Rozdział 1
Czerwone Gitary
Anno Mario, nie zadzieraj nosa
Trójmiejski tygiel muzyczny
Mówimy Czerwone Gitary, a myślimy Seweryn Krajewski, chociaż lidera
istniejącej do dziś grupy nie ma w jej składzie od 1997 roku.
Wielbiciele zespołu nigdy też nie zapomnieli, jaką rolę w jego dziejach
odegrał Krzysztof Klenczon, mimo że odszedł z formacji po pięciu latach
wspólnej działalności. Jednak grupa zapewne nigdy by nie powstała, gdyby
nie śpiewający gitarzysta, Jerzy Kossela. Należał do składu zaledwie
przez dwa lata, ale wracał w jej szeregi jeszcze trzykrotnie. Zespół był
jednak jego projektem, a Kossela bardzo konsekwentnie realizował swoje
plany.
Grupa powstała w Gdańsku, gdzie na początku lat sześćdziesiątych miała
miejsce wręcz eksplozja talentów muzycznych. Nie tylko zresztą w grodzie
Neptuna, gdyż zespoły młodzieżowe powstawały także w Gdyni i Sopocie - z tego powodu uważano Trójmiasto za kolebkę polskiego bigbitu. W marcu
1959 roku w gdańskim klubie Rudy Kot odbył się koncert grupy Rhythm and
Blues i właśnie ta data uważana jest za początek polskiego rocka. W Gdańsku rozpoczęli działalność Czerwono-Czarni, a w Gdyni
Niebiesko-Czarni. W Trójmieście debiutował także Czesław Niemen, który
początkowo trafił do Niebiesko-Czarnych. Z grupą tą byli też związani
Jerzy Kossela i Krzysztof Klenczon.
Nie bez przyczyny największą rolę w powstaniu europejskiego rocka
odegrały Liverpool i Hamburg. Duże miasta portowe były odwiedzane przez
tysiące marynarzy z całego świata, co miało decydujące znaczenie w kwestii przepływu i wymiany nowych trendów muzycznych. Poza tym
członkowie załóg statków podczas pobytu w porcie zawsze lubili się
zabawić, a do tego potrzebowali lokali z wyszynkiem i muzyką na żywo.
Także w Trójmieście był znacznie łatwiejszy dostęp do płyt zachodnich
wykonawców, które - mimo horrendalnych cen - znajdowały nabywców.
Poza tym od czego słynna pomysłowość Polaków? Skoro do kraju trafiały
wydawnictwa z Zachodu, zaczęły powstawać niewielkie prywatne firmy
kopiujące poszczególne przeboje na pocztówki dźwiękowe. Odtwarzano je na
gramofonach. Jakość dźwięku pozostawiała wiele do życzenia, o stereofonii nikt jeszcze wtedy nie słyszał, ale w zamian nośniki były
relatywnie tanie. Początkowo rejestrowano na nich tylko jeden utwór,
potem produkowano pocztówki z dwiema piosenkami. Oczywiście takimi
drobiazgami jak prawa autorskie nikt się nie przejmował.
"Było to klasyczne piractwo - podsumowywał Wojciech Mann - ale
usprawiedliwiam je z uwagi na pożytki z niego płynące. Dzięki
prywaciarzom pocztówkowym melomani mogli zaopatrywać się w substytut
prawdziwych płyt gramofonowych z ulubionym repertuarem. Nieuświadomionym
wyjaśniam, że pocztówki były nośnikiem podłej jakości dźwięku zapisanego
na tworzywie pokrywającym widokówkę albo wizerunek pięknego kwiatu. W środku była dziurka i po umieszczeniu na przykład [zdjęcia] Wawelu na
talerzu gramofonu z głośnika chrypiał Elvis Presley"1.
Jeszcze większą rolę odgrywały zachodnie rozgłośnie muzyczne z legendarnym Radiem Luxembourg na czele. Na początku lat sześćdziesiątych
stacja kierowała swoją ofertę do młodych słuchaczy, emitując
bezpośrednio z płyt muzykę z czołówek list przebojów. Program nadawano
na falach długich i średnich, dzięki czemu audycji najlepiej słuchało
się w Polsce po zmroku, co było jednocześnie najlepszym czasem
antenowym. Z tego też powodu po latach Grzegorz Markowski, lider zespołu
Perfect, śpiewał w Autobiografii "był Luxembourg, chata, szkło", co
doskonale oddawało nastroje panujące wśród ówczesnej polskiej młodzieży.
Na początku lat sześćdziesiątych znany z tej piosenki wiatr odnowy
przestał wiać, a w dorosłość wkraczało pokolenie niepamiętające wojny.
Młodzi ludzie nie chcieli już dźwigać bagażu ideologicznego, który
nachalnie oferowano im podczas szkolnych akademii - w zamian pragnęli
żyć i się bawić. Wszelkie mody muzyczne, które przyszły z Zachodu, miały
posmak zakazanego owocu, co tylko zwiększało ich atrakcyjność. Wprawdzie
władze oficjalnie zwracały się przeciwko imperialistycznej zgniliźnie
moralnej, jednak jazz i rock uznawano za swoisty wentyl bezpieczeństwa.
Oczywiście pod pewnymi warunkami: "polska młodzież miała śpiewać polskie
piosenki", natomiast sam styl muzyczny nazwano mocnym uderzeniem, czyli
bigbitem (nazwa "rock and roll" nie była tolerowana).
Jednak nakaz śpiewania wyłącznie polskich piosenek nie do końca był
przestrzegany. Wprawdzie niemal każdy początkujący zespół usiłował
komponować własne utwory, ale w repertuarze dominowały przeboje z Zachodu: Elvisa Presleya, Cliffa Richardsa, The Beatles, Rolling Stones,
Animals i innych. Często z polskimi tekstami, gdyż angielska wymowa
naszych wokalistów bywała problematyczna, a poza tym starano się nie
zaogniać sytuacji.
W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych przez trójmiejską scenę
muzyczną przewinęło się kilkadziesiąt zespołów. Większość z nich
funkcjonowała bardzo krótko, grupy rozpadały się i łączyły, dochodziło
do roszad, muzycy grali w dwóch lub trzech składach naraz, a w cenie
byli ci, którzy dysponowali własnym sprzętem. Zapotrzebowanie na zespoły
grające do tańca było wówczas znaczne. Jak wiadomo - jeżeli jest popyt,
jest też podaż.
"W szkołach na Wybrzeżu - wspominał Jerzy Kossela - także w podstawówkach, zazwyczaj w soboty odbywały się wieczorki taneczne i zabawy szkolne. Trwały trzy do pięciu godzin, współorganizowały je
dyrekcje szkół i komitety rodzicielskie, których przedstawiciele
ustalali budżet takich imprez. Bilet wstępu kosztował 5 złotych,
uczniowie z obcych szkół płacili dwa razy tyle"2.
Trzej panowie K.
Jerzy Kossela zaczynał karierę estradową w efemerycznej grupie Elektron,
a później wraz z Franciszkiem Walickim założył Niebiesko-Czarnych.
Walicki, dziennikarz muzyczny nazywany ojcem polskiego rocka (to on
stworzył określenie "bigbit"), był opiekunem wielu początkujących grup z Rhythm and Blues na czele, a do tego kompozytorem i autorem tekstów. Nie
zawsze jednak udawało mu się znaleźć wspólny język ze swoimi
podopiecznymi. Choć stworzył Czerwono-Czarnych, to po nieporozumieniach
z dążącymi do większej samodzielności członkami grupy postanowił
zorganizować im mocną konkurencję. Właśnie wtedy trafił na
utalentowanego gitarzystę i wokalistę, Jerzego Kosselę.
Ten miał jednak własne pomysły i wizję. Pragnął stworzyć zespół złożony
z dobrych instrumentalistów i wokalistów, którego repertuar opierałby
się na autorskich piosenkach. Podobnie jak to zrobili Beatlesi, którzy
powoli odchodzili od grania standardów rockowych czy rockandrollowych. W Niebiesko-Czarnych poznał swojego rówieśnika, zdolnego gitarzystę
Krzysztofa Klenczona, który dodatkowo dysponował barwą głosu nieco
zbliżoną do tembru Johna Lennona. Z Niebiesko-Czarnych wywodzili się
także Bernard Dornowski (gitara) i Henryk Zomerski (gitara basowa).
Natomiast za bębnami miał zasiąść Jerzy Skrzypczyk.
Nowa grupa otrzymała nazwę Pięciolinie, ale jej skład nie był jednak
ustabilizowany, gdyż założyciel trafił do zasadniczej służby wojskowej.
Wprawdzie realizował "zaszczytny obowiązek" jako kierownik biblioteki
jednostki i muzyk zespołu wojskowego, ale oderwanie od Trójmiasta
spowodowało pewne opóźnienie w realizacji projektu. Poza tym w składzie
brakowało jego gitary i dlatego do formacji dołączyli bracia Tadeusz i Roman Mrozowie, co niebawem miało doprowadzić do pewnych kłopotów. Na
próbach i koncertach pojawiał się także pewien mocno wyciszony młody
wokalista, niejaki Seweryn Krajewski.
Uczęszczał do klasy skrzypiec w średniej szkole muzycznej (przyjaźnił
się ze starszym o rok Konstantym Andrzejem Kulką), natomiast Skrzypczyk
uczył się tam w klasie perkusji. Stwarzało to pewne zagrożenie dla
Pięciolinii, gdyż statut placówki zakazywał uczniom brania udziału w koncertach rockowych. Zatem zdarzało się, że gdy podczas imprezy
muzycznej pojawiał się ktoś z kadry pedagogicznej, grupa traciła nagle
jednego z wokalistów i perkusistę, gdyż obaj salwowali się ucieczką.
Dla Kosseli był to jednak tylko etap przejściowy, bowiem gitarzysta
traktował zespół jako swoisty poligon doświadczalny - dążył do powołania
właściwej formacji. Zależało mu na wyselekcjonowaniu muzyków, którzy są
nie tylko zdolnymi instrumentalistami, lecz także będą śpiewać i komponować. Analogie z The Beatles były oczywiste. Nic dziwnego -
czwórka z Liverpoolu imponowała wtedy wszystkim na świecie.
Koncepcje Kosseli zdecydowanie odbiegały od ówczesnych obyczajów
panujących nad Wisłą. Nikt nie wyobrażał sobie koncertu, by na scenie
występował tylko jeden wykonawca - bez pomocy grupy solistów,
konferansjerów czy nawet bez przerywników w postaci komików parodystów.
A do tego prezentował wyłącznie własny, autorski repertuar. Kossela był
jednak konsekwentny i ostatecznie Czerwone Gitary powołano do życia na
początku stycznia 1965 roku w kawiarni Cristal w Gdańsku-Wrzeszczu.
Miejsce, w którym zapadła ta decyzja, wybrano dość przypadkowo, a zadecydowała o tym... awaria zasilania.
"Spotkanie miało się odbyć w niedalekim klubie Ster - wspomina Jerzy
Skrzypczyk. - Był to nasz sponsor, klub Stoczni Gdańskiej, czyli bardzo
bogatej firmy, która nas ubierała i kupowała sprzęt. Tylko że w Sterze
akurat zgasło światło. Cóż było robić? Szukaliśmy więc miejsca, gdzie
można by tę kawę wypić. Okazało się, że sto pięćdziesiąt metrów dalej
jest kawiarnia Cristal - i tam poszliśmy, gdyż mieli kawę i światło"3.
Co ciekawsze, na spotkaniu pojawili się także ludzie raczej niekojarzeni
później z zespołem, jak chociażby Czesław Niemen. Był także Franciszek
Walicki, który nawet zaproponował nazwę grupy. Jego pomysł okazał się
zresztą znacznie lepszy niż propozycja Kosseli, który chciał, by
formacja przyjęła nazwę Maskotki. Z kolei pomysł Walickiego nawiązywał
do mody na kolorowe nazwy zespołów, a poza tym wskazywał najważniejsze
instrumentarium. Inna sprawa, że jedynymi dostępnymi wówczas na rynku
gitarami były czeskie Jolany, które oferowano wyłącznie w jednym
kolorze. Oczywiście czerwonym...
Pierwszy koncert miał miejsce niewiele później w Klubie Stoczniowców w Elblągu. Zespół zresztą wystąpił jako Pięciolinie, gdyż doszło do
pomyłki przy drukowaniu plakatów. Pewnym zaskoczeniem była natomiast
wiadomość, że w gdyńskim Klubie Kolejarza zapowiedziano koncert innego
zespołu o tej samej nazwie, który stworzyli byli gitarzyści kapeli,
Tadeusz i Roman Mrozowie.
"Poszliśmy tam wszyscy - wspominał Jerzy Kossela - i o mało nie doszło
do mordobicia. W końcu osiągnęliśmy kompromis: zespół, w którym grali
bracia Mrozowie, zmienił nazwę na Pięć Linii"4.
Kilka dni później Czerwone Gitary pojawiły się w sopockim Grand Hotelu.
W okresie zimowym przenosił tam działalność klub Non Stop na co dzień
mający siedzibę przy ulicy Drzymały w pobliżu plaży. Było to w tym
czasie jedyne miejsce w Polsce, gdzie do tańca grały zespoły bigbitowe z największymi gwiazdami tamtych lat.
"Kiedy zaczynaliśmy grać - wspominał Bernard Dornowski - mieliśmy bardzo
pod górkę. Nie można było nosić długich włosów, nie można było głośno
mówić: rockandroll czy big-beat. Był to jedyny klub w Polsce, w którym
młodzież spotykała się w wakacje i bawiła przy muzyce granej na żywo
przez zespoły rockandrollowe. To był klub na miarę światową"5.
Współpraca z Walickim nie trwała jednak długo. Ojciec chrzestny
polskiego rocka nie wyobrażał sobie zespołu bez kilku solistów czy
konferansjerów. Poza tym doszło do ponownych animozji z Kosselą,
ponieważ także pan Jerzy był typem człowieka, który wszystko chciał
kontrolować. Na przykład gdy Skrzypczyk musiał uciekać ze sceny, bo na
salę wkroczył jeden z jego nauczycieli, Kossela sam zasiadał za
perkusją. Inna sprawa, że był typem technokraty, opracował nawet
regulamin (!) dla zespołu liczący dziewięć paragrafów i kilkanaście
punktów. Uwzględnił także kary finansowe za spóźnienia lub
niesubordynację (z alkoholem włącznie) i na swój sposób cel osiągnął,
gdyż Czerwone Gitary uchodziły za najbardziej zdyscyplinowany zespół w Polsce.
Wprawdzie Kossela zawsze twierdził, że w grupie panowała demokracja, a decyzje podejmowano większością głosów, ale jego zachowanie coraz
bardziej przypominało dyktaturę. Nie chciał się z tym pogodzić Klenczon,
który - jako kompozytor większości materiału - w coraz większym stopniu
czuł się liderem. Dwóch liderów to jednak zbyt wiele jak na jedną grupę.
Zwłaszcza że niebawem pojawił się trzeci. Na miejsce Zomerskiego, który
miał problemy ze służbą wojskową, do zespołu na stałe dołączył Seweryn
Krajewski, który początkowo objął gitarę basową. Dużo komponował, był
znakomitym wokalistą, co - oprócz wielkich sukcesów - wróżyło też
poważne kłopoty.
Historia (nie)jednej znajomości
Z klubem Non Stop związane są też ważne wydarzenia z życia osobistego
członków grupy, tam bowiem większość z nich poznała swoje przyszłe żony.
Bernard Dornowski podczas jednego z koncertów wypatrzył w tłumie
młodzieży "interesującą dziewczynę". Chciał ją bliżej poznać, ale
okazało się, że adorował ją także bardzo przystojny techniczny zespołu.
Jednak urodziwa siedemnastolatka o imieniu Helena wybrała starszego o pięć lat muzyka, a pierwsza randka zakończyła się długim spacerem nad
ranem po ulicach Trójmiasta. Następnie gitarzysta został zaproszony na
śniadanie do domu swojej wybranki, gdzie gościnnie podjęła go matka
dziewczyny. Okazało się to znakomitym rozwiązaniem, gdyż był nie tylko
głodny, lecz także bez grosza w kieszeni. Niespełna dwa lata później
Bernard poślubił Helenę.
Także Jerzy Kossela znalazł swoje szczęście w Non Stopie. Jana - jego
wybranka - założyła się (!) z koleżankami, że "poderwie tego najmniej
przystępnego" członka zespołu. Rychło jednak okazało się, że Kossela też
miał rywala - samego Zbyszka Cybulskiego. Aktor ironicznie nazywał
gitarzystę "bałałajkarzem", ale mimo to przegrał starcie o względy
dziewczyny, czego do końca nie potrafił zrozumieć. Ostatecznie uznał
jednak swoją porażkę, ale zagroził, że jeżeli Kossela skrzywdzi Janę,
"nie puści mu tego płazem".
Inna sprawa, że muzyk i jego partnerka nie spieszyli się zbytnio z zalegalizowaniem związku, na ślubnym kobiercu stanęli dopiero po sześciu
latach. W ten sposób Kossela stał się szwagrem Dornowskiego, gdyż Jana i Helena Krasówny były siostrami.
Również Jerzy Skrzypczyk poznał swoją przyszłą żonę w sopockim klubie.
Maria była zafascynowana perkusistą, on również darzył ją uczuciem.
Znalazła się jednak życzliwa dusza, która wysyłała anonimy do matki
dziewczyny. Informowano w nich, że Skrzypczyk jest bigamistą, a do tego
dorobił się jeszcze gromadki nieślubnych dzieci.
"Z zarzutu bigamii - wyjaśniał muzyk - wytłumaczyłem się łatwo:
pokazałem dowód osobisty, bez śladu matrymonialnych adnotacji. Ale jak
panią matkę przekonać, że nie jestem winny ani jednego ojcostwa?" -
żaliłem się kolegom, na co Krzysiek Klenczon pospieszył z życzliwą radą:
"Przyprowadź te dzieciaki, niech się jej matka przekona, że nie są
podobne do ciebie...""6.
Krzysztof Klenczon także poznał swoją przyszłą żonę w Non Stopie. Alicja
Cywińska była zatrudniona w ekipie organizacyjnej klubu, a para zwróciła
na siebie uwagę już w dniu pierwszego koncertu nowej grupy w tym
miejscu. Gitarzysta wpatrywał się w dziewczynę, ale po koncercie nie
podszedł do jej stolika. Alicja dostała jednak zaproszenie na kawę od
członków zespołu.
"W hotelowej kawiarni - wspominała - byłam jedyną dziewczyną i kiedy
siedziałam z nimi przy stoliku, miałam wrażenie, że chcą mnie poderwać.
I to wcale nie Krzysztof, który był wtedy trochę "dupowaty". Raczej
Benek Dornowski, Skrzypczyk i Kossela. Potem pojawiły się tam dwie
dziewczyny. Jedną była Jana Kras, późniejsza i do końca żona Jurka
Kosseli, oraz jej siostra Helena, która została żoną Benka
Dornowskiego"7.
To właśnie dla Alicji Klenczon napisał Historię jednej znajomości i Kwiaty we włosach, chociaż tak naprawdę skomponował tylko muzykę, gdyż
tekst napisali inni autorzy - jednak zgodnie z zaleceniami kompozytora.
Wiele osób z pewnością dobrze pamięta charakterystyczny fragment
pierwszej z tych piosenek: "Szłaś przez skwer, z tyłu pies "Głos
Wybrzeża" w pysku niósł".
"Był pies, wabił się Betsy - wspominała Alicja. - Krzysztof go
wytrenował, żeby nosił gazetę. Jerzy Kossela, który napisał tekst, oparł
go na szczegółach naszej znajomości. Właściwie każda z tych piosenek, z którymi się utożsamiam, była napisana dla mnie. Zresztą autorzy znali
nas osobiście, tak że bardzo często nasza znajomość stanowiła kanwę
tekstu"8.
Początkowo tekst Historii jednej znajomości miał stworzyć Marek
Gaszyński, ale Kossela stwierdził, że sam zrobi to lepiej. Muzyka i słowa powstały w odstępie kilku miesięcy, a jedynym fragmentem napisanym
przez kompozytora jest słynne "sia la, la, la, la, la" otwierające każdą
zwrotkę.
Trudno, by w tym miejscu nie nasunęły się skojarzenia z piosenką Baby
It's You z debiutanckiej płyty The Beatles. Można wręcz mówić o inspiracji, chociaż utwór nie był autorstwa liverpoolskiej czwórki.
Jednak John Lennon i jego koledzy odcisnęli na nim zdecydowane piętno.
Natomiast humorystycznym akcentem jest tu fakt, że wspomniany pies nosił
w pysku gazetę będącą organem prasowym KW PZPR w Gdańsku. Dziwne, że
żaden cenzor nie uznał tego za skandal, i piosenka bez większych
problemów ukazała się w marcu 1966 roku na trzeciej epce (czwórce -
podwójnym singlu) zespołu, a potem na pierwszym longplayu. Obecnie
uważana jest przez melomanów za jeden z utworów z tryptyku o nadmorskiej
miłości, w skład którego wchodzą jeszcze Wakacje z blondynką Macieja
Kossowskiego i Spacer dziką plażą Stana Borysa.
Gdy jeden z autorów niniejszej książki jeszcze jako licealista po raz
pierwszy usłyszał tę piosenkę, to - jako romantyczny i wrażliwy młody
człowiek - był święcie przekonany, że fraza o psie niosącym w pysku
"Głos Wybrzeża" dotyczy szumu fal i wiatru, że jest to poetycka
przenośnia, a zwierzak zanosi się radosnym szczekaniem z powodu pięknych
okoliczności przyrody. Jakież było jego rozczarowanie, gdy okazało się,
że autorowi tekstu piosenki chodziło o partyjną gazetę.
Alicja i Krzysztof pobrali się w katerze oliwskiej w Boże Narodzenie
1967 roku. Świadkami mieli być Ada Rusowicz i Czesław Niemen, którzy
wówczas tworzyli parę. Jednak wokalista nieoczekiwanie wycofał się w ostatniej chwili. Pojawiły się więc pewne komplikacje.
"Na trzy dni przed ślubem - wspominała pani Alicja - Czesiek zadzwonił
do Krzysztofa i mówi: "Słuchaj, ja mam problem. Czy Ada będzie świadkiem
na twoim ślubie?". "Co za pytanie, przecież wszystko ustalone, jutro
przyjeżdża". "W takim razie ja nie mogę być świadkiem". I zaczęli się
kłócić przez telefon. Musieliśmy na gwałt znaleźć kogoś innego. Na
szczęście zgodził się Benek Dornowski"9.
Alicja i Krzysztof uchodzili za zgodne małżeństwo, rozłączyła ich
dopiero przedwczesna śmierć gitarzysty. Natomiast zdecydowanie bardziej
dramatyczne okazało się życie osobiste Seweryna Krajewskiego. Przez dwa
lata był związany z Urszulą Sipińską, plotkowano nawet o ich ślubie.
Potem spotykał się z Ireną Jarocką, ale i ta znajomość nie przetrwała.
Być może zdecydował o tym fakt, że Krajewski doczekał się wówczas córki
z 18-letnią fanką. Przez lata nie chciał jej uznać, ostatecznie jednak
sąd w 1976 roku potwierdził jego ojcostwo i zasądził alimenty. Kilka lat
temu muzyk podważył te ustalenia, powołując się na testy DNA. Sprawa do
dzisiaj nie znalazła rozstrzygnięcia.
W 1974 roku Krajewski poślubił młodszą o osiem lat Elżbietę, ale
małżeństwo nie przetrwało rodzinnej tragedii, gdy w 1990 roku w wypadku
samochodowym zginął ich młodszy syn, Maksymilian. Małżonkowie przez lata
pozostawali w separacji i ostatecznie rozwiedli się w 2017 roku.
Na szczycie
Kossela mógł być dyktatorem, ale miał też znakomity zmysł organizacyjny.
Doskonale wiedział, jaki przekaz kierować do młodzieży. Slogan
reklamowy, że grupa "gra i śpiewa najgłośniej w Polsce", był prawdziwym
strzałem w dziesiątkę, chociaż ze względów cenzuralnych został
poprawiony. Początkowo brzmiał bowiem, że Czerwone Gitary "grają i drą
się najgłośniej".
Grupa szybko uzyskała ogólnopolski rozgłos, do czego przyczyniły się
pierwsze nagrania radiowe. Dokonano ich w maju i we wrześniu 1965 roku,
a ich emisja zapewniła formacji zainteresowanie fanów w całej Polsce.
Utrwaliły je trzy czwórki, które ukazały w okresie od listopada 1965 do
marca następnego roku. Zespół grał także wiele koncertów w kraju, czego
przykładem jest trzymiesięczna trasa po miastach i miasteczkach
dziesięciu województw. Członkowie kapeli nigdy zresztą nie ignorowali
nawet niewielkich miejscowości, co jeszcze bardziej podnosiło ich
popularność. Jednak najważniejsza chwila nadeszła w październiku 1966
roku, gdy zespół zarejestrował materiał na swój pierwszy longplay.
Podobno zadecydował o tym fortel Jerzego Kosseli. Ten człowiek miał
jednak głowę na karku i wiedział, jak z niej korzystać.
"Czerwone Gitary grały od dwóch lat - wspominał Jerzy Skrzypczyk - i w związku z tym obejrzały nas setki tysięcy ludzi. I ci ludzie zaczęli do
nas pisać prośby o nasze piosenki, o nagrania. Skąd je wziąć? Przecież
nie my decydowaliśmy o nagraniu longplaya! Wtedy cwany lisek Jurek
Kossela zebrał te wszystkie listy do worka i wysłał to do dyrektora
Polskich Nagrań. Gdy ten zobaczył, że Święty Mikołaj przyniósł mu
trzynaście kilogramów listów, a wszystkie dotyczyły nagrań, łaskawie
zezwolono nam nagrać płytę. Mieliśmy na to dwa dni"10.
Obecnie wydaje się, że nagranie płyty w dwa dni jest niemożliwe, ale
wówczas technika nie była jeszcze tak skomplikowana - zamiast
"wielośladów, tylko wąska taśma" w dwuścieżkowym magnetofonie. W efekcie
na "jedną ścieżkę nagrywano podkłady muzyczne, a na drugą partie
wokalne".
Całość wygląda bardzo prymitywnie, ale warto pamiętać, że w podobny
sposób cztery lata wcześniej Beatlesi rejestrowali swój debiutancki
album. Zajęło im to zresztą jeszcze mniej czasu, gdyż uwinęli się w zaledwie dziesięć godzin. Czasy wielomiesięcznej pracy w studiu
nagraniowym miały dopiero nadejść.
Szybkie tempo pracy Czerwonych Gitar może wzbudzać uznanie, ale jeszcze
bardziej zaskakuje fakt, że album ukazał się już po dwóch miesiącach. To
było coś wyjątkowego, gdyż dotychczas takiej sprawności wydawniczej
gospodarka socjalistyczna jeszcze nie zanotowała. Inna sprawa, że
starano się zdążyć przed Gwiazdką, bowiem zbliżające się Boże Narodzenie
miało wywindować sprzedaż. Nie obyło się jednak bez pewnego
humorystycznego akcentu, który można docenić dopiero po latach: płytę
tłoczono bowiem na zlecenie wytwórni Polskie Nagrania w Zakładach
Chemicznych imienia Bohaterów Studzianek w Pionkach. Firma była bardziej
znana z produkcji prochu, amunicji i materiałów wybuchowych, a płyty,
które tam powstawały, nosiły logo Pronitu. Ich dystrybucją zajmowały się
Polskie Nagrania, a później także inne przedsiębiorstwa państwowe
(Wifon, Tonpress).
Jak przystało na płytę powstałą w zakładzie o tak specyficznej
specjalizacji, materiał zamieszczony na niej był prawdziwie wybuchowy.
Czy zresztą mógł być inny, skoro zarejestrował go zespół "grający i śpiewający najgłośniej w Polsce"?
Longplay otrzymał tytuł To właśnie my i zawierał czternaście utworów,
które łącznie trwały niespełna czterdzieści minut. Pięć piosenek
Krajewskiego, cztery Klenczona, po jednym Kosseli i Dornowskiego oraz
utwór niezwykle wówczas popularnego w kraju włoskiego piosenkarza Marina
Mariniego (znany z przeboju Nie płacz, kiedy odjadę). Do tego jeszcze
dwa, pod którymi wspólnie podpisali się Krajewski i Klenczon, a najwięcej tekstów - obok Kosseli - napisał Marek Gaszyński.
Płyta okazała się największym hitem w dotychczasowych dziejach polskiej
fonografii, jej pierwsze wydanie rozeszło się w nakładzie 175 tysięcy
egzemplarzy.
Pierwsze pęknięcie
Gdy fani szturmowali sklepy muzyczne, by zakupić debiut płytowy zespołu,
kwintet Czerwone Gitary zamienił się w kwartet. Na odejście zdecydował
się bowiem jego założyciel, Jerzy Kossela. Uznał, że jego obecność w składzie stała się zbędna, i dziesięć dni po wydaniu pierwszego
longplaya ogłosił swoją rezygnację.
Zrobił to zresztą jak najbardziej oficjalnie, wręczając Dornowskiemu
będącemu sekretarzem formacji pisemną dymisję z funkcji kierownika grupy
i jej członka z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia. Pan Jerzy zawsze
przywiązywał wagę do spraw formalnych.
Faktycznie, pozostał w składzie do 20 marca następnego roku, kiedy to w Poznaniu po raz ostatni wystąpił na estradzie z zespołem. Od tamtej pory
koncentrował się już na innych projektach.
Trudno jednoznacznie wyjaśnić przyczyny decyzji Kosseli. Jedną z nich
był zapewne konflikt z Klenczonem, któremu zarzucał niepoważne
traktowanie spraw organizacyjnych. Czarę goryczy przepełniły dwa
koncerty odwołane w grudniu 1966 roku z powodu sprzeciwu gitarzysty.
Klenczon nigdy nie ukrywał, że nie podoba mu się, iż Kossela - jako
kierownik zespołu - dostaje wyższe stawki niż reszta grupy. Poza tym nie
aprobował dyscypliny narzuconej zespołowi przez pana Jerzego. Miał duszę
rockmana ze wszystkimi tego konsekwencjami - zdecydowanie wolał luz i improwizację, a nie sztywne ramki regulaminów. Natomiast gdy do grupy
dołączył Krajewski, stało się jasne, że to właśnie rywalizacja między
nimi będzie tam motorem napędowym. Jednocześnie Klenczon nabrał też
zwyczaju, by negować wszystkie decyzje kierownika kapeli. Nie analizował
ich, nie chciał dyskusji, tylko sprzeciwiał się dla samej zasady.
Rozkwitał twórczo i czuł się przez kolegę bardzo skrępowany. Natomiast
pan Jerzy tylko grał i powoli zamieniał się w biurokratę.
"Miałem do wyboru trzy możliwości - tłumaczył po latach Kossela. -
Usunąć Klenczona z zespołu, znosić to wszystko dalej albo odejść. Gdybym
usunął Klenczona, to miałby do mnie żal do końca życia, lecz zespół bez
niego dałby sobie radę; na tyle dobrze komponował już Krajewski. W sytuacji drugiej chybabym zwariował, zresztą wtedy wyrosły mi pierwsze
siwe włosy. No i wybrałem trzecie wyjście"11.
Pozostali członkowie grupy mieli na ten temat własne zdanie, a każdy z nich inaczej tłumaczył przyczynę odejścia Kosseli. Krajewski uważał, że
szef zrezygnował z powodów muzycznych, gdyż nie sprawdzał się jako
gitarzysta i "zaniżał poziom". Podobno Klenczon ostro go strofował,
twierdząc, że "chyba już dosyć tego kiepskiego grania". W efekcie
Kossela miał zostać "psychicznie zmuszony do tego, by odejść", gdyż
Klenczon "miał odwagę, by mu powiedzieć, że jest za słaby".
Inne zdanie wyrażał Jerzy Skrzypczak:
"Nie sądzę, żeby Kossela odszedł ze względów muzycznych. (...) Na gitarze
dawał sobie radę, nawet z Klenczonem prowadzili udane gitarowe dialogi.
Przyczyną był natomiast jego pozamuzyczny konflikt z Klenczonem.
Krzysiek mówił: "Nie będę płacił na te pierdolone fundusze". Klenczon
trochę czasami się spóźniał na próby, to też Kosselę denerwowało. Zaczął
estradowo i kompozytorsko dominować, ale Kossela nie był o to zazdrosny.
(...) Krzysiek był wybuchowy, gwałtowny, ale gniewał się tylko przez 15
minut. Potem przepraszał i zapominał. A Kossela był bardziej
pamiętliwy"12.
Chyba jednak nie do końca, gdy bowiem w czerwcu 1994 roku zorganizowano
koncert poświęcony muzyce zmarłego trzynaście lat wcześniej Krzysztofa
Klenczona, pojawił się na estradzie. Jako jedyny z członków Czerwonych
Gitar...
Jerzy Kossela po odejściu od macierzystego zespołu założył własną grupę
(bez większego powodzenia), był też promotorem innych artystów.
Komponował, otworzył nawet własne studio nagrań. Przez piętnaście lat
pracował jako prezenter dyskotekowy. Niespodziewanie w 1991 roku
ponownie pojawił się w składzie Czerwonych Gitar, ale dwa lata później
odszedł z powodu konfliktu z Krajewskim. Jednak gdy Seweryn zrezygnował
ze współpracy z grupą, Kossela znów znalazł się w jej składzie.
Ostatecznie musiał jednak zrezygnować w 2016 roku ze względu na stan
zdrowia. Zmarł w styczniu następnego roku.
Marynarki, fryzury i rollingstonki
Długo można by snuć analogie pomiędzy Czerwonymi Gitarami i The Beatles.
Jedna i druga grupa zaczynała jako kwintet, by następnie ograniczyć
liczbę członków do kwartetu. Największe przeboje oba zespoły wydawały na
singlach i w większości nie trafiały one na płyty długogrające. Wszyscy
członkowie grupy też śpiewali i komponowali, chociaż dominowali dwaj
liderzy. Jednak pod jednym względem Czerwone Gitary poszły zupełnie inną
drogą niż liverpoolska czwórka. Chodzi o stroje sceniczne.
Beatlesi, w czasach gdy zdobywali sławę, występowali na scenie w jednakowych garniturach. Potem zupełnie przestali się przejmować ubiorem
i u schyłku kariery nawet na zdjęciach reklamowych prezentują bardzo
swobodne podejście do tematu. Natomiast Czerwone Gitary postępowały
wręcz odwrotnie, co dokumentują zachowane materiały filmowe i fotografie
zdobiące okładki płyt.
Gdy wydano ich pierwszego longplaya, nosili luźne, niejednolite
kolorystycznie garnitury. Krawatów najwyraźniej nie ceniono, spod
marynarek wyglądały bowiem koszule lub swetry.
"Stroje w pierwszym okresie naszej działalności były domeną Klenczona -
wyjaśniał Jerzy Kossela. - On się na tym znał, on się tym interesował i w związku z tym ja mu się do tych spraw nie wtrącałem. Pierwsze
garnitury beatlesówki projektował Klenczon, może sam, może z Bibi
[Alicją - S.K.], może z jakimś projektantem, ale on był
inicjatorem"13.
Potem było jeszcze ciekawiej, bowiem na okładkowym zdjęciu z drugiego
albumu marynarek w ogóle już nie ma, dominują luźne swetry. Zresztą
każdy z członków grupy był wówczas inaczej ubrany. Nie można jednak
powiedzieć, by nie wyglądali schludnie.
Zmiany nadeszły w 1967 roku. Podczas festiwalu w Opolu zespół pojawił
się na estradzie w jednakowych strojach - wszyscy muzycy założyli ciemne
garnitury, żaboty i takie same pantofle. Podobnie działo się rok
później, gdy w Sopocie publiczność słuchała słynnej Anny Marii.
Zresztą tę przemianę dokumentowała okładka ich trzeciego albumu.
Dla Czerwonych Gitar na specjalne zamówienie uszyto trzy rodzaje
strojów. Typowo estradowy (z żabotami), ludowy z "wdziankiem z białej
wełny zdobionym krajką o motywach folklorystycznych" oraz wieczorowy z kolorowymi kamizelkami. Ten ostatni okazał się nieco awangardowy, gdyż
kiedyś z tego powodu członków zespołu nie wpuszczono do dyskoteki w Budapeszcie.
Grupa mogła zacząć prezentować się wyjątkowo elegancko, ale muzycy nie
potrafili zrezygnować z pewnych atrybutów właściwych rockmanom. Jednym z nich były dłuższe włosy, chociaż tak naprawdę nigdy nie zapuścili
takich, jakimi mogli się pochwalić muzycy rockowi.
"Z włosami był duży kłopot - przyznawał Bernard Dornowski. - Zawsze
byliśmy zmuszani, by z długimi włosami coś zrobić, upiąć je, zwłaszcza w Opolu. (...) Czerwone Gitary wcale nie miały długich włosów. Ten zakaz w Opolu obowiązywał znacznie dotkliwiej innych wykonawców, na przykład
Tadeusza Nalepę, który tuż przed wyjściem na scenę musiał upinać włosy
lub chować je pod kołnierzem"14.
Prawdziwi rockmani nie zapominali też o odpowiednim obuwiu. W cenie były
rollingstonki (sztyblety), które podobno potrafił szyć tylko jeden szewc
w kraju - prowadził swój warsztat w Warszawie przy ulicy Chmielnej
(wówczas Rutkowskiego). Wspominał nawet o tym w jednej z piosenek
Wojciech Gąssowski, a kolejka do usług mistrza była dość długa. Jednak
najpopularniejszy zespół w kraju był obsługiwany niemal na bieżąco.
Anna Maria
Czerwone Gitary szybko zaczęły się pojawiać na najważniejszych krajowych
festiwalach. W czerwcu 1967 roku na V Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w ciągu trzech dni zespół wystąpił czterokrotnie, wykonując
kilkanaście utworów. Wtedy też otrzymał pierwszą nagrodę, a Polska
Federacja Jazzowa wyróżniła Seweryna Krajewskiego za kompozycje Stracić
kogoś i Co za dziewczyna.
Rok później grupa dostała Nagrodę Przewodniczącego Komitetu do spraw
Radia i Telewizji za Takie ładne oczy (ponownie utwór Krajewskiego).
Jednak najbardziej pamiętna chwila nadeszła w sierpniu, gdy na festiwalu
w Sopocie Czerwone Gitary przedstawiły Annę Marię.
Subtelna ballada nie zdobyła wprawdzie żadnej nagrody, ale spośród
wszystkich utworów zaprezentowanych na festiwalu chyba najbardziej
zapadła widzom w pamięć. Zwłaszcza że wykonanie miało specyficzną oprawę
- grupie towarzyszył pięcioosobowy chórek dziecięcy, co zresztą wywołało
późniejsze dyskusje w mediach. Uznano bowiem za skandaliczne, że tak
małe dzieci uczestniczyły w wieczornym koncercie. W polemice zabrali
głos nawet specjaliści od spraw wychowania i lekarze. Zaś jeden z krytyków napisał złośliwie, iż dramaturgii z pewnością dodałby jeszcze
fakt, gdyby dzieci były niewidome...
Jednocześnie rozgorzała dyskusja na temat personaliów tytułowej Anny
Marii. Opowiadano, że bohaterką piosenki jest pewna dziewczyna, w której
kochał się Krajewski, czemu basista gorliwie zaprzeczał. Pojawiły się
też plotki, że chodzi jednak o siostrę kompozytora, która miała umrzeć
na białaczkę. Dziennikarze przypomnieli również, że przez pewien czas
muzyk spotykał się z prezenterką Telewizji Katowice - właśnie Anną
Marią. Spekulacje uciął wreszcie sam zainteresowany. Przyznał, że na
jego prośbę autor tekstu Krzysztof Dzikowski użył podanych przez niego
imion i była to piosenka o tęsknocie za kimś, kogo utracił.
"Utwór ten miał dla mnie szczególne znaczenie - przyznawał - chociaż nie
o wszystkim chciałbym mówić. (...) Jest pewna sfera wspomnień, która
powinna pozostać bardzo prywatna. Jasne, że chodziło o dziewczynę, która
musiała z Polski wyjechać już na zawsze. I dla niej, i dla mnie to był
wówczas dramat. To była przecież pierwsza miłość, czysta, piękna,
niepowtarzalna"15.
Wiele lat później w rozmowie z Markiem Sierockim Krajewski przyznał, że
miał wówczas 17 lat i bardzo przeżył to rozstanie. Dlatego chciał
ukochaną uczcić piosenką. Wszystko to można by przyjąć za dobrą monetę,
gdyby nie dwie niespodziewane opinie. Pierwszą z nich przedstawił z lekkim przymrużeniem oka sam Dzikowski.
"Publicznie zawsze odpowiadam - tłumaczył Dzikowski - że Anna to była
maszyna drążąca pod Wisłą tunel od strony praskiej, a Maria od strony
centrum. Robotnicy rzeczywiście tak je nazywali"16.
Natomiast mocno zastanawia opinia Janusza Głowackiego. W swojej
autobiografii twierdził bowiem, że osobiście znał Annę Marię. Była to
atrakcyjna modelka, z którą się spotykał. Dostała jednak życiową szansę:
zaproponowano jej kontrakt we Włoszech. Tak zakończyła się ich
znajomość.
"Anna Maria, o której i dla której napisano piosenkę "Anna Maria smutną
ma twarz", a chóry dziecięce śpiewały ją na festiwalu w Sopocie. Otóż
Anna Maria w samym rozkwicie naszej miłości otrzymała zaproszenie do
modelowania w Mediolanie. I świetnie pamiętam wzruszającą jak w filmie
Casablanca scenę naszego pożegnania na lotnisku.
- Ty, Anno Mario, już do mnie nie wrócisz - mówiłem przez łzy. -
Wyjdziesz tam za mąż.
A ona pocieszała mnie:
- Nie martw się, ukochany. Kto by tam chciał się ze mną ożenić. Wszyscy
mnie przelecą i wrócę do ciebie.
Nie wróciła"17.
Piosenka Anna Maria nigdy nie trafiła na żaden katalogowy album
zespołu. Balladę wydano na singlu, a potem dopiero ukazywała się na
różnego rodzaju okolicznościowych składankach. Podobnie jak opus
magnum z tego okresu autorstwa Klenczona.
Biały krzyż
Po odejściu Kosseli komponowanie dla grupy spoczęło na barkach dwóch
liderów (okazjonalnie pojawiały się pojedyncze utwory obu pozostałych
muzyków). Wówczas też zaczęto uważać, że domeną Krajewskiego są
melancholijne i nastrojowe ballady, natomiast Klenczon preferuje rytm i typowe "mocne uderzenie". I najczęściej faktycznie tak było, ale od
każdej reguły są przecież wyjątki. Klenczon potrafił bowiem skomponować
nie tylko Historię jednej znajomości czy Kwiaty we włosach, ale
przede wszystkim Biały krzyż, którego tekst poświęcono jego
nieżyjącemu już ojcu, Czesławowi.
Był on żołnierzem września 1939 roku, potem członkiem Armii Krajowej, a po zajęciu kraju przez Sowietów znalazł się w szeregach Zrzeszenia
Wolność i Niezawisłość. Dalsze relacje są sprzeczne - według niektórych
wpadł w ręce Urzędu Bezpieczeństwa i stanął przed sądem. Następnie
skazano go na więzienie, skąd uciekł. Natomiast według innych nie czekał
na aresztowanie, tylko przepadł jak kamień w wodę. Rodzina mieszkała
wówczas w Szczytnie i dopiero później przeprowadziła się na Wybrzeże.
Czesław ukrywał się przez ponad dekadę.
Ujawnił się dopiero w 1956 roku, gdy Krzysztof miał już czternaście lat.
Długa rozmowa z ojcem w cztery oczy była dla przyszłego gitarzysty
najlepszą lekcją patriotyzmu. Po latach zdecydował się poświęcić
nieżyjącemu już ojcu i jego towarzyszom broni piosenkę. Tekst do tej
pięknej ballady napisał Janusz Kondratowicz, a bezpośrednim powodem było
wydarzenie z okolic Zakopanego.
"Wybraliśmy się z Klenczonem - wspominał Kondratowicz - na długi spacer
na nartach biegówkach pod Regle. Pobłądziliśmy i nagle widzimy - przed
nami, na skraju lasu stoi stareńki, zaniedbany krzyż. Krzysztof
powiedział: "Patrz, ktoś tu zginął, pewnie jakaś tragedia z wojny, nikt
o tym nie wie, nie pamięta, stoi samotny biały krzyż"18.
Kondratowicz napisał piękny tekst bez popadania w patos, idealnie
współgrający z muzyką. Co więcej - użyte przez niego środki wyrazu
wyeksponowały uniwersalne przesłanie, chociaż dla każdego Polaka było
jasne, że chodziło o drugą wojnę światową i oddziały partyzanckie.
Cenzura nie miała uwag, gdyż właśnie toczyła się walka frakcyjna o władzę w PZPR-ze, a jednym z pretendentów do stanowiska szefa partii był
Mieczysław Moczar, który próbował doprowadzić do pojednania komunistów z kombatantami Armii Krajowej. Skupiona wokół niego grupa działaczy
ocieplała więc wizerunek partyzantów. Na wszelki wypadek piosenka
kończyła się wokalizą Klenczona opartą na motywie Rozszumiały się
wierzby płaczące, co sugerowało, że utwór mógł być napisany z myślą o leśnych z Armii Ludowej.
Ciekawostką pozostaje jednak fakt, że melodia pieśni partyzantów
powstała w 1912 roku jako rosyjski marsz patriotyczny (Pożegnanie
Słowianki). Zyskała ogromną popularność w latach pierwszej wojny
światowej, a potem uznawano ją za nieformalny hymn oddziałów białych
Rosjan. W Polsce pojawiła się z innym tekstem, a niewiele brakowało, by
w latach dziewięćdziesiątych utwór stał się hymnem nowej Rosji. Można to
chyba uznać za paradoks historii...
W przypadku Białego krzyża problemem był jednak tytuł. Początkowo miał
brzmieć Gdy zapłonął nagle świat, ale potem autorzy zmienili zdanie. W PRL-u nie można było jednak tak po prostu śpiewać o symbolach
chrześcijańskich. Ale ponieważ chodziło o mogiłę partyzancką, cenzura
zbytnio nie protestowała.
Czerwone Gitary wykonały piosenkę na festiwalu opolskim w 1968 roku i utwór otrzymał jedną z najważniejszych nagród: Ministra Kultury i Sztuki. To, że nagrodę komunistycznego ministra dostała piosenka
poświęcona żołnierzom wyklętym, można uznać już nie za paradoks, ale
wręcz za chichot historii...
Consuelo i Mały Książę
Drugi album Czerwonych Gitar - w odróżnieniu od długogrającego debiutu -
nie otrzymał oddzielnego tytułu, a wydawca zadowolił się nazwą grupy i cyfrą "dwa" na okładce. Było to raczej niespotykane posunięcie, ale
zapewne uznano, że formacja nie potrzebuje dodatkowej reklamy do
sprzedaży płyty. Album został nagrany w ciągu trzech dni w maju 1967
roku i sprzedał się w jeszcze większym nakładzie niż debiut, gdyż
nabywców znalazło aż 220 tysięcy egzemplarzy.
Wydawnictwo zawierało trzynaście utworów, całość trwała łącznie niewiele
ponad trzydzieści pięć minut. Dominowały piosenki Krajewskiego, których
było aż osiem, do tego doszły cztery kompozycje Klenczona i jedna
Skrzypczyka. Ciekawostką natomiast pozostaje fakt, że autorem ostatniego
tekstu był Jerzy Kossela, który już nie należał do zespołu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki