Przepowiem ci przyszłość - Joanna Parasiewicz

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (37,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Paryż, grudzień 1918

Panuje za­duch i za­czyna brakować powietrza. Jest tłoczno, nie zgadnę jed­nak, ilu przyszło gości, bo nie znam tego miejsca, przy­ciem­ni­ono zresztą świ­atła, jakby starano się mnie nie spłoszyć - to pier­wsze, co przy­chodzi mi na myśl i wydaje się za­bawne. Dok­tor Kell­ner odwza­jem­nia mój uśmiech i lekko na­chyla się w moją stronę, py­ta­jąc, czy aby na pewno nie trzeba mi wody. Mówi po fran­cusku popraw­nie, ale z wysiłkiem, bez wrod­zonej swobody. Po­tem kiwa zachęca­jąco, abym za­częła mówić, wszy­scy prze­cież czekają. Przyszli tu dla mnie, więc się nieci­er­pli­wią, a ich cieka­wość jest tak gęsta, że niemal ob­lepia mi skórę, i czuję ciężar ich spojrzeń, które łowią każdy mój ruch; jestem prze­cież sławna. Od his­torii z "chłopcem z sadz­a­wki" moja strwożona twarz straszyła na pier­wszych stronach chyba wszys­tkich paryskich dzi­en­ników i dopiero wtedy się dow­iedzi­ałam, że tyle ich jest. Po­tem zro­bi­ono zdję­cia, na których już wcale nie przy­po­m­in­ałam siebie, i Marta stwi­er­dz­iła, że są zdecy­dow­anie lepsze, by je wziąć jako fo­to­grafię na na­grobek, bo nikt wieczny nie jest.

Ciekawe, czy teraz goście porównują mnie ze zdjęć z tą os­obą siedzącą przed nimi, ale skoro tu są, za­pewne czytali te gaz­ety albo choć o mnie słyszeli.

"Nawet nie wiesz, jak wszy­scy są ciebie ciekawi, Marie", przekony­wał dok­tor Kell­ner, który siedzi tak blisko, że czuję nuty jego wody ko­lońskiej i goździków, które ma zwyczaj pod­gryzać, gdy jest poden­er­wow­any. Włosy ma ułożone w lekkie fale, w sza­le­nie modną teraz w Paryżu fryzurę typu chester, jedną z tych "na chłopca z frontu". Wielka wo­jna przyniosła bowiem dużo nowego: nam skró­ciła suki­enki, mężczyznom włosy, a wielu poz­abi­er­ała ręce i nogi. Pod nosem dok­tor Klaus Kell­ner nosi cienki wąsik w typie pen­cil, na nosie zaś połyskują binokle na srebrnym łań­cuszku, które dostał od matki. To ak­urat sam mi pow­iedział, bo prze­cież nie jest tak, jak twi­er­dzą niek­tórzy, że wiem wszys­tko.

- Jakie wszys­tko, Marie?

Dok­tor spogląda py­ta­jąco, chyba mu­si­ałam pow­iedzieć os­tat­nie słowa na głos. Zbi­eram się w sobie, chciałabym móc stąd zniknąć, a im szy­b­ciej powiem, co będą chcieli usłyszeć, tym prędzej ten spek­takl się skończy.

- To wy­gląda zwykle tak samo ­- za­czy­nam, a pokasły­wania i szepty milkną. Pow­in­nam się pewnie przy­witać, ale on pode­jmuje skwap­li­wie.

- Czyli jak? Mo­głabyś to precyzyjniej opisać, Marie? Proszę, spróbuj na­j­prost­szymi słowami.

- Na­jpi­erw czuję mrowienie w końcówkach pal­ców. Takie de­likatne i łatwo je przeoczyć, więc cza­sem bywa, że nie za­uważam, gdy opuszki swędzą, nim nie dotknę tej os­oby, jej dłoni albo rękawa palta i wtedy... ­- poprawiam się na krześle ­­­- wtedy to widzę.

Rozdział 1

Marie

Mont­martre 1907

Podobno świ­atło w ko­lorze mi­odu można zobaczyć właśnie na Mont­martre. Mówiono też, że wzgórze ma duszę, a na pewno, o czym również byłam przekon­ana, własny za­pach. Latem nasze wzgórze pach­ni­ało słodyczą roz­grz­a­nych ru­mi­anków, aro­matem roz­marynu i pigw oraz spieczonej ziemi. Bezrad­nie spuszczone głowy słoneczników oplatał za­pach cuk­row­ych roga­lików z pob­liskiej cuki­erni Ba­bette i zostawiał na języku lepką słodycz. Na wys­tawie cuki­erni gipsowe eklery blakły od słońca, kur­zyły się tarty z papier mâché, a przez płukaną deszczem witrynę pokazy­wało się język pucułowatym smarkaczom wyl­izującym pucharki z cr?me pâ­tis­si?re. Nas nie było stać na cytrynowy cr?me pâ­tis­si?re, ale przedrzeźniać i robić głupie miny można było całkiem za darmo.

Wzgórze od strony cuki­erni opadało stromym stokiem, jakby ktoś odk­roił jego kawałek ostrym nożem. Mi­jając Ba­bette i schodząc w stronę rzeki, wdychało się swojskie nuty z przy­do­mow­ych kur­ników oraz gryzącą woń gno­jówki wylewanej wprost na drogę. Odurz­ała świeżoś­cią skoszona trawa zgarnięta w ni­er­ówne kupki. Służyła nam za kryjówki skar­bów pod­czas pysz­nych za­baw, gdy ciskaliśmy w siebie skibami gliny wprost ze świeżych kre­tow­isk: ja, mój brat Mar­cel, Lili oraz gruba Al­berta, jeśli ak­urat nie wypisy­wała: "Świeć Panie nad jego duszą" albo "Na za­wsze w naszych ser­cach". Te i inne poważne słowa gruba Al­berta kali­gra­fowała na papi­erow­ych sz­ar­fach wieńców w za­kładzie swo­jego ojca, ponieważ jako je­dyna z nas po­trafiła już czytać i pisać.

- W ży­ciu nie chciałbym mieć czegoś tak paskud­nego na własnym grobie - za­r­zekał się Mar­cel i wtórowała mu w tym Lili, ponieważ zwykle zgadz­ała się z moim bratem we wszys­tkim. Wów­czas gruba Al­berta pokazy­wała nam język i obrażona szła do domu. Chyba lu­b­iła słyszeć, jak krzyczeliśmy za nią, żeby wracała do za­bawy. Cza­sem dołączał do nas Joachim, któremu przy pysz­nych za­bawach obry­wało się zwykle na­jwięcej. Joachim Bar­ret był z nas na­jwięk­szy, na­jbardziej niezdarny i za każdym razem na­jbardziej się den­er­wował, nie mo­gąc za nami nadążyć.

- Nie maż się tak, Joachim - wołał Mar­cel, mierząc w niego por­cją błota.

- Ej, fa­jtłapa, fa­jtłapa! - dołączała Lili.

Był ok­ropnie śmieszny z tymi plączącymi się no­gami, z tym dziecinnym za­ci­etrzew­ieniem. Niby taki duży, wyższy prze­cież od Mar­cela i papy, a nie umiał nikogo złapać, dogonić, nawet mnie, na­jmłod­szej ze wszys­tkich. Nie próbował zresztą, zatrzymy­wał się w połowie drogi i ciskał w naszą stronę skibami gliny, a z każdym pudłem dys­zał moc­niej roz­sier­d­zony. Zdar­zyło się kilka razy, że umyśl­nie zwal­ni­ałam, by dać mu fory, ale wtedy Joachim wś­ciekał się nie na żarty.

- Idź do di­abła, Marie, słyszysz?! Jesteś tak samo głupia jak twój brat i Lili! Skończona idi­otka!

Tarł rękawem oczy, ze wszys­tkich sił starał się dziel­nie trzymać i nie płakać, a ja patrzyłam, jak brun­atne smugi ociekały mu z włosów, szyi i rękawów zbyt dłu­giej koszuli, wy­win­ię­tych na kan­cias­tych i za­wsze ob­i­tych łokciach. Było mi naprawdę przykro, chciałam do niego pode­jść, pow­iedzieć coś miłego, że prze­cież to nic, taka głupia za­bawa, i żeby się nie wygłupiał, ale gdy się odważyłam, splunął przed siebie.

- Odczep się, Marie, słyszysz? Jesteś głupią idi­otką.

Obracał się na pięcie.

- Głowa za no­gami nie nadąża - wzrusz­ała rami­onami Lili. - Babka Ad­ela mówi, że jak kto za duży urósł, to i makówkę ma daleko od ziemi.

Może is­tot­nie tak było. Może rzeczy­wiście Joachim Bar­ret wyrósł za duży, bo jego pos­tura przy­wodz­iła na myśl zbi­er­an­inę ele­mentów nied­bale poskłada­nych w przypadkową całość. Wysoki wzrost jeszcze potęgował wrażenie niedo­pasow­ania poszczegól­nych części i podkreślał cielęcą niezdarność. Patykowate ręce zwisały blisko szczud­las­tych nóg, a duże zęby i nos uwydat­ni­ały szczupłość jego twarzy. Nie, ani trochę Bar­ret mi się nie podobał, więc tym bardziej się złoś­ciłam, gdy Lili z Marcelem wołali cza­sem za nami "za­kochana para". Jakżeż można by było tworzyć parę z kimś tak pokracznym jak Joachim Bar­ret?

- Ejże, nie jest taki na­jgor­szy, a ty nie możesz wiecznie krę­cić nosem, moja droga - droczyła się Lili. - Nie marudź, Marie, bo babka mówi, że te na­jbardziej kapryśne zostają os­tatecznie same jak pa­lec, a taki Joachim, zobacz, i fach ma w ręku, i was utrzyma. No, już nie bocz się tak!

Poza rzu­caniem w siebie błotem inna z pysz­nych za­baw poleg­ała na przy­wiązy­waniu czegoś możli­wie obrzydli­wego do drzwi Franza, szewca na wzgórzu. Franz za każdym razem ok­ropnie się wś­ciekał, a już na­jbardziej, gdy z im­petem nacis­kał klamkę, u której dyndały stare szmaty, puszki albo truchło gołę­bia. To Mar­cel wymyślił tę za­bawę, ponieważ miał zwykle na­jgłupsze pomysły, i to on dostar­czał po­trzebne fanty: zdech­łą żabę albo ususzonego szczura. Szczurów ak­urat krę­ciło się na wzgórzu pod dostatkiem mimo mnóstwa żeli­w­nych pułapek up­arcie roz­stawia­nych dokoła wi­at­raków i wewnątrz spichlerzy. Gdy Mar­cel mo­cował fant, reszta bacznie ob­ser­wowała okolicę. Przycza­jeni, czekaliśmy w nap­ię­ciu na syg­nał, tłu­miąc chi­chot. Na gromkie: "Odwrót!", ło­motał do drzwi, a reszta puszczała się pę­dem przed siebie. Na­jczęś­ciej otwi­erał Adam, syn Franza, który wygrażał nam pięś­cią i tupał nogą, jed­nak wiedzieliśmy, że choć się ok­ropnie złości, to nic nam nie zrobi. Ludzie mówili zaś, że gdy stara Fran­zowa była z nim w ciąży, mu­si­ała się czegoś wys­traszyć i na­jpewniej dlat­ego Adam urodził się niemową. Nikt nie wiedział, czy tak było fak­tycznie, ale ludzie ze wzgórza zwykle zn­ali przyczynę wszys­tkiego.

Na­jczęś­ciej więc otwi­erał Adam niemowa i groził nam pięś­cią, ale raz zami­ast któregoś z Fran­zów zza drzwi wyskoczył ich kun­del i złapał Joachima za kostkę. Joachim rozdarł się przer­ażony, a Mar­cel i Lili, zanosząc się śmie­chem, złap­ali mnie za ręce i pognaliśmy w sz­a­lonym pędzie ze wzgórza. Po przy­godzie z kundlem Joachim się obraził i nie odzy­wał do żad­nego z nas przez następne dni. Ale to nie przez Joachima ani nie przez tego kundla przestaliśmy dawać się we znaki Fran­zom.

Któregoś dnia bowiem wzdłuż naszego płotu szła śliczna dziew­czyna. Na pewno jej nie widzi­ałam wcześniej i nie wiedzi­ałam, co wy­warło na mnie więk­sze wrażenie: to, że trzymała Adama niemowę pod rękę, czy też to, że promi­eniowała wręcz zjaw­iskową urodą. Obie razem z Lili, z którą prze­bi­er­ałyśmy na ganku lalki, oder­wałyśmy się od za­bawy, by się jej lepiej przyjrzeć.

- O matko - wym­ruczała Lili - prze­cież ona wy­gląda jak ta... jak święta.

Dziew­czyna jakby to usłysz­ała, bo razem z Adamem zatrzymali się na wprost naszej furtki i pomach­ali wesoło w naszym kier­unku. Gap­iłyśmy się teraz z ot­wartymi ustami i stwi­er­dz­iłyśmy zgod­nie, że na pewno musi być świętą, gdyż wy­glądała tak, jakby zstąpiła wprost z koś­ciel­nego obrazu, takiego w szer­okich zło­co­n­ych ramach i z płyn­ącymi z nieba promi­eniami łaski. Zostaw­iłyśmy lalki i podeszłyśmy bliżej, a ona uśmiech­nęła się i zapy­tała o nasze imi­ona.

- Ja jestem Lili­ane, a to moja na­jlepsza przy­ja­ciółka Marie. Ona tu mieszka i baw­imy się razem w dom - pos­pieszyła Lili i dobrze, bo ja z wrażenia za­pom­ni­ałam języka w gębie. Do dziś zresztą uważam, że nie spotkałam piękniejszej is­toty.

- Pięknie - uśmiech­nęła się słodko, cud­nie mrużąc przy tym oczy. Mi­ała duże oczy ko­loru mi­odu i włosy up­ięte w dobi­er­any warkocz z wple­cioną w nie wstążką w groszki. Za­raz zaprag­nęłam też tak mrużyć oczy, gdy będę się uśmiechać, i nosić taki sam warkocz z identyczną wstążką.

- Ja jestem Marika Franz, a to mój brat Adam. Wiecie, gdzie mieszkamy, prawda?

Lili pokiwała gorli­wie, mnie zaś zrzedła mina, bo już wiedzi­ałam, że piękna Marika wraz ze swoim bratem po­faty­gowali się do nas, by opow­iedzieć naszemu papie o wszys­tkich głupotach, jakie wyprawiamy. Pal­iłam się więc ze wstydu, bo do głowy mi nie przyszło, że si­o­strą Adama niemowy jest anioł.

- Bardzo nam miło - wy­chrypi­ałam.

- Zapraszamy - dodała Lili.

- Och, po stok­roć dz­iękujemy, ale spieszymy się do miasta za­łatwić sprawunki, nim wszys­tko zamkną. Nie mo­głam sobie jed­nak odmówić okazji, by was poznać, gdyż Adam dużo mi o was opowiadał dobrego.

Lili zerknęła na mnie zdu­mi­ona, jak to: "Adam jej opowiadał?", jak to: "dużo dobrego?". A ja błagałam ją w duchu, by tym razem nie odezwała się słowem.

- W takim ra­zie do następnego razu - pod­ch­wyciłam z ulgą.

- Do następnego - uśmiech­nęła się ser­decznie Marika. - Dobrego dnia zatem i pozdrów­cie swoich bliskich.

Gdy wreszcie odpłyn­ęli, odwraca­jąc się co rusz i wesoło do nas machając, stałyśmy jeszcze przy płocie dobrą chwilę.

- Ej, Lili, wiedzi­ałaś, że Franze mają jeszcze córkę?

- Babka coś kiedyś wspom­in­ała, że ta ich Marika taka do­bra i uczynna, a do tego tka cudne go­beliny na zamówienie bogaczy z całego kraju. A gdy nie tka, to pielęgnuje starą Fran­zową, odkąd ta niedo­maga.

- A czemu nigdy nie wy­chodzi się bawić?

- Nie wiem, może dlat­ego, że ona jest trochę inna niż my...

- Jak to inna?

- No inna niż wszy­scy. Ponoć na jej ciele, nawet na czole, otwi­erają się rany, które kr­wawią, ale nikt nie umie pow­iedzieć, czemu tak się dzieje.

Wzdrygnęłam się, ponieważ to mu­si­ało być ok­ropne. Naraz przestałam chcieć być taka sama jak piękna Marika.

- Myśl­isz, że to bardzo boli? To jakaś choroba?

Lili wzruszyła rami­onami.

- Nie wiem, w każdym ra­zie zni­en­acka po­jawiają się w jej skórze ot­wory, z których sączy się krew, a tej krwi nie da się niczym zatamować. Stary Franz ponoć woził i ją, i Adama do róż­nych lekarzy, pokazy­wał zagran­icznym pro­fe­sorom, ale każdy z nich rozkładał ręce, nikt nie wiedział, jak pomóc. No i tak zostało: jedno nie mówi, a dru­gie kr­wawi, ale chyba się wszy­scy po­godz­ili, że tak musi być. W każdym ra­zie dali spokój i już nig­dzie z żadnym nie jeżdżą.

Starałam się wyo­brazić sobie roześmi­aną twarz Mariki nagle za­le­wa­jącą się kr­wią wprost z rozwartej rany na czole. To mu­si­ało być niewyo­brażalne nieszczęście.

- Co byś wybrała, Lili? Nie móc wydusić ani słowa czy żeby ci się nagle robiły takie rany?

- Nie mam po­ję­cia, jedno i dru­gie wydaje mi się straszne.

- Ja nie chciałabym tak za żadne skarby.

- Hmm, a ja myślę, że ani jego, ani jej nikt nie py­tał o zdanie - odparła po namyśle, a ja pomyślałam, jakież to szczęście, że mnie nie przytrafia się nic szczegól­nego. Mo­głam być całkiem zwycza­jną dziew­czynką, taką na­jzwyklejszą Marie Len­art.

Od tamt­ego popołud­nia om­i­jaliśmy jed­nak dom Fran­zów szer­okim łukiem.

Do pysz­nych za­baw staraliśmy się nie zapraszać Ern­esta. Nie zabi­er­aliśmy go nad wodę ani nie pro­ponowaliśmy "dzikich gon­itw", "podrzu­cania szczurów", a nawet gry w patyki, ponieważ nasz przyrodni brat był je­dynym dzieckiem, jakie zn­aliśmy, które nie umi­ało się w nic bawić i nie mi­ało na za­bawę na­jm­niejszej ochoty. I pewnie w ogóle nie za­wracalibyśmy sobie nim głowy, gdyby nie wieczne marudzenie Marty: "Idźcie, ale zabierzcie Ern­esta", "Weźcie z sobą Ern­esta, on także chciałby z wami po­grać". Tylko że Ern­est wcale nie chciał z nikim w nic po­grać, my zaś nie chcieliśmy niczego robić z Ern­estem, ponieważ wciąż się krzy­wił i nigdy niczego nie ro­zu­miał. Tłu­maczyliśmy mu na przykład, kiedy jest skucha, a kiedy spa­lony, o co chodzi, gdy coś się nie liczy, albo że należy za­wołać "pod­bite gary", a wcześniej trzeba się schować. Wszys­tko bez wyjątku kwitował, że to bezden­nie głupie.

- Boże, Ern­est, sam jesteś głupi - krzy­wił się Mar­cel i machał ręką, po czym zostawialiśmy go w spokoju.

On sam nigdy za nami nie szedł ani nas nie szukał, gdyż wcale nie prag­nął naszego to­war­zys­twa. Aż wreszcie Joachim stłukł go tak, że nawet Marta raz na za­wsze przestała się domagać, by Ern­esta gdziekolwiek zabi­erać.

Tego dnia baw­iliśmy się w pod­chody i to był kole­jny raz, kiedy staraliśmy się wyjaśnić mu za­sady gry. Rzu­ciłam w przer­wie, że lecę na stronę, i pobiegłam dalej, w krzaki. Nor­malna rzecz, by­wało prze­cież ni­eraz, że sikaliśmy wszy­scy wspól­nie, odlicza­jąc cza­sem, kto dłużej. Kucnęłam, a po wszys­tkim wyprostowałam się, by pod­ciągnąć ma­jtki, i aż pod­skoczyłam, gdy się zori­entowałam, że nie jestem sama. Zamarłam ze zsuniętą do kostek spód­niczką, ze spuszczonymi ma­jtkami, a Ern­est stał tuż przede mną i gapił się na moje pod­brzusze. Patrzył z ot­wartą buzią i dzi­wnym wyrazem twarzy, który wracał później w złych snach.

- Co się tak gap­isz, Ern­est?

Odwró­ciłam głowę, przed nami zatrzymał się Joachim.

No już, spylaj stąd - rzu­cił w stronę Ern­esta.

- Bo co?

- Bo gówno, bo dostan­iesz ko­ciej mordy.

- A może ty chcesz w mordę, Bar­ret?

- A chcę!

I ruszył na Ern­esta.

Nie wiedzi­ałam, co robić, pobiegłam więc po Mar­cela. Gdy go zn­alazłam, wykrzycza­łam, co się dzieje, i zjaw­iliśmy się wszy­scy z powro­tem. Joachim siedział na ziemi sam i roz­ci­erał pięści.

- Chol­era, Bar­ret - splunął Mar­cel - mamy przez ciebie przes­rane na chacie, wiesz o tym?

Przer­ażona liczyłam krople krwi na trawie i patrzyłam na nich, obydwaj wydali mi się naraz całkiem dorośli...

- Ale zęby mu zostaw­iłeś?

- Nie wiem, aż tak mu się nie przy­glądałem.

- Niech to szlag! Tyle razy ci mówiłem, abyś gówna nie ruszał, bo ta wari­atka Marta nie da nam żyć. Nawet by srała za tego swo­jego synalka...

- To jej pow­iesz, że synalek się prosił.

Joachim wzruszył rami­onami, a Mar­cel przeklął si­ar­czyście.

- Mocno żeś mu wlał?

- Jakby dupa ręce mi­ała, toby się lepiej umi­ała bić.

- Czyli bardzo?

- Nie bardzo, bo on bić się też nie po­trafi.

Pyszne za­bawy mi­ały jedną regułę - należało się trzymać możli­wie na­jdalej od dorosłych, dorośli bowiem psuli wszys­tko. Za to można ich było naślad­ować.

- Maaaarie, kosz! - darliśmy się chro­pawym al­tem Marty. - Maaarie, do kroć­set! Gdzie ta leniwa dziewucha, na Boga?

- Lili­ane! Koniec tych głupot! - zrzędz­iliśmy głosem babki Ad­eli.

A już spotkać ojca Joachima to był prawdziwy pech. Zwłaszcza gdy Joseph Bar­ret trzymał się jeszcze na nogach, bo jak już chrapał głośno w rowie, wy­glądał za­baw­nie w za­sik­a­nych spod­niach i z rozdzi­awionymi szer­oko ustami, jakby się dzi­wował wszys­tkiemu. Do tych ot­war­tych ust wrzu­cało mu się muchy albo glisty, a Joachim szedł po­tem do domu i gdy tak szedł, zdawał się bardziej zgar­biony niż zwykle. Więc my też wracaliśmy do siebie, do domów podob­nych do wszys­tkich in­nych na Mont­martre, zbi­er­an­iny niewyso­kich i koślaw­ych budowli, przycupn­ię­tych niez­grabnie na ła­godnym stoku, rozrzu­co­n­ych wzglę­dem siebie w dzi­wacz­nych kon­stelac­jach. Jedne patrzyły sobie w okna, inne zaś za­słani­ały za­zdrośnie skórz­ane, twarde liście makii. Na­jbliżej naszego domu ciągnął się wąski za­gon, gęsto porośn­ięty dżunglą dzikiej marchwi, po którą schodz­iły się płoch­li­wymi stadkami drżące staruszki, chy­bocząc się na cien­kich nóżkach. Nar­zekały, że im się schylać za ciężko, więc za pół franka brały od nas wiechcie chwastów dla swoich wiecznie głod­nych kóz, nu­trii i kró­lików.

- Pomyśl, Marie, jakiż to musi być ok­ropny pech urodzić się tak strasznie starym - szepnęła raz prze­jęta Lili.

- Jesteś pewna, że człow­iek zjawia się na tym świecie już jako staruszka? - Wybałuszyłam na nią oczy, a ona spojrz­ała na mnie, jakbym spadła z księżyca.

- No a jak ty myślałaś, głuptasie? Albo, albo. To Pan Bóg wybi­era, kogo mu brak­uje, chłop­ców lub dziew­czynek, dorosłych czy właśnie staruszków, bo musi być równow­aga. Prze­cież nie mógłby ist­nieć świat pełen sa­mych staruszków, bo kto by im zry­wał tę mar­chew?

Pokiwałam głową i pomyślałam wów­czas, jak to dobrze, że Lili tyle wie i jest niezwykle mądra, w końcu skończyła dziewięć lat, ja dopiero siedem, i dla mnie była zu­pełnie doros­ła, prawie jak Joachim czy Mar­cel. W myślach też ser­decznie podz­iękowałam lo­sowi, że mi­ałam szczęście urodzić się jako ja, a nie na przykład czy­jaś babka. Urodzić się małą dziew­czynką zdawało mi się na­jzu­pełniej satys­fak­c­jonujące.

- Zresztą wyo­brażasz sobie babkę Ad­elę jako małą dziew­czynkę? Od razu urodz­iła się z garbem i całkiem po­marszczona, tylko oczy­wiście wów­czas była du­uużo mniejsza.

Od kwiet­nia do czer­wca wyprawialiśmy się na sąsiedni za­gon na "ślimacze żniwa", jak to kiedyś nazwał Mar­cel, doda­jąc, że jesteśmy prawdzi­wymi mis­trzami w łowieniu śli­maków. Brało się tylko te o twardych, całych oraz sy­metrycz­nych skorup­kach i śred­nicy tak na pół palca, co na­jm­niej trzech centy­metrów. Na­jchęt­niej ciągnęły do piwa, więc wieczorem wle­wało się go odrobinę do niew­ielkiej ryni­enki i z rana krę­ciło się ich tam całe mnóstwo. Nasze śli­maki sprzedawaliśmy na targu i za te poczciwe win­niczki kasowaliśmy spory za­robek, który między nas spraw­ied­li­wie rozdzielał mój brat.

- Wyo­brażacie sobie, że te nasze śli­maki bul­goczą właśnie w pała­cowej kuchni jakiegoś zamor­skiego księ­cia albo są podawane na srebrnej tacy prawdzi­wemu bogaczowi w rago?t lub w jakimś smacznym gu­laszu?

Jakoś nie po­trafiłam sobie wyo­brazić śli­maków z naszego za­gonu ani w pała­cowej kuchni, ani w rago?t na srebrnej tacy, ale ja od za­wsze wolałam kładzione kluski ze skwarkami i bardzo się cieszyłam, że nie trzeba było na nie czekać, "aż przyjdzie sezon", a tym bardziej wydłuby­wać ich z żad­nej muszli. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem z grubą Al­bertą, ale spojrz­ała na mnie z wyższoś­cią i orzekła, że stosunkowo niew­iele wiem o ży­ciu. Za­s­ad­niczo gruba Al­berta była więcej niż przekon­ana, że o ży­ciu wie z nas wszys­tkich na­jwięcej, za­wsze się wymądrz­ała i lu­b­iła mieć os­tat­nie słowo. Poza tym umi­ała czytać i pisać, a jej rodz­ina od dwóch pokoleń prowadz­iła dochodowy in­teres. Za­kład ojca grubej Al­berty nazy­wał się Aniel­ski Or­szak, był jednym z dwóch za­kładów po­grze­bow­ych na Mont­martre i jeśli ak­urat jej ojca w nim nie było, a ona mi­ała dobry hu­mor, pozwalała nam wchodzić do środka. Wów­czas mogliśmy oglądać wszys­tko, co chcieliśmy, a nawet dotykać prawie wszys­tkiego, tylko za każdym razem za spec­jalnym poz­wole­niem Al­berty. Al­berta, nim na cokolwiek wydała zgodę, strasznie się przy tym namyślała, a na­jbardziej lu­b­iła, jeśli długo się ją o coś prosiło. Przy­glądaliśmy się więc spec­jalnym wspornikom i rozłożystym stelażom pod wieńce, wolno nam było pod­nieść nawet okazałe oz­doby z połysk­li­wych czar­nych piór, za­kładane na uszy ko­niom zaprzęganym do po­grze­bowego po­wozu. Ten powóz z czarnego laki­erow­anego drewna kosztował ponoć for­tunę, jak twi­er­dz­iła Al­berta, ale dawno zdążył się zwró­cić, gdyż chęt­nie go zamawiano. Konie wraz z woźn­icą (uroczysty frak dla po­wożącego wraz z cyl­indrem również był w ofercie) wyna­j­mow­ano gdzie in­dziej. Siedzieliśmy w tym po­wozie nie raz, choć zwykle kończyło się to kłót­nią, bo prze­cież każdy chciał po­wozić choćby na niby, a nie bezczyn­nie tk­wić w środku.

Al­berta nie lu­b­iła jeździć na row­erze, pluskać się w rzece, bawić się w pod­chody ani robić czegokolwiek in­nego, przy czym można było się choć trochę zmęczyć, za to "ce­re­monie" albo "mierzenie tru­mien" nie nużyły jej nigdy. To ona ustalała ich reguły, a także czas trwania za­baw i każdy (a mój brat w szczegól­ności) mu­siał tego przestrzegać, co Al­berta eg­zek­wowała z żelazną kon­sek­wencją. Wymagała posłuszeństwa, a wszelkie próby buntu tłu­miła w za­r­odku, un­osząc brodę, biorąc się pod boki i oświad­cza­jąc: "Jeśli tak, to do widzenia, ja się nie bawię". To dzi­ałało bez pudła i przys­t­awaliśmy zwykle na wszys­tko, co wymyśliła, ponieważ Aniel­ski Or­szak krył istne cuda: od wyboru oprawy muzycznej (fle­cista, skrzypek, śpiewaczka) przez tek­tur­owe buty, jed­norazowe garnitury, a nawet szminki i bar­widła do pod­ma­low­y­wania "kli­entów", dlat­ego os­tatecznie robiliśmy, jak chciała. Za to si­o­stry Al­berty, bliź­ni­aczki, nie włączały się w nasze za­bawy, nawet z nami nie rozmawiały, nie byliśmy zresztą pewni, czy komunikowały się z samą Al­bertą. Wi­otkie i sine, o przezroczys­tej skórze i pałąkowa­tych nogach, przy­wodz­iły na myśl dwugłową is­totę wydo­bytą przez omyłkę z mor­skich głębin. Stanow­iły swoje lus­trz­ane odbicie i nawet głowami kiwały w tym samym mo­mencie, poro­zu­miewa­jąc się wyłącznie ze sobą i szep­cząc sobie na ucho.

Aniel­ski Or­szak mieś­cił się w dużym os­zk­lonym bu­dynku przero­bi­onym z daw­niejszej szk­larni niedaleko domu grubej Al­berty i jej sióstr. To tu przyj­mow­ano in­teres­antów i ek­sponow­ano szer­oki as­orty­ment wszys­tkiego, co mo­gło być po­trzebne do os­tat­niej posługi. A jeśli ktoś sobie wyo­brażał, że po­grzeb polega je­dynie na pochówku, to był w grubym błędzie, ponieważ po­grzeb był "prawdziwą ce­re­monią" i o jej wszys­tkich niezbęd­nych etapach wręcz uwiel­bi­ała opowiadać gruba Al­berta. Przechadz­ała się między kata­falkami dumna niczym paw­ica i demon­strowała, co i kiedy należało włożyć do trumny, o czym trzeba koniecznie pam­iętać, a na­jlepszy kom­ple­ment, jaki lu­b­iła powtar­zać, spraw­iła jej babka Ad­ela, mówiąc, że "najstarsza córka gra­barza jest wręcz stworzona do tego in­teresu". Była mo­jego wzrostu, choć niemal ideal­nie okrągłej fig­ury, szybko się męczyła, więc jej czoło zwykle błyszczało od kropelek potu. Ulu­bionym słowem Al­berty było "porządne".

- Ludzie szybko za­pomną, jaki kto był za ży­cia, bo ludzi jest po prostu za dużo. Od tego jest właśnie porządna ce­re­mo­nia, aby tę os­tat­nią drogę każdy sobie porząd­nie za­pam­iętał.

Tak powtar­z­ała, nas zaś, gdy układaliśmy się w trum­nach z ek­spozycji i wyo­brażaliśmy sobie przy tym własny po­grzeb, in­teresowało na­jbardziej to, po kim ludzie będą na­jbardziej i na­jgłośniej płakać, a kogo na­jdłużej wspom­inać. O to sprzecza­liśmy się cza­sem za­wzięcie. Mar­cel utrzymy­wał, że usługę "głośnego lamentu" albo "piewcy czyichś cnót" os­obiście dołączyłby do oferty, gdyż za­wsze zna­jdzie się ktoś, komu na tym będzie szczegól­nie za­leżeć. Aniel­ski Or­szak za­o­patry­wała w trumny stolar­nia, w której Mar­cel miał później ter­minować, ale nim to się stało, przymierz­a­liśmy się po kolei do tych bardziej szykow­nych, "tylko niczego nie pobrudźcie", i porówny­waliśmy wrażenia. Pyszne za­bawy w Aniel­skim Or­szaku skończyły się z hukiem, gdy gra­barz zn­alazł nas leżą­cych w wys­ta­wow­ych trum­nach, gruba Al­berta dostała wów­czas od ojca w skórę, a my kat­egoryczny za­kaz wstępu do za­kładu.

Wyżej na wzgórzu, w stronę domu Joachima, dróżka naraz się zwężała, jakby skrzy­wione sztachety po obu jej stronach starały się wreszcie siebie dotknąć. Tędy się szło do mleczarki, mi­jając niczyje parcele za­rośn­ięte dzikim bzem, a idąc, obi­jało się blasz­aną kanką kolana, by dodać sobie odwagi. Każdy też mod­lił się w duchu, by i tym razem nie spotkać Pal­cza­st­ego. Podobno Pal­cza­st­ego widy­wano na­jczęś­ciej wśród tych krza­ków bzu i naprawdę nie wiedzi­ałam, jak Joachim mógł tak po prostu mieszkać w ich pob­liżu. Ja bym chyba w ogóle nie mo­gła za­s­nąć.

- Stroni od świ­atła niczym up­iór. No i nie ma dziesię­ciu paluchów jak nor­malny człow­iek, tylko dwanaście albo i trzyn­aście! Wyo­brażacie sobie?! Po sześć albo siedem u każdej ręki. Babka widzi­ała - za­k­lin­ała się Lili.

- Nie bucz, bo cię oskóruje Pal­cza­sty ­- powtar­z­ała Lili jej babka. - I nie włócz się sama po próżnicy, bo go spotkasz.

Oprócz krzy­wych płotów, które prze­cin­ały niemal każdy frag­ment wzgórza, właś­ciwie wszys­tko na Mont­martre było ni­er­ówne, jakby mieszkań­com naszego kawałka świ­ata, rzu­con­ego między ulice Ab­besses od połud­nia i Caulain­court od północy, odebrano po­trzebę i dar jakiejkolwiek sy­met­rii. Ściany za­budowań i ogrodzeń nie przys­t­awały do niczego, odróżniając się własną krzy­w­izną kry­tych papą dachów, zewnętrz­nych schodów prowadzą­cych do dobudówek dok­le­ja­nych na kole­j­nych piętrach, drewni­a­nych szop kle­co­n­ych byle jak, gdzie trzymało się kozy, dra­biny oraz stare wiadra. Koślawe ściany domów smaliła za to równo i spraw­ied­li­wie ciemna sadza z kop­cą­cych zimą rur ko­m­inów.

Gdy byłam mała, nad zbi­er­an­iną par­celles górowało więcej drewni­a­nych wi­at­raków, a ich rami­ona zbi­er­ały wi­atr, obraca­jąc się niespiesznie w rytm wschodów i zachodów słońca oraz mi­jają­cych po sobie pór roku. Mielono w nich pszen­icę albo kruszono kruszywa, tłoczono winog­rona z przy­do­mow­ych ogródków na lokalne wino, ale też wytłaczano ek­strakty z kwi­atów na po­trzeby man­u­fak­tur per­fum w mieście, takich jak Arômes czy Bouchard. W cieniu wi­at­raków drzemały spichlerze o ob­gryzio­nych z tynku ścianach, całe w sz­pet­nych lisza­jach z za­cieków i zgar­bione do ziemi niczym zużyte dekor­acje, wyrzu­cane na za­plecza teatrów w dziesiątej dziel­nicy. Z cza­sem krusze­jące spichlerze rozbi­er­ano, a na zwolnionym skrawku ziemi prędko kiełkował kole­jny dom. Wi­at­raki również opuszczały nasze wzgórze jeden za dru­gim, rozbi­er­ane na deski albo przer­a­bi­ane na guinguettes - oberże i tawerny, sale do tańca i kab­arety albo na artystyczne pra­cownie. Ich po­wolne skrzy­dła nie pasowały już do tęt­niącego rytmu miasta, były sym­bolem min­ionego czasu, spoko­jnego i pełnego krza­ków bzów Mont­martre.

Z miejsca, gdzie stał nasz dom, wy­chodz­iło się wprost na ubitą drogę, na której po ulew­nych deszczach podeszwy butów mlaskały w grząskim błocie. Kawałek dalej, tuż za miejską pompą, można było już przeskakiwać po ni­er­ównościach bruku, na których odbi­jały się z brzdękiem obręcze kół wózków oraz taczek. Tam, gdzie za­b­rakło ko­cich łbów, łypały ciemne źrenice kałuż, odbi­jając tysiącem męt­nych lusterek brun­atne niebo. A im bliżej było miasta, tym bardziej gęst­ni­ały zwarte pierzeje domów, ściśn­ięte tak, jakby sam­od­ziel­nie mi­ały się poprze­wracać. Boczne uliczki st­awały się węższe, for­mując koślawe labirynty, i jedna z nich prowadz­iła do dziecięcego szpit­ala, pier­wszego przys­tanku na mo­jej drodze.

Szpital dziecięcy mieś­cił się w dużym i bi­ałym bu­dynku, kratami okien wpatrzonym w mizerny klomb. Tuż za klombem, od frontu, wit­ała wszys­tkich gipsowa Matka Boska z bezrad­nie rozłożonymi rękami i w wyblakłym wianku na głowie. Za ple­cami świętej, na jasnym tynku, wykuto el­eg­anck­imi zgłoskami napis Hôpital d'en­fants, który mi­jałam, by zbiec wąskimi schodkami przez kotłownię do pom­ieszczenia gos­podar­czego. Tu na podłodze czekało na mnie to, co mi­ałam za­b­rać tego dnia: ciśn­ięte w kąt sz­arawe prześ­ci­eradła, cerow­ane koce i poszwy up­strzone plamami każdej ludzkiej wydzieliny. Składałam je w równą kostkę, tak by w wik­linowym koszu zmieś­ciło się jak na­jwięcej, aby nie trzeba było znów wracać tego samego dnia.

- Że ty się tych łachów nie brzy­dzisz - krę­ciła głową Lili. - Blee, palcem bym nie ruszyła.

Nie, nie brzy­dz­iłam się, nawet nie czułam ich fetoru. Nie za­stanawiałam się nad tym albo może nie zdążyło mi to przyjść do głowy, prze­cież wypełni­ałam wik­linowy kosz, od kiedy mog­łam go unieść. Od kiedy na­kazano mi go nieść, a nie, broń Boże, szurać nim po ziemi, o co piekliła się Marta. Składałam więc sterty prześ­ci­eradeł, pledów, nar­zut, pieluch, koców i poszew, ow­ijając je sfaty­gow­anym per­gam­inem, i teraz mo­głam ruszać nad rzekę. W dni, gdy nie odwiedz­a­łam dziecięcego szpit­ala, szłam "do ludzi". Odbi­er­ałam brudną biel­iznę od "sra­ją­cych forsą burżujów", jak nazy­wała ich Marta, od "za­fa­jda­nych pan­iątek z lepszych domów". Za­wsze mnie za­stanawiało, że ich prześ­ci­eradła i wszys­tko, co lą­dowało w moim koszu, brudz­iło się tak samo jak u in­nych, mimo że pochodz­iło z lepszego świ­ata. Świ­ata z balko­nami tonącymi w kwiet­nych kaska­dach, z fas­ad­ami zdo­bi­onymi wymyślnymi fryzami, kami­ennymi wieńcami albo kutą gęstwiną winorośli. Wnętrza "lepszych domów" oddzielały od nas pod­wójne szyby, niezna­jące brudu i skryte za mięsistymi tkan­i­n­ami, ich we­jść strzegły od frontu zatrzy­mane w kami­eniu twarze daw­nych bóstw albo gib­kie syl­wetki mitycz­nych stworzeń o roz­postar­tych skrzy­dłach i zn­aczo­nych łuską ogon­ach. Portal mo­jej ulu­bionej kami­en­icy, bu­dynku na rogu o kre­mowej bryle, zdobiła głowa z kłębowiskiem żmij zami­ast włosów. Za każdym razem nie mo­głam się napatrzeć na ich rozwarte paszcze z rozwid­lonymi językami okala­jące twarz o dumnym wzroku, który kami­ennym ciężarem spoczy­wał na przechod­niu, obojęt­nie z której strony by stanąć. Dumna głowa lus­trowała również i mnie ster­czącą na chod­niku w nicow­anej po wielok­roć suki­ence, znoszo­nych butach, z wik­linowym koszem w dłoni. Mi­ałam wrażenie, że spojrzenie tych oczu przeszy­wało mnie na wsk­roś, więc szybko przen­osiłam wzrok na roz­ciąg­nięty na kami­en­nej wstędze pod­pis: "Gor­gona Me­dusa 1870", którego zn­aczenie zro­zu­mi­ałam dużo później. Nim to się jed­nak stało, długo wpatry­wałam się w ciągi fantazyj­nych znaków, których kształt zn­ałam na pam­ięć i które przy­dawały hipnotyzującej twarzy ta­jem­niczości, wymusz­ały należny jej re­spekt.

Sto­jąc na rogu, pod koroną żmij, krzycza­łam donośnie: "Pranie!" albo "Przyjmuję pranie!", i zwykle jedno za­klęcie otwie­rało któreś okno, wabiąc blade i chude lub tę­gie i ru­mi­ane służące. Z każdą z nich rósł w koszu stos muślinow­ych firan i biel­izny, przyby­wało pop­lami­o­nych winem kap, stert jedw­ab­nych pończoch i pan­talonów, szty­w­nych gor­setów, ele­mentów zdo­bi­o­nych sukien. Zabi­er­ałam je ze sobą nad rzekę, a gdy byłam pewna, że nikt nie patrzy, wodz­iłam opuszkiem po szlaku mis­ter­nych kor­onek suto zdobią­cych batystowe halki albo prze­suwałam pom­iędzy pal­cami połyskujący ma­ter­iał o pół­przezroczys­tej przędzy. Nie, nie odważyłabym się nigdy żad­nej z tych pięk­nych rzeczy na siebie włożyć, prze­cież nie należały do mo­jego świ­ata, niem­niej starałam się sobie wyo­brazić, jak to by było nosić na sobie coś tak ideal­nie wypra­cow­anego, tak de­likat­nego? Coś, co muskałoby ciało miękką mgłą kor­onek, chłodz­iło skórę śliskim jedw­a­biem...?

Myślałam o tym ni­eraz, ale przede wszys­tkim bardzo się pil­nowałam, by niczego nie zgu­bić. Ważne było, aby żad­nej sztuki nie za­podziać, nie pom­ieszać czyjejś biel­izny, w niczym się nie pomylić, nie za­plątać czegoś z cudzą gar­der­obą. Zwykle wyszy­wane mono­gramy ułatwiały sprawę, gdyż zdobiły nawet chustki do nosa, ale prze­cież wys­tar­czyła chwila nieuwagi, niedokładne przeliczenie, właś­ciwie różnie mo­gło być, toteż zbi­er­ałam pranie uważnie, dok­u­mentując w myślach każdą partię, i jed­norazowo zabi­er­ałam odzież je­dynie z kilku domów na danej ulicy, oddziela­jąc staran­nie każdą partię pros­tokątem per­gaminu. Każda zguba, głupia pomyłka, tylko z roztargni­enia, ozn­acza­łaby kło­poty, ot, choćby brak za­robku, zwłaszcza że plotki w tej części miasta powtar­z­ano sobie chęt­nie. Też z uwagi na plotki należało dobrze żyć z bla­dymi i mil­czącymi, a także tę­gimi i ru­mi­anymi służącymi, które na takie jak ja patrzyły z pog­ardą, a częś­ciej omi­atały niewidzącym wzrokiem, zu­pełnie jakby mnie również utkano z pół­przezroczys­tej przędzy.

Dziel­nica lepszych domów kończyła się bul­warem, którym dochodz­iłam nad brzeg Sek­wany. To tu, na połyskującej w słońcu rzece, cu­mowały ociężałe barki pach­nące za­tęchłym mułem, zbutwiałym drewnem i jeszcze czymś skisłym. W ich cieniu, niczym dziecinne za­bawki, kołysały się ry­backie łódki o nied­bale po­ciąg­nię­tych smołą kadłubach i wys­trzę­pi­o­nych wiosłach wciśn­ię­tych w za­rdzewiałe dulki. Do środka każdej barki jak w trzewia mor­skiego mon­strum prowadził chy­bot­liwy trap, a za­raz od progu wdychało się mdłe opary mydlin, kwaśny pot prac­ują­cych kobiet i gryzący chlor. Na barce każdego wit­ały zgar­bione plecy, zwieszone od wczes­nego rana nad ol­brzy­mimi baliami, gdzie nużące godz­iny wypełni­ało nieus­tanne tarcie i namaczanie, przery­wane ciężkimi west­ch­ni­eniami. Nikt tu na nikogo nie czekał ani nikogo nie pozdrawiał, z nikim się nigdy nie wit­ano, aż do przerwy na posiłek nie wymi­eni­ano ze sobą nawet słowa. Bo po co? Wszys­tko, co należało, przekazano sobie dużo wcześniej, a gadanie kosztowało czas i en­er­gię, zresztą o czym można było w kółko międlić językiem? U każdej prze­cież było podob­nie, jakby się zmówiły. Dzieci i zmartwień pod dostatkiem, wszys­tkiego in­nego za mało. Kobi­ety na barce łączyło więc wspólne mil­czenie i naw­ykłe do ciężkiej pracy ręce, które tarły kole­jne płachty o blasz­ane lub drewni­ane ot­wory tar, wyżymały kole­jne sztuki, odkłada­jąc je z plaskiem nieci­er­pli­wym gestem na ros­nący stos po to, by sięgnąć po następne. Kobi­ety na barce oci­er­ały przedrami­eniem spo­cone czoła i drewni­anymi cro­codiles prze­wracały bul­goczącą biel­iznę, stale kipiącą w bani­as­tych kadziach, która po­tem bielała w pęka­tych kotłach spow­i­tych w kłęby pary niczym w pogańskich gusłach. Na barce każdy dzień dzielił na pół dz­wonek nad­zorcy. Na­jpi­erw ob­wieszczał połud­niową przerwę, a dużo, dużo później kończył dniówkę. Śpiew dz­wonka wit­ano z west­ch­ni­eniem ulgi, rzu­cano z odrazą i znieci­er­pli­wieniem to, co trzy­mano w rękach. Śpiew dz­wonka pozwalał wyprostować plecy, oder­wać wzrok od burych mydlin, byle gdzie przysiąść, by "odpocząć nogi", zjeść wczorajszą brioszkę, czerstwą bułkę z kawałkiem sera, których nie dojadło dziecko.

Wszys­tkie więc wyczekiwały głosu dz­wonka, tylko nie ja. Dla mnie dz­wonek ozn­aczał bolesny skurcz żołądka, bo lada dzień miał za­śpiewać też dla mnie. Tylko patrzeć, jak "stara Rosa kipnie", a ja mam za­jąć jej miejsce przy cy­nowej balii, pier­wszej po prawej od ko­m­ina. Tak zostało postanowione, bo tak uz­god­niono z nad­zorcą: "mi­ałam się wreszcie za­jąć poważną ro­botą", a nie tylko ganiać z koszem. W moim wieku prze­cież Mar­cel od dwóch lat zbi­jał trumny. A nieco później zez­wo­lono mu sam­od­ziel­nie ob­słu­gi­wać droższe zle­cenia, zamówienia ze szlachet­niejszych ga­t­unków - ma­honi lub czar­nych dębów, które w jego za­kładzie pol­erow­ano aż do gładkiej i lśn­iącej politury. Poz­wo­lono mu też przyuczać cze­lad­ników, których ci­er­pli­wie in­struował, pokazując, jak nadawać list­wom kształt warkoczy, mo­cować pozłacane uch­wyty albo wymyślne ok­u­cia kosztow­nych ozdób w kształcie łbów gry­fów.

- Głupie te ludzie - śmi­ała się cza­sem Lili. - Myślą, że w paradnym ku­frze spec­jalnym we­jś­ciem do nieba trafią, a pod ziemią robaki każdego jed­nako gryzą.

Joachim i stary Bar­ret pra­cow­ali w za­kładzie Ra­b­erra i co dzień obaj pokony­wali blisko pięć kilo­metrów, by zdążyć na siódmą, przed ot­war­ciem. Zdar­z­ało się też, że Joachim szedł sam. Tak było, gdy Joseph Bar­ret spędzał noc w rowie.

- Gdyby nie ty, chłop­cze, gdyby nie ty, to twój stary dawno nie mi­ałby u mnie czego szukać - pow­iedział mu raz najstarszy majster, a Joachima byna­jm­niej nie ucieszyły te słowa.

Za­kład Ra­b­erra, w którym pra­cow­ali, nie był może na­jwięk­szy w Paryżu, ale z pewnoś­cią na­jbardziej zn­any, bo w nim cięto bloki trawer­tynu na ściany bazy­liki Sacré-C?ur, z czego mon­sieur Ra­b­err był dumny jak paw. Niemal każdy paryski kami­eni­arz chciał ter­minować, choćby za­czepić się u Ra­b­erra, bo to podobno przyn­osiło za­wodowe szczęście.

Lili wraz z babką szyły, a w dni tar­gowe stały na zmi­anę przy kramie z ry­bami, przy czym Lili ni­en­aw­idz­iła i szy­cia, i ryb. Ry­bami się brzy­dz­iła, bo śmier­dzi­ały jej mułem, a szycie nudz­iło ją śmier­telnie i bardzo tym przygnę­bi­ała swoją babkę. Ja zaś, poza tym, że bie­gałam z koszem, od za­wsze ok­ropnie za­zdroś­ciłam Lili zło­tych i pros­tych włosów, księży­cowej skóry, a przede wszys­tkim babki Ad­eli. To było jak po­trójna wygrana na lo­terii, uśmiech for­tuny w trzech odsłon­ach - nic więcej do szczęś­cia nie można było sobie wymar­zyć. Wyo­brażałam sobie, że gdyby Ad­ela była moją babką, to w pod­skokach szłabym z nią na targ albo chwytała za igłę, byleby tylko ktoś się o mnie tak troszczył i zamartwiał na śmi­erć. A Lili mi­ała i babkę Ad­elę, i jej ciągłe doglądanie na co dzień, na wyciąg­nięcie ręki i może dlat­ego wciąż prze­wracała oczami.

I jeszcze był Ern­est, nasz przyrodni brat, o którego troszczyła się Marta i który właś­ciwie nie robił nic. A właś­ciwie robił, co mu się podobało, i nikt nie wiedział, gdzie znika na całe dnie.

- Jeszcze się naprac­uje - ucin­ała roz­mowy na ten temat Marta. - Da­jcie mu spokój.

I dawaliśmy Ern­estowi spokój, przyjmując z cichą ulgą, że zwykle zjawiał się w domu późnym wieczorem, niezmi­en­nie mil­czący. Trzymał się up­arcie z boku, odgrod­zony szczelnym kokonem włas­nego świ­ata, który chronił go przede mną, Marcelem i przed wza­jemną niechę­cią, która kiełkowała od dnia, gdy się zobaczyliśmy. Od deszczowego popołud­nia, gdy wyrósł w naszych drzwiach. Nigdy nie widzi­ałam, aby coś Ern­esta cieszyło, nie jestem nawet pewna, czy umiał się uśmiechać, zwykle łypał spode łba, wiecznie czemuś prze­ciwny, na­jeżony i czujny, gotów do niechyb­nego ataku. Taki był od za­wsze, od chwili, gdy papa wprowadził jego oraz Martę do naszego ży­cia.

- A ty się go nie boisz, Marie? - za­gad­nęła raz Lili, gdy wracałyśmy pewnego tar­gowego wtorku z kramu, gdzie cały dzień wraz z babką ow­ijały w ucięte kawałki gazet leszcze i karasie.

- Kogo? - spy­tałam, choć prze­cież jasne było, o kim myślała.

- No tego całego Ern­esta. Mnie na przykład przechodzą ciarki, gdy tylko kręci się w pob­liżu albo gapi się w moją stronę. Za każdym razem gapi się tak przenik­li­wie, dzi­wnie... Jakby było w nim... jakby siedzi­ało w nim coś złego...

Te słowa mnie zatrzymały, ponieważ padły z ust Lili, która była uosobi­eniem beztroski, często śmi­ała się w głos i rz­a­dko widzi­ała w czymś prob­lem, a teraz na jej twarzy nie błąkał się nawet cień uśmiechu.

- Nie myślę o tym.

Kopnęłam leżący patyk, ponieważ pow­iedzi­ałam nieprawdę, o Erneście nie dało się za­pom­nieć. Był niczym kamyk w bucie i od kiedy sięgałam pam­ię­cią, ja również czułam się przy nim nies­wojo. Emanował jakąś wieczną pre­tensją, nieskry­wanym wyrzutem, ot, na przykład dlat­ego, że przyszło mu z nami mieszkać. Od początku zby­wał nas obojęt­nym mil­czeniem, a Mar­cela wkur­zał tak, że chyba je­dynie ze względu na papę nie sprał go na kwaśne jabłko. Z cza­sem jed­nak przy­wyk­liśmy z Marcelem, że Ern­est gdzieś tam jest albo się po­jawia, i nauczyliśmy się go nie dostrzegać, om­i­jać oraz ig­norować jak plamę po rozlanym barszczu, której mimo starań niczym nie da się wyw­abić.

- Cóż, może i dobrze, że nie zaprzątasz sobie nim głowy, Marie, bo cza­sem się za­stanawiam, jak wytrzymujecie z takim dzi­wadłem pod jednym da­chem. Bóg mi świadkiem, w ży­ciu nie spotkałam nikogo podob­nego.

Skinęłam głową, bo cóż mo­głam dodać? Mój przyrodni brat był jak wspom­ni­enie pon­urego snu, właś­ciwie od początku był pon­urą nies­podzi­anką.

Pewnego dnia po posiłku papa odsunął od siebie miskę, otarł wąsy i ozna­jmił:

- Zam­ieszka z nami pewna bliska mi kobi­eta, ponieważ właśnie przyszedł na to na­jwyższy czas.

Po tych słowach spojrzeliśmy z Marcelem na siebie zdzi­wieni i przez dłuższą chwilę siedzieliśmy cicho, wreszcie Mar­cel mruknął coś pod nosem i wzruszył rami­onami, za to ja naprawdę się ucieszyłam. Może papie będzie z tą kobi­etą choć trochę weselej, może nie będzie wy­chodził tak często do Czarnego Barana?

- Dziew­czyna po­trze­buje matki, a my gos­po­dyni, synu. Wszys­tkim nam będzie lżej. - Papa odchrząknął i znów potarł wąsy, bo za­wsze je po­ci­erał, gdy się czymś den­er­wował, a ja oczyma wyo­braźni ujrz­a­łam obok siebie uśmiech­niętą is­totę. Siedzi­ała wraz z nami w bi­ałej let­niej suki­ence, takiej na niedzielne wyjś­cia, krusząc bułkę i łam­iąc ją na równe części. Uśmiechała się ła­god­nie, jak Ma­man. Ma­man, którą pam­iętałam jak przez mgłę, a na­jwyraźniej te chwile, gdy na­chylała się nade mną, nucąc słodkie i smutne melodie, które mi­ały zapraszać dobre sny. Niedługo po­tem Ma­man nie zaprasz­ała żad­nych snów, nawet przestała o włas­nych siłach pod­nosić się z łóżka, ponieważ sama zmi­en­iła się w cień i nie przy­po­m­in­ała dawnej siebie. Ten cień leżał całymi dniami na leżance koło piecyka i nar­zekał, że brak mu powietrza, więc otwi­er­aliśmy drzwi na oś­cież, to znów marudził, że jest zbyt lodowato, więc wrzu­caliśmy do piecyka, co było pod ręką. W nocy rozry­wa­jący kaszel nie pozwalał nikomu spać. Wtedy też cień pokłó­cił się z papą, co za­pam­iętałam dobrze, bo niedługo po tym zostaliśmy we trójkę.

- Jak mo­głeś być tak lekkomyślny, Paul?

- A niby jak chcesz wyzdrow­ieć, Pau­line?

- Ale tak wyrzu­cać pien­iądze w błoto?

- Niby skąd mo­głem wiedzieć, że nie przyjdzie?

- A widzi­ałeś kiedyś dok­t­ora tutaj na wzgórzu? Jesteś naiwny jak dziecko... Chcę, żebyś mi obiecał, że jak już...

- Nie, i nie będę ci obiecy­wać takich rzeczy, Pau­line.

Wkrótce po­tem Ma­man już nie było, a ja długo za­stanawiałam się, co takiego chciała, by papa jej obiecał. I czemu się nie zgodził, skoro była tak chora? A nuż to by jej po­mo­gło? Po­mo­gło wyzdrow­ieć? Ale tak się nie stało, papa niczego nie obiecał i zostaliśmy we trójkę: ja, Mar­cel i on. Papa od powrotu z cment­arza posz­ar­zał i skur­czył się jeszcze bardziej, a po­tem zamilkł, by żalić się pi­jack­imi skar­gami przez ner­wowy sen po so­bot­nich wieczor­ach w Czarnym Baranie.

Jakiś czas później babka Ad­ela, ucząc mnie i Lili przyrządz­ania po­trawki z war­zyw i za­gęszczania jej les nouilles, kładzionymi klusk­ami z mąki, ozna­jmiła, że mężczyźnie się przykrzy tak żyć zu­pełnie bez kobi­ety. Dobrze więc by się stało, aby papa sobie ko­goś ugadał, a jeśli już tak szczęśli­wie się zdarzy i ko­goś nam przed­stawi, to żebyśmy z Marcelem usz­anowali ten wybór, choćby nam nie pasował, bo my wy­fruniemy z domu, a papa mógłby sobie życie ułożyć. Nie wiem jak Mar­cel, ale ja nie mi­ałam nic prze­ciwko, bo chciałam, by w naszym domu przestało być tak strasznie smutno i żebym nie tylko ja szorowała naczynia i podłogę czy zagni­atała co so­bota ciasto na brioszkę. To też pow­iedzi­ałam babce Ad­eli, która się uśmiech­nęła i po­głaskała mnie po głowie, a po­tem dodała, że papie musi być tym bardziej przykro, bo ma mnie stale przed oczami. A prze­cież przykro tak człow­iekowi oglądać skórę zdartą ze zmarłej, no i że całkiem niemożliwe, by nikt mi dotąd tego nie mówił...

- Gdzie tam podobna! Ty jesteś kropka w kropkę w tę nieszczęsną Pau­line! No przyznaj, Lili, patrz na nią: te same ciemne oczy w mig­dał, jed­nako włosy jak smoła, nawet piegi na nosie.

Odtąd każdego wieczoru przy­glądałam się sobie w lus­trze uważnie i za każdym razem za­stanawiałam się, jak teraz mo­gła wy­glądać Ma­man? Jak jej było tak całkiem samej w małym grobie, wciśn­iętym w na­jdalszy róg cment­arza pod grabem, w trum­nie, którą spec­jalnie dla niej zbił papa?

Nad tymi mącznymi nouilles babka Ad­ela ozna­jmiła mi również, że jestem już całkiem dorosła. Dzi­wnie się wtedy poczułam, mimo że dotąd byłam przekon­ana, że stanie się dorosłą os­obą będzie jednym z na­j­przyjem­niejszych zdar­zeń w moim ży­ciu. Za­kładałam bowiem, że wreszcie ktoś mi przest­anie mówić, co mam robić, sama będę decy­dować, kiedy kłaść się spać, i z pewnoś­cią jako dorosła osoba będę robiła więcej przyjem­niejszych rzeczy. Spojrz­a­łam więc zdzi­wiona na babkę Ad­elę, bo prze­cież mi­ałam przyna­jm­niej połowę mlecz­nych zębów. Może babka Ad­ela o moich mlecza­kach nie wiedzi­ała, ponieważ dodała, przy­gląda­jąc się bacznie, że "gdy człow­iek traci matkę, to na za­wsze przestaje być dzieckiem i robi się całkiem dorosły, gdyż tak to już jest na tym świecie".

Rzeczy­wiście, mu­si­ałyśmy jakoś nie­postrzeżenie doros­nąć razem z Lili­ane, bo tego samego wieczoru Lili zdradz­iła mi w sekrecie, że postanow­ili z Marcelem wziąć ślub. Po­bi­orą się w Sacré-C?ur, jak tylko skończą osiem­naście lat, i wreszcie wszy­scy stan­iemy się jedną szczęśliwą rodz­iną, co również ozn­acza, że obie będziemy na­j­prawdzi­wszymi si­o­strzyczkami.

Niedługo później na za­wsze skończyły się nasze pyszne za­bawy.