Ród
Spowita słonecznym blaskiem góra
niecodziennie gościła tylu przybyszy. U jej podnóża mrowie tłumu
zeszłego z wszystkich opolnych osad, nawet z najmniejszych siół
zagubionych w leśnych kniejach, które bezpośrednio władzy księcia
Popłada podlegały. W tym opola największe: Moraczewo, Giecz, Lednica,
Tum, Bnin, Grzybowo, Ląd, Mogilno. Na przodzie głowy najważniejszych
rodów, szlachetnością i zamożnością nad innymi górujących. Z samej
Mietlicy - książęcej siedziby, co jako jedyna spośród wszystkich opoli
grodem obronnym się szczyciła - aż dziewięć najznaczniejszych rodzin. Na
lewo, po drugiej stronie wąskiego strumyka spływającego z pobocza góry,
zebrały się delegacje niezależnych od Popłada obszarów. Udzielni władcy
grodów za Wartą w kierunku Obry na zachodzie, między Prosną a Odrą na
południu, między Wełną a Notecią na północy: z Kalisza, Międzyrzecza,
Bonikowa, Pszczewa, Żnina, Łękna, Bruszczewa i pozostałych. Nawet z ziem
odleglejszych przybyło kilku ciekawskich panujących, jak książę z Włocławka czy wojowniczy pomorski władyka nadnoteckich ziem z silnie
obwarowanego Ujścia.
Święta góra w Gnieźnie prastarą moc bogów wokół roztacza. Moc potężną,
promieniującą daleko, dochodzącą do granic innych boskich siedlisk, jak
te w Bonikowie czy Kaliszu. A nawet sięgającą miejsc odległych, jedynie
z opowiadań jeńców i kupców znanych, jak święta źródlana głębia w pomorskim Białogardzie, górzysta Sobótka na Śląsku, leśna ostoja w Radogoszczy na Połabiu, matka wszystkich lasów, czy oblewana morskimi
falami Arkona na wielkiej wyspie. Nie dziwi zatem mnogość przybyłych na
ceremonię.
Niezwyczajną ceremonię. To nie rytualne święto, jakich w roku kilka
uroczyście obchodzono, na które jedynie polański lud ściągał. Tu się
rozchodziło o rozstrzygnięcia doniosłe dla plemiennej przyszłości, co
również uwagę sąsiadów przyciągnęło. Popład, władca Polan z goplańskiej
dynastii, oprócz córki Połanii nie dorobił się męskiego następcy. Los
odebrał mu nadzieję na dalsze potomstwo. Przed sześcioma laty na
polowaniu rozwścieczony odyniec rozszarpał mu przyrodzenie. Przed dwoma
laty starszy brat Popłada, Poprud, dzierżący godność naczelnego wodza
wojsk plemienia i ostatnia nadzieja na utrzymanie tronu w goplańskiej
linii, dostał się do niewoli podczas sromotnie przegranej wyprawy
wojennej przeciwko pruskim plemionom. Do klęski Popruda przyczyniła się
w dużej części zdrada władców plemion mazowieckich osiadłych za Wisłą,
przez których ziemie przechodziła armia polańska. Kapłani Prusów
odesłali Popładowi zbroję i oręż Popruda, ogłaszając, że zamęczyli go na
śmierć w świętym gaju, gdzieś na dalekich ziemiach groźnej Północy. Z całego rodu ostał się sam Popład.
Bo u Polan jest tak, że władza nad plemieniem w trzech godnościach się
objawia. Książę to majestat najwyższy, łączący w sobie boski i ziemski
byt. Panuje nad wszystkimi, do niego należy cała zasiedziała przez
plemię ziemia, cały lud i ich dobytek. Jest nienaruszalny ani on, ani
żaden członek dynastii. Nikt i nigdy, żaden członek plemienia, nie
podniesie ręki na władcę i jego ród. Co też nigdy się nie zdarzyło,
niezależnie od mordów wewnątrz dynastycznego rodu. Z racji tej
uświęconej nietykalności władca nie może ponosić odpowiedzialności za
nieszczęścia spadające na plemię. Od tego ma dwóch przedstawicieli
- najwyższego rangą kapłana Gniezna, pośredniczącego między wolą bogów a losem plemienia, oraz naczelnego wodza polańskich sił, odpowiedzialnego
za wyprawy wojenne i obronę plemiennego terytorium. Z tej racji kapłani
Gniezna ostrzegali Popłada przed karą bogów, gdy złamał uświęcony
podział, obarczając Popruda dowodzeniem wyprawy na Prusów. Zarzucili mu,
że z jego winy plemię straciło w jednej osobie następcę tronu i naczelnego wodza. Autorytet księcia został mocno naruszony.
Tego dnia nastąpił ten szczególny moment, dwa doniosłe wydarzenia.
Najpierw wybór wodza plemiennego.
Po tym narada Popłada z naczelnym kapłanem Morochem w kwestii
zamążpójścia Połanii, poprzedzona wyrocznią. Dla zachowania ciągłości
dynastii. Syn zrodzony z tego związku miałby odziedziczyć tron w Mietlicy. Zrozumiałym zatem staje się zainteresowanie władców
sąsiadujących z plemieniem Polan. Dlatego ściągnęli do Gniezna pod
świętą górę. Może na któregoś z nich padnie wybór Popłada i otrzyma jego
córkę za żonę?
Chętnych, aby dowodzić plemiennym wojskiem, nie brakowało. W każdym
większym opolu wybierano własnych wodzów. Nie na stałe, jedynie dla
jednorazowego prowadzenia wypraw rozbójniczych lub przewodzenia obroną
na wypadek najazdu. Gdy wódz naczelny plemienia zwoływał wszystkie siły
zbrojne, dowodzili wtedy opolnymi kontyngentami. Okoliczności okazyjne.
Stąd wodzowie zmieniali się często, wybierani decyzją kręgu starszyzny
opola. Jedni wodzowali tylko raz w życiu, innym udawało się to
kilkakrotnie. W zależności od poparcia rady starszych, która
pieczołowicie czuwała nad tym, aby wojowniczy współmieszkaniec nie
obrósł zbytnią popularnością i wpływami.
Po zaciekłych naradach i dyskusjach całego plemienia do objęcia godności
wodzowskiej wystawiono na wiecu czterech kandydatów: z Mietlicy, Bnina,
Grzybowa i Giecza. Wszyscy czterej wieloma wojennymi czynami dotąd
wsławieni. O wyborze miała zadecydować wyrocznia boskiego Słońca
przeprowadzona przez Morocha przy pomocy ceremonialnej wróżby.
I dlatego kapłan, obserwując ze szczytu góry zebrany lud, wił się w udrękach. Jak zapobiec wyborowi równego mu wiekiem Chościska z Giecza,
którego dogłębnie nienawidził? Jak zapobiec temu, by ten zwykły kmieć
tak ważnej godności dostąpił? Ten, ten... prostak bez powiązań i rodowej
przeszłości, hodowca koni bez znacznego majątku, co jedynie czynami
bojowymi serca ludu zdobywał, zaś kapłanom w Gnieźnie należne części z wypraw wojennych wstrzymywał. Zmanipulować wróżby nie sposób, zbyt
blisko stoją obserwujący z uwagą Popład, żerca, trzech pomniejszych
rangą kapłanów i dowódca zastępu Długich Szczytów1. Moroch
zacisnął kurczowo palce na obrębie kamiennej ławy służącej za ofiarny
stół, nie zważając na ból pobielałych kłykci. Jak oszukać lud, nie
wpędzając tym samym w gniew boga najwyższego, w słonecznym wcieleniu
zawisłego na bezchmurnym niebie? Na szczęście do najwyższego kapłana
należy interpretacja wróżby, a ta nierzadko jest niewyraźna, dwuznaczna.
Moroch obszedł kamienną ławę i podążył w kierunku zejścia z góry.
Zdecydował się na trzykrotną wróżbę kury. Ptak ów, wszakże słońcu
poświęcony, niech zadecyduje o wyborze wodza przez okazanie boskiej
woli.
Kandydatów posadzono na pieńkach ustawionych wachlarzowo na obrębie
wiecowego placu u podnóża góry. Każdy w odległości trzydziestu kroków od
następnego. Pośrodku placu przysiadł Moroch. Żerca przyniósł mu trzy
kury w koszu i przystanął obok. Przebieg wróżby był bardzo prosty.
Trzymanemu w uścisku ptakowi kapłan odcinał jednym cięciem noża łeb i puszczał natychmiast w kierunku kandydatów. Dokąd pobiegnie kura po
odcięciu łba? Przed siebie, kilkanaście panicznych stąpnięć
wiotczejącymi łapkami zanim tryskające posoką bezgłowe ptaszysko
ugrzęźnie nieruchomo w ubitym piachu.
Pierwsza bezgłowa kura pobiegła zaledwie pięć stąpnięć, wyraźnie w kierunku Chościska. Zebranym wokół placu tłumem targnęły pomruki i szeptania. Druga kura wykazała więcej żywotności. Po trzech stąpnięciach
do przodu, w kierunku kandydata z Grzybowa, zakręciła zygzakiem w prawo
i ugrzęzła nieruchomo z wyprężonymi w górę nóżkami dokładnie pośrodku
między nim a Chościskiem. Tym razem z tłumu, gdzie zebrali się
gieczanie, doleciały okrzyki:
- Chościsko! Chościsko!
Kandydat z Giecza, klepnąwszy się po udzie, zakrzyknął głośno:
- Ha!
Podenerwowany Moroch wyjął trzecią kurę z kosza. Ścisnął ją lewą dłonią,
aż nieszczęsnej ślepia z orbit wyszły, kierując tułów ptaszyska
nieznacznie na lewo. Odciął łeb i puścił. Korpus kury przebiegł mu
między nogami do tyłu, zawrócił i pobiegł prosto w kierunku Chościska.
Niemal dwanaście stąpnięć, zanim ciało zamarło w bezruchu, wprawdzie
między kandydatem z Mietlicy i Chościskiem, ale bardziej w pobliżu tego
drugiego.
Tłum szalał i wiwatował na cześć gieczańskiego wojownika. Nawet
przybysze z pozostałych polańskich grodów.
- Nic z tego - orzekł Moroch, wzniósłszy ręce do góry. Zwrócił się do
stojącego nieopodal za jego plecami Popłada. - Nic z tego! - powtórzył
donośnie.
Wrzawa opadła.
- Dlaczego? - spytał Popład, nie kryjąc poirytowania. - Wróżba
przemówiła znacząco.
- Najwyższe bóstwo w słonecznej postaci nie dało wyraźnego znaku -
sprzeciwił się kapłan. - Wyrocznia musi być jednoznaczna.
A zatem kolejna wróżba. Druga i ostatnia, takie jest prawo. Moroch
trząsł się wewnętrznie z wściekłości.
- Tyś jeszcze młody, Moroch - naigrywał się Popład, gdy opuściwszy plac
wiecowy, wspólnie podążali drewnianymi schodami na szczyt góry. -
Dziwnym, żeś zdołał wszystkich w Gnieźnie w cień usunąć. Może
doświadczenia ci brakuje w kontaktach z bogami?
Moroch przemilczał zaczepki władcy. Sam najlepiej wiedział, jakimi
metodami wybił się ponad pozostałych kapłanów, wiekiem i wiedzą go
przewyższających. Jak to się stało, że przed rokiem, w wieku zaledwie
trzydziestu lat, obrano go najwyższym rangą kapłanem Gniezna.
Na szczycie zebrali się wokół kamiennej ławy - książę, kapłan z pomocnikami i żercą oraz kandydaci na wodza.
- Na jaką wróżbę zdamy się teraz? - zapytał żerca.
- Pęd do krwi. - Moroch, schyliwszy głowę owianą długimi włosami,
przybrał uroczysty ton. - Niech wspólnota mrówczego ludu okaże wolę
bogów, która krew najszlachetniejsza.
Wybrał z premedytacją. Setki mrówek wypuszczone z glinianego dzbana,
zwabione zapachem miodu i krwi, pobiegną po kamiennej ławie w stronę
czterech kulistych kołtunów rozstawionych na obrębie. Cztery kłęby
włosów odciętych każdemu kandydatowi, umoczone w miodzie i krwi z nadciętych nadgarstków. On, Moroch, zadecyduje, do której kuli podążyła
największa ilość mrówek. A przy takiej liczbie - kto je dokładnie
zliczy?
Kapłan potrząsnął dzbanem, uderzył wylotem o kamienny stół niczym kubłem
do gry kośćmi i podniósł naczynie, przybierając uroczystą minę. Stało
się jednak niemożliwe. Niemal wszystkie mrówki pobiegły, jakby
zmówione, w kierunku pukla włosów Chościska. Bogowie przemówili. Moroch
wpatrywał się z nienawiścią w roześmianego gieczanina.
Tym sposobem Chościsko dostąpił godności naczelnego wodza wojsk
polańskich.
Natomiast drugie rozstrzygnięcie, wybór potencjalnego kandydata na
małżonka Połanii, okazało się całkowitym fiaskiem.
Wprzódy musiano spełnić wróżbę, czy aby chwila ku szukaniu męża dla
Połanii boskim zezwoleniem zaakceptowana. Wróżba zawiodła pomyślne
oczekiwanie na samym początku. Wbito w ziemię dwa oszczepy skrzyżowane
grotami. Święty ogier, sprowadzony ze stajni u podnóża góry, miał
przejść przez oszczepy. Wróżba wtedy jest pomyślna, kiedy koń nie trąci
przednimi kopytami żadnego oszczepu. Ale nieszczęście zapowiedziało się
na samym początku. Trzymający zwierzę za uzdę Moroch pobudził je do
chodu. Wierzchowiec podniósł jako pierwsze przednie lewe kopyto. Już to
samo oznaczało niełaskę bogów. Następnie ogier ruszył do przodu i rozkopał skrzyżowane oszczepy.
Pomysł na wybór małżonka dla Połanii, przynajmniej na ten czas, upadł
bezdyskusyjnie. Obcy władcy opuścili Gniezno mocno rozeźleni.
* * *
Na początku Chościska rozpierała energia do działania. Zapał został
niebawem ostudzony, jakiekolwiek marzenia i pomysły szybko wybito mu z głowy. Trzydziestoletniemu Chościskowi nie brakowało doświadczenia
wojennego. Wiec opolny Giecza wybierał go już kilkakrotnie na dowodzenie
czy to w wyprawach łupieżczych lub obronnych, czy to w pościgach za
łowcami niewolników. Dowodzenie za każdym razem jednorazowe, taki był
zwyczaj w każdym opolu plemienia. Uczestniczył też w kilku bojach z udziałem sił całego plemienia pod dowództwem swego poprzednika. Znał
zatem realia.
Opola nie miały stałych sił zbrojnych. Na wypadek zagrożenia, na
przykład podchodzenia obcych wojsk, zwoływano pod broń wszystkich
zdolnych do walki mężczyzn, wybierając jednorazowo wodza. Podobnie
działo się w przypadku wyprawy poza teren opolny, tyle że taką wyprawę
musiał wprzódy zatwierdzić miejscowy wiec. Nie inaczej wyglądało to na
szczeblu całego plemienia: nie było stałej siły zbrojnej, poza dwoma
oddziałkami - drużyną księcia w Mietlicy i zastępem obrońców świętej
góry w Gnieźnie. Ale w odróżnieniu od opoli, plemię jako całość
posiadało stałego wodza, na którego właśnie teraz obrano Chościska. Co
to oznaczało? Obejmował on dowództwo nad wojskiem plemienia, gdy
zachodziła taka potrzeba. Gdy zezwolił na wyprawę wiec plemienny, a potwierdziła decyzję przychylna wyrocznia kapłanów w Gnieźnie.
Na początku wodzowania poprowadził z początkiem wiosny 830 roku wyprawę
za Wisłę, bo tak chciał Popład, pałający żądzą zemsty na Mazowszanach za
zdradę brata. Wiec plemienny poparł wolę władcy, zaś kapłani z Gniezna
ogłosili pomyślną wyrocznię. Władca Włocławka, wynagrodzony odpowiednią
zapłatą, zezwolił na przemarsz w kierunku Wisły, nawet tajemnych brodów
na rzece użyczając, jakby skrytą radość w tym znajdował, że polańskie
wojsko maszeruje na jego zawiślańskich sąsiadów. Po przejściu rzeki
Polanie złupili jedną niewielką osadę niechronioną obronnym wałem ani
nawet palisadą, po niej drugą. Zdobyczy niemałych nabrali, ludność w niewolę spętali. Chościsko nakazał kroczyć dalej, z biegiem rzeki na
wschód.
Zapędzili się hen, aż pod jakąś osadę otoczoną wysokimi wałami. Sam
Chościsko nie był pewien, czy gród już mazowiecki czy też jeszcze
kujawski. Po mowie nie poznasz, wszędy przecież podobna. Na zdobywanie
tak potężnie umocnionej warowni nie byli przygotowani, pomimo że
mnogością tarcz przedpole zapełnili. Na cóż sześć setek wojowników,
kiedy ani doświadczenia, ani środków na forsowanie wysokich wałów groźną
palisadą okolonych? Samymi tarczami, łukami, toporkami i oszczepami nic
nie zdziałają. Ledwie kilkunastu wojów mieczem dysponowało.
Rozbili obóz. Trzeba się naradzić, konie na popas wypuścić, ludziom dać
wypocząć.
Późnym popołudniem drewniana klapa mostu opadła na fosę, rozwarła się
brama i na przedpole wyszła grodowa piechota, trzystu wojowników.
Sprawnie sformowali głęboki na pięć szeregów szyk, szczelnie oblepiony
tarczami, z wystawionymi do przodu oszczepami. Podkomendni napierali na
Chościska, by niezwłocznie uderzyć, mają przecież liczebną przewagę.
Zasypią nieprzyjaciela strzałami, zarzucą oszczepami, naprą na tarcze. Z trudem powstrzymał ich przed szaleństwem. Zamiast tego wyszedł do
przodu, na znak rokowań z wiązkami leszczyny nad głową. Wynegocjował z dowódcą grodu odstępne od walki i opuszczenie mazowieckiej - jak się
okazało - ziemi, otrzymując w zamian dwa wozy wypełnione beczkami soli i siedem koni. W przekonaniu Chościska zawsze to lepsze niż gdyby natracił
wielu wojowników w beznadziejnym ataku na nieprzyjacielską formację, na
dodatek pod wrogim ostrzałem z korony palisady.
Na tym zakończyła się jego pierwsza wyprawa wojenna w roli wodza
plemiennego. Powrócili co prawda ze zdobyczami, ale wewnętrznie dusiła
go złość. Gdyby miał lepiej wyszkolone i uzbrojone oddziały, zaprawione
w wielu bojach, a nie jednym czy góra kilku, to inaczej poradziłby sobie
z mazowieckimi szykami. Jakże on zazdrościł sąsiadom. Nawet z Pomorza,
gdzie przecież żadnej organizacji plemiennej oprócz pojedynczych osad i grodów, sunęły na Polan lepiej uzbrojone oddziały. Hełmy żelazne,
miecze, tarcze z okutymi obrzeżami. Wojownicy wyłącznie bitwami żyjący.
Mazowsze, nie tak ludne jak nasze ziemie, ale lepiej w wojnach
zorganizowane. Ba, nawet grody za Wartą, po Obrę, kpią sobie z nas, choć
oni przecież nam właściwie braćmi najbliższymi. A co nastąpi, jeżeli
Wiślanie nas na dobre zaatakują? Nie zdzierżymy.
Nękany troskami przedstawił swoje pomysły i zapatrywania przed władcą,
przed plemienną radą wiecową. Wyśmiano go, wykpiono, zlekceważono.
Jedynie młody kapłan z Gniezna imieniem Rozmysz, w opozycji do
najwyższego rangą Morocha, przyznał mu rację. Odciągnąwszy Chościska
pewnego razu na ubocze, poza krąg debatujących na wiecu, perorował
przyciszonym głosem:
- Jest w plemieniu kilku, co podobnie jak ty myślą, ale wszystko
pozostanie po staremu. Bo nam za dobrze, za wygodnie. Jesteśmy jak
jeziorna kropla pośrodku nieprzebytej leśnej kniei. Nic z otaczającego
świata do nas nie dociera, stąd w pozornej szczęśliwości trwamy. Ale do
czasu. Przyjdą kiedyś obce moce, przedrą się przez lasy i zniszczą nas,
zniewolą.
- Skąd ty to wiesz? - Chościsko aż przysiadł z wrażenia. - Przecie żeś
młodszy ode mnie.
- W dzieciństwie zagony pomorskie, wziąwszy mnie wprzódy z całą wsią do
niewoli, sprzedały w nadmorskim porcie frankijskim kupcom...
- Frankijskim?
- Nie przerywaj. To taki potężny lud daleko na zachodzie. Po dwóch
latach niewoli w przeogromnym Hamburgu nad Łabą w trakcie wielkiego
najazdu Obodrytów trafiłem do następnej niewoli, na słowiańskim
wybrzeżu...
- Obodryci? - nie wytrzymał Chościsko.
- Nie wpadaj mi nieustannie w słowo - obruszył się kapłan. - Później
obznajomię cię z innymi ludami... Wracając do Obodrytów, potężne
słowiańskie królestwo, na morzu i lądzie przodujące, no... u nich
spędziłem trzy lata, po tym dostałem się do następnej niewoli.
Wylądowałem w Brennie, stolicy rozległego królestwa Stodoranii na zachód
od Odry się rozciągającego, jeszcze mocarniejszego od Obodrytów.
Następnie los zagnał mnie do Czechów na południu. Stamtąd czmychnąłem do
Wiślan, a następnie, przed dwoma laty, trawiony tęsknotą wróciłem
szczęśliwie do rodzinnego grodu w Tumiu nad Wartą.
Chościsko milczał, przygnieciony zasłyszanymi wieściami.
- Teraz wiesz - ciągnął Rozmysz - dlaczego znam inne ziemie i ludy, o których mało kto z naszego plemienia kiedykolwiek słyszał. Są rzeczy i dziwy, jakich sobie nawet wyobrazić nie potrafimy. Ludy na dalekim
zachodzie, całkowicie obce nam w mowie i obyczajach, utrwalają wiedzę i pamięć znakami farby na cienkich płachtach. Nie tak jak nasi
opiekunowie, co całą pamięć słownie przechowują. Są armie tak potężne i tak uzbrojone, że stu ich rozsiekłoby w krwistą miazgę naszych
najlepszych tysiąc wojowników. Wojowie żelazem na całym ciele obleczeni,
w miecze uzbrojeni, nawet konie do boju są ćwiczone, okryte pancernymi
pledami. Są królestwa, gdzie władca całą moc w swych rękach posiada, sam
decyduje o wszystkim, a wojsko do boju osobiście prowadzi. Są osady
grodami o tak wysokich wałach i palisadach bronione, że ptakom z trudem
nad nimi przelecieć. Są obrzędy i bogowie zupełnie nam obcy. Chcesz
więcej usłyszeć?
- W głowie mi kołacze - odparł Chościsko. - Żebym choć po części
zrozumiał, o czym prawisz, ale...
Kapłan objął go ramieniem.
- Nie zamartwiaj się - rzekłszy, po chwili milczenia powstał. - Wyczuwam
w tobie żar i pęd do działania. Ale zważaj, dzielny wodzu, sparzysz się,
zanim na dobre do płomienia ognia się zbliżysz. Nic nas nie zmieni w naszym ułudnym ukryciu, tak jak nic nas nagle nie wyrwie z odrętwienia.
Na to trzeba działań przemyślnych i pieczołowicie planowanych. Samemu
staniesz przeciwko całemu plemieniu i zginiesz. Jak myślisz, dlaczego
Moroch i większość jego popleczników nienawidzą mnie, a jednocześnie
odczuwają przede mną strach? Boją się mojej wiedzy, a jeszcze bardziej,
że ją w głowach pobratymców zasieję. Najbardziej jednak boją się
Popłada. Władca roztoczył nade mną protekcję. Spotka mnie nieszczęście,
a książę zaora szczyt góry i rozszarpie wszystkich kapłanów. Tak
zapowiedział. Bo widzisz, nasz władca też o tym wie, com ci wyjawił. Ale
jest bezmocny na zmienienie czegokolwiek. - Rozmysz, skończywszy,
zamierzał odejść w kierunku obradujących przy ognisku.
Chościsko powstrzymał go, ściskając za rękaw długiej szaty.
- Ale jaka jest rada? - zapytał. - Co trzeba by naprzód zmienić?
Kapłan przyglądał mu się długo, w poważnym zastanowieniu.
- Władza nad plemieniem musi być w jednym ręku, w ręku władcy
decydującego samodzielnie o naszym losie, bez wtrącania się wieców i kapłanów. W rządzeniu powinno go wspierać poradami wąskie grono
zaufanych, kierujących się dobrem całego plemienia. Wtedy należy
stworzyć silne, dobrze uzbrojone, zaprawione w bojach oddziały,
wyłącznie wojennym rzemiosłem zajęte. Należy osady i grody innych
plemion zdobywać, ichniejszych władców wytępiać. Nie dokonasz tego ani
ty, ani twoi potomkowie, których o ile wiem, jeszcze nie masz. Na to
trzeba kogoś, kto w każdym plemieniu rodzi się raz na wiele, wiele
pokoleń.
* * *
Jeszcze tego samego roku Chościsko niespodziewanie poprowadził kolejną
plemienną wyprawę.
W połowie lata do Mietlicy zjechali posłowie od dalekich Lędzian, od
samego księcia Wszemira z Przemyśla. Chyba po raz pierwszy w dziejach
Polanie zagościli u siebie niespodziewanych lędziańskich gości
najwyższej rangi. Wraz z kupieckimi karawanami dochodziły nieraz wieści
o Lędzianach, o potężnym plemieniu wieloma grodami władającym, gdzieś
daleko na południowym wschodzie. Ale ani za życia Popłada, ani jego ojca
żadna oficjalna delegacja z Przemyśla, lędziańskiej stolicy, nie
zawitała przed oblicze polańskiego władcy.
Lędzianie znaleźli się w śmiertelnym potrzasku. Od zachodu natarli na
nich przeogromną i bitną armią Wiślanie, księstwo ludne, zbrojne i bogate, tych czasów chyba największa potęga między górami a morzem na
północy. Padały grody, opola, wsie, źreby. Grody lędziańskie leżały na
jednym z najważniejszych szlaków handlowych, łączącym zachód ze
wschodem. Tędy sunęły liczne karawany - żydowskie, frankijskie,
arabskie, Rusów i przeróżnych Słowian - handlujące intratnymi towarami,
końmi i niewolnikami między Europą a Kijowem, z którego dalsze trakty
prowadziły do Skandynawii, Bizancjum oraz krajów arabskich, aż do samego
Bagdadu. Grody lędziańskie były kluczowe dla sąsiednich władców
usiłujących zapanować nad ziemią przynoszącą zysk, a książę Wiślan był
wśród nich najdrapieżniejszy. Jednocześnie ze stepów naparły na
wschodnio-południowe rubieże Lędzian konne hordy okrutnych plemion
dzikością obyczajów przerażenie, mord i zniszczenie siejących. Wrogowie
jakby się zmówili.
Popład nakazał zwołanie wiecu plemiennego z udziałem gnieźnieńskich
kapłanów.
Lędziański poseł rozpoczął przemówienie od przedłożenia prośby swego
władcy, aby Polanie udzielili militarnego wsparcia. Przemówienie
nasiąknięte dramatyzmem.
Rozpętała się burzliwa dyskusja. Na pomoc dalekim Lędzianom? Że niby oni
nam braćmi w mowie i obyczajach? Plemiona za Wartą lub na Mazowszu
jeszcze bardziej nam bratnie, na południu pod Odrę czy pod kraj Wiślan
również, nawet Pomorzanie niewiele się od nas różnią. A i tak
nieustannie wojny z nimi prowadzimy. To po cóż nam jeszcze w sprawy
Lędzian się mieszać?
- Więcej nas łączy niż tylko mowa i obyczaje - bronił się poseł. - Ze
wspólnego pnia zrodzeni jesteśmy... zanim nasi przodkowie się rozeszli...
- Ale czym mamy was wspomóc? Nasze wojska do tak dalekich i wielkich
wypraw niezdatne...
- Za to dużo was - upierał się Lędzianin - macie serce do walki i nowego
wodza...
Gdy już nieco opadły emocje, przystąpiono do omawiania propozycji z chłodniejszym i rzeczowym nastawieniem. Niewątpliwie na pomyślny dla
Lędzian przebieg obrad wpłynęła bogata darowizna na ofiarę bogom złożona
przez posła na ręce Morocha. Popład, przy akceptacji wiecu i po
spełnieniu pomyślnej wróżby przez najwyższego kapłana, zdecydował się
pomóc zbrojnie Lędzianom. Warunkiem było osobiste omówienie układu przez
Popłada i Wszemira.
Po miesiącu od opuszczenia przez posłów Gniezna doszło do spotkania obu
władców pod niewielkim gródkiem w Czersku nad Wisłą, leżącym niejako w połowie drogi między granicami obu plemion. Ale że Czersk na
mazowieckiej ziemi, w zorganizowaniu spotkania pośredniczył książę
Włocławka, w dobrej komitywie z tamtejszymi mazowieckimi wodzami żyjący.
Popład i Wszemir zawarli uroczyście przymierze. Oba plemiona zobowiązały
się do wzajemnej pomocy zbrojnej na wypadek zewnętrznego zagrożenia. Za
udzielenie przez Polan wsparcia w aktualnej, nagłej potrzebie Wszemir
przyobiecał dozbrojenie ich, gdy tylko Chościsko doprowadzi oddziały na
lędziańską ziemię. Książę Lędzian zamyślał nawet nad wydaniem córki
imieniem Bieżunia za Popłada, dla umocnienia zawartego paktu. Pomysł
upadł szybciej niż się zrodził w głowie Wszemira, gdy go doradcy Popłada
delikatnie powiadomili o niedyspozycji władcy.
Pod koniec lata 830 roku Chościsko poprowadził polańską armię na odsiecz
Lędzianom. Niemal tysiąc wojowników. Po przejściu pod Czerskiem na prawy
brzeg Wisły posuwali się z biegiem Wieprza, coraz bardziej na wschód, a później na południe. Na styku jakiejś niewielkiej rzeczki z Wieprzem
oczekiwał na nich Wszemir na czele ponad dwóch tysięcy lędziańskich
wojowników. Bo u Lędzian, w odróżnieniu od Polan, książę jest
równocześnie naczelnym wodzem. To on prowadzi poddanych do boju,
nierzadko w pierwszym szeregu krocząc, służąc męstwem i odwagą. Pod
oblężonym przez najeźdźców Przemyślem doszło do wielkiej bitwy. W straszliwym boju połączone polańsko-lędziańskie siły zwyciężyły, zaś
Chościsko wyrósł na bohatera, odznaczywszy się dzielnością i przemyślnym
dowództwem. Wiślanie stracili mnóstwo wojowników, zginęło dwóch braci
ichniego księcia.
Wszemir wydał wielką biesiadę. I stało się to, na co wpływu nie mają
żadne boskie wyrocznie, a ludzkie plany tym bardziej. Chościsko i Bieżunia zakochali się w sobie i z przyzwoleniem Wszemira pobrali.
Lędziański książę uhonorował gieczanina dodatkowo, wręczając mu w podarunku własny miecz. Nie byle jaki miecz to był, nie mówiąc już o tym, że broń takowa pośród polańskiego plemienia niemal całkowicie
nieznana.
- Ofiaruję ci na własność miecz rodowy. - Wszemir dobierał słowa
uroczyście. - To szlachetna broń, wykuta w dalekim Konstantynopolu przez
nadwornego rzemieślnika samego cesarza, wszechmistrza sztuki kowalskiej.
U nasady brzeszczotu, pod jelcem, wtopione jest godło mojej dynastii.
Niech ci ten znak przypomina o naszym przymierzu, a miecz służy w zwycięskich bojach. Przekaż go w przyszłości potomkowi zrodzonemu ze
związku z moją córką.
Pakt między Lędzianami a Polanami został utrwalony.
Polanie ruszyli w drogę powrotną w rodzinne strony otoczeni nimbem
wojennej sławy, obładowani zdobycznym uzbrojeniem i bronią,
transportując liczne wozy upchane darami od Wszemira. Chościsko powrócił
z żoną.
Rok w rok rodziły im się kolejne dzieci: Lubomir, Mestwek, Nawojka i Chociesz.
Sielanka nie potrwała długo, zaledwie cztery lata. Tyle czasu
potrzebowali Wiślanie na podźwignięcie się z klęski poniesionej pod
Przemyślem. Tyle czasu potrzebował wiślański książę na uzupełnienie
strat i sformowanie armii jeszcze większej niż uprzednio. Wcielił do
zastępów wojowników z podbitych śląskich plemion - Gołęszyców i Opolan -
nawet jeńców wojennych nabranych podczas wypadów na Czechy i Morawy. Po
czym niezwłocznie poprowadził wyprawę odwetową. Tyle że nie na Lędzian,
ale na Polan, słusznie ich za słabszego z obu przeciwników uważając.
Ponownie ziemie słowiańskie zaroiły się mrowiem wojowników. Lędzianie,
nie zwlekając, ruszyli Polanom na pomoc. Na przedpolach Kalisza, którego
władca przyłączył swoje niewielkie siły do Polan, doszło do spotkania
trzech armii.
Stoczono wtedy bitwę, jakiej najstarsi opiekunowie plemion, grzebiąc w zakamarkach pamięci, nie potrafili sobie przypomnieć. Bój okrutny, pełen
krwi, bólu, bezlitosnego wyrzynania się i śmierci. Wypełniony
bohaterskimi czynami i nieludzką odwagą. Toczony bez ustanku przez cały
dzień, noc i połowę dnia następnego. Aż wreszcie Wiślanie ustąpili,
oddając pole walki przeciwnikom. Unieśli ze sobą resztki ciała władcy,
rozsiekane mieczem Chościska. Pozostawili na pobojowisku tysiąc stu
poległych wojowników, a kolejnych czterystu dostało się do niewoli.
Jeszcze na polu bitwy wybrali nowego księcia imieniem Wisław, syna
poległego władcy.
Obrońcy triumfowali, ale co z tego, kiedy niewielu ich pozostało, by
opiewać zwycięskie odparcie najazdu? Zginął Wszemir wraz z czterema
setkami lędziańskich wojowników, zginął władca Kalisza z całą niemal
drużyną. Polanie stracili trzystu dwudziestu wojowników. Chościsko
doznał ciężkiej rany od wiślańskiego miecza, przez kilka następnych
miesięcy cierpiał w mękach od bólu w nadrąbanym boku.
Po bitwie na jakiś czas zapadł spokój na słowiańskich ziemiach między
Wartą, Bugiem i Wisłą. Spokój ułudny. Wiślanie pod nowym młodym księciem
z niebywałą energią przystąpili do regeneracji sił. Lędzianie nie
potrafili się całkowicie podnieść po stracie tylu wojowników. Ludy
koczownicze z południa i plemiona słowiańskie ze wschodu coraz śmielej
najeżdżały granice ich księstwa. Na dodatek wybuchły niesnaski
wewnątrzdynastyczne, spotęgowane nielojalnością możnych rodów
zarządzających niektórymi grodami.
Ciężkie straty poniesione pod Kaliszem odcisnęły piętno i na Polanach.
Załamany, ogarnięty apatią Popład stracił uznanie i szacunek pośród
ludu. Niezadowolenie i rozpacz po utracie tylu mężnych ojców i synów
podsycili kapłani Gniezna skupieni wokół Morocha, miotającego dookoła
groźnymi wyroczniami jakoby przez bogów przekazanymi. Zamierzał obarczyć
całą winą za tragedię Popłada i Chościska. Ponieważ prawo zabraniało
podniesienia ręki na władcę, Moroch zażądał jego wypędzenia, natomiast
dla Chościska domagał się śmierci w rytualnych męczarniach. Lud zachował
jednak na tyle własnej mądrości, że nie zgodził się jednomyślnie z wolą
Morocha. Jeżeli przegnają Popłada, to kto zostanie księciem? Mimo to z inicjatywy kapłana zlikwidowano urząd naczelnego wodza. Od tej pory
Polanie mieli zapomnieć o wojnach zaczepnych, zapomnieć o sojuszu z Lędzianami, każde opole powinno samo zadbać o obronność przed napadami.
Nie minęło wiele czasu, a Pomorzanie i Mazowszanie coraz śmielej
zapuszczali się na polańskie ziemie. Książęta grodów za Wartą odmówili
Popładowi płacenia zwyczajowych trybutów, nawet pomniejsi władcy gródków
na Kujawach okazywali Polanom brak poszanowania, zwiększając w dwójnasób
opłaty za dostarczaną sól.
A Chościsko powrócił do poprzedniego trybu życia. Rozbudował w Gieczu
rodową posiadłość, wraz z Bieżunią zajęli się wychowaniem dzieci i codziennymi sprawami. W 841 roku urodził im się kolejny syn, Bojomir.
Starsze rodzeństwo, w tym jedenastoletni już Lubomir, ucieszyło się
niepomiernie z nowego brata. Rok później Chościsko z małżonką udali się
do Mietlicy na zaproszenie Popłada. Książę wydał ucztę dla niewielkiego
grona zaufanych mu osób. Podczas biesiady, gdy już wszystkim trunki do
głów uderzać poczęły, Połania, córka Popłada, nie kryjąc względów wobec
Chościska, coraz zalotniej się wokół niego kręciła. Czemu z narastającą
złością przyglądała się Bieżunia, rozeźlona, że mąż nie odtrąca
stanowczo zaczepek. Przysiadła niespodziewanie obok Chościska Połania
położyła mu pod stołem rękę na kroczu, uwodzicielsko wzdychając.
Bieżunia, siedząca z prawej strony męża, powstała zdecydowanie i zdzieliła Połanię po głowie glinianym dzbanem porwanym ze stołu. Na
szczęście był już pusty i tylko rozpadł się na kawałki. Połania padła
obok ławy, strumienie krwi spływały jej po twarzy, ale nie straciła
przytomności. Część biesiadników buchnęła głośnym śmiechem, niektórzy
nawoływali kobiety do stoczenia pojedynku. Popład wysłał córkę pod
strażą wojownika z drużyny do sypialnych komnat. Następnego dnia, po
godziwym śnie trwającym do południa, goście opuścili Mietlicę i skierowali się do domostw po różnych grodach.
Kilka dni po uczcie u Popłada Bieżunia poczęła się uskarżać na piekące
bóle w piersiach. Na nic się zdały zabiegi znachornicy i mamrotania
guślarza. Nie pomogła wiedza Zbylucha. Kobieta zmarła, ostawiwszy męża z piątką dzieci.
Po pochówku żony Chościsko załamał się kompletnie. Przez pierwsze dni
przesiadywał niemal nieustannie na skraju lasu za półwyspem, nad
kamieniem, pod którym pogrzebano gliniany dzban z prochami małżonki.
Trwał tak niemal w bezruchu, to szlochając, to mamrocząc niezrozumiałe
wyrzuty, w przerwach pociągając sążniście piwa z pojemnej glinianki.
Strwożona dziatwa za nim, zbita w kupkę wokół najstarszego Lubomira,
dogłębnie przerażona zachowaniem ojca i śmiercią matki. Dobrze, że na
ten czas Luśniena z sąsiedniej zagrody biednych kmieciów zajęła się
jednorocznym Bojomirem. Jej mąż zginął w nieszczęsnej bitwie pod
Kaliszem, od tego czasu sama zajmowała się dwójką małych dzieci i skromnym gospodarstwem. Rok temu, po krótkiej miłostce urodziła ponownie
dziecko - chłopca.
- A co tam. - Uspokajająco pogłaskała po włosach Lubomira i zawinęła
niemowlę w pled. - Powiedz ojcu, że Bojomirek na tych kilka dni pod moją
opieką. Mój Ścimirek też jednoroczny, mleka w piersiach starczy dla obu.
Za jakiś czas Popład wezwał Chościska do Mietlicy. Na rozmowę. Tak
naprawdę chyba jeden szukał drugiego. Dwóch rozgoryczonych na zły los
jakby odnalazło się nawzajem.
- Na co nam przyszło? - Popład dolewał Chościskowi piwa z dzbana. - Ja,
władca, bez wpływu na los plemienia. Ty, sławetny wódz, na gieczańskie
poletko zegnany. Cóż nam pozostało?
Pozostało im wspólne spędzanie wielu wieczorów na użalaniu się i pijatykach. Chościsko coraz częściej odwiedzał Popłada, zostawiając
nadzór nad rodowym siedliskiem w rękach starego Zbylucha. Aż pewnego
razu książę zaproponował mu rękę Połanii. Tak jakoś wyszło i chyba nikt
dokładnie nie pamięta, kto komu co jako pierwszy zaproponował. Czy sama
Połania namówiła wprzódy ojca, przymilając się usilnie do Chościska za
każdymi odwiedzinami? Czy przygnieciony niełaskawym losem wódz uległ
sile kobiecego powabu? Może zgorzkniały władca chciał na złość uczynić
wszystkim, którzy w cień go odsunęli? Bo natychmiast podniosły się
protesty. Moroch zwołał wiec plemienny, odczynił wróżby, wyrocznia
potępiła zamiar zaślubin Połanii z Chościskiem, starszyzna plemienna
złożona z przedstawicieli najznamienitszych rodów zagroziła buntem.
Raptem wszystkich przejęła przyszłość goplańskiej dynastii.
- Bierz córkę na nałożnicę. - Uparty Popład musiał się ugiąć przed wolą
ludu i kapłanów, ale nie odpuścił powziętego zamiaru, proponując
Chościskowi inne rozwiązanie. - Ani kapłanom, ani rodom nic do tego, z kim Połania w łożu chędoży.
Chościsko sprowadził Połanię do Giecza. Po roku urodził im się syn,
któremu na imię dali Popiel. Dziecko nieślubne, zatem praw dziedzicznych
do goplańskiego tronu pozbawione. Na dodatek półsierota, gdyż Połania
zmarła przy porodzie.
Chościsko zaciął się w sobie na całego. Począł się otaczać nałożnicami,
bywało, że po kilka naraz pomieszkiwało w rozległej rodowej siedzibie.
Miejsca było dosyć na wielu izbach i dobudówkach. Przylegające jedną
stroną do niedokończonego na półwyspie wału siedlisko sprawiało wrażenie
udzielnej siedziby jakowegoś władcy. Wielu sąsiadów z Giecza pomrukiwało
z zazdrością na majątek rodu Chościska, nabyty przez niego za dobrych
czasów na wojennych wyprawach, ale nikt nie ważył się na otwartą
wrogość. Zbyt potężny był to ród, zbyt bogaty. Czterech synów i córka po
Bieżuni, jeden syn po Połanii. Do tego dwóch stałych członków rodu
nienależących do rodziny. Stary Zbyluch, mądrością i doświadczeniem
wszystkich opiekunów świętego gaju i guślarzy razem wziętych
przewyższający, przygarnięty przez ród w zamierzchłej przeszłości,
jeszcze za młodości ojca Chościska. Przed dwoma laty ród użyczył
gościnnego przytułku wygnanemu z Gniezna przez Morocha Rozmyszowi. Były
kapłan, tryskający wiedzą stał się niejako rodowym doradcą.
Przyszedł czas, że wiec opolny ponownie począł wybierać Chościska na
dowodzącego wyprawami. Na wszystkich i wszędzie naokoło. Nawet na
pobratymcze osady za Wartą wyprawiano się teraz, czy też na liczne małe
grody na południe od Śremu, co kiedyś, przed nieszczęsną bitwą pod
Kaliszem, byłoby nie do pomyślenia. Regularnie wysyłano patrole na
granice opolnego obszaru w poszukiwaniu łowców niewolników.
Najstarszy z synów Chościska, Lubomir, szybko zmężniał i wyrósł. W wieku
piętnastu lat przerósł ojca. Po następnych dwóch latach trzej starsi
synowie Chościska chadzali razem z ojcem na wyprawy. Najmłodszym synem
po Bieżuni pod kątem wpajania nauk i ogólnego wychowania opiekowali się
Zbyluch i Rozmysz. Najserdeczniejszym druhem dziecinnych i chłopięcych
lat Bojomira stał się Ścimir. Jedyny Popiel nie znalazł sobie miejsca w rodzinie. Nikt z przyrodniego rodzeństwa go nie lubił, nikt mu nie
okazywał najmniejszej sympatii, nie mówiąc już o braterskiej miłości.
Wiele z tego zawdzięczał chłopiec sobie samemu, takiej już był
nieprzyjaznej, odstręczającej natury. Jedynie Chościsko otaczał go
pełnią ojcowskiej miłości.
Bojomir wyrósł na przedniego młodzieńca. Niebawem prześcignął starszych
braci umiejętnościami w wielu dziedzinach. Przodował zarówno w wojennych
arkanach, jak i zadziwiał niespotykaną wiedzą zaszczepianą mu przez
opiekunów. Zyskał sobie sympatię i podziw reszty gieczańskiej młodzieży.
Nawet dorośli wojownicy grodu nie skrywali wobec niego niekłamanej
życzliwości.
Gdy Bojomir miał piętnaście lat, siedzibą księcia w Mietlicy wstrząsnęło
niebywałe wydarzenie. Niespodziewanie powrócił Poprud, uznany za
martwego brat Popłada. Wcale go nie zamęczono na śmierć, jak to
rozpowiadali ongiś chełpliwie kapłani Prusów. Zdołał wtedy uciec z niewoli do Truso, wielkiego portu handlowo-obronnego na wybrzeżu
Bałtyku. Stamtąd pożeglował w załodze kupieckiego statku na
najodleglejszy kraniec morza, daleko na północnym wschodzie. Wysiadłszy
na ląd, trafił do bogatej osady kupieckiej rozłożonej nad brzegiem
wielkiego jeziora. Pełno w tej osadzie różnych ludów, jak opowiadał
Poprud, najwięcej Rusów, co z mroźnej Skandynawii ściągają oraz plemion
naszym, słowiańskim podobnych, ale obyczajami i mową nieco odmiennych.
Po jakimś czasie Poprud zawędrował na południe, do Kijowa. Stamtąd do
Przemyśla, by w końcu, po tylu latach powrócić do Mietlicy.
Uszczęśliwiony Popład świętował przez trzy dni i noce odzyskanie brata,
aż z przepicia i przejedzenia padł martwy pod biesiadną ławę, z głową
napęczniałą od krwi niby rozpuchły burak.
Poprud został księciem, na co nie trzeba było ani zgody wiecu, ani
kapłańskiej wyroczni. Jako brat dziedziczył tron automatycznie, tym
bardziej z braku innych kandydatów. Ale co z tego? Dochodzący
sześćdziesięciu pięciu lat nowy książę nie rokował nadziei na dłuższe
panowanie. Sterany wiekiem, naznaczony wieloma ranami po przebytych
przygodach i tułaczce sam doskonale sobie zdawał sprawę, że chyli się ku
śmierci. Dręczyła go świadomość upadku dynastii, która wraz z nim
wymierała na zawsze. W tym czasie, dowiedziawszy się o wnuku Popłada
żyjącym jako nieślubne dziecko w jakimś gieczańskim rodzie, sprowadził
siedemnastoletniego Popiela do Mietlicy i powierzył mu dowództwo nad
książęcą drużyną.
W sam raz decyzja księcia uratowała ród Chościska, przynajmniej na ten
czas, przed rodzinną zwadą mogącą przybrać tragiczny obrót. Powodem
zatargu stała się piękna Gościrada, córka księcia Kalisza, o której
względy skoczyli sobie do gardeł Bojomir i Popiel. Ale po kolei,
cofnijmy się do zarodka sporu.
Na ziemie podległe władcy Kalisza najechały, podbuntowane przez Wiślan,
zastępy śląskich wojowników. Napastnicy po wybiciu opornych splądrowali
pobliskie osady, unosząc łupy i uprowadzając tłumy ludności w niewolę.
Następnie skierowali się na Kalisz. Na przedpolach grodu stoczyli
zwycięską bitwę z siłami księcia i przystąpili do oblężenia. Gród wysłał
posłów do Mietlicy z prośbą o wsparcie i przysłanie odsieczy. Poprud
odmówił, zasłaniając się prawem plemiennym ustalonym przez Morocha i zatwierdzonym przez wiec, że już nigdy Polanie nie zaangażują się
zbrojnie w konflikty zewnętrzne.
- Ale - uzupełnił na koniec odmowę Poprud - prawo nie zabrania, by
jakieś polańskie opole podjęło własnym sumptem wyprawę łupieżczą poza
tereny plemienia. Niech się zwrócą do Chościska w Gieczu, on przecież
przed laty całym wojskiem dowodził. Może się zgodzi, jeżeli go nakłonią
i uzyskają akceptację starszyzny wiecu.
Tak też posłowie zrobili. Na zwołanym w Gieczu wiecu przedstawili usilną
prośbę o zbrojne wsparcie, oferując w imieniu kaliskiego księcia
przebogate wynagrodzenie, tak obfite, że wszyscy gieczańscy mieszkańcy
będą się pławić w kosztownych szatach i biżuterii. Zachęta podziałała.
Wiec wyznaczył Chościska na wodza.
- To ilu śląskich wojowników otoczyło wasz gród? - dopytywał posła o szczegóły Chościsko.
- Mrowie, prawie pięć setek.
- Uzbrojenie?
- Piechota i łucznicy. Jedną machinę podprowadzili i zarzucają gród
płonącymi kulami zbitego siana.
- A wasz władca?
- W bitwie pod wałami stracił osiemdziesięciu trzech wojowników. Z pozostałymi, niecałymi dwoma setkami, schronił się w grodzie.
Chościsko zebrał stu dziewięćdziesięciu chętnych do wyprawy. Giecz stać
było na więcej, ale nie wszystkim się uśmiechało ryzykować życie w starciu z wprawionymi w bojach śląskimi wojownikami. To nie łatwy
łupieżczy wypad na jakieś osady, ale starcie w boju z walecznymi mężami.
A że udział w wyprawie dobrowolny...
Podeszli pod Kalisz od północy. Na obrzeżu lasu stykającego się z otwartymi polami grodu Chościsko, zebrawszy wokół siebie dowódców
oddziałów, wydał niespodziewane dyspozycje:
- Choroby się odnowiły, stara rana w boku przygina mi ciało ku stronie,
oręża nie podźwignę. Na wodza wyznaczam w zastępstwie mego syna
Bojomira. Jego rozkaz moją wolą. Są jakieś głosy przeciwne?
Nie było, oprócz kilku pomruków i gwałtownie poczerwieniałej ze
wzburzenia twarzy Popiela. Mimo podeszłego wieku Chościska nikt nie
ważył się na zadarcie z wodzem okrytym sławą tylu czynów. A że Bojomir
zaledwie dziewiętnastoletni? Pod okiem ojca wiele się nauczył, poza tym
niemal wszyscy wojownicy, od najmłodszych po najstarszych, darzyli go
nieskrywanym uznaniem i sympatią.
- No, synu! - Chościsko poklepał Bojomira po ramieniu. - Twoja pierwsza
bitwa w randze wodza. Co nakażesz czynić?
Bojomir długo przyglądał się równinie wokół grodu z rozsianymi po prawej
stronie namiotami oblegających.
- To proste, ojcze - odparłszy krótko, zwołał dziesiętników na naradę do
kręgu.
Chościsko z podwyższenia, na którym kończyła się linia lasu, obserwował
przebieg bitwy. Wsparty o tarczę. Miecz w ostatniej chwili przekazał
Bojomirowi.
- Teraz twoja kolej - rzekł, wręczając synowi broń. - Pamiętaj, to
szczególny miecz, podarunek od Wszemira. Splamić go możesz wyłącznie
krwią wrogów.
Wysłany przez Bojomira tajny goniec przedarł się niezauważenie przez
bagna od południowej strony pod wały grodu. Niebawem wpuszczono go po
zrzuconej linie do środka.
Przygotowujący się do szturmu na wał wojownicy śląscy ze zdumieniem i zaskoczeniem zauważyli pojawienie się dwóch wrogich oddziałów,
zmierzających w ich kierunku z dwóch stron. Jeden z lewej, drugi z prawej strony. Polańska piechota, po czterdziestu wojowników w każdym
oddziale. Kroczyli miarowo, ale nie spiesząc się. Ślązacy przerwali
szturm i formowali oddziały do przeciwuderzenia, nawołując się radośnie
i dodając nawzajem otuchy. Niecała setka Polan przeciwko nim? Na śmierć
dobrowolnie przyszli. Kroczący Polanie doszli po obu stronach na
odległość pięćdziesięciu kroków do śląskich bloków, zatrzymali się i oblepili szczelnie tarczami. Śląski wódz wydał okrzykiem komendę do
natarcia, na obu odcinkach. Wtedy dojrzał jak niespodziewanie na
ciągnącym się wzdłuż szeregów jego wojska trawiastym nasypie wyroiły się
masy polańskich łuczników. Na zdumione śląskie zastępy posypały się
chmary strzał, dziesiątki pocisków. Jednocześnie do ataku przeszły dwa
uprzednie oddziały piechoty. Równocześnie rozwarła się brama grodu,
wypuszczając do natarcia kaliską piechotę, z samym księciem na czele.
Ślązacy znaleźli się w śmiertelnym potrzasku.
Bitwa była krótka, ale zażarta. Poległo bardzo wielu napastników,
łącznie z ich wodzem, przy niewielkich stratach polańskich i kaliskich.
Bojomir walczył na przodzie wbijającej się w masę wrogów piechoty,
osłaniany po bokach przez Lubomira, Mestweka i Chociesza. W którymś
momencie w bitewnym zgiełku kaliski książę przykląkł dźgnięty oszczepem
w ramię. Zamierzał się osłonić tarczą przed uderzeniem wrogiego topora.
Nie zdążyłby, gdyby nie Popiel, który silnym ciosem bojowej pałki
nabijanej żelaznymi kolcami roztrzaskał ukrytą pod skórzanym czepcem
głowę przeciwnika.
Popiel uratował księcia.
Polanie z Giecza uratowali Kalisz.
Wojownicy otrzymali obiecane wynagrodzenie. Ranny książę wydał dla
wszystkich biesiadę, by upamiętnić zwycięstwo. Na uczcie zasiadła obok
niego jedyna córka, przepiękna osiemnastoletnia Gościrada.
Popiel i Bojomir od pierwszego wejrzenia zakochali się w dziewczynie.
Uszczęśliwiony książę powstał, a gdy na dany znak wszyscy zamilkli,
przemówił:
- Gieczanie, długo będziemy wspominać w Kaliszu waszą bohaterską pomoc!
- Wzniósł toast. - A ja szczególnie chciałbym wynagrodzić jednego
mężnego wojownika spośród was, który nie tylko odwagą w bitwie się
wykazał, ale i życie mi uratował. - W tym czasie podszedł do Popiela,
siedzącego po lewej stronie Chościska, z dala od przyrodnich braci
rozsiadłych na prawo od ojca. - Tenże oto młody wojownik... - Wskazał na
Popiela. - ...syn czcigodnego Chościska, zasłużył na moją osobistą
dziękczynność. Jeżeli taka jego wola - zamilkł na chwilę dla
podkreślenia doniosłości wypowiedzi - to oddaję mu moją córkę Gościradę
za żonę!
Biesiadną świetlicą wstrząsnęły radosne okrzyki i gratulacje. Popiel
zaniemówił z wrażenia, nie spuszczając namiętnego wzroku z Gościrady. Ta
zaś, wpatrzona dotąd nieustannie w Bojomira, poderwała się z miejsca,
wyrwała ze świńskiej pieczeni szeroki nóż i wbiła go z zacięciem w stół.
- Nigdy! - zakrzyknęła i uciekła z świetlicy.
Co tu dalej opowiadać, skróćmy szczegóły dramatu. Tejże jeszcze nocy
Bojomir i Gościrada wylądowali w łożu, rozkoszując się gwałtowną
miłością.
Następnego dnia Chościsko i książę Kalisza ugadali się co do zmiany
planu. Bojomir zabrał ze sobą Gościradę do Giecza na huczne zaślubiny.
Popiel zaprzysiągł krwawą zemstę całemu rodowi Chościska.
I dlatego, na szczęście dla wszystkich, opatrznością losu zdała się
decyzja Popruda, by sprowadzić Popiela do Mietlicy.
A krótko po tym umierający książę Polan postanowił uczynić Popiela
oficjalnym następcą tronu. Tyle że do realizacji zamierzenia trzeba było
spełnić kilka koniecznych warunków.