Prypecią do Nobla. Reportaż z krainy mokradeł i bursztynu - Hanna Kondratiuk

Kup ebooka

30.99 zł

-
Proszę czekać

"Pani jest Ukra­inką!"

W recep­cji hotelu "Pieśń lasu" w Kowlu przy­wi­tała mnie pani Sta­siuk. Peł­niła dyżur na noc­nej zmia­nie.

- Nazywa się pani tak jak znany pol­ski pisarz - zauwa­ży­łam.

- Tak, wiem - odparła krótko.

- Czy­tała pani jego książki? - zaczę­łam wymie­niać tytuły jego ksią­żek, ale pani Sta­siuk obce­sowo prze­rwała mi tę wyli­czankę:

- Prze­cież on jest Ukra­iń­cem, a nie Pola­kiem!

Byłam zasko­czona taką sta­now­czo­ścią, bowiem sam pisarz ni­gdy i ni­gdzie nie chwa­lił się, że pocho­dzi z kozac­kiego rodu. Już mia­łam pani Sta­siu­ko­wej wygło­sić mały refe­rat na temat obec­no­ści ukra­iń­skich nazwisk na Pod­la­siu i że nie zawsze łączy się to z naro­dową przy­na­leż­no­ścią; że nazwi­ska z koń­cówką - uk poja­wiły się po car­skiej refor­mie w XIX wieku i że ten pro­blem jest bar­dziej zło­żony i nie­jed­no­znaczny, ale nie zdą­ży­łam, bowiem pani Sta­siuk po spi­sa­niu moich danych z pasz­portu (drugi człon mojego nazwi­ska po mężu, "Świe­rub­ska", wpi­sała w rubryczkę, w któ­rej nale­żało podać otcze­stwo) - wypro­wa­dziła cios wyprze­dza­jący:

- I pani też jest Ukra­inką!

Zanie­mó­wi­łam. Nie byłam przy­zwy­cza­jona do pro­wa­dze­nia przy hote­lo­wej ladzie tak otwar­cie roz­wa­żań na temat toż­sa­mo­ści naro­do­wej. W bia­ło­ru­skich hote­lach i aka­de­mi­kach ni­gdy nie spo­tka­łam się z podob­nego typu pyta­niami i roz­wa­ża­niami. Tam z ogromną podejrz­li­wo­ścią słu­chano o jakichś pol­skich Bia­ło­ru­si­nach, a ludzie, usły­szaw­szy bia­ło­ru­ską mowę, dener­wo­wali się, nawet gdy w ich stronę kie­ro­wane były ser­deczne i dobre słowa.

Ponadto w roda­kach zza gra­nicy dopa­try­wali się pro­wo­ka­to­rów, agen­tów i szpie­gów.

***

- Jesteś z GRU czy FSB? - zapy­tał pro­sto z mostu Wowka. Nie otrzy­maw­szy odpo­wie­dzi, dalej zada­wał pyta­nia:

- Gru­zinka? Żydówka? Rosjanka?

Nie wie­dzieć czemu w hotelu "Leśna pieśń", nazwa­nym tak na cześć pisarki Łesi Ukra­inki1, wszy­scy chcieli widzieć we mnie kogoś, kim nie byłam, a kto był zgodny z ich wyobra­że­niami. Kwa­te­ru­ją­cej mnie pani Sta­siuk potrzebna była Ukra­inka, Wowce - agentka GRU...

W pokoju, który kosz­to­wał osiem dola­rów, domi­no­wały odcie­nie zie­leni. Z kranu ciur­kała lodo­wata, jak w praw­dzi­wych leśnych stru­mie­niach, woda. Wzię­łam zimny prysz­nic, wło­ży­łam wizy­tową bluzkę, roz­pu­ści­łam włosy i pobie­głam na kola­cję do restau­ra­cji, znaj­du­ją­cej się na par­te­rze hotelu. W lokalu, przy­ozdo­bio­nym obra­zami z rusał­kami, błot­nymi dia­błami i topiel­cami, nie było żywej duszy. Oszklony bufet wypeł­niony był domo­wej roboty kieł­ba­sami i pie­czo­nymi szyn­kami, cze­bu­re­kami, sałat­kami ze świe­żych i mary­no­wa­nych warzyw, kek­sami i buł­kami. Zamó­wi­łam miseczkę solanki, por­cję sma­żo­nej ryby i piwo z ulu­bio­nego lwow­skiego bro­waru. Nawet nie zauwa­ży­łam, że do środka, razem z czło­wiecz­kiem podob­nym do szczura, wbiegł Wowka. Chło­pak bez zapro­sze­nia roz­siadł się przy moim sto­liku i z mar­szu zaczął wypy­ty­wać o wspo­mniane już powią­za­nia z GRU i FSB.

Szczu­rek usiadł w kąciku i obser­wo­wał całą tę scenę roz­bie­ga­nymi oczkami. Nad jego łysą głową wid­niał obraz z rusałką Mawką, główną boha­terką poematu Pieśń lasu, która uśmie­chała się nie­win­nie.

Odło­ży­łam łyżkę. Wowka wyczuł moje zde­ner­wo­wa­nie i to pogor­szyło sprawę, bowiem ze zdwo­joną natar­czy­wo­ścią zaczął doma­gać się, bym wyja­wiła, kim naprawdę jestem.

- Nazy­wam się Maria - skła­ma­łam, imię to wydało mi się bowiem mniej sek­sowne niż Han­dzia.

- Ale Maria czy Marianna? - dopy­ty­wał wścib­ski Wowka.

- Maria.

- Pytam, bo to dwa różne imiona... - inda­go­wał na­dal.

Żeby oka­zać nie­chęć do tej przy­pad­ko­wej zna­jo­mo­ści, wycią­gnę­łam tele­fon i zaczę­łam pisać SMS-y, niby do rodziny, która mieszka w pobliżu Kowla i czeka z utę­sk­nie­niem na mój przy­jazd. Ta słowno-tak­tyczna ope­ra­cja w głębi duszy wydała mi się dość śmieszna. Mój tele­fon nie dzia­łał, nie ocze­ki­wała mnie żadna ukra­iń­ska rodzina i - jak na złość - swój poste­ru­nek opu­ściła nawet bufe­towa. W tej bez­na­dziei pozo­sta­wało mi tylko jedno: odwró­cić sytu­ację i zaga­dać natręt­nego Wowkę na śmierć.

- A ty? Czemu nie jesteś na woj­nie? - zapy­ta­łam.

- Jestem pacy­fi­stą - odrzekł z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem, po czym roz­piął koszulę i poka­zał różową szramę na piersi, zapewne od noża. Szczu­rek, roz­cza­ro­wany takim obro­tem sprawy, wstał i demon­stra­cyj­nie ruszył do wyj­ścia. Kiedy prze­cho­dził obok naszego sto­lika, ze zło­ścią prych­nął na Wowkę, ale ten nie zare­ago­wał, lecz zaczął pły­nącą sze­ro­kimi mean­drami opo­wieść, mię­dzy innymi o miło­ści do Hen­ryka Sien­kie­wi­cza.

Naj­pierw jed­nak było o tym, jak nie­na­wi­dzi ata­ma­nów i koza­ków, Tur­ków, Pola­ków i Moskali, prze­klina komu­ni­stów, współ­cze­snych poli­ty­ków i oli­gar­chów, a za jedy­nych spra­wie­dli­wych na tej nie­szczę­snej pla­ne­cie uważa... pisa­rzy, lecz nie wszyst­kich, bo tylko auto­rów histo­rycz­nych i chrze­ści­jań­skich dzieł, z któ­rych auto­rem naj­więk­szym i auto­ry­te­tem jest Hen­ryk Sien­kie­wicz i jego Quo vadis.

- A ty, Mario, dokąd idziesz? - spy­tał nie­ocze­ki­wa­nie. - Jaka jest twoja prawda?

Nie mia­łam ochoty na filo­zo­ficzne roz­wa­ża­nia. Intu­icja mówiła mi, by trzy­mać go na dystans, a już na pewno nie brnąć w dys­puty o sen­sie życia w tym opu­sto­sza­łym barze.

- Dla mnie naj­waż­niej­sza jest dobra pogoda - rzu­ci­łam.

Wowka pod­sko­czył jak opa­rzony, był sro­dze zawie­dziony i roz­cza­ro­wany moją pły­ci­zną inte­lek­tu­alną. Czyż­bym nie rozu­miała, że świat czeka zagłada?! Że ludzie tracą nadzieję, odwagę i poczu­cie spra­wie­dli­wo­ści?! Jak się to wszystko skoń­czy? Będą łzy, płacz i cier­pie­nie...

Głę­boko wes­tchnął po tej tyra­dzie, na moment zamilkł, lecz za chwilę ruszył dalej:

- Istotą prawdy jest Bóg! - wyja­wił z naj­głęb­szą powagą i pole­cił mi kilka ksią­żek o ducho­wym odro­dze­niu czło­wieka.

Męt­nie tłu­ma­czył coś jesz­cze o jakiejś Aga­fii, która prze­po­wie­działa upa­dek Ukra­iny, o obro­nie ojczy­zny i czci kobiety, mie­szał w natchnie­niu wszystko ze wszyst­kim, wresz­cie, zmę­czony, umilkł na dłuż­szą chwilę, a ja, odcze­kaw­szy ze trzy minuty, zapy­ta­łam go, czym się na co dzień zaj­muje.

- Ja, Mario, mógł­bym zostać wyso­kiej klasy nauczy­cie­lem histo­rii... - odparł na to, opo­wia­da­jąc kim mógłby być, lecz ani słowa o tym, kim w isto­cie był.

- Pew­nie, że mógł­byś - potwier­dzi­łam z czy­stego współ­czu­cia.

- Albo mógł­bym wstą­pić do klasz­toru.

- No!

- Nie, tam histo­rycz­nej lite­ra­tury nie wolno czy­tać - roz­my­ślił się rap­tem Wowka. - Lepiej już zacznę sprze­da­wać coś na rynku.

- To zawsze można - potwier­dzi­łam. - Weź się za han­del!

Wowka skrzy­wił się:

- Nie mogę, bo jestem prze­stępcą.

I zaczął snuć opo­wieść o tym, jak to dwa mie­siące temu został zwol­niony z wię­zie­nia i od tej pory żyje jak pies, bez źró­dła utrzy­ma­nia, błą­ka­jąc się po świe­cie, a głód zmu­sza go do kra­dzieży. I że tak dłu­żej już nie może, bo naj­gor­sze jest to, że nie ma moż­li­wo­ści czy­ta­nia powie­ści histo­rycz­nych i że widocz­nie pora naj­wyż­sza, by znowu kogoś zabił...

Skóra mi ścier­pła, gdy to usły­sza­łam. Bar był na­dal pusty, a ja zro­zu­mia­łam, że pora naj­wyż­sza poże­gnać się z tym hote­lo­wym juro­di­wym. Zanim jed­nak cokol­wiek zdą­ży­łam zro­bić, chwy­cił mnie mocno za rękę, przy­cią­gnął do sie­bie i wyszep­tał:

- Wybacz mi, Mario! Nie mam innego wyj­ścia... Pożycz czter­dzie­ści hry­wien!

Sto pięć­dzie­siąt dusz

Na litur­gię w Kowlu do cer­kwi Zba­wi­ciela-Prze­mie­nie­nia Pań­skiego tra­fi­łam wprost z ulicy. Cer­kiew znaj­do­wała się w pobliżu hotelu "Pieśń lasu", a mie­ściła w sta­rej, drew­nia­nej chatce, ozdo­bio­nej łukiem z krzy­żem.

Wnę­trze świą­tyni przy­po­mi­nało kwit­nący ogró­dek, tyle że zamiast wio­sen­nych brat­ków pięk­niały tutaj, niczym jesienne geo­r­gi­nie, kobiety w róż­no­barw­nych chust­kach.

- Jaka jest wasza cer­kiew? - zapy­ta­łam kobietę za ladą ze świecz­kami, usta­wioną na minia­tu­ro­wym ganku.

- Pra­wo­sławna!

Oświad­cze­nie powyż­sze było zara­zem praw­dziwe i niepraw­dziwe, nie padło bowiem ani jedno zda­nie o tym, że cer­kiew ta przy­na­le­żała do kijow­skiego patriar­chatu.

- Czy można przyjść do was na nabo­żeń­stwo?

- Nasze drzwi są otwarte dla wszyst­kich! Pro­szę bar­dzo, zachodź­cie.

Zanim jed­nak weszłam do kolo­ro­wego, spo­wi­tego udu­cho­wio­nymi śpie­wami wnę­trza cer­kwi, zawią­zano mi na gło­wie cha­brową chustkę.

Gdyby kie­ro­wać się krem­low­ską pro­pa­gandą, powinni tu stać wyłącz­nie męż­czyźni w woj­sko­wych mun­du­rach. W rze­czy­wi­sto­ści wszystko wyglą­dało na odwrót - wewnątrz modliły się babu­leńki, młódki, cio­tu­nie. Cer­kiewny sta­ro­sta, jeden z nie­wielu przed­sta­wi­cieli męskiego rodu, para­do­wał w koszuli hafto­wa­nej na piersi.

Naj­więk­sze wra­że­nie budził domowy wygląd wnę­trza cer­kwi, a migo­ta­nie nowo­rocz­nych lam­pek ozda­bia­ją­cych raj­skie wrota przy­wo­dziło na myśl czas świą­tecz­nej cho­inki i kolęd. Cały stół ofiarny był obsta­wiony czer­wo­nymi tuli­pa­nami z przy­do­mo­wych ogród­ków. Atmos­ferę miej­sca wydat­nie uzu­peł­niał kobiecy chór, z któ­rym śpie­wała cała cer­kiew. Ukra­ińcy nie lubią obno­sić się ze swoją reli­gij­no­ścią - więk­szość spo­łe­czeń­stwa wydaje się być mocno odda­lona od cer­kwi i ducho­wień­stwa. Na każ­dym kroku odczuwa się tu, że naj­więk­szą moralną war­to­ścią jest idea naro­dowa. Jeśli cho­dzi o auto­ry­tety, żaden święty nie może rów­nać się z pisa­rzem Tara­sem Szew­czenką czy het­ma­nem Boh­da­nem Chmiel­nic­kim.

- Można powie­dzieć, że dziś ukra­iń­scy para­fia­nie wycho­dzą z pod­zie­mia - mówi, popro­szony o infor­ma­cje, duchowny Rości­sław.

W świe­tle ostat­nich wyda­rzeń, wraz z wybu­chem rosyj­sko-ukra­iń­skiej wojny, nastą­pił wzrost liczby zwo­len­ni­ków Cer­kwi patriar­chatu kijow­skiego.

- Ludzie nie chcą pro­pa­gandy, fał­szu. Widzą, jak zacho­wuje się moskiew­ski patriar­chat, kogo popiera - dodaje.

Mówi, że sytu­acja może zmie­nić się w ciągu jed­nej sekundy.

- Duży odse­tek ducho­wień­stwa, które for­mal­nie należy do moskiew­skiego patriar­chatu, całą duszą opo­wiada się za wolną Ukra­iną. Wycze­kuje tylko odpo­wied­niego momentu, żeby zjed­no­czyć się z nami - mówi z prze­ko­na­niem mój roz­mówca.

W sowiec­kich cza­sach w Kowlu funk­cjo­no­wały tylko cer­kwie moskiew­skiego patriar­chatu. A dziś jest sie­dem para­fii moskiew­skich i sie­dem ukra­iń­skich.

- Gdyby zapy­tać ludzi na ulicy, za jaką Cer­kwią się opo­wia­dają, czy za moskiew­ską, czy ukra­iń­ską, dziś więk­szość w Kowlu odpo­wie, że za ukra­iń­ską - twier­dzi ojciec Rości­sław.

Jak wyka­zało moje krót­kie bada­nie, odpo­wiedź zale­żała jesz­cze od spo­sobu, w jaki posta­wione zostało pyta­nie. Wierni z moskiew­skiego patriar­chatu nie powie­dzą o swo­jej Cer­kwi "moskiew­ska", a na pyta­nie o przy­na­leż­ność, odpowie­dzą krótko: "My - pra­wo­sławni".

***

Nie mogłam tra­fić lepiej. Tej nie­dzieli cer­kiew świę­to­wała pamięć kobiet nio­są­cych pokój. Na tacy cze­kał tort i szam­pan w pla­sti­ko­wych kubecz­kach. Przed słod­kim poczę­stun­kiem ojciec Rości­sław wygło­sił mowę. Kobiecy ród nazwał naj­bar­dziej odważ­nym i wier­nym rodem czło­wie­czym.

- Kiedy naj­wier­niejsi ucznio­wie zdra­dzili Chry­stusa i roz­bie­gli się w wiel­kim prze­ra­że­niu, jedy­nie wy nie ulę­kły­ście się i wytrwa­ły­ście do końca!

- Prawda, prawda! - potwier­dziły cio­tu­nie.

Duchowny wyli­czył imiona spon­so­rek, które tego dnia ofia­ro­wały na cer­kiew po sto hry­wien. Trzy babu­leńki wywo­łano na śro­dek cer­kwi. Ich skromny wygląd suge­ro­wał, że nie było im łatwo zaosz­czę­dzić tę okrą­głą sumę. Eme­ry­tura ukra­iń­skiego eme­ryta to około tysiąc hry­wien (50 dola­rów) mie­sięcz­nie, zatem ofiara w wyso­ko­ści stu hry­wien ozna­cza duże wyrze­cze­nie.

Krem­low­ska pro­pa­ganda głosi, że ukra­iń­ska Cer­kiew jest agre­sywna i zaj­muje się głów­nie przej­mo­wa­niem cer­kwi od wier­nych z moskiew­skiego patriar­chatu. Prawdę mówiąc, linia podziału na patriar­chaty prze­cina liczne rodziny, poko­le­nia.

Mini­ma­li­styczny styl cer­kwi Zba­wi­ciela-Prze­mie­nie­nia Pań­skiego i jej domowe obli­cze zupeł­nie prze­czą eks­pan­sji. Podob­nie też wierni nie prze­ja­wiają zbyt­niej ochoty do posze­rza­nia swo­jej para­fii. Nie­wielka liczba wier­nych prze­ma­wia na korzyść grupy: każdy zna każ­dego po imie­niu i nazwi­sku, może ofia­ro­wać swój czas i dopo­móc w potrze­bie i w nie­szczę­ściu.

Do para­fii Zba­wi­ciela należy sto pięć­dzie­siąt dusz. Dziś na nie­dziel­nej litur­gii obec­nych było ponad trzy­dzie­ści osób.

- To bar­dzo roz­mo­dlone miej­sce - mówi chó­rzystka Ola, nauczy­cielka muzyki. - Kiedy przy­szłam pierw­szy raz, od razu wie­dzia­łam, że już tutaj zostanę.

Mnie samej nie chciało się opusz­czać cer­kwi. Poru­szył mnie ten pro­sty, ludowy śpiew, który har­mo­nij­nie spla­tał się z wio­sko­wym wyglą­dem babu­le­niek. Od początku do końca nabo­żeń­stwa śpie­wali wszy­scy wierni, ich gło­śne, cien­kie i szorst­kie głosy ukła­dały się pod dyk­tando chóru, który nada­wał kie­ru­nek i kształt dźwię­kom. Sama, nie zna­jąc melo­dii, zaczę­łam śpie­wać za chó­rem. Duszę ogar­niało poczu­cie nie­po­wstrzy­ma­nej swo­body i szczę­ścia. Zda­wało mi się, że cała cer­kiew szy­buje pod nie­biosa wraz z chmu­rami.

Pani Ola zauwa­żyła jesz­cze jedną oko­licz­ność.

- Nasz duchowny ma wyż­sze muzyczne wykształ­ce­nie, a to nie­czę­sto zda­rza się w naszych para­fiach.

Ojciec Rości­sław był ponadto dyry­gen­tem chóru, przed każdą modli­twą poda­wał chó­rzy­stom odpo­wied­nią tona­cję.

Ukra­iń­skie para­fie są two­rzone oddol­nie i prak­tycz­nie od zera, z ini­cja­tywy ludzi. Remon­tują oni porzu­cone budynki dwor­ców kole­jo­wych, sale do rytu­al­nych posług albo zwy­czajne chaty i tam otwie­rają cer­kiew. Wszystko na wła­sny koszt, wła­snymi rękoma.

- Dla nas naj­waż­niej­sza jest prawda - mówi pani Ola.

- A co to zna­czy?

- Cer­kiew to nie jest budy­nek ze zło­tymi kopu­łami, dro­gimi iko­no­sta­sami i naczy­niami zdo­bio­nymi dia­men­tami. Cer­kiew to my, ludzie. To jest lud, który zbiera się w jed­nym miej­scu na wspólną modli­twę.

***

Ojciec Rości­sław opo­wie­dział mi o począt­kach para­fii i histo­rię ich kon­fe­sji.

- Nasza para­fia powstała w 2009 roku i wtedy poja­wił się pro­blem ze zna­le­zie­niem pomiesz­cze­nia. W tej chatce do 1991 roku miesz­kali ludzie. Potem miej­sce to słu­żyło rzym­skim kato­li­kom, pamię­tam jesz­cze, że dzia­łali tu dwaj księża. Po nich to pomiesz­cze­nie nale­żało do gre­ko­ka­to­li­ków.

Kiedy gre­ko­ka­to­licy pobu­do­wali wła­sną cer­kiew, ten budy­nek prze­ka­zano nam. Teraz czy­nimy sta­ra­nia, żeby pomiesz­cze­nie prze­szło na wła­sność naszej wspól­noty. To, co było tutaj na początku i jest teraz, to jak zie­mia i niebo. To był na wpół znisz­czony, zapusz­czony budy­nek, który pod­nie­śli­śmy z upadku, odno­wi­li­śmy i chcie­li­by­śmy dalej go dosko­na­lić - mówi ojciec Rości­sław.

Kijow­ski patriar­chat odro­dził się w 1991 roku wraz z uzy­ska­niem nie­pod­le­gło­ści Ukra­iny. Cer­kiew ta, mimo że nie została uznana za kano­niczną w sen­sie eucha­ry­stycz­nym, uważa sie­bie za bez­po­śred­niego spad­ko­biercę kijow­skiej metro­po­lii, utwo­rzo­nej w epoce chrztu Rusi. Opiera się ona na tra­dy­cji, która ist­niała do cza­sów utwo­rze­nia moskiew­skiej metro­po­lii w XIII wieku z udzia­łem iko­no­pi­sa­rza i metro­po­lity moskiew­skiego Pio­tra Rateń­skiego.

Dziś trudno okre­ślić liczbę wier­nych kijow­skiego patriar­chatu, który wciąż posze­rza skalę nie tylko na Ukra­inie, ale także w Rosji, Euro­pie Zachod­niej, USA i w Kana­dzie.

- U nas w dodatku ist­nieje auto­ke­fa­liczna Cer­kiew jako filia nie­gdy­siej­szej pol­skiej auto­ke­fa­licz­nej Cer­kwi. Doty­czy to daw­nej Gali­cji i Iwano-Fran­kowsz­czy­zny. Liczy ona około tysiąca para­fii. Ostat­nio zmie­niły się tam wła­dze, które wystą­piły z pro­po­zy­cją zjed­no­cze­nia z kijow­skim patriar­cha­tem - dodaje ojciec Rości­sław.

Ta ostat­nia infor­ma­cja zupeł­nie zbiła mnie z pan­ta­łyku. Liczne źró­dła infor­mo­wały prze­cież o odwrot­nej ten­den­cji, mia­no­wi­cie o żąda­niu auto­ke­fa­licz­nej Cer­kwi dołą­cze­nia do wier­nych moskiew­skiego patriar­chatu. Spo­tka­nia na żywo nieco naświe­tliły kon­tekst tych sprzecz­nych infor­ma­cji i roz­wiały zamęt fabry­ko­wany przez moskiew­ską pro­pa­gandę.

Nie mogłam nie spy­tać, jak w rze­czy­wi­sto­ści wygląda przej­ście z moskiew­skiego do kijow­skiego patriar­chatu. Jaka jest skala zja­wi­ska w całym kraju?

- Doty­czy to kil­ku­dzie­się­ciu cer­kwi spo­śród dzie­wię­ciu tysięcy moskiew­skich para­fii - wyja­śnia ojciec Rości­sław. - Naj­gło­śniej­sze przej­ście odbyło się w Łucku, gdzie ukra­iń­skiej Cer­kwi prze­ka­zano cen­tralny sobór. Przej­ścia nie są czymś powszech­nym, jak to gło­szą spece wro­giej pro­pa­gandy. Dla­czego doty­czą przede wszyst­kim zachod­niej Ukra­iny? Ponie­waż jest to region naj­mniej zso­wie­ty­zo­wany, tutaj mieszka naj­wię­cej świa­do­mych chrze­ści­jan i znaj­duje się naj­wię­cej cer­kwi. Ukra­iń­skie para­fie odra­dzają się na fali patrio­tycz­nego oży­wie­nia. Także w warun­kach wojny, kiedy każ­dego dnia giną ludzie, spo­łe­czeń­stwo myśli o naj­waż­niej­szym - jak prze­żyć i nie utra­cić god­no­ści.

Cie­kawa byłam kulis jesz­cze jed­nego, nad wyraz deli­kat­nego pro­blemu. Mia­no­wi­cie, jak wierni ukra­iń­skiej Cer­kwi czują się w słyn­nej Pocza­jow­skiej Ław­rze, która na­dal jest pro­mo­skiew­ska. W ostat­nich latach, nawet wtedy, gdy wierny chce prze­ka­zać zapi­skę z życze­niem o zdro­wie, musi okre­ślić, do jakiego patriar­chatu przy­na­leży.

- Wytwo­rzyła się u nas, nie­stety, taka sytu­acja, że ludzie mało kiedy przy­znają się do praw­dzi­wych uczuć i myśli - ze smut­kiem stwier­dza ojciec Rości­sław. - Dopro­wa­dza to do tego, że zaczy­nają kom­bi­no­wać. Wielu zataja, że przy­na­leży do ukra­iń­skiej Cer­kwi. Zwy­czaj­nie mil­czą albo nie przy­znają się. Dla­czego tak się dzieje? Bo gdy powie­dzą szczerą prawdę, nie dopusz­czą ich do spo­wie­dzi i komu­nii świę­tej. Co tu mówić... - pod­su­mo­wuje duchowny. - Pocza­jów to nasz wielki ukra­iń­ski ból.

***

W okienku kowel­skiej mar­szrutki wid­niała pla­kietka z napi­sem: "Miej­sce dla cza­ru­ją­cych dziew­cząt". Wdra­pa­łam się do środka i omal nie usia­dłam na zazna­czo­nym "tro­nie" dla "cza­ru­ją­cych". Jak łatwo się domy­ślić, znaj­do­wał się bez­po­śred­nio za fote­lem kie­rowcy.

Tym­cza­sem do środka busika wdarła się pod­pita żebraczka. Pośpiesz­nie odbęb­niła Ojcze nasz i tra­gicz­nym tonem opo­wie­działa o swych śmier­tel­nych cho­ro­bach. Pań­stwo nie przy­znało jej żad­nej renty, za co więc ma, nie­szczę­sna, kupić leki? A gdzież dotąd nie pisała! Do jakich drzwi nie pukała po zapo­mogę... Nie dopo­mo­gli prze­klęci biu­ro­kraci. Dziś więc jej, cho­rej i opusz­czo­nej, pozo­stała jedyna nadzieja:

- Nadzieja na dobre serce ludzi! - ostat­nie zda­nie zade­dy­ko­wała nam, pasa­że­rom mar­szrutki, i powio­dła dookoła wzro­kiem. Następ­nie z naj­cu­dow­niej­szych słów splo­tła wie­niec życzeń pod adre­sem poten­cjal­nych życz­li­wych, ich dzieci, rodzi­ców, dziad­ków i krew­nych. Wszystko tam się zna­la­zło: złote góry, zdro­wie, szczę­ście, egzo­tyczne waka­cje, miłość. Oprócz tego każdy męż­czy­zna miał wygrać na lote­rii nie­miec­kie auto marki BMW...

Seans trwał równe cztery minuty. Mimo że kobieta nie wyglą­dała na śmier­tel­nie chorą i porzu­coną - w pobliżu mikro­busu ocze­ki­wali jej kom­pani z czer­wo­nymi nosami - osią­gnęła cel. Wszy­scy wsu­nęli w jej dłoń po sym­bo­licz­nej hryw­nie.

Na poże­gna­nie pokło­niła się pięk­nie i naboż­nie powie­działa:

- Zbaw was, Panie Boże!

Przed­wo­jenni podróż­nicy i etno­gra­fo­wie w pole­skim kra­jo­bra­zie zauwa­żali dużą liczbę żebra­ków i lir­ni­ków, któ­rych spo­łe­czeń­stwo łaska­wie nazy­wało dzia­dami wędrow­nymi. Byli to głów­nie bro­daci starcy w poszar­pa­nych sier­mię­gach, z lirą, czę­sto ślepi. Ślep­com towa­rzy­szył wychu­dzony, bosy współ­to­wa­rzysz. Za jadło i drobną monetę ofe­ro­wali modli­twy albo nabożne śpiewy. Ludzie, mimo że nie­zbyt bogaci i syci, otwie­rali im zawsze drzwi i dzie­lili się chle­bem. Star­ców i wędrow­nych dzia­dów na swój spo­sób sza­no­wano i oka­zy­wano współ­czu­cie.

Zapewne podobne współ­czu­cie budziła kowel­ska żebraczka. Jej paznok­cie były byle jak poma­lo­wane, trzę­sły się dło­nie, a nowo­cze­sna fry­zura przy­po­mi­nała sła­wetny pole­ski koł­tun. Kobietę tę dobrze znali kie­rowcy i podob­nie jak ich lito­ściwi przod­ko­wie, na swój spo­sób współ­czuli.

Kiedy młody kie­rowca wresz­cie powró­cił do kabiny, na widok żebraczki zdrowo zare­cho­tał i dorzu­cił:

- Co, Swietka znowu pasa­że­rów ocy­ga­niła?! No, to możemy ruszać!

W jego gło­sie brzmiało uzna­nie dla aktor­skiego kunsztu oszustki.

W świ­te­skim klasz­to­rze...

Mar­szrutka pędziła do kurortu "Pieśń lasu", poło­żo­nego wśród jezior i lasów w pobliżu gra­nicy z Bia­ło­ru­sią, ale ja posta­no­wi­łam zatrzy­mać się w Szacku. Od razu uda­łam się na dwo­rzec auto­bu­sowy, żeby zorien­to­wać się, jakie mam połą­cze­nia. Szary, beto­nowy budy­nek przy­po­mi­nał bun­kier, strze­gący ulicy Pięć­dzie­się­ciu Lat Zwy­cię­stwa. Dalej droga pro­wa­dziła w kie­runku bia­ło­ru­skiego Brze­ścia.

- Ile auto­bu­sów dzien­nie jeź­dzi do Brze­ścia? - zapy­ta­łam kobietę ukrytą za minia­tu­ro­wym okien­kiem. Ni­gdzie nie było widać pasa­że­rów. Zza zamknię­tych drzwi dola­ty­wało kra­ka­nie wron na pobli­skim cmen­ta­rzu.

- Daw­niej jeź­dziły dwa, a teraz nie mogę nic obie­cać. Może być auto­bus, a może też nie być - żeby zre­kom­pen­so­wać przy­krą nowinę, kasjerka bły­snęła zło­tym zębem w uśmie­chu. Wszystko zale­żało od potrzeb ludzi. Auto­bus rusza w trasę wtedy, gdy uzbiera się odpo­wied­nia liczba pasa­że­rów.

- A teraz, wie­cie - cią­gnęła kobieta - ludzie zbied­nieli, nie mają za co poje­chać w gości.

Zda­niem mojej roz­mów­czyni, nie ist­niały żadne prze­szkody zwią­zane z prze­kra­cza­niem gra­nicy. Repu­blikę Bia­ło­ruś uwa­żała za dostępną, brat­nią i swoj­ską kra­inę.

- Tam prze­cież mnó­stwo krew­nia­ków - dodała. I już chciała dzwo­nić do kie­rowcy, żeby roz­py­tać o naj­bliż­szy rejs do Brze­ścia.

- Nie trzeba! Mam inny plan - powstrzy­ma­łam kobietę.

- To cie­kawe - oży­wiła się kasjerka - tak więc niech pani pyta. Może coś wspól­nie wymy­ślimy.

Wycią­gnę­łam mapę i prze­czy­ta­łam nazwy miej­sco­wo­ści w sąsied­nich rejo­nach: Jaro­wisz­cze, Tur, Zabo­ło­cie.

- Wła­śnie tam mi trzeba! Pro­szę pod­po­wie­dzieć, jak mogę tam doje­chać, czy są jakieś połą­cze­nia.

W odpo­wie­dzi kobieta odmow­nie pokrę­ciła głową. Jej oczy mówiły: nie tędy droga! Moż­liwe, że moja nie­szczę­śliwa mina wywo­łała współ­czu­cie. Kobieta wydo­była się ze swej beto­no­wej celi. Teraz przy­po­mi­nała dobrą cio­cię.

- Ja was tam nie pusz­czę - powie­działa po mat­czy­nemu.

Mój plan był taki: poje­chać w górę rzeki Pry­peć, od źró­deł do miej­sca, gdzie rzeka prze­cina gra­nicę z Bia­ło­ru­sią. Szlak wzdłuż brzegu rzeki liczył prze­szło dwie­ście kilo­me­trów. I oto na pierw­szym dworcu auto­bu­so­wym mój logiczny i prak­tyczny plan w jed­nej chwili roz­bił się o rze­czy­wi­stość. Oka­zało się, że z Szacka łatwiej dostać się do sto­łecz­nego Kijowa niż do nie­od­le­głych Jaro­wiszcz, Tura, Zabo­ło­cia. Jesz­cze więk­sza prze­szkoda tkwiła w men­tal­no­ści miesz­kań­ców. Wsie nad Pry­pe­cią ogar­nęła jakaś dziwna aura izo­lo­wa­nia się. Sądząc po trwo­dze i zakło­po­ta­niu kasjerki, miesz­kali tam wyłącz­nie ludo­żercy.

- Samej kobie­cie nie wolno wędro­wać w takiej głu­szy - lamen­to­wała. - Żeby choć z jakąś przy­ja­ciółką, w towa­rzy­stwie. Tam prze­cież wszystko może się zda­rzyć!

Te szczere, macie­rzyń­skie prze­strogi nie­zna­jo­mej kobiety nie­mal się spraw­dziły, gdyż nie­wiele bra­ko­wało, żebym wpa­dła pod fur­mankę, która pędziła środ­kiem ulicy Tarasa Szew­czenki. Szack, mimo że ofi­cjal­nie był cen­trum rejo­no­wym o dzie­się­ciu tysią­cach miesz­kań­ców, przy­po­mi­nał cha­otycz­nie zabu­do­waną rybacką wio­skę, roz­rzu­coną mię­dzy sied­mioma jezio­rami. Po podwór­kach, przy niskich chat­kach z łup­ko­wymi dachami, spa­ce­ro­wały kozy i gęsi. Zaszłam do sklepu z szyl­dem "Suwe­niry", żeby popy­tać o noc­leg. Kobiety za ladą nawet nie zauwa­żyły mego wej­ścia. Dalej gadały o zbio­rach bura­ków, narze­kały na suszę.

- Czy może­cie mi pod­po­wie­dzieć, jakie są w Szacku atrak­cje? - zapy­ta­łam.

Moje pyta­nie nie wpa­so­wało się w porę roku - wszyst­kie atrak­cje Szacka przy­pi­sane były do sezonu tury­stycz­nego, który roz­cią­gał się od połowy czerwca do połowy sierp­nia. Wtedy w mia­steczku dzień i noc miesz­kańcy napo­ty­kali tury­stów, sprze­da­wali im drwa porą­bane na polana (pod szasz­łyki), domo­wej roboty pączki, pie­czone i wędzone ryby, zebrane w lesie jagody i kurki, dziki miód, hafty i pach­nący dziki roz­ma­ryn rosnący w bagien­nych borach, któ­rego gorzko-dzika woń prze­ga­nia z szafy mole.

Teraz, żeby nie zosta­wić mnie z niczym, kobiety pora­dziły:

- Można poje­chać do klasz­toru, do Świ­tezi.

- Czy to daleko?

- Będzie około pię­ciu kilo­me­trów.

W nowo­cze­snym i wygod­nym hotelu "Wodo­graj" wypra­wiano wesele, mimo to zna­lazł się dla mnie wolny pokój. Woda w kra­nie pach­niała jak Morze Bał­tyc­kie. Duszę moją ogrze­wała jesz­cze jedna hydro­lo­giczna oko­licz­ność. Oto odle­głość pomię­dzy źró­dłami Pry­peci i nur­tem rzeki Bug wynosi naj­wy­żej sie­dem, dzie­więć kilo­me­trów. Jeśli uwzględ­nić więk­szą ruchli­wość sta­ro­żyt­nych naro­dów, poko­na­nie szlaku od źró­deł Narwi do źró­deł Pry­peci nie sta­nowi szcze­gól­nego boha­ter­stwa ani też wyzwa­nia. Pie­sze wyprawy przed­się­brano w okre­sie zimo­wym, kiedy mróz utwar­dzał błota, rzeki i jeziora. Żeby nie leżeć po próż­nicy w hotelu, wyobra­ża­łam sobie komu­ni­ka­cyjny ruch Pry­pecią w przed­hi­sto­rycz­nej epoce. Odpo­wiedni nastrój wywo­ły­wał ota­cza­jący las, który żywo przy­po­mi­nał mi Pusz­czę Bia­ło­wie­ską. Przez uchy­lone okienko dola­ty­wały trele sło­wi­ków.

- Co przy­śniło się na nowym miej­scu? - zapy­tała mnie na dzień dobry wła­ści­cielka hotelu.

W Szacku, jak w cza­sach Hero­dota, wie­rzono w moc sen­nego prze­kazu, który przy­śni się na nowym miej­scu. To co się wyśniło, obo­wiąz­kowo wyda­rzy się na jawie. Żeby pod­trzy­mać roz­mowę w podob­nym nastroju, w pośpie­chu przy­wo­ła­łam obrazy minio­nej nocy. Mój sen nie kwa­li­fi­ko­wał się do publicz­nego wyja­wie­nia. Przy­śnił mi się agre­sywny wyro­stek, podobny do Wowki z kowel­skiej "Pie­śni lasu". W dodatku zgu­bi­łam w auto­bu­sie ple­cak z doku­men­tami, pie­niędzmi, tele­fo­nem komór­ko­wym. Samotna i obdarta z toż­sa­mo­ści, scho­wa­łam się na dworcu w Kowlu. W moją stronę biegł sobo­wtór Wowki i doma­gał się swo­ich czter­dzie­stu hry­wien. Od tego wszyst­kiego poczu­łam, że puch­nie mi głowa i w dodatku męczył mnie kaszel.

- To nic strasz­nego - uspo­ko­iła mnie dorodna Walen­tyna Wasil­jewna Kur­ha­jewa. - Wszystko to jest wywo­łane szo­kiem i zmę­cze­niem. Pani jesz­cze nie prze­sta­wiła się na naszą rze­czy­wi­stość.

Mnie z kolei zain­te­re­so­wało nazwi­sko Kur­ha­jew.

- Mój mąż pocho­dzi z Moł­da­wii - odpo­wie­działa.

- Czy pani się tam uczyła?

- Nie, to wszystko poto­czyło się zwy­czaj­nie i dziw­nie - odpo­wie­działa z cza­row­nym uśmie­chem biz­ne­swo­man. Wspo­mnie­nie jesz­cze dziś spra­wiało jej radość. A było tak:

- On słu­żył w Jago­dzi­nie w woj­sku, a ja pra­co­wa­łam tam jako pie­lę­gniarka. Pew­nego razu ska­le­czył się w palec i przy­szedł do mnie na opa­tru­nek. Robię mu ten opa­tru­nek, a on wpa­truje się we mnie, ale nic nie mówi. A potem znowu przy­szedł... Tak się pozna­li­śmy, tak nas los zwią­zał ze sobą.

Pani Walen­tyna pocho­dziła z sąsied­niej wsi Świ­teź. Pod­po­wie­działa mi, jak doje­chać do tam­tej­szego mona­steru. Jej opo­wieść dźwię­czała jak jasny znak w mojej zamglo­nej wąt­pli­wo­ściami i lękiem podróży.

- Ludzie przy­jeż­dżają do naszego archi­man­dryty Arse­nia z całej Ukra­iny. On potrafi pomóc mał­żeń­stwom, które mają pro­blem z poczę­ciem dziecka. Lecz nie tylko z tym. Gdy sta­nie się jakieś nie­szczę­ście, czy cho­roba, wszy­scy cią­gną do niego po porady...

Po wymow­nej pau­zie zeszła na sprawy oso­bi­ste.

- Mnie samej przez długi czas śnił się jeden straszny sen - pani Walen­tyna ści­szyła głos. - Od tego zaczęła mnie boleć głowa. Nie wie­dzia­łam, co robić, jak się leczyć. Żadne pigułki nie poma­gały, więc poszłam do niego. Archi­man­dryta wysłu­chał, pomy­ślał i mówi: "Dam tobie modli­twę, prze­czy­taj przed snem". I wszystko prze­szło, jak ręką odjąć! - tym samym ści­szo­nym tonem zakoń­czyła swoją opo­wieść pani biz­ne­swo­man.

Ten zły sen osta­tecz­nie "odcze­pił się" ode mnie.

***

Wieś Świ­teź przy­po­mi­nała dziel­nicę Szacka. Przy­sta­nę­łam, cze­ka­jąc na mło­dego męż­czy­znę, który lek­kim kro­kiem zmie­rzał w stronę kina "Latar­nia Mor­ska".

- Idziemy! - zawo­łał.

Skrę­ci­li­śmy w piasz­czy­stą drogę i przez jakieś dzie­sięć minut szli­śmy brze­giem jeziora. Mój przy­pad­kowy prze­wod­nik przez cały ten czas nie ode­zwał się ani sło­wem. Począt­kowo myśla­łam, że jest nowi­cju­szem z klasz­toru, komu bowiem chcia­łoby się towa­rzy­szyć nie­zna­jo­mej, odpro­wa­dza­jąc ją zaku­rzo­nymi ulicz­kami? Wystar­czyło prze­cież wska­zać kie­ru­nek.

Chło­pak miał na uszach pod­łą­czone do smart­fona słu­chawki, przez które wydo­by­wał się sze­lest, podobny do poszumu mor­skich fal. Od czasu do czasu oglą­dał się i łagod­nie uśmie­chał. Po lewej stro­nie roz­po­ście­rało się jezioro Świ­teź. W poran­nym słońcu przy­po­mi­nało ogromne lustro. Nad­brzeżna ulica roz­kosz­nie drze­mała, marząc o poku­sach tury­stycz­nego sezonu. Od czasu do czasu na podwór­kach piały koguty.

Za cer­kiew­nym par­ka­nem mój prze­wod­nik, nie zdej­mu­jąc słu­cha­wek, prze­że­gnał się naboż­nie i wska­zał ręką wej­ście do nowego budynku klasz­toru, usy­tu­owa­nego pośród zaora­nej ziemi, nie­opo­dal cer­kwi. Sam obró­cił się na pię­cie i ruszył w drogę powrotną w kie­runku kina.

Zapy­ta­łam chło­paka o imię.

- Jaro­sław!

- Jesteś miej­scowy? - potrze­bo­wa­łam dowodu na jego realne ist­nie­nie.

- Tak! - roz­le­gła się oszczędna i zara­zem sta­now­cza odpo­wiedź.

Cer­kiew w Świ­tezi jest naj­bar­dziej oka­za­łym obiek­tem, jaki do tej pory widzia­łam na ukra­iń­skim Pole­siu. Skąd w jeziorno-leśnym zakątku taka wysma­ko­wana budowla z toskań­skim por­ta­lem o czte­rech kolum­nach? I dla­czego zamiast w cen­trum, znaj­do­wała się na przed­mie­ściach, pośród byle jakich budyn­ków, które bez­czel­nie kale­czyły prze­strzeń? Lecz wystar­czyło prze­stą­pić cer­kiewną bramę, żeby poczuć czy­stą ener­gię i moc histo­rii zamknię­tej w archi­tek­tu­rze. Budowę cer­kwi w latach 1840-1846 sfi­nan­so­wał hra­bia Wła­dy­sław Bra­nicki, syn Fran­ciszka Ksa­we­rego. Hra­bia nie­spo­dzie­wa­nie zmarł w 1843 roku, dla­tego dokoń­cze­niem budowy zajęła się wdowa Róża Potocka. Czy rodzinna tra­ge­dia wpły­nęła na kształt i cha­rak­ter budowli? Oglą­dana od strony jeziora, przy­po­mina latar­nię mor­ską i ema­nuje ary­sto­kra­tyczną melan­cho­lią. Pie­tro­paw­łow­ska cer­kiew w Świ­tezi, jako jedyna w tej oko­licy, szczy­ciła się tym, że nie było tu prze­rwy w odpra­wia­niu nabo­żeń­stwa, spra­wo­wa­niu kultu. "Dzięki Bożej miło­ści cer­kiew ni­gdy nie była zamknięta" - infor­mo­wał klasz­torny fol­der. Przy­no­szono tu na prze­cho­wa­nie litur­giczne naczy­nia i księgi, gdy komu­ni­ści zamy­kali bądź zamie­niali oko­liczne cer­kwie na maga­zyny gospo­dar­cze. Przez dzie­więć mie­sięcy, na prze­ło­mie roku 1967 i 1968, wierni modlili się bez udziału duchow­nych. Świ­tezianie sztur­mo­wali rejo­nową i okrę­gową admi­ni­stra­cję, jeź­dzili z poda­niem do Kijowa, aż ich sta­ra­nia zaowo­co­wały plo­nem. Do para­fii skie­ro­wano ojca Ser­hija Miel­ni­czuka.

27 wrze­śnia 2001 roku w Świ­tezi stał się cud. W Pie­tro­paw­łow­skiej cer­kwi zapła­kała Pocza­jow­ska Ikona Matki Bożej. Od tej pory odby­wają się tutaj nabo­żeń­stwa o uzdro­wie­nia - z poświę­ce­niem wody. Wśród piel­grzy­mów naj­wię­cej jest oby­wa­teli Bia­ło­rusi, z sąsied­niego okręgu brze­skiego. Tam­tejsi Pole­szucy cią­gną do Świ­tezi z nadzieją na ule­cze­nie od nie­mocy i cho­rób, wywo­ła­nych przez czary. Spis wypad­ków i ozdro­wień wydał mi się dziw­nie zna­jomy, pod­la­ski. W klasz­tor­nym fol­de­rze czy­tamy, że "pierw­sze wota dzięk­czynne poda­ro­wał miesz­ka­niec wsi N. Pew­nego razu kobieta, która zasły­nęła w całej oko­licy jako wróż­bitka, popro­siła go, by dopo­mógł jej w gospo­dar­stwie. Po pracy zapro­siła na poczę­stu­nek. Kiedy męż­czy­zna wypił kie­li­szek wódki, stało się z nim coś dziw­nego. Usły­szał jakiś gruby, dziki głos, który nie dawał mu spo­koju. Rol­nik szu­kał wszę­dzie ratunku, ale nada­rem­nie. Sąsiad ze wsi pod­po­wie­dział mu, by poje­chał do ikony w Świ­tezi. Jakże obu­rzył się na to prze­śla­du­jący go głos! Umrzesz, gdy tylko prze­stą­pisz gra­nicę wsi Świ­tezi! - gro­ził. Rol­nik gotów był na śmierć, tak doku­czyły mu czary. Podróż była ciężka, jesz­cze gorzej się poczuł, w trak­cie nabo­żeń­stwa. Męż­czy­zna dziko pokrzy­ki­wał, z jego ust toczyła się piana, jakaś siła rzu­cała go na wszyst­kie strony. Zda­wało się, że nad­szedł jego kres. Led­wie żywy wró­cił do domu. O trze­ciej nad ranem poczuł ulgę, zasnął, a ran­kiem obu­dził się zdrów jak ryba. Stra­chy i głosy znik­nęły jak zły sen".

Cer­kiewne źró­dła wszyst­kie uzdro­wie­nia przy­pi­sują świę­tej iko­nie, lecz pole­ski lud wie swoje. Każdy, kogo nie spy­tasz, odpo­wie: "Jadę po pomoc do archi­man­dryty Arse­nia, on jest naszym uzdro­wi­cie­lem i jasno­wi­dzem.

***

W klasz­to­rze męskim pod wezwa­niem Pio­tra i Pawła przez cały rok witają się wiel­ka­noc­nym powi­ta­niem: "Chry­stus Zmar­twych­wstał!".

- A pani to do roboty? - zapy­tała mnie młoda kobieta w chu­ście na gło­wie, nie prze­ry­wa­jąc obie­ra­nia ziem­nia­ków. Do klasz­tor­nej kuchni tra­fi­łam za maleńką Niną, córeczką pani Anny. Dziecko, zauwa­żyw­szy mnie w ciem­nym kory­ta­rzu, rzu­ciło się pędem do pomiesz­cze­nia, gdzie pra­co­wała matka. W kuchni pach­niało sma­żo­nymi na oleju pla­cusz­kami. W głębi pomiesz­cze­nia dostrze­głam stos poro­śnię­tych pędami ziem­nia­ków, zapewne przy­go­to­wa­nych do zasa­dze­nia. W oczy rzu­ciły się jesz­cze pię­cio­li­trowy słoik z mary­no­waną, pokro­joną w kostki sło­niną i miska z jaj­kami.

- Nasz archi­man­dryta poje­chał do Jero­zo­limy - powie­działa pani Anna.

Wypy­ta­łam o nabo­żeń­stwa w cer­kwi i gdzie we wsi można zapy­tać o noc­leg.

- Ni­gdzie nie trzeba cho­dzić - pora­dziła kobieta - lepiej popro­sić o bło­go­sła­wień­stwo u naszego ojca dzie­kana, na pewno pomoże.

Anna poszła na górę zawia­do­mić o mojej wizy­cie. Chcia­łam już zaka­sać rękawy i pomóc w obie­ra­niu ziem­nia­ków, kro­je­niu mar­chewki i cebuli. Albo umyć naczy­nia, które po śnia­da­niu leżały w mied­nicy. Jed­nak Anna powstrzy­mała mnie zde­cy­do­wa­nym gestem:

- Na to potrzebne jest bło­go­sła­wień­stwo!

Musia­łam na nie cze­kać ze czter­dzie­ści minut. W tym cza­sie pokor­nie drep­ta­łam po cer­kiew­nym placu i klasz­tor­nym polu. Pod murem kwi­tły czer­wone tuli­pany. Trze­cia osoba, którą zauwa­ży­łam w męskim klasz­to­rze, to rów­nież była kobieta. Sio­stra Feodo­sja, ubrana na czarno, gra­co­wała przy­klasz­torny ogród. Zasiała już mar­chew i pie­truszkę, posa­dziła kabaczki i buraki, groch i sałatę, a teraz zajęła się sadze­niem cebuli. Za jej ple­cami wid­niało poletko sele­dy­no­wych pędów. Deli­katne dło­nie sio­stry Feodo­sji były upać­kane zie­mią.

- Lubię upać­kać ręce w ziemi - przy­znała się sio­stra. Przy­je­chała z Kijowa i już czwarty dzień gor­li­wie zaj­mo­wała się grząd­kami, z nadzieją, że podob­nie jak w zeszłym roku, wystar­czy warzyw do następ­nego lata. Jej obli­cze tchnęło dobro­cią.

Zało­że­nie klasz­toru w Świ­tezi prze­wi­dział miesz­ka­niec wsi Ome­liany. Zja­wił się u archi­man­dryty Arse­nia w dniu, kiedy robot­nicy kopali rowy pod fun­da­menty domu dla braci. Opo­wie­dział mu sen, który przy­śnił mu się dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. Na "polu tuli­pa­no­wym" ludzie kopali rowy. We śnie spy­tał duchow­nego, co tam będzie. "Klasz­tor" - usły­szał w odpo­wie­dzi. Wła­śnie to pole, o które z taką tro­ską dbała sio­stra Feodo­sja, obsa­dza­jąc cebulą i czosn­kiem, nazy­wało się "polem tuli­pa­no­wym". Wcze­śniej zie­mia nale­żała do gospo­da­rza, który upra­wiał tu tuli­pany na sprze­daż. Do tego czasu skromny klasz­tor mie­ścił się w pry­wat­nych domach we wsi. Wła­śnie tam zaczęły się pierw­sze uzdra­wia­nia i cuda. Miesz­kańcy Świ­tezi dobrze pamię­tają wesele, które nie­mal zakoń­czyło się pogrze­bem narze­czo­nej. Ta histo­ria barw­nie została opi­sana w klasz­tornym fol­de­rze:

"Pewien chło­piec spo­ty­kał się z dziew­czyną, ale nie ukła­dało się mię­dzy nimi. Chło­piec posta­no­wił zakoń­czyć zna­jo­mość. Kiedy spo­tkali się ostatni raz, dziew­czyna ze zło­ścią zmarsz­czyła brwi i groź­nie obwie­ściła: - Jesz­cze mnie popa­mię­tasz!

Po pew­nym cza­sie chło­pak zako­chał się i zde­cy­do­wał się oże­nić. Ślub odbył się w cer­kwi, a wie­czo­rem, kiedy spra­wiano wese­li­sko, panna młoda nagle padła na pod­łogę, posi­niała na twa­rzy i onie­miała. Przy­wo­łana fel­czerka bez­rad­nie roz­ło­żyła ręce i pora­dziła szy­ko­wać się na naj­gor­sze, na pogrzeb. Pan młody wziął umie­ra­jącą na ręce i poniósł do chaty, w któ­rej miesz­kał archi­man­dryta Arseni z mni­chami. - Ojcze, ratuj! - krzy­czał nowo­że­niec w roz­pa­czy. Wtedy licho poka­zało rogi. Nagle wszyst­kich mni­chów opa­no­wał strach, trzę­sły im się ręce, modli­twy wyle­ciały z głowy, prze­pa­dły święte księgi, nie pamię­tali nawet Ojcze nasz.

Nieco póź­niej, kiedy zakon­nicy opa­no­wali prze­ra­że­nie, odna­la­zły się księgi i roz­po­częto modły do Matki Boskiej, w cha­cie pod­niósł się sza­lony wicher. Prze­ry­wały się wypo­wie­dzi, coś waliło w ściany, a ludzie drżeli ze stra­chu. Kiedy roz­po­częto czy­tać Ewan­ge­lię, z twa­rzy panny mło­dej zaczęła ustę­po­wać siność. Wyrów­nał się jej oddech. Pokro­piono ją świę­coną wodą i uło­żono do snu. Spała długo, a gdy się obu­dziła, niczego nie pamię­tała".

A teraz szłam po bło­go­sła­wień­stwo, by móc prze­no­co­wać w cudow­nym klasz­to­rze.

Spo­dzie­wa­łam się, że w oso­bie ojca dzie­kana ujrzę zgar­bio­nego ascetę z długą brodą i suro­wym obli­czem. Ojciec Paweł nosił tym­cza­sem pod­strzy­żoną bródkę, był nad­zwy­czaj przy­stojny, ludzki i zara­zem wraż­liwy. W mil­cze­niu roz­wa­żał każde słowo. Powie­dzia­łam kim jestem i w jakim celu przy­by­wam do Świ­tezi, przed­sta­wi­łam się:

- Mam na imię Hanna.

- Anna - popra­wił mnich.

Do tej pory nikt nie popra­wiał mojego imie­nia, na odwrót, Pole­szucy, kiedy sły­szeli słowo Hanna, ser­decz­nie uśmie­chali się i mówili: "Moja bab­cia też Hanna". Wie­dzia­łam, że w patriar­chal­nej spo­łecz­no­ści stare kobiety cie­szyły się naj­więk­szym auto­ry­te­tem, więc porów­na­nie do rodzo­nej babci brzmiało jak kom­ple­ment. W klasz­to­rze nale­żało zacho­wać tak­towny dystans, dla­tego poprawkę ojca Pawła uzna­łam za sło­wiań­sko-cer­kiewną for­mal­ność. Jak więk­szość pole­skich para­fii, klasz­tor w Świ­tezi nale­żał do moskiew­skiego patriar­chatu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki