matka uciszyła je szybko.
Całkiem blisko rzekotka zarechotała, przyzywając partnerkę.
Jeśli podpłynąć bardzo blisko, żelazne rury i blachy ścian miały wyraźny
odór. Znikał, kiedy się odsuwała, ale z bliska był silny. Ten zapach nie
przypominał żadnego innego. Na pewno trzyma się mieszkańców slumsów,
myślała Rebel. Nieważne, jak daleko odejdą od swoich zbiorników, taki
zapach zostanie z nimi przez resztę życia.
3. czoło nalotu
3
Czoło nalotu
Ktoś, przechodząc, kopnął w jej ścianę i Rebel się zbudziła.
Senna, ubrała się i wypłynęła.
Z niekiedy aż trzech restauracji na dworze tylko jedna, oznaczona jako
Jama Myrtle, miała otwarte okno. Rebel zastukała, wzywając obsługę;
jakaś jaszczurka odbiegła i schowała się w gąszczu. W mroku pojawiła się
uśmiechnięta twarz Myrtle. Rebel ziewnęła i przebudziła się trochę
bardziej.
- Chcę kupić coś do zjedzenia.
- Jaki posiłek?
- Śniadanie.
Myrtle schyliła się i przeszukała zapasy.
- Mam mango. Mogę je pociąć z sosem indyjskim. Jest trochę ryżu z przyprawami, niezbyt starego. I piwo.
Potargowały się o cenę, po czym Rebel zajęła miejsce przy linie, a Myrtle zajęła się szykowaniem śniadania.
- Hej - odezwała się. - Mój facet opowiadał, jak kiedyś miałaś swoją
korporację i w ogóle. Chciałam tylko powiedzieć, że mi przykro.
- Nie ma sprawy...
Na dwór wpadło stadko roześmianych, rozwrzeszczanych nagich dzieciaków i przez moment cała przestrzeń była ich pełna. Po chwili któreś wypatrzyło
szczelinę między szałasami i skoczyło do niej. Reszta podążyła za nim i zniknęły błyskawicznie, szybkie jak ławica rybek.
Rebel jadła powoli. W końcu zlizała z kciuka resztę sosu i oddała Myrtle
pustą belhavenowską rurę.
- Wiesz, to trochę krępujące, ale gdzie znajdę...?
- Pomarańczowa lina w dół włókien do niebieskiej, niebieska w górę do
czerwonej, a tą dociągniesz do skorupy. - Myrtle zaśmiała się. - Dalej
już nos cię poprowadzi.
***
Publiczne toalety były porośnięte masą nocnych kwiatów. Liście kołysały
się i szeleściły w podmuchach z kominów powietrznych, jednak pod
kwiatowym aromatem unosił się cięższy zapach ludzkich odchodów i gazów
organicznych. Rebel podpłynęła do drzwi damskiej toalety i usiadła na
wspólnej ławie. Było tu dość chłodno; powietrze spływające do otworów
wystarczało, by utrzymać ją na miejscu. Opierając łokcie o drążki
poręczowe, oglądała graffiti. Były tam typowe namazane przyjaciel ziemi czy też nowe
umysły/wolne umysły, wypisane jednym pismem indywidualność nie istnieje, a pod nim nabazgrane
innym mów za siebie. Jedynym interesujących
hasłem było: nawet twoje gówno należy do
bogaczy.
To miało sens. Biorąc pod uwagę, że praktycznie nic ze zjadanej tu
żywności nie pochodziło ze zbiornika, toalety trzeba było opróżniać,
żeby mieszkańcy zbiorników dosłownie nie potopili się we własnych
odchodach. Nocne kwiaty pomagały zachować świeżość powietrza, ale ktoś
musiał uzupełniać tlen, który uchodził niewielkimi podmuchami za każdym
razem, kiedy śluzy otwierały się i zamykały. Nawet przy tak drastycznie
uproszczonej ekologii ktoś musiał jej doglądać.
Prawdę mówiąc, cały Klaster stanowił wybitnie nieszczelny system i wszystkimi porami wypuszczał powietrze i odpadki. Według Rebel to, ile
codziennie wylatywało w próżnię tlenu i pary wodnej, masy reakcyjnej i konsumenckich śmieci, stanowiło kryminalną rozrzutność. Każda próba
uszczelnienia systemu zasługiwała na uznanie.
Z drugiej strony trochę upokarzające było, że miasta w zbiornikach są
utrzymywane przez ludzi, którzy uważają je za wytwórnie nawozu.
Wychodziła z toalety, kiedy znajomy głos zawołał ją od strony kiści
komercyjnych portów danych tuż obok.
Wyeth, z hełmem na ramieniu, pomachał jej i odepchnął się, by podlecieć.
- Właśnie wychodzę do pracy - oznajmił. - Ale sklonowałem dla ciebie
swoją aktówkę.
Podał jej coś, co wyglądało jak płytka przydymionego szkła wielkości
dłoni, w dotyku przypominająca bursztyn, ale chłodna. W głębi tańczyły
kolorowe światełka. Rebel dotknęła jednego z nich i wszystkie się
zmieniły.
Płytka dobrze leżała jej w dłoni. Trzymając ją, lepiej się czuła.
- Uruchamiasz ją...
- Wiem, jak to działa. - Przebiegła szybką rekursję i w powietrzu nad
płytką pojawiły się schematy... Była to jedyna jej umiejętność warta
posiadania, a ona... Ale to była myśl Eucrasii i Rebel szybko ją stłumiła.
- Co takiego jest tam dla mnie?
- Twoja historia.
Spojrzała na niego.
- Wykonałem szybki rajd na Deutsche Nakasone i wyszukałem nieutajnione
dane na temat Rebel Elizabeth Mudlark. - Dotknął płytki i przy prawej
krawędzi ustawiły się dwa rzędy żółtych światełek. - Jak widzisz, nie ma
tego wiele. Z grubsza edytowana biografia zestawiona w celach
reklamowych. Tak sądzę. Pomyślałem, że cię zainteresuje.
- Owszem. - Mocno chwyciła aktówkę i przycisnęła ją do brzucha. - Ale
czy nie doprowadzi ich to do tego zbiornika? Czy nie będą sprawdzać tego
rodzaju zapytań?
- Nie wiem, w jaki sposób - odparł Wyeth. - Sandoz Lasernet bardzo
pilnuje optymalizacji sprzętu. Linie sieci szkieletowej bez przerwy się
przełączają. Przez te piętnaście sekund, jakie trwało moje połączenie,
było pewnie przeroutowane przez połowę miast w Klastrze. Prześledzenie
tego byłoby jak próba wytropienia piórka w burzy metanowej.
Potrzebowaliby programu z pełną świadomością i mnóstwem mocy.
Wspomnienia Eucrasii rozwiewały się szybko, tak że początek wyjaśnień
Wyetha wydawał się dziecinnym uproszczeniem, a koniec stał się niemal
niezrozumiale mętny.
- Ale czy nie przydzielili do tego świadomego programu?
- Po tym, co się zdarzyło z Ziemią? - Wyeth zaśmiał się. I dodał: -
Słuchaj, naprawdę muszę lecieć. Miłej zabawy. Zobaczymy się, jak wrócę.
***
Rebel wracała wolno na dwór Jonamona; aktówka w kieszeni płaszcza
wydawała się gruba i masywna jak ciężkie sumienie. Chciała ją obejrzeć,
zobaczyć, co jej powie o niej samej, a jednak nie chciała.
I kiedy tak znieruchomiała przy linie, pogrążona w myślach, młody
niegrzeczny chłopak, którego zauważyła, jak obserwował ją wczoraj,
wynurzył się z pnączy między dwoma szałasami. Tors miał koloru mahoniu i bardzo wydłużony, aż przez moment pomyślała, że jest nagi. Wtedy jednak
pojawiła się jego pomarańczowa przepaska łonowa. Trzymał coś w ręku;
drugą sięgnął po płaszcz, który zostawił przywiązany do ramy szałasu.
Spostrzegł ją. Oboje na chwilę znieruchomieli. Potem chłopak zapiął
płaszcz na ramionach i podszedł do niej, chwytając linę palcami stóp.
Uśmiechnął się i pokazał, co trzyma w dłoni.
- Plaster miodu.
Jego ciemne oczy błysnęły. Lekko wysunął biodro, przez co mięśnie
zarysowały się wyraźniej, wgryzł się w wosk. Jego wargi i podbródek
lśniły.
- Chcesz spróbować? Mam na imię Maxwell.
- Nie mogę - odpowiedziała bezradnie Rebel. Muśnięciem odchyliła połę
płaszcza i wyjęła aktówkę. Pokazała mu ją, trzymaną oburącz. - Muszę
przesłuchać trochę materiałów.
Maxwell wziął od niej aktówkę i trzymając dołem do góry, z powagą
przyjrzał się światełkom.
- Przesłuchasz w mojej chacie. A ja będę cię karmił miodem.
- Zgoda.
***
Wcisnęła aktówkę pomiędzy jakąś rurę i ścianę, a Maxwell w tym czasie
zawiesił ich płaszcze. Jednym dotknięciem przestawiła ją na sterowanie
głosowe. Odczekała, aż wewnątrz będzie ciemno.
- Proszę, włącz się - powiedziała.
Holografika otworzyła ujęcie kontroli ruchu Klastra Erosa. Stacja
kontroli kształtem przypominała sztangę i obracała się powoli pośród
maelstromu hologramów jednostek.
- I jak? - spytał Maxwell.
Obraz zafalował na jego ciele, kiedy do niej podpływał.
- Mmm...
Rebel przesunęła zapis do przodu.
Teraz zobaczyli wnętrze, przezroczystą półkulistą osłonę przecinaną
wąskimi pomostami między poszczególnymi stanowiskami. Technicy kontroli
wydawali się podenerwowani. Jakiś mężczyzna przebiegł do wolnego
terminala, nie tracąc czasu na pomosty. Zostawił na gwiaździstej
podłodze linię śladów bosych stóp.
- To niemożliwe... - odezwał się ktoś.
Rebel cofnęła.
- Otwórz - mruknął Maxwell. Wsunął jej do ust kawałek plastra miodu.
Słodki.
Operator gwizdnął cicho.
- Patrzcie, co właśnie wyszło na wizualnej.
Ich szefowa natychmiast zjawiła się przy nim - tęga kobieta ze szczęką
buldoga.
- Myślę, że to chyba świetlny żagiel - stwierdził mężczyzna. - Analiza
widma daje sygnaturę słoneczną, odrobinę przesuniętą do błękitu. Ale nie
jest zarejestrowany i leci nam prosto w gardziel.
- Prędkość?
- Trudno powiedzieć. - Palce operatora zamigotały, wywołując dane. -
Jeżeli ma żagiel standardowych rozmiarów, przy założeniu średniego
obciążenia pięciu kiloton, powinien wbić się w Klaster jakoś tak jutro.
- Szlag! - Szefowa odepchnęła go od monitora.
- Znajdź jakieś wolne miejsce i zrestrukturyzuj soft, żeby mi dać
większą wydajność. Zdejmij moc, bo ja wiem, z holo. Mogą trochę
zdryfować. Ustaw je na korektę tylko raz na koma zero trzy sekundy.
Jasne?
Operator przebiegł do wolnego terminala, nie tracąc czasu na pomosty.
Zostawił na gwiaździstej podłodze linię śladów bosych stóp.
- To niemożliwe - stwierdziła szefowa. - Nie, to przecież nie ma sensu.
To nie jest dostawa przemysłowa.
- Jeszcze miodu?
- Mmm...
Palce Maxwella przesunęły się po jej wargach, więc pocałowała je
odruchowo.
Odezwał się inny technik.
- Mamy problem z oceną masy. Coś jest powalonego w tym, w jaki sposób
zwalnia.
Rebel zatrzymała odtwarzanie i poprosiła aktówkę o wyświetlenie obrazu z monitora. Pojawił się schemat w siedmiu kolorach, ukazujący każdy
świetlny punkcik tak, jak był widoczny na ekranie terminala kontroli
ruchu. Obraz przygasł na moment i światełka przesunęły się do
wcześniejszych pozycji. Zakreślona czerwoną obwódką jasna kropka mknęła
zza Jowisza w stronę Słońca. Pasek tekstu z boku identyfikował ją jako
kometa: transport komercyjny (farma drewna).
System kontroli ruchu był doładowany programami walki ekonomicznej.
Automatycznie pokazywał położenie innych sunących do wnętrza systemu
komet transportowych. Pokazywał też obłok młodych komet pełznących od
strony słońca, z ogonami zjonizowanych gazów gasnącymi kolejno, kiedy
świeża roślinność pokrywała powierzchnie. Operator starł je z ekranu.
- Ależ prosię z ciebie. Masz miód na brodzie.
- Słuchaj, jestem zajęta.
- Nie ruszaj się, to go zliżę.
Pojawił się pasek z danymi rejestracyjnymi: mała, nieskolonizowana
kometa, niosąca przerobiony na drewno pierwszy plon około
siedemdziesięciu gigaton hybryd dębu, teku i mahoniu. Drzewa
doprowadzano do wzrostu w ciągu jednego długiego przelotu do Słońca i z powrotem na granicę Obłoku Oorta. Tam drwale z archipelagów przycinali
kometę, pozostawiając nienaruszone korzenie dla drugiego plonu, potem
sztucznie ją przyśpieszali na drogę powrotną do Systemu. Klaster Erosa
intensywnie spekulował drewnem, ale tutaj nie chodziło o lokalne
interesy. Fracht był przeznaczony dla Klastra Ceres, zgodnie z kontraktem podpisanym jakieś dwie dekady temu. Ponieważ Eros nie był
finansowo zaangażowany, komputer nadzoru nigdy dotąd nie uznał za
stosowne, by na taki transport zwrócić uwagę ludzi.
Maxwell przesunął wargami wzdłuż linii kropli na szyi Rebel, w stronę
jej piersi. Zachichotała i odepchnęła go.
- Łaskocze...
Ekran przełączył się na przyśpieszone odtwarzanie. Kometa pomknęła ku
Jowiszowi. Zanurkowała w studnię grawitacyjną olbrzyma, zakręciła wokół
niego i wynurzyła się na nowej orbicie. W trakcie manewru straciła
prędkość i przesunęła się na krótszą elipsę, która miała ją doprowadzić
poniżej orbity Merkurego i znów na zewnątrz, do umówionego Klastra.
Odczyty zmieniły się na moment, by pokazać Wewnętrzny System z zaznaczoną liniami żółtych kropek dawną i nową trajektorią.
- A teraz? Też łaskocze?
- Nie. Teraz jest przyjemnie.
W połowie drogi między Jowiszem i Erosem jasność komety wzrosła
czterokrotnie. Pojawił się ostry rozbłysk, który szybko został w tyle -
rozwinął się świetlny żagiel. Kołysał się lekko na wietrze słonecznym i halsował zręcznie. Komputer wytyczył jego przewidywany kurs - kierował
się w samo serce Klastra Erosa.
Rebel wróciła do normalnego odtwarzania.
- Mów - poleciła szefowa.
- Żagiel jest ustawiony od słońca. A zatem ciąg powinien być łatwy do
wyliczenia. Ale to zwalnia o wiele za szybko, szybciej niż wszystko, co
w życiu widziałem. Nawet ładunek jednej kilotony powinien...
- Czyżby nadrzewcy próbowali nam zrzucić jakąś bombę? - mruknęła
szefowa. - Nie, to bez sensu. A może... Zaraz! Spróbuj przeliczyć poziom
deceleracji dla żagla z ładunkiem jednej trzeciej tony.
Palce zatańczyły szybko.
- Ożeż... Zgadza się!
- Czyli to będzie to. Jeden człowiek w skafandrze próżniowym plus masa
kadłuba, przyrządów sterujących i kabli... Moim zdaniem z tym właśnie mamy
do czynienia. - Stuknęła w ekran. - Ktoś używa małego świetlnego żagla
jak spadochronu hamującego.
- Czego?
- No, takiego spadochronu. Trudno wytłumaczyć, jeśli ktoś nie widział.
Skontaktuj się z ochroną perymetru i przekaż, że mamy tam kosmicznego
kadeta, który potrzebuje pomocy. I niech już oni się tym zajmują.
Obraz przeskoczył do widoku z zewnątrz wielozadaniowego okrętu ochrony
perymetru.
- Hej! - zawołała Rebel. - Nie wydaje mi się, żebyś znalazł jakiś miód
tam na dole.
- Założymy się?
Maxwell całował i gładził jej brzuch. A teraz powoli przesunął dłonie w górę jej ud i jeszcze wolniej ściągnął przepaskę łonową.
- Proszę, przestań - mruknęła Rebel.
Aktówka się wyłączyła. W słabym świetle sączącym się przez szczeliny
między niedopasowanymi ścianami zobaczyła, że Maxwell jest już nagi.
I zainteresowany.
Bardzo wyraźnie zainteresowany.
***
Kochali się dwa razy, a potem wysłała Maxwella ze swoją bransoletą, żeby
kupił jakiś lunch. Wrócił z obfitym posiłkiem i bez żadnej reszty.
Zjedli, a potem jakoś znowu zaczęli się kochać. Tak się zdarzyło, po
prostu. W końcu musiała powiedzieć:
- Nie, naprawdę. Muszę tego posłuchać.
Znowu włączyła aktówkę.
Wielozadaniowy okręt zrównał prędkości z żaglowcem. Kilkunastu ludzi z ochrony perymetru podleciało do olinowania. Niezgrabnie, to oczywiste,
ale sprawnie odcięli uprząż, zwinęli żagiel i wyplątali nieruchomą
postać w próżniowym skafandrze.
Na okręcie pracownicy nerwowo kręcili się wokół skafandra. Był znoszony
i wytarty; skrystalizowany żel uszczelniający okrywał kilka niewielkich
rozcięć.
- Spójrzcie - powiedział medyk, wskazując siatkę delikatnych pęknięć na
szybie. - Biedak musiał źle wyliczyć naprężenia przy hamowaniu. Jego
organy wewnętrzne to pewnie papka.
Odłączył zestaw chłodzący, a ktoś inny zerwał hełm.
Stopiony żel przeciążeniowy chlusnął na pokład i odsłonił twarz kobiety
- wąską, z wysokimi kośćmi policzkowymi, okoloną krótkimi i wilgotnymi
włosami w kolorze mysiego blondu. Skóra była obrzmiała, niezdrowo biała,
miejscami niemal sina. Niewielkie krople żelu zatrzymały się w nozdrzach. Medyczka starła je i nagle kobieta gwałtownie nabrała tchu.
Zadrżała i otworzyła oczy.
To była Rebel Elizabeth Mudlark, we własnym ciele. Strużka krwi pociekła
jej z kącika ust.
Uśmiechnęła się słabo.
- Cześć, chłopaki - powiedziała. I zrobiła zdziwioną minę. - Jakoś słabo
się czuję...
Po czym umarła.
Maxwell nie patrzył, kiedy to się stało. Grzebał w małej skrzynce w kącie, szukając biżuterii. Kiedy znalazł coś, co mu się spodobało,
przymierzał to i wyginał się przed nią. Teraz, kiedy się odwrócił, miał
talię obwiązaną sznurem pereł.
- Podoba ci się? - Zakołysał biodrami, a perły zakręciły się. - Trzeba
mieć dobre ciało, żeby nosić perły.
Hologram oddalał się wolno. Malejący ludzie z ochrony perymetru krzątali
się, na próżno usiłując ożywić ciało.
- Szok wybudzenia z lodówki - mruknął medyk. - Uszkodzenie tkanki
mózgowej z komplikacjami po skumulowanych uszkodzeniach popromiennych.
Kompresja, przemieszczenie, efekty pływowe w wątrobie, trzustce, sercu...
Jego głos brzęczał monotonnie, kiedy dyktował diagnozę do rejestru. Ktoś
inny nasunął na głowę trupa zestaw krioniczny i impulsowo zamroził mózg.
Później, jeśli tylko inspektorzy ruchu zażądają zeznań, dzięki technice
indukcji przechłodzeniowej można będzie odzyskać osobowość i powierzchniowe wspomnienia.
Umarłam, powtarzała sobie w myślach Rebel. Teraz wyraźnie pamiętała,
jak to się stało, pamiętała pochylone nad sobą twarze, ich zatroskane
miny i to, jak wszystko odpłynęło nagle w biel i...
Perły orbitowały wokół talii Maxwella niczym pierścień satelitów.
Pośrodku tańczył jego pępek.
Teraz, kiedy zespół ochrony perymetru zwolnił, a ich głosy przycichły do
lekkiego pomruku, z tła wyrosło wypisane gotycką czcionką imię Rebel.
Przez moment przesłoniło obraz i nagle rozbłysło ogniem. Kiedy płomienie
opadły, spomiędzy nich niczym feniks powstała nowa Rebel Mudlark.
Była wyidealizowaną wersją oryginału, wyższą i szczuplejszą, ze
spektakularną muskulaturą. Stała w rozkroku, opierając dłonie na
biodrach, i śmiała się zuchwale. Holo znów się odsunęło, za nią
popłynęły zielone dysonowskie światy, a wokół pojawił się krąg usłużnych
adoratorów. Któryś wyciągnął ku niej drżącą rękę, a ona kopnęła go w same usta.
Przez ekran popłynęły słowa już wkrótce w sprzedaży.
- Wyłącz to - szepnęła rozpaczliwie Rebel. - Boże, wyłącz to paskudztwo!
Pamięć śmierci płonęła jej w mózgu. Nie potrafi znowu jej zapomnieć.
Maxwell wziął aktówkę, przyjrzał jej się tępo, po czym dotknął
jaśniejącego czerwonego punktu. W pomieszczeniu zapadł mrok.
- Przytul mnie - powiedziała Rebel. - Nie chcę niczego, tylko... przytul
mnie, proszę...
Unosiła się w mroku, przytłoczona swoim nieszczęściem. Tak samo się
czuła, kiedy jej matka zginęła w wypadku niedaleko rafinerii Klastra.
Wtedy ból ją zaskoczył, bo przecież nie znosiła tej zimnej suki. Nigdy
więcej mnie nie skrzywdzisz, myślała gniewnie, a mimo to czuła się
opuszczona i pełna smutku. Objęła mocno Maxwella jak wielką, bezpłciową
przytulankę.
Mgliste kształty pływały w jej polu widzenia, grożąc, że zleją się w rozciągniętą i rozdętą czaszkę. Widziała już kiedyś twarz śmierci - jako
dziecko. Przy pierwszym wyjściu w przestrzeń solo przeszła przez łącze
laserowe i zwarła sobie połowę skafandra. Wizjer poczerniał, rebreather
przestał działać. Dryfując samotna i ślepa, dławiła się i krztusiła, aż
nagle uświadomiła sobie, że umrze. I w tej chwili grozy zobaczyła przed
sobą twarz - białą jak kość i zniekształconą, z pustymi oczodołami,
małymi ciemnymi nozdrzami, z czarnymi rozwartymi ustami. Odsunęła głowę
w tył, a twarz rzuciła się ku niej, i wtedy niespodziewanie ściągnął ją
pracownik kontroli ruchu, który wprowadził przewód tlenowy przez powłokę
skafandra. Ta twarz była tylko odbiciem jej własnej, oświetlonej samotną
lampką awaryjną.
Maxwell delikatnie wsunął dłoń między jej nogi i rozsunął je. Zaczął
ostrożnie w nią wchodzić. Wzburzona i rozkojarzona, prawie mu na to
pozwoliła. To byłoby łatwe, linia najmniejszego oporu... Ale wtedy persona
Rebel otrząsnęła się i odepchnęła go. Nie da się wykorzystać.
- Lepiej sobie odpuść, młody. Ktoś ci pozwolił?
Maxwell był wyraźnie zdumiony.
- Ale...
- Nie słuchasz uważnie, co? Powiedziałam, że niczego nie chcę, i Bóg mi
świadkiem, że nie żartowałam.
Wściekała się, a Maxwell odstąpił. Ugiął kolana, jakby szykował się do
walki, wyprostował się, znów przykucnął. Zaciskał i rozprostowywał
dłonie. Twarz wykrzywiały mu sprzeczne sugestie programu.
- Czym ty jesteś, jakąś maszyną? Seks za zgodą ci nie wystarcza?
Chłopak niezręcznie spróbował wymierzyć Rebel policzek. Wzgardliwie
odbiła jego rękę i wyprowadziła cios w żołądek. Odskoczył, sznur się
zerwał, a perły wystrzeliły na wszystkie strony. Jak grad uderzały o blaszane ściany.
- Wynoś się!
Drżący Maxwell skulił się w kącie.
- Ale ja tu mieszkam - odparł niepewnie.
Przez długą chwilę Rebel patrzyła na niego zagniewana. A potem
roześmiała się i jakby z szorstką sympatią zmierzwiła mu włosy.
- Jesteś raczej bezużyteczny. Wiesz o tym?
- Zależy od tego, czego chcesz - odparł Maxwell, ponuro odwracając
wzrok. Ale napięcie z niego spłynęło. Zaczął zbierać perły, które wciąż
latały między ścianami. Łapał je w powietrzu i składał w dłoń. - Znaczy
mogę walczyć równie dobrze jak pieprzyć. Ale muszę mieć wyraźne sygnały.
Nie możesz wymagać... Moment, co to takiego?
- Co to jakiego?
- Słuchaj!
Zamilkli oboje. Z oddali dobiegało głuche brzdęk-brzdęk-brzdęk uderzeń
w rury. Dźwięk nie ustawał, ale nabierał siły, gdy do orkiestry
dołączało coraz więcej ludzi z końca zbiornikowego miasta.
- To nalot! Niech to diabli. Musimy uciekać. - Maxwell wypuścił perły i złapał płaszcz.
- Uciekać? Dokąd? O czym ty mówisz?
Maxwell gorączkowo wciągał ubranie.
- Nigdy jeszcze nie wpadłaś w nalot? Zaczynają od przechwycenia bramy.
Trzeba im dziesięciu do dwunastu trepów. I mają ze sobą całe skrzynie
zestawów programujących i jeszcze ogromne stosy programów aresztanckich.
- Programów aresztanckich?
- Tak. Od śluzy rozłażą się taką długą linią, aresztują mniej więcej co
piątego, oskarżają o odmowę współpracy i skazują na przykład na sześć
godzin służby policyjnej. Programują ich na miejscu, wydają rozkazy i posyłają, żeby sprowadzali następnych do przeprogramowania. Posuwają się
naprzód jak burza. W krótkim czasie wszędzie masz trepów.
W wyobraźni Rebel zobaczyła policjantów przeczesujących zbiornik coraz
dłuższą tyralierą, ich rosnącą liczbę, podwajającą się co kilka minut
niczym eksplozja kultury drożdży w ciepłym środowisku.
- Ale czego oni szukają?
- A jakie to ma pieprzone znaczenie? Chcesz, żeby cię dorwali?
Maxwell odkręcił przytrzymujący tylną ścianę kawałek drutu i odsunął
arkusz blachy, ukazując wąską, ciemną linię roślin.
- Słuchaj, jak będzie całkiem źle, możemy się wymknąć tyłem. Nic tam nie
ma oprócz pnączy. Tylko nie ruszaj się za bardzo, bo trzymam tam ul. Nie
chcę niepokoić pszczół. - Chwycił Rebel za rękę i pociągnął na
dziedziniec. - Musimy jakoś się prześliznąć przez czoło nalotu.
Rozumiesz, będą niezbyt gęsto rozstawieni. Wszystkich przesłuchują, tak?
Więc kiedy przebijemy się na drugą stronę, będziemy czyści.
Było pusto. Oboje popłynęli w stronę bramy.
- Często się zdarzają takie rzeczy? - spytała Rebel.
- Nie... Raz na miesiąc, góra.
***
Zatrzymali się przy bramie i zajrzeli w korytarz. Wychodzące na niego
drzwi były zamknięte, okna zasłonięte, tłoczyli się tu ludzie uciekający
przed trepami. Z góry włókna rozległ się nagle gwar głosów i ludzie
zawahali się. Zderzali się w powietrzu z tymi przed sobą, którzy
gwałtownie zawracali.
- Co, u diabła...?
- Ruszać się, idioci!
- Nie, nie! Zawracajcie!
Po linie zjechał raver: oczy wytrzeszczone i obłąkane, wyfruwające z ust
drobinki śliny. Był wychudzonym staruszkiem z długą siwą brodą i ubraniem w strzępach. Wściekał się i z szaleńczą siłą szarpał
wszystkich, którzy znaleźli się blisko. Miał złamaną nogę, która
powiewała lekko za nim. Było jasne, że nie czuje bólu.
- Słodki Kriszno! - jęknął ktoś i odpłynął od ravera, pozostawiając za
sobą linię dużych czerwonych kulek krwi. Korytarz wypełniał się
rozbieganymi, spanikowanymi ludźmi.
Ktoś przecisnął się obok Rebel na dziedziniec, po nim jeszcze dwójka.
- Chodźmy - powiedziała zatroskana. - Musimy się stąd wydostać.
Ale wtedy ludzie rzucili się do bramy, Rebel wypchnięto z powrotem na
korytarz, a Maxwell pokoziołkował naprzód. Jakiś gruby mężczyzna
przycisnął do niej swoją różową twarz i wrzeszczał histerycznie. Rebel
pociągnęła linę i szarpnięciem wyrwała się z tłumu, potem lina pękła i Rebel walnęła o blaszaną ścianę.
Podniesione głosy złączyły się w demoniczny chór. Chwytając ramy
szałasów, Rebel przeciągnęła się do chaty Maxwella i wsunęła do wnętrza.
Potrzebowała sekundy, by wyśliznąć się na tyły. Pchnęła ścianę na
miejsce i skryła się wśród pnączy.
Między dworami panował mrok. Tu i tam rozkwitał nocny kwiat - niewyraźny
obłoczek światła, które niczego nie oświetlało. Pnącza były wilgotne i oślizłe. Unosząc się między nimi, samotna i niemal ślepa niczym
wędrowiec pośród ostatnich gwiazd na krańcu wszechświata, Rebel poczuła,
jak narasta w niej klaustrofobia Eucrasii.
Zaczęła się jako mrowienie u podstawy kręgosłupa, które po chwili
ogarnęło całe ciało. Wyraźniej usłyszała własny oddech. Zewnętrzne
dźwięki dobiegały tutaj stłumione, podobne do białego szumu przyboju, a oddech wydawał się nierówny i chrapliwy. Wciąż wciągała do płuc za mało
powietrza. W głowie się jej kręciło i zaczęła oddychać przez usta.
Nagle prawie dotknęła nosem ściany. Poczuła ostry zapach metalu. Po
skórze przebiegł dreszcz, wywołany bliskością przegrody, i Rebel
odchyliła głowę. Poczuła się lepiej. Wolno, jakby wbrew woli, zaczęła
przeciągać się dalej w gąszcz. Pszczoła przeleciała jej koło ucha i Rebel zamarła, bojąc się, że trafi w ich gniazdo.
Ale ten przystanek na nowo rozbudził klaustrofobię, więc znów ruszyła
naprzód. Od czasu do czasu wyciągała rękę, dotykając tylnych ścian
szałasów, aby nie zgubić drogi.
Aż w końcu dotarła do miejsca, gdzie nie trafiła na blachę. Była to
szczelina między dwoma szałasami, być może jeden z nich był tym właśnie,
z którego wcześniej wynurzył się Maxwell. Wczołgała się w nią.
Wokół niej jaśniało powoli. Rebel zatrzymała się, kiedy ledwie ledwie,
ale mogła już zobaczyć dziedziniec, ukryta w pnączach na głębokość
ramienia - potrafiła znieść ciasną przestrzeń, jeśli tylko było dość
światła. Naciągnęła kaptur na głowę i wyglądała przez wąziutką
szczelinę. A potem leżała nieruchomo jak stary szczupak, przyczajony i wyczekujący wśród wodorostów.
Na dziedzińcu tłoczyli się ludzie szukający wyjścia, którego nie było.
Na każdego, który zdawał sobie z tego sprawę i odchodził, pojawiało się
dwóch nowych. Ludzie przeciskali się i popychali nawzajem, a nawet na
ślepo wymieniali ciosy.
Po chwili bramę zablokowały trepy. Byli prawdziwą zbieraniną, w płaszczach we wszystkich kolorach, a nawet w kombinezonach roboczych.
Jakaś kobieta miała na sobie fartuch spawacza, choć wyraźnie zgubiła
gdzieś maskę. A wszyscy mieli czerwone pasy przez środek twarzy i bezlitosne, surowe miny. Trzech chwyciło młodego chłopaka i przystawiło
mu do czoła programator. Wyrywał się przez chwilę, po czym oklapł.
Czwarty trep podstawił mu pod nos kartkę papieru, a chłopak pokręcił
głową. Odepchnęli go od bramy i chwycili kolejnego cywila.
Jednego z przesłuchujących odwołano na bok, więc następna przesłuchiwana
została przeprogramowana na policjantkę. Ktoś przemalował jej twarz,
ktoś inny wręczył plik kartek. Jedna odfrunęła i Rebel zobaczyła, że to
tani reprohologram. Nad powierzchnią papieru unosiła się jej twarz - jej
nowa twarz, twarz Eucrasii, która skręciła się i zapadła w sobie, kiedy
kartka trafiła na ścianę i złożyła się na połowę.
Rebel zadrżała i starała się nad tym nie zastanawiać. Później...
Potężny, ciężki mężczyzna wyrwał z ramy drzwi kawał rury i spróbował się
przebić do bramy. Ktoś z trepów upadł, trzymając się za głowę, ale inni
chwycili napastnika za ręce i nogi i przycisnęli mu do czoła
programator.
- Silny jesteś - zaśmiała się kobieta spawacz, kiedy u jeńca pojawił się
wyraz twarzy samuraja.
Przeciągnęła mu czerwoną linię od podbródka do linii włosów i dołączył
do szeregu.
Noga mrowiła ją wściekle, ale Rebel nawet nie drgnęła.
Ludzie przechodzili kontrolę i dziedziniec pustoszał, a ci, którzy
jeszcze pozostali, wyraźnie się uspokoili. Niektórzy ponuro ustawili się
w kolejkę, żeby przyśpieszyć badanie.
Nastąpiły szybkie narady i na dziedziniec weszła nowa czwórka trepów.
Trzech było permanentnymi policjantami - przestępcami, którzy dostali
wyroki dostatecznie długie, by warto było ich porządnie przeszkolić.
Nosili hełmy z przezroczystymi wizjerami i lekkie pancerze ochronne.
Insygnia identyfikowały ich jako korporacyjnych najemników, a nie
cywilnych policjantów. Dwóch niosło długie drągi z jakimiś
skomplikowanymi ostrzami na końcach, jakby skrzyżowanie piki z maczetą.
Czwartym był Maxwell. Była co do tego pewna - cała czwórka przeszła tuż
obok kryjówki Rebel, więc mogła dobrze się przyjrzeć młodemu
człowiekowi. Przez twarz biegł mu pas morderczej czerwieni, oczy
błyszczały bezlitośnie.
- Oczywiście, że jestem pewien - burknął. - Sam słyszałem jej opowieść.
To Deutsche Nakasone sponsoruje ten nalot, prawda? W każdym razie to od
nich uciekła. Jak mógłbym się pomylić?
Poprowadził tamtych do swojego szałasu i przyglądał się obojętnie, jak
wyrywają przednią ścianę, po całym dziedzińcu rozsypując jego ozdoby i ubrania. Potem sprawnie wbili swoje maczety w tylną ścianę i zaczęli
wyrąbywać ją z ramy.
Rebel straszliwie chciało się kichnąć. Miała ochotę wrzeszczeć, wyrwać
się na zewnątrz i rzucić do ucieczki. Ale to były impulsy Eucrasii i Rebel nie zamierzała się im poddać. Trepy przy bramie sprawdzały
ostatnią trójkę mieszkańców; działali szybko, uważnie.
Najważniejsze to się nie ruszać.
Jestem siostrą-szczupakiem, powtarzała w myślach. Jestem czystą
cierpliwością...
Tylna ściana odleciała na bok i policjanci wbili te swoje drągi w gąszcz
za nią. Maxwell krzyknął ostrzegawczo, ale nie zwrócili na niego uwagi.
Gorączkowo zamachał rękami... A potem rozległy się krzyki strachu.
Nad rozbitym ulem wzniósł się brzęczący groźnie rój pszczół.
Policjanci wycofali się, opędzając od pszczół i przeklinając głośno.
Przy bramie ktoś wyniósł z chaty Jonamona kanister z wodą i chlusnął w rój. Woda rozpadła się na kulki i uderzyła zarówno w pszczoły, jak i w policjantów, co nie uspokoiło jednych ani drugich. Trepy permanentne
wycofały się do korytarza, ciągnąc za sobą Maxwella. Któryś przeklinał
go wściekle.
Maxwell odpowiedział i oberwał w twarz.
Dziedziniec opustoszał. Trepy wycofały się z bramy i po chwili został
już tylko jeden. Idź sobie, myślała Rebel, on jednak nie odchodził.
Długo i z namysłem przyglądał się dryfującym na dziedzińcu odpadkom i z rzadka przelatującym rozzłoszczonym pszczołom. Odepchnął się, wpłynął na
dziedziniec i wetknął głowę do jednej czy dwóch chat. Zbadał zarośniętą
pnączami szczelinę po drugiej stronie dziedzińca, a potem przepłynął do
kryjówki Rebel.
Rebel zamknęła oczy, żeby nie zdradziło jej odbicie w nich światła.
Skóra ją swędziała.
Pnącza zaszeleściły lekko.
- Uszy do góry, Słonko!
Otworzyła oczy.
To był Wyeth, pomalowany jak zaprogramowany policjant; błyszczące oczy
patrzyły na nią rozbawione z dwóch stron czerwonego paska. Uśmiechał się
komicznie. Ale zaraz spoważniał.
- Musimy się stąd wynosić - powiedział. - Oni wrócą.
Wyplątał się z zarośli. Za przykładem Wyetha spakowała swój hełm i skafander próżniowy. Sam Wyeth czekał na nią przy bramie i wołał, żeby
się pośpieszyła.
Wtedy jednak zobaczyła coś dryfującego w powietrzu, na wpół zasłoniętego
przez arkusz blachy w dalekim zakątku dworu.
To było ciało.
Kopniakiem odrzuciła blachę. Za nią unosił się stary Jonamon, blady i nieruchomy jak śmieć. Kiedy go dotknęła, otworzył oko.
- Ostrożnie tam... - wymamrotał.
- Jonamon! Co oni ci zrobili?
- Bywało gorzej. Może byś mi przyniosła trochę wody?
Wyeth bez słowa przyniósł bańkę i przytknął do ust starca. Jonamon
wciągnął łyk, zakrztusił się i wykaszlał wszystko. Uspokoił się potem i odetchnął.
- Starość jest do niczego. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.
Był cały zaplątany w swój płaszcz. Rebel odwinęła go ostrożnie i aż
syknęła, kiedy zobaczyła ciało.
- Pobili cię!
- Nie pierwszy raz. - Jonamon spróbował się zaśmiać. - Ale nie mogli mi
wcisnąć programatora, dopóki wcześniej nie stłukli mnie do
nieprzytomności. - Poruszył rękami niepewnie, jak niemowlak. - No więc
uciekłem.
Rebel zbierało się na płacz.
- Och, Jonamonie! I co ci z tego przyszło? Mogli cię zabić!
Jonamon uśmiechnął się i przez moment Rebel zobaczyła w nim tego młodego
chytrego człowieka ze starego hologramu.
- Przynajmniej umarłbym w stanie łaski.
Wyeth odciągnął Rebel na bok.
- Słonko, nie mamy wiele czasu.
- Nie pójdę stąd bez Jonamona!
- Hm... - W zamyśleniu strzelił palcami. Poruszył wargami w bezgłośnej
dyskusji z samym sobą. - No dobrze - zgodził się w końcu. - Ty bierz go
pod jedną rękę, ja pod drugą.
***
Powoli sunęli korytarzem, wlokąc staruszka między sobą. Jonamon miał
otwarte usta, a powieki półprzymknięte z bólu. Nie próbował mówić.
Mieszkańcy zbiornikowych osiedli schodzili im z drogi, widząc trepowe
malowanie Wyetha.
- Królowa Roslyn ma swój dwór w tamtą stronę - oświadczył Wyeth. - To
drapieżna stara wiedźma i trzyma u siebie sporo wetware'u. Jeśli
ktokolwiek tu prowadzi szpital, to właśnie ona.
Idąc za fioletową liną, dotarli do mrocznej okolicy z jedną jasno
oświetloną bramą. Ludzie wchodzili tamtędy i wychodzili. Rebel nie
musiała pytać, by wiedzieć, że dotarli do celu.
W bramie zagrodziła im drogę koścista kobieta z chudymi ramionami i małymi czarnymi sutkami.
- Pełno jest! Mamy pełno! - zawołała. - Nie ma już miejsca, idźcie gdzie
indziej!
Nie spojrzała nawet na Jonamona, który już całkiem stracił przytomność.
Wyeth bez słowa zdjął z przegubu i podał jej swoje wypłaty. Kobieta
zerknęła na nie, potem jej wzrok przesunął się na jego drugi przegub.
Wyeth zmarszczył czoło.
- Nie bądź zachłanna, Roslyn.
- No tak... - mruknęła kobieta. - Myślę, że mogę zrobić wyjątek.
Wypłaty zniknęły, a ona wpuściła ich do środka.
Na dworze panował chaos. Wszędzie wisiały rzędy noszy. Leżeli w nich
poranieni niegrzeczni chłopcy i niegrzeczne dziewczyny, tymczasowe
trepy, nieumalowani fanatycy religijni i nawet jeden porządnie związany
raver. W powietrzu unosiła się miazma kropelek krwi, odpadków i strzępów
bandaży. Jednak wśród rannych przesuwali się ludzie w malowaniu
medycznym, a ich programowanie wydawało się całkiem skuteczne.
Roslyn zatrzymała jednego z nich.
- Potraktuj tego gościa priorytetowo, dobrze? - powiedziała. - Jego
kumple za to płacą.
Medyk kiwnął głową i pociągnął Jonamona za sobą.
Roslyn uśmiechnęła się.
- Widzicie? Każdego możecie zapytać, Roslyn daje, co obiecała. Ale wy
musicie już iść. Nie mam tu miejsca dla widzów.
Popchnęła ich do bramy.
Po drodze Rebel spostrzegła inną znajomą twarz. Chwyciła Wyetha za ramię
i wyciągnęła rękę.
- Spójrz! Czy to nie...?
Maxwell leżał przy linie; był nieprzytomny. Czerwony policyjny pasek
rozmazał się na jego delikatnych rysach.
Roslyn zauważyła jej gest i roześmiała się.
- Jeszcze jeden znajomy? Powinniście się postarać o jakichś nowych,
którzy trzymają się z dala od kłopotów. Ale temu nic nie będzie.
Najwyżej zęba może stracić. Leży tu głównie z powodu reakcji
histaminowej, bo za bardzo pożądliły go pszczoły. - Dotarli już do
bramy. - Jakaś młoda dziewczyna go tu przyciągnęła. Ślicznotka. -
Zachichotała. - Myślę, że robi do niego słodkie oczy.
- Tak? - odparła spokojnie Rebel. - Widać, że na każdego znajdzie się
chętny.
***
Przesuwali się niemal pustymi korytarzami, coraz dalej od środka
zbiornika i dalej od odchodzącego czoła nalotu.
- Wyeth... - odezwała się Rebel po długim milczeniu. - Kłopoty Jonamona to
skutek zaniku wapnia, prawda?
- Kłopoty Jonamona to skutek tego, że jest upartym staruchem. Teraz się
wyliże, ale prędzej czy później to go zabije.
- Ale poważnie - nie ustępowała Rebel. - Znaczy wiesz, te problemy z nerkami to z powodu braku wapnia, prawda? Wystarczy popatrzeć na niego
przez dłuższy czas i widzisz, że ma kurcze mięśni, oddech robi się
nieregularny... No więc dlaczego sobie tego nie skorygował?
Zbliżali się już do zewnętrznej powłoki. Tak blisko ścian zbiornika
temperatura wyraźnie się obniżyła. Wyeth zawahał się, po czym skręcił w wąski boczny zaułek. Rebel poszła za nim.
- To już nie do korekty. Przeżyjesz jakiś rok w nieważkości, a przekraczasz punkt bez powrotu. Nie da się tego cofnąć. I zwolnij, za
chwilę skręcamy.
- Przecież to takie proste. Można wprowadzić do jego krwiobiegu
dopasowany szczep koralonośnych alg. Na pierwszym etapie będą pływały
swobodnie, na kolejnym skolonizują tkankę kostną. Kiedy umierają,
zostawiają po sobie odrobinę wapnia.
- Rafy koralowe w kościach? - Wyeth wydawał się rozbawiony.
- Tak to załatwiamy w domu.
- Przybyłaś z ciekawej kultury, Słonko - stwierdził Wyeth. - Kiedyś
musisz mi o niej opowiedzieć. Ale na razie... jesteśmy na miejscu.
W korytarzu, w którym się znaleźli, wszystkie światła były przesłonięte;
świeciły jedynie nocne kwiaty. Porzucone śmieci zbierały się w długich
stosach, których nie naruszali przechodnie. W polu widzenia nie było
innych ludzi. Wyeth w milczeniu sunął naprzód, wypatrując konkretnych
drzwi. Kiedy je znalazł, zatrzymał się i zagrzechotał blachą ściany.
- To jest dwór króla Wismona. Ma coś, czego potrzebujemy.
- Co takiego?
- Nielegalną śluzę.
4. londongrad
4
Londongrad
- Obawiam się, że już za późno. Musicie stąd odejść.
Król Wismon unosił się z zamkniętymi oczami pośrodku swego dworu. W ostrym kontraście do chudych, młodych i niegrzecznych chłopców, którzy
krętymi korytarzami przeprowadzili Rebel i Wyetha na dziedziniec i którzy teraz ich pilnowali, Wismon był straszliwie gruby. Tak gruby, że
było to możliwe tylko w środowisku zero-g. Nawet przy połówkowej
grawitacji ciężar jego nalanego cielska przeciążyłby serce, przesunął
narządy wewnętrzne, nadwerężył mięśnie i kości i zagroził zapadnięciem
płuc. Jego ręce nie były w stanie się zetknąć na wielkiej krzywiźnie
brzucha, a skórę miał poznaczoną czerwonymi plamami. Krocze tkwiło
przywalone ciastowatymi zwałami ud i brzucha, przez co wydawał się
wielką, bezpłciową kulą mięsa.
- Musimy stąd zniknąć, zanim znów przyjdzie policja! - Rebel wyciągnęła
przed siebie oba przeguby. - Możemy zapłacić!
- Już pięć razy dzisiaj zapłacono mi za korzystanie z mojej śluzy -
odparł Wismon, nie otwierając oczu. - To wystarczy. Moja śluza jest
podstawą tego skromnego dostatku, jakim się cieszę. Nie chcę zwracać na
nią uwagi. Sekretem dobrego przekrętu jest, by nie być zachłannym.
- Cześć, Wismon - odezwał się Wyeth. - Nie znajdziesz czasu dla starego
przyjaciela?
Grubas gwałtownie otworzył oczy - były bystre, błyszczące i ciemne.
- Ach, mentor! Wybacz, że cię nie poznałem. Zasnąłem. - Bezużyteczną
małą rączką machnął na niegrzecznych chłopców. - Odejdźcie. Ten człowiek
pod czaszką jest bratem. Nie skrzywdzi mnie.
Niegrzeczni chłopcy wycofali się, nieufni, ale posłuszni.
Zniknęli.
Na chwilę powróciły do Rebel techniczne umiejętności Eucrasii i z nagłą
przenikliwością odczytała to, co kryły te oczy, mięśnie twarzy, ten
dziwaczny ironiczny uśmieszek... To nie była istota ludzka. To był umysł,
który został przekształcony, zrestrukturyzowany. Inteligencja ukryta za
ciemnymi oczami była zbyt szybka, zbyt intuicyjna, zbyt wnikliwa jak na
ludzką...
Życie umysłowe takiej istoty byłoby nieustającą lawiną percepcji i dedukcji, które zmiażdżyłyby normalną ludzką personę.
Rebel zrozumiała to wszystko w jednej chwili, i w tej samej chwili
spostrzegła, że Wismon także ją obserwuje. Powoli, z powagą mrugnął
okiem i zwrócił się do Wyetha.
- Dla ciebie, mentorze, chętnie naruszę własny protokół. Proszę bardzo,
możesz skorzystać z mojej śluzy. Nawet nie musisz za to płacić. Zostaw
mi tylko kobietę.
Rebel zesztywniała.
- Wątpię, czy będziesz miał z niej pożytek - odparł Wyeth. Oczy miał
nieruchome i skupione: oczy zabójcy; nie było w nich śladu
zniecierpliwienia. - Ale nawet gdyby, to szuka jej Deutsche Nakasone.
Naprawdę masz ochotę wystąpić przeciwko nim? Co?
W małych oczkach rozgorzała ciemna eksplozja nienawiści.
- Może i tak... - Wismon uśmiechnął się lekko.
- Czekajcie chwilę, a ja nic nie mam do...?
Rebel i Wismon powiedzieli to jednocześnie. Rebel umilkła. Patrzyła na
Wismona z mieszaniną złości i zdumienia.
- Nie przerywaj, słodziutka - rzucił łagodnie Wismon. - Mogę w tobie
czytać jak w książce.
Spojrzał z powagą na Wyetha.
- Ujmę to inaczej. - W głosie Wyetha zabrzmiała leciutka nuta groźby. -
Masz ochotę wystąpić przeciwko mnie?
Długa chwila ciszy. I w końcu...
- Nie, do diabła.
Jedna z małych rączek Wismona uniosła się, by nerwowo podrapać szyję. Na
skórze pozostały czerwone ślady po paznokciach. Potem Wismon uśmiechnął
się przyjaźnie.
- Blefujesz, mentorze - oświadczył. - Ale nie wiem czym. Nigdy nie
umiałem cię odczytać. Przejdźcie przez tę ruderę po lewej, tę z zieloną
szmatą na drzwiach. Będę wdzięczny, jeśli oboje wyjdziecie równocześnie.
Będzie ciasno, ale na pewno sobie poradzicie.
***
Ramię w ramię odepchnęli się od śluzy. Rebel przystawiła swój hełm do
hełmu Wyetha.
- O co chodziło?
- To stary kumpel.
Płynęli wolno w stronę tylnego końca kanistra Londongradu - wielki
ciemny krąg wydawał się wcale nie zbliżać. Minęli jaśniejącą plątaninę
maszyn. Za nimi wolno malały zbiornikowe miasta.
- Bał się ciebie.
- Wiesz, to głównie ja go reprogramowałem. Kiedy składasz nowy umysł,
jest taka jakby programistyczna tradycja, żeby umieścić w programie
wkręt Frankensteina, na wszelki wypadek. Coś w rodzaju wyłącznika
martwej ręki. Tak żeby ustalonym sygnałem: słowem, gestem, właściwie
czymkolwiek, programista mógł zniszczyć daną osobowość.
- Jasne. - Brzmiało to znajomo. To coś, co dobrze rozumiała Eucrasia. -
I zrobiłeś coś takiego?
- Oczywiście, że nie. To by było niemoralne.
Przez długą chwilę szybowali przez niezmienną pustkę. Potem Wyeth znów
się odezwał.
- Zresztą on by to znalazł i wykasował. A tak może tylko zgadywać.
Kiedy hełmy się stykały, jego twarz była wręcz zmysłowo bliska.
Wypełniała jej pole widzenia, surowa i tajemnicza. Skrzyły się zielone
oczy.
- Jak możesz być pewien, że by znalazł?
- A dlaczego nie? Jest inteligentniejszy niż ja, a ja znalazłem ten
wkręt, który we mnie umieściłaś.
Odsunął hełm i znów otuliła ją cisza.
Kanister zbliżał się niesamowicie wolno. Rebel poczuła mdłości - były
niczym wąż, który rozwija się w żołądku i pełznie po karku. Dwa razy
oplótł jej głowę i zacisnął lekko... To klaustrofobia Eucrasii. Rebel
przełknęła ślinę. Nie poddam się jej, myślała. Nie złamie mnie.
Uczyni tylko silniejszą.
To nie był łatwy przelot.
***
Niewiele godzin później szli za pierrotem, zagłębiając się w jedną z najbardziej ekskluzywnych biznesowych dzielnic Londongradu. Pod
baldachimem wielkich dębów latarnie z kutego żelaza oświetlały alejki
wijące się wśród brunatnych pól i niewielkich kęp drzew. Wśród traw
hipnotycznie poruszały się świetliki. Śnieżnobiała sowa zanurkowała na
nich, w ostatnim momencie rozpostarła swe wielkie skrzydła, skręciła i zniknęła.
- Wyeth - odezwała się Rebel. - Dlaczego wydaliśmy wszystkie pieniądze
na te ciuchy? Mieli tam płaszcze, które wyglądały równie dobrze, a nie
były nawet w przybliżeniu takie drogie.
- Owszem, ale nie były uszyte z prawdziwej ziemskiej wełny. Kiedy
idziesz do bogatych, żeby prosić o pieniądze, nie daj im poznać, że ich
potrzebujesz.
- Aha...
- A teraz nic nie mów. Pamiętaj, nosisz malowanie rekreacyjnej
niewolnicy. A więc nie uśmiechaj się, nie odzywaj, nie okazuj żadnej
inicjatywy. Po prostu idź za mną.
Rebel machała skrzyżowanymi przegubami tam i z powrotem, aż rozkołysała
smycz łączącą je z ręką Wyetha.
- Wiesz, też nie jestem zachwycona tą rolą.
- Daje ci pretekst, żeby mi towarzyszyć. Co ważniejsze, potwierdzi
wszystkie najgorsze podejrzenia Ginneh wobec mnie. Będzie zachwycona. -
Zawahał się zakłopotany. - Wiesz, gdyby miało ci to coś ułatwić, to
wystarczy moment, żeby zaprogramować cię naprawdę. To i tak tylko na
godzinę, mniej więcej...
- Nigdy w życiu - odparła gniewnie.
Wyeth szybko kiwnął głową i odwrócił wzrok. Niechęć Rebel płynęła z samego wnętrza, tak absolutna, że musiała pochodzić z obu osobowości. No
więc przynajmniej tyle miała wspólnego z Eucrasią.
Pierrot zatrzymał się, skłonił i gestem skierował ich w bok. Ceglany
chodnik prowadził wokół krzaka bzu do prostego gabinetu - unoszący się
blok polerowanego drewna jako biurko, obok dwa proste krzesła przy
sterczącej skale, ocienione liśćmi klonu palmowego.
Na powitanie wstała drobna kobieta o szybkich ruchach.
- Wyeth, skarbie! Lata minęły, odkąd ostatni raz cię widziałam.
Jej skóra miała kolor pośredni między bursztynem a mahoniem, wzrok
gdzieś pomiędzy bystrym i przebiegłym. Ubierała się w korporacyjną
szarość, łącznie z koralikami na warkoczach, a jej paznokcie były niczym
szkarłatne sztylety. Biznesowe malowanie podnosiło kości policzkowe i podkreślało szerokie usta.
Szybko cmoknęła Wyetha w policzek.
- Cześć, Ginneh.
Menedżerka przyjrzała mu się.
- Ten sam stary Wyeth. Małomówny jak zawsze. - Zauważyła Rebel. - No,
no...
Uśmiechnęła się, ale powstrzymała od dalszych komentarzy. Wskazała
Wyethowi krzesło, a on upuścił smycz, pozostawiając Rebel uwiązaną do
podłogi.
Rebel stała tam jak niewidzialna, gdy tamtych dwoje wymieniło
uprzejmości i przeszło do interesów.
- Zastanawiałem się - zaczął Wyeth - czy nadal zatrudniasz
profesjonalistów dla Planet Zewnętrznych. Może na satelity Jowisza?
- Liczyłeś na coś na Ganimedzie? Och, Wyeth, tak mi przykro. - Położyła
mu drobną dłoń na przedramieniu. - Jesteśmy w tak fatalnym momencie
naszej orbity... Proszę. - Nad blatem pojawił się schematyczny diagram
ukazujący Klaster Erosa, opuszczający wewnętrzną krawędź głównego ciągu
pasów asteroidów i kierujący się w stronę Słońca. - W przemyśle
przestajemy być konkurencyjni. Połowa rafinerii jest zamknięta. A nie
jesteśmy tak blisko Planet Wewnętrznych, żeby w pełni rozwinąć
gospodarkę opartą na wymianie handlowej. Sam wiesz, jak ciężko jest
znaleźć sobie pozycję w ekonomii usług. Może gdybyś się zjawił za
miesiąc... Dziękuję. - Diagram rozwiał się.
- Może się zjawię. - Wyeth wstał i podniósł smycz. - Miło było pogadać,
Ginneh.
- Och, nie uciekaj jeszcze. Zostań, porozmawiajmy trochę. Nie spytałeś
nawet, nad czym pracuję. Przenieśli mnie do projektu Ludowego Marsa.
Musisz to zobaczyć.
- Mars? - Wyeth zmarszczył brwi. - Nie wiem, czy byłbym zainteresowany...
- To znakomity pakiet. Ogólny przegląd, proszę.
Projekcje holograficzne pojawiły się za nią, jakby w powietrzu otworzył
się rząd okien. Próżniowcy pracujący przy ogromnej kopule geodezyjnej.
Kiść zbiornikowych miast. Holowane powoli przez Klaster reaktory
zimnofuzyjne. Wymyślny latający sheraton, bliski już ukończenia.
- Całkowity koszt przekracza pół miliona osobolat. To wspaniałe, jak
całe przedsięwzięcie się rozpędziło. Na początku był orbitalny sheraton.
Stawka chciała stworzyć przemysł turystyczny. Ludzie oglądający sztormy
transformacji i takie rzeczy.
Odwrócili się, żeby patrzeć na holo. Wyeth usiadł.
Teraz, kiedy siedzieli do niej plecami, Rebel uznała, że może się trochę
zgarbić. Podrapała miejsce, które swędziało ją już od dłuższej chwili.
Czuła się znudzona, śmieszna, trochę zła, że Wyeth ją w to wpakował.
Ludzie naprawdę robili takie rzeczy dla zabawy?
Ginneh i Wyeth rozmawiali o zbiornikowych miastach.
- Nie rozumiem, po co Stawka chce je u siebie, nawet jako złom nie są
wiele warte.
- Nie bądź naiwny, skarbie. Ludowy Mars ma problemy z siłą roboczą.
Zrzucimy im w sąsiedztwie kilkadziesiąt slumsów i koszty pracy ostro
zanurkują.
- Hmm... - Wyeth zerknął przez ramię i zmarszczył brwi, widząc pozę Rebel.
Wyprostowała się odruchowo, a potem pokazała mu język, ale już się
odwrócił. - To cię stawia na pozycji moralnie dosyć dwuznacznej, prawda?
Rozumiesz, jeśli spojrzeć na to pod pewnym kątem, wygląda całkiem jak
handel niewolnikami.
Kobieta roześmiała się.
- Sprzedajemy Ludowemu Marsowi zbiorniki. Czy ludzie, którzy w nich
mieszkają, zdecydują się przenieść razem z nimi, to tylko od nich
zależy. Oczywiście dystrybuujemy wśród nich propagandę Stawki, żeby
osłodzić przeprowadzkę, zawiesimy czynsz na czas przelotu, ale nikogo do
niczego nie zmuszamy. Następna sekwencja, proszę. - Wszystkie obrazy się
zmieniły. - To po prostu niesamowita transakcja. Wielka, gorąca i szybka, musieliśmy nawet szukać pewnych umiejętności poza Klastrem.
Mięśnie i mózgi pochodzą głównie z Londongradu, naturalnie, dajemy też
slumsy, sheratona, geodezyjną i surowy tlen. Ale... Widzisz tę sferę
transportową? Zbliżenie, jeśli można.
Na ekranie rozrosła się przejrzysta sfera wypakowana czymś zielonym,
liściastym i wilgotnym.
- Mieści się w niej młoda instalacja powietrzna. Zatrudniliśmy zespół
makrobiologów z grupy komet przebiegających przez drugi koniec systemu,
żeby o nią zadbali.
Widok zmienił się w panoramę kołową - jakby nagle znaleźli się w samym
środku laboratorium. Pracowało tam mniej więcej dwudziestu ludzi,
wszyscy ubrani w stylu nadrzewców: ciała od stóp po szyję okryte ciężką
tkaniną z haftowanymi wstawkami i wielkimi kieszeniami. Rozmawiali przy
pracy, nie zwracając uwagi na patrzących; dotykali się mimochodem - tu
jakieś klepnięcie w ramię, tam szturchnięcie pod żebro. Ktoś coś
powiedział, a pozostali się roześmiali. Rebel pomyślała, że chętnie by
się do nich przyłączyła, zaczęła pracować wśród nich. Ale co mogłaby
robić? Jej umiejętności zniknęły razem ze wspomnieniami... To zresztą
nieistotne. W najszerszym możliwym sensie byli rodziną, a ona pragnęła
być razem z nimi.
- To pokaz dla turystów, Ginneh - rzucił chłodno Wyeth.
- Tak? To może następny cię zaciekawi. Nie pytałeś, jak zamierzamy
przenieść tutejsze slumsy na orbitę Marsa, nie zgniatając na miazgę
wszystkiego, co jest tam w środku.
- To jakiś problem?
- Wielkie nieba, oczywiście. Nawet najmniejsza akceleracja wystarczy,
żeby zgnieść wnętrza, szałasy, ludzi i wszystko. Nie uczyli was fizyki w przedszkolu? Proszę, pokaż nam pierścień.
- Ale ja... - zaczął Wyeth i urwał.
Panorama zmieniła się na obraz wnętrza latającej platformy uzbrojenia.
Zbudowana tanio, ze spawanych żelaznych płyt, ale umocowane do jasnego
metalu pulpitu laserowe systemy snajperskie, przesuwające się płynnie,
by śledzić cele, wyglądały jak sprawne, nowoczesne maszyny do zabijania.
Unoszące się przy nich ludzkie mechanizmy spustowe miały nieruchome,
fanatyczne twarze zaprogramowanych na sztywno.
Przez laserowo-neutralną taflę szkła lasery mierzyły w pojedyncze
punkty, poruszające się przez zatłoczoną przestrzeń budowy. Jeden z nich, powiększony przez holo, zmienił się w robotnicę w jaskrawopomarańczowym skafandrze. Składała jakiś skomplikowany
mechanizm, mocując kable do gniazd i spinając terminale z terminalami.
Inni robotnicy w pomarańczowych skafandrach pracowali obok, w miarę
potrzeby wspinali się jeden na drugiego, na ślepo, a jednak w perfekcyjnej synchronizacji. Zbiorniki stykały się z zaworami
zamontowanymi sekundę wcześniej, złożone sekwencje łączeń były porzucane
przez jedną osobę i natychmiast podejmowane przez inną, bez jednego
nawet spojrzenia, by się zorientować w działaniach pozostałych. Setki
ich pracowały w grupkach rozrzuconych wzdłuż półkilometrowego łuku
maszynerii; bardziej przypominali owady w kopcu niż ludzi. W głębi za
nimi wisiały w przestrzeni kolejne uzbrojone platformy, tak wiele, by
mogły namierzać każdego z robotników indywidualnie.
- Sprowadziliśmy zespół Ziemi, żeby zbudował nam pierścień tranzytowy -
wyjaśniła Ginneh.
- Boże wielki... - szepnął wstrząśnięty Wyeth. - Nie możecie dogadywać się
ze Spójnią.
- Nie bądź głuptasem, skarbie. Tylko Ziemia wie, jak budować pierścienie
akceleracyjne. Bez pomocy Spójni cały interes nie byłby możliwy. Proszę
powiększenie od trzeciego kwadrantu. Widzisz te zielone zbiorniki? To
ciekły hel. Wynajęliśmy dla tej operacji połowę ciekłego helu tego
Klastra.
- Spróbuję wyrazić to jaśniej, Ginneh. Ziemia i ludzkość to naturalni
wrogowie. Mówimy tu o przetrwaniu gatunku. Nie robisz interesów z czymś,
co zagraża każdej ludzkiej istocie, jaka istnieje. I nie chodzi tu o pojęcia abstrakcyjne, Ginneh, ale o ciebie, o mnie, o wszystkich,
których znamy: nasze jaźnie, nasze umysły, nasze dusze, nasze
tożsamości. Naszą przyszłość.
Ginneh wzruszyła ramionami.
- Jestem przekonana, że przesadzasz. Mamy tu znakomitą ochronę.
Widziałeś platformy strażnicze. Jeśli już, to jesteśmy nawet przesadnie
ostrożni.
- Maszyny! - parsknął Wyeth. - W całym wszechświecie maszyny są
najłatwiejsze do przechytrzenia, ponieważ są przewidywalne. Taką mają
funkcję, by być przewidywalne, by robić dokładnie to, do czego je
zaprojektowano, za każdym razem. I oddałaś je pod kontrolę strażników
tak ściśle zaprogramowanych, że sami są właściwie maszynami. Rewelacyjny
pomysł, Ginneh. Powinienem teraz udusić i ciebie, i wszystkie pozostałe
korporacyjne dziwki. Tylko by to poprawiło rasę.
- Ty pewnie poradziłbyś sobie lepiej?
- Jasne, że bym sobie poradził.
- Naprawdę się cieszę, że to powiedziałeś - stwierdziła z zadowoleniem.
- Bo mam wrażenie, że jednak zaproponuję ci posadę.
Rebel zaswędział nos. Podrapała się, a smycz puknęła ją lekko w brzuch.
Skrzywiła się, uwolniła ręce i ułożyła ją na podłodze. Do diabła z nią...
Z ulgą roztarła nadgarstki, wpatrując się podejrzliwie w tył głowy
Wyetha. Co tak naprawdę o nim wie?
Bardzo niewiele. Ale dość, by rozumieć, że tkwi po szyję w czymś
naprawdę dziwnym. Na pewno to nie altruizm nim kierował. Miał swoje
plany, czymkolwiek były, a ona jakoś się w nie wkomponowała. Logika
podpowiadała, że trzeba się wyrwać i uciekać. Zostawić jego i tę jego
sukę ich drobnym intrygom.
Ginneh i Wyeth niemal dotykali się głowami i naradzali cicho. Żadne nie
zauważyło, jak odeszła.
***
Biolab został umieszczony między dwoma firmami ubezpieczeniowymi przy
Prospekcie Fanchurch w środkowym Londongradzie - Rebel znalazła adres w publicznym punkcie dostępowym. Może nie miała już swoich dawnych
umiejętności, ale każda grupa robocza potrzebuje kogoś do prac
manualnych, a ona może przynosić, wynosić i zamiatać nie gorzej od
najlepszych. Uznała, że ukryje się wśród podobnych sobie, gdzie stanie
się praktycznie niewidoczna, bo nie będzie się niczym wyróżniać. A kiedy
odlecą, by powrócić do swoich kometarnych światów, ona poleci wraz z nimi.
Wystarczy trochę wytrwałości.
Przypomniała sobie o działających wewnątrz kamerach monitoringu i zawahała się przed wejściem. Ale przecież w Klastrze były miliony kamer.
Jakie są szanse, że ktoś, kto jej szuka, będzie patrzył akurat tutaj?
Raczej nikłe.
Odetchnęła głęboko i weszła.
- Hej, cześć!
Chudy nastolatek wsunął wskaźnik genowy do kieszeni na udzie i popatrzył
na nią z zaciekawieniem. Ktoś inny gwizdnął. Krzątanina w laboratorium
zamarła.
Rebel zatrzymała się zmieszana. Wszyscy się jej przyglądali. Patrzyli na
jej piersi i brzuch, niektórzy mimowolnie i z zakłopotaniem, inni nie.
Powstrzymała chęć okrycia się płaszczem; poczerwieniała lekko.
Niska, siwowłosa kobieta odwróciła się od zastawionego doniczkami
pulpitu. Otarła dłonie.
- Mogę ci w czymś pomóc, skarbie? - spytała łagodnie.
- No, właściwie to... Prawdę mówiąc, chciałam tylko pogadać. Bo widzicie,
sama jestem ze świata Dysona. - Zabrzmiało to fałszywie i Rebel poczuła
irracjonalne wyrzuty sumienia. Zaczęła się pocić pod pachami.
- Zadomowiłaś się jakoś, jak widzę - rzucił ten chudy.
- Nie masz nic do roboty? - rzuciła ostrzegawczo kobieta. - I wy
wszyscy! Za co nam płacą? - Po czym dodała już łagodniej: - No więc skąd
tu przybyłaś?
- Z Tirnannog. Należy do oryginalnego archipelagu, ledwie wysunięty do
Oorta.
Nazwy przypomniała sobie bez wysiłku, choć żadna z nich nie brzmiała
znajomo.
Pozostali tutaj pracowali w ciszy, nie rozmawiając, żeby słyszeć
rozmowę. Teraz jednak uniósł głowę wyraźnie zainteresowany, krępy,
jasnowłosy dzieciak o skórze barwy orzecha.
- Tak, byłem tam - oświadczył. - My wszyscy jesteśmy z Hibrasil,
właściwie to jak splunąć, nie? Parę tygodni w lodówce i po wszystkim.
Mam krewnych na Stanhix, słyszałaś o nim? Zaraz za Blisterville.
- Blisterville? - Bezradnie pokręciła głową.
- Nigdy nie słyszałaś o Blisterville? Trójpień za Sargasso? Pięćset
tysięcy ludzi?
Jakaś kobieta odwróciła się od zbiornika wodnych nornic.
- Pewnie mamy tu jedną z tych raverek. No wiecie: za wysoki prąd
demoluje medulla oblongata.
Siedzący obok niej nadrzewca roześmiał się i szturchnął ją w ramię.
- Ale słuchajcie, nie nabieram was! Naprawdę jestem z Tirnannog!
Wytłumaczę...
- Gdzie w ekosystemie wpasowuje się aerowaleń? Czym handlują w Zielonym
Mieście? Dlaczego konstrukt anogeniczny nie może jeść? Jakie jest siedem
podstawowych adaptacji do nieważkości? - zapytał krępy dzieciak.
Spojrzał Rebel w oczy i dodał drwiąco: - Ile kości masz w dłoni?
Nie znała odpowiedzi. Wszystkie te informacje uległy zniszczeniu razem z oryginalnym ciałem. Otworzyła usta, ale nie potrafiła wymówić nawet
słowa. Zaczęła jej drżeć jedna ręka.
- Freeboy! - burknęła siwa kobieta. - Zajmiesz się pracą czy muszę ci
skopać tyłek?
Chłopak przewrócił oczami, ale wrócił do zestawu szalek Petriego.
- Wierzymy ci, skarbie. - Kobieta zwróciła się do Rebel.
- Ale ja naprawdę jestem...
- Mógłbym zbadać jej krew - zaproponował Freeboy. - Nawet po adaptacji
do ciążenia nadal pojawia się pięć zasadniczych różnic...
- Słyszałeś, co mówiłam? - rzuciła groźnie kobieta.
Jednak Rebel była już w drodze do drzwi. I kiedy wyszła na zewnątrz,
usłyszała jeszcze wołanie mężczyzny, który dotąd się nie odzywał:
- A co znaczą te linie na twojej buzi, dziewczynko?
Ton głosu świadczył, że pokosztował już rozkoszy oferowanych przez
psychotechniczną cywilizację i dobrze wiedział, co oznaczają jej barwy.
Przygryzła wargę, ale się nie obejrzała.
***
Potem, już na Prospekcie, tłum wchłonął ją bez śladu.
Było tu o wiele więcej ludzi niż w górnym i dolnym mieście, a korytarze
biegły szerokie jak wydłużone w nieskończoność place. Szeregi palm
dzieliły rzekę ludzi na pasy, a z wysokiego stropu zwisały kartonowe
gwiazdy i planety. Pod nogami Prospekt wybrukowany był staromodną
walutą, srebrnymi talarami, złotymi krugerrandami, zielonymi
ceramicznymi rublami, a wszystkie zalane przezroczystą posadzką o twardości diamentu. Chodzili po niej ludzie w kosztownych ubraniach,
wszyscy w barwach finansowych - ubezpieczenie ładunku, kontrakty gazowe,
inwestycje upadłościowe... Rebel pozwoliła, by poniósł ją tłum,
przekształcając jej gniew, poniżenie i zmieszanie w błogosławioną
anonimowość.
Pierretta zbliżała się do niej wielkimi krokami. W morzu falujących,
poważnych płaszczy napompowany biały kostium wydawał się jarzyć, jakby
podświetlony od wewnątrz. Uśmiechnęła się leciutko, kiedy ich spojrzenia
się spotkały. Tłum rozstępował się przed nią jak wody przed religijnym
guru i podeszła do Rebel spokojna i nieunikniona niczym anioł.
Rebel zatrzymała się, a pierretta wręczyła jej białą kopertę. Rebel
przyjęła ją z okrytej rękawiczką dłoni i wysunęła prostokąt papieru.
Była to holoreklamowa ulotka: nad powierzchnią unosiła się ta sama
fałszywa idealizacja Rebel Mudlark, jaką widziała w dolnym New High
Kamden.
Rebel spojrzała pytająco na pierrettę, ale ta tylko dygnęła lekko.
Równie dobrze mogłaby wypytywać podłogę.
Rebel odwróciła kartkę. Na drugiej stronie zobaczyła słowa: "Prośba, by
porozmawiać". Zmięła papier. Obraz złożył się w sobie i zniknął.
Skinęła głową.
Pierretta poprowadziła ją do pobliskiego banku. Przeszły do pokoi
negocjacyjnych, mijając kilka dyskretnie urządzonych do seksu, aż
znalazły wyłożoną orzechowymi panelami niszę z pojedynczą ławą i blatem.
Rebel usiadła, a pierretta włączyła ekran izolujący i tłumiki dźwięku.
Wyjęła generator holograficzny, ustawiła go na blacie, dygnęła i wyszła.
Odczekawszy chwilę, by uspokoić nerwy, Rebel wyciągnęła rękę i włączyła
generator.
***
Patrzyła w niewielkie zagłębienie gruntu, najwyraźniej fragment
eleganckiego parku biznesowego. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że w zagłębieniu leży śnieżna zaspa, ale po chwili Rebel zrozumiała, że
patrzy z góry na owal białych płytek. Jedyną plamą koloru był czerwony
dywanik modlitewny pośrodku. Na nim klęczała samotna postać; miała
odrzucony kaptur i nisko pochylała ogoloną głowę.
- Snow! - zawołała Rebel.
Obraz przesunął się w dół.
Człowiek uniósł wzrok i spojrzał na Rebel zimnymi gadzimi oczami. Skóra
biała jak marmur, twarz malowana w sześciokątne kształty kryształków
lodu albo gwiezdnych rozbłysków... Lekko przechylił głowę, nasłuchując.
- W pewnym sensie - zgodził się po chwili - może i tak. Snow i ja
jesteśmy częścią tego samego. - Jego twarz była tak samo wychudzona i koścista jak u Snow. - Mam dla ciebie wiadomość.
- Czym jesteś? - spytała Rebel. - Czym konkretnie jesteś, że ty i Snow
jesteście częścią tego samego?
Leciutko poruszył głową w bok, co mogło być wyrazem irytacji. A może
otwierał jakiś nowy kanał danych.
- Nieistotne. Nie mam obowiązku przekazywania ci jakichkolwiek
informacji innych niż wiadomość. Jeśli postanowisz jej nie odbierać... -
Wzruszył ramionami.
- W porządku. Słucham.
Mężczyzna spojrzał wprost na nią.
- Deutsche Nakasone przydzieliło do twojej sprawy zespół dedykowanych
zabójców.
- Nie - zaprotestowała Rebel. Nie myśląc nawet, zacisnęła pięści tak
mocno, że paznokcie wbiły się w skórę i zabolały kostki. - To śmieszne.
Deutsche Nakasone chce dostać moją personę. Potrzebują mnie żywą.
- Niekoniecznie. - Koścista dłoń wysunęła się spod płaszcza, palec
dźgnął powietrze i w dodatkowym oknie pojawiło się jakieś urządzenie z gładką powierzchnią wiśniowej barwy. - Zabójcy są wyposażeni w krioniczne zestawy transportowe. Muszą tylko cię zabić, impulsowo
zamrozić mózg, a potem technicy wydobędą pożądane informacje przy użyciu
metod niszczących. - Dłoń zniknęła pod płaszczem. - Powinni to zrobić
już na początku, ale chcieli cię zachować jako niższego urzędnika
korporacji. Teraz już z ciebie zrezygnowali.
Aparat był błyszczący i z zewnątrz całkiem gładki, u góry miał tylko
wysuwany uchwyt. I rozmiar akurat odpowiedni, by pomieścić głowę Rebel.
Przygarbiła się i podniosła ręce.
- Dlaczego mi o tym mówisz?
- Nie jesteś jeszcze gotowa, by dobić targu. - Mężczyzna wstał nagle,
zrobił trzy kroki w bok, zatrzymał się. - Bardzo dobrze. Chcemy utrzymać
cię przy życiu, aż będziesz gotowa. Musisz poważnie potraktować to
zagrożenie. - Przerwał i przyjrzał się czemuś, czego Rebel nie widziała.
- Byłaś nieostrożna. Powinnaś zdawać sobie sprawę z faktu, że w Klastrze
niewiele jest grup dysonowców, więc wszystkie będą obserwowane. Gdybyśmy
nie dotarli do ciebie pierwsi, byłabyś już martwa.
Scena zmieniła się - Rebel patrzyła teraz na Prospekt Fanchurch. Z góry
sunący zombie zlewali się w jednolitą masę niczym strumień błota. Jasne
kółka zabłysły wokół trzech twarzy i zobaczyła, że suną przez tłum w szyku, szukając czegoś wśród idących. Obiektyw pokazał każdą z nich w powiększeniu... Ciężka kobieta z fanatycznie wykrzywioną twarzą i czarną
smugą na lewym oku. Niemrugająca eteryczna dziewczyna z czarną smugą na
lewym oku. I trzeci, w takim samym malowaniu: rudowłosy mężczyzna z lisią twarzą.
Jerzy Heisen.
- Znasz go? - spytał mężczyzna.
Zabójcy przeszli obok drzwi banku, w którym siedziała Rebel. Każde z nich trzymało w ręku wiśniowy aparat kriogeniczny.
- Dlaczego tak się wzdrygnęłaś, jeśli go nie znasz?
- Pracował kiedyś ze Snow.
- Ach... - Mężczyzna lekko skinął ręką i przechylił głowę na bok. -
Oczywiście. Jest sprytny, odrabia wyrok i widział cię na żywo. To jasne,
że trafił do zespołu twoich zabójców.
Zamilkł.
- Mniejsza z tym - stwierdził po chwili. - Wygenerowaliśmy tabelę miejsc
w Systemie, dokąd możesz uciec, a obok prawdopodobieństwa twojej śmierci
w wyniku zabójstwa przez Deutsche Nakasone w przeciągu miesiąca
Greenwich od przybycia. Sugeruję, żebyś dokładnie się jej przyjrzała.
Tabela przesunęła się przed nią.
lokacja
prawdopodobieństwozabójstwa (+/- 1 procent)
Klaster Erosa
97%
Klaster Pallas
95%
inne klastry (w pasie)
91% (zakres 88-93%)
Klastry trojańskie
90%
Terytoria księżycowe
90%
Rezerwat naukowy Merkury
90%
Rezerwaty naukowe Neptun/Pluton
90%
System Jowisza
70%
satelity niegalileuszowe
89%
Ganimed (miasta portowe)
65%
(pustkowia)
44%
Kalisto (miasta portowe)
65%
(pustkowia)
41%
Io, Europa, Amaltea, orbitale Jowisza
65% (zakres 63-68%)
Orbitale Marsa, Ddeimos
63%
Powierzchnia Marsa
59%
System Saturna
58%
Mniejsze satelity
75% (zakres 74-75%)
Pierścienie, orbitale Saturna
72%
Tytan (miasta portowe)
30%
(pustkowia)
23%
Orbitale Ziemi
17%
Powierzchnia Ziemi
0%
- No ślicznie - stwierdziła Rebel. Ta lista zbudziła w niej nieco
zadziorności, którą zdusiły wydarzenia ostatniej pół godziny. -
Szczególnie podoba mi się ostatnia część. Teraz pewnie powinnam wskoczyć
na pierwszy transport w stronę Ziemi, tak? A może po prostu wyjść ze
śluzy bez skafandra? Mogłabym tam dopłynąć.
Jej sarkazm nie wywołał żadnej dostrzegalnej reakcji.
- Nie chcemy ci doradzać, co zrobić. Zapewniamy tylko, że w ramach i granicach teorii gier ta lista jest wiarygodna.
Mężczyzna ukląkł i naciągnął kaptur. Tabela zniknęła, a obok Rebel znów
pojawiła się pierretta.
- Jeszcze jedna sprawa. Masz nowego przyjaciela. Tetrada.
- Tak?
- Nie ufaj mu.
***
Smycz czekała. Wyeth i Ginneh wciąż rozmawiali, niemal stykając się
głowami - najwyraźniej nieświadomi jej nieobecności przez ostatnią
godzinę. W powietrzu za biurkiem wisiały te same obrazy uzbrojonych
platform i Spójni montującej maszynerię w przestrzeni. Łukowaty fragment
pierścienia tranzytowego był odrobinę dłuższy niż poprzednio.
Rebel westchnęła i nasunęła sobie smycz na przeguby.
Nie miała dokąd pójść - wszędzie było niebezpiecznie. Nie miała komu
zaufać. Musiała zawierzyć intuicji. Jak dotąd jedyną wskazówką co do
dalszych działań był fakt, że ten przyjaciel Snow, wspólnik czy kto tam
jeszcze nie ufał Wyethowi.
- I jak? - spytała Ginneh. - Przyjmiesz tę robotę?
Wyeth obejrzał się przez ramię na Rebel i przez króciutki moment miała
wrażenie, że jest zaskoczony jej widokiem. Ale potem nie była już pewna.
- Ginneh, wiedziałaś, że ją wezmę, kiedy tylko zaczęłaś o tym mówić.
Darujmy sobie te sztuczki.
Śmiech Ginneh brzmiał swobodnie i wdzięcznie.
- To prawda, skarbie, ale miałam nadzieję, że oszczędzę tego odkrycia
twojemu ego.
- Mhm... - Wyeth wstał i chwycił smycz. - No to możesz mnie wpisać na
listę płac.
I odszedł, prowadząc Rebel za sobą.
Niedaleko od parku wspięli się krętymi drewnianymi schodami wysoko na
wielki dąb, do restauracji na platformie wśród gałęzi. Zamówili
francuskie ciasteczka i zielone wino. Kieliszki miały szerokie dna i wąziutkie otwory.
Wyeth zajrzał do swojego i zatkał wylot kciukiem. Wolno zakręcił
zielonym płynem.
Rebel czekała.
Nagle uniósł głowę.
- Gdzie byłaś?
- Jak bardzo chcesz wiedzieć?
Objął dłońmi kieliszek. Miał duże dłonie, z guzowatymi stawami i krótkimi, szerokimi palcami... Dłonie dusiciela.
- A czego chcesz?
- Prawdy.
A kiedy uniósł brew, poprawiła się szybko:
- Prawdziwych odpowiedzi na tyle pytań, ile ci zadam.
Znów chwila milczenia... Potem stuknął kostkami palców o blat, dotknął
nimi czoła i warg.
- Zgoda. Ty pierwsza.
Powoli i starannie streściła mu wydarzenia minionej godziny. Dobrze się
czuła wysoko pośród liści, gdzie światło było zielonkawe i rozmyte, a ciążenie niewielkie. Miała wrażenie, że mogłaby oprzeć się wygodnie i odpłynąć... z tego krzesła, z restauracji, poza gałęzie, ku ogromnym i mrocznym oceanom powietrza, gdzie igrały walenie i morświny, a obłoki
pyłowych alg przesłaniały światła dalekich drzew. Czuła się jak w domu i przeciągnęła opowieść na trzy kieliszki wina.
Kiedy mówiła, twarz Wyetha pozostawała nieruchoma. Prawie nie mrugał. A gdy skończyła, powiedział:
- Nigdy w życiu nie zrozumiem, jak dowolna ludzka istota może być taka
głupia.
- Chwileczkę - obruszyła się Rebel. - To przecież twoja wina, że nie mam
najmniejszego pojęcia, co planujesz. Jeśli już ktoś jest głupi, to
raczej ty!
- A myślisz, że o kim mówiłem? - odparł z irytacją. - Chciałem być za
sprytny. Konstruowałem wyrafinowaną pułapkę na Snow i jej podobnych, a tymczasem oni przyszli tu i przeprowadzili długą pogawędkę z tobą.
Idealna okazja poszła w diabły, bo ja... Zresztą mniejsza.
Odetchnął głęboko, a potem - jakby wskutek magicznej sztuczki - w jednej
chwili zaczął uśmiechać się szelmowsko.
- No to jazda, zadawaj te swoje pytania. Chcesz pewnie, żebym ci
wytłumaczył, o co chodzi ze Snow, prawda?
- Nie. To znaczy tak, ale później. Chcę zacząć od sprawy całkiem
podstawowej. Nie jesteś właściwie człowiekiem, prawda? Jesteś nowym
umysłem.
Wyszczerzył zęby.
- Któż mógłby wiedzieć o tym lepiej od ciebie?
- Proszę cię... Wspominałeś już, że to ja robiłam ci programowanie. Ale
niczego nie pamiętam, więc przestań się krygować. Wytłumacz uczciwie, o co w tym chodzi. I czym, do diabła, jest tetrad?
- Tetrad to pojedynczy ludzki umysł z czterema różnymi osobowościami. -
Wyraz jego twarzy zmienił się na poważny, potem roztargniony, potem
szczery i wreszcie szelmowski. - Tym właśnie my jestem. A może
powinienem powiedzieć: ja jesteśmy?
5. ludowy sheraton
5
Ludowy sheraton
- Czeka cię coś, co nieczęsto się zdarza tak daleko od powierzchni
planety - oświadczył Wyeth.
- Co takiego?
- Wichura.
Poza szczegółami wnętrza - balkonami, spiętrzeniami, skrzydłami niskiego
i wysokiego ciążenia, bańkami i pasażami - sheraton był prostym
pierścieniem orbitalnym z trzema poziomami obracającymi się z trochę
innymi prędkościami, by utrzymać normalne ciążenie Greenwich. Wyeth
założył sztab ochrony w lobby u podstawy windy z centralnego pierścienia
dokującego. Teraz siedział przy biurku, a jego oczy przesuwały się
niespokojnie, kiedy obserwował kilkanaście kanałów holograficznych.
Tonowo sterowany mikrofon stał przed nim i od czasu do czasu Wyeth
mruczał do niego polecenia, zmieniając wysokość głosu zależnie od
wymaganego kanału.
Rebel siedziała na leżaku i wyglądała przez ścienne okno. Gwiazdy
drżały, gdy w jej umyśle przemykały podświadome wspomnienia. Widziała
odbicie Wyetha w wewnętrznej powierzchni szkła.
Za oknem trwała kaskada ruchu.
- Zabezpieczyliśmy śluzy, sir. Ludzie nie są tym zachwyceni. Niewielkie
awantury w zbiornikach dwanaście i trzy.
Mimo barw samuraja kobieta nie wyglądała na ochroniarza. Rekrutowana w zbiornikach, nosiła żółty płaszcz i o wiele za dużo biżuterii.
- Byli uprzedzeni - odparł krótko Wyeth. A kiedy kobieta wyszła,
westchnął ciężko. - Dziwię się tym ludziom. Jeśli nie potrafią pojąć, że
nie mogą używać śluz przez godzinę czy dwie, to jak myślą, co się
stanie, kiedy już dotrzemy na orbitę Marsa? Obawiam się, że czeka ich
brutalne przebudzenie.
Wokół sheratona i zbiorników pracujący z zaprogramowaną wydajnością
próżniowcy mocowali zmontowane uprzednio segmenty sfery geodezyjnej.
Całą strukturę pokrywała przezroczysta monomolekularna powłoka, która z miejsca Rebel wyglądała jak otaczająca gwiazdy delikatna mgiełka.
Robotnicy natryskiwali na gotowe zewnętrzne elementy sproszkowaną stal i spawali próżniowo warstwę po warstwie.
Przypominało to oglądanie śmierci cieplnej wszechświata: gwiazdy powoli
zachodziły mgłą i znikały w czerni. Mrok rozszerzał się i pochłaniał
wszystko. I w końcu jedyne światło wewnątrz geodezyjnej jaśniało w oknach sheratona.
- Dość to niesamowite - stwierdziła Rebel.
Nagle ogarnęło ją przemożne wrażenie kogoś stojącego za jej ramieniem.
Odwróciła się szybko, ale nikogo tam nie było.
- I podoba ci się?
Wyeth rzucił na część okna projekcję z zewnętrznej kamery. Geodezyjna
wyglądała jak gigantyczna kulka łożyskowa, oślepiająco jasna w niefiltrowanym blasku słońca. Nad jej krzywizną falowały gwiazdy. Tuż
obok środka wisiało zniekształcone odbicie Londongradu z wymalowanym na
boku korporacyjnym logo Klastra (dwie klasyczne postacie, jedna
pochylona).
- Wyobraź sobie, że to gigantyczna komórka. Zbiornikowe miasta w środku
to jądro. Sheraton jest... no, centrosomem, jak sądzę. Roślina
atmosferyczna byłaby wtedy mitochondriami. - Roześmiał się i rozłożył
ręce. - I spójrz! Oto wśród wichrów przestrzeni unosi się nowa forma
życia. Jakież potężne, niewyobrażalnie złożone istoty wyewoluują z tej
pierwszej prostej komórki za milion lat?
Rebel spojrzała na niego surowo.
- Który to z was?
I znów ten obcy śmiech.
- Twórca wzorców. Tak byś mnie pewnie nazwała. Jestem tym bardziej
intuicyjnym, tą personą, która dostrzega szerszą perspektywę, a potem
decyduje, co myślimy o Bogu i nieskończoności. Oczywiście to tylko
nazwa. W grupie łowieckiej Aborygenów byłbym szamanem.
- Co?
- Nie wiesz, z czego się wziął tetrad? Jako wzór dla nas Eucrasia
przyjęła dawne zespoły łowieckie Aborygenów. Wyruszali w czteroosobowych
grupach i niezależnie od tego, jakie osoby brały w tym udział, podczas
łowów przyjmowały cztery wyraźnie odmienne role: przywódcy, wojownika,
mistyka i błazna. Co pozwalało stworzyć nadzwyczaj stabilny i skuteczny
zespół. Oraz nadzwyczaj stabilny i wydajny umysł.
Wszystko to wydawało się dobrze znane. Wpatrzona w ciemność, Rebel
widziała próbujące nabrać kształtów na wpół uformowane wspomnienia z przeszłości Eucrasii.
- Myślałam, że była personatorką...
- Owszem, trochę też personatorką, to prawda. Ale również piekielnie
dobrym psychochirurgiem, trzeba ci przyznać.
- Trzeba jej przyznać.
- Wszystko jedno.
Podczas tej rozmowy co jakiś czas Wyeth odwracał się, by dotknąć
niewidocznego przełącznika albo wymruczeć polecenie.
Przez lobby bez przerwy przechodzili ludzie. Oddział samurajów ochrony
wsiadł do windy do pierścienia dokującego. Byli uzbrojeni w pałki i zębate piki i wyglądali groźnie. Zaraz potem wszedł młody chłopak o mahoniowej skórze. Stanął przy oknie z rękami splecionymi z tyłu i przyglądał się wszystkiemu z demonstracyjnym zainteresowaniem.
- Co tu robisz? - spytała chłodno Rebel.
- Hej, mam doświadczenie w ochronie. - Maxwell położył jej dłoń na
ramieniu, a Rebel strąciła ją, wstając.
- Jest posłańcem - wyjaśnił Wyeth, nie podnosząc głowy. - Potrzebuję
mnóstwa takich gońców, żeby dostarczali wiadomości ze zbiorników i do
nich.
- Nie ma malowania posłańca.
- No tak, ale mamy tu do czynienia ze Spójnią. Im mniej programowania,
tym lepiej.
Na oknie płynęły obrazy mocowania do geodezyjnej zimnofuzyjnych
alembików, które potem zostały uruchomione. Do sfery trysnęły nowo
wytworzony tlen, azot, dwutlenek węgla i gazy śladowe. Sheraton zadrżał,
kiedy uderzyły w niego podmuchy, i Wyeth stracił dwie kamery
przywierające, kiedy wicher wyrwał im żerdzie spod uchwytów. Odleciały,
wirując bezradnie; jedna roztrzaskała się o zbiorniki, druga o wewnętrzną powierzchnię geodezyjnej.
Do biurka podeszła niska, siwowłosa kobieta ubrana w stylu nadrzewców.
- Wszyscy moi ludzie są na stanowiskach - poinformowała. - Chcę
wiedzieć, co mamy robić i kiedy.
To była przełożona z biolabu przy Prospekcie Fanchurch.
- Jezu Chryste - mruknęła Rebel. - Mamy chyba tydzień Dawnej Ojczyzny.
Kobieta przyjrzała się jej.
- Znam cię, skarbie?
Rebel odwróciła się.
- Rebel Elizabeth Mudlark - powiedział Wyeth - poznaj, proszę,
Konstancję Frog Moorfields, dyrektorkę naszego projektu
makrobioinżynieryjnego. Konsti, chciałbym, żebyś za parę minut dała
swoim ludziom sygnał... Wejdź na kanał, co?
- Oczywiście. - Konstancja przyjrzała się uważnie przyrządom. - A jak
się to uruchamia?
Maxwell objął Rebel w talii.
- Wiesz co? - powiedział. - Może usiądziesz mi na kolanach i pogadamy o pierwszej rzeczy, jaka się pojawi?
Wymierzyła mu cios w żołądek, a on odskoczył, uśmiechając się szeroko.
Na zewnątrz świszczała wichura.
- Teraz - rzucił Wyeth.
Konstancja kiwnęła głową i powiedziała coś do mikrofonu. W odległym
laboratorium makrobioinżynierowie wcisnęli zdalne włączniki.
Sworznie wybuchowe rozerwały niewielką kulę magazynową i na wszystkie
strony pofrunęły odłamki. Roślina atmosferyczna w jej wnętrzu skręciła
się i rozwinęła, machając odrostami. Wichry chwyciły ją w paszcze, pasma
uderzyły o zbiorniki i ściany geodezyjnej. Odbijały się wściekle. Rebel
widziała przez okna, jak ogromne pętle rośliny pojawiają się w słabym
świetle z sheratona, by znowu zniknąć.
- Wielka jest... - stwierdziła z podziwem.
- Czterdzieści kilometrów - odparła z satysfakcją Konstancja. - To
znaczy w pełni rozciągnięta, no i jest jeszcze młoda. Przez najbliższe
dni powinna rosnąć jak zielone piekło. - Sięgnęła do pulpitu i rzuciła
na okno kilka schematów biostrukturalnych. - Widzicie, zaprojektowaliśmy
ją...
Rebel odwróciła się i wyszła.
Korytarz był długi, prosty, ledwie dostrzegalnie zakrzywiony w górę.
Rebel zastanowiła się, czemu jest tak ciemno: cienie falowały jej u stóp, unosiły się u ramion. Przecież musi być jakiś powód... Dotknęła
wzorzystej ściany i przypomniała sobie inny, podobny korytarz, którym
przechodziła tysiące razy - łączący jej gabinet z działem
psychochirurgii.
Bryza poruszała jej płaszczem, więc otuliła się lekko. Strzęp papieru
przefrunął obok, za sobą usłyszała, jak srebrna misa spada na podłogę i koziołkuje, nim uderzy o ścianę. Gdzieś tam postprogramowy samuraj
otwierał śluzy, rozkoszując się podmuchem nowego powietrza. Na zewnątrz
w demonicznych chórach śpiewały wichry. Wewnątrz był tylko chłodny
powiew i przepływ.
Szła naprzód, zatopiona we wspomnieniach, kiedy Jerzy Heisen wyszedł z niszy konwersacyjnej i wziął ją pod rękę.
- Cześć, Heisen - rzuciła odruchowo. - Coś nowego w programie Mudlark?
Przyjrzał się jej z dziwną miną.
- Jeszcze nie. Ale mam nadzieję, że już niedługo.
- Postanowiłam wypróbować ten program na sobie. Wygląda interesująco,
ale w takim sensie, który jest zrozumiały tylko od wewnątrz, jeśli
łapiesz, o co mi chodzi. Nie chcę, żeby ta informacja została
przefiltrowana przez jakiegoś niedokształconego, tylko marginalnie
sensownego personatora.
Nie potrafiła stłumić w głosie nuty goryczy. Personel pomocniczy, jaki
jej przydzielono, stanowił nędzny materiał. Przede wszystkim byli
niekompetentni, a na dodatek pośpiesznie zaprogramowani. Połowę roboty
musiała wykonywać sama.
Heisen zmarszczył czoło, po czym odpowiedział ostrożnie, jakby recytował
tekst sztuki albo przypominał sobie dokładny przebieg dawnej rozmowy.
- Czy to rozsądne? Opłatek wzorcowy nie jest jeszcze zduplikowany.
Zbyła jego obiekcje lekceważącym machnięciem ręki.
- To tylko na dziesięć minut. Na miłość boską, co może się zdarzyć w ciągu dziesięciu minut?
Milczenie. Kiedy na niego spojrzała, oczy Heisena wydały jej się dziwnie
skupione, ale gdy tylko odwróciła wzrok, znów rozmył się w niewyraźną
obecność...
- Czyli uważasz, że to persona komercyjnie atrakcyjna?
- Taki z ciebie najemnik, Heisen... Mnie chodzi o nową cechę, nową
charakterystykę, nową właściwość... O coś, co sprawi, że programowanie
stanie się bogatsze, ciekawsze...
- Ale ma potencjał komercyjny?
- Och, pewnie tak.
Ktoś podbiegł z tyłu i nagle stanął przed nią ciemnoskóry chłopak. Podał
jej tani amalgamatowy pierścień. Eucrasia musiała zmrużyć oczy, żeby mu
się przyjrzeć.
- Wyeth kazał ci to oddać.
- Wyeth?
Rozpoznała to imię. Jak mogła zapomnieć? Był przecież jej najlepszym
dziełem - operacja piracka, naturalnie, ale włożyła w nią wszystkie
swoje umiejętności, ponieważ części najciekawszego programowania były,
ściśle rzecz biorąc, nielegalne.
- Wyeth kazał ci oddać mi ten pierścionek?
- Tak. To lokalizator. Żeby mógł pilnować, co się z tobą dzieje, gdzie
jesteś i w ogóle. - Skinął na kamery pod sufitem. - Słuchaj, przyjdź
może później do zbiorników, zajrzyj do mojej chaty. Tam nie ma
monitoringu. Nikt nam nie przeszkodzi, jeśli rozumiesz, o czym mówię.
Eucrasia wzruszyła ramionami, zdziwiona i zirytowana.
Heisen odsunął się dyskretnie. Chłopak spojrzał na niego z zaciekawieniem, uznał, że to nikt ważny, i posłał jej całusa.
- Zobaczymy się w mojej chacie! - zawołał przez ramię.
Przez chwilę Eucrasia zastanawiała się, kim był.
Heisen znów wziął ją pod rękę i przeprowadził przez podobną do łąki salę
konferencyjną. Trawa pod stopami była chłodna, a pszczoły fruwały sennie
nad krzakami malin.
- Chodźmy tędy. Przejdziemy się górnym pasażem. To przyjemny spacer. Nie
ma tam kamer ani wścibskich oczu.
Prowadząc ją, swobodnie machał w przód i w tył wiśniowym pojemnikiem.
***
Pomost pasażu spływał od sheratona długą, elegancką linią. Ryby pływały
wśród pasm wodorostów w przezroczystych ścianach rury, tekowy chodnik
rozbrzmiewał pod stopami niemal jak muzyka.
- Aspekt wojownika u Wyetha wzorowałam na moim ojcu - mówiła Eucrasia.
Zupełnie straciła świadomość tego, z kim rozmawia, ale wspomnienia były
kompulsywnie silne; jak fala pchały przed sobą słowa. - To był uparty
gość, ten mój ojciec. Stanowczy. Nikt nie potrafił go do niczego
przekonać, jeśli sam tego nie chciał. Ale przy tym nie był... elastyczny.
Nie potrafił się przystosować do zmiany. Nie umiał okazywać emocji. Ale
w głębi był cudownym człowiekiem i kochałam go. Kiedy byłam dziewczynką,
zawsze marzyłam, żebym mogła go zmienić. Nic wielkiego, raczej jakiś
drobiazg tu i tam, żeby mógł wyrwać się z tego swojego pancerza i odetchnąć swobodnie. Żeby mógł cieszyć się życiem. Myślę, że to był
ważny element w moim wyborze kariery.
Umilkła. Przypomniała sobie, jak była małą dziewczynką i Klaster
wychodził z pasów. Zamykały się rafinerie i jej rodzice stracili pracę.
To były trudne czasy. Matka zaczęła pracować jako pierretta, a wetware
było wtedy dość prymitywne. Wracała do domu z tępym wyrazem twarzy i odruchem usłużności, który mijał dopiero po długich godzinach. Tato tego
nienawidził.
Eucrasia wróciła kiedyś do domu ze świetlicy i zobaczyła ojca siedzącego
przy stole w największym pokoju; raz po raz obracał w palcach wetkasetę.
Kaseta była duża, niezgrabna, w czarnej obudowie, już wtedy
przestarzała; Eucrasia nie wiedziała jeszcze, że jest naładowana
elektroniczną boskością. Wiedziała jednak, jak bardzo jest już zmęczona
tym, że ojciec zawsze kręci się po domu smętny i ponury i że prawie
nigdy nie widuje matki, tak jak dawniej.
I nie podobał jej się ten wyraz słabości i poczucia winy, który spłynął
na twarz ojca, kiedy ją zobaczył. Przecież zawsze był silny. Więc to
właściwie niepojęte, że - kiedy niezręcznie próbował schować kasetę -
spojrzała na niego, z umysłem przechłodzonym i pulsującym nieokreślonym
bólem, czując gniew atakujący przez jej oczy niby psychiczne lasery, i powiedziała:
- Nienawidzę cię, tatku.
To, co się zdarzyło, zaszokowało ją.
Dłoń ojca zacisnęła się w pięść. Drżała.
A potem - tak szybko, że praktycznie nie dostrzegła ruchu - uderzył się
w sam środek twarzy. Wielka pięć walnęła mocno. Musiało go zaboleć jak
diabli. Cios złamał chrząstkę w nosie i popłynęła krew. A on uderzył się
znowu, i znowu, tym razem prawie bez wahania, jakby smakował to
doświadczenie i uznał, że mu odpowiada. Z początku jedynym dźwiękiem
była ta jego pięść trafiająca w ciało, ale potem stopniowo zaczął
oddychać ciężko, wydając wilgotny odgłos, jakby szlochał. Ale wciąż
uderzał.
Eucrasia rzuciła się do niego, chwyciła to wielkie, muskularne ramię,
próbowała je zatrzymać.
- Tatusiu, nie! - krzyknęła.
I jakoś - jakby nastąpił cud, niewielki i mroczny - przestał.
Przez długą chwilę stał tam, pierś unosiła mu się, ramiona kołysały.
Twarz miał ciemną od krwi. Jedna kropka kapnęła Eucrasii na stopę i połaskotała w palec. Ojciec rozglądał się dookoła, jakby się
zastanawiał, gdzie jest. Potem spojrzał na Eucrasię i stanęli oboje, z otwartymi ustami, z oczami otwartymi szeroko, bez mrugnięcia wpatrując
się w siebie.
A potem się odwrócił.
- Wystarczy, dalej już nie trzeba - powiedział Heisen. Zatrzymał się i z ciężkim stuknięciem odstawił swój bagaż. - Może usiądziesz, Eucrasio?
Dotarli do przezroczystego baru wystającego ze ściany pasażu. Przy
podłodze ośmiornica szukała pożywienia, przesuwając się po szkle
zręcznymi skrętami macek. Eucrasia przysunęła sobie stołek i usiadła.
- Był dobrym człowiekiem - oświadczyła. - Dobrym człowiekiem. Nie
zasługiwał na to, co się stało.
- To potrwa tylko moment.
Eucrasia wpatrywała się w ciemność. W oddali było kilka niewyraźnych
plamek luminescencji, ale nic więcej. Gdzie się podziały gwiazdy,
myślała. Maleńkie świetlne punkty jaśniały przy krawędziach chodnika w dole i wzdłuż brzegów baru, ale poza tym panowały stygijskie ciemności.
Miała wrażenie, że trafiła w zaświaty, do miejsca, gdzie rzeczy z pustki
usiłują przybrać formę, choć bezskutecznie.
Heisen podniósł nad nią zamrażacz. Łokciem dotknął jej pleców.
Wystraszona jakimś poruszeniem w dole, ośmiornica eksplodowała jej przed
twarzą. W jednej chwili Eucrasia patrzyła w bezkształtny mrok, w następnej wyskoczył na nią blady, nieforemny kształt. Odruch zaskoczenia
uruchomił podświadome wspomnienie pustych oczodołów i ust rozwartych do
krzyku.
Równocześnie pochwyciła ją klaustrofobia i uświadomiła sobie nagle, że
ktoś stoi za jej ramieniem i właśnie próbuje założyć jej na głowę jakieś
pudło.
Eucrasia wrzasnęła i rzuciła się w bok. Rebel spadła ze stołka i runęła
na podłogę. Krawędź trzymanego przez Heisena pojemnika krionicznego
uderzyła ją w ramię.
Czując rozbłysk bólu, odtoczyła się i podniosła. Heisen znów uniósł
aparat.
- Nie podchodź do mnie! - wrzasnęła Rebel.
- Spokojnie, Eucrasio - powiedział Heisen.
Wydawał uspokajające dźwięki, ale oczy miał spokojnie i zimne, i ani na
moment nie odwracał od niej wzroku. Zrobił krok naprzód, a ona się
cofnęła. Za sobą miała tylko pasaż - co najmniej dwieście metrów rury,
bez żadnych rozwidleń ani wyjść.
- Słuchaj, Jerzy... Nie wiem, jak się tu dostałeś, ale Wyeth niedługo
zauważy, że zniknęłam. Tutaj aż się roi od samurajów. Nie dasz rady się
stąd wydostać tak, żeby cię nie złapali.
Heisen odstąpił o kilka kroków, by położyć aparat krioniczny na barze.
Sięgnął pod płaszcz i z kieszeni w podszewce wyjął futerał. Otworzył go,
nie patrząc.
- Jerzy! Jerzy, posłuchaj mnie! Jestem pewna, że można cię
przeprogramować. Znowu będziesz miał normalne życie. Będziesz tylko
przed samym sobą odpowiadał.
Wsunął dłoń w rękojeść pojedynkowego noża z szerokim ostrzem. Ten typ
preferowali niegrzeczni chłopcy, ponieważ praktycznie niemożliwe było,
by w walce takie skrzyżowanie sztyletu z kastetem wypuścić z ręki.
Uśmiechnął się zimno i machnął w jej stronę.
- O, szlag...
Rebel odskoczyła. Chwyciła luźną połę płaszcza i owinęła nią przedramię.
Zyskała tym coś w rodzaju tarczy. W kapryśnym, wariacko entuzjastycznym
zakamarku umysłu czuła się jak wytworny kawaler z renesansu. Tak
przecież wiele wieków temu walczyli w Hiszpanii, w Rzymie czy w Grecji
podczas śmiertelnych bójek w zaułkach.
Oczywiście mieli też własną broń.
Heisen następował powoli; mimo przewagi miał zaprogramowaną ostrożność w walce. Dwa razy udał atak, wyprowadzając pchnięcie na twarz, a potem w brzuch; obserwował, jak wysuwa rękę, by je chronić. Jego ruchy były
płynne, kontrolowane, groźne, natomiast reakcje Rebel gwałtowne i nerwowe z powodu spienionej fali strachu, jaka płynęła w jej żyłach,
tańczyła za oczami, kwaśno smakowała w ustach.
Była już właściwie pokonana.
Jego uśmiech zniknął i przez moment stanął w absolutnym bezruchu. A potem pochylił się naprzód, pchnął w lewo, by odciągnąć osłonę ręki, a potem ciął z boku w dół, w odsłoniętą część krtani.
Rebel odskoczyła, uderzając bokiem o ścianę. Piekące, gorące ostrze noża
przejechało z boku po ciele, ledwie naruszając skórę i kreśląc
najcieńszą z możliwych linię na żebrach. Rebel odepchnęła się od ściany;
cały bok płonął bólem. Cofnęła się chwiejnie. Heisen sunął naprzód, a jego oczy były śmiertelnie spokojne.
Coś twardego uderzyło Rebel w plecy - krawędź baru. Idealnie,
pomyślała. Jedyny kant w całym piekielnym pasażu, a ja musiałam na
niego wpaść... A potem jej pleców dotknęło lekko coś gładkiego,
metalicznego i chłodnego.
Zamrażacz...
Szybkim ruchem porwała go zza siebie i wysunęła w stronę Heisena,
oburącz ściskając uchwyt. Heisen cofnął się o krok.
Kłopot polegał na tym, że niełatwo było utrzymać zamrażacz przed sobą.
Był ciężki, Rebel drżały ręce, i gdyby Heisen nie był tak wściekle
szybki, pewnie spróbowałaby rzucić mu go na nogę.
Pod palcem wyczuła wbudowany w uchwyt spust. Co oznaczało, że jeśli
zdoła go skłonić, by wsunął rękę do aparatu, może go pokonać.
Ale poza tym zamrażacz słabo się nadawał na broń.
Będę musiała nim rzucić, myślała Rebel. Machnąć od dołu, trafić go w szczękę, połamać parę zębów. Potem wyrwać nóż, a samego Heisena
przytrzymać, aż przybiegnie ochrona.
To był dobry plan. Miał wysokie szanse powodzenia, dorównujące szybkiemu
opanowaniu teleportacji.
Widziała, jak Heisen napina mięśnie. Spokój spłynął na jego twarz.
Błyskawicznym ruchem machnął nożem w górę, pchnięciem mordercy. Rebel
machnęła aparatem w tamtą stronę i ktoś krzyknął za jej plecami. Heisen
odruchowo przesunął wzrok powyżej jej ramienia, by ocenić intruza. I podczas tej sekundy nieuwagi Rebel pchnęła zamrażacz w dół, nakładając
go na wyciągniętą rękę z nożem. Wdusiła przycisk spustowy. Aparat
stęknął w niemal bezgłośnym mechanicznym kaszlnięciu.
Przez długą chwilę ona i Heisen stali nieruchomo.
A potem Rebel odsunęła urządzenie. Zewnętrzna powierzchnia parzyła,
rozgrzana przetworzoną energią. Heisen spojrzał w dół. Ostrożnie,
delikatnie dotknął ręki z nożem.
Rozkruszyła się.
Nóż i dłoń upadły na podłogę i strzaskały się na kawałki, pozostawiając
tylko rękę kończącą się nagle w środku pomiędzy łokciem i przegubem.
Rebel poczuła, jak słabną jej palce. Upuściła zamrażacz. Nie mogła
oderwać wzroku od amputowanej ręki; zdawała się lśnić, nabrzmiewać,
całkowicie wypełniać pole widzenia. Z tyłu słyszała staccato biegnących
stóp.
Heisen ocknął się wtedy. Nie okazując bólu, ocalałą ręką sięgnął pod
płaszcz i wyjął niewielką czarną kulkę.
- Odsuń się - poradził gniewnie i rzucił kulkę na oddalony fragment
ściany.
Samuraje zbliżali się już, gdy ściana eksplodowała na zewnątrz w uformowanym rozbryzgu wody i szkła. Jeden z nich złapał i odciągnął
Rebel, drugi - kobieta - pochyliła się, by zahaczyć Heisena piką. Heisen
jednak przeskakiwał już przez wyrwany właśnie otwór i odlatywał w głąb.
Zawył wiatr i cisnął im w twarze częścią tryskającej wody. Powietrze
pachniało solą i wszędzie leżały mokre pasma wodorostów. Po obu stronach
pomostu zatrzaskiwały się ciężkie wrota bezpieczeństwa.
Rebel dostrzegła jeszcze Heisena, jak koziołkuje w powietrzu, a jego
płaszcz trzepocze szaleńczo. Potem pochłonęła go ciemność.
- Ale bałagan - mruknął samuraj.
Kopnął rzucającą się rybę. Wiatr rozwiewał mu włosy.
Kiedy ją wyprowadzali, Rebel z trudem powstrzymywała się od płaczu.
***
W oknie graficznym w przestrzeni unosiła się migotliwa obrączka
maszynerii. Setki robotników Spójni pełzały po jej powierzchni, montując
i ustawiając małe dysze ze sprężonym gazem. Tysiącami lekkich dmuchnięć
przemieszczali pierścień, aż geodezyjna zawisła nieruchomo w samym jego
środku. Dopiero teraz Rebel zdała sobie sprawę z jego rozmiarów - całe
kilometry średnicy, tak wielki, że najdalsze części zdawały się zanikać
w pustce.
- To nie wystarczy - powiedział Wyeth. - Chcę te pomieszczenia
zabezpieczyć, i to zaraz. Rozumiecie?
Spojrzał na wchodzącą do lobby Rebel i mrugnął porozumiewawczo. A potem
dodał, zmieniając wysokość głosu:
- Wysłaliście już miotły? Wiatry cichną, więc może bierzmy się do pracy.
W lobby tłoczyli się samuraje, patrole wyruszały we wszystkich
kierunkach.
- O mało nie zginęłam - powiedziała Rebel. - Chwilę temu.
- Tak, wiem. Kiedy zniknęłaś, puściłem przywry po zewnętrznej
powierzchni sheratona. Przechwyciły ostatnie kilka minut waszej
konfrontacji. To nie powinno się zdarzyć. Jak tylko pozałatwiam
najważniejsze sprawy, potoczą się głowy. Nie ma usprawiedliwienia dla
takiej wpadki ochrony.
Wzdłuż całej długości pierścienia tranzytowego zamrugały czerwone
światełka ostrzegawcze. Jak jeden, robotnicy Spójni odbili się od jego
powierzchni i w akrobatycznym unisono pomknęli do wnętrza, niczym
oglądany przez kalejdoskop wir pomarańczowych płatków. Dziesiątkami i dwudziestkami chwytali się za ręce i byli zbierani przez nadlatujące
promy.
Konstancja pojawiła się jakby znikąd, trzymając ręce w kieszeniach.
- Naprawdę ładnie to wygląda - uznała. - Całkiem jak taniec.
Wyeth nie podniósł głowy.
- Nie aż tak ładnie, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, czemu są tak
idealnie skoordynowani.
Zamrugała.
- Och, wręcz przeciwnie. Kiedy sobie wyobrazimy te złożone kształty,
jakie przybierają ich myśli, te mentalne struktury zbyt rozległe i ogromne, by pomieścił je jeden umysł... to może być źródłem pokory,
prawda? - A kiedy Wyeth nie odpowiadał, mówiła dalej: - Spójnia jest o cały ewolucyjny etap przed nami, w sensie biologicznym. Jest jak... jak
organizm ula. Jak żeglarz portugalski, kiedy setki maleńkich organizmów
łączą się w jedno stworzenie o kilka rzędów wielkości wyżej
zorganizowane niż dowolny z jego elementów.
- Moim zdaniem to ewolucyjny krok w dół. Tam, gdzie ludzki umysł tworzy
przynajmniej jedną osobowość na ciało, Spójnia połączyła wszystkie swoje
osobowości w jedną jaźń. Na Ziemi około czterech miliardów osób zostało
poświęconych, by powstał jeden wielki mgławicowy umysł. To nie jest
wzbogacenie, ale zubożenie. To największy pojedynczy akt zniszczenia w historii ludzkości.
- Czy nie widzi pan piękna tego umysłu? Gigantyczny, niewyobrażalnie
złożony, niemal boski?
- Widzę, jak cała populacja ojczystej planety ludzi została zredukowana
do statusu roju pszczół. Bardzo wielkiego roju, przyznaję, ale to nadal
owady.
- Nie zgadzam się.
- Właśnie widzę - odparł chłodno Wyeth. - I będę o tym pamiętał, madam.
- Światełka wskaźników na pierścieniu tranzytowym mrugały w szybkim
rytmie. - Widzisz to? - Zwrócił się do Rebel. - Uzbroili ładunki
wybuchowe.
Konstancja wyraźnie się zdziwiła.
- Jak to wybuchowe? Po co?
Promy wolno spływały do geodezyjnej. Przed nimi zespół próżniowców
montował śluzę powietrzną. Przyspawali ją do metalowej powłoki i rozsunęli zewnętrzną przesłonę w chwili, kiedy nadpłynął pierwszy
transport. Usunęli napęd promu i zamienili go na dysze sprężonego
powietrza.
- Za chwilę wejdą do geodezyjnej, sir - powiedział któryś z samurajów.
- Niech Bóg ma was w opiece, jeśli choć jeden ze Spójni nie będzie
zarejestrowany, kiedy dotrą do sheratona - ostrzegł ponuro Wyeth.
Spojrzał na Konstancję. - Spójnia nie chce, żebyśmy badali ich
technologię, pani Moorfields. Więc oczywiście zaprogramowali pierścień
na samozniszczenie, gdybyśmy czegokolwiek spróbowali. A że to zrobili i że hel w pierścieniu jest tylko wynajęty, oczywiście nie spróbujemy.
Prom wpłynął w atmosferę wewnętrzną. Był zapakowany do pełna i pokryty
Spójnią w pomarańczowych skafandrach: potrójną warstwą przylegali do
zewnętrznej powłoki.
Pilot uruchomił dysze i prom ruszył do sheratona.
- Nie rozumiem tej wzajemnej podejrzliwości - oświadczyła Konstancja. -
No więc ludzkość podzieliła się na dwa gatunki. Minie dość czasu, a będzie ich tuzin, setka, tysiąc! Uważam, że w kosmosie wystarczy miejsca
dla wszystkich, panie Wyeth.
- Doprawdy?
Prom szybował w stronę hotelowego pierścienia dokującego.
Wiatry niemal całkiem ucichły, prócz tych generowanych przez obrót
samego sheratona i przez dysze podtrzymujące rotację. Mimo to system
sterowania sprężonym powietrzem był dość nieprecyzyjny i prom zatrząsł
się mocno, kiedy pilot zbyt ostro skorygował odchylenie. Ściśnięci
robotnicy Spójni złapali się mocniej i wytrzymali - wszyscy prócz
jednego, który stracił chwyt i odpłynął. Osobnik przez chwilę dryfował
spokojnie, a potem szarpnął się gwałtownie i na wszystkie strony
wystrzeliły kawałki hełmu. Trup szarpnął się znowu, i znowu. Sześciu
samurajów na ciśnieniowych miotłach zbliżyło się do niego.
- Widzicie tę ich broń? - spytał Wyeth. - To wiatrówki. Kazałem je
zrobić w zbiornikach, w Klastrze takie rzeczy są nielegalne, ale
potrzebowałem ich. Powłoka geodezyjna jest za cienka dla broni
laserowej, a klingi nie są dostatecznie szybkie.
- Zabił pan człowieka! - krzyknęła Konstancja.
- To nie jest zabawa. - Samuraje odholowali ciało. - Zapewniam, że
miałem ważne powody.
- To samo mówiłby Heisen - mruknęła Rebel.
Wyeth spojrzał na nią ostro, ale wtedy rozsunęły się drzwi windy i wprowadzono pierwszą grupę Spójni. Skórę mieli zabarwioną na ten sam
kolor co skafandry; trudno byłoby zgubić w tłumie kogoś z nich. Ale
Rebel zdumiały nie ich krzykliwe kolory ani pojedynczy długi warkocz,
który nosili wszyscy - mężczyźni i kobiety - ale fakt, że każda twarz
była inna. Nie spodziewała się tego. Chociaż myśleli, żyli, poruszali
się tak samo i tak samo byli częściami większego umysłu, to jednak każdy
miał twarz indywidualnej ludzkiej istoty.
I w jakiś sposób to tylko spotęgowało grozę.
Grupa przeszła pojedynczą kolumną, niektórzy z zamkniętymi oczami, inni
rozglądając się z ciekawością. Ich implanty radiokomunikacyjne były
niewidoczne, dla bezpieczeństwa zaszyte głęboko w ciałach. Prowadząca
wyszła nagle z szyku i skierowała się do Wyetha. Dwójka samurajów
natychmiast ruszyła za nią z obu stron.
Wyeth uniósł głowę i czekał.
- Potrzebujemy terenów do ćwiczeń, by utrzymać te ciała w formie -
oznajmiła kobieta. - Poza tym metal w tej strukturze działa jak słaba
klatka Faradaya. Przez wszystkie rejony mieszkalne powinien być
przeciągnięty trójaksjalny kabel z lokalnymi wejściami rekteny.
Wyeth kiwnął głową.
- Ponadto straciliśmy jedno z naszych ciał. Wasze formacje ochrony je
zabiły.
- I co?
- Ziemia zakłada, że koszt materiałów konsumpcyjnych zostanie obniżony o odpowiedni ułamek procenta - powiedziała. - Ponieważ nie będzie mogła
ich skonsumować.
- Dopilnuję tego.
Kobieta dołączyła na końcu swojej kolumny. Kiedy zniknęła pierwsza
grupa, wrota windy otworzyły się i weszła kolejna dwudziestka. Wyeth
uśmiechnął się kwaśno.
- Cudownie, prawda? Klaster tak bardzo chce się pozbyć tej ekipy, że
pakują ich o rzut kamieniem od dwudziestu paru miast zbiornikowych.
Wystarczy, że pięćdziesięciu tych typów przedostanie się do zbiorników,
a cała armia ich stamtąd nie wykopie. W ciągu miesiąca wszyscy
mieszkańcy będą włączeni w ich grupowy umysł.
- Jest pan uprzedzony - uznała Konstancja. - Ziemia to tylko inna forma,
jaką może przyjąć ludzka inteligencja. A pan traktuje ją jak
nieprzyjaciela.
- Bo jest nieprzyjacielem, pani Moorfields. Jest najgorszym wrogiem,
jakiego zna ludzka rasa, z możliwym wyjątkiem tej odmiany głupoty, która
każe nam wierzyć, że możemy dogadać się z Ziemią i nie spłonąć. A jedynym, co staje przeciwko nim, jestem ja. I raczej wszystkich ich
zobaczę martwych i w piekle, niż choćby jednego wypuszczę na swobodę.
Konstancja odwróciła się oburzona i wyszła. Wyeth oparł dłonie o krawędź
biurka i pochylił się do przodu. Patrzył na przechodzącą obok Spójnię, a jego oczy były jak rozżarzone węgle.
Rebel zadrżała.
***
Przez długą godzinę Spójnia przechodziła przez lobby pod okiem czujnych,
lecz uprzejmych strażników. Formalnie byli gośćmi, gdyż płacili za
tranzyt na orbitę Marsa. Dlatego więc, przy wszystkich swoich klingach,
pikach i pałkach, samuraje prowadzili swych pięciuset podopiecznych cali
w uśmiechach i ukłonach. Spójnia oczywiście nie okazywała ani aprobaty,
ani niezadowolenia.
Na pierścieniu tranzytowym pojawiły się kolejne światła robocze,
najpierw żółte, potem pomarańczowe.
- Jak to działa? - spytała Rebel.
Wyeth wzruszył ramionami.
- Przede wszystkim nie mam bladego pojęcia o fizyce, i oczywiście nikt
nie rozumie ziemskiej fizyki; wyprzedzają nas o setki lat. Mogłabyś mnie
zaprogramować na drugiego Miiko Ben-Yusufa, a i tak nie potrafiłbym
wytłumaczyć, jak to działa. - Zmienił swój aspekt i wykrzywił usta w szelmowskim uśmieszku. - Ale mogę wygłosić wykład dla idiotów.
Wyjaśniono mi, że pierścień obejmuje leżącą wewnątrz przestrzeń i przyśpiesza ją. Realnie przemieszcza przestrzeń w przestrzeni, a wszystko, co leżało w tej przestrzeni, pozostaje w niej zanurzone i zabiera się razem z nią. Czyli: jesteśmy tutaj i tutaj wciąż tkwimy,
tyle że "tutaj" się przemieszcza. Skutkiem jest natychmiastowa szybkość.
Prędkość bez przyśpieszania. W związku z tym nie ma żadnych problemów z bezwładnością. Rozumiesz?
- No... nie, prawdę mówiąc, nie.
- Ja też nie. - Roześmiał się, a światełka na pierścieniu zmieniły się
na zielone. - Oj... ruszamy.
Rebel mimowolnie chwyciła krawędź biurka.
Na ekranie pierścień tranzytowy razem z Londongradem, New High Camden,
asteroidą i wszystkimi składnikami Klastra... zniknął. Całkiem jakby ktoś
starł go ze ściany, pozostawiając tylko niezmienne gwiazdy.
- To było to? - upewniła się Rebel.
- Nie ma czego oglądać, prawda?
- A co się teraz stanie z tym pierścieniem? Czy Klaster może go
zachować?
- Chcieliby! Nic z tego. Pierścień sam się zdemontuje. Potem ochrona
Klastra zacznie analizować kawałki i zastanawiać się, jak do siebie
pasują. I oczywiście nic im z tego nie wyjdzie. Spójnia jest bardzo
dobra w systemach cybernetycznych.
Zerknął na wskaźniki i wyraz jego twarzy zmienił się.
- Słuchaj, mam teraz masę roboty. Może byś obejrzała swój pokój, trochę
się przespała? Jutro rano możemy zaplanować strategię, dobrze?
- Dobrze. - Ruszyła do windy, ale zatrzymała się jeszcze. - Wyeth?
Przestraszyłeś się, kiedy Heisen próbował mnie zabić?
- Niespecjalnie. Miałem w rejonie samurajów. A dlaczego?
- Nie, nic. Drobiazg.
***
W górnym pierścieniu, gdzie Rebel miała pokój, zebrali się
postprogramowi samuraje, pierroci i pierretty oraz ludzie z innych typów
obsługi. Byli w wakacyjnych nastrojach: zrywali owoce z ozdobnych drzew,
śmiali się i chlapali w fontannach. Farba zaczynała się już rozmazywać.
Ktoś otworzył skrzynkę z papierowymi ptakami i powietrze wypełniło się
białymi trzepoczącymi zabawkami, fruwającymi powoli w kręgach, gdy
rozkręcały się ich gumowe napędy. Pogrążona w melancholii Rebel szła
między rozbawionymi ludźmi i tym razem nie protestowała, kiedy Maxwell
objął ją ramieniem w pasie i zrównał z nią krok.
- Słyszałem, że planują orgię w sadzawce z liliami wodnymi - powiedział.
- Co ty na to?
- Za dużo ludzi jak dla mnie. Idę do swojego pokoju. - Po czym dodała,
świadoma już, że to zły pomysł, ale kończyły się jej te dobre: - Masz
ochotę iść ze mną?
Pokój był typowym luksusowym owalem, z odsuniętym od środka łóżkiem oraz
programowanymi ścianami i sufitem. Rozebrali się i przewrócili na
pomarańczowo-czerwoną kapę, wcześniej rzucając płaszcze na pokojowy
monitor. Potem, kiedy Rebel poleciła ścianom, by w czasie rzeczywistym
wyświetlały zewnętrzny gwiezdny pejzaż, Maxwell nakręcił mocno wszystkie
ptaki i wypuścił je jednego po drugim.
Pokryte kapą łóżko unosiło się wśród gwiazd, a papierowe ptaki brzęczały
cicho w górze, kiedy się kochali. Na początku Rebel usiadła na Maxwellu
i wykonywała całą pracę, odpychając jego ręce, kiedy tylko do niej
sięgał. Potem, kiedy był już dobrze rozgrzany, opuściła się na niego, a on chwycił ją szorstko i przetoczył na wierzch. Uderzał niczym jakaś
maszyna, nieznający zmęczenia seks-robot. Odwróciła głowę w bok,
wpatrując się w tworzącą Drogę Mleczną nieskończoność maleńkich
kolorowych gwiazd.
Seks w grawitacji był przyjemny. Nie musiała bezustannie pamiętać, gdzie
jest, bezustannie zmieniać uchwytów. Połowa roboty wykonywała się sama.
Na dodatek czuła na sobie dobry, solidny ciężar, co także było
przyjemne.
Teraz przechodziła poprzez namiętność do chłodnego, obojętnego spokoju,
do wzniosłego psychicznego pejzażu, w którym myśli nie wyrażały się
słowami, a były krystalicznie czyste, jak zimne górskie powietrze.
Tutaj, gdzie odczucia ciała były jak miłe mruczenie w tle, osiągnęła
pokój z sobą. Czuła się prosta i nieskomplikowana. Łatwo było zajrzeć w siebie i wyszukać to bezimienne niezadowolenie, które gryzło ją od
jakiegoś czasu, tę ukrytą truciznę, jakiej nie potrafiła wyizolować w bezustannym gwarze normalnych myśli.
Wszyscy czegoś od niej chcieli. To było częścią problemu. Deutsche
Nakasone chciało jej persony, a Jerzy Heisen chciał jej śmierci. Snow i reszta jej siatki też chcieli zarejestrować jej personę. A Wyeth chciał
ją wykorzystać jako przynętę, by przechwycić i zniszczyć siatkę Snow.
Według niego wszyscy byli zdrajcami, którzy zaprzedali się Spójni i służyli interesom Ziemi. To miało sens, jeśli człowiek pamiętał, jak
mocno się zagłębili w doznania maszynowego kontaktu; chcieliby pewnie
osiągnąć ostateczne zespolenie umysłu i maszyny. Ale w całym tym gąszczu
pragnień to Wyeth niepokoił ją najbardziej. Wykorzystywał ją. Z jakiegoś
powodu dręczyło ją to nawet bardziej niż niedawna próba zabójstwa.
Maxwell poruszał się teraz szybciej i tracił rytm, zbliżając się do
orgazmu. Ale odpowiedź leżała już w zasięgu Rebel, która może wolałaby
jej nie znać, ale była całkiem wyraźna.
Fakty były takie, że to nie Maxwella chciałaby mieć w sobie. Pragnęła
Wyetha, i to nie tylko na kilka intensywnych godzin w łóżku. Zakochiwała
się w tym człowieku, w tym obcym czworościennym umyśle i całej reszcie,
a chociaż było to całkiem głupie - jaką mogli mieć wspólną przyszłość? -
jej emocje były nierozsądne i bezwzględne.
I do kogo mogłaby zgłaszać pretensje?
Maxwell wyprostował plecy, zacisnął powieki i krzyknął bezgłośnie.
Niemal z roztargnieniem Rebel podniosła ręce i ścisnęła mu policzki,
mocno wbijając paznokcie w skórę. Wszystkie papierowe ptaki były już na
podłodze.
A potem Maxwell leżał obok niej, spocony i zdyszany.
Przez długi czas milczeli. Później wysłała Maxwella po jedzenie, a on
wrócił z krakersami, plastrami smażonego słodkiego ziemniaka i pomarańczami z drzew w holu. Zanim zjedli, znów był zainteresowany.
- Masz ochotę na drugi raz? - zapytał.
- Chyba tak.
A potem znów została sama ze swymi myślami. Zakochana w Wyethu. Ale się
porobiło... Co za pieprzony chaos...
6. orchidea
6
Orchidea
Kiedy światła sheratona przezieleniały od błękitnego odcienia wieczoru
do żółtawego świtu, Rebel wykopała Maxwella za drzwi i poszła się
spotkać z Wyethem.
Ciągnąc za sobą eskortę pięciu samurajów, przelecieli na miotłach do
geodezyjnej. Włosy i płaszcz powiewały za nią i czuła się jak
elżbietańska dama pędząca z orszakiem na łowy; iluzję pogłębiały jeszcze
kamery dozoru, szybujące w pewnym oddaleniu i przekazujące informację do
ochrony. Tyle że zbiorniki sprężonego powietrza wychładzały się w miarę
użytkowania i po chwili siodełko stało się nieprzyjemnie zimne.
Przemknęli przez zewnętrzne pasma orchidei, gdzie gąszcze powietrznych
korzeni przytrzymywały obsydianowe kule wody, większe niż jej głowa;
zwalniając, skierowali się w głąb rośliny. Łodygi rosły gęściej, w miarę
jak zagłębiali się w labirynt porośli epifitu. Rozkwitł, a wielkie
bioluminescencyjne kwiaty sączyły w mroku łagodne magiczne światło. Było
raczej zamglone, nie tak jak pełny blask światłonośnych alg w domu, ale
raczej jak okresowe pory nocne, kiedy algi wymierały.
W końcu dotarli do sporej polany głęboko we wnętrzu rośliny i zatrzymali
miotły.
- Dasz się namówić na programowanie sztuk walki? - spytał Wyeth. -
Bardzo proste. Zajmie najwyżej pięć minut, przy minimalnych zmianach
osobowości.
- Nie. Nie mam ochoty, żeby ktoś grzebał przy moim umyśle.
Westchnął.
- Wiesz, musisz być w stanie się obronić. W tej sytuacji musimy cię
reprogramować w starym stylu, z instruktorem i długimi ćwiczeniami.
Wyniki są te same, tyle że bardziej się trzeba napocić. Treece...
Krępy, niski, podobny do trolla samuraj zsunął się z miotły i teraz
unosił się przy niej, dotykając ręką siodełka. Miał smagłą twarz i szerokie żabie usta.
- Naucz ją - polecił Wyeth.
Treece odpiął z pleców dwa kije i jeden wręczył Rebel. Zsiadła i chwyciła go.
Oboje przywiązali płaszcze do siodełek i odepchnęli miotły.
- No dobrze - rzucił Treece. - Spróbuj mnie uderzyć.
Rebel zmierzyła wzrokiem niskiego śniadego mężczyznę i zaatakowała
szybko i mocno, odsuwając przeciwne ramię, by zapanować nad dryfem. Nie
zaskoczyło jej, kiedy Treece wysunął się spod ciosu - był przecież
instruktorem - ale naprawdę się zdziwiła, kiedy swoim kijem uderzył w jej kij, tuż przy uchwycie, a ta dodatkowa energia sprawiła, że zaczęła
koziołkować.
- Pierwsza lekcja - stwierdził Treece. - Kręcisz się teraz w kółko wokół
jednego punktu w twoim ciele. To twój środek masy.
- Wiem przecież! - zawołała gniewnie Rebel. Wolałaby, żeby Wyeth się
temu nie przyglądał. Skupiła się na powstrzymaniu zawrotów głowy. -
Dorastałam w nieważkości.
- Ja dorastałem w grawitacji. Ale to nic nie daje przeciwko komuś z wprogramowanym judo. - Pozwalał jej wirować. - Otóż ten środek masy jest
bardzo istotny. Po pierwsze, kiedy zakręcisz kimś wokół tego punktu,
jego skuteczność bardzo się zmniejszy. Pchnięcia i zasłony nie będą tak
czyste, jak by mogły być.
Wyciągnął swój kij, a Rebel chwyciła go i ustabilizowała pozycję.
- Po drugie, zawsze powinnaś pamiętać, by uderzać w środek masy. -
Czubkiem kija szturchnął jej kij. - Sama możesz się przekonać. Jaki jest
jedyny punkt w ciele, którego nie możesz poruszyć, kiedy się unosisz? To
twój środek masy. Zostaje na miejscu. - Znów ją szturchnął. - Spróbuj.
Odsuń się od tego.
Rebel błyskawicznie machnęła kijem w przód, uderzając oburącz o jego
broń z trzaskiem, od którego zapiekły dłonie. Siła reakcji rzuciła ją
nad jego głową, a przelatując, spróbowała uderzyć go w czaszkę. Treece
uniósł swój kij, a parowanie i zaczep znowu ustawiły oboje w stabilnych
pozycjach względem siebie.
- Absolutnie słusznie - powiedział. - Kiedy się unosisz, wszelkie
poważniejsze ruchy pochodzą od twojego przeciwnika.
Wszyscy samuraje dryfowali w jednej płaszczyźnie, respektując
konsensualny horyzont. Treece przekręcił się głową w dół i patrzył na
nią kpiąco.
- W rezultacie dotknięcie przeciwnika jest równocześnie źródłem okazji,
jak i największym zagrożeniem. Podaj rękę.
Rebel wyciągnęła ją, a on natychmiast chwycił ją w nadgarstku,
przeciągnął się do barku i ścisnął jej gardło między kijem i przedramieniem.
- Mógłbym ci tak skręcić kark. Kiedy pozwolisz się dotknąć, wystawiasz
się na atak. Ale nie dotykając przeciwnika, niczego nie osiągniesz. -
Odsunął się i uśmiechnął kwaśno. - Dlatego to jest sztuka.
Wyeth siedział na siodełku odchylony do tyłu, z zamkniętymi oczami, i przez komunikator w dysku adhezyjnym kierował swoim kieszonkowym
imperium. Teraz otworzył oczy.
- To najzgrabniejszy paradygmat manewrów politycznych, jaki w życiu
słyszałem - stwierdził.
Rebel zaczęła odpowiadać i prawie nie usłyszała świstu kija instruktora.
Ledwie zdążyła odparować atak.
- Żadnych pogaduszek - warknął Treece. - Zresztą skończyliśmy już z gadaniem. Koniec z teorią, koniec z paplaniem, a tylko nudne, powtarzane
w kółko ćwiczenia. Przez resztę dnia dzisiejszego i w następnych, dopóki
tego nie opanujesz, będzie tylko pot i ciężka praca.
Długo potem spojrzał zdegustowany i splunął do orchidei.
- Wystarczy. Jutro o tej samej porze.
Któryś samuraj podprowadził jej miotłę. Rebel była zmęczona, ale
przyjemnie zmęczona. Czuła każdy swój mięsień.
Na szczęście Eucrasia utrzymywała ciało w niezłej formie.
Przelecieli na samą granicę orchidei i zatrzymali się. Wyeth przycumował
miotłę do powietrznego korzenia, Rebel zrobiła to samo, a ochrona
oddaliła się, poszerzając patrolowany obszar.
Wyeth ruszył wzdłuż grubego pnia, niezręcznie szukając chwytów. Rebel
szła za nim z większą gracją. Po chwili dotarli na kraniec gęstwiny,
uciętej tak nagle jak w miejscu, gdzie las klimaksowy przechodzi w trawiaste równiny. W ciemności dalekie regiony rośliny atmosferycznej
przypominały smugi jaśniejących chmur. Samotny i jasny, sheraton wirował
jak młyńskie koło. Jego światła teraz przesunęły się ku czerwieni, były
niemal pomarańczowe, jak w południe. Srebrzyste błyski wokół niego były
ludźmi, śmigającymi tam i z powrotem niczym jętki.
Po chwili Wyeth odezwał się:
- Pierwszy raz w życiu kieruję pracą ludzi. Zawsze byłem raczej samotnym
wilkiem.
Rebel patrzyła na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu zdecydowała
się na mierny żart.
- Raczej jak samotna wilcza wataha, nie?
- Chyba tak.
Znów cisza.
- Jak to jest? - spytała Rebel. - Mieć cztery persony?
- No wiesz... Kiedy nie jestem w użyciu, to właściwie nic nie robię, mam
tylko pasywną świadomość własnego istnienia. Widzę, co się dzieje. To
tak, jakby czterech nas stało wokół bardzo małej sceny, której środek
jest jasno oświetlony. Obserwujemy wszystko, co się dzieje, słyszymy
wszystko, czujemy wszystko, ale nic nie robimy, dopóki nie wejdziemy w światło. Kiedy czekamy w ciemności, niewiele nas obchodzi. Czasami
wszyscy stajemy w świetle, a... - głos zmienił mu się lekko - ...czasami
stoi dwóch, ale jeden się nie odzywa. Jeszcze pół godziny monitoringu i można się zwijać. - Głos zmienił się znowu. - To był mój aspekt
wojownika. W tej chwili kieruje ochroną w sheratonie. W ten sposób ja
mogę swobodnie używać ciała.
- To dziwaczne - stwierdziła Rebel. - To, jak zmienia ci się głos. Bo
chyba nie musisz mówić głośno, żeby się ze sobą porozumiewać? Znaczy
chyba wystarczy, że pomyślisz, a dotrze to do pozostałych?
- Nie. Muszę to powiedzieć, a przynajmniej subwokalizować, ponieważ...
Widzisz, to przede wszystkim właśnie myśli stanowią personę. Są
architekturą, definiują kształt i formę jej istnienia, gdzie się zaczyna
i gdzie odchodzi. Nie możemy bezpośrednio współdzielić swoich myśli...
- ...nie rozbijając samej persony - dokończyła Rebel. - Tak, faktycznie,
wtedy zlałyby się w jedno, jak stykające się jajeczka po przebiciu
membrany.
- Wiedza Eucrasii wyraźnie do ciebie powraca.
Rebel odwróciła wzrok.
- Nie wiem, czemu tak lekko o tym mówisz. To tak, jakby... Czuję te
wspomnienia otaczające mnie, przygniatające... Wszystkie należą do niej i żadne do mnie, i czuję, że zaczynają na mnie wpływać, wiesz? Mam
wrażenie, że zmieniają mnie, upodabniają do niej... - Z trudem
powstrzymała mroczny odruch, by rozpłakać się bezradnie. - Czasem wydaje
mi się, że wszystkie te wspomnienia wzbiorą nagle i zatopią mnie.
Wyeth dotknął jej ramienia.
- Twoja persona to tylko maska - powiedział głosem twórcy wzorców. - W ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia. Ty, twoja istota, twoja jaźń
są tutaj, w granicach twojej czaszki i ciała.
Znowu zadrżała od jego dotyku i odwróciła się do niego. A potem było jak
na tych ćwiczeniu walki, kiedy trzeba wspiąć się po ramieniu przeciwnika
- wszystko wydarzyło się w jakimś szaleńczym momencie, zbyt szybko na
myślenie. Ręce Wyetha przycisnęły ją mocno do jego ciała i zaczęli się
całować. Pragnęła go tak rozpaczliwie, że nie mogła zrozumieć, dlaczego
to on sięgnął do niej pierwszy.
- Chodź. - Wyeth pociągnął ją z powrotem do orchidei, w jakieś mroczne i osłonięte miejsce. Zsunął jej płaszcz z ramion i odłożył go na bok.
Dłonie przesunęły się po jej ciele, odwinęły przepaskę łonową...
Przycisnął twarz do boku jej szyi.
- Czekaj - rzuciła Rebel. - Chcę tego wielkiego.
Spojrzał na nią zdziwiony.
- Aspektu wojownika. Chcę się z tobą kochać, kiedy jesteś wojownikiem.
***
Później Rebel poleciała na przejażdżkę z błaznem. Śmiali się i żartowali, latając bez żadnego konkretnego celu.
- Będziesz musiała zrezygnować z tych irracjonalnych uprzedzeń wobec
psychoprogramowania - oświadczył z uśmiechem Wyeth. - To użyteczne
narzędzie. Gdyby moja druga persona nie kierowała sheratonem, nie
mógłbym tu teraz być i hulać razem z tobą.
Trochę dalej trafili na festyn w miejscu, gdzie orchidea rosła najbliżej
zbiorników. Właściwie było to jedno długie pnącze, wyplątane i przywiązane do śluzy. Uczestnicy przesuwali się wzdłuż niego do wyciętej
wewnątrz rośliny polany. Z zewnątrz przypominała uwięzioną w gąszczu
chaotyczną zbieraninę budek i szałasów.
W środku jasno było od kwiatów i łańcuchów papierowych lampionów. Wokół
przemykali mieszkańcy zbiornikowych miasteczek w płaszczach tak
krzykliwie barwnych jak ćmy w dżungli. Powiązane pasma impulsowo
wysuszonych pnączy tworzyły klatki do walk, stragany astrologów i odwracaczy pecha, labirynty zakochanych, koła szczęścia i lady
handlarzy. Rzemieślnicy malowali panele dla karuzel, tworząc królów,
byki, kosmoloty i mrocznych żniwiarzy.
Przy głównej bramie trwał właśnie pojedynek na kije. Wchodząc, samuraje
spojrzeli zaciekawieni.
- Popatrz! - Wyeth pociągnął Rebel do budy, gdzie chętni mogli rzucać
wodnymi kulami w siedzącego w pewnej odległości klauna. - Dajcie trzy!
Pierwszą pchnął za mocno i rozpadła się w drobne krople, które jak
deszcz przeleciały wokół klauna. Ten naśmiewał się głośno, a Wyeth
rzucił znowu. Tym razem kula eksplodowała na twarzy klauna w tysiące
małych kuleczek.
- To było przyjemne...
Kiedy naganiacz pchnął w jego stronę ostatnią kulę, Wyeth mrugnął do
klauna i rozbił ją o własną twarz. Widzowie zaśmiali się zaskoczeni. Z dala od papierowych lampionów ich oczy były mroczne, ich twarze jak
blade maski.
Wyeth i Rebel przeszli obok prostych gier, losowych, choć ustawionych,
do handlarzy sprzedających dżemy i słodycze, rzeźbionych w drewnie
astronautów, kolorowe słomiane lalki i ludzików w beczkach.
- Tutaj! - wrzeszczał naganiacz. - Tak, tak, tak!
Rebel kupiła cukrową czaszkę i wgryzła się w nią, a z oczodołu wypłynął
czerwony żel. Przez chwilę patrzyła wystraszona, ale zaraz się
roześmiała.
Oglądała srebrne dzwoneczki z kokardami na palce stóp, kiedy nagle
ogarnął ją niepokój. Podniosła wzrok i zobaczyła Wyetha trzymającego
błyszczące jabłko wielkości koktajlowego pomidora.
- Siedem godzin? - mówił Wyeth. - Siedem godzin Klastra za jabłko?
Handlarz był małym człowieczkiem o chudych, pajęczych rękach i nogach, z krzywym uśmieszkiem i obłąkanym wzrokiem ciemnych oczu. Zaśpiewał nagle:
Zbudź się i ocknij, wytrzeszczaj oczy,
Pomyśl, że gdzieś tam już dnieje.
A potem wystaw swój język na wierzch
I powiedz, co się dzieje!
Po czym zwrócił się do Wyetha.
- Ale płochjabłko to nie jest zwyczajny owoc, o nie. W sercu ma robaka.
- I co robi ten robak?
- Jak to? On je, mój panie. Je i wydala, aż utonie we własnym likworze.
- Wyjął jabłko z palców Wyetha. - Musisz połknąć je w całości: ogryzek,
pestki i ogonek. W ten sposób.
O czym ja śniłem? Sceny jak sieczka,
Co ją dech wiatru rozwiewa,
Lecz wciąż me myśli w głowie łaskoczą
I brzuch od śmiechu nabrzmiewa.
I znów przemówił normalnym tonem:
- Nazywam się Billy Bejesus i mieszkam sobie w drzewie. Jeśli tam
jeszcze mnie nie ma, gdzie jestem, sam tego nie wiem. - Przestąpił z nogi na nogę i przekręcił się w powietrzu.
Zdziwiony i zaintrygowany, Wyeth zwrócił się do Rebel.
- Czy rozumiesz coś z bełkotu tego szaleńca?
- Nie dotykaj tego! Nie wiesz, co to są płochjabłka?
Wyeth szeroko otworzył oczy i pokręcił głową.
- Zmieniają umysł. Sądząc po tym, co mówił, te tutaj to kierunkowe
halucynogeny, ale płochjabłko można zaprogramować praktycznie do
wszystkiego. Może ci dać dowolną umiejętność, doprowadzić do obłędu,
przywrócić zdrowie psychiczne. Niektóre przygotowuje się tak, że negują
się po kilku godzinach, inne są... trwałe. I na pewno lepiej nie wkładać
takiego do ust, zanim się nie dowiesz, co robi.
- Naprawdę? Chemiczne psychoprogramowanie? - Wyeth potarł palcem jasną
skórkę, podniósł owoc do nosa, powąchał ostrożnie. - Jak to działa?
- Płochjabłko jest tylko matrycą. To robak jest przerobiony zgodnie z tym, jakich skutków się oczekuje. Jest zakażony wirusem, który... Kiedy
środek płochjabłka topnieje, następuje eksplozywne namnażanie wirusa i...
- Zawahała się i urwała. - Nie. Nie pamiętam. Kiedyś wiedziałam to
wszystko, ale uciekło.
A jednak, tak wyczuwała, było to w jakiś sposób niezwykle ważne.
- Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem. - Wyeth przyjrzał się
płochjabłku z bliska, podziwiając półprzejrzystą skórkę, cukierkowy
czerwony połysk, bliską pęknięcia soczystość. - Ciekawe, skąd pochodzą.
Dlaczego nagle się tutaj pojawiły?
Rebel bezradnie pokręciła głową.
- Masz ich ile...? Trzy skrzynki? - Billy Bejesus uśmiechał się
promiennie. - Wezmę wszystkie. Treece, załatw wszystko i dopilnuj, żeby
przeniesiono te jabłka do sheratona.
Podryfowali dalej. Rebel zatrzymała się przy straganie z biżuterią i obejrzała wystawione przypinki z symbolami religijnymi: gwiazdy, krzyże,
swastyki i tak dalej. Kupiła białą muszelkę i przypięła do kołnierza
płaszcza.
- Teraz mogę zetrzeć tę farbę z twarzy - powiedziała. - Ludzie wezmą
mnie za jakąś fanatyczkę religijną.
To dziwne, ale uczucie niepokoju dręczyło ją mocniej niż kiedykolwiek.
- Rozsądna myśl. Chociaż na twoim miejscu sprawdziłbym, co oznacza taka
spinka. W przyszłości może cię to uchronić przed kłopotliwą rozmową.
Trzymając się za ręce, dryfowali przed ogromną siatkową kulą i oglądali
walki kogutów, kiedy nagle Wyeth odezwał się swoim głosem przywódcy:
- Szlag... Chodźmy stąd, musimy wracać do sheratona.
Pociągnął Rebel w stronę bramy. Ochrona zmaterializowała się wokół nich.
- Stało się coś? - spytała Rebel.
- Konstancja rozmawia ze Spójnią.
***
Przez całą drogę powrotną do sheratona Rebel dręczyło niepokojące
uczucie, że ktoś za nią podąża, że jakaś mglista sylwetka przemyka wśród
liści i pnączy; i choć nigdy jej nie ma, kiedy Rebel ogląda się przez
ramię, wraca natychmiast, kiedy tylko odwraca głowę. Tutaj, w jasno
oświetlonych pomieszczeniach kompleksu, wrażenie trochę osłabło, choć
nie zniknęło całkowicie. Gdzieś tam był ktoś, kto ją śledził.
- Nie znaleźliśmy ciała Heisena - przypomniał Wyeth, kiedy mu o tym
wspomniała. - Możliwe, że to on chce cię dostać. To jeden z dwóch
powodów, dla których przydzieliłem ci stałą ochronę.
- A ten drugi?
- Za chwilę się nim zajmiemy. - Zsunął z przegubu bransoletę, jedną z pary grubych pierścieni z inkrustowanej srebrem kości słoniowej. - Weź
to i załóż. Monitoruje widmo elektromagnetyczne.
Samuraje odstąpili na boki, kiedy Wyeth wkroczył do głównej sali
konferencyjnej centralnego pierścienia. Tutaj, pod holograficznym
niebem, na krawędzi czerwono polakierowanego mostku siedziała
Konstancja, mocząc stopy w strumyku ze złotymi rybkami. Obok stało kilku
ze Spójni, słuchając jej słów. Wokół, pośród przystrzyżonych krzewów,
krzątali się jej ludzie z narzędziami swych profesji: fermenterami,
splicerami sekwencji chimerycznych, mikrobiologicznymi bioreaktorami i podobnymi - demonstrując metody laboratoryjne, a Spójnia w identycznych
kombinezonach tłoczyła się wokół nich niczym obłoki pomarańczowej mgły.
Twarz Wyetha stwardniała na granit.
- Wystarczy, Moorfields!
Konstancja poderwała się.
- Och... - Zamrugała. - Zaskoczył mnie pan, panie Wyeth.
- I zrobię coś o wiele gorszego. - Wyeth z wściekłością patrzył na nią z brzegu. - Co pani wyprawia? Dlaczego przeniosła pani sprzęt i ludzi z trzeciego pierścienia?
- No przecież musiałam. Chciałam porozmawiać ze Spójnią i dowiedziałam
się, że obowiązuje jakaś głupia zasada, że nie wolno im opuszczać
centralnego.
Kilkuset ze Spójni krzątało się w hali. Kilku przepłynęło bliżej i przyglądało im się z powagą. Milczeli.
- Zabierzcie stąd nadrzewców - polecił Wyeth.
Samuraje zbliżyli się i zaczęli wyprowadzać bioinżynierów.
- Zaprogramujcie prawniczo dwie osoby, jedną na Londongrad, jedną na
Ludowego Marsa, i przyślijcie tutaj. - Zwrócił się do Konstancji. -
Przekona się pani, że normy Klastra są nadzwyczaj legalistyczne, za to
Ludowe raczej nieformalne i racjonalne. Korzystając z obu, mam nadzieję,
że jeśli jeszcze raz przekroczy pani granicę, będę mógł powiesić panią
za zdradę stanu.
- Zdradę? Chyba pan żartuje.
- Jestem absolutnie poważny.
Konstancja pokręciła głową, złożyła dłonie, potem je opuściła.
- Przecież my tylko wymienialiśmy informacje naukowe.
- Tak? I jakie informacje pani przekazali?
- Byliśmy na etapie wstępnym, ustalaliśmy kwestie podstawowe. Takie
wspólne warsztaty. No wie pan.
- Wiem bardzo dobrze. - Wyeth zacisnął pięści tak mocno, że pobielały. -
Niech pani użyje głowy. Pani ekipa prowadziła zaawansowaną bionaukową
pogawędkę z zespołem Spójni, który oficjalnie przebywa tu jako
inżynierowie i fizycy. Skąd w ogóle znali żargon? Jak to możliwe, że
znali nauki biologiczne na tyle, żeby zrozumieć, o czym mówicie?
- No więc... Ziemia jest przecież planetą. Mają tam największy zbiór
splatających się ekologii w całym Systemie Wewnętrznym. Muszą zatem
używać...
Zakłopotana Rebel odwróciła wzrok i spojrzała w ścienne okno. Wewnątrz
orchidei fruwały maleńkie plamki światła - to byli ludzie. Z pewnością
zbiorniki pustoszały, kiedy ich mieszkańcy przechodzili do orchidei.
Jednak nawet teraz nie mogła nie słuchać kłótni.
- To nonsens! Wiedzą, bo są szpiegami. Dlatego! Zanim opuścili Ziemię,
systematycznie pakowano im podstawy wszelkich zakamarków nauki, w nadziei, że trafią na coś użytecznego. Proszę się im przyjrzeć, pani
Moorfields! Nie są ludźmi, nie są przyjaźni i nie są altruistyczni.
Wezmą od pani każdą technologię, jaką znajdą, a potem wykorzystają ją
przeciwko pani rasie. Sprzedaje im pani ludzkość. I za co?
Niespodziewanie odpowiedziała mu Spójnia.
- Chce poznać technologię budowy pierścienia tranzytowego.
Konstancja drgnęła.
- Nie mówiłam im tego!
- Spójnia szybko kojarzy - stwierdził ironicznie Wyeth. - Po co jej ta
informacja? - zapytał.
- Pragnienie osobistych zysków jest powszechną wadą jednostkowej
inteligencji.
- Wcale nie! - oburzyła się Konstancja. - To by nam otworzyło drogę do
gwiazd! Nie rozumie pan? - Zwróciła się bezpośrednio do Wyetha. - Z tą
techniką można przyśpieszać komety poza Obłok Oorta, w stronę
niedalekich gwiazd. Te najbliższe moglibyśmy osiągnąć w czasie jednego
długiego życia... Podali mi liczby. Proszę sobie wyobrazić tysiące
dysonowskich światów, dryfujących od gwiazdy do gwiazdy! Sięgające coraz
dalej! Nadejście ery badań i odkryć! - Mówiła tonem żarliwym, niemal
nabożnym, i Rebel zauważyła, że reaguje na niego jak na kazanie jakiegoś
rewiwalistycznego proroka z dalekich gałęzi. - Proszę sobie wyobrazić
ludzkość opuszczającą wreszcie kołyskę Słońca i wędrującą wśród
gwiezdnych galaktyk w poszukiwaniu... sama nie wiem. Może prawdy?
Przeznaczenia? Wszystkich ostatecznych odpowiedzi?
Zanim Wyeth zdążył zareagować, znów odezwała się Spójnia.
- Nie musisz się niepokoić, Bossie Wyethu. Ona nie ma nic, czego byśmy
pragnęli.
- To nieprawda! Sami mówiliście... - Ale Spójnia już odeszła. Konstancja
mówiła dalej, niemal błagalnie. - Powiedzieli mi, że interesują ich
nauki o umyśle. Dużo o tym wiemy.
- Pani osobiście? - spytał Wyeth. - Ktoś z pani ekipy?
- No nie. To nowe metody. Dokonywane są przełomowe odkrycia, ale wiedza
nie jest jeszcze powszechna.
- A przecież wszyscy jesteście biologami... Czy to nie dziwne, że Spójnia
inżynierów jest na bieżąco z nauką o umyśle, a pani ludzie w ogóle jej
nie znają? Moim zdaniem właśnie pani udowodniła, że pani przyjaciele to
szpiedzy.
Wyeth niby przypadkiem dotknął swojej bransolety. Spojrzał na Rebel i znacząco uniósł brew, więc zrobiła to samo ze swoją.
Świat się przemienił. Elektryczność jarzyła się biało z przewodów w ścianach, ciepło migotało zielenią. Przez halę przelatywały kobaltowe
cząstki - promieniowanie kosmiczne, dla którego pierścienie sheratona
były niematerialne jak sen.
Czerwona mgła komunikatów radiowych otaczała zielone teraz postacie
Spójni, a ostre jak laser promienie kierunkowe sięgały bezpośrednio od
jednego osobnika do drugiego, przeskakując między nimi, gdy myśli były
współdzielone i przekierowywane do analizy. Rebel mrugnęła i na moment
wszystko zniknęło. Spojrzała na bransoletę i zobaczyła rozjarzone obwody
projektora holograficznego. Jedno ze szpiegowskich urządzeń Wyetha...
- Panie Wyeth, zachowuje się pan obrzydliwie. - Konstancja odwróciła
się.
- Niech się pani nie obraża - poprosił Wyeth swoim kapryśnym głosem. -
Proszę wziąć jabłko. Piękne i chrupiące. - Włożył owoc w jej dłoń.
- Jabłko? - Konstancja spojrzała na płochjabłko i upuściła je
przerażona. - Skąd się to wzięło?
- Miałem nadzieję, że pani mi to powie. To przykład waszej
biotechnologii i nauk o umyśle, prawda?
- Tak, ale... - Na moment zacisnęła wargi. - Proszę mnie podłączyć do
systemu waszej komunikacji wewnętrznej.
Jedna ze Spójni zrobiła krok naprzód i pochyliła się, sięgając po leżące
na podłodze płochjabłko. Wyeth nadepnął jej na dłoń, wyrwała ją.
- Byliśmy ciekawi - powiedziała łagodnie. Sięgnęło do niej kilka nowych
linii interakcji.
- Co z tego? - Wyeth skinął na samurajów. - Pilnujcie, żeby Spójnia
została na swoim brzegu strumyka. I otwórzcie kanał dla pani Moorfields.
Po chwili pojawił się obraz Freeboya i Konstancja pokazała mu
płochjabłko.
- Freeboy, ty jeden pracowałeś przy ukierunkowanych wirusach. To twoje
dzieło?
- Niech to szlag... - mruknął Freeboy. - To tylko na kieszonkowe.
- Nie wspominałeś, że masz takie umiejętności.
- To żadne umiejętności. Wszystko jak w książce kucharskiej. Dostałem
przepis od jakiegoś czarownika w Zielonym Mieście, kiedy byłem w Tirnannog.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki