Przybieżeli - Jakub Ćwiek

-
Proszę czekać

1

Kapsel wsiadł, wpuszczając do auta przeszywające zimno i smród wędzonki.

- Ja pierdolę, myślałem, że mi palce odpadną - rzucił, zacierając dłonie. - Słowo daję, Wito, że jakbym jednego takiego kutasiarza, co to pierdoli te bzdety o globalnym ociepleniu, jednego, kurwa, jakbym dostał teraz, na wyciągnięcie ręki, to bym mu jego własnego chuja w dupę wsadził i przez gardło wyciągnął. Co za bzdura!

Zerknął na siedzącego obok Wita, ale ten tylko wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od więziennej bramy po drugiej stronie ulicy.

Kapsel pociągnął nosem i chuchnął w dłonie. Znowu je roztarł, zerkając jednocześnie w lusterko wsteczne. Tam, ze środka tylnej kanapy, spomiędzy kołnierza wielkiej puchowej kurtki i krawędzi wełnianej czapki z pomponem wpatrywały się w niego wielkie ciemne oczy. Jak u sarny.

- Żebyś chociaż cipę miała gorącą - mruknął i pociągnął nosem. - Kurwa, sprawdziłbym, ale twój stary pewnie będzie się brzydził po kimś, nie? Wito? Czy nie będzie? W sumie to po sześciu latach w pierdlu to ja bym nawet obszczaną bezdomną wyruchał, byle miała...

- Zamknij się - warknął Wito, odwracając się gwałtownie. - Chociaż, kurwa, na chwilę przestań pierdolić.

Kapsel się skrzywił. Zwykle nie pozwalał tak do siebie mówić. A już na pewno nie pizdusiom, którzy wyglądali jak połowa jego. W końcu Kapsel nie po to zapierdalał na siłownię i treningi walki pięć razy w tygodniu, nie po to się szprycował, dziarał i budował renomę na mieście, żeby potem byle kto mu po niej deptał.

Zresztą Wito nie dość, że drobny i chudy, to na pierwszy rzut oka bardziej chuj z Erasmusa niż prawdziwy Polak. Studenciak taki śliczny, kurwa, egzotyczny. Po matce Włoszce czy Hiszpance - czarne kręcone włosy, ciemna karnacja i prawie czarne oczy. Linia szczęki mocna, podkreślona cieniem kilkudniowego zarostu. Nos prosty z szerzej zaznaczonym grzbietem, usta średniej szerokości. Górna warga cieńsza, dolna pełniejsza, zwykle rozchylone, jakby wiecznie pozował do portretów w pieprzonym Top Model.

No, ale mimo wszystko Wito to był Wito. Najlepszy kumpel, do tego łebski facet, umiał kombinować. A gdy Kapsel przyszedł w potrzebie, to go przecież nie zostawił, tylko pomógł. I chuj, że potem gówno z tego wyszło takie, że teraz po szyję tkwili w szambie. Bo wciąż razem. No i stary Wita był teraz jedyną opcją, żeby z tego wyszli.

Dlatego teraz Kapsel zmilczał i tylko łypnął wyzywająco w lusterku na dziewczynę, gotów zareagować na choćby cień szyderczego uśmiechu. Choćby błysk rozbawienia w sarnich oczach. Wtedy, uznał, pierdoli, że to miał być prezent. Najwyżej zamówi drugą.

Dziewczyna odwróciła jednak głowę i nic nie zobaczył.

- Czego chciał tamten dziadek? - zapytał nagle Wito.

Kapsel potrzebował sekundy, by skojarzyć, o kogo chodzi.

- Aa, że ten parkingowy? Nic takiego. Pierdolił tylko, że nie można stać na włączonym silniku. To go pytam, jak to sobie wyobraża, w końcu z dziesięć stopni na minusie jest. A on, że niby rozumie, ale przepisy to przepisy i że dostał wytyczne. No to go zapytałem, czy chce zarobić parę darmowych bombek na ryj, to se będzie mógł za tydzień na choince zawiesić.

Wito uśmiechnął się lekko.

- I co? Chciał?

- Jakby chciał i poprosił, to by dostał. Jestem Mikołajem wpierdolu, nie, mała?

Raz jeszcze poszukał w lusterku oczu dziewczyny, ale uparcie patrzyła gdzieś w bok, więc odkaszlnął w dłoń i sięgnął do gałki radia.

- Zostaw - powstrzymał go Wito. - Same świąteczne gówno teraz leci. Albo reklamy.

Kapsel cofnął rękę. Zerknął na zegarek na kokpicie, a potem na własny, odsłaniając ściągacz kurtki.

- Powinien już być, nie? - zapytał. - O której wypuszczają?

Wito otworzył usta, nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo w tym właśnie momencie, jak na zawołanie, furtka w metalowej bramie nagle się uchyliła. Wyszło zza niej trzech gości, jeden po drugim. Skuleni, z głowami w ramionach, ruszyli bez zatrzymania i oglądania się, każdy w swoją stronę.

Czwarty w kolejności, po krótkiej pauzie, wyłonił się krępy facet po pięćdziesiątce, ściskający w prawej dłoni reklamówkę z Biedronki.

Ten zrobił zaledwie dwa kroki do przodu, po czym przystanął, obejrzał się i poczekał, aż furtka się zamknie. Dopiero wtedy sięgnął do kieszeni, z której wyjął paczkę papierosów. Włożył jednego do ust, chwilę się męczył z tanią plastikową zapalniczką, osłaniając wątły płomień wielką dłonią, a gdy udało mu się wreszcie zapalić, zaciągnął się i zadarł głowę do nieba, by wypuścić dym z płuc.

Nie sprawiał wrażenia, że mu zimno, choć był ubrany zdecydowanie nie na taką pogodę. Miał na sobie mocno sfatygowaną brązową skórę, z tych raczej jesiennych, do tego dżinsy i czarne półbuty. Żadnej czapki, która zakrywałaby krótką szczecinę popielatych włosów, żadnych rękawic.

Stał tam niemal w bezruchu, na środku chodnika, niczym wyrywek z ciepłego października, nie bacząc ani na brudny śnieg pod stopami, ani na mijających go ludzi okutanych w płaszcze, zimowe kurtki i szaliki.

Wito lewą ręką złapał torbę, którą miał między kolanami, prawą - za klamkę.

- Poczekajcie, zaraz wrócę.

- Chuja tam - żachnął się Kapsel, również łapiąc za klamkę. - Idę z tobą, to się od razu przedstawię. A nie że będę potem z kurwą o uwagę konkurował.

Wito mruknął coś pod nosem, co brzmiało chyba "jak se chcesz", a potem wysiadł.

Kapsel dogonił go jeszcze na chodniku, ale zamiast skierować się na pasy, wyciągnął otwartą dłoń w stronę nadjeżdżającego auta i śmiało wszedł na jezdnię.

Już po drugiej stronie puścił Wita przodem. Pozwolił im się w spokoju przywitać krótkim żołnierskim uściskiem i dopiero wtedy podszedł, wyciągając dłoń.

- No, nareszcie mam ten zaszczyt, proszę pana - rzucił. - Kapsel jestem. Wito dużo mi o panu opowiadał.

Mężczyzna odwrócił głowę. Ruchy miał powolne, ospałe, a bladoniebieskie oczy, które były przesłonięte cienką błoną, sprawiały wrażenie martwych. Spojrzał najpierw na wyciąg­niętą dłoń, a potem wolno unosił - najpierw głowę, dopiero potem wzrok, aż do momentu, gdy spojrzenia jego i Kapsla się spotkały. Musiał w tym celu zadrzeć głowę, ale nie sprawiał wrażenia, jakby go to krępowało czy irytowało. W końcu wsunął papierosa między mięsiste wargi i również wyciągnął dłoń. Uścisk miał mocny i krótki, jakby miażdżył orzechy.

- Żaden pan, Drzazga jestem - powiedział. - I też o tobie słyszałem.

Uśmiechnął się, wyjął papieros z ust i pstryknięciem strącił żar. Podał niedopałek Kapslowi, a następnie zdjął skórzaną kurtkę. Wito stał już obok z wyjętą z torby zimową.

- Miło, że pomyślałeś, synek - powiedział Drzazga. - Nie spodziewałem się, że będą jeszcze kiedyś takie zimy.

Przebrał się sprawnie, a potem wsadził rękę do kieszeni i wyjął z niej stary nóż sprężynowy. Przyjrzał się odrapanej okładzinie imitującej perłę.

- Pamiętałeś, miło.

Szarpnął dźwignię i nóż otworzył się na bok. Przyjrzał się ostrzu, rysom na nim i wygrawerowanemu napisowi, któremu zawdzięczał ksywę. Opuszką kciuka przejechał po wyszczerbieniach z taką miną, jakby właśnie wracało do niego wspomnienie, skąd się wzięły.

Kapsel przyglądał się temu ze zniecierpliwieniem, raz po raz zerkając w stronę więziennych wieżyczek. Nie zamierzał się odzywać, ale odetchnął z ulgą, gdy nóż powędrował do kieszeni. Drzazga włożył rękawiczki, nałożył czapkę i objął syna ramieniem.

- Też powinieneś czapkę nosić, Wituś - zauważył. - Większość ciepła przez łeb ucieka.

Ruszyli w lewo, w stronę przejścia dla pieszych. Reklamówka z Biedry została na ziemi, więc Kapsel podniósł ją i ruszył za nimi.

Dogonił ich tuż przed pasami.

- W ogóle panie... to znaczy Drzazga... Kurde, tak też nie. Szefie, tak będę mówił, dobra?

Drzazga wzruszył ramionami.

- Możesz.

- No to, szefie - zadecydował Kapsel. - Chcę powiedzieć, że ten... jak ja się dowiedziałem, że nam z tym wszystkim pomożesz, to od razu się lepiej poczułem - powiedział. - Nawet mówiłem Wito, że na taką chujnię to na bank trzeba kogoś ze starej gwardii. Takiego, co to wszystkich do pionu poustawia, nie? I nie mówię, żeby zaraz pana Orejkę ustawiać, bo on to wiadomo, że też legenda. Ale mi chodzi...

Umilkł, gdy dostrzegł gniewne spojrzenie Wita, które ten posłał mu za plecami ojca. Sam Drzazga sprawiał wrażenie, że go nie słucha.

- Dobra, już się zamykam. - Kapsel sięgnął do ust i wykonał ruch palcami, jakby zamykał je na klucz. - Chcę tylko powiedzieć, że naprawdę doceniam, że nam pan pomoże. Tyle.

Przeszli na drugą stronę i chodnikiem przez parking, ale kilka metrów przed autem Drzazga nagle się zatrzymał.

- Ktoś tam jest w środku? - zapytał.

Kapsel z dumą wysunął się do przodu.

- A to niespodzianka taka, z Białorusi - powiedział. - Cztery słowa po polsku na krzyż, ale podobno jak chuja zassie, to jak ta, no... czarna dziura. Zresztą z każdą dziurą tak ma podobno, więc do wyboru, do koloru.

Drzazga podrapał się po nieogolonym policzku.

- Znaczy się kurwa? - zapytał.

I coś było w jego tonie, co sprawiło, że Kapsel na moment stracił rezon.

- No tak, ale, szefie, nówka taka, prawie nieśmigana - rzucił z nerwowym śmiechem - To, co mówiłem o tych dziurach, to... ona na bananach w chacie ćwiczy, wie szef.

Drzazga najpierw kiwnął głową, że wie, po czym zaraz nią potrząsnął.

- Miłe to, ale nie - zdecydował. - Zapłać jej i niech idzie.

Zaskoczony Kapsel rozdziawił usta.

- Ale...

- Nie mamy czasu. Gumbas dzwonił? Jest na miejscu?

- Tak, tato - potwierdził Wito. - Mówił, że ten koleś to ma jeszcze dzisiaj jakieś spotkanie autorskie, ale stamtąd...

Drzazga przyłożył palec do ust.

- Nie tutaj, Wituś. Niech kolega najpierw spławi koleżankę i zaraz w aucie pogadamy, tak?

Kapsel przewrócił oczami i westchnął głośno, ale nie skomentował, tylko podszedł do auta. Otworzył tylne drzwi i wykonał ręką zamaszysty gest:

- Zapraszam wypierdalać - rzucił.

Drzazga westchnął z dezaprobatą.

2

Zatrzymali się na Orlenie jeszcze na wylocie z miasta. Wito zajął się tankowaniem, Kapsel poszedł do kibla, ale wcześniej rozpytał, jaką komu kawę i z czym hot dogi, by od razu zamówić. Drzazga został w aucie, cieszył się ciepłem, słuchał radia, które kazał sobie włączyć, i bawił się nożem sprężynowym, otwierając go przyciskiem, a potem sprawnie składając jedną ręką.

A kto wie, czy za rogiem nie stoją Anioł z Bogiem - z głośników niósł się chórek głosów ciepłych i słodkich jak mleko z miodem. I warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia.

Drzazga uśmiechnął się i wycelował ostrzem noża w radio, jakby przyznawał wokalistkom rację.

Przez przednią szybę zobaczył zbliżających się Wita i Kapsla. Jeden niósł kawę, drugi hot dogi i wyglądali ze sobą trochę jak Kajko i Kokosz. Tyle że Kapsel nie był taki znowu gruby. Bo durny to jak najbardziej.

Kapsel otworzył drzwi kierowcy, nachylił się i podał hot doga.

- Kabanos, keczup, musztarda.

- Dziękuję.

Drzazga złożył i schował nóż, by do drugiej ręki przyjąć kawę od syna. Poczekał z jedzeniem i piciem, aż tamci zapną pasy i ruszą.

- To gdzie teraz, szefie? - zapytał Kapsel. - Od razu strzała?

- Tak. W taką pogodę to lepiej szybciej wyjechać, by potem nie gonić. Tylko w jedno miejsce odbijemy troszkę, ale to ci powiem kiedy.

- Jasne. - Kapsel sięgnął po telefon, by wpisać cel w GPS.

- Na razie to normalnie jak na Wrocław jedź - rzucił Drzazga. - To sobie później wpiszesz, już stamtąd.

Palec kierowcy na moment zawisł nad ekranem, ale zaraz się cofnął, a sam Kapsel uśmiechnął się do lusterka.

- Ty rządzisz, szefie - powiedział, przejmując od Wita swojego hot doga.

Jedli w milczeniu, słuchając radia. Tam opowieść o Aniele i Bogu ustąpiła kolejnej, o małomiasteczkowym chłopaku, na którym miejsce pochodzenia odcisnęło piętno w każdym aspekcie życia. On też dokądś jechał. Do kogoś, tyle że sam.

- O alibi pamiętaliście? - zapytał w końcu Drzazga, gdy zaczęła się przerwa na reklamy.

Wito ograniczył się do skinienia głową, za to Kapsel, widząc okazję, by się wykazać, wyraźnie się rozpromienił:

- Sie wie, szefie, dokładnie jak kazałeś - powiedział. - Urlop w robocie mam, chatę taką na wsi, gdzie niby auto składam, Forda takiego, Capri. No i kumpel, mordeczka zaufana, co jest do mnie podobny, to moim autem będzie tam nakurwiać pod radarami, w moich ciuchach, żeby mi zdjęć najebało. I moją komórę też ma, i jeszcze...

- A koledze co powiedziałeś? - wtrącił się Drzazga.

Kapsel zerknął na niego, niby przestraszony, ale zaraz znowu się wyszczerzył.

- Spokojnie, ja głupi nie jestem. Powiedziałem mu, że ciapatych z Białorusi będę woził na nielegalu. Kiedyś to robiłem, to uwierzył od razu. Z tego w ogóle też niezły hajs jest tak po prawdzie. Nie taki, żeby wystarczyło, ale no.

Chapsnął hot doga i chyba trochę za duży kawałek, bo przez kilka minut milczał. Potem przełknął, zapił kawą.

- A z tym pisarzem to w ogóle... - zaczął, ale nie wiedział, jak skończyć, więc spróbował jeszcze raz. - Chodzi mi o to, bo miałem pytać. Dlaczego właśnie on? Googlałem typa i to nie jest chyba jakiś zarobas. Żaden tam, jak mu było... Mróz, żeby na forsie spał.

- Nie musi spać na forsie - odparł Drzazga i również zagryzł hot dogiem. - Potrzebujecie konkretnej kwoty, prawda?

Kapsel zerknął na Wita i wzruszył ramionami.

- No, w sumie racja - zgodził się. - Niby tam można by było więcej, ale wiadomo, że pazerny to zawsze dwa razy w dupę... I w ogóle to nie wiem, czy już mówiłem, ale dzięki, że nam pan z tym pomaga.

- Mówiłeś.

- No, ale takie rzeczy to czasem nie zaszkodzi...

- Nie trzeba. Raz wystarczy - odparł Drzazga i łyknął kawy. - Radio przełącz, bo to, co teraz, to gówno jakieś.

Kolejne pół godziny jechali w milczeniu, jeśli nie liczyć kilku pojedynczych zagadań Kapsla, które raz po raz grzęzły w ciszy. Do tego dwa razy Drzazga kazał gdzieś skręcić z głównej drogi i potem ciągnęli przez kiepsko odśnieżone wioski.

- Ciekawe, ile się ten śnieg utrzyma - spróbował jeszcze raz kierowca, gdy za kolejnym zabudowaniem wjechali w las i nagle wokół zrobiło się naprawdę biało. - Fajnie, jakby do świąt, nie? Tydzień został, to może da radę...

Drzazga pochylił się do przodu i wyciągnął rękę.

- Zjedź tu - powiedział, wskazując boczną drogę. - Gdzie ten znak na leśniczówkę.

Kapsel posłusznie zwolnił i wbił kierunkowskaz, a potem ostrożnie łagodnie skręcił.

- Żebyśmy się nie zakopali tylko - rzucił, wjeżdżając w śnieg. - Jakbym wiedział, to bym coś z napędem na cztery ogarnął.

- Ten też da radę - odparł Drzazga.

Trzęsąc się na wybojach, pokonali dwieście, może trzysta metrów leśnej drogi, aż pomiędzy drzewami zamajaczył im stary drewniany dom. Nie przypominał leśniczówki, raczej zrujnowaną chatę jak z najbiedniejszych rejonów Podlasia. Tak starą, że obok niej i wiaty na drewno stała drewniana wygódka.

- Jezu, ktoś tu... - zaczął Kapsel.

I wtedy nagle Drzazga wykonał szybki ruch. Jego ręka wystrzeliła po łuku w górę, ostrze noża wyskoczyło z uchwytu i zagłębiło się w szyi kierowcy. Weszło głęboko, pchnięte do przodu niczym manetka kierunkowskazu, rozdarło gardło niczym papier. Krew, jasna, parująca, chlusnęła jak z wiadra, wnętrze auta, prócz metalicznego smrodu, wypełnił krzyk Wita pełen przerażenia.

Kapsel chyba też próbował wrzasnąć. A może po prostu coś powiedzieć? Cokolwiek to jednak było, rozprute gardło przemieniło słowa w obrzydliwy bulgot.

Drzazga sięgnął wolną ręką do drążka hamulca ręcznego. Szarpnął z całej siły, aż toczący się samochód stanął. Wtedy pociągnął zwłoki na bok, by nie poleciały na klakson, tylko zawisły na pasach. Wyszarpnął nóż, otarł go o siedzenie i złożył. Dopiero wtedy spojrzał na syna.

Ten dyszał ciężko, wpatrując się w martwego kolegę, i podskoczył z krzykiem, gdy Drzazga położył mu rękę na ramieniu. Odwrócił się gwałtownie, jednocześnie odsuwając się na tyle, na ile pozwolił mu pas.

- Dlaczego to, kurwa, zrobiłeś?!

Drzazga przechylił głowę na bok.

- No co ty, Wituś, naprawdę myślałeś, że pozwolę mu żyć? - zapytał, wyraźnie zaskoczony pytaniem. - Po tym wszystkim? Po tym, w jakie kłopoty cię wpędził?

- To nie była tylko jego decyzja przecież! Sam się wpędziłem, kurwa!

- No, ale ciebie przecież nie zabiję.

Wito zamrugał, jakby właśnie dostał w twarz. Przez kilka sekund na przemian to otwierał, to zamykał usta, jakby szukał właściwych słów. Albo w ogóle jakichkolwiek.

- Miał nam pomóc - wydusił w końcu. - Sam tak mówiłeś, że go potrzebujemy.

- Tak. - Drzazga pokiwał głową. - Właśnie do tego.

- Żeby go zarżnąć?! Jak świnię?

Drzazga podrapał się po policzku, zostawiając na nim krwawą smugę, a potem przesunął się na bok i złapał za klamkę.

- Wysiadaj - polecił.

Sam zrobił to samo, zatrzasnął drzwi za sobą i przeszedł kilka kroków. Gdy się odwrócił, zobaczył, że Wito trzęsie się oparty o drzwi.

- Podejdź tu - polecił. - I nie kul się tak! Nie jesteś cwelem, Wituś.

Z rękami zwieszonymi wzdłuż ciała czekał, aż syn wykona polecenie. Gdy znalazł się wreszcie wystarczająco blisko, Drzazga wyciągnął rękę, złapał go mocno za kark, przygiął nieco i zmusił do odwrócenia.

- Popatrz na to auto, synek - wyszeptał. - Popatrz i wyobraź sobie, że ciągle w nim siedzisz. Ty i twój kolega. Że siedzicie tam razem. Żyjecie, ale macie skute łapy, może połamane nogi. A auto jest pozamykane, całe, poza tylnymi drzwiami. Widzisz to?

Wito nie odpowiedział, więc Drzazga ścisnął mocniej.

- Widzisz? - powtórzył.

- Tttak.

- A to, jak polewają je benzyną, też widzisz? - zapytał Drzazga. - I jak wrzucają nasączone szmaty na tylne siedzenie? Słyszysz, jak błagacie? Ty i twój kolega? Jak prosicie o litość, o jeszcze jeden tydzień? O dzień? Godzinę? Słyszysz to, Wituś? Jak obiecujecie, że wszystko naprawicie?

- Słyszę.

- A jak potem drzecie mordy, gdy rzucają ogień i wszystko zaczyna się palić? Wszystko, synek, wy też. Czujesz smród plastiku, tapicerki, gumy z dywaników, waszych palących się włosów i parujących szczyn? Tych waszych modnych kurtek, koszul? A to, jak twoja skóra pęka nagle jak parówka? Jak żar wgryza się w mięśnie niczym głodny dziki pies? Widzieć to już wtedy nic nie widzisz, Wituś. Twoje oczy już zagotowane. Białko ścięte jak w jajeczku na twardo.

Docisnął mocniej, dysząc synowi w kark. Jego oddech był ciepły, śmierdział kiełbasą.

- No i teraz powiedz - mówił cicho. - Wyobrażasz sobie modlić się tylko o to, żeby stracić przytomność z bólu albo się udusić? Żeby już się skończyło? Ludzie błagają wtedy nawet o piekło, Wituś. Bo nawet tam nie może być, kurwa, gorzej.

Drzazga docisnął syna jeszcze trochę, zmuszając go do ugięcia kolan, a potem pchnął nagle, tak że tamten poleciał twarzą w śnieg.

- Gdybym to ja was ścigał, to właśnie tak byście skończyli, synek. Obaj. Bo tak się to kiedyś robiło. Gdyby mojemu szefowi ktoś nawciskał takich farmazonów jak ty i twój kolega, a potem to wszystko by się wyjebało na taką kasę, to zadzwoniłby do mnie i powiedział: Drzazga, jest takich dwóch chujków, z których trzeba zrobić lekcję dla innych. A ja bym pojechał i właśnie to zrobił.

Wito podniósł się na czworaki i w tej pozycji odwrócił się przodem do ojca. Wyglądał teraz żałośnie, zaryczany i zasmarkany, plujący śniegiem. Ręce trzęsły mu się tak, jakby w każdej chwili miały się pod nim ugiąć.

- My nie chcieliśmy nikogo oszukać - wydusił. - To nie było celowe...

Drzazga splunął na bok.

- To nie ma znaczenia, Wituś. I powiedziałbym ci to, gdybyś przyszedł wtedy do mnie, zamiast słuchać tego cwela. Z tym waszym planem, gdybyś przyszedł. To bym ci powiedział, że to bardzo zły pomysł. I wcale nie dlatego, że nierealny. Tyle że wbrew zasadom. Powiedziałbym ci wtedy: tacy ludzie jak Orejko potrafią przymknąć oko na honor, ale tylko gdy wychodzi. Jeśli nie, to ty jesteś w ich oczach kurwą bez zasad i hamulców. A z taką to można jechać do spodu.

Spojrzał na swoje dłonie, na rękawy kurtki brudne od krwi. Kucnął, zagarnął świeżego śniegu i zaczął się nim wycierać.

- Twojemu koledze zrobiłem właśnie przysługę, Wituś. Dostał szybką śmierć - powiedział, patrząc, jak jego syn nieporadnie próbuje się podnieść. - Tobie się wylosowało lepiej, bo Orejko mnie szanuje. I jak mu powiedziałem, że cię nauczę, to się zgodził. Rozumiesz to, prawda?

Wito podniósł się na klęczki, oparł ręce na jednym kolanie i szarpnął do góry. Zatoczył się, ale ustał. Dopiero wtedy, widząc, że ojciec faktycznie czeka na odpowiedź, pokiwał głową.

- Rozumiem - wyszeptał.

Drzazga przez kilka sekund milczał, wpatrzony w swoje ręce. Wreszcie zagarnął w nie jeszcze jedną porcję śniegu i wstał.

- Ale to nie znaczy, że tam już jesteś kwita, Wituś - powiedział. - To się nadal może źle skończyć. Tyle że zaliczka z krwi już poszła, zostały do spłacenia tylko pieniądze. No i lekcja.

Przetarł śniegiem kurtkę, ale po kilku ruchach odpuścił.

- Koledze zrobisz zdjęcia, a potem go rozbierzesz i wrzucisz tam. - Wskazał na wygódkę. - Przywiążesz od dołu, jakby se chcieli wyłowić. Samochód pójdzie w bagno, tu, niedaleko. Warstwę lodu przebijesz, to tam potem ciepło i miękko. A jak wszystko posprzątasz, to na herbatę przyjdziesz i żeby się przebrać. Nasz wóz stoi z tyłu, najdalej za cztery godziny chciałbym wyjechać.

Ruszył w stronę chaty, ale po dwóch krokach odwrócił się jeszcze raz. Zdjął czapkę z głowy i cisnął nią pod nogi Wita.

- I nałóż to na ten durny łeb - polecił. - Żebyś się nie przeziębił.

3

Norbert tylko zerknął i już wiedział, że coś jest nie tak. Widział tę przygryzioną dolną wargę i to pełne napięcia skupienie na twarzy, gdy próbowała ubrać wrażenia w możliwie dyplomatyczne słowa. Do tego szybko, bo przecież czuła, że na nią zerka. Usztywniła nawet kark, by nie ulec odruchowi odpowiedzi i nie nadziać się wzrokiem na jego spojrzenie. A przynajmniej zanim odpowiednio nie przypudruje prawdy.

Wkurwiało go to. Tym bardziej że przecież nie był głupi i wiedział, że to jego wina, że sam sobie na to zapracował. Że te wszystkie niewerbalne sygnały Krystyny, które właśnie z taką łatwością odczytał, były wytrenowanymi przez lata reakcjami na jego emocjonalne wybuchy. Przecież ona od początku mówiła mu całą prawdę. Czasem nieporadnie, nieskładnie. Prawdę bezużyteczną, często bolesną i irytującą, ale jednak prawdę. Przypomniał mu się ten film z Cruise'em i Nicholsonem w sądzie. I to, jak ten drugi krzyczał: "Nie zniesiesz prawdy!".

Więc tak, Norbert wiedział, że powinien być żonie wdzięczny. Ale jakoś, kurwa, nie był.

Wbił kierunkowskaz, wyprzedził wlokącą się przed nimi Toyotę, a po powrocie na pas jeszcze raz zerknął na Krystynę.

- Co ci się nie podoba? - rzucił. I zaraz zazgrzytał zębami, besztając się w myślach za zaczepny ton, który na bank odpali w jej głowie jakąś dodatkową tarczę. To nie była rozmowa, tylko jakieś pierdolone szachy.

Spojrzała na niego, robiąc przesadnie zdziwioną minę.

- Przecież nie powiedziałam, że mi się nie podobało - stwierdziła.

Norbert sapnął, bo to też była, cholera, jedna z jej metod - udawać głupszą, niż jest. Taką pocieszną słodką idiotkę, której wszystko trzeba tłumaczyć. Skuteczny trik, żeby ognisty gniew przeszedł w żarliwy wykład, a potem stopniowo się wypalał: "O, to ciekawe" albo "Kurczę, tak o tym nie myślałam". W przeszłości Norbert wiele razy się na to łapał, ale potem się zorientował i nawet o tym kilka razy gadali. A mimo to, gdy przychodziło co do czego, ona wciąż zagrywała tymi samymi kartami. Jakby to, że on wie, jak to działa, nie miało w ogóle żadnego znaczenia.

- Nie powiedziałaś też nic innego - zauważył. - A zwykle jak ci się podoba, to mówisz od razu.

Znowu zdał sobie sprawę, że palnął. Nie powinien jej, kurwa, mówić takich rzeczy! Wiedział przecież, jak pracuje jej umysł. Że słucha, koduje i potem przetworzy to tak, by wypracować nowy model bezpiecznych zachowań. Następnym razem, gdy poprosi ją o opinię, usłyszy ją od razu, w pierwszych sekundach, i na tyle pochlebną, by nie miał się do czego przyczepić. Oczywiście w nią nie uwierzy, bo w jego głowie, odwrotnie niż w sądzie, wątpliwości są zawsze rozstrzygane na niekorzyść.

Przestań o niej myśleć jak o pieprzonym ChacieGPT, skarcił się w myślach. Wyluzuj.

- Skarbie, przyspieszasz.

Spojrzał na prędkościomierz i zdjął nogę z gazu. Poprawił uchwyt na kierownicy i zerknął w jej stronę z wymuszonym uśmiechem.

- To w takim razie co sądzisz?

- A możesz puścić jeszcze raz?

Unik, oczywiście. Westchnął i pokręcił głową.

- Dobra, nieważne. Włączę jakąś playlistę.

Sięgnął do wyświetlacza, ale powstrzymała go, dotykając jego dłoni.

- To nie ty to pisałeś, prawda? To jego tekst?

- Nie mów o nim jak o pieprzonym Voldemorcie - żachnął się. - I tak, Marcin sam to napisał i nagrał, żeby mi zrobić niespodziankę. To miał być jego prezent na Gwiazdkę.

- A nie mógł normalniej? Parę skarpet?

Mimowolnie parsknął. Sięgnął ręką, by przeczesać włosy, ale w połowie ruchu przypomniał sobie, że już je ułożył na spotkanie. Sięgnął do uchwytu po kubek termiczny, pociągnął łyk słodkiej zimowej herbaty.

- Dobra - westchnął. - Mów, co ci się nie podoba.

- Powiem, ale serio, puść jeszcze raz - poprosiła. - Chcę się upewnić.

Norbert zwolnił, wybrał "play" na odtwarzaczu. Samochód wypełniły dźwięki pełnej napięcia muzyki, a potem słowa czytane niskim, głębokim głosem:

Witaj w podcaście EMET. Zastanawia cię, skąd taki właśnie tytuł dla opowieści o prawdziwych zbrodniach? Wedle prastarej praskiej legendy to właśnie słowo, oznaczające prawdę, miał napisane na czole potwór zwany Golemem. A jedynym sposobem, by bestię uśmiercić, było zmazanie pierwszej litery tego słowa, tak by przemieniło się w MET, oznaczające śmierć.

I o tym właśnie opowiem. Śmierć i prawdę, jaka się za nią kryje, dzieli zwykle tylko jedna litera. Litera prawa!

Waszym przewodnikiem po tej podróży...

Norbert wyłączył.

- Dobra, jednak nic nie mów.

- OK.

Zabębnił palcami o kierownicę. Zerknął na nią ukradkiem.

- Albo mów.

- Możemy później...

- Ale możemy też teraz. Mów... proszę.

Kątem oka dostrzegł, że skręciła się lekko w jego stronę, a ręce wcisnęła między uda, by przesadnie nie gestykulować. Wkurwiało go, że tak się szykuje. Ale i w jakiś sposób to doceniał.

- Zacznijmy od tego, że legenda o Golemie nie jest...

- Prastara, wiem - wtrącił się, ale zaraz się zmitygował i uniósł rękę. - Dobra, sorry. Mów, już się nie odzywam.

- Tak, to właśnie chciałam powiedzieć - podjęła Krystyna. - Ale nie tylko to. Mam ogólnie problem z tym Golemem, bo połowa wstępu jest o legendzie, co sugeruje, że to będzie jakiś podcast mitologiczny, ewentualnie fantasy, a nie true crime.

Sięgnął po kubek. Upił, odstawił. Mlasnął od nadmiaru cukru.

- To jak inaczej wytłumaczyć ten tytuł? - zapytał i zaraz dodał. - I tak, podoba mi się i nie chcę go zmieniać.

- No to przecież wystarczy zacząć od tego, że w języku hebrajskim MET znaczy śmierć, a EMET prawdę. I potem to o tej literze prawa.

Uśmiechnął się krzywo.

- Co też ci chyba nie pasowało, nie? Ale to akurat moje, nie Marcina.

- I ja nawet rozumiem, o co ci w tym chodziło - odparła. - Ale to jest...

- Pretensjonalne?

- Raczej fałszywe - wyjaśniła. - Bo prawo po hebrajsku nie zaczyna się na E tylko na M. Miszpat. Albo na T, jeśli mowa o prawie religijnym, które... Co? Z czego się śmiejesz?

- Że się tak przygotowałaś.

Odwrócił się i złapał kolejne wzruszenie ramion.

- No, zależy mi, żeby to wyszło - powiedziała. - To coś złego?

Uśmiechnął się, ponownie skupiając wzrok na drodze. Na oślep sięgnął po jej dłoń i ścisnął ją lekko.

- Doceniam - powiedział. - I dziękuję. Pomyślę nad tym jeszcze.

Przeniósł rękę na kierownicę, a Krystyna sięgnęła do torebki. Wyjęła z niej mały czarny notes, zsunęła zabezpieczającą gumkę i przekartkowała.

- Wiesz, jakbyś chciał, to jest jedno słowo na E, które możemy spróbować jakoś ograć - powiedziała. - Ed. Albo Edim.

Norbert zmarszczył czoło.

- Ed i Eddy? Jak w tej starej kreskówce z Cartoon Network?

Roześmiała się.

- Nie Ed i Eddy, tylko Ed - liczba pojedyncza, albo mnoga, czyli Edim. Z em na końcu.

Skinął głową na znak, że rozumie.

- I co to niby znaczy?

- Świadek albo Świadkowie. I to właśnie w znaczeniu sądowym. Czyli można by coś pokombinować, że jest Met, czyli śmierć, Emet, czyli prawda, a pomiędzy Ed, czyli świadek, który prowadzi od jednego do drugiego. Jeszcze nie wiem, jak to zrobić, ale...

- To ma sens, tak. Pomyślimy. Dzięki.

Przez chwilę jechali w ciszy, ale Norbert czuł, że żona cały czas na niego patrzy. To zawsze go wkurzało. Kojarzyło mu się z matką, która też patrzyła, każąc mu się domyślać, o co jej chodzi. A czasem po prostu czekając, aż sam przyzna się do czegoś, co ona już wiedziała. Albo co jej się wydawało, że wie.

- Co tym razem? - rzucił, siląc się na udane rozbawienie.

- Myślisz, jak mu to powiedzieć, prawda?

Wzruszył ramionami.

- Bo ja uważam, że normalnie, po prostu. Może, że boisz się skojarzenia z fantasy albo że...

- Wymyślę coś.

- Wiem, że tak - zapewniła. - I w ogóle pamiętaj, że nie musisz się tak przejmować wszystkim, co powie. Niczego mu nie zawdzięczasz, Norbert. Jeśli już, to on tobie.

Parsknął.

- Jasne. Więc przypomnij sobie, kochanie, gdzie będziesz dzisiaj wieczorem - rzucił gorzko. - A potem powtórz to głośno jeszcze raz.

- Mogę powtórzyć i tysiąc razy, bo niczego mu nie zawdzięczasz - odparła całkowicie poważnie. - Po prostu mylisz skutki z przyczyną.

Chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego zerknął na GPS.

- Zostało dwadzieścia kilometrów - powiedział. - Chyba już możesz do nich dzwonić, że będziemy przed czasem.

- A co, oczekujesz powitalnego orszaku, fanfar i czerwonego dywanu?

Położył dłoń na termicznym kubku.

- Po tym cholernym lepiku wystarczy mi chyba kawa - stwierdził. - Byle gorzka.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI