Trzynaście dni po koronacji bliźniaczek, w którym to dniu rzucono przez złote bramy róże i zgniłe warzywa, Wren znowu była w sali tronowej, ubrana w równie wspaniałą powłóczystą fioletową suknię, haftowaną złotą nicią. Korona znowu wbijała się w jej czaszkę.
- Garbisz się - powiedziała Rose, która przez cały poranek siedziała idealnie wyprostowana, a mimo to jakimś cudem wciąż zachowywała spokój królowej z olejnego portretu.
- Staram się subtelnie zdrzemnąć - odparła Wren, nawet nie zadając sobie trudu, by stłumić ziewnięcia.
Zeszłej nocy znowu śniła jej się Banba. Co jakiś czas budziła się ze snu, a każdą myśl nawiedzały wizje babki, słabej i cierpiącej, całkiem samej w Gevrze. W Orthie Banba latami uczyła Wren, jak być odważną w obliczu niebezpieczeństwa oraz sprytną i zaradną. Nigdy jednak nie nauczyła Wren, jak stawić czoła światu bez babki u jej boku. Tego strachu Wren nie była w stanie pokonać. Dręczył ją nawet wtedy, gdy spała.
Rose uszczypnęła ją w rękę, wyrywając z rozmyślań.
- Aua! Nie krzywdź królowej - warknęła Wren.
- To zacznij się zachowywać jak królowa - odparła Rose. - To jest ważny dzień.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni Wren przekonała się, że każdy dzień w roli królowej jest ważny. Zwłaszcza królowej nowego świata, w którym powitano ciepło czarownice i czarowników, a także świata, który uważał ich nie tylko za równych sobie, ale też za integralną część dobrobytu królestwa. Było wiele do zrobienia, a wyplątanie pradawnego gobelinu Eany z sentymentów, które nie sprzyjały czarownicom i za które odpowiadało dziedzictwo Wielkiego Obrońcy, nie było łatwym zadaniem. Oddech Króla, Willem Rathborne, chociaż martwy, rzucił długi cień nienawiści na Anadawn. Trzeba było zmienić setki praw, poprawić traktaty, przesiedlić terytoria i podpisać nowe edykty. Wygłosić orzeczenia. Musiały mianować nowych naczelników.
Musiały zwolnić naczelników.
Eana znów była domem czarownic. Nie. Eana należała do czarownic, a mimo to większość z nich kryła się w pałacu Anadawn. Uroczystym obowiązkiem Wren i Rose było przywrócenie królestwu jego dawnej świetności, bez rozlewu krwi i konfliktów, które niegdyś je zniszczyły. Musiały to zrobić, by ich pobratymcy mogli bezpiecznie przejść przez złote bramy pałacu i rozpocząć życie w dowolnej części królestwa. Czekało ich dużo pracy. Ciężkiej pracy.
A potem nadeszło dzisiaj.
Zgodnie z comiesięczną tradycją ustanowioną wieki temu przez króla Thormunda Valharta, na którą nalegał Chapman, zabiegany pałacowy steward, królowe bliźniaczki zorganizowały swoje pierwsze w historii Wezwanie Królestwa. Był to cały dzień poświęcony osobistemu przyjmowaniu gości (i najczęściej ich skarg) z każdego zakątka Eany.
Nowe królowe przewodniczyły już długotrwałemu sporowi o ziemię między rywalizującymi rolnikami w Errinwilde, zatwierdziły dostawę sześciuset beczek ziaren dla dużego miasta Norbrook i ustanowiły nie mniej niż czternastu nowych naczelników, którzy mieli zarządzać różnymi prowincjami Eany. Otrzymały również oficjalne zaproszenia na bankiety od prawie każdej rodziny arystokratów w kraju. Dostały nawet list z sąsiedniego kraju Caro, którego królowa Eliziana przesyłała najserdeczniejsze życzenia wraz z trzema skrzyniami letniego wina i pięknym drzewkiem oliwnym, które teraz dumnie stało na balkonie sali tronowej.
A jednak mimo tak przemiłych darów jedyny członek rodziny królewskiej, na którego odpowiedź Wren tak naprawdę czekała, nadal irytująco milczał. Pomimo dyplomatycznego listu Rose do króla Alarika - i później trzech kolejnych - król Gevry jeszcze nie odpowiedział. Z tego, co wiedziała Wren, Banba już nie żyła. Na samą myśl chciała pobiec do Gevry i rozerwać tego zdziczałego króla gołymi rękami na strzępy.
- Już prawie pora lunchu - powiedziała zachęcająco Rose. - Poprosiłam Cama, żeby znowu przygotował ten pyszny gulasz wołowy. Twój ulubiony.
Wren skubała paznokcie.
- Pod warunkiem, że będzie też wino.
Z dziedzińca dobiegły ją okrzyki i przez otwarte okno wleciał znajomy śmiech Roweny. Przez ostatnie dwa tygodnie czarownice z Orthy zadomowiły się w pałacu Anadawn, co nie podobało się służbie i kilku strażnikom. Gdy ulubiona suknia balowa Rose przeleciała nad balkonem jak duch, Wren wiedziała, że to magia Nawałnic jej przyjaciółki.
Wren wybuchnęła śmiechem, za co jej siostra posłała jej upominające spojrzenie.
- Po raz setny, Wren: czy możesz, proszę, powiedzieć Rowenie, żeby przestała traktować Anadawn jak swój osobisty plac zabaw? I co ona w ogóle robiła w mojej szafie? Nie powinna nawet być w mojej komnacie!
Thea, żona Banby, która uczestniczyła w Wezwaniu Królestwa w swojej nowej roli, jako Oddech Królowej, westchnęła.
- Kilka godzin temu posłałam Rowenę i Bryony, żeby zebrały jabłka w sadzie. Pomyślałam, że jeśli znajdą sposób na wykorzystanie tutaj swojej magii, pomoże im się to dopasować.
Gdy wiatr się wzmógł, suknia widmo zaczęła robić gwiazdy.
- Nie sądzę, żeby zależało im na dopasowaniu się - powiedziała Wren, która też szaleńczo pragnęła być na zewnątrz i robić gwiazdy. - Z iloma osobami musimy się jeszcze spotkać przed lunchem?
Rose spojrzała na Chapmana.
Starannie przystrzyżone wąsy kamerdynera drgnęły, gdy spojrzał na swój niekończący się zwój.
- Tylko dwanaście. Czekajcie, nie. Trzynaście. Rodzina Morwellów w ostatniej chwili poprosiła o audiencję. Chcą złożyć skargę na swojego kowala. Podejrzewają, że kradnie podkowy.
Wren zamknęła oczy.
- Rose. Tracę chęć do życia.
- Postaraj się przetrwać - powiedział dosadnie Chapman. - Morwellowie są sojusznikami tronu od dawna, są też rodziną o znaczących wpływach tutaj w Eshlinn.
- Archer Morwell - powiedziała Wren, nagle przypominając sobie to imię. Otworzyła szeroko oczy. - Jestem pewna, że Celeste zna jednego z ich synów. Raczej dobrze, jeśli się nie mylę. Podobno ma bardzo imponujące ramiona.
- Wren! - syknęła Rose. - To całkowicie nieodpowiednia rozmowa w sali tronowej!
- Och, uspokój się. Nikogo to nie obchodzi. - Wren machnęła ręką, wskazując na dziesięciu znudzonych żołnierzy, którzy stali w sali tronowej.
Kapitan Davers, przywódca gwardii królewskiej o surowej twarzy, stał na warcie przy drzwiach, bacznie obserwując przebieg wydarzeń. I była jeszcze tylko Thea, która dzielnie starała się ukryć swój chichot na wspomnienie o zalotach najlepszej przyjaciółki Rose.
Chapman odchrząknął niezręcznie.
- Kontynuujmy. - Zerknął na zwój. - Kapitanie Davers, wpuść, proszę, posłańca z Gallanth.
Chwilę później drzwi do sali tronowej się otworzyły i chłopiec z rozczochranymi czarnymi włosami i nędzną bródką wszedł do środka.
Zgiął się wpół.
- Wasze Wysokości - powiedział, wycierając dłonie o swoje spodnie. - Ja, yyy, cóż, najpierw gratulacje z, yyy, cóż, że jesteście dwie, przypuszczam, i, ach, cóż, my w mieście Gallanth jesteśmy bardzo zaszczyceni, że...
- Proszę, przejdź do rzeczy - zawołała Wren.
Rose pacnęła ją w rękę.
- Przepraszam - powiedziała szybko Wren. - Chciałam tylko powiedzieć, że nie musisz bawić się w uprzejmości.
Rose obdarzyła zdenerwowanego posłańca anielskim uśmiechem.
- Niemniej bardzo doceniamy pańską życzliwość. Dziękuję.
- Co z Gallanth? - podpowiedziała Wren, wyobrażając sobie miasto zachodzącego słońca, które leżało na zachód od pustyni, z potężną wieżą zegarową wznoszącą się wysoko ponad mury z piaskowca.
- Problem nie leży w Gallanth. - Chłopak odgarnął włosy z oczu. - To pustynia. Przesuwa się.
- Pustynia zawsze się przesuwa - odparła Wren. - Dlatego nazywamy ją Niespokojnymi Piaskami.
- Tylko że ona nie jest po prostu niespokojna - ciągnął chłopak. - Jest bardziej... yyy, wściekła?
Bliźniaczki wymieniły spojrzenia.
- Wściekła? - powiedziały chórem.
- To te piaski... zaczęły się przesypywać przez nasze mury. - Chłopiec mówił dalej. - Co jakiś czas przychodzą jak fala i zalewają nasze miasto. Połowa szlaku handlowego Kerrcal została zasypana.
- Niebiosa. - Rose przyłożyła dłoń do klatki piersiowej. - Czy ktoś ucierpiał?
- Straciliśmy wielbłądy. Najlepszy muł mojego ojca został porwany przez piaski. Pustynia połknęła także chaty znajdujące się najbliżej granicy.
Wren zerknęła na Theę. Uzdrowicielka miała niezwykle ponurą minę.
- Dziwne - mruknęła. - Pustynia zawsze poruszała się we własnym rytmie, ale nigdy wcześniej nie naruszyła granicy Drogi Kerrcal. Ani nie wtargnęła do przygranicznych miast.
- Musimy tam wysłać kogoś, by to zbadał - powiedziała Rose.
Chapman zmarszczył brwi.
- Pustynia Ganyeve jest poza zasięgiem Anadawn. Nikt na niej nie przeżyje.
- Komuś może się jednak udać - powiedziała Rose, a Wren wiedziała, że myśli o Shenie, który był gdzieś w pobliżu.
Najprawdopodobniej pił wino w kuchni z Camem i Celeste, a może szkolił Tildę, najmłodszą czarownicę Wojowniczkę, na dziedzińcu. W każdym razie muszą mu o tym powiedzieć najszybciej, jak to możliwe. W końcu Shen urodził się na pustyni. Znał prądy piasku lepiej niż ktokolwiek inny. Jeśli coś było nie tak z Ganyevą, chciałby się o tym dowiedzieć.
- A w międzyczasie - mówiła dalej Rose - wyślemy z tobą do Gallanth tylu żołnierzy, ilu tylko możemy. Będziecie musieli wzmocnić mury miasta i zapewnić nowe mieszkania jak najdalej od granicy pustyni. - Skinęła na kapitana Daversa. - Dopilnujcie, żeby straże sprawdziły również miasto Dearg. W końcu stanowi część pustynnego szlaku handlowego i jeśli mnie pamięć nie myli, jego mury są niższe. Jest nawet w większym niebezpieczeństwie.
Davers skinął głową.
- Dopilnuję tego, królowo Rose.
- Jak zwykle podejmujesz mądre decyzje - powiedział z aprobatą Chapman.
Nie po raz pierwszy tego dnia Wren poczuła, że wszystko ją rozpaczliwie przerasta. Była wdzięczna za siostrę, która nie tylko była urodzoną przywódczynią, ale także do tego przygotowaną. Poświęciła temu swoje życie. Wren poświęciła swoje życie Banbie. W końcu jej babka przez ostatnie osiemnaście lat przygotowywała się do objęcia władzy. Wren miała opracowany plan tylko do dnia swojej koronacji. Zawsze miała nadzieję, że Banba będzie obecna w tej chwili i we wszystkich późniejszych. Spodziewała się, że będzie prowadzić Wren silną ręką. Gdy były w Orthie, prawie każdego poranka o tym rozmawiały, spacerując po klifach i hodując warzywa. A czasami też późno w nocy, kiedy ogniska na plaży dogasały. Wydawało się wtedy, że ich marzenia o przyszłości tańczyły wśród dymu.
Będziemy wspólnie rządzić tym nowym światem, ptaszyno - obiecywała jej Banba. W końcu sprowadzimy nasz lud z powrotem do domu, a wspaniała czarownica Eana uśmiechnie się do nas z nieba.
Im dłużej Wren żyła bez babki, tym bardziej wzrastało w niej poczucie winy. Ściskało ją za serce i szeptało do niej w nocnej ciszy. Jeśli król Alarik wkrótce nie odpowie Rose, będzie musiała wziąć sprawy we własne ręce. Porzucić pióro i zamiast tego użyć miecza.
W końcu Banba zrobiłaby dla niej to samo.
Nie ma broni wystarczająco ostrej, by nas rozdzielić, ptaszyno. Żaden świat nie jest na tyle okrutny, by przeszkodzić naszemu przeznaczeniu.
Chłopiec z Gallanth wyszedł. Równie szybko pojawił się kolejny posłaniec. A potem kolejny i kolejny, i kolejny. Wreszcie zapadła cisza.
- Ach - powiedziała Rose, uśmiechając się w stronę bogato zdobionego zegara. - Myślę, że nadeszła pora lunchu.
- A co powiecie na pracę w czasie lunchu? - zapytał Chapman, który ku całkowitemu niezadowoleniu Wren rozwinął kolejny zwój. - Pomyślałem, że rozsądnie byłoby omówić plany nadchodzącego królewskiego tournée.
- Czy to nie może poczekać? - zapytała Wren, która była już w połowie drogi do drzwi.
Rose zarumieniła się, czując burczenie w brzuchu.
- Obawiam się, że jestem zbyt głodna, aby w tej chwili nawet myśleć o królewskim tournée, Chapmanie.
Chapman otworzył usta, żeby zaprotestować, ale wtedy drzwi się otworzyły i do środka wpadł wyglądający na zmartwionego żołnierz. Podszedł prosto do kapitana Daversa. Obaj mówili coś cichymi, napiętymi głosami, dopóki Rose im nie przerwała. Nalegała, żeby mężczyźni zwrócili się do wszystkich w sali, a zwłaszcza do swoich królowych.
- W Eshlinn trwa protest - wyjaśnił żołnierz. - Podpalili młyn. - Spojrzał na Daversa. - Dowiedzieliśmy się, że zorganizował go Barron. Ktoś podsłuchał, jak opowiadał o tym wczoraj w "Wyjącym Wilku".
Rose zmarszczyła brwi.
- Jaki protest?
Żołnierz przełknął ślinę.
- Protest przeciwko koronie.
- Masz na myśli protest przeciwko czarownicom - powiedziała Wren.
Wzrok żołnierza błądził, gdy wpatrywał się w królowe. A potem w Theę. Wren miała wrażenie, że czuł się niekomfortowo, nie z powodu protestów w Eshlinn, ale z powodu swojej obecności tutaj, wśród tych samych czarownic, których od zawsze miał się bać.
Tchórz - pomyślała ze złością.
- Cóż - powiedział kapitan Davers, wtrącając się do rozmowy. - Obecnie są jednym i tym samym, nieprawdaż? Jest rzeczą zrozumiałą, że znajdą się ludzie w Eshlinn, a nawet w całej Eanie, którzy pragną pozostać wierni starym zwyczajom.
- Masz na myśli wierni nienawiści i krzywdzeniu bezbronnych czarownic? - zapytała Wren.
Kapitan Davers uniósł głowę, nie bojąc się wyzwania w jej oczach.
- Czary są równie silną bronią jak każda inna. Taka jest prawda.
- Bezużyteczna prawda - powiedziała Wren i w tym samym momencie zdecydowała, że jego też nie lubi.
- Wystarczy - powiedziała niecierpliwie Rose. - Kim jest Barron i czego dokładnie chce?
- To sir Edgar Barron - powiedział Chapman, jeszcze bardziej marszcząc brwi. - Może pamiętasz, był naczelnikiem Eshlinn, mianowanym przez Oddech Króla kilka lat temu. W istocie przed awansem szkolił się pod okiem kapitana Daversa w gwardii królewskiej. Do jego obowiązków należało uważne wypatrywanie wszelkich oznak... cóż, czarów. Był, jak by to ująć, bardzo oddany swojej pracy.
- A potem my go zwolniłyśmy - powiedziała Wren, przypominając sobie to imię, wśród wielu innych, których spotkał ten sam los dzień po ich koronacji. - Zaledwie klika dni po tym, jak zabiłyśmy Rathborne'a, dobroczyńcę Barrona.
Kapitan Davers zesztywniał.
- Zwięźle mówiąc.
Rose skrzyżowała ramiona.
- Czemu ci ludzie nigdy nie mogą oddać stanowiska ze spokojem? Znaczy, no naprawdę, mogliby zająć się wytwarzaniem świec albo stolarstwem. Istnieje wiele szlachetnych sposobów zarabiania na życie, które nie wiążą się z zabijaniem niewinnych ludzi.
Wren właśnie miała podkreślić ironię mówienia takich rzeczy kapitanowi Daversowi, człowiekowi, który kiedyś popierał wojnę przeciw czarownicom, ale zaskoczył ją głośny trzask z zewnątrz.
- Och, ta nieznośna Rowena. - Thea jęknęła, wstając. - Zajmę się nią.
Stara czarownica ledwie zrobiła krok, gdy rozległ się krzyk. Wren poderwała się z tronu, w samą porę, by zobaczyć płonącą strzałę lecącą nad bramami. Wylądowała na dziedzińcu, uwalniając smugę gryzącego dymu. Podbiegła do okna.
- Co się dzieje? - zapytała ostro Rose, gdy dwie kolejne płonące strzały przeleciały nad bramami.
Wren zobaczyła, że tuż za nimi zebrał się wściekły tłum.
- Niebiosa - powiedziała Thea. - Powiedziałabym, że to coś więcej niż protest.
- Kapitanie Davers! - krzyknęła Rose. - Dlaczego, u licha, jeszcze tu stoisz? Aresztuj tych łotrów, zanim jedna z ich strzał trafi kogoś na moim dziedzińcu!
- Oczywiście, królowo Rose. - Kapitan obrócił się na pięcie, rzucił rozkazy żołnierzom i opuścił salę tronową.
Wren gorączkowo rozglądała się po dziedzińcu. Czarownice wycofały się do środka, ale dostrzegła Shena, który biegł w kierunku zamieszania, zamiast uciekać. Wspiął się już na zewnętrzną ścianę i szedł teraz po murach obronnych. Miał pochyloną głowę, a wzrok utkwiony w zgromadzonych na dole ludziach. Teraz zaczęli wściekle krzyczeć wraz z każdą strzałą.
Kolejna płonąca strzała przeleciała nad bramą, tym razem wyżej. Błyszczała jaśniej od poprzedniej. Powietrze stało się zamglone i szare. Davers i jego żołnierze wybiegli z pałacu z wyciągniętymi mieczami.
Tłum zaczął się rozpraszać. Wcześniej jednak została wystrzelona kolejna strzała. Tym razem poszybowała nad dziedzińcem i trafiła w balkonowe okno. Wren krzyknęła z wściekłością, gdy strzała eksplodowała deszczem iskier i podpaliła drzewko oliwne. Dym zaczął się przedostawać przez otwarte okno i sprawił, że zakaszlała.
- Cofnij się! - Thea odciągnęła ją od okna, posyłając krótki impuls uzdrawiającej magii, żeby złagodzić skurcz w jej płucach. - Miej oczy szeroko otwarte, Wren.
Wren wypuściła powietrze przez nos, starając się zapanować nad swoim gniewem.
- CHAPMANIE! - rozbrzmiał głos Rose, kiedy przechodziła przez salę tronową. - Ten Edgar Barron. Znasz go?
Chapman oderwał wzrok od okna, oczy miał szeroko otwarte z przerażenia.
- Tak, tak, oczywiście - powiedział, ledwo łapiąc oddech. - Albo przynajmniej znałem.
- Dobrze. Chcę, żebyś go do nas przyprowadził - rozkazała. - Natychmiast.