Przestrzeń Objawienia (tom 1) - Alastair Reynolds

Kup ebooka

44.00 zł
37.40 zł (35,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JEDEN

Sek­tor Man­tell, Pół­nocny Nekhe­bet, Resur­gam, układ Delty Pawia, 2551

Nad­cią­gała burza macze­towa.

Sylve­ste stał na skraju terenu wyko­pa­lisk i zasta­na­wiał się, czy owoce jego tru­dów prze­trwają tę noc. Odkrywka arche­olo­giczna miała struk­turę kla­sycz­nej kraty Whe­elera: skła­dała się z głę­bo­kich kwa­dra­to­wych szy­bów, oddzie­lo­nych ski­bami wydo­by­tej ziemi. Stud­nie, się­ga­jące dzie­siątki metrów w dół, wyło­żono prze­zro­czy­stym sza­lun­kiem z hiper­dia­men­to­wego włókna. Odsło­nięte war­stwy wytrzy­mały nacisk milio­nów lat histo­rii geo­lo­gicz­nej, ale wystar­czy jeden solidny opad pyłu, jedna porządna burza macze­towa, a stud­nie wypeł­nią się po brzegi.

- Potwier­dze­nie, pro­szę pana. - Jeden z człon­ków zespołu wyło­nił się ze spłasz­czo­nego pierw­szego peł­za­cza. Głos męż­czy­zny tłu­miła maska do oddy­cha­nia. - Przed chwilą Cuvier wydał ostrze­że­nie mete­oro­lo­giczne dla całego obszaru Pół­noc­nego Nekhe­betu. Radzą, by wszyst­kie zespoły pra­cu­jące na powierzchni wró­ciły do naj­bliż­szej bazy.

- To zna­czy, że mamy się pako­wać i jechać z powro­tem do Man­tell?

- Zapo­wia­dają naprawdę silną burzę, pro­szę pana. - Męż­czy­zna mani­pu­lo­wał przy koł­nie­rzu kurtki, usi­łu­jąc cia­śniej zapiąć się pod szyją. - Mam nadać roz­kaz ogól­nej ewa­ku­acji?

Sylve­ste spoj­rzał na kratę wyko­pa­li­ska: boki każ­dej studni były rzę­si­ście oświe­tlone przez roz­sta­wione na tere­nie bate­rie reflek­to­rów. Na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej Delta ni­gdy nie wzno­siła się wystar­cza­jąco wysoko, nie dostar­czała dość świa­tła. Teraz, gdy prze­sło­nięta wiel­kimi kota­rami pyłu obni­żała się za hory­zont, wyglą­dała jak rdzawa plama, na któ­rej jego wzrok nie potra­fił się sku­pić. Wkrótce przez Stepy Ptero przy­bie­gną w pod­sko­kach pyłowe dia­bły niczym zbyt mocno nakrę­cone żyro­skopy-zabawki. Po nich nad­cią­gnie główny atak burzy i ude­rzy jak czarny młot.

- Nie - odparł. - Nie musimy wyjeż­dżać. Tu mamy dobre schro­nie­nie. Na pewno zauwa­ży­łeś, że na ska­łach pra­wie nie widać śla­dów ero­zji. Jeśli burza będzie bar­dzo silna, scho­wamy się w peł­za­czach.

Męż­czy­zna spoj­rzał na skały i pokrę­cił głową, jakby nie wie­rzył wła­snym uszom.

- Pro­szę pana, Cuvier naj­wy­żej dwa razy do roku wydaje tak sta­now­czy komu­ni­kat... dziś burza ma o rząd wiel­ko­ści prze­wyż­szać wszystko, co dotych­czas prze­ży­li­śmy.

- Mów za sie­bie - powie­dział Sylve­ste. Zauwa­żył, jak męż­czy­zna mimo­wol­nie na uła­mek sekundy kie­ruje spoj­rze­nie na jego oczy, a póź­niej zmie­szany odwraca wzrok. - Słu­chaj mnie. Nie możemy sobie pozwo­lić na porzu­ce­nie tej odkrywki.

Męż­czy­zna znów spoj­rzał na sieć szy­bów.

- To, co już odko­pa­li­śmy, zabez­pieczmy płach­tami. Potem zako­piemy trans­pon­dery. Nawet jeśli pył pokryje wszyst­kie stud­nie, odnaj­dziemy to miej­sce i wró­cimy z pra­cami na obecny etap. - Za goglami prze­ciw­py­ło­wymi roz­bie­gane oczy męż­czy­zny miały bła­galny wyraz. - Gdy wró­cimy, posta­wimy kopułę nad całym tere­nem. To chyba lep­sze roz­wią­za­nie, pro­szę pana, niż nara­ża­nie tutaj ludzi i sprzętu.

Sylve­ste postą­pił krok ku męż­czyź­nie, tak że ten musiał się cof­nąć w kie­runku naj­bliż­szej studni wyko­pa­li­ska.

- Rób to, co ci teraz powiem: poin­for­muj wszyst­kie zespoły arche­olo­giczne, że mają pra­co­wać aż do odwo­ła­nia i że zabra­niam gada­nia o wyco­fa­niu się do Man­tell. Tym­cza­sem niech na pokład peł­za­czy wniosą tylko naj­bar­dziej wraż­liwe przy­rządy. Jasne?

- A co z ludźmi, pro­szę pana?

- Ludzie mają robić to, po co tu przy­je­chali: kopać.

Sylve­ste patrzył na swego roz­mówcę z wyrzu­tem, nie­mal pro­wo­ku­jąc go, by zane­go­wał roz­kazy, ale po dłu­giej chwili waha­nia męż­czy­zna odwró­cił się na pię­cie i pobiegł w labi­ryn­cie studni, poko­nu­jąc z wielką wprawą szczyty skib. Wokół wyko­pów roz­miesz­czono deli­katne gra­wi­to­me­try obra­zu­jące; przy­po­mi­nały skie­ro­wane w dół działa. Teraz koły­sały się lekko na sil­nym wie­trze.

Sylve­ste pocze­kał chwilę, potem ruszył podobną drogą, a gdy prze­szedł kilka oczek w głąb siatki, skrę­cił. W pobliżu cen­trum wyko­pa­lisk cztery szyby powięk­szono, robiąc jeden więk­szy otwór o boku trzy­dzie­stu metrów i nie­mal takiej samej głę­bo­ko­ści. Zszedł po dra­bi­nie w głąb szybu. W ciągu ostat­nich tygo­dni tyle razy odby­wał podróż w dół i do góry, że brak zawro­tów głowy bar­dziej go nie­po­koił niż samo scho­dze­nie. Poru­sza­jąc się przy osza­lo­wa­nej ścia­nie, mijał war­stwy epok geo­lo­gicz­nych. Dzie­więć­set tysięcy lat minęło od Wyda­rze­nia. Więk­sza część stra­ty­fi­ka­cji sta­no­wiła wieczną zmar­z­linę, typową dla pod­bie­gu­no­wych obsza­rów Resur­gamu. Wieczną zmar­z­linę, która ni­gdy nie roz­ma­rzała. Głę­biej - bli­sko samego Wyda­rze­nia - znaj­do­wała się war­stwa rego­litu, powstała pod­czas impak­tów, które nastą­piły po Wyda­rze­niu. Samo Wyda­rze­nie zazna­czało się poje­dyn­czą, cienką jak włos linią roz­dzie­la­jącą - popio­łem po spa­lo­nych lasach.

Dno wyro­bi­ska nie było poziome - scho­dziło zwę­ża­ją­cymi się tara­sami na koń­cowy poziom czter­dzie­stu metrów. W dole zain­sta­lo­wano dodat­kowe reflek­tory, by roz­świe­tlić mrok. Tam, w cia­snym obsza­rze, roiło się jak w ulu. Szyb cał­ko­wi­cie chro­nił od wia­tru. Kopiący pra­co­wali nie­mal w kom­plet­nej ciszy; klę­czeli na matach i ope­ro­wali narzę­dziami tak pre­cy­zyj­nymi, że w innej epoce mogłyby słu­żyć chi­rur­gowi. Trzy osoby z zespołu - stu­denci z Cuvier - uro­dziły się na Resur­ga­mie. Przy nich przy­czaił się ser­wi­tor, cze­ka­jąc na roz­kazy. Maszyny bar­dzo się przy­da­wały na wcze­snym eta­pie wyko­pa­lisk, jed­nak koń­cowych prac nie można było cał­ko­wi­cie im powie­rzyć. Przy gru­pie sie­działa kobieta z komp­no­te­sem balan­su­ją­cym na udach, uka­zu­ją­cym drzewo roz­woju cza­szek Ama­ran­ti­nów. Dopiero teraz zauwa­żyła Sylve­ste'a - zszedł bar­dzo cicho - wstała gwał­tow­nie i zatrza­snęła komp­no­tes. Miała czarne włosy i nosiła pro­stą grzywkę. Na ramiona zarzu­ciła pele­rynę.

- Mia­łeś rację - powie­działa. - Nie wiemy, co to jest, ale na pewno jest wiel­kie. I zadzi­wia­jąco dobrze zacho­wane.

- Pro­po­nu­jesz jakąś teo­rię, Pas­cale?

- To chyba twoje zada­nie. Ja mam to tylko sko­men­to­wać. - Pas­cale Dubois, młoda dzien­ni­karka z Cuvier, opi­sy­wała wyko­pa­li­ska od samego początku i czę­sto bru­dziła sobie ręce praw­dzi­wym kopa­niem, ucząc się facho­wego żar­gonu. - Te ciała są straszne, prawda? Choć to obcy, nie­mal czu­jemy ich ból.

Przy ścia­nie szybu, gdzie dno zaczy­nało opa­dać, odko­pali dwie wyło­żone kamie­niami komory grze­balne. Choć leżały tu przy­sy­pane zie­mią przez co naj­mniej dzie­więć­set tysięcy lat, były nie­mal nie­na­ru­szone, a kości wewnątrz znaj­do­wały się z grub­sza w pozy­cji odpo­wia­da­ją­cej uło­że­niu ana­to­micz­nemu żywej istoty. Były to typowe szkie­lety Ama­ran­ti­nów. Na pierw­szy rzut oka - jeśli ktoś aku­rat nie spe­cja­li­zo­wał się w antro­po­lo­gii - mogły ucho­dzić za szczątki ludz­kie, gdyż nale­żały do istot o wymia­rach prze­cięt­nego czło­wieka, mają­cych cztery koń­czyny, dwu­noż­nych, o pozor­nie podob­nej budo­wie szkie­letu. Obję­tość czaszki była mniej wię­cej taka jak u ludzi, a narządy zmy­słów, odde­chu i komu­ni­ka­cji znaj­do­wały się w podob­nych miej­scach. Jed­nakże czaszki obu Ama­ran­ti­nów miały wydłu­żony, ptasi kształt, z wydatną wypu­kło­ścią czo­łową, roz­cią­ga­jącą się mię­dzy głę­bo­kimi oczo­do­łami i bie­gnącą aż do podob­nej do dziobu gór­nej szczęki. Kości były pokryte gdzie­nie­gdzie mot­kami wygar­bo­wa­nej, suchej tkanki, która skrę­cała ciało, ścią­ga­jąc je - takie to spra­wiało wra­że­nie - do pozy­cji wyra­ża­ją­cej ból. Nie były to ska­mie­nia­ło­ści w zwy­kłym sen­sie: nie zaszły w nich żadne pro­cesy mine­ra­li­za­cji, a w komo­rach grze­bal­nych znaj­do­wały się tylko kości i tro­chę tech­nicz­nych arte­fak­tów, z któ­rymi pocho­wano ciała.

- Może cho­dziło o to, byśmy tak myśleli? - Sylve­ste dotknął jed­nej z cza­szek.

- Nie - odparła Pas­cale. - Gdy tkanka wyschła, pozy­cja ciała ule­gła znie­kształ­ce­niu.

- Albo pocho­wano je wła­śnie w ten spo­sób.

Poło­żył na czaszce dło­nie w ręka­wicz­kach, które prze­ka­zy­wały mu dane doty­kowe do koniusz­ków pal­ców. W tym momen­cie wspo­mniał żółty pokój wysoko w Chasm City, z akwa­tin­tami meta­no­wych lodo­wych czap na ścia­nach; mię­dzy gośćmi sunęły ser­wi­tory w libe­riach, czę­stu­jąc sło­dy­czami i alko­ho­lem. Dra­pe­rie z barw­nej krepy prze­sła­niały pyszne skle­pie­nie. W powie­trzu jaśniały blade entop­tyki - modne wów­czas anioły, che­ru­biny, koli­bry, cza­ro­dziejki. Pamię­tał gości: więk­szość z nich to były osoby zwią­zane z rodziną; ludzi tych albo ledwo znał, albo ich nie lubił, gdyż przy­ja­ciół miał wtedy nie­wielu. Ojciec jak zwy­kle się spóź­nił. Przy­ję­cie toczyło się w naj­lep­sze, gdy Calvin raczył się poja­wić. Ale to było nor­malne pod­czas ostat­niego, naj­więk­szego przed­się­wzię­cia Calvina - jego reali­za­cja sama w sobie była powolną śmier­cią, w tym samym stop­niu co samo­bój­stwo, które miał popeł­nić w kul­mi­na­cyj­nej fazie pro­jektu.

Sylve­ste wspo­mniał, jak ojciec podał mu szka­tułkę inkru­sto­waną frag­men­tami sple­cio­nych spi­rali kwa­sów rybo­nu­kle­ino­wych.

- Otwórz - pole­cił Calvin.

Sylve­ste pamię­tał, że wziął szka­tułkę w dło­nie, czuł, jaka jest lekka. Odchy­lił wieczko, zoba­czył pta­sie gniazdko z włók­niny do pako­wa­nia. W środku leżała cęt­ko­wana brą­zowa kopuła w takim samym kolo­rze co pudełko - górna część czaszki, naj­wy­raź­niej ludz­kiej, z bra­ku­jącą szczęką.

Wtedy w sali zapa­dła cisza.

- To wszystko? - spy­tał Sylve­ste na tyle gło­śno, by zebrani go usły­szeli. - Stara kość? Cóż, dzię­kuję, tato. Jestem doprawdy pod wra­że­niem.

- Powi­nie­neś być - odparł Calvin.

Pro­blem pole­gał na tym, że - jak Sylve­ste nie­mal natych­miast się zorien­to­wał - Calvin miał rację. Czaszka przed­sta­wiała nie­wia­ry­godną war­tość: wkrótce dowie­dział się, że nale­żała do kobiety z Ata­pu­erca w Hisz­pa­nii i miała dwie­ście tysięcy lat. Czas śmierci kobiety dało się łatwo osza­co­wać na pod­sta­wie towa­rzy­szą­cych zna­le­zi­sku obiek­tów, ale uczeni, któ­rzy ją wydo­byli, podali pre­cy­zyjną datę, uży­wa­jąc naj­bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych tech­nik, jak: dato­wa­nie pota­sowo-argo­nowe skał w jaskini pochówku, dato­wa­nie sze­re­gów ura­no­wych w zło­żach tra­wer­tynu na ścia­nach, ślady roz­padu ato­mo­wego w szkli­wie wul­ka­nicz­nym, dato­wa­nie ter­mo­lu­mi­ne­scen­cyjne spa­lo­nych odpry­sków krze­mie­nia. Z tych samych tech­nik - udo­sko­na­lo­nych, jeśli cho­dzi o dokład­ność i zakres zasto­so­wań - korzy­stali arche­olo­dzy na Resur­ga­mie. Fizyka roz­wi­nęła jedy­nie ogra­ni­czoną liczbę metod dato­wa­nia obiek­tów. Sylve­ste powi­nien to wszystko natych­miast dostrzec i poznać, czym jest ta czaszka - naj­star­szym ludz­kim obiek­tem na Yel­low­stone, przy­wie­zio­nym wieki wcze­śniej do układu Epsi­lon Eri­dani, a potem zagu­bio­nym pod­czas nie­po­ko­jów w kolo­nii. To, że Calvin ją odko­pał, samo w sobie sta­no­wiło cud.

A jed­nak powo­dem wstydu, jaki gwał­tow­nie odczuł, mniej była oka­zana nie­wdzięcz­ność niż to, że tak łatwo ujaw­nił wła­sną igno­ran­cję. Wszak bez trudu mógł ją ukryć. Posta­no­wił, że na podobną sła­bość ni­gdy już sobie nie pozwoli. Lata póź­niej czaszka pole­ciała z nim na Resur­gam jako przy­po­mnie­nie o tym ślu­bie.

Nie mógł teraz zawieść.

- Jeśli jest tak, jak twier­dzisz, to zna­czy, że nie pocho­wano ich w ten spo­sób bez przy­czyny - powie­działa Pas­cale.

- Może jako ostrze­że­nie - odparł Sylve­ste i zszedł do trzech stu­den­tów.

- Oba­wia­łam się, że coś takiego powiesz. - Pas­cale podą­żyła za nim. - A czego wła­ści­wie mia­łoby doty­czyć to straszne ostrze­że­nie?

Sylve­ste dosko­nale wie­dział, że pytała reto­rycz­nie. Dokład­nie rozu­miała jego poglądy na temat Ama­ran­ti­nów. Chyba lubiła to drą­żyć. Zmu­sza­jąc go, by cią­gle je powta­rzał, mogłaby w końcu spo­wo­do­wać, że w jego rozu­mo­wa­niu ujawni się jakiś błąd logiczny, który nawet on sam uzna za pod­wa­ża­jący całą teo­rię.

- Wyda­rze­nie. - Mówiąc to, Sylve­ste prze­su­nął pal­cem po cien­kiej czar­nej linii za sza­lun­kiem.

- Wyda­rze­nie przy­szło do Ama­ran­ti­nów nie­spo­dzie­wa­nie - odparła Pas­cale. - Nie mieli na nie wpływu. A poza tym nastą­piło szybko. Nie było czasu na roz­my­śla­nie, jak cho­wać ciała, prze­ka­zu­jąc zło­wro­gie ostrze­że­nie. Nawet jeśli czę­ściowo rozu­mieli, co się z nimi dzieje.

- Roz­gnie­wali bogów - stwier­dził Sylve­ste.

- Tak, chyba wszy­scy zga­dzamy się co do tego, że musieli inter­pre­to­wać Wyda­rze­nie w ramach swego sys­temu reli­gij­nego jako dowód boskiego nie­za­do­wo­le­nia. Nie było jed­nak czasu na wyra­że­nie tej wiary w jakiejś sta­łej for­mie, nim wszy­scy zgi­nęli, a już na pewno nie na pochó­wek dla przy­jem­no­ści przy­szłych arche­olo­gów z odmien­nych gatun­ków. - Nało­żyła kap­tur i zacią­gnęła wią­za­nia, ponie­waż lek­kie smużki pyłu zaczęły osia­dać w szy­bie i powie­trze nie było już tak spo­kojne, jak jesz­cze kilka minut temu. - Ale ty sądzisz ina­czej, prawda? - Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, nasu­nęła na oczy solidne gogle, które na chwilę zakłó­ciły jej widze­nie pery­fe­ryjne, i spoj­rzała na powoli odsła­niany obiekt.

Gogle Pas­cale pobie­rały dane z gra­wi­to­me­trów obra­zu­ją­cych roz­miesz­czo­nych wokół siatki Whe­elera i nakła­dały ste­reo­sko­powy obraz zako­pa­nej masy na nor­malny widok. Sylve­ste uzy­ski­wał ten sam efekt, wyda­jąc pole­ce­nie swoim oczom. Pod­łoże stało się szkli­ste, nie­ma­te­rialne - brą­zo­wawa krata, w któ­rej leżał zako­pany wielki obiekt. Był to obe­lisk - potężny blok wyrzeź­bio­nej skały, wło­żony z kolei w kilka kamien­nych sar­ko­fa­gów. Miał dwa­dzie­ścia metrów wyso­ko­ści. Wyko­pa­li­sko odsła­niało zale­d­wie parę cen­ty­me­trów z samej góry. Z jed­nej strony umiesz­czono jakiś napis w stan­dar­do­wym sys­te­mie zna­ków z póź­nej epoki kul­tury Ama­ran­ti­nów. Gra­wi­to­me­try obra­zu­jące nie potra­fiły jed­nak uzy­skać roz­dziel­czo­ści prze­strzen­nej potrzeb­nej do odczy­ta­nia tek­stu. Żeby się cze­go­kol­wiek dowie­dzieć, nale­żało obe­lisk odko­pać.

Sylve­ste kazał swoim oczom, by przy­wró­ciły mu nor­malne widze­nie.

- Pra­cuj­cie szyb­ciej - pole­cił stu­den­tom. - Nie szko­dzi, jeśli na powierzchni powstaną drobne rysy. Dziś wie­czór chcę mieć odsło­nięty przy­naj­mniej metr obe­li­sku.

Jeden ze stu­den­tów, klę­cząc, odwró­cił się do niego.

- Pro­szę pana, sły­sze­li­śmy, że trzeba porzu­cić wyko­pa­li­sko.

- A cze­muż to miał­bym je porzu­cać?

- Z powodu burzy.

- Do dia­bła z burzą.

Dość oschle wyszarp­nął się, gdy Pas­cale ujęła go za rękę.

- Dan, mają powody do nie­po­koju. - Mówiła cicho, tylko do niego. - Ja też sły­sza­łam pro­gnozę. Powin­ni­śmy wra­cać do Man­tell.

- I stra­cić to wszystko?

- Wró­cimy tu.

- Może się oka­zać, że już ni­gdy nie odnaj­dziemy tego miej­sca, nawet jeśli zako­piemy trans­pon­der.

Wie­dział, że ma rację: loka­li­za­cja wyko­pa­li­ska była nie­pewna, mapy tego rejonu nie grze­szyły dokład­no­ścią. Zesta­wiono je w pośpie­chu, gdy przed czter­dzie­stu laty Lorean przy­le­ciał z Yel­low­stone i okrą­żył pla­netę. Od czasu buntu, kiedy to znisz­czono pas sate­li­tów - a połowa kolo­ni­stów posta­no­wiła ukraść sta­tek i wra­cać do domu - nie ist­niał spo­sób dokład­nego okre­śle­nia poło­że­nia cze­goś na Resur­ga­mie. A wiele trans­pon­de­rów po pro­stu psuło się pod­czas burzy macze­to­wej.

- Mimo to nie warto ryzy­ko­wać ludz­kiego życia - stwier­dziła Pas­cale.

- Może być warte znacz­nie wię­cej. - Pstryk­nął na stu­denta. - Szyb­ciej. Jeśli trzeba, użyj­cie ser­wi­to­rów. Przed świ­tem chcę zoba­czyć szczyt obe­li­sku.

Sluka, jego dok­to­rantka, mam­ro­tała coś pod nosem.

- Jakiś komen­tarz? - spy­tał Sylve­ste.

Sluka wstała chyba po raz pierw­szy od wielu godzin. Widział w jej oczach zmę­cze­nie. Z dłoni dziew­czyny wysu­nęła się szpa­tułka i upa­dła przy butach ochron­nych, które Sluka miała na nogach. Zerwała z twa­rzy maskę, oddy­chała kilka sekund resur­gam­skim powie­trzem.

- Musimy poroz­ma­wiać.

- A o czym, Sluko?

Nim się ode­zwała, zaczerp­nęła powie­trza z maski.

- Igrasz z losem, dok­to­rze Sylve­ste.

- A ty igrasz na skraju prze­pa­ści.

Wyda­wało się, że go nie dosły­szała.

- Zro­zum, twoja praca jest dla nas ważna. Podzie­lamy twoje nadzieje. Dla­tego zgi­namy tu karki. Ale nie powi­nie­neś uwa­żać, że tak będzie stale i że nie musisz o nas zabie­gać. - Spoj­rzała na Pas­cale i jej oczy bły­snęły bia­łymi łukami. - Teraz potrze­bu­jesz wszel­kich sprzy­mie­rzeń­ców, dok­to­rze.

- Czy mam to trak­to­wać jak groźbę?

- Stwier­dze­nie faktu. Jeśli zwra­cał­byś więk­szą uwagę na to, co dzieje się w innych miej­scach kolo­nii, wie­dział­byś, że Girar­dieau pla­nuje ruch prze­ciw tobie. Krążą pogło­ski, że ten ruch nastąpi szyb­ciej, niż się spo­dzie­wasz.

Poczuł mro­wie­nie na karku.

- O czym mówisz? Co to zna­czy?

- A o czymże? O zama­chu! - Sluka prze­pchnęła się obok niego, by wejść po dra­bi­nie przy ścia­nie studni. Gdy posta­wiła stopę na pierw­szym szcze­blu, odwró­ciła się i powie­działa do dwóch stu­den­tów w sku­pie­niu odko­pu­ją­cych obe­lisk: - Pra­cuj­cie tak długo, jak chce­cie, tylko nie mów­cie potem, że nikt was nie ostrzegł. A jeśli macie wąt­pli­wo­ści, jak to jest, gdy zosta­nie się zła­pa­nym przez burzę macze­tową, przyj­rzyj­cie się Sylve­ste'owi.

Jeden ze stu­den­tów pod­niósł nie­śmiało wzrok.

- Dokąd idziesz, Sluko?

- Poroz­ma­wiać z innymi gru­pami. Może nie wszy­scy wie­dzą o tym ostrze­że­niu. Gdy je usły­szą, nie­wielu zechce tu pozo­stać.

Zaczęła się wspi­nać, ale Sylve­ste chwy­cił za jej obcas. Spoj­rzała w dół. Zało­żyła teraz maskę, ale mimo to Sylve­ste widział wyraz pogardy na jej twa­rzy.

- Jesteś skoń­czona, Sluko.

- Nie. - W dal­szym ciągu się wspi­nała. - Dopiero zaczy­nam. Na twoim miej­scu mar­twi­ła­bym się o sie­bie.

Sylve­ste prze­ana­li­zo­wał stan swego ducha i prze­ko­nał się, że jest zupeł­nie spo­kojny. Tego naj­mniej się spo­dzie­wał. Był to jed­nak spo­kój, jaki panuje w oce­anach meta­licz­nego wodoru wiel­kich pla­net gazo­wych daleko od Delty - spo­kój utrzy­my­wany tylko dzięki miaż­dżą­cemu ciśnie­niu z dołu i z góry.

- Co teraz? - spy­tała Pas­cale.

- Muszę z kimś poroz­ma­wiać - odparł.

***

Sylve­ste wszedł po ram­pie do swo­jego peł­za­cza. Druga maszyna była zapchana pudłami ze sprzę­tem i pojem­ni­kami z zebra­nym mate­ria­łem; hamaki stu­den­tów wci­śnięto w małe nisze wol­nej prze­strzeni. Musieli spać na pokła­dzie pojaz­dów, ponie­waż nie­które sta­no­wi­ska arche­olo­giczne w tym sek­to­rze - podob­nie jak to wyko­pa­li­sko - znaj­do­wały się w odle­gło­ści dnia drogi od Man­tell. Maszyna Sylve­ste'a była znacz­nie lepiej wypo­sa­żona: ponad jedną trze­cią miej­sca prze­zna­czono na jego pokój szta­bowy i kwa­tery; resztę wnę­trza zaj­mo­wały ładow­nie i parę skrom­niej­szych kwa­ter dla star­szych współ­pra­cow­ni­ków lub gości - w tej wypra­wie dla Pas­cale i Sluki. Teraz jed­nak Sylve­ste miał cały pojazd dla sie­bie.

Wystrój pokoju miał masko­wać fakt, że pomiesz­cze­nie to znaj­duje się na pokła­dzie peł­za­cza. Ściany wyło­żono czer­wo­nym aksa­mi­tem, półki zapeł­niono mode­lami przy­rzą­dów nauko­wych i pod­rób­kami arte­fak­tów; powie­szono rów­nież wiel­kie, wytwor­nie opi­sane mapy Resur­gamu w odwzo­ro­wa­niu Mer­ca­tora, z zazna­czo­nymi punk­tami naj­waż­niej­szych zna­le­zisk cywi­li­za­cji Ama­ran­ti­nów. W innych miej­scach powierzch­nię ścian pokry­wały powoli aktu­ali­zu­jące się tek­sty: arty­kuły naukowe w przy­go­to­wa­niu. Jego wła­sna symu­la­cja poziomu beta wyko­ny­wała obec­nie więk­szość ruty­no­wej pracy nad arty­ku­łami; Sylve­ste wytre­no­wał symu­la­cję do takiego stop­nia, że potra­fiła ope­ro­wać jego sty­lem dokład­niej niż on sam, zwłasz­cza że od pracy odcią­gały go bie­żące zaję­cia. Póź­niej, gdy czas pozwoli, miał spraw­dzić te tek­sty, ale teraz tylko na nie zer­kał, prze­cho­dząc do biurka. Ozdobny mebel był ude­ko­ro­wany mar­mu­rem i mala­chi­tem z japoń­skimi inkru­sta­cjami przed­sta­wia­ją­cymi wcze­sne pod­boje kosmiczne.

Sylve­ste otwo­rzył szu­fladę i wyjął kar­tridż symu­la­cji - nie­ozna­czony szary pro­sto­pa­dło­ścian, przy­po­mi­na­jący płytkę cera­miczną. W gór­nej czę­ści biurka znaj­do­wał się otwór. Wystar­czyło wsu­nąć kar­tridż, by wywo­łać Calvina. Jed­nakże Sylve­ste się wahał. Przy­naj­mniej mie­siąc upły­nął od poprzed­niego wywo­ła­nia Calvina z kra­iny zmar­łych i to ostat­nie spo­tka­nie prze­bie­gło wyjąt­kowo par­szy­wie. Sylve­ste obie­cał sobie wtedy, że ponow­nie przy­woła ojca tylko w sytu­acji kry­zy­so­wej. Ale czy teraz rze­czy­wi­ście miała miej­sce taka sytu­acja? To zale­żało od punktu widze­nia. I czy była dosta­tecz­nie trudna, by uspra­wie­dli­wić wywo­ła­nie? Pro­blem pole­gał na tym, że rady Calvina oka­zy­wały się sku­teczne tylko w poło­wie przy­pad­ków.

Sylve­ste wci­snął kar­tridż do biurka.

Pośrodku pokoju siły wróżki wywo­łały postać Calvina roz­par­tego w prze­past­nym, maje­sta­tycz­nym fotelu. Wyglą­dał real­niej niż jaki­kol­wiek holo­gram - widoczne były nawet sub­telne świa­tło­cie­nie - ponie­waż obraz wyge­ne­ro­wano, mani­pu­lu­jąc bez­po­śred­nio polem widze­nia Sylve­ste'a. Symu­la­cja poziomu beta przed­sta­wiała Calvina w jego naj­lep­szych cza­sach, ze szczy­to­wego okresu na Yel­low­stone, gdy miał zale­d­wie pięć­dzie­siątkę. To dziwne, ale wyglą­dał sta­rzej od Sylve­ste'a, choć wize­ru­nek Calvina był sie­dem­dzie­siąt lat młod­szy w sen­sie fizjo­lo­gicz­nym. Sylve­ste prze­kro­czył dwie­ście osiem lat, ale kura­cja dłu­go­wiecz­no­ści, jaką zaapli­ko­wano mu na Yel­low­stone, była sku­tecz­niej­sza od wszel­kich zabie­gów dostęp­nych w cza­sach ojca.

Poza tym budowę i rysy twa­rzy mieli nie­mal iden­tyczne, usta stale wygięte w figlarny łuk. Sylve­ste miał na sobie surowe ubra­nie poszu­ki­wa­cza, nato­miast Calvin nosił krót­sze włosy, a jego strój cecho­wało wyra­fi­no­wa­nie belle époque demar­chi­stów: powiewna koszula i spodnie w ele­gancką kratę, wetknięte w cho­lewy pirac­kich butów; na jego pal­cach poły­ski­wały dro­go­cenne kamie­nie i metal. Nie­na­gan­nie przy­cięta broda two­rzyła nieco ciem­niej­szą rudawą linię wzdłuż szczęki. Małe entop­tyki ota­czały sie­dzącą postać - sym­bole logiki boolow­skiej i trój­war­to­ścio­wej oraz dłu­gie ciągi zero-jedyn­kowe. Jedna dłoń gła­dziła szcze­cinę pod­bródka, druga spo­czy­wała na rzeź­bio­nym śli­maku na opar­ciu fotela.

Przez pro­jek­cję prze­śli­zgnęła się fala oży­wie­nia, blade oczy roz­bły­sły zain­te­re­so­wa­niem.

Calvin uniósł palce w leni­wym geście pozdro­wie­nia.

- Tak. Za chwilę wszy­scy zostaną obry­zgani gów­nem.

- Sporo zakła­dasz.

- Mój drogi, niczego nie muszę zakła­dać. Pod­łą­czy­łem się do sieci i dosta­łem do ostat­nich kilku tysięcy wia­do­mo­ści. - Wycią­gnął szyję, by obej­rzeć gabi­net. - Nie­złe gniazdko. A przy oka­zji, jak twoje oczy?

- Dzia­łają tak dobrze, jak można by tego po nich ocze­ki­wać.

Calvin ski­nął głową.

- Roz­dziel­czość nie jest nad­zwy­czajna, ale nic lep­szego nie mogłem osią­gnąć za pomocą narzę­dzi, jakie mia­łem do dys­po­zy­cji. Praw­do­po­dob­nie pod­łą­czy­łem na nowo tylko czter­dzie­ści pro­cent two­ich optycz­nych kana­łów ner­wo­wych, dla­tego wsta­wie­nie lep­szych kamer byłoby bez sensu. Gdyby na tej pla­ne­cie ponie­wie­rał się tro­chę lep­szy sprzęt chi­rur­giczny, mógł­bym spró­bo­wać cze­goś wię­cej. Ale nie ocze­kujmy, że Michał Anioł szczo­teczką do zębów wyma­lo­wałby wspa­niałą Kaplicę Syk­styń­ską.

- Dobrze, wypo­mi­naj mi.

- Nawet bym nie śmiał - odparł Calvin z cał­ko­wi­cie nie­win­nym wyra­zem twa­rzy. - Mówię tylko, że skoro już musia­łeś pozwo­lić Ali­cji zabrać Lore­ana, mógł­byś przy­naj­mniej namó­wić ją, by zosta­wiła nam tro­chę sprzętu medycz­nego.

Dwa­dzie­ścia lat temu jego żona prze­wo­dziła rebe­lii prze­ciw niemu. Calvin cią­gle mu o tym przy­po­mi­nał.

- Zatem zło­ży­łem sie­bie w ofie­rze i tyle. - Sylve­ste mach­nął ręką, by uci­szyć obraz. - Wybacz, Cal, ale nie przy­wo­ła­łem cię tutaj na poga­wędkę przy kominku.

- Wolał­bym, żebyś zwra­cał się do mnie "ojcze".

Sylve­ste zigno­ro­wał ten komen­tarz.

- Wiesz, gdzie jeste­śmy?

- Przy­pusz­czam, że na wyko­pa­li­sku. - Calvin zamknął na chwilę oczy i pal­cami dotknął skroni, chcąc się skon­cen­tro­wać. - Tak, popa­trzmy. Dwa peł­za­cze eks­pe­dy­cyjne z Man­tell, w pobliżu Ste­pów Ptero... krata Whe­elera... nie­zwy­kle dziwne! Ale przy­pusz­czam, że dość dobrze służy twym celom. A tu co takiego? Sek­cja gra­wi­to­me­trów wyso­kiej roz­dziel­czo­ści... sej­smo­gramy... Rze­czy­wi­ście coś zna­la­złeś?

W tym momen­cie z biurka wysko­czyła wróżka stanu ogól­nego i oznaj­miła, że jest tele­fon z Man­tell. Sylve­ste uniósł dłoń ku Calvi­nowi, zasta­na­wia­jąc się, czy przy­jąć roz­mowę. Osobą usi­łu­jącą się z nim skon­tak­to­wać był Henry Jane­quin, spe­cja­li­sta od bio­lo­gii awia­nów i jeden z nie­wielu otwar­tych sojusz­ni­ków Sylve­ste'a. Jane­quin znał praw­dzi­wego Calvina, ale Sylve­ste był nie­mal pewien, że ni­gdy nie zetknął się z Calvi­now­skim beta-pozio­mem... a już na pewno nie pod­czas seansu, gdy syn zasię­gał ojcow­skiej rady. Przy­zna­nie się do tego, że Sylve­ste potrze­bo­wał pomocy Cala, że w ogóle wpadł na pomysł, by w tym celu wywo­łać symu­la­cję, mogłoby zostać uznane za objaw sła­bo­ści.

- Na co cze­kasz? - spy­tał Cal. - Odbierz.

- On nie wie o tobie... o nas.

Calvin pokrę­cił głową... i nagle Jane­quin poja­wił się w pokoju. Sylve­ste usi­ło­wał zacho­wać obo­jęt­ność, choć zro­zu­miał, co się stało: Calvin zna­lazł spo­sób na wysła­nie pole­ce­nia funk­cjom pry­wat­nego poziomu biurka.

Calvin był i pozo­stał prze­bie­głym dra­niem, pomy­ślał Sylve­ste. W końcu wła­śnie dla­tego jest na­dal uży­teczny.

Syl­wetka Jane­qu­ina była nieco mniej wyraźna od postaci Calvina, gdyż obraz Jane­qu­ina był prze­sy­łany z Man­tell przez dość dziu­rawą sieć sate­li­tów. A kamery zbie­ra­jące obraz pamię­tały chyba lep­sze czasy.

Jak więk­szość sprzętu na Resur­ga­mie, pomy­ślał Sylve­ste.

- Jesteś wresz­cie - powie­dział Jane­quin. W pierw­szej chwili zauwa­żył tylko Sylve­ste'a. - Przez ostat­nią godzinę usi­ło­wa­łem się z tobą skon­tak­to­wać. Nie masz jakie­goś urzą­dze­nia, które dawa­łoby ci infor­ma­cje o nad­cho­dzą­cych roz­mo­wach, gdy jesteś na dole, w szy­bie?

- Mam - odparł Sylve­ste. - Ale je wyłą­czy­łem. Zbyt mi prze­szka­dzało.

- Aha - mruk­nął Jene­quin z ledwo zauwa­żal­nym roz­draż­nie­niem. - Naprawdę sprytne. Zwłasz­cza u osoby na twoim sta­no­wi­sku. Oczy­wi­ście wiesz, co mam na myśli. Zbie­rają się chmury, Dan, chyba więk­sze niż... - Jane­quin dopiero teraz dostrzegł Calvina. Przez chwilę w mil­cze­niu przy­glą­dał się postaci w fotelu. - Słowo daję, czy to ty?

Cal bez słowa ski­nął głową.

- Symu­la­cja poziomu beta - oznaj­mił Sylve­ste. Ważne wyja­śnie­nie przed dal­szą roz­mową. Alfa i beta to zasad­ni­czo odmienne symu­la­cje i ety­kieta Sto­ne­rów bar­dzo dro­bia­zgowo je roz­róż­niała. Sylve­ste popeł­niłby nie­wy­ba­czalną gafę, dopusz­cza­jąc, by Jane­quin myślał, że ma do czy­nie­nia z dawno utra­co­nym nagra­niem poziomu alfa. - Kon­sul­to­wa­łem się z nim... z tym...

Calvin zro­bił zna­czącą minę.

***

- W jakiej spra­wie? - spy­tał Jane­quin.

Był sta­rym czło­wie­kiem, naj­star­szym na Resur­ga­mie. Z każ­dym rokiem jego powierz­chow­ność stop­niowo zbli­żała się do jakie­goś mał­piego ide­ału. Siwe włosy, wąsy i broda ota­czały małą różową twarz niczym u egzo­tycz­nej uistiti. Na Yel­low­stone nie było bar­dziej uta­len­to­wa­nego eks­perta w dzie­dzi­nie gene­tyki spoza Mixma­ste­rów, a nie­któ­rzy cenili Jane­qu­ina znacz­nie wyżej od człon­ków tej sekty, za jego skromny geniusz, prze­ja­wia­jący się nie w bły­sko­tli­wych popi­sach, ale w wie­lo­let­niej sys­te­ma­tycz­nej, zna­ko­mi­tej pracy. Znacz­nie prze­kro­czył trzy­setkę i nakła­da­jące się war­stwy kura­cji dłu­go­wiecz­no­ści zaczy­nały się w widoczny spo­sób ście­rać. Sylve­ste sądził, że wkrótce Jane­quin zosta­nie pierw­szą osobą na Resur­ga­mie, która umrze ze sta­ro­ści. Myślał o tym ze smut­kiem. Choć w wielu spra­wach się nie zga­dzali, to zawsze oma­wiali w cztery oczy wszyst­kie ważne rze­czy.

- On coś zna­lazł - powie­dział Cal.

Oczy Jane­qu­ina poja­śniały, radość z nauko­wego odkry­cia odjęła mu lat.

- Naprawdę?

- Tak, ja...

Wtem nastą­piło coś dziw­nego. Pokój nagle znik­nął. Oni trzej stali na bal­ko­nie, wysoko ponad mia­stem - Sylve­ste natych­miast roz­po­znał, że to Chasm City. Znowu robota Calvina. Biurko poszło za nimi jak posłuszny pies. Jeśli Cal może się­gnąć do funk­cji poziomu pry­wat­nego, pomy­ślał Sylve­ste, potrafi rów­nież zro­bić taki trik, uru­cha­mia­jąc jedno ze stan­dar­do­wych śro­do­wisk biurka. A symu­la­cja była naprawdę dobra: nawet wiatr owie­wał twarz Sylve­ste'a, przy­no­sząc ledwo uchwytny miej­ski zapach, trudny do okre­śle­nia, ale jed­nak wyczu­walny, dzięki temu, że był nie­obecny w tań­szych symu­la­cjach.

Miał przed oczami mia­sto ze swego dzie­ciń­stwa ze szczy­to­wego okresu belle époque. Impo­nu­jące złote budowle odcho­dziły w dal jak rzeź­bione obłoki kipiące powietrz­nym ruchem. Poni­żej zachwy­ca­jące tarasy par­ków i ogro­dów scho­dziły ku zie­lon­ka­wej mgle buj­nej roślin­no­ści i świa­tłu, kilo­me­try pod bal­ko­nem, na któ­rym stali.

- Czy to nie wspa­niałe odwie­dzić stare kąty? - powie­dział Cal. - I myśleć, że mogły do nas nale­żeć... w zasięgu naszego klanu... Kto wie, jak to by wpły­nęło na bieg wyda­rzeń, gdy­by­śmy rzą­dzili mia­stem?

Jane­quin oparł się o barierkę.

- Pięk­nie, Calvin, ale ja tu nie przy­sze­dłem na wycieczkę. Dan, co zamie­rza­łeś mi powie­dzieć, zanim...

- ...tak nie­grzecz­nie nam prze­rwano? - dokoń­czył Sylve­ste. - Mia­łem powie­dzieć Calowi, by wycią­gnął dane gra­wi­to­me­tryczne z biurka, ponie­waż, jak widać, potra­fił czy­tać moje pry­watne pliki.

- Naprawdę nie ma w tym nic nad­zwy­czaj­nego dla osoby o mojej pozy­cji - stwier­dził Cal. Przez chwilę pobie­rał brą­zo­wawy obraz zako­pa­nego obiektu - przed nimi, za barierką tarasu, zawi­snął obe­lisk chyba natu­ral­nej wiel­ko­ści.

- O, bar­dzo inte­re­su­jące - zauwa­żył Jane­quin. - Naprawdę, bar­dzo inte­re­su­jące.

- Nie­złe - potwier­dził Cal.

- Nie­złe? - Sylve­ste był zdzi­wiony. - Jest więk­szy i lepiej zacho­wany od wszyst­kich szcząt­ków, jakie dotych­czas zna­leź­li­śmy. I to o rząd wiel­ko­ści. To dowód, że mamy do czy­nie­nia z bar­dziej zaawan­so­waną fazą tech­niki Ama­ran­ti­nów... może nawet fazą poprze­dza­jącą pełną rewo­lu­cję prze­my­słową.

- Przy­pusz­czam, że to bar­dzo zna­czące zna­le­zi­sko - powie­dział Cal zrzę­dli­wie. - A ty... masz zamiar to odko­pać?

- Tak, jesz­cze nie­dawno zamie­rza­łem to zro­bić. - Sylve­ste zamilkł na chwilę. - Ale wła­śnie coś się wyda­rzyło. Zosta­łem... dowie­dzia­łem się, że Girar­dieau chyba pla­nuje jakiś wrogi ruch, i to znacz­nie wcze­śniej, niż się oba­wia­łem.

- Nie może cię ruszyć bez popar­cia więk­szo­ści w radzie eks­pe­dy­cji - stwier­dził Cal.

- Nie, nie może - przy­znał Jane­quin. - Jeśli zamie­rza to zro­bić w ten spo­sób. Ale infor­ma­cje Dana są praw­dziwe. Zdaje się, że Girar­dieau pla­nuje akcję bar­dziej bez­po­śred­nią.

- To byłoby rów­no­znaczne z... zama­chem.

- Chyba tak to się dokład­nie nazywa - powie­dział Jane­quin.

- Jesteś pewien? - Calvin znów się skon­cen­tro­wał. Na jego czole poja­wiła się ciemna zmarszczka. - Tak, możesz mieć rację. Media wiele spe­ku­lo­wały na temat kolej­nego posu­nię­cia Girar­dieau oraz na temat tego, że Dan cały czas prze­bywa na wykop­kach, pod­czas gdy kolo­nia prze­żywa kry­zys przy­wódz­twa. Znacz­nie zwięk­szyła się ilość zaszy­fro­wa­nych komu­ni­ka­tów mię­dzy oso­bami uwa­ża­nymi za sprzy­mie­rzeń­ców Girar­dieau. Oczy­wi­ście nie potra­fię zła­mać kodu, ale z pew­no­ścią mogę snuć spe­ku­la­cje na pod­sta­wie zwięk­szo­nej wymiany kore­spon­den­cji.

- Coś rze­czy­wi­ście pla­nują - stwier­dził Sylve­ste.

Sluka miała rację, pomy­ślał. Zatem oddała mu przy­sługę, choć zagro­ziła opusz­cze­niem wyko­pa­li­ska. Gdyby nie jej ostrze­że­nie, ni­gdy by się nie zde­cy­do­wał na wywo­ła­nie Cala.

- Na to wygląda - przy­znał Jane­quin. - Dla­tego pró­bo­wa­łem się z tobą skon­tak­to­wać. To, co Cal mówi o sym­pa­ty­kach Girar­dieau, potwier­dza tylko moje obawy. - Moc­niej zaci­snął dło­nie na barierce. Man­kiet kurtki wiszą­cej na jego chu­dym ciele miał wzo­rek w pawie oczka. - Sądzę, Dan, że nie ma sensu, bym tu pozo­sta­wał. Usi­ło­wa­łem utrzy­my­wać z tobą kon­takt, nie wzbu­dza­jąc podej­rzeń, ale mam wszel­kie pod­stawy przy­pusz­czać, że nasza roz­mowa jest pod­słu­chi­wana. Nie powi­nie­nem już nic wię­cej mówić. - Odwró­cił się tyłem do pano­ramy mia­sta. - Calvi­nie, cie­szę się, że po tak dłu­gim cza­sie mogłem cię znowu zoba­czyć.

- Dbaj o sie­bie. - Cal uniósł dłoń ku Jane­qu­inowi. - I powo­dze­nia z pawiami.

Jane­quin był naj­wy­raź­niej zdzi­wiony.

- Wiesz o moim pro­jek­ciku?

Calvin tylko się uśmiech­nął. Pyta­nie Jane­qu­ina było prze­cież zby­teczne, pomy­ślał Sylve­ste.

Sta­rzec mach­nął ręką - śro­do­wi­sko dzia­łało na pełną inte­rak­cję doty­kową - i wyszedł z zasięgu swej komory obra­zo­wa­nia.

Na bal­ko­nie pozo­stali tylko oni dwaj.

- No i co? - spy­tał Cal.

- Nie mogę sobie pozwo­lić na utratę kon­troli nad kolo­nią.

Sylve­ste na­dal był nomi­nal­nym dowódcą całej eks­pe­dy­cji na Resur­ga­mie, nawet po ucieczce Ali­cji. For­mal­nie ci wszy­scy, któ­rzy nie wró­cili z nią do domu, ale posta­no­wili pozo­stać na pla­ne­cie, powinni być jego sojusz­ni­kami, więc jego pozy­cja powinna się wzmoc­nić. Tak się jed­nak nie stało. Niektó­rzy zwo­len­nicy poglą­dów Ali­cji nie zdo­łali dostać się na pokład Lore­ana, nim sta­tek opu­ścił orbitę. A wśród tych, co zostali, poprzed­nio sym­pa­ty­zu­ją­cych z Sylve­ste'em, wielu sądziło, że źle - a nawet zbrod­ni­czo - postę­po­wał w kry­zy­so­wej sytu­acji. Jego wro­go­wie twier­dzili, że to, co Żon­gle­rzy Wzor­ców zro­bili mu z głową, jesz­cze przed jego spo­tka­niem z Całun­ni­kami, ujaw­nia się dopiero teraz. I są to pato­lo­gie gra­ni­czące z sza­leń­stwem. Na­dal pro­wa­dzono bada­nia nad Ama­ran­ti­nami, choć z coraz mniej­szym zaan­ga­żo­wa­niem, nato­miast róż­nice i nie­chęci poli­tyczne nara­stały i nie dawało się ich już zni­we­lo­wać. Osoby ze szcząt­kową lojal­no­ścią w sto­sunku do Ali­cji - główną posta­cią wśród nich był Girar­dieau - wto­piły się w Poto­pow­ców. Arche­olo­dzy Sylve­ste'a gorzk­nieli i w gru­pie zapa­no­wała atmos­fera oblę­żo­nej twier­dzy. Po obu stro­nach zda­rzyły się zgony, które nie­ła­two było uznać za zwy­kłe wypadki. Teraz sytu­acja osią­gnęła stan wyma­ga­jący dzia­łań i wła­śnie Sylve­ste musiał zna­leźć wyj­ście z kry­zysu.

- Ale nie mogę rów­nież wypu­ścić z rąk tego... - Sylve­ste wska­zał obe­lisk. - Potrze­buję two­jej rady, Cal. I wydo­stanę ją, bo zale­żysz ode mnie cał­ko­wi­cie. Jesteś kru­chy, pamię­taj o tym.

Calvin nie­spo­koj­nie poru­szył się na krze­śle.

- A więc wywie­rasz nacisk na swego sta­rego ojca. Uro­cze.

- Nie - odparł Sylve­ste przez zaci­śnięte zęby. - Mówię tylko, że jeśli nie udzie­lisz mi wska­zó­wek, możesz wpaść w nie­wła­ściwe ręce. Mówiąc try­wial­nie, jesteś jesz­cze jed­nym człon­kiem naszego zna­mie­ni­tego klanu.

- Ale ty nie­zu­peł­nie się z tym zga­dzasz, prawda? Według cie­bie jestem tylko pro­gra­mem, poja­wie­niem. Kiedy znów mi pozwo­lisz prze­jąć swoje ciało?

- Na twoim miej­scu nie ocze­ki­wał­bym tego z zapar­tym tchem.

Calvin uniósł palec w geście upo­mnie­nia.

- Nie bądź zło­śliwy, synu. To ty mnie wywo­ła­łeś, a nie ja cie­bie. Jeśli chcesz, scho­waj mnie znów do lampy. Ja jestem zado­wo­lony.

- Scho­wam, kiedy udzie­lisz mi rady.

Calvin pochy­lił się na krze­śle.

- Powiedz, co zro­bi­łeś z moją symu­la­cją poziomu alfa, a nie­wy­klu­czone, że roz­ważę twoją prośbę. - Uśmiech­nął się szel­mow­sko. - Do dia­bła, mógł­bym nawet opo­wie­dzieć parę nie­zna­nych ci histo­rii o Osiem­dzie­się­ciu.

- Zmarło sie­dem­dzie­siąt dzie­więć nie­win­nych osób - rzekł Sylve­ste. - Nie ma w tym żad­nej tajem­nicy. Nie obar­czam cię za to odpo­wie­dzial­no­ścią. To tak, jakby oskar­żać foto­grafa tyrana za prze­stęp­stwa wojenne.

- Dałem ci wzrok, ty nie­wdzięczny dra­niu. - Fotel okrę­cił się i tył solid­nego opar­cia był zwró­cony teraz do Sylve­ste'a. - Przy­znaję, że twoje oczy nie są naj­bar­dziej nowo­cze­sne, ale czego mogłeś ocze­ki­wać? - Fotel znów się okrę­cił. Calvin był ubrany tak jak teraz Sylve­ste, włosy miał uło­żone w ten sam spo­sób, a jego twarz odzna­czała się tą samą gładką kar­na­cją. - Powiedz mi coś o Całun­ni­kach. Powiedz mi, synu, o twych tajem­nych winach. Powiedz, co się naprawdę wyda­rzyło w Cału­nie Lasca­ille'a. I nie chcę kłamstw, które roz­sie­wasz od swo­jego powrotu.

Sylve­ste pod­szedł do biurka gotów wyjąć kar­tridż.

- Pocze­kaj - powie­dział Calvin, uno­sząc nagle dło­nie. - Chcesz mojej rady?

- No, naresz­cie do cze­goś docho­dzimy - odrzekł Sylve­ste.

- Nie możesz pozwo­lić, by Girar­dieau zwy­cię­żył. Jeśli grozi ci zamach, musisz wró­cić do Cuvier. Tam możesz zmo­bi­li­zo­wać resztki swo­ich zwo­len­ni­ków.

Sylve­ste spoj­rzał przez okno peł­za­cza na kratę wyko­pa­li­ska. Cie­nie kła­dły się na bruz­dach - pra­cow­nicy opusz­czali teren i w mil­cze­niu szli schro­nić się do dru­giego peł­za­cza.

- To może być naj­waż­niej­sze zna­le­zi­sko od naszego przy­by­cia na tę pla­netę.

- I nie­wy­klu­czone, że będziesz musiał je poświę­cić. Jeśli utrzy­masz Girar­dieau w ryzach, zosta­nie ci przy­naj­mniej ten luk­sus, że będziesz mógł tu wró­cić i pod­jąć poszu­ki­wa­nia. Ale jeśli Girar­dieau zwy­cięży, wszyst­kie twoje zna­le­zi­ska będą figę warte.

- Wiem - odparł Sylve­ste. Przez chwilę nie było mię­dzy nimi wro­go­ści. Rozu­mo­wa­niu Calvina nie mógł niczego zarzu­cić i uda­wa­nie, że jest ina­czej, byłoby niskie.

- Zatem posłu­chasz mojej rady?

Się­gnął po kar­tridż.

- Pomy­ślę o tym.

DWA

Na pokła­dzie świa­tło­wca, prze­strzeń mię­dzy­gwiezdna, 2543

Pro­blem z umar­łymi polega na tym, że nie mają poję­cia, kiedy się zamknąć, pomy­ślała Trium­wir Ilia Volyova.

Przed chwilą opu­ściła mostek i wsia­dła do windy, zmę­czona po osiem­na­stu godzi­nach kon­sul­ta­cji z roz­ma­itymi symu­la­cjami żyją­cych nie­gdyś postaci z odle­głej prze­szło­ści statku. Usi­ło­wała je na czymś przy­ła­pać, z nadzieją, że któ­reś z nich ujawni jakieś ukryte fakty na temat pocho­dze­nia kaza­maty. Wyczer­pu­jąca praca, gdyż star­sze oso­bo­wo­ści poziomu beta nie potra­fiły nawet mówić współ­cze­snym norte, a software, który je obsłu­gi­wał, z jakie­goś powodu nie chciał doko­nać tłu­ma­cze­nia. Pod­czas całej sesji Volyova paliła papie­rosa za papie­ro­sem, brnąc przez gra­ma­tyczne zawi­ło­ści śred­niego norte. Teraz na­dal napeł­niała sobie płuca dymem. Spięta po roz­mo­wie miała zesztyw­niały kark i bar­dzo był jej potrzebny papie­ros. Kli­ma­ty­za­cja windy nie­zbyt dobrze dzia­łała; po paru sekun­dach kabina wypeł­niła się dymem.

Volyova odsu­nęła man­kiet obra­mo­wa­nej wełną skó­rza­nej kurtki i mówiła do bran­so­lety na kości­stym nad­garstku.

- Poziom kapi­tana - zwró­ciła się do Nostal­gii za Nie­skoń­czo­no­ścią, która z kolei miała przy­dzie­lić mikro­sko­pijną cząstkę swej toż­sa­mo­ści do pry­mi­tyw­nego zada­nia ste­ro­wa­nia windą. Po chwili pod­łoga ruszyła w dół.

- Czy życzysz sobie muzyki pod­czas tran­zytu?

- Nie. Tysiąc razy przy podob­nych oka­zjach musia­łam ci przy­po­mi­nać, że chcę ciszy. Zamknij się i daj mi spo­koj­nie pomy­śleć.

Jechała pio­nem głów­nym - czte­ro­ki­lo­me­tro­wym szy­bem bie­gną­cym wzdłuż całego statku. Wsia­dła w pobliżu nomi­nal­nego szczytu szybu (miał co naj­mniej 1050 pozio­mów - o tylu wie­działa) i teraz opa­dała z pręd­ko­ścią dzie­się­ciu pokła­dów na sekundę. Kabina windy była pudeł­kiem o szkla­nych ścia­nach zawie­szo­nym w polu; od czasu do czasu wykła­dzina bez­szy­no­wego szybu sta­wała się prze­zro­czy­sta i Volyova bez spraw­dza­nia wewnętrz­nej mapy windy mogła oce­nić, gdzie się znaj­duje. Teraz zjeż­dżała przez lasy: tara­sowe ogrody roślin­no­ści pla­ne­tar­nej rosły dziko, zanie­dbane mar­niały, gdyż lampy ultra­fio­le­towe, dostar­cza­jące kie­dyś świa­tło sło­neczne, były teraz w więk­szo­ści popsute i nikt nie zada­wał sobie trudu, by je repe­ro­wać. Poni­żej lasów prze­mknęła jak duch przez osiem­set pokła­dów - roz­le­głe par­tie statku oddane do dys­po­zy­cji zało­dze, gdy ta liczyła sobie wiele tysięcy osób. Poni­żej poziomu 800 winda prze­je­chała przez wielką, a teraz nie­ru­chomą arma­turę roz­dzie­la­jącą obra­calny habi­tat statku i nie­obra­calne sek­cje tech­niczne, a potem opa­dła przez dwie­ście pozio­mów nisz prze­cho­walni krio­ge­nicz­nych; wystar­czy­łoby miej­sca dla stu tysięcy śpią­cych - teraz nie było tu nikogo.

Volyova prze­je­chała już ponad kilo­metr, ale śro­do­wi­skowe ciśnie­nie statku pozo­sta­wało stałe; sys­temy pod­trzy­my­wa­nia życia nale­żały do nie­licz­nych na­dal popraw­nie dzia­ła­ją­cych ukła­dów. Mimo to resztki instynktu pod­po­wia­dały jej, że wraz z przy­śpie­szo­nym spa­da­niem powinna czuć ucisk w uszach.

- Poziomy atrium - oznaj­miła winda, czy­ta­jąc od dawna zby­teczny zapis zamierz­chłego roz­kładu statku. - Służą roz­rywce i rekre­acji.

- Strasz­nie zabawne.

- Prze­pra­szam?

- Musisz mieć dość dziwną defi­ni­cję rekre­acji. Chyba że według cie­bie wypo­czy­nek polega na tym, by wło­żyć opan­ce­rzony kom­bi­ne­zon próż­niowy i zaży­wać środki prze­czysz­cza­jące pod­czas tera­pii anty­ra­dia­cyj­nej.

- Prze­pra­szam?

- Dajmy spo­kój. - Volyova wes­tchnęła.

Następny kilo­metr jechała przez rejony - tylko część z nich była napeł­niona powie­trzem. Czuła, jak jej cię­żar się zmniej­sza, i wie­działa, że mija sil­niki umiesz­czone poza kadłu­bem statku na ele­ganc­kich dźwi­ga­rach. Z roz­dzia­wio­nymi gębami wsy­sały maleń­kie ilo­ści mię­dzy­gwiaz­do­wego wodoru i pod­da­wały swój plon jakimś pro­ce­som zgod­nym z nie­wy­obra­żal­nymi pra­wami fizyki. Nikt - nawet Volyova - nie uda­wał, że rozu­mie, jak dzia­łają sil­niki Hybry­dow­ców. Ważne, że dzia­łały. I co rów­nie ważne, wytwa­rzały stały cie­pły żar pro­mie­nio­wa­nia czą­stek egzo­tycz­nych. Więk­szość z nich zmy­wała powłoka statku, część jed­nak prze­do­sta­wała się do środka. Dla­tego winda gwał­tow­nie przy­spie­szała przy sil­ni­kach, a potem zwal­niała do swej zwy­kłej pręd­ko­ści, gdy zna­la­zła się już poza nie­bez­pie­czeń­stwem.

Volyova prze­była dwie trze­cie drogi w dół. Ten rejon statku znała naj­le­piej spo­śród wszyst­kich człon­ków załogi; Sajaki, Hegazi i inni rzadko zjeż­dżali tak nisko, chyba że mieli jakiś szcze­gólny powód. Któż mógłby mieć do nich pre­ten­sje? Im niżej, tym bli­żej kapi­tana. Ona była jedyną osobą, któ­rej nie prze­ra­żała myśl o jego bli­sko­ści.

Nie, zupeł­nie nie bała się tego kró­le­stwa i uczy­niła zeń swe impe­rium. Na pozio­mie 612 mogła wysiąść, nawi­go­wać do komory paję­czej i wypro­wa­dzić ją na zewnątrz kadłuba, gdzie nasłu­chi­wała duchów nawie­dza­ją­cych mię­dzy­gwiezdną prze­strzeń. Kuszące - zawsze. Ale miała przed sobą zada­nie, jechała w okre­ślo­nym celu, a duchy i tak tu znaj­dzie innym razem. Na pozio­mie 500 minęła cen­tralę uzbro­je­nia, pomy­ślała o wszyst­kich zwią­za­nych z nią pro­ble­mach. Musiała oprzeć się poku­sie, bo chciała tu przy­sta­nąć i prze­pro­wa­dzić kilka nowych badań. Po chwili cen­trala została w górze i Volyova spa­dała przez komorę kaza­maty jedną z kilku olbrzy­mich, nie­wy­peł­nio­nych powie­trzem wnęk na statku.

Komora była olbrzy­mia, od krańca do krańca liczyła sobie pra­wie pół kilo­me­tra. Teraz jed­nak pano­wała w niej ciem­ność i Volyova musiała sobie wyobra­zić czter­dzie­ści spo­czy­wa­ją­cych tam obiek­tów. To ni­gdy nie spra­wiało jej trud­no­ści. Nie wszystko wie­działa o dzia­ła­niu i pocho­dze­niu tych obiek­tów, dosko­nale jed­nak znała ich kształty i wza­jemne poło­że­nie, jakby zna­la­zła się w meto­dycz­nie ume­blo­wa­nej sypialni osoby nie­wi­do­mej. Miała wra­że­nie, że nawet z windy mogłaby wycią­gnąć rękę i pogła­skać sto­pową łuskę naj­bliż­szego przed­miotu, by się prze­ko­nać, czy cią­gle jest na miej­scu. Od kiedy weszła do Trium­wi­ratu, pozna­wała te obiekty, poświę­ca­jąc im więk­szość czasu, ale na­dal czuła się przy nich nie­swojo. Zbli­żała się do nich ner­wowo jak nowa kochanka, świa­doma, że infor­ma­cje, które z mozo­łem dotych­czas zdo­była, są powierz­chowne i to, co leży głę­biej, może znisz­czyć wra­że­nie, jakie odnio­sła.

Kaza­matę opusz­czała zawsze bez więk­szego żalu.

Na pozio­mie 450 pędziła przez inną arma­turę, oddzie­la­jącą sek­cję tech­niczną i zwę­ża­jący się stoż­ko­wato ogon statku, który cią­gnął się jesz­cze przez kilo­metr. Znów przy­śpie­sze­nie, gdyż winda jechała przez strefę pro­mie­nio­wa­nia, a potem dłu­gie hamo­wa­nie. Winda sunęła przez drugą war­stwę pozio­mów pokła­dów krio­ge­nicz­nych - dwie­ście pięć­dzie­siąt pozio­mów zdol­nych prze­cho­wać sto dwa­dzie­ścia tysięcy ludzi, ale teraz oczy­wi­ście prze­by­wał tam tylko jeden śpiący - o ile stan kapi­tana można było miło­sier­nie nazwać snem. Teraz winda zwal­niała. Pośrodku pozio­mów krio przy­sta­nęła i przy­jaź­nie oznaj­miła, że dotarła do celu.

- Recep­cja poziomu krio­ge­nicz­nego dla pasa­że­rów - infor­mo­wała winda. - Speł­nia twoje wyma­ga­nia, doty­czące chłod­nego snu pod­czas lotu. Dzię­ku­jemy za sko­rzy­sta­nie z tej usługi.

Drzwi się otwo­rzyły, a Volyova prze­kro­czyła próg i przez lukę spoj­rzała w dół zbie­ga­ją­cych się oświe­tlo­nych ścian szybu. Prze­je­chała nie­mal całą dłu­gość statku (lub jego wyso­kość - sta­tek koja­rzył się z nie­zwy­kle wyso­kim budyn­kiem), a mimo to wyda­wało się, że szyb opada jesz­cze niżej w nie­skoń­czone głę­bie. Sta­tek był tak wielki - idio­tycz­nie wielki - że umysł nie ogar­niał tych roz­mia­rów.

- Dobrze, dobrze. Teraz się odchrzań z łaski swo­jej.

- Prze­pra­szam?

- Zjeż­dżaj.

Oczy­wi­ście winda i tak by tego nie zro­biła, przy­naj­mniej nie z jakie­goś rze­czy­wi­stego powodu, chyba tylko po to, żeby wpra­wić Volyovą w lep­szy humor. Musiała pocze­kać - nie miała nic innego do roboty. W ogóle tylko Volyova - jedyny roz­bu­dzony czło­wiek na statku - miała powody, by korzy­stać z windy.

Od szybu do miej­sca, gdzie znaj­do­wał się kapi­tan, musiała dość długo masze­ro­wać. Nie mogła iść naj­krót­szą drogą, gdyż całe sek­cje statku były nie­do­stępne, roiły się od wiru­sów powo­du­ją­cych roz­le­głe zakłó­ce­nia w funk­cjo­no­wa­niu statku. Nie­które rejony były zalane środ­kiem chło­dzą­cym, inne pod­dane inwa­zji zna­ro­wio­nych szczu­rów-woź­nych, jesz­cze inne patro­lo­wane przez boje obronne, które osza­lały i lepiej było ich uni­kać, chyba że miało się ochotę na tro­chę sportu. Nie­które wypeł­niał gaz tru­jący lub próż­nia, albo cha­rak­te­ry­zo­wały się zbyt wyso­kim pozio­mem pro­mie­nio­wa­nia. O innych mówiono, że nawie­dzają je duchy.

Volyova nie wie­rzyła w duchy (choć oczy­wi­ście posia­dała wła­sne, do któ­rych miała dostęp przez komorę paję­czą), ale pozo­stałe czyn­niki trak­to­wała naprawdę bar­dzo poważ­nie. Do niektó­rych czę­ści statku w ogóle nie wcho­dziła nie­uzbro­jona. Jed­nakże oto­cze­nie kapi­tana znała dość dobrze i nie były jej potrzebne dodat­kowe środki ostroż­no­ści. Było zimno, Volyova posta­wiła koł­nierz kurtki, moc­niej nacią­gnęła kap­tur, sia­tecz­kowa tka­nina szo­ro­wała po szcze­ci­nie na jej czaszce. Volyova zapa­liła następ­nego papie­rosa, zacią­gnęła się, likwi­du­jąc próż­nię w gło­wie, zastę­pu­jąc ją dziar­ską żoł­nier­ską goto­wo­ścią. Odpo­wia­dała jej samot­ność. Cie­szyła się na towa­rzy­stwo ludzi, ale bez wiel­kiego entu­zja­zmu. A już z pew­no­ścią nie wtedy, gdy cho­dziło o zaję­cie się pro­ble­mem Nagor­nego. Gdy dotrą do układu Yel­low­stone, zasta­nowi się nad obsa­dze­niem sta­no­wi­ska zbroj­mi­strza kimś nowym.

Wła­śnie, w jaki spo­sób kło­pot uciekł ze wszyst­kich par­ty­cji jej umy­słu?

Teraz nie cho­dziło jej o Nagor­nego, lecz o kapi­tana. I oto on, a przy­naj­mniej naj­bar­dziej zewnętrzne wypustki tego, czym stał się teraz. Volyova wzięła się w garść - potrze­bo­wała opa­no­wa­nia. To, co miała teraz zba­dać, zawsze przy­pra­wiało ją o mdło­ści. Dla niej było to gor­sze niż dla innych, jej wstręt był sil­niej­szy. Była bre­zgati1 - wraż­liw­sza niż inni.

To cud, że chłod­nia-spal­nia, w któ­rej znaj­do­wał się Bran­ni­gan, na­dal funk­cjo­no­wała. Kon­struk­cja była bar­dzo stara, solidna i cią­gle usi­ło­wała utrzy­mać jego komórki w rów­no­wa­dze, choć powłoka chłodni pokryła się wiel­kimi pre­hi­sto­rycz­nymi spęk­nię­ciami, a włók­ni­ste meta­lowe naro­śla wyle­wały się na zewnątrz, niczym grzyby wyra­stały z wnę­trza chłodni. To, co pozo­stało z Bran­ni­gana, znaj­do­wało się w samym sercu urzą­dze­nia.

W pobliżu chłodni pano­wało dotkliwe zimno. Volyova zaczęła drżeć. Miała jed­nak zada­nie do wyko­na­nia. Z kurtki wyjęła łyżkę chi­rur­giczną i pobrała drza­zgi naro­śli do ana­lizy. Po powro­cie do labo­ra­to­rium potrak­tuje je roz­ma­itymi bro­niami wiru­so­wymi, z nadzieją, że któ­raś z nich uzy­ska prze­wagę nad naro­ślą. Volyova wie­działa z doświad­cze­nia, że takie pro­ce­dury są prze­waż­nie jałowe - narośl posia­dała fan­ta­styczną zdol­ność nisz­cze­nia narzę­dzi mole­ku­lar­nych, wyko­rzy­sty­wa­nych przez Volyovą do badań. Spe­cjal­nego pośpie­chu nie było - chłod­nia utrzy­my­wała Bran­ni­gana w tem­pe­ra­tu­rze kil­ku­set mili­kel­wi­nów powy­żej zera bez­względ­nego, co chyba sta­no­wiło pewną prze­szkodę w roz­prze­strze­nia­niu się naro­śli. Z dru­giej strony Volyova wie­działa, że żadna istota ludzka nie prze­żyła oży­wie­nia z takiego zimna. To aku­rat wyda­wało się nie­istotne wobec kon­dy­cji kapi­tana.

- Otwórz mój plik dzien­ni­ków na haśle "kapi­tan" i dołącz tę nową notatkę - powie­działa szep­tem do bran­so­lety.

Bran­so­leta zaćwier­kała, sygna­li­zu­jąc goto­wość.

- Trze­cia kon­trola kapi­tana Bran­ni­gana po moim prze­bu­dze­niu. Wydaje się, że zakres roz­prze­strze­nia­nia...

Zawa­hała się, świa­doma, że złe sfor­mu­ło­wa­nie mogłoby roz­zło­ścić Trium­wira Hega­ziego, choć zbyt­nio się tym nie przej­mo­wała. Czy odwa­ży­łaby się nazwać to "Par­chową Zarazą" teraz, gdy Yel­low­sto­nersi nadali jej nazwę? Chyba nie byłoby to zbyt roz­ważne.

- ...cho­roby pozo­staje nie­zmienny od ostat­niego zapisu. Posu­nęła się naj­wy­żej kilka mili­me­trów. Jakimś cudem funk­cje krio­ge­niczne na­dal dzia­łają. Sądzę jed­nak, że powin­ni­śmy liczyć się z tym, że w przy­szło­ści nastąpi nie­unik­niona awa­ria jed­nostki chło­dzą­cej.

Pomy­ślała, że jeśli awa­ria nastąpi, a oni zawczasu nie prze­niosą kapi­tana do nowej chłodni (pyta­nie "w jaki spo­sób?" pozo­sta­wało bez odpo­wie­dzi), wów­czas ubę­dzie im jeden pro­blem. Miała szczerą nadzieję, że zakoń­czy­łoby to rów­nież pro­blemy kapi­tana.

- Zamknij dzien­nik - powie­działa do bran­so­lety. Potem, ogrom­nie żału­jąc, że nie może w tej chwili zacią­gnąć się papie­ro­sem, dodała: - Ogrzej mózgowy rdzeń kapi­tana o pięć­dzie­siąt mili­kel­wi­nów.

Doświad­cze­nie pod­po­wia­dało jej, że było to mini­malne nie­zbędne zwięk­sze­nie tem­pe­ra­tury. Poni­żej tej war­to­ści mózg kapi­tana pozo­sta­wałby w sta­nie zmro­żo­nego bez­ru­chu, powy­żej zaraza zaczę­łaby go prze­kształ­cać zbyt szybko jak na gust Volyovej.

- Kapi­ta­nie? - powie­działa. - Sły­szysz mnie? To ja, Ilia.

***

Sylve­ste wyszedł z peł­za­cza i ruszył na teren wyko­pa­li­ska. Kiedy roz­ma­wiał z Calvi­nem, wiatr znacz­nie się wzmógł. Sylve­ste czuł, jak kłuje go w policzki. Pie­cze­nie zdzie­ra­nej przez pył skóry było niczym piesz­czota wiedźmy.

- Mam nadzieję, że poga­wędka się przy­dała. - Pas­cale odsu­nęła maskę i ryk­nęła, prze­krzy­ku­jąc wiatr. Wie­działa o Calvi­nie, choć ni­gdy nie roz­ma­wiała z nim bez­po­śred­nio. - Zgo­dzi­łeś się posłu­chać głosu roz­sądku?

- Daj mi Slukę.

Nor­mal­nie mogłaby nie posłu­chać podob­nego pole­ce­nia, teraz jed­nak, widząc, w jakim Sylve­ste jest nastroju, wró­ciła do dru­giego peł­za­cza, a po chwili wyło­niła się stam­tąd wraz ze Sluką i kil­koma innymi pra­cow­ni­kami.

- Zakła­dam, że jesteś gotów nas wysłu­chać. - Sluka stała przed nim. Na wie­trze jej włosy sma­gały raz po raz gogle. Od czasu do czasu czer­pała powie­trze z maski, którą trzy­mała w dłoni. Drugą dłoń oparła na bio­drze. - Jeśli tak, prze­ko­nasz się, że potra­fimy być roz­sądni. Wszy­scy liczymy się z twoją repu­ta­cją. Po powro­cie do Man­tell nikt z nas nie wspo­mni o tej spra­wie. Powiemy, że kaza­łeś się wyco­fać, gdy nade­szła pro­gnoza. Zasługi pójdą na twoje konto.

- Sądzisz, że w dłuż­szej per­spek­ty­wie ma to jakie­kol­wiek zna­cze­nie?

Sluka par­sk­nęła.

- A co tak cho­ler­nie waż­nego może być w tym obe­li­sku? I co tak cho­ler­nie waż­nego jest w tych Ama­ran­ti­nach?

- Ni­gdy nie potra­fi­łaś spoj­rzeć z szer­szej per­spek­tywy.

Dys­kret­nie - ale nie na tyle, by tego nie dostrzegł - Pas­cale zaczęła fil­mo­wać sprzeczkę z kamery wmon­to­wa­nej w komp­no­tes.

- Nie­któ­rzy mogliby powie­dzieć, że ni­gdy nie było szer­szej per­spek­tywy - stwier­dziła Sluka. - Że roz­dmu­cha­łeś zna­cze­nie Ama­ran­ti­nów, by przy­dać zna­cze­nia arche­olo­gom.

- To twoje zda­nie, prawda? Z dru­giej strony ni­gdy prze­cież nie byłaś jedną z nas.

- To zna­czy?

- To zna­czy, że gdyby Girar­dieau chciał umie­ścić wśród nas roz­ła­mowca, była­byś ide­al­nym kan­dy­da­tem.

Sluka odwró­ciła się do grupy, którą Sylve­ste coraz bar­dziej uwa­żał za jej gang.

- Posłu­chaj­cie tego bied­nego dra­nia; już tkwi w teo­rii spi­sko­wej. Mamy smak tego, co od lat widziała reszta kolo­nii. - Potem znów zwró­ciła się do niego. - Nie ma sensu z tobą roz­ma­wiać. Wyjeż­dżamy, jak tylko spa­ku­jemy sprzęt, a jeśli burza się nasili, nawet wcze­śniej. Możesz jechać z nami. - Ode­tchnęła przez maskę, jej twarz odzy­skała barwę. - Albo możesz zostać i ryzy­ko­wać. Wybór należy do cie­bie.

Spoj­rzał na ludzi za jej ple­cami.

- Ruszaj­cie dalej. Nie pozwól­cie się zatrzy­mać przez coś tak try­wial­nego jak lojal­ność. Chyba że ktoś z was ma odwagę, by zostać i dokoń­czyć pracę, którą tu zaczął. - Patrzył po twa­rzach ludzi, ale widział tylko zakło­po­tane, odwró­cone spoj­rze­nia. Pra­wie nie znał ich nazwisk. Zaczął ich roz­po­zna­wać dopiero ostat­nio. Żadne z nich nie przy­le­ciało na statku z Yel­low­stone. Z pew­no­ścią nie znali innego świata poza Resur­ga­mem, gdzie nie­liczne ludz­kie osie­dla były roz­rzu­cone jak garstka rubi­nów na cał­ko­wi­tym pust­ko­wiu. On sam musiał się im wyda­wać jakimś relik­tem.

- Pro­szę pana - ode­zwał się jeden z nich, praw­do­po­dob­nie ten, który zaalar­mo­wał go o nad­cią­ga­ją­cym sztor­mie. - Nie cho­dzi o to, że pana nie sza­nu­jemy, ale musimy myśleć rów­nież o sobie. Czy pan tego nie rozu­mie? To, co tu zako­pano, z pew­no­ścią nie jest warte ryzyka.

- I tu się myli­cie - odparł Sylve­ste. - To jest warte więk­szego ryzyka, niż sobie w ogóle wyobra­ża­cie. Nie rozu­mie­cie? Wyda­rze­nie nie przy­da­rzyło się Ama­ran­ti­nom - to oni je spo­wo­do­wali. Oni je wywo­łali.

Sluka pokrę­ciła głową.

- Wywo­łali wybuch swego słońca? Naprawdę w to wie­rzysz?

- Wła­śnie tak.

- A więc w swym sza­leń­stwie zasze­dłeś znacz­nie dalej, niż się oba­wia­łam. - Sluka odwró­ciła się do niego ple­cami i popa­trzyła na grupę ludzi. - Uru­chom­cie peł­za­cze. Wyjeż­dżamy teraz.

- A sprzęt? - spy­tał Sylve­ste.

- Niech sobie tu zosta­nie i rdze­wieje, nic mnie to nie obcho­dzi.

Tłum roz­pierzchł się do dwóch zwa­li­stych maszyn.

- Cze­kaj­cie! - krzyk­nął Sylve­ste. - Posłu­chaj­cie mnie! Wystar­czy wam jeden peł­zacz. Jest w nim dość miej­sca dla was wszyst­kich, skoro nie bie­rze­cie sprzętu.

Sluka znów spoj­rzała na niego.

- A ty?

- Ja tu zostanę, skoń­czę pracę sam, ewen­tu­al­nie z tymi, któ­rzy zechcą zostać.

Pokrę­ciła głową, pod­nio­sła maskę i splu­nęła na zie­mię znie­sma­czona. Odwró­ciła się, dogo­niła pozo­sta­łych ludzi ze swej bry­gady i skie­ro­wała ich do naj­bliż­szego peł­za­cza. Drugą maszynę - tę z pry­wat­nym apar­ta­men­tem - zosta­wiła dla niego. Banda Sluki weszła do pojazdu, nie­które osoby nio­sły małe narzę­dzia lub pudełka z arte­fak­tami albo kośćmi wynie­sio­nymi z wyko­pa­li­ska: instynkt naukowy domi­no­wał w nich nawet pod­czas buntu. Sylve­ste obser­wo­wał, jak skła­dają się rampy i zamy­kają luki, po czym maszyna pod­nosi się na nogi, odwraca i rusza. Po nie­ca­łej minu­cie zupeł­nie znik­nęła z oczu, a wiatr cał­ko­wi­cie zagłu­szył hałas sil­ni­ków.

Sylve­ste spoj­rzał wokół, by się prze­ko­nać, kto z nim został. Pas­cale - ale to prze­cież było w zasa­dzie nie­unik­nione. Podej­rze­wał, że będzie go śle­dziła aż do grobu, jeśli wyczuje temat na arty­kuł. Paru stu­den­tów, któ­rzy oparli się Sluce - wstyd, że nie znał ich nazwisk. Może kilku zostało jesz­cze w kra­cie, jeśli ma szczę­ście.

Uspo­koił się, pstryk­nął pal­cami.

- Roz­mon­tuj­cie gra­wi­to­me­try obra­zu­jące - pole­cił dwojgu ludziom. - Nie będą nam już potrzebne. - Potem zwró­cił się do następ­nej pary. - Zacznij­cie od końca kraty i znie­ście wszyst­kie narzę­dzia po dezer­te­rach Sluki. Zbie­raj­cie też wszel­kie zapi­ski i pudełka z arte­fak­tami. Jak skoń­czy­cie, spo­tkamy się na dnie wiel­kiego szybu.

- Co pla­nu­jesz? - spy­tała Pas­cale. Wyłą­czyła kamerę, która bły­ska­wicz­nie scho­wała się do komp­no­tesu.

- Sądzi­łem, że to oczy­wi­ste - odparł. - Zamie­rzam spraw­dzić, co mówi napis na obe­li­sku.

Chasm City, Yel­low­stone, układ Epsi­lon Eri­dani, 2524

Ana Kho­uri myła zęby, gdy zadzwo­niła kon­sola apar­ta­mentu. Wyszła z łazienki z pastą na war­gach.

- Dzień dobry, Case.

Do pokoju wje­chał śli­zgiem her­me­tyk w podróż­nym palan­ki­nie, ozdo­bio­nym cyze­lun­kiem, z ciem­nym okien­kiem z przodu. Kiedy świa­tło padło pod odpo­wied­nim kątem, zoba­czyła śmier­tel­nie bladą twarz K.C. Nga, pod­ska­ku­jącą za zie­lo­nym szkieł­kiem trzy­cen­ty­me­tro­wej sze­ro­ko­ści.

- Cześć, wyglą­dasz wspa­niale - powie­dział. Jego głos chry­piał w kratce gło­śnika. - Gdzie mógł­bym dostać to, co cię tak pod­raj­co­wało?

- To kawa, Case. Za dużo tego świń­stwa wypi­łam.

- Żar­to­wa­łem - powie­dział Ng. - Wyglą­dasz jak pod­grzane gówno.

Prze­su­nęła dło­nią po ustach, usu­wa­jąc pastę.

- Dopiero wsta­łam, ty dra­niu.

- Wybacz. - Ng powie­dział to takim tonem, jakby budze­nie się było sta­ro­modną czyn­no­ścią fizjo­lo­giczną, dawno porzu­coną - jak posia­da­nie wyrostka robacz­ko­wego.

Było to nawet praw­do­po­dobne: Kho­uri ni­gdy dokład­nie nie widziała męż­czy­zny wewnątrz pudełka. Her­me­tycy nale­żeli do jed­nej z naj­bar­dziej dzi­wacz­nych kast, jakie wyło­niły się po zara­zie. Nie chcąc wyzbyć się implan­tów, które mogłyby się oka­zać podatne na zarazę, i prze­ko­nani, że jej ślady na­dal gdzieś się czają w sto­sun­kowo czy­stym obsza­rze pod Bal­da­chi­mem, ni­gdy nie opusz­czali swo­ich pudeł, chyba że śro­do­wi­sko było her­me­tycz­nie odizo­lo­wane; w swo­ich wędrów­kach ogra­ni­czali się do kilku orbi­tal­nych karu­zeli.

Gło­śnik znowu zachry­piał:

- Wybacz, ale, o ile się nie mylę, na dziś rano mamy zapla­no­wane zabój­stwo. Pamię­tasz tego Tara­schiego, któ­rego usi­ło­wa­li­śmy zli­kwi­do­wać przez ostat­nie dwa mie­siące? Świta ci coś? Ważne, żebyś to zro­biła, bo tak się składa, że jesteś osobą wyzna­czoną do tego, żeby uwol­nić go od trosk.

- Odczep się, Case.

- Trudne do wyko­na­nia, nawet gdy­bym chciał się jakoś przy­cze­pić, droga Kho­uri. Ale mówiąc poważ­nie, namie­rzy­li­śmy praw­do­po­dobne miej­sce zabój­stwa i sza­co­wany czas zgonu. Zamie­niasz się w słuch?

Kho­uri nalała sobie ostatni łyk kawy, a resztę zosta­wiła w pod­grze­wa­czu, na potem, gdy wróci. Kawa była jej jedy­nym nało­giem, naby­tym w dniach żoł­nierki na Skraju. Cała sztuka pole­gała na tym, by sobie wyostrzyć zmy­sły, ale nie nabu­zo­wać się tak, by drżała jej dłoń przy celo­wa­niu z broni.

- Chyba zmniej­szy­łam stę­że­nie krwi w moim ukła­dzie kofe­ino­wym do akcep­to­wal­nego poziomu. O to ci cho­dzi?

- Poroz­ma­wiajmy o spra­wach osta­tecz­nych, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o Tara­schiego.

Ng zarzu­cił ją ostat­nimi szcze­gó­łami ope­ra­cji. Więk­szość Kho­uri znała z pla­nów, część sama wykon­cy­po­wała, korzy­sta­jąc z wła­snego doświad­cze­nia z poprzed­nich akcji. Tara­schi - piąte z rzędu zabój­stwo. Zaczy­nała poj­mo­wać szer­sze tło tej gry. Choć nie zawsze było to oczy­wi­ste, gra miała zasady, sub­tel­nie powta­rza­jące się w wiel­kich klu­czo­wych ruchach każ­dego zabój­stwa. Zain­te­re­so­wa­nie mediów rosło, jej nazwi­sko było coraz czę­ściej wymie­niane w krę­gach Sha­dow­play, a Case naj­wy­raź­niej przy­go­to­wy­wał jakieś sma­ko­wite, wysoko posta­wione cele kilku naj­bliż­szych polo­wań. Kho­uri czuła, że staje się jedną z setki naj­lep­szych zabój­ców na pla­ne­cie - to było naprawdę eli­tarne towa­rzy­stwo.

- Jasne - powie­działa. - Pod pomni­kiem, ósmy poziom biu­rowca, aneks zachodni, godzina pierw­sza. Nic prost­szego.

- Czy o czymś przy­pad­kiem nie zapo­mnia­łaś?

- Jasne. Gdzie jest broń, Case?

Postać, w jakiej wystę­po­wał Ng, ski­nęła, poka­zu­jąc miej­sce za ple­cami Kho­uri.

- Tam, gdzie zosta­wiły ją wróżki, droga dziew­czyno - odparł, po czym odwró­cił pudełko i wyco­fał się z pokoju, zosta­wia­jąc po sobie ledwo wyczu­walny zapach smaru.

Kho­uri, marsz­cząc brwi, powoli się­gnęła pod poduszkę, ocze­ku­jąc, że coś tam znaj­dzie, zgod­nie z zapo­wie­dzią Case'a. Kiedy szła spać, na pewno niczego tam nie było, ale takimi rze­czami obec­nie pra­wie się już nie przej­mo­wała. Firma zawsze zacho­wy­wała się zagad­kowo.

Wkrótce była gotowa.

Zawo­łała z dachu kolejkę linową i scho­wała broń pod płasz­czem. Kolejka, wykryw­szy broń oraz implanty w gło­wie Kho­uri, odmó­wi­łaby trans­portu, gdyby Kho­uri nie poka­zała swego iden­ty­fi­ka­tora Punktu Omega, zaszcze­pio­nego pod paznok­ciem palca wska­zu­ją­cego pra­wej dłoni - maleńki sym­bol holo­gra­ficzny tar­czy strzel­ni­czej zda­wał się tań­czyć pod war­stwą kera­tyny.

- Pomnik Osiem­dzie­siątki - powie­działa Kho­uri.

***

Sylve­ste zszedł z dra­biny i przez opa­da­jące tara­sami dno szybu poma­sze­ro­wał w krąg świa­tła wokół odsło­nię­tego szczytu obe­li­sku. Sluka i arche­olog opu­ścili go, ale jedyny pozo­stały pra­cow­nik zdo­łał za pomocą ser­wi­tora odsło­nić nie­mal metr obiektu; zdzie­ra­jąc zagnież­dżone war­stwy kamien­nego sar­ko­fagu, dostał się do masyw­nego obsy­dia­no­wego bloku, mistrzow­sko rzeź­bio­nego, z wyry­tymi w pre­cy­zyj­nych liniach zna­kami ama­ran­tiń­skiego pisma. Więk­szość z nich to napisy tek­stowe - rzędy ide­ogra­mów. Arche­olo­dzy znali pod­stawy języka Ama­ran­ti­nów, choć nie mieli do pomocy kamie­nia z Rosetty. Kul­tura Ama­ran­ti­nów to ósma z mar­twych, obcych kul­tur odkry­tych przez ludz­kość w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu lat świetl­nych od Ziemi; nie było jed­nak dowodu na to, że któ­reś z tych cywi­li­za­cji kon­tak­to­wały się ze sobą. Ani Żon­gle­rzy Wzor­ców, ani Całun­nicy nie pomo­gli: u żad­nej z tych kul­tur nie odkryto języka pisa­nego. Sylve­ste, który kon­tak­to­wał się zarówno z Żon­gle­rami, jak i Całun­ni­kami - a przy­naj­mniej z tech­niką tych ostat­nich - potra­fił to oce­nić naj­le­piej.

Język Ama­ran­ti­nów roz­szy­fro­wały kom­pu­tery. Zajęło to trzy­dzie­ści lat, wyma­gało zesta­wia­nia ze sobą milio­nów arte­fak­tów, ale w końcu stwo­rzono spójny sys­tem wyja­śnia­jący zna­cze­nie więk­szo­ści napi­sów. Sprzy­ja­ją­cym fak­tem było to, że przy­naj­mniej pod koniec swego pano­wa­nia Ama­ran­tini mieli tylko jeden język, który zmie­niał się bar­dzo powoli, więc ten sam model mógł inter­pre­to­wać napisy powstałe na prze­strzeni dzie­siąt­ków tysięcy lat. Oczy­wi­ście zupeł­nie inną rze­czą były niu­anse zna­cze­niowe - tu musiano już korzy­stać z ludz­kiej intu­icji i wyni­ków teo­re­tycz­nych.

Pismo Ama­ran­ti­nów róż­niło się jed­nak od wszyst­kiego, co znał czło­wiek. Ich tek­sty były ste­reo­sko­powe, skła­dały się z prze­pla­ta­ją­cych się linii, które w korze mózgo­wej czy­ta­ją­cego miały się sta­piać w jed­ność. Poprzed­ni­kami tego ludu były istoty pta­sie - lata­jące dino­zaury o inte­li­gen­cji lemu­rów. Na pew­nym eta­pie roz­woju ich oczy znaj­do­wały się po prze­ciw­nych stro­nach czaszki i łączyły ze ści­śle roz­dzie­lo­nymi czę­ściami mózgu. Każda pół­kula syn­te­ty­zo­wała wła­sny model świata. Póź­niej stali się myśli­wymi, a ewo­lu­cja dopro­wa­dziła do widze­nia dwu­ocz­nego; połą­cze­nia w mózgu zacho­wały jed­nak pewne cechy z poprzed­niej fazy roz­woju gatunku. Arte­fakty Ama­ran­ti­nów odzwier­cie­dlały prze­waż­nie tę men­talną dwo­istość o wyraź­nej syme­trii wzglę­dem osi pio­no­wej.

Obe­lisk nie nale­żał do wyjąt­ków.

Sylve­ste nie potrze­bo­wał spe­cjal­nych gogli, jakie sto­so­wali jego współ­pra­cow­nicy do czy­ta­nia zna­ków Ama­ran­ti­nów; umiesz­czony w jego oczach jeden z bar­dziej uży­tecz­nych algo­ryt­mów Calvina sca­lał je ste­reo­sko­powo. Dość męczący pro­ces czy­ta­nia wyma­gał jed­nak nad­zwy­czaj­nej kon­cen­tra­cji.

- Daj­cie mi tu tro­chę świa­tła - popro­sił. Jeden ze stu­den­tów odcze­pił prze­no­śny reflek­tor i oświe­tlił bok obe­li­sku. Gdzieś wysoko mignęła bły­ska­wica - wyła­do­wa­nia elek­tryczne w burzy prze­bie­gały mię­dzy zasło­nami pyłu.

- Potrafi pan to prze­czy­tać?

- Pró­buję - odparł Sylve­ste. - Nie jest to naj­ła­twiej­sze zaję­cie na świe­cie. Zwłasz­cza gdy trzę­siesz lampą.

- Prze­pra­szam. Sta­ram się trzy­mać sta­bil­nie. Ale zaczyna mocno wiać.

Miał rację. Nawet na dnie studni two­rzyły się wiry powietrzne. Wkrótce zacznie tu porząd­nie wiać, pył się zagę­ści, w powie­trzu powstaną nie­prze­zro­czy­ste szare płachty. W takich warun­kach nie da się zbyt długo pra­co­wać.

- Prze­pra­szam. Bar­dzo cenię pań­ską pomoc - powie­dział Sylve­ste i zaraz się zorien­to­wał, że musi coś dodać. - Jestem wdzięczny, że pan został ze mną i nie poszedł za Sluką.

- Wybór nie był trudny. Nie wszy­scy pod­wa­żają pań­skie hipo­tezy.

Sylve­ste spoj­rzał na obe­lisk.

- Nawet te dzi­waczne?

- Uwa­żamy, że przy­naj­mniej powinno się je spraw­dzić. Prze­cież zro­zu­mie­nie tego, co tu zaszło, leży w inte­re­sie kolo­nii.

- Cho­dzi panu o Wyda­rze­nie?

Stu­dent ski­nął głową.

- Jeśli rze­czy­wi­ście Ama­ran­tini to spo­wo­do­wali... i jeśli rze­czy­wi­ście zbie­gło się to u nich z poja­wia­niem się moż­li­wo­ści lotów kosmicz­nych... wów­czas ma to zna­cze­nie nie tylko czy­sto teo­re­tyczne.

- Nie lubię okre­śle­nia "czy­sto teo­re­tyczne". To tak, jakby inne kate­go­rie były auto­ma­tycz­nie bar­dziej war­to­ściowe. Ale ma pan rację. Musimy wie­dzieć.

Pas­cale pode­szła bli­żej.

- Co mia­no­wi­cie wie­dzieć?

- Co takiego zro­bili, że ich słońce ich zabiło. - Sylve­ste odwró­cił się i spoj­rzał jej w twarz, przy­szpi­la­jąc ją ponadwy­mia­ro­wymi srebr­nymi faset­kami swych sztucz­nych oczu. - Byśmy w końcu nie popeł­nili tego samego błędu.

- Sądzisz, że to był wypa­dek?

- Podej­rze­nie, że zro­bili to spe­cjal­nie, wydaje mi się wielce nie­praw­do­po­dobne.

- Zdaję sobie z tego sprawę. - Trak­to­wał ją z góry. Wie­dział, że tego nie zno­siła. Sam sie­bie nie zno­sił za to, że tak postę­po­wał. - Wiem rów­nież, że obcy z epoki kamien­nej nie mieli środ­ków, by wpły­nąć na zacho­wa­nie swej gwiazdy, czy przez przy­pa­dek, czy w inny spo­sób.

- Ta cywi­li­za­cja była na wyż­szym eta­pie roz­woju - stwier­dził Sylve­ste. - Wiemy, że wyna­leźli koło i proch, posia­dali szcząt­kową wie­dzę w dzie­dzi­nie optyki i inte­re­so­wali się zasto­so­wa­niem astro­no­mii w rol­nic­twie. Z podob­nego etapu roz­woju ludz­kość zale­d­wie w ciągu pię­ciu wie­ków doszła do ery lotów kosmicz­nych. Zało­że­nie, że inne gatunki nie potra­fi­łyby tego doko­nać, świad­czy­łoby o uprze­dze­niach raso­wych.

- Ale gdzie są dowody? - Pas­cale wstała i strzą­snęła z płasz­cza strużki osia­da­ją­cego pyłu. - Wiem, co powiesz: nie prze­trwały żadne arte­fakty zaawan­so­wa­nej tech­niki, ponie­waż z natury były mniej trwałe od wcze­śniej­szych wytwo­rów. Ale nawet gdyby się zna­la­zły mate­rialne dowody, co by to zmie­niło? Nawet Hybry­dowcy nie maj­strują w gwiaz­dach, a oni są znacz­nie bar­dziej zaawan­so­wani niż reszta ludz­ko­ści, włącz­nie z nami.

- Wiem. Wła­śnie to mnie nie­po­koi.

- A co mówi ten napis?

Sylve­ste wes­tchnął i znów spoj­rzał na inskryp­cję. Miał nadzieję, że gdy ode­rwie wzrok od obe­li­sku, umoż­liwi swej pod­świa­do­mo­ści pracę nad tek­stem i w pew­nej chwili jego zna­cze­nie wyłoni się nagle przed nim w całej jasno­ści, jak odpo­wiedź na jeden z tych psy­cho­lo­gicz­nych pro­ble­mów, które posta­wiono przed misją do Całun­ni­ków. Ale olśnie­nie upar­cie nie nad­cho­dziło - znaki cią­gle nie pod­da­wały się inter­pre­ta­cji. A może moje ocze­ki­wa­nia są fał­szywe? - pomy­ślał Sylve­ste. Liczył na nagłe obja­wie­nie, które potwier­dzi jego idee, jak­kol­wiek były prze­ra­ża­jące.

Jed­nakże inskryp­cja upa­mięt­niała tylko wyda­rze­nie, które zaszło w tym miej­scu; być może miało ono wiel­kie zna­cze­nie w histo­rii Ama­ran­ti­nów, ale skon­fron­to­wane z ocze­ki­wa­niami Sylve­ste'a było nad­zwy­czaj pro­win­cjo­nalne. Dla cał­ko­wi­tej pew­no­ści nale­żało jesz­cze prze­pro­wa­dzić pełną ana­lizę kom­pu­te­rową, a poza tym odsło­nięto zale­d­wie górny, metrowy frag­ment tek­stu, Sylve­ste jed­nak już czuł przy­tła­cza­jące roz­cza­ro­wa­nie. Bez względu na to, co przed­sta­wiał ten obe­lisk, dla Sylve­ste'a prze­stał być inte­re­su­jący.

- Coś się tu wyda­rzyło - stwier­dził Sylve­ste. - Może miała miej­sce jakaś bitwa albo poja­wił się bóg? A to jest tylko kamień, który to miej­sce zazna­cza? Dowiemy się wię­cej, gdy odko­piemy go w cało­ści i okre­ślimy datę war­stwy kon­tek­sto­wej. Możemy rów­nież zba­dać wiek samego arte­faktu.

- Nie tego szu­ka­łeś, prawda?

- Przez chwilę wyda­wało mi się, że to może to. - Sylve­ste spoj­rzał w dół na naj­niż­szy odsło­nięty frag­ment obe­li­sku.

Napis koń­czył się kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów powy­żej odsło­nię­tego poziomu, a poni­żej zaczy­nało się coś i bie­gło w dół, zni­ka­jąc z oczu. Pew­nego rodzaju dia­gram - Sylve­ste widział wyła­nia­jące się łuki kilku kon­cen­trycz­nych krę­gów. I to wszystko. Co to było?

Sylve­ste nie mógł i nawet nie pró­bo­wał zga­dy­wać. Burza się nasi­lała. Znik­nęły gwiazdy - prze­sła­nia­jąca wszystko płachta pyłu łopo­tała w górze jak skrzy­dło wiel­kiego nie­to­pe­rza. Kiedy wyjdą z szybu, znajdą się w pie­kle.

- Daj­cie mi coś do kopa­nia - powie­dział.

I zaczął skro­bać wieczną zmar­z­linę wokół naj­wyż­szej war­stwy sar­ko­fagu niczym wię­zień, który do świtu chce wyko­pać tunel ze swo­jej celi. Po paru chwi­lach Pas­cale i stu­dent dołą­czyli do niego. Nad ich gło­wami wyła burza.

***

- Nie­wiele pamię­tam - powie­dział kapi­tan. - Cią­gle jeste­śmy w pobliżu Głą­biela?

- Nie. - Volyova usi­ło­wała nie zdra­dzić się z tym, że mówiła mu to już kil­ka­na­ście razy, zawsze, gdy roz­grze­wała jego mózg. - Opu­ści­li­śmy Kru­ger 60A kilka lat temu, gdy Hegazi wyne­go­cjo­wał dla nas potrzebny nam lód do tar­czy.

- Aha. Więc gdzie jeste­śmy?

- Lecimy w kie­runku Yel­low­stone.

- Dla­czego?

Bas kapi­tana wydo­by­wał się z gło­śni­ków umiesz­czo­nych w pew­nej odle­gło­ści od jego ciała. Skom­pli­ko­wane algo­rytmy ska­no­wały mu mózg i prze­ka­zy­wały wynik w postaci mowy, kle­cąc odpo­wie­dzi, gdy było to konieczne. Kapi­tan w ogóle nie miał rze­czy­wi­stego prawa być świa­do­mym, cała neu­ro­nowa aktyw­ność powinna była się zakoń­czyć, gdy tem­pe­ra­tura rdze­nia spa­dła poni­żej tem­pe­ra­tury zama­rza­nia. Ale jego mózg prze­ni­kała siatka maleń­kich maszyn i w pew­nym sen­sie te maszyny teraz myślały, choć robiły to w tem­pe­ra­tu­rze mniej­szej niż pół kel­wina powy­żej zera bez­względ­nego.

- Słuszne pyta­nie - odparła. Teraz nie­po­ko­iło ją coś wię­cej niż tylko ta roz­mowa. - Lecimy na Yel­low­stone, bo...

- Tak?

- Sajaki sądzi, że jest tam czło­wiek, który może ci pomóc.

Kapi­tan zasta­na­wiał się. Volyova miała na bran­so­le­cie mapę jego mózgu, widziała na niej wijące się kolory niczym armie połą­czone na polu bitwy.

- Na pewno cho­dzi o Calvina Sylve­ste'a.

- Calvin Sylve­ste nie żyje.

- W takim razie ten drugi, Dan Sylve­ste. To jego szuka Sajaki?

- Nie wyobra­żam sobie, żeby to był ktoś inny.

- Nie przyj­dzie dobro­wol­nie. Ostat­nio nie chciał się zgo­dzić.

Zapa­dła cisza. Kwan­towe fluk­tu­acje tem­pe­ra­tury na pewien czas prze­su­nęły kapi­tana z powro­tem w stan poni­żej świa­do­mo­ści. Wresz­cie powie­dział:

- Sajaki musi zda­wać sobie z tego sprawę.

- Jestem pewna, że roz­wa­żył wszyst­kie moż­li­wo­ści. - Volyova powie­działa to tonem suge­ru­ją­cym, że jest pewna wszyst­kiego, ale aku­rat tego nie.

Powinna jed­nak wyka­zać ostroż­ność w wypo­wie­dziach o innym Trium­wi­rze. Sajaki zawsze był naj­bliż­szym asy­sten­tem kapi­tana. Prze­szli razem długą drogę, dawno temu, zanim jesz­cze Volyova stała się człon­kiem załogi. O ile wie­działa, nikt - z Saja­kim włącz­nie - ni­gdy nie roz­ma­wiał z kapi­ta­nem, nikt nawet nie wie­dział, że jest taka moż­li­wość. Podej­mo­wa­nie ryzyka nie miało jed­nak sensu, nawet uwzględ­nia­jąc zawodną pamięć kapi­tana.

- Coś cię nie­po­koi, Ilio. Zawsze mogłaś powie­rzyć mi tajem­nicę. Cho­dzi o Sylve­ste'a?

- O coś bar­dziej lokal­nego.

- A więc coś na statku?

Volyova wie­działa, że ni­gdy cał­ko­wi­cie się do tego nie przy­zwy­czai, ale w ostat­nich tygo­dniach odwie­dziny u kapi­tana zaczęły nabie­rać posmaku nor­mal­no­ści. Tak jakby odwie­dza­nie krio­ge­nicz­nie schło­dzo­nego ciała, zaata­ko­wa­nego przez spo­wol­nioną, lecz poten­cjal­nie wszech­ogar­nia­jącą zarazę, było tylko jed­nym z nie­przy­jem­nych, choć koniecz­nych ele­men­tów życia. Coś, co od czasu do czasu każdy musi robić. Posu­nęła ich rela­cje o krok dalej, omal zapo­mniała o tym, że ryzy­kowne jest wyra­ża­nie nie­uf­no­ści w sto­sunku do Saja­kiego.

- Cho­dzi o cen­tralę uzbro­je­nia - powie­działa. - Pamię­tasz ją, prawda? Pomiesz­cze­nie, z któ­rego można ste­ro­wać bro­nią kaza­ma­tową?

- Chyba pamię­tam. A o co cho­dzi?

- Szko­li­łam rekruta na sta­no­wi­sko zbroj­mi­strza. Miał zaj­mo­wać fotel w cen­trali i przez implanty ner­wowe komu­ni­ko­wać się bez­po­śred­nio z bro­nią kaza­ma­tową.

- Co to za rekrut?

- Nazywa się Borys Nagorny. Nie, ni­gdy go nie spo­tka­łeś. Dopiero ostat­nio zna­lazł się na statku i w miarę moż­li­wo­ści sta­ra­łam się izo­lo­wać go od innych. Z oczy­wi­stych powo­dów ni­gdy bym go tu nie przy­pro­wa­dziła. - Cho­dziło mia­no­wi­cie o to, że zaka­że­nie kapi­tana mogłoby prze­nieść się na implanty Nagor­nego, gdyby obaj zna­leźli się zbyt bli­sko sie­bie. Volyova wes­tchnęła. Docho­dziła teraz do sedna swych zwie­rzeń. - Nagorny zawsze był tro­chę psy­chicz­nie nie­sta­bilny, kapi­ta­nie. Pod wie­loma wzglę­dami to nie­mal psy­cho­pata, był dla mnie bar­dziej uży­teczny niż ktoś cał­ko­wi­cie zdrowy - przy­naj­mniej tak mi się wtedy wyda­wało. Ale nie doce­ni­łam stop­nia psy­chozy Nagor­nego.

- Pogor­szyło mu się?

- Zaczęło się to wkrótce po tym, jak wsz­cze­pi­łam mu implanty i pozwo­li­łam na pod­łą­cze­nie się do cen­trali. Zaczął się skar­żyć na kosz­mary nocne. Bar­dzo dokucz­liwe.

- Nie­szczę­sny bie­dak.

Volyova zro­zu­miała. To, czego doświad­czył kapi­tan - i na­dal doświad­czał - powo­do­wało, że kosz­mary innych ludzi wyda­wały się naprawdę łagod­nymi fan­ta­sma­go­riami. Czy czuł ból, czy nie, tego nie dało się roz­strzy­gnąć. Cóż jed­nak zna­czy ból w porów­na­niu ze świa­do­mo­ścią, że zjada nas żyw­cem - a rów­no­cze­śnie trans­for­muje - coś nie­sa­mo­wi­cie obcego?

- Nie wyobra­żam sobie, na czym pole­gają te kosz­mary - odparła Volyova. - Wiem jedy­nie, że dla Nagor­nego, który już i tak miał dość sza­le­ją­cych kosz­ma­rów w gło­wie, to było za wiele.

- Więc co zro­bi­łaś?

- Wszystko zmie­ni­łam, cały inter­fejs cen­trali, nawet implanty w jego gło­wie. Nic nie pomo­gło. Kosz­mary na­dal trwały.

- Jesteś pewna, że mają coś wspól­nego z cen­tralą?

- Począt­kowo odrzu­ci­łam tę myśl, ale wystą­piła wyraźna kore­la­cja z sesjami, gdy sie­dział w fotelu. - Zapa­liła kolej­nego papie­rosa; poma­rań­czowy koniu­szek - jedyna odro­binę cie­pła rzecz w pobliżu kapi­tana. Wyło­wie­nie nowej paczki papie­ro­sów zali­czała do nie­licz­nych rado­snych momen­tów w ciągu ostat­nich tygo­dni. - Więc znowu zmie­ni­łam sys­tem i znowu nic nie pomo­gło. Jeśli coś się zmie­niło, to tylko na gor­sze. - Urwała. - Wtedy powie­dzia­łam Saja­kiemu o swo­ich pro­ble­mach.

- A co on na to?

- Że powin­nam prze­rwać eks­pe­ry­menty, przy­naj­mniej do czasu przy­by­cia w pobliże Yel­low­stone. Umie­ścić Nagor­nego na kilka lat w chłod­nym śnie i prze­ko­nać się, czy to nie wyle­czy jego psy­chozy. Mogłam na­dal maj­stro­wać przy cen­trali, ale już wię­cej nie sadzać Nagor­nego w fotelu.

- Rada wydaje mi się bar­dzo roz­sądna. Ale ty naj­wi­docz­niej się do niej nie zasto­so­wa­łaś?

Ski­nęła głową - para­dok­sal­nie poczuła ulgę, że kapi­tan odkrył jej prze­stęp­stwo i nie musiała przy­zna­wać się sama.

- Obu­dzi­łam się rok wcze­śniej niż inni - powie­działa. - Aby mieć czas na nad­zo­ro­wa­nie sys­temu i spraw­dza­nie, co się dzieje z tobą. Robi­łam to przez kilka mie­sięcy. Aż posta­no­wi­łam obu­dzić rów­nież Nagor­nego.

- Nowe eks­pe­ry­menty?

- Tak. Do przed­wczo­raj. - Wysy­sała papie­rosa.

- Pyta­nie cie­bie to jak rwa­nie zębów, Ilia. Więc co stało się wczo­raj?

- Nagorny znik­nął. - Wresz­cie to powie­działa. - Miał wyjąt­kowo ostry nawrót i pró­bo­wał mnie zaata­ko­wać. Bro­ni­łam się, ale uciekł. Jest gdzieś na statku. Nie mam poję­cia gdzie.

Kapi­tan roz­wa­żał to przez dłuż­szą chwilę. Volyova mogła się domy­ślić, jak rozu­mo­wał. Na tym wiel­kim statku ist­niały rejony, w któ­rych niczego nie dało się wyśle­dzić, gdzie czuj­niki dawno prze­stały dzia­łać. A jesz­cze trud­niej było zna­leźć kogoś, kto się tam ukry­wał.

- Musisz go odszu­kać - stwier­dził kapi­tan. - Nie może sobie swo­bod­nie buszo­wać, gdy Sajaki i inni się obu­dzą.

- A co potem?

- Praw­do­po­dob­nie będziesz musiała go zabić. Zrób to czy­sto, a potem włóż z powro­tem jego ciało do chłodni i tak pomaj­struj, by jed­nostka się zepsuła.

- Upo­zo­ro­wać wypa­dek?

- Tak. - Jak zwy­kle twarz kapi­tana, oglą­dana przez tru­mienne okienko, była pozba­wiona wyrazu. Rysy jego twa­rzy miały tę samą ruchli­wość co rysy rzeźby.

Zapro­po­no­wał dobre roz­wią­za­nie - nie wpa­dła na to zajęta sed­nem pro­blemu. Do tej pory bała się wszel­kiej kon­fron­ta­cji z Nagor­nym, ponie­waż mogła być zmu­szona go zabić. Nie­ak­cep­to­walny roz­wój wypad­ków, ale jak zwy­kle wszyst­kie wypadki są do zaak­cep­to­wa­nia, jeśli spoj­rzeć na nie w odpo­wiedni spo­sób.

- Dzię­kuję, kapi­ta­nie - rze­kła. - Byłeś bar­dzo pomocny. Teraz, jeśli pozwo­lisz, znów cię zamrożę.

- Ale wró­cisz? Ilia, tak bar­dzo lubię nasze roz­mowy.

- Za nic w świe­cie bym ich nie opu­ściła - odparła, po czym kazała swej bran­so­le­cie obni­żyć tem­pe­ra­turę jego mózgu o pięć­dzie­siąt mili­kel­wi­nów, co zepchnie go do bez­sen­nego, pozba­wio­nego myśli zapo­mnie­nia. Przy­naj­mniej miała taką nadzieję.

W ciszy wypa­liła papie­rosa. Potem odwró­ciła wzrok od kapi­tana i spoj­rzała w ciemny zakrę­ca­jący kory­tarz. Gdzieś tam, w zaka­mar­kach statku cze­kał Nagorny, żywiąc do niej głę­boką urazę. Sam był teraz chory - chory na głowę.

Jak pies, któ­rego trzeba uśpić.

***

- Chyba wiem, co to jest - powie­dział Sylve­ste, gdy ostatni kamienny blok został usu­nięty z osłony obe­li­sku i uka­zały się górne dwa metry obiektu.

- Co?

- To mapa układu Pawia.

- Coś mi mówi, że już przed­tem się tego domy­śla­łeś - rze­kła Pas­cale.

Mru­żyła oczy, przy­glą­da­jąc się przez gogle skom­pli­ko­wa­nemu moty­wowi: dwóm lekko zacho­dzą­cym na sie­bie gru­pom kon­cen­trycz­nych okrę­gów. Połą­czone ste­reo­sko­powo sta­wały się jedną grupą zawie­szoną w pew­nej odle­gło­ści nad powierzch­nią obsy­dianu. Były to orbity pla­net, bez wąt­pie­nia. Słońce Delty Pawia leżało w cen­trum, zazna­czone odpo­wied­nim ama­ran­tiń­skim gli­fem, przy­po­mi­na­ją­cym wize­ru­nek pię­cio­ra­mien­nej gwiazdy. Potem nastę­po­wały orbity - z pra­wi­dłowo odda­nymi wiel­ko­ściami względ­nymi - głów­nych ciał układu; Resur­gam zazna­czono ama­ran­tiń­skim sym­bo­lem świata. Jeśli ktoś by sądził, że to przy­pad­kowy zbiór okrę­gów, wąt­pli­wo­ści roz­wie­wały sta­ran­nie zazna­czone księ­życe głów­nych pla­net.

- Podej­rze­wa­łem to - powie­dział Sylve­ste.

Był zmę­czony, ale z pew­no­ścią opła­ciły się cało­nocna praca i ryzyko. Wyko­pa­nie dru­giego metra obe­li­sku zajęło im znacz­nie wię­cej czasu niż wydo­by­cie pierw­szego. Burza przy­po­mi­nała cza­sami szwa­dron wrzesz­czą­cych zjaw tuż przed zada­niem śmierci. Ale - jak już zda­rzało się wcze­śniej i zapewne będzie powta­rzać w przy­szło­ści - burza nie osią­gnęła impetu, jaki prze­wi­dy­wał Cuvier. Minął już naj­groź­niej­szy moment i choć smugi pyłu na­dal powie­wały na nie­bie jak ciemne sztan­dary, różowy świt stop­niowo prze­pę­dzał noc. Zatem mimo wszystko prze­żyli.

- Ale to nic nie zmie­nia - stwier­dziła Pas­cale. - Zawsze wie­dzie­li­śmy, że oni mieli astro­no­mię. To tylko poka­zuje, że na pew­nym eta­pie odkryli sys­tem helio­cen­tryczny.

- To zna­czy coś wię­cej - powie­dział Sylve­ste ostroż­nie. - Nie wszyst­kie te pla­nety są widzialne gołym okiem, nawet jeśli się uwzględni fizjo­lo­gię Ama­ran­ti­nów.

- Zatem uży­wali tele­sko­pów.

- Nie tak dawno okre­śli­łaś ich jako obcych z epoki kamien­nej. A teraz jesteś skłonna przy­znać, że potra­fili budo­wać tele­skopy.

Pomy­ślał, że chyba się uśmiech­nęła, ale gdy miała na twa­rzy maskę do oddy­cha­nia, trudno było stwier­dzić to z całą pew­no­ścią. Spoj­rzała w niebo. Coś prze­mknęło nad bel­kami osza­lo­wa­nia - jasny del­toid sunął pod war­stwą pyłu.

- Chyba ktoś tu jest - zauwa­żyła Pas­cale.

Weszli szybko po dra­bi­nie, bez tchu dotarli na górę. Choć wiatr osłabł w porów­na­niu z siłą sprzed kilku godzin, na­dal z trud­no­ścią się prze­dzie­rali. Wyko­pa­li­sko zostało znisz­czone, reflek­tory i gra­wi­to­me­try były prze­wró­cone i poła­mane, wszę­dzie walał się sprzęt.

W górze uno­sił się samo­lot, zmie­niał kurs, szu­ka­jąc miej­sca do lądo­wa­nia. Sylve­ste natych­miast roz­po­znał, że to jedna z maszyn z Cuvier - Man­tell nie dys­po­no­wał samo­lotami. Na Resur­ga­mie bra­ko­wało samo­lotów, jedy­nych środ­ków trans­portu umoż­li­wia­ją­cych poko­na­nie odle­gło­ści kil­ku­set kilo­me­trów. Wszyst­kie funk­cjo­nu­jące teraz samo­loty zostały wytwo­rzone w pierw­szych dniach ist­nie­nia kolo­nii przez ser­wi­tory, które korzy­stały z miej­sco­wych surow­ców. Ale ser­wi­tory kon­struk­cyjne zostały znisz­czone lub skra­dzione pod­czas buntu i w kon­se­kwen­cji arte­fakty, które po sobie pozo­sta­wiły, były bez­cenne dla kolo­nii. Po mniej­szych wypad­kach samo­loty same się napra­wiały, ni­gdy też nie wyma­gały kon­ser­wa­cji, ale mogły je znisz­czyć sabo­taż lub czy­jaś nie­roz­waga. W ciągu minio­nych lat liczba lata­ją­cych maszyn wciąż się zmniej­szała.

Del­toid raził w oczy - spodnia strona skrzy­deł była pokryta tysią­cami ele­men­tów ciepl­nych, które żarzyły się biało, gene­ru­jąc wzno­sze­nie ter­malne. Dla algo­ryt­mów Calvina kon­trast był zbyt wielki.

- Kto to? - spy­tał stu­dent.

- Też chciał­bym wie­dzieć - odparł Sylve­ste.

Nie wpra­wiał go w entu­zjazm fakt, że samo­lot pocho­dził z Cuvier. Obser­wo­wał, jak maszyna opada, rzu­ca­jąc ostre cie­nie na zie­mię, po czym pro­mie­nio­wa­nie ele­men­tów grzej­nych osu­nęło się w dół widma i samo­lot osiadł na pło­zach. Po chwili wysu­nęła się rampa i z samo­lotu wyszła grupa postaci. Oczy Sylve­ste'a prze­rzu­ciły się na pod­czer­wień - teraz wyraź­nie zoba­czył, że posta­cie kie­rują się w jego stronę. Widział ciemne ubra­nia, maski do oddy­cha­nia na twa­rzach, ponadto hełmy i przy­pi­nane pan­ce­rze z roz­bły­skami insy­gniów Admi­ni­stra­cji, czyli naj­bliż­szego w kolo­nii odpo­wied­nika zbroj­nej mili­cji. Dodat­kowo przy­by­sze mieli coś w dło­niach: dłu­gie, groź­nie wyglą­da­jące, obu­ręczne kara­biny z reflek­to­rem pod każdą lufą.

- Nie wygląda to dobrze - stwier­dziła Pas­cale rze­czowo.

Oddział zatrzy­mał się kilka metrów od nich.

- Dok­tor Sylve­ste? - Usły­szał głos zagłu­szony nieco przez silny wiatr. - Mam złe wia­do­mo­ści, pro­szę pana.

Niczego innego się nie spo­dzie­wał.

- Jakie?

- Cho­dzi o ten drugi peł­zacz, który wyje­chał wcze­śniej, wczo­raj wie­czo­rem.

- Co się z nim stało?

- Nie dotarł do Man­tell. Zna­leź­li­śmy go. Nad prze­pa­ścią zgro­ma­dził się pył i osu­nęła się zie­mia. Nie mieli szans.

- A Sluka?

- Wszy­scy zgi­nęli, pro­szę pana. - Czło­wiek Admi­ni­stra­cji wyglą­dał w masce do oddy­cha­nia jak bóg-słoń. - Współ­czuję. To szczę­ście, że nie wra­ca­li­ście wszy­scy razem.

- To wię­cej niż szczę­ście - odparł Sylve­ste.

- Pro­szę pana, jesz­cze jedno. - Straż­nik moc­niej zaci­snął dło­nie na kara­bi­nie, raczej zwra­ca­jąc uwagę na to, że ma broń, niż rze­czy­wi­ście celu­jąc. - Jest pan aresz­to­wany.

***

Chra­pliwy głos K.C. Nga wypeł­niał kok­pit wago­nika jak brzę­cze­nie schwy­ta­nej w pudełko osy.

- Zasma­ko­wała pani w tym? W naszym pięk­nym mie­ście?

- A ty skąd to możesz wie­dzieć? - rze­kła Kho­uri. - Kiedy po raz ostatni wysze­dłeś z tego cho­ler­nego pudełka, Case? Żadna żywa istota tego nie pamięta.

Oczy­wi­ście nie było go tutaj, wszak w wago­niku nie wystar­czy­łoby miej­sca dla palan­kinu. Wago­nik, mały z koniecz­no­ści, nie powi­nien przy­cią­gać uwagi tuż przed kul­mi­na­cyjną chwilą polo­wa­nia. Zapar­ko­wany wyglą­dał jak heli­kop­ter bez ogona z czę­ściowo zło­żo­nymi roto­rami. Ramiona wago­nika nie były spłasz­czone, ale two­rzyły wąskie tele­sko­powe wypustki - każda była zakoń­czona zakrzy­wio­nym hakiem niczym pazur leniwca.

Kho­uri wsia­dła do wago­nika. Drzwi się zamknęły, odgra­dza­jąc ją od desz­czu i łoskotu mia­sta. Podała cel podróży: Pomnik ku czci Osiem­dzie­siątki, w dole, w głę­bo­kiej Mierz­wie. Wago­nik cze­kał przez chwilę, na pewno obli­czał opty­malną trasę na pod­sta­wie danych o ruchu i dość skom­pli­ko­wa­nego układu dróg kablo­wych, które mogły dopro­wa­dzić na miej­sce. Pro­ces obli­cze­niowy trwał chwilę, gdyż mózg wago­ni­ko­wego kom­pu­tera nie był spe­cjal­nie bystry.

Kho­uri poczuła, jak śro­dek cięż­ko­ści się nieco prze­miesz­cza. Przez górne okno pod­no­szo­nych drzwi widziała, jak jedno z trzech ramion wysuwa się, zwięk­sza­jąc dwu­krot­nie swą dłu­gość, i zacze­pia zakrzy­wio­nym koń­cem o jedną z lin prze­bie­ga­ją­cych nad budyn­kiem. Dru­gie ramię rów­nież zna­la­zło uchwyt na sąsied­niej linie i po nagłym prze­su­nię­ciu wago­nik zna­lazł się w powie­trzu. Przez chwilę zjeż­dżał po dwóch linach, ale po kilku sekun­dach druga lina skrę­ciła i ramię wago­nika nie mogło jej utrzy­mać; wów­czas gładko ją puściło, lecz nim wago­nik spadł na zie­mię, trze­cie ramię zro­biło zamach i pochwy­ciło inną linę, która prze­ci­nała ich drogę aku­rat w pobliżu. Znów jechali przez sekundę, potem znowu opa­dli, potem się wznie­śli, a Kho­uri cały czas dozna­wała w żołądku zna­nych sobie sen­sa­cji. Na pewno nie poma­gało jej to, że swój waha­dłowy ruch wago­nik odby­wał w spo­sób zda­wa­łoby się dowolny, jakby tra­jek­to­rię wybie­rał pod­czas drogi, w miarę potrzeby szczę­śli­wie znaj­du­jąc liny. Dla rów­no­wagi psy­chicz­nej Kho­uri robiła ćwi­cze­nia odde­chowe i nie­ustan­nie zaci­skała palce w czar­nej ręka­wiczce.

- Przy­znaję, że od pew­nego czasu nie wysta­wia­łem się na zapa­chy mia­sta - powie­dział Case. - Ale nie powin­naś narze­kać. Powie­trze nie jest tak brudne, jak się wydaje. Oczysz­cza­cze należą do nie­licz­nych urzą­dzeń na­dal funk­cjo­nu­ją­cych po zara­zie.

Teraz wago­nik wzniósł się ponad sku­pi­sko budyn­ków dziel­nicy, w któ­rej miesz­kała Kho­uri, i powoli odsła­niał się znacz­nie szer­szy widok Chasm City. Dziwne, że ten poskrę­cany las znie­kształ­co­nych kon­struk­cji był kie­dyś naj­bar­dziej dyna­micz­nym mia­stem w histo­rii ludz­ko­ści, miej­scem, gdzie pra­wie przez dwa wieki wyku­wały się arty­styczne i naukowe inno­wa­cje. Teraz nawet miesz­kańcy przy­zna­wali, że mia­sto pamię­tało lep­sze czasy. Bez spe­cjal­nej iro­nii nazy­wali je "Mia­stem, które ni­gdy się nie budzi", gdyż wiele tysięcy jego nie­gdy­siej­szych boga­czy leżało teraz zamro­żo­nych w krio­kryp­tach, prze­cze­ku­jąc wieki z nadzieją, że obecny okres to tylko chwi­lowa aber­ra­cja w dzie­jach mia­sta.

Gra­nicę Chasm City sta­no­wił natu­ralny ota­cza­jący mia­sto kra­ter o śred­nicy sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów. Wewnątrz kra­teru mia­sto miało kształt pier­ście­nia, ota­cza­ją­cego cen­tralną gar­dziel samej roz­pa­dliny. Było scho­wane pod osiem­na­stoma wycin­kami sfer, roz­pię­tych na ścia­nach kra­teru i się­ga­ją­cych do kra­wę­dzi roz­pa­dliny. Połą­czone na brze­gach, pod­parte w nie­któ­rych miej­scach wzmac­nia­ją­cymi wie­żami, wycinki przy­po­mi­nały zapad­nięte pokrowce na meblach w domu nie­dawno zmar­łej osoby. W miej­sco­wej gwa­rze nazy­wano to Moski­tierą, choć ist­niało rów­nież kilka innych okre­śleń w kilku róż­nych języ­kach. Osłony miały nie­zwy­kle istotne zna­cze­nie dla mia­sta. W atmos­fe­rze Yel­low­stone - zim­nej, nie­sta­bil­nej mie­szance azotu i metanu, usia­nej dłu­go­łań­cu­cho­wymi węglo­wo­do­rami - czło­wiek natych­miast by umarł. Na szczę­ście kra­ter dawał mia­stu schro­nie­nie przed naj­sil­niej­szymi wia­trami, a rosół gorą­cych gazów, wyrzu­ca­nych z roz­pa­dliny, i powo­dzie płyn­nego metanu mogły być w gwał­tow­nej reak­cji dość tanio prze­two­rzone na zdatne do oddy­cha­nia powie­trze. Na Yel­low­stone w kilku innych miej­scach ist­niały osie­dla znacz­nie mniej­sze od Chasm City i, by utrzy­mać swoje bios­fery, wszyst­kie musiały poko­ny­wać znacz­nie więk­sze trud­no­ści.

Kho­uri, gdy tylko przy­była na Yel­low­stone, pytała miej­sco­wych, dla­czego ktoś w ogóle zada­wał sobie trud zasie­dla­nia pla­nety tak nie­go­ścin­nej. Na Skraju Nieba toczyły się wojny, ale przy­naj­mniej można było tam żyć bez kopuł i sys­te­mów gene­ru­ją­cych atmos­ferę. Szybko się prze­ko­nała, że nie należy ocze­ki­wać logicz­nych odpo­wie­dzi, nawet jeśli zada­nego pyta­nia nie uznano za bez­czelną cie­ka­wość przy­by­sza. Przy­naj­mniej jedno było jasne, że roz­pa­dlina przy­cią­gnęła pierw­szych poszu­ki­wa­czy i wokół niej wyro­sła stała pla­cówka, a potem coś na kształt pogra­nicz­nego mia­steczka. Przy­by­wali wariaci, ryzy­kanci i sza­leni wizjo­ne­rzy, zwa­bieni mgli­stymi pogło­skami o bogac­twach w głę­bi­nach roz­pa­dliny. Nie­któ­rzy wró­cili do domów, roz­cza­ro­wani; nie­któ­rzy zgi­nęli w gorą­cych, tru­ją­cych głę­biach roz­pa­dliny. Nie­liczni jed­nak posta­no­wili tu zostać, ponie­waż coś im odpo­wia­dało w nie­bez­piecz­nej loka­li­za­cji rodzą­cego się mia­sta. Po pra­wie dwu­stu latach to sku­pi­sko budowli stało się... wła­śnie czymś takim.

Wyda­wało się, że mia­sto cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność we wszyst­kich kie­run­kach, jak gęsty las sęka­tych, splą­ta­nych budowli, stop­niowo giną­cych w mroku. Naj­star­sze kon­struk­cje pozo­sta­wały na­dal w zasa­dzie nie­na­ru­szone - pudeł­ko­wate budynki, które zacho­wały swój kształt pod­czas zarazy, ponie­waż ni­gdy nie posia­dały żad­nego sys­temu samo­na­praw­czego czy moder­ni­zu­ją­cego. Nowo­cze­sne budowle nato­miast przy­po­mi­nały teraz dziwne, prze­wró­cone do góry nogami lub wysu­szone, stare, wyrzu­cone przez morze drzewa w ostat­nim sta­dium próch­nie­nia. Kie­dyś te dra­pa­cze chmur miały budowę pro­stą, syme­tryczną, ale zaraza spo­wo­do­wała, że zaczęły roz­ra­stać się dziko, wypusz­czały bul­wia­ste wypustki i splą­tane, trą­dowe naro­śle. Wszyst­kie budynki były teraz mar­twe, zasty­głe w kształ­tach, jakby zapro­jek­to­wa­nych, by nie­po­koić. Do ich murów przy­warły slumsy, niż­sze poziomy były zagu­bione w rusz­to­wa­niach obskur­nych dziel­nic i roz­kle­ko­ta­nych baza­rów oświe­tlo­nych otwar­tymi ogni­skami. W slum­sach poru­szały się maleń­kie posta­cie, szły lub jechały rik­szami do pracy po dro­gach pro­wa­dzą­cych wśród sta­rych ruin. Bar­dzo mało pojaz­dów miało sil­niki, a te, które widziała Kho­uri, naj­praw­do­po­dob­niej dzia­łały na parę.

Slumsy ni­gdzie nie się­gały wyżej niż do dzie­sią­tego pię­tra budyn­ków - potem zapa­dały się pod wła­snym cię­ża­rem, więc przez dal­sze dwie­ście lub trzy­sta metrów budynki wzno­siły się gładko, w zasa­dzie nie­tknięte przez cho­ro­bliwe trans­for­ma­cje. Środ­kowe pię­tra wyda­wały się nie­za­miesz­kane i dopiero przy samym szczy­cie było widać ślady ludz­kiej obec­no­ści: wie­lo­war­stwowe struk­tury tkwiły jak gniazda żurawi wśród gałęzi zde­for­mo­wa­nych budyn­ków. Te nad­bu­dówki pysz­niły się osten­ta­cyj­nym bogac­twem i potęgą; jaśniały okna miesz­kań i jarzyły się neony. Z oka­pów dachów omia­tały dół reflek­tory, nie­kiedy oświe­tlały inne wago­niki, kur­su­jące mię­dzy dziel­ni­cami. Wago­niki wybie­rały drogę w sieci deli­kat­nych gałęzi, łączą­cych budynki niczym wypustki synap­tyczne. Miej­scowi nazy­wali to mia­sto w mie­ście Bal­da­chi­mem.

Kho­uri zauwa­żyła, że ni­gdy tam nie pano­wał praw­dziwy dzień. Ni­gdy nie czuła się cał­ko­wi­cie roz­bu­dzona, gdyż miała wra­że­nie, że w mie­ście kró­luje wieczny mrok.

- Case, kiedy zabiorą się do zeskro­by­wa­nia tego nalotu z Moski­tiery?

Ng par­sk­nął śmie­chem, co przy­po­mi­nało odgłos towa­rzy­szący mie­sza­niu żwirku w wia­drze.

- Praw­do­po­dob­nie ni­gdy. Chyba że ktoś wymy­śli spo­sób, jak na tym zaro­bić.

- I kto tu teraz oczer­nia mia­sto?

- Możemy sobie na to pozwo­lić. Kiedy skoń­czymy naszą sprawę, możemy pośpie­szyć ku karu­zeli razem ze wszyst­kimi innymi pięk­nymi ludźmi.

- W swych pudeł­kach. Wybacz, Case, nie licz na mnie na tym kon­kret­nym przy­ję­ciu. Pod­nie­ce­nie mogłoby mnie zabić. - Teraz widziała roz­pa­dlinę, gdyż wago­nik poru­szał się skra­jem sko­śnego wewnętrz­nego brzegu toro­idal­nej kopuły. Roz­pa­dlina była głę­bo­kim żle­bem w skale, o kru­sze­ją­cych ścia­nach zakrzy­wio­nych łagod­nie, a potem opa­da­ją­cych pio­nowo, z żyłami rur się­ga­ją­cych w głąb, w wydo­by­wa­jące się wyziewy, i pro­wa­dzą­cych do sta­cji uzdat­nia­nia atmos­fery, zaopa­tru­ją­cej mia­sto w powie­trze i cie­pło. - A skoro już o tym mówimy... o zabi­ja­niu... Jaka jest umowa na temat broni?

- Sądzisz, że dasz sobie z tym radę?

- Zapła­cisz, to sobie dam radę. Ale chcia­ła­bym wie­dzieć, z czym mam do czy­nie­nia.

- Jeśli to dla cie­bie pro­blem, lepiej poroz­ma­wiaj z Tara­schim.

- Wymie­nił tę rzecz?

- Drę­cząc szcze­gó­łami.

Teraz wago­nik zna­lazł się nad Pomni­kiem Osiem­dzie­siątki. Kho­uri ni­gdy go jesz­cze nie widziała pod takim kątem. Choć z poziomu ulicy pre­zen­to­wał się wspa­niale, to z góry widziało się znisz­cze­nia i pomnik wyglą­dał ponuro. Miał kształt czwo­ro­ścien­nej pira­midy, wykoń­czo­nej na zewnątrz tak, że przy­po­mi­nała tara­so­watą świą­ty­nię. Jego dolne poziomy obro­sły slum­sami i pod­po­rami. W pobliżu szczytu, powy­żej mar­mu­ro­wej okła­dziny, zaczy­nały się witraże, ale szkło było potłu­czone lub przy­kryte meta­lo­wymi pły­tami; tych znisz­czeń ni­gdy nie dostrze­gało się z ulicy. Widocz­nie tu miało odbyć się zabój­stwo. Kat nie znał na ogół miej­sca kaźni, chyba że Tara­schi wpi­sał je do warun­ków umowy. W Sha­dow­play kon­trakt na zabój­stwo zawie­rano zwy­kle wów­czas, gdy klient oce­niał, że w okre­sie wymie­nio­nym w kontr­ak­cie ma spore szanse unik­nąć prze­śla­dowcy. W ten spo­sób prak­tycz­nie nie­śmier­telni boga­cze odpę­dzali nudę, wytrą­cali życie z utar­tych kolein. Gdy prze­żyli - a prze­waż­nie tak się to koń­czyło - mieli się czym prze­chwa­lać.

Kho­uri mogła bar­dzo dokład­nie okre­ślić moment swego przy­stą­pie­nia do Sha­dow­play - nastą­piło to w dniu, gdy została oży­wiona na orbi­cie Yel­low­stone w karu­zeli admi­ni­stro­wa­nej przez zakon Lodo­wych Żebra­ków. Choć w oko­li­cach Skraju Nieba nie było żad­nych Lodo­wych Żebra­ków, Kho­uri sły­szała o nich i wie­działa coś o ich dzia­łal­no­ści. Two­rzyli ochot­ni­czą orga­ni­za­cję reli­gijną, nie­śli pomoc tym, któ­rzy, poko­nu­jąc prze­strzeń mię­dzy­gwiezdną, doznali szoku, na przy­kład cier­pieli na amne­zję poży­wie­niową - powszech­nie wystę­pu­jący efekt uboczny snu w chło­dziarce.

Samo takie roz­bu­dze­nie sta­no­wiło wia­do­mość bar­dzo złą. Może amne­zja Kho­uri była tak poważna, że wyma­zała wiele lat jej poprzed­niego życia, ale Kho­uri nie miała żad­nych wspo­mnień nawet z początku podróży mię­dzy­gwiezd­nej. Jej ostat­nie wspo­mnie­nia były dość kon­kretne: znaj­do­wała się w namio­cie medycz­nym na powierzchni Skraju Nieba, leżała na łóżku obok swego męża Fazila; oboje odnie­śli rany w strze­la­ni­nie; rany - choć nie były śmier­telne - naj­le­piej dałyby się wyle­czyć w jed­nym ze szpi­tali orbi­tal­nych. Sani­ta­riusz robił obchód i przy­go­to­wał ich na krót­kie zanu­rze­nie w zimny sen. Schło­dzeni mieli wyle­cieć pro­mem na orbitę i prze­by­wać w prze­cho­walni krio­ge­nicz­nej, aż zwol­nią się szu­flady chi­rur­giczne w szpi­talu. Pro­ces mógł trwać całe mie­siące, ale - jak z uśmie­chem zapew­nił ich sani­ta­riusz - wiele wska­zy­wało na to, że wojna cią­gle będzie się toczyć, gdy staną się znów zdolni do służby. Kho­uri i Fazil wie­rzyli sani­ta­riuszowi. Mimo wszystko byli zawo­do­wymi żoł­nie­rzami.

Potem została oży­wiona. Ale nie obu­dziła się na oddziale rekon­wa­le­scen­cji w szpi­talu orbi­tal­nym - miała przed sobą Lodo­wych Żebra­ków. Nie, wyja­śnili jej yel­low­stoń­skim akcen­tem, nie ma amne­zji. Nie doznała rów­nież żad­nych ura­zów w chłodni. Spo­tkało ją coś znacz­nie gor­szego.

Doszło do "pomyłki urzęd­ni­czej" - jak to okre­ślił naczelny Żebrak. Przy Skraju Nieba schrony krio­ge­niczne zostały tra­fione przez pocisk. Kho­uri i Fazil nale­żeli do nie­licz­nych, któ­rzy oca­leli, ale atak znisz­czył wszyst­kie dane schronu. Miej­scowi robili wszystko, by ziden­ty­fi­ko­wać zamro­żo­nych, ale nie­unik­nione były przy tym pomyłki. Kho­uri została wzięta za obser­wa­torkę Demar­chi­stów, która przy­była na Skraj Nieba, by przyj­rzeć się woj­nie, i już goto­wała się do powrotu na Yel­low­stone, kiedy padła ofiarą tego samego ataku co Kho­uri. Kho­uri szybko pod­dano zabie­gowi chi­rur­gicz­nemu i umiesz­czono na statku, który miał natych­miast odle­cieć. Nie­stety nie popeł­niono tego samego błędu w sto­sunku do Fazila. Gdy Kho­uri była uśpiona, poko­nu­jąc dystans lat świetl­nych do Epsi­lon Eri­dani, Fazil sta­rzał się z pręd­ko­ścią jed­nego roku na rok jej lotu. Oczy­wi­ście szybko odkryto pomyłkę, ale za późno. Przez dzie­się­cio­le­cia żaden sta­tek nie miał lecieć tym kur­sem. I nawet gdyby Kho­uri natych­miast wyru­szyła do Skraju Nieba - co też było nie­moż­liwe, gdyż statki zacu­mo­wane teraz przy Yel­low­stone miały inne porty prze­zna­cze­nia - minę­łoby pra­wie czter­dzie­ści lat, nim spo­tka­łaby Fazila. Przez ten czas Fazil w ogóle by nie wie­dział, że ona wraca; korzy­stałby z życia, ponow­nie by się oże­nił, miał dzieci, może nawet wnuki. Cóż by go powstrzy­my­wało? Po swym powro­cie byłaby dla niego jak duch z poprzed­niego życia, od dawna nie­mal zapo­mniany. O ile oczy­wi­ście Fazil nie zgi­nął wkrótce po powro­cie do walk.

Dopiero teraz, gdy Lodowi Żebracy wyja­śnili jej wszyst­kie oko­licz­no­ści, Kho­uri uświa­do­miła sobie, jak powolne jest świa­tło. W kosmo­sie nic nie poru­szało się prę­dzej... ale teraz zro­zu­miała, że to szyb­kość lodowca, w porów­na­niu z tą, która byłaby konieczna do pod­trzy­ma­nia ich wza­jem­nej miło­ści. W jed­nej okrut­nej chwili pojęła z całą jasno­ścią, że struk­tura wszech­świata, jego prawa fizyczne, sprzy­się­gły się prze­ciw niej, spo­wo­do­wały sytu­ację prze­ra­ża­jącą i bez­na­dziejną. Byłoby znacz­nie łatwiej, o wiele łatwiej, gdyby wie­działa, że Fazil nie żyje. A teraz dzie­liła ich prze­paść czasu i prze­strzeni. Kho­uri czuła ostry gniew, który wyma­gał roz­ła­do­wa­nia, jeśli nie miał jej roz­sa­dzić od wewnątrz.

Potem, tego samego dnia, gdy przy­szedł do niej tam­ten czło­wiek i zapro­po­no­wał pracę kon­trak­to­wego zabójcy, nad­zwy­czaj łatwo się zgo­dziła.

Nazy­wał się Tan­ner Mira­bel; żoł­nierz ze Skraju, podob­nie jak ona. Miał nosa - wyczu­wał poten­cjal­nych nowych zabój­ców. Gdy tylko Kho­uri została roz­mro­żona, jego pod­łą­cze­nia sie­ciowe prze­ka­zały mu infor­ma­cje o jej przy­go­to­wa­niu żoł­nier­skim. Mira­bel podał jej kon­takt biz­ne­sowy: nie­ja­kiego pana Ng, pro­mi­nent­nego her­me­tyka. Szybko odbyła się roz­mowa z Ngiem, potem Kho­uri pod­dano testom psy­cho­me­trycz­nym. Zabójcy - jak się oka­zało - musieli nale­żeć do naj­zdrow­szych psy­chicz­nie, do ludzi o naj­bar­dziej ana­li­tycz­nych umy­słach. Musieli wie­dzieć dokład­nie, kiedy zabój­stwo jest legalne, a kiedy prze­kra­cza roz­mytą linię i staje się mor­der­stwem, i gwał­tow­nie zepchnąć akcje firmy w dół, do Mierzwy.

Z łatwo­ścią prze­szła wszyst­kie testy.

Były rów­nież inne rodzaje testów. Zle­ce­nio­dawcy życzyli sobie cza­sami prze­myśl­nych spo­so­bów zabój­stwa, po cichu licząc na to, że w isto­cie ni­gdy do niego nie doj­dzie, ponie­waż wyobra­żali sobie, że są na tyle sprytni i zaradni, że uda im się prze­chy­trzyć zabójcę, choćby pościg trwał całe tygo­dnie lub mie­siące. Kho­uri musiała osią­gnąć natu­ralną wprawę we wszel­kich rodza­jach broni i oka­zało się, że ma do tego dryg. Takiego talentu ni­gdy u sie­bie nie podej­rze­wała.

Ale broni, jaką zosta­wiła pod poduszką wróżka, ni­gdy wcze­śniej nie widziała.

W ciągu zale­d­wie minuty zorien­to­wała się, jak pasują do sie­bie pre­cy­zyjne czę­ści kara­binu. Gdy się go zło­żyło, miał kształt kara­binu snaj­per­skiego z zabaw­nie grubą, per­fo­ro­waną lufą. Maga­zy­nek zawie­rał kilka strzał­ko­wych kul - to były czarne włócz­niki. Przy ryju każ­dej z kul wid­niał mały sym­bol zagro­że­nia bio­lo­gicz­nego - holo­gra­ficzna tru­pia główka. Kho­uri zdzi­wiła się - dotąd nie uży­wała tok­syn do zabój­stwa.

O co cho­dzi z tym Pomni­kiem?

- Case, jesz­cze jedno... - zaczęła Kho­uri.

W tym momen­cie wago­nik łup­nął o ulicę; rik­sza­rze zaczęli gwał­tow­nie peda­ło­wać, by unik­nąć koli­zji. Na siat­kówce Kho­uri nagle wysko­czyła bramka. Kho­uri prze­su­nęła mały palec po jej szcze­li­nie kre­dy­to­wej, obcią­ża­jąc bez­pieczny rachu­nek w Bal­da­chi­mie, który nie miał żad­nych dają­cych się wyśle­dzić powią­zań z Punk­tem Omega - zasad­ni­cza sprawa, gdyż każdy usto­sun­ko­wany cel łatwo mógł wytro­pić ruchy zabójcy, śle­dząc zmarszczki, jakie zosta­wiał na postrzę­pio­nym sys­te­mie finan­so­wym pla­nety. Nale­żało dbać o zasłony i żalu­zje.

Kho­uri odchy­liła drzwi i wysko­czyła na zewnątrz. Jak zawsze na dole mżyło: deszcz wewnętrzny - tak to nazy­wano. Natych­miast zaata­ko­wał ją zapach Mierzwy - połą­cze­nie fetoru ście­ków i potu, goto­wa­nych przy­praw, ozonu i dymu. I wszech­obecny hałas. Nie­ustanny ruch riksz, dźwięk ich dzwon­ków i pisk klak­so­nów two­rzyły stały łoskot, na tle któ­rego wybi­jały się nawo­ły­wa­nia prze­kup­niów, krzyki zwie­rząt w klat­kach, pie­śni śpie­wane na żywo i prze­mowy holo­gra­mów w języ­kach tak róż­nych, jak współ­cze­sny norte i kana­zjań­ski.

Kho­uri zało­żyła fedorę o sze­ro­kim ron­dzie i pod­nio­sła koł­nierz się­ga­ją­cego jej do kolan płasz­cza. Wago­nik wzniósł się i pochwy­cił dyn­da­jące liny. Wkrótce znik­nął wśród innych cętek, prze­su­wa­ją­cych się w brą­zo­wych otchła­niach zada­szo­nego nieba.

- No cóż, Case. Teraz ty pro­wa­dzisz przed­sta­wie­nie - rze­kła Kho­uri.

Jego głos brzmiał teraz w jej czaszce.

- Uwierz mi, co do tego faceta mam bar­dzo dobre prze­czu­cia.

***

Rada kapi­tana jest dosko­nała, pomy­ślała Ilia Volyova. Zabi­cie Nagor­nego rze­czy­wi­ście było jedyną sen­sowną opcją. A Nagorny znacz­nie jej uła­twił zada­nie: pró­bo­wał wcze­śniej ją zabić i w ten spo­sób wspa­niale usu­nął wszel­kie moralne roz­terki.

Wszystko to miało miej­sce kilka mie­sięcy czasu stat­ko­wego temu, a ona długo nie brała się do posta­wio­nego zada­nia. Wkrótce jed­nak sta­tek przy­bę­dzie w pobliże Yel­low­stone i inni wyjdą z zim­nego snu. Wtedy jej opcje zostaną ogra­ni­czone, gdyż musi kła­mać, że Nagorny zmarł pod­czas snu z powodu jakiejś wia­ry­god­nej usterki kasety chłod­ni­czej.

Teraz musiała się sprę­żyć do dzia­ła­nia. Sie­działa cicho w swoim labo­ra­to­rium, zbie­rała siły do tego, co musiała zro­bić. Według stan­dar­dów Nostal­gii za Nie­skoń­czo­no­ścią apar­ta­menty Volyovej nie były duże; gdyby chciała, mogła sobie przy­dzie­lić kilka pokoi. Ale po co? Gdy czu­wała, pra­wie całą uwagę poświę­cała uzbro­je­niu. Gdy spała, śniła o uzbro­je­niu. Pozwa­lała sobie na nieco luk­susu, gdy na "uży­wa­nie" zosta­wało jej tro­chę czasu, i jak na swoje potrzeby prze­strzeń miała wystar­cza­jącą - łóżko i parę sprzę­tów o prak­tycz­nej kon­struk­cji, choć sta­tek mógłby jej dostar­czyć meble w dowol­nym stylu. Przy kwa­te­rze znaj­do­wał się mały aneks, gdzie urzą­dziła labo­ra­to­rium i tylko tu wypo­sa­że­nie cha­rak­te­ry­zo­wało się wielką dba­ło­ścią o szcze­góły. W labo­ra­to­rium pra­co­wała nad spo­so­bami wyle­cze­nia kapi­tana, zbyt jesz­cze spe­ku­la­tyw­nymi, by opo­wie­dzieć o tym zało­dze; nie chciała w niej wzbu­dzać próż­nej nadziei.

Tu też prze­cho­wy­wała głowę Nagor­nego, od czasu jego śmierci.

Zamro­żoną, oczy­wi­ście, pocho­waną w heł­mie sta­rego typu, który przy­jął stan awa­ryj­nej krio­pre­zer­wa­cji natych­miast, gdy tylko odkrył, że osoba wewnątrz już nie żyje. Volyova sły­szała, że ist­nieją hełmy z ostrymi jak brzy­twa prze­sło­nami wbu­do­wa­nymi w szyję, które w nagłych przy­pad­kach szybko i czy­sto odłą­czają głowę od reszty ciała, ale ten hełm nie miał takiej cechy.

Nagorny jed­nak zmarł w inte­re­su­jący spo­sób.

Volyova zbu­dziła kapi­tana i wyja­śniła mu sytu­ację Nagor­nego: jak zbroj­mistrz stra­cił rozum przez jej eks­pe­ry­menty. Opo­wie­działa kapi­ta­nowi o pro­ble­mach, na jakie natknęła się po pod­łą­cze­niu Nagor­nego do sys­temu cen­trali uzbro­je­nia za pośred­nic­twem implan­tów, które wsz­cze­piła mu w głowę. Wspo­mniała nawet, że Nagor­nego drę­czyły powra­ca­jące kosz­mary; potem szybko prze­szła do rze­czy zasad­ni­czej: rekrut zaata­ko­wał ją i znik­nął w cze­lu­ściach statku. Kapi­tan nie dopy­ty­wał się o kosz­mary i Volyova była z tego zado­wo­lona, gdyż nie­chęt­nie by o nich mówiła, a już z pew­no­ścią nie chcia­łaby ana­li­zo­wać ich tre­ści.

Potem jed­nak doszła do wnio­sku, że trudno jej igno­ro­wać ten temat. Kosz­mary, choć nie­po­ko­jące, nie były przy­pad­kowe. Jak się zdo­łała zorien­to­wać, bar­dzo szcze­gó­łowe kosz­mary Nagor­nego powta­rzały się z wielką regu­lar­no­ścią. Prze­waż­nie doty­czyły istoty zwa­nej Zło­dzie­jem Słońca. Jak się wyda­wało, Zło­dziej był oso­bi­stym drę­czy­cie­lem Nagor­nego. Nie było jasne, w jaki spo­sób uka­zy­wał się Nagor­nemu, ale bez wąt­pie­nia mara powo­do­wała poczu­cie wszech­ogar­nia­ją­cego zła. Volyova miała próbkę tego w szki­cach, które kie­dyś zna­la­zła w kwa­te­rze Nagor­nego: gorącz­kowe rysunki ołów­kiem uka­zy­wały ohydne, pta­ko­kształtne stwo­rze­nia, szkie­le­to­po­dobne o pustych oczo­do­łach. Jeśli to przed­sta­wiało sza­leń­stwo Nagor­nego, obraz był wię­cej niż ade­kwatny. Jak te uro­je­nia odno­siły się do sesji w cen­trali? Jaki nie­prze­wi­dy­walny kiks w ner­wo­wym inter­fej­sie Volyovej prze­pusz­czał prąd do tej czę­ści umy­słu, który pro­du­ko­wał prze­ra­że­nia? Gdy spoj­rzała na to wstecz, zro­zu­miała, że wszystko chciała za bar­dzo przy­śpie­szyć. Ale prze­cież wyko­ny­wała tylko roz­kazy Saja­kiego, by dopro­wa­dzić uzbro­je­nie do stanu peł­nej goto­wo­ści.

Zatem Nagorny umknął, skrył się w nie­mo­ni­to­ro­wa­nych zaka­mar­kach statku. Rada kapi­tana - wytro­pić i zabić Nagor­nego - współ­grała z jej intu­icją. Jed­nakże wiele dni zabrało Volyovej roz­miesz­cze­nie sieci sen­so­rycz­nych w licz­nych kory­ta­rzach i wysłu­chi­wa­nie swych szczu­rów w poszu­ki­wa­niu jakie­go­kol­wiek dowodu obec­no­ści Nagor­nego. Sprawa sta­wała się bez­na­dziejna. Wszystko wska­zy­wało na to, że Nagorny na­dal będzie buszo­wał na wol­no­ści, gdy sta­tek przy­leci do układu Yel­low­stone i inni człon­ko­wie załogi zostaną obu­dzeni...

Ale wtedy Nagorny popeł­nił dwa błędy - ostat­nie wykwity sza­leń­stwa. Po pierw­sze, wtar­gnął do kwa­ter Volyovej i krwią z wła­snych arte­rii nama­zał na ścia­nie wia­do­mość. Bar­dzo pro­stą wia­do­mość. Wcze­śniej mogłaby się domy­ślić dwóch słów, które Nagorny posta­no­wił jej pozo­sta­wić:

Zło­dziej Słońca.

Potem, na kra­wę­dzi racjo­nal­no­ści, zwę­dził jej hełm kosmiczny, zosta­wia­jąc resztę ska­fan­dra. Wła­ma­nie ścią­gnęło Volyovą do jej pie­le­szy i gdy skra­dała się ostroż­nie, Nagor­nemu udało się zła­pać ją w pułapkę. Ode­brał jej pisto­let, który miała przy sobie, kazał zało­żyć ręce na kark i masze­ro­wać dłu­gim kory­ta­rzem do naj­bliż­szej windy. Volyova usi­ło­wała sta­wiać opór, ale Nagorny dys­po­no­wał siłą wariata i uścisk miał sta­lowy. Doszła jed­nak do wnio­sku, że pojawi się oka­zja do ucieczki, gdy nad­je­dzie winda.

Nagorny jed­nak nie miał zamiaru cze­kać na windę. Pisto­le­tem Volyovej otwo­rzył siłą drzwi, odsła­nia­jąc prze­paść szybu windy. Bez cere­gieli, nawet bez poże­gna­nia, zepchnął ją w dziurę.

To był straszny błąd.

Szyb prze­bie­gał przez sta­tek z góry na dół: Volyova spa­da­łaby parę kilo­me­trów, nim dotar­łaby do dna. I przez kilka chwil, gdy serce jej zamarło, przy­pusz­czała, że to wła­śnie się sta­nie: będzie leciała, aż osta­tecz­nie się roz­trza­ska, i nie miało zna­cze­nia, czy spa­da­nie trwa­łoby parę sekund, czy pra­wie minutę. Ściany szybu były gład­kie, ruch w nich nie dawał tar­cia, nie było żad­nego spo­sobu, by się cze­goś chwy­cić albo powstrzy­mać upa­dek.

Volyovą cze­kała śmierć.

Nagle z zimną krwią - co ją samą póź­niej zaszo­ko­wało - część jej umy­słu jesz­cze raz prze­ana­li­zo­wała pro­blem: Volyova zoba­czyła sie­bie nie spa­da­jącą przez sta­tek, ale sta­bil­nie uno­szącą się w abso­lut­nym spo­koju w sto­sunku do gwiazd. Poru­szał się nato­miast sta­tek - pędził w jej stronę. Ona wcale nie przy­śpie­szała, a jedy­nym sprawcą przy­śpie­sze­nia statku była jego siła ciągu, którą Volyova mogła ste­ro­wać swą bran­so­letą.

Nie miała czasu, by zasta­na­wiać się nad szcze­gó­łami. W jej umy­śle wybuchł pomysł i wie­działa, że albo natych­miast wpro­wa­dzi go w czyn, albo podda się losowi. Mogła powstrzy­mać spa­da­nie - pozorne spa­da­nie - kie­ru­jąc ciąg statku w odwrotną stronę tak długo, jak potrzebne by to było do osią­gnię­cia pożą­da­nego skutku. Nomi­nalny ciąg wyno­sił 1 g, dla­tego Nagorny tak łatwo uznał sta­tek za coś w rodzaju wyso­kiego budynku. Volyova spa­dała przez jakieś dzie­sięć sekund, a jej umysł cały czas ana­li­zo­wał sytu­ację. Więc jak to usta­wić? Dzie­sięć sekund ciągu minus 1 g? Nie, to zbyt zacho­waw­cze. Szyb nad nią mógłby oka­zać się za krótki. Lepiej na sekundę zwięk­szyć ciąg do 10 g - wie­działa, że sil­niki są do tego zdolne. Manewr nie zaszko­dziłby pozo­sta­łym człon­kom załogi, bez­piecz­nie spo­czy­wa­ją­cym w koko­nach chłodni. Rów­nież ona, Volyova, nie dozna żad­nego uszczerbku - zoba­czy tylko, jak ściany szybu nagle wstrzy­mają swój gwał­towny pęd.

A tym­cza­sem Nagorny nie miał tak dobrej ochrony.

W prak­tyce wszystko oka­zało się trud­niej­sze - pęd powie­trza dusił jej głos, gdy wrzesz­czała do bran­so­lety sto­sowne instruk­cje. Nastą­piły drę­czące chwile, nim sta­tek zare­ago­wał i posłusz­nie ruszył zgod­nie z jej wolą.

Potem zna­la­zła Nagor­nego. Utrzy­mane przez sekundę 10 g ciągu nor­mal­nie nie koń­czyło się śmier­cią, ale Volyova nie zre­du­ko­wała pręd­ko­ści do zera w jed­nym posu­nię­ciu. Osią­gnęła to metodą prób i błę­dów i przy każ­dym impul­sie Nagorny był ciskany to o sufit, to o pod­łogę.

Ona sama została ranna. Ude­rzyw­szy o ścianę szybu, zła­mała nogę, ale teraz już się to zale­czyło i ból został tylko mgli­stym wspo­mnie­niem. Pamię­tała, jak lase­ro­wym nożem chi­rur­gicz­nym odcięła Nagor­nemu głowę; musiała ją otwo­rzyć, by dostać się do spe­cja­li­zo­wa­nych, zaszy­tych w jego mózgu implan­tów. Implanty były deli­katne, a ponie­waż powstały pod­czas żmud­nego pro­cesu sty­mu­lo­wa­nego wzro­stu mole­ku­lar­nego, Volyova wola­łaby nie powta­rzać tej pro­ce­dury.

Teraz nad­szedł czas, by je usu­nąć.

Wyjęła głowę z hełmu, zanu­rzyła ją w kąpieli z cie­kłego azotu. Potem wsu­nęła dło­nie do dwóch par ręka­wic zawie­szo­nych nad sto­łem labo­ra­to­ryj­nym w rusz­to­wa­niu tło­ków. Maleń­kie, świe­cące instru­menty medyczne zaszu­miały i opa­dły nad czaszkę, gotowe do pocię­cia jej na pla­stry, które potem z dia­bel­ską pre­cy­zją zostaną zło­żone z powro­tem. Wcze­śniej jed­nak Volyova zamie­rzała wło­żyć imi­ta­cję implan­tów, żeby - jeśli potem kie­dy­kol­wiek badano by głowę - nie wydało się, że Volyova coś z niej usu­nęła. Głowę trzeba będzie przy­cze­pić do ciała, ale teraz Volyova się tym nie przej­mo­wała. Gdy inni dowie­dzą się, co się stało z Nagor­nym - czyli poznają wer­sję, którą ona im przed­stawi - nie rzucą się do szcze­gó­ło­wych badań. Oczy­wi­ście Sudjic będzie robić pro­blemy - ona i Nagorny byli kochan­kami, póki Nagorny nie osza­lał.

Ilia Volyova prze­kro­czy ten most, gdy do niego dotrze, tak jak wie­lo­krot­nie czy­niła to już poprzed­nio.

Tym­cza­sem, grze­biąc głę­boko w gło­wie Nagor­nego, już zaczy­nała pla­no­wać, kim go zastąpi.

Z pew­no­ścią nikim z obec­nych teraz na pokła­dzie statku.

Może w pobliżu Yel­low­stone znaj­dzie nowego rekruta.

***

- Case, czy już jest cie­pło?

Głos wró­cił, roz­ma­zany i drżący, przez masę budyn­ków ponad jej głową.

- Cie­pło, cie­pło, aż się żarzymy, moja droga. Trzy­maj się i pil­nuj, by nie tra­cić strza­łek tok­sycz­nych.

- Wła­śnie, Case...

Kho­uri zanur­ko­wała w bok, gdy w bli­skiej odle­gło­ści prze­ma­sze­ro­wali trzej Nowi Komuso; głowy mieli osło­nięte wikli­no­wymi heł­mami w kształ­cie wia­der. Ich sha­ku­ha­chi - kije bam­bu­sowe - prze­cięły powie­trze jak kije che­er­le­ade­rek, prze­ga­nia­jąc w cień stado mał­pek kapu­cy­nek.

- Co się sta­nie, jeśli wykoń­czymy jakie­goś poma­giera Tara­schiego? - zapy­tała.

- To wyklu­czone - stwier­dził Ng. - Tok­syny są ści­śle dosto­so­wane do bio­che­mii Tara­schiego. Jeśli tra­fisz inną osobę, odnie­sie ona tylko brzydką ranę kłutą.

- Nawet jeśli tra­fię klon Tara­schiego?

- Sądzisz, że to moż­liwe?

- Tylko pyta­łam. - Zasko­czyło ją, że Case jest nie­zwy­kle ner­wowy.

- W każ­dym razie, jeśli Tara­schi miałby klon i przez pomyłkę byśmy go zabili, to jego pro­blem, nie nasz. Wszystko jest napi­sane drobną czcionką. Powin­naś to kie­dyś prze­czy­tać.

- Mogę spró­bo­wać, gdy dopad­nie mnie egzy­sten­cjalna nuda - odparła Kho­uri.

Zesztyw­niała, gdyż nagle sytu­acja stała się inna. Ng zamilkł, miast jego głosu sły­szała wyraźne pul­so­wa­nie, mięk­kie i złe, jak echo­lo­ka­cyjny puls dra­pież­nika. W ciągu ostat­nich sze­ściu mie­sięcy sły­szała ten ton kil­ka­na­ście razy, zawsze sygna­li­zo­wał bli­skość celu. Ozna­czał, że Tara­schi znaj­do­wał się w odle­gło­ści mniej­szej niż pięć­set metrów, suge­ro­wał wyraź­nie, że ofiara była wewnątrz samego Pomnika.

Posu­nię­cia gry stały się teraz ogól­no­do­stępne. Tara­schi powi­nien o tym wie­dzieć, gdyż iden­tyczne urzą­dze­nie implan­to­wane mu w bez­piecz­nej kli­nice Bal­da­chimu gene­ro­wało podobne pul­so­wa­nie w jego gło­wie. W Chasm City roz­ma­ite sieci medialne, skon­cen­tro­wane na Sha­dow­play, nawet w tej chwili wysy­łały zespoły repor­te­rów na miej­sce zabój­stwa. Kilku szczę­śliw­ców już mogło cza­to­wać w pobliżu.

Gdy Kho­uri szła dalej pod pla­cem Pomnika, pul­so­wa­nie stało się nieco szyb­sze. Tara­schi musiał być nad nią, w samym Pomniku, więc ich wza­jemna odle­głość pra­wie się nie zmie­niła.

Plac poni­żej był potrza­skany - leżał nie­bez­piecz­nie bli­sko Roz­pa­dliny i pod­łoże tąp­nęło. Poprzed­nio pod budowlą znaj­do­wał się kom­pleks han­dlowy, ale teraz wkro­czyła tam Mierzwa. Naj­niż­sze poziomy były zalane, zato­pione chod­niki wynu­rzały się z wody barwy kar­melu. Czwo­ro­ścian Pomnika wzno­sił się wysoko ponad zala­nym pla­cem, wsparty na mniej­szej odwró­co­nej pira­mi­dzie wmon­to­wa­nej głę­boko w ska­li­ste pod­łoże. Do budowli pro­wa­dziło tylko jedno wej­ście. A to zna­czyło, że Tara­schi jest już tru­pem, jeśli zła­pie go na osob­no­ści. W tym celu musiał przejść po moście nad pla­cem, a wów­czas czło­wiek wewnątrz dowie się, że nad­cho­dzi. Zasta­na­wiała się, jakie myśli prze­my­kają teraz przez jego umysł. W snach czę­sto widziała się w jakimś pół­opusz­czo­nym mie­ście, gdzie ściga ją bez­li­to­sny myśliwy. Teraz Tara­schi doświad­czał takiego samego prze­ra­że­nia w świe­cie rze­czy­wi­stym. Myśliwy ze snów ni­gdy nie musiał poru­szać się szybko - to sta­no­wiło część nie­przy­jem­no­ści - wszak ona ucie­kała roz­pacz­li­wie, jakby w zagęsz­czo­nym powie­trzu, z obcią­żo­nymi nogami, a myśliwy sunął powoli, co wyni­kało z jego wiel­kiej cier­pli­wo­ści i wie­dzy.

Kho­uri prze­szła przez most - pul­so­wa­nie się wzmo­gło. Wil­gotny grunt pokry­wał żwir. Od czasu do czasu pul­so­wa­nie zwal­niało, a potem przy­śpie­szało - znak, że Tara­schi poru­szał się wewnątrz budowli. Teraz nie mógł umknąć. Mógł dopro­wa­dzić do tego, że spo­tka­nie odby­łoby się na dachu, ale gdyby wyko­rzy­stał trans­port powietrzny, naru­szyłby warunki kon­traktu. Zwią­zana z tym hańba byłaby w salo­nach Bal­da­chimu czymś strasz­nym - już lepiej dać się zabić.

Kho­uri prze­szła do atrium w pod­trzy­mu­ją­cej Pomnik pira­mi­dzie. Wewnątrz było ciemno, oczy przy­zwy­cza­iły się dopiero po kilku chwi­lach. Kho­uri wysu­nęła z płasz­cza kara­bin tok­sy­nowy i spoj­rzała na wej­ście, spraw­dza­jąc, czy Tara­schi nie zamie­rza umknąć. Nic dziw­nego, że go tu nie ma; atrium było puste, złu­pione. Deszcz bęb­nił o metal. Kho­uri spoj­rzała w górę - chmura prze­rdze­wia­łych, znisz­czo­nych rzeźb zwi­sała z sufitu na mie­dzia­nych linach. Kilka rzeźb spa­dło na mar­mu­rowy taras, skrzy­dła meta­lo­wych pta­ków wbiły się w pod­łoże. Miękko ryso­wały się w pyle, który jak zaprawa murar­ska wypeł­nił miej­sca mię­dzy lot­kami. Spoj­rzała na sufit.

- Tara­schi?! - zawo­łała. - Sły­szysz mnie? Nad­cho­dzę.

Zasta­no­wiła się przez chwilę, dla­czego jesz­cze nie ma tu ludzi z tele­wi­zji. To dziwne; tak bli­sko zabój­stwa, a oni nie wypa­trują krwi, krą­żąc wokół niej, a wraz z nimi spon­ta­niczny tłum, który nie­odmien­nie przy­cią­gali.

Nie odpo­wie­dział na jej woła­nie. Wie­działa jed­nak, że jest gdzieś nad sufi­tem. Prze­mknęła przez atrium do krę­co­nych scho­dów wio­dą­cych w górę. Szybko po nich weszła, rozej­rzała się za dużymi przed­mio­tami, które mogłaby roz­sta­wić, by zablo­ko­wać Tara­schiemu drogę ucieczki. Widziała tu wiele zruj­no­wa­nych eks­po­na­tów i mebli. Zaczęła ścią­gać je na stos na szczy­cie scho­dów, który raczej opóź­nił Tara­schiego, niż cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wił mu wyj­ście, ale to jej wystar­czało.

Nim wyko­nała połowę pracy, spo­ciła się i zesztyw­niał jej grzbiet. Przez chwilę odzy­ski­wała siły, roz­glą­da­jąc się wokół; arpeg­gio w jej gło­wie sta­no­wiło potwier­dze­nie, że Tara­schi na­dal jest w pobliżu.

Górna część pira­midy zawie­rała indy­wi­du­alne kapliczki Osiem­dzie­siątki. Małe pomniki umiesz­czone we wnę­kach impo­nu­ją­cych ścian z czar­nego mar­muru, które się­gały nie­mal zawrot­nie wyso­kiego sufitu, wspie­rane po bokach przez kolumny z karia­ty­dami w suge­styw­nych pozach. Prze­świe­tlone łukami ściany z każ­dej strony ogra­ni­czały widok do kil­ku­dzie­się­ciu metrów. Trzy trój­kątne boki skle­pie­nia były w nie­któ­rych miej­scach prze­bite. Do środka wpa­dały smugi świa­tła o bar­wie sepii. Przez więk­sze szcze­liny lał się deszcz. Kho­uri zauwa­żyła, że sporo nisz było pustych - te kapliczki zostały albo złu­pione, albo rodziny człon­ków Osiem­dzie­siątki posta­no­wiły prze­nieść memo­riały w bez­piecz­niej­sze miej­sce. Została może połowa. Mniej wię­cej dwie trze­cie z nich repre­zen­to­wało ten sam styl: obrazy, bio­gra­fie, pamiątki po zmar­łym usta­wione stan­dar­dowo. Nie­które, bar­dziej wyszu­kane, miały holo­gramy lub rzeźby, a w paru - dość upiorny pomysł - stały praw­dziwe zabal­sa­mo­wane ciała ludzi, bez wąt­pie­nia dzieło zręcz­nego wypy­cha­cza, któ­remu udało się zama­sko­wać najwięk­sze znie­kształ­ce­nia doko­nane przez pro­ce­durę, jaka zabiła daną osobę.

Kho­uri nie tknęła naj­le­piej zacho­wa­nych kapli­czek, brała przed­mioty tylko z tych naj­bar­dziej zde­wa­sto­wa­nych, ale i tak czuła się nie­swojo po takim akcie wan­da­li­zmu. Popier­sia oka­zały się uży­teczne - odpo­wied­nich roz­mia­rów, tak że Kho­uri mogła je unieść, pod­kła­da­jąc pod spód palce. Nie usta­wiała ich na sto­sie na szczy­cie scho­dów - zrzu­cała je z góry. Więk­szość z nich miała wydłu­bane oczy - nie­gdyś z dro­go­cen­nych kamieni. Rzeźby natu­ral­nej wiel­ko­ści znacz­nie trud­niej się prze­su­wało i Kho­uri udało się poru­szyć tylko jedną.

Wkrótce bary­kada była gotowa. Pię­trzyły się w niej obtłu­czone głowy o twa­rzach peł­nych god­no­ści, nie­po­ru­szo­nych tym, co im wyrzą­dzono. U stóp stosu leżały mniej­sze graty: wazony, biblie i lojalne ser­wi­tory. Kho­uri wie­działa, że gdyby Tara­schi zaczął roz­bie­rać stos, chcąc dostać się na schody, usły­szy go i zdąży dobiec na czas. Nawet dobrze by było zabić go na tym sto­sie, bo przy­po­mi­nał nieco Gol­gotę.

Przez cały czas nasłu­chi­wała jego ostroż­nych kro­ków, któ­rych odgłos dobie­gał gdzieś zza czar­nych, dzie­lą­cych prze­strzeń ścian.

- Tara­schi! - zawo­łała. - Uła­twij sobie sprawę. Stąd nie ma ucieczki.

Jego odpo­wiedź zabrzmiała nad­zwy­czaj mocno i pew­nie:

- Mylisz się, Ana. Wła­śnie z powodu ucieczki jeste­śmy tutaj.

Cho­lera. Nie powi­nien znać jej imie­nia.

- Ucieczka to śmierć, tak?

- Coś w tym rodzaju - odparł roz­ba­wiony.

Nie po raz pierw­szy spo­tkała u swych prze­ciw­ni­ków taką bra­wurę za pięć dwu­na­sta. Podzi­wiała ich nawet za to.

- Chcesz, żebym przy­szła i cię zna­la­zła, tak?

- Czemu nie, skoro zabrnę­li­śmy tak daleko.

- Rozu­miem. Chcesz dostać to, za co zapła­ci­łeś. Kon­trakt z tyloma klau­zu­lami, jak w tym wypadku, nie mógł być tani.

- Klau­zu­lami? - Pul­so­wa­nie w jej gło­wie prze­su­nęło się nie­znacz­nie, entu­zja­stycz­nie.

- Ta broń i fakt, że jeste­śmy tu sami.

- Ach tak, to kosz­to­wało - odparł Tara­schi. - Ale chcia­łem, żeby to były sprawy oso­bi­ste. Kiedy docho­dzi do sytu­acji osta­tecz­nych.

Kho­uri zaczy­nała się dener­wo­wać. Ni­gdy przed­tem nie roz­ma­wiała ze swoim celem. Zwy­kle było to nie­moż­liwe w towa­rzy­stwie wyją­cego, żąd­nego krwi tłumu, jaki gra przy­cią­gała. Przy­go­to­wu­jąc kara­bin tok­sy­nowy, powoli szła przej­ściem.

- Po co ta klau­zula pry­wat­no­ści? - spy­tała. Nie mogła prze­rwać tej roz­mowy.

- God­ność. Mogę grać w tę grę, ale nie muszę się pla­mić w cza­sie jej trwa­nia.

- Jesteś bar­dzo bli­sko - powie­działa Kho­uri.

- Tak, bar­dzo bli­sko.

- Nie boisz się?

- Natu­ral­nie, że się boję. Ale życia, nie śmierci. Całe mie­siące zajęło mi osią­gnię­cie tego stanu. - Odgłos jego kro­ków ucichł. - Co myślisz o tym miej­scu, Ana?

- Nale­ża­łoby tro­chę o nie zadbać.

- Zostało dobrze wybrane, musisz przy­znać.

Skrę­ciła w przej­ście przy ścia­nie. Jej cel stał przy jed­nej z kapli­czek; wyglą­dał nie­sa­mo­wi­cie spo­koj­nie, spo­koj­niej od posą­gów, które obser­wo­wały to spo­tka­nie. Jego bal­da­chim­ski strój z tka­niny o bar­wie bur­gunda pociem­niał zmo­czony desz­czem, włosy nie­este­tycz­nie oble­piały czoło. Wyglą­dał naj­mło­dziej ze wszyst­kich jej dotych­cza­so­wych ofiar - był albo rze­czy­wi­ście naj­młod­szy, albo na tyle bogaty, by pozwo­lić sobie na naj­lep­szą kura­cję dłu­go­wiecz­no­ści. Kho­uri wyczu­wała jed­nak, że to praw­dziwa mło­dość.

- Chyba pamię­tasz, po co tu jeste­śmy? - spy­tał.

- Ow­szem, ale nie jestem pewna, czy mam na to ochotę.

- Mimo wszystko zrób to.

Smuga pada­ją­cego z sufitu świa­tła prze­su­nęła się nad nim magicz­nie. Oświe­tliła go tylko przez krótką chwilkę, ale to wystar­czyło: Kho­uri wyce­lo­wała z tok­sy­no­wego kara­binu.

Strze­liła.

- Dobra robota - powie­dział Tara­schi.

W jego gło­sie nie było ani śladu bólu. Jedną dło­nią oparł się o ścianę. Drugą ręką dotknął włócz­nika wysta­ją­cego mu z piersi i szarp­nął go, jakby odcze­piał rzep od ubra­nia. Zakoń­czona ostro łuska upa­dła na pod­łogę, z jej koń­ców wydo­by­wało się pobły­sku­jące serum. Kho­uri znów pod­nio­sła tok­sy­nowy kara­bin, ale Tara­schi powstrzy­mał ją gestem uma­za­nej krwią dłoni.

- Nie popra­wiaj - rzekł. - Jeden powi­nien wystar­czyć.

Kho­uri czuła mdło­ści.

- Nie powi­nie­neś umrzeć?

- Na razie nie. Dokład­niej mówiąc, nie umrę przez naj­bliż­sze mie­siące. Tru­ci­zna działa bar­dzo powoli. Mam wiele czasu, by to prze­my­śleć.

- Co prze­my­śleć?

Tara­schi prze­cze­sał mokre włosy, po czym strzep­nął kurz i krew z rąk na nogawki spodni.

- Czy pójdę za nią.

Pul­so­wa­nie nagle ustało i jego brak spra­wił, że Kho­uri poczuła zawroty głowy. Pół­przy­tomna upa­dła na pod­łogę. Kon­trakt został wypeł­niony. Ona wygrała - znowu. Ale Tara­schi na­dal żył.

- To była moja matka. - Wska­zał naj­bliż­szą kapliczkę, jedną z nie­wielu dobrze zacho­wa­nych. Ala­ba­strowe popier­sie kobiety w ogóle nie było pokryte kurzem, jakby Tara­schi wytarł je tuż przed tym spo­tka­niem. Jej skóra była nie­zep­suta, w oczach na­dal tkwiły dro­go­cenne kamie­nie, a ary­sto­kra­tyczne rysy zostały nie­ska­żone przez wgnie­ce­nia i plamy. - Nad­ine Weng-da Silva Tara­schi.

- Co się z nią stało?

- Umarła oczy­wi­ście, pod­czas ska­no­wa­nia. To destruk­cyjne mapo­wa­nie prze­bie­gło tak szybko, że połowa jej mózgu na­dal funk­cjo­no­wała nor­mal­nie, pod­czas gdy druga połowa została roze­rwana na kawałki.

- Wiem, że pod­dała się temu dobro­wol­nie. Mimo to współ­czuję.

- Nie musisz. W zasa­dzie nale­żała do nie­licz­nych szczę­śliw­ców. Znasz tę opo­wieść, Ano?

- Nie jestem stąd.

- Nie. Sły­sza­łem wła­śnie... że byłaś kie­dyś żoł­nie­rzem i przy­tra­fiło ci się coś strasz­nego. No więc powiem ci tyle: ska­no­wa­nie zakoń­czyło się powo­dze­niem. Pro­blem pole­gał na opro­gra­mo­wa­niu, które powinno wyko­rzy­stać ska­no­waną infor­ma­cję, pozwo­lić alfom na ewo­lu­cję i na doświad­cza­nie świa­do­mo­ści, emo­cji i pamięci - tego, co czyni nas ludźmi. Wszystko dzia­łało dość dobrze do chwili, gdy ostatni z Osiem­dzie­siątki nie został zeska­no­wany, w rok po pierw­szym. Wtedy zaczęły się poja­wiać dziwne pato­lo­gie wśród wcze­snych ochot­ni­ków. Zała­my­wali się bez­pow­rot­nie lub wpa­dali w nie­skoń­czone pętle.

- Powie­dzia­łeś, że ona miała szczę­ście.

- Kil­koro z Osiem­dzie­siątki na­dal działa - rzekł Tara­schi. - Uda­wało im się to przez pół­tora wieku. Nawet zaraza ich nie tknęła - zdą­żyli się prze­nieść do bez­piecz­nych kom­pu­te­rów w miej­sce, które teraz nazy­wamy Pasem Złomu. - Zamilkł na chwilę. - Ale już od pew­nego czasu nie mają bez­po­śred­niego kon­taktu ze świa­tem rze­czy­wi­stym, ewo­lu­ują sami w coraz bar­dziej wyra­fi­no­wa­nym śro­do­wi­sku symu­la­cyj­nym.

- A twoja matka?

- Pro­po­no­wała, żebym do niej dołą­czył. Tech­nika ska­no­wa­nia jest teraz dosko­nal­sza. Nawet nie muszą cię uśmier­cać.

- Więc o co cho­dzi?

- To nie był­bym ja, prawda? Tylko kopia. I moja matka by o tym wie­działa. Nato­miast teraz... - Dotknął pal­cami małej rany. - Nato­miast teraz defi­ni­tyw­nie umrę w świe­cie rze­czy­wi­stym i pozo­sta­nie po mnie tylko kopia. Wystar­czy czasu, by mnie zeska­no­wać, nim tok­syna dopro­wa­dzi do mie­rzal­nych znisz­czeń w mojej struk­tu­rze ner­wo­wej.

Dia­lekt uży­wany przez Volyovą różni się od dwu­dzie­sto­wiecz­nej rusz­czy­zny (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki