Próżniowe kwiaty / Stacje przypływu / Opowiadania najlepsze - Michael Swanwick

Kup ebooka

90.00 zł
76.50 zł (74,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. rebel

1

Rebel

Nie wie­działa, że umarła.

Tak naprawdę umarła nawet dwa razy - pierw­szy był wypad­kiem, ale drugi to samo­bój­stwo. Teraz kor­po­ra­cja, która była jej wła­ści­cie­lem, zde­cy­do­wała, że powinna umrzeć raz jesz­cze, by w ciągu kilku naj­bliż­szych mie­sięcy zasi­lić milion zmar­no­wa­nych żywo­tów.

Ale Rebel Eli­za­beth Mudlark nie miała o tym poję­cia. Wie­działa tylko, że coś się nie zga­dza i że nikt nie chce z nią o tym poroz­ma­wiać.

- Dla­czego tu jestem? - spy­tała.

W polu widze­nia poja­wiła się twarz leka­rza. Była chyba pokryta demo­niczną maską czer­wo­nego i zie­lo­nego wetware'owego malo­wa­nia, które nie­mal potra­fiła odczy­tać. I nosiła ten okropny zapro­gra­mo­wany uśmiech, który podobno miał doda­wać otu­chy - kąciki ust ści­skały jego policzki w białe okrą­głe wzgórki.

I tę stę­żałą tru­pią twarz skie­ro­wał ku niej.

- Och, tym bym się nie przej­mo­wał.

Rząd zakon­nic prze­pły­nął w górze; ich piersi koły­sały się nie­win­nie, welony były wykroch­ma­lone i białe. Z gra­cją małych sta­tecz­ków sunęły wzdłuż magne­tycz­nej liny w osi miej­skiego kani­stra. Taki widok był powszechny, nawet swoj­ski. Ale wtedy per­cep­cja Rebel fik­nęła kozła i zakon­nice stały się nie­wy­po­wie­dzia­nie obce, dry­fu­jące gło­wami w dół na tle ogrom­nych ścien­nych okien, zim­nych od nie­skoń­czo­nych smug jaskrawo migo­tli­wych gwiazd, osa­dzo­nych w nocy. Takie rze­czy musiała widy­wać już tysiące razy, ale teraz, bez żad­nego ostrze­że­nia, jej umysł wrza­snął dziwne dziwne dziwne i w żaden spo­sób nie mogła zro­zu­mieć, co widzi.

- Niczego nie pamię­tam - oznaj­miła. - Cza­sami nawet nie mam pew­no­ści, kim jestem.

- To cał­kiem nor­malne - zapew­nił ją dok­tor. - W danych oko­licz­no­ściach.

Znik­nął za jej głową.

- Sio­stro, pro­szę na to spoj­rzeć.

Dołą­czył do niego ktoś, kogo nie widziała. Roz­ma­wiali cicho przez chwilę. Rebel na moment zagry­zła zęby.

- Przy­pusz­czam, że cały czas zda­rzają się panu takie sytu­acje.

Nie zwró­cili na nią uwagi. Aro­mat róż z żywo­pło­to­wych para­wa­nów był ciężki, słodki, tak mocny, że aż duszący.

Ruch wzdłuż osi nie usta­wał.

Gdyby mogła cho­ciaż ruszyć ręką, Rebel zacze­ka­łaby, aż dok­tor pochyli się nad nią za mocno, a wtedy spró­bo­wa­łaby wydu­sić z niego prawdę. Ale była unie­ru­cho­miona, nie­zdolna nawet do prze­krę­ce­nia głowy. Mogła tylko patrzeć w górę na prze­pły­wa­ją­cych ludzi i wiru­jące mono­ton­nie gwiazdy. Pasy habi­tatu po obu stro­nach stropu zabu­do­wane były plat­for­mami i sztucz­nymi wzgór­kami, wynu­rza­ją­cymi się niczym wyspy z gwiezd­nego morza. Przy ich brze­gach grupy wyciecz­ko­wi­czów prze­su­wały się nie­kiedy na płasz­czy­znę okna - czarne punkty, widoczne tylko wtedy, gdy prze­sła­niały gwiazdy albo inne miej­skie kani­stry. Dziwna pla­neta prze­su­nęła się znowu.

- Chcemy zacze­kać jesz­cze dzień przed ope­ra­cją - oświad­czył w końcu dok­tor. - Ale per­sona usta­bi­li­zo­wała się cał­kiem ład­nie. Jeśli jej stan nie zmieni się poważ­nie, jutro możemy ciąć.

Skie­ro­wał się do drzwi.

- Chwila! - krzyk­nęła Rebel. Lekarz zatrzy­mał się i obej­rzał: mar­twe oczy oto­czone farbą pod kępą rudych wło­sów. - Czy wyra­zi­łam zgodę na tę ope­ra­cję?

Znowu skie­ro­wał na nią ten swój wście­kle uspo­ka­ja­jący uśmiech.

- Och, nie sądzę, by to było istotne - stwier­dził. - Prawda?

I znik­nął, zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć.

Kiedy pie­lę­gniarka popra­wiała dyski adhe­zyjne na czole i za uszami Rebel, na chwilę wpły­nęła w jej pole widze­nia. Była zakon­nicą: tęga kobieta z podwój­nym pod­bród­kiem i pło­ną­cymi w oczach wizjami Boga. Wcze­śniej, kiedy Rebel wciąż była senna i nie do końca świa­doma, zakon­nica przed­sta­wiła się jako sio­stra Mary Radha. Teraz Rebel widziała, że tamta maj­stro­wała przy swoim wetwa­rze - obwody mistyczne pod­krę­ciła tak mocno, że led­wie mogła nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

Rebel odwró­ciła wzrok, by ukryć swe myśli.

- Pro­szę, włącz - wymru­czała.

Pła­ski ekran przy dol­nej czę­ści posła­nia roz­ja­śnił się i otwo­rzył ency­klo­pe­dię kodów medycz­nych. Szybko prze­łą­czyła go na coś nie­szko­dli­wego... Pry­mi­tywne struk­tury eko­lo­gii atmos­fer meta­no­wych. Udała, że tekst ją zacie­ka­wił.

- Sio­stro... - ode­zwała się od nie­chce­nia, gdy pie­lę­gniarka już wycho­dziła. - Ekran jest pod dość nie­wy­god­nym kątem. Może sio­stra prze­chy­lić go tro­chę do przodu? - Pie­lę­gniarka speł­niła prośbę. - Tak, w ten spo­sób. Nie, odro­binę... O, ide­al­nie.

Rebel uśmiech­nęła się i przez chwilę sio­stra Mary Radha roz­ko­szo­wała się tym prze­ja­wem uni­wer­sal­nej miło­ści. Po czym odpły­nęła.

- Pie­przona świę­toszka - mruk­nęła Rebel. - Dzię­kuję - rzu­ciła do ekranu.

Wyłą­czył się.

Jego powierzch­nia była gładka i lśniąca. Po wyłą­cze­niu w ciem­nej płasz­czyź­nie odbi­jała się dolna część łóżka i wisząca tam karta infor­ma­cyjna.

Rebel szybko odczy­tała odwró­cone sym­bole. Były tam dwa uprosz­czone pier­ście­nie per­son, jeden ozna­czony jako Ory­gi­nalny, drugi jako Aktu­alny. W ogóle nie były do sie­bie podobne. Dalej był sym­bol przy­go­to­wa­nia do psy­cho­ope­ra­cji i trzy kolejne, które w naj­więk­szym skró­cie ozna­czały, że nie ma żad­nych szcze­gól­nych wska­zań medycz­nych. Niżej, gdzie powinno być jej nazwi­sko, wydru­ko­wano jedną linijkę tek­stu. Rebel odczy­tała ją dwu­krot­nie, litera po lite­rze, żeby mieć pew­ność: "Wła­sność Deut­sche Naka­sone GmbH".

Gniew uniósł się w Rebel niczym dzi­kie białe zwie­rzę. Zaci­snęła zęby, ścią­gnęła wargi i nie pró­bo­wała z nim wal­czyć. Chciała tej zło­ści. Była sprzy­mie­rzeń­cem, jej jedyną przy­ja­ciółką. Ogar­niała jej spa­ra­li­żo­wane ciało jak sza­le­jąca burza kłów, szpo­nów i prze­mocy.

A potem ta wście­kłość prze­sło­niła jej świa­do­mość sie­bie, wepchnęła ją w głę­binę. Tonąc, spły­nęła w mroczny chaos, w mętną bez­na­dzieję, która nie miała nazwy ani sensu, gdzie utra­ciła swoją twarz, swoje ciało, swoją istotę. Była demo­nem, tępo obser­wu­ją­cym pły­ną­cych w powie­trzu ludzi i prze­su­wa­jące się w bok gwiazdy, i nie­na­wi­dziła ich wszyst­kich. Chciała zgnieść w dło­niach wszyst­kich razem, mia­sta, gwiazdy i ludzi, bez róż­nicy, ule­pić miękką kulkę, gdy będzie się śmiała, a czarne łzy popłyną jej z oczu...

***

Wynu­rzyła się ze swej fugi osła­biona i zała­mana.

- Pro­szę, podaj czas - pole­ciła i ekran posłu­chał.

Minęły cztery godziny.

Jakaś kobieta weszła do wnęki, chuda z zie­lo­nym malo­wa­niem twa­rzy i w skó­rza­nej uprzęży - jakaś bio­tech­niczka niskiego poziomu. Nucąc pod nosem, zaczęła przy­ci­nać ściany żywo­płotu. Pra­co­wała meto­dycz­nie, obse­syj­nie wręcz, zatrzy­mu­jąc się co jakiś czas, by umie­ścić różę na wła­ści­wym miej­scu.

- Hej, kum­pelo - ode­zwała się Rebel. - Zrób mi przy­sługę.

Jej ocię­ża­łość znik­nęła bez śladu, kiedy w żyłach popły­nęła adre­na­lina. Bły­snęła uśmie­chem.

- Hmm? Ach! No... o co cho­dzi? - Kobieta z wyraź­nym wysił­kiem ode­rwała się od pracy.

- Wycho­dzę stąd za parę godzin, a nikt nie pomy­ślał, żeby mi dać jakieś ciu­chy. Jak skoń­czysz, mogła­byś może zaj­rzeć do gdzie-tam-trzeba i prze­ka­zać, żeby coś mi przy­nie­śli?

Kobieta zamru­gała.

- No... jasne, chyba mogę. Czy twoja pie­lę­gniarka nie powinna tego przy­pil­no­wać?

Rebel prze­wró­ciła oczami.

- Ona widzi uni­wer­salne prze­zna­cze­nie w gwiaz­dach i sens ist­nie­nia w kwit­nie­niu róży. Ale w takich dro­bia­zgach mar­nie sobie radzi. Sama wiesz, jak to z nimi jest.

Każdy, kto pra­co­wał w szpi­talu z zako­nem opie­kuń­czym, na pewno łatwo mógł w to uwie­rzyć.

- No tak... Pew­nie, czemu nie?

Kobieta wró­ciła do pracy, wyraź­nie zado­wo­lona, że roz­mowa się zakoń­czyła. Zanim wyszła, Rebel nabrała już pew­no­ści, że zapo­mniała o obiet­nicy.

Jed­nak godzinę póź­niej ktoś z obsługi zbli­żył się i na sto­liku przy łóżku bez słowa poło­żył okry­cie.

- A to suka... - mruk­nęła cicho Rebel.

Chyba naprawdę uda jej się wyrwać z tego miej­sca.

***

Rebel zasnęła. Kiedy się zbu­dziła, przez nie­zno­śną godzinę gapiła się na pły­ną­cych przez wieczny pół­mrok ludzi; potem wró­ciła sio­stra Mary Radha.

Brzuch zakon­nicy prze­le­wał się przez cin­gu­lum i była jak zawsze ciężko mistycz­nie zakrę­cona.

- Sio­stro - ode­zwała się Rebel. - Prze­wody dys­ków adhe­zyj­nych się roz­re­gu­lo­wały. Czy zechce sio­stra im się przyj­rzeć?

A potem, kiedy kobieta wsu­nęła ręce w plą­ta­ninę prze­wo­dów, mówiła dalej:

- Wie sio­stra, wciąż myślę o wer­sach jed­nego z waszych pro­ro­ków. Ale nie wszystko pamię­tam. To się zaczyna: "Pra­gnie­niem ducha i tęsk­notą drę­czy­łem się w pustyni sro­giej, i sze­ścio­skrzy­dły seraf oto uka­zał mi się pośród drogi". Zna to sio­stra? Dalej idzie: "Pal­cami lekko, jako snem, musnął źre­nice me - i wtem prze­źrzały wiesz­czo chwili onej jak u orlicy prze­lęk­nio­nej. A potem uszu moich tknął...". I resztę zapo­mnia­łam.

Dło­nie sio­stry Mary Radhy znie­ru­cho­miały. Przez długą chwilę mil­czała. A potem spoj­rzała w nie­skoń­czone głę­bie nocy.

- Święty Pusz­kin - szep­nęła. I mówiła dalej, już gło­śniej: - "A potem uszu moich tknął, i gwar i dźwięk w nich szu­mieć jął: i zro­zu­mia­łem nieba gromy, i lot anio­łów przez wyżyny, i w głębi mor­skiej chód gadziny, i ziół padol­nych wzrost widomy. I usta do ust przy­warł mych, i grzeszny język wyrwał z nich..."1.

Wypro­sto­wała się gwał­tow­nie, dygo­cząc w reli­gij­nej eks­ta­zie. Poru­szyła dłońmi. Szarp­nęła za jeden z adhe­zyj­nych dys­ków i głowa Rebel opa­dła gwał­tow­nie na bok. Jed­nak para­liż nie minął.

- Sio­stro - powie­działa cicho Rebel. - Sio­stro...

- Mmm? - odpo­wie­działa sen­nie zakon­nica.

- Dok­tor mówił, że ma teraz sio­stra zdjąć mi para­liż. Pamięta sio­stra? Pro­sił, żebym sio­strze przy­po­mniała.

Rebel wstrzy­mała oddech. To był moment, kiedy albo odzy­ska wol­ność, albo straci wszystko. Wszystko zależy od tego, ile czasu trzeba zakon­nicy, by powró­cić do rze­czy­wi­sto­ści.

- Och... - wymru­czała sio­stra Mary Radha.

Pomaj­stro­wała przy prze­łącz­niku, nie­pew­nie zmie­niła dwa usta­wie­nia. Z luna­tyczną powol­no­ścią zdjęła dyski. A potem potrzą­snęła głową, uśmiech­nęła się nie­wy­raź­nie i wyszła.

Rebel wciąż nie oddy­chała. Mogła się ruszać! Ale przez długą minutę nie robiła tego. Patrzyła tylko w górę nie­wi­dzą­cym wzro­kiem.

Wspo­mnie­nie odbi­cia w ekra­nie, choć skró­cone i znie­kształ­cone, przy­ci­skało ją do posła­nia cię­ża­rem stra­chu. W końcu zebrała się na odwagę i ostroż­nie, z waha­niem, pod­nio­sła rękę do oczu.

Prze­krę­ciła ją powoli.

Ręka była cała, a mię­śnie pra­co­wały gładko.

Skóra była gładka, sma­gła jak u Włoszki, pokryta leciut­kim pusz­kiem ciem­nych wło­sów. Palce krót­kie, paznok­cie per­ło­wo­ró­żowe. Prze­ra­żona Rebel usia­dła sztywno i spoj­rzała na swoje ciało.

Piersi miała krą­głe i pełne, uda tro­chę cięż­kie, ale wciąż musku­larne. Szpi­tal dla przy­zwo­ito­ści pozo­sta­wił jej prze­pa­skę łonową, ale ponad nią niczym kolumna mró­wek masze­ro­wała w stronę pępka cienka linia czar­nych wło­sów. Nogi krót­kie, sprawne, mocne. To było dobre, zdrowe ciało.

Ale nie jej ciało. Ciało Rebel Eli­za­beth Mudlark było dłu­gie, chude, gru­zło­wate na łok­ciach i kola­nach. Skórę miała białą jak por­ce­lana, a włosy koloru mysiego blondu. Dło­nie i stopy były smu­kłe i szczu­płe, z pal­cami arty­sty, pia­ni­sty.

Prak­tycz­nie zupełne prze­ci­wień­stwo ciała, które miała teraz.

Zaraz zwa­riuję, pomy­ślała. Zacznę krzy­czeć.

Ale nie zro­biła ani jed­nego, ani dru­giego. Wstała i w obsy­dia­no­wej powierzchni ekranu obej­rzała swoje malo­wa­nie, igno­ru­jąc obcą okrą­głą twarz z per­ka­tym nosem i ciem­nymi oczami - oczami, w któ­rych lśniła zwie­rzęca trwoga. Linia czer­wo­nej farby bie­gła po twa­rzy od ucha do ucha, jak maska, z się­ga­ją­cymi czoła bocz­nymi zyg­za­kami skrzy­de­łek.

- Pro­szę, włącz - pole­ciła i spraw­dziła listę wetware'owych kodów.

Zgod­nie z logiką malo­wa­nie iden­ty­fi­ko­wało ją jako Pacjenta Szpi­tal­nego, Blok Przy­go­to­wa­nia Psy­cho­ope­ra­cyj­nego.

Farba roz­ma­zy­wała się. Rebel bez trudu zmie­niła ozna­cze­nia na Pacjenta Ambu­la­to­ryj­nego, Psy­cho­chi­rur­gia Posto­pe­ra­cyjna. Dwie krót­kie linie się­gały teraz od oczu w dół, a na czole poja­wiły się dodat­kowe skrzy­dełka. Rebel otu­liła się płasz­czem, nacią­gnęła kap­tur i wyszła ze swo­jej wnęki na bru­ko­wany chod­nik.

Pro­wa­dził mię­dzy wyso­kimi róża­nymi żywo­pło­tami i skrę­cał w inny. Włą­czyła się w stru­mień pra­cow­ni­ków medycz­nych w płasz­czach odpo­wia­da­ją­cych ich malo­wa­niu: chi­rur­giczne zie­le­nie, dia­gno­styczne błę­kity i wetware'owe czer­wie­nie - oraz garstkę cywi­lów we wła­snych okry­ciach. Sunęli chod­ni­kiem równo, bez­myśl­nie, pochło­nięci sobą - jak roboty. Rebel poru­szała się mię­dzy nimi nie­wi­doczna, pły­nąc na pal­cach, jako że był to rejon nisko­cią­że­niowy.

Z początku szła pew­nie, a płaszcz powie­wał jej na ramio­nach. Potem chod­nik się roz­wi­dlał, i jesz­cze raz, aż w końcu bez­na­dziej­nie się zgu­biła w róża­nym labi­ryn­cie, pośród setek wnęk, gdzie cze­kali pacjenci upa­ko­wani cia­sno jak larwy w ulu. Bez żad­nego ostrze­że­nia, nagle poczuła się naga i odsło­nięta... Zapo­mniała, jak się cho­dzi. Wszyst­kie te skom­pli­ko­wane ruchy... W panice cia­sno otu­liła się płasz­czem i potknęła.

Zom­bie sunęły dookoła, zręcz­nie ją omi­ja­jąc, kiedy sta­rała się odzy­skać rów­no­wagę. Oczy na obo­jęt­nych twa­rzach zer­kały na nią pośpiesz­nie i odwra­cały się.

I kiedy już się prze­wra­cała, czy­jaś ręka wycią­gnęła się, chwy­ciła ją za łokieć i bru­tal­nie posta­wiła na nogi. Odwró­ciła się i spoj­rzała pro­sto w chudą, lisią twarz, prze­ciętą poje­dyn­czą poma­rań­czową linią wetware'u. Obcy uśmiech­nął się: wąska szczęka, drobne, ostre zęby. Bole­śnie ści­skał jej ramię tuż powy­żej łok­cia.

- Tędy - powie­dział.

- Wszystko w porządku, czło­wieku - odparła szybko. - Zaha­czy­łam o coś nogą, to wszystko. Pokaż, któ­rędy do wyj­ścia, a będę wdzięczna.

- Bzdury - burk­nął męż­czy­zna. - Już by cię zła­pali, gdyby kto­kol­wiek się zorien­to­wał, że znik­nę­łaś.

Rebel wyrwała rękę i odkryła, że jej nowe, nie­zna­jome ciało drży od adre­na­li­no­wej reak­cji. Męż­czy­zna uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią.

- Posłu­chaj. Znam kogoś, kto mógłby ci pomóc wyrwać się z tego bała­ganu. Chcesz się z nią spo­tkać czy nie?

***

Na grzbie­cie wyspy habi­tatu rosły wiel­kie stare dęby. Jeden z nich roz­cią­gał swe gałę­zie nad komer­cyj­nym labi­ryn­tem ota­cza­ją­cych szpi­tal skle­pów i tawern. Jego pień się­gał połowy dystansu do osi. Kiedy idąc, patrzyła w górę, Rebel widziała gwiazdy migo­czące w jego gór­nych rejo­nach, zni­ka­jące i poja­wia­jące się znowu w prze­rwach mię­dzy liśćmi.

- Nie­zły numer, wyrwać się z peł­nego para­liżu tera­peu­tycz­nego - stwier­dził męż­czy­zna. - Chciał­bym wie­dzieć, jak to zro­bi­łaś.

I po chwili, gdy nie odpo­wie­działa:

- Hej... Nazy­wam się Jerzy Heisen.

Pomię­dzy gałę­ziami liście opa­dały powoli, led­wie się prze­su­wa­jąc przez zawie­szone cząstki pyłu, jak gdyby powie­trze zagę­ściło się, by je pod­trzy­mać. Widoczne w roz­pro­szo­nym świe­tle, liście i pył dzie­liły ten bez­ruch, który w rze­czy­wi­sto­ści był powol­nym, nie­usta­ją­cym ruchem, nie­skoń­czo­nym falo­wa­niem tak potęż­nym i nie­po­wstrzy­ma­nym jak obroty spi­ral­nych galak­tyk.

- Doprawdy? - Rebel żało­wała, że nie może wspiąć się na to drzewo, zanu­rzyć mię­dzy dry­fu­jące gałązki i strzępki, tak podobne do ogrom­nych fal pły­wów w domu. - Z two­ich zna­czą­cych uwag wnio­skuję, że nie muszę się przed­sta­wiać.

- Och, wiem o tobie wszystko...

Prze­szli pomię­dzy wysta­wami biżu­te­rii: posre­brzane nara­mienne bran­so­lety, lśniące deli­kat­nie pod błę­kit­nymi lam­pami, nie­które migo­czące od księ­ży­co­wych dia­men­tów, impak­to­wych szma­rag­dów, a nawet kolum­bij­skich tur­ma­li­nów.

- Jesteś per­so­na­torką, aktu­al­nie cier­piącą po poważ­nej kasa­cji oso­bo­wo­ści - wła­sno­ręcz­nej, nawia­sem mówiąc - i pod­trzy­my­waną przez pro­to­ty­pową nakładkę toż­sa­mo­ści, for­mal­nie rzecz ujmu­jąc, będącą wła­sno­ścią Deut­sche Naka­sone Gesel­l­schaft. Nazy­wasz się Eucra­sia Walsh.

- Nie, wcale...

Urwała zasko­czona. Rze­czy­wi­ście, imię i nazwi­sko brzmiały zna­jomo, choć dzi­wacz­nie, jak gdyby Heisen zdo­łał nazwać wszystko, co było w niej wstrętne, całą jej litość nad sobą, tę pora­nioną nie­na­wiść, w jaką się zapa­dała, kiedy ogar­niał ją ponury nastrój. Wez­brał w niej stę­chły, zasta­rzały odór porażki i znu­żo­nego sumie­nia, i spu­ściła głowę.

Heisen wziął ją pod rękę i pchnął naprzód.

- Pogu­biona, co? To cał­kiem nor­malne.

Przyj­rzała mu się uważ­nie i ude­rzyło ją coś w jego twa­rzy: zaci­śnięte rysy, długi, wąski nos, mio­tła rudych wło­sów... Znała tę twarz. Nie musiała wysi­lać wyobraźni, by zoba­czyć ją pokrytą demo­niczną maską czer­wo­nych i zie­lo­nych linii.

- Jesteś moim leka­rzem!

- Twoim psy­cho­chi­rur­giem, zga­dza się. - Chod­nik prze­szedł nad sta­wem, gęstym od wod­nych lilii. Grupa pier­ro­tów obsłu­gi­wała sto­liki przy brzegu. - Ale nie martw się, jestem poza pro­gra­mem. Z wła­snej woli nawet naj­gor­szego wroga nie oddał­bym tym dra­niom z Deut­sche Naka­sone. Cho­ciaż nie mam wyboru, kiedy jestem zapro­gra­mo­wany... - Tłum prze­chod­niów zgęst­niał, zwol­nił... - No, jeste­śmy. Zje­dziemy teraz do cen­trum.

Rząd wind usta­wiono przy pniu wiel­kiego dębu; próż­niowy rękaw prze­bi­jał się pro­sto przez sieć korzeni. Kabiny były brudne, jasno oświe­tlone; uno­sił się z nich leciutki zapach moczu i sta­rego potu. Gdy fala ludzi ruszyła naprzód, Rebel z żalem spoj­rzała w górę, natchniona fan­ta­styczną wizją: wyrywa się z tłumu i wspina na pień drzewa, zwinna jak wie­wiórka, coraz szyb­ciej i szyb­ciej, gdy wyżej sła­bła gra­wi­ta­cja, jak prze­ska­kuje z gałęzi na gałąź. Aż na samym czubku przy­ciąga kolana do piersi, opiera stopy o korę i ska­cze... Wzla­tuje wysoko w powie­trze, z cia­łem wycią­gnię­tym i wyprę­żo­nym, i zwal­nia stop­niowo, aż w ostat­niej moż­li­wej chwili dotyka osi i magne­tyczna lina porywa ją, by pocią­gnąć daleko, daleko stąd w cza­sie jed­nego odde­chu. (Tylko że nie miała bran­so­let ani pier­ścieni noż­nych, żeby pole magne­tyczne miało o co zacze­pić. Dla­tego spa­dłaby w dół jak kamień, z początku z nie­zno­śną powol­no­ścią, potem szyb­ciej: bez­skrzy­dły Ikar, pędzący łukiem w dół, by roz­bić się krwawo o mury mia­sta. To głu­pia fan­ta­zja).

- Deut­sche Naka­sone będzie cię szu­kać. Wiesz o tym? - Z setką innych weszli do kabiny. Drzwi zasu­nęły się z wes­tchnie­niem i pod­łoga zapa­dła się im pod nogami. - Chcą dostać czy­sty zapis tej two­jej oso­bo­wo­ści. A potem chcą cię przy­wró­cić do Eucra­sii Walsh. Z dobroci kor­po­ra­cyj­nego serca, zapy­tasz? W życiu, mar­twią się tylko, żeby zacho­wać prawa autor­skie.

Twarz Heisena była tak bli­sko jej twa­rzy, że kap­tury się poca­ło­wały. Czuła jego kwa­śny oddech, gdy szep­nął:

- Nie obcho­dzi ich, że dla cie­bie - obec­nej cie­bie, tej, którą myślisz, że jesteś - to będzie to samo co śmierć.

Czę­ści windy zostały z tyłu, by wysa­dzić pasa­że­rów; reszta jechała w dół. Nie­grzeczny chło­pak w biało-czar­nym malo­wa­niu, z zawie­szoną na szyi meta­lową gwiazdą, wyraź­nie sta­rał się zwró­cić na sie­bie uwagę Rebel: oparł dłoń na bio­drze i odrzu­cił płaszcz, odsła­nia­jąc pas nagiej skóry wzdłuż ciała. Odwró­ciła wzrok i otu­liła się cia­śniej, a on par­sk­nął śmie­chem.

- Ale dla­czego? Dla­czego mi to robią?

Heisen wes­tchnął.

- Histo­ria jest cał­kiem pro­sta - stwier­dził. - Cho­ciaż nie­przy­jemna. Pamię­tasz, jak byłaś Eucra­sią? Pra­co­wa­łaś jako per­so­na­torka?

Wspo­mnie­nie tkwiło w umy­śle, ale było bole­sne, więc Rebel cofała się przed nim. Łączyło się z tym samo­bój­czym sza­leń­stwem, w jakie wcze­śniej popa­dła, i wolała trzy­mać się od niego z daleka. Cho­ciaż - jak język co chwila przy­ci­ska­jący bolący ząb - jej myśli oka­zy­wały wła­sną wolę.

- Moje wspo­mnie­nia są cał­kiem poplą­tane.

Kolejna część windy pozo­stała z tyłu, potem jesz­cze jedna.

Odstą­pili od sie­bie. Heisen rozej­rzał się po obo­jęt­nych twa­rzach.

- Wiesz, wolał­bym tutaj w to nie wcho­dzić. Ktoś może usły­szeć. Opo­wiem ci wszystko u Snow.

Kabina otwo­rzyła się i gorące, wil­gotne powie­trze dmuch­nęło Rebel w twarz. Tak nisko cią­że­nie było powy­żej normy Gre­en­wich, więc czuła się nie­zgrabna i ocię­żała. Tłum popchnął ich do ogrom­nej groty wypeł­nio­nej gęsto połą­czo­nymi kel­po­wymi barami i salo­nami chi­rur­gii, loka­lami hazardu i stra­ga­nami. Zmienny holo­gra­ficzny trans­pa­rent zaata­ko­wał jej wzrok i skrzy­wiła się nie­chęt­nie. Trzy pasma muzyki zde­rzały się ze sobą; od sub­in­fów czuła się nie­spo­kojna i tro­chę wystra­szona. Pot zwil­żył całe jej ciało. Byłam już tutaj, pomy­ślała. Nie, nie byłam.

- Na Baku­nin­strasse - rzu­cił Heisen.

Dalej od wind z gór­nego mia­sta skle­pów było coraz mniej i prze­dzie­lały je czarne fun­da­menty budyn­ków i wspor­niki habi­tatu. Świa­tło zapa­liło się, kiedy mijali gale­rię wetware'u; Heisen zatrzy­mał się i wska­zał wnę­trze. Rebel spoj­rzała. Klienci prze­ci­skali się w przej­ściach, prze­su­wa­jąc dło­nie nad nie­skoń­czo­nymi liniami sto­ja­ków. Od czasu do czasu ktoś wyj­mo­wał opła­tek i zni­kał w któ­rejś z budek pro­gra­mo­wa­nia, sto­ją­cych rzę­dem przy tyl­nej ścia­nie. Nad gło­wami roz­bły­ski­wały rekla­mowe holo­gramy: suzy vacuum, gło­sił jeden. Dziew­czyna wyglą­dała jak ktoś w rodzaju Ama­zonki. Naj­pięk­niej­szy chło­pak, jakiego Rebel w życiu widziała, uno­sił się nad jed­nym sło­wem: ange­lus. A potem dostrze­gła trans­pa­rent Rebel Eli­za­beth Mudlark: na tle gwiaź­dzi­stego nieba kobieta, która nie była nią, robiła coś, czego ona ni­gdy by nie zro­biła. Rebel patrzyła zaszo­ko­wana.

- Zauwa­ży­łaś te małe komety w tle? Wy, nadrzewcy, jeste­ście w tym sezo­nie bar­dzo modni.

Rebel spoj­rzała na niego oszo­ło­miona.

- Pre­re­klama. Wpa­ko­wali w cie­bie masę forsy. Chcia­łem ci tylko poka­zać, jakim jesteś kosz­tow­nym kawał­kiem roz­wo­jo­wego wetware'u. Chodźmy.

Wzdłuż ześli­zgu, potem kory­ta­rzem dostę­po­wym z dłu­gimi odcin­kami spra­so­wa­nego żużlu... W dol­nych czę­ściach wyma­lo­wano per­ma­spre­jem pry­mi­tywne litery w jaskra­wych kolo­rach, w splą­ta­nym i led­wie zro­zu­mia­łym beł­ko­cie, zostań sobą bóg nie­na­wi­dzi zni­kało pod wol­neu­my­sły­wol­neu­my­sły­wol­neu­my­sły, które jarzyło się ponad migocz mocą mózgu, nim zde­rzyło się z niech pie­kło porwie zmien­no­kształt­nych tan­ce­rzy obli­cza wil­ko­ła­cze wam­piry. Ktoś pod­jął poważny wysi­łek usu­nię­cia sym­bolu koła z tek­stem przy­ja­ciel ziemi wokół. Pod graf­fiti na skrzynce sie­dział robot­nik, odwró­cony twa­rzą do ściany. Zdjął klapę włazu i cybor­go­wał w plą­ta­ni­nie kolo­ro­wych prze­wo­dów.

Za rogiem minęli prze­lo­towe mia­sto. Wypa­leńcy kuś­ty­kali dookoła, wypa­tru­jąc dar­mo­wych oka­zji. Paplali mono­ton­nie i bez końca, ich umy­sły spróch­niały od Boga, seksu i infor­ma­cji, ich odru­chy roz­pa­dły się, oczy mieli puste, roze­dr­gane. Heisen syk­nął nie­chęt­nie i przy­śpie­szył kroku.

- Szu­mo­winy - mruk­nął, kiedy byli już w bez­piecz­nej odle­gło­ści. - Powinno się...

Skrę­cili w jesz­cze węż­szy zaułek, gdzie na ulicy cienką war­stwą leżały śmieci, które zaczy­nały już fer­men­to­wać. Smród gni­ją­cych kal­ma­rów i sta­rego smaru wisiał w powie­trzu, a pode­szwy stóp Rebel poczer­niały.

Spoj­rzała na Heisena i ze zdu­mie­niem odkryła, że tam­ten drży. Pot ście­kał mu po twa­rzy, pobla­dłej teraz jak brzuch ryby.

- Do licha, chło­pie - powie­działa. - Co się z tobą dzieje?

- To tylko wetware. - Heisen mach­nął dło­nią przed twa­rzą. - Zawsze mam pod­krę­cone pro­cesy ima­gi­na­cyjne, żebym szybko dostrze­gał naj­więk­sze szanse. Rozu­miesz? I w efek­cie robię się lekko... para­no­iczny.

Zeszli po uko­śnym pode­ście, gdzie więk­szość stro­po­wych lamp dawno została roz­bita albo ukra­dziona. W cie­niach stę­kały wen­ty­la­tory, z sufitu zwi­sała plą­ta­nina czar­nych kabli. Musieli pochy­lać się, by przejść pod niskimi pętlami.

- Niech ją szlag trafi... - Heisen się otrzą­snął. - Prze­cież nie musi mieć biura aku­rat tutaj, po pro­stu chce tej prze­strzeni... Żałuję, że... - Raz jesz­cze skrę­cili za róg i wska­zał drzwi, szare od miej­skiego brudu. - To tutaj.

Nad wej­ściem migo­tał neo­nowy nóż sprę­ży­nowy, okaz antycz­nej tech­niki, któ­rego odtwo­rze­nie musiało kosz­to­wać mają­tek. Brzę­czał i trzesz­czał, zabar­wia­jąc cie­nie czer­wie­nią. Ostrze noża zapa­lało się i gasło, jakby wyrzu­cane i cho­wane w ręko­je­ści. Na drzwiach, na samym środku, wisiał przy­kle­jony taśmą mały biały pro­sto­kąt, wizy­tówka.

snow

inno­wa­cje

ostend kro­pot­kin­kor­ri­dor bei ber­man­gal­le­rie

neues-hoch-kam­den, e.k.

- Snow? - zawo­łał nie­pew­nie Heisen.

Drzwi otwo­rzyły się i weszli.

***

Cze­go­kol­wiek Rebel mogłaby się spo­dzie­wać, to nie było to: pomiesz­cze­nie tak wiel­kie i puste, że nie potra­fiła oce­nić jego roz­mia­rów. Matowe ściany, białe i gład­kie. Żad­nych mebli. Jedy­nym przed­mio­tem w tej wiel­kiej prze­strzeni był dywa­nik modli­tewny na środku. Klę­czała na nim samotna postać; odrzu­cony kap­tur odsła­niał łysą, pochy­loną głowę. Pokój był ochło­dzony do tem­pe­ra­tury, która po chwi­lo­wej uldze wyda­wała się rów­nie uciąż­liwa jak upał na zewnątrz.

Ruszyli naprzód. To była osta­teczna forma osten­ta­cji wśród mania­ków tech­niki - sys­tem tak kom­pletny i wyra­fi­no­wany, że niczego nie było widać, żad­nych maszyn, prze­wo­dów, ukła­dów ste­ro­wa­nia... Pomiesz­cze­nie zostało pew­nie ople­cione nie­wi­doczną orna­men­ta­cją pro­mieni wyzwa­la­ją­cych, mikro­fo­nów kie­run­ko­wych i czuj­ni­ków sub­wo­kal­nych. Była tu wła­dza, widoczna dla kogoś, kto znał jej geo­gra­fię.

Kobieta unio­sła głowę i zmie­rzyła Rebel spoj­rze­niem zim­nych wężo­wych oczu. Czaszkę miała białą jak mar­mur, a twarz malo­waną w sze­ścio­kątny deseń, przy­wo­dzący na myśl roz­bły­ski gwiazd i lodowe krysz­tałki.

- Co tym razem dla mnie ukra­dłeś, Jerzy?

Na twarz Heisena wró­cił kolor. Znowu odsło­nił zęby i sze­ro­kim gestem odrzu­cił płaszcz, by wyko­nać szy­der­czy głę­boki ukłon.

- Pozwo­lisz sobie przed­sta­wić - rzekł - jedyną ist­nie­jącą czy­stą kopię przy­szło­mie­sięcz­nej głów­nej pre­miery Deut­sche Naka­sone.

Kobieta nie drgnęła nawet.

- Jak to się stało?

- Jak miło cię widzieć, Jerzy, może usią­dziesz wygod­nie? - Męż­czy­zna uśmiech­nął się zaczep­nie. - Czy nie to chcia­łaś powie­dzieć, Snow? A może powin­ni­śmy klap­nąć na pod­łogę?

Snow lekko poru­szyła głową - ruch, jaki mogłaby wyko­nać jasz­czurka w chłodny pora­nek po dłuż­szej hiber­na­cji.

- Za wami.

Rebel odwró­ciła się i nie­mal upa­dła na fotel w stylu kró­lo­wej Anny. Obok stał drugi, iden­tyczny.

Cof­nęła się odru­chowo. Heisen także chyba dał się wytrą­cić z rów­no­wagi. W jaki­kol­wiek spo­sób fotele zostały magicz­nie przy­wo­łane do ist­nie­nia, efekt był tak przej­mu­jący i nie­ska­żony jak dowolny śre­dnio­wieczny cud.

Usie­dli jed­nak. Dziwny błysk poja­wił się w oczach Snow, gdy znów na nią spoj­rzeli. Czyżby roz­ba­wie­nie? - zasta­no­wiła się Rebel. Jeśli tak, było ukryte głę­boko.

Heisen odchrząk­nął.

- To jest Rebel Eli­za­beth Mudlark - powie­dział. - Dwa dni temu była per­so­na­torką, nie­jaką Eucra­sią Walsh. Eucra­sia robiła wstępną selek­cję na serii zaop­cjo­wa­nych psy­cho­ze­sta­wów, kiedy wypa­liła opła­tek Mudlark i roz­wa­liła pod­stawę. Tra­fiła do Naszej Pani Róża­nej...

- Skończ ten beł­kot - prze­rwała mu gniew­nie Rebel. - Prze­wiń do początku i daj jesz­cze raz, tylko bez żar­gonu.

Heisen zer­k­nął na Snow, która lekko ski­nęła głową. Zaczął mówić, tym razem kie­ru­jąc się do Rebel.

- Deut­sche Naka­sone codzien­nie testuje masę wetware'u. Więk­szość ni­gdy nie tra­fia do użytku, ale wszystko trzeba oce­nić. Więc wynaj­mują per­so­na­to­rów, żeby zajęli się pierw­szym odsie­wem. Pro­sta sprawa. Pod­łą­czają cię, wytłu­miają bazową oso­bo­wość... tę Eucra­się... pro­gra­mują nową per­sonę, testują, depro­gra­mują, a potem pro­gra­mują z powro­tem twoją pod­sta­wową jaźń. Brzmi zna­jomo?

- No... Chyba sobie przy­po­mi­nam - przy­znała Rebel. - Ale to w ogóle nie brzmi jak coś, co sama robi­łam - dodała szybko. - Raczej jakby się to zda­rzyło komuś innemu.

- Już do tego docho­dzę - uspo­koił ją Heisen. - Cho­dzi o to, że per­so­na­to­rzy są zwy­kle mocno nie­sta­bilni. To typy samo­bój­czo nie­szczę­śliwe. Dla­tego tra­fiają do takiej roboty, rozu­miesz. Sta­rają się zmie­nić w Tego Wła­ści­wego. Ale dow­cip polega na tym, że mają marne struk­tury doświad­czeń i ni­gdy nie będą tak szczę­śliwi jak inni. Doświad­cze­nie zawsze domi­nuje, jak mawiamy. - Prze­rwał na moment i spoj­rzał try­um­fal­nie na Snow. - Ale tym razem jed­nak nie.

Snow mil­czała. Po nie­zręcz­nej chwili ciszy Heisen zaczął mówić dalej.

- Tak jest. Tra­fi­li­śmy na wyją­tek potwier­dza­jący regułę. Nasza Eucra­sia pod­łą­czyła się, wypró­bo­wała nową per­sonę... i polu­biła ją. Polu­biła tak bar­dzo, że wylała na pro­gra­ma­tor szklankę wody i zro­biła zwar­cie. W ten spo­sób znisz­czyła jedyną bez­pieczną kopię wła­snej per­sony, ale też jedyny ist­nie­jący egzem­plarz pro­gramu Mudlark.

Znów ten lekki ruch jasz­czurki...

- A potem... - rzu­ciła Snow. - Tak. Tak, rozu­miem. Inte­re­su­jące...

Z lek­kim, elek­try­zu­ją­cym dresz­czy­kiem świa­do­mo­ści, że przy­po­mina sobie coś, o czym nie mogła wie­dzieć, Rebel zro­zu­miała, że Snow łączy się ze swoim sys­te­mem, że wąsko­kie­run­kowy mikro­fon albo implant pod­ko­rowy podaje jej dane.

- Jak ci się udało ją ścią­gnąć? - spy­tała Snow.

Heisen wzru­szył ramio­nami.

- Szczę­śliwy traf. Wyrwała się stam­tąd i przy­pad­kiem wpa­dła na mnie.

Opo­wie­dział, co wie­dział o ucieczce.

- To bar­dzo cie­kawe...

Kobieta wstała. Była wysoka i nie­moż­li­wie, ete­rycz­nie szczu­pła: widmo w bieli... Cia­sno otu­lała się płasz­czem. Dwa dłu­gie, bez­cie­le­sne palce wysu­nęły się spod jego fałd, by dotknąć czoła Rebel. Były twarde i suche jak per­ga­min, a Rebel zadrżała od ich dotyku.

- Z jakiego rodzaju umy­słem mamy tu do czy­nie­nia?

I Snow umil­kła.

- Rzuć okiem na jej spe­cy­fi­ka­cję... - Heisen wyjął z kie­szeni płasz­cza tablet i wywo­łał holo­gra­ficzny, wie­lo­krot­nie roz­ga­łę­ziony dia­gram wetware'u. W powie­trzu zawi­sła poskrę­cana zie­lona sfera, podobna tro­chę do burzanu albo do dale­kiego kuli­stego drzewa... Wła­ści­wie to wyglą­dała dokład­nie tak jak rodzinny dyso­now­ski świat Rebel, i ten obraz nią wstrzą­snął.

- Zgoda, to tylko zgrubne odwzo­ro­wa­nie - mówił roz­go­rącz­ko­wany nagle Heisen. - Ale spójrz... Widzisz, gdzie roz­traja się n-gałąź? Mamy bar­dzo silne...

Zie­lona sfera jaśniała w powie­trzu niczym wizja Gra­ala, i w umy­śle Rebel bły­snął ten roz­świe­tlony moment, kiedy jej per­sona wypeł­niła czaszkę, a ona sama się­gnęła po szklankę i wylała ją na pro­gra­ma­tor. Stru­mień wody roz­iskrzył się w powie­trzu, nad­zo­ru­jąca tech­niczka odwró­ciła się ze zgrozą, z paniką w oczach i otwar­tymi ustami, a Rebel odchy­liła głowę, czu­jąc, jak w krtani rodzi się ser­deczny, gło­śny śmiech. Przy­jem­nie było poczuć się żywą, poczuć myśli roz­grze­wa­jące umysł jak pro­mie­nie słońca, wie­dzieć, co ma do zro­bie­nia. Wtedy jed­nak, gdy woda chlu­snęła do obu­dowy opłatka, a tech­niczka wrza­snęła: "Co ty...?!", Rebel uświa­do­miła sobie, że prze­wody pro­gra­ma­tora wciąż są pod­pięte do jej kory mózgo­wej. Opła­tek zaskwier­czał, roz­szedł się smród palo­nego pla­stiku. Przy­pad­kowe impulsy prze­bie­gły po kablach, odpy­cha­jąc w bok jej rękę, kiedy wyszarp­nęła prze­wody o uła­mek sekundy za późno, a wszech­świat pobie­lał i zapadł w nicość...

Wspo­mnie­nie zostało prze­rwane i Rebel zadrżała. Gdzie była? W szpi­talu? Znów ją schwy­tali? Heisen i Snow cią­gle roz­ma­wiali: wysoka, szczu­pła kobieta obo­jęt­nie patrzyła z góry na niskiego, roz­go­rącz­ko­wa­nego męż­czy­znę... i w końcu Rebel przy­po­mniała sobie, kim są. Żadne nie zauwa­żyło nawet, że przez chwilę się wyłą­czyła - epi­zod musiał być bar­dzo krótki.

- I biorę za nią punkty - powie­dział Heisen. - Sły­szysz, Snow? Żądam punk­tów.

- Może to za duża sprawa jak na nas? - Snow przez chwilę nara­dzała się sama ze sobą. - No dobrze, spró­bu­jemy. - Zwró­ciła się do Rebel. - Pozwól, że przed­sta­wię ci pewną hipo­te­tyczną sytu­ację. Wyobraź sobie, że kon­tak­tuje się z tobą nie­wielka firma, która robi pod­róbki komer­cyj­nych per­son. Przy­pu­śćmy, że ofe­ruje ci... - lekko prze­chy­liła głowę - ...trzy punkty za pomoc w wyko­na­niu czy­stej reje­stra­cji. W efek­cie stra­cisz war­tość dla Deut­sche Naka­sone. Nie ma war­to­ści, nie ma zain­te­re­so­wa­nia... Zosta­wią cię w spo­koju. Pamię­ta­jąc przy tym, że bez tego dealu wytro­pią cię i wyka­sują z two­jego wła­snego mózgu... Co byś na to powie­działa?

Wspo­mnie­niowy epi­zod pozo­sta­wił nie­przy­jemny posmak w umy­śle Rebel. A może to wyda­rze­nia całego dnia zaczy­nały na nią dzia­łać? Trudno było się sku­pić.

- Nie rozu­miem. - Pokrę­ciła głową. - Pod­róbki?

- No więc powiedzmy, że obec­nym best­sel­le­rem jest... - Snow słu­chała przez moment - ...młody czło­wiek o nie­praw­do­po­dob­nym imie­niu Ange­lus. Jest... wraż­liwy, roman­tyczny, nie­śmiały... Tryby reklamy się kręcą i nagle każdy czter­na­sto­la­tek w Kla­strze chce być wraż­liwy, roman­tyczny i nie­śmiały. Poja­wia się ogromny popyt na taką per­sonę. Bie­rzemy więc wcze­sną kopię, wpro­wa­dzamy dość zmian, żeby unik­nąć pro­cesu, i zrzu­camy sto tysięcy opłat­ków na szary rynek. Te per­sony nie są ści­śle Ange­lusem, ale są wraż­liwe, roman­tyczne i nie­śmiałe. I tanie. Wielcy gra­cze zbie­rają wiel­kie zyski, a my wle­czemy się obok i zbie­ramy okru­chy.

- Tylko że tym razem - wtrą­cił Heisen - będziemy na rynku pierwsi i sko­rzy­stamy z ich reklamy za darmo. Będą musieli ści­gać się z naszymi opłat­kami, a nie reagują tak szybko jak my. Możemy ścią­gać topowe zyski przez dobry tydzień, zanim...

Rebel poczuła ciarki na samą myśl o stu tysią­cach obcych dzie­lą­cych z nią myśli, twarz, duszę... doświad­cza­ją­cych jej naj­bar­dziej skry­wa­nych uczuć, naj­głęb­szych emo­cji. Wyobra­ziła ich sobie jako bia­ławe larwy wijące się w śle­pych rojach, bio­lo­giczne maszyny bez woli ani indy­wi­du­al­no­ści.

- Nie - oświad­czyła. - Zapo­mnij­cie. Nie będę han­dlo­wać swoim umy­słem.

- Niech to szlag, prze­cież nie masz żad­nej... - Heisen przy­sko­czył i wycią­gnął rękę.

Rebel pode­rwała się, zła­pała rów­no­wagę, zaci­snęła pięść. Ni­gdy nie ćwi­czyła tech­niki walk w wyso­kiej gra­wi­ta­cji, ale mię­śnie nowego ciała dobrze się zin­te­gro­wały ze sobą i nie wąt­piła, że potrafi powa­lić Heisena na miej­scu. Naj­pierw roz­wali mu nos, potem...

- Dość!

Ramię Snow wystrze­liło spod płasz­cza (błysk tru­pio­bla­dej skóry nacią­gnię­tej cia­sno na kości, małe czarne sutki na pła­skich pier­siach) i stwo­rzyła zaporę mię­dzy nimi. Ręka była długa, ano­rek­tyczna, pokryta sre­brzy­stym fili­gra­nem egzosz­kie­le­to­wych wzmac­nia­czy mię­śni. Gdyby je uru­cho­miła, mogłaby prze­bić pię­ścią żuż­lową ścianę albo bez wysiłku poła­mać kości.

- Jak dotąd - rze­kła - mówi­łam hipo­te­tycz­nie. Żadne oferty nie padły.

Nie­mru­ga­jące oczy wpa­try­wały się w Rebel, jakby była tajem­nicą, którą mogą prze­nik­nąć samą siłą woli.

- Ona może być pułapką, Jerzy - dodała, nie odwra­ca­jąc głowy. - Pomy­śla­łeś o tym?

Heisen skrzy­wił się.

- Nie, prze­cież... Ale to nie­moż­liwe, prawda? - Pod­biegł i wbił palec w pły­wa­jący dia­gram wetware'u. - Popatrz tylko! To roz­sz­cze­pie­nie w r-odno­dze! - Uspo­koił się tro­chę. - Nie, cze­goś takiego nie da się pod­ro­bić. Musi być w porządku.

Jed­nak na czoło wystą­piły mu świeże kro­ple potu, a spoj­rze­nie stało się czujne.

Snow wsu­nęła rękę pod płaszcz. Wzru­sze­niem ramion usu­nęła dia­gram.

- Co bar­dziej istotne, jakoś trudno mi uwie­rzyć, że per­so­na­torka nagle odkrywa szczę­ście i sens w nowej oso­bo­wo­ści. To bajka. - Odpły­nęła na swój dywa­nik modli­tewny, pełna gra­cji jak gej­sza. - Oba­wiam się, dziecko, że w tej chwili nie jesteś jesz­cze gotowa, by dobić targu. Choć naprawdę bar­dzo bym chciała się dowie­dzieć, co się dzieje w tym twoim intry­gu­ją­cym umy­śle. - U jej boku Heisen trząsł się cały jak pies myśliw­ski na smy­czy. Snow pokrę­ciła głową. - Dowie­dzie­li­śmy się wszyst­kiego, co moż­liwe, nie parząc sobie przy tym pal­ców.

W ciszy, jaka zapa­dła, jeden z ukry­tych gło­śni­ków Snow zaczął szep­tać Rebel do ucha, gło­sem rów­no­cze­śnie podob­nym i niepodob­nym do głosu Snow.

- Zbiry z Deut­sche Naka­sone będą tu za minutę. - Laser bły­snął holo­gra­mami na jedną z jej siat­kó­wek: zawiła mapa naj­bliż­szych ulic i gale­rii. Dwa migo­czące punkty sunęły w stronę gabi­netu Snow. - Jerzego trzeba będzie poświę­cić, ale jeśli zaraz po wyj­ściu skrę­cisz w lewo i pobie­gniesz jak sza­lona, powin­naś wyjść z tego cało. - Mapa zga­sła. - Ruszaj, dokąd­kol­wiek zechcesz. Będziemy wie­dzieć, czy udało ci się uciec. A kiedy będziesz gotowa do inte­re­sów, ktoś z nas się z tobą skon­tak­tuje.

Sama Snow mil­czała. Stała smu­kła i samotna niczym madonna.

W końcu ode­zwała się gło­śno:

- Drzwi są za tobą.

Rebel odwró­ciła się i wybie­gła.

Na zewnątrz pędziła ślepo po gorą­cych i dusz­nych kory­ta­rzach cen­trum. Skrę­cała przy­pad­kowo w zatło­czone gale­rie i puste zaułki, aż z tru­dem łapała oddech, pot pokrył jej skórę, a strach wez­brał i ją pochło­nął.

2. dwór króla jonamona

2

Dwór króla Jona­mona

Nie­okre­ślony czas póź­niej Rebel tra­fiła na grupkę por­tów danych pośrodku wyka­fel­ko­wa­nego dzie­dzińca. Nie miała poję­cia, gdzie jest - sądząc po cią­że­niu, gdzieś w środ­ko­wym mie­ście.

Tro­pi­kalne ptaki śmi­gały mię­dzy zatło­czo­nymi buti­kami. Tafla wodo­spadu spły­wała do płyt­kiej sadzawki. Na jej brzegu han­dlarz sprze­da­wał mie­dziane monety, żeby wrzu­cać je do wody.

Bez świa­do­mego pole­ce­nia ciało samo przed­ry­fo­wało do portu. Brzę­czało jej w gło­wie, która wyda­wała się lekka, jakby nale­żała do kogoś innego. Z ogrom­nego dystansu patrzyła, jak jej palce dwa razy doty­kają ekranu, wska­zu­jąc łącz­ność w cza­sie rze­czy­wi­stym. Potem wybrały kod dostępu i zasta­no­wiła się, do kogo może nale­żeć.

Na moni­to­rze poja­wiła się męska twarz. Uno­siła się w czerni, bez żad­nego wizu­al­nego tła. Pod wyma­lo­waną kon­ste­la­cją pię­ciu zło­tych gwiazd brwi unio­sły się w zdu­mie­niu.

- Sporo czasu minęło...

Rebel słu­chała z jakąś bez­oso­bową fascy­na­cją, jak ostry, gorącz­kowy głos z jej wła­snych ust zaczyna mówić:

- Muszę się ukryć. Muszę się wczoł­gać pod swoją twarz i wcią­gnąć ją za sobą, muszę uciec. - Jej twarz zaczęła pła­kać. - Nie mam pie­nię­dzy i nikomu nie mogę zaufać. Pomóż mi.

Twarz obcego zmie­niła się, zasko­czona i zdu­miona.

- Wiel­kie nieba, w co ty się wplą­ta­łaś, Eucra...

- Nie uży­waj mojego imie­nia!

Osłu­pie­nie... A potem znów szybka zmiana wyrazu i uśmiech.

- Jasne, Słonko. Wiesz, moja zmiana wła­śnie się zaczęła, ale może i tak powin­naś do mnie dołą­czyć. Robię teraz w próżni, zeskro­buję kwiaty, nikt nie będzie cię szu­kał na skale. Tra­fisz do Giełdy Pracy, uży­wa­jąc publicz­nego trans­portu?

Rebel nie śle­dziła tej roz­mowy. Jej głowa przy­tak­nęła.

- Dobrze. Jak będziesz na miej­scu, idź do bramy Składu i Kon­ser­wa­cji. Powiedz, że chcesz pra­co­wać jako dra­pacz. Zawsze bra­kuje im ludzi, więc cię wezmą. Powo­łaj się na mnie, to przy­dzielą cię do wła­ści­wej ekipy. Robota jest na akord, więc nie będą maru­dzić, czy odro­bi­łaś pełną zmianę. Uprze­dzę, żeby dali sprzęt próż­niowy i obcią­żyli moje konto. Wszystko jasne? Pora­dzisz sobie?

Jej ciało ode­tchnęło głę­boko.

- Tak - zapew­nił jej głos.

***

Kiedy Rebel wynu­rzyła się na powierzch­nię, skro­bała próż­niowe kwiaty z powierzchni Erosa.

Była to praca nudna i nie­przy­jemna. Jaśnie­jące nie­bie­skie płatki były zaska­ku­jąco nie­uchwytne. Szyba hełmu depo­la­ry­zo­wała bły­ski, zmie­nia­jąc jaskrawe kwiaty w pole czar­nych gwiazd. Rebel musiała się­gać w ciem­ność, by je zna­leźć. Ich łodygi były cien­kie jak druty, ale moc­niej­sze. Co gor­sza, gra­wi­ta­cja była tak niska, że nie­ostrożny ruch mógł ją ode­pchnąć na kilka metrów. Uno­siła się więc nad powierzch­nią, utrzy­mu­jąc się w górze dotknię­ciami pal­ców i stóp, i wsu­wała nożyce pod kolejne kwiaty. Mię­śnie bolały ją od napię­cia i zmę­cze­nia.

Wnę­trze próż­nio­wego ska­fan­dra śmier­działo, a wypeł­niony led­wie w poło­wie worek wlókł się za nią niczym odwłok kró­lo­wej psz­czół. Hełm brzę­czał od gło­sów, kiedy ludzie z zespołu paplali przez inter­kom.

- ...słowo daję, że nie bujam. - Męski głos zacią­gał lekko. - Byłem naj­bar­dziej ele­ganc­kim stwo­rze­niem na dwóch nogach. Do per­sony dorzu­cają pakiet ety­kiety, łapie­cie? No i wiem, jakim widel­cem mam dłu­bać w nosie i w ogóle. Nie tylko byłem taki ele­gancki publicz­nie, ale ele­gancki nawet po sek­sie.

- Tak? To może powin­nam cię wypró­bo­wać - ode­zwał się roz­ba­wiony żeń­ski głos.

- Tamara, skar­bie, naj­je­dy­niej­szą rze­czą mniej praw­do­po­dobną od seksu z tobą jest to, że się do niego przy­znam. - Wybu­chy śmie­chu. - Ale namów któ­re­goś z two­ich męskich kum­pli, żeby spró­bo­wał tego pro­gramu. Poważ­nie.

- Pie­przysz - wtrą­cił inny kobiecy głos. - Któ­ryś z męskich kum­pli Tamary zrobi się ele­gancki, to od razu...

Wyłą­czyła inter­kom. Coś prze­mie­niało się wewnątrz niej i nie wie­działa, kim wła­ści­wie jest, Eucra­sią czy Rebel, Rebel czy Eucra­sią.

- Pusz­czaj - syk­nęła wście­kle i znowu stała się sobą: Rebel.

Ale poczu­cie tej dru­giej jaźni pozo­stało jesz­cze, uno­sząc się nad nią. Przy­gar­biona, igno­ro­wała je, jak naj­le­piej potra­fiła, zeskro­bu­jąc kwiaty ze skały.

Praca uspo­ka­jała. Palce poru­szały się jakby kie­ro­wane wła­sną wolą: regu­lar­nym, wydaj­nym ryt­mem ści­nały kwiaty i wpy­chały je do siat­ko­wej torby. Przed nią po hory­zont roz­po­ście­rały się ich nie­skoń­czone maty, każdy kwiat wiel­ko­ści ludz­kiej głowy, ale tak deli­katny, że roz­sy­py­wał się w nicość od dotknię­cia palca ręka­wicy.

Świa­do­mość Innej pozo­stała jed­nak, aż całe plecy świerz­biały ją od wzroku wyobra­żo­nych oczu; co chwilę oglą­dała się przez ramię. Ale nikogo nie było - tylko pas nagiej skały, a w oddali parę niskich budyn­ków i kilka dzia­łek frach­to­wych. Działki były po pro­stu kawał­kami terenu, gdzie skałę wyrów­nano na pła­sko, by wyko­rzy­sty­wać ją dla skła­do­wa­nia towa­rów. Nie­które były puste, na innych poma­rań­czowe, zie­lone i żółte skrzy­nie stały w sto­sach wyso­kich jak wie­żowce. Maszyny z deli­kat­nymi chwy­ta­kami niczym komary wspi­nały się na nie, doda­jąc jedne i zdej­mu­jąc dru­gie. Poni­żej próż­niowcy ścią­gali kolejne skrzy­nie z podu­szek magne­tycz­nych albo łado­wali do wind, a potem odstę­po­wali, kiedy ładu­nek wyla­ty­wał w górę i dalej.

Po co w ogóle się tu krę­cisz? - pomy­ślała gniew­nie Rebel. Miała ochotę się roz­pła­kać, ale sta­now­czo powstrzy­mała ten odruch - w ska­fan­drze próż­nio­wym łzy mogły dopro­wa­dzić czło­wieka do szału. Nie ustą­pię ci miej­sca. Teraz to jest mój umysł.

Jakiś śmieć deli­kat­nie ude­rzył o powierzch­nię nie­da­leko niej, odbił się i spły­nął w dół. Poma­rań­czowy, czer­wony i migo­czący - zmięty frag­ment opa­ko­wa­nia cze­goś skon­su­mo­wa­nego na bli­skiej orbi­cie. Rebel wycią­gnęła rękę, spró­bo­wała zebrać zbyt wiele kwia­tów rów­no­cze­śnie i poczuła przez ręka­wicę lekki wstrząs, kiedy się zwarły.

- Szlag...

Odrzu­ciła je i usia­dła. Miej­ski kani­ster wynu­rzał się ponad jasnym od kwia­tów hory­zon­tem. Cha­otyczne grupki świa­teł habi­ta­tów jaśniały na okien­nej ścia­nie, malut­kie i jaskrawe niczym wewnętrzne gwiazdy. I do Rebel dotarło nagle, że znaj­duje się na tej obcej pla­ne­cie, którą widziała ze szpi­tala. Na Ero­sie.

Była na aste­ro­idzie Eros, w cen­trum Kla­stra Erosa.

I nagle duch Eucra­sii roz­pły­nął się bez śladu, znik­nął jak bańka w próżni.

Rebel przy­wią­zała swoją torbę do skal­nego występu, zacią­gnęła mocno i prze­wró­ciła się na plecy. Pozwo­liła, by świa­tło oble­wało ją i prze­pły­wało.

Wpa­try­wała się w Kla­ster i na nowo ogar­nęło ją poczu­cie jed­no­cze­śnie zna­jo­mo­ści i zachwytu. Na tle gwiazd roz­po­ście­rała się sztuczna galak­tyka wiru­ją­cych pier­ścieni, fabryk o zmien­nej gra­wi­ta­cji, geo­de­zyj­nych miast, sieci maga­zy­no­wych, żuż­lo­wych cylin­drów, sfer rol­ni­czych... nie­skoń­czona liczba struk­tur, poma­lo­wa­nych w kilo­me­trowe super­gra­fiki i jaśnie­ją­cych jak małe słońca. W kie­runku prze­ciw­o­bro­to­wym, za tylną gra­nicą Kla­stra, szum świetlny zale­wał macie­rze rafi­ne­ryj­nych zwier­cia­deł.

Od strony gwiazd auto­no­miczne żaglowce świetlne hal­so­wały i dry­fo­wały, dostar­cza­jąc na wpół prze­ro­bione rudy. Bli­żej pomię­dzy liniami ste­ru­ją­cych holo­gra­mów prze­my­kały stada pojaz­dów wewnętrz­nych i próż­niow­ców w ska­fan­drach. Całe to piękno, cała zło­żo­ność na moment ode­brały jej oddech. Miała ochotę wybuch­nąć śmie­chem albo się roz­pła­kać.

I nagle...

- Pil­nuj się, Słonko!

Dłoń w ręka­wicy klep­nęła jej hełm i włą­czyła inter­kom. Rebel pode­rwała się na nogi i prze­ko­zioł­ko­wała, ale męż­czy­zna w kwie­ci­stym ska­fan­drze ścią­gnął ją z powro­tem.

Na ska­fan­drze powta­rzał się też motyw pię­cio­ra­mien­nych żół­tych gwiazd uło­żo­nych w układ Krzyża Pół­nocy. W zło­tej szy­bie hełmu widziała wła­sne odbi­cie razem ze znie­kształ­co­nym obra­zem twa­rzy męż­czy­zny, odbi­tym w jej wła­snej szy­bie.

Tam­ten wysta­wił kciuk w górę.

- Koniec zmiany. Pora ska­kać do domu.

***

Męż­czy­zna odda­lił się powol­nymi, śmiesz­nymi nisko­gra­wi­ta­cyj­nymi sko­kami, a Rebel popły­nęła za nim. Był wysoki, tycz­ko­waty, miał wąskie bio­dra i małe pośladki.

Ze wszyst­kich stron ska­kali człon­ko­wie grupy robo­czej, zmie­rza­jąc do pod­nisz­czo­nej windy. Jeden po dru­gim wsu­wali torby urobku w pole, patrzyli, jak odpły­wają w górę, a potem podą­żali za nimi. Ich ska­fan­dry robo­cze były ozdo­bione opa­li­zu­ją­cymi pla­ne­tar­nymi pej­za­żami, chmu­rami i tęczami, imi­ta­cjami Mon­dria­nów, Pol­loc­ków czy van Goghów. Rebel spoj­rzała na wła­sny: sre­brzy­sty i gładki.

- Teraz ty, Słonko. Wsuń to na linkę.

Męż­czy­zna podał jej kawał żelaza z otwo­rem pośrodku. Rebel prze­wle­kła linkę i pchnęła torbę przed sie­bie. Ta znik­nęła.

- Słu­chaj - powie­działa. - Musimy poroz­ma­wiać.

- Tak, ale nie tutaj.

Dotknął jej karku i prze­su­nął ją do windy.

Pole szarp­nęło. Aste­ro­ida w szo­ku­ją­cym tem­pie zma­lała w dole. Znów widziała ją całą, tak jak z New High Kam­den: dzi­wacz­nie prze­krzy­wiona wrze­cio­no­wata pla­neta z kon­ty­nen­tami pło­ną­cymi meta­licz­nym błę­ki­tem i atra­men­to­wymi morzami. Te morza były obsza­rami oczysz­czo­nymi z kwia­tów.

Porwał ją sys­tem prze­kie­ro­wu­jący i aste­ro­ida odpły­nęła gwał­tow­nie, a geo­de­zyjna Giełda Pracy eks­plo­do­wała jej w twarz. Rebel wryła się w poduszkę magne­tyczną, zwol­niła, zatrzy­mała się i została deli­kat­nie prze­pchnięta do śluzy.

***

W hali roiło się od robot­ni­ków. Rebel prze­pły­nęła obok ludzi z następ­nych zmian, któ­rzy dopi­nali ska­fan­dry i wycho­dzili.

Ci z koń­czą­cych się zmian śmiali się i plot­ko­wali, odkła­da­jąc hełmy i cho­wa­jąc ska­fan­dry. Rebel podą­żyła za tęczo­wym ska­fan­drem, który nale­żał do jej zespołu, i prze­je­chała liną magne­tyczną do bramy Składu i Kon­ser­wa­cji. Płat­niczka z dużym biu­stem sie­działa tam w noż­nych pier­ście­niach, z maszyną wypłat na kola­nach.

- No dalej - burk­nęła.

Rebel pośpiesz­nie zdjęła ręka­wicę i wsu­nęła dłoń do maszyny. Ta odczy­tała jej odci­ski, wyli­czyła masę zeskro­ba­nych kwia­tów i wysu­nęła wąską srebrną bran­so­letkę. Rebel dziw­nie się czuła, mając ją na ręku. Odpły­nęła stam­tąd, ale stra­ciła z oczu tęczowy ska­fan­der. Nie miała poję­cia, dokąd powinna teraz pójść.

Nagle ktoś zde­rzył się z nią lekko i szturch­nął w stronę liny magne­tycz­nej.

- Spo­tkamy się po tam­tej stro­nie, Słonko! - zawo­łał, kiedy wystrze­liła przez wrota.

Ten sam męż­czy­zna... Na końcu liny o mało nie prze­pu­ściła drążka, bo wycią­gała szyję, na próżno pró­bu­jąc zoba­czyć jego twarz.

Za tęgą kobietą tra­fiła do szatni. Naśla­du­jąc jej ruchy, zwi­nęła ska­fan­der, razem z prze­pa­ską łonową wci­snęła do wnę­trza hełmu, doło­żyła tani zestaw opa­sek ręcz­nych i noż­nych, jaki dostała, wycho­dząc do pracy, a potem wszystko to wrzu­ciła do luku pralni. Sama prze­sko­czyła pod prysz­nice.

Umyła się namy­dlo­nym ręcz­ni­kiem, spłu­kała wil­got­nym i wró­ciła do szatni.

Szat­nia była pię­cio­kątną rurą z szaf­kami na wszyst­kich ścia­nach. Rebel pły­nęła mię­dzy roze­śmia­nymi, papla­ją­cymi kobie­tami i nie mogła sobie przy­po­mnieć, która szafka jest jej.

Ale wspo­mnie­nie było tam, choć nie­do­stępne. Jej ciało wie­działo, co robić. Pozwo­liła mu więc podą­żyć tam, gdzie miało ochotę, i tra­fiła do szafki, która otwo­rzyła się na jej dotyk. Wewnątrz zna­la­zła swoje ubra­nie i odzież robo­czą, świeżo oczysz­czone.

Zacze­piła nogę o pier­ścień sto­powy, wcią­gnęła prze­pa­skę łonową i opa­ski trans­por­towe. Potem wsu­nęła się w pier­ście­nie kola­nowe i roz­ło­żyła lusterko. Z odbi­cia spoj­rzała na nią ta sama nie­po­ko­jąco obca twarz z per­ka­tym nosem. Dookoła kobiety prze­bie­rały się i prze­pro­gra­mo­wy­wały, malu­jąc twa­rze, by odpo­wia­dały nowym per­so­nom. Pomiesz­cze­nie było pełne mari­lyn i pol­ly­ann, z kil­koma tylko zeldami, a nawet suzy vacuum. Jakaś xaviera, widząc jej nie­zde­cy­do­wa­nie, ode­rwała się od malo­wa­nia warg na sro­mowy róż i podała jej opła­tek.

- Trzy­maj, kochana. Otwórz się i spró­buj.

Rebel zaczer­wie­niła się, a kobieta wybuch­nęła śmie­chem. Rebel porwała swoje rze­czy i ucie­kła, z twa­rzą tak nagą jak w dniu, kiedy się naro­dziła.

***

Na zewnątrz jakiś męż­czy­zna chwy­cił ją za łokieć, a ona bez namy­słu wymie­rzyła mu cios w żołą­dek. Zło­żył się wpół pod płasz­czem i odpły­nął tyłem, z wyra­zem abso­lut­nego zdu­mie­nia na twa­rzy.

Rebel zoba­czyła wtedy gwiazdy wyma­lo­wane na jego czole i pojęła, że to był ten obcy, do któ­rego dzwo­niła.

Zakło­po­tana wycią­gnęła rękę, by mu pomóc, ale on zdą­żył już chwy­cić drą­żek i przy­glą­dał jej się czuj­nie i nie­chęt­nie.

- Bar­dzo prze­pra­szam - powie­działa Rebel. - Nie chcia­łam cię ude­rzyć. W ogóle nie­po­trzeb­nie do cie­bie dzwo­ni­łam. Może po pro­stu uści­śniemy sobie ręce i pój­dziemy każde swoją drogą?

Obcy przy­glą­dał jej się nie­ru­chomo.

- Nie jesteś już Eucra­sią, prawda?

Spoj­rzała mu w oczy - były zie­lone.

- Nie.

Na moment jego twarz przy­brała chmurny wyraz, jakby w tym cza­sie sam ze sobą dys­ku­to­wał. Potem znów się roz­ja­śniła.

- Wiesz co? - powie­dział. - Miesz­kam na dwo­rze króla Jona­mona, Zbior­nik Czter­na­sty. To chyba naj­lep­sze miej­sce, gdzie możesz tra­fić, jeśli się przed kimś ukry­wasz. Parę sza­ła­sów jest pustych. Chodź ze mną, a jakoś cię tam ułożę do pierw­szego tygo­dnio­wego czyn­szu.

- Dla­czego miał­byś robić dla mnie coś takiego? - zdzi­wiła się Rebel. - A w ogóle to kim ty jesteś?

- Jestem... daw­nym zna­jo­mym. Kolegą z pracy. - Stuk­nął się pal­cem za uchem i Rebel dostrze­gła tam nie­wielki krą­żek obtar­tej skóry. - My, per­so­na­to­rzy, musimy trzy­mać się razem, nie?

- Ja... - Rebel wyco­fała się mię­dzy fałdy swo­jego płasz­cza. - Wiesz, prze­pra­szam. Tylko że ostat­nio różni ludzie bar­dzo się inte­re­sują moją sprawą. Nie pro­si­łam o to. Nie chcę tego.

- W porządku... - Wzru­szył ramio­nami i odwró­cił się.

Jakaś despe­ra­cja wez­brała gwał­tow­nie z wnę­trza Rebel.

- Cze­kaj! - krzyk­nęła.

Męż­czy­zna obej­rzał się.

Ostrożna mina... Zaczer­wie­niła się, bo nie miała poję­cia, dla­czego zawo­łała.

- Może byłam zbyt pochopna - powie­działa, by ukryć zakło­po­ta­nie.

Kolejna natych­mia­stowa zmiana wyrazu twa­rzy i męż­czy­zna roze­śmiał się ser­decz­nie.

- Zała­mu­jesz mnie, Słonko.

- Nie nazy­waj mnie tak.

- No dobrze. W takim razie Eucra­sio.

Wła­sna twarz wydała się jej nagle twarda i zimna.

- Mam na imię Rebel - oznaj­miła. - Rebel Eli­za­beth Mudlark.

- Wyeth.

Krzywy uśmie­szek i wzru­sze­nie ramion wyraź­nie mówiły, że to całe jego imię.

***

Pole­cieli busi­kiem promu w stronę zbior­ni­ko­wych mia­ste­czek, ści­śnięci kola­nami i udami z dwu­dziestką innych, nie­mal zbyt cia­sno, by oddy­chać. Pojazd zawiózł ich w cień kani­stra Lon­don­gradu, gdzie uno­siła się kiść pięć­dzie­się­cio­let­nich zbior­ni­ków powie­trza. Były to ogromne kon­struk­cje, każda dość duża, by zmie­ścić pod ciśnie­niem atmos­ferę całego miej­skiego kani­stra, z dobu­do­waną póź­niej śluzą i sys­te­mem doko­wa­nia. Deli­katne ślady rdzy ota­czały zamki w miej­scach, gdzie metal muskał szept wycieku tlenu.

- Rany, ależ tu gorąco - bur­czała Rebel. - Powin­nam raczej pole­cieć solo w ska­fan­drze.

- Co takiego? - spy­tał Wyeth. I wyja­śnił, kiedy powtó­rzyła: - Zbior­niki nie mają podu­szek magne­tycz­nych. Mówimy raczej o solid­nych slum­sach.

Pilot busika ude­rzył o dok.

- Zbior­nik Czter­na­sty! - zawo­łał.

Wysy­pali się jakoś na zewnątrz.

Świa­tło było słabe przy ślu­zie i mętne poza nią. Popły­nęli zatło­czo­nym kory­ta­rzem, przez roz­pa­da­jące się sza­łasy, będące zale­d­wie ruro­wymi szkie­le­tami ze ścia­nami z bla­chy fali­stej. W powie­trzu uno­sił się odór gni­ją­cych odpad­ków, zwie­trza­łego wina i ludz­kiego potu, ze słodką nutą kapry­fo­lium. Dzieci bie­gały z krzy­kiem, sły­chać było nie­usta­jący gwar gło­sów. Psz­czoły brzę­czały, lata­jąc po splą­ta­nych ścież­kach mię­dzy pora­sta­ją­cymi wszystko ukwie­co­nymi pną­czami. Zie­lony sznur pro­wa­dził wzdłuż kory­ta­rza i pocią­gnęli się po nim; od czasu do czasu szar­pali moc­niej, by wymi­nąć nad­cho­dzą­cego z prze­ciwka. Po chwili prze­ciął go sznur poma­rań­czowy, więc podą­żyli za nim w głąb zbior­nika.

Raverka zje­chała po linie i ludzie ustę­po­wali przed nią. Wyeth zła­pał Rebel i odcią­gnął ją z drogi, aż gło­śno zde­rzyli się z bla­szaną ścianą... Po chwili kobieta znik­nęła i znowu ruszyli wzdłuż liny.

Od czasu do czasu zza jakichś drzwi wyle­wało się świa­tło, nie­kiedy sznur lamp ota­czał grono nie­ofi­cjal­nych skle­pi­ków i barów, miejsc, gdzie ludzie ofe­ro­wali alko­hol albo inne rze­czy ze swo­ich domów. Pną­cza wszę­dzie były grube i zie­lone, z gęstymi kępami bio­flu­ore­scen­cyj­nych kwia­tów. Zda­rzały się sek­tory, gdzie te kwiaty były jedy­nym oświe­tle­niem.

- To okropne - stwier­dziła Rebel.

Wyeth rozej­rzał się, jakby pró­bo­wał wykryć tę skazę, jaką dostrze­gła w jego świe­cie.

- W jakim sen­sie?

- To jakby paro­dia mojego rodzin­nego świata. Zna­czy widzę, że opa­no­wa­li­ście tech­niki bio­lo­giczne, więc nie ma żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia dla takiej nędzy. U nas mia­sta są...

- Są jakie? - zapy­tał Wyeth.

Jed­nak bru­talna prawda był taka, że nie pamię­tała. Niczego. Usi­ło­wała przy­po­mnieć sobie nazwę swo­jego mia­sta, twa­rze przy­ja­ciół, dzie­ciń­stwo, życie, jakie pro­wa­dziła, ale nic nie powra­cało. Cała jej prze­szłość przy­po­mi­nała impre­sjo­ni­styczne plamy, jasne kolory i emo­cje, ale żad­nych szcze­gó­łów.

- Nie wiem - przy­znała.

- Prawdę mówiąc, Słonko, twoje odpo­wie­dzi mówią mniej wię­cej tyle co twoje mil­cze­nie. - Wyeth dotknął jej ramie­nia. - Jeste­śmy na miej­scu.

Chwy­cił linę, by zaha­mo­wać, prze­krę­cił się i ode­pchnął w szcze­linę mię­dzy sza­ła­sami. Rebel podą­żyła za nim.

Przez okno jakiejś rudery wyj­rzał na wąskie przej­ście chudy jak szkie­let sta­rzec.

- Cześć, Jona­mon. Jak twoje nerki? - zapy­tał Wyeth. Wcią­gnął roze­śmianą twarz. - Mam dla cie­bie nową loka­torkę.

- No cześć. - Skóra starca była biała jak brzuch ryby, na łysej czaszce miał czer­wone plamy. - Czynsz do jutra... - Zauwa­żył Rebel i podejrz­li­wie ścią­gnął wargi. - Jesteś z tych reli­gij­nych typów, dziew­czyno?

Rebel pokrę­ciła głową.

- Więc gdzie twoje malo­wa­nie? - Dźgnął kości­stym pal­cem w obtarte kółko za uchem Rebel. - Nazna­czy­łeś ją swoim pięt­nem. Nie wpusz­czam takich szu­mo­win na swój dwór. Pro­wa­dzę go na czy­sto: żad­nych pija­ków, dzi­wek, zaćpa­nych i żad­nego repro­gra­mo­wa­nia. Nie obcho­dzi mnie, jak to uspra­wie­dli­wiasz, Bóg nie tole­ruje...

- Moment, zaraz! Nikt tu nikogo nie repro­gra­muje! - prze­rwał mu Wyeth. - I czego się mnie cze­piasz? Pani stoi przed tobą, sam możesz jej zapy­tać.

- Niech mnie dia­bli, jeśli nie zapy­tam!

Sta­rzec wypły­nął przez okno, prze­ga­nia­jąc ich na dzie­dzi­niec. Potem zła­pał za kra­wędź swo­jej rudery.

- Niech to! Zapo­mnia­łem książki!

I rzu­cił się przez okno z powro­tem.

Dzie­dzi­niec był tylko sporą otwartą prze­strze­nią, oto­czoną przez kil­ka­na­ście sza­ła­sów. Trzy liny prze­ci­nały plac, przy­wią­zane do ster­czą­cych kawał­ków rur. Tu i tam ludzie trzy­mali się ich i roz­ma­wiali albo zaj­mo­wali jaki­miś pra­cami. Młody czło­wiek sie­dział wkli­no­wany w otwór drzwiowy i grał na gita­rze.

- Prze­pra­szam za to - powie­dział Wyeth. - Stary Jona­mon jest potwor­nie wścib­ski, bar­dziej nawet niż więk­szość gospo­da­rzy. Sie­dem­dzie­siąt lat temu był poszu­ki­wa­czem mine­ra­łów, jed­nym z ostat­nich. I według niego daje mu to prawo, żeby zamę­czać cię prze­słu­cha­niami. Jeśli nie masz ochoty z nim gadać, mogę go spła­wić na dzień czy dwa. Będzie dość czasu, żeby zna­leźć ci jakieś miej­sce w pobliżu.

- Wła­ści­wie... - Rebel w zamy­śle­niu gry­zła pazno­kieć kciuka; teraz wypluła to, co ode­rwała zębami. - Chyba chcę o tym poroz­ma­wiać. O tych wszyst­kich dziw­nych rze­czach, które mi się przy­tra­fiły. Nie mia­łam oka­zji, żeby to sobie upo­rząd­ko­wać. I sądzę, że jestem ci winna jakieś wyja­śnie­nie. - Zmarsz­czyła czoło. - Tylko może lepiej nie. Bo wiesz, szu­kają mnie pewni ludzie. Jeśli wia­do­mość się rozej­dzie...

Wyeth bły­snął zębami w sze­ro­kim jak u żaby uśmie­chu.

- W zbior­ni­ko­wym mie­ście nie ma tajem­nic. Ale nie ma też fak­tów. Opo­wiesz Jona­mo­nowi swoją histo­rię i po dzie­się­ciu minu­tach cały dwór będzie ją znał. W ciągu godziny będzie ją znał każdy w pro­mie­niu pię­ciu dwo­rów, ale zapa­mię­tają ją nie cał­kiem popraw­nie. Połowa ludzi w zbior­ni­kach przed czymś ucieka. Twoja opo­wieść zleje się z ich opo­wie­ściami: tu jakiś szcze­gół, tam nazwi­sko, zwrot akcji jesz­cze skąd­inąd. Do jutra twoją histo­rię poznają wszyst­kie zbior­niki, ale zmu­to­waną tak, że sama byś jej nie poznała. Nikomu się nie uda prze­śle­dzić tych histo­rii do źró­dła, czyli cie­bie. Będzie ich zbyt wiele i wszyst­kie nic nie­warte.

- No więc...

Jona­mon spły­nął na dzie­dzi­niec - chude stare pta­szy­sko w wystrzę­pio­nym płasz­czu. Pchał przed sobą księgę. Była sze­roka na trzy dło­nie i gruba na pięść, z jedną okładką czer­woną, a drugą czarną.

Otwo­rzył ją od czar­nej strony.

- Pan nasz Jezus wzgar­dził pro­gra­mo­wa­niem. "I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwi­stym zbo­czu do jeziora i zgi­nęła w falach". To z Mate­usza.

Wyeth wyglą­dał, jakby z tru­dem hamo­wał śmiech.

- Jona­mo­nie, już trzeci raz w tym tygo­dniu cytu­jesz mi frag­ment o gada­reń­skich świ­niach.

- Kri­shna też nie lubi demo­nów - burk­nął sta­rzec.

Odwró­cił księgę czer­woną okładką do góry i pod­su­nął ją Rebel.

- Przy­się­gnij na Gitę, że nie byłaś repro­gra­mo­wana. To mi wystar­czy.

- Może naj­pierw opo­wiem ci swoją histo­rię - zapro­po­no­wała. - A potem przy­się­gnę, że jest praw­dziwa. W ten spo­sób będziesz wie­dział, co przy­się­gam.

Prze­su­nęła się bar­dziej w stronę cen­trum i ze skrzy­żo­wa­nymi nogami usia­dła w powie­trzu, trzy­ma­jąc linę jedną stopą. Potem uło­żyła płaszcz w fałdy baja­rza (dzi­wiąc się w duchu wła­snej zręcz­no­ści), tak że jedna pierś i ramię były okryte, druga pierś i ramię wolne. Widząc ją w tej pozie, ludzie wycho­dzili ze swo­ich ruder albo prze­su­wali się po linach, by lepiej sły­szeć.

Zaczęła.

- Byłam mar­twa, ale nie powie­dzieli mi tego. Leża­łam w szpi­tal­nym łóżku, spa­ra­li­żo­wana, nie mogąc niczego sobie przy­po­mnieć. A oni nie chcieli powie­dzieć dla­czego. Wie­dzia­łam tylko, że coś jest nie tak, ale nikt nie odpo­wia­dał na moje pyta­nia...

***

Kiedy skoń­czyła, Jona­mon ode­brał od niej przy­sięgę na swoją książkę. I pokrę­cił głową.

- Niech mnie dia­bli, jeśli to nie bije wszyst­kiego, co dotąd sły­sza­łem.

- Mmmm...

Twarz zato­pio­nego w myślach Wyetha wyda­wała się ponura i nie­ru­choma, cał­kiem pozba­wiona humoru, nie­mal bru­talna. Nagle uniósł głowę i zmie­rzył słu­cha­ją­cych gniew­nym spoj­rze­niem.

- Na co się tak gapi­cie? Przed­sta­wie­nie skoń­czone. Idź­cie sobie!

Roze­szli się.

Rebel zadrżała. Spra­wiał teraz wra­że­nie cał­kiem innego czło­wieka - zbira peł­nego podej­rzeń, z poten­cja­łem prze­mocy.

Jona­mon poło­żył dłoń na jej kola­nie.

- Uwa­żaj na sie­bie, panienko. Deut­sche Naka­sone to paskudna banda i zro­bią z tobą, co zechcą. Nic ich nie obcho­dzi.

Odsu­nęła się od niego.

- Jak każdy gesel­l­schaft, sta­ruszku - stwier­dził Wyeth. - To nie­od­łączny ele­ment struk­tury kor­po­ra­cji.

- Tak myślisz? Pozwól, że coś wam pokażę.

Odpły­nął do swo­jego sza­łasu i po chwili wró­cił z owi­nię­tym w płótno pakie­tem.

- Może teraz jestem tylko zwy­kłym sta­rusz­kiem z nie­do­stat­kiem wap­nia. - Zaczął powoli odwi­jać płótno. - Teraz utkną­łem w tym miej­scu i kości poła­mią mi się jak patyczki, jeśli znów tra­fię na pełną gra­wi­ta­cję. Ale nie zawsze tak było. Kie­dyś mia­łem swoją wła­sną kor­po­ra­cję. Do dia­bła, kie­dyś wręcz byłem swoją wła­sną kor­po­ra­cją.

Cze­pia­jący się lin zbli­żyli się znowu, by posłu­chać. Jeden z nich, szczu­pły młody czło­wiek z malo­wa­niem nie­grzecz­nego chłopca, pochwy­cił spoj­rze­nie Rebel i uśmiech­nął się do niej. Słodki mło­dziak... Zaśmiał się, a Jona­mon popa­trzył na niego surowo.

- Śmiej się, ile chcesz, w tam­tych cza­sach poje­dyn­cze osoby mogły two­rzyć kor­po­ra­cje. Nie wyobra­żasz sobie nawet, jakie to było uczu­cie, kiedy czło­wiek miał dla sie­bie całą prawną kor­po­ra­cyjną ochronę. To jakby być taką nie­wielką grubą szy­chą... - Wes­tchnął. - Byłem jedną z ostat­nich ska­so­wa­nych przez Ustawę o Refor­mie Kor­po­ra­cji. Byłem gór­ni­kiem, może ten tutaj Wyeth wspo­mi­nał ci o tym. Poszu­ki­wa­czem. Kiedy poja­wiła się Ustawa, mia­łem prawa do kil­ku­set naprawdę cen­nych skał, wtedy war­tych for­tunę, a teraz nawet wię­cej. Ale przy­szły reformy i musia­łem wszystko sprze­dać. Pro­wa­dzi­łem nego­cja­cje z kil­koma kon­cer­nami, aż w końcu pod­pi­sa­łem wstępny list inten­cyjny z Deut­sche Naka­sone.

Poka­zał im odwi­nięty pakiet. Było to ofi­cjalne holo­gra­ficzne zdję­cie sze­regu kor­po­ra­cyj­nych funk­cjo­na­riu­szy z powagą patrzą­cych w obiek­tyw. Jona­mon stał pośrodku - młody czło­wiek z ostrym pod­bród­kiem i wyra­zem chci­wo­ści na twa­rzy.

- Zro­bili tę foto­gra­fię na dzień przed wej­ściem Ustawy w życie. Zaraz potem pani pre­zes i ja prze­szli­śmy do jej pry­wat­nego gabi­netu, by usta­lić kilka ostat­nich szcze­gó­łów i pod­pi­sać umowę. W życiu nie widzie­li­ście kogoś tak miłego i uprzej­mego. Mam ochotę na drinka? Ow­szem, nie odmó­wię. Mam ochotę ją zerżnąć? Do dia­bła, milutka była. Potem spy­tała, czy chciał­bym wypró­bo­wać nowy pro­gram, jaki opra­co­wali. Przed­sta­wiła to zachę­ca­jąco, więc powie­dzia­łem: "Jasne". Oni wtedy wcho­dzili w wetware, cał­kiem nie­dawno kupili serię paten­tów, kiedy wywa­lił się Blau­punkt. W każ­dym razie pani pre­zes zakłada mi na głowę opa­skę induk­tora i włą­cza drań­stwo. Juaaa... To była jazda, mówię wam. Jesz­cze dzi­siaj się rumie­nię, kiedy sobie przy­po­mnę. Wyobraź sobie, że cały seks, cała roz­kosz wali w cie­bie raz za razem, tak inten­sywna, że led­wie możesz wytrzy­mać, i chcesz to prze­rwać, tylko że... jesz­cze nie cał­kiem. Jesz­cze tro­chę dłu­żej, zanim sta­nie się nie do znie­sie­nia. Możesz to sobie wyobra­zić? Gówno, wcale nie możesz.

- I co się stało? - spy­tała Rebel.

- Stało się tyle, że ktoś to wyłą­czył. O rany, ależ się czu­łem okrop­nie, tak jakby głodny, obo­lały i spra­gniony rów­no­cze­śnie. W gło­wie mi dud­niło i musia­łem stra­cić połowę wody w orga­ni­zmie. Pani pre­zes już dawno się ubrała i wyszła. Zostało tylko paru kor­po­ra­cyj­nych ochro­nia­rzy, któ­rzy patrzyli na mnie ponuro. "Co się dzieje?" - zapy­ta­łem. A oni powie­dzieli, że Ustawa o Refor­mie wła­śnie zaczęła obo­wią­zy­wać, więc już mnie nie potrze­bują... Potem wywa­lili mnie stam­tąd i już ni­gdy w życiu nie wró­ci­łem do tego gabi­netu, to pewne.

Wes­tchnął.

- Rozu­miesz, co zro­bili, prawda? Trzy­mali mnie prze­pro­gra­mo­wa­nego, dopóki nie weszła Ustawa, i wtedy for­mal­nie nie mia­łem już praw do tych skał. A że pod­pi­sa­łem ten list inten­cyjny, wszystko teraz prze­szło na wła­sność Deut­sche Naka­sone. Nic mi nie zapła­cili. Posze­dłem do praw­ni­ków, ale powie­dzieli, że wszystko jest legalne. A raczej że aby wyka­zać, że jest nie­le­galne, sam musiał­bym być kor­po­ra­cją, a już nią nie byłem.

Mil­czał przez dłuż­szą chwilę.

- No cóż, wydaje mi się teraz, że tak chyba było lepiej. Młody czło­wiek myśli gona­dami. Sta­rzec widzi sprawy bar­dziej duchowo. Pojed­na­łem się z Bogiem i teraz czer­pię pocie­chę z Biblii Gita.

Rebel ziew­nęła.

- Chyba pora się poło­żyć - uznał Wyeth.

Wska­zał jej pusty sza­łas. Było tam dość miej­sca, żeby dwoje ludzi mogło usiąść i roz­ma­wiać albo żeby jedna osoba mogła się wycią­gnąć i prze­spać. Przy drzwiach ster­czał kawał drutu, żeby mogła zawie­sić hełm, i cztery pętle sznu­rów hamaka, żeby w nich spać. Nic wię­cej.

- Lepiej otwórz swój rebre­ather - pora­dził Wyeth. Spoj­rzała, nie rozu­mie­jąc. - No, z two­jego hełmu. W tym kącie dworu wen­ty­la­cja jest słaba i gazy wyde­chowe mogę się gro­ma­dzić, kiedy zaśniesz. Trzy­maj w zębach ust­nik, to nie zbu­dzisz się z cięż­kim bólem głowy.

- Jasne - rzu­ciła i ode­pchnęła się.

W sza­ła­sie nie było okna, więc kiedy zasło­niła wej­ście płasz­czem, we wnę­trzu zapa­no­wała ciem­ność. Wci­snęła rze­czy do hełmu i wsu­nęła się do sznu­rów hamaka. Zawie­szona, wsu­nęła rebre­ather mię­dzy zęby. Oddech roz­brzmie­wał w czaszce, gło­śny i powolny.

Zewnętrzne odgłosy docie­rały do niej przy­tłu­mione, ale bez­u­stanne. Muzyka i jakaś daleka kłót­nia mie­szały się ze sobą. Tkwiąc głę­boko w tym ludz­kim ulu, Rebel czuła się bole­śnie samotna i odizo­lo­wana. Gdzieś z oddali dobie­gało głu­che klang-klang, klang-klang - ktoś stu­kał w rurę, by prze­ka­zać coś sąsia­dowi. Sły­szała (choć nie pamię­tała kiedy i gdzie), że kon­ste­la­cje dwo­rów wewnątrz zbior­ni­ków zesta­wiono bez ładu i składu, dopa­so­wu­jąc rury do tych już ist­nie­ją­cych i two­rząc plą­ta­ninę bez żad­nego planu ani ogól­nej struk­tury. Tylko dzięki bra­kowi cią­że­nia wszystko się nie zapa­dało. Nie­kiedy jed­nak naprę­że­nia codzien­nego życia - ludzie ude­rza­jący o swoje sza­łasy, odpy­cha­jący się od nich, cią­gnący liny przy­wią­zane do ram - mogły spo­wo­do­wać prze­su­nię­cia całej grupy kon­struk­cji dwo­rów. Moment obro­towy powoli zbi­jał sza­łasy razem i zgnia­tał je we wrza­sku gię­tego metalu. Potem oca­leni prze­szu­ki­wali szczątki, by na nowo zabu­do­wać otwartą w ten spo­sób prze­strzeń.

Rebel była tak zmę­czona, że nie mogła zasnąć. Zawie­szona w powie­trzu, nie­spo­kojna i ner­wowa, czuła się tak samot­nie, tak okrop­nie, że miała ochotę umrzeć. Obra­cała się i krę­ciła w lin­kach hamaka, ale w żad­nej pozy­cji nie było jej wygod­nie. Czuła się zagu­biona jak dziecko pierw­szy raz odda­la­jące się od domu, odcięta od wszel­kich zabez­pie­czeń i oto­czona przez wro­gie siły, przed któ­rymi nie miała żad­nej obrony.

W końcu nie mogła już dłu­żej wytrzy­mać. Wcią­gnęła ubra­nie i prze­mknęła przez dzie­dzi­niec do chaty Wyetha. Poroz­ma­wia z nią - tego była pewna. Po zręcz­nym prze­chwy­cie jed­nej z lin prze­ko­zioł­ko­wała i zatrzy­mała się przed jego drzwiami. Były prze­sło­nięte płasz­czem. Już miała zapu­kać w ścianę, kiedy z wnę­trza usły­szała głos.

Ktoś u niego był? Tro­chę zakło­po­tana pod­pły­nęła bli­żej i zaczęła słu­chać.

- To kło­poty - mam­ro­tał Wyeth. - Deut­sche Naka­sone bar­dzo chce ją dostać i obe­rwie każdy, kto im sta­nie na dro­dze... Więc ist­nieje ryzyko. Ona może być dla nas bar­dzo pomocna... O któ­rej "onej" wła­ści­wie mówisz, Eucra­sii czy Rebel? Trzy­majmy się aktu­al­nego loka­tora, to naj­prost­sza metoda. Kto­kol­wiek będzie na wierz­chu... Nie miał­bym nic prze­ciw temu, żeby być u niej na wierz­chu... Bądź poważny! Cho­dzi o to, że jeśli się jakoś z nią doga­damy, ryzy­ku­jemy wszystko, co dotąd udało nam się zbu­do­wać. To hazard. Wszystko albo nic.

Przez chwilę trwała cisza, po czym Wyeth pod­jął znowu.

- Ryzy­ku­jemy wszystko? No świet­nie po pro­stu. Ryzy­ku­jemy tę nędzną budę w slum­sach, jakieś nie­do­ro­bione plany i naszą per­fek­cyjną nie­wi­dzial­ność. Tyle. Jaki jest sens powta­rza­nia, że sta­jemy prze­ciwko Ziemi, skoro sie­dzimy bez­czyn­nie, kiedy tra­fia się dobra oka­zja? Uwa­żam, że albo powin­ni­śmy wystą­pić, albo od razu zosta­wić całą tę sprawę, bo nic z tego nie wyj­dzie. Jakieś argu­menty?

Głos ucichł i Rebel odsu­nęła się od drzwi.

Mówi o mnie, pomy­ślała. I zwa­rio­wał. Albo zwa­rio­wał, albo jest czymś, o czym nie mam poję­cia, a to pew­nie jesz­cze gorzej.

Słowo wypły­nęło w jej umy­śle - słowo z prze­szło­ści Eucra­sii.

Tetrad. To taki jakby nowy umysł... Ale nic wię­cej nie pamię­tała.

Zadrżała. Miała wielką ochotę odwró­cić się i odpły­nąć do swo­jego sza­łasu.

Nie, uznała. Nie będę tchó­rzem.

Zagrze­cho­tała boczną ścianą sza­łasu Wyetha, a w sekundę póź­niej on sam wysta­wił głowę.

- Sły­sza­łam, jak o mnie mówisz - oznaj­miła.

Wyeth zdjął płaszcz i narzu­cił na sie­bie. Rebel przez moment widziała jego nagie ciało i zaczer­wie­niła się.

- Jak wiele zro­zu­mia­łaś z tego, co mówi­łem? - zapy­tał.

Bez­rad­nie potrzą­snęła głową.

- Znowu robisz tę minę...

Wyeth wyda­wał się zdzi­wiony. Potem się uśmiech­nął i szorstki wyraz twa­rzy znik­nął natych­miast i bez śladu.

- Pró­bo­wa­li­śmy pod­jąć decy­zję. Jesteś dla mnie swego rodzaju dyle­ma­tem, Słonko.

- Tak zro­zu­mia­łam.

- Wiesz, tylko czę­ściowo dosze­dłem do zgody, co teraz należy robić. Może oboje się z tym prze­śpimy. Omó­wimy tę sprawę, kiedy odpocz­niemy. Zgoda?

- Zgoda - odparła Rebel po chwili namy­słu.

Z powro­tem u sie­bie bar­dzo długo leżała na gra­nicy snu i jawy, snu­jąc myśli roz­le­głe i puste. W sąsied­nim dwo­rze wybu­chła walka na noże - dwóch mło­dych ludzi z pro­gra­mami nie­grzecz­nego chłopca prze­kli­nało, wrzesz­czało na sie­bie i pokrzy­ki­wało, wal­cząc o lep­szą pozy­cję. Nie­da­leko młoda para zabie­rała się do sie­bie ciężko i gorąco, oddzie­lona od niej tylko ścianą noc­nych kwia­tów gru­bo­ści wycią­gnię­tego ramie­nia. Dziecko zapła­kało i matka uci­szyła je szybko.

Cał­kiem bli­sko rze­kotka zare­cho­tała, przy­zy­wa­jąc part­nerkę.

Jeśli pod­pły­nąć bar­dzo bli­sko, żela­zne rury i bla­chy ścian miały wyraźny odór. Zni­kał, kiedy się odsu­wała, ale z bli­ska był silny. Ten zapach nie przy­po­mi­nał żad­nego innego. Na pewno trzyma się miesz­kań­ców slum­sów, myślała Rebel. Nie­ważne, jak daleko odejdą od swo­ich zbior­ni­ków, taki zapach zosta­nie z nimi przez resztę życia.

3. czoło nalotu

3

Czoło nalotu

Ktoś, prze­cho­dząc, kop­nął w jej ścianę i Rebel się zbu­dziła.

Senna, ubrała się i wypły­nęła.

Z nie­kiedy aż trzech restau­ra­cji na dwo­rze tylko jedna, ozna­czona jako Jama Myr­tle, miała otwarte okno. Rebel zastu­kała, wzy­wa­jąc obsługę; jakaś jasz­czurka odbie­gła i scho­wała się w gąsz­czu. W mroku poja­wiła się uśmiech­nięta twarz Myr­tle. Rebel ziew­nęła i prze­bu­dziła się tro­chę bar­dziej.

- Chcę kupić coś do zje­dze­nia.

- Jaki posi­łek?

- Śnia­da­nie.

Myr­tle schy­liła się i prze­szu­kała zapasy.

- Mam mango. Mogę je pociąć z sosem indyj­skim. Jest tro­chę ryżu z przy­pra­wami, nie­zbyt sta­rego. I piwo.

Potar­go­wały się o cenę, po czym Rebel zajęła miej­sce przy linie, a Myr­tle zajęła się szy­ko­wa­niem śnia­da­nia.

- Hej - ode­zwała się. - Mój facet opo­wia­dał, jak kie­dyś mia­łaś swoją kor­po­ra­cję i w ogóle. Chcia­łam tylko powie­dzieć, że mi przy­kro.

- Nie ma sprawy...

Na dwór wpa­dło stadko roze­śmia­nych, roz­wrzesz­cza­nych nagich dzie­cia­ków i przez moment cała prze­strzeń była ich pełna. Po chwili któ­reś wypa­trzyło szcze­linę mię­dzy sza­ła­sami i sko­czyło do niej. Reszta podą­żyła za nim i znik­nęły bły­ska­wicz­nie, szyb­kie jak ławica rybek.

Rebel jadła powoli. W końcu zli­zała z kciuka resztę sosu i oddała Myr­tle pustą bel­ha­ve­now­ską rurę.

- Wiesz, to tro­chę krę­pu­jące, ale gdzie znajdę...?

- Poma­rań­czowa lina w dół włó­kien do nie­bie­skiej, nie­bie­ska w górę do czer­wo­nej, a tą docią­gniesz do sko­rupy. - Myr­tle zaśmiała się. - Dalej już nos cię popro­wa­dzi.

***

Publiczne toa­lety były poro­śnięte masą noc­nych kwia­tów. Liście koły­sały się i sze­le­ściły w podmu­chach z komi­nów powietrz­nych, jed­nak pod kwia­to­wym aro­ma­tem uno­sił się cięż­szy zapach ludz­kich odcho­dów i gazów orga­nicz­nych. Rebel pod­pły­nęła do drzwi dam­skiej toa­lety i usia­dła na wspól­nej ławie. Było tu dość chłodno; powie­trze spły­wa­jące do otwo­rów wystar­czało, by utrzy­mać ją na miej­scu. Opie­ra­jąc łok­cie o drążki porę­czowe, oglą­dała graf­fiti. Były tam typowe nama­zane przy­ja­ciel ziemi czy też nowe umy­sły/wolne umy­sły, wypi­sane jed­nym pismem indy­wi­du­al­ność nie ist­nieje, a pod nim naba­zgrane innym mów za sie­bie. Jedy­nym inte­re­su­ją­cych hasłem było: nawet twoje gówno należy do boga­czy.

To miało sens. Bio­rąc pod uwagę, że prak­tycz­nie nic ze zja­da­nej tu żyw­no­ści nie pocho­dziło ze zbior­nika, toa­lety trzeba było opróż­niać, żeby miesz­kańcy zbior­ni­ków dosłow­nie nie poto­pili się we wła­snych odcho­dach. Nocne kwiaty poma­gały zacho­wać świe­żość powie­trza, ale ktoś musiał uzu­peł­niać tlen, który ucho­dził nie­wiel­kimi podmu­chami za każ­dym razem, kiedy śluzy otwie­rały się i zamy­kały. Nawet przy tak dra­stycz­nie uprosz­czo­nej eko­lo­gii ktoś musiał jej doglą­dać.

Prawdę mówiąc, cały Kla­ster sta­no­wił wybit­nie nie­szczelny sys­tem i wszyst­kimi porami wypusz­czał powie­trze i odpadki. Według Rebel to, ile codzien­nie wyla­ty­wało w próż­nię tlenu i pary wod­nej, masy reak­cyj­nej i kon­su­menc­kich śmieci, sta­no­wiło kry­mi­nalną roz­rzut­ność. Każda próba uszczel­nie­nia sys­temu zasłu­gi­wała na uzna­nie.

Z dru­giej strony tro­chę upo­ka­rza­jące było, że mia­sta w zbior­ni­kach są utrzy­my­wane przez ludzi, któ­rzy uwa­żają je za wytwór­nie nawozu.

Wycho­dziła z toa­lety, kiedy zna­jomy głos zawo­łał ją od strony kiści komer­cyj­nych por­tów danych tuż obok.

Wyeth, z heł­mem na ramie­niu, poma­chał jej i ode­pchnął się, by pod­le­cieć.

- Wła­śnie wycho­dzę do pracy - oznaj­mił. - Ale sklo­no­wa­łem dla cie­bie swoją aktówkę.

Podał jej coś, co wyglą­dało jak płytka przy­dy­mio­nego szkła wiel­ko­ści dłoni, w dotyku przy­po­mi­na­jąca bursz­tyn, ale chłodna. W głębi tań­czyły kolo­rowe świa­tełka. Rebel dotknęła jed­nego z nich i wszyst­kie się zmie­niły.

Płytka dobrze leżała jej w dłoni. Trzy­ma­jąc ją, lepiej się czuła.

- Uru­cha­miasz ją...

- Wiem, jak to działa. - Prze­bie­gła szybką rekur­sję i w powie­trzu nad płytką poja­wiły się sche­maty... Była to jedyna jej umie­jęt­ność warta posia­da­nia, a ona... Ale to była myśl Eucra­sii i Rebel szybko ją stłu­miła.

- Co takiego jest tam dla mnie?

- Twoja histo­ria.

Spoj­rzała na niego.

- Wyko­na­łem szybki rajd na Deut­sche Naka­sone i wyszu­ka­łem nie­utaj­nione dane na temat Rebel Eli­za­beth Mudlark. - Dotknął płytki i przy pra­wej kra­wę­dzi usta­wiły się dwa rzędy żół­tych świa­te­łek. - Jak widzisz, nie ma tego wiele. Z grub­sza edy­to­wana bio­gra­fia zesta­wiona w celach rekla­mo­wych. Tak sądzę. Pomy­śla­łem, że cię zain­te­re­suje.

- Ow­szem. - Mocno chwy­ciła aktówkę i przy­ci­snęła ją do brzu­cha. - Ale czy nie dopro­wa­dzi ich to do tego zbior­nika? Czy nie będą spraw­dzać tego rodzaju zapy­tań?

- Nie wiem, w jaki spo­sób - odparł Wyeth. - San­doz Laser­net bar­dzo pil­nuje opty­ma­li­za­cji sprzętu. Linie sieci szkie­le­to­wej bez prze­rwy się prze­łą­czają. Przez te pięt­na­ście sekund, jakie trwało moje połą­cze­nie, było pew­nie prze­ro­uto­wane przez połowę miast w Kla­strze. Prze­śle­dze­nie tego byłoby jak próba wytro­pie­nia piórka w burzy meta­no­wej. Potrze­bo­wa­liby pro­gramu z pełną świa­do­mo­ścią i mnó­stwem mocy.

Wspo­mnie­nia Eucra­sii roz­wie­wały się szybko, tak że począ­tek wyja­śnień Wyetha wyda­wał się dzie­cin­nym uprosz­cze­niem, a koniec stał się nie­mal nie­zro­zu­miale mętny.

- Ale czy nie przy­dzie­lili do tego świa­do­mego pro­gramu?

- Po tym, co się zda­rzyło z Zie­mią? - Wyeth zaśmiał się. I dodał: - Słu­chaj, naprawdę muszę lecieć. Miłej zabawy. Zoba­czymy się, jak wrócę.

***

Rebel wra­cała wolno na dwór Jona­mona; aktówka w kie­szeni płasz­cza wyda­wała się gruba i masywna jak cięż­kie sumie­nie. Chciała ją obej­rzeć, zoba­czyć, co jej powie o niej samej, a jed­nak nie chciała.

I kiedy tak znie­ru­cho­miała przy linie, pogrą­żona w myślach, młody nie­grzeczny chło­pak, któ­rego zauwa­żyła, jak obser­wo­wał ją wczo­raj, wynu­rzył się z pną­czy mię­dzy dwoma sza­ła­sami. Tors miał koloru maho­niu i bar­dzo wydłu­żony, aż przez moment pomy­ślała, że jest nagi. Wtedy jed­nak poja­wiła się jego poma­rań­czowa prze­pa­ska łonowa. Trzy­mał coś w ręku; drugą się­gnął po płaszcz, który zosta­wił przy­wią­zany do ramy sza­łasu.

Spo­strzegł ją. Oboje na chwilę znie­ru­cho­mieli. Potem chło­pak zapiął płaszcz na ramio­nach i pod­szedł do niej, chwy­ta­jąc linę pal­cami stóp. Uśmiech­nął się i poka­zał, co trzyma w dłoni.

- Pla­ster miodu.

Jego ciemne oczy bły­snęły. Lekko wysu­nął bio­dro, przez co mię­śnie zary­so­wały się wyraź­niej, wgryzł się w wosk. Jego wargi i pod­bró­dek lśniły.

- Chcesz spró­bo­wać? Mam na imię Maxwell.

- Nie mogę - odpo­wie­działa bez­rad­nie Rebel. Muśnię­ciem odchy­liła połę płasz­cza i wyjęła aktówkę. Poka­zała mu ją, trzy­maną obu­rącz. - Muszę prze­słu­chać tro­chę mate­ria­łów.

Maxwell wziął od niej aktówkę i trzy­ma­jąc dołem do góry, z powagą przyj­rzał się świa­teł­kom.

- Prze­słu­chasz w mojej cha­cie. A ja będę cię kar­mił mio­dem.

- Zgoda.

***

Wci­snęła aktówkę pomię­dzy jakąś rurę i ścianę, a Maxwell w tym cza­sie zawie­sił ich płasz­cze. Jed­nym dotknię­ciem prze­sta­wiła ją na ste­ro­wa­nie gło­sowe. Odcze­kała, aż wewnątrz będzie ciemno.

- Pro­szę, włącz się - powie­działa.

Holo­gra­fika otwo­rzyła uję­cie kon­troli ruchu Kla­stra Erosa. Sta­cja kon­troli kształ­tem przy­po­mi­nała sztangę i obra­cała się powoli pośród mael­stromu holo­gra­mów jed­no­stek.

- I jak? - spy­tał Maxwell.

Obraz zafa­lo­wał na jego ciele, kiedy do niej pod­pły­wał.

- Mmm...

Rebel prze­su­nęła zapis do przodu.

Teraz zoba­czyli wnę­trze, prze­zro­czy­stą pół­ku­li­stą osłonę prze­ci­naną wąskimi pomo­stami mię­dzy poszcze­gól­nymi sta­no­wi­skami. Tech­nicy kon­troli wyda­wali się pode­ner­wo­wani. Jakiś męż­czy­zna prze­biegł do wol­nego ter­mi­nala, nie tra­cąc czasu na pomo­sty. Zosta­wił na gwiaź­dzi­stej pod­ło­dze linię śla­dów bosych stóp.

- To nie­moż­liwe... - ode­zwał się ktoś.

Rebel cof­nęła.

- Otwórz - mruk­nął Maxwell. Wsu­nął jej do ust kawa­łek pla­stra miodu. Słodki.

Ope­ra­tor gwizd­nął cicho.

- Patrz­cie, co wła­śnie wyszło na wizu­al­nej.

Ich sze­fowa natych­miast zja­wiła się przy nim - tęga kobieta ze szczęką bul­doga.

- Myślę, że to chyba świetlny żagiel - stwier­dził męż­czy­zna. - Ana­liza widma daje sygna­turę sło­neczną, odro­binę prze­su­niętą do błę­kitu. Ale nie jest zare­je­stro­wany i leci nam pro­sto w gar­dziel.

- Pręd­kość?

- Trudno powie­dzieć. - Palce ope­ra­tora zami­go­tały, wywo­łu­jąc dane. - Jeżeli ma żagiel stan­dar­do­wych roz­mia­rów, przy zało­że­niu śred­niego obcią­że­nia pię­ciu kilo­ton, powi­nien wbić się w Kla­ster jakoś tak jutro.

- Szlag! - Sze­fowa ode­pchnęła go od moni­tora.

- Znajdź jakieś wolne miej­sce i zre­struk­tu­ry­zuj soft, żeby mi dać więk­szą wydaj­ność. Zdej­mij moc, bo ja wiem, z holo. Mogą tro­chę zdry­fo­wać. Ustaw je na korektę tylko raz na koma zero trzy sekundy. Jasne?

Ope­ra­tor prze­biegł do wol­nego ter­mi­nala, nie tra­cąc czasu na pomo­sty. Zosta­wił na gwiaź­dzi­stej pod­ło­dze linię śla­dów bosych stóp.

- To nie­moż­liwe - stwier­dziła sze­fowa. - Nie, to prze­cież nie ma sensu. To nie jest dostawa prze­my­słowa.

- Jesz­cze miodu?

- Mmm...

Palce Maxwella prze­su­nęły się po jej war­gach, więc poca­ło­wała je odru­chowo.

Ode­zwał się inny tech­nik.

- Mamy pro­blem z oceną masy. Coś jest powa­lo­nego w tym, w jaki spo­sób zwal­nia.

Rebel zatrzy­mała odtwa­rza­nie i popro­siła aktówkę o wyświe­tle­nie obrazu z moni­tora. Poja­wił się sche­mat w sied­miu kolo­rach, uka­zu­jący każdy świetlny punk­cik tak, jak był widoczny na ekra­nie ter­mi­nala kon­troli ruchu. Obraz przy­gasł na moment i świa­tełka prze­su­nęły się do wcze­śniej­szych pozy­cji. Zakre­ślona czer­woną obwódką jasna kropka mknęła zza Jowi­sza w stronę Słońca. Pasek tek­stu z boku iden­ty­fi­ko­wał ją jako kometa: trans­port komer­cyjny (farma drewna).

Sys­tem kon­troli ruchu był doła­do­wany pro­gra­mami walki eko­no­micz­nej. Auto­ma­tycz­nie poka­zy­wał poło­że­nie innych suną­cych do wnę­trza sys­temu komet trans­por­to­wych. Poka­zy­wał też obłok mło­dych komet peł­zną­cych od strony słońca, z ogo­nami zjo­ni­zo­wa­nych gazów gasną­cymi kolejno, kiedy świeża roślin­ność pokry­wała powierzch­nie. Ope­ra­tor starł je z ekranu.

- Ależ pro­się z cie­bie. Masz miód na bro­dzie.

- Słu­chaj, jestem zajęta.

- Nie ruszaj się, to go zliżę.

Poja­wił się pasek z danymi reje­stra­cyj­nymi: mała, nie­sko­lo­ni­zo­wana kometa, nio­sąca prze­ro­biony na drewno pierw­szy plon około sie­dem­dzie­się­ciu giga­ton hybryd dębu, teku i maho­niu. Drzewa dopro­wa­dzano do wzro­stu w ciągu jed­nego dłu­giego prze­lotu do Słońca i z powro­tem na gra­nicę Obłoku Oorta. Tam drwale z archi­pe­la­gów przy­ci­nali kometę, pozo­sta­wia­jąc nie­na­ru­szone korze­nie dla dru­giego plonu, potem sztucz­nie ją przy­śpie­szali na drogę powrotną do Sys­temu. Kla­ster Erosa inten­syw­nie spe­ku­lo­wał drew­nem, ale tutaj nie cho­dziło o lokalne inte­resy. Fracht był prze­zna­czony dla Kla­stra Ceres, zgod­nie z kon­trak­tem pod­pi­sa­nym jakieś dwie dekady temu. Ponie­waż Eros nie był finan­sowo zaan­ga­żo­wany, kom­pu­ter nad­zoru ni­gdy dotąd nie uznał za sto­sowne, by na taki trans­port zwró­cić uwagę ludzi.

Maxwell prze­su­nął war­gami wzdłuż linii kro­pli na szyi Rebel, w stronę jej piersi. Zachi­cho­tała i ode­pchnęła go.

- Łasko­cze...

Ekran prze­łą­czył się na przy­śpie­szone odtwa­rza­nie. Kometa pomknęła ku Jowi­szowi. Zanur­ko­wała w stud­nię gra­wi­ta­cyjną olbrzyma, zakrę­ciła wokół niego i wynu­rzyła się na nowej orbi­cie. W trak­cie manewru stra­ciła pręd­kość i prze­su­nęła się na krót­szą elipsę, która miała ją dopro­wa­dzić poni­żej orbity Mer­ku­rego i znów na zewnątrz, do umó­wio­nego Kla­stra. Odczyty zmie­niły się na moment, by poka­zać Wewnętrzny Sys­tem z zazna­czoną liniami żół­tych kro­pek dawną i nową tra­jek­to­rią.

- A teraz? Też łasko­cze?

- Nie. Teraz jest przy­jem­nie.

W poło­wie drogi mię­dzy Jowi­szem i Ero­sem jasność komety wzro­sła czte­ro­krot­nie. Poja­wił się ostry roz­błysk, który szybko został w tyle - roz­wi­nął się świetlny żagiel. Koły­sał się lekko na wie­trze sło­necz­nym i hal­so­wał zręcz­nie. Kom­pu­ter wyty­czył jego prze­wi­dy­wany kurs - kie­ro­wał się w samo serce Kla­stra Erosa.

Rebel wró­ciła do nor­mal­nego odtwa­rza­nia.

- Mów - pole­ciła sze­fowa.

- Żagiel jest usta­wiony od słońca. A zatem ciąg powi­nien być łatwy do wyli­cze­nia. Ale to zwal­nia o wiele za szybko, szyb­ciej niż wszystko, co w życiu widzia­łem. Nawet ładu­nek jed­nej kilo­tony powi­nien...

- Czyżby nadrzewcy pró­bo­wali nam zrzu­cić jakąś bombę? - mruk­nęła sze­fowa. - Nie, to bez sensu. A może... Zaraz! Spró­buj prze­li­czyć poziom dece­le­ra­cji dla żagla z ładun­kiem jed­nej trze­ciej tony.

Palce zatań­czyły szybko.

- Ożeż... Zga­dza się!

- Czyli to będzie to. Jeden czło­wiek w ska­fan­drze próż­nio­wym plus masa kadłuba, przy­rzą­dów ste­ru­ją­cych i kabli... Moim zda­niem z tym wła­śnie mamy do czy­nie­nia. - Stuk­nęła w ekran. - Ktoś używa małego świetl­nego żagla jak spa­do­chronu hamu­ją­cego.

- Czego?

- No, takiego spa­do­chronu. Trudno wytłu­ma­czyć, jeśli ktoś nie widział. Skon­tak­tuj się z ochroną pery­me­tru i prze­każ, że mamy tam kosmicz­nego kadeta, który potrze­buje pomocy. I niech już oni się tym zaj­mują.

Obraz prze­sko­czył do widoku z zewnątrz wie­lo­za­da­nio­wego okrętu ochrony pery­me­tru.

- Hej! - zawo­łała Rebel. - Nie wydaje mi się, żebyś zna­lazł jakiś miód tam na dole.

- Zało­żymy się?

Maxwell cało­wał i gła­dził jej brzuch. A teraz powoli prze­su­nął dło­nie w górę jej ud i jesz­cze wol­niej ścią­gnął prze­pa­skę łonową.

- Pro­szę, prze­stań - mruk­nęła Rebel.

Aktówka się wyłą­czyła. W sła­bym świe­tle sączą­cym się przez szcze­liny mię­dzy nie­do­pa­so­wa­nymi ścia­nami zoba­czyła, że Maxwell jest już nagi.

I zain­te­re­so­wany.

Bar­dzo wyraź­nie zain­te­re­so­wany.

***

Kochali się dwa razy, a potem wysłała Maxwella ze swoją bran­so­letą, żeby kupił jakiś lunch. Wró­cił z obfi­tym posił­kiem i bez żad­nej reszty. Zje­dli, a potem jakoś znowu zaczęli się kochać. Tak się zda­rzyło, po pro­stu. W końcu musiała powie­dzieć:

- Nie, naprawdę. Muszę tego posłu­chać.

Znowu włą­czyła aktówkę.

Wie­lo­za­da­niowy okręt zrów­nał pręd­ko­ści z żaglow­cem. Kil­ku­na­stu ludzi z ochrony pery­me­tru pod­le­ciało do oli­no­wa­nia. Nie­zgrab­nie, to oczy­wi­ste, ale spraw­nie odcięli uprząż, zwi­nęli żagiel i wyplą­tali nie­ru­chomą postać w próż­nio­wym ska­fan­drze.

Na okrę­cie pra­cow­nicy ner­wowo krę­cili się wokół ska­fan­dra. Był zno­szony i wytarty; skry­sta­li­zo­wany żel uszczel­nia­jący okry­wał kilka nie­wiel­kich roz­cięć.

- Spójrz­cie - powie­dział medyk, wska­zu­jąc siatkę deli­kat­nych pęk­nięć na szy­bie. - Bie­dak musiał źle wyli­czyć naprę­że­nia przy hamo­wa­niu. Jego organy wewnętrzne to pew­nie papka.

Odłą­czył zestaw chło­dzący, a ktoś inny zerwał hełm.

Sto­piony żel prze­cią­że­niowy chlu­snął na pokład i odsło­nił twarz kobiety - wąską, z wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi, oko­loną krót­kimi i wil­got­nymi wło­sami w kolo­rze mysiego blondu. Skóra była obrzmiała, nie­zdrowo biała, miej­scami nie­mal sina. Nie­wiel­kie kro­ple żelu zatrzy­mały się w noz­drzach. Medyczka starła je i nagle kobieta gwał­tow­nie nabrała tchu. Zadrżała i otwo­rzyła oczy.

To była Rebel Eli­za­beth Mudlark, we wła­snym ciele. Strużka krwi pocie­kła jej z kącika ust.

Uśmiech­nęła się słabo.

- Cześć, chło­paki - powie­działa. I zro­biła zdzi­wioną minę. - Jakoś słabo się czuję...

Po czym umarła.

Maxwell nie patrzył, kiedy to się stało. Grze­bał w małej skrzynce w kącie, szu­ka­jąc biżu­te­rii. Kiedy zna­lazł coś, co mu się spodo­bało, przy­mie­rzał to i wygi­nał się przed nią. Teraz, kiedy się odwró­cił, miał talię obwią­zaną sznu­rem pereł.

- Podoba ci się? - Zako­ły­sał bio­drami, a perły zakrę­ciły się. - Trzeba mieć dobre ciało, żeby nosić perły.

Holo­gram odda­lał się wolno. Male­jący ludzie z ochrony pery­me­tru krzą­tali się, na próżno usi­łu­jąc oży­wić ciało.

- Szok wybu­dze­nia z lodówki - mruk­nął medyk. - Uszko­dze­nie tkanki mózgo­wej z kom­pli­ka­cjami po sku­mu­lo­wa­nych uszko­dze­niach popro­mien­nych. Kom­pre­sja, prze­miesz­cze­nie, efekty pły­wowe w wątro­bie, trzu­stce, sercu...

Jego głos brzę­czał mono­ton­nie, kiedy dyk­to­wał dia­gnozę do reje­stru. Ktoś inny nasu­nął na głowę trupa zestaw krio­niczny i impul­sowo zamro­ził mózg. Póź­niej, jeśli tylko inspek­to­rzy ruchu zażą­dają zeznań, dzięki tech­nice induk­cji prze­chło­dze­nio­wej można będzie odzy­skać oso­bo­wość i powierzch­niowe wspo­mnie­nia.

Umar­łam, powta­rzała sobie w myślach Rebel. Teraz wyraź­nie pamię­tała, jak to się stało, pamię­tała pochy­lone nad sobą twa­rze, ich zatro­skane miny i to, jak wszystko odpły­nęło nagle w biel i...

Perły orbi­to­wały wokół talii Maxwella niczym pier­ścień sate­li­tów. Pośrodku tań­czył jego pępek.

Teraz, kiedy zespół ochrony pery­me­tru zwol­nił, a ich głosy przy­ci­chły do lek­kiego pomruku, z tła wyro­sło wypi­sane gotycką czcionką imię Rebel. Przez moment prze­sło­niło obraz i nagle roz­bły­sło ogniem. Kiedy pło­mie­nie opa­dły, spo­mię­dzy nich niczym feniks powstała nowa Rebel Mudlark.

Była wyide­ali­zo­waną wer­sją ory­gi­nału, wyż­szą i szczu­plej­szą, ze spek­ta­ku­larną musku­la­turą. Stała w roz­kroku, opie­ra­jąc dło­nie na bio­drach, i śmiała się zuchwale. Holo znów się odsu­nęło, za nią popły­nęły zie­lone dyso­now­skie światy, a wokół poja­wił się krąg usłuż­nych ado­ra­to­rów. Któ­ryś wycią­gnął ku niej drżącą rękę, a ona kop­nęła go w same usta.

Przez ekran popły­nęły słowa już wkrótce w sprze­daży.

- Wyłącz to - szep­nęła roz­pacz­li­wie Rebel. - Boże, wyłącz to paskudz­two!

Pamięć śmierci pło­nęła jej w mózgu. Nie potrafi znowu jej zapo­mnieć.

Maxwell wziął aktówkę, przyj­rzał jej się tępo, po czym dotknął jaśnie­ją­cego czer­wo­nego punktu. W pomiesz­cze­niu zapadł mrok.

- Przy­tul mnie - powie­działa Rebel. - Nie chcę niczego, tylko... przy­tul mnie, pro­szę...

Uno­siła się w mroku, przy­tło­czona swoim nie­szczę­ściem. Tak samo się czuła, kiedy jej matka zgi­nęła w wypadku nie­da­leko rafi­ne­rii Kla­stra. Wtedy ból ją zasko­czył, bo prze­cież nie zno­siła tej zim­nej suki. Ni­gdy wię­cej mnie nie skrzyw­dzisz, myślała gniew­nie, a mimo to czuła się opusz­czona i pełna smutku. Objęła mocno Maxwella jak wielką, bez­pł­ciową przy­tu­lankę.

Mgli­ste kształty pły­wały w jej polu widze­nia, gro­żąc, że zleją się w roz­cią­gniętą i roz­dętą czaszkę. Widziała już kie­dyś twarz śmierci - jako dziecko. Przy pierw­szym wyj­ściu w prze­strzeń solo prze­szła przez łącze lase­rowe i zwarła sobie połowę ska­fan­dra. Wizjer poczer­niał, rebre­ather prze­stał dzia­łać. Dry­fu­jąc samotna i ślepa, dła­wiła się i krztu­siła, aż nagle uświa­do­miła sobie, że umrze. I w tej chwili grozy zoba­czyła przed sobą twarz - białą jak kość i znie­kształ­coną, z pustymi oczo­do­łami, małymi ciem­nymi noz­drzami, z czar­nymi roz­war­tymi ustami. Odsu­nęła głowę w tył, a twarz rzu­ciła się ku niej, i wtedy nie­spo­dzie­wa­nie ścią­gnął ją pra­cow­nik kon­troli ruchu, który wpro­wa­dził prze­wód tle­nowy przez powłokę ska­fan­dra. Ta twarz była tylko odbi­ciem jej wła­snej, oświe­tlo­nej samotną lampką awa­ryjną.

Maxwell deli­kat­nie wsu­nął dłoń mię­dzy jej nogi i roz­su­nął je. Zaczął ostroż­nie w nią wcho­dzić. Wzbu­rzona i roz­ko­ja­rzona, pra­wie mu na to pozwo­liła. To byłoby łatwe, linia naj­mniej­szego oporu... Ale wtedy per­sona Rebel otrzą­snęła się i ode­pchnęła go. Nie da się wyko­rzy­stać.

- Lepiej sobie odpuść, młody. Ktoś ci pozwo­lił?

Maxwell był wyraź­nie zdu­miony.

- Ale...

- Nie słu­chasz uważ­nie, co? Powie­dzia­łam, że niczego nie chcę, i Bóg mi świad­kiem, że nie żar­to­wa­łam.

Wście­kała się, a Maxwell odstą­pił. Ugiął kolana, jakby szy­ko­wał się do walki, wypro­sto­wał się, znów przy­kuc­nął. Zaci­skał i roz­pro­sto­wy­wał dło­nie. Twarz wykrzy­wiały mu sprzeczne suge­stie pro­gramu.

- Czym ty jesteś, jakąś maszyną? Seks za zgodą ci nie wystar­cza?

Chło­pak nie­zręcz­nie spró­bo­wał wymie­rzyć Rebel poli­czek. Wzgar­dli­wie odbiła jego rękę i wypro­wa­dziła cios w żołą­dek. Odsko­czył, sznur się zerwał, a perły wystrze­liły na wszyst­kie strony. Jak grad ude­rzały o bla­szane ściany.

- Wynoś się!

Drżący Maxwell sku­lił się w kącie.

- Ale ja tu miesz­kam - odparł nie­pew­nie.

Przez długą chwilę Rebel patrzyła na niego zagnie­wana. A potem roze­śmiała się i jakby z szorstką sym­pa­tią zmierz­wiła mu włosy.

- Jesteś raczej bez­u­ży­teczny. Wiesz o tym?

- Zależy od tego, czego chcesz - odparł Maxwell, ponuro odwra­ca­jąc wzrok. Ale napię­cie z niego spły­nęło. Zaczął zbie­rać perły, które wciąż latały mię­dzy ścia­nami. Łapał je w powie­trzu i skła­dał w dłoń. - Zna­czy mogę wal­czyć rów­nie dobrze jak pie­przyć. Ale muszę mieć wyraźne sygnały. Nie możesz wyma­gać... Moment, co to takiego?

- Co to jakiego?

- Słu­chaj!

Zamil­kli oboje. Z oddali dobie­gało głu­che brzdęk-brzdęk-brzdęk ude­rzeń w rury. Dźwięk nie usta­wał, ale nabie­rał siły, gdy do orkie­stry dołą­czało coraz wię­cej ludzi z końca zbior­ni­ko­wego mia­sta.

- To nalot! Niech to dia­bli. Musimy ucie­kać. - Maxwell wypu­ścił perły i zła­pał płaszcz.

- Ucie­kać? Dokąd? O czym ty mówisz?

Maxwell gorącz­kowo wcią­gał ubra­nie.

- Ni­gdy jesz­cze nie wpa­dłaś w nalot? Zaczy­nają od prze­chwy­ce­nia bramy. Trzeba im dzie­się­ciu do dwu­na­stu tre­pów. I mają ze sobą całe skrzy­nie zesta­wów pro­gra­mu­ją­cych i jesz­cze ogromne stosy pro­gra­mów aresz­tanc­kich.

- Pro­gra­mów aresz­tanc­kich?

- Tak. Od śluzy roz­łażą się taką długą linią, aresz­tują mniej wię­cej co pią­tego, oskar­żają o odmowę współ­pracy i ska­zują na przy­kład na sześć godzin służby poli­cyj­nej. Pro­gra­mują ich na miej­scu, wydają roz­kazy i posy­łają, żeby spro­wa­dzali następ­nych do prze­pro­gra­mo­wa­nia. Posu­wają się naprzód jak burza. W krót­kim cza­sie wszę­dzie masz tre­pów.

W wyobraźni Rebel zoba­czyła poli­cjan­tów prze­cze­su­ją­cych zbior­nik coraz dłuż­szą tyra­lierą, ich rosnącą liczbę, podwa­ja­jącą się co kilka minut niczym eks­plo­zja kul­tury droż­dży w cie­płym śro­do­wi­sku.

- Ale czego oni szu­kają?

- A jakie to ma pie­przone zna­cze­nie? Chcesz, żeby cię dorwali?

Maxwell odkrę­cił przy­trzy­mu­jący tylną ścianę kawa­łek drutu i odsu­nął arkusz bla­chy, uka­zu­jąc wąską, ciemną linię roślin.

- Słu­chaj, jak będzie cał­kiem źle, możemy się wymknąć tyłem. Nic tam nie ma oprócz pną­czy. Tylko nie ruszaj się za bar­dzo, bo trzy­mam tam ul. Nie chcę nie­po­koić psz­czół. - Chwy­cił Rebel za rękę i pocią­gnął na dzie­dzi­niec. - Musimy jakoś się prze­śli­znąć przez czoło nalotu. Rozu­miesz, będą nie­zbyt gęsto roz­sta­wieni. Wszyst­kich prze­słu­chują, tak? Więc kiedy prze­bi­jemy się na drugą stronę, będziemy czy­ści.

Było pusto. Oboje popły­nęli w stronę bramy.

- Czę­sto się zda­rzają takie rze­czy? - spy­tała Rebel.

- Nie... Raz na mie­siąc, góra.

***

Zatrzy­mali się przy bra­mie i zaj­rzeli w kory­tarz. Wycho­dzące na niego drzwi były zamknięte, okna zasło­nięte, tło­czyli się tu ludzie ucie­ka­jący przed tre­pami. Z góry włókna roz­legł się nagle gwar gło­sów i ludzie zawa­hali się. Zde­rzali się w powie­trzu z tymi przed sobą, któ­rzy gwał­tow­nie zawra­cali.

- Co, u dia­bła...?

- Ruszać się, idioci!

- Nie, nie! Zawra­caj­cie!

Po linie zje­chał raver: oczy wytrzesz­czone i obłą­kane, wyfru­wa­jące z ust dro­binki śliny. Był wychu­dzo­nym sta­rusz­kiem z długą siwą brodą i ubra­niem w strzę­pach. Wście­kał się i z sza­leń­czą siłą szar­pał wszyst­kich, któ­rzy zna­leźli się bli­sko. Miał zła­maną nogę, która powie­wała lekko za nim. Było jasne, że nie czuje bólu.

- Słodki Kriszno! - jęk­nął ktoś i odpły­nął od ravera, pozo­sta­wia­jąc za sobą linię dużych czer­wo­nych kulek krwi. Kory­tarz wypeł­niał się roz­bie­ga­nymi, spa­ni­ko­wa­nymi ludźmi.

Ktoś prze­ci­snął się obok Rebel na dzie­dzi­niec, po nim jesz­cze dwójka.

- Chodźmy - powie­działa zatro­skana. - Musimy się stąd wydo­stać.

Ale wtedy ludzie rzu­cili się do bramy, Rebel wypchnięto z powro­tem na kory­tarz, a Maxwell poko­zioł­ko­wał naprzód. Jakiś gruby męż­czy­zna przy­ci­snął do niej swoją różową twarz i wrzesz­czał histe­rycz­nie. Rebel pocią­gnęła linę i szarp­nię­ciem wyrwała się z tłumu, potem lina pękła i Rebel wal­nęła o bla­szaną ścianę.

Pod­nie­sione głosy złą­czyły się w demo­niczny chór. Chwy­ta­jąc ramy sza­ła­sów, Rebel prze­cią­gnęła się do chaty Maxwella i wsu­nęła do wnę­trza. Potrze­bo­wała sekundy, by wyśli­znąć się na tyły. Pchnęła ścianę na miej­sce i skryła się wśród pną­czy.

Mię­dzy dwo­rami pano­wał mrok. Tu i tam roz­kwi­tał nocny kwiat - nie­wy­raźny obło­czek świa­tła, które niczego nie oświe­tlało. Pną­cza były wil­gotne i ośli­złe. Uno­sząc się mię­dzy nimi, samotna i nie­mal ślepa niczym wędro­wiec pośród ostat­nich gwiazd na krańcu wszech­świata, Rebel poczuła, jak nara­sta w niej klau­stro­fo­bia Eucra­sii.

Zaczęła się jako mro­wie­nie u pod­stawy krę­go­słupa, które po chwili ogar­nęło całe ciało. Wyraź­niej usły­szała wła­sny oddech. Zewnętrzne dźwięki dobie­gały tutaj stłu­mione, podobne do bia­łego szumu przy­boju, a oddech wyda­wał się nie­równy i chra­pliwy. Wciąż wcią­gała do płuc za mało powie­trza. W gło­wie się jej krę­ciło i zaczęła oddy­chać przez usta.

Nagle pra­wie dotknęła nosem ściany. Poczuła ostry zapach metalu. Po skó­rze prze­biegł dreszcz, wywo­łany bli­sko­ścią prze­grody, i Rebel odchy­liła głowę. Poczuła się lepiej. Wolno, jakby wbrew woli, zaczęła prze­cią­gać się dalej w gąszcz. Psz­czoła prze­le­ciała jej koło ucha i Rebel zamarła, bojąc się, że trafi w ich gniazdo.

Ale ten przy­sta­nek na nowo roz­bu­dził klau­stro­fo­bię, więc znów ruszyła naprzód. Od czasu do czasu wycią­gała rękę, doty­ka­jąc tyl­nych ścian sza­ła­sów, aby nie zgu­bić drogi.

Aż w końcu dotarła do miej­sca, gdzie nie tra­fiła na bla­chę. Była to szcze­lina mię­dzy dwoma sza­ła­sami, być może jeden z nich był tym wła­śnie, z któ­rego wcze­śniej wynu­rzył się Maxwell. Wczoł­gała się w nią.

Wokół niej jaśniało powoli. Rebel zatrzy­mała się, kiedy led­wie led­wie, ale mogła już zoba­czyć dzie­dzi­niec, ukryta w pną­czach na głę­bo­kość ramie­nia - potra­fiła znieść cia­sną prze­strzeń, jeśli tylko było dość świa­tła. Nacią­gnęła kap­tur na głowę i wyglą­dała przez wąziutką szcze­linę. A potem leżała nie­ru­chomo jak stary szczu­pak, przy­cza­jony i wycze­ku­jący wśród wodo­ro­stów.

Na dzie­dzińcu tło­czyli się ludzie szu­ka­jący wyj­ścia, któ­rego nie było. Na każ­dego, który zda­wał sobie z tego sprawę i odcho­dził, poja­wiało się dwóch nowych. Ludzie prze­ci­skali się i popy­chali nawza­jem, a nawet na ślepo wymie­niali ciosy.

Po chwili bramę zablo­ko­wały trepy. Byli praw­dziwą zbie­ra­niną, w płasz­czach we wszyst­kich kolo­rach, a nawet w kom­bi­ne­zo­nach robo­czych. Jakaś kobieta miała na sobie far­tuch spa­wa­cza, choć wyraź­nie zgu­biła gdzieś maskę. A wszy­scy mieli czer­wone pasy przez śro­dek twa­rzy i bez­li­to­sne, surowe miny. Trzech chwy­ciło mło­dego chło­paka i przy­sta­wiło mu do czoła pro­gra­ma­tor. Wyry­wał się przez chwilę, po czym oklapł. Czwarty trep pod­sta­wił mu pod nos kartkę papieru, a chło­pak pokrę­cił głową. Ode­pchnęli go od bramy i chwy­cili kolej­nego cywila.

Jed­nego z prze­słu­chu­ją­cych odwo­łano na bok, więc następna prze­słu­chi­wana została prze­pro­gra­mo­wana na poli­cjantkę. Ktoś prze­ma­lo­wał jej twarz, ktoś inny wrę­czył plik kar­tek. Jedna odfru­nęła i Rebel zoba­czyła, że to tani repro­ho­lo­gram. Nad powierzch­nią papieru uno­siła się jej twarz - jej nowa twarz, twarz Eucra­sii, która skrę­ciła się i zapa­dła w sobie, kiedy kartka tra­fiła na ścianę i zło­żyła się na połowę.

Rebel zadrżała i sta­rała się nad tym nie zasta­na­wiać. Póź­niej...

Potężny, ciężki męż­czy­zna wyrwał z ramy drzwi kawał rury i spró­bo­wał się prze­bić do bramy. Ktoś z tre­pów upadł, trzy­ma­jąc się za głowę, ale inni chwy­cili napast­nika za ręce i nogi i przy­ci­snęli mu do czoła pro­gra­ma­tor.

- Silny jesteś - zaśmiała się kobieta spa­wacz, kiedy u jeńca poja­wił się wyraz twa­rzy samu­raja.

Prze­cią­gnęła mu czer­woną linię od pod­bródka do linii wło­sów i dołą­czył do sze­regu.

Noga mro­wiła ją wście­kle, ale Rebel nawet nie drgnęła.

Ludzie prze­cho­dzili kon­trolę i dzie­dzi­niec pusto­szał, a ci, któ­rzy jesz­cze pozo­stali, wyraź­nie się uspo­ko­ili. Niektó­rzy ponuro usta­wili się w kolejkę, żeby przy­śpie­szyć bada­nie.

Nastą­piły szyb­kie narady i na dzie­dzi­niec weszła nowa czwórka tre­pów. Trzech było per­ma­nent­nymi poli­cjan­tami - prze­stęp­cami, któ­rzy dostali wyroki dosta­tecz­nie dłu­gie, by warto było ich porząd­nie prze­szko­lić. Nosili hełmy z prze­zro­czy­stymi wizje­rami i lek­kie pan­ce­rze ochronne. Insy­gnia iden­ty­fi­ko­wały ich jako kor­po­ra­cyj­nych najem­ni­ków, a nie cywil­nych poli­cjan­tów. Dwóch nio­sło dłu­gie drągi z jaki­miś skom­pli­ko­wa­nymi ostrzami na koń­cach, jakby skrzy­żo­wa­nie piki z maczetą.

Czwar­tym był Maxwell. Była co do tego pewna - cała czwórka prze­szła tuż obok kry­jówki Rebel, więc mogła dobrze się przyj­rzeć mło­demu czło­wie­kowi. Przez twarz biegł mu pas mor­der­czej czer­wieni, oczy błysz­czały bez­li­to­śnie.

- Oczy­wi­ście, że jestem pewien - burk­nął. - Sam sły­sza­łem jej opo­wieść. To Deut­sche Naka­sone spon­so­ruje ten nalot, prawda? W każ­dym razie to od nich ucie­kła. Jak mógł­bym się pomy­lić?

Popro­wa­dził tam­tych do swo­jego sza­łasu i przy­glą­dał się obo­jęt­nie, jak wyry­wają przed­nią ścianę, po całym dzie­dzińcu roz­sy­pu­jąc jego ozdoby i ubra­nia. Potem spraw­nie wbili swoje maczety w tylną ścianę i zaczęli wyrą­by­wać ją z ramy.

Rebel strasz­li­wie chciało się kich­nąć. Miała ochotę wrzesz­czeć, wyrwać się na zewnątrz i rzu­cić do ucieczki. Ale to były impulsy Eucra­sii i Rebel nie zamie­rzała się im pod­dać. Trepy przy bra­mie spraw­dzały ostat­nią trójkę miesz­kań­ców; dzia­łali szybko, uważ­nie.

Naj­waż­niej­sze to się nie ruszać.

Jestem sio­strą-szczu­pa­kiem, powta­rzała w myślach. Jestem czy­stą cier­pli­wo­ścią...

Tylna ściana odle­ciała na bok i poli­cjanci wbili te swoje drągi w gąszcz za nią. Maxwell krzyk­nął ostrze­gaw­czo, ale nie zwró­cili na niego uwagi. Gorącz­kowo zama­chał rękami... A potem roz­le­gły się krzyki stra­chu.

Nad roz­bi­tym ulem wzniósł się brzę­czący groź­nie rój psz­czół.

Poli­cjanci wyco­fali się, opę­dza­jąc od psz­czół i prze­kli­na­jąc gło­śno. Przy bra­mie ktoś wyniósł z chaty Jona­mona kani­ster z wodą i chlu­snął w rój. Woda roz­pa­dła się na kulki i ude­rzyła zarówno w psz­czoły, jak i w poli­cjan­tów, co nie uspo­ko­iło jed­nych ani dru­gich. Trepy per­ma­nentne wyco­fały się do kory­ta­rza, cią­gnąc za sobą Maxwella. Któ­ryś prze­kli­nał go wście­kle.

Maxwell odpo­wie­dział i obe­rwał w twarz.

Dzie­dzi­niec opu­sto­szał. Trepy wyco­fały się z bramy i po chwili został już tylko jeden. Idź sobie, myślała Rebel, on jed­nak nie odcho­dził. Długo i z namy­słem przy­glą­dał się dry­fu­ją­cym na dzie­dzińcu odpad­kom i z rzadka prze­la­tu­ją­cym roz­złosz­czo­nym psz­czo­łom. Ode­pchnął się, wpły­nął na dzie­dzi­niec i wetknął głowę do jed­nej czy dwóch chat. Zba­dał zaro­śniętą pną­czami szcze­linę po dru­giej stro­nie dzie­dzińca, a potem prze­pły­nął do kry­jówki Rebel.

Rebel zamknęła oczy, żeby nie zdra­dziło jej odbi­cie w nich świa­tła. Skóra ją swę­działa.

Pną­cza zasze­le­ściły lekko.

- Uszy do góry, Słonko!

Otwo­rzyła oczy.

To był Wyeth, poma­lo­wany jak zapro­gra­mo­wany poli­cjant; błysz­czące oczy patrzyły na nią roz­ba­wione z dwóch stron czer­wo­nego paska. Uśmie­chał się komicz­nie. Ale zaraz spo­waż­niał.

- Musimy się stąd wyno­sić - powie­dział. - Oni wrócą.

Wyplą­tał się z zaro­śli. Za przy­kła­dem Wyetha spa­ko­wała swój hełm i ska­fan­der próż­niowy. Sam Wyeth cze­kał na nią przy bra­mie i wołał, żeby się pośpie­szyła.

Wtedy jed­nak zoba­czyła coś dry­fu­ją­cego w powie­trzu, na wpół zasło­nię­tego przez arkusz bla­chy w dale­kim zakątku dworu.

To było ciało.

Kop­nia­kiem odrzu­ciła bla­chę. Za nią uno­sił się stary Jona­mon, blady i nie­ru­chomy jak śmieć. Kiedy go dotknęła, otwo­rzył oko.

- Ostroż­nie tam... - wymam­ro­tał.

- Jona­mon! Co oni ci zro­bili?

- Bywało gorzej. Może byś mi przy­nio­sła tro­chę wody?

Wyeth bez słowa przy­niósł bańkę i przy­tknął do ust starca. Jona­mon wcią­gnął łyk, zakrztu­sił się i wykasz­lał wszystko. Uspo­koił się potem i ode­tchnął.

- Sta­rość jest do niczego. Nie daj sobie wmó­wić, że jest ina­czej.

Był cały zaplą­tany w swój płaszcz. Rebel odwi­nęła go ostroż­nie i aż syk­nęła, kiedy zoba­czyła ciało.

- Pobili cię!

- Nie pierw­szy raz. - Jona­mon spró­bo­wał się zaśmiać. - Ale nie mogli mi wci­snąć pro­gra­ma­tora, dopóki wcze­śniej nie stłu­kli mnie do nie­przy­tom­no­ści. - Poru­szył rękami nie­pew­nie, jak nie­mow­lak. - No więc ucie­kłem.

Rebel zbie­rało się na płacz.

- Och, Jona­mo­nie! I co ci z tego przy­szło? Mogli cię zabić!

Jona­mon uśmiech­nął się i przez moment Rebel zoba­czyła w nim tego mło­dego chy­trego czło­wieka ze sta­rego holo­gramu.

- Przy­naj­mniej umarł­bym w sta­nie łaski.

Wyeth odcią­gnął Rebel na bok.

- Słonko, nie mamy wiele czasu.

- Nie pójdę stąd bez Jona­mona!

- Hm... - W zamy­śle­niu strze­lił pal­cami. Poru­szył war­gami w bez­gło­śnej dys­ku­sji z samym sobą. - No dobrze - zgo­dził się w końcu. - Ty bierz go pod jedną rękę, ja pod drugą.

***

Powoli sunęli kory­ta­rzem, wlo­kąc sta­ruszka mię­dzy sobą. Jona­mon miał otwarte usta, a powieki pół­przy­mknięte z bólu. Nie pró­bo­wał mówić. Miesz­kańcy zbior­ni­ko­wych osie­dli scho­dzili im z drogi, widząc tre­powe malo­wa­nie Wyetha.

- Kró­lowa Roslyn ma swój dwór w tamtą stronę - oświad­czył Wyeth. - To dra­pieżna stara wiedźma i trzyma u sie­bie sporo wetware'u. Jeśli kto­kol­wiek tu pro­wa­dzi szpi­tal, to wła­śnie ona.

Idąc za fio­le­tową liną, dotarli do mrocz­nej oko­licy z jedną jasno oświe­tloną bramą. Ludzie wcho­dzili tam­tędy i wycho­dzili. Rebel nie musiała pytać, by wie­dzieć, że dotarli do celu.

W bra­mie zagro­dziła im drogę kości­sta kobieta z chu­dymi ramio­nami i małymi czar­nymi sut­kami.

- Pełno jest! Mamy pełno! - zawo­łała. - Nie ma już miej­sca, idź­cie gdzie indziej!

Nie spoj­rzała nawet na Jona­mona, który już cał­kiem stra­cił przy­tom­ność.

Wyeth bez słowa zdjął z prze­gubu i podał jej swoje wypłaty. Kobieta zer­k­nęła na nie, potem jej wzrok prze­su­nął się na jego drugi prze­gub.

Wyeth zmarsz­czył czoło.

- Nie bądź zachłanna, Roslyn.

- No tak... - mruk­nęła kobieta. - Myślę, że mogę zro­bić wyją­tek.

Wypłaty znik­nęły, a ona wpu­ściła ich do środka.

Na dwo­rze pano­wał chaos. Wszę­dzie wisiały rzędy noszy. Leżeli w nich pora­nieni nie­grzeczni chłopcy i nie­grzeczne dziew­czyny, tym­cza­sowe trepy, nie­uma­lo­wani fana­tycy reli­gijni i nawet jeden porząd­nie zwią­zany raver. W powie­trzu uno­siła się mia­zma kro­pe­lek krwi, odpad­ków i strzę­pów ban­daży. Jed­nak wśród ran­nych prze­su­wali się ludzie w malo­wa­niu medycz­nym, a ich pro­gra­mo­wa­nie wyda­wało się cał­kiem sku­teczne.

Roslyn zatrzy­mała jed­nego z nich.

- Potrak­tuj tego gościa prio­ry­te­towo, dobrze? - powie­działa. - Jego kum­ple za to płacą.

Medyk kiw­nął głową i pocią­gnął Jona­mona za sobą.

Roslyn uśmiech­nęła się.

- Widzi­cie? Każ­dego może­cie zapy­tać, Roslyn daje, co obie­cała. Ale wy musi­cie już iść. Nie mam tu miej­sca dla widzów.

Popchnęła ich do bramy.

Po dro­dze Rebel spo­strze­gła inną zna­jomą twarz. Chwy­ciła Wyetha za ramię i wycią­gnęła rękę.

- Spójrz! Czy to nie...?

Maxwell leżał przy linie; był nie­przy­tomny. Czer­wony poli­cyjny pasek roz­ma­zał się na jego deli­kat­nych rysach.

Roslyn zauwa­żyła jej gest i roze­śmiała się.

- Jesz­cze jeden zna­jomy? Powin­ni­ście się posta­rać o jakichś nowych, któ­rzy trzy­mają się z dala od kło­po­tów. Ale temu nic nie będzie. Naj­wy­żej zęba może stra­cić. Leży tu głów­nie z powodu reak­cji hista­mi­no­wej, bo za bar­dzo pożą­dliły go psz­czoły. - Dotarli już do bramy. - Jakaś młoda dziew­czyna go tu przy­cią­gnęła. Ślicz­notka. - Zachi­cho­tała. - Myślę, że robi do niego słod­kie oczy.

- Tak? - odparła spo­koj­nie Rebel. - Widać, że na każ­dego znaj­dzie się chętny.

***

Prze­su­wali się nie­mal pustymi kory­ta­rzami, coraz dalej od środka zbior­nika i dalej od odcho­dzą­cego czoła nalotu.

- Wyeth... - ode­zwała się Rebel po dłu­gim mil­cze­niu. - Kło­poty Jona­mona to sku­tek zaniku wap­nia, prawda?

- Kło­poty Jona­mona to sku­tek tego, że jest upar­tym sta­ru­chem. Teraz się wyliże, ale prę­dzej czy póź­niej to go zabije.

- Ale poważ­nie - nie ustę­po­wała Rebel. - Zna­czy wiesz, te pro­blemy z ner­kami to z powodu braku wap­nia, prawda? Wystar­czy popa­trzeć na niego przez dłuż­szy czas i widzisz, że ma kur­cze mię­śni, oddech robi się nie­re­gu­larny... No więc dla­czego sobie tego nie sko­ry­go­wał?

Zbli­żali się już do zewnętrz­nej powłoki. Tak bli­sko ścian zbior­nika tem­pe­ra­tura wyraź­nie się obni­żyła. Wyeth zawa­hał się, po czym skrę­cił w wąski boczny zaułek. Rebel poszła za nim.

- To już nie do korekty. Prze­ży­jesz jakiś rok w nie­waż­ko­ści, a prze­kra­czasz punkt bez powrotu. Nie da się tego cof­nąć. I zwol­nij, za chwilę skrę­camy.

- Prze­cież to takie pro­ste. Można wpro­wa­dzić do jego krwio­biegu dopa­so­wany szczep kora­lo­no­śnych alg. Na pierw­szym eta­pie będą pły­wały swo­bod­nie, na kolej­nym sko­lo­ni­zują tkankę kostną. Kiedy umie­rają, zosta­wiają po sobie odro­binę wap­nia.

- Rafy kora­lowe w kościach? - Wyeth wyda­wał się roz­ba­wiony.

- Tak to zała­twiamy w domu.

- Przy­by­łaś z cie­ka­wej kul­tury, Słonko - stwier­dził Wyeth. - Kie­dyś musisz mi o niej opo­wie­dzieć. Ale na razie... jeste­śmy na miej­scu.

W kory­ta­rzu, w któ­rym się zna­leźli, wszyst­kie świa­tła były prze­sło­nięte; świe­ciły jedy­nie nocne kwiaty. Porzu­cone śmieci zbie­rały się w dłu­gich sto­sach, któ­rych nie naru­szali prze­chod­nie. W polu widze­nia nie było innych ludzi. Wyeth w mil­cze­niu sunął naprzód, wypa­tru­jąc kon­kret­nych drzwi. Kiedy je zna­lazł, zatrzy­mał się i zagrze­cho­tał bla­chą ściany.

- To jest dwór króla Wismona. Ma coś, czego potrze­bu­jemy.

- Co takiego?

- Nie­le­galną śluzę.

4. londongrad

4

Lon­don­grad

- Oba­wiam się, że już za późno. Musi­cie stąd odejść.

Król Wismon uno­sił się z zamknię­tymi oczami pośrodku swego dworu. W ostrym kon­tra­ście do chu­dych, mło­dych i nie­grzecz­nych chłop­ców, któ­rzy krę­tymi kory­ta­rzami prze­pro­wa­dzili Rebel i Wyetha na dzie­dzi­niec i któ­rzy teraz ich pil­no­wali, Wismon był strasz­li­wie gruby. Tak gruby, że było to moż­liwe tylko w śro­do­wi­sku zero-g. Nawet przy połów­ko­wej gra­wi­ta­cji cię­żar jego nala­nego ciel­ska prze­cią­żyłby serce, prze­su­nął narządy wewnętrzne, nad­we­rę­żył mię­śnie i kości i zagro­ził zapad­nię­ciem płuc. Jego ręce nie były w sta­nie się zetknąć na wiel­kiej krzy­wiź­nie brzu­cha, a skórę miał pozna­czoną czer­wo­nymi pla­mami. Kro­cze tkwiło przy­wa­lone cia­sto­wa­tymi zwa­łami ud i brzu­cha, przez co wyda­wał się wielką, bez­pł­ciową kulą mięsa.

- Musimy stąd znik­nąć, zanim znów przyj­dzie poli­cja! - Rebel wycią­gnęła przed sie­bie oba prze­guby. - Możemy zapła­cić!

- Już pięć razy dzi­siaj zapła­cono mi za korzy­sta­nie z mojej śluzy - odparł Wismon, nie otwie­ra­jąc oczu. - To wystar­czy. Moja śluza jest pod­stawą tego skrom­nego dostatku, jakim się cie­szę. Nie chcę zwra­cać na nią uwagi. Sekre­tem dobrego prze­krętu jest, by nie być zachłan­nym.

- Cześć, Wismon - ode­zwał się Wyeth. - Nie znaj­dziesz czasu dla sta­rego przy­ja­ciela?

Gru­bas gwał­tow­nie otwo­rzył oczy - były bystre, błysz­czące i ciemne.

- Ach, men­tor! Wybacz, że cię nie pozna­łem. Zasną­łem. - Bez­u­ży­teczną małą rączką mach­nął na nie­grzecz­nych chłop­ców. - Odejdź­cie. Ten czło­wiek pod czaszką jest bra­tem. Nie skrzyw­dzi mnie.

Nie­grzeczni chłopcy wyco­fali się, nie­ufni, ale posłuszni.

Znik­nęli.

Na chwilę powró­ciły do Rebel tech­niczne umie­jęt­no­ści Eucra­sii i z nagłą prze­ni­kli­wo­ścią odczy­tała to, co kryły te oczy, mię­śnie twa­rzy, ten dzi­waczny iro­niczny uśmie­szek... To nie była istota ludzka. To był umysł, który został prze­kształ­cony, zre­struk­tu­ry­zo­wany. Inte­li­gen­cja ukryta za ciem­nymi oczami była zbyt szybka, zbyt intu­icyjna, zbyt wni­kliwa jak na ludzką...

Życie umy­słowe takiej istoty byłoby nie­usta­jącą lawiną per­cep­cji i deduk­cji, które zmiaż­dży­łyby nor­malną ludzką per­sonę.

Rebel zro­zu­miała to wszystko w jed­nej chwili, i w tej samej chwili spo­strze­gła, że Wismon także ją obser­wuje. Powoli, z powagą mru­gnął okiem i zwró­cił się do Wyetha.

- Dla cie­bie, men­to­rze, chęt­nie naru­szę wła­sny pro­to­kół. Pro­szę bar­dzo, możesz sko­rzy­stać z mojej śluzy. Nawet nie musisz za to pła­cić. Zostaw mi tylko kobietę.

Rebel zesztyw­niała.

- Wąt­pię, czy będziesz miał z niej poży­tek - odparł Wyeth. Oczy miał nie­ru­chome i sku­pione: oczy zabójcy; nie było w nich śladu znie­cier­pli­wie­nia. - Ale nawet gdyby, to szuka jej Deut­sche Naka­sone. Naprawdę masz ochotę wystą­pić prze­ciwko nim? Co?

W małych oczkach roz­go­rzała ciemna eks­plo­zja nie­na­wi­ści.

- Może i tak... - Wismon uśmiech­nął się lekko.

- Cze­kaj­cie chwilę, a ja nic nie mam do...?

Rebel i Wismon powie­dzieli to jed­no­cze­śnie. Rebel umil­kła. Patrzyła na Wismona z mie­sza­niną zło­ści i zdu­mie­nia.

- Nie prze­ry­waj, sło­dziutka - rzu­cił łagod­nie Wismon. - Mogę w tobie czy­tać jak w książce.

Spoj­rzał z powagą na Wyetha.

- Ujmę to ina­czej. - W gło­sie Wyetha zabrzmiała leciutka nuta groźby. - Masz ochotę wystą­pić prze­ciwko mnie?

Długa chwila ciszy. I w końcu...

- Nie, do dia­bła.

Jedna z małych rączek Wismona unio­sła się, by ner­wowo podra­pać szyję. Na skó­rze pozo­stały czer­wone ślady po paznok­ciach. Potem Wismon uśmiech­nął się przy­jaź­nie.

- Ble­fu­jesz, men­to­rze - oświad­czył. - Ale nie wiem czym. Ni­gdy nie umia­łem cię odczy­tać. Przejdź­cie przez tę ruderę po lewej, tę z zie­loną szmatą na drzwiach. Będę wdzięczny, jeśli oboje wyj­dzie­cie rów­no­cze­śnie. Będzie cia­sno, ale na pewno sobie pora­dzi­cie.

***

Ramię w ramię ode­pchnęli się od śluzy. Rebel przy­sta­wiła swój hełm do hełmu Wyetha.

- O co cho­dziło?

- To stary kum­pel.

Pły­nęli wolno w stronę tyl­nego końca kani­stra Lon­don­gradu - wielki ciemny krąg wyda­wał się wcale nie zbli­żać. Minęli jaśnie­jącą plą­ta­ninę maszyn. Za nimi wolno malały zbior­ni­kowe mia­sta.

- Bał się cie­bie.

- Wiesz, to głów­nie ja go repro­gra­mo­wa­łem. Kiedy skła­dasz nowy umysł, jest taka jakby pro­gra­mi­styczna tra­dy­cja, żeby umie­ścić w pro­gra­mie wkręt Fran­ken­ste­ina, na wszelki wypa­dek. Coś w rodzaju wyłącz­nika mar­twej ręki. Tak żeby usta­lo­nym sygna­łem: sło­wem, gestem, wła­ści­wie czym­kol­wiek, pro­gra­mi­sta mógł znisz­czyć daną oso­bo­wość.

- Jasne. - Brzmiało to zna­jomo. To coś, co dobrze rozu­miała Eucra­sia. - I zro­bi­łeś coś takiego?

- Oczy­wi­ście, że nie. To by było nie­mo­ralne.

Przez długą chwilę szy­bo­wali przez nie­zmienną pustkę. Potem Wyeth znów się ode­zwał.

- Zresztą on by to zna­lazł i wyka­so­wał. A tak może tylko zga­dy­wać.

Kiedy hełmy się sty­kały, jego twarz była wręcz zmy­słowo bli­ska. Wypeł­niała jej pole widze­nia, surowa i tajem­ni­cza. Skrzyły się zie­lone oczy.

- Jak możesz być pewien, że by zna­lazł?

- A dla­czego nie? Jest inte­li­gent­niej­szy niż ja, a ja zna­la­złem ten wkręt, który we mnie umie­ści­łaś.

Odsu­nął hełm i znów otu­liła ją cisza.

Kani­ster zbli­żał się nie­sa­mo­wi­cie wolno. Rebel poczuła mdło­ści - były niczym wąż, który roz­wija się w żołądku i peł­znie po karku. Dwa razy oplótł jej głowę i zaci­snął lekko... To klau­stro­fo­bia Eucra­sii. Rebel prze­łknęła ślinę. Nie pod­dam się jej, myślała. Nie zła­mie mnie. Uczyni tylko sil­niej­szą.

To nie był łatwy prze­lot.

***

Nie­wiele godzin póź­niej szli za pier­ro­tem, zagłę­bia­jąc się w jedną z naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych biz­ne­so­wych dziel­nic Lon­don­gradu. Pod bal­da­chi­mem wiel­kich dębów latar­nie z kutego żelaza oświe­tlały alejki wijące się wśród bru­nat­nych pól i niewiel­kich kęp drzew. Wśród traw hip­no­tycz­nie poru­szały się świe­tliki. Śnież­no­biała sowa zanur­ko­wała na nich, w ostat­nim momen­cie roz­po­starła swe wiel­kie skrzy­dła, skrę­ciła i znik­nęła.

- Wyeth - ode­zwała się Rebel. - Dla­czego wyda­li­śmy wszyst­kie pie­nią­dze na te ciu­chy? Mieli tam płasz­cze, które wyglą­dały rów­nie dobrze, a nie były nawet w przy­bli­że­niu takie dro­gie.

- Ow­szem, ale nie były uszyte z praw­dzi­wej ziem­skiej wełny. Kiedy idziesz do boga­tych, żeby pro­sić o pie­nią­dze, nie daj im poznać, że ich potrze­bu­jesz.

- Aha...

- A teraz nic nie mów. Pamię­taj, nosisz malo­wa­nie rekre­acyj­nej nie­wol­nicy. A więc nie uśmie­chaj się, nie odzy­waj, nie oka­zuj żad­nej ini­cja­tywy. Po pro­stu idź za mną.

Rebel machała skrzy­żo­wa­nymi prze­gu­bami tam i z powro­tem, aż roz­ko­ły­sała smycz łączącą je z ręką Wyetha.

- Wiesz, też nie jestem zachwy­cona tą rolą.

- Daje ci pre­tekst, żeby mi towa­rzy­szyć. Co waż­niej­sze, potwier­dzi wszyst­kie naj­gor­sze podej­rze­nia Gin­neh wobec mnie. Będzie zachwy­cona. - Zawa­hał się zakło­po­tany. - Wiesz, gdyby miało ci to coś uła­twić, to wystar­czy moment, żeby zapro­gra­mo­wać cię naprawdę. To i tak tylko na godzinę, mniej wię­cej...

- Ni­gdy w życiu - odparła gniew­nie.

Wyeth szybko kiw­nął głową i odwró­cił wzrok. Nie­chęć Rebel pły­nęła z samego wnę­trza, tak abso­lutna, że musiała pocho­dzić z obu oso­bo­wo­ści. No więc przy­naj­mniej tyle miała wspól­nego z Eucra­sią.

Pier­rot zatrzy­mał się, skło­nił i gestem skie­ro­wał ich w bok. Ceglany chod­nik pro­wa­dził wokół krzaka bzu do pro­stego gabi­netu - uno­szący się blok pole­ro­wa­nego drewna jako biurko, obok dwa pro­ste krze­sła przy ster­czą­cej skale, ocie­nione liśćmi klonu pal­mo­wego.

Na powi­ta­nie wstała drobna kobieta o szyb­kich ruchach.

- Wyeth, skar­bie! Lata minęły, odkąd ostatni raz cię widzia­łam.

Jej skóra miała kolor pośredni mię­dzy bursz­ty­nem a maho­niem, wzrok gdzieś pomię­dzy bystrym i prze­bie­głym. Ubie­rała się w kor­po­ra­cyjną sza­rość, łącz­nie z kora­li­kami na war­ko­czach, a jej paznok­cie były niczym szkar­łatne szty­lety. Biz­ne­sowe malo­wa­nie pod­no­siło kości policz­kowe i pod­kre­ślało sze­ro­kie usta.

Szybko cmok­nęła Wyetha w poli­czek.

- Cześć, Gin­neh.

Mene­dżerka przyj­rzała mu się.

- Ten sam stary Wyeth. Mało­mówny jak zawsze. - Zauwa­żyła Rebel. - No, no...

Uśmiech­nęła się, ale powstrzy­mała od dal­szych komen­ta­rzy. Wska­zała Wyethowi krze­sło, a on upu­ścił smycz, pozo­sta­wia­jąc Rebel uwią­zaną do pod­łogi.

Rebel stała tam jak nie­wi­dzialna, gdy tam­tych dwoje wymie­niło uprzej­mo­ści i prze­szło do inte­re­sów.

- Zasta­na­wia­łem się - zaczął Wyeth - czy na­dal zatrud­niasz pro­fe­sjo­na­li­stów dla Pla­net Zewnętrz­nych. Może na sate­lity Jowi­sza?

- Liczy­łeś na coś na Gani­me­dzie? Och, Wyeth, tak mi przy­kro. - Poło­żyła mu drobną dłoń na przed­ra­mie­niu. - Jeste­śmy w tak fatal­nym momen­cie naszej orbity... Pro­szę. - Nad bla­tem poja­wił się sche­ma­tyczny dia­gram uka­zu­jący Kla­ster Erosa, opusz­cza­jący wewnętrzną kra­wędź głów­nego ciągu pasów aste­ro­idów i kie­ru­jący się w stronę Słońca. - W prze­my­śle prze­sta­jemy być kon­ku­ren­cyjni. Połowa rafi­ne­rii jest zamknięta. A nie jeste­śmy tak bli­sko Pla­net Wewnętrz­nych, żeby w pełni roz­wi­nąć gospo­darkę opartą na wymia­nie han­dlo­wej. Sam wiesz, jak ciężko jest zna­leźć sobie pozy­cję w eko­no­mii usług. Może gdy­byś się zja­wił za mie­siąc... Dzię­kuję. - Dia­gram roz­wiał się.

- Może się zja­wię. - Wyeth wstał i pod­niósł smycz. - Miło było poga­dać, Gin­neh.

- Och, nie ucie­kaj jesz­cze. Zostań, poroz­ma­wiajmy tro­chę. Nie spy­ta­łeś nawet, nad czym pra­cuję. Prze­nie­śli mnie do pro­jektu Ludo­wego Marsa. Musisz to zoba­czyć.

- Mars? - Wyeth zmarsz­czył brwi. - Nie wiem, czy był­bym zain­te­re­so­wany...

- To zna­ko­mity pakiet. Ogólny prze­gląd, pro­szę.

Pro­jek­cje holo­gra­ficzne poja­wiły się za nią, jakby w powie­trzu otwo­rzył się rząd okien. Próż­niowcy pra­cu­jący przy ogrom­nej kopule geo­de­zyj­nej. Kiść zbior­ni­ko­wych miast. Holo­wane powoli przez Kla­ster reak­tory zim­no­fu­zyjne. Wymyślny lata­jący she­ra­ton, bli­ski już ukoń­cze­nia.

- Cał­ko­wity koszt prze­kra­cza pół miliona oso­bo­lat. To wspa­niałe, jak całe przed­się­wzię­cie się roz­pę­dziło. Na początku był orbi­talny she­ra­ton. Stawka chciała stwo­rzyć prze­mysł tury­styczny. Ludzie oglą­da­jący sztormy trans­for­ma­cji i takie rze­czy.

Odwró­cili się, żeby patrzeć na holo. Wyeth usiadł.

Teraz, kiedy sie­dzieli do niej ple­cami, Rebel uznała, że może się tro­chę zgar­bić. Podra­pała miej­sce, które swę­działo ją już od dłuż­szej chwili. Czuła się znu­dzona, śmieszna, tro­chę zła, że Wyeth ją w to wpa­ko­wał. Ludzie naprawdę robili takie rze­czy dla zabawy?

Gin­neh i Wyeth roz­ma­wiali o zbior­ni­ko­wych mia­stach.

- Nie rozu­miem, po co Stawka chce je u sie­bie, nawet jako złom nie są wiele warte.

- Nie bądź naiwny, skar­bie. Ludowy Mars ma pro­blemy z siłą robo­czą. Zrzu­cimy im w sąsiedz­twie kil­ka­dzie­siąt slum­sów i koszty pracy ostro zanur­kują.

- Hmm... - Wyeth zer­k­nął przez ramię i zmarsz­czył brwi, widząc pozę Rebel. Wypro­sto­wała się odru­chowo, a potem poka­zała mu język, ale już się odwró­cił. - To cię sta­wia na pozy­cji moral­nie dosyć dwu­znacz­nej, prawda? Rozu­miesz, jeśli spoj­rzeć na to pod pew­nym kątem, wygląda cał­kiem jak han­del nie­wol­ni­kami.

Kobieta roze­śmiała się.

- Sprze­da­jemy Ludo­wemu Mar­sowi zbior­niki. Czy ludzie, któ­rzy w nich miesz­kają, zde­cy­dują się prze­nieść razem z nimi, to tylko od nich zależy. Oczy­wi­ście dys­try­bu­ujemy wśród nich pro­pa­gandę Stawki, żeby osło­dzić prze­pro­wadzkę, zawie­simy czynsz na czas prze­lotu, ale nikogo do niczego nie zmu­szamy. Następna sekwen­cja, pro­szę. - Wszyst­kie obrazy się zmie­niły. - To po pro­stu nie­sa­mo­wita trans­ak­cja. Wielka, gorąca i szybka, musie­li­śmy nawet szu­kać pew­nych umie­jęt­no­ści poza Kla­strem. Mię­śnie i mózgi pocho­dzą głów­nie z Lon­don­gradu, natu­ral­nie, dajemy też slumsy, she­ra­tona, geo­de­zyjną i surowy tlen. Ale... Widzisz tę sferę trans­por­tową? Zbli­że­nie, jeśli można.

Na ekra­nie roz­ro­sła się przej­rzy­sta sfera wypa­ko­wana czymś zie­lo­nym, liścia­stym i wil­got­nym.

- Mie­ści się w niej młoda insta­la­cja powietrzna. Zatrud­ni­li­śmy zespół makro­bio­lo­gów z grupy komet prze­bie­ga­ją­cych przez drugi koniec sys­temu, żeby o nią zadbali.

Widok zmie­nił się w pano­ramę kołową - jakby nagle zna­leźli się w samym środku labo­ra­to­rium. Pra­co­wało tam mniej wię­cej dwu­dzie­stu ludzi, wszy­scy ubrani w stylu nadrzew­ców: ciała od stóp po szyję okryte ciężką tka­niną z hafto­wa­nymi wstaw­kami i wiel­kimi kie­sze­niami. Roz­ma­wiali przy pracy, nie zwra­ca­jąc uwagi na patrzą­cych; doty­kali się mimo­cho­dem - tu jakieś klep­nię­cie w ramię, tam szturch­nię­cie pod żebro. Ktoś coś powie­dział, a pozo­stali się roze­śmiali. Rebel pomy­ślała, że chęt­nie by się do nich przy­łą­czyła, zaczęła pra­co­wać wśród nich. Ale co mogłaby robić? Jej umie­jęt­no­ści znik­nęły razem ze wspo­mnie­niami... To zresztą nie­istotne. W naj­szer­szym moż­li­wym sen­sie byli rodziną, a ona pra­gnęła być razem z nimi.

- To pokaz dla tury­stów, Gin­neh - rzu­cił chłodno Wyeth.

- Tak? To może następny cię zacie­kawi. Nie pyta­łeś, jak zamie­rzamy prze­nieść tutej­sze slumsy na orbitę Marsa, nie zgnia­ta­jąc na mia­zgę wszyst­kiego, co jest tam w środku.

- To jakiś pro­blem?

- Wiel­kie nieba, oczy­wi­ście. Nawet naj­mniej­sza akce­le­ra­cja wystar­czy, żeby zgnieść wnę­trza, sza­łasy, ludzi i wszystko. Nie uczyli was fizyki w przed­szkolu? Pro­szę, pokaż nam pier­ścień.

- Ale ja... - zaczął Wyeth i urwał.

Pano­rama zmie­niła się na obraz wnę­trza lata­ją­cej plat­formy uzbro­je­nia. Zbu­do­wana tanio, ze spa­wa­nych żela­znych płyt, ale umo­co­wane do jasnego metalu pul­pitu lase­rowe sys­temy snaj­per­skie, prze­su­wa­jące się płyn­nie, by śle­dzić cele, wyglą­dały jak sprawne, nowo­cze­sne maszyny do zabi­ja­nia. Uno­szące się przy nich ludz­kie mecha­ni­zmy spu­stowe miały nie­ru­chome, fana­tyczne twa­rze zapro­gra­mo­wa­nych na sztywno.

Przez lase­rowo-neu­tralną taflę szkła lasery mie­rzyły w poje­dyn­cze punkty, poru­sza­jące się przez zatło­czoną prze­strzeń budowy. Jeden z nich, powięk­szony przez holo, zmie­nił się w robot­nicę w jaskra­wo­po­ma­rań­czo­wym ska­fan­drze. Skła­dała jakiś skom­pli­ko­wany mecha­nizm, mocu­jąc kable do gniazd i spi­na­jąc ter­mi­nale z ter­mi­na­lami.

Inni robot­nicy w poma­rań­czo­wych ska­fan­drach pra­co­wali obok, w miarę potrzeby wspi­nali się jeden na dru­giego, na ślepo, a jed­nak w per­fek­cyj­nej syn­chro­ni­za­cji. Zbior­niki sty­kały się z zawo­rami zamon­to­wa­nymi sekundę wcze­śniej, zło­żone sekwen­cje łączeń były porzu­cane przez jedną osobę i natych­miast podej­mo­wane przez inną, bez jed­nego nawet spoj­rze­nia, by się zorien­to­wać w dzia­ła­niach pozo­sta­łych. Setki ich pra­co­wały w grup­kach roz­rzu­co­nych wzdłuż pół­ki­lo­me­tro­wego łuku maszy­ne­rii; bar­dziej przy­po­mi­nali owady w kopcu niż ludzi. W głębi za nimi wisiały w prze­strzeni kolejne uzbro­jone plat­formy, tak wiele, by mogły namie­rzać każ­dego z robot­ni­ków indy­wi­du­al­nie.

- Spro­wa­dzi­li­śmy zespół Ziemi, żeby zbu­do­wał nam pier­ścień tran­zy­towy - wyja­śniła Gin­neh.

- Boże wielki... - szep­nął wstrzą­śnięty Wyeth. - Nie może­cie doga­dy­wać się ze Spój­nią.

- Nie bądź głup­ta­sem, skar­bie. Tylko Zie­mia wie, jak budo­wać pier­ście­nie akce­le­ra­cyjne. Bez pomocy Spójni cały inte­res nie byłby moż­liwy. Pro­szę powięk­sze­nie od trze­ciego kwa­drantu. Widzisz te zie­lone zbior­niki? To cie­kły hel. Wyna­ję­li­śmy dla tej ope­ra­cji połowę cie­kłego helu tego Kla­stra.

- Spró­buję wyra­zić to jaśniej, Gin­neh. Zie­mia i ludz­kość to natu­ralni wro­go­wie. Mówimy tu o prze­trwa­niu gatunku. Nie robisz inte­re­sów z czymś, co zagraża każ­dej ludz­kiej isto­cie, jaka ist­nieje. I nie cho­dzi tu o poję­cia abs­trak­cyjne, Gin­neh, ale o cie­bie, o mnie, o wszyst­kich, któ­rych znamy: nasze jaź­nie, nasze umy­sły, nasze dusze, nasze toż­sa­mo­ści. Naszą przy­szłość.

Gin­neh wzru­szyła ramio­nami.

- Jestem prze­ko­nana, że prze­sa­dzasz. Mamy tu zna­ko­mitą ochronę. Widzia­łeś plat­formy straż­ni­cze. Jeśli już, to jeste­śmy nawet prze­sad­nie ostrożni.

- Maszyny! - par­sk­nął Wyeth. - W całym wszech­świe­cie maszyny są naj­ła­twiej­sze do prze­chy­trze­nia, ponie­waż są prze­wi­dy­walne. Taką mają funk­cję, by być prze­wi­dy­walne, by robić dokład­nie to, do czego je zapro­jek­to­wano, za każ­dym razem. I odda­łaś je pod kon­trolę straż­ni­ków tak ści­śle zapro­gra­mo­wa­nych, że sami są wła­ści­wie maszy­nami. Rewe­la­cyjny pomysł, Gin­neh. Powi­nie­nem teraz udu­sić i cie­bie, i wszyst­kie pozo­stałe kor­po­ra­cyjne dziwki. Tylko by to popra­wiło rasę.

- Ty pew­nie pora­dził­byś sobie lepiej?

- Jasne, że bym sobie pora­dził.

- Naprawdę się cie­szę, że to powie­dzia­łeś - stwier­dziła z zado­wo­le­niem. - Bo mam wra­że­nie, że jed­nak zapro­po­nuję ci posadę.

Rebel zaswę­dział nos. Podra­pała się, a smycz puk­nęła ją lekko w brzuch. Skrzy­wiła się, uwol­niła ręce i uło­żyła ją na pod­ło­dze. Do dia­bła z nią... Z ulgą roz­tarła nad­garstki, wpa­tru­jąc się podejrz­li­wie w tył głowy Wyetha. Co tak naprawdę o nim wie?

Bar­dzo nie­wiele. Ale dość, by rozu­mieć, że tkwi po szyję w czymś naprawdę dziw­nym. Na pewno to nie altru­izm nim kie­ro­wał. Miał swoje plany, czym­kol­wiek były, a ona jakoś się w nie wkom­po­no­wała. Logika pod­po­wia­dała, że trzeba się wyrwać i ucie­kać. Zosta­wić jego i tę jego sukę ich drob­nym intry­gom.

Gin­neh i Wyeth nie­mal doty­kali się gło­wami i nara­dzali cicho. Żadne nie zauwa­żyło, jak ode­szła.

***

Bio­lab został umiesz­czony mię­dzy dwoma fir­mami ubez­pie­cze­nio­wymi przy Pro­spek­cie Fan­church w środ­ko­wym Lon­don­gra­dzie - Rebel zna­la­zła adres w publicz­nym punk­cie dostę­po­wym. Może nie miała już swo­ich daw­nych umie­jęt­no­ści, ale każda grupa robo­cza potrze­buje kogoś do prac manu­al­nych, a ona może przy­no­sić, wyno­sić i zamia­tać nie gorzej od naj­lep­szych. Uznała, że ukryje się wśród podob­nych sobie, gdzie sta­nie się prak­tycz­nie nie­wi­doczna, bo nie będzie się niczym wyróż­niać. A kiedy odlecą, by powró­cić do swo­ich kome­tar­nych świa­tów, ona poleci wraz z nimi.

Wystar­czy tro­chę wytrwa­ło­ści.

Przy­po­mniała sobie o dzia­ła­ją­cych wewnątrz kame­rach moni­to­ringu i zawa­hała się przed wej­ściem. Ale prze­cież w Kla­strze były miliony kamer. Jakie są szanse, że ktoś, kto jej szuka, będzie patrzył aku­rat tutaj? Raczej nikłe.

Ode­tchnęła głę­boko i weszła.

- Hej, cześć!

Chudy nasto­la­tek wsu­nął wskaź­nik genowy do kie­szeni na udzie i popa­trzył na nią z zacie­ka­wie­niem. Ktoś inny gwizd­nął. Krzą­ta­nina w labo­ra­to­rium zamarła.

Rebel zatrzy­mała się zmie­szana. Wszy­scy się jej przy­glą­dali. Patrzyli na jej piersi i brzuch, nie­któ­rzy mimo­wol­nie i z zakło­po­ta­niem, inni nie. Powstrzy­mała chęć okry­cia się płasz­czem; poczer­wie­niała lekko.

Niska, siwo­włosa kobieta odwró­ciła się od zasta­wio­nego donicz­kami pul­pitu. Otarła dło­nie.

- Mogę ci w czymś pomóc, skar­bie? - spy­tała łagod­nie.

- No, wła­ści­wie to... Prawdę mówiąc, chcia­łam tylko poga­dać. Bo widzi­cie, sama jestem ze świata Dysona. - Zabrzmiało to fał­szy­wie i Rebel poczuła irra­cjo­nalne wyrzuty sumie­nia. Zaczęła się pocić pod pachami.

- Zado­mo­wi­łaś się jakoś, jak widzę - rzu­cił ten chudy.

- Nie masz nic do roboty? - rzu­ciła ostrze­gaw­czo kobieta. - I wy wszy­scy! Za co nam płacą? - Po czym dodała już łagod­niej: - No więc skąd tu przy­by­łaś?

- Z Tir­nan­nog. Należy do ory­gi­nal­nego archi­pe­lagu, led­wie wysu­nięty do Oorta.

Nazwy przy­po­mniała sobie bez wysiłku, choć żadna z nich nie brzmiała zna­jomo.

Pozo­stali tutaj pra­co­wali w ciszy, nie roz­ma­wia­jąc, żeby sły­szeć roz­mowę. Teraz jed­nak uniósł głowę wyraź­nie zain­te­re­so­wany, krępy, jasno­włosy dzie­ciak o skó­rze barwy orze­cha.

- Tak, byłem tam - oświad­czył. - My wszy­scy jeste­śmy z Hibra­sil, wła­ści­wie to jak splu­nąć, nie? Parę tygo­dni w lodówce i po wszyst­kim. Mam krew­nych na Stan­hix, sły­sza­łaś o nim? Zaraz za Bli­ste­rville.

- Bli­ste­rville? - Bez­rad­nie pokrę­ciła głową.

- Ni­gdy nie sły­sza­łaś o Bli­ste­rville? Trój­pień za Sar­gasso? Pięć­set tysięcy ludzi?

Jakaś kobieta odwró­ciła się od zbior­nika wod­nych nor­nic.

- Pew­nie mamy tu jedną z tych rave­rek. No wie­cie: za wysoki prąd demo­luje medulla oblon­gata.

Sie­dzący obok niej nadrzewca roze­śmiał się i szturch­nął ją w ramię.

- Ale słu­chaj­cie, nie nabie­ram was! Naprawdę jestem z Tir­nan­nog! Wytłu­ma­czę...

- Gdzie w eko­sys­te­mie wpa­so­wuje się aero­wa­leń? Czym han­dlują w Zie­lo­nym Mie­ście? Dla­czego kon­strukt ano­ge­niczny nie może jeść? Jakie jest sie­dem pod­sta­wo­wych adap­ta­cji do nie­waż­ko­ści? - zapy­tał krępy dzie­ciak. Spoj­rzał Rebel w oczy i dodał drwiąco: - Ile kości masz w dłoni?

Nie znała odpo­wie­dzi. Wszyst­kie te infor­ma­cje ule­gły znisz­cze­niu razem z ory­gi­nal­nym cia­łem. Otwo­rzyła usta, ale nie potra­fiła wymó­wić nawet słowa. Zaczęła jej drżeć jedna ręka.

- Fre­eboy! - burk­nęła siwa kobieta. - Zaj­miesz się pracą czy muszę ci sko­pać tyłek?

Chło­pak prze­wró­cił oczami, ale wró­cił do zestawu sza­lek Petriego.

- Wie­rzymy ci, skar­bie. - Kobieta zwró­ciła się do Rebel.

- Ale ja naprawdę jestem...

- Mógł­bym zba­dać jej krew - zapro­po­no­wał Fre­eboy. - Nawet po adap­ta­cji do cią­że­nia na­dal poja­wia się pięć zasad­ni­czych róż­nic...

- Sły­sza­łeś, co mówi­łam? - rzu­ciła groź­nie kobieta.

Jed­nak Rebel była już w dro­dze do drzwi. I kiedy wyszła na zewnątrz, usły­szała jesz­cze woła­nie męż­czy­zny, który dotąd się nie odzy­wał:

- A co zna­czą te linie na two­jej buzi, dziew­czynko?

Ton głosu świad­czył, że pokosz­to­wał już roz­ko­szy ofe­ro­wa­nych przez psy­cho­tech­niczną cywi­li­za­cję i dobrze wie­dział, co ozna­czają jej barwy.

Przy­gry­zła wargę, ale się nie obej­rzała.

***

Potem, już na Pro­spek­cie, tłum wchło­nął ją bez śladu.

Było tu o wiele wię­cej ludzi niż w gór­nym i dol­nym mie­ście, a kory­ta­rze bie­gły sze­ro­kie jak wydłu­żone w nie­skoń­czo­ność place. Sze­regi palm dzie­liły rzekę ludzi na pasy, a z wyso­kiego stropu zwi­sały kar­to­nowe gwiazdy i pla­nety. Pod nogami Pro­spekt wybru­ko­wany był sta­ro­modną walutą, srebr­nymi tala­rami, zło­tymi kru­ger­ran­dami, zie­lo­nymi cera­micz­nymi rublami, a wszyst­kie zalane prze­zro­czy­stą posadzką o twar­do­ści dia­mentu. Cho­dzili po niej ludzie w kosz­tow­nych ubra­niach, wszy­scy w bar­wach finan­so­wych - ubez­pie­cze­nie ładunku, kon­trakty gazowe, inwe­sty­cje upa­dło­ściowe... Rebel pozwo­liła, by poniósł ją tłum, prze­kształ­ca­jąc jej gniew, poni­że­nie i zmie­sza­nie w bło­go­sła­wioną ano­ni­mo­wość.

Pier­retta zbli­żała się do niej wiel­kimi kro­kami. W morzu falu­ją­cych, poważ­nych płasz­czy napom­po­wany biały kostium wyda­wał się jarzyć, jakby pod­świe­tlony od wewnątrz. Uśmiech­nęła się leciutko, kiedy ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Tłum roz­stę­po­wał się przed nią jak wody przed reli­gij­nym guru i pode­szła do Rebel spo­kojna i nie­unik­niona niczym anioł.

Rebel zatrzy­mała się, a pier­retta wrę­czyła jej białą kopertę. Rebel przy­jęła ją z okry­tej ręka­wiczką dłoni i wysu­nęła pro­sto­kąt papieru. Była to holo­re­kla­mowa ulotka: nad powierzch­nią uno­siła się ta sama fał­szywa ide­ali­za­cja Rebel Mudlark, jaką widziała w dol­nym New High Kam­den.

Rebel spoj­rzała pyta­jąco na pier­rettę, ale ta tylko dygnęła lekko. Rów­nie dobrze mogłaby wypy­ty­wać pod­łogę.

Rebel odwró­ciła kartkę. Na dru­giej stro­nie zoba­czyła słowa: "Prośba, by poroz­ma­wiać". Zmięła papier. Obraz zło­żył się w sobie i znik­nął.

Ski­nęła głową.

Pier­retta popro­wa­dziła ją do pobli­skiego banku. Prze­szły do pokoi nego­cja­cyj­nych, mija­jąc kilka dys­kret­nie urzą­dzo­nych do seksu, aż zna­la­zły wyło­żoną orze­cho­wymi pane­lami niszę z poje­dyn­czą ławą i bla­tem. Rebel usia­dła, a pier­retta włą­czyła ekran izo­lu­jący i tłu­miki dźwięku. Wyjęła gene­ra­tor holo­gra­ficzny, usta­wiła go na bla­cie, dygnęła i wyszła.

Odcze­kaw­szy chwilę, by uspo­koić nerwy, Rebel wycią­gnęła rękę i włą­czyła gene­ra­tor.

***

Patrzyła w nie­wiel­kie zagłę­bie­nie gruntu, naj­wy­raź­niej frag­ment ele­ganc­kiego parku biz­ne­so­wego. Na pierw­szy rzut oka wyda­wało się, że w zagłę­bie­niu leży śnieżna zaspa, ale po chwili Rebel zro­zu­miała, że patrzy z góry na owal bia­łych pły­tek. Jedyną plamą koloru był czer­wony dywa­nik modli­tewny pośrodku. Na nim klę­czała samotna postać; miała odrzu­cony kap­tur i nisko pochy­lała ogo­loną głowę.

- Snow! - zawo­łała Rebel.

Obraz prze­su­nął się w dół.

Czło­wiek uniósł wzrok i spoj­rzał na Rebel zim­nymi gadzimi oczami. Skóra biała jak mar­mur, twarz malo­wana w sze­ścio­kątne kształty krysz­tał­ków lodu albo gwiezd­nych roz­bły­sków... Lekko prze­chy­lił głowę, nasłu­chu­jąc.

- W pew­nym sen­sie - zgo­dził się po chwili - może i tak. Snow i ja jeste­śmy czę­ścią tego samego. - Jego twarz była tak samo wychu­dzona i kości­sta jak u Snow. - Mam dla cie­bie wia­do­mość.

- Czym jesteś? - spy­tała Rebel. - Czym kon­kret­nie jesteś, że ty i Snow jeste­ście czę­ścią tego samego?

Leciutko poru­szył głową w bok, co mogło być wyra­zem iry­ta­cji. A może otwie­rał jakiś nowy kanał danych.

- Nie­istotne. Nie mam obo­wiązku prze­ka­zy­wa­nia ci jakich­kol­wiek infor­ma­cji innych niż wia­do­mość. Jeśli posta­no­wisz jej nie odbie­rać... - Wzru­szył ramio­nami.

- W porządku. Słu­cham.

Męż­czy­zna spoj­rzał wprost na nią.

- Deut­sche Naka­sone przy­dzie­liło do two­jej sprawy zespół dedy­ko­wa­nych zabój­ców.

- Nie - zapro­te­sto­wała Rebel. Nie myśląc nawet, zaci­snęła pię­ści tak mocno, że paznok­cie wbiły się w skórę i zabo­lały kostki. - To śmieszne. Deut­sche Naka­sone chce dostać moją per­sonę. Potrze­bują mnie żywą.

- Nie­ko­niecz­nie. - Kości­sta dłoń wysu­nęła się spod płasz­cza, palec dźgnął powie­trze i w dodat­ko­wym oknie poja­wiło się jakieś urzą­dze­nie z gładką powierzch­nią wiśnio­wej barwy. - Zabójcy są wypo­sa­żeni w krio­niczne zestawy trans­por­towe. Muszą tylko cię zabić, impul­sowo zamro­zić mózg, a potem tech­nicy wydo­będą pożą­dane infor­ma­cje przy uży­ciu metod nisz­czą­cych. - Dłoń znik­nęła pod płasz­czem. - Powinni to zro­bić już na początku, ale chcieli cię zacho­wać jako niż­szego urzęd­nika kor­po­ra­cji. Teraz już z cie­bie zre­zy­gno­wali.

Apa­rat był błysz­czący i z zewnątrz cał­kiem gładki, u góry miał tylko wysu­wany uchwyt. I roz­miar aku­rat odpo­wiedni, by pomie­ścić głowę Rebel.

Przy­gar­biła się i pod­nio­sła ręce.

- Dla­czego mi o tym mówisz?

- Nie jesteś jesz­cze gotowa, by dobić targu. - Męż­czy­zna wstał nagle, zro­bił trzy kroki w bok, zatrzy­mał się. - Bar­dzo dobrze. Chcemy utrzy­mać cię przy życiu, aż będziesz gotowa. Musisz poważ­nie potrak­to­wać to zagro­że­nie. - Prze­rwał i przyj­rzał się cze­muś, czego Rebel nie widziała. - Byłaś nie­ostrożna. Powin­naś zda­wać sobie sprawę z faktu, że w Kla­strze nie­wiele jest grup dyso­now­ców, więc wszyst­kie będą obser­wo­wane. Gdy­by­śmy nie dotarli do cie­bie pierwsi, była­byś już mar­twa.

Scena zmie­niła się - Rebel patrzyła teraz na Pro­spekt Fan­church. Z góry sunący zom­bie zle­wali się w jed­no­litą masę niczym stru­mień błota. Jasne kółka zabły­sły wokół trzech twa­rzy i zoba­czyła, że suną przez tłum w szyku, szu­ka­jąc cze­goś wśród idą­cych. Obiek­tyw poka­zał każdą z nich w powięk­sze­niu... Ciężka kobieta z fana­tycz­nie wykrzy­wioną twa­rzą i czarną smugą na lewym oku. Nie­mru­ga­jąca ete­ryczna dziew­czyna z czarną smugą na lewym oku. I trzeci, w takim samym malo­wa­niu: rudo­włosy męż­czy­zna z lisią twa­rzą.

Jerzy Heisen.

- Znasz go? - spy­tał męż­czy­zna.

Zabójcy prze­szli obok drzwi banku, w któ­rym sie­działa Rebel. Każde z nich trzy­mało w ręku wiśniowy apa­rat krio­ge­niczny.

- Dla­czego tak się wzdry­gnę­łaś, jeśli go nie znasz?

- Pra­co­wał kie­dyś ze Snow.

- Ach... - Męż­czy­zna lekko ski­nął ręką i prze­chy­lił głowę na bok. - Oczy­wi­ście. Jest sprytny, odra­bia wyrok i widział cię na żywo. To jasne, że tra­fił do zespołu two­ich zabój­ców.

Zamilkł.

- Mniej­sza z tym - stwier­dził po chwili. - Wyge­ne­ro­wa­li­śmy tabelę miejsc w Sys­te­mie, dokąd możesz uciec, a obok praw­do­po­do­bień­stwa two­jej śmierci w wyniku zabój­stwa przez Deut­sche Naka­sone w prze­ciągu mie­siąca Gre­en­wich od przy­by­cia. Suge­ruję, żebyś dokład­nie się jej przyj­rzała.

Tabela prze­su­nęła się przed nią.

loka­cja praw­do­po­do­bień­stwozabój­stwa (+/- 1 pro­cent) Kla­ster Erosa 97% Kla­ster Pal­las 95% inne kla­stry (w pasie) 91% (zakres 88-93%) Kla­stry tro­jań­skie 90% Tery­to­ria księ­ży­cowe 90% Rezer­wat naukowy Mer­kury 90% Rezer­waty naukowe Nep­tun/Plu­ton 90% Sys­tem Jowi­sza 70% sate­lity nie­ga­li­le­uszowe 89% Gani­med (mia­sta por­towe) 65% (pust­ko­wia) 44% Kali­sto (mia­sta por­towe) 65% (pust­ko­wia) 41% Io, Europa, Amal­tea, orbi­tale Jowi­sza 65% (zakres 63-68%) Orbi­tale Marsa, Dde­imos 63% Powierzch­nia Marsa 59% Sys­tem Saturna 58% Mniej­sze sate­lity 75% (zakres 74-75%) Pier­ście­nie, orbi­tale Saturna 72% Tytan (mia­sta por­towe) 30% (pust­ko­wia) 23% Orbi­tale Ziemi 17% Powierzch­nia Ziemi 0%

- No ślicz­nie - stwier­dziła Rebel. Ta lista zbu­dziła w niej nieco zadzior­no­ści, którą zdu­siły wyda­rze­nia ostat­niej pół godziny. - Szcze­gól­nie podoba mi się ostat­nia część. Teraz pew­nie powin­nam wsko­czyć na pierw­szy trans­port w stronę Ziemi, tak? A może po pro­stu wyjść ze śluzy bez ska­fan­dra? Mogła­bym tam dopły­nąć.

Jej sar­kazm nie wywo­łał żad­nej dostrze­gal­nej reak­cji.

- Nie chcemy ci dora­dzać, co zro­bić. Zapew­niamy tylko, że w ramach i gra­ni­cach teo­rii gier ta lista jest wia­ry­godna.

Męż­czy­zna ukląkł i nacią­gnął kap­tur. Tabela znik­nęła, a obok Rebel znów poja­wiła się pier­retta.

- Jesz­cze jedna sprawa. Masz nowego przy­ja­ciela. Tetrada.

- Tak?

- Nie ufaj mu.

***

Smycz cze­kała. Wyeth i Gin­neh wciąż roz­ma­wiali, nie­mal sty­ka­jąc się gło­wami - naj­wy­raź­niej nie­świa­domi jej nie­obec­no­ści przez ostat­nią godzinę. W powie­trzu za biur­kiem wisiały te same obrazy uzbro­jo­nych plat­form i Spójni mon­tu­ją­cej maszy­ne­rię w prze­strzeni. Łuko­waty frag­ment pier­ście­nia tran­zy­to­wego był odro­binę dłuż­szy niż poprzed­nio.

Rebel wes­tchnęła i nasu­nęła sobie smycz na prze­guby.

Nie miała dokąd pójść - wszę­dzie było nie­bez­piecz­nie. Nie miała komu zaufać. Musiała zawie­rzyć intu­icji. Jak dotąd jedyną wska­zówką co do dal­szych dzia­łań był fakt, że ten przy­ja­ciel Snow, wspól­nik czy kto tam jesz­cze nie ufał Wyethowi.

- I jak? - spy­tała Gin­neh. - Przyj­miesz tę robotę?

Wyeth obej­rzał się przez ramię na Rebel i przez kró­ciutki moment miała wra­że­nie, że jest zasko­czony jej wido­kiem. Ale potem nie była już pewna.

- Gin­neh, wie­dzia­łaś, że ją wezmę, kiedy tylko zaczę­łaś o tym mówić. Darujmy sobie te sztuczki.

Śmiech Gin­neh brzmiał swo­bod­nie i wdzięcz­nie.

- To prawda, skar­bie, ale mia­łam nadzieję, że oszczę­dzę tego odkry­cia two­jemu ego.

- Mhm... - Wyeth wstał i chwy­cił smycz. - No to możesz mnie wpi­sać na listę płac.

I odszedł, pro­wa­dząc Rebel za sobą.

Nie­da­leko od parku wspięli się krę­tymi drew­nia­nymi scho­dami wysoko na wielki dąb, do restau­ra­cji na plat­for­mie wśród gałęzi. Zamó­wili fran­cu­skie cia­steczka i zie­lone wino. Kie­liszki miały sze­ro­kie dna i wąziut­kie otwory.

Wyeth zaj­rzał do swo­jego i zatkał wylot kciu­kiem. Wolno zakrę­cił zie­lo­nym pły­nem.

Rebel cze­kała.

Nagle uniósł głowę.

- Gdzie byłaś?

- Jak bar­dzo chcesz wie­dzieć?

Objął dłońmi kie­li­szek. Miał duże dło­nie, z guzo­wa­tymi sta­wami i krót­kimi, sze­ro­kimi pal­cami... Dło­nie dusi­ciela.

- A czego chcesz?

- Prawdy.

A kiedy uniósł brew, popra­wiła się szybko:

- Praw­dzi­wych odpo­wie­dzi na tyle pytań, ile ci zadam.

Znów chwila mil­cze­nia... Potem stuk­nął kost­kami pal­ców o blat, dotknął nimi czoła i warg.

- Zgoda. Ty pierw­sza.

Powoli i sta­ran­nie stre­ściła mu wyda­rze­nia minio­nej godziny. Dobrze się czuła wysoko pośród liści, gdzie świa­tło było zie­lon­kawe i roz­myte, a cią­że­nie nie­wiel­kie. Miała wra­że­nie, że mogłaby oprzeć się wygod­nie i odpły­nąć... z tego krze­sła, z restau­ra­cji, poza gałę­zie, ku ogrom­nym i mrocz­nym oce­anom powie­trza, gdzie igrały wale­nie i mor­świny, a obłoki pyło­wych alg prze­sła­niały świa­tła dale­kich drzew. Czuła się jak w domu i prze­cią­gnęła opo­wieść na trzy kie­liszki wina.

Kiedy mówiła, twarz Wyetha pozo­sta­wała nie­ru­choma. Pra­wie nie mru­gał. A gdy skoń­czyła, powie­dział:

- Ni­gdy w życiu nie zro­zu­miem, jak dowolna ludzka istota może być taka głu­pia.

- Chwi­leczkę - obru­szyła się Rebel. - To prze­cież twoja wina, że nie mam naj­mniej­szego poję­cia, co pla­nu­jesz. Jeśli już ktoś jest głupi, to raczej ty!

- A myślisz, że o kim mówi­łem? - odparł z iry­ta­cją. - Chcia­łem być za sprytny. Kon­stru­owa­łem wyra­fi­no­waną pułapkę na Snow i jej podob­nych, a tym­cza­sem oni przy­szli tu i prze­pro­wa­dzili długą poga­wędkę z tobą. Ide­alna oka­zja poszła w dia­bły, bo ja... Zresztą mniej­sza.

Ode­tchnął głę­boko, a potem - jakby wsku­tek magicz­nej sztuczki - w jed­nej chwili zaczął uśmie­chać się szel­mow­sko.

- No to jazda, zada­waj te swoje pyta­nia. Chcesz pew­nie, żebym ci wytłu­ma­czył, o co cho­dzi ze Snow, prawda?

- Nie. To zna­czy tak, ale póź­niej. Chcę zacząć od sprawy cał­kiem pod­sta­wo­wej. Nie jesteś wła­ści­wie czło­wie­kiem, prawda? Jesteś nowym umy­słem.

Wyszcze­rzył zęby.

- Któż mógłby wie­dzieć o tym lepiej od cie­bie?

- Pro­szę cię... Wspo­mi­na­łeś już, że to ja robi­łam ci pro­gra­mo­wa­nie. Ale niczego nie pamię­tam, więc prze­stań się kry­go­wać. Wytłu­macz uczci­wie, o co w tym cho­dzi. I czym, do dia­bła, jest tetrad?

- Tetrad to poje­dyn­czy ludzki umysł z czte­rema róż­nymi oso­bo­wo­ściami. - Wyraz jego twa­rzy zmie­nił się na poważny, potem roz­tar­gniony, potem szczery i wresz­cie szel­mow­ski. - Tym wła­śnie my jestem. A może powi­nie­nem powie­dzieć: ja jeste­śmy?

5. ludowy sheraton

5

Ludowy she­ra­ton

- Czeka cię coś, co nie­czę­sto się zda­rza tak daleko od powierzchni pla­nety - oświad­czył Wyeth.

- Co takiego?

- Wichura.

Poza szcze­gó­łami wnę­trza - bal­ko­nami, spię­trze­niami, skrzy­dłami niskiego i wyso­kiego cią­że­nia, bań­kami i pasa­żami - she­ra­ton był pro­stym pier­ście­niem orbi­tal­nym z trzema pozio­mami obra­ca­ją­cymi się z tro­chę innymi pręd­ko­ściami, by utrzy­mać nor­malne cią­że­nie Gre­en­wich. Wyeth zało­żył sztab ochrony w lobby u pod­stawy windy z cen­tral­nego pier­ście­nia doku­ją­cego. Teraz sie­dział przy biurku, a jego oczy prze­su­wały się nie­spo­koj­nie, kiedy obser­wo­wał kil­ka­na­ście kana­łów holo­gra­ficz­nych. Tonowo ste­ro­wany mikro­fon stał przed nim i od czasu do czasu Wyeth mru­czał do niego pole­ce­nia, zmie­nia­jąc wyso­kość głosu zależ­nie od wyma­ga­nego kanału.

Rebel sie­działa na leżaku i wyglą­dała przez ścienne okno. Gwiazdy drżały, gdy w jej umy­śle prze­my­kały pod­świa­dome wspo­mnie­nia. Widziała odbi­cie Wyetha w wewnętrz­nej powierzchni szkła.

Za oknem trwała kaskada ruchu.

- Zabez­pie­czy­li­śmy śluzy, sir. Ludzie nie są tym zachwy­ceni. Nie­wiel­kie awan­tury w zbior­ni­kach dwa­na­ście i trzy.

Mimo barw samu­raja kobieta nie wyglą­dała na ochro­nia­rza. Rekru­to­wana w zbior­ni­kach, nosiła żółty płaszcz i o wiele za dużo biżu­te­rii.

- Byli uprze­dzeni - odparł krótko Wyeth. A kiedy kobieta wyszła, wes­tchnął ciężko. - Dzi­wię się tym ludziom. Jeśli nie potra­fią pojąć, że nie mogą uży­wać śluz przez godzinę czy dwie, to jak myślą, co się sta­nie, kiedy już dotrzemy na orbitę Marsa? Oba­wiam się, że czeka ich bru­talne prze­bu­dze­nie.

Wokół she­ra­tona i zbior­ni­ków pra­cu­jący z zapro­gra­mo­waną wydaj­no­ścią próż­niowcy moco­wali zmon­to­wane uprzed­nio seg­menty sfery geo­de­zyj­nej. Całą struk­turę pokry­wała prze­zro­czy­sta mono­mo­le­ku­larna powłoka, która z miej­sca Rebel wyglą­dała jak ota­cza­jąca gwiazdy deli­katna mgiełka. Robot­nicy natry­ski­wali na gotowe zewnętrzne ele­menty sprosz­ko­waną stal i spa­wali próż­niowo war­stwę po war­stwie.

Przy­po­mi­nało to oglą­da­nie śmierci ciepl­nej wszech­świata: gwiazdy powoli zacho­dziły mgłą i zni­kały w czerni. Mrok roz­sze­rzał się i pochła­niał wszystko. I w końcu jedyne świa­tło wewnątrz geo­de­zyj­nej jaśniało w oknach she­ra­tona.

- Dość to nie­sa­mo­wite - stwier­dziła Rebel.

Nagle ogar­nęło ją prze­możne wra­że­nie kogoś sto­ją­cego za jej ramie­niem. Odwró­ciła się szybko, ale nikogo tam nie było.

- I podoba ci się?

Wyeth rzu­cił na część okna pro­jek­cję z zewnętrz­nej kamery. Geo­de­zyjna wyglą­dała jak gigan­tyczna kulka łoży­skowa, ośle­pia­jąco jasna w nie­fil­tro­wa­nym bla­sku słońca. Nad jej krzy­wi­zną falo­wały gwiazdy. Tuż obok środka wisiało znie­kształ­cone odbi­cie Lon­don­gradu z wyma­lo­wa­nym na boku kor­po­ra­cyj­nym logo Kla­stra (dwie kla­syczne posta­cie, jedna pochy­lona).

- Wyobraź sobie, że to gigan­tyczna komórka. Zbior­ni­kowe mia­sta w środku to jądro. She­ra­ton jest... no, cen­tro­so­mem, jak sądzę. Roślina atmos­fe­ryczna byłaby wtedy mito­chon­driami. - Roze­śmiał się i roz­ło­żył ręce. - I spójrz! Oto wśród wichrów prze­strzeni unosi się nowa forma życia. Jakież potężne, nie­wy­obra­żal­nie zło­żone istoty wyewo­lu­ują z tej pierw­szej pro­stej komórki za milion lat?

Rebel spoj­rzała na niego surowo.

- Który to z was?

I znów ten obcy śmiech.

- Twórca wzor­ców. Tak byś mnie pew­nie nazwała. Jestem tym bar­dziej intu­icyj­nym, tą per­soną, która dostrzega szer­szą per­spek­tywę, a potem decy­duje, co myślimy o Bogu i nie­skoń­czo­no­ści. Oczy­wi­ście to tylko nazwa. W gru­pie łowiec­kiej Abo­ry­ge­nów był­bym sza­ma­nem.

- Co?

- Nie wiesz, z czego się wziął tetrad? Jako wzór dla nas Eucra­sia przy­jęła dawne zespoły łowiec­kie Abo­ry­ge­nów. Wyru­szali w czte­ro­oso­bo­wych gru­pach i nie­za­leż­nie od tego, jakie osoby brały w tym udział, pod­czas łowów przyj­mo­wały cztery wyraź­nie odmienne role: przy­wódcy, wojow­nika, mistyka i bła­zna. Co pozwa­lało stwo­rzyć nad­zwy­czaj sta­bilny i sku­teczny zespół. Oraz nad­zwy­czaj sta­bilny i wydajny umysł.

Wszystko to wyda­wało się dobrze znane. Wpa­trzona w ciem­ność, Rebel widziała pró­bu­jące nabrać kształ­tów na wpół ufor­mo­wane wspo­mnie­nia z prze­szło­ści Eucra­sii.

- Myśla­łam, że była per­so­na­torką...

- Ow­szem, tro­chę też per­so­na­torką, to prawda. Ale rów­nież pie­kiel­nie dobrym psy­cho­chi­rur­giem, trzeba ci przy­znać.

- Trzeba jej przy­znać.

- Wszystko jedno.

Pod­czas tej roz­mowy co jakiś czas Wyeth odwra­cał się, by dotknąć nie­wi­docz­nego prze­łącz­nika albo wymru­czeć pole­ce­nie.

Przez lobby bez prze­rwy prze­cho­dzili ludzie. Oddział samu­ra­jów ochrony wsiadł do windy do pier­ście­nia doku­ją­cego. Byli uzbro­jeni w pałki i zębate piki i wyglą­dali groź­nie. Zaraz potem wszedł młody chło­pak o maho­nio­wej skó­rze. Sta­nął przy oknie z rękami sple­cio­nymi z tyłu i przy­glą­dał się wszyst­kiemu z demon­stra­cyj­nym zain­te­re­so­wa­niem.

- Co tu robisz? - spy­tała chłodno Rebel.

- Hej, mam doświad­cze­nie w ochro­nie. - Maxwell poło­żył jej dłoń na ramie­niu, a Rebel strą­ciła ją, wsta­jąc.

- Jest posłań­cem - wyja­śnił Wyeth, nie pod­no­sząc głowy. - Potrze­buję mnó­stwa takich goń­ców, żeby dostar­czali wia­do­mo­ści ze zbior­ni­ków i do nich.

- Nie ma malo­wa­nia posłańca.

- No tak, ale mamy tu do czy­nie­nia ze Spój­nią. Im mniej pro­gra­mo­wa­nia, tym lepiej.

Na oknie pły­nęły obrazy moco­wa­nia do geo­de­zyj­nej zim­no­fu­zyj­nych alem­bi­ków, które potem zostały uru­cho­mione. Do sfery try­snęły nowo wytwo­rzony tlen, azot, dwu­tle­nek węgla i gazy śla­dowe. She­ra­ton zadrżał, kiedy ude­rzyły w niego podmu­chy, i Wyeth stra­cił dwie kamery przy­wie­ra­jące, kiedy wicher wyrwał im żer­dzie spod uchwy­tów. Odle­ciały, wiru­jąc bez­rad­nie; jedna roz­trza­skała się o zbior­niki, druga o wewnętrzną powierzch­nię geo­de­zyj­nej.

Do biurka pode­szła niska, siwo­włosa kobieta ubrana w stylu nadrzew­ców.

- Wszy­scy moi ludzie są na sta­no­wi­skach - poin­for­mo­wała. - Chcę wie­dzieć, co mamy robić i kiedy.

To była prze­ło­żona z bio­labu przy Pro­spek­cie Fan­church.

- Jezu Chry­ste - mruk­nęła Rebel. - Mamy chyba tydzień Daw­nej Ojczy­zny.

Kobieta przyj­rzała się jej.

- Znam cię, skar­bie?

Rebel odwró­ciła się.

- Rebel Eli­za­beth Mudlark - powie­dział Wyeth - poznaj, pro­szę, Kon­stan­cję Frog Moor­fields, dyrek­torkę naszego pro­jektu makro­bio­in­ży­nie­ryj­nego. Kon­sti, chciał­bym, żebyś za parę minut dała swoim ludziom sygnał... Wejdź na kanał, co?

- Oczy­wi­ście. - Kon­stan­cja przyj­rzała się uważ­nie przy­rzą­dom. - A jak się to uru­cha­mia?

Maxwell objął Rebel w talii.

- Wiesz co? - powie­dział. - Może usią­dziesz mi na kola­nach i poga­damy o pierw­szej rze­czy, jaka się pojawi?

Wymie­rzyła mu cios w żołą­dek, a on odsko­czył, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

Na zewnątrz świsz­czała wichura.

- Teraz - rzu­cił Wyeth.

Kon­stan­cja kiw­nęła głową i powie­działa coś do mikro­fonu. W odle­głym labo­ra­to­rium makro­bio­in­ży­nie­ro­wie wci­snęli zdalne włącz­niki.

Sworz­nie wybu­chowe roze­rwały nie­wielką kulę maga­zy­nową i na wszyst­kie strony pofru­nęły odłamki. Roślina atmos­fe­ryczna w jej wnę­trzu skrę­ciła się i roz­wi­nęła, macha­jąc odro­stami. Wichry chwy­ciły ją w pasz­cze, pasma ude­rzyły o zbior­niki i ściany geo­de­zyj­nej. Odbi­jały się wście­kle. Rebel widziała przez okna, jak ogromne pętle rośliny poja­wiają się w sła­bym świe­tle z she­ra­tona, by znowu znik­nąć.

- Wielka jest... - stwier­dziła z podzi­wem.

- Czter­dzie­ści kilo­me­trów - odparła z satys­fak­cją Kon­stan­cja. - To zna­czy w pełni roz­cią­gnięta, no i jest jesz­cze młoda. Przez naj­bliż­sze dni powinna rosnąć jak zie­lone pie­kło. - Się­gnęła do pul­pitu i rzu­ciła na okno kilka sche­ma­tów bio­struk­tu­ral­nych. - Widzi­cie, zapro­jek­to­wa­li­śmy ją...

Rebel odwró­ciła się i wyszła.

Kory­tarz był długi, pro­sty, led­wie dostrze­gal­nie zakrzy­wiony w górę. Rebel zasta­no­wiła się, czemu jest tak ciemno: cie­nie falo­wały jej u stóp, uno­siły się u ramion. Prze­cież musi być jakiś powód... Dotknęła wzo­rzy­stej ściany i przy­po­mniała sobie inny, podobny kory­tarz, któ­rym prze­cho­dziła tysiące razy - łączący jej gabi­net z dzia­łem psy­cho­chi­rur­gii.

Bryza poru­szała jej płasz­czem, więc otu­liła się lekko. Strzęp papieru prze­fru­nął obok, za sobą usły­szała, jak srebrna misa spada na pod­łogę i kozioł­kuje, nim ude­rzy o ścianę. Gdzieś tam post­pro­gra­mowy samu­raj otwie­rał śluzy, roz­ko­szu­jąc się podmu­chem nowego powie­trza. Na zewnątrz w demo­nicz­nych chó­rach śpie­wały wichry. Wewnątrz był tylko chłodny powiew i prze­pływ.

Szła naprzód, zato­piona we wspo­mnie­niach, kiedy Jerzy Heisen wyszedł z niszy kon­wer­sa­cyj­nej i wziął ją pod rękę.

- Cześć, Heisen - rzu­ciła odru­chowo. - Coś nowego w pro­gra­mie Mudlark?

Przyj­rzał się jej z dziwną miną.

- Jesz­cze nie. Ale mam nadzieję, że już nie­długo.

- Posta­no­wi­łam wypró­bo­wać ten pro­gram na sobie. Wygląda inte­re­su­jąco, ale w takim sen­sie, który jest zro­zu­miały tylko od wewnątrz, jeśli łapiesz, o co mi cho­dzi. Nie chcę, żeby ta infor­ma­cja została prze­fil­tro­wana przez jakie­goś nie­do­kształ­co­nego, tylko mar­gi­nal­nie sen­sow­nego per­so­na­tora.

Nie potra­fiła stłu­mić w gło­sie nuty gory­czy. Per­so­nel pomoc­ni­czy, jaki jej przy­dzie­lono, sta­no­wił nędzny mate­riał. Przede wszyst­kim byli nie­kom­pe­tentni, a na doda­tek pośpiesz­nie zapro­gra­mo­wani. Połowę roboty musiała wyko­ny­wać sama.

Heisen zmarsz­czył czoło, po czym odpo­wie­dział ostroż­nie, jakby recy­to­wał tekst sztuki albo przy­po­mi­nał sobie dokładny prze­bieg daw­nej roz­mowy.

- Czy to roz­sądne? Opła­tek wzor­cowy nie jest jesz­cze zdu­pli­ko­wany.

Zbyła jego obiek­cje lek­ce­wa­żą­cym mach­nię­ciem ręki.

- To tylko na dzie­sięć minut. Na miłość boską, co może się zda­rzyć w ciągu dzie­się­ciu minut?

Mil­cze­nie. Kiedy na niego spoj­rzała, oczy Heisena wydały jej się dziw­nie sku­pione, ale gdy tylko odwró­ciła wzrok, znów roz­mył się w nie­wy­raźną obec­ność...

- Czyli uwa­żasz, że to per­sona komer­cyj­nie atrak­cyjna?

- Taki z cie­bie najem­nik, Heisen... Mnie cho­dzi o nową cechę, nową cha­rak­te­ry­stykę, nową wła­ści­wość... O coś, co sprawi, że pro­gra­mo­wa­nie sta­nie się bogat­sze, cie­kaw­sze...

- Ale ma poten­cjał komer­cyjny?

- Och, pew­nie tak.

Ktoś pod­biegł z tyłu i nagle sta­nął przed nią ciem­no­skóry chło­pak. Podał jej tani amal­ga­ma­towy pier­ścień. Eucra­sia musiała zmru­żyć oczy, żeby mu się przyj­rzeć.

- Wyeth kazał ci to oddać.

- Wyeth?

Roz­po­znała to imię. Jak mogła zapo­mnieć? Był prze­cież jej naj­lep­szym dzie­łem - ope­ra­cja piracka, natu­ral­nie, ale wło­żyła w nią wszyst­kie swoje umie­jęt­no­ści, ponie­waż czę­ści naj­cie­kaw­szego pro­gra­mo­wa­nia były, ści­śle rzecz bio­rąc, nie­le­galne.

- Wyeth kazał ci oddać mi ten pier­ścio­nek?

- Tak. To loka­li­za­tor. Żeby mógł pil­no­wać, co się z tobą dzieje, gdzie jesteś i w ogóle. - Ski­nął na kamery pod sufi­tem. - Słu­chaj, przyjdź może póź­niej do zbior­ni­ków, zaj­rzyj do mojej chaty. Tam nie ma moni­to­ringu. Nikt nam nie prze­szko­dzi, jeśli rozu­miesz, o czym mówię.

Eucra­sia wzru­szyła ramio­nami, zdzi­wiona i ziry­to­wana.

Heisen odsu­nął się dys­kret­nie. Chło­pak spoj­rzał na niego z zacie­ka­wie­niem, uznał, że to nikt ważny, i posłał jej całusa.

- Zoba­czymy się w mojej cha­cie! - zawo­łał przez ramię.

Przez chwilę Eucra­sia zasta­na­wiała się, kim był.

Heisen znów wziął ją pod rękę i prze­pro­wa­dził przez podobną do łąki salę kon­fe­ren­cyjną. Trawa pod sto­pami była chłodna, a psz­czoły fru­wały sen­nie nad krza­kami malin.

- Chodźmy tędy. Przej­dziemy się gór­nym pasa­żem. To przy­jemny spa­cer. Nie ma tam kamer ani wścib­skich oczu.

Pro­wa­dząc ją, swo­bod­nie machał w przód i w tył wiśnio­wym pojem­ni­kiem.

***

Pomost pasażu spły­wał od she­ra­tona długą, ele­gancką linią. Ryby pły­wały wśród pasm wodo­ro­stów w prze­zro­czy­stych ścia­nach rury, tekowy chod­nik roz­brzmie­wał pod sto­pami nie­mal jak muzyka.

- Aspekt wojow­nika u Wyetha wzo­ro­wa­łam na moim ojcu - mówiła Eucra­sia. Zupeł­nie stra­ciła świa­do­mość tego, z kim roz­ma­wia, ale wspo­mnie­nia były kom­pul­syw­nie silne; jak fala pchały przed sobą słowa. - To był uparty gość, ten mój ojciec. Sta­now­czy. Nikt nie potra­fił go do niczego prze­ko­nać, jeśli sam tego nie chciał. Ale przy tym nie był... ela­styczny. Nie potra­fił się przy­sto­so­wać do zmiany. Nie umiał oka­zy­wać emo­cji. Ale w głębi był cudow­nym czło­wie­kiem i kocha­łam go. Kiedy byłam dziew­czynką, zawsze marzy­łam, żebym mogła go zmie­nić. Nic wiel­kiego, raczej jakiś dro­biazg tu i tam, żeby mógł wyrwać się z tego swo­jego pan­ce­rza i ode­tchnąć swo­bod­nie. Żeby mógł cie­szyć się życiem. Myślę, że to był ważny ele­ment w moim wybo­rze kariery.

Umil­kła. Przy­po­mniała sobie, jak była małą dziew­czynką i Kla­ster wycho­dził z pasów. Zamy­kały się rafi­ne­rie i jej rodzice stra­cili pracę. To były trudne czasy. Matka zaczęła pra­co­wać jako pier­retta, a wetware było wtedy dość pry­mi­tywne. Wra­cała do domu z tępym wyra­zem twa­rzy i odru­chem usłuż­no­ści, który mijał dopiero po dłu­gich godzi­nach. Tato tego nie­na­wi­dził.

Eucra­sia wró­ciła kie­dyś do domu ze świe­tlicy i zoba­czyła ojca sie­dzą­cego przy stole w naj­więk­szym pokoju; raz po raz obra­cał w pal­cach wetka­setę. Kaseta była duża, nie­zgrabna, w czar­nej obu­do­wie, już wtedy prze­sta­rzała; Eucra­sia nie wie­działa jesz­cze, że jest nała­do­wana elek­tro­niczną bosko­ścią. Wie­działa jed­nak, jak bar­dzo jest już zmę­czona tym, że ojciec zawsze kręci się po domu smętny i ponury i że pra­wie ni­gdy nie widuje matki, tak jak daw­niej.

I nie podo­bał jej się ten wyraz sła­bo­ści i poczu­cia winy, który spły­nął na twarz ojca, kiedy ją zoba­czył. Prze­cież zawsze był silny. Więc to wła­ści­wie nie­po­jęte, że - kiedy nie­zręcz­nie pró­bo­wał scho­wać kasetę - spoj­rzała na niego, z umy­słem prze­chło­dzo­nym i pul­su­ją­cym nie­okre­ślo­nym bólem, czu­jąc gniew ata­ku­jący przez jej oczy niby psy­chiczne lasery, i powie­działa:

- Nie­na­wi­dzę cię, tatku.

To, co się zda­rzyło, zaszo­ko­wało ją.

Dłoń ojca zaci­snęła się w pięść. Drżała.

A potem - tak szybko, że prak­tycz­nie nie dostrze­gła ruchu - ude­rzył się w sam śro­dek twa­rzy. Wielka pięć wal­nęła mocno. Musiało go zabo­leć jak dia­bli. Cios zła­mał chrząstkę w nosie i popły­nęła krew. A on ude­rzył się znowu, i znowu, tym razem pra­wie bez waha­nia, jakby sma­ko­wał to doświad­cze­nie i uznał, że mu odpo­wiada. Z początku jedy­nym dźwię­kiem była ta jego pięść tra­fia­jąca w ciało, ale potem stop­niowo zaczął oddy­chać ciężko, wyda­jąc wil­gotny odgłos, jakby szlo­chał. Ale wciąż ude­rzał.

Eucra­sia rzu­ciła się do niego, chwy­ciła to wiel­kie, musku­larne ramię, pró­bo­wała je zatrzy­mać.

- Tatu­siu, nie! - krzyk­nęła.

I jakoś - jakby nastą­pił cud, nie­wielki i mroczny - prze­stał.

Przez długą chwilę stał tam, pierś uno­siła mu się, ramiona koły­sały. Twarz miał ciemną od krwi. Jedna kropka kap­nęła Eucra­sii na stopę i poła­sko­tała w palec. Ojciec roz­glą­dał się dookoła, jakby się zasta­na­wiał, gdzie jest. Potem spoj­rzał na Eucra­się i sta­nęli oboje, z otwar­tymi ustami, z oczami otwar­tymi sze­roko, bez mru­gnię­cia wpa­tru­jąc się w sie­bie.

A potem się odwró­cił.

- Wystar­czy, dalej już nie trzeba - powie­dział Heisen. Zatrzy­mał się i z cięż­kim stuk­nię­ciem odsta­wił swój bagaż. - Może usią­dziesz, Eucra­sio?

Dotarli do prze­zro­czy­stego baru wysta­ją­cego ze ściany pasażu. Przy pod­ło­dze ośmior­nica szu­kała poży­wie­nia, prze­su­wa­jąc się po szkle zręcz­nymi skrę­tami macek. Eucra­sia przy­su­nęła sobie sto­łek i usia­dła.

- Był dobrym czło­wie­kiem - oświad­czyła. - Dobrym czło­wie­kiem. Nie zasłu­gi­wał na to, co się stało.

- To potrwa tylko moment.

Eucra­sia wpa­try­wała się w ciem­ność. W oddali było kilka nie­wy­raź­nych pla­mek lumi­ne­scen­cji, ale nic wię­cej. Gdzie się podziały gwiazdy, myślała. Maleń­kie świetlne punkty jaśniały przy kra­wę­dziach chod­nika w dole i wzdłuż brze­gów baru, ale poza tym pano­wały sty­gij­skie ciem­no­ści. Miała wra­że­nie, że tra­fiła w zaświaty, do miej­sca, gdzie rze­czy z pustki usi­łują przy­brać formę, choć bez­sku­tecz­nie.

Heisen pod­niósł nad nią zamra­żacz. Łok­ciem dotknął jej ple­ców.

Wystra­szona jakimś poru­sze­niem w dole, ośmior­nica eks­plo­do­wała jej przed twa­rzą. W jed­nej chwili Eucra­sia patrzyła w bez­kształtny mrok, w następ­nej wysko­czył na nią blady, nie­fo­remny kształt. Odruch zasko­cze­nia uru­cho­mił pod­świa­dome wspo­mnie­nie pustych oczo­do­łów i ust roz­war­tych do krzyku.

Rów­no­cze­śnie pochwy­ciła ją klau­stro­fo­bia i uświa­do­miła sobie nagle, że ktoś stoi za jej ramie­niem i wła­śnie pró­buje zało­żyć jej na głowę jakieś pudło.

Eucra­sia wrza­snęła i rzu­ciła się w bok. Rebel spa­dła ze stołka i runęła na pod­łogę. Kra­wędź trzy­ma­nego przez Heisena pojem­nika krio­nicz­nego ude­rzyła ją w ramię.

Czu­jąc roz­błysk bólu, odto­czyła się i pod­nio­sła. Heisen znów uniósł apa­rat.

- Nie pod­chodź do mnie! - wrza­snęła Rebel.

- Spo­koj­nie, Eucra­sio - powie­dział Heisen.

Wyda­wał uspo­ka­ja­jące dźwięki, ale oczy miał spo­koj­nie i zimne, i ani na moment nie odwra­cał od niej wzroku. Zro­bił krok naprzód, a ona się cof­nęła. Za sobą miała tylko pasaż - co naj­mniej dwie­ście metrów rury, bez żad­nych roz­wi­dleń ani wyjść.

- Słu­chaj, Jerzy... Nie wiem, jak się tu dosta­łeś, ale Wyeth nie­długo zauważy, że znik­nę­łam. Tutaj aż się roi od samu­ra­jów. Nie dasz rady się stąd wydo­stać tak, żeby cię nie zła­pali.

Heisen odstą­pił o kilka kro­ków, by poło­żyć apa­rat krio­niczny na barze. Się­gnął pod płaszcz i z kie­szeni w pod­szewce wyjął fute­rał. Otwo­rzył go, nie patrząc.

- Jerzy! Jerzy, posłu­chaj mnie! Jestem pewna, że można cię prze­pro­gra­mo­wać. Znowu będziesz miał nor­malne życie. Będziesz tylko przed samym sobą odpo­wia­dał.

Wsu­nął dłoń w ręko­jeść poje­dyn­ko­wego noża z sze­ro­kim ostrzem. Ten typ pre­fe­ro­wali nie­grzeczni chłopcy, ponie­waż prak­tycz­nie nie­moż­liwe było, by w walce takie skrzy­żo­wa­nie szty­letu z kaste­tem wypu­ścić z ręki.

Uśmiech­nął się zimno i mach­nął w jej stronę.

- O, szlag...

Rebel odsko­czyła. Chwy­ciła luźną połę płasz­cza i owi­nęła nią przed­ra­mię. Zyskała tym coś w rodzaju tar­czy. W kapry­śnym, wariacko entu­zja­stycz­nym zaka­marku umy­słu czuła się jak wytworny kawa­ler z rene­sansu. Tak prze­cież wiele wie­ków temu wal­czyli w Hisz­pa­nii, w Rzy­mie czy w Gre­cji pod­czas śmier­tel­nych bójek w zauł­kach.

Oczy­wi­ście mieli też wła­sną broń.

Heisen nastę­po­wał powoli; mimo prze­wagi miał zapro­gra­mo­waną ostroż­ność w walce. Dwa razy udał atak, wypro­wa­dza­jąc pchnię­cie na twarz, a potem w brzuch; obser­wo­wał, jak wysuwa rękę, by je chro­nić. Jego ruchy były płynne, kon­tro­lo­wane, groźne, nato­miast reak­cje Rebel gwał­towne i ner­wowe z powodu spie­nio­nej fali stra­chu, jaka pły­nęła w jej żyłach, tań­czyła za oczami, kwa­śno sma­ko­wała w ustach.

Była już wła­ści­wie poko­nana.

Jego uśmiech znik­nął i przez moment sta­nął w abso­lut­nym bez­ru­chu. A potem pochy­lił się naprzód, pchnął w lewo, by odcią­gnąć osłonę ręki, a potem ciął z boku w dół, w odsło­niętą część krtani.

Rebel odsko­czyła, ude­rza­jąc bokiem o ścianę. Pie­kące, gorące ostrze noża prze­je­chało z boku po ciele, led­wie naru­sza­jąc skórę i kre­śląc naj­cień­szą z moż­li­wych linię na żebrach. Rebel ode­pchnęła się od ściany; cały bok pło­nął bólem. Cof­nęła się chwiej­nie. Heisen sunął naprzód, a jego oczy były śmier­tel­nie spo­kojne.

Coś twar­dego ude­rzyło Rebel w plecy - kra­wędź baru. Ide­al­nie, pomy­ślała. Jedyny kant w całym pie­kiel­nym pasażu, a ja musia­łam na niego wpaść... A potem jej ple­ców dotknęło lekko coś gład­kiego, meta­licz­nego i chłod­nego.

Zamra­żacz...

Szyb­kim ruchem porwała go zza sie­bie i wysu­nęła w stronę Heisena, obu­rącz ści­ska­jąc uchwyt. Heisen cof­nął się o krok.

Kło­pot pole­gał na tym, że nie­ła­two było utrzy­mać zamra­żacz przed sobą. Był ciężki, Rebel drżały ręce, i gdyby Heisen nie był tak wście­kle szybki, pew­nie spró­bo­wa­łaby rzu­cić mu go na nogę.

Pod pal­cem wyczuła wbu­do­wany w uchwyt spust. Co ozna­czało, że jeśli zdoła go skło­nić, by wsu­nął rękę do apa­ratu, może go poko­nać.

Ale poza tym zamra­żacz słabo się nada­wał na broń.

Będę musiała nim rzu­cić, myślała Rebel. Mach­nąć od dołu, tra­fić go w szczękę, poła­mać parę zębów. Potem wyrwać nóż, a samego Heisena przy­trzy­mać, aż przy­bie­gnie ochrona.

To był dobry plan. Miał wyso­kie szanse powo­dze­nia, dorów­nu­jące szyb­kiemu opa­no­wa­niu tele­por­ta­cji.

Widziała, jak Heisen napina mię­śnie. Spo­kój spły­nął na jego twarz.

Bły­ska­wicz­nym ruchem mach­nął nożem w górę, pchnię­ciem mor­dercy. Rebel mach­nęła apa­ra­tem w tamtą stronę i ktoś krzyk­nął za jej ple­cami. Heisen odru­chowo prze­su­nął wzrok powy­żej jej ramie­nia, by oce­nić intruza. I pod­czas tej sekundy nie­uwagi Rebel pchnęła zamra­żacz w dół, nakła­da­jąc go na wycią­gniętą rękę z nożem. Wdu­siła przy­cisk spu­stowy. Apa­rat stęk­nął w nie­mal bez­gło­śnym mecha­nicz­nym kaszl­nię­ciu.

Przez długą chwilę ona i Heisen stali nie­ru­chomo.

A potem Rebel odsu­nęła urzą­dze­nie. Zewnętrzna powierzch­nia parzyła, roz­grzana prze­two­rzoną ener­gią. Heisen spoj­rzał w dół. Ostroż­nie, deli­kat­nie dotknął ręki z nożem.

Roz­kru­szyła się.

Nóż i dłoń upa­dły na pod­łogę i strza­skały się na kawałki, pozo­sta­wia­jąc tylko rękę koń­czącą się nagle w środku pomię­dzy łok­ciem i prze­gu­bem. Rebel poczuła, jak słabną jej palce. Upu­ściła zamra­żacz. Nie mogła ode­rwać wzroku od ampu­to­wa­nej ręki; zda­wała się lśnić, nabrzmie­wać, cał­ko­wi­cie wypeł­niać pole widze­nia. Z tyłu sły­szała stac­cato bie­gną­cych stóp.

Heisen ock­nął się wtedy. Nie oka­zu­jąc bólu, oca­lałą ręką się­gnął pod płaszcz i wyjął nie­wielką czarną kulkę.

- Odsuń się - pora­dził gniew­nie i rzu­cił kulkę na odda­lony frag­ment ściany.

Samu­raje zbli­żali się już, gdy ściana eks­plo­do­wała na zewnątrz w ufor­mo­wa­nym roz­bry­zgu wody i szkła. Jeden z nich zła­pał i odcią­gnął Rebel, drugi - kobieta - pochy­liła się, by zaha­czyć Heisena piką. Heisen jed­nak prze­ska­ki­wał już przez wyrwany wła­śnie otwór i odla­ty­wał w głąb. Zawył wiatr i cisnął im w twa­rze czę­ścią try­ska­ją­cej wody. Powie­trze pach­niało solą i wszę­dzie leżały mokre pasma wodo­ro­stów. Po obu stro­nach pomo­stu zatrza­ski­wały się cięż­kie wrota bez­pie­czeń­stwa.

Rebel dostrze­gła jesz­cze Heisena, jak kozioł­kuje w powie­trzu, a jego płaszcz trze­po­cze sza­leń­czo. Potem pochło­nęła go ciem­ność.

- Ale bała­gan - mruk­nął samu­raj.

Kop­nął rzu­ca­jącą się rybę. Wiatr roz­wie­wał mu włosy.

Kiedy ją wypro­wa­dzali, Rebel z tru­dem powstrzy­my­wała się od pła­czu.

***

W oknie gra­ficz­nym w prze­strzeni uno­siła się migo­tliwa obrączka maszy­ne­rii. Setki robot­ni­ków Spójni peł­zały po jej powierzchni, mon­tu­jąc i usta­wia­jąc małe dysze ze sprę­żo­nym gazem. Tysią­cami lek­kich dmuch­nięć prze­miesz­czali pier­ścień, aż geo­de­zyjna zawi­sła nie­ru­chomo w samym jego środku. Dopiero teraz Rebel zdała sobie sprawę z jego roz­mia­rów - całe kilo­me­try śred­nicy, tak wielki, że naj­dal­sze czę­ści zda­wały się zani­kać w pustce.

- To nie wystar­czy - powie­dział Wyeth. - Chcę te pomiesz­cze­nia zabez­pie­czyć, i to zaraz. Rozu­mie­cie?

Spoj­rzał na wcho­dzącą do lobby Rebel i mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo. A potem dodał, zmie­nia­jąc wyso­kość głosu:

- Wysła­li­ście już mio­tły? Wia­try cichną, więc może bierzmy się do pracy.

W lobby tło­czyli się samu­raje, patrole wyru­szały we wszyst­kich kie­run­kach.

- O mało nie zgi­nę­łam - powie­działa Rebel. - Chwilę temu.

- Tak, wiem. Kiedy znik­nę­łaś, puści­łem przy­wry po zewnętrz­nej powierzchni she­ra­tona. Prze­chwy­ciły ostat­nie kilka minut waszej kon­fron­ta­cji. To nie powinno się zda­rzyć. Jak tylko poza­ła­twiam naj­waż­niej­sze sprawy, poto­czą się głowy. Nie ma uspra­wie­dli­wie­nia dla takiej wpadki ochrony.

Wzdłuż całej dłu­go­ści pier­ście­nia tran­zy­to­wego zamru­gały czer­wone świa­tełka ostrze­gaw­cze. Jak jeden, robot­nicy Spójni odbili się od jego powierzchni i w akro­ba­tycz­nym uni­sono pomknęli do wnę­trza, niczym oglą­dany przez kalej­do­skop wir poma­rań­czo­wych płat­ków. Dzie­siąt­kami i dwu­dziest­kami chwy­tali się za ręce i byli zbie­rani przez nad­la­tu­jące promy.

Kon­stan­cja poja­wiła się jakby zni­kąd, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach.

- Naprawdę ład­nie to wygląda - uznała. - Cał­kiem jak taniec.

Wyeth nie pod­niósł głowy.

- Nie aż tak ład­nie, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, czemu są tak ide­al­nie sko­or­dy­no­wani.

Zamru­gała.

- Och, wręcz prze­ciw­nie. Kiedy sobie wyobra­zimy te zło­żone kształty, jakie przy­bie­rają ich myśli, te men­talne struk­tury zbyt roz­le­głe i ogromne, by pomie­ścił je jeden umysł... to może być źró­dłem pokory, prawda? - A kiedy Wyeth nie odpo­wia­dał, mówiła dalej: - Spój­nia jest o cały ewo­lu­cyjny etap przed nami, w sen­sie bio­lo­gicz­nym. Jest jak... jak orga­nizm ula. Jak żeglarz por­tu­gal­ski, kiedy setki maleń­kich orga­nizmów łączą się w jedno stwo­rze­nie o kilka rzę­dów wiel­ko­ści wyżej zor­ga­ni­zo­wane niż dowolny z jego ele­men­tów.

- Moim zda­niem to ewo­lu­cyjny krok w dół. Tam, gdzie ludzki umysł two­rzy przy­naj­mniej jedną oso­bo­wość na ciało, Spój­nia połą­czyła wszyst­kie swoje oso­bo­wo­ści w jedną jaźń. Na Ziemi około czte­rech miliar­dów osób zostało poświę­co­nych, by powstał jeden wielki mgła­wi­cowy umysł. To nie jest wzbo­ga­ce­nie, ale zubo­że­nie. To naj­więk­szy poje­dyn­czy akt znisz­cze­nia w histo­rii ludz­ko­ści.

- Czy nie widzi pan piękna tego umy­słu? Gigan­tyczny, nie­wy­obra­żal­nie zło­żony, nie­mal boski?

- Widzę, jak cała popu­la­cja ojczy­stej pla­nety ludzi została zre­du­ko­wana do sta­tusu roju psz­czół. Bar­dzo wiel­kiego roju, przy­znaję, ale to na­dal owady.

- Nie zga­dzam się.

- Wła­śnie widzę - odparł chłodno Wyeth. - I będę o tym pamię­tał, madam. - Świa­tełka wskaź­ni­ków na pier­ście­niu tran­zy­to­wym mru­gały w szyb­kim ryt­mie. - Widzisz to? - Zwró­cił się do Rebel. - Uzbro­ili ładunki wybu­chowe.

Kon­stan­cja wyraź­nie się zdzi­wiła.

- Jak to wybu­chowe? Po co?

Promy wolno spły­wały do geo­de­zyj­nej. Przed nimi zespół próż­niow­ców mon­to­wał śluzę powietrzną. Przy­spa­wali ją do meta­lo­wej powłoki i roz­su­nęli zewnętrzną prze­słonę w chwili, kiedy nad­pły­nął pierw­szy trans­port. Usu­nęli napęd promu i zamie­nili go na dysze sprę­żo­nego powie­trza.

- Za chwilę wejdą do geo­de­zyj­nej, sir - powie­dział któ­ryś z samu­ra­jów.

- Niech Bóg ma was w opiece, jeśli choć jeden ze Spójni nie będzie zare­je­stro­wany, kiedy dotrą do she­ra­tona - ostrzegł ponuro Wyeth. Spoj­rzał na Kon­stan­cję. - Spój­nia nie chce, żeby­śmy badali ich tech­no­lo­gię, pani Moor­fields. Więc oczy­wi­ście zapro­gra­mo­wali pier­ścień na samo­znisz­cze­nie, gdy­by­śmy cze­go­kol­wiek spró­bo­wali. A że to zro­bili i że hel w pier­ście­niu jest tylko wyna­jęty, oczy­wi­ście nie spró­bu­jemy.

Prom wpły­nął w atmos­ferę wewnętrzną. Był zapa­ko­wany do pełna i pokryty Spój­nią w poma­rań­czo­wych ska­fan­drach: potrójną war­stwą przy­le­gali do zewnętrz­nej powłoki.

Pilot uru­cho­mił dysze i prom ruszył do she­ra­tona.

- Nie rozu­miem tej wza­jem­nej podejrz­li­wo­ści - oświad­czyła Kon­stan­cja. - No więc ludz­kość podzie­liła się na dwa gatunki. Minie dość czasu, a będzie ich tuzin, setka, tysiąc! Uwa­żam, że w kosmo­sie wystar­czy miej­sca dla wszyst­kich, panie Wyeth.

- Doprawdy?

Prom szy­bo­wał w stronę hote­lo­wego pier­ście­nia doku­ją­cego.

Wia­try nie­mal cał­kiem uci­chły, prócz tych gene­ro­wa­nych przez obrót samego she­ra­tona i przez dysze pod­trzy­mu­jące rota­cję. Mimo to sys­tem ste­ro­wa­nia sprę­żo­nym powie­trzem był dość nie­pre­cy­zyjny i prom zatrząsł się mocno, kiedy pilot zbyt ostro sko­ry­go­wał odchy­le­nie. Ści­śnięci robot­nicy Spójni zła­pali się moc­niej i wytrzy­mali - wszy­scy prócz jed­nego, który stra­cił chwyt i odpły­nął. Osob­nik przez chwilę dry­fo­wał spo­koj­nie, a potem szarp­nął się gwał­tow­nie i na wszyst­kie strony wystrze­liły kawałki hełmu. Trup szarp­nął się znowu, i znowu. Sze­ściu samu­ra­jów na ciśnie­nio­wych mio­tłach zbli­żyło się do niego.

- Widzi­cie tę ich broń? - spy­tał Wyeth. - To wia­trówki. Kaza­łem je zro­bić w zbior­ni­kach, w Kla­strze takie rze­czy są nie­le­galne, ale potrze­bo­wa­łem ich. Powłoka geo­de­zyjna jest za cienka dla broni lase­ro­wej, a klingi nie są dosta­tecz­nie szyb­kie.

- Zabił pan czło­wieka! - krzyk­nęła Kon­stan­cja.

- To nie jest zabawa. - Samu­raje odho­lo­wali ciało. - Zapew­niam, że mia­łem ważne powody.

- To samo mówiłby Heisen - mruk­nęła Rebel.

Wyeth spoj­rzał na nią ostro, ale wtedy roz­su­nęły się drzwi windy i wpro­wa­dzono pierw­szą grupę Spójni. Skórę mieli zabar­wioną na ten sam kolor co ska­fan­dry; trudno byłoby zgu­bić w tłu­mie kogoś z nich. Ale Rebel zdu­miały nie ich krzy­kliwe kolory ani poje­dyn­czy długi war­kocz, który nosili wszy­scy - męż­czyźni i kobiety - ale fakt, że każda twarz była inna. Nie spo­dzie­wała się tego. Cho­ciaż myśleli, żyli, poru­szali się tak samo i tak samo byli czę­ściami więk­szego umy­słu, to jed­nak każdy miał twarz indy­wi­du­al­nej ludz­kiej istoty.

I w jakiś spo­sób to tylko spo­tę­go­wało grozę.

Grupa prze­szła poje­dyn­czą kolumną, nie­któ­rzy z zamknię­tymi oczami, inni roz­glą­da­jąc się z cie­ka­wo­ścią. Ich implanty radio­ko­mu­ni­ka­cyjne były nie­wi­doczne, dla bez­pie­czeń­stwa zaszyte głę­boko w cia­łach. Pro­wa­dząca wyszła nagle z szyku i skie­ro­wała się do Wyetha. Dwójka samu­ra­jów natych­miast ruszyła za nią z obu stron.

Wyeth uniósł głowę i cze­kał.

- Potrze­bu­jemy tere­nów do ćwi­czeń, by utrzy­mać te ciała w for­mie - oznaj­miła kobieta. - Poza tym metal w tej struk­tu­rze działa jak słaba klatka Fara­daya. Przez wszyst­kie rejony miesz­kalne powi­nien być prze­cią­gnięty trój­ak­sjalny kabel z lokal­nymi wej­ściami rek­teny.

Wyeth kiw­nął głową.

- Ponadto stra­ci­li­śmy jedno z naszych ciał. Wasze for­ma­cje ochrony je zabiły.

- I co?

- Zie­mia zakłada, że koszt mate­ria­łów kon­sump­cyj­nych zosta­nie obni­żony o odpo­wiedni uła­mek pro­centa - powie­działa. - Ponie­waż nie będzie mogła ich skon­su­mo­wać.

- Dopil­nuję tego.

Kobieta dołą­czyła na końcu swo­jej kolumny. Kiedy znik­nęła pierw­sza grupa, wrota windy otwo­rzyły się i weszła kolejna dwu­dziestka. Wyeth uśmiech­nął się kwa­śno.

- Cudow­nie, prawda? Kla­ster tak bar­dzo chce się pozbyć tej ekipy, że pakują ich o rzut kamie­niem od dwu­dzie­stu paru miast zbior­ni­ko­wych. Wystar­czy, że pięć­dzie­się­ciu tych typów prze­do­sta­nie się do zbior­ni­ków, a cała armia ich stam­tąd nie wyko­pie. W ciągu mie­siąca wszy­scy miesz­kańcy będą włą­czeni w ich gru­powy umysł.

- Jest pan uprze­dzony - uznała Kon­stan­cja. - Zie­mia to tylko inna forma, jaką może przy­jąć ludzka inte­li­gen­cja. A pan trak­tuje ją jak nie­przy­ja­ciela.

- Bo jest nie­przy­ja­cie­lem, pani Moor­fields. Jest naj­gor­szym wro­giem, jakiego zna ludzka rasa, z moż­li­wym wyjąt­kiem tej odmiany głu­poty, która każe nam wie­rzyć, że możemy doga­dać się z Zie­mią i nie spło­nąć. A jedy­nym, co staje prze­ciwko nim, jestem ja. I raczej wszyst­kich ich zoba­czę mar­twych i w pie­kle, niż choćby jed­nego wypusz­czę na swo­bodę.

Kon­stan­cja odwró­ciła się obu­rzona i wyszła. Wyeth oparł dło­nie o kra­wędź biurka i pochy­lił się do przodu. Patrzył na prze­cho­dzącą obok Spój­nię, a jego oczy były jak roz­ża­rzone węgle.

Rebel zadrżała.

***

Przez długą godzinę Spój­nia prze­cho­dziła przez lobby pod okiem czuj­nych, lecz uprzej­mych straż­ni­ków. For­mal­nie byli gośćmi, gdyż pła­cili za tran­zyt na orbitę Marsa. Dla­tego więc, przy wszyst­kich swo­ich klin­gach, pikach i pał­kach, samu­raje pro­wa­dzili swych pię­ciu­set pod­opiecz­nych cali w uśmie­chach i ukło­nach. Spój­nia oczy­wi­ście nie oka­zy­wała ani apro­baty, ani nie­za­do­wo­le­nia.

Na pier­ście­niu tran­zy­to­wym poja­wiły się kolejne świa­tła robo­cze, naj­pierw żółte, potem poma­rań­czowe.

- Jak to działa? - spy­tała Rebel.

Wyeth wzru­szył ramio­nami.

- Przede wszyst­kim nie mam bla­dego poję­cia o fizyce, i oczy­wi­ście nikt nie rozu­mie ziem­skiej fizyki; wyprze­dzają nas o setki lat. Mogła­byś mnie zapro­gra­mo­wać na dru­giego Miiko Ben-Yusufa, a i tak nie potra­fił­bym wytłu­ma­czyć, jak to działa. - Zmie­nił swój aspekt i wykrzy­wił usta w szel­mow­skim uśmieszku. - Ale mogę wygło­sić wykład dla idio­tów. Wyja­śniono mi, że pier­ścień obej­muje leżącą wewnątrz prze­strzeń i przy­śpie­sza ją. Real­nie prze­miesz­cza prze­strzeń w prze­strzeni, a wszystko, co leżało w tej prze­strzeni, pozo­staje w niej zanu­rzone i zabiera się razem z nią. Czyli: jeste­śmy tutaj i tutaj wciąż tkwimy, tyle że "tutaj" się prze­miesz­cza. Skut­kiem jest natych­mia­stowa szyb­kość. Pręd­kość bez przy­śpie­szania. W związku z tym nie ma żad­nych pro­ble­mów z bez­wład­no­ścią. Rozu­miesz?

- No... nie, prawdę mówiąc, nie.

- Ja też nie. - Roze­śmiał się, a świa­tełka na pier­ście­niu zmie­niły się na zie­lone. - Oj... ruszamy.

Rebel mimo­wol­nie chwy­ciła kra­wędź biurka.

Na ekra­nie pier­ścień tran­zy­towy razem z Lon­don­gra­dem, New High Cam­den, aste­ro­idą i wszyst­kimi skład­ni­kami Kla­stra... znik­nął. Cał­kiem jakby ktoś starł go ze ściany, pozo­sta­wia­jąc tylko nie­zmienne gwiazdy.

- To było to? - upew­niła się Rebel.

- Nie ma czego oglą­dać, prawda?

- A co się teraz sta­nie z tym pier­ście­niem? Czy Kla­ster może go zacho­wać?

- Chcie­liby! Nic z tego. Pier­ścień sam się zde­mon­tuje. Potem ochrona Kla­stra zacznie ana­li­zo­wać kawałki i zasta­na­wiać się, jak do sie­bie pasują. I oczy­wi­ście nic im z tego nie wyj­dzie. Spój­nia jest bar­dzo dobra w sys­te­mach cyber­ne­tycz­nych.

Zer­k­nął na wskaź­niki i wyraz jego twa­rzy zmie­nił się.

- Słu­chaj, mam teraz masę roboty. Może byś obej­rzała swój pokój, tro­chę się prze­spała? Jutro rano możemy zapla­no­wać stra­te­gię, dobrze?

- Dobrze. - Ruszyła do windy, ale zatrzy­mała się jesz­cze. - Wyeth? Prze­stra­szy­łeś się, kiedy Heisen pró­bo­wał mnie zabić?

- Nie­spe­cjal­nie. Mia­łem w rejo­nie samu­ra­jów. A dla­czego?

- Nie, nic. Dro­biazg.

***

W gór­nym pier­ście­niu, gdzie Rebel miała pokój, zebrali się post­pro­gra­mowi samu­raje, pier­roci i pier­retty oraz ludzie z innych typów obsługi. Byli w waka­cyj­nych nastro­jach: zry­wali owoce z ozdob­nych drzew, śmiali się i chla­pali w fon­tan­nach. Farba zaczy­nała się już roz­ma­zy­wać.

Ktoś otwo­rzył skrzynkę z papie­ro­wymi pta­kami i powie­trze wypeł­niło się bia­łymi trze­po­czą­cymi zabaw­kami, fru­wa­ją­cymi powoli w krę­gach, gdy roz­krę­cały się ich gumowe napędy. Pogrą­żona w melan­cho­lii Rebel szła mię­dzy roz­ba­wio­nymi ludźmi i tym razem nie pro­te­sto­wała, kiedy Maxwell objął ją ramie­niem w pasie i zrów­nał z nią krok.

- Sły­sza­łem, że pla­nują orgię w sadzawce z liliami wod­nymi - powie­dział. - Co ty na to?

- Za dużo ludzi jak dla mnie. Idę do swo­jego pokoju. - Po czym dodała, świa­doma już, że to zły pomysł, ale koń­czyły się jej te dobre: - Masz ochotę iść ze mną?

Pokój był typo­wym luk­su­so­wym owa­lem, z odsu­nię­tym od środka łóż­kiem oraz pro­gra­mo­wa­nymi ścia­nami i sufi­tem. Roze­brali się i prze­wró­cili na poma­rań­czowo-czer­woną kapę, wcze­śniej rzu­ca­jąc płasz­cze na poko­jowy moni­tor. Potem, kiedy Rebel pole­ciła ścia­nom, by w cza­sie rze­czy­wi­stym wyświe­tlały zewnętrzny gwiezdny pej­zaż, Maxwell nakrę­cił mocno wszyst­kie ptaki i wypu­ścił je jed­nego po dru­gim.

Pokryte kapą łóżko uno­siło się wśród gwiazd, a papie­rowe ptaki brzę­czały cicho w górze, kiedy się kochali. Na początku Rebel usia­dła na Maxwellu i wyko­ny­wała całą pracę, odpy­cha­jąc jego ręce, kiedy tylko do niej się­gał. Potem, kiedy był już dobrze roz­grzany, opu­ściła się na niego, a on chwy­cił ją szorstko i prze­to­czył na wierzch. Ude­rzał niczym jakaś maszyna, nie­zna­jący zmę­cze­nia seks-robot. Odwró­ciła głowę w bok, wpa­tru­jąc się w two­rzącą Drogę Mleczną nie­skoń­czo­ność maleń­kich kolo­ro­wych gwiazd.

Seks w gra­wi­ta­cji był przy­jemny. Nie musiała bez­u­stan­nie pamię­tać, gdzie jest, bez­u­stan­nie zmie­niać uchwy­tów. Połowa roboty wyko­ny­wała się sama. Na doda­tek czuła na sobie dobry, solidny cię­żar, co także było przy­jemne.

Teraz prze­cho­dziła poprzez namięt­ność do chłod­nego, obo­jęt­nego spo­koju, do wznio­słego psy­chicz­nego pej­zażu, w któ­rym myśli nie wyra­żały się sło­wami, a były kry­sta­licz­nie czy­ste, jak zimne gór­skie powie­trze.

Tutaj, gdzie odczu­cia ciała były jak miłe mru­cze­nie w tle, osią­gnęła pokój z sobą. Czuła się pro­sta i nie­skom­pli­ko­wana. Łatwo było zaj­rzeć w sie­bie i wyszu­kać to bez­i­mienne nie­za­do­wo­le­nie, które gry­zło ją od jakie­goś czasu, tę ukrytą tru­ci­znę, jakiej nie potra­fiła wyizo­lo­wać w bez­u­stan­nym gwa­rze nor­mal­nych myśli.

Wszy­scy cze­goś od niej chcieli. To było czę­ścią pro­blemu. Deut­sche Naka­sone chciało jej per­sony, a Jerzy Heisen chciał jej śmierci. Snow i reszta jej siatki też chcieli zare­je­stro­wać jej per­sonę. A Wyeth chciał ją wyko­rzy­stać jako przy­nętę, by prze­chwy­cić i znisz­czyć siatkę Snow. Według niego wszy­scy byli zdraj­cami, któ­rzy zaprze­dali się Spójni i słu­żyli inte­re­som Ziemi. To miało sens, jeśli czło­wiek pamię­tał, jak mocno się zagłę­bili w dozna­nia maszy­no­wego kon­taktu; chcie­liby pew­nie osią­gnąć osta­teczne zespo­le­nie umy­słu i maszyny. Ale w całym tym gąsz­czu pra­gnień to Wyeth nie­po­koił ją naj­bar­dziej. Wyko­rzy­sty­wał ją. Z jakie­goś powodu drę­czyło ją to nawet bar­dziej niż nie­dawna próba zabój­stwa.

Maxwell poru­szał się teraz szyb­ciej i tra­cił rytm, zbli­ża­jąc się do orga­zmu. Ale odpo­wiedź leżała już w zasięgu Rebel, która może wola­łaby jej nie znać, ale była cał­kiem wyraźna.

Fakty były takie, że to nie Maxwella chcia­łaby mieć w sobie. Pra­gnęła Wyetha, i to nie tylko na kilka inten­syw­nych godzin w łóżku. Zako­chi­wała się w tym czło­wieku, w tym obcym czwo­ro­ścien­nym umy­śle i całej resz­cie, a cho­ciaż było to cał­kiem głu­pie - jaką mogli mieć wspólną przy­szłość? - jej emo­cje były nie­roz­sądne i bez­względne.

I do kogo mogłaby zgła­szać pre­ten­sje?

Maxwell wypro­sto­wał plecy, zaci­snął powieki i krzyk­nął bez­gło­śnie. Nie­mal z roz­tar­gnie­niem Rebel pod­nio­sła ręce i ści­snęła mu policzki, mocno wbi­ja­jąc paznok­cie w skórę. Wszyst­kie papie­rowe ptaki były już na pod­ło­dze.

A potem Maxwell leżał obok niej, spo­cony i zdy­szany.

Przez długi czas mil­czeli. Póź­niej wysłała Maxwella po jedze­nie, a on wró­cił z kra­ker­sami, pla­strami sma­żo­nego słod­kiego ziem­niaka i poma­rań­czami z drzew w holu. Zanim zje­dli, znów był zain­te­re­so­wany.

- Masz ochotę na drugi raz? - zapy­tał.

- Chyba tak.

A potem znów została sama ze swymi myślami. Zako­chana w Wyethu. Ale się poro­biło... Co za pie­przony chaos...

6. orchidea

6

Orchi­dea

Kiedy świa­tła she­ra­tona prze­zie­le­niały od błę­kit­nego odcie­nia wie­czoru do żół­ta­wego świtu, Rebel wyko­pała Maxwella za drzwi i poszła się spo­tkać z Wyethem.

Cią­gnąc za sobą eskortę pię­ciu samu­ra­jów, prze­le­cieli na mio­tłach do geo­de­zyj­nej. Włosy i płaszcz powie­wały za nią i czuła się jak elż­bie­tań­ska dama pędząca z orsza­kiem na łowy; ilu­zję pogłę­biały jesz­cze kamery dozoru, szy­bu­jące w pew­nym odda­le­niu i prze­ka­zu­jące infor­ma­cję do ochrony. Tyle że zbior­niki sprę­żo­nego powie­trza wychła­dzały się w miarę użyt­ko­wa­nia i po chwili sio­dełko stało się nie­przy­jem­nie zimne.

Prze­mknęli przez zewnętrzne pasma orchi­dei, gdzie gąsz­cze powietrz­nych korzeni przy­trzy­my­wały obsy­dia­nowe kule wody, więk­sze niż jej głowa; zwal­nia­jąc, skie­ro­wali się w głąb rośliny. Łodygi rosły gęściej, w miarę jak zagłę­biali się w labi­rynt poro­śli epi­fitu. Roz­kwitł, a wiel­kie bio­lu­mi­ne­scen­cyjne kwiaty sączyły w mroku łagodne magiczne świa­tło. Było raczej zamglone, nie tak jak pełny blask świa­tłonośnych alg w domu, ale raczej jak okre­sowe pory nocne, kiedy algi wymie­rały.

W końcu dotarli do spo­rej polany głę­boko we wnę­trzu rośliny i zatrzy­mali mio­tły.

- Dasz się namó­wić na pro­gra­mo­wa­nie sztuk walki? - spy­tał Wyeth. - Bar­dzo pro­ste. Zaj­mie naj­wy­żej pięć minut, przy mini­mal­nych zmia­nach oso­bo­wo­ści.

- Nie. Nie mam ochoty, żeby ktoś grze­bał przy moim umy­śle.

Wes­tchnął.

- Wiesz, musisz być w sta­nie się obro­nić. W tej sytu­acji musimy cię repro­gra­mo­wać w sta­rym stylu, z instruk­to­rem i dłu­gimi ćwi­cze­niami. Wyniki są te same, tyle że bar­dziej się trzeba napo­cić. Tre­ece...

Krępy, niski, podobny do trolla samu­raj zsu­nął się z mio­tły i teraz uno­sił się przy niej, doty­ka­jąc ręką sio­dełka. Miał sma­głą twarz i sze­ro­kie żabie usta.

- Naucz ją - pole­cił Wyeth.

Tre­ece odpiął z ple­ców dwa kije i jeden wrę­czył Rebel. Zsia­dła i chwy­ciła go.

Oboje przy­wią­zali płasz­cze do sio­de­łek i ode­pchnęli mio­tły.

- No dobrze - rzu­cił Tre­ece. - Spró­buj mnie ude­rzyć.

Rebel zmie­rzyła wzro­kiem niskiego śnia­dego męż­czy­znę i zaata­ko­wała szybko i mocno, odsu­wa­jąc prze­ciwne ramię, by zapa­no­wać nad dry­fem. Nie zasko­czyło jej, kiedy Tre­ece wysu­nął się spod ciosu - był prze­cież instruk­to­rem - ale naprawdę się zdzi­wiła, kiedy swoim kijem ude­rzył w jej kij, tuż przy uchwy­cie, a ta dodat­kowa ener­gia spra­wiła, że zaczęła kozioł­ko­wać.

- Pierw­sza lek­cja - stwier­dził Tre­ece. - Krę­cisz się teraz w kółko wokół jed­nego punktu w twoim ciele. To twój śro­dek masy.

- Wiem prze­cież! - zawo­łała gniew­nie Rebel. Wola­łaby, żeby Wyeth się temu nie przy­glą­dał. Sku­piła się na powstrzy­ma­niu zawro­tów głowy. - Dora­sta­łam w nie­waż­ko­ści.

- Ja dora­sta­łem w gra­wi­ta­cji. Ale to nic nie daje prze­ciwko komuś z wpro­gra­mo­wa­nym judo. - Pozwa­lał jej wiro­wać. - Otóż ten śro­dek masy jest bar­dzo istotny. Po pierw­sze, kiedy zakrę­cisz kimś wokół tego punktu, jego sku­tecz­ność bar­dzo się zmniej­szy. Pchnię­cia i zasłony nie będą tak czy­ste, jak by mogły być.

Wycią­gnął swój kij, a Rebel chwy­ciła go i usta­bi­li­zo­wała pozy­cję.

- Po dru­gie, zawsze powin­naś pamię­tać, by ude­rzać w śro­dek masy. - Czub­kiem kija szturch­nął jej kij. - Sama możesz się prze­ko­nać. Jaki jest jedyny punkt w ciele, któ­rego nie możesz poru­szyć, kiedy się uno­sisz? To twój śro­dek masy. Zostaje na miej­scu. - Znów ją szturch­nął. - Spró­buj. Odsuń się od tego.

Rebel bły­ska­wicz­nie mach­nęła kijem w przód, ude­rza­jąc obu­rącz o jego broń z trza­skiem, od któ­rego zapie­kły dło­nie. Siła reak­cji rzu­ciła ją nad jego głową, a prze­la­tu­jąc, spró­bo­wała ude­rzyć go w czaszkę. Tre­ece uniósł swój kij, a paro­wa­nie i zaczep znowu usta­wiły oboje w sta­bil­nych pozy­cjach wzglę­dem sie­bie.

- Abso­lut­nie słusz­nie - powie­dział. - Kiedy się uno­sisz, wszel­kie poważ­niej­sze ruchy pocho­dzą od two­jego prze­ciw­nika.

Wszy­scy samu­raje dry­fo­wali w jed­nej płasz­czyź­nie, respek­tu­jąc kon­sen­su­alny hory­zont. Tre­ece prze­krę­cił się głową w dół i patrzył na nią kpiąco.

- W rezul­ta­cie dotknię­cie prze­ciw­nika jest rów­no­cze­śnie źró­dłem oka­zji, jak i naj­więk­szym zagro­że­niem. Podaj rękę.

Rebel wycią­gnęła ją, a on natych­miast chwy­cił ją w nad­garstku, prze­cią­gnął się do barku i ści­snął jej gar­dło mię­dzy kijem i przed­ra­mie­niem.

- Mógł­bym ci tak skrę­cić kark. Kiedy pozwo­lisz się dotknąć, wysta­wiasz się na atak. Ale nie doty­ka­jąc prze­ciw­nika, niczego nie osią­gniesz. - Odsu­nął się i uśmiech­nął kwa­śno. - Dla­tego to jest sztuka.

Wyeth sie­dział na sio­dełku odchy­lony do tyłu, z zamknię­tymi oczami, i przez komu­ni­ka­tor w dysku adhe­zyj­nym kie­ro­wał swoim kie­szon­ko­wym impe­rium. Teraz otwo­rzył oczy.

- To naj­zgrab­niej­szy para­dyg­mat manew­rów poli­tycz­nych, jaki w życiu sły­sza­łem - stwier­dził.

Rebel zaczęła odpo­wia­dać i pra­wie nie usły­szała świ­stu kija instruk­tora. Led­wie zdą­żyła odpa­ro­wać atak.

- Żad­nych poga­du­szek - wark­nął Tre­ece. - Zresztą skoń­czy­li­śmy już z gada­niem. Koniec z teo­rią, koniec z papla­niem, a tylko nudne, powta­rzane w kółko ćwi­cze­nia. Przez resztę dnia dzi­siej­szego i w następ­nych, dopóki tego nie opa­nu­jesz, będzie tylko pot i ciężka praca.

Długo potem spoj­rzał zde­gu­sto­wany i splu­nął do orchi­dei.

- Wystar­czy. Jutro o tej samej porze.

Któ­ryś samu­raj pod­pro­wa­dził jej mio­tłę. Rebel była zmę­czona, ale przy­jem­nie zmę­czona. Czuła każdy swój mię­sień.

Na szczę­ście Eucra­sia utrzy­my­wała ciało w nie­złej for­mie.

Prze­le­cieli na samą gra­nicę orchi­dei i zatrzy­mali się. Wyeth przy­cu­mo­wał mio­tłę do powietrz­nego korze­nia, Rebel zro­biła to samo, a ochrona odda­liła się, posze­rza­jąc patro­lo­wany obszar.

Wyeth ruszył wzdłuż gru­bego pnia, nie­zręcz­nie szu­ka­jąc chwy­tów. Rebel szła za nim z więk­szą gra­cją. Po chwili dotarli na kra­niec gęstwiny, ucię­tej tak nagle jak w miej­scu, gdzie las kli­mak­sowy prze­cho­dzi w tra­wia­ste rów­niny. W ciem­no­ści dale­kie regiony rośliny atmos­fe­rycz­nej przy­po­mi­nały smugi jaśnie­ją­cych chmur. Samotny i jasny, she­ra­ton wiro­wał jak młyń­skie koło. Jego świa­tła teraz prze­su­nęły się ku czer­wieni, były nie­mal poma­rań­czowe, jak w połu­dnie. Sre­brzy­ste bły­ski wokół niego były ludźmi, śmi­ga­ją­cymi tam i z powro­tem niczym jętki.

Po chwili Wyeth ode­zwał się:

- Pierw­szy raz w życiu kie­ruję pracą ludzi. Zawsze byłem raczej samot­nym wil­kiem.

Rebel patrzyła na niego, nie wie­dząc, co powie­dzieć. W końcu zde­cy­do­wała się na mierny żart.

- Raczej jak samotna wil­cza wataha, nie?

- Chyba tak.

Znów cisza.

- Jak to jest? - spy­tała Rebel. - Mieć cztery per­sony?

- No wiesz... Kiedy nie jestem w uży­ciu, to wła­ści­wie nic nie robię, mam tylko pasywną świa­do­mość wła­snego ist­nie­nia. Widzę, co się dzieje. To tak, jakby czte­rech nas stało wokół bar­dzo małej sceny, któ­rej śro­dek jest jasno oświe­tlony. Obser­wu­jemy wszystko, co się dzieje, sły­szymy wszystko, czu­jemy wszystko, ale nic nie robimy, dopóki nie wej­dziemy w świa­tło. Kiedy cze­kamy w ciem­no­ści, nie­wiele nas obcho­dzi. Cza­sami wszy­scy sta­jemy w świe­tle, a... - głos zmie­nił mu się lekko - ...cza­sami stoi dwóch, ale jeden się nie odzywa. Jesz­cze pół godziny moni­to­ringu i można się zwi­jać. - Głos zmie­nił się znowu. - To był mój aspekt wojow­nika. W tej chwili kie­ruje ochroną w she­ra­to­nie. W ten spo­sób ja mogę swo­bod­nie uży­wać ciała.

- To dzi­waczne - stwier­dziła Rebel. - To, jak zmie­nia ci się głos. Bo chyba nie musisz mówić gło­śno, żeby się ze sobą poro­zu­mie­wać? Zna­czy chyba wystar­czy, że pomy­ślisz, a dotrze to do pozo­sta­łych?

- Nie. Muszę to powie­dzieć, a przy­naj­mniej sub­wo­ka­li­zo­wać, ponie­waż... Widzisz, to przede wszyst­kim wła­śnie myśli sta­no­wią per­sonę. Są archi­tek­turą, defi­niują kształt i formę jej ist­nie­nia, gdzie się zaczyna i gdzie odcho­dzi. Nie możemy bez­po­śred­nio współ­dzie­lić swo­ich myśli...

- ...nie roz­bi­ja­jąc samej per­sony - dokoń­czyła Rebel. - Tak, fak­tycz­nie, wtedy zla­łyby się w jedno, jak sty­ka­jące się jajeczka po prze­bi­ciu mem­brany.

- Wie­dza Eucra­sii wyraź­nie do cie­bie powraca.

Rebel odwró­ciła wzrok.

- Nie wiem, czemu tak lekko o tym mówisz. To tak, jakby... Czuję te wspo­mnie­nia ota­cza­jące mnie, przy­gnia­ta­jące... Wszyst­kie należą do niej i żadne do mnie, i czuję, że zaczy­nają na mnie wpły­wać, wiesz? Mam wra­że­nie, że zmie­niają mnie, upo­dab­niają do niej... - Z tru­dem powstrzy­mała mroczny odruch, by roz­pła­kać się bez­rad­nie. - Cza­sem wydaje mi się, że wszyst­kie te wspo­mnie­nia wzbiorą nagle i zato­pią mnie.

Wyeth dotknął jej ramie­nia.

- Twoja per­sona to tylko maska - powie­dział gło­sem twórcy wzor­ców. - W osta­tecz­nym roz­ra­chunku nie ma zna­cze­nia. Ty, twoja istota, twoja jaźń są tutaj, w gra­ni­cach two­jej czaszki i ciała.

Znowu zadrżała od jego dotyku i odwró­ciła się do niego. A potem było jak na tych ćwi­cze­niu walki, kiedy trzeba wspiąć się po ramie­niu prze­ciw­nika - wszystko wyda­rzyło się w jakimś sza­leń­czym momen­cie, zbyt szybko na myśle­nie. Ręce Wyetha przy­ci­snęły ją mocno do jego ciała i zaczęli się cało­wać. Pra­gnęła go tak roz­pacz­li­wie, że nie mogła zro­zu­mieć, dla­czego to on się­gnął do niej pierw­szy.

- Chodź. - Wyeth pocią­gnął ją z powro­tem do orchi­dei, w jakieś mroczne i osło­nięte miej­sce. Zsu­nął jej płaszcz z ramion i odło­żył go na bok. Dło­nie prze­su­nęły się po jej ciele, odwi­nęły prze­pa­skę łonową... Przy­ci­snął twarz do boku jej szyi.

- Cze­kaj - rzu­ciła Rebel. - Chcę tego wiel­kiego.

Spoj­rzał na nią zdzi­wiony.

- Aspektu wojow­nika. Chcę się z tobą kochać, kiedy jesteś wojow­ni­kiem.

***

Póź­niej Rebel pole­ciała na prze­jażdżkę z bła­znem. Śmiali się i żar­to­wali, lata­jąc bez żad­nego kon­kret­nego celu.

- Będziesz musiała zre­zy­gno­wać z tych irra­cjo­nal­nych uprze­dzeń wobec psy­cho­pro­gra­mo­wa­nia - oświad­czył z uśmie­chem Wyeth. - To uży­teczne narzę­dzie. Gdyby moja druga per­sona nie kie­ro­wała she­ra­to­nem, nie mógł­bym tu teraz być i hulać razem z tobą.

Tro­chę dalej tra­fili na festyn w miej­scu, gdzie orchi­dea rosła naj­bli­żej zbior­ni­ków. Wła­ści­wie było to jedno dłu­gie pną­cze, wyplą­tane i przy­wią­zane do śluzy. Uczest­nicy prze­su­wali się wzdłuż niego do wycię­tej wewnątrz rośliny polany. Z zewnątrz przy­po­mi­nała uwię­zioną w gąsz­czu cha­otyczną zbie­ra­ninę budek i sza­ła­sów.

W środku jasno było od kwia­tów i łań­cu­chów papie­ro­wych lam­pio­nów. Wokół prze­my­kali miesz­kańcy zbior­ni­ko­wych mia­ste­czek w płasz­czach tak krzy­kli­wie barw­nych jak ćmy w dżun­gli. Powią­zane pasma impul­sowo wysu­szo­nych pną­czy two­rzyły klatki do walk, stra­gany astro­lo­gów i odwra­ca­czy pecha, labi­rynty zako­cha­nych, koła szczę­ścia i lady han­dla­rzy. Rze­mieśl­nicy malo­wali panele dla karu­zel, two­rząc kró­lów, byki, kosmo­loty i mrocz­nych żni­wia­rzy.

Przy głów­nej bra­mie trwał wła­śnie poje­dy­nek na kije. Wcho­dząc, samu­raje spoj­rzeli zacie­ka­wieni.

- Popatrz! - Wyeth pocią­gnął Rebel do budy, gdzie chętni mogli rzu­cać wod­nymi kulami w sie­dzą­cego w pew­nej odle­gło­ści klauna. - Daj­cie trzy!

Pierw­szą pchnął za mocno i roz­pa­dła się w drobne kro­ple, które jak deszcz prze­le­ciały wokół klauna. Ten naśmie­wał się gło­śno, a Wyeth rzu­cił znowu. Tym razem kula eks­plo­do­wała na twa­rzy klauna w tysiące małych kule­czek.

- To było przy­jemne...

Kiedy naga­niacz pchnął w jego stronę ostat­nią kulę, Wyeth mru­gnął do klauna i roz­bił ją o wła­sną twarz. Widzo­wie zaśmiali się zasko­czeni. Z dala od papie­ro­wych lam­pio­nów ich oczy były mroczne, ich twa­rze jak blade maski.

Wyeth i Rebel prze­szli obok pro­stych gier, loso­wych, choć usta­wio­nych, do han­dla­rzy sprze­da­ją­cych dżemy i sło­dy­cze, rzeź­bio­nych w drew­nie astro­nau­tów, kolo­rowe sło­miane lalki i ludzi­ków w becz­kach.

- Tutaj! - wrzesz­czał naga­niacz. - Tak, tak, tak!

Rebel kupiła cukrową czaszkę i wgry­zła się w nią, a z oczo­dołu wypły­nął czer­wony żel. Przez chwilę patrzyła wystra­szona, ale zaraz się roze­śmiała.

Oglą­dała srebrne dzwo­neczki z kokar­dami na palce stóp, kiedy nagle ogar­nął ją nie­po­kój. Pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła Wyetha trzy­ma­ją­cego błysz­czące jabłko wiel­ko­ści kok­taj­lo­wego pomi­dora.

- Sie­dem godzin? - mówił Wyeth. - Sie­dem godzin Kla­stra za jabłko?

Han­dlarz był małym czło­wiecz­kiem o chu­dych, paję­czych rękach i nogach, z krzy­wym uśmiesz­kiem i obłą­ka­nym wzro­kiem ciem­nych oczu. Zaśpie­wał nagle:

Zbudź się i ock­nij, wytrzesz­czaj oczy,

Pomyśl, że gdzieś tam już dnieje.

A potem wystaw swój język na wierzch

I powiedz, co się dzieje!

Po czym zwró­cił się do Wyetha.

- Ale pło­chjabłko to nie jest zwy­czajny owoc, o nie. W sercu ma robaka.

- I co robi ten robak?

- Jak to? On je, mój panie. Je i wydala, aż uto­nie we wła­snym likwo­rze. - Wyjął jabłko z pal­ców Wyetha. - Musisz połknąć je w cało­ści: ogry­zek, pestki i ogo­nek. W ten spo­sób.

O czym ja śni­łem? Sceny jak sieczka,

Co ją dech wia­tru roz­wiewa,

Lecz wciąż me myśli w gło­wie łasko­czą

I brzuch od śmie­chu nabrzmiewa.

I znów prze­mó­wił nor­mal­nym tonem:

- Nazy­wam się Billy Beje­sus i miesz­kam sobie w drze­wie. Jeśli tam jesz­cze mnie nie ma, gdzie jestem, sam tego nie wiem. - Prze­stą­pił z nogi na nogę i prze­krę­cił się w powie­trzu.

Zdzi­wiony i zain­try­go­wany, Wyeth zwró­cił się do Rebel.

- Czy rozu­miesz coś z beł­kotu tego sza­leńca?

- Nie doty­kaj tego! Nie wiesz, co to są pło­chjabłka?

Wyeth sze­roko otwo­rzył oczy i pokrę­cił głową.

- Zmie­niają umysł. Sądząc po tym, co mówił, te tutaj to kie­run­kowe halu­cy­no­geny, ale pło­chjabłko można zapro­gra­mo­wać prak­tycz­nie do wszyst­kiego. Może ci dać dowolną umie­jęt­ność, dopro­wa­dzić do obłędu, przy­wró­cić zdro­wie psy­chiczne. Nie­które przy­go­to­wuje się tak, że negują się po kilku godzi­nach, inne są... trwałe. I na pewno lepiej nie wkła­dać takiego do ust, zanim się nie dowiesz, co robi.

- Naprawdę? Che­miczne psy­cho­pro­gra­mo­wa­nie? - Wyeth potarł pal­cem jasną skórkę, pod­niósł owoc do nosa, pową­chał ostroż­nie. - Jak to działa?

- Pło­chjabłko jest tylko matrycą. To robak jest prze­ro­biony zgod­nie z tym, jakich skut­ków się ocze­kuje. Jest zaka­żony wiru­sem, który... Kiedy śro­dek pło­chjabłka top­nieje, nastę­puje eks­plo­zywne namna­ża­nie wirusa i... - Zawa­hała się i urwała. - Nie. Nie pamię­tam. Kie­dyś wie­dzia­łam to wszystko, ale ucie­kło.

A jed­nak, tak wyczu­wała, było to w jakiś spo­sób nie­zwy­kle ważne.

- Ni­gdy wcze­śniej o nich nie sły­sza­łem. - Wyeth przyj­rzał się pło­chjabłku z bli­ska, podzi­wia­jąc pół­przej­rzy­stą skórkę, cukier­kowy czer­wony połysk, bli­ską pęk­nię­cia soczy­stość. - Cie­kawe, skąd pocho­dzą. Dla­czego nagle się tutaj poja­wiły?

Rebel bez­rad­nie pokrę­ciła głową.

- Masz ich ile...? Trzy skrzynki? - Billy Beje­sus uśmie­chał się pro­mien­nie. - Wezmę wszyst­kie. Tre­ece, załatw wszystko i dopil­nuj, żeby prze­nie­siono te jabłka do she­ra­tona.

Pod­ry­fo­wali dalej. Rebel zatrzy­mała się przy stra­ga­nie z biżu­te­rią i obej­rzała wysta­wione przy­pinki z sym­bo­lami reli­gij­nymi: gwiazdy, krzyże, swa­styki i tak dalej. Kupiła białą muszelkę i przy­pięła do koł­nie­rza płasz­cza.

- Teraz mogę zetrzeć tę farbę z twa­rzy - powie­działa. - Ludzie wezmą mnie za jakąś fana­tyczkę reli­gijną.

To dziwne, ale uczu­cie nie­po­koju drę­czyło ją moc­niej niż kie­dy­kol­wiek.

- Roz­sądna myśl. Cho­ciaż na twoim miej­scu spraw­dził­bym, co ozna­cza taka spinka. W przy­szło­ści może cię to uchro­nić przed kło­po­tliwą roz­mową.

Trzy­ma­jąc się za ręce, dry­fo­wali przed ogromną siat­kową kulą i oglą­dali walki kogu­tów, kiedy nagle Wyeth ode­zwał się swoim gło­sem przy­wódcy:

- Szlag... Chodźmy stąd, musimy wra­cać do she­ra­tona.

Pocią­gnął Rebel w stronę bramy. Ochrona zma­te­ria­li­zo­wała się wokół nich.

- Stało się coś? - spy­tała Rebel.

- Kon­stan­cja roz­ma­wia ze Spój­nią.

***

Przez całą drogę powrotną do she­ra­tona Rebel drę­czyło nie­po­ko­jące uczu­cie, że ktoś za nią podąża, że jakaś mgli­sta syl­wetka prze­myka wśród liści i pną­czy; i choć ni­gdy jej nie ma, kiedy Rebel ogląda się przez ramię, wraca natych­miast, kiedy tylko odwraca głowę. Tutaj, w jasno oświe­tlo­nych pomiesz­cze­niach kom­pleksu, wra­że­nie tro­chę osła­bło, choć nie znik­nęło cał­ko­wi­cie. Gdzieś tam był ktoś, kto ją śle­dził.

- Nie zna­leź­li­śmy ciała Heisena - przy­po­mniał Wyeth, kiedy mu o tym wspo­mniała. - Moż­liwe, że to on chce cię dostać. To jeden z dwóch powo­dów, dla któ­rych przy­dzie­li­łem ci stałą ochronę.

- A ten drugi?

- Za chwilę się nim zaj­miemy. - Zsu­nął z prze­gubu bran­so­letę, jedną z pary gru­bych pier­ścieni z inkru­sto­wa­nej sre­brem kości sło­nio­wej. - Weź to i załóż. Moni­to­ruje widmo elek­tro­ma­gne­tyczne.

Samu­raje odstą­pili na boki, kiedy Wyeth wkro­czył do głów­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej cen­tral­nego pier­ście­nia. Tutaj, pod holo­gra­ficz­nym nie­bem, na kra­wę­dzi czer­wono pola­kie­ro­wa­nego mostku sie­działa Kon­stan­cja, mocząc stopy w stru­myku ze zło­tymi ryb­kami. Obok stało kilku ze Spójni, słu­cha­jąc jej słów. Wokół, pośród przy­strzy­żo­nych krze­wów, krzą­tali się jej ludzie z narzę­dziami swych pro­fe­sji: fer­men­te­rami, spli­ce­rami sekwen­cji chi­me­rycz­nych, mikro­bio­lo­gicz­nymi bio­re­ak­to­rami i podob­nymi - demon­stru­jąc metody labo­ra­to­ryjne, a Spój­nia w iden­tycz­nych kom­bi­ne­zo­nach tło­czyła się wokół nich niczym obłoki poma­rań­czo­wej mgły.

Twarz Wyetha stward­niała na gra­nit.

- Wystar­czy, Moor­fields!

Kon­stan­cja pode­rwała się.

- Och... - Zamru­gała. - Zasko­czył mnie pan, panie Wyeth.

- I zro­bię coś o wiele gor­szego. - Wyeth z wście­kło­ścią patrzył na nią z brzegu. - Co pani wypra­wia? Dla­czego prze­nio­sła pani sprzęt i ludzi z trze­ciego pier­ście­nia?

- No prze­cież musia­łam. Chcia­łam poroz­ma­wiać ze Spój­nią i dowie­dzia­łam się, że obo­wią­zuje jakaś głu­pia zasada, że nie wolno im opusz­czać cen­tral­nego.

Kil­ku­set ze Spójni krzą­tało się w hali. Kilku prze­pły­nęło bli­żej i przy­glą­dało im się z powagą. Mil­czeli.

- Zabierz­cie stąd nadrzew­ców - pole­cił Wyeth.

Samu­raje zbli­żyli się i zaczęli wypro­wa­dzać bio­in­ży­nie­rów.

- Zapro­gra­muj­cie praw­ni­czo dwie osoby, jedną na Lon­don­grad, jedną na Ludo­wego Marsa, i przy­ślij­cie tutaj. - Zwró­cił się do Kon­stan­cji. - Prze­kona się pani, że normy Kla­stra są nad­zwy­czaj lega­li­styczne, za to Ludowe raczej nie­for­malne i racjo­nalne. Korzy­sta­jąc z obu, mam nadzieję, że jeśli jesz­cze raz prze­kro­czy pani gra­nicę, będę mógł powie­sić panią za zdradę stanu.

- Zdradę? Chyba pan żar­tuje.

- Jestem abso­lut­nie poważny.

Kon­stan­cja pokrę­ciła głową, zło­żyła dło­nie, potem je opu­ściła.

- Prze­cież my tylko wymie­nia­li­śmy infor­ma­cje naukowe.

- Tak? I jakie infor­ma­cje pani prze­ka­zali?

- Byli­śmy na eta­pie wstęp­nym, usta­la­li­śmy kwe­stie pod­sta­wowe. Takie wspólne warsz­taty. No wie pan.

- Wiem bar­dzo dobrze. - Wyeth zaci­snął pię­ści tak mocno, że pobie­lały. - Niech pani użyje głowy. Pani ekipa pro­wa­dziła zaawan­so­waną bio­nau­kową poga­wędkę z zespo­łem Spójni, który ofi­cjal­nie prze­bywa tu jako inży­nie­ro­wie i fizycy. Skąd w ogóle znali żar­gon? Jak to moż­liwe, że znali nauki bio­lo­giczne na tyle, żeby zro­zu­mieć, o czym mówi­cie?

- No więc... Zie­mia jest prze­cież pla­netą. Mają tam naj­więk­szy zbiór spla­ta­ją­cych się eko­lo­gii w całym Sys­te­mie Wewnętrz­nym. Muszą zatem uży­wać...

Zakło­po­tana Rebel odwró­ciła wzrok i spoj­rzała w ścienne okno. Wewnątrz orchi­dei fru­wały maleń­kie plamki świa­tła - to byli ludzie. Z pew­no­ścią zbior­niki pusto­szały, kiedy ich miesz­kańcy prze­cho­dzili do orchi­dei.

Jed­nak nawet teraz nie mogła nie słu­chać kłótni.

- To non­sens! Wie­dzą, bo są szpie­gami. Dla­tego! Zanim opu­ścili Zie­mię, sys­te­ma­tycz­nie pako­wano im pod­stawy wszel­kich zaka­mar­ków nauki, w nadziei, że tra­fią na coś uży­tecz­nego. Pro­szę się im przyj­rzeć, pani Moor­fields! Nie są ludźmi, nie są przy­jaźni i nie są altru­istyczni. Wezmą od pani każdą tech­no­lo­gię, jaką znajdą, a potem wyko­rzy­stają ją prze­ciwko pani rasie. Sprze­daje im pani ludz­kość. I za co?

Nie­spo­dzie­wa­nie odpo­wie­działa mu Spój­nia.

- Chce poznać tech­no­lo­gię budowy pier­ście­nia tran­zy­to­wego.

Kon­stan­cja drgnęła.

- Nie mówi­łam im tego!

- Spój­nia szybko koja­rzy - stwier­dził iro­nicz­nie Wyeth. - Po co jej ta infor­ma­cja? - zapy­tał.

- Pra­gnie­nie oso­bi­stych zysków jest powszechną wadą jed­nost­ko­wej inte­li­gen­cji.

- Wcale nie! - obu­rzyła się Kon­stan­cja. - To by nam otwo­rzyło drogę do gwiazd! Nie rozu­mie pan? - Zwró­ciła się bez­po­śred­nio do Wyetha. - Z tą tech­niką można przy­śpie­szać komety poza Obłok Oorta, w stronę nie­da­le­kich gwiazd. Te naj­bliż­sze mogli­by­śmy osią­gnąć w cza­sie jed­nego dłu­giego życia... Podali mi liczby. Pro­szę sobie wyobra­zić tysiące dyso­now­skich świa­tów, dry­fu­ją­cych od gwiazdy do gwiazdy! Się­ga­jące coraz dalej! Nadej­ście ery badań i odkryć! - Mówiła tonem żar­li­wym, nie­mal naboż­nym, i Rebel zauwa­żyła, że reaguje na niego jak na kaza­nie jakie­goś rewi­wa­li­stycz­nego pro­roka z dale­kich gałęzi. - Pro­szę sobie wyobra­zić ludz­kość opusz­cza­jącą wresz­cie koły­skę Słońca i wędru­jącą wśród gwiezd­nych galak­tyk w poszu­ki­wa­niu... sama nie wiem. Może prawdy? Prze­zna­cze­nia? Wszyst­kich osta­tecz­nych odpo­wie­dzi?

Zanim Wyeth zdą­żył zare­ago­wać, znów ode­zwała się Spój­nia.

- Nie musisz się nie­po­koić, Bos­sie Wyethu. Ona nie ma nic, czego byśmy pra­gnęli.

- To nie­prawda! Sami mówi­li­ście... - Ale Spój­nia już ode­szła. Kon­stan­cja mówiła dalej, nie­mal bła­gal­nie. - Powie­dzieli mi, że inte­re­sują ich nauki o umy­śle. Dużo o tym wiemy.

- Pani oso­bi­ście? - spy­tał Wyeth. - Ktoś z pani ekipy?

- No nie. To nowe metody. Doko­ny­wane są prze­ło­mowe odkry­cia, ale wie­dza nie jest jesz­cze powszechna.

- A prze­cież wszy­scy jeste­ście bio­lo­gami... Czy to nie dziwne, że Spój­nia inży­nie­rów jest na bie­żąco z nauką o umy­śle, a pani ludzie w ogóle jej nie znają? Moim zda­niem wła­śnie pani udo­wod­niła, że pani przy­ja­ciele to szpie­dzy.

Wyeth niby przy­pad­kiem dotknął swo­jej bran­so­lety. Spoj­rzał na Rebel i zna­cząco uniósł brew, więc zro­biła to samo ze swoją.

Świat się prze­mie­nił. Elek­trycz­ność jarzyła się biało z prze­wo­dów w ścia­nach, cie­pło migo­tało zie­le­nią. Przez halę prze­la­ty­wały kobal­towe cząstki - pro­mie­nio­wa­nie kosmiczne, dla któ­rego pier­ście­nie she­ra­tona były nie­ma­te­rialne jak sen.

Czer­wona mgła komu­ni­ka­tów radio­wych ota­czała zie­lone teraz posta­cie Spójni, a ostre jak laser pro­mie­nie kie­run­kowe się­gały bez­po­śred­nio od jed­nego osob­nika do dru­giego, prze­ska­ku­jąc mię­dzy nimi, gdy myśli były współdzie­lone i prze­kie­ro­wy­wane do ana­lizy. Rebel mru­gnęła i na moment wszystko znik­nęło. Spoj­rzała na bran­so­letę i zoba­czyła roz­ja­rzone obwody pro­jek­tora holo­gra­ficz­nego. Jedno ze szpie­gow­skich urzą­dzeń Wyetha...

- Panie Wyeth, zacho­wuje się pan obrzy­dli­wie. - Kon­stan­cja odwró­ciła się.

- Niech się pani nie obraża - popro­sił Wyeth swoim kapry­śnym gło­sem. - Pro­szę wziąć jabłko. Piękne i chru­piące. - Wło­żył owoc w jej dłoń.

- Jabłko? - Kon­stan­cja spoj­rzała na pło­chjabłko i upu­ściła je prze­ra­żona. - Skąd się to wzięło?

- Mia­łem nadzieję, że pani mi to powie. To przy­kład waszej bio­tech­no­lo­gii i nauk o umy­śle, prawda?

- Tak, ale... - Na moment zaci­snęła wargi. - Pro­szę mnie pod­łą­czyć do sys­temu waszej komu­ni­ka­cji wewnętrz­nej.

Jedna ze Spójni zro­biła krok naprzód i pochy­liła się, się­ga­jąc po leżące na pod­ło­dze pło­chjabłko. Wyeth nadep­nął jej na dłoń, wyrwała ją.

- Byli­śmy cie­kawi - powie­działa łagod­nie. Się­gnęło do niej kilka nowych linii inte­rak­cji.

- Co z tego? - Wyeth ski­nął na samu­ra­jów. - Pil­nuj­cie, żeby Spój­nia została na swoim brzegu stru­myka. I otwórz­cie kanał dla pani Moor­fields.

Po chwili poja­wił się obraz Fre­eboya i Kon­stan­cja poka­zała mu pło­chjabłko.

- Fre­eboy, ty jeden pra­co­wa­łeś przy ukie­run­ko­wa­nych wiru­sach. To twoje dzieło?

- Niech to szlag... - mruk­nął Fre­eboy. - To tylko na kie­szon­kowe.

- Nie wspo­mi­na­łeś, że masz takie umie­jęt­no­ści.

- To żadne umie­jęt­no­ści. Wszystko jak w książce kuchar­skiej. Dosta­łem prze­pis od jakie­goś cza­row­nika w Zie­lo­nym Mie­ście, kiedy byłem w Tir­nan­nog.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki