Przepraszam, bo ja pierwszy raz - Paweł Piliszko

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (39,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Decyzja

Sanatorianin to człowiek spoza planety Sanatorium w galaktyce Dom Zdrojowy, któremu wydawało się, że to jest właśnie t e n moment życia, w którym trzeba odpocząć. Stan zdrowia, zmęczenie i ogólne zniechęcenie do każdego nowego kroku wyły o odpoczynek. Na koniec to wycie przybrało formę prośby: "Panie doktorze, może warto, żebym gdzieś się podleczył i odpoczął. Może czas na jakieś sanatorium?".

Sanatorianin to przybysz spoza układu społecznej służby zdrowia, który wyobrażał sobie, że w owym ciężkim zdrowotnie czasie zostanie otulony opieką przez troskliwe służby ratujące jego kondycję i przywracające w stronę planet: Praca, Hobby, Chęć Do Życia, Wstanie Z Łóżka Bez Jęczenia... i pozostałe w układzie stanu codziennego Chce mi się żyć!

Ogromne było moje rozczarowanie, gdy dowiedziałem się, że do sanatorium to nie pójdę ani pojutrze, ani nawet za tydzień. Że kolejka jest jakaś i trzeba czekać. Uzbroiłem się w cierpliwość i już po miesiącu zapomniałem, że na coś czekam, bo układ wspomnianych planet siłę przyciągania miał tak wielką, że chęć zostania Sanatorianinem odeszła w czarną dziurę codzienności.

Jednak stało się!

System upomniał się o mnie już po trzydziestu miesiącach od chwili zaistnienia potrzeby wewnętrznej.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!

Ja nie chcę! Jakie trzy tygodnie?!?! Że u r l o p?! Mój ukochany, wymarzony urlop! Z kim? Gdzie? Jak?

Panika mało mnie nie wepchnęła do grobu i nie oszczędziła systemowi obciążenia konta sanatorium. Zaczęły się przygotowania do ucieczki. Przecież nie potrzebuję i złapał mnie syndrom "a-po-co-mnie-to"! Jestem stanowczo zbyt mało sweterkowy i garsonkowy, aby wtopić się w statek geriatrycznych podrygów na wieczorkach zapoznawczych.

JEEEEESTEMMM ZA MŁOOOODYYYYY, ŻEBY SANATORIOWAĆ!!!

Ja nie chcę sanatoriować!

Nagle przyszły myśli z drugiej orbity. A może jednak warto odpocząć? Przecież inaczej się nie zatrzymam i dalej będę gnał. Przecież na dobrą sprawę od chęci odpoczynku do propozycji podleczenia styranych kości minęły prawie trzy lata i tak naprawdę wiele zmęczeń i dodatkowych urazów przytuliłem w międzyczasie. Kręgosłup tyle razy odmówił posłuszeństwa w tym czasie, i nogi, i nadgarstek, i... I tak naprawdę to ja jestem już po prawie trzydziestu latach () aktywności zawodowej i nie tylko. W końcu zasłużyłem na regenerację. Jadę!

Nie! Przecież nie wytrzymam, ucieknę po trzech dniach. Nie wpasuję się, a poza tym jest wieeeele pracy, zamykania roku, otwierania nowego. Ech... nie jadę!

I tak codziennie, po siedemnaście razy byłem w sanatorium i odpoczywałem na zmianę z beką z samego pomysłu i kategorycznym niewyjeżdżaniem. Totalny rollercoaster. Syn też nie pomagał: "Tato, a kiedy ty jedziesz do tej dziadkowni?". I to bezczelnie, nie w żartach, na poważnie jechał z ojca.

Wiele za-i-przeciwów powstało na przestrzeni kilku tygodni, wiele się nauczyłem o Sanatorianinach i zapadła ostateczna męsko-damska decyzja. Beateńka, żona moja najukochańsza, pomagała, jak mogła, a nawet bardziej. Jadę! A raczej jedziemy, bo przecież jak się rodzi, to razem. Taki przełom życiowy nie pozostawił spokojnej nitki na naszej relacji, ale przejdziemy przez to razem! Damy radę! Jedziemy, ale to ja w tym duecie fizycznie pojawię się "u wód".

Wiem jednak, że decyzja to jedno, a realizacja to drugie. Teraz to się dopiero zaczęło...

Lęk przestrzeni z PWS-em

No to jedziemy! Super. Odpocznę, wykuruję styrane członki (kończyny oczywiście mam na myśli i korpus też). Nabiorę sił do dalszego zapierniczania na wszystkich frontach. Ech... Jak będzie pięknie...

I w tej sielankowej podecyzyjnej rzeczywistości na tafli spokoju nagle się pojawia rysa niepewności. A jak mi tam nie dadzą odpocząć (i nie chodzi o członki!)? Co jeśli dostanę się do pokoju z czwórką zramolałych tetryków, których będę musiał ogarniać, bo się rozpierzchną w nieładzie po ośrodku i szukaj wiatru w polu? A może trafię do pokoju z chrapiącym wniebogłosy kuracjuszem? A jeżeli ktoś będzie cały czas do mnie gadał i co drugie zdanie usłyszę "panie szanowny", "No wie pan" albo "Takie życie - co poradzisz"? No przecież qurła zwariuję! Nie, nie jadę!!! Nie ma opcji, na bank trafię na jakiegoś frika i go zamorduję w trzeci dzień. To mi przygoda z wypoczynkiem "panie szanowny" i "że tak powiem".

Panika przyszła tak samo znienacka jak akceptacja. Normanowie mogliby nauczyć się ode mnie latania ze strachu, który uskrzydla. Panika ze strachem to taki drink, który zmusza do zastanowienia. Po ustąpieniu pierwszych syndromów, gdy już przestaje się krzyczeć, biegać w kółko i wyjdzie się z toalety, namysł nad sytuacją i JEST! Trzeba załatwić pokój "jedynkę". Szybkie wertowanie skierowania i masz! Nawet jest rozpiska, za jaki pokój i ile się dopłaca w wersji z prywatnym węzłem sanitarnym lub ewentualnie jedynka w dwuosobowym studio ze wspólną łazienką, pokoje dwuosobowe, trzyosobowe, czwórki ze sternikiem - jest wszystko, czego kto zapragnie. "Reszta to sprawa pieniędzy", wtedy tak pomyślałem. I przekonałem się, po raz enty w życiu, że pieniądze nie są najważniejsze... Łaps za telefon i już jestem w modusie "Całuję rączki, Złociutka...".

- Dzień dobry, z tej strony Paweł Piliszko. Mam skierowanie do państwa przepięknego ośrodk... - Nie zdążyłem się rozwinąć, gdy "Złociutka" mi przerwała.

- Na kiedy to skierowanie?

Żeby była jasność, dzień dobry musiałem pominąć w zdziwieniu szybkiej interakcji przerywanej.

- Już sprawdzam... Od 23 stycznia do 13 lutego.

- To w przyszłym roku!

- No tak - nie daję za wygraną - jednak bardzo mi zależy, aby dowiedzieć się ważnych dla mnie tematów. Mam tutaj przy skierowaniu podpiętą rozpiskę, ile kosztują dopłaty do poszczególnych rodzajów pokoi i ja chciałbym... - i znów gwałt słowny.

- Wszystkie opłaty pobieramy na miejscu po zakwaterowaniu - wystrzeliła Pani Recepcjonistka.

- Super! Będę przygotowany. Chciałbym zatem zarezerwować jedynkę z pełnym węzłem sanitarnym, najlepiej gdzieś na końcu korytarza w zaciszu. Dopłacę do dodatkowego komfortu, jeżeli będą jeszcze jakieś ekstra udogodnienia.

Tym razem chwilę trwało, zanim usłyszałem coś w słuchawce. Teraz już wiem, że Pani musiała się wytarzać najpierw ze śmiechu i zawołać koleżanki, bo jakiś dziwak pomylił hotel z sanatorium. Nie dała mnie jednak na głośnik, bo zakończyła szybko rozmowę:

- Nie dokonujemy żadnych wcześniejszych rezerwacji telefonicznie.

- Ale...

- Proszę kontaktować się z nami drogą mailową. Do widzenia!

- Ale...

"Ale" poleciało już w pustkę. Moja już dobrze znana koleżanka Panika wywróciła mi wnętrzności, a kumpel Strach rozłożył łapki (i inne członki też).

No nic, przecież nie ma co się stresować. Trzasnę maila i zamykam temat jedynki z pełnym węzłem sanitarnym. Opisałem całemu już Szanownemu i Przewspaniałemu ośrodkowi, jakie mam oczekiwania i że ze mną można konie kraść, bo ja przecież zapłacę i będę grzeczny i wszystko, co tylko chcecie. Odpowiedź, o dziwo, przyszła bardzo szybko. Nie musiałem się denerwować, czekając. Zacząłem się denerwować, czytając. "Niestety, nie ma możliwości rezerwacji pokoi przed przyjazdem i w pierwszej kolejności mają dostęp do "jedynek" (nie wiem, z jakimi węzłami) pacjenci ze skierowaniem od lekarza, pod warunkiem, że taka forma jest uzasadniona".

No przecież jest uzasadniona! Nosz k... m...!!! Jak nie jest, jak jest!!! Ja nie będę z jakimiś troglodytami obśliniał się na Rozamundę czy Pankracę po sześćdziesiątce! Nic nie mam do pięknych, dojrzałych kobiet - mam za to coś do troglodytów i ich formy przekazu. Ja delikatny jestem i mógłbym nie unieść pogaduszek. O matko, o matko... Jadę do lekarza! Trzeba coś wymyśleć, aby zabezpieczyć wszystko, wszystko.

- Taaaaakkkk... Co my tu napiszemy? - Mój kochany doktor drapał się długopisem za uchem, bo pierwszy raz ktoś poprosił o zaświadczenie lekarskie dotyczące konieczności pobytu w sanatorium w "jedynce" z PWS-em (pełnym węzłem sanitarnym).

- Noooo nie wiem... Może, może, może... no nie wiem. A nie miał pan doktor już takich zaświadczeń?

- Nie.

- ?

Skończyło się na telefonach do zaprzyjaźnionych lekarzy, którzy też nie wiedzieli, co napisać. W końcu Eureka!

- Przecież jaaaa maaaam bezdech! - wykrzyknąłem zafascynowany swoją wnikliwością i przebiegłością zarazem.

- Dobra! - ucieszył się Pan Doktor. Ale chyba z tego, że jest jakiś konkret, że coś tam napisze i pozbędzie się namola od sytuacji dziwnych.

I tak się stało. Zostałem właścicielem przepięknego zaświadczenia lekarskiego:

"Z uwagi na bezdech senny i konieczność stosowania protezy powietrznej zalecane jest umieszczenie pacjenta w jednoosobowym pokoju podczas pobytu w sanatorium".

Z dumą napisałem do Pani, że mam już zaświadczenie i jestem gotów do dalszej procedury przyjmowania mnie w ramiona Sanatorian. Pani podziękowała za informację i napisała ponownie, że nie można wcześniej rezerwować pokoi i zaprasza mnie na rozpoczęcie turnusu. Zgłupiałem. Przecież wszystko mam! Dotarło do mnie, że groza trwa. Nic nie jest pewne. Wszystko może się zdarzyć. Gdy dopytywałem, co jeszcze mogę zrobić, by zwiększyć swoje szanse, pani odpisała:

"Pracujemy od 7.30".

Lęk, z kim będę dzielił wspólną przestrzeń, nie minął.