Niepotrzebne starcie
Zgoła niepotrzebne starcia
lichych nietoperzy z przykucniętymi lwami
na jednej z sawann Syberii
po zmierzchu
we śnie?
o nie!
legendy i mity Zachodu tam nie dotarły nigdy,
lodołamaczami starają się zatrzeć
ślady po prawdziwych zwierzętach
w kraju rad czy nie rad,
więc pojutrze już zginie tundra?
i ci, którzy chcieli ją posiąść?
tak, uciekaj stamtąd za koło za umarłych szlak,
ale wszędzie wojny światów:
wołów piżmowych z prekursorami
zbijania pieniędzy na piżmie,
bobrów z przemysłowcami futrzarskimi nowych porządków,
długie noce zatapiania przez zorze
białych niedźwiedzi, bo białe jak morze,
siłowania się renów z Nieńcami,
pertraktowania Niemców z gazownikami,
pogoni Czuwaszy na dzikich konikach
za Krasną Armią na saniach,
starcia petroglifów neolitu z odpadami barbarzyńców 5G
leci przekaz o zagładach przez świat
jak pierwszy sputnik,
jak błędna informacja,
jak militarna deformacja,
jak rewolucji reformacja
na odzew niemowląt i czaszek - baczność!
wojna światów:
zastałego lodu i nadchodzącego ognia
niepotrzebne starcie?
a jednak nieuniknione!
Cloaca Maxima Ubu
Są takie lotne scenariusze końskiej propagandy
czy chcesz w jednym z nich zaistnieć?
pod jaką postacią?
wiem, chcesz być Świętoszkiem Moliera
i Gavroche'em Wiktora,
ale czy Królem Ubu Polakiem Alfreda
chcieć to móc, proszę bardzo
scenariusz się pisze, szukaj przebrania
ćwicz tembr i mimikę
najlepiej na tafli lodowej
użyj sopli zamiast zębów
wkliknięcia i odprzeciągnięcia, niedotknięcia i poplecenia głosowe
to teraz dominuje w technice scenicznej
końska propaganda wymaga mocnych scen
wulgarnych słów i szybkich pustych mów
podwieszę twoją postać wysoko
na pasach i powoli będę cię spuszczać
do studni życzeń,
a ty hej tuj, hej tuj, hej pluj na świętości,
byś zniknął w diamentach cały
czeskich brukselskich jakichś
(Cloaca Maxima)
scenariusz piszę, pisze się, pisz się
poemat chwalę poe mat
gawiedzi pozwalasz na wiele
populistom na pohybel
z lóż
(biorę się za słowo jak za chleb
rzeczywiście tak jak księżyc konnicę ludzie
znają mnie tylko z jednej jesiennej wśród spadających liści
galopującej bez głowy
strony)
rozkład jazdy Apollinaire'a w scenie ostatniej
czasy scenariuszy postrealnych Bukowskiego mijają?
Cloaca Maxima będzie zabudowana
zaśpiewają - cześć tobie, Kato zwany Cenzorem
My nie doprowadzimy do wojen
My nie doprowadzimy do wojen
nie to pokolenie
powtarzam to w kółko
my nie zaczniemy na nowo zorganizowanych działań destrukcyjnych
w Europie już rozgrzanych półcieni
jesteśmy zbyt zacofani
w myśleniu o prometeizmie heglowskim,
co w nawiązaniu do tomistycznych drążeń idei w ciałach
wywołał rewolucję społeczną burzowych gniazd
wszelakich maskonurów pogodowego balansu,
skutkiem czego była ta nawała północna długotrwała
wędrówka paproci, mamutów, sinic
hekatomba kołujących jak smoki pterodaktyli i wolnomyślicieli
w zaściankach pretendujących do roli Świątyni Milionów Lat
Hatszepsut
my to nie oni, ni Kim, ni Hitler, ni Sargon
takie ni to, ni sio człowieczeństwa,
co to raz wpada w groby zaświatów,
a potem zmartwychwstaje zaraz na życzenie gawiedzi
i tak w kółko
my nie zbudujemy kontrowersyjnych piramid nad grobami,
tylko konsekwentne niebieskie pociągi, co przez tysiąclecia
przewozić będą frazy Coltrane'a i grafiki użytkowe Miro
z Kłaja do Szanghaja po dnie oceanu
słabości niskości wesołości
i tak w kółko, beznamiętnie, bezwojennie
dla pokoleń w krainach łagodności
Gołębie milczące
Ale żeby tak nagle powiedzieć
- sprostam, na pewno sprostam?!
szepnął gołębiom wtedy milczącym za dach krach
wy nas wszystkich nacie m-m-ma za myśliwych
- dopowiedział jastrząb nocny się mocujący z nimi,
ale nawet nie znalazłbyś siebie w takiej sytuacji
nawet nie, w kartonach na granicy światów,
a już zamurowano ptaka niewinnego lotnego
chyba to Picasso
albo ktoś z tych kręgów
politeizacja po pokoju
socjalizacja pop koju
ateizacja s pokoju
graffiti na ścianie układnego warszawskiego pokoju
papierowe gołąbki na patykach w pochodzie codzienności
i w gołębnika ch głębi komuniści zaczęli
odliczanie po po ko ju po ko ju i buuuum prawie
Kukliński to przerwał - sprostał,
bo inaczej bylibyśmy jak te kubistyczne
płótna w Guernice tkane,
zawieszone na galerii galerach krzywych wież Moskwy
Amerykanie je namalowali sprayem swoim
i opatrzyli podpisami:
byłem, zrozumiałem, zwyciężyłem
wracam do Maryland z Picassem Syrenką
jestem murem za nim za murem już,
bo wart miliony Polaków dusz
żywy ch nie umarły ch
Solowy występ
Zewnętrznie solowy występ wydawał się
całkiem dobry do czasu
jak na warunki panujące na scenie
i widowni oczywiście nobliwej
bomba spadła po chwili
uderzył w klawisze niezbyt płynnie
korciło go, naoglądał się koncertów Cecila w Ornecie,
nasłuchał dodekafonii w Wiedniu,
uderzył zbyt śmiało, złamał palec
bomba uświadomienia spadła
jak we włoskim filmie Droga
jak wiadomo powszechnie, kinie nowej realności
wewnątrz gotował się i ściskał jak pięść
chciał zawsze ją podnieść nad głowy
chciał podłym zgotować egzekucję dźwiękową
zgotował,
potem żałował,
choć sporadyczne oklaski
okazały się doceniać reżyserię i kurtynę
artysta zemdlał ściśnięty buntem nazbyt
po wykonaniu koncertu dziecka nocy Walpurgii
to uderzenie w klawisze nauczyło go pokory
wobec fizyki przyrody
zewnętrznie bladość wszelka wyglądała
na matni purpurę
i vice versa
takie to bywają mistyfikacje
artysta okazał się tęczą jedynie
tęczą przed burzą, aczkolwiek
dobre i to - ktoś powiedział,
może Didi,
skandal - z jaskółki zlatując,
odkrzyknął Gogo
klap, klap, klap - taki był finał
Chmury abstrakcji
Synchroniczne skalkulowane do bólu
wyliczenia piętnastu matematyków ciszy
zasianej od Cancun do Magadanu
zrewolucjonizowały nakładanie mandatów
na ministrów hałasu
niegdyś niebotyczne sekwoje w Kordylierach umysłu
zawyrokowały na Sejmie jakimś o rozliczalności chmur
dających się podzielić
wędrówka dusz nie jest wędrówką chmur,
powiedział Drzewiec,
i wyleciały wszystkie precyzyjnie
wedle map gwiezdnych kierowane
lotnością umysłów wspierających letargi,
gdy Ziemia spała jeszcze, a sekwoje niespokojnie drżały,
nastało skalkulowane dłubanie w jako takiej ciszy
eksploratorem wzajemnym
niby chcianym, pożądanym, ale oklepanym i nudnym
w 40. wieku ewolucji naczyń poważnych
i butelek zaliczanych do głośnych uwodzicielek matematyków,
wyroiły się więc z gniazd węży szepczące gwiazdy
jak cisza zgasła tuż przed nastaniem ery zaopatrzonych lamp,
a po nich fatalnie zmumifikowane i nierzucające ani snopów,
ani cienia, ani palenia, ani spełnienia
chmury abstrakcji bogów
Lamentacje wielorękich dam
Znowu zaczęła się penetracja jaskiń
i kanionów w głowie przewielebnego
guru monastycznie zdewastowanego
przez schizmę uznającą wyłącznie
posty i lamentacje wielorękich dam sztuki
pozbawionych co prawda atrybutów zewnętrznych
litościwie obnażonego Nabuchodonozora wczorajszości
jak zwykle niemogących dosięgnąć
dzisiejszych złudzeń pobratymców
zupełnie bez wiary kołyszących się na gałęziach
w takt terkoczących silników
kosmicznych pojazdów na parę
i wdychających smog powstający, co rusz
w niszach nieprzeznaczonych do kontemplacji,
ale tak wykorzystywanych właśnie
przez guru podziwianego za jednorękość
zniewalającą po wielokroć odmiennością,
choć dziwactwem wbijającą do cna
w zakamarki grot podwodnych
bez tlenu nadziei i wiary,
którą miano pogłębiać w głębokościach przedwiecznych,
a nie rozjaśniać w niszach i na kosmodromach,
i to zapylonych, zasmrodzonych przez biczowników,
co z gałęzi spadli nieopatrznie
wtedy
Rozchwiany walc
Zdarzyły się niewielkie odchylenia od normy
w czasie lotu nad Szwajcarią
modułu nowoczesnej stacji kosmicznej
nazwanej: "Rilke w Muzot"
potem nastąpiło ciągłe zniżanie tegoż
i nieuchronny upadek w fale Dunaju
obok miejsca gdzie Ivanovici grał Nokturn cis-moll Chopina
na pogrzebie Attyli
dzisiaj nie odróżnisz precyzyjnych Pieśni Orfeusza
od rozchwianego walca wiedeńskiego
granego po wielokroć w Linzu i Monachium
ani galicyjskich wyrzutków Cesarstwa Austro-Węgierskiego
od zwykłych zjadaczy chleba,
co to czytają Wyborczą i porzucają wszelkie wybory
odchylenia zaczynają się w piaskownicy cywilizacji,
a kończą na falach eteru i wysokich orbitach
- czuj! stary pies szczeka
- rozdziobią nas kruki i wrony
- silni, zwarci, gotowi
- tęcza, pacyfa, kotwica, logotyp Solidarności
- które z powyższych jest niewielkim odchyleniem od normy?
nie zgadnie już ani Attyla, ani Luter,
ani Mustafa, ani Jan Trzeci, ani Franz Joseph,
ani Ivanovici, ani Lehar, ani Strauss,
ani Rilke, ani Kokoschka, ani Kafka,
ani Hitler, ani Orfeusz,
ale ty jeszcze możesz!
W przestworza miłości i wolności
Pomyśl, chłopcze, o wszystkich wystrzelonych na Księżyc
gdzie ci się śpieszy
- ilu z nich tak naprawdę wróciło?
marzysz o mieszkanku małym spokojnym na Manhattanie Trytona,
ale zważ na jedno,
jacyś bogowie może tam i są, ale spokoju sumienia nie ma
stamtąd wracają tylko niewolnicy,
a i credo powracających -
pozostać na zawsze na Ziemi
meandry kosmosu przyciągają cię jak delta wielkiej rzeki muł,
przemierzając ją nieraz statkiem rozumu
widziałeś prawdziwe ptaki kołyszące się na falach
owce pijące z brzegu wodę,
krowy zmęczone wylegujące się nad brzegiem w szuwarach,
nagich kąpiących się w nurtach niebezpiecznych
dusza rwie się w przestworza wolności i miłości
każdy ma takie chwile porywu,
a twój zegar smutku tyka inteligencją kosmosu
chcesz popędzić za kometą radości
nietopniejącą od ziemskich zazdrości
pomyśl, ile czasu musiałbyś mieć,
by ją dogonić - w nicości?
a dusza tęsknoty pełna,
zraniona przez złych ludzi,
a dusza płacząca wzruszona prawdą
widziała Zstępującego z Niebios
posłuchaj duszy - ona chce za nim
w przestworza miłości i wolności
chłopcze, ja wiem, wciąż chcesz domu
wysoko poza Ziemią gdzieś
ty o tym nie zapomnisz nigdy,
bo to miejsce czeka na ciebie jak wierny pies
Zmniejszając tramwaje w myślach
Zmniejszając tramwaje w myślach,
błądziłem po liberalnym Krakowie
w smoczej jamie byłem przechodniem między kloszardami
maszkarony Sukiennic pozdrawiałem tępym spojrzeniem
i fascynata, i ordynata, i predystynata
Natknąwszy się na rekruta w fartuszku, udałem się
pod siedziby gazet rozpowszechnianych na papierze czerpanym
wyczerpany emocjonalnie, zawróciłem
Odnowionym spojrzeniem zlustrowałem
przechodniów-stańczyków z Londynu
poprzedzanych przez lewe interesy zurbanizowanych cietrzewi futuryzmu
Z dawnej miłości pozostały zakochane spojrzenia zza krat
wielkie tramwaje w oczach naiwnych
zliczalne katastrofy duchowości Krakowian
w witrynach i bramach
Na rynku rozglądałem się za miejscem
na pomnik dla Chrystusa Króla
według projektu A. Chmielowskiego,
ale zobaczyłem tylko zbyt wielu przekupniów,
zbyt wielu bankierów, zbyt wielu celebrytów,
zbyt wiele za dużych na to miejsce tramwajów
zmniejszając to wszystko, błądziłem w myślach
starych jak hordy, hołdy i rozbiory,
kroczyłem wśród przechodniów w kierunku przejścia
podniebnego acz wąskiego
Na dworcowym kosmodromie rozglądałem się za miejscem
na pomnik dla Chrystusa Króla
według projektu A. Salawy,
ale zobaczyłem tylko zbyt wiele wielbłądów i dromaderów,
zbyt wielu Madianitów i Elamitów z Podlasia i Podhala,
zbyt wielkie teatry, sanitariaty i saturatory
cofanie się przed tym wszystkim
zaprowadziło mnie w okolice muzeów
eksponatów rozdeptanych butami kapitulantów
w muzeach święci jak zwykle krzyczą,
a w winiarniach zwyczajowo klaszczą
święci krzyczą ciszą nadal w zaułkach i pasażach
na każdej ulicy, na każdym skwerze,
lecz nikt ich nie słucha
malutkie tramwaje wożą serca,
malutkie tramwaje wożą serca zbyt małe,
malutkie tramwaje wożą malutkie serca
rosnące stale
Zwiększając tramwaje w myślach,
odnalazłem się w liberalnym Krakowie
według projektu A. Mickiewicza