SUPERDZIEWCZYNY NIE PŁACZĄ
rozdział trzeci
Gdy w grudniu 1978 roku nadeszła zima stulecia, miałam cztery lata. Jako zdrowe, zahartowane dziecko wybrałam się z cioteczną siostrą Kasią na śnieżne szaleństwa. Lepienie bałwana, rzucanie śnieżkami i podobne zabawy szybko mi się znudziły. Nagle stanęłam jak zaczarowana. Przede mną była wielka góra śniegu, znacznie wyższa od tych, które wcześniej widywałam w okolicy swojego domu. Urodziłam się i wychowałam w Warszawie, gdzie najwyższym wzniesieniem jest Górka Szczęśliwicka o wysokości 152 metrów n.p.m. Rodzice od wczesnego dzieciństwa zabierali mnie w góry, ale to był właśnie pierwszy "masyw górski", jaki zapamiętałam.
Trzy lata starsza Kasia próbowała przemówić mi do rozsądku, ale ja od razu postanowiłam wleźć na sam szczyt. A gdy w końcu mi się to udało, okazało się, że ta góra śniegu nie była ubita i stabilna. Wpadłam po pas. Siostra ciągnęła mnie za ręce tak zawzięcie, że moje nowe, piękne czerwone kozaczki zostały w zaspie. Do domu wracałam na bosaka. Lodowaty śnieg pod stopami w ogóle mi nie przeszkadzał.
Wierzę, że w niektórych ludziach drzemie potrzeba wchodzenia tam, gdzie jest najwyższy punkt na horyzoncie. Nie tylko dlatego, że stamtąd widać dalej. Do dziś uważam, że każda góra na mojej drodze to wyzwanie, a nie przeszkoda.
Choć wychowałam się na nizinach, zawsze ciągnęło mnie w góry, na południe Polski. Szczególnie lubiłam jeździć na nartach. To był, poza wyścigami motocyklowymi, mój ukochany sport, aż do dnia, gdy w czasach licealnych założyłam się z chłopakami, że zjadę po oblodzonej ściance w gęstej mgle na Kopie w Karpaczu. Już na drugim zakręcie wywróciłam się i uderzyłam podstawą czaszki w lód. W nocy poczułam ból, zaczęło mi paraliżować nogi. Kiedy koledzy odwieźli mnie do szpitala w Bierutowicach, lekarz od razu założył mi kołnierz ortopedyczny. Poinformował też, że mam pęknięty kręgosłup i jeśli do następnego dnia nie odzyskam pełnego czucia w nogach, to pewnie już nie będę chodzić. Doprawdy, mistrz dyplomacji.
Po kilku miesiącach rehabilitacji wróciłam jednak do pełnej sprawności. Wtedy też odkryłam, że góry są równie piękne i fascynujące, gdy się po nich wędruje i wspina, a nie tylko, kiedy się z nich zjeżdża na złamanie karku.
Urodziłam się niestety 10 lat po tym, jak ostatni szczyt z Korony Himalajów i Karakorum został zdobyty. "Niestety", bo wiedziałam, że na żadnym ośmiotysięczniku nie zatknę już flagi jako pierwsza zdobywczyni. Jako młoda, dorastająca dziewczyna podziwiałam naszych himalaistów. Wyczyny Wandy Rutkiewicz, która w 1978 roku jako pierwsza Polka stanęła na Evereście, a osiem lat później także na K2, zawsze poruszały moją wyobraźnię. Naraziła się tym całemu środowisku wspinaczy w naszym kraju. Nie była jedynie pierwszą kobietą, ale też pierwszą osobą z Polski na obu tych szczytach. W realiach tamtego środowiska i epoki było to niewybaczalne - nie tylko dlatego, że zdobyła szczyty, lecz także dlatego, że sprzątnęła mężczyznom sprzed nosa dwa najwyższe i najważniejsze wierzchołki na świecie.
Osiągnięcia Jerzego Kukuczki, który jako drugi po Reinholdzie Messnerze zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czy wspinaczka na Everest Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego, którzy w 1980 roku stanęli na wierzchołku ośmiotysięcznika jako pierwsi ludzie zimą, napawały mnie dumą, ale i lękiem. Wydawało mi się wtedy, że trzeba mieć nadludzką siłę i wytrzymałość, żeby robić takie rzeczy.
Postanowiłam jednak kontynuować rodzinną tradycję, czyli zająć się motoryzacją. Mój tata Stanisław miał wówczas duży warsztat samochodowy, w którym spędzałam każdą wolną chwilę. Wymiana klocków hamulcowych i regulowanie gaźników wydawały mi się znacznie bardziej fascynujące niż gotowanie z mamą w kuchni naszego domu przy ulicy Połczyńskiej w Warszawie. Tata zadbał, żeby zapach smaru kojarzył mi się lepiej niż zapach ciasta.
Była połowa lat 80. Już do szkoły podstawowej dojeżdżałam motorynką, nauczyłam się dobrze jeździć w wieku 10 lat. Oczywiście, nie posiadałam uprawnień do prowadzenia pojazdów, ale w tamtych czasach milicja obywatelska miała większe problemy niż interesowanie się faktem, że dziecko śmiga po drogach czy bezdrożach niebieskim Rometem 50. I to głównie bez kasku, co nie było ani bezpieczne, ani mądre. Wtedy często wracałam do domu albo z rozbitym kolanem, albo rozbitym reflektorem i wgiętym błotnikiem. Przekonywałam jednak rodziców, że trening czyni mistrza i bez tego nie zostanę wyścigowym kierowcą motocyklowym.
To było wtedy moim największym marzeniem. Kiedy powiedziałam o tym głośno na godzinie wychowawczej, odpowiadając na pytanie: "Kim chcesz zostać w przyszłości?", zostałam wyśmiana. I usłyszałam, że to niemożliwe, bo dziewczynki nie zostają kierowcami wyścigowymi. A poza tym to przecież żaden zawód. Tylko rodzice się nie śmiali, kiedy snułam przed nimi moje radosne wizje. Świat zewnętrzny miał się okazać znacznie mniej wyrozumiały.
Finał programu Big Brother, 17 czerwca 2001 roku
Zamiast więc zgłębiać tajniki wspinaczki, w wieku 18 lat zrobiłam licencję kierowcy wyścigowego, potem rajdowego, a potem także sportową licencję FIA, Międzynarodowej Federacji Samochodowej. Celowo nie używam feminatywów, bo wtedy niewiele osób wyobrażało sobie kobiety w tym sporcie. Zresztą moja idolka Wanda Rutkiewicz też miała na koncie karierę rajdową. W latach 80. startowała w zawodach Polonezem, a auto serwisowała w warsztacie mojego taty. Zapamiętałam ją jako wyjątkowo atrakcyjną kobietę, pachnącą dobrymi zachodnimi perfumami. Jednak to osiągnięcia w górach wysokich uczyniły z niej w mojej wyobraźni superbohaterkę. Chciałam być jak ona. W końcu Wanda wróciła do wspinaczki. O mnie przeznaczenie górskie też miało się upomnieć.
Zanim to jednak nastąpiło, zostałam "paniusią z telewizji". Wiosną 2001 roku, kiedy miałam 27 lat, zgodziłam się przefarbować włosy na blond. Ktoś w stacji TVN uznał, że według widzów tak właśnie powinna wyglądać "prawdziwa kobieta". Zresztą z tym kolorem zostałam do dziś i bardzo go polubiłam, nawet jeśli wtedy czułam, że tak trzeba i już. Powierzono mi prowadzenie kultowego programu Big Brother, który debiutował wtedy w Polsce.
Z Maciejem Wisławskim w programie Automaniak, 1999 rok
Nie miałam pojęcia, w co się pakuję. Nigdy wcześniej nie występowałam w programie na żywo, a całą wiedzę o tym, czym jest taki reality show, miałam czerpać ze zdartych kaset VHS z nagraniami brytyjskiej wersji programu. Pierwszy odcinek polskiej edycji obejrzały 4 miliony widzów, finał - prawie trzy razy więcej, co do dziś jest rekordem oglądalności tego typu programów. Polska zamarła w oczekiwaniu na wyniki głosowania widzów. Ja w sumie też.
- Ogląda nas właśnie ponad 10 milionów ludzi, ale nie przejmuj się - usłyszałam przez słuchawkę w uchu głos reżysera. - Trzy, dwa, jeden... Jesteś na antenie.
Dzień po premierze pierwszego odcinka odkryłam, że nie mogę wyjść spokojnie po bułki do sklepu. Mimo że o to nie zabiegałam, z dnia na dzień stałam się jedną z bardziej rozpoznawalnych osób w kraju. Co prawda pracę w mediach zaczęłam w 1995 roku, a już od blisko czterech lat tworzyłam program Automaniak w stacji TVN, w którym testowałam samochody i motocykle, relacjonowałam rajdy i przeprowadzałam wywiady z mistrzami F1.
Wcześniej, na przełomie lat 80. i 90., byłam jedną z niewielu kobiet w naszym kraju, które jeździły motocyklem i rywalizowały z chłopakami o pierwszeństwo na każdej prostej spod świateł. Wtedy wierzyłam, że tylko tak zaskarbię sobie ich szacunek. Przyzwyczaiłam się do tego, że rzucam się w oczy, a więc w jakiś sposób jestem rozpoznawalna. Jednak dopiero w trakcie emisji programu Big Brother stałam się własnością publiczną.
To był czas wielkich przemian. Polska dopiero szykowała się do wejścia do Unii Europejskiej, z internetem łączyliśmy się przez modem, a pobieranie filmu trwało kilka nocy, jeśli w ogóle ktoś wiedział, jak to zrobić. Ja akurat nie miałam pojęcia, komputera używałam rzadko, wszystko notowałam w dziennikach. Ze znajomymi pisałam krótkie, bo drogie, SMS-y na cegłowatej Nokii, z wakacji wysyłałam pocztówki. Na imprezach królowała Shakira, ja trzymałam się klasyków: w samochodzie włączałam na cały regulator Metallicę albo mój ulubiony utwór grupy Reamonn Supergirl. It's OK. I got lost on the way, but I'm a supergirl. And supergirls don't cry. Dokładnie tak, myślałam. "Superdziewczyny nie płaczą!" - śpiewałam głośno przy otwartym oknie mojego sportowego samochodu.
Z jednej strony telewizja chciała, żebym odgrywała rolę blond laski, a z drugiej - odkąd pamiętam, przebijałam szklane sufity i, choć wtedy nie umiałam tego nazwać, byłam feministką. Wówczas polegało to głównie na udowadnianiu, że jako dziewczyna, a potem młoda kobieta mogę realizować projekty "zarezerwowane dla mężczyzn". A żeby być traktowaną naprawdę poważnie, czułam, że nie wystarczy robić tego samego co faceci. Trzeba robić więcej. Mocniej. Szybciej.
Uprawiałam więc różne sporty ekstremalne, motocyklami jeździłam zdecydowanie za szybko, nurkowałam za głęboko, kilka razy ocierając się o śmierć. Nie było wyzwania, przed którym bym się cofnęła, i głośno mówiłam, że odwaga to kwestia decyzji. Nie miało znaczenia, jaką płaciłam za to cenę i czy się bałam.
No i jeszcze program w telewizji, w którym to baba opowiada o motoryzacji, a przecież wiadomo, że każdy mężczyzna w tym kraju zna się na tym najlepiej. Wierzyłam, że muszę przeć do przodu, nie płakać, a jeśli już, to płakać tylko w samotności, bo każda moja słabość zostanie wykorzystana przeciwko mnie. Że inaczej po prostu nie przetrwam w tym świecie.
Na przełomie 2001 i 2002 roku wbrew tym, którzy mówili, że to niemożliwe, jako pierwsza kobieta z Polski wystartowałam w najtrudniejszym rajdzie świata, czyli w słynnym Dakarze. Trasa liczyła prawie 10 000 kilometrów i biegła z Arras we Francji aż nad słynne różowe jezioro w Dakarze, stolicy Senegalu. Z moim pilotem Jarkiem Kazberukiem zajęliśmy 44. miejsce w klasyfikacji generalnej. Sportowo to żaden wielki wynik, ale dla mnie ważne było to, że oboje debiutując w tej imprezie, dojechaliśmy do mety jako jedyna załoga samochodowa z Polski.
Gdzieś na Saharze zrozumiałam, że w telewizji pokazują wyłącznie zawodników z czołówki. Tymczasem prawdziwa walka o przetrwanie toczy się w ogonie tej imprezy, wśród zawodników, którzy nie mają wielkich budżetów, wypasionych aut i wsparcia profesjonalnych teamów. Zrozumiałam, że przejechałam wiele krajów, relacjonując zawody, ale najciekawsze było to, co się działo za kulisami, że dla mnie najważniejsze są ludzkie historie i że właśnie takie filmy chcę robić. W najdalszych zakątkach globu i nielukrowane. Że chcę odwrócić kamerę i filmować to, czego zwykle nie widać.
Zanim powiedziałam o tym głośno, wystartowałam jeszcze w Rajdzie Transsyberia. Zajęłam drugie miejsce w klasyfikacji generalnej i podjęłam decyzję, że moja kariera rajdowa dobiegła końca. Poza wielkim sercem do walki zwyczajnie brakowało mi talentu w tej dziedzinie. Nie było więc nad czym rozpaczać.
- Kto będzie oglądał, jak tarzasz się w błocie i poskramiasz dzikie węże? - Moi szefowie kręcili głowami z powątpiewaniem, kiedy próbowałam nakreślić wizję programu przygodowo-podróżniczego, jakiego w Polsce jeszcze nie było.
Oczywiście wiele lat wcześniej na antenie telewizji publicznej emitowany był program Pieprz i wanilia Elżbiety Dzikowskiej i Tony'ego Halika, okno na świat w czasach szarego komunizmu. Sama z wypiekami na twarzy siedziałam przed telewizorem marki Rubin z nosem przyklejonym do ekranu i podziwiałam podróże tego wspaniałego duetu. Szczególnie podziwiałam Elżbietę, z którą dziś się przyjaźnię i nazywam ją moją "podróżniczą mamą".
To, że kobieta mogła podróżować na krańce świata, było dla mnie szczególnie inspirujące. Ja jednak chciałam realizować inny program - bardziej dynamiczny, żeby nie powiedzieć - ekstremalny. Podejmować wyzwania, faktycznie doświadczać wszystkiego na własnej skórze i pokazywać to widzom. Nurkowanie z rekinami, niejadalne potrawy, skoki na głęboką wodę, włażenie w najciemniejsze zaułki - to właśnie ekscytowało mnie najbardziej.
- Poprowadzisz kolejny wielki reality show - próbował mnie przekonywać Edward Miszczak, wówczas dyrektor programowy stacji TVN. Kusił wyższymi zarobkami.
Chyba wszyscy poza wąskim gronem przyjaciół byli przekonani, że reportaże z krańców świata to ślepy zaułek mojej pracy w mediach. Ale ja traktowałam Big Brothera jak przelotny romans. Co innego mnie pasjonowało. Chciałam zrobić coś po swojemu. Najpierw, z początkującym wówczas producentem Rinkem Rooijensem, nagraliśmy pilota, potem znalazłam finansowanie. W końcu prezes TVN-u poparł projekt Misja Martyna.
Kiedy w 2004 roku wyruszyliśmy z ekipą w pierwszą podróż, wiele osób spodziewało się, że szybko wrócę z podkulonym ogonem i przestanę wydziwiać. Skompletowałam ekipę, rozmawiałam z kilkoma operatorami kamery, z których wybrałam Rafała Łukaszewicza. Dlatego czułam się odpowiedzialna za wszystko i za wszystkich w tym programie. A najbardziej zależało mi na tym, żeby ci, którzy powtarzali, że to będzie klapa i że sobie nie poradzę, jednak się pomylili. Ostatni odcinek, na Islandii, miał być dowodem, że niemożliwe nie istnieje.
[...]